Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816-1915

Spis treści

Wyszukaj


Szukaj w tej publikacji
Szukaj we wszystkich publikacjach

Szukaj
Znaleziono 0 wynik(ów)
Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych

 

dr hab. Waldemar Baraniewski
Wydział Historyczny UW/
Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną ASP

 

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter
Wydział Historyczny UW

 

dr hab. Piotr M. Majewski
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Piotr Salwa
Wydział „Artes Liberales” UW

 

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Wojciech Tygielski – przewodniczący
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Marek Wąsowicz
Wydział Prawa i Administracji UW

 

prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydział Fizyki UW

Szanowni Państwo!
Drodzy Czytelnicy!

W 2016 roku będziemy obchodzić jubileusz dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego. Nasz Uniwersytet nie jest jedynie wyższą szkolą, nie jest tylko pracownią uczonych – to środowisko, którego działania w ciągu dwóch wieków polskiej historii stanowiły istotny wkład do wiedzy, kultury, myśli ludzkiej.

Z okazji jubileuszu powstaje seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, w której opisujemy dzieje i dorobek naszej Uczelni oraz przypominamy sylwetki jej najwybitniejszych profesorów.

W syntetycznej formie przedstawiamy również losy oraz architekturę budynków Uniwersytetu, a także zbiory i kolekcje, które są w naszym posiadaniu oraz nad którymi przyszło nam sprawować pieczę. Nie zabraknie też dokumentów ilustrujących różne sfery społecznego oddziaływania Uczelni, a także świadectw życia codziennego naszej społeczności.

Kolejne tomy ukazywać się będą sukcesywnie, od roku 2016. Mamy nadzieję, że spotkają się z Państwa życzliwym przyjęciem i wzbudzą zainteresowanie.

Gaudeamus igitur!

 

Katarzyna Chałasińska-Macukow
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2005–2012

Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego

 

Warszawa, 19 listopada 2012 r.

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Nauki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki ścisłe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(A–Ł)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(M–Ż)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(A–K)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(L–R)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(S–Ż)

 

Poczet Rektorów Uniwersytetu Warszawskiego

 

Gmachy Uniwersytetu Warszawskiego

 

Uniwersytet Warszawski i fotografia 1839–1921
Ludzie, miejsca, wydarzenia

 

Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie 1817–2017
Miscellanea

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

WARSZAWA 2016

Spis treści

 

  1. WOJCIECH TYGIELSKI
    JUBILEUSZ
  2. TOMASZ KIZWALTER, PIOTR M. MAJEWSKI
    PRZEDMOWA

     
  3. TOMASZ KIZWALTER
    UNIWERSYTETY EUROPEJSKIE W XIX W.
  4. Oświecenie: kryzys i reformy
  5. Rewolucja i Cesarstwo: edukacja użyteczna
  6. Uniwersytet Humboldta
  7. Uniwersytet radykałów
  8. Uniwersytet i samodzierżawie
  9. Nowe wyzwania
  10. Uniwersytet i państwo
  11. Uniwersytety angielskie
  12. Uniwersytet i kobiety
  13. Ekspansja, elitarność, prestiż
     
  14. MACIEJ MYCIELSKI
    UNIWERSYTET KRÓLEWSKI, 1816–1831
  15. Uniwersytet w Warszawie
  16. Struktura
  17. Uniwersytet a władze edukacyjne
  18. Zakłady naukowe
  19. Biblioteka
  20. Gabinety, zbiory, pracownie
  21. Ogród i Obserwatorium
  22. Studenci
  23. Studencka zbiorowość
  24. Warunki życia
  25. Wydziały i dydaktyka
  26. Wydział Prawa i Administracji
  27. Wydział Lekarski
  28. Wydział Nauk i Sztuk Pięknych
  29. Oddział Nauk Pięknych
  30. Oddział sztuk pięknych
  31. Wydział Teologiczny
  32. Wydział Filozoficzny
  33. Studenci w systemie politycznym Królestwa
  34. Lata 1819–1821
  35. Wobec „dozoru szkolnego”
  36. Pogrzeby
  37. Powstanie
  38. Związek Wysockiego i noc listopadowa
  39. Gwardia
  40. Uniwersytet w powstaniu
     
  41. ANDRZEJ SZWARC
    WARSZAWA BEZ UNIWERSYTETU, 1831–1857

     
  42. ANDRZEJ SZWARC
    AKADEMIA MEDYKO-CHIRURGICZNA I SZKOŁA GŁÓWNA, 1857–1869
  43. Główne kierunki polityki Rosji wobec oświaty i szkolnictwa wyższego w Królestwie Polskim
  44. Powstanie i organizacja uczelni. Kierownictwo i warunki działalności. Baza materialna
  45. Akademia Medyko-Chirurgiczna
  46. Szkoła Główna
  47. Wykładowcy. Programy nauczania i ich realizacja. Dorobek naukowy i dydaktyczny pracowników uczelni
  48. Akademia Medyko-Chirurgiczna i Wydział Lekarski
  49. Wydział Matematyczno-Fizyczny
  50. Wydział Prawa i Administracji
  51. Wydział Filologiczno-Historyczny
  52. Studenci: nauka, postawy i aktywność polityczna, życie codzienne
  53. Uczelnia i społeczeństwo. Legenda Szkoły Głównej
     
  54. JOANNA SCHILLER-WALICKA
    CESARSKI UNIWERSYTET WARSZAWSKI: MIĘDZY EDUKACJĄ A POLITYKĄ, 1869–1917
  55. Dyskusje wokół powstania Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego
  56. Uniwersytet – tak, ale jaki?
  57. Finanse
  58. Przepisy dla studentów
  59. Pierwsze dziesięciolecie
  60. Epoka Apuchtinowska
  61. Emigratio academica?
  62. Od rewolucji do ewakuacji
  63. W Rostowie nad Donem
     
  64. MARIA M. PRZECISZEWSKA
    UNIWERSYTET CESARSKI: ŚRODOWISKO NAUKOWE, 1869–1917
  65. Polacy i Rosjanie na Uniwersytecie Warszawskim
  66. Wydział Historyczno-Filologiczny
  67. Wydział Prawa
  68. Wydział Fizyczno-Matematyczny
  69. Wydział Medyczny
     
  70. ARTUR MARKOWSKI
    UNIWERSYTET CESARSKI: UCZELNIA A SPOŁECZEŃSTWO, 1869–1917
  71. Wprowadzenie
  72. Studenci
  73. Demografia
  74. Studenci: struktura religijno-wyznaniowa i pochodzenie społeczne
  75. Organizacje studenckie
  76. Protesty, nieporządki i zamieszki
  77. Życie codzienne
  78. Mieszkanie, ubranie, wyżywienie
  79. Utrzymanie
  80. Zdrowie i higiena
  81. Nauka i rozrywka
  82. Relacje społeczne
  83. Polacy, Rosjanie i Żydzi
  84. Studia dla kobiet, studia dla Żydów: wykształcenie a społeczna emancypacja
  85. Uniwersytet w mieście, społeczeństwie i państwie
  86. Usługi medyczne i wsparcie dla instytucji
  87. Uniwersytet Latający i inne niezależne inicjatywy
  88. Wykłady, biblioteka, ogród botaniczny: Uniwersytet Cesarski w życiu miasta
  89. Goszczeni i goszczący
  90. Uroczystości uniwersyteckie
  91. Pomoc społeczna dla studentów UW
  92. Opinie i oceny
  93. Rektorzy Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego
  94. BIBLIOGRAFIA
  95. NOTY O AUTORACH
  96. INDEKS NAZWISK
  97. SPIS ILUSTRACJI
  98. PRZYPISY

WOJCIECH TYGIELSKI

 

Jubileusz

Obchodzenie rocznic wielkich wydarzeń – jako świąt integrujących zbiorowość poprzez uświadomienie wspólnoty przeszłości i dokonań – jest głęboko zakorzenione w tradycji europejskiej i dotyczy to zarówno sfery religijnej, jak i świeckiej. Formuła obchodów instytucjonalnych, organizowanych przez poszczególne państwa, kościoły, instytucje, przedsiębiorstwa, organizacje społeczne i stowarzyszenia, kształtowała się stopniowo od czasów średniowiecza. Obyczaj ten upowszechnił się również w sferze prywatnej, o czym przypominają także współczesne definicje słownikowe, wedle których można zarówno „obchodzić” jubileusz, jak też „urządzić” go komuś.

Rocznica ważnego wydarzenia, wyróżniająca się w jakiś sposób, to z reguły rocznica „okrągła”. To ona uzasadnia i zachęca do szczególnie uroczystych obchodów, do refleksji nad minionym okresem; jest też nierzadko okazją do złożenia deklaracji o zasadniczym charakterze oraz do podjęcia nowych zobowiązań.

 

W polskiej tradycji i społecznej świadomości szczególne znaczenie miały jubileusze wybitnych postaci oraz rocznice wielkich wydarzeń, organizowane w okresie zaborów. Rocznicowe nawiązywanie do postawy oraz dokonań Tadeusza Kościuszki, Tadeusza Reytana czy księcia Józefa Poniatowskiego, a także do odsieczy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego, a zwłaszcza do Konstytucji 3 Maja, miało wzmacniać świadomość narodową oraz utrwalać poczucie wartości i zbiorowej odrębności, przez to zaś umacniać duchowo i ułatwiać doczekanie czasów pomyślniejszych. Organizowanie uroczystości jubileuszowych było zatem aktem politycznym i patriotycznym – w najlepszym rozumieniu tego słowa. Wraz z odzyskaniem niepodległości funkcje polityczne zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca środowiskowej i instytucjonalnej identyfikacji, a także podsumowaniom o wyraźnie osobistym charakterze.

W czasach nam współczesnych jubileusze – jakże często traktowane instrumentalnie – w sposób oczywisty uległy dewaluacji, choćby tylko ze względu na swoją masowość. Drastycznie skrócił się też czas, który zainteresowani są gotowi uznać za dostatecznie długi, by stał się powodem jubileuszowego święta i podstawą refleksji towarzyszącej świętowaniu. Na tym tle zbliżający się jubileusz Uniwersytetu Warszawskiego wyróżnia się korzystnie, dwieście lat od powstania uczelni stanowi bowiem rocznicę na tyle dostojną, a zarazem „okrągłą”, że niekwestionowaną. Nie może tu być mowy o jakiejkolwiek tendencyjności czy też o dowolnym, elastycznym traktowaniu chronologii.

Na mapie polskich instytucji edukacyjnych Uniwersytet Warszawski zajmuje miejsce szczególne. Jest największą wyższą uczelnią, a jednocześnie uniwersytetem stołecznym, choć w stolicy nie jedynym. Co do metryki zaś, nie jest co prawda najstarszy, ale też ma już za sobą długą i bardzo interesującą historię.

Skomplikowane dzieje, jakie były udziałem naszego państwa i społeczeństwa, odcisnęły swoje piętno na losach polskich szkół wyższych. Akademia Krakowska, którą ufundowano w XIV w., była naszym znakomitym, lecz jedynym wkładem w wielki proces powstawania uniwersytetów w średniowiecznej Europie. Pod koniec XVI w. dołączyły do niej: Uniwersytet Wileński – powołany do życia przez króla Stefana Batorego, na bazie istniejącego kolegium jezuickiego, oraz Akademia Zamojska – pierwsza w naszych dziejach prywatna uczelnia, mająca w zamyśle fundatora, kanclerza Jana Zamoyskiego, kształcić fachowców na potrzeby państwa. W następnym stuleciu do tego elitarnego grona dołączył jeszcze Uniwersytet Lwowski, który jednak funkcjonował z przerwami, w XIX w. zaś kilkakrotnie zmieniał swój charakter oraz język wykładowy.

Kolejną uczelnią powstałą na ziemiach polskich był już Uniwersytet Warszawski. Powołany do życia w czasach niesuwerennego Królestwa Polskiego, dekretem cara rosyjskiego, któremu jednak formalnie przysługiwał też tytuł króla Polski, uniwersytet dzielił odtąd losy społeczeństwa pod zaborami. Zamknięty już po kilkunastu latach w wyniku represji po powstaniu listopadowym, odrodził się i funkcjonował w latach 60. XIX w. pod postacią Szkoły Głównej, by następnie zostać przekształconym w uniwersytet rosyjski i w tej postaci dotrwać do I wojny światowej.

Wielka wojna, w której starli się ze sobą dotychczasowi zaborcy i która przyniosła Polsce niepodległość, przyczyniła się też do odrodzenia polskiego uniwersytetu w Warszawie, jako że ten rosyjski wycofał się wraz z rosyjską armią i został ulokowany w Rostowie nad Donem. Uniwersytet dzielił następnie losy odrodzonego państwa polskiego, kształcił jego elity, współtworzył sukcesy, boleśnie odczuwał porażki. Potem, razem z II Rzeczpospolitą, utracił suwerenność, ale – wbrew wszystkiemu – nadal pełnił swoją funkcję w warunkach okupacji i konspiracji.

Odbudowany po 1945 r. przez przedwojenną, zdziesiątkowaną kadrę, kontynuował swoje podstawowe zadania dydaktyczne i badawcze, początkowo w skrajnie niesprzyjających warunkach. Bywał miejscem ideologicznej indoktrynacji i totalitarnej przemocy, ale także oazą wolności – instytucją, w której zrodziła się i umocniła opozycja demokratyczna; instytucją, której przedstawiciele walnie przyczynili się do odzyskania przez Polskę pełnej suwerenności, by następnie, po roku 1989, efektywnie współkształtować nową rzeczywistość.

 

Dostojna metryka i skomplikowana historia powinny być przedmiotem studiów i podstawą zbiorowej refleksji. Spojrzeniu w przeszłość musi rzecz jasna towarzyszyć, a może nawet powinna nad nim dominować ocena stanu dzisiejszego oraz perspektyw na przyszłość. Dobrze, jeśli ocena ta, dokonywana z okazji jubileuszu, będzie oparta na solidnych fundamentach historycznych. Materii do ich budowy ma dostarczyć seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, której pierwszy tom oddajemy właśnie do rąk Czytelników.

TOMASZ KIZWALTER, PIOTR M. MAJEWSKI

 

Przedmowa

W latach 1907–1913 ukazały się w Warszawie 4 tomy Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego (1816–1831) autorstwa Józefa Bielińskiego; w latach 1981–1982 wydano dwutomowe Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego: tom obejmujący lata 1807–1915 redagował Stefan Kieniewicz, tom traktujący o okresie 1915–1939 – Andrzej Garlicki. To 2 dotychczasowe próby całościowego przedstawienia historii UW. Każda z nich należała do epoki, w której powstawała: była zależna od aktualnych tendencji historiograficznych, badawczego warsztatu autorów, oczekiwań potencjalnych czytelników, sytuacji politycznej. Wydaje się oczywiste, że po ponad 30 latach od publikacji Dziejów pod redakcją Kieniewicza i Garlickiego warto wydać nową historię Uniwersytetu Warszawskiego. Jubileusz uczelni to dobra po temu okazja, jesteśmy jednak przekonani o potrzebie takiego wydawnictwa niezależnie od względów jubileuszowych. Po pierwsze dlatego, że narracja naszych poprzedników kończy się w 1939 r. – obecnie możemy rozszerzyć ten zakres o kolejne 3 etapy dziejów uczelni: okupację niemiecką, PRL i III Rzeczpospolitą. Po drugie, ponieważ – z całym uznaniem dla tego, co do tej pory dokonano i co w znacznej mierze zachowuje swą wartość – można dziś wyjść poza dotychczasowe ustalenia, przygotowując historię, która w większym stopniu odpowiadać będzie oczekiwaniom współczesnego czytelnika.

Powiedzmy rzecz całkiem banalną: w ciągu ostatnich 30 lat znacznie zmienił się świat, Polska, badania historyczne, wiedza na temat przeszłości uniwersytetów, a także zainteresowania odbiorców prac z dziedziny historii. Biorąc to pod uwagę, zespół autorów przedstawianych teraz Państwu Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego starał się położyć szczególny nacisk na 2 zespoły zagadnień. Podstawą każdej historii uniwersytetu muszą być jego dzieje jako instytucji. Nie zaniedbując tej problematyki, postanowiliśmy jednak możliwie szeroko potraktować historię ludzi – pracowników uczelni i studentów – oraz dzieje stosunków uczelni z władzami politycznymi.

W światowej historiografii mamy do czynienia z długą tradycją badań wielkich procesów i masowych zjawisk. Współcześnie chętnie nadaje się wszakże przeszłości bardziej ludzki wymiar, skupiając się na życiu jednostek i konkretnych zbiorowości. Tego rodzaju podejście ma wiele zalet, dlatego też sądzimy, że trudno pisać dziś historię uczelni, nie poświęcając odpowiednio dużo uwagi związanym z nią osobom, ich poglądom, mentalności, życiu codziennemu. O tyle, o ile to było tylko możliwe, autorzy Dziejów starali się zatem stworzyć plastyczne portrety społeczności pracowników i studentów UW. Ci ostatni zwłaszcza zasługują na to, aby znaleźć się na bardziej eksponowanym miejscu, niż to bywało w starszych pracach, w których na plan pierwszy wysuwały się instytucja, nauka i nauczanie oraz profesura, a o studentach pisano najczęściej wtedy, gdy stawali się wybitnymi absolwentami.

Funkcjonowanie każdej uczelni zależy w jakimś stopniu od sytuacji politycznej. W przypadku Uniwersytetu Warszawskiego aspekt ten jest szczególnie istotny, zważywszy na dramatyzm nowoczesnych dziejów Polski. Kataklizmy wojenne i okupacyjne przerywały tu niejeden raz ciągłość życia; społeczeństwo – a przynajmniej znaczna jego część – znajdowało się często w ostrym konflikcie z władzą, obcą lub podległą obcemu mocarstwu. Rzutowało to w przemożny sposób na historię warszawskiego Uniwersytetu.

Jego początki sięgały Księstwa Warszawskiego, kiedy to powołano w Warszawie Szkołę Prawa i Nauk Administracyjnych oraz Szkołę Lekarską. Uniwersytet utworzono ostatecznie w 1816 r. i stał się on zwieńczeniem edukacyjnego systemu Królestwa Polskiego oraz ważnym ośrodkiem kształcenia polskiej inteligencji. Likwidacja Uniwersytetu po upadku powstania listopadowego – świadectwo przekonania władz Imperium Rosyjskiego, że istnienie uczelni szkodzi ich kontroli nad polskim terytorium – otwierała okres, w którym w Warszawie istniały tylko szkoły półwyższe. W latach 1862–1869 Szkoła Główna, produkt sprzyjającej koniunktury politycznej, choć nienazwana uniwersytetem, pełniła w istocie jego funkcję. Wśród jej studentów byli ludzie, którzy wkrótce mieli stać się czołowymi postaciami polskiego życia umysłowego. Rusyfikacyjne dążenia Petersburga po stłumieniu powstania styczniowego sprawiły, że Szkoła została przekształcona w rosyjskojęzyczny Cesarski Uniwersytet Warszawski. Bywał on często uznawany przez Polaków za ciało obce, nienależące do prawdziwej uniwersyteckiej tradycji Warszawy. Przygotowując naszą publikację, wychodziliśmy jednak z założenia, że błędem byłoby pomijanie lub marginalizowanie tej fazy dziejów UW. Po pierwsze, Cesarski Uniwersytet nie był zupełnie oddzielony od życia polskiego społeczeństwa: przez długi czas większość jego studentów stanowili Polacy, Polacy znajdowali się też – choć w tym przypadku ich udział systematycznie malał – wśród wykładowców. Po drugie, historia rosyjskojęzycznego UW to ważny fragment dziejów rosyjsko-polskich stosunków w tamtym okresie. Po trzecie, Cesarski Uniwersytet zasługuje na uwagę jako jedna z uczelni Imperium – nie zaliczająca się do czołówki, lecz mająca swoje osiągnięcia. Ewakuacja rosyjskiego uniwersytetu do Rostowa nad Donem, przeprowadzona w 1915 r., gdy Rosjanie opuszczali „Kraj Przywiślański”, i tamtejsza, blisko 2-letnia działalność pod szyldem „warszawskim” zamykają pierwszy tom Dziejów.

Również w XX stuleciu uczelnia dzieliła dramatyczne losy kraju i jego stolicy. Początek drugiego tomu Dziejów to wrzesień 1915 r., kiedy niemieckie władze okupacyjne reaktywowały Uniwersytet Warszawski z polskim jako językiem wykładowym. Po 3 latach pod rządami niemieckimi podczas I wojny światowej Uniwersytet płynnie wszedł w okres niepodległości i wkrótce stał się największą wyższą uczelnią II Rzeczypospolitej. Aż do wybuchu kolejnej wojny w 1939 r. skupiały się tu niczym w soczewce charakterystyczne dla młodej polskiej państwowości konflikty polityczne i narodowościowe, a także procesy modernizacyjne. Należy odnotować, iż w 1935 r. uczelnia została przemianowana ustawą sejmową na Uniwersytet Józefa Piłsudskiego; nazwy tej nigdy formalnie nie zmieniono, jednak po 1939 r. zaprzestano jej formalnie używać. II wojna światowa i niemiecka okupacja Warszawy przerwały funkcjonowanie uczelni, przynosząc jej ogromne straty ludzkie i materialne. Uznaliśmy, że również ten okres musi zostać omówiony w Dziejach, chociażby ze względu na fakt, iż Uniwersytet kontynuował swoją działalność dydaktyczną, a do pewnego stopnia także naukową, w podziemiu, w ramach tajnego nauczania.

Wreszcie trzeci tom Dziejów obejmuje okres od zakończenia wojny do współczesności. W latach 1945–1989, podobnie jak w 20-leciu międzywojennym, Uniwersytet Warszawski zajmował niezwykle ważne miejsce na mapie skomplikowanych relacji łączących środowiska naukowe, młodzież akademicką i władze państwowe – tym razem podporządkowane rządzącej partii komunistycznej. Rozgrywające się tu wydarzenia miały nierzadko bardzo istotne znaczenie dla sytuacji w całym kraju, by wymienić chociażby brutalnie stłumione studenckie protesty w marcu 1968 r. czy formowanie się opozycji demokratycznej. Oblicze uczelni zmieniało się też, co staramy się ukazać, wraz z dokonującymi się przemianami społecznymi. Dzieje kończy rozdział poświęcony uniwersytetowi w okresie po upadku systemu komunistycznego w 1989 r. Mimo że lata te dzieli od współczesności stosunkowo niewielki dystans, zdecydowaliśmy się uwzględnić je, gdyż doszliśmy do wniosku, iż bez najważniejszych faktów na temat ostatniego ćwierćwiecza historii uczelni obraz jej dziejów byłby dalece niepełny.

Na koniec garść uwag dotyczących strony formalnej. Wszystkie tomy Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego są dziełem zbiorowym, co oznacza również, że poszczególne rozdziały odzwierciedlają wyniki badań i przemyślenia ich autorów, książka nie aspiruje natomiast – poniekąd wbrew jubileuszowemu charakterowi serii wydawniczej – do rangi „oficjalnej” monografii uczelni. W trosce o funkcjonalność publikacji poszczególne tomy Dziejów opatrzyliśmy selektywnymi bibliografiami oraz wykazami źródeł – wspólnymi dla całości danego tomu. Podstawowe informacje na temat wykorzystanych przez siebie materiałów i istotniejsze uwagi o charakterze warsztatowym podaje na ogół każdy z autorów, ich powtarzanie nie miałoby więc tu większego sensu. Przypisy w tekście numerowane są w obrębie poszczególnych rozdziałów, które także pod względem merytorycznym stanowią osobne całości. Przytaczane w przypisach i bibliografiach publikacje w języku rosyjskim zapisane zostały zgodnie z zasadami transkrypcji, natomiast wszystkie cytaty w tekście głównym podajemy w przekładzie na polski.

TOMASZ KIZWALTER

UNIWERSYTETY EUROPEJSKIE W XIX W.

 

Oświecenie: kryzys i reformy

Dzieje europejskiego uniwersytetu nie zaczynały się w XIX w. obiecująco, ale kończył je wielki sukces1. Gdy mówimy o sytuacji uniwersytetów w całej Europie, zmuszeni jesteśmy rzecz jasna do upraszczających uogólnień, różnice pomiędzy poszczególnymi krajami bywały bowiem znaczne, a i w każdym z państw europejskich uczelnie różniły się przecież pod wieloma względami. Ciekawy przykład takich wewnątrzpaństwowych odmienności znajdziemy w istniejącym od 1707 r. Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii. W XVIII w. stagnacja uniwersytetów angielskich kontrastuje z ożywieniem, jakie panuje na uczelniach szkockich: Oksford i Cambridge podupadły, Edynburg i Glasgow to europejska czołówka. Jeśli jednak, zdając sobie sprawę z uproszczeń, zapytamy o ogólny stan europejskich uniwersytetów w XVIII stuleciu, to odpowiedź zabrzmi: pozostawały na marginesie nowych tendencji w życiu umysłowym. Nie musiało to oznaczać braku naukowych osiągnięć, ale wybitne jednostki dochodziły do sukcesów raczej wbrew uniwersyteckim realiom niż dzięki nim.

Ludzie, którzy tworzyli i propagowali myśl Oświecenia, znaleźli inne, bardziej im odpowiadające formy instytucjonalnego oparcia: od towarzystw naukowych po loże wolnomularskie. Intelektualni nowatorzy postrzegali uniwersytety jako integralną część „starego ładu”. Istotnie, szczególnie w krajach katolickich oraz w Anglii były to w większości struktury o cechach średniowiecznych: korporacje zdominowane przez kler, sprawujący nadzór nad życiem uczelni i konserwujący programy nauczania, które w kręgach nowatorskich uważano już za anachroniczne. I o ile przy ogólnej ocenie stanu XVIII-wiecznych uniwersytetów nie sposób mówić o zupełnym zastoju, o tyle pamiętać trzeba, że zmiany dokonywały się opornie. Uniwersyteckie reformy nie były zjawiskiem częstym i na ogół nie miały zbyt radykalnego charakteru.

Jeden z najlepszych przykładów nowatorskich dążeń w interesującej nas dziedzinie to założenie w 1737 r. uniwersytetu w Getyndze. Zwróćmy uwagę na podstawowe zasady, którymi kierowali się twórcy tej uczelni. Po pierwsze, profesura, oprócz nauczania, miała również zajmować się badaniami naukowymi. Po drugie, wydział teologiczny nie sprawował już kontroli nad pozostałymi wydziałami. Po trzecie, uniwersytet miał być systematycznie finansowany przez władze państwowe. Finansowe zaangażowanie państwa – pozwalające m.in. na wysokie wynagrodzenia dla profesorów – oznaczało zarazem wyraźny wpływ władz na kierunki działania uczelni, a władze nastawione były pragmatycznie. Od uniwersytetu oczekiwano praktycznych rezultatów: podkreślano, że nauka i nauczanie powinny przynosić konkretne korzyści państwu i społeczeństwu.

Taka postawa władz wynikała z upowszechniania się idei oświeceniowych. Oświecenie było formacją umysłową, w której krytyczne spojrzenie na aktualny stan rzeczy łączyło się z pragnieniem jego zmiany. Świat jest niedoskonały, ale umysł ludzki potrafi temu zaradzić – przyjmując to założenie, XVIII-wieczne elity polityczne podejmowały dzieło reform. Zanim pod koniec wieku we Francji wybuchła Rewolucja, oświeceniowe reformatorstwo nie mogło w praktyce przekraczać granic wyznaczanych przez system monarchiczno-stanowy. Oznaczało to modernizację, której zakres określały interesy państwa i warstwy rządzącej. Dla wielu monarchów i członków politycznego establishmentu nowe idee stawały się użytecznym narzędziem, podstawą projektów pozwalających na wzmocnienie struktur państwowych. Można by powiedzieć, że mamy tu do czynienia ze swego rodzaju zapowiedzią koncepcji, która zrobiła taką karierę w nowoczesnej filozofii, od Karola Marksa do Michela Foucault: wiedza to władza.

Wśród historyków nie wygasają co prawda dyskusje, w jakiej mierze oświeceniowe były owe hybrydy Oświecenia i „starego ładu”. Spory dotyczą przede wszystkim absolutyzmu oświeconego, który bywa uznawany za zjawisko mało autentyczne – z tego punktu widzenia byłaby to raczej ideologiczna fikcja, wytworzona na potrzeby propagandowe, niż rzeczywista forma uprawiania polityki w duchu oświeceniowym. Przeważa jednak przekonanie, że – niezależnie od stopnia szczerości oświeceniowych deklaracji, które składali monarchowie – nie wolno nie doceniać znaczenia ówczesnych reform. Odnosi się to również do uniwersytetów, chociaż jednocześnie trzeba sobie zdawać sprawę z ograniczeń przedrewolucyjnej modernizacji.

Część uniwersytetów doświadczyła bez wątpienia istotnych zmian. Reformatorom przyświecały idee sekularyzacji i pragmatyzmu: duchowieństwo traciło wpływ na funkcjonowanie uczelni, a władze świeckie dążyły do tego, aby nauczanie i praca naukowa związały się ściśle z potrzebami państwa i społeczeństwa. Jeśli jednak chodzi o zasięg, a nawet kierunek przemian, to charakterystycznym zjawiskiem tamtej epoki stało się pogłębianie różnic między poszczególnymi krajami. Szczególnie ważne okazały się te odmienności w przypadku Francji i państw Rzeszy Niemieckiej.

1. Budynki uniwersytetu i biblioteki w Getyndze ok. 1815 r., miedzioryt H.C. Grappego

We Francji ludzie myślący o rozwoju szkolnictwa wyższego nie pokładali wielkich nadziei w uniwersytetach. Tworzono projekty reform uniwersyteckich, ale ani dwór królewski, ani kler nie wykazywały zainteresowania takimi działaniami. Sorbona, ostro atakowana przez oświeceniowych intelektualistów, nie wchłaniała nowych idei. Ogólnie biorąc, francuskie uniwersytety pozostawały w stanie umysłowego bezwładu. W tej sytuacji mogła święcić sukcesy koncepcja rozbudowy wyższych szkół zawodowych – takich jak utworzona w 1747 r. w Paryżu inżynierska Szkoła Mostów i Dróg (École des ponts et chaussées) – oraz skupiania badań naukowych w akademii nauk oraz akademiach wyspecjalizowanych w zakresie medycyny, chirurgii lub rolnictwa. W Rzeszy Niemieckiej tymczasem część uniwersytetów zmodernizowała się, co przyczyniło się do tego, że idea kształcenia uniwersyteckiego – mimo głosów krytycznych – straciła tu niewiele ze swego dotychczasowego znaczenia. Getynga stała się wzorem dla innych uczelni, a sama nawiązywała do tradycji Halle – uniwersytetu powstałego w latach 1693–1694 i wytyczającego kierunek, w którym podążyli późniejsi reformatorzy. Oświecenie niemieckie miało charakter mniej radykalny światopoglądowo od francuskiego – na tutejszym gruncie nowe idee łatwiej łączyły się z tradycyjnymi instytucjami.

Rewolucja i Cesarstwo: edukacja użyteczna

Rewolucja Francuska przyniosła próbę oparcia edukacji na nowych fundamentach. Aktywistom rewolucyjnym chodziło o formowanie „nowego człowieka” i „regenerację” społeczeństwa. Ich uwaga skupiała się przede wszystkim na oświacie podstawowej, która wyrabiać miała odpowiednie postawy ogółu Francuzów. Kwestia ta, mająca zarówno perspektywiczne znaczenie ideowe, jak zupełnie aktualne, polityczne, spychała na dalszy plan sprawę kształcenia wyższego. Rewolucjoniści byli jednak żywotnie zainteresowani nie tylko korzyściami ideologicznymi, lecz także praktycznymi – od przygotowania fachowych kadr oficerskich po wspomaganie rozwoju gospodarczego. Z tego punktu widzenia kształcenie na poziomie wyższym nie mogło być lekceważone.

Działania, jakie podczas Rewolucji podejmowano w dziedzinie wyższej edukacji, były radykalną kontynuacją tego, co w minionych dziesięcioleciach robili – lub próbowali robić – rzecznicy Oświecenia. Zniszczenie polityczno-ustrojowych struktur „starego ładu” umożliwiło zdecydowane posunięcia, których ostatecznym rezultatem stało się zniesienie przez władze Republiki towarzystw naukowych, akademii oraz wydziałów uniwersyteckich. Na gruzach dawnego systemu chciano stworzyć nowy, ukierunkowany bardzo praktycznie.

Pierwsze próby realizacji tego programu bywały dość kuriozalne. Potrzeby edukacyjne były pilne: armii brakowało wykwalifikowanych oficerów, szkołom niższych szczebli – nauczycieli, a wywodzący się z ludu urzędnicy, czasem analfabeci, nie radzili sobie z obowiązkami. W tych nadzwyczajnych, rewolucyjnych warunkach, w atmosferze oczekiwania na wielki przełom dziejowy, kusząca okazała się idea kształcenia przyspieszonego. Zdaniem władz wielki sukces odniosły zorganizowane w początku 1794 r. jednomiesięczne „rewolucyjne kursy” wyrobu broni i prochu, dlatego też podobne metody nauczania próbowano szybko upowszechnić. W tymże 1794 r. jakobińska Konwencja powołała do życia École normale jako placówkę mającą kształcić nauczycieli. Pierwotny projekt zakładał, że nauka w tej szkole trwać będzie 2 miesiące; kiedy w styczniu 1795 r. École normale rozpoczynała pracę w Paryżu, okres ten został już przedłużony do 4 miesięcy. Wykładali wybitni uczeni, przyjęto ambitny program nauczania. Już w trakcie pierwszego cyklu zajęć okazało się, że nie była to koncepcja realistyczna. Chciano osiągnąć zbyt wiele: wykładów wygłaszano za dużo, ich poziom przekraczał możliwości słuchaczy, pracowano zaś w trudnych warunkach, borykając się z brakiem środków2. Próba radykalnie przyspieszonego wyedukowania nauczycieli nie powiodła się, podobnie jak próba wyszkolenia w ekspresowym tempie oficerów. W tym ostatnim przypadku mamy do czynienia z klęską o wydźwięku tragikomicznym. Szkoła wojskowa, którą nazwano École de Mars, utworzona latem 1794 r. na przedmieściach Paryża, w intencji organizatorów miała w bezpośredni sposób nawiązywać do wzorców antycznych: elewów ubrano w lekkie tuniki, żywiono skromnie, spać kazano im na sianie w namiotach. Za dalekie to było od życiowych realiów, aby szkoła mogła normalnie funkcjonować. Szkolenie zostało wkrótce przerwane, m.in. z powodu epidemii dyzenterii3.

2. École polytechnique – wejście do dawnego budynku (budowa 1835–1838), Paryż, rue Descartes

Okres Rewolucji nie przyniósł i najprawdopodobniej nie mógł przynieść trwałych rozwiązań systemowych w sferze oświaty. Zmiany polityczne były wtedy zbyt częste i gwałtowne, a projekty, które starano się wcielić w życie, podlegały zbyt silnemu oddziaływaniu ideologicznych fantazmatów. Rewolucyjne dziesięciolecie stanowiło jednak ważny etap w dziejach szkolnictwa wyższego we Francji. Powstałe w tej epoce wyższe szkoły zawodowe, mimo burzliwych początków, stały się charakterystycznym składnikiem francuskiego modelu edukacji. Idea kształcenia nauczycieli na możliwie wysokim poziomie przetrwała i rozwinęła się: Ecole normale supérieure (ENS), której rewolucyjna poprzedniczka raczej niefortunnie zaczynała swą działalność, jest dziś uczelnią o znakomitej renomie. Założona również w 1794 r. Ecole polytechnique (obecną nazwę przyjęła rok później) miała zaradzić niedostatkowi wysoko wykwalifikowanych techników, zapewniając przyszłym fachowcom gruntowne przygotowanie w zakresie nauk ścisłych. Dzisiejsza Politechnika to, podobnie jak ENS, bardzo wysoko ceniona szkoła.

Obejmując w 1799 r. władzę we Francji, Napoleon Bonaparte stawiał sobie za cel trwałe ustabilizowanie stosunków wewnętrznych w kraju wyczerpanym przez Rewolucję i stale rozdzieranym przez silne konflikty. Pierwszy konsul, a od 1804 r. cesarz, stosował różnorodne środki kontrolowania poddanych. Skutecznie doskonalił tajną policję, cenzurę i aparat propagandowy, miał jednak poczucie, że tego rodzaju działania nie wystarczą, aby stworzyć trwały fundament rządów. Rewolucja wstrząsnęła tradycyjnymi hierarchiami społecznymi, normami obyczajowymi i politycznymi wyobrażeniami – w tym stanie rzeczy Bonaparte, polityk niezmiernie ambitny i obdarzony wielkimi zdolnościami, pragnął stworzyć nowe podstawy życia zbiorowego Francuzów. Napoleońska polityka w dziedzinie szkolnictwa wyższego musi być zatem rozpatrywana jako część szerszej strategii, która prowadzić miała do ukształtowania się porewolucyjnego ładu społecznego.

Napoleon zachował część dziedzictwa Rewolucji, ale czuł odrazę do rewolucyjnego chaosu; chciał też przeciwstawiać się wszystkiemu, co uważał za przejaw „anarchii”, i konsekwentnie starał się urzeczywistnić swą wizję dobrze zorganizowanego społeczeństwa. Miało się ono składać ze spoistych, hierarchicznie uporządkowanych części, w pełni podległych władzy państwowej. Ogłoszony w 1804 r. kodeks cywilny, który nazwano później Kodeksem Napoleona, regulował życie mieszkańców Francji, łącząc ochronę uprawnień jednostki ze wspieraniem społecznego porządku. Wolność osobista, równość wobec prawa, nienaruszalność własności prywatnej, wolność sumienia, świecki charakter państwa – wszystkie te zasady, upowszechnione w początkowej fazie Rewolucji, znalazły potwierdzenie w kodeksie. Jednocześnie napoleońskie prawodawstwo wzmacniało pozycję społecznych autorytetów, rygorystycznie podporządkowując żonę i dzieci męskiej „głowie rodziny”, a robotników – pracodawcy.

Ludzie, dyscyplinowani w rodzinie i przy pracy, byli też przedmiotem żywego zainteresowania ze strony państwa, którego kontrolno-wychowawcze ambicje sięgały daleko. Aparat państwowy miał się troszczyć m.in. o rozwój nauki, poziom wykształcenia ludności i stan jej umysłów. Według Napoleona edukacja musiała być praktycznie użyteczna: szkolnictwo wyższe miało zatem przygotowywać kompetentnych fachowców, unikając przy tym politycznego ryzyka. Władca w młodości dobrze poznał siłę radykalnych idei, sądził więc, że intelektualna niezależność rodzi zagrożenia dla wewnętrznego porządku państwa. W związku z tym środowiska naukowe poddawał ścisłemu nadzorowi i wspierał te dziedziny nauki, które uważał za przydatne praktycznie i odległe od polityki. Widział pożytki płynące z rozwoju nauk ścisłych, przyrodniczych i medycznych, natomiast nauki społeczne i humanistykę uznawał za bezużyteczne, a często politycznie szkodliwe. Zgodnie z tymi przekonaniami uformował francuski system szkolnictwa wyższego.

Rewolucja zniosła uniwersytety – Napoleon połowicznie powrócił do tej formy kształcenia, przywracając wydziały uniwersyteckie. Stały się one częścią ogólnokrajowej, scentralizowanej struktury, utworzonej w 1806 r. i nazwanej (w sposób mylący dla dzisiejszego czytelnika) Uniwersytetem Cesarskim. Instytucja ta obejmować miała wszystkie szkoły, od szczebla podstawowego po wyższy, była zorganizowana hierarchicznie w stylu militarnym i dzieliła się na 27 terytorialnych jednostek noszących nazwę akademii. W nauczaniu uniwersyteckim sięgano do wzorów przedrewolucyjnych i cały ten sektor edukacji pod rządami Napoleona znajdował się w stagnacji. Cesarz znacznie większą wagę przywiązywał do wyższych szkół zawodowych, takich jak Politechnika. Cenił wysoki poziom nauczania w tej szkole i użyteczność zdobywanej tam wiedzy (troszczył się też, we właściwy sobie sposób, o odpowiednie zachowanie studentów: w 1804 r. skoszarowano ich i poddano wojskowej dyscyplinie). System kształcenia zawodowego wywodzący się z czasów Rewolucji został teraz znacznie rozbudowany: szkoły prawa, medyczne i oficerskie dostarczały państwu potrzebnych fachowców.

Napoleon podtrzymywał i umacniał widoczny już w okresie przedrewolucyjnym rozdział badań naukowych od kształcenia. Szkoły wyższe miały przekazywać wiedzę; jej wypracowywanie powierzono wyspecjalizowanym placówkom badawczym. Część z nich istniała jeszcze w dobie przedrewolucyjnej monarchii: dzisiejszy Collège de France – instytucja, która prowadzi badania podstawowe, a zarazem naucza, jak się to robi – został założony w 1530 r. Placówki podczas Rewolucji uznane za pożyteczne przetrwały ten burzliwy okres, a nawet rozwinęły się. Jardin du Roi, królewski ogród botaniczny i zoologiczny, w 1793 r. przekształcono w Narodowe Muzeum Historii Naturalnej, ośrodek naukowy ze stanowiskami profesorskimi (wśród tamtejszych profesorów znaleźli się m.in. Georges Cuvier, Jean-Baptiste Lamarck i Henri Becquerel). W 1795 r. powstał Institut de France, skupiający 5 akademii (najbardziej znana spośród nich to Akademia Francuska), który miał wspierać rozwój nauki.

Napoleoński model zarządzania nauką i szkolnictwem wyższym, eksportowany tam, dokąd sięgnęła imperialna ekspansja Francji, był atrakcyjny dla rządzących elit. Nie stracił tej atrakcyjności w XIX w.4, nie stracił i później – stanowi część żywotnej tradycji, do której należy wiele dzisiejszych programów kształtowania wyższej edukacji. W epoce napoleońskiej pojawił się jednak wzorzec odmienny, zyskujący z czasem wielką popularność, a jednocześnie budzący wiele kontrowersji rozmaitej natury.

Uniwersytet Humboldta

Klęska wojsk pruskich w starciu z armią Napoleona w latach 1806–1807 zapoczątkowała niezmiernie interesujący okres w dziejach Prus. Gwałtowne załamanie militarne stało się traumatycznym doświadczeniem dla politycznych i intelektualnych elit, które poczuły się bezradne w obliczu potężnego przeciwnika. Poczucie to wywołało umysłowy ferment i skłaniało do kreślenia projektów reform. Przeświadczenie, że reformy są niezbędne, pojawiło się u samych szczytów władzy: mimo oporu tradycjonalistów podjęto całą serię działań mających uzdrowić państwo5. Do najwybitniejszych reformatorów – obok Karla von und zum Stein i Karla Augusta von Hardenberg – należał Wilhelm von Humboldt6.

3. Wilhelm von Humboldt, rysunek kredą J.J. Schellera

Stein i Hardenberg byli doświadczonymi urzędnikami o temperamencie politycznym; Humboldt – językoznawcą i filozofem. W 1809 r., mianowany dyrektorem sekcji wyznań i oświaty w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, przystąpił do realizacji projektu zakładającego całościową zmianę pruskiego systemu edukacji. Reforma oświatowa miała wyraźny sens polityczny: w intencji jej inicjatorów powinna stworzyć warunki, w których mieszkańcy Prus, pozostając królewskimi poddanymi, nabraliby cech świadomych swego miejsca w społeczeństwie obywateli. Opracowany przez Humboldta system szkolny dzielił się na 3 poziomy: elementarny, gimnazjalny i uniwersytecki. W idei Humboldtowskiego uniwersytetu, będącego zwieńczeniem całej ogólnopaństwowej struktury edukacyjnej, interes państwa pruskiego łączył się z aspiracjami niemieckiego neohumanizmu – orientacji intelektualnej, która przyciągała wówczas wiele wybitnych umysłów (wymienić tu należy zwłaszcza teologa i filozofa Friedricha Daniela Ernsta Schleiermachera).

Tak jak podstawowa edukacja wymaga nauczyciela, tak staje się [on – T.K.] zbędny dzięki kształceniu na poziomie ponadpodstawowym. Nauczyciel uniwersytecki nie jest więc już nauczycielem, a student nie jest już uczniem. Zamiast tego student prowadzi badania na własną rękę, profesor zaś nadzoruje jego badania i wspiera go w nich. Ponieważ nauka na poziomie uniwersyteckim umieszcza studenta w pozycji, w której zdolny jest ogarnąć całość naukowego dociekania, i co za tym idzie, wymaga od niego jego mocy twórczych7.

Widzimy, że w swej wizji uniwersytetu Humboldt odchodził zarówno od tradycyjnego, średniowiecznego jeszcze wzorca, jak i od modelu oświeceniowo-napoleońskiego. Uniwersytet, podkreślał niemiecki uczony, powinien być miejscem poszukiwania prawdy. Nie chodzi tu ani o przekazywanie dogmatów, ani wiedzy praktycznie użytecznej. Na uniwersytecie powinno się po pierwsze, prowadzić badania, po drugie, uczyć prowadzenia badań. Właściwie pojmowane badania nie mogą być praktycznie ukierunkowane – poszukiwanie konkretnych korzyści nie doprowadzi do prawdziwej wiedzy. Nie osiągnie się jej też przez studia wąsko zakrojone, oderwane od szerszego, filozoficzno-humanistycznego kontekstu. Co więcej, partykularny i pragmatyczny charakter badań uniemożliwia rzeczywiste kształcenie młodzieży, które nie polega bynajmniej na wpajaniu jej umysłowych pewników lub praktycznych umiejętności. Aby kształcenie mogło być istotnie wartościowe, musi być całościowym kształtowaniem ludzkiego umysłu i charakteru8.

Humboldt chciał zrealizować swój ideał, tworząc uniwersytet w Berlinie – Friedrich-Wilhelms-Universität (od 1949 r. – Humboldt-Universität). Założona w 1810 r. uczelnia wkrótce zyskała sobie doskonałą renomę; na jej wzór w 1811 r. powstał uniwersytet we Wrocławiu, następnie zaś, w 1818 r. – w Bonn. Próbom wcielenia w życie Humboldtowskiego wzorca od początku towarzyszyły jednak napięcia i konflikty. Kiedy otwierano Uniwersytet Berliński, jego twórca nie był już dyrektorem w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych: zrezygnował po 16 miesiącach pracy, ponieważ król nie przekształcił sekcji wyznań i oświaty w ministerstwo. Stosunkowo szybko okazało się, że w politycznych realiach Prus reforma uniwersytecka to przynajmniej po części problematyczne przedsięwzięcie.

4. Uniwersytet Berliński ok. 1850 r. (na pierwszym planie pomnik Fryderyka Wielkiego)

Zdaniem Humboldta podstawą właściwego funkcjonowania uniwersytetu była niezależność w sferze badań i nauczania. Twórca berlińskiej uczelni – pruski urzędnik, a zarazem orędownik humanistycznych wartości – wyznaczał państwu ważną, lecz ograniczoną dziedzinę działania: miało zabezpieczyć byt materialny uniwersytetu, chronić jego wolność i mianować profesorów. Uniwersytet powinien trzymać się z dala od polityki, a władze państwowe powinny uznać, że w ich długofalowym interesie leży poszanowanie uniwersyteckiej autonomii. Humboldtowska idea „wolności i samotności”, która nadawać miała kierunek życiu uczelni, była jednak dość odległa od rzeczywistości.

W kręgach rządowych znaczną popularnością cieszył się francuski model szkoły wyższej. Podobał się również monarsze, którego Humboldt nie bez trudu przekonał o sensowności swojej koncepcji. Powstanie Uniwersytetu Berlińskiego stało się możliwe dzięki pozycji, jaką w monarchii pruskiej zajmowali solidnie wykształceni urzędnicy o reformatorskich ambicjach. Tworząc swój projekt edukacyjny, Humboldt zakładał, że swobodne kształtowanie ludzkiej osobowości przez dążenie do wiedzy to cel zgodny z powołaniem państwa. Idea tak pojmowanej edukacji przyciągała wielu pruskich biurokratów, ponieważ można było w niej widzieć instrument modernizacji Prus i społecznego awansu warstwy, do której należeli – inteligencji9.

Bezinteresowne poszukiwanie prawdy i interes państwa łatwiej udawało się jednak pogodzić ze sobą w teorii niż w praktyce. Monarchia pruska – Heglowskie wcielenie racjonalności – nie chciała wyrzec się politycznej kontroli nad kształceniem; trzeba też pamiętać, że wśród znacznej części tamtejszej inteligencji rozwijało się poczucie silnego związku z państwem. Neohumanistyczny ideał duchowej wolności ewoluował w taki sposób, że po latach mówi się czasem o jego degeneracji10. Humboldt bez powodzenia zabiegał o to, aby Uniwersytet Berliński otrzymał od monarchy dobra ziemskie, co umożliwiłoby materialną niezależność uczelni. Pruskie uniwersytety pozostawały instytucjami w znacznej mierze upaństwowionymi: zależnymi od państwa finansowo, z wykładowcami o statusie funkcjonariuszy państwowych i systemem państwowych egzaminów. Zarazem jednak uczelniom przysługiwał niemały zakres autonomii w sprawach badań i nauczania. Stwarzało to układ w stanie chwiejnej równowagi, pełen wewnętrznych napięć11. Powodem tych napięć były z jednej strony kontrolne poczynania władz państwowych, z drugiej – polityczne postawy środowisk uniwersyteckich.

Uniwersytet radykałów

Zasada, że uniwersytet powinien zachowywać dystans wobec polityki, nie była zgodna z poglądami, które zaczynały zdobywać sobie popularność w kręgach ludzi wykształconych i kształcących się. Kiedy na przełomie 1807 i 1808 r. Johann Gottlieb Fichte wygłaszał w Berlinie Mowy do narodu niemieckiego – współtworząc ideowe fundamenty tamtejszego nacjonalizmu – kreślił przed swoimi słuchaczami wizję edukacji rozumianej jako przede wszystkim wychowanie narodowe („całkowita zmiana dotychczasowej edukacji jest tym, co proponuję jako jedyny środek zachowania bytu niemieckiego narodu”)12. Kto przyjmował taki punkt widzenia, ten nie mógł zaakceptować idei politycznej neutralności uniwersytetu, a Fichte, Ernst Moritz Arndt i Friedrich Ludwig Jahn, czołowi przedstawiciele pierwszej generacji niemieckich nacjonalistów, znajdowali zwolenników przede wszystkim wśród studentów13. Fichte był profesorem filozofii w Jenie, Erlangen, następnie zaś znalazł się na świeżo utworzonym Uniwersytecie Berlińskim, został dziekanem Wydziału Filozoficznego i drugim z kolei rektorem tej uczelni14. U schyłku epoki napoleońskiej nacjonalistyczne dążenia intelektualistów i młodzieży studenckiej wtapiały się jeszcze w szerszy ruch oporu przeciwko francuskiej dominacji – ruch zgodny w zasadzie z interesami państwa pruskiego15. Gdy prusko-niemiecka „wojna wyzwoleńcza” dobiegła końca, sytuacja uległa zmianie.

Symbolicznego znaczenia nabrało to, co wydarzyło się w Wartburgu 18 X 1817 r. Około 500 studentów z co najmniej 11 niemieckich uniwersytetów zebrało się tam, aby uczcić trzechsetną rocznicę wystąpienia Lutra i czwartą rocznicę bitwy pod Lipskiem. Początkowo dość spokojnie słuchano przemówień i śpiewano patriotyczne pieśni, później zaczęto jednak demonstracyjnie palić obiekty uważane za symbole monarszego absolutyzmu – pruską czapkę ułańską, laskę austriackiego kaprala i heską perukę wojskową – oraz książki, które uznano za szkodliwe: Kodeks Napoleona, dzieła konserwatywnych pisarzy politycznych i pamflety wrogich nacjonalizmowi publicystów. Wśród niszczonych tekstów znalazła się wydana w 1815 r. broszura Teodora Antona Heinricha Schmalza, pierwszego rektora Uniwersytetu Berlińskiego. Schmalz atakował w niej tajne stowarzyszenia patriotyczne, powstałe w okresie francuskiej dominacji, i zaprzeczał, że mogły mieć one wpływ na przebieg wojny z Napoleonem. Prusacy – podkreślał – walcząc z Francuzami, kierowali się lojalnością wobec tronu, nie zaś uczuciami narodowymi; nie byli buntowniczymi zapaleńcami, lecz dobrymi poddanymi16.

Wydarzenia, do których doszło podczas zjazdu w Wartburgu, stanowiły wyraźne świadectwo politycznego zaangażowania części studentów, a targnięcie się grupy aktywistów na – dość szeroko wtedy w Niemczech krytykowaną – broszurę autorstwa byłego rektora można uznać za sygnał podziałów i napięć występujących w środowiskach uniwersyteckich. Organizacje studenckie to od czasów średniowiecza stały element życia uniwersytetu. Wraz z końcem epoki napoleońskiej niemieckie zrzeszenia studentów nabrały jednak nowego, politycznie ukierunkowanego charakteru. Po klęsce, jaką poniosły Prusy w latach 1806–1807, pojawiły się w państwach niemieckich organizacje, których uczestnicy pragnęli przeciwstawiać się podległości Francuzom. Na szczególną uwagę zasługuje zainicjowany w 1811 r. przez Friedricha Ludwiga Jahna Turnbewegung – ruch gimnastyczny. Bezpośrednim celem Jahna było fizyczne i moralne przygotowanie pruskiej młodzieży do przyszłej wojny z Francją. Działania, które podejmował, miały wszakże w jego intencji szerszy wymiar: cielesne i duchowe wzmocnienie młodego pokolenia Niemców, prowadzące do „odrodzenia narodowego” – z perspektywą politycznego zjednoczenia Niemiec. W atmosferze patriotycznego entuzjazmu lat 1813–1814 tego rodzaju projekty zyskiwały na popularności. Coraz więcej zwolenników zdobywała też myśl powołania do życia ogólnoniemieckiego związku studentów. Związek taki, Burschenschaft, został utworzony w Jenie w czerwcu 1815 r. Dość niejasnemu programowi nowego zrzeszenia ton nadawały idee narodowe, zabarwione z jednej strony demokratycznie i wolnościowo, z drugiej – ksenofobicznie.

Jahn – który w znacznej mierze zainspirował twórców związku – podobnie jak większość działaczy ruchu studenckiego starał się pogodzić hasła narodowe z lojalnością wobec władz państwowych. Jednakże po kongresie wiedeńskim entuzjaści nowych ideologii z rosnącym rozczarowaniem obserwowali monarchiczne systemy „prawa i porządku”, natomiast przedstawiciele rządów utwierdzali się w przekonaniu, że niespokojna młodzież może stanowić zagrożenie dla państwa. Zjazd w Wartburgu, zorganizowany przez Burschenschaft z Jeny, wywołał falę krytyki ze strony kręgów konserwatywnych i zaniepokoił władze. Ale była to tylko zapowiedź nadchodzących konfliktów.

W marcu 1819 r. Karl Sand, lat 24, student teologii i członek powstałego w Jenie zrzeszenia, zasztyletował w Mannheim Augusta von Kotzebue, popularnego dramatopisarza i publicystę, oskarżanego przez młodych działaczy o szerzenie demoralizacji, a przy tym ostrego krytyka ruchu studenckiego. Kotzebuego, który długi czas spędził w Imperium Rosyjskim i zrobił tam karierę urzędniczą, podejrzewano też o szpiegostwo na rzecz Rosji.

5. Zabójstwo Augusta von Kotzebuego, miedzioryt kolorowany J.M. Volza, 1820

Zamach Sanda stanowił punkt szczytowy ówczesnych zaburzeń w środowiskach niemieckiej młodzieży. Wydarzenie to wstrząsnęło „warstwami oświeconymi” nie tylko w Niemczech, lecz również w wielu innych krajach europejskich. Zamordowanie Kotzebuego wysoce zaniepokoiło konserwatywne władze państwowe; dziś możemy powiedzieć, że sygnalizowało nadchodzenie epoki, w której nowoczesne pasje ideologiczne zaczynały być uznawane za usprawiedliwienie skrajnych metod działania. Sand, dokonując zamachu, miał przy sobie apel do „wielkiego narodu niemieckiego”. Pisał w tym wielokrotnie później cytowanym orędziu:

Aby zadokumentować moją postawę, pragnę dać wam znak, a nie wyobrażam sobie nic bardziej szlachetnego niż zasztyletowanie Ciebie, arcyniewolniku, odbicie naszych czasów, zdrajco mego narodu, Ciebie, Auguście von Kotzebue. Ludu niemiecki, wznieś się na wyżyny moralne ludzkości17.

Skazany na karę śmierci i ścięty, Sand stał się dla jednych obiektem kultu, dla innych – uosobieniem zła; dla jeszcze innych jego postać była źródłem głębokich rozterek. Wielu członków niemieckich elit umysłowych podkreślało, że zamach, chociaż naruszał normy moralne, wynikał jednak z godnych pochwały pobudek. Sand uważał swój czyn za szlachetny – wkrótce pojawiły się opinie przyznające mu rację. W naukowym czasopiśmie można było przeczytać, że postępek Sanda, na pozór zwykłe skrytobójstwo, jest w istocie świadectwem moralnej czystości i najwyższego poświęcenia18.

Zabójstwo Kotzebuego i reakcje, jakie wywołał ten zamach, miały poważne konsekwencje dla niemieckiego ruchu studenckiego, dla niemieckich uniwersytetów, pośrednio zaś – także dla życia uniwersyteckiego w innych krajach Europy. Rządzący, którzy już wcześniej podejrzliwie przypatrywali się uczelniom, ostatecznie zwątpili w polityczną lojalność studentów i profesury. Znaczny rozgłos zyskała wtedy sprawa Wilhelma de Wettego, profesora teologii na Uniwersytecie Berlińskim. Wkrótce po zgładzeniu Kotzebuego de Wette wysłał list kondolencyjny do matki Sanda: pisał, że zabójstwo to czyn „karygodny według praw świata”, lecz w przypadku jej syna usprawiedliwiony przez szczerość i niezłomność przekonań sprawcy, „pobożnego i cnotliwego”. Sand, dowodził de Wette, poszedł za głosem sumienia, a zatem czynił dobrze. To, co zrobił, stanowi „piękny znak czasu”. List trafił w ręce pruskiej policji, która intensywnie szukała domniemanych inspiratorów zamachu: radykalnych ideologów i zwolenników metod terrorystycznych. Pod koniec września 1819 r. de Wette został pozbawiony venia legendi i usunięty z Uniwersytetu Berlińskiego. Podejrzewanych o radykalne skłonności profesorów pruskich uczelni poddano policyjnemu nadzorowi, wśród studentów przeprowadzono aresztowania19.

Akcja, którą podjęły władze Prus, była częścią szerszej kampanii mającej przeciwdziałać szerzeniu się niebezpiecznych zdaniem rządów idei i wywrotowych dążeń politycznych. W sierpniu 1819 r. przedstawiciele kilku państw niemieckich spotkali się w Karlsbadzie (Karlowe Wary), gdzie przedyskutowano przygotowane wcześniej propozycje austriacko-pruskie. „Uchwały karlsbadzkie”, ratyfikowane 20 IX 1819 r. przez Związek Niemiecki, obok zaostrzenia cenzury wprowadzały ścisły nadzór władz państwowych nad uniwersytetami. Sprawować go mieli specjalni kuratorzy, a centralnej komisji śledczej, podległej władzom Związku Niemieckiego, powierzono zadanie zwalczania radykalnych konspiracji. Studentom zabroniono zakładania organizacji takich jak Burschenschafi (za przynależność do niego groziło usunięcie z uczelni i zakaz studiowania na terenie Związku oraz zakaz wstępowania do służby państwowej), profesorowie uznani za „demagogów” mieli stracić pracę i zostać trwale odsunięci od nauczania20.

„Uchwały karlsbadzkie” dały początek działaniom, które doprowadziły do załamania się niemieckiego ruchu studenckiego i zmieniły atmosferę na tamtejszych uczelniach. Był to ważny etap w dziejach niemieckich uniwersytetów, ale wydarzenia ówczesne nabrały też znaczenia ogólnoeuropejskiego. Władze dawały sygnał, że uniwersytet stał się dla rządów instytucją kłopotliwą, o wartości przynajmniej w pewnej mierze problematycznej: wśród profesury dostrzegano teraz groźnych rzeczników radykalizmu, studenci zaś okazywali się najwyraźniej podatni na prowadzoną przez wykładowców agitację. „Uchwały karlsbadzkie” miały oczywiście istotne bezpośrednie uwarunkowania polityczne jako produkt konserwatywnej strategii, będącej reakcją na doświadczenia okresu Rewolucji Francuskiej i Napoleona. Miały jednak również wymiar szerszy, wykraczający poza konkretne realia „epoki metternichowskiej”. Trzeba tu mówić z jednej strony o problemie politycznych konsekwencji, jakie wynikać mogły z prowadzenia badań naukowych i upowszechniania ich rezultatów, z drugiej zaś – o kwestii młodości jako specyficznej, kształtującej się dopiero kategorii społeczno-kulturowej.

Władca, który jako Franciszek II zasiadał w latach 1792–1806 na tronie cesarstwa rzymskiego, a jako Franciszek I był w latach 1804–1835 cesarzem Austrii, zasłynął swą niechęcią do „tak zwanych geniuszów i uczonych”. Powtarzał, że monarchia nie ma z nich żadnego pożytku – przeciwnie, poczynania takich ludzi bywają często szkodliwe. Cesarz chciał „dobrych, uczciwych poddanych” i wątpił, czy uczoność sprzyja bezwarunkowej lojalności wobec panującego. Nie powinniśmy lekceważyć opinii Franciszka – w prostoduszny sposób wyrażał przecież odczucia, które w jego czasach stały się powszechne w kręgach rządzących i które bynajmniej nie zanikły wraz z końcem kariery Metternicha. W 1790 r. Edmund Burke, przypatrując się początkom Rewolucji Francuskiej, przestrzegał przed nauką „zdeprawowaną niezdrowymi ambicjami”21. Niezdrowymi – to znaczy światopoglądowymi i politycznymi. Odtąd niezliczeni konserwatyści piętnowali – w formie mniej lub bardziej wyrafinowanej, nawiązując do Burke’a lub niezależnie od niego – krytyczne aspiracje ludzkiego rozumu, zapowiadając, że ich realizacja oznaczać będzie zniszczenie tradycji, upadek moralności i załamanie się porządku społecznego. Z konserwatywnego punktu widzenia idea uniwersytetu jako instytucji, której głównym zadaniem miało być nieskrępowane prowadzenie badań naukowych, budziła zatem zasadnicze obiekcje. W nauce niepoddanej kontroli widziano nośnik niszczycielskiego racjonalizmu, zagrażającego podstawowym wartościom i prowadzącego społeczeństwo ku rozpadowi.

Jednocześnie nauka była jednak użyteczna dla władzy. W końcu i cesarz Franciszek, tak niechętny uczoności, potrzebował wykwalifikowanych urzędników. Ale tego rodzaju potrzeby lepiej niż uniwersytet, jaki starał się stworzyć Humboldt, zaspokajały uczelnie typu napoleońskiego. Humboldtowski ideał, opracowany i w pewnej mierze urzeczywistniony w specyficznych okolicznościach, w atmosferze kryzysu politycznego i umysłowego fermentu, od początku musiał konkurować z czymś, co znacznie bardziej odpowiadało władzom państwowym: wzorcem wyższej szkoły zawodowej (którą można było nazywać uniwersytetem), przynoszącej konkretne korzyści i ściśle podporządkowanej państwu.

Kwestia kontroli nad uniwersytetami tym bardziej przyciągała uwagę sfer rządzących, im częściej dochodzono do przekonania, że młody wiek studentów może sam w sobie stanowić zagrożenie dla ładu, którego strzegły władze. Poczucie takie rodziło się w atmosferze upowszechniającego się wśród studiującej młodzieży romantycznego pojmowania specyfiki młodości. Maria Janion pisze o „gorączce romantycznej”:

Młodość uświadomiona jako młodość stała się zasadniczym wyznacznikiem zupełnie nowej sytuacji społecznej i literackiej [...]. Młodość romantyczna, traktowana nie tyle jako kategoria biologiczna bądź też socjologiczna, ile jako konstrukcja ideologiczna, jako rękojmia autentyczności, „prawdy życia”, niosła w sobie możliwość intensywnej rewaloryzacji wszystkich wartości przez romantyzm najwyżej cenionych. [...] W procesie samouświadamiania się młodości jako wyodrębnionego stanu i skupienia egzystencji – stanu wzniosłości i zapału oraz skupienia najwyższych wartości moralnych – poważną rolę odegrało rozpadanie się tradycyjnej rodziny i kształtowanie się nowych więzi – przyjaźni, koleżeństwa, braterstwa – i to częstokroć w nowym otoczeniu, to znaczy otoczeniu miejskim, bardziej sprzyjającym swobodzie myślenia i działania. Wychodząc spod kontroli i kurateli rodziny, a czasem nawet wypowiadając jej otwartą walkę jako systemowi uwięzienia, niewolnictwa, przykucia, a co najmniej już ograniczenia i filisterstwa, romantycy mogli kultywować pokrewieństwa z wyboru, a nie z przymusu22.

Buntując się przeciwko ustalonym autorytetom, tworzono „sprzysiężenia młodzieńców”.

Tego rodzaju skłonności – nawet jeśli pozbawione były otwarcie politycznego wydźwięku – musiały niepokoić władze. Niejeden ze starszych wiekiem konserwatywnych obserwatorów młodzieży dochodził do wniosku, że akty terroru takie jak zabójstwo Kotzebuego to działania, które nie mają jedynie wymiaru indywidualnego. Nie powinno się, mówiono, uważać ich za świadectwo zbrodniczych skłonności jednostek lub jednostkowego szaleństwa – widzieć w nich należy raczej przejaw niepokojących przemian, jakich doświadcza młode pokolenie. Tego rodzaju niepokoje konserwatystów miały charakter ogólnoeuropejski, a tam, gdzie dochodziło do ostrych konfliktów politycznych, opinia o radykalnych sympatiach studentów z reguły się potwierdzała. Kajetan Koźmian, literat i wyższy urzędnik państwowy, tak wspominał sytuację w Królestwie Polskim przed wybuchem powstania listopadowego:

Mnożyła się niespokojna, nierozważna, burzliwa młodzież po biurach, po akademiach, po szkołach, zwłaszcza jakby na przekór rozsądnemu systematowi zaczęto w Akademii wykładać młodzieży konstytucję i że tak powiem, polityka przez usta teoretycznych, a często liberalizmem zagorzałych profesorów weszła do sal naukowych i katedrę osiadła. Już odtąd nie ojców przekonanie, nie ojców powaga kierowała umysłami dzieci, lecz dzieci przywłaszczyły sobie prawo być stróżami patriotyzmu według swoich wyobrażeń urojonych o ojcach. Wkrótce zmowy, asocjacje po szkołach i w Akademii pod pozorem naukowych celów rozkrzewiły się [...]23.

Połączenie „burzliwości” młodych i polityki, która „katedrę osiadła”, stało się głównym przedmiotem konserwatywnej krytyki środowisk uniwersyteckich. Z dzisiejszej perspektywy można dostrzec, że niepokój młodzieży i jej radykalne skłonności miały głębokie, strukturalne podstawy. Zjawiskiem, które powszechnie towarzyszy nabierającej tempa modernizacji, jest względny nadmiar ludzi wykształconych. Względny, to znaczy wynikający z zestawienia liczby tych ludzi z możliwościami wykorzystania ich kwalifikacji. Okazuje się, że edukacja na poziomie średnim i wyższym czyni z reguły szybsze postępy niż gospodarka i całość cywilizacyjnej infrastruktury danego kraju. Odnosi się to zwłaszcza do wyższego wykształcenia, zdobywanego na uczelniach krajowych i zagranicznych. Absolwenci szkół wyższych z trudem znajdują pracę odpowiadającą ich oczekiwaniom. Studia, poszerzając horyzonty intelektualne, zwiększają także aspiracje życiowe: ten, kto studiował, pragnie materialnej gratyfikacji i społecznego uznania, często chce też udzielać się w sferze publicznej. Frustracja, wynikająca z niezaspokojenia tych oczekiwań, może mieć rozmaite konsekwencje – jedną z nich jest radykalizm polityczny24.

Uniwersytet i samodzierżawie

Napięcia związane z XIX-wiecznym rozwojem uniwersytetów silnie zaznaczyły się w Imperium Rosyjskim. Przypadek ten jest rzecz jasna szczególnie interesujący z polskiego punktu widzenia, ponieważ w XIX stuleciu Rosja wywierała przemożny wpływ na edukacyjne możliwości mieszkańców znacznej części ziem dawnej Rzeczypospolitej.

Początki rosyjskich uniwersytetów sięgają panowania cara Piotra I, który w 1724 r. założył Akademię Nauk i ściśle z nią związany Uniwersytet Akademicki. O szkole tej pisze się jednak – być może z pewną przesadą – że jako sztuczny twór wiodła żywot „mizerny i groteskowy” („Siedemnastu profesorów sprowadzonych z Niemiec w braku rosyjskich studentów zapraszało do siebie słuchaczy niemieckich, ponieważ jednak przychodziło ich jedynie ośmiu, profesorowie byli zmuszeni uczestniczyć w wykładach kolegów, aby wypracować pensum”)25. Solidniejsze podstawy miał powstały w 1755 r. Uniwersytet Moskiewski. Przełomowe znaczenie przypadło jednak dopiero przeprowadzanym na początku XIX w. reformom Aleksandra I. Nawiązując głównie do wzorców niemieckich, stworzono wtedy czterostopniowy system szkolnictwa – stopień czwarty, najwyższy, stanowiły uniwersytety, obdarzone autonomią, która obejmowała prawo wyboru rektorów i dziekanów. Ustalono, że na terenie Imperium działać powinno 6 uniwersytetów. Do Uniwersytetu Moskiewskiego dołączyły zatem kolejne: w 1802 r. założono niemieckojęzyczną uczelnię w Dorpacie, w 1803 r. – polski uniwersytet w Wilnie (w obu tych przypadkach nawiązywano do wcześniejszych, nierosyjskich tradycji akademickich), w 1804 r. powstał uniwersytet w Kazaniu, a w 1805 r. – w Charkowie. W Petersburgu utworzono instytut pedagogiczny, który stał się uniwersytetem w 1819 r.

6. Budynki Uniwersytetu Moskiewskiego, akwarela, 1798

Powstanie rosyjskich uniwersytetów było nierozerwalnie związane z potrzebami państwa mającego silne ambicje mocarstwowe, jednocześnie zaś zmagającego się z trudnym do przezwyciężenia zapóźnieniem cywilizacyjnym. Położenie, w jakim znajdowały się rosyjskie uniwersytety, zależało ściśle od przebiegu tak znamiennego dla dziejów Imperium cyklu następujących po sobie okresów polityki reformatorskiej i zachowawczo-reakcyjnej. W okresie panowania rygorystycznego konserwatysty Mikołaja I uczelnie zostały poddane narastającej kontroli ze strony władz i w 1835 r. utraciły autonomię. Gdy następca Mikołaja, Aleksander II, podjął próbę modernizacji Rosji, zmieniła się także sytuacja szkolnictwa wyższego. Ustawa z 18 VI 1863 r. przywracała autonomię uniwersytetów, chociaż jednocześnie przyznawała administracji państwowej możliwość nadzoru nad poczynaniami władz uczelni. W nadchodzących latach rząd dążył do wzmocnienia tego nadzoru, czego rezultatem była m.in. ustawa z 1884 r., ponownie znosząca uniwersytecką autonomię. Imperialny establishment wyraźnie obawiał się destabilizującego oddziaływania uniwersytetu; niechęć do kłopotliwej instytucji łagodziło tylko przeświadczenie, że państwo, które chce być prawdziwym mocarstwem, nie może zaniedbywać kształcenia na wysokim poziomie. Władze państwowe chciały zatem, aby z uniwersytetu wychodzili dobrzy fachowcy i lojalni poddani. Tymczasem większość profesury marzyła o niezależności uczelni od państwa i pielęgnowała Humboldtowski ideał nieskrępowanych badań. Przez dłuższy czas w dyskusjach, jakie toczono w środowiskach uniwersyteckich, nie pojawiały się wątki polityczne. Dopiero po rewolucji 1905 r., wraz z osłabnięciem systemu carskiego samowładztwa, polityka w widoczny sposób weszła na teren rosyjskich uczelni26.

Nowe wyzwania

Dochodzimy tu już jednak do okresu, w którym obraz życia europejskich uniwersytetów zmienił się zasadniczo w porównaniu z początkiem stulecia. Pod koniec XIX w. Humboldtowski wzorzec uniwersytetu upowszechnił się na dobrą sprawę w całej Europie, choć proces tego upowszechniania był powolny, a wyniki nie musiałyby zadowolić samego Humboldta. Już wczesne dzieje Uniwersytetu Berlińskiego dowodziły, że niełatwo wcielić w życie ideał bezinteresownego poszukiwania prawdy i swobodnego kształtowania osobowości. Rosyjskie napięcia w stosunkach między władzami państwowymi a środowiskami uniwersyteckimi były szczególnie silne ze względu na ustrojową specyfikę Imperium i jego cywilizacyjne zacofanie, ale stanowiły wyostrzony przejaw zjawiska ogólnoeuropejskiego.

Z postulatów, które przedstawił Humboldt, niewątpliwy sukces odniosła koncepcja uniwersytetu badawczego. XIX-wieczny rozwój nauki dokonywał się w znacznej mierze w uniwersyteckich ramach instytucjonalnych. Także francuski system szkolnictwa wyższego – który, jak wiemy, w swym kształcie z początku stulecia zakładał rozdział badań i nauczania – zbliżał się stopniowo do wzorca niemieckiego. Od lat 30. XIX w. we Francji narastała krytyka napoleońskiego modelu edukacji i przynosiła z wolna konkretne rezultaty. W 1868 r. utworzono pierwsze cztery sekcje École pratique des Hautes Études, instytucji łączącej dwie oddzielane wcześniej dziedziny; nauczaniem zaczęły zajmować się także wyspecjalizowane instytuty badawcze. Głosy krytyczne wobec francuskiej tradycji edukacyjnej przybrały na sile po klęsce w wojnie z Prusami w latach 1870–1871 – powodów militarnej przewagi przeciwnika dopatrywano się m.in. w wyższości prusko-niemieckiego systemu nauczania. W 1896 r. przywrócono uniwersytecką strukturę szkolnictwa wyższego, łącząc ze sobą funkcjonujące dotąd odrębnie wydziały i nadając odtworzonym uniwersytetom autonomię27.

Koncepcja uniwersytetu badawczego cieszyła się uznaniem ze względu na swą naukowo-edukacyjną skuteczność. Nie oznaczało to jednak zwycięstwa neohumanistycznych ideałów Humboldta. Twórca Uniwersytetu Berlińskiego myślał o edukacji elitarnej i niedającej bezpośrednich, konkretnych korzyści, tymczasem w miarę upływu czasu uniwersytety podlegały coraz silniejszej presji praktycznych potrzeb. Rządzący od dawna chcieli sprawnych urzędników, a w interesującym nas teraz okresie potrzeby aparatów państwowych stale rosły. Modernizujące się społeczeństwa potrzebowały coraz więcej nauczycieli i lekarzy. W drugiej połowie XIX w. uwidocznił się też nowy, niezmiernie istotny czynnik: zaczęto zdawać sobie jasno sprawę z zależności między rozwojem nauki a postępem technicznym i wzrostem gospodarczym. O ile w początkowych fazach uprzemysłowienia wybitni wynalazcy bywali ludźmi skromnie wykształconymi, którzy swoje osiągnięcia zawdzięczali praktycznym zawodowym umiejętnościom i odpowiedniemu doświadczeniu, o tyle później ekspansja nowoczesnej techniki nierozłącznie związała się z ustaleniami nauk ścisłych i przyrodniczych. Rozkwit tych nauk wynikał w znacznej mierze z technicznej i gospodarczej użyteczności wyników badań. Pod koniec XIX w. widać było, że rosnący zakres praktycznych zastosowań nauki stawia uniwersytet wobec niełatwych do rozwiązania problemów.

Odczuły to wyraźnie uczelnie niemieckie, cieszące się znakomitą renomą w innych krajach i często uznawane za wzór. Rozwój przyrodoznawstwa i postęp techniki sprawiły, że zaczęto odczuwać potrzebę organizowania pozauczelnianych ośrodków naukowych. W 1887 r. utworzono w Berlinie Physikalisch-Technische Reichsanstalt – zadaniem tej instytucji było prowadzenie zespołowych badań w dziedzinie nauk przyrodniczych i technicznych. W 1911 r. powołano do życia Kaiser-Wilhelm-Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften – ciało mające nadzorować działalność całej sieci wyspecjalizowanych instytutów badawczych (Kaiser-Wilhelm-Institute). Te ambitne przedsięwzięcia organizacyjne zrodziły się z poczucia, że uniwersytety nie będą w stanie podołać zadaniom, jakie wyznaczali sobie niemieccy naukowcy i jakie stawiały przed niemiecką nauką polityczne i gospodarcze elity Rzeszy. Kwestia rozwoju badań była tu rozpatrywana w kontekście mocarstwowych ambicji państwa, które stawało się światową potęgą na polu osiągnięć cywilizacyjnych, określających potencjał gospodarczy i możliwości militarne, Niemcy chcieli teraz rywalizować nie tylko z Wielką Brytanią i Francją, lecz także z USA. Tendencja do tworzenia odrębnych instytutów badawczych zaznaczyła się również poza Niemcami: w 1902 r. w Teddington pod Londynem otwarto National Physical Laboratory, a w środowiskach fizyków z wielu krajów odzywały się głosy poparcia dla takich inicjatyw.

Problemy uniwersytetów wynikały również ze wzrostu liczby studentów oraz z ewolucji ich oczekiwań wobec uczelni. Wraz z powiększaniem się studenckich społeczności ich skład stopniowo się demokratyzował. Na studia szła stale w większości młodzież z rodzin zamożnych i kulturowo uprzywilejowanych, ale z upływem czasu rósł udział studentów skromniejszego pochodzenia. Ci ostatni znacznie częściej niż ich dobrze sytuowani koledzy szukali na uniwersytecie przede wszystkim kwalifikacji praktycznych, „dających chleb”. Także z tej strony uczelnie odczuwały zatem presję, aby zwiększyć znaczenie dydaktyki przekazującej wiedzę bezpośrednio użyteczną – wpływało to na dobór przedmiotów i programy studiów.

Na przełomie XIX i XX w. wśród poszukującej „solidnego fachu” młodzieży wielką popularnością cieszyły się wyższe szkoły techniczne. We Francji rozwinęła się tradycja elitarnych szkół inżynierskich: najbardziej szacowny przykład to założona w okresie Rewolucji paryska Politechnika, do której dołączały uczelnie takie jak powstała w 1829 r., również w Paryżu, École Centrale des Arts et Manufactures. Były to placówki stojące na wysokim poziomie naukowym, miały wybitnych absolwentów i cieszyły się dużym prestiżem. W innych krajach europejskich szkół technicznych przez dłuższy czas nie ceniono zbyt wysoko. Wraz ze wzrostem znaczenia nowoczesnej techniki inżynierowie coraz intensywniej zabiegali o podwyższenie statusu swoich uczelni, lecz zadanie to nie należało do łatwych. Humboldtowski ideał bezinteresownego poszukiwania wiedzy był na uniwersytetach realizowany w sposób połowiczny (i pewnie nie mogło być inaczej), ale może tym bardziej uniwersytecki establishment podkreślał jego znaczenie i lekceważył szkoły, w których programowo przekazywano umiejętności praktyczne. Presja społecznych realiów sprawiła jednak, że u progu XX w. w większości krajów europejskich wyższe szkoły techniczne osiągnęły status porównywalny z uniwersytetami.

Uniwersytet i państwo

7. Max Weber

Rozwój uniwersytetów oznaczał rozrost ich struktury instytucjonalnej, profesjonalizację badań, nauczania i zarządzania, słabnięcie znaczenia czynnika religijnego w życiu uniwersyteckim. To jeden z przejawów Weberowskiego „odczarowania świata” – głębokich, długofalowych procesów racjonalizacji i sekularyzacji, uprzemysłowienia i biurokratyzacji. W 1917 r. Max Weber wygłosił w Monachium odczyt Wissenschaft als Beruf (Nauka jako zawód i powołanie). Wykład ten, opublikowany w 1919 r., stał się jedną z najbardziej znanych analiz stanu nauki, środowiska naukowego i uniwersytetu jako instytucji na przełomie XIX i XX w. Weber podkreślał, że niemieckie uczelnie podlegają „amerykanizacji”, czyli upowszechnianiu się kapitalistycznych i biurokratycznych wzorców organizacyjnych.

Proces ten jest w pełnym toku. Techniczne korzyści są niewątpliwe, tak jak we wszelkich kapitalistycznych, a zarazem zbiurokratyzowanych przedsiębiorstwach. „Duch” jednak, który w nich rządzi, różny jest od historycznej atmosfery niemieckiego uniwersytetu. Profesora zwyczajnego w starym stylu dzieli ogromna przepaść od szefa wielkiego kapitalistycznego przedsiębiorstwa, jakim stał się uniwersytet, tak wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Odnosi się to również do jego wewnętrznego nastawienia. [...] Dawny ustrój uniwersytetu stał się więc zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie, fikcją28.

Profesorowie zwyczajni, o których wspomina Weber, to najbardziej prominentna kategoria członków niemieckiego środowiska uniwersyteckiego. Po blisko stu latach badacz dziejów inteligencji napisze ze swadą (i być może nie bez nostalgii):

Wszystkie swoje obowiązki profesor uniwersytecki wykonywał otoczony nimbem półboga: jeśli kogoś można uznać za niemieckiego „mandaryna”, to właśnie jego. Ordinarius nie otrzymywał mianowania, lecz był powoływany jak pastor – do celebry w świątyni wiedzy. Wszystko wzmacniało tę aurę – togi, rzadkie godziny przyjęć, cały habitus pielęgnowany w przestrzeni publicznej i w domu29.

Profesor zwyczajny był wysokiej rangi urzędnikiem państwowym, a piastowane stanowisko przynosiło mu – obok szczególnego prestiżu – wysokie dochody. Na przełomie XIX i XX w. wynosiły one w Prusach przeciętnie ok. 12 tys. marek rocznie, podczas gdy nauczyciel szkoły podstawowej zarabiał ok. 1,5 tys. marek. Profesorscy gwiazdorzy dochodzili nawet do 40 tys. – z opłat za dodatkowe wykłady i egzaminy oraz tantiem z publikacji30.

Niemieccy profesorowie, wysoko cenieni i wysoko opłacani przez państwo, byli od tego państwa w znacznej mierze zależni. Uniwersytecka autonomia, chociaż jej zakresu nie należy lekceważyć, miała wyraźne ograniczenia. Jak pisał Weber: „Wielkie instytuty medyczne czy przyrodnicze są kapitalistycznymi przedsiębiorstwami państwowymi. Nie można nimi zarządzać bez ogromnych środków rzeczowych”31. Jeśli zatem uczelnie, korzystając ze swego samorządu, mogły decydować o kierunkach badań oraz treści nauczania, to państwo dysponowało tu odpowiednimi środkami nacisku: od mechanizmów finansowania po system państwowych egzaminów, które musieli zdawać absolwenci, chcąc uzyskać uprawnienia zawodowe. Weber przekonywał, publicystycznie wyostrzając swoją ocenę, że „dawny ustrój” uniwersytetu stał się w tych warunkach fikcją. Mniej kategorycznie zabrzmi późniejsza o prawie 60 lat opinia Tomasa Nipperdeya: „[...] państwo i samorząd istniały niepewnie obok siebie i we wzajemnej opozycji”32.

W realiach II Rzeszy zależność od państwa miała dla uniwersyteckich elit wystarczająco dużo dobrych stron, aby większość profesury akceptowała ją bez większych zastrzeżeń33. Taka akceptująca postawa rzadziej występowała w okresie poprzedzającym sukcesy Bismarcka. Niepokoje na uniwersytetach, stłumione w dobie „uchwał karlsbadzkich”, odradzały się nie tylko w kręgach studenckich, ale i wśród części wykładowców. „Rozpolitykowany profesor”, rzecznik idei liberalnych, stał się jedną z postaci symbolizujących niemiecką Wiosnę Ludów. Załamanie ówczesnych dążeń było jednak bolesnym ciosem dla politycznych ambicji profesury:

Achtundachtzig Professoren:

Vaterland, Du bist verloren.

Rymowanka – jej autorstwo przypisywano Bismarckowi – która odnosiła się do obradującego w latach 1848–1849 we Frankfurcie nad Menem Ogólnoniemieckiego Zgromadzenia Narodowego, powtarzana jest do dziś w różnych wersjach przez ludzi wątpiących w to, czy naukowcy powinni uprawiać politykę. Dzieje parlamentu frankfurckiego, podobnie jak całokształt wydarzeń Wiosny Ludów, stały się dla wielu argumentem na rzecz tezy, że profesorowie nie mają talentów politycznych. Jakkolwiek by oceniać taką opinię, trzeba powiedzieć, że brak sukcesów obozu liberalnego przyczynił się znacznie do osłabienia nastrojów opozycyjnych na uniwersytetach. Reszty dopełniły zwycięstwa Bismarcka, polityczno-cywilizacyjne osiągnięcia II Rzeszy i uprzywilejowana pozycja, jaką cieszyły się w tym państwie profesorskie elity. Kiedy nadeszła I wojna światowa, nauczyciele akademiccy przemówili językiem mocarstwowego nacjonalizmu.

W październiku 1914 r. opublikowano oświadczenie, w którym pracownicy wyższych uczelni Rzeszy podkreślali, że „duch nauki niemieckiej” łączy się ściśle z „duchem pruskiego militaryzmu”:

Armię niemiecką przenika ten sam duch co naród niemiecki. Armia i naród stanowią jedność, również my należymy do tej jedności [...] Wierzymy, że cała kultura Europy zależy od zwycięstwa „militaryzmu” niemieckiego, hartu męskiego, wierności oraz odwagi zgodnego i wolnego narodu niemieckiego.

Erklärung der Hochschullehrer des Deutschen Reiches opracował wybitny znawca kultury antyku Ulrich von Wilamowitz-Moellendorff, podpisało ten tekst ponad 4 tys. wykładowców34.

Manifest Wilamowitza-Moellendorffa można uznać za naruszenie zasad, które w środowiskach kultywujących ideał uniwersytetu humboldtowskiego uważano za fundamentalne. Ideę bezstronnego poszukiwania prawdy trudno pogodzić z apologią wojującego nacjonalizmu. Jak się wydaje, niemiecka profesura przekraczała w tym momencie granicę, poza którą zaczynał się proces upadku nauki pojmowanej jako dziedzina niezależnego poznawania oraz destrukcji uniwersytetu jako instytucji będącej ośrodkiem takiej aktywności35. Granica, o której mowa, nie była jednak i nie mogła być precyzyjnie wyznaczona.

Na przełomie wieków państwo mocno wiązało ze sobą uniwersytet, wyznaczając mu istotne zadania. Przypadek niemiecki może przyciągać szczególną uwagę ze względu na renomę tamtejszych uczelni z jednej strony i polityczne koleje losów Niemiec z drugiej, ale wprzęgnięcie uniwersytetu w tryby państwowej machiny to zjawisko ogólnoeuropejskie. Najsłabiej zaznaczało się ono w Wielkiej Brytanii – o czym za chwilę – jednak również na gruncie brytyjskim koniec stulecia przyniósł wzmocnienie związków między państwem a placówkami uniwersyteckimi. W Europie coraz wyraźniej przekonywano się o gospodarczej i militarnej użyteczności nauk ścisłych i przyrodniczych, natomiast nauki humanistyczne i społeczne stały się wsparciem dla prowadzonych przez establishment działań propagandowo-wychowawczych. Dokonała się tu istotna zmiana, gdyż w pierwszej połowie XIX w. humanistyka bywała często postrzegana przez koła rządzące jako źródło politycznej nieprawomyślności. Naukę łaciny i greki uważano wprawdzie za ćwiczenie korzystnie dyscyplinujące umysły, lecz filozofia i historia budziły poważne zastrzeżenia36. W drugiej połowie stulecia tę nieufność, czy nawet niechęć, zaczęło zastępować przeświadczenie, że humanistyka może wspomagać władze w działaniach na rzecz społecznego ładu. Szczególna rola przypadała pod tym względem historii. W całej Europie badania historyczne przybierały kształt „historiografii narodowych”, uznających naród za podmiot dziejów, a warstwy rządzące stopniowo przekonywały się, że nacjonalizm to skuteczne narzędzie integracji i mobilizacji społeczeństwa.

Uniwersytety angielskie

Nie wspominałem dotąd o tym, co działo się w XIX w. z uniwersytetami w Wielkiej Brytanii. Skupię się teraz na uczelniach angielskich, one bowiem podlegały wtedy szczególnie ciekawym zmianom. Oksford, Cambridge („Oksbridge”), a także Trinity College w irlandzkim Dublinie wchodziły w interesujący nas okres jako instytucje o charakterze religijnym, ze średniowieczną strukturą korporacyjną i właściwymi sobie, tradycyjnymi metodami nauczania. Historyk Edward Gibbon, który trafił do Oksfordu w 1752 r. i spędził tam 14 miesięcy, pisał później, że był to pobyt całkowicie jałowy i bezużyteczny. Uniwersytety w Oksfordzie i Cambridge uważał za produkt „ciemnych wieków fałszywej i barbarzyńskiej nauki”37. Opinia Gibbona, która zyskała sobie dużą popularność, była trochę niesprawiedliwa, ale zdominowany przez anglikański kler Oksbridge nie bez powodu ściągał na siebie ostrą krytykę ze strony ludzi Oświecenia. W uczelniach tych istotnie panowała atmosfera upartego tradycjonalizmu. Uniwersytety brytyjskie różniło od kontynentalnych to, że w znacznie większym stopniu pozostawały niezależne od państwa. Miały swoje własne dochody, a w warunkach ustrojowych Wielkiej Brytanii rządy nie interesowały się specjalnie sprawami uniwersyteckich korporacji. Uczelnie nie musiały zatem ulegać państwowej presji, co z jednej strony mogło cieszyć obrońców korporacyjnych wolności, z drugiej zaś nie skłaniało do kwestionowania akademickiej tradycji, która zdaniem wielu nowatorów uległa już zupełnej mumifikacji.

8. Uniwersytet Oksfordzki, Magdalen College

Nie znaczy to, że brytyjskie szkolnictwo wyższe pozbawione było bodźców modernizacyjnych. Byłoby chyba rzeczą dziwną, gdyby głębokie przemiany cywilizacyjne, jakie zachodziły na Wyspach Brytyjskich, nie miały następstw w dziedzinie edukacji uniwersyteckiej. W latach 1832–1905 do 7 uniwersytetów, które dotąd istniały w Wielkiej Brytanii, dołączyło 13 nowych uczelni. Powstawały z inicjatywy lokalnej, przeważnie w dużych miastach, a ich struktura wewnętrzna i program nauczania wychodziły naprzeciw potrzebom rosnącej w siłę klasy średniej. Na gruncie brytyjskim mocno zakorzeniła się tradycja uniwersytetu jako elitarnego zakładu wychowawczego: uczelnie – na czoło wysuwały się tu Oksford i Cambridge – miały przede wszystkim przygotowywać do życia przyszłych członków establishmentu. Podstawę programu studiów na „starych” uniwersytetach stanowiły wiedza o antyku (Classics) i matematyka, uznawane za instrumenty, które w odpowiedni sposób kształtują nie tylko umysł, lecz także charakter młodzieńców powołanych do kierowania krajem. Skupiając się na wychowywaniu tradycyjnej elity społecznej, mniej myślano o badaniach naukowych, jeszcze mniej zaś o tym, co mogło interesować przedsiębiorców i specjalistów związanych z nowoczesnymi sektorami gospodarki. „Nowe” uniwersytety były silniej związane z nowoczesną praktyką, reformowano w nich też metody nauczania38.

Zmiany zaczęły jednak docierać również do Oksbridge. Duże znaczenie miało w tym przypadku oddziaływanie uniwersytetów niemieckich, widoczne od lat 30. XIX w. Respekt Anglików budziły zwłaszcza niemieckie osiągnięcia w zakresie studiów nad starożytnością, od dawna cieszących się szczególnym uznaniem w Oksfordzie i Cambridge; stopniowo kontynentalne wpływy zaznaczały się również w innych dziedzinach uniwersyteckiego nauczania. Pod koniec stulecia w kolegiach Oksbridge powszechnie akceptowano już zasadę, że na uniwersytecie edukacja powinna łączyć się z badaniami39. Uczelnie niemieckie stanowiły pod tym względem wzorzec, któremu niełatwo było dorównać.

Nowe tendencje w życiu uniwersyteckim Wielkiej Brytanii cechował jednak w znacznej mierze pragmatyzm dość odległy od ideału Humboldta. Ciekawy był tu głos postaci wybitnej, wpływowej, choć na gruncie brytyjskim zajmującej pozycję szczególną. John Henry Newman, teolog i filozof, słynny konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm (od 1879 r. kardynał), zaangażował się w połowie stulecia w tworzenie katolickiego uniwersytetu w Irlandii. W 1852 r. wygłosił w związku z tym serię wykładów wydanych następnie drukiem w kilku przeredagowywanych wersjach – ostatnia z nich, uznana za ostateczną, ukazała się w 1889 r.40 W swej książce zatytułowanej Idea uniwersytetu Newman przekonywał, że uniwersytet to „miejsce nauczania uniwersalnej wiedzy”:

Oznacza to, z jednej strony, cel intelektualny, a nie moralny tej instytucji; z drugiej zaś, raczej komunikowanie i szerzenie wiedzy niż jej postęp. Gdyby celem były odkrycia naukowe i filozoficzne, nie widzę, dlaczego uniwersytet miałby przyjmować studentów; gdyby tym celem była formacja religijna, nie widzę, jak miałby być ośrodkiem kultury humanistycznej i nauk ścisłych41.

Filozof i matematyk Bertrand Russell (potomek starej rodziny arystokratycznej, wnuk dwukrotnego premiera Wielkiej Brytanii), jeden z twórców XX-wiecznej logiki matematycznej, rozpoczął studia w Cambridge w 1890 r. Spotkał tam ludzi wybitnych, by wymienić tylko Alfreda N. Whiteheada, który był jego nauczycielem, a następnie przez pewien czas współpracownikiem. Niemniej jednak w wydanej u schyłku długiego życia Autobiografii Russell bez wielkiego entuzjazmu oceniał naukową ofertę macierzystej uczelni: „Dopiero kiedy opuściłem Cambridge i zacząłem przebywać za granicą, dowiedziałem się, czego powinni mnie byli nauczyć podczas moich trzech lat studiów”42. Wspominając swoją pierwszą podróż do Stanów Zjednoczonych, którą odbył w 1896 r., pisał: „Kontakty z Amerykanami ze sfer akademickich, zwłaszcza matematykami, uświadomiły mi wyższość Niemiec nad Anglią nieledwie we wszystkich zagadnieniach akademickich”43.

Tempo zmian na uniwersytetach brytyjskich zwiększyło się pod koniec wieku. Oksbridge przechodził reformy, które oznaczały częściowe zerwanie z tradycją, sekularyzację i pewną demokratyzację, chociaż uczelnie te zachowały elitarny charakter. W latach 70. parlament zmusił Oksford i Cambridge do przyjmowania na studia nieanglikanów i kobiet; wykładowcom zaczęto zezwalać na zawieranie małżeństw; kariery uniwersyteckie, dotychczas traktowane często jako krótkotrwały epizod życiowy, stały się stabilniejsze. Zwiększyła się liczba studentów, a zakres wykładanych przedmiotów rozszerzył się poza Classics i matematykę, obejmując nauki przyrodnicze, prawo, historię i języki nowożytne. W 1874 r. otwarto w Cambridge Cavendish Laboratory – placówka ta przekształciła się wkrótce w znakomity ośrodek badawczy w dziedzinie fizyki.

Oksford i Cambridge czekała jeszcze piękna przyszłość, tymczasem jednak głębsze przemiany miały miejsce poza nimi, w wielkich miastach, gdzie powstawały i rozwijały się uniwersytety świeckie, praktycznie ukierunkowane i przyciągające klasę średnią. W 1898 r. Uniwersytet Londyński (University of London), istniejący od 1836 r. jako luźna federacja 2 stołecznych uczelni, otrzymał statut centralizujący jego strukturę i w następnych latach szybko się rozrastał. „Nowe” uniwersytety były teraz w większym stopniu finansowane przez państwo (poziom tego państwowego finansowania pozostawał jednak niższy niż na kontynencie)44.

Wkraczając w XX wiek, brytyjskie środowiska akademickie odwoływały się stale do 2 tradycji. W Oksbridge dostosowywano się do wymogów „ducha czasu”, ale tylko w takiej mierze, w jakiej było to konieczne. Dominował tam zatem nadal ideał kształcenia elity, obrony wyższych wartości i separowania się od wszystkiego, co uznawano za trywialne. Można powiedzieć, że większość uczonych z Oksfordu i Cambridge uznawała swe kolegia za pewną odmianę ekskluzywnego klubu, który powinien czujnie strzec niezależności zarówno od państwa, jak i od reszty społeczeństwa45. Inna atmosfera panowała na uczelniach o krótszym rodowodzie, bardziej otwartych na potrzeby modernizującego się i demokratyzującego społeczeństwa. O ile w Oksbridge kultywowano wzorzec osobowy akademickich mistrzów (dons), wyrafinowanych erudytów i strażników kultury elitarnej, o tyle na „nowych” uniwersytetach ważny stawał się etos wysoko wykwalifikowanych specjalistów (professionals): prawników, lekarzy, nauczycieli, inżynierów46.

Uniwersytet i kobiety

Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak w innych państwach Zachodu pod koniec XIX w. na uniwersytetach zaczęły studiować kobiety. Aby mogły to robić, trzeba było przełamywać mocno utrwalone nawyki mentalne i obyczajowe. XIX-wieczna kultura mieszczańska wyznaczała kobiecie ściśle określone role społeczne: żony i matki, „strażniczki domowego ogniska”47. Nagminnie powątpiewano w intelektualne możliwości „płci pięknej”. Autorytety medyczne utrwalały potoczne wyobrażenia, powtarzając, że kobieca psychika określana jest przez sferę seksualną: układ rozrodczy miał decydować o wrodzonej wrażliwości oraz fizycznej i umysłowej słabości. W zdominowanym przez mężczyzn społeczeństwie dziewczęta z warstw wyższych i średnich wdrażano do wypełniania przyszłych obowiązków rodzinnych i starano się chronić przed „brudami życia”. Wyjście młodej kobiety z rodzinnego kręgu i podjęcie samodzielnej pracy umysłowej uważano na ogół za niebezpieczny nonsens. Zakładano, że intelektualne pożytki studiowania to fikcja, realna jest natomiast możliwość moralnego upadku.

Koniec stulecia był już jednak okresem modyfikowania, czasem zaś odrzucania dotychczasowych zasad. Emancypacyjne dążenia kobiet, coraz wyraźniej występujące w niektórych przynajmniej środowiskach, stawały się czynnikiem trudnym do zlekceważenia. Przełamywanie edukacyjnych restrykcji zaznaczyło się wyraźnie w latach 90., chociaż pierwsze decyzje w tej dziedzinie podejmowano wcześniej, a cały proces formalnego równouprawnienia nie zakończył się do wybuchu I wojny światowej. Przemiany dokonywały się stopniowo, w atmosferze konfrontacji między ich zwolennikami i przeciwnikami. W 1869 r. brytyjski filozof, wybitny rzecznik liberalizmu John Stuart Mill wydał traktat Poddaństwo kobiet. Dowodził w nim, że połowa rodzaju ludzkiego znajduje się w stanie niewolniczej zależności od drugiej połowy:

Kobiety są dzisiaj jedynymi osobami, których bunt przeciwko ustanowionemu porządkowi uważa się za tak zuchwały, jak dawniej roszczenie poddanego do prawa, by mógł powstać przeciw swojemu królowi. Kobieta przyłączająca się do jakiegokolwiek umysłowego ruchu, którego mąż jej nie podziela, staje się męczennicą. Nie może być apostołem, ponieważ mąż legalnie może położyć tamę jej apostolstwu48.

Kiedy Oksbridge, twierdza akademickiego tradycjonalizmu, ugiął się pod zewnętrzną presją – także parlamentarną – zaowocowało to w latach 1869–1893 utworzeniem w tych 2 uczelniach 8 kolegiów dla kobiet. Dopuszczenie do studiów nie oznaczało bynajmniej pełnoprawnego statusu studenckiego. W Oksfordzie studentkom zezwolono na zdawanie egzaminów w 1884 r.; prawo zdobywania stopni naukowych w Oksbridge uzyskały kobiety po I wojnie światowej49.

Brytyjczycy nie przodowali pod względem uniwersyteckiego równouprawnienia płci, lecz nie byli też ostatni: już w latach 60. studentki pojawiły się na uniwersytetach francuskich i szwajcarskich, w Rzeszy Niemieckiej zaś doszło do tego w latach 90. Sprawa kobiecych studiów budziła w Niemczech wielkie kontrowersje – w rezultacie dopiero od 1908 r. kobiety mogły studiować na wszystkich tamtejszych uniwersytetach50. Spójrzmy na szacunki dotyczące kilku państw europejskich: w 1910 r. studentki stanowiły w Niemczech 4% ogółu studiujących, we Francji – 10%, we Włoszech – 17%, w Wielkiej Brytanii – 19%. Na uwagę zasługuje przypadek Szwajcarii, gdzie dla 1910 r. wskaźnik ten wynosił 22%, a dla lat 1903–1904 – nawet 35%. Ale tylko 10% studentek szwajcarskich uniwersytetów było Szwajcarkami, reszta to cudzoziemki przybywające przede wszystkim z Rosji, w której nie przyjmowano kobiet na uczelnie, oraz z Niemiec, gdzie w sprawie kobiecej obecności na uniwersytetach trwały przeciągające się spory51.

9. Zofia Kowalewska, fotografia z ok. 1880 r.

O ile na przełomie wieków studentki przestawały być rzadkością, o tyle wśród profesury liczebna przewaga mężczyzn była miażdżąca. Te bardzo nieliczne kobiety, które zdołały zrobić akademicką karierę, musiały wykazać się nieprzeciętnymi zdolnościami, wielką siłą charakteru i pewną dozą życiowego szczęścia. Jeszcze w latach 80. wyjątkiem była rosyjska matematyczka Zofia Kowalewska. Po studiach w Heidelbergu i Berlinie doktoryzowała się w 1874 r. w Getyndze, a w 1884 r. otrzymała profesurę nadzwyczajną na mającym liberalną renomę Uniwersytecie Sztokholmskim. W 1889 r. została tam profesorem zwyczajnym52. Z upływem czasu sytuacja zmieniała się, ale były to zmiany powolne. Postacią najwybitniejszą, symbolem kobiecych możliwości w dziedzinie nauki, stała się Maria Skłodowska-Curie, Polka studiująca i pracująca we Francji, dwukrotna laureatka nagrody Nobla, od 1906 r. pierwsza kobieta na katedrze Sorbony. Wobec licznych przeszkód, które piętrzyły się przed młodymi badaczkami, istotne wsparcie dla akademickich aspiracji stanowiły związki rodzinne: w wąskim kręgu kobiet-profesorów często spotykało się córki i żony naukowców53.

Ekspansja, elitarność, prestiż

Pod koniec XIX w. było w Europie więcej uniwersytetów niż na początku stulecia i studiowało na nich znacznie więcej osób. Ten ilościowy rozwój poprzedziło jednak załamanie związane ze wstrząsami epoki rewolucyjnej i napoleońskiej. Liczba uniwersytetów spadła ze 143 w 1789 r. do 83 w roku 1815, aby podnieść się do 98 w połowie wieku. W 1800 r. było w Europie około 80 tys. studentów; szacunki dla lat 40. również mówią o 80 tys. studiujących (i 5 tys. profesorów). W następnych dziesięcioleciach liczby te znacznie wzrosły. Pod koniec lat 30. XX w. w Europie – bez europejskiej części ZSRR – na około 200 uniwersytetach studiowało mniej więcej 600 tys. studentów i pracowały 32 tys. nauczycieli akademickich (jeśli uwzględnimy europejską część ZSRR, gdzie sytuacja uniwersytetów była specyficzna, będziemy mieli 800 tys. studentów)54. Mimo to wykształcenie uniwersyteckie pozostawało dobrem elitarnym jeszcze w okresie między wojnami światowymi i dopiero epoka powojenna przyniosła pod tym względem zasadniczą zmianę.

Elitarność XIX-wiecznego uniwersytetu to pochodna ówczesnych nierówności społecznych. Procesy demokratyzacyjne posuwały się naprzód, lecz na przełomie XIX i XX w. społeczeństwa europejskie były wciąż wyraźnie podzielone wewnętrznie i silnie zhierarchizowane. Wykształcenie uniwersyteckie stanowiło domenę warstw średnich i wyższych, epoka rzeczywiście masowych studiów miała nadejść w dość odległej jeszcze przyszłości. W ograniczonych społecznie ramach dokonywał się jednak wyraźny wzrost znaczenia studiów wyższych. Ciekawym tego przejawem były zmiany postaw ludzi znajdujących się u samego szczytu hierarchii społecznej.

Jak pamiętamy, zmarły w 1835 r. cesarz Austrii Franciszek I nie przepadał za „uczonymi” i „uczonością”. Franciszek Józef I, który wstąpił na tron austriacki w 1848 r., chciał, aby jego syn Rudolf został wychowany na dobrego żołnierza, a naukowe aspiracje następcy tronu uważał za dziwaczną fanaberię. Marzenia Rudolfa o uniwersyteckich studiach przyrodniczych nie mogły się spełnić. Ornitologiczne zainteresowania arcyksięcia miały zupełnie poważny charakter: skazany na samouctwo, doszedł do godnych uwagi osiągnięć naukowych. Wśród Habsburgów Rudolf był wyjątkiem – w tym cesarskim rodzie mocno ugruntowało się przeświadczenie, że studiowanie to zajęcie niegodne ich wyjątkowej pozycji społecznej. W europejskich rodzinach panujących zaczynano już jednak w odmienny sposób podchodzić do kwestii studiów wyższych. Fryderyk Wilhelm, następca tronu pruskiego (jako Fryderyk III miał w 1888 r. tylko przez kilka miesięcy być królem Prus i cesarzem niemieckim) i jego brytyjska żona Wiktoria (córka królowej Wiktorii) postanowili, że ich syn Wilhelm, przyszły cesarz Wilhelm II, będzie studiował. Młody książę, zanim trafił na uniwersytet w Bonn, został wysłany do gimnazjum, w który przeważali uczniowie z klasy średniej; mówiono wtedy o „bezprecedensowym eksperymencie” rodziców. Fryderyk Wilhelm i jego żona z pewnością nie byli typowymi przedstawicielami swojego środowiska: ich liberalne sympatie kłóciły się z nastrojami dominującymi na dworze Hohenzollernów. Nadzieje wysoko urodzonej pary, że przyszłego władcę ukształtują zgodnie z własnymi oczekiwaniami, nie miały się spełnić. Wilhelm, który na uczelni w Bonn spędził 2 lata (1877–1879), nie zagustował w studiowaniu prawa i nauk politycznych (starał się w miarę możności dobrze bawić: był członkiem studenckiej korporacji, spędzał dużo czasu w towarzystwie stacjonujących w sąsiedztwie oficerów)55. Niezależnie jednak od braku akademickich upodobań księcia, decyzja jego rodziców stała się wyraźnym sygnałem wzrostu znaczenia uniwersyteckiej edukacji.

MACIEJ MYCIELSKI

UNIWERSYTET KRÓLEWSKI, 1816–1831

 

Uniwersytet w Warszawie

Koncepcja powołania uniwersytetu w Warszawie pojawiła się już w latach 70. XVIII w.; były nawet plany przeniesienia Uniwersytetu Krakowskiego do stolicy. Projektowana „Universitas Poniatoviana” ostatecznie nie powstała, choć podjęto pewne prace przygotowawcze. Koncepcja ta pozostała jednak aktualna, powracano do niej w środowisku działaczy Komisji Edukacji Narodowej jeszcze w latach 90. XVIII w.1

Nadzieje na uniwersytet w Warszawie istniały też po trzecim rozbiorze – wiązano je z utworzeniem Liceum Warszawskiego, szkoły o wyraźnych ambicjach akademickich. Były to wyłącznie oczekiwania społeczeństwa polskiego, gdyż władze pruskie, rozważając przez pewien czas powołanie uniwersytetu dla ziem polskich, myślały o ulokowaniu go w Toruniu lub Chełmnie2.

Warszawski uniwersytet istniał więc od dłuższego czasu w świadomości elit jako pewien postulat. Idea ta odżyła w czasach Księstwa Warszawskiego, zwłaszcza że Uniwersytet Krakowski znajdował się do 1809 r. poza jego granicami. Zresztą i po przyłączeniu Galicji użyteczność Uniwersytetu Krakowskiego dla państwa władze w Warszawie oceniały bardzo nisko. Minister sprawiedliwości Feliks Łubieński po pobycie w Krakowie pisał w sierpniu 1810 r. o tej uczelni:

Edukacja zupełnie 17-go wieku. Akademia złożona z bardzo słabych profesorów, zajętych jedynie prerogatywami akademickimi, a o edukacji niemyślących. [...] Czy ta biblioteka dla teraźniejszych nauk może w czym być użyteczna, chociaż się z 30 000 woluminów składa? Wszystko jest dość dobre do końca 17 wieku, a od tego czasu nic nie przybyło, jest też zupełnie akademikom obcą, nie mają nawet katalogu, tylko alfabetyczny i ten tylko Przybylskiemu znany; nie widziałem indyferentyzmu większego do nauk, a większego entuzjazmu do dawnych przywilejów i funduszów3.

Jesienią 1807 r. kierowana przez Stanisława Kostkę Potockiego Izba Edukacyjna, która stała na czele systemu oświatowego w Księstwie, zastanawiała się nad powołaniem uniwersytetu w Warszawie. Opracowany przez Stanisława Staszica „Plan edukacji publicznej” z grudnia tego roku zakładał, że uczelnia ta będzie się składała z 4 wydziałów: Prawa, Lekarskiego, Fizyczno-Matematycznego oraz Literatury i Ekonomii Politycznej; nie przewidywano wydziału teologicznego. Roczny budżet uniwersytetu miał wynosić 150 tys. zł4. Wobec nieustannych problemów finansowych Księstwa stworzenie dużej uczelni było jednak niemożliwe. Potrzeby administracji, sądownictwa i wojska wymusiły natomiast powstanie 2 szkół wyższych, które w przyszłości stały się wydziałami uniwersyteckimi.

Pierwsza z nich to Szkoła Prawa5. Tu konieczność powołania uczelni wynikała z wprowadzenia w Księstwie Kodeksu Napoleona oraz zupełnego braku sędziów i urzędników znających prawo francuskie. Już w 1807 r. odbywały się kursy dla urzędników resortów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych. Wiosną 1808 r. z inicjatywy niezwykle energicznego ministra sprawiedliwości Feliksa Łubieńskiego król Fryderyk August powołał Szkołę Prawa. Uczelnia nie była częścią systemu edukacji podporządkowanego Izbie Edukacyjnej, ale podlegała ministrowi sprawiedliwości, który do nadzoru nad nią wyznaczał jednego z urzędników ministerstwa. Najważniejsze decyzje (m.in. zatwierdzanie programów nauczania) podejmowała Rada Dozorcza Szkoły Prawa. W jej skład wchodzili profesorowie oraz 4 prezesów sądów, urzędnik resortu sprawiedliwości i 2 członków Izby Edukacyjnej – Stanisław Staszic i Samuel Bogumił Linde. Przewodniczącym Rady był najpierw pierwszy prezes Sądu Apelacyjnego Jan Nepomucen Małachowski, następnie został nim Staszic.

1. Feliks Łubieński, litografia J. Sonntaga

Uroczyste otwarcie Szkoły odbyło się 1 X 1808 r. Uczelnia miała 3, a od 1810 r. 4 profesorów (Jan Wincenty Bandtkie, Franciszek Ksawery Szaniawski, Marcin Wągrowski, Aleksander Engielke). Poza regularnymi studentami na zajęcia uczęszczali wolni słuchacze, zapewne głównie dokształcający się urzędnicy. Dla funkcjonowania Szkoły duże znaczenie miał dekret Fryderyka Augusta z lipca 1809 r. określający urzędy sądowe, do których otrzymania konieczne było zaświadczenie o ukończeniu Szkoły (ubieganie się o pewne urzędy wiązało się jeszcze dodatkowo ze zdaniem specjalnego egzaminu)6. Szkoła nie miała natomiast uprawnień do nadawania stopni akademickich.

Szkoła Prawa mieściła się w oficynie pałacu Feliksa Łubieńskiego, a jeden z jej profesorów, ksiądz Franciszek Ksawery Szaniawski, był zarazem nauczycielem dzieci ministra. Takie połączenie publicznego urzędowania z prywatnym mecenatem, zapewne wymuszone przez ciężki stan finansów państwowych, było reliktem dawnych czasów. Łubieński wspominał, że dopiero pierwszy egzamin roczny, na który zaproszono ministrów i radców stanu, zapewnił Szkole Prawa w pełni państwowy status: „Uczęstowani po egzaminie bardzo grzeczni rozstali się ze mną, a jak mi później król powiedział, każdy minister pisał do niego oddzielnie, oddając sprawiedliwość profesorom, uczniom i użyteczności szkoły, która odtąd z prywatnej stała się rządową”7. W 1810 r. Szkoła została przeniesiona do budynku sądowego na ul. Miodowej.

2. Pałac Łubieńskich, w którego oficynach mieściła się początkowo Szkoła Prawa

W 1811 r. powstała Szkoła Nauk Administracyjnych8. I tu inicjatorem był minister Łubieński. Argumentował on, że część absolwentów Szkoły Prawa będzie pracowała nie w sądownictwie, lecz w różnych działach administracji oraz że z kształceniem fachowych urzędników nie można czekać na powstanie uniwersytetu w Warszawie9. Szkoła Nauk Administracyjnych podlegała tej samej Radzie Dozorczej, co Szkoła Prawa, w praktyce były to 2 wydziały jednej uczelni. Studenci mogli zresztą studiować równolegle oba kierunki. Szkoła Nauk Administracyjnych miała 3 własnych profesorów, korzystała też z wykładów profesorów Szkoły Prawa.

W dekrecie królewskim powołującym Szkołę stwierdzano, że „dawana będzie w ogólności ekonomia polityczna, a w szczególności statystyka, nauka o fabrykach i rękodziełach, o handlu zewnętrznym i wewnętrznym, nauka finansów”10. Przedstawiając projekt dekretu w Radzie Stanu, Staszic zauważał, że ekonomia polityczna (definiowana przez niego jako „znajomość gospodarstwa krajowego”):

[...] nie jest to nauka tak systematyczna, jak jest geometria i inne, które mają stałe prawidła i stosunki niezaprzeczone. Ekonomia polityczna nie jest wydoskonalona. Są jednak autorowie, których dzieła w tym rodzaju powszechnie przyjęte służyć mogą za wzór do nabycia potrzebnych wiadomości i przekonania się, oraz że poznanie gospodarstwa krajowego przyczynia się do szczęścia tegoż kraju11.

Otwierało się tu szerokie pole dla kształtowania treści nauczania przez wykładowców. Wśród profesorów nauk administracyjnych były 2 silne indywidualności naukowe: Wawrzyniec Surowiecki, który przez rok wykładał statystykę, oraz Dominik Krysiński, nauczający m.in. ekonomii politycznej.

Wprowadzenie tego kierunku studiów wymagało przełamywania tradycyjnych wyobrażeń o państwie i urzędnikach. W wykładzie inauguracyjnym w 1812 r. Krysiński mówił, jak niebezpieczne jest poleganie w rządzeniu na zdrowym rozsądku. Kraj stanie się ofiarą „dyletantów, amatorów, protektorów sztuki rządzenia, którzy bez żadnej nauki, żadnego usposobienia zuchwale wciskając się na najwyższe stopnie lekce, że tak powiem, igrają sobie z najdroższymi narodu sprawami”. Profesor ostrzegał, że „administracyjny empiryzm więcej i występniej zabija niż empiryzm medyczny”12. Nie były to w tej epoce prawdy oczywiste – opozycja konserwatywna w Księstwie sprzeciwała się profesjonalizacji biurokracji, nawołując do powoływania urzędników w drodze wyboru i polegania na ich zdrowym rozsądku i praktycznej znajomości kraju.

Obie szkoły nie przerwały działalności po zajęciu Księstwa Warszawskiego przez wojska rosyjskie w 1813 r. W grudniu 1814 r. z inicjatywy Staszica wprowadzono urząd dziekana wspólny dla obu szkół (został nim Bandtkie). Nominacja dziekana wywołała kontrowersje, pokazujące, że przynajmniej część profesury niechętnie podchodziła do nadawania Szkole charakteru akademickiego. Krysiński, działając w imieniu kolegów-wykładowców, złożył protest przeciw, jak to ujął, „policji dziekana tajnej wobec profesorów”. Argumentował, że dziekan nie może oceniać wykładów z dziedzin, w których się nie specjalizuje, oraz że kontrolowanie, czy wykłady odbywają się regularnie, nie będzie możliwe „bez nominowania szpiegów między samymi uczniami”. Uprawnienia dziekana do kontrolowania profesorów spowodują, że „dobry [...] i łagodny ton, który dotychczas panował, zamieni się w nieznośną pedanterię, na wszystko niszczącą szykanę. [...] Liberalność w zawodzie naukowym jest conditio sine qua non. Zaprowadzając ową nieznośną policję, podkopujemy fundamenta główne naszego Instytutu”13.

Od utworzenia Szkoły Nauk Administracyjnych widać stopniowo rosnący wpływ Dyrekcji Edukacyjnej (czyli dawnej Izby Edukacyjnej) na obie szkoły. Profesorów nauk administracyjnych miał powoływać minister sprawiedliwości, ale w porozumieniu z Dyrekcją. Również zastąpienie Małachowskiego przez Staszica na stanowisku prezesa Rady Dozorczej silnie wiązało szkoły z systemem edukacji.

Dane dotyczące studentów obu szkół nie są kompletne. Zapisało się do nich w całym okresie ich istnienia 845 osób; ok. 100 studentów je ukończyło i odbyło tzw. popisy publiczne. Znacznie większa liczba – blisko 500 – przystąpiła do egzaminów rocznych. Bardzo wiele osób porzucało więc studia, co niespecjalnie dziwi w tych niespokojnych czasach. Profesor Szaniawski komentował w 1815 r.: „Nie zawsze ukończyć można pomyślnie, co się zaczyna, chociaż z ochotą. Obrona Ojczyzny w 1809 r. wielu uczniom wytrąciła książki z ręki, aby oręż chwycili. Przyczyny gwałtowne w następnych latach liczne zrządziły przeszkody”14. Na porzucanie studiów wpływała też zapewne łatwość zatrudniania się w urzędach, wynikająca z obniżenia wymagań przy nominacjach urzędniczych w okresie okupacji Księstwa, a potem rządów tymczasowych w latach 1813–181515.

W przeciwieństwie do okresu po powstaniu Uniwersytetu, prawie nic nie wiemy o środowisku studenckim tych szkół. Jak się wydaje, było ono zmienne i mało spójne, składało się w pewnym stopniu z osób już pracujących w sądownictwie lub administracji. Jedyna wyrazista grupa absolwentów to redaktorzy liberalnej prasy z pierwszych lat Królestwa Polskiego, których przywódcą był Bruno Kiciński. Jeden z nich, Teodor Morawski, wspominał:

Uczęszczaliśmy do tychże samych wydziałów, sposobiliśmy się razem do egzaminów, żyliśmy prawie nieoddzielnie. Po skończeniu nauk, podobało się nam, których obrany zawód zatrzymał w Warszawie, prowadzić dalej zawiązane stosunki i schadzki. A że powiększyło się między przyjaciółmi i kolegami grono nasze, zobowiązaliśmy się przynosić raz w tydzień kolejnie i czytać jakąś pracę naukową.

3. Jacek Dziarkowski, litografia S. Marszałkiewicza

Po tym naukowym posiedzeniu grano w karty. Aktywność tego grona przypadła jednak już na okres po skończeniu studiów16.

Kolejna szkoła wyższa utworzona w czasach Księstwa Warszawskiego – Szkoła Lekarska – podlegała Izbie Edukacyjnej17. Powstała z inicjatywy grupy znanych warszawskich lekarzy na czele z Jackiem Dziarkowskim. Gotowość założenia takiej uczelni zgłosili oni już w 1807 r., ale Szkoła rozpoczęła działalność dopiero 15 XI 1809 r. Ze strony Izby Edukacyjnej najbardziej w tworzenie Szkoły zaangażował się Staszic. Został prezesem Kolegium Wydziału, do którego weszli wszyscy profesorowie. Powołano też Dziarkowskiego na dziekana. Szkoła Lekarska nazywana była w dokumentach „Wydziałem Lekarskim”, co razem z powołaniem dziekana nadawało jej wyraźnie uniwersytecki charakter.

Uroczysta inauguracja Szkoły odbyła się 17 VI 1810 r. Przemawiał m.in. Staszic, który wyraził nadzieję, że Szkoła „wydając lekarzy światłych i doświadczonych, zniweczy ten empirystów motłoch, ten szarlatanów tłum, który po naszych wsiach i po naszych miastach nieznajomością chorób i nieumiejętnością przygotowania lekarstw bezkarnie truje i zabija”18. Ważną cechą nowej Szkoły, bardzo podkreślaną w czasie inauguracji, było połączenie nauczania medycyny i chirurgii19. Dziedziny te postrzegano jako odrębne, również w sensie kształcenia – uniwersyteckiego w odniesieniu do medycyny, a cechowego przy chirurgii. Powstanie Szkoły Lekarskiej wiązało się więc z nieuchronnym konfliktem z warszawskim cechem cyrulików, który zdaniem Szkoły był „gniazdem wszelkiego grubego szarlatanizmu dla całego kraju”. Przemawiając do tego cechu, dziekan Dziarkowski tłumaczył jego starszym członkom: „utraciliście swe lata bez zwrotu, nie korzystając nic więcej od waszych pryncypałów, jak podłości i nałogi”. Domagano się, by wszyscy uczniowie tego cechu obowiązkowo musieli studiować w Szkole Lekarskiej, podejrzewano, że cech rozpuszcza fałszywe wiadomości o Szkole. Charakterystyczne, że na uroczystej inauguracji Szkoły Lekarskiej profesor Brandt snuł wspomnienia o własnym młodzieńczym terminowaniu u cyrulika, oceniając to doświadczenie jak najgorzej20.

Siedzibą szkoły był budynek pojezuicki przy ul. Jezuickiej; znajdowały się tu audytorium i „teatr anatomiczny”. Klinika znajdowała się w szpitalu św. Rocha przy Krakowskim Przedmieściu; potrzebom Szkoły służył też ogród botaniczny założony na tyłach Pałacu Kazimierzowskiego. Zatrudniono 6 profesorów i prosektora, przy czym w pierwszych latach istnienia Szkoły nie pobierali oni pensji. Inaczej niż w Krakowie i Wilnie, wykłady w Szkole odbywały się po polsku, a nie po łacinie, co pociągnęło za sobą konieczność szybkiego wydania podręczników. Studia trwały 4 lata (dla farmaceutów 2). Ostateczna promocja odbywała się w trybie trzydniowego publicznego egzaminu ze wszystkich przedmiotów. W przeciwieństwie do praktyki w innych uczelniach nie było wymogu przygotowania dysertacji. Jak wyjaśniał dziekan Dziarkowski: „Wydział woli raczej wydawać stopnie stosownie do okazanego posiadania wiadomości, aniżeli spuszczać się na obszerne rozprawy mniemanych autorów, wypracowane cudzym piórem, a nader często nieznanym autorowi językiem”. Pierwszy popis (czyli egzamin z całych studiów) odbył się w listopadzie 1813 r., a pierwsza promocja w grudniu tego roku. Dziekan Dziarkowski, przemawiając podczas popisu, zwracał uwagę na realia współczesnych czasów, w których odejście od prostego i cnotliwego życia przodków sprowadziło w miejsce prostych chorób schorzenia niezwykle skomplikowane,

jakie w dawnych wiekach starożytnym lekarzom nie dały się prawie dostrzegać. Mamy tego niczym niezatarte ślady, zwróciwszy tylko pamięć na dawne wieki, w których przodkowie nasi używali owej szczęśliwej i czerstwej długowieczności; przepędzali sędziwe lata wolni od nagabań chorobnych i dokonywali biegu tymczasowego życia jakby w spokojnym śnie uśpieni. Porównajmyż ich z ludźmi teraźniejszego wieku, o jakże odmienna daje się dostrzegać konstytucja w owych istotach nędznych, wycieńczonych, kalectwem i ranami nacechowanych, a po wszystkich prawie członkach nieznośnymi boleściami dręczonych21.

Kandydaci na studia zdawali egzamin wstępny. W sumie w Szkole immatrykulowało się 223 studentów. Poważnym problemem był jednak niski poziom kandydatów, zwłaszcza jeśli chodzi o znajomość łaciny. I tak w pierwszej rekrutacji tylko 10 osób uznano za w pełni kwalifikujące się na studia, pozostałych przyjęto warunkowo, pod warunkiem dokształcenia się (chodzili na lekcje do szkoły pijarskiej). Około 40% studentów skończyło studia, ale tylko około 20% uzyskało stopnie doktora, magistra, chirurga I lub chirurga II rzędu. Powody przerywania studiów można wyczytać z uniwersyteckiej „księgi zapisów”, do której ex post wpisano studentów Szkoły Lekarskiej od 1809 r. i gdzie znajdują się ich krótkie charakterystyki. Niektórzy studenci nie mieli po prostu odpowiednich predyspozycji intelektualnych („słabo pojmujący”), lub motywacji do studiowania („nie miał ochoty do nauk”, „przez niedbalstwo nie umiał profitować z nauk”, „nieregularnie przychodził na lekcje, na koniec opuścił się zupełnie i został kupcem”)22. Innych usuwano z Wydziału na skutek „złej konduity” i „bałamuctwa”23. Były przypadki alkoholizmu („opuścił Wydział dla pijaństwa”, „nie miał ochoty do nauki, na koniec przez pijaństwo umarł”) i zupełnej demoralizacji („złajdaczawszy się, opuścił Wydział”)24. Najczęściej jednak znajdujemy adnotację „poszedł do wojska”25 – armia Księstwa miała ogromne zapotrzebowanie na medyków, także tych z niepełnym wykształceniem.

4. Popiersie Stanisława Staszica – rzeźba autorstwa profesora UW Pawła Malińskiego, ok. 1826

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednej instytucji edukacyjnej, bardzo istotnej z punktu widzenia genezy Uniwersytetu Warszawskiego – o Liceum Warszawskim. Powstało ono za czasów pruskich – zajęcia rozpoczęły się w październiku 1804 r., a uroczysta inauguracja odbyła się w styczniu 1805 r. Rektorem został wybitny uczony, leksykograf Samuel Bogumił Linde. Większość przedmiotów nauczano po niemiecku, ale do programu wprowadzono język i literaturę polską. Po 1807 r. językiem wykładowym stał się polski. Poziom Liceum był bardzo wysoki, wśród nauczycieli znajdowały się wybitne indywidualności jak sam Linde, Onufry Kopczyński czy Feliks Bentkowski26. W 1812 r. Linde starał się o podniesienie Liceum do rangi „wydziału akademicko-filozoficznego”, o statusie podobnym do Szkoły Prawa, Szkoły Nauk Administracyjnych i Szkoły Lekarskiej. „Koniecznie potrzeba – pisał – owe trzy, że tak powiem, chlebowe wydziały połączyć ściśle z prawdziwie myślowym, to jest filologiczno-filozoficznym”. Nic jednak z tych starań nie wyszło27.

Kształt, jaki nadano Szkole Lekarskiej, wskazywał, że przewidywano, iż będzie ona częścią przyszłego uniwersytetu. Jak pisałem, konieczność jego powołania była w środowisku centralnych urzędników edukacyjnych oczywista już w początkach istnienia Księstwa Warszawskiego; dyskusje prowadzono nad jego przyszłym kształtem. W 1810 r. Staszic i ks. Adam Prażmowski opracowali „Plan edukacji publicznej w Księstwie Warszawskim”. Przewidywał on „Szkołę Główną” z 5 wydziałami (prawa, administracji, filozoficznym, lekarskim oraz literatury i sztuk nadobnych) i 29 katedrami. Podobnie jak w projekcie z 1807 r. nie przewidywano wydziału teologicznego28.

Bezpośrednim impulsem do podjęcia starań o uniwersytet w Warszawie stało się utworzenie (na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego) Rzeczypospolitej Krakowskiej, co pozbawiło Królestwo jedynego uniwersytetu. Prawdopodobnie Stanisław Kostka Potocki uzyskał wstępną zgodę cesarza na tworzenie uczelni w czasie jego pobytu w Warszawie w końcu 1815 r. Prace nad powołaniem nowej uczelni trwały od początku 1816 r. Prowadziła je Komisja Rządowa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (KRWRiOP), bo tak nazwano w konstytucji Królestwa Polskiego resort oświaty, podniesiony teraz do rangi odrębnego ministerstwa i kierowany nadal przez Potockiego. Zasadniczą rolę w tych przygotowaniach odgrywało Towarzystwo Elementarne, będące organem doradczym KRWRiOP. Bardzo liczyły się też opinie dziekanów 2 szkół wyższych, które miały wejść jako wydziały do Uniwersytetu – Bandtkiego i Dziarkowskiego. Ostatecznie „dyplomat” ustanawiający Uniwersytet został podpisany przez cesarza 19 XI 1816 r. „Szkoła Główna” – jak nazwano w tym dokumencie nową uczelnię – miała mieć 5 wydziałów i pozostawać „pod bezpośrednim zwierzchnictwem” rektora i dziekanów. Profesorom nienależącym do szlachty cesarz dawał osobiste szlachectwo, które po 10 latach nauczania miało się stawać dziedziczne. Uniwersytet uzyskał prawo nadawania wszystkich stopni naukowych; przyznano mu też prawo cenzury pism swoich profesorów29.

W grudniu 1816 r. powołano Radę Ogólną Szkoły Głównej Warszawskiej. Jej przewodniczącym został Stanisław Staszic, a w jej skład weszli członkowie KRWRiOP: Samuel Bogumił Linde, Józef Sierakowski, Wawrzyniec Surowiecki, ksiądz Adam Prażmowski. Członkami Rady zostali też dziekani Bandtkie i Dziarkowski, a po organizacji pozostałych wydziałów zastępcy dziekanów: Wydziału Teologicznego – ksiądz Wojciech Szweykowski, Wydziału Filozoficznego – ksiądz Antoni Dąbrowski, a Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych – Marceli Bacciarelli.

To właśnie gremium zorganizowało Uniwersytet. W wewnętrznym regulaminie Rady stwierdzano, że zastępuje ona „senat akademicki i rektora Uniwersytetu”30. Równocześnie Rada była jakby tymczasowym organem KRWRiOP, miała delegowane uprawnienia komisji rządowej wobec Uniwersytetu. Pozwalało to na bardzo sprawne działanie. Rada zbierała się przeważnie raz w tygodniu: przedstawiała KRWRiOP kandydatów na katedry, zatwierdzała programy nauczania, zatrudniała pracowników pomocniczych, nadzorowała prace budowlane i remontowe w budynkach uniwersyteckich, określała przeznaczenie pomieszczeń. Rozpatrywała też podania studenckie i sprawowała władzę dyscyplinarną wobec studentów. Na wiosnę 1817 r. wskutek tych różnych decyzji i działań rozpoczęte zostały zajęcia na 3 nowych wydziałach. Ostatnie posiedzenie Rady Ogólnej w tym składzie odbyło się 14 III 1818 r., po wyborze i „instalacji” rektora Szweykowskiego31. Uniwersytet miał tym momencie 44 profesorów32.

5. Medal wybity z okazji ustanowienia Uniwersytetu, 1818

Uniwersytet został ulokowany przy Krakowskim Przedmieściu, w Pałacu Kazimierzowskim i przylegających do niego budynkach. W czasach stanisławowskich mieściła się tu Szkoła Rycerska, czyli Korpus Kadetów, i jeszcze w latach 20. teren Uniwersytetu był nazywany powszechnie koszarami kadeckimi. W czasach pruskich ulokowano tu instytucje sądowe, ale większość pomieszczeń wynajęto na mieszkania, sklepy i szynki. Dopiero w 1804 r. przeznaczono ten teren na cele edukacyjne. W lipcu 1814 r. większość budynków wokół pałacu spaliła się w pożarze; zapalił się też Pałac Kazimierzowski, ale zdołano go ugasić. Z 8 budynków koszar spaliło się 7. W 1816 r. zbudowano 2 skrzydła pałacu; w jednym znalazły się mieszkania profesorów Uniwersytetu i Liceum Warszawskiego, w drugim biura KRWRiOP. W początku lat 20. powstały 2 gmachy przeznaczone całkowicie na wykłady i zbiory uniwersyteckie: budynek Oddziału Sztuk Pięknych oraz – po drugiej stronie dziedzińca – budynek audytoryjny. W tym drugim, oprócz różnej wielkości sal wykładowych, umieszczono też Gabinet Fizyczny z osobnym audytorium. Największa sala w budynku audytoryjnym, na parterze, przeznaczona na publiczne posiedzenia i egzaminy oraz na najliczniejsze wykłady, otrzymała szczególnie bogaty wystrój. Relacjonowano w prasie: „Środek sufitu zajmuje rama eliptyczna, wieńcem z liści dębowych obwiedziona, przez którą w oddaleniu widać pięć gwiazd, pięć wydziałów Uniwersytetu zapewne oznaczających”33. Na południe od Pałacu Kazimierzowskiego (w miejscu, gdzie dziś stoi budynek Wydziału Polonistyki) wystawiono budynek mieszczący audytoria i gabinet mineralogiczny. Natomiast na północ od Pałacu, od strony klasztoru Wizytek, znajdował się jeszcze XVIII-wieczny budynek mieszczący m.in. laboratorium chemiczne34.

W 1823 r. prasa donosiła: „Rozpoczęto robotę ozdobienia obszernego dziedzińca Pałacu Kazimierzowskiego, będzie on otoczony drzewami, kobylicami [żerdziami – M.M.], a w różnych jego częściach urządzone będą klomby z kwiatami”35. Tak wygląda dziedziniec na rycinach z lat 20. Teren Uniwersytetu traktowano jako leżący poza centrum miasta. Kiedy w 1830 r. wystawiono pomnik Kopernika na Krakowskim Przedmieściu, anonimowy korespondent gazety proponował przeniesienie go i ustawienie „na wspaniałym placu przed Biblioteką Publiczną i gmachami Uniwersytetu”. Argumentował, że „Kopernik daleko bardziej lubiłby ciche ustronie nauk niżeli zgiełk pojazdów i wrzawę ruchu stołecznego”. Kilka dni później odezwał się anonimowy oponent, który przekonywał, że z punktu widzenia „przyozdobienia miasta” dziedziniec uniwersytecki to „miejsce zbyt od ulicy odległe”36.

6. Pałac Kazimierzowski ze skrzydłami bocznymi, litografia J.F. Piwarskiego, 1824

7. Widok Pawilonu Audytoryjnego, obraz M. Zaleskiego

8. Sala posiedzeń uniwersyteckich w Budynku Audytoryjnym, drzeworyt według rysunku W. Gersona, 1867

9. Widok na Pałac Kazimierzowski od strony Powiśla, obraz M. Zaleskiego, (przed?) 1836

Do terenu Uniwersytetu przylegały tak zwane Dynasy – ruiny pałacu księcia de Nassau znajdujące się na skarpie wiślanej. Tu „akademicy, przygotowując się do egzaminów, wybierali sobie zaciszne kąty w ruinach, gdzie w spokoju i swobodnie oddawać się mogli naukom”37. Tu też w 1819 r. zbierali się w nocy członkowie tajnego związku w Liceum Warszawskim, do którego należeli m.in. Maurycy Mochnacki i Aleksander Wielopolski38. W 1830 r. na Dynasach spotkali się studenci – członkowie Związku Wysockiego, by ułożyć listę generałów i urzędników policyjnych do powieszenia po wybuchu powstania39.

Struktura

Prace nad statutem Uniwersytetu rozpoczęto w Towarzystwie Elementarnym, kontynuowała je Rada Ogólna Uniwersytetu pod przewodnictwem Staszica. Podstawą prac były projekty dziekanów Bandtkiego i Dziarkowskiego; brano też pod uwagę pochodzącą z 1814 r. organizację Uniwersytetu Krakowskiego. W kwietniu 1818 r. minister Potocki podpisał „Tymczasowe urządzenie wewnętrzne Uniwersytetu Królewsko-Warszawskiego”. Dokument ten z założenia miał regulować działalność uczelni tylko przez krótki czas; od razu polecono władzom uniwersyteckim zbieranie materiałów do planowanych prac nad ostateczną wersją statutu. W styczniu 1821 r. minister oświecenia powołał komisję złożoną z wysokich urzędników KRWRiOP oraz z członków Rady Uniwersytetu; przewodniczył jej prymas arcybiskup Szczepan Hołowczyc. Komisja pracowała od marca do września 1821 r.; opracowany przez nią projekt statutu został wydany drukiem, nigdy jednak nie stał się prawem. Do końca istnienia Uniwersytetu obowiązywało „Tymczasowe urządzenie...”, modyfikowane postanowieniami KRWRiOP40.

„Tymczasowe urządzenie.” określało precyzyjnie podział na wydziały (Teologiczny, Prawa i Administracji, Lekarski, Umiejętności Filozoficznych oraz Nauk i Sztuk Pięknych), przypisując do nich wykładane przedmioty. Ten podział nie zmienił się do likwidacji Uniwersytetu. Były jednak próby takich zmian. W latach 1823–1824 dyskutowano o powołaniu nowego Wydziału Nauk i Umiejętności Przygotowawczych. Inicjatywa wyszła od Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych i została poparta przez KRWRiOP. Na nowym wydziale miała być wykładana dla studentów pierwszego roku filozofia, matematyka elementarna, fizyka, historia powszechna, pedagogika, język grecki i łacina oraz religia. Projekt został skrytykowany przez inne wydziały, przede wszystkim ze względu na powielanie schematu nauczania ze szkoły średniej; proponowano w zamian podniesienie wymagań koniecznych do uzyskania matury41. Później podobny projekt powrócił w postaci koncepcji połączenia Wydziału Filozoficznego i Oddziału Nauk Pięknych oraz utworzenia „wydziału przechodniego”42. Opracowywano też plany zmian w mniejszej skali. Kolejni profesorowie administracji – Krysiński i Skarbek – proponowali bezskutecznie, by ich kierunek studiów został przeniesiony z Wydziału Prawa i Administracji do Wydziału Filozoficznego. Skarbek argumentował zresztą, że nazwa „oddział administracyjny” jest błędna; powinien się on nazywać polityczno-administracyjny lub oddział nauk politycznych43. W 1821 r. z Wydziału Filozoficznego wyszedł projekt przyłączenia do tego wydziału geodezji i architektury, przy pozostawieniu „architektury ozdób” na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych44.

10. Profesorowie Uniwersytetu w czasie symbolicznego pogrzebu Aleksandra I w 1826 r.

„Tymczasowe urządzenie...” dzieliło profesorów na zwyczajnych, przybranych i upoważnionych. Kryterium podziału było wynagrodzenie. Profesorom zwyczajnym wypłacano je ze stałego budżetu uniwersyteckiego, profesorowie przybrani otrzymywali pensje na podstawie czasowej decyzji KRWRiOP, a profesorowie upoważnieni utrzymywali się „swoim kosztem lub na mocy zezwolenia Komisji Rządowej z opłaty od uczniów, za ugodą z nimi prywatną”. Profesor zwyczajny musiał mieć doktorat, przybrany lub upoważniony – magisterium45. W kwietniu 1820 r. KRWRiOP zmieniła „Tymczasowe urządzenie...”, wprowadzając nowy podział wykładowców na profesorów stałych, tymczasowych, lektorów i nauczycieli46.

„Tymczasowe urządzenie...” wprowadzało też kategorię profesorów radnych, mianowanych przez komisję rządową spośród profesorów zwyczajnych. Tylko oni wchodzili do rady wydziałowej i mogli kandydować na stanowiska dziekana i na rektora47. Takie zróżnicowanie profesorów zwyczajnych budziło duży opór. Uchylenia tego podziału domagał się w 1818 r. Wydział Filozoficzny48. W 1819 r. Rada Uniwersytetu zwracała uwagę, że podział profesorów na radnych i nieradnych dla tych drugich jest „poniżeniem, obrażającym uczucia moralności i honoru”49.

Przy wyznaczaniu pensji profesorskich przyjęto zasadę, że 1 godzina zajęć tygodniowo przekłada się na 1000 złotych pensji rocznie. Ponieważ typowe obciążenie dydaktyczne wynosiło 6 godzin tygodniowo, większość profesorów otrzymywała pensję 6 tys. zł rocznie. Jeśli profesor podejmował się prowadzenia dodatkowych wykładów, Uniwersytet występował do KRWRiOP o dodatki finansowe, nie zawsze jednak je uzyskiwał. Dodatkowe wynagrodzenie przysługiwało też profesorom opiekującym się większymi zbiorami naukowymi oraz dyrektorom Ogrodu Botanicznego i Obserwatorium Astronomicznego. Rektor oprócz normalnej pensji profesorskiej otrzymywał 12 tys. zł. Dziekanom przyznawano znacznie mniejszy dodatek – wynosił on 2 tys. zł; jedynie dziekan Wydziału Lekarskiego, jako bardziej obciążony pracą, pobierał 3080 zł50.

11. Wizytówka Wacława Aleksandra Maciejowskiego

Jedną z najważniejszych kwestii spornych przy tworzeniu Uniwersytetu, a także w czasie jego funkcjonowania, była instytucja tzw. prywatnych docentów, zjawisko charakterystyczne dla niemieckich uniwersytetów, gdzie posiadacze stopnia doktora mogli prowadzić zajęcia za opłatą pobieraną od studentów. Uznawano je za typowy wstęp do ubiegania się o katedrę uniwersytecką. Józef Lipiński, jeden z najbliższych współpracowników Potockiego, w wydanej w 1815 r. broszurze pisał, że jest to dopuszczalne rozwiązanie. Absolutnie odrzucał jednak istniejącą w Niemczech praktykę, gdzie takie płatne dodatkowe zajęcia otwierali też regularni, pobierający pensję profesorowie uniwersytetów. W efekcie bowiem zwykłe wykłady uniwersyteckie „po większej części są zaniedbane, bez gorliwości uczone, a to w celu zniewolenia uczniów do uczęszczania na lekcje prywatne”51.

W „Tymczasowym urządzeniu...” tacy profesorowie prowadzący prywatne zajęcia nazywani byli profesorami upoważnionymi, a w przepisach z 1821 r. – lektorami. Co więcej, „Tymczasowe urządzenie...” precyzowało, że można w ten sposób wykładać przedmioty objęte katedrami uniwersyteckimi, czyli dopuszczało konkurencyjne zajęcia z tego samego przedmiotu52. Istniała zatem formalna możliwość otwierania prywatnych zajęć. Władze uniwersyteckie jednak niechętne i rzadko się na to godziły53.

Ciekawy opis tej sytuacji znajduje się w artykule, który ukazał się w czasie powstania listopadowego w dzienniku „Zjednoczenie”. Anonimowy autor dowodził:

Chorobą niszczącą wszystkie soki żywotne naszego uniwersytetu była wyłączność i monopoliczność wykładanych kursów. Każden z profesorów dawał jeden przedmiot główny. Czy dawał go dobrze, czy też źle, jedną odbierał nagrodę, jedno miał znaczenie. Uczeń poddany pod rygór władzy dozorującej, szpiegującej wszelkie jego działania, zniżony do znaczenia prostego szkolnika, pozbawiony pomocy i rady umysłowej nie miał i nie mógł mieć sądu o tym, czego uczyć mu się kazano. Tak nauczyciel przywiązany przez całe życie do jednego przedmiotu, nieoglądający się na sąd i zdanie uczniów, choć z początku gorliwie pracował, powoli przekonywał się, że usilność choćby największa, pozostanie bez nagrody i owoców, a powolne opuszczenie nie ściągnie na siebie ani nagany ze strony władzy dozorującej, ani ostrego sądu ze strony słuchających uczniów. Łatwy był wtedy wybór między starannością a zaniedbaniem54.

Autor proponował, by wzorem uniwersytetów niemieckich ten sam przedmiot wykładało kilku profesorów. Stworzyłoby to konkurencję między nimi i zmusiło do bardziej przystępnego przedstawiania materiału. Studenci, mogąc porównać wykłady różnych profesorów, nauczyliby się bardziej samodzielnego podejścia do studiów. „Zniknie tym samym ów przedział subordynacyjny między nauczycielem a uczniem, zawiążą się między nauczycielami a uczniami stosunki przyjacielskiej wymiany zdań i ojcowskiej rady”55. Likwidacja „monopoliczności wykładów” powinna się dokonać przez przemienne wykładanie różnych przedmiotów przez etatowych profesorów. „Zajęcie się kilkoma z sobą styczność mającymi naukami, jedną ogólniejszą całość tworzącymi, umacnia siły umysłu” – przekonywał autor. Oprócz tego proponował powierzenie wykładów docentom prywatnym – mającym tytuł doktora i uznanie kwalifikacji przez właściwy wydział uniwersytetu. Autor miał jednak wątpliwości, czy na wzór niemiecki docenci prywatni powinni pobierać pieniądze od studentów – proponował raczej sfinansowanie ich z opłaty wpisowej56.

Rektora wybierali profesorowie radni57. Kandydaci na rektora musieli być profesorami radnymi, dopuszczano kandydowanie emerytowanego profesora58. Rektor według „Tymczasowego urządzenia...” miał czuwać:

  1. Nad wykonaniem planu nauk w całym Uniwersytecie.
  2. Nad wykonaniem wszelkich urządzeń Uniwersytetowi przepisanych.
  3. Nad całością i porządkiem zbiorów do Uniwersytetu należących [...].
  4. Nad dochodami i wydatkami Uniwersytetu, aby na właściwy cel były obracane59.

Były to uprawnienia wykonawcze, przy czym chodziło o wykonanie decyzji KRWRiOP, a nie ciał kolegialnych Uniwersytetu. Trzeba jednak zauważyć, że rektor z urzędu wchodził w skład KRWRiOP, co łagodziło tę sytuację ścisłej podległości komisji rządowej. W 1821 r. przy wprowadzeniu nowej organizacji KRWRiOP rektor stracił ten przywilej. Uniwersytet nie pogodził się z tym i jeszcze w końcu lat 20. prosił o zmianę tej decyzji60.

Zastępcą rektora w razie jego nieobecności był „dziekan aktualny najdawniejszy w swoim urzędowaniu dziekańskim”, co przez cały czas istnienia Uniwersytetu oznaczało dziekana Wydziału Prawa i Administracji Bandtkiego61. Miał on zresztą duży autorytet w środowisku uniwersyteckim. Nieprzypadkowo to właśnie jemu powierzano przygotowanie stanowiska Uniwersytetu w różnych trudnych kwestiach.

12. Dziekani i rektor Uniwersytetu w czasie symbolicznego pogrzebu Aleksandra I w 1826 r.

Dziekana wybierali profesorowie zwyczajni wydziału62. Według „Tymczasowego urządzenia.” dziekan był „reprezentantem swego wydziału, stróżem jego dobra i najbliższym jego przełożonym, jest w nim zastępcą naturalnym rektora i pierwszym profesorem”. W praktyce dziekani zajmowali się przede wszystkim studentami. Do ich obowiązków należało prowadzenie list studentów z podziałem na lata studiów i oznaczeniem, na jakie zajęcia uczęszczają. „Dziekan daje corocznie przy zapisie każdemu uczniowi swego wydziału plan lekcji i wskazuje, na które ma uczęszczać tak w swoim, jak i w innych wydziałach, stosownie do zawodu, do jakiego się tenże sposobi”63. W odniesieniu do osób rozpoczynających studia przybierało to formę rozmowy z dziekanem o planach przyszłego studenta64. Więcej pracy miał dziekan Wydziału Lekarskiego ze względu na zarządzanie klinikami.

Sprawowanie funkcji rektora lub dziekana nie zwalniało od normalnych obowiązków profesorskich. Funkcje te wiązały się natomiast, jak pisałem, z osobnym wynagrodzeniem65.

Na poziomie wydziałów odbywały się 2 rodzaje posiedzeń. 2 razy do roku zwoływano posiedzenia wszystkich profesorów, przy czym profesorowie zwyczajni mieli prawo głosowania, a inni tylko głos doradczy. Podczas tych spotkań wyłącznie przydzielano zajęcia profesorom i ustalano, w jakich godzinach mają się odbywać. Innym gremium była rada wydziałowa, do której wchodzili tylko dziekan i profesorowie radni. Jej kompetencje określano następująco:

  1. Roztrząsanie programów.
  2. Przełożenie potrzeb wszelkich wydziału, tyczących się porządku i postępu.
  3. Rozpoznawanie sporów i sąd na uczniów tegoż wydziału66.

W marcu 1817 r. KRWRiOP poleciła Radzie Ogólnej, aby projekt organizacji Uniwersytetu nie zawierał instytucji „senatu akademickiego”. Zamiast senatu miano ustanowić „Radę Uniwersytetu przeznaczoną do pilnowania ogólnego porządku wewnętrznego i utrzymywania w czym wypada stosunków z naczelną władzą oświecenia publicznego w kraju”. Rada, podobnie jak rektor, miała więc funkcje wykonawcze67. Rada Uniwersytetu zbierała się raz w miesiącu, a składała z rektora i dziekanów, do których można było doprosić innych profesorów z głosem doradczym. Rada decydowała o wszystkich sprawach „porządkowych i ekonomicznych”, których rektor i dziekani nie mogli sami rozstrzygnąć, ostatecznie zatwierdzała programy nauczania i rozkład zajęć, układała raporty dla KRWRiOP, rozsądzała różnego typu spory na uczelni, wreszcie przedstawiała komisji rządowej kandydatów na profesorów Uniwersytetu. Istniało też drugie ogólnouniwersyteckie ciało kolegialne – posiedzenie połączonych wydziałów, wszystkich lub tylko niektórych. Uczestniczyli w nim rektor, dziekani oraz profesorowie radni (co najmniej po jednym z każdego wydziału). Zebrania te służyły koordynacji dydaktyki w skali całej uczelni oraz rozważaniu kwestii ogólniejszych („uprzątanie przeszkód i obmyślanie środków do coraz większego postępu całego Uniwersytetu”). Takie posiedzenie odbywało się zawsze na początku roku; rektor mógł zwołać posiedzenia nadzwyczajne68.

Kancelaria uczelni obsługiwała zarówno rektora, jak i dziekanów. Kancelarią kierował sekretarz Uniwersytetu, który był równocześnie sekretarzem Rady Uniwersytetu i protokołował jej obrady. Pod jego nadzorem pozostawali też pedle i posługacze uniwersyteccy69. Pierwszy sekretarz uczelni, ksiądz Adam Antoni Jacyna, był filologiem. Przez 5 lat pracował jako nauczyciel w szkole departamentowej w Sejnach, w której sprawował godność rektora ksiądz Wojciech Szweykowski. Gdy ten został rektorem Uniwersytetu, powołał swojego dawnego podwładnego, wracającego ze studiów w Niemczech, na sekretarza Uniwersytetu. Jacyna był sekretarzem przez niespełna 4 lata, w 1822 r. zmarł na gruźlicę. Los tego uczonego, borykającego się przez całe życie z biedą i brakiem wsparcia dla swoich aspiracji naukowych, nasuwał smutne refleksje Fryderykowi Skarbkowi, który na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu wygłosił pośmiertną „pochwałę” Jacyny:

Poświęcić siły fizyczne i moralne nabywaniu wiadomości, wyrzec się wszystkich powabów zwyczajnego pożycia, aby się do użyteczności usposobić, walczyć nieustannie z przeciwnościami przez ludzi lub okoliczności przywiedzionymi, oto jest najzwyczajniejsze przeznaczenie uczonego! A gdy po niezmordowanej pracy, po wytrwaniu w dolegliwościach, po starganiu sił swoich na nabywaniu światła, stanie na tym przynajmniej punkcie, iż się dla bliźnich prawdziwie użytecznym stać może, wtedy rwie się pasmo życia, niszczeje cały zasób tak znojnie uzbieranych wiadomości, niknie człowiek godny tego nazwiska70.

Drugim sekretarzem, do końca istnienia uczelni, był Kazimierz Brodziński, o którym będę jeszcze mówił jako o profesorze na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych.

Całość budżetu UW wzrosła od około 210 tys. zł rocznie w 1817 r. do 491,5 tys. w 1830 r. Wzrost wydatków następował do połowy lat 20.; od 1825 do 1830 r. budżet uczelni zasadniczo się nie zmieniał. Uniwersytet miał własne źródło dochodów w postaci opłat studenckich. Wpływy z tego tytułu wzrosły od 7,5 tys. zł w 1817 r. do 41,5 tys. w 1830 r. Jednak i tu wszystkie wydatki zależały od KRWRiOP. Fundusz ten wspierał przede wszystkim „zakłady naukowe” Uniwersytetu; finansowano z niego też opalanie i oświetlenie sal, dodatki do pensji pracowników i różne drobne wydatki71.

13. Pedle uniwersyteccy w czasie symbolicznego pogrzebu Aleksandra I w 1826 r.

Stopień magistra studenci uzyskiwali w trybie „egzaminu całokursowego”, czyli ze wszystkich przedmiotów obowiązkowych. Egzamin był pisemny i ustny; ta druga jego część odbywała się publicznie, w obecności wszystkich profesorów wydziału72. Wspominał Romuald Hube:

Egzaminy nasze magistrowskie odbywały się bardzo uroczyście w sali dolnej gmachu bibliotecznego [Pałacu Kazimierzowskiego – M.M.]. Na estradzie zasiadali profesorowie przyodziani w togach czarnych z szafirowymi jedwabnymi wykładami, pod prezydencją rektora. Czterej kandydaci (bo tylu tylko na raz jeden egzaminowano) zajmowali miejsca na czterech krzesłach naprzeciw profesorów. Naprzeciw estrady były ustawione fotele przeznaczone dla osób wyższych z hierarchii naukowej i sądowej. Miałem zaszczyt mieć na moim egzaminie Staszica i kilku członków komisji oświecenia. Reszta sali zajęta była przez uczniów i licznie zbierającą się publiczność73.

„Popis”, czyli publiczny egzamin, był instytucją od dawna funkcjonującą w szkolnictwie, naturalnym zakończeniem pewnego etapu edukacji. W szkołach wojewódzkich popisy publiczne odbywały się na koniec każdej klasy, taką formę miały też matury74. Na Uniwersytecie pojawiły się jednak szybko wątpliwości. W 1819 r. Rada Uniwersytetu wnosiła o zniesienie publicznego charakteru egzaminów całokursowych, argumentując, że „stanowią gatunek widowiska teatralnego, poniżającego nauki wyższe”. Na egzaminie publicznym

lepsi uczniowie w nieśmiałości, w pomieszaniu, z niewielką odpowiadają przytomnością umysłu na uczynione im zapytania. Przeciwnie, pamięć szczęśliwa, śmiałość i wielomówność uchodząca za przytomność umysłu, łatwo mamiąca, są przewodnikami do najlepszych popisów, chociaż przy małej pilności i powierzchownym usposobieniu.

Egzaminy tego typu stawiały też w trudnej sytuacji egzaminatorów. Unikając powtarzania zagadnień, stawiali później przystępującym do egzaminu trudniejsze pytania; zdarzało się również, że byli zbyt pobłażliwi, by „nie zawstydzać młodzieńca”. Zwracano też uwagę, że egzamin stawał się „popisem egzaminatorów” ocenianych przez publiczność, bardziej skłonną do przypisywania winy profesorom, jako zadającym nietrafne pytania, niż egzaminowanym studentom. Proponowano, by w egzaminach uczestniczyli tylko profesorowie wydziału i urzędnicy KRWRiOP. Nie udało się jednak uzyskać zgody komisji rządowej na taką zmianę i do końca istnienia Uniwersytetu egzaminy całokursowe miały publiczny charakter75.

W wypadku doktoratu publiczna obrona rozprawy poprzedzona była egzaminem76. Doktoratów broniono jednak niewiele, gdyż stopień ten niewiele dawał w dalszej karierze zawodowej77. Nie miała go nawet część profesorów Uniwersytetu. Dla nich KRWRiOP wprowadziła uproszczony tryb doktoryzowania się – z obowiązkiem napisania rozprawy i jej publicznej obrony, ale bez egzaminu78.

Uniwersytet zatwierdzał też stopnie akademickie uzyskane na uczelniach zagranicznych. Dotyczyło to również uczelni w Cesarstwie (nie wyłączając Uniwersytetu Wileńskiego) oraz Uniwersytetu Krakowskiego, któremu mimo usilnych starań nie udało się uzyskać zwolnienia swoich absolwentów z tego wymogu79. W ciągu pierwszych 10 lat istnienia Wydział Lekarski potwierdził 38 zagranicznych dyplomów80. Na Wydziale Prawa i Administracji w pierwszej połowie lat 20. dyplomy magistra otrzymywało rocznie od 6 do 13 osób, które odbyły całe studia na zagranicznym uniwersytecie. W latach 1825/1826, 1826/1827, 1827/1828 przyznawano je już tylko 1–3 osobom; niewątpliwie w wyniku wprowadzenia zakazu studiów za granicą81.

Bardzo prestiżowym wyróżnieniem dla studentów były nagrody za rozprawy konkursowe. Tematy rozpraw ogłaszane były co roku przez wydziały, przyznawano nagrody pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia. Zdarzało się jednak dość często, że nikt nie składał pracy na dany temat. Nierzadko autorami nagrodzonych rozpraw byli studenci z innego wydziału niż ten ogłaszający konkurs. Laureaci otrzymywali specjalne medale82.

Samo ukończenie studiów nie dawało jeszcze możliwości uzyskania stanowisk w sądownictwie czy administracji albo rozpoczęcia praktyki lekarskiej – należało zdać państwowy egzamin. Jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego powołano odpowiednie komisje egzaminacyjne dla urzędników. W listopadzie 1816 r., a więc równocześnie z utworzeniem Uniwersytetu, namiestnik podpisał postanowienie o powołaniu komisji egzaminacyjnych. Przy Radzie Stanu utworzono Najwyższą Komisję Egzaminacyjną, która miała kwalifikować urzędników trzeciego, najwyższego, stopnia (prezydenci miast, komisarze wydziałów w komisjach wojewódzkich, komisarze obwodowi, adwokaci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze urzędowi). Komisji przewodniczył minister oświecenia, a w jej składzie oprócz wysokich urzędników z różnych resortów było też 2 profesorów – z Wydziału Prawa i Administracji oraz z Wydziału Lekarskiego. Powoływano też 2 ekspertów do każdego egzaminu, zależnie od jego przedmiotu. Aby przystąpić do egzaminu, należało posiadać dyplom ukończenia szkoły wyższej oraz zaświadczenie o odbyciu praktyki w urzędzie. Do końca 1829 r. Najwyższa Komisja Egzaminacyjna wydała pozytywne świadectwa 410 osobom, w tym 195 absolwentom Uniwersytetu. Komisje egzaminacyjne, przeznaczone dla kandydatów do niższych stanowisk, działały też na szczeblu województw83.

W wypadku lekarzy końcowe egzaminy praktyczne miały miejsce na Wydziale Lekarskim, tu też przeprowadzano egzamin kliniczny (leczenie 3–6 chorych przez 3–4 tygodnie). Sporządzane historie choroby leczonych pacjentów przesyłano do ostatecznej oceny Radzie Ogólnej Lekarskiej, w której następnie odbywał się egzamin teoretyczny. Decyzja o dopuszczeniu do praktyki lekarskiej należała do tej rady84.

Wydawałoby się, że istnienie Najwyższej Komisji Egzaminacyjnej może być odbierane jako wyraz nieufności do Uniwersytetu i podważanie wartości jego dyplomów. Jednak profesura uniwersytecka widziała w tym systemie raczej zagwarantowanie roli uniwersytetu w kształceniu urzędników. Dziekan Bandkie mówił w 1817 r. o komisjach egzaminacyjnych:

to urządzenie jest ostatecznym, całość instrukcji publicznej ściśle spajającym, nauki do potrzeb kraju stosującym ogniwem. [...] Ceniąc prawodawca cnotę i wartość naukową, zaszczepia w serce przyszłego urzędnika ich zamiłowanie, chce, by w szlachetnej wyniosłości umysłu dostępował urzędu nie przez względy i łaski, nie przez pokątne i poniżające zabiegi, lecz przez zdatność i prawo85.

„Tymczasowe urządzenie...” nie wspominało o pracy badawczej profesorów ani o uniwersyteckim życiu naukowym, poza ogólnym stwierdzeniem we wstępie, że Uniwersytet powinien „doskonalić” nauki. Jedyny konkretny przepis, który można odnieść do tych kwestii, dotyczył rozpraw czytanych na posiedzeniach publicznych Uniwersytetu – miały być one recenzowane przed odczytaniem przez 2–3 profesorów86. W 1820 r. dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych Bentkowski zaproponował, by profesorowie byli zobowiązani do corocznego przedstawiania rozwoju swojej dziedziny – odkryć, ważnych publikacji itp. Rozprawy takie, po przedyskutowaniu na posiedzeniu wydziału, miały być przedstawiane na posiedzeniach publicznych Uniwersytetu, a następnie publikowane. Dziekani wydziałów lekarskiego i filozoficznego poparli ten wniosek. Zdecydowanie sprzeciwił mu się natomiast dziekan prawa Bandtkie, który protestował przeciw „fabrycznej kontroli naukowej”, związanej z przymusem corocznego przygotowania tekstu. „Nauki nie są zawisłe od pewnych form, od pewnych epok zwłaszcza corocznych; postępy i cofanie się w nich nie są tak widzialne ani tak regularne i łatwe do uważania, jak zmiany powietrza lub obroty księżyca”87. Wniosek Bentkowskiego nie został wprowadzony w życie.

Profesorowie o większych ambicjach naukowych realizowali je w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, wygłaszając referaty na posiedzeniach plenarnych i w sekcjach tematycznych oraz publikując rozprawy w rocznikach Towarzystwa88.

„Tymczasowe urządzenie...” wprowadzało 3 typy „zgromadzeń obchodowych”. Pierwsze upamiętniało założenie Uniwersytetu i odbywało się na początku roku akademickiego. Zawsze rozpoczynało się rozbudowanym sprawozdaniem rektora o stanie uczelni w poprzednim roku akademickim, potem czytano rozprawy naukowe. Drugie zgromadzenie, „na uczczenie pamiątki uczonych mężów, a mianowicie Polaków”, odbywało się na koniec roku akademickiego. Zgodnie z nazwą czytano biografie polskich uczonych, zarówno tych z dawnych czasów, jak i niedawno zmarłych89. Na pierwszym takim posiedzeniu ładną mowę o pożytku ze studiowania życia uczonych wygłosił rektor. Mówił m.in.:

Młodzieży akademicka! Uczęszczając na wykład publiczny nauk i umiejętności, kosztujesz słodkich owoców pracy niezliczonego mnóstwa uczonych, jacy kiedy od początku świata aż do dni naszych rozum ludzki zbogacali. Dla ciebie oni dni i noce bezsenne przepędzali, aby ci drogę własnego doświadczenia i namysłu skrócili90.

Po posiedzeniach publicznych ukazywały się broszury zawierające wystąpienia rektora i rozprawy. Były to właściwie jedyne publikacje naukowe firmowane przez Uniwersytet, jednak, jak wspominał profesor Skarbek, „bardzo mało pomiędzy publiczność rozchodziły się91.

Trzecim typem „zgromadzenia obchodowego” miała być „instalacja” nowego rektora, ale wobec sprawowania tej funkcji przez cały czas przez księdza Szweykowskiego (i połączenia pierwszej „instalacji” z inauguracją Uniwersytetu) uroczystości takie się nie odbywały92.

Niesformalizowaną tradycją stało się kończenie roku akademickiego obiadem, w którym uczestniczyła cała profesura. Zapraszano też – na koszt dziekanów – studentów, autorów nagrodzonych rozpraw. W 1826 r. obiad odbył się w Hotelu Drezdeńskim przy ul. Długiej, a w 1830 r. w Hotelu Angielskim przy ul. Wierzbowej. Jan Nepomucen Janowski, który jako autor rozprawy znalazł się na obiedzie w 1826 r., wspominał, że studenci siedzieli przy swoich dziekanach. „Bandtkie nie pozwalał memu kieliszkowi być długo ani pełnym, ani próżnym, nalewając mi często wina, zachęcając mnie do picia i mówiąc: prawnicy piją93.

Jakie wzorce i tradycje wpływały na tworzenie i funkcjonowanie Uniwersytetu?

Ani wysocy urzędnicy edukacyjni, ani profesorowie nie mieli sentymentu do dawnych tradycji uniwersyteckich. Stare uniwersytety nie miały dobrej opinii wśród oświeconych elit – uważano je za korporacje profesorów skupione na zarządzaniu swoim majątkiem, a nie nauczaniu, za instytucje zdegenerowane, niewypełniające swej pierwotnej misji. Pozbawienie ich autonomii i ścisłe podporządkowanie państwu, jak w Austrii, czy wręcz likwidacja, jak w rewolucyjnej Francji, były przyjmowane ze zrozumieniem, jako walka z historycznymi przeżytkami. Często w opiniach o starych uniwersytetach czuje się klimat Monachomachii – uznawano je za instytucje ściśle kościelne, a ich upadek za analogiczny z sytuacją starych, uznawanych za nieużyteczne społecznie zakonów94. Uniwersytety były „niewiadomości twierdzami” – pisał Staszic w 1785 r. – „Z nich najpierwszą i najstarszą była Akademia Paryska. Ta akademików matka wpośród stolicy wszystkich nauk dotychczas jest nieukiem. [...] Ten, kto dawnych akademiów kształt odmieni, uczyni ludzkiemu narodowi wielką przysługę”95. A ponad 40 lat późnej młody profesor Uniwersytetu Warszawskiego Krystyn Lach-Szyrma pisał o wizytach w Oksfordzie i Cambridge:

Cudzoziemiec wchodzący między okazałe i gotyckie ich mury przejęty jest uszanowaniem dla starożytnej ich sławy, lecz zresztą widzi tylko długą listę pensjonowanych uczących, a mało nauki. [...] Pod tak nieforemnym kształtem przetrwały uniwersytety do naszych systematyczniejszych czasów, w których skład ich starodawny już nie może sprzyjać naukom96.

W Krakowie tego typu opinie były temperowane przez miejscowe tradycje uniwersyteckie, przez obronę dawnych przywilejów, majątków i dochodów, wreszcie – przez ciągłość personalną miejscowego środowiska akademickiego. W Warszawie, gdzie nie istniała żadna tradycja uniwersytecka, można to było formułować znacznie swobodniej.

Ciekawe światło na stosunek do dawnych uniwersytetów rzuca dyskusja na temat uroczystych strojów akademickich. W 1818 r. Niemcewicz przygotował dla KRWRiOP projekty takich strojów. Przewidywał on, że profesorowie będą nosili togi. Dziekani, którzy otrzymali ten projekt do opinii, potraktowali go bardzo krytycznie. Togi uważali za strój duchownych. Dziekan teologii ksiądz Szymański obawiał się, że „tak przestrojonych nauczycieli, jak doradza projekt, młodzież nasza weźmie za przedmiot uśmiechu, a może nawet i gmin pospolity z nich żartować sobie pozwoli”. Potrzebny byłby strój, „któryby duchownego w świecką, ani świeckiego w duchowną nie zamieniał osobę”. Inne skojarzenie miał dziekan prawa Bandtkie – z żydowskim chałatem. We Francji czy Anglii – pisał – togi i birety są używane przez wysokich urzędników wymiaru sprawiedliwości, „u nas widać w togach czarnych same tylko żydostwo”. Nawiązując do projektów Niemcewicza, pisał, że wprowadzenie tego stroju

poniży tylko profesorów, tym bardziej, jeżeli w dziwnej pstrociznie purpuru, fioletu, zielonego, pąsowego, karmazynowego, niebieskiego, czarnego koloru wystąpią; jedni w aksamitach, drudzy w jedwabiach, trzeci w suknie, a reszta w kitaju; jedni z podszewkami, drudzy, jak np. dziekan prawa, bez podszewki.

Jeżeli rząd chce podnieść prestiż profesury, to powinien to robić nie przez „dziwaczny ubiór biretów i tóg”, ale przez powoływanie profesorów na wysokie stanowiska państwowe. Bandtkie pokpiwał, że zielony jako kolor nadziei jest trafnie wybrany dla dziekana prawa, „gdy użyteczność powszechna z nauki tej u nas jest dopiero w nadziei”; nie będzie ona miała miejsca „dopóki przesądy z winy dawnych czasów Rzeczypospolitej o tej nauce powzięte u nas nie ustaną. Radziłbym tylko, ponieważ nadzieja ta zbyt jeszcze daleką, aby kolor był ciemnozielony”. Wydaje się, że powszechną opinię profesury wyrażał dziekan Bentkowski, pisząc: „Duch czasu teraźniejszego jest duchem wojskowym, a zatem nie togi ani birety zjednają powagę i poszanowanie dla stanu nauczycielskiego w oczach gminu, ale mundury i szpady i ordery”97.

Ostatecznie w 1821 r. KRWRiOP ustaliła, że profesorowie będą występowali na zewnątrz uczelni w mundurach, a w czasie wykładów i uroczystości uniwersyteckich w togach. Były one jednak skromniejsze niż projektowane wcześniej przez Niemcewicza – tylko rektor miał togę koloru szafirowego, wszyscy inni profesorowie czarne z szafirową podszewką98.

14. Mundur rektora, dziekanów i profesorów radnych Uniwersytetu

Powstanie Uniwersytetu Warszawskiego przypadło na moment wielkich przemian instytucji uniwersytetu w Europie. Były tu 2 wyraziste i znane polskim elitom modele: niemiecki i francuski. Uniwersytety niemieckie, zarówno te stare (tu czołówkę stanowiły Getynga, Halle i Jena), jak i nowe (np. Berlin, Bonn) cieszyły się względną autonomią. Miały one senaty składające się z profesorów zwyczajnych, rektora i dziekanów wybierano. Przekształcały się w instytucje badawcze, a celem nauczania stawało się w większym stopniu rozwinięcie samodzielności myślenia i umiejętności badawczych u studentów niż wykształcenie specjalistów na potrzeby państwa. Model napoleoński był zupełnie inny – opierał się na wyspecjalizowanych szkołach wyższych, ściśle podporządkowanych i służących państwu. Pojęcie „uniwersytet” oznaczało cały system oświatowy, a nie uczelnię.

Uniwersytet Warszawski sytuował się gdzieś pomiędzy tymi 2 modelami: nie był specjalistyczną szkołą, obejmował różne dziedziny nauki; miał tradycyjną strukturę wydziałową oraz wybieranych rektora i dziekanów. Z drugiej strony jednak nie otrzymał autonomii, został ściśle podporządkowany władzom edukacyjnym. Nie miał też, w przeciwieństwie do uniwersytetów niemieckich, senatu. Jeśli chodzi o dydaktykę, kształcenie specjalistów na potrzeby państwa zdecydowanie dominowało nad rozwojem intelektualnym studentów. Charakterystyczne zalecenie znalazło się w „Tymczasowym urządzeniu...”:

Wszelka teoria, ile to być może, stosowaną będzie do praktyki, a mianowicie do użytku potrzeb krajowych. Wykładający zatem swoje nauki i umiejętności zwracać będą uwagę na stan ich w naszym kraju; czynić i przytaczać własne odkrycia, tudzież wskazywać potrzebę czynienia dalszych postrzeżeń. Opisujący płody przyrodzone, kunszty i wynalazki zagraniczne, porównywać je będą z krajowymi lub ostrzegać o ich niedostatku i środki do zaprowadzenia nastręczać; słowem starać się będą o podwyższenie oświaty narodowej w całym znaczeniu tego wyrazu99.

15. Mundur profesorów zwyczajnych („nieradnych”) Uniwersytetu

W Polsce ważnym punktem odniesienia była też świeża tradycja związana z miejscem „szkół głównych” w Krakowie i Wilnie w systemie edukacji w czasach Komisji Edukacji Narodowej – ze sprawowaniem przez uniwersytety nadzoru nad całym szkolnictwem swojej prowincji. W Wilnie taką rolę uniwersytetu przywrócono w początkach rządów Aleksandra I; zresztą doświadczenia KEN wykorzystane zostały przy reformie edukacji w całej Rosji. O ile Potocki i inni urzędnicy edukacyjni ignorowali te doświadczenia, o tyle w warszawskim środowisku uniwersyteckim tego typu system cieszył się pewną sympatią. W 1821 r., przy okazji prac nad nowym statutem uczelni, Wydział Filozoficzny postulował, aby zatwierdzanie programów szkół, sprawdzanie kwalifikacji nauczycieli i inne decyzje dotyczące edukacji należały do Uniwersytetu. „Inaczej – argumentowano – powstałoby na zawsze w systemacie edukacyjnym szkodliwe nieporozumienie się i zbaczanie od głównego celu, przez co naród, który w oświeceniu swoim postępować powinien, nigdy z swej mierności wyjść nie potrafi”100.

Uniwersytet a władze edukacyjne

Pierwsze wybory rektora miały niespodziewany przebieg. Ich wynik zaciążył na stosunkach Uniwersytetu z ministrem oświecenia, a także na strukturze uczelni.

Minister Potocki i jego współpracownicy z KRWRiOP przeznaczali urząd rektora dla Samuela Bogumiła Lindego. Kandydatura wydawała się mocna. Linde był najbliższym współpracownikiem ministra w sprawach edukacyjnych jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego. Nie chodziło tu zresztą o protegowanie uczonego przez światłego arystokratę – swego czasu Linde przeprowadził nominację Potockiego na prezesa Eforatu (dozoru szkolnego) Liceum Warszawskiego, mimo wyraźnej niechęci władz pruskich do tego kandydata; długi wdzięczności były więc obopólne101. Linde miał niepodważalne kwalifikacje naukowe – 6-tomowy Słownik języka polskiego wydany w latach 1807–1814 był ogromnym osiągnięciem. Jako twórca i przez ponad 10 lat rektor Liceum Warszawskiego uzyskał Linde doświadczenie w kierowaniu szkołą aspirującą do poziomu akademickiego. Wśród 21 profesorów radnych mających dokonać wyboru rektora znajdowało się (poza Lindem) jeszcze 6 profesorów Liceum, na których głosy zapewne liczono.

Jedyną osobą występującą jako kontrkandydat Lindego był profesor nauk administracyjnych Dominik Krysiński. Z tym problemem minister poradził sobie jednak w prosty sposób – nie mianując Krysińskiego profesorem radnym i w ten sposób pozbawiając go prawa kandydowania. Nic nie pomógł protest Wydziału Prawa i Administracji, w którym zwracano uwagę, że Krysiński „jest jednym z dawniejszych profesorów w tym wydziale”102.

16. Stanisław Kostka Potocki, miedzioryt profesora UW Johanna Ferdynanda Krethlowa, 1819

Środowisko profesorskie odrzucało kandydaturę Lindego. Zdecydowało tu kilka kwestii. Linde był ewangelikiem, co mogło bardzo utrudnić akceptację władz kościelnych dla kształcenia kleryków na Wydziale Teologii. Postrzegano go jako Niemca – pisał ładnie po polsku, ale mówił z błędami, co w wypadku rektora Uniwersytetu mogło razić103. Fakt bliskiej współpracy z Potockim mógł być odbierany zarówno jako atut, jak i zagrożenie – rektor stałby się bardziej urzędnikiem władz oświatowych niż rzecznikiem społeczności akademickiej. Można przypuszczać, że w grę wchodziły też kwestie charakterologiczne. I jeszcze jeden istotny fakt – połowa wybierających profesorów była słabo związana ze środowiskiem urzędników oświatowych. Spośród profesorów radnych 8 wywodziło się z Szkoły Prawa i Administracji i Szkoły Lekarskiej. Pierwsza z nich powstała, jak pisałem, decyzją ministra sprawiedliwości Łubieńskiego, drugą utworzono w wyniku oddolnej inicjatywy warszawskiego środowiska lekarskiego. I właśnie te 2 wydziały wymieniano jako wrogie kandydaturze Lindego104.

Obawiając się, że Potocki może zawiesić prawo wyboru rektora i po prostu mianować Lindego, dziekani postanowili wystąpić do KRWRiOP o mianowanie rektorem Staszica. Byłoby to właściwie przedłużenie istniejącej sytuacji, gdyż Staszic przewodniczył Radzie Ogólnej organizującej Uniwersytet. Tej inicjatywie sprzeciwił się jednak Wydział Nauk i Sztuk Pięknych i do wysłania prośby nie doszło. Rozpoczęły się poufne rozmowy; kandydowanie proponowano Bandtkiemu i Bentkowskiemu, ale obydwaj odmówili; ostatecznie zgodzono się na kandydaturę Szweykowskiego105.

Sam Linde, któremu Bentkowski i Szweykowski powiedzieli wprost, że ma małe szanse na wybór, zaczął się obawiać kandydowania „przy tak rozdwojonych umysłach”. Pisał w liście do radcy stanu Józefa Sierakowskiego:

Żona moja, którą nad życie kocham, dowiedziawszy się skądsiś o tym, co się dzieje, prosi mnie ze łzami, żebym się w to wcale nie wdawał. Od początku zaraz przeciwna temu była, żebym się miał mieszać do Uniwersytetu, idzie jej o spokojność i zdrowie moje. Jakoż w samej rzeczy jestem słabowitym i częstokroć chorszym, niż się wydaje. Właśnie gdy to piszę, cierpię tak mocną migrenę, iż ledwo pióro utrzymać mogę106.

Potocki i jego współpracownicy naciskali na profesorów radnych. Sierakowski pisał do Lindego: „Przyślij mi, proszę, listę wszystkich profesorów radnych i krzyżyki połóż obok imion tych, o których można by wątpić życzliwych chęciach; pogadamy z każdym osobno”107. Potocki zaprosił dziekanów na obiad, aby porozumieć się co do przyszłego rektora. W obiedzie uczestniczył minister sekretarz stanu Ignacy Sobolewski, który oświadczył, że kandydatura Lindego zapewne spodoba się cesarzowi (choć zaznaczał, że jest to jego prywatne zdanie); w podobnym duchu wypowiedzieli się obecni Julian Ursyn Niemcewicz, minister skarbu Jan Węgleński oraz wysoki urzędnik KRWRiOP Józef Lipiński. Dziekani obiecali, że będą namawiali profesorów do głosowania na Lindego, choć Bentkowski zaznaczył, że kandydat ma wielu przeciwników108.

Wybory odbyły się 2 III 1818 r. Ksiądz Szweykowski otrzymał 15 głosów, Linde 4, a Bentkowski i Bandtkie po jednym109. Według relacji Bentkowskiego na Lindego padły głosy dziekanów („za obiad”, jak pisze ironicznie)110. Znaczyło to, że tak naprawdę nikt w gronie wyborców nie popierał tego kandydata.

Emancypacji uniwersyteckiej profesury, środowiska wydawałoby się mocno niespójnego, raczej się nie spodziewano. Wyniki wyborów były policzkiem dla ministra, zwłaszcza wobec tak ostentacyjnego popierania Lindego. Chyba zresztą zbyt ostentacyjnego i z wyraźną nutą protekcjonalnego lekceważenia profesorów. Potocki miał prawo uważać się za wybitniejszego uczonego niż wielu z nich. Dochodziło do tego przekonanie, że w Polsce rozwój nauki ma charakter odgórny, zaczyna się od najwyższych warstw społecznych. „Gdy w innych krajach – pisał – nauki są prawie całkowicie trzeciego stanu udziałem, a pierwszego tylko zabawą i ozdobą, przeciwnym u nas rzeczy porządkiem, światło zajaśniało z góry, kiedy cienie okrywały resztę narodu”111. Z kolei profesorowie, wśród których większość była pochodzenia mieszczańskiego lub drobnoszlacheckiego, niekoniecznie wielbili „panów”. Krótko po wyborach dziekan Bandtkie pisał do Joachima Lelewela, odnosząc się do nominacji profesorskich:

Że łaska pańska, tak jak gust kobiet i pogody jesienne, u nas zwłaszcza, są odmienne, że wszystko zatem dzieje się najwięcej na zasadzie łaski, względów, rekomendacji [...], to prawda, ale można się do wszystkiego przyzwyczaić, a potrzeba junctis viribus [wspólnym wysiłkiem – M.M.] się postarać, aby jedynie nauka znaczyła lub przeważała112.

Skutkiem tych wyborów było odejście obu kandydatów, Krysińskiego i Lindego, z Uniwersytetu. W obu przypadkach oznaczało to dużą stratę dla uczelni. Minister podjął też decyzję o odłączeniu biblioteki od Uniwersytetu i nadaniu jej statusu Biblioteki Publicznej podległej bezpośrednio KRWRiOP; Linde został dyrektorem biblioteki.

Uroczysta inauguracja Uniwersytetu (połączona z „instalacją” rektora) odbyła się w kościele św. Krzyża 1 V 1818 r. Profesorowie i studenci zebrali się wcześniej w Pałacu Kazimierzowskim i podzieleni na wydziały przeszli do kościoła. W kościele przy prezbiterium ustawiono naprzeciw siebie 2 stoły. Za jednym zasiedli rektor i dziekani, za drugim – minister Potocki z wysokimi urzędnikami KRWRiOP. Profesorowie siedzieli za rektorem, mając za sobą studentów Uniwersytetu; po drugiej stronie, za ministrem, stali uczniowie różnych szkół warszawskich. Inni ministrowie i radcy stanu zasiedli na krzesłach ustawionych w półkole w środkowej nawie. Z wielkimi honorami witano senatora Nowosilcowa. Namiestnik Zajączek, którego „cała publiczność w poważnym milczeniu oczekiwała”, powitany został przy drzwiach kościoła przez 2 dziekanów, w środku nawy przez rektora, a przy prezbiterium przez ministra. Uroczystość, ogłoszona biciem dzwonów we wszystkich kościołach miasta, rozpoczęła się od mszy odprawionej przez biskupa Franciszka Malczewskiego, a zakończonej odśpiewaniem Veni Creator. Odczytano dyplom fundacyjny, po czym biskup Prażmowski w imieniu dotychczasowej Rady Ogólnej przedstawił jej prace113.

Zwraca uwagę, że żadnej roli w czasie uroczystości nie odegrał właściwy organizator Uniwersytetu – Stanisław Staszic. Nie wiemy nawet, czy w niej uczestniczył.

Po odczytaniu potwierdzenia wyboru rektora oraz nazwisk profesorów i dziekanów głos zabrał minister oświecenia. Potocki, który był sławnym mówcą, przemawiał z pamięci, bez kartki. Przedstawiał obraz Uniwersytetu jako zwieńczenia systemu edukacji:

Wznosi się Uniwersytet nad wszystkie inne szkoły, jak cedry Libanu nad inne, choć potężne drzewa i tym nad nimi góruje, że tam się uczniowie na ludzi, tu się ludzie kształcą na mężów, że tam się uczy młodzież, tu się uczoną staje [...]. Zgoła inne szkoły są drogą nauki, Uniwersytet jest jej kresem, u którego stanąwszy, młodzieniec może sobie powiedzieć: po długiej i trudnej podróży doszedłem do mety, widzę przed sobą skarb bogaty wszystkich ludzkich znajomości, nagromadzony od wieków, w którym mi obficie czerpać jest wolno w jakimkolwiek bądź nauk rodzaju.

Potocki mówił jednak przede wszystkim o Aleksandrze I jako opiekunie edukacji i nauki. Nawet ówczesnych słuchaczy, przyzwyczajonych do wiernopoddańczej frazeologii, mógł uderzać sposób mówienia o cesarzu: „O wielki, o potężny Boże! Miej pod świętą strażą i opieką twoją najpiękniejszy z tworów twoich, monarchę, którego ukształciłeś na wzór własny, dla szczęścia poddanych jego i świata”. Znamienne jest natomiast, że minister nie wspomniał o wybranym rektorze114.

17. Wojciech Szweykowski

Najdłuższe i piękne przemówienie wygłosił rektor Szweykowski. Jego mowa odbiła się zresztą szerokim echem. „Szweykowski mówkami swymi uzyskał tu sobie wielką sławę, chwalą go młodzi, chwalą literaci, chwalą i Śniadeccy” – donosił z Wilna Joachim Lelewel115.

Przemówienie rektora było peanem na cześć nauki i uczonych:

Badania uczonych, czy to w pojedynczych przedmiotach, czy we wszystkich razem, choć mają cel pewny, do którego dążą, nie mogą mieć stałej ostatecznej mety; tak jak jej nie ma nienasycona nigdy ciekawość ludzka. [...] W tym dążeniu nieustannym człowiek przepisuje sobie pewne prawidła, jak ma dalej postępować, czego się trzymać, a czego wystrzegać, aby nie błądził. Ale nadaremną jest jego ostrożność. Dopiero co utworzył systema i zdumiewa się nad jego mądrością, jużci je obala, tworzy nowe, przeistacza; a gdy mu się zdaje, że już stanął u szczytu prawdy najwyższej, postrzega omyłkę, niszczy dzieło własne, albo dzieło wielu wieków i na nowo rozpoczyna budowę. Tu los mędrców przypomina nam Syzyfa. Jak tamtemu wymyka się kamień i spada na dół wtenczas, kiedy go wyniósł na wierzch skały wysokiej, tak przed tymi znika układ prawd mniemanych, gdy jedno nowe odkrycie otwiera im oczy na mylną jego podstawę albo mylną rachubę. Nie ustają jednak mędrcy równie jak Syzyf w pracy po tyle razy zawodnej, bo to samo postrzeżenie, które niszczy ich układy, zachęca ich do dalszych; rozpoczynają dzieło na nowo, bo poznanie omyłki karmi ich nadzieją, iż budując coraz lepiej, wystawią kiedyżkolwiek niewzruszoną budowlę116.

Zwracając uwagę na rosnącą specjalizację nauk, Szweykowski kładł nacisk na rolę uniwersytetów we współpracy różnych dziedzin nauki:

Co więc chemicy robią z ciałami ziemskimi, to uniwersytety z naukami, raz je rozkładają na części najdrobniejsze, drugi raz je łączą w jedną całość. Rozkład odkrywa im prawdy szczególne, skład zbiorowy wiedzie do prawd ogólnych.

Bardzo dobitnie mówił o wolności nauki:

Postęp oświecenia żadnej tamy nie cierpi, jeśli jej usunąć nie może, mylny bierze kierunek, lecz w biegu nie ustaje, tak właśnie jak potok z góry spadający, który, jeżeli wzruszyć skały w pędzie prostym nie zdoła, okrąża ją i skośnie ryje koryto. [...] Nie masz siły, która by bieg myśli wstrzymała, nie masz pęta na rozum117.

Z rozważań Szweykowskiego wyłaniał się Uniwersytet, „którego duchem ożywnym, którego najsilniejszą wszystkich działań sprężyną jest liberalność”118.

W sprawozdaniu z uroczystości zamieszczonym w „Gazecie Warszawskiej” pisano, że mowy Potockiego i Szweykowskiego są „wzorem ojczystej wymowy”. Zauważono jednak, że „chociaż do jednego zdawały się zmierzać celu, znacznie pomiędzy sobą się różnią. [...] Pierwszą mówił, jak przystało na naczelnika edukacji, w drugiej maluje się charakter męża, który wolno obrany, jest pierwszym pierwszego w kraju instytutu rektorem”119. Rzeczywiście, o ile mowy Potockiego i Prażmowskiego umieszczały powstanie Uniwersytetu w kontekście całej polityki edukacyjnej KRWRiOP, o tyle u Szweykowskiego kluczowa była rola samych uczonych. Szweykowski mówił dużo o wdzięczności dla monarchy, ale tak naprawdę w centrum jego rozważań stali mędrzec-uczony i wspólnota uczonych, która miała być najwyższą instancją w rozstrzyganiu kwestii intelektualnych:

Uniwersytet nie bierze zasad od nikogo, sam je dla siebie i dla drugich wyszukuje, nie ufa żadnym, nawet i własnym, nawet powszechnie przyjętym, niczemu nie dowierza, wszystko roztrząsa, sprawdza i sprawdzone jeszcze drugim do sprawdzenia oddaje. W rzeczach naukowych nie zna wyższego nad własny sąd, chyba sąd świata uczonego, a i od tego wolno mu się jeszcze do potomności odwołać120.

W jego wizji to uczeni wyznaczają kierunek rozwoju państwa. „Wy macie wszystkich z pochodnią w ręku poprzedzać. – zwracał się rektor do profesorów – [...] Koledzy! Czekają nas trudy, czeka nas chwała!”121. Przemawiając w obecności namiestnika, ministrów i Nowosilcowa, rektor przedstawiał śmiałą wizję, w której rząd był władzą wykonawczą, a uczeni ustawodawczą. Rządzący mają dbać o szczęście rządzonych „w miarę środków i sił, w miarę pomocy i przeszkód, w miarę okoliczności czasowych”, a uczeni wskazują „szczęśliwość bezwzględną, do jakiej ród ludzki wznieść się jest zdolny, do jakiej zmierzać powinien”. Zadaniem władz jest więc wdrożenie idei uczonych. „Pierwsi zatem są właściwie wykonawcami, drudzy do rzędu prawodawców należą”122.

Patrząc na zgromadzonych w kościele profesorów, można było jednak powątpiewać, czy są w stanie udźwignąć takie zadania. Zasadniczo było to grono awansowanych nauczycieli szkół średnich bądź specjalistów-praktyków w różnych dziedzinach. Niewielu z nich miało prawdziwe ambicje naukowe. W tym kontekście trzeba widzieć sceptyczną uwagę sprawozdawcy w „Gazecie Warszawskiej”, że Szweykowski „okazał tym sposobem, czym może i być powinien każdy uniwersytet. Szlachetna nadzieja pozwalała mu wróżyć, iż tymże będzie i Królewski Warszawski Uniwersytet”123.

Można było odczytać to przemówienie, zwłaszcza wobec niedawnych wyborów rektora, jako manifest niezależności i poczucia własnej wartości profesury uniwersyteckiej. Polityce rządu, który uznawał profesorów za ściśle podporządkowanych sobie funkcjonariuszy, rektor przeciwstawiał obraz władz państwowych, które w długiej perspektywie realizują wizje uczonych.

Na pewno Szweykowski mówił też do przyszłych pokoleń. Dla intelektualistów tej epoki typowe było postrzeganie dziejów przede wszystkim jako historii oświecenia. Z tego punktu widzenia otwarcie Uniwersytetu stało się wydarzeniem epokowym, mogło być traktowane jako jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Wobec takiej perspektywy różne słabe strony powstającej uczelni schodziły na drugi plan.

Wybrany rektor należał niegdyś do zakonu pijarów; w zgromadzeniu spędził 15 lat (1789–1804). W latach 1802–1804, wysłany przez pruskie władze szkolne, przebywał w Niemczech, studiując język i literaturę niemiecką oraz poznając funkcjonowanie szkół. Miał za sobą ponad 20-letnie nauczanie w szkołach średnich. Najpierw pracował jako nauczyciel w szkołach pijarskich, następnie w latach 1804–1808 w gimnazjum płockim. W początku 1809 r. stworzył szkołę departamentową w Sejnach, której był rektorem, a w 1811 r. został profesorem literatury polskiej w Liceum Warszawskim. Opublikował kilka mów i biografii, rozprawę o polskiej ortografii oraz ciekawą broszurkę dotyczącą niemieckich i polskich szkół średnich. W 1817 r. na posiedzeniu połączonych wydziałów Uniwersytetu odczytał rozprawę „O wzajemnej potrzebie łączenia nauk teologicznych z innymi”, która została wydrukowana124. „Gazeta Warszawska” cytowała gazetę ukazującą się w Lipsku: donosząc o wyborze Szweykowskiego, komentowano w niej, że jest on „mężem zasad liberalnych i prawdziwie szlachetnych, niepospolitej tęgości umysłu i trafności rozsądku”. Był to zresztą zapewne artykuł przesłany przez kogoś ze środowiska akademickiego z Warszawy125.

„Szweykowski rektor wart być rektorem, ale nie tak malowanym, jakim być każe urządzenie tutejszego uniw[ersytetu] – oceniał przybyły z Wilna Franciszek Malewski (zresztą syn rektora Uniwersytetu Wileńskiego)126. Rzeczywiście, władze uniwersyteckie miały niewielkie uprawnienia – wszystkie ważniejsze kwestie rozstrzygała KRWRiOP. Rektor był teoretycznie zwierzchnikiem wszystkich pracowników, ale nie mógł samodzielnie zatrudnić lub zwolnić nawet stróża. Również wszystkie zmiany programowe czy kwestie obsady zajęć wymagały decyzji komisji rządowej. Miał natomiast rektor uprawnienia dyscyplinarne wobec studentów127.

Nie należy jednak lekceważyć nieformalnej roli Szweykowskiego. Fakt, że uczelnia występowała wobec władz zwierzchnich jako całość, że prawie do końca jej istnienia nie doszło do żadnego rozłamu w Radzie Uniwersytetu, był w dużej mierze zasługą rektora. Wielka zręczność w postępowaniu z ludźmi ułatwiła Szweykowskiemu szybkie wyciszenie konfliktu z ministrem Potockim po wyborach rektorskich, a także względnie poprawne stosunki z ekipą kierującą KRWRiOP od 1820 r. Udało się też rektorowi utrzymać autorytet władz uniwersyteckich wobec studentów.

18. Stanisław Grabowski, litografia J. Sonntaga

Zasadniczy zwrot w systemie edukacyjnym Królestwa przyniosła dymisja Potockiego ze stanowiska ministra oświecenia podpisana przez Aleksandra I w grudniu 1820 r. Nowym ministrem został Stanisław Grabowski, naturalny syn króla Stanisława Augusta, znany z konserwatywnych wystąpień na sejmach Królestwa w 1818 i 1820 r. Nowy minister nie był osobowością na miarę poprzedniego – erudyta, ale mało sprawny jako urzędnik, chwiejny w decyzjach. Kluczową postacią resortu stał się Józef Kalasanty Szaniawski. Przy reorganizacji KRWRiOP objął on kierownictwo Dyrekcji Wychowania, do której należały sprawy całej edukacji.

Szaniawski był osobą o ciekawej biografii ideowej. Wybitny filozof kantysta, za młodu radykał, jeden z przywódców tzw. polskich jakobinów, stopniowo ewoluował w stronę skrajnego konserwatyzmu o silnym zabawieniu religijnym. Do władz edukacyjnych wchodził z programem ograniczenia szkolnictwa elementarnego i możliwości awansu społecznego poprzez wykształcenie, chciał też zredukować przedmioty humanistyczne na rzecz nauk ścisłych i kształcenia technicznego. O ile filozofia, historia, nauka o prawie itp. wydawały mu się bardzo niebezpieczne dla porządku społecznego, o tyle był gorącym orędownikiem powołania w Warszawie politechniki128.

Okazją do publicznego zaprezentowania poglądów Szaniawskiego na edukację stała się uroczysta „instalacja” kuratora generalnego Dawida Oebschelwitza, która odbyła się 19 VII 1823 r. w Pałacu Kazimierzowskim. Uczestniczyli w niej profesorowie i studenci Uniwersytetu oraz nauczyciele i uczniowie szkół średnich stolicy129. Po krótkim wprowadzeniu ministra Grabowskiego Szaniawski wygłosił długą mowę o polityce edukacyjnej, ukazując katastrofalne skutki edukacji nieopartej na mocnych religijnych podstawach:

Rozum zostawiony własnym nieudolnym siłom, miotany wszechstronnymi popędy przemagających chuci, zwaśniony wewnętrznie, albo raczej zdziczały zajadłą ich walką, domierza nareszcie ostatniego kresu szaleństwa, stawiając się w opłakanym stanie rokoszu względem Boga, a następnie [...] w stanie rokoszu względem wszystkich prawd wyższych, względem wszelkiej władzy, względem wszelkiego rodzaju wyższości, względem wszelkich w towarzyskim [społecznym – M.M.] porządku ustaw i legalnych stosunków, które szanować był winien.

Dalej zebrani usłyszeli, czym grzeszą poszczególne dziedziny nauki. Historia nie zwraca uwagi „na owe cudowne drogi mądrości i miłosierdzia, jakimi twórcza Opatrzność przeprowadza ród ludzki ku właściwemu przeznaczeniu”. Fizyka nie dba o budzenie „w młodocianej duszy owych wzniosłych uczuć wdzięczności, podziwienia, czci i miłości ku Wszechmocnemu Twórcy”. Filozofia „prowadzi [...] raczej do pychy, aniżeli do chrześcijańskiej pokory”. Prawo i nauki polityczno-administracyjne mogą się stać „zgubnym tylko dla niedoświadczonych umysłów manowcem”, jeżeli uczniowie będą „błąkać się pomiędzy martwymi abstrakcjami”, jak np. teoria umowy społecznej. Z kolei literatura często „używaną bywa na przewrotne podkopywanie dobroczynnych dla ludzkości przeświadczeń, albo też na za wczesne w niewinnych sercach obudzanie owych większych namiętności, które niszczą w młodzieży potrzebną dla nauk rozwagę i niejednego na całe życie błogiej pozbawiają spokojności”. Rząd musi zadbać, aby edukacja „nie wyradzała się w zgubny niejako nowicjat moralnego skażenia serc i ustalenia przewrotności umysłów”130.

19. Józef Kalasanty Szaniawski, litografia J.F. Piwarskiego

To rozważania dość typowe dla tzw. kontroświecenia, nurtu reprezentowanego w Polsce przede wszystkim przez duchownych131. Dla oświeconych elit takie poglądy sytuowały się jednak na obrzeżach życia umysłowego i bardzo niecodzienne było wysłuchiwanie takich opinii w Pałacu Kazimierzowskim, wśród profesorów i najwyższych urzędników edukacyjnych. Zdecydowana większość profesorów uznawała Szaniawskiego za postać dziwaczną, fanatyka i doktrynera; towarzyszyło temu przekonanie, że edukacja stała się zakładnikiem poglądów i fobii jednej osoby. Zresztą nie tylko edukacja – Szaniawski był też szefem cenzury (bardzo restrykcyjnej w latach 20.), tworzył finansowaną przez rząd prasę, odgrywał też pewną rolę w polityce wyznaniowej – mógł więc być postrzegany jako osoba sprawująca dyktatorskie rządy w życiu umysłowym kraju.

Silna pozycja nowego kierownictwa KRWRiOP wynikała z poparcia Mikołaja Nowosilcowa. Do chwili dymisji Potockiego wpływ potężnego komisarza cesarskiego na sprawy edukacyjne i wyznaniowe nie był duży. Teraz stał się decydujący, wykraczał zresztą poza teren Królestwa – Nowosilcow został w 1824 r. kuratorem wileńskiego okręgu szkolnego, był też jednym z 3 „konserwatorów” Uniwersytetu Krakowskiego.

Kluczowe decyzje dotyczące nowego systemu edukacji miały zapaść nie w KRWRiOP, ale w powołanym w grudniu 1821 r. Komitecie Reformy pod przewodnictwem Nowosilcowa132. W skład komitetu weszli poza nim: minister Grabowski, radca stanu Szaniawski, biskup Prażmowski, senator kasztelan Jan Tarnowski, kierujący Komisją Rządową Wojny gen. Maurycy Hauke, dowódca korpusu inżynierów gen. Jan Malletski; trochę później dołączono do składu komitetu Staszica i ministra stanu Jana Węgleńskiego. Ciało to nie miało nic wspólnego z ustrojem Królestwa (tego typu prace powinny być prowadzone przez deputację powołaną w Radzie Stanu); jego skład wynikał z uwzględnienia różnych ośrodków władzy: wielkiego księcia Konstantego reprezentowali 2 generałowie, z Nowosilcowem związani byli członkowie nowej ekipy kierującej KRWRiOP (Grabowski, Szaniawski, Tarnowski oraz biskup Prażmowski), a Staszica i Węgleńskiego należy zapewne traktować jako przedstawicieli namiestnika Zajączka.

Najważniejszy projekt tzw. policji szkolnej, czyli Kuratorii Generalnej Instytutów Naukowych, opracowali Szaniawski i gen. Malletski, przy czym rola pierwszego była znacznie większa. Jako że cesarz zalecił oparcie reformy edukacji na wzorach austriackich, Szaniawski odbył podróż do Austrii, gdzie zapoznawał się z tymi rozwiązaniami133. Poza tym niewątpliwie górował nad resztą komitetu intelektualnie, a doświadczenie prawnicze pomagało mu w przetwarzaniu dyskutowanych koncepcji na projekty aktów prawnych.

Podstawowym założeniem przy projektowaniu Kuratorii było oddzielenie we wszystkich szkołach, łącznie z uniwersytetem, hierarchii „dozorczej” od „naukowej”. Na czele Kuratorii stał mianowany przez cesarza kurator generalny, któremu podlegali kuratorzy szkół i inspektor generalny uniwersytetu oraz niżsi urzędnicy. Poza dozorowaniem uczniów zająć się oni mieli kontrolowaniem pracy nauczycieli i profesorów, a także nadzorować finanse instytucji edukacyjnych.

Projekt opracowany w Komitecie Reformy został przekazany namiestnikowi w maju 1822 r. Napotkał na opór samego Zajączka; jeszcze silniej z projektem walczyli minister skarbu Ksawery Lubecki i pełniący obowiązki ministra sekretarza stanu Stefan Grabowski. Proponowali oni obcięcie środków na funkcjonowanie Kuratorii o połowę oraz niepowoływanie kuratora generalnego, tylko powierzenie jego obowiązków dyrektorowi wychowania publicznego w KRWRiOP (był nim Szaniawski). Te kontrowersje spowodowały, że decyzja Aleksandra o powołaniu Kuratorii zapadła dopiero w czerwcu 1823 r. Poza mniejszej wagi zmianami Kuratorię powołano w kształcie zaproponowanym przez Komitet Reformy. Cesarz postanowił, że dozór szkolny zostanie najpierw wprowadzony w uniwersytecie i w szkołach warszawskich.

Kuratorem generalnym mianowano Dawida Oebschelwitza. Będąc posłem z powiatu krakowskiego na sejmy 1818 i 1820 r., dał się poznać jako przedstawiciel nurtu konserwatywno-katolickiego. W maju 1822 r. dostał nominację na senatora-kasztelana. Oebschelwitz był człowiekiem prostolinijnym, rygorystycznym moralnie, zwolennikiem tradycyjnego wychowania. Przyjmując funkcję, nie miał chyba dobrej orientacji w układzie sił, w którym przyszło mu działać. Mianowanie kuratorem generalnym senatora, a niedawno jeszcze posła, a więc jakby przedstawiciela obu izb sejmu, osoby, która trafiła do życia politycznego w drodze wyboru na sejmiku, a także osobiste walory moralne Oebschelwitza miały zapewne zneutralizować policyjny wizerunek Kuratorii134.

Inspektorem generalnym Uniwersytetu został profesor Ignacy Adam Zubelewicz, dziekan Wydziału Filozoficznego. Chociaż jego działania w następnych latach środowisko akademickie przyjmowało z dezaprobatą, wydaje się, iż fakt, że inspektor generalny był profesorem, a wcześniej dziekanem, ułatwił współpracę z rektorem i Radą Uniwersytetu. Nie dochodziło na uczelni do gorszących awantur między inspektorami a rektorem, jak się to zdarzało w szkołach średnich, w tym i w Liceum Warszawskim135.

O działaniach Kuratorii wobec studentów będę mówił dalej szczegółowo. Zgodnie z ogólnymi zasadami inspektor generalny Uniwersytetu miał też nadzorować profesorów „w przedmiotach moralnego ich postępowania, porządku przepisanego w dawaniu nauk i trzymania się ściśle ducha materii tej, którą młodzieży wykładać są obowiązanymi”. Mógł „w sposób najłagodniejszy przestrzec nauczyciela”. Jeżeliby przewinienie profesora było poważne bądź powtarzało się, sprawa miała trafić do kuratora generalnego, który „zniósłszy się z rektorem wedle potrzeby”, mógł udzielić napomnienia bądź podjąć dalej idące kroki.

Nadzór nad profesorami dotyczył kilku kwestii. Skrupulatnie notowano spóźnienia na wykłady i kończenie ich przed czasem136. Inspektorzy oceniali też sposób prowadzenia zajęć. Profesorowi Engielke zarzucano ciągłe dyktowanie podczas wykładu. W 1825 r. inspektor generalny zwrócił się do rektora o wpłynięcie na prof. Bandtkiego i Garbińskiego, by ci zmienili sposób wykładania; Bandtkie miał mówić cicho i za szybko, Garbiński, przeciwnie – za wolno. Skarżono się na sposób wykładania przez protegowanego Szaniawskiego – prof. Zinserlinga. Zwracano też uwagę na treść zajęć. Rozpatrywano zażalenie, że na prelekcjach Fryderyka Skarbka studenci administracji krytykują rozporządzenia rządowe, a z kolei prof. Szaniawski na swoich wykładach dawał przykłady mogące obrazić dostojne osoby. Podobne podejrzenia inspektora generalnego wzbudziły wykłady profesorów Woelcke, Osińskiego i Brodzińskiego, które polecił szczególnie nadzorować inspektorom137. Były to zapewne sytuacje mocno irytujące profesorów, ale nic nie wiadomo o tym, by pociągały za sobą poważniejsze konsekwencje.

Zarządzanie opłatami studenckimi oraz nadzór nad budynkami uniwersyteckimi miały pozostać w gestii rektora, ale pod kontrolą inspektora generalnego. Miał on przeprowadzać „rewizję” kas oraz podpisywać się pod wszystkimi „obrachunkami”. Uprawnienia inspektora generalnego do kontrolowania finansów uczelni nie wzbudzały wielkich kontrowersji. Z jednym wszakże wyjątkiem – Wydziału Lekarskiego. Zapewne znacznie więcej niż gdzie indziej należało tu sprawdzać, zwłaszcza w klinikach – z natury rzeczy było tu wiele wydatków bieżących na leczenie i wyżywienie chorych. Inspektor wydziałowy próbował się też wtrącać w samo leczenie. W 1825 doszło z tego powodu do ostrego konfliktu między dziekanem prof. Dybkiem a inspektorem generalnym138.

Zasadniczo inspektor generalny miał prawo „wchodzenia we wszelkie czynności Uniwersytetu” i uczestniczenia w posiedzeniach wszystkich ciał kolegialnych, choć instrukcja zastrzegała, że nie powinien w swoich działaniach wychodzić poza przyznane uprawnienia139. Zauważmy, że takich uprawnień „wchodzenia we wszelkie czynności” dozoru szkolnego nie otrzymał rektor, co stawiało go na słabszej pozycji wobec inspektora generalnego.

W Komitecie Reformy i w KRWRiOP powstawały też projekty dalej idące, zmierzające w kierunku likwidacji Uniwersytetu. Mniej istotne były dyskusje nad zmianą nazwy – nad zastąpieniem słowa „uniwersytet” (jako kojarzącego się z autonomią uczelni) nazwą „Instytut Cesarski”, jak proponował Nowosilcow, bądź „Instytut Narodowy”, jak chciał minister Grabowski. Znacznie groźniej wyglądały projekty rozbicia Uniwersytetu poprzez przekształcenie wydziałów w samodzielne akademie, czyli ewidentnie nawiązywanie do napoleońskiego modelu szkolnictwa wyższego. Byłby to regres do sytuacji z czasów Księstwa Warszawskiego, z samodzielnymi szkołami lekarską oraz prawa i administracji. Wiemy, że planowano też utworzenie akademii sztuk pięknych. Co więcej – te akademie miały być ulokowane poza stolicą, podobno brano pod uwagę m.in. Lublin i Łowicz. Szaniawski pisał w urzędowym raporcie z 1829 r.: „Umieszczenie Szkoły Głównej w stolicy zaczyna okazywać się zgubnym dla większej gruntowności nauk, dla interesu moralności i obyczajów oraz dla nader ważnych interesów rządu”. Projekt takiej likwidacji Uniwersytetu kilkakrotnie powracał, choć nie wydaje się, by prowadzono zaawansowane działania w tym kierunku140. Sprawa była znana – na sejmie czerwcowym w 1830 r. komisje izby poselskiej pisały, że KRWRiOP „zagraża [Uniwersytetowi – M.M.] nawet wyniesieniem precz z Warszawy, co by instytut ten całkowicie zrujnowało”141.

Rezygnacja z tak radykalnych posunięć była zapewne efektem słabnącej pozycji Nowosilcowa po śmierci Aleksandra I w 1825 r. Jeśli jednak nie doszło do generalnej likwidacji Uniwersytetu, to próbowano go stopniowo rozbijać. W 1823 r., jak będę dalej szczegółowo opisywał, praktycznie zlikwidowano Wydział Teologiczny, zastępując go podległym arcybiskupowi warszawskiemu Seminarium Głównym. Odebrano Uniwersytetowi kształcenie nauczycieli, likwidując Seminarium Nauczycielskie na Uniwersytecie i tworząc niezależny od uczelni Instytut Pedagogiczny, którego kadrę nauczającą stanowili członkowie Towarzystwa do Ksiąg Elementarnych142.

Bardziej skomplikowanym zagadnieniem było tworzenie Instytutu Politechnicznego. Pomysł wyszedł od Staszica, który po raz pierwszy zaproponował utworzenie takiej uczelni już w 1808 r.143 Gorącym zwolennikiem powołania politechniki stał się Szaniawski. To w dużym stopniu dzięki jego działaniom udało się przełamać niechętną opinię Komitetu Reformy i doprowadzić do powstania Rady Politechnicznej, która miała przygotować powstanie uczelni144. Radzie Politechnicznej przewodniczył Staszic (po jego śmierci Ludwik Plater), a w jej skład weszło 3 profesorów Uniwersytetu: Józef Skrodzki, Adam Kitajewski i Jan Mile145.

Tworzenie Instytutu Politechnicznego rozpoczęto w specyficzny sposób. Licząc się ze słabym przygotowaniem kandydatów, a także z małym zainteresowaniem studiami technicznymi, powołano Szkołę Przygotowawczą do Instytutu Politechnicznego. 2-letni program obejmował nauki ścisłe, rysunki techniczne i języki obce. Kandydaci do szkoły musieli mieć co najmniej 14 lat. Równocześnie dla kandydatów z maturą przewidziano już regularne studia: nauki ścisłe, budownictwo i architekturę mieli studiować na Uniwersytecie, a języki obce i rysunek techniczny w Szkole Przygotowawczej. Uruchomiono więc od razu studia wyższe, choć w tymczasowej formie. W następnych latach wprowadzano stopniowo kolejne przedmioty techniczne przeznaczone już dla studentów Szkoły Politechnicznej. Powoli też przestawano korzystać z wykładów uniwersyteckich, uruchamiając ich odpowiedniki w Szkole146. W roku akademickim 1829/1830, mimo funkcjonowania dotychczasowej nazwy, Instytut Politechniczny praktycznie już istniał147. Kadrę Instytutu Politechnicznego tworzono, wysyłając za granicę stypendystów, którzy mieli studiować, a następnie wykładać poszczególne działy techniki. W 1825 r. wezwano rektora oraz profesorów matematyki i fizyki na Uniwersytecie do wytypowania 16 wybitnych magistrów, którzy następnie zostali poddani egzaminom. Ostatecznie wysłano za granicę 14 osób, a 5 wyznaczono stypendia na kształcenie się w kraju148.

„Córka Uniwersytetu – Szkoła Politechniczna” – pisał po latach profesor Bentkowski149. Ale usamodzielnianie się tej córki łatwe nie było. W 1826 r. rektor mówił na posiedzeniu publicznym, że założona właśnie Szkoła Przygotowawcza do Instytutu Politechnicznego, „mając nie we wszystkim zgodne z uniwersyteckimi zasady, rodzi niejakie trudności, które zapewne z czasem ustaną”150. Ale jeśli „Uniwersytet upatrywał wroga w Szkole Politechnicznej”151, jak pisał dyrektor tej ostatniej Kajetan Garbiński, to nie z powodu takich formalnych trudności. Chodziło raczej o szerszą koncepcję zreformowania edukacji. Otóż według Szaniawskiego politechnika była punktem wyjścia do reformy szkolnictwa – po wykształceniu przez tę uczelnię odpowiednich nauczycieli w miastach wojewódzkich miały powstać 3-letnie szkoły realne, z programem kładącym nacisk na praktyczne umiejętności techniczne i handlowe. Pośrednio było to wymierzone w Uniwersytet – młodzież miała być w ten sposób zniechęcana do kończenia ogólnokształcących szkół wojewódzkich i podejmowania studiów uniwersyteckich152.

Plany Komitetu Reformy i KRWRiOP wobec Uniwersytetu wpłynęły na funkcjonowanie władz uczelni. Elekcja Szweykowskiego na drugą kadencję 2 III 1822 r. odbyła się bez rozgłosu – 2 gazety skwitowały ją jednozdaniowymi wzmiankami153. W 1826 r., kilka dni przed mającymi się odbyć wyborami rektora, KRWRiOP je zawiesiła. Dobrze zorientowany w sprawach edukacyjnych Tymoteusz Lipiński zapisał w dzienniku, że powodem tej decyzji był lęk władz KRWRiOP, aby nie wybrano Fryderyka Skarbka, „człowieka młodego i znanego za liberalistę, a który miał za sobą znaczną partię”. Dalsze pełnienie tego urzędu polecono Szweykowskiemu. Dlaczego właśnie jemu? Stosunki dotychczasowego rektora z Grabowskim i Szaniawskim były co najwyżej dyplomatycznie poprawne, ale na pewno nie przyjazne; trudno też mówić o jakiejkolwiek bliskości ideowej. Wydaje się, że rację ma Bieliński, wskazując, że pozostawienie dotychczasowego rektora wiązało się z planami likwidacji Uniwersytetu przez przekształcenie wydziałów w samodzielne akademie154. W tej sytuacji wygodniej było władzom KRWRiOP stworzyć stan tymczasowy, niż postawić na czele Uniwersytetu osobę, której poglądy i działania zgodne z linią Szaniawskiego stawałyby się argumentem za utrzymaniem istnienia uczelni.

Stan tymczasowości przeciągnął się do powstania listopadowego, choć krążyły plotki, że rektorem ma zostać mianowany Szaniawski bądź Bentkowski155.

KRWRiOP na pewno zamierzała formalnie znieść wybieralność rektora i dziekanów156. Nowosilcow już w 1821 r. uważał, że nastąpi to w najbliższym czasie. Pisał do cesarza, że wybory władz nadają uczelni republikański charakter157. W 1829 r. minister Grabowski argumentował:

Prerogatywa obieralności w uniwersytetach wypływała niegdyś z potrzeby innych wcale czasów. Cały ów dawny stan rzeczy zmienił się teraz, a prerogatywa podobna nie byłaby już w obecnej epoce jak tylko przywilejem, czyli wyjątkiem od ogólnego systemu porządku monarchicznego; wyjątkiem z wielu miar niedogodnym, a raczej szkodliwym, za którym nie przemawia ani potrzeba, ani realna użyteczność158.

Pod koniec lat 20. sytuacja Uniwersytetu zaczęła się zmieniać. Było to odbicie zmian układu sił w elicie władzy Królestwa.

Podczas koronacji w 1829 r. Mikołaj I odwiedził Uniwersytet. Lipiński relacjonuje w swoim dzienniku:

Cesarz od dni kilku był oczekiwany w bibliotece, zwłaszcza że dał do zrozumienia, że na godzinę przed przybyciem uprzedzi. Już stracono nadzieję, aliści przybywszy niespodzianie bez żadnej świty, zastał tylko dwóch pomocników przy księgozbiorze; gdy oglądał sale, wpada zdyszany dyrektor bibl[ioteki] Linde. Cesarz go pozdrawia, wypytuje o szczegóły, chwali porządek, znaczny zakład, obiecuje mieć go w swej opiece; słowem, że sam był zadowolony i obecnych uradował swą popularnością. Nadszedł też rektor i sekretarz Uniw[ersytetu] i podali raport o jego stanie. Przyjął łaskawie cesarz i rozmawiał z pierwszym po niemiecku, poznawszy, iż po francusku z trudnością się wysławia. [...] Po czym pieszo zwiedził gabinety: numizmatyczny i obiecał nadesłać monety z kontrybucji perskiej; dalej mineralogiczny, fizyczny, plastyczny i zoologiczny, wszędzie wypytywał o szczegóły i oddał sprawiedliwość znacznemu postępowi zakładów w tak niedługim czasie od ich utworzenia159.

Z listy wymienionych gabinetów wynika, że poza Pałacem Kazimierzowskim cesarz zwiedził jeszcze 4 budynki uniwersyteckie. Wizyta była typowa dla tego władcy, który lubił zaskakujące urzędników niezapowiedziane inspekcje, odbywane bez świty i mające odsłonić prawdziwy stan rzeczy160.

Wizyta odbyła się bez jakiegokolwiek udziału studentów. Niepotrzebne okazało się zarządzenie rektora, który spodziewając się odwiedzin monarchy, kazał studentom zgolić wąsy161. Zresztą zostali oni odsunięci od wszystkich uroczystości związanych z koronacją162.

W złożonym cesarzowi przez rektora raporcie zamieszczono różne prośby: o przywrócenie członkostwa rektora w KRWRiOP, o nadanie statutu uczelni przez monarchę i inne, bardziej szczegółowe. Wszystko to zostało odesłane do zaopiniowania przez KRWRiOP i Radę Administracyjną Królestwa. Ale do jednej prośby cesarz przychylił się od razu: o nadanie Uniwersytetowi nazwy „Uniwersytet Królewski Aleksandrowski” (funkcjonowała też nazwa łacińska: „Universitas Regia Alexandrina”). Wbrew pozorom, ta prośba była nie tylko demonstracją wiernopoddańczych uczuć ze strony uczelni. Uzyskanie patrona w zmarłym cesarzu, wydanie przez Mikołaja I jakby drugiego dyplomu fundacyjnego oraz decyzja, że razem z nim w „Dzienniku Praw” zostanie opublikowany również dyplom z 1816 r., oznaczało zablokowanie projektu likwidacji Uniwersytetu i rozbicia go na samodzielne akademie. Współcześnie dobrze zresztą rozumiano sens tego posunięcia rektora i uważano je za duży jego sukces163.

20. Nadanie dyplomu ustanowienia Uniwersytetu Warszawskiego przez Aleksandra I, obraz A. Brodowskiego, 1828

Wydaje się, że podobny sens polityczny – przeciwdziałanie rozbijaniu uczelni – miało zamówienie obrazu przedstawiającego nadanie przez Aleksandra I dyplomu ustanawiającego Uniwersytet. Obraz, namalowany przez Antoniego Brodowskiego, przeznaczony był do wielkiej sali w Gmachu Audytoryjnym. Problem zgody KRWRiOP ominięto w ten sposób, że zamówienie wyszło od profesury, która miała sama sfinansować koszty obrazu. Dopiero kiedy został on ukończony, Rada Uniwersytetu wystąpiła w lutym 1828 r. do KRWRiOP o pokrycie tego wydatku z funduszu opłat studenckich164.

W tymże 1829 r. z ostrym atakiem na politykę oświatową wystąpił minister skarbu Lubecki. Walcząc z Nowosilcowem, Grabowskim i Szaniawskim, Lubecki popierał postulaty Uniwersytetu. Twierdził, że KRWRiOP bez wiedzy Rady Administracyjnej, na zasadzie zarządzeń, zmieniła zasady funkcjonowania uczelni165. Uważał też, że Uniwersytet „jest najlepszym i najwłaściwszym doradcą dla władzy edukacyjnej”166. W szerszym kontekście był to przejaw politycznej rywalizacji Lubeckiego z Nowosilcowem, ale i z wielkim księciem Konstantym. Ten ostatni, bojąc się rosnących wpływów Lubeckiego, wystąpił z własną inicjatywą – broniąc ministra Grabowskiego, zaproponował mianowanie marszałka dworu Maksymiliana Fredry kuratorem Uniwersytetu i pomocnikiem ministra oświecenia. Zważywszy na planowane kompetencje Fredry oznaczało to odsunięcie Szaniawskiego od spraw oświatowych. Zresztą i wielki książę, i cesarz Mikołaj bardzo negatywnie oceniali Szaniawskiego, uważając go za osobę o skrajnych poglądach i niezręczną167.

Maksymilian Fredro (brat komediopisarza Aleksandra) był dymisjonowanym generałem brygady. Jego szybka kariera wojskowa przypadła na czasy Księstwa Warszawskiego; w 1816 r. został adiutantem cesarza Aleksandra I. Niezmiernie rozrzutny, potrzebował służby rządowej dla poratowania swoich finansów, które znajdowały się w katastrofalnym stanie. „Jestem zmęczony i duszą, i ciałem, wszystko mi się nie udaje, czas teraźniejszy tylko łatam i na przyszłość bez największej trwogi ani spojrzeć mogę” – pisał o sprawach majątkowych do brata w styczniu 1830 r.168 Po śmierci Aleksandra I osiadł w Warszawie, gdzie odgrywał dużą rolę w życiu towarzyskim, gromadząc u siebie zarówno arystokrację, jak i znanych literatów. Sam też pisał, a jego tragedia „Harald” wystawiona w 1827 r. została dobrze przyjęta przez publiczność teatralną i krytyków, także tych romantycznych. „Dzikość” uczuć tytułowego bohatera, obłęd jego niewiernej żony, motyw zemsty, a także sceneria („Teatr wystawia obszerną gotycką komnatę w sklepieniach. Noc”) pozwoliły Maurycemu Mochnackiemu dostrzec „dramatyczny duch Szekspira, którego samo wejrzenie przejmuje zgrozą dzisiejszych klasyków!”. W 1829 r. Fredro został marszałkiem dworu169.

21. Maksymilian Fredro

Nominacja Fredry na kuratora UW i pomocnika ministra oświecenia została podpisana 24 V 1830 r. Kompetencje kuratora, według wyjaśnień przekazanych z Petersburga, zamierzano określić szerzej niż dotychczasowe uprawnienia kuratora generalnego – miały obejmować zarówno sprawy nadzoru nad studentami, jak i kwestie związane z nauczaniem. Były to kompetencje podobne do tych, jakie wobec Uniwersytetu Wileńskiego mieli kolejni kuratorzy wileńskiego okręgu szkolnego – Czartoryski i Nowosilcow. Zupełnie niejasne było natomiast, jakimi uprawnieniami Fredro dysponował jako pomocnik ministra. Funkcji tej, istniejącej w Rosji, w Królestwie dotychczas nie znano. Po nominacji Fredry, zanotował Lipiński, „publiczność naigrawa się z ministra, mówiąc, iż jest pod kuratelą”. Rozpoczęły się zatem długie spory w Radzie Administracyjnej nad określeniem kompetencji pomocnika ministra. Ponieważ nie udało się uzgodnić wspólnej wersji, przyjęto rozwiązanie tymczasowe przyznające Fredrze dotychczasowe uprawnienia kuratora generalnego i dyrektora wychowania publicznego. Oznaczało to całkowite odsunięcie Szaniawskiego od spraw edukacyjnych. W początku listopada Fredro w końcu objął urzędowanie170.

W czasie powstania opublikowano listy Stanisława Grabowskiego z jesieni 1830 r. do rezydującego w Petersburgu ministra sekretarza stanu Stefana Grabowskiego i jego zastępcy Ignacego Turkułła. Minister oświecenia ostrzegał, że wewnętrzne spory w KRWRiOP wpływają na nastroje wśród studentów. Kiedy przyszły decyzje cesarskie dotyczące uprawnień Fredry, Grabowski obawiał się we wrześniu, „aby uniwersytet, trzymany na wodzy, nie uważał tego wszystkiego jako rodzaj usamowolnienia” i przypominał rolę odegraną przez studentów w czasie niedawnej rewolucji lipcowej we Francji. Nie należy nic zmieniać w szkołach, pisał, „bo to jest mina, która tylko czeka chwili do wybuchnięcia, a lont do niej może sami przyrządzimy”171. W końcu października Grabowski pisał o Fredrze: „Zażądałem tedy wczoraj, aby mu polecono wejść jak najprędzej w urzędowanie, bo nie ręczę za dalsze postępowanie uniwersytetu, które już zaczyna się stawać dwuznacznym”172. Trzeba powiedzieć, że były to przenikliwe oceny sytuacji.

Zakłady naukowe

W maju 1830 r. słynny przyrodnik i geograf Aleksander von Humboldt odwiedził Uniwersytet. Otoczony profesorami i urzędnikami komisji oświecenia spędził półtorej godziny w Gabinecie Zoologicznym, oprowadzony przez znanego mu profesora Jarockiego. „Z kolei zwiedził wszystkie gabineta i zdawał się być zdziwionym, nie spodziewając się, iżby uniwersytet w samych początkach swojego istnienia posiadał je tak bogate i uporządkowane” – relacjonowała „Gazeta Warszawska”173. Dzień później „Kurier Warszawski” donosił, że „ten uczony mąż ciągle zwiedza wszelkie zakłady naukowe tutejszej stolicy; [...] szczególniej zadowoliło go obserwatorium”174.

Nie były to tylko uprzejme komplementy. Rzeczywiście, tworzenie zbiorów i pracowni naukowych wydaje się mocną stroną Uniwersytetu lat 1816–1830.

W oficjalnym wydawnictwie KRWRiOP posługiwano się pojęciem „zakłady naukowe przy Królewsko-Warszawskim Uniwersytecie”. W rozdziale pod takim tytułem opisane zostały Biblioteka Publiczna, obserwatorium astronomiczne, ogród botaniczny, laboratorium chemiczne, kliniki Wydziału Lekarskiego oraz „gabinety” i „zbiory”, zawierające eksponaty i pomoce dydaktyczne z różnych dziedzin nauki i sztuki175. Możemy na każdy z tych „zakładów naukowych” patrzeć w kontekście rozwoju jakieś dziedziny nauki. Ale ich tworzenie to też historia planowego budowania nowej uczelni, praktycznie na surowym korzeniu – zbiory wcześniej istniejących instytucji edukacyjnych mogły stanowić zaledwie zalążek tego, czego potrzebował Uniwersytet. Powstawanie różnych „zakładów naukowych” przebiegało w podobny sposób. Najważniejsze z nich tworzono nie w wyniku stopniowego narastania zbiorów, lecz dzięki kupowaniu lub przejmowaniu dużych kolekcji lub wielkim, jednorazowym inwestycjom w budynki i urządzenia. Bywało i tak – jak w wypadku gabinetów mineralogicznego i zoologicznego – że gabinet urządzano, zanim powstała katedra poświęcona danej dziedzinie, a profesorem zostawała osoba zatrudniona wcześniej do opieki nad gabinetem. Wspólną cechą części „zakładów naukowych” była ich podwójna funkcja – służąc dydaktyce i badaniom, funkcjonowały równocześnie jako publiczne muzea. Dotyczyło to zbiorów artystycznych (figury gipsowe, zbiory numizmatyczne) oraz tych z zakresu historii naturalnej (gabinety zoologiczny, mineralogiczny i anatomiczny oraz ogród botaniczny).

Rada Uniwersytetu pisała w styczniu 1822 r. do KRWRiOP: „Żaden nasz zbiór nie ma dla siebie ani stałego, ani dostatecznego lokalu”176. W 1830 r. sytuacja była już znacznie lepsza – najważniejsze gabinety doczekały się odpowiednich pomieszczeń.

Biblioteka

Formalne usytuowanie biblioteki wobec Uniwersytetu było przede wszystkim skutkiem konfliktu między ministrem Potockim a profesurą uniwersytecką przy okazji wyborów rektora. Odrzucenie forsowanej przez ministra kandydatury Lindego skłoniło Potockiego do wyodrębnienia biblioteki z Uniwersytetu i dania jej dyrektorowi niezależnego od uczelni statusu. W marcu 1818 r. na mocy postanowienia namiestnika została powołana Biblioteka Publiczna, podlegająca nie Uniwersytetowi, lecz bezpośrednio KRWRiOP. Stanowisko dyrektora generalnego „biblioteki i przyłączonych do niej gabinetów” otrzymał Linde177. Na pewno takie rozwiązanie wynikało z osobistej urazy Potockiego i jego lojalności wobec długoletniego współpracownika. Ale zapewne działał tu i inny czynnik – Potocki był bardzo zainteresowany tworzeniem zbiorów uniwersyteckich i mógł się obawiać, że nowe władze uczelni nie będą chciały realizować tego programu. Linde ze swoimi zainteresowaniami bibliofilskimi dawał tu większe gwarancje.

22. Samuel Bogumił Linde

Bandtkie pisał w marcu 1818 r., że nie wie, czy Linde będzie dyrektorem wszystkich zbiorów uniwersyteckich, komentując: „jest on tak potrzebny jak piąte koło u wozu, bo do czegóż rektor?”178. Rozstrzygnięcie tej kwestii trwało jakiś czas. We wniosku do namiestnika minister Potocki precyzował, że Lindemu mają podlegać „gabinety sztuk pięknych nabyte po królu Stanisławie Auguście, do których przydane wkrótce będą zbiory medalów i historii naturalnej”179. Inaczej rzecz ujmowało datowane na 15 IV 1818 r. „Tymczasowe urządzenie...” Uniwersytetu. Tu nadzór „nad całością i porządkiem zbiorów do uniwersytetu należących” przyznawano rektorowi i wymieniano przykładowo bibliotekę i 5 gabinetów, „które podług urządzeń szczególnych zostawać będą pod bezpośrednim dozorem profesorów właściwych”180. Ostatecznie jedynym gabinetem przyłączonym do biblioteki i podległym Lindemu okazał się Gabinet Rycin.

Niezależnie od formalnego przyporządkowania było jasne, że jest to biblioteka uniwersytecka. W oficjalnych dokumentach rządowych pisano o „Bibliotece Publicznej przy Uniwersytecie” czy wręcz „Bibliotece Uniwersytetu” lub umieszczano ją wśród „zbiorów naukowych przy Uniwersytecie”181. Uczelnia podtrzymywała swoje prawa do biblioteki. W 1825 r., przy okazji przekazania bibliotece podręcznego księgozbioru Wydziału Lekarskiego, Rada Uniwersytetu deklarowała, że „Bibliotekę Publiczną uważa za uniwersytecką”182, a rektor Szweykowski w dorocznym sprawozdaniu w tym roku mówił o „bibliotece publicznej Uniwersytetu”183. Świadomość oddzielenia biblioteki od Uniwersytetu była też zapewne osłabiona przez fakt, że obie instytucje ściśle podlegały KRWRiOP i miały niewielkie możliwości, by realizować własną politykę.

Bieżącą pracą biblioteki, pod nadzorem Lindego, miał kierować bibliotekarz, równocześnie pełniący funkcję profesora bibliografii w Uniwersytecie (była to jedyna formalna więź, która pozostała między biblioteką a Uniwersytetem). Bibliotekarzem został Joachim Lelewel. Rozpoczął on pracę w bibliotece we wrześniu 1818 r. i pozostał w niej przez 3 lata184. W 1821 r., po odejściu Lelewela na profesurę w Wilnie, stanowisko to otrzymał Adam Chłędowski. Planowanych wykładów bibliografii Chłędowski nigdy jednak nie podjął, mimo wielokrotnych monitów władz uniwersyteckich185. Poza początkowym okresem nie pracował też zbyt pilnie w bibliotece, zaangażowany przez Szaniawskiego do kierowania kolejnymi rządowymi gazetami i drukarnią KRWRiOP. Doszło do tego, że w styczniu 1827 r. Linde dopytywał się, czy urząd bibliotekarza ma uznać za wakujący186.

Poza dyrektorem i głównym bibliotekarzem biblioteka miała 4 bibliotekarzy i 1 posługacza. Zatrudniano też „dietariuszy”, czyli, jak byśmy dziś powiedzieli, osoby wykonujące prace zlecone. Nie wszyscy jednak mieli najwyższe kwalifikacje biblioteczne. Jak pisał Lelewel, w 1820 r. poza nim w bibliotece pracowały 2 osoby, które mogły zająć się katalogowaniem książek187. Zapewne wystarczyłoby to przy bieżącej inwentaryzacji wpływów, jednak wobec ogromnych nieskatalogowanych zbiorów zespół ten był stanowczo zbyt mały.

Biblioteka do 1830 r. zajęła stopniowo większość pierwszego piętra Pałacu Kazimierzowskiego.

W Pałacu 3 sale przeznaczone pierwotnie na potrzeby biblioteki zostały wyremontowane i urządzone wiosną i latem 1817 r.188 Już wkrótce, w związku z napływem książek ze skasowanych w 1819 r. klasztorów, zabrakło miejsca na półkach. Lelewel skarżył się w 1820 r.: „Miejsca dużo, a rozkurczenia żadnego, posadzki piękne i sale przestronne, a półek za mało”189. W 1821 r. biblioteka zajmowała 3 sale i 2 „ciemne pokoje”. Mimo rozstawiania książek na półkach nawet w 3 rzędach, około 30 tys. tomów zgromadzone było w 3 wielkich stosach190. W 1824 r. przybyły do biblioteki 2 sale (po gabinetach: zoologicznym i odlewów gipsowych). W sali od północnej strony wstawiono wielką szybę szklaną, wyprodukowaną w Petersburgu, a podarowaną przez Aleksandra I, co dało „wspaniały widok na północną część miasta i okolicę zawiślańską”191. Kolejne znaczne powiększenie powierzchni biblioteki nastąpiło w 1829 r., kiedy otrzymała nowe pomieszczenia; podniesiono też wtedy stropy bocznych sal do poziomu środkowej192. Biblioteka rozciągała się teraz przez całą długość pałacu. W uzyskanej sali od południa wmontowano drugą wielką szybę podarowaną przez Aleksandra I – roztaczał się stąd widok na tzw. Dynasy193. Nie był to chyba kres ambicji lokalowych Lindego. Jest charakterystyczne, że w protokole odbywającej się pod jego przewodnictwem sesji bibliotecznej w sierpniu 1830 r. Pałac Kazimierzowski nazwano „pałacem bibliotecznym”194.

Stopniowe powiększanie lokalu biblioteki powodowało stan permanentnej tymczasowości. Zmorą bibliotekarzy były książki leżące w stosach, zgromadzone po przejęciu księgozbiorów klasztornych w 1819 r., a następnie w czasie remontów i uzyskiwania nowych pomieszczeń w 1823 r. i w latach 1828–1829195.

Linde próbował uzyskać położone na tym samym piętrze pomieszczenia zajęte przez biuro cenzury. Podkreślał, że są one zagrożeniem dla biblioteki, gdyż często do północy pali się tam w piecach i pracuje przy świecach196. Generalnie obawiano się pożaru. Gdy we wrześniu 1825 r. w pracowni chemicznej w budynku sąsiadującym z Pałacem Kazimierzowskim wybuchła „bania” z terpentyną, co spowodowało wyrwanie okien, Rada UW zwróciła uwagę na konieczność zabezpieczenia biblioteki od ognia. „Jest to zamożny skarb, nie tylko w ogólności dla nauk, ale szczególniej literatury polskiej, jako z całego kraju w jedno zebrany i gdyby przypadkiem zniszczony został, bardzo wiele dzieł już by na zawsze dla potomności zginęło”197.

Wystrój wnętrza biblioteki nawiązywał do dziejów edukacji i kultury ostatnich kilkudziesięciu lat. W salach bibliotecznych znajdowały się pochodzące z Biblioteki Załuskich popiersia „znakomitych w Polsce mężów” oraz „znacznym kosztem nabyte cztery wybornej rzeźby popiersia monarchów naukom szczególniej sprzyjających”198. Przedstawiały one Aleksandra Macedońskiego, cesarza rzymskiego Augusta, papieża Leona X i króla Ludwika XIV199. W 1822 r. do biblioteki trafił zbiór 20 pastelowych portretów uczestników obiadów czwartkowych Stanisława Augusta200. W Gabinecie Rycin znajdowało się popiersie Stanisława Kostki Potockiego, którego dar, obok dawnej kolekcji Stanisława Augusta, był podstawą tego zbioru201. Przy wejściu do biblioteki w 1824 r. ustawiono pomnik Adama Kazimierza Czartoryskiego (spiżowe popiersie na kolumnie z czarnego marmuru), ufundowany swojemu komendantowi przez uczniów dawnej Szkoły Rycerskiej202.

23. Wnętrze Biblioteki Głównej (sala na I piętrze Pałacu Kazimierzowskiego), drzeworyt według rysunku F. Tegazzo

Pracujący w bibliotece Jan Feliks Piwarski wystawił w 1825 r. na wystawie sztuk pięknych akwarelę przedstawiającą wnętrze biblioteki; otrzymała ona pochwałę za „dokładność perspektywy i staranne wykonanie”203. W 1827 r. można było ten obraz zobaczyć za opłatą w kosmoramie, czyli „galerii optycznej” na ul. Wierzbowej. Obrazy w kosmoramie (która przypominała późniejszy fotoplastykon) oglądano przez okulary z powiększającymi szkłami i oświetlone sztucznym światłem – dla uzyskania efektu perspektywy i głębi obrazu. Obok akwareli Piwarskiego pokazano tu m.in. widoki Rynku krakowskiego i wnętrza kopalni w Wieliczce204. Musiało więc wnętrze biblioteki uchodzić za bardzo efektowne.

W momencie utworzenia Biblioteki Publicznej jej zbiory pochodziły z 2 najważniejszych źródeł – biblioteki Liceum Warszawskiego oraz biblioteki przy Sądzie Apelacyjnym. Liceum rozpoczęło działalność w styczniu 1805 r. Otrzymało księgozbiór po dawnej Szkole Rycerskiej, liczący ok. 10 tys. tomów i mający typowo dydaktyczny charakter. Dużo tu było wydawnictw podręcznikowych, często w wielu egzemplarzach. W 1810 r. jako depozyt wpłynął księgozbiór Ignacego Krasickiego, liczący 5,5 tys. tomów. Odzwierciedlał on zainteresowania intelektualne księcia biskupa warmińskiego – przede wszystkim polską i francuską literaturą piękną, antykiem oraz dziełami Ojców Kościoła; zawierał też sporo pozycji bibliofilskich. W przeciwieństwie do biblioteki Szkoły Rycerskiej księgozbiór ten był mało przydatny dla Liceum; jego przejęcie wiązało się raczej z ambicjami Lindego stworzenia przy szkole biblioteki publicznej, która miała zastąpić wywiezioną do Rosji Bibliotekę Załuskich. Biblioteka Liceum wzbogaciła się też w 1816 r. o legat bibliofila Kazimierza Chromińskiego, liczący 1500 tomów – była tu m.in. cenna kolekcja polskiej literatury XVI w.205

Biblioteka przy Sądzie Apelacyjnym powstała z inicjatywy niezmordowanego Feliksa Łubieńskiego, ministra sprawiedliwości Księstwa Warszawskiego. Księgozbiór pozyskano przede wszystkim z różnych klasztorów; kilka tysięcy książek zakupiono po zmarłym bibliotekarzu Akademii Krakowskiej księdzu Anzelmie Speiserze, ok. tysiąca po prawniku Sternaku-Demblewskim. W sumie znalazło się tu ok. 11,5 tys. tomów. Księgozbiór przechowywano obok siedziby sądu w dawnym pałacu biskupów krakowskich w Warszawie. W przeciwieństwie do biblioteki Liceum był to skład książek dla przyszłej książnicy; oprócz nielicznych badaczy (Joachim Lelewel, Feliks Bentkowski) nikt z nich nie korzystał. Delegowani w czerwcu 1817 r. do odebrania księgozbioru „znaleźli wszystkie książki w jednym stosie bez porządku złożone, tak, że nie można było sądzić ani o ich liczbie, ani o gatunku. [...] lokal zarzucony książkami do pół ścian naokoło ledwie wystarczał na otworzenie drzwi”206.

Do zbiorów Biblioteki Publicznej włączono też niewielki księgozbiór Szkoły Prawa207.

Największy dopływ książek do biblioteki nastąpił wkrótce po jej powstaniu w następstwie kasaty części klasztorów oraz kapituł kolegiackich w Królestwie w 1819 r. KRWRiOP poleciła opieczętować biblioteki skasowanych klasztorów i wysłała Lindego do ich przejrzenia i odesłania do Warszawy wszystkich dzieł, które „uzna za przydatne na użytek publiczny” (miały one trafić, poza Biblioteką Publiczną, do bibliotek szkół wojewódzkich i seminariów duchownych)208. Linde wyruszył w trwającą 114 dni podróż; przejechał ok. 2 tys. km209. Podróżował koczem z jednym z bibliotekarzy i własnym lokajem; wynajęta furmanka wiozła beczki przeznaczone na zabrane książki210. W niektórych miejscach zatrzymywał się na dłużej, objeżdżając okoliczne klasztory. „Tegoż dnia założyłem główną kwaterę w Łęcznie – pisał – [...] skąd atak przypuszczam na wszystkie miejsca nad Pilicą leżące”211.

Linde deklarował, że w przypadku bibliotek skasowanych klasztorów trzymał się zasady, „by nie zostawić, co by szkoda było puścić na los niepewny”212. Miał zresztą słuszność, gdyż rzeczywiście pozostawione przez niego książki w większości uległy zniszczeniu bądź rozproszeniu213. Osobiście przeglądał wszystko; oceniał, że w czasie podróży przejrzał przeszło 80 tys. woluminów.

W tym mnóstwie i w tej prędkości przezierania tylu tysięcy dzieł na tylu różnych miejscach (każda sztuka albowiem w mgnieniu oka przelatuje ręce i oczy moje) straszna gmatwa tworzy się w głowie, zwłaszcza, że ani czas, ani miejsce, ani kurzawa nie pozwalają robić notatek raczej na gorącym uczynku, osobliwie, gdy zwyczajnie ręce bywają jak u kominiarza zwalane [ubrudzone – M.M.]214.

Służyła mu tu ogromna wiedza bibliograficzna, doświadczenie nabyte przy pracy nad słownikiem języka polskiego i fenomenalna pamięć, pozwalające w mgnieniu oka ocenić, z czym ma do czynienia.

Zbiory nierzadko przechowywano w warunkach „zgnilizny, pleśni, kurzu, smrodu”. W Tumie pod Łęczycą księgozbiór znajdował się „w lochu na pół podziemnym, gdzie w samo południe trzeba było przy świecy odbyć rewizję”, a zabrane książki Linde musiał przed spakowaniem „osuszyć, przewietrzyć, z pleśni i plugastwa oczyścić. [...] Inne dawne pergaminowe rękopisma z Tumu przeze mnie wzięte co zawierają, nie wiem, bo chociaż ich starożytność ciekawość wzniecała, atoli stęchlina odrazę sprawiła”215. U bernardynów w Opatowie sprawdzanie biblioteki połączone było z „wielką trudnością i przykrością, raz dla porozwieszanych na drągach licznych ornatów, pod którymi ustawicznie schylać się i kłaniać im się potrzeba było; drugi raz, a to bardziej jeszcze, dla nieznośnego fetoru myszego i stęchlizny zbożowej”216. Linde chętnie opisywał takie sytuacje, które jego działaniom nadawały charakter ratowania „drogich skarbów krajowych”217. Ale na trasie jego podróży znalazły się też biblioteki dobrze utrzymane i stale uzupełniane, np. cystersów w Lądzie czy kamedułów w Rytwianach218.

Linde zabierał książki nie tylko ze skasowanych klasztorów i kolegiat; w czasie swojej podróży zabrał części bibliotek 13 klasztorów niepodlegających kasacie219. Czasem odbywało się to bez problemu. W Piotrkowie, gdzie nie było kasat:

U zgasłych od niejakiego już czasu franciszkanów uratowałem od wiecznej zguby w spiżarni między połciami i schabami książek 600, które przy sobie w cztery paki zabić kazałem; podobnież tamże u dominikanów ze stosu książek albo raczej zgniłek na kupie jak siano leżących tyle, że nimi wielkie paki zapełniłem.

Ale już bernardyni w tym mieście, którym Linde zabrał 448 książek, wnieśli formalny protest przeciw konfiskacie220. Podobnie protestowali bernardyni w Opatowie, skąd Linde wywiózł 419 tomów, przypisując sobie wobec zakonników nieistniejące stanowisko „generalnego dyrektora bibliotek”, upoważnionego do sprawdzania, co się dzieje z bibliotekami, „które częstokroć bez użytku myszom tylko są zostawione na pastwę”221. Linde deklarował, że z klasztorów niepodlegających kasacie zabierał „tylko to, co nam potrzebniejszym jest, niż tym, u których się dotąd bez pożytku znajdowało”222. Zważywszy, że był wyznania ewangelickiego, te podejmowane na bieżąco decyzje o przydatności książek dla danej wspólnoty zakonnej, musiały mocno irytować obserwujących jego działania zakonników. Zwłaszcza że Linde raczej nisko oceniał potrzeby czytelnicze księży katolickich; o duchownych opatowskich pisał, iż „im po tych przeze mnie odłączonych książkach, a może i po wszystkich na świecie książkach nic”223.

Z największym oporem spotkał się Linde nie w klasztorach, ale w skasowanych kapitułach kolegiackich. W Uniejowie księża „formalną uczynili opozycję, z uchybieniem nawet zwyczajnej dla każdego grzeczności”. Gdy Linde w urzędowej asyście burmistrza wziął się do wybierania książek z biblioteki, „otoczony byłem księżmi i nieksiężmi”, narzekającymi, że zostawia im „same wyrzutki”. W Opatowie ksiądz, korzystając z chwilowego opuszczenia biblioteki przez Lindego, zamknął ją i wyjechał z miasta224. Były też miejsca, gdzie Linde obawiał się bardziej zdecydowanego działania. Na Jasnej Górze prosił o 20–30 książek, apelując do „obywatelstwa” paulinów. Bał się też reformatów, którzy w Pilicy i Sandomierzu grozili skargą do swojego współbrata, biskupa sandomierskiego Prospera Burzyńskiego, zaprzyjaźnionego z namiestnikiem Zajączkiem225.

Linde nie był pierwszym, który penetrował zbiory klasztorne w poszukiwaniu cennych druków. Skarżył się, że zwłaszcza rzadkie druki polskie zostały już przetrzebione przez bibliofilów na czele z Tadeuszem Czackim. Zauważał, że „po tych drobnych biblioteczkach, a mianowicie bernardyńskich, reformackich, więcej znajdzie cennych rzeczy polskich niż po owych głośnych, co swoją sławą niejednego lubownika alias złodzieja wabiły do siebie”226.

Zbiory klasztorów, również tych nieskasowanych, traktował Linde jako własność publiczną, którą rząd może dysponować biorąc pod uwagę potrzeby Kościoła i edukacji. Miał poczucie, że ratuje książki z „próżnujących i zgniłych bibliotek klasztornych”227, przekazując je do użytku publicznego. Zwróćmy uwagę na „próżnującą” bibliotekę – jakże to charakterystyczne dla tych czasów stwierdzenie! Ideologia aktywizowania martwych, próżnujących, leżących odłogiem zasobów to jeden z podstawowych wątków myśli politycznej tej epoki. Takim językiem mówiono o rolnictwie, o bogactwach naturalnych, o „urządzeniu” miast itp. Ale dla kleru niechętnego kasacie, dla zakonników skasowanych klasztorów przejmowanie księgozbiorów było częścią grabieży majątku zakonnego dokonanej przez państwo. „Linde akatolik – pisał biskup Łętowski – jeździł i te książki zwoził. Brał, co mu się podobało i gdzie mu się podobało, nawiedzając przy tym co znakomitsze kościoły”. Ten przykład rządu ośmielił i ludzi prywatnych do rabowania bibliotek kościelnych. „Wynoszono też książki, nie jako kradzież, ale jako zdobycz. Chełpiono się z takich nabytków, bez wstydu na czole”228.

Zabrane książki kazał Linde pakować do skrzyń lub beczek i odsyłał do Warszawy (część spływała barkami Wisłą), gdzie trzeba je było natychmiast rozpakowywać w celu „przesuszenia, wypleśnienia, przewietrzenia, wykurzenia”229. Linde oraz kustosz Wiktor Skarbek, który jeździł po Lubelszczyźnie, zebrali ok. 50 tys. książek, z czego ok. 42 tys. pochodziło ze skasowanych klasztorów i kolegiat230.

Dalsze uzupełnianie zbiorów miało już bardziej równomierny charakter. Rocznie kupowano ok. 1–2 tys. tomów. Biblioteka miała na ten cel 13, a potem 18 tys. zł. rocznie, co Linde uważał za niewystarczający fundusz „dla biblioteki dopiero się tworzącej i zakładającej”; wytykał, że prywatna biblioteka Czartoryskich w Puławach ma na ten cel 25 tys. Skarżył się zwłaszcza na wysokie ceny dzieł dotyczących historii naturalnej, która „bardzo słabe dotąd w naszej bibliotece posiada początki”. Książki kupowano przede wszystkim u księgarzy i na licytacjach w Lipsku i Berlinie; rzadziej w Gdańsku, Królewcu, Wrocławiu, Halle i Hadze. Dalsze 50–300 tomów rocznie pochodziło z darów. Biblioteka zachęcała darczyńców, publikując podziękowania w gazetach i zapewniając, że będą uprzywilejowani w korzystaniu ze zbiorów. Z egzemplarza obowiązkowego biblioteka dostawała między 73 a 175 tomów. Linde narzekał na uchylanie się drukarzy od tego obowiązku, odsyłanie po egzemplarz obowiązkowy do autora itp. Problemy były nawet z otrzymywaniem wydawnictw urzędowych – „Dziennika Praw” i dzienników urzędowych województw. Mając dużo duplikatów, biblioteka pozyskiwała też książki z wymiany z osobami prywatnymi. Dzięki tym rutynowym działaniom zbiory powiększały się o ok. 2 tys. tomów rocznie. Przejmowanie większych księgozbiorów nie miało już miejsca na taką skalę jak w początku funkcjonowania biblioteki – wpłynęła licząca ok. 3 tys. tomów biblioteka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu, mniej więcej tej samej wielkości księgozbiór po zamkniętych lożach wolnomularskich oraz liczący 4 tys. tomów zbiór druków polskich zakupiony od Jana Chyliczkowskiego231.

Jeśli chodzi o prenumeratę zagranicznych czasopism, problemem w latach 20. była konfiskata części numerów przez cenzurę, przez co biblioteka – jak skarżył się Linde – „żadnego pisma nie ma kompletnego”. Zdarzało się też, że cenzura wycinała kartki w czasopismach. Linde starał się bezskutecznie o uwolnienie biblioteki jako instytucji publicznej od takiej cenzury232.

W 1830 r. biblioteka miała ok. 134 tys. tomów233.

Współpraca Uniwersytetu z biblioteką w zakresie uzupełniania zbiorów nie była łatwa. W 1819 r. KRWRiOP poleciła, aby profesorowie podawali co pół roku spisy potrzebnych książek, by dyskutowano nad nimi w Radzie Uniwersytetu i następnie przedstawiano komisji rządowej do zatwierdzenia234. Funkcjonowało to jednak mało efektywnie. W 1824 r. profesor Jarocki prosił Radę o zakup potrzebnych mu do prac w Gabinecie Zoologicznym dzieł dotyczących owadów. Zastrzegał się jednak, by nie zamawiać ich kupna w bibliotece, gdyż wtedy nie wiadomo, kiedy można się ich spodziewać, „wszakże i dawniej żądanych dotąd jeszcze nie sprowadzono”235. Rada Uniwersytetu domagała się w 1825 r. ustanowienia funduszu na zakup książek, które będą nabywane przez uczelnię i przekazywane bibliotece236. W 1825 r. te żądania Uniwersytetu wsparła izba poselska sejmu, zwracając uwagę, że biblioteka, oddzielona od uczelni, „częstokroć nie może zadość potrzebom uniwersytetu uczynić”. W 1830 r. komisje tej izby stwierdzały: „przypadkowe ksiąg zakupywanie nie zawsze potrzebę czasową i naukową zaspokoi. Wzmagają się życzenia, ażeby biblioteka była zaopatrzona w istotne naukowego użytku dzieła”. Na obu sejmach postulowano przeznaczenie funduszy opłat studenckich na zakup książek przez Uniwersytet237.

W 1827 r. KRWRiOP, zwykle mało wrażliwa na postulaty Uniwersytetu, straciła cierpliwość i próbowała przejąć kontrolę nad uzupełnianiem zbiorów, wzywając Lindego do przedstawiania planów zakupów do zatwierdzenia. Linde wyjaśniał, że w bibliotece jest „Spis dezyderandów”, gdzie profesorowie mogą wpisywać propozycje zakupów. Wydziały Uniwersytetu – uważał – „w pretensjach swoich nigdy nie będą nasycone”, a profesorowie, „którzy nawet i na compendia własnego kosztu żałują, cóż dopiero, żeby mieli sobie utworzyć biblioteki własne prywatne, jak to bywa za granicą”238. Podejście Lindego do postulatów uniwersyteckich najlepiej oddają protokoły sesji bibliotecznych – jego spotkań z bibliotekarzami. W 1822 r., gdy przedstawiono potrzeby Uniwersytetu, Linde odniósł się do nich sceptycznie: „każde dzieło nowe później może być taniej nabyte lub też wydanie lepsze lub poprawniejsze, gdy tymczasem dzieła dawniejsze, lecz co do nabycia konieczne, będąc na sprzedaż wystawione, dla braku funduszu opuszcza się, a tym sposobem nabycia ich sposobność na zawsze utracić można”239. Gdy w tym roku KRWRiOP przesłała listę zakupów zgłoszoną przez Uniwersytet, Linde stwierdził, że „dzieła te wszystkie sprowadzone być nie mogą, a to, iż niektóre bez wyraźnego i dokładnego opisu tytułu są wypisane, niektóre bardzo małe, które sam profesor kupić sobie powinien”240.

24. Joachim Lelewel, rysunek i litografia S. Oleszczyńskiego

Część czasopism (w 1821 r. 29 tytułów, w tym 5 polskich) abonował sam Uniwersytet241. Kwoty przeznaczane na ten cel przez KRWRiOP były bardzo różne w poszczególnych latach i rwała się ciągłość prenumeraty. W 1830 r. Rada Uniwersytetu domagała się powiększenia wydatków na prenumeratę, zwracając uwagę, że biblioteka ma mały księgozbiór matematyczny i fizyczny, a czasopisma dają możliwość dowiedzenia się „o nowych odkryciach, postrzeżeniach i wynalazkach”242.

Jaki charakter miał tak ukształtowany księgozbiór? Mamy tu kompetentnego przewodnika – Joachima Lelewela. „Cały dzień widny – pisał w okresie pracy w bibliotece – przepędzić muszę między stosami ksiąg po klasztorach zrabowanych, śpieszę z wieczorem do domu, aby korzystać z trwających jeszcze wieczorów i cokolwiek nad historią popracować”243. To połączenie perspektywy bibliotekarza ze spojrzeniem wybitnego uczonego korzystającego z zbiorów biblioteki jest dla nas szczególnie ciekawe.

Lelewel dał obszerny opis biblioteki w wydanym w 1826 r. drugim tomie dzieła Bibliograficznych ksiąg dwoje. Jak pisał, przygotowanie takiego opisu zbiorów przyszło mu do głowy pod koniec pracy w bibliotece; „biegając już w porę ostrej jesieni po drabinach” (a większość pomieszczeń biblioteki nie była ogrzewana), robił notatki o zawartości poszczególnych półek i szaf244.

O zbiorze rękopisów, liczącym 1,5 tys. woluminów, pisał raczej sceptycznie. Można z nich wydobyć „starodawne zabytki języka polskiego” i „ułamkowe notaty” do dziejów politycznych i historii prawa Polski, ale „gdy w tym nie ma rękopisów starożytnych pisarzy i zdobycz dla dziejów krajowych wcale jest ograniczona, niejeden zatym powie, że ów tysięczny zbiór jest próżną wystawą, mało ozdobną, niewiele użyteczną”. Oceniał, że znacznie bardziej wartościowe są zbiory Biblioteki Jagiellońskiej, Czartoryskich w Puławach czy Tytusa Działyńskiego245.

Wydzielony w bibliotece zbiór książek po polsku i Polski dotyczących pochodził, jak zauważał Lelewel, głównie spoza „klasztornego nabytku”. Oceniał, że ta kolekcja jest „dość można i dla znawców niemałego interesu”. Ale żadna jej część nie jest kompletna ani szczególne dobrze dobrana, „mimo liczby wielkiej, niedostatek, defektowość czuć się daje i tego przed sobą taić nie powinniśmy”. Wiele „rzadkości” widział Lelewel wśród polskich inkunabułów (w bibliotece określano tak druki sprzed 1536 r.); jako bardzo duży oceniał zbiór polskiej prasy i kolekcję polskich tłumaczeń pisarzy antycznych. Ale już dział poezji i wymowy wydawał mu się „niemałego interesu, choć więcej upragnienia, aby ten zbiór uzupełniać, więcej też jest panegiryków. Niedostatek dzieł romansowych, a większy teatru”. W dziale historycznym, „wcale zamożnym”, też widział historyk liczne braki, np. z czasów Stanisława Augusta pozyskano komplet diariuszów sejmowych, ale „o pisemka ulotne polityczno-historyczne ani pytaj, wielki ich bowiem niedostatek”. Niemal kompletny był natomiast zbiór do historii prawa polskiego. Ciekawe, że przy tak obszernym „klasztornym nabytku” dość skromnie prezentował się dział polskich książek teologicznych246.

Reszta zbiorów, obejmująca książki w obcych językach, została ułożona tematycznie.

Jako osobny dział wyodrębniono dzieła „pisarzy starożytnych”. „Niech nikt nie sądzi – ostrzegał Lelewel – ażeby miały być w jakim komplecie, albo dobrani, bo się wszystko przypadkowie gromadziło. Stąd jedni pisarze są szczęśliwsi, inni bardzo ubodzy”. Teksty greckie były dostępne głównie w przekładach247.

Za najbardziej wartościowy dział biblioteki uznawał Lelewel historyczny. „Nie z powodu liczby, ale że co jest celniejszego, to po większej części posiada, że może równie wiele ma dzieł nowych, jak starych, a przeto przyzwoicie jest odświeżona, że przez to w wielu oddziałach swoich i doborowie i cale dojrzale opatrzoną została”. Był to jednak zbiór nierówny pod względem geograficznym – bogatszy w odniesieniu do Niemiec i Włoch niż do Francji; jeszcze słabszy na temat Hiszpanii („choć osobliwością będące po bibliotekach środkowej Europy dzieła w języku hiszpańskim w ilości niejakiej posiada warszawska biblioteka”)248.

Wysoko oceniał dział prawa:

Co do objętości swojej i waloru swego, nie wiem, czy na ziemi polskiej równego znajdzie. Może go który prześcignie w zebraniu elementów, dzieł, które o zasadach, o teorii prawa traktują, w doborze dzieł nowych, w liczbie broszurek, ale w całkowitym zapasie, każdy na ziemi polskiej znajdujący się, zostawi mu pierwszeństwo.

Odnośnie do dużego działu prawa cywilnego zauważał: „Biblioteka warszawska pewnie, że nie jest opatrzona w sam wybór wydań, albo zupełność dzieł klasycznych, wszelako w każdym rodzaju prawa dostarczy dla pracującego materiałów do pracy”. Znacznie skromniejsze były zbiory dotyczące prawa handlowego, administracji, finansów – „nie tylko bywa wielki niedostatek dzieł klasycznych, ale zdarza się niedostatek nawet co do ilości miernych”249.

Dział geografii i statystyki (w ówczesnym rozumieniu – „nauki politycznej, trudniącej się aktualnym stanem państwa, czyli kraju”250) wydawał się Lelewelowi dość ubogi. Mimo licznych nabytków „dotąd nie dało się dosyć ugładzić i pokryć dawne łachmany, którymi świecił ten oddział” – pisał specyficznym tonem bibliofila spoufalonego z książkami. Jeśli chodzi o „dzieje nowsze”, najwyżej oceniał zbiory dotyczące Niemiec, Czech i Węgier; dział włoski był nieduży, ale dobrze dobrany; francuski liczny „i rzeczywiście różnej drużyny ściągnął cokolwiek, lecz w składzie swoim nieszykowny”251.

Co do teologii, Lelewel zastrzegał się, że jego sprawozdanie będzie mniej dokładne, gdyż podczas jego pracy w bibliotece ten dział „zaległ na stosach, bo do rozłożenia go miejsca nie było”. Generalnie zbiór, wywodzący się głównie z dawnych bibliotek klasztornych, był obfity, lecz i tu uwidaczniał się podstawowy problem biblioteki – brak nowszych publikacji. Omawiając komentarze do Pisma św., Lelewel oceniał:

Że ten zbiór starodawnej egzegetyki wspaniale się po ścianach roztacza, każdy łatwo odgaduje, gdy wspomni, nie tylko na to, iż te dzieła są foliałowe, są voluminoza, ale nadto po wiele wydań biblioteka ich posiada i Tostata, i Sylveiry, i tym podobnych po kilkadziesiąt foliałów półki uciska. Lecz to jest dość przestarzały aparat, w którym prawie nie pośledzi odświeżanej w tym rodzaju pracy.

Podobnie w odniesieniu do patrystyki – zgromadzono więcej książek z XVI w. niż późniejszych. Zbiór teologiczny – konkludował Lelewel – „na każdym punkcie odświeżenia potrzebuje”. Bardziej „odświeżona” była część zbiorów dotycząca historii Kościoła, „mając więcej dzieł istotnych, aniżeli takich, które by za zbytkowe poczytać się godziło, jest niemałego w bibliotece warszawskiej interesu i rzeczywistego użytku”252.

Dział filozoficzny był dość obfity, lecz nierówny pod względem wartości dzieł w poszczególnych działach; „więcej śmieci, aniżeli co znacznego i rzeczywiście dla filozofii ważnego”. Bardzo skromnie prezentował się zbiór dzieł matematycznych. Wymieniwszy kilkanaście dzieł oraz odnotowawszy „niemało dawnych elementowych [elementarnych] arytmetyk, geometrii bez doboru”, konkludował: „Oto jest cały obraz matematyki czystej, od biblioteki posiadany, bardzo dokładnie skreślony. Oddział matematyki stosowanej, przynajmniej szczegóły ukazywać może, które nieco pocieszają poprzednią hołotę”. To samo dotyczyło „nauk przyrodzonych”, czyli fizyki, chemii i historii naturalnej. W tym zakresie zbiory biblioteki „gruntowniejszych naukowych potrzeb zaspokajać nie mogą, a często dla pierwszych nawet potrzeb nie dość opatrzone. Ani przypadek zbioru bardzo licznego z nich nie utworzył, ani pomyślany i starannie dopełniony dobór nie był w nich zrobiony”. W dziale historii naturalnej znalazło się trochę cennych dzieł ilustrowanych, ale jeżeli „paradniej przed innymi występuje i oko zachwyca, tyle małych głównych dzieł nie dostaje, że ten przepych zaległby bez użytku”. Dział handlu, przemysłu, rękodzieła „w bardzo chudym i nędznym znajduje się stanie”, a rolnictwa „w zupełnym niedostatku”253.

W podobne tony uderzał, opisując dział „sztuk mownych i obrazowych”. Obejmował on estetykę, poezję, retorykę, teatr oraz sztuki plastyczne i architekturę.

A gdy w tym sztuk wydziale przy hołocie zbioru pism pirenejskiego półwyspu, przy łachmanach i dziurach zbioru półwyspu Apeninów, w celności i jakiejkolwiek istocie lepiej występuje zbiór wyspy [Wielkiej Brytanii]; w tymże sztuk wydziale obok zamożniejszego od wszelkich innych zbioru francuskiego, szykuje się w swym prawdziwym kalectwie zbiór niemiecki.

Lelewel wyżej oceniał kolekcję „sztuk obrazowych” niż literatury pięknej („drużynę dość okwitą, ksiąg tysięcy, ale chudą i w kalectwie”). Liczny i dobrze dobrany był natomiast zbiór gramatyk i słowników różnych języków w dziale lingwistyki254.

W opisach Lelewela powtarza się ciągle jeden postulat – „odświeżenie” zbiorów. Biblioteka, tak jak ją przedstawia, nie mogła służyć jako dobry warsztat pracy naukowej dla większości dziedzin reprezentowanych na Uniwersytecie. Jej zbiory, choć bogate, miały charakter dość przypadkowy i prowadzona polityka zakupów nie mogła tego szybko zmienić. Była też druga kwestia. „Oddział ten geograficzno-statystyczny jest podobny do wydziału historii naturalnej, że jest dosyć przepychu na siermiędze i łachmanach” – pisał Lelewel255. Przepych dotyczy tu bibliofilskiej wartości książek, a „siermięga i łachmany” to opis ich treści. Ten problem przewija się przez cały tekst – przewaga dzieł dawnych, ozdobnych, rzadkich nad tymi naprawdę użytecznymi dla uczonych. Jeżeli dyrektor biblioteki Linde uważał, że w Bibliograficznych ksiąg dwoje Lelewel „i mnie, i zbiór ten surowo osądza”, to zapewne tego typu zarzuty miał na myśli256. Chodziło tu nie tylko o istniejący księgozbiór, ale i o politykę zakupów – Linde interesował się przede wszystkim „rzadkościami” bibliofilskimi257. A biblioteka miała właściwie charakter autorski, była – jak pisał Linde – „od najpierwszej do ostatniej książki przeze mnie zebrana”258.

W satyrze mógł się pojawić obraz maniakalnego erudyty, który chwalił się:

od lat dwunastu wysiaduję tak statecznie moje miejsce w Bibliotece Publicznej, że publiczność już się przyzwyczaiła uważać mię za etatowego bibliotekarza. [...]... znajdziesz mię każdego poranku w Bibliotece Publicznej, w sali wielkiej pomiędzy filarem klasyków łacińskich a framugą encyklopedii, siedzącego w szafie, chciałem mówić przy szafie, pod numerem piętnastym259.

Zasadniczo jednak biblioteka obsługiwała Uniwersytet i szkoły średnie, zwłaszcza Liceum Warszawskie260.

W styczniu 1818 r. Rada Uniwersytetu postulowała, aby biblioteka była otwarta dla czytelników 4 dni w tygodniu261. Nigdy jednak nie osiągnięto takiej dostępności biblioteki. Czytelnia była czynna 2 razy w tygodniu przez 3–5 godzin. W czasie dnia lektury obsługiwano przeciętnie 38 czytelników262. W 1824 r. KRWRiOP próbowała skłonić Lindego do otwierania czytelni 3 razy w tygodniu. W odpowiedzi przekonywał on, że im „częściej będzie lektura, tym mniejszy postęp w uporządkowaniu”, bo katalogowanie nie było możliwe w czasie otwarcia czytelni. Poza tym dni lektury przeznaczano tylko dla studentów i uczniów szkół wojewódzkich.

Im więcej dni do czytania, tym mniej czasu zostaje profesorom i znakomitszym uczonym do pożyczki i do badań gruntowniejszych; nie przychodzą oni bowiem nigdy na lekturę publiczną z powodu natłoku i przeszkód stąd wynikających, lecz w dni wolne lub dzieła pożyczają lub też na miejscu poszukiwania swoje czynią263.

I rzeczywiście, jak wynika ze sprawozdań biblioteki, liczba odwiedzin poza dniami lektury była podobna lub większa niż w te dni264.

W bibliotece tylko jedno pomieszczenie ogrzewano w zimie – „salę lektury”. Służyło ono zarówno jako czytelnia, jak i miejsce pracy bibliotekarzy. Przez tę salę przechodziły też osoby zwiedzające bibliotekę. Nieogrzewanie pozostałych pomieszczeń poważnie ograniczało w zimie prace przy katalogowaniu265.

Zgodnie z regulaminem wypożyczeń profesorowie Uniwersytetu, szkół wojewódzkich i wydziałowych mieli prawo pożyczania książek na 4 tygodnie (z możliwością przedłużenia, jeżeli nikt inny nie potrzebował dzieła). Linde skarżył się, że profesorowie przetrzymują książki po kilka lat266. Szczególnie odznaczał się w tej dziedzinie Ludwik Osiński267. Studenci mogli pożyczać jedno dzieło na 2 tygodnie, jeżeli profesor podpisał się na ich rewersie ze słowem „zaręczam”268. W 1822 r. zwracano uwagę, że profesorowie podpisują studentom rewersy in blanco269.

W latach 1825–1829 liczba tomów wypożyczanych rocznie studentom i profesorom do domów wynosiła od 1521 do 2353270. Pewne rodzaje dzieł udostępniano szczególnie intensywnie: wydania pisarzy antycznych, „dykcjonarze” oraz pisma periodyczne271. Wypożyczanie było dużym obciążeniem dla biblioteki, „rzadko minie godzina – pisał Linde – w której by ktoś dzieła jakiego pożyczyć nie przyszedł”; wobec braku katalogu musi być ono „szukane po szafach jedynie z pamięci”272. W tych warunkach wiele zależało od życzliwości pracowników biblioteki. Romuald Hube wspominał, że jako student „źródeł [do historii prawa], których w domu nie miałem, chodziłem szukać w Bibliotece Publicznej, gdzie przychylny mi bibliotekarz Zaorski chętnie wszystkiego dostarczał, pożyczając nawet książki do domu”273.

Władze edukacyjne w latach 20. przyglądały się podejrzliwie korzystaniu przez młodzież z biblioteki. W sprawozdaniach Lindego pojawiło się więc zapewnienie, że „w udzielaniu książek jest jak największa ostrożność zachowana”. W protokołach sesji bibliotecznych dyrektor biblioteki zastrzegał, by nie dawać do czytania „dzieł nieprzyzwoitych i szkodliwych dla młodzieży” i stwierdzał „z ukontentowaniem”, że młodzi ludzie czytają solidne dzieła naukowe274.

25. Jan Feliks Piwarski, autoportret, ok.1820

Bardzo cenną częścią biblioteki był Gabinet Rycin. Powstał on na podstawie dużej kolekcji króla Stanisława Augusta, zakupionej od jego spadkobierców przez KRWRiOP w 1818 r. Równocześnie z przejęciem zbioru królewskiego część swojej kolekcji grafiki i rysunku ofiarował bibliotece minister Stanisław Kostka Potocki. Dar miał uzupełnić zbiór królewski, którego słabą stronę – oceniał Potocki – „stanowią dawne ryciny, za to współczesne są wspaniałe”. W tymże 1818 r. na aukcji w Poznaniu zakupiono 10,5 tys. rycin; dalsze zakupy do 1831 r. wyniosły ok. 7 tys. dzieł. Gabinet pozostawał pod opieką malarza i grafika Jana Feliksa Piwarskiego, który odbył jako stypendysta KRWRiOP specjalistyczne studia w Wiedniu. Podobnie jak zbiory Stanisława Augusta, kolekcja Potockiego i późniejsze nabytki wklejane były po pracach konserwatorskich do dużych albumów. W 1832 r. Gabinet Rycin liczył 102 501 rycin i rysunków275.

Zbiór rycin miał służyć przede wszystkim Oddziałowi Sztuk Pięknych Uniwersytetu. Piwarski pisał w artykule prasowym w 1822 r., że „w braku galerii, czyli zbioru obrazów, jest Gabinet Rycin wielką pomocą dla poświęcających się sztuce, a we względzie pomysłów i rysunku, więcej przedmiotów udzielić jest zdolnym niż najliczniejsze galerie obrazów, bo te nie mogą nigdy obejmować tyle oryginałów wszystkich szkół”276. Ryciny wypożyczano profesorom, a „uczniom celującym za zaręczeniem profesora z zastrzeżeniem ostrożności niektóre mniej kosztowne ryciny do kopiowania się wydają”277. W 1823 r. na życzenie profesorów Oddziału Sztuk Pięknych biblioteka zgodziła się, by studenci mieli ćwiczenia w czytelni 2 razy w tygodniu po 4 godziny278. W 1825 r. Linde zauważał, że zbiory Gabinetu ściągają też rzemieślników „poszukujących wzorów co do wyboru, smaku i ozdób, tak złotniczych, jako i brązowniczych”279.

W 1830 r. komisje senatu Królestwa wystawiły bibliotece druzgocącą opinię:

Biblioteka publiczna dotychczas nieurządzona, przez kilka zaledwie godzin na tydzień dla publiczności otwierana, kurs bibliografii od kilku lat opłacany, a nie dawany, brak katalogu nie tylko systematycznego, ale nawet alfabetycznego, który drukiem należało już dawno ogłosić, budowla okazała, lecz tak niestarannie opatrzona, że dachy ledwie skończone, już zaciekają.

Utrudnia to korzystanie „z książek niespisanych”, a ma złe skutki „względem całości rzeczy publicznej”. Pensje bibliotekarzy – konkludowano – obciążają budżet edukacyjny „na próżno”, czyli nie przynosząc żadnego pożytku280.

To chyba zbyt surowa opinia. Zważywszy na małą liczbę pracowników, na dodatek obciążonych bieżącym udostępnianiem, na oddelegowanie przez KRWRiOP głównego bibliotekarza Chłędowskiego do innych prac, wreszcie na kolejne przebudowy, zadanie skatalogowania zbiorów nie mogło być wykonane szybko. Możliwości korzystania z biblioteki przez studentów ograniczał krótki czas otwarcia. Można się jednak zastanawiać, czy przy bardzo praktyczno-zawodowym charakterze studiów większość studentów czuła potrzebę korzystania ze zbiorów bibliotecznych. Zapewne liczni byli ci, których, jak pisał Brodziński, „biblioteka publiczna wtenczas [...] dopiero widzi, gdy z obowiązku potrzeba pisać magistrowską rozprawę”281. Dla profesorów i innych badaczy biblioteka była łatwo dostępna i przynajmniej w niektórych dziedzinach miała wiele do zaoferowania.

Gabinety, zbiory, pracownie

Na zbiory artystyczne Uniwersytetu składały się przede wszystkim gabinety: wzorów gipsowych i numizmatyczny. Formalnie usytuowany poza uczelnią, choć wykorzystywany w dydaktyce, był wspomniany już Gabinet Rycin.

Gabinet wzorów gipsowych powstał głównie z należącego do Stanisława Augusta zbioru gipsów, który zakupił jeszcze rząd Księstwa Warszawskiego w 1811 r. Rzeźby pozostały w Zamku Królewskim i dopiero w 1817 r. przeniesiono je do Pałacu Kazimierzowskiego. Było to rozwiązanie tymczasowe – odpowiedzialny za kolekcję profesor Antoni Blank ostrzegał, że w sali gipsów „podłoga pod chodzącymi ugina się dla ciężaru, a figury prawie wszystkie za każdym zamykaniem drzwi wstrząsają się”282. Zbiór po Stanisławie Auguście liczył 542 eksponaty. Dalszych 140 nabyto w Paryżu. W 1821 r. rzeźby – naprawione i pobielone – znalazły się w przeznaczonej dla nich wielkiej Sali Kolumnowej na parterze w nowym gmachu Oddziału Sztuk Pięknych. Posągów naturalnej wielkości było 44.

Wchodząc do sali, na froncie znajduje się sławna grupa Laokoona i jego synów dręczonych boleścią od węża, który swoim wielokrotnym opasaniem ich dusi. Gladiator potykający się, Apollo Belwederski, Wenus Medycejska i wiele innych sławnych antyków w 4 rzędy po jednej i drugiej stronie tej sali są ustawione. Z dzieł tegoczesnych niektóre tylko Kanowy znajdują się.

Liczne (ponad 200) popiersia ustawione były na półkach. „Widok, jaki w niewielu stolicach Europy znaleźć można” – cieszył się w 1822 r. w corocznym sprawozdaniu rektor283.

Zbiór powiększał się o dary i nabytki. Na przykład w 1830 r. do kolekcji trafił model warszawskiego pomnika Kopernika, zrobiony przez Thorvaldsena oraz ofiarowane przez następcę tronu wielkiego księcia Aleksandra odlewy ręki Nikifora Łuczkina, olbrzymiego żołnierza gwardii: „prawa [ręka] rozwarta (12 cali). Prawa w pięść złożona (10 cali)”284.

26. Gabinet wzorów gipsowych, według rysunku F. Tegazzo rytował K. Krzyżanowski, 1866

Odlewy gipsowe odgrywały podstawową rolę w nauczaniu studentów Oddziału Sztuk Pięknych. Według programu obowiązującego od 1823 r. studenci malarstwa rozpoczynali naukę od rysowania tych odlewów. Zbiór „gipsów” był też wykorzystywany w kształceniu studentów rzeźby285. Istniał jednak problem niedostosowania kolekcji do potrzeb dydaktyki uniwersyteckiej. W 1830 r. Rada Uniwersytetu pisała, że zbiór „jakkolwiek jest liczny, składa się jednak po większej części z przedmiotów mniej przydatnych dla ćwiczeń dla uczniów malarstwa i rzeźby”; wyjąwszy 4 figury, „zbywa zupełnie na wzorach starożytnych do studiów akademickich”. Oceny to zapewne przesadne – chodziło o uzyskanie środków na dalsze nabytki. I rzeczywiście, zamówiono w Paryżu posągi, które dotarły do Warszawy już w czasie powstania listopadowego286.

Nie udało się natomiast stworzyć na Uniwersytecie galerii obrazów olejnych. Liczono na dar Stanisława Kostki Potockiego. Jak pisano w „Kurierze Warszawskim” w październiku 1821 r., półtora miesiąca po śmierci ministra: „Powiadają, że śp. Stanisław Potocki uczynił był niejaką nadzieję, że piękna wilanowska galeria stanie się po jego śmierci własnością uniwersytetu, a zatem publiczności, byłby to nowy trwały pomnik sławy tego męża”287. Nic takiego się nie stało i krótko po śmierci Potockiego zapadła decyzja o umieszczeniu zbioru zoologicznego w sali na pierwszym piętrze gmachu sztuk pięknych, „przeznaczonej niegdyś na galerię obrazów, która dotąd stała bez użytku i podług wszelkiego prawdopodobieństwa nieprędko może być obróconą na pierwiastkowy swój zamiar” – wyjaśniał rektor288.

W 1825 r. KRWRiOP rozważało stworzenie „galerii zupełnie narodowej” z dzieł nagradzanych na wystawach sztuk pięknych – i z tego jednak nic nie wyszło. W 1827 r. rektor mówił na posiedzeniu publicznym, że cesarz przeznaczył fundusz „na zakupienie 60 obrazów wzorowych. Ten dar ostatni podniesie naszą szkołę malarską i będzie pierwszym zakładem galerii obrazów, na której całkiem zbywało Uniwersytetowi, a dla której gmach wspaniały już dawno jest przygotowany”289. Nic jednak nie wiadomo o realizacji tej koncepcji. Stopniowo i dość przypadkowo z darów i zakupów narastał jednak zbiór malarstwa. W 1830 r. liczył ok. 50 obrazów wykorzystywanych w dydaktyce. Studenci korzystali też z udostępnianej publiczności prywatnej galerii Józefa Ossolińskiego290.

Wydaje się, że małe zaangażowanie KRWRiOP oraz władz uniwersyteckich w tworzenie galerii obrazów wynikało ze zmian w programie kształcenia malarzy w początku lat 20. Wraz z pojawieniem się na Uniwersytecie profesora malarstwa Antoniego Brodowskiego zrezygnowano z kopiowania obrazów olejnych i rycin jako jednej z podstawowych metod kształcenia. Pojawiło się natomiast rysowanie żywego modela, większe znaczenie przypisywano też rysunkom z odlewów gipsowych291. Istnienie galerii malarstwa nie było już bezwzględnie konieczne do kształcenia malarzy.

W stosunku do pozostałych zbiorów uniwersyteckich Gabinet Numizmatyczny powstał stosunkowo późno. Od początku istnienia uczelni uznawano jednak, że taki zbiór jest Uniwersytetowi potrzebny i istniała jego koncepcja. Opiniując negatywnie w 1821 r. zakup kolekcji barona Knobelsdorfa, zawierającej głównie monety miast greckich w Azji Mniejszej, rektor Szweykowski stwierdzał: „Uniwersytet potrzebuje zbioru obejmującego ogół starożytności, tak greckich, jak i rzymskich, choćby ten nie był tak kompletny co do szczegółów”292. W 1824 r., na propozycję majora wojsk rosyjskich Biernackiego, KRWRiOP postanowiła nabyć jego zbiór. Transakcja wzbudziła kontrowersje, gdyż major oprócz 10 tys. zł. otrzymał dożywotnią pensję 4 tys. zł., którą miał pobierać jako „konserwator” tego zbioru. W KRWRiOP uznano jednak, że umowa jest korzystna, bo Biernacki „nie jest już młodym”, więc pensji nie będzie długo pobierał; trafne przewidywanie, gdyż Biernacki zmarł już w 1826 r. Jego zbiór, liczący prawie 3 tys. monet, zainaugurował tworzenie Gabinetu293.

Dalsze duże nabytki to kolekcja po biskupie Janie Albertrandim i zbiór historyka Tadeusza Wolańskiego. Do Gabinetu trafiały też skarby monet znajdywane w czasie prac budowlanych i remontowych – największy pochodził z ogrodu pałacu w Pułtusku294. Najcenniejszy zbiór nabyto w 1829 r. od Ignacego Neumarka, przedstawiciela asymilującej się żydowskiej burżuazji, przedsiębiorcy zajmującego się wielkimi dostawami dla wojska. Było to prawie 5 tys. monet, w tym duża kolekcja złotych medali. Ze względu na wielką wartość zbioru negocjacje prowadzili osobiście minister oświecenia Grabowski (wynegocjował on cenę 260 tys. zł) i skarbu Lubecki (udało mu się renegocjować ją na 194 tys. zł), a ostateczne decyzje podjął Mikołaj I. Tak znaczne obniżenie ceny przez Neumarka wynikało zapewne z jego trudnej sytuacji finansowej, która doprowadziła go zresztą latem 1830 r. do ogłoszenia bankructwa. Przejmowanie kolekcji Neumarka do Gabinetu zakończyło się tuż przed nocą listopadową295.

Kwota zapłacona Neumarkowi była kolosalna na tle budżetu edukacyjnego, mniej więcej równa wydatkom Biblioteki Publicznej na zakup książek w latach 1816–1830. Zainteresowały się tym obie izby sejmu w czerwcu 1830 r. Komisja izby poselskiej (ten fragment uwag nad raportem Rady Stanu prawdopodobnie opracował Lelewel296) wyraziła dość łagodną opinię. Wspominano o zakupie „kilku tysięcy numizmatów za cenę dużo podniesioną może nad potrzebę w miarę innych potrzeb i nad możność kraju”, ale przyznawano, że jest to piękny zbiór. Znacznie ostrzejsze w ocenach były komisje senackie, nawołujące do oszczędności w uzupełnianiu zbiorów uniwersyteckich:

I tak zakupienie numizmatów starożytnych i nowożytnych poczytacie zapewne za wydatek zbytkowy, tym bardziej że próżno byśmy się kusili stanąć w równi z bogactwami sławnych tego rodzaju kolekcji, że taka emulacja [konkurencja – M.M.] byłaby dla nas bezkorzystna i że Uniwersytet zupełnie się był oświadczył przeciw temu nabyciu. Korzystniej nierównie było nabywać numizmata samych polskich i narodów pobratymczych dziejów dotyczące. Przez to wydatki byłyby ograniczone, znaczna pomoc dla historii naszej i zbiór ten byłby jedynym w Europie, a jako taki ważny i dla cudzoziemców297.

W 1832 r. Gabinet liczył 18 111 monet i medali, w tym ok. 4,5 tys. starożytnych i 7 tys. polskich. Przez pierwsze lata zbiory przechowywane były w kasie uniwersyteckiej. W 1828 r. urządzono pomieszczenie Gabinetu w oficynie Pałacu Kazimierzowskiego. Bentkowski otrzymał dodatkowe wynagrodzenie jako konserwator zbioru. Wydana dla niego przez KRWRiOP instrukcja polecała, by zbiór został tak ułożony w szafach, „aby bez pomocy katalogu każdy znawca numizmatyki łatwo się mógł w nim orientować”. Ponadto będzie „jedna, dwie lub więcej szaf, publicznymi zwanych, ze ścianami szklanymi, w których okazałe medale w różnych kruszcach rozłożone, dla odwiedzających gabinet widzialnymi będą”. W jednym dniu w tygodniu profesorowie i studenci Uniwersytetu oraz „każdy w świecie z pisma jakowego drukiem ogłoszonego znany” mogli oglądać lub przerysowywać numizmaty – wpuszczano jednak tylko 2 osoby naraz298.

W instrukcji dla Bentkowskiego KRWRiOP przewidywała, że będzie on wykładał numizmatykę z wykorzystaniem tych zbiorów i w drukowanych pracach zapoznawał „publiczność ze skarbami naukowymi gabinetu”. W 1830 r. Bentkowski opublikował Spis medalów polskich lub z dziejami krainy polskiej stycznych, liczący 832 pozycje. Ta cenna praca była najważniejszym naukowym efektem powstania Gabinetu. Następnego, planowanego tomu Bentkowski nie zdołał już opublikować wobec wywiezienia zbiorów do Petersburga po powstaniu299.

Czym można tłumaczyć takie znaczenie przywiązywane do zbioru numizmatycznego – „najważniejszego i najkosztowniejszego zakładu, którego dozór i utrzymanie jedynie z utrzymaniem Biblioteki porównanym być może”, jak pisał dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych Ludwik Osiński300. Co uzasadniało tak duże nań wydatki? Kolekcję numizmatyczną, podobnie jak np. obserwatorium astronomiczne, uważano za niezbędną część Uniwersytetu. Podobne kolekcje tworzyły w tym czasie uniwersytety krakowski i wileński oraz mające aspiracje odgrywania roli wyższej uczelni Liceum Krzemienieckie. Jerzy Kolendo zwraca też uwagę, że:

Panowało powszechne przekonanie, iż numizmaty odgrywają wyjątkowo istotną rolę badawczą i dydaktyczną w procesie poznawania historii. Pokazywały one bowiem autentyczne wizerunki ludzi przeszłości, władców i wielkich mężów. Również i inne przedstawienia na monetach stanowiły rodzaj okienka pozwalającego zobaczyć pewne wycinki minionego życia. W numizmatyce ceniono zwłaszcza ową autentyczną możność kontaktu z przeszłością. Była to nie tylko pewna potrzeba psychologiczna, ale również konkretna dyrektywa metodologiczna. Istniała bowiem tzw. histoire monétaire – historia opowiedziana poprzez monety. Panowało również przekonanie, iż monety stanowią zabezpieczenie przed hiperkrytycyzmem, będącym pośrednim rezultatem pojawiającego się podejścia krytycznego do źródeł pisanych, negującego często całkowicie wartość tych przekazów301.

Fiaskiem zakończyła się próba stworzenia Gabinetu Starożytnych Osobliwości. W październiku 1821 r. KRWRiOP zamieściła w gazetach apel o przesyłanie eksponatów „do ważnej nauki starożytności i osobliwości kraju naszego”. Zauważano, nawiązując do sposobu tworzenia innych gabinetów, że w tym przypadku trudne jest „nabycie gotowych już tego rodzaju zbiorów”. Proszono o „kości, rogi, zęby itp. nieistniejących już zwierząt, miane niekiedy w mylnym rozumieniu za członki wielkoludów lub im podobnych dziwotworów” oraz o „broń starożytną, zbroje, naczynia wydobyte z ziemi itp.”302. W rezultacie do Gabinetu wpłynęło trochę prehistorycznych kości zwierząt i dawnej broni. Najwięcej – prawie 40 – było popielnic; połowa z nich znaleziona została podczas prac w ogrodzie belwederskim i w Łazienkach. Nie powstał z tego jednak żaden zbiór i ostatecznie dołączono kolekcję do Gabinetu Numizmatycznego. Niepowodzenie akcji KRWRiOP należy prawdopodobnie wiązać z konkurencją Towarzystwa Przyjaciół Nauk, które od dawna otrzymywało tego typu zabytki, dziękując za nie w publikowanych sprawozdaniach303.

Zbiory z zakresu tego, co nazywano historią naturalną, zgromadzone były w 3 dużych gabinetach: mineralogicznym, zoologicznym i anatomicznym.

Początek Gabinetowi Mineralogicznemu dały zbiory minerałów Liceum Warszawskiego. Dalszy rozwój Gabinetu wiązał się przede wszystkim z osobą profesora Marka Pawłowicza. Został on wysłany jako stypendysta KRWRiOP na 3 lata (1817–1820) do Austrii, Francji i Niemiec z poleceniem uczestniczenia w kursach uniwersyteckich, zwiedzania kopalń i fabryk oraz oglądania terenów szczególnie ciekawych pod względem geologicznym. Pod koniec tej intensywnej podróży Pawłowicz dzielił się w raporcie dla KRWRiOP refleksją: „Odtąd jak zaprzestając zajmować się tworzeniem samych domysłów, zaczęto w naukach przyrodzonych postępować drogą postrzeżenia – zbiory naukowe przestały być przedmiotem próżnej ciekawości i stały się równie pożyteczne, równie ważne jak same nauki”. Mineralogia szczególnie potrzebuje takich zbiorów, gdyż nie można jej wykładać, posługując się ilustracjami i opisami.

W miarę jak górnictwo w odległych krajach zaczyna być uprawianym, liczba ciał kopalnych wraz się powiększa; cechy szczególne, którymi się one między sobą różnią, bywają niekiedy tak mało znaczne i subtelne, iż najbogatszy nawet język nie zawsze znajduje wyrażeń w opisaniu onych; nie innym sposobem można się nauczyć poznawać minerały, jak tylko często je widząc, jedne z drugimi porównywając304.

27. Budynek, w którym mieścił się Gabinet Mineralogiczny, pomiar L. Schmidtnera

Pawłowicz zarekomendował KRWRiOP do kupienia dużą kolekcję mineralogiczną Beckera we Freiburgu. Zbiory przybyły do Warszawy w 1820 r. w 33 skrzyniach, a opiekę nad nimi powierzono Pawłowiczowi, który został nauczycielem Liceum. Do Gabinetu włączono część zbiorów historii naturalnej kupionych wcześniej od Rozalii Rzewuskiej, pochodzących z pałacu w Opolu na Lubelszczyźnie – tu zwłaszcza efektowny był „piękny zbiór agatów w rozmaitych odmianach”. Minerały znajdowały się też w kolekcji Münkwitza na Śląsku, której większość trafiła do gabinetu zoologicznego. W następnych latach Gabinet wzbogacił się o minerały przekazywane z krajowych kopalń, dary Aleksandra I i Mikołaja I (głównie z kopalń na Syberii) oraz mniejsze dary i zakupy305. Dużo też (ok. 1,5 tys. eksponatów) przywiózł Pawłowicz ze swojej kolejnej podróży do Niemiec, Szwajcarii i Włoch w latach 1824–1825. Był to wyjazd „dla poratowania zwątlonego znacznie zdrowia”, ale chory wykorzystał go w pełni naukowo, a minerały zbierał kosztem „zrzeczenia się [...] zwyczajnych wygód w podróży”, jak komplementował go rektor w sprawozdaniu za rok 1825/1826306.

Minerały przechowywano w gabinecie w 45 szafach „olszowych, mahoniowo lakierowanych, oszklonych i okutych” oraz w 21 gablotach. Duże okazy minerałów rozstawione były na szafach. Okna zostały przesłonięte roletami. W osobnym pomieszczeniu znajdowało się laboratorium307. Gabinet otwarty był dla „uczącej się młodzieży i dla publiczności” raz w tygodniu przez 2 godziny308.

Rektor mówił o Gabinecie Mineralogicznym, że jest „kosztowny, piękny i obfity”; w oficjalnym wydawnictwie KRWRiOP pisano, że „lubo nie jest jeszcze kompletny, tyle jednak zamożny, iż przy pomocy jego kurs ieognozji, a mianowicie oryktognozji obszernie wykładany być może”309. I rzeczywiście, w tym wypadku mamy chyba do czynienia z kolekcją dostosowaną do potrzeb dydaktyki uniwersyteckiej. Stosunkowo mało jednak ją wykorzystywano, skoro Pawłowicz, który był jej twórcą, praktycznie nie wykładał mineralogii. Zapewne w jakiś stopniu korzystał ze zbiorów Gabinetu, prowadząc od 1826 r. wykłady historii naturalnej w Szkole Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego310. Profesorem mineralogii na Uniwersytecie został dopiero w 1829 r. i rozpoczął wykłady w roku akademickim 1829/1830. Po kilku tygodniach wykładów musiał je przerwać ze względu na rozwijającą się szybko gruźlicę; zmarł w sierpniu 1830 r.311 Zapewne do środowiskowych legend, ale dobrze oddających postrzeganie osoby Pawłowicza, należało przekonanie, że „umarł przedwcześnie, zdrowie sobie zniszczywszy spuszczeniem się do krateru Wezuwiusza, gdzie za długo przebywał pośród trujących gazów i kontuzjowany został odłamkiem lawy w nogę i piersi”312.

28. Feliks Jarocki, akwaforta E. Quenedeya, 1817

Podobnie jak kilka innych gabinetów, zoologiczny powstał na podstawie dużej zakupionej kolekcji – Sylwiusza Münkwitza z Grunwitz (Gronowic) na Śląsku. Kontrakt zawarto w listopadzie 1818 r., a do przewiezienia zbiorów delegowano profesora Feliksa Jarockiego ze szkoły w Kaliszu. Zajął on się następnie rozpakowywaniem i porządkowaniem zbioru, a w sierpniu 1819 r. został profesorem Uniwersytetu i „zarządzającym gabinetem zoologicznym”. Do Gabinetu przekazano zakupiony wcześniej liczący przeszło 9 tys. sztuk zbiór muszli z Opola Lubelskiego313.

Gabinet zoologiczny był tym z „zakładów naukowych”, który w największym stopniu korzystał z darów. Zasilali go zarówno myśliwi, jak i przyrodnicy amatorzy314. Przy okazji corocznych podziękowań za dary w gazetach, ogłaszano kilka razy apel do „miłośników myślistwa” o przysyłanie konkretnych zwierząt. W 1826 r. proszono tych, którzy

przy odwiedzaniu Gabinetu Zoologicznego przyrzekli dostawić do niego w pięknych egzemplarzach jeleni, danieli, niedźwiedzi i dzików, aby raczyli dla dobra powszechnego przesłać dary przyobiecane. Uprasza się razem, ażeby mający się przesłać dzik szczecin na grzbiecie nie był pozbawiony315.

W 1827 r. cesarz podarował Uniwersytetowi skórę i kości słonia. W Gabinecie wystawiono wypchanego słonia i osobno jego szkielet316. W marcu 1830 r., za pozwoleniem cesarza, ubito 2 żubry w Puszczy Białowieskiej – „samicę i samca starego ogromnej budowy ciała”317. Źródłem atrakcyjnych eksponatów dla Gabinetu były też menażerie pokazujące za opłatą egzotyczne zwierzęta. Z takich zdechłych w menażeriach zwierząt trafiły do Gabinetu lwica, tygrys, lampart, pawian i 2 kajmany. W 1825 r. z jednej tylko menażerii Achena pozyskano 41 eksponatów318.

Eksponaty dla Gabinetu zbierał zatrudniony na Uniwersytecie Wojciech Jastrzębowski w swoich podróżach po Królestwie, których głównym celem było tworzenie zielnika. W 1827 r. postanowiono, że będzie mu towarzyszył Paweł Wierzejski, zajmujący się preparowaniem zwierząt w Gabinecie Zoologicznym. Otrzymali oni też pozwolenie na upolowanie w lasach rządowych zwierząt na potrzeby Gabinetu319. Latem 1829 r. Jarocki sam wyjechał nad Morze Czarne i tam nabywał eksponaty, przede wszystkim ryby320.

W 1824 r. w „Roczniku Instytutów...” wydawanym przez KRWRiOP pisano, że najcenniejsze części Gabinetu to „zbiór ptaków 1415 sztuk liczący, obok wielu zamorskich, obejmuje prawie wszystkie gatunki ptaków europejskich, osobliwie zaś celuje w nim rzadko dobrany oddział ptaków drapieżnych” oraz kolekcje muszli i owadów321. W zbiorach były też osobliwości: „kurczę o 4 nogach”, „30 rybek spadłych z deszczem w Warszawie”, „jaje kurze w kształcie kiszki trzy razy tak przegiętej, iż naśladuje postać ucha ludzkiego”322. W marcu 1830 r. Ksawery Prek widział tu „żywą pchłę przykutą na łańcuszku z włosów”323.

W lutym 1817 r. na Gabinet przeznaczono pomieszczenia w Pałacu Kazimierzowskim na pierwszym piętrze od strony Dynasów324. Jarocki skarżył się, że Gabinetu nie ogrzewano, co uniemożliwiało mu prace przy zbiorze muszli: „każdą muszlę trzeba myć i czyścić w zimnej wodzie, a zgrabiałymi rękami około tak łatwo zepsuć się mogących przedmiotów robić niebezpieczno”325. Poza tym było za mało miejsca. Rada Uniwersytetu pisała do KRWRiOP: „Gabinet zoologiczny nie tylko, że nie ma szaf i stołów potrzebnych, ale i miejsca nie ma na ich ustawienie”326.

29. Gabinet Zoologiczny w latach 80. XIX w. (gabloty z lat 20. XIX w.), drzeworyt B. Puca

W 1823 r. Gabinet został przeniesiony do „pięknej i wielkiej sali górnej w gmachu sztuk pięknych. Przez to nowe umieszczenie tyle nabrał okazałości, iż wydaje się w dwójnasób większym niż przedtem” – mówił rektor327. I rzeczywiście, ten gabinet miał w porównaniu z innymi wyjątkowo dobre warunki funkcjonowania. Stopniowo skompletowano wyposażenie. W 1832 r. w Gabinecie były 84 oszklone szafy i 24 gabloty „zewnątrz lakierowane pięknym mahoniowym kolorem, wewnątrz zaś kolorem czysto biało klejowym”328. Gabinet udostępniano dla zwiedzających 2 razy w tygodniu przez 2 godziny329. W prasie informowano, że nie wolno do niego wchodzić z psami i laskami oraz że będzie on zamknięty w „dni dżdżyste i błotne”330.

Gabinet Botaniczno-Plastyczny powstał w 1818 r. po zakupieniu od profesora Hoffmana zbioru ok. 200 woskowych imitacji roślin; podobne eksponaty w liczbie ok. 270 sztuk znajdowały się w kupionym w tym roku gabinecie historii naturalnej Münkwitza. W następnych latach Hoffman opiekujący się Gabinetem uzupełniał go o nowe preparaty woskowe331. „Pracy tej wiele chwil życia poświęcał, a uciechą jego było wielką, gdy któregoś z przyjaciół swoich zwiódł wyrobem swoim”332. Profesor wystawiał swoje woskowe rośliny na wystawach sztuk pięknych w 1819 i 1823 r. (na tej drugiej według katalogu znalazło się „25 doniczków kwiatów modelowanych z wosku z natury”)333. W prasie pisano, że dzięki temu zbiorowi można się uczyć botaniki „nawet w zimowej porze”334. Nie udostępniano go zwiedzającym Uniwersytet; nie jest też jasne, w jakim stopniu wykorzystywano go w dydaktyce. Eksponaty przechowywano w różnych miejscach; rektor w 1824 r. mówił o konieczności znalezienia osobnego pomieszczenia na Gabinet335.

Gabinet Anatomiczny, choć tworzony już w czasach Księstwa Warszawskiego, był zasadniczo dziełem profesora i dziekana Wydziału Lekarskiego Marcina Rolińskiego. „On postawił na nogach u nas anatomię i zbiór do niej zawiązał” – pisał w 1823 r. rektor. Intensywnie zajmując się zbiorami anatomicznymi, Roliński zarzucił prywatną praktykę lekarską; pobierał jednak dodatkowe wynagrodzenie za pracę w Gabinecie336.

Gabinet Anatomiczny, czyli „zwierciadło, w którym człowiek sam się widzi”, jak pisał dziekan Wydziału Lekarskiego, został udostępniony dla publiczności w 1827 r. Otwarty był w niedziele od 12.00 do 13.00; jak zanotował Lipiński: „napływ odwiedzających jest tak wielki, iż z trudnością można się dostać do sali pięknie urządzonej”337. Gabinet opisała „Gazeta Polska” w 1828 r. w cyklu „obrazów Warszawy”. Mieścił się w budynku Wydziału Lekarskiego na ul. Kanonii, w sali

wspartej w połowie kolumnami i mającej z jednej strony widok na ulicę, z drugiej na Wisłę. W godzinach, w których jest otwarty, można w nim zastać kilkadziesiąt osób, które przybywają dla oglądania go, już to dla zaspokojenia ciekawości, już dla nauczenia się czegoś. [...] Ci, co znają sztukę lekarską, lub ci, co się jej uczą, są tam w swoim żywiole. Otoczeni kościotrupami, potworami, naroślami chorobliwymi, są oni w gabinecie anatomicznym tym, czym malarze w galerii obrazów. Inni, dla których sztuka Eskulapa jest i będzie obcą, nie wyjdą z gabinetu anatomicznego bez żadnej korzyści. Przypomina on im znikomość doczesną własnego rodu, obudza uczucia, których żadne inne miejsce tak naocznie nie zdolne jest wzniecać i rozwija ich ducha publicznego, albowiem każdy instytut publiczny ma to do siebie, iż w swoim widzu rodzi wyobrażenie rzeczy publicznej. [...] Trzydzieści szaf numerowanych i opatrzonych stosownymi napisami, zawierają piękne i rzadkie preparata, niemniej dobrze sporządzone kościotrupy; każda sztuka ma napis w języku polskim, co tym bardziej na wzmiankę zasługuje, iż ze wszystkich nauk może najwięcej sztuka lekarska zwykła się była okrywać tajemnicą.

Autor artykułu wyliczał dalej typy eksponatów, szczególnie zauważył „plastycznie przez Brunnera preparowanego Murzyna w postaci stojącej” oraz

piękny zbiór płodów od czwartego tygodnia aż do narodzenia. Pomiędzy dziwotworami bardzo rzadkimi, których jest sztuk 45, szczególniej uderzają potwory o jednym oku, z dwiema głowami i dwoma kadłubami, połączone między sobą już bokiem, już piersiami, osobliwie zaś potwór zrośnięty końcami kadłubów, mający dwie główki, jedną ku górze, drugą ku dołowi z członkami w liczbie ośmiu należycie wykształconymi.

Było tu też sporo „przedmiotów anatomii zwierzęcej”: szkieletów (na czele ze szkieletem lwicy) i preparatów w spirytusie338. Ciekawym sposobem upamiętnienia zasłużonych profesorów było wystawienie z ich nazwiskiem „kamieni z pomyślnym skutkiem z różnych organów ciała ludzkiego wydobytych”. Uhonorowano tak profesorów Józefa Czekierskiego i Franciszka Brandta339.

Na Wydziale Lekarskim utworzono jeszcze 3 kolekcje: „gabinet chirurgiczny”, „zbiór farmacyjny” i „zbiór materii medycznej”. Były to typowe zestawy pomocy dydaktycznych, gromadzone stopniowo i wykorzystywane podczas wykładów340.

Władze uniwersyteckie postulowały wystawienie osobnego budynku Muzeum Historii Naturalnej, w którym miały się mieścić zbiory zoologiczne, botaniczne i mineralogiczne. Wydział Filozoficzny opracował nawet w 1819 r. plan takiego muzeum, składającego się z 15 sal: 9 dla kolekcji zoologicznych, 2 botanicznych i 4 mineralogicznych. Kwestią dyskusyjną było umieszczenie w tym muzeum eksponatów anatomicznych341.

Część gabinetów miała charakter zbiorów pomocy naukowych stworzonych na potrzeby wykładów danego przedmiotu. Tak było z gabinetem fizycznym, laboratorium chemicznym, gabinetem narzędzi matematycznych i zbiorem rysunków oraz modeli architektonicznych.

Początkowo do uniwersyteckiego nauczania fizyki używano przyrządów należących do Liceum. Gabinet fizyczny stworzony został przez profesora Józefa Karola Skrodzkiego, który nadzorował go przez cały czas istnienia uczelni. Urządzenia zamówiono w Paryżu i Londynie; część wykonali warszawscy rzemieślnicy342. Już w 1824 r. było tu ponad 400 „aparatów, machin i narzędzi fizycznych”. Za ich pomocą „cały kurs fizyki eksperymentalnej obszernie wydanym być może, prawie wszystkie doświadczenia, najnowszych nie wyjmując, są w nim powtarzane”. W oficjalnym wydawnictwie KRWRiOP z 1824 r. wyeksponowano „machinę elektryczną”. „Udają się w niej doświadczenia w każdej porze roku i w każdym stanie atmosfery. Iskra wypada z konduktora w odległości półtorej stopy, rysując w powietrzu drogę podobną do drogi piorunowej, uderzenie jej nadzwyczaj silne”. Opisany też został „drogi zabytek opieki, którą rozciągnął nad naukami w Polsce Stanisław August” – mechaniczne planetarium.

Dowcipny mechanizm, kierowany obrotem korby, wszystkie planety i samo nawet słońce w bieg wprowadza. [...] Kosztowna ta machina ma postać zupełnie nowej, chociaż brak najmniejszych planet systemu słonecznego, Urana i dwóch księżyców saturnowych, ostrzega wyraźnie, z jakiego czasu pochodzi343.

W 1817 r. na wykłady z fizyki przeznaczono salę na pierwszym piętrze Pałacu Kazimierzowskiego344. W roku akademickim 1825/1826 Gabinet został przeniesiony do nowego gmachu audytoryjnego, gdzie „w sali obszernej [...] umieszczony i uporządkowany, nierównie piękniejszy widok wystawia”345. Oprócz sali na instrumenty było tu też „audytorium fizyczne”346. Pomieszczenia te specjalnie zaprojektowano na potrzeby Gabinetu347.

Gabinet miał charakter przede wszystkim dydaktyczny. Skrodzki przeprowadzał w nim też doświadczenia naukowe, których wyniki ogłaszał w czasopismach – jednak głównie powtarzał doświadczenia opisane przez zagranicznych uczonych348.

Z „zakładów naukowych” z zakresu nauk ścisłych i przyrodniczych najważniejszą rolę w dydaktyce odgrywało laboratorium chemiczne. Było tak, ponieważ obowiązkowy wykład chemii mieli studenci administracji i medycyny, a z laboratorium korzystali też studenci Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego349. Laboratorium miało też funkcje pozadydaktyczne, np. dostawało rządowe zlecenia na badanie wód mineralnych w Królestwie350.

30. Adam Kitajewski, litografia A. Piwarskiego według obrazu A. Brodowskiego, 1837

Podobnie jak w wypadku Gabinetu Fizycznego wykłady z chemii prowadzono z wykorzystaniem laboratorium chemicznego Liceum. Powodowało to spory z Liceum o przebywanie jego uczniów w tym pomieszczeniu (profesor Kitajewski tłumaczył, że nie wpuszcza ich „dla niebezpieczeństwa i szkody, jaka zwykle może się stać przy licznie zgromadzonych dzieciach i mniej ostrożnych”)351. Poza tym lokal był zbyt mały jak na skalę nauczania. Laboratorium – mówił rektor w sprawozdaniu za rok 1826/1827 – wzbogaca się o „potrzebne i ważne preparata”, ale „pracownia i audytorium, z przyczyn niedogodnego lokalu, w smutnym dotąd zostaje stanie. Podejmowane w nich prace, połączone są z wielkimi niewygodami i nadwyrężeniem zdrowia pracujących”352. A w sprawozdaniu za rok 1828/1829 stwierdzał: „Profesor Kitajewski słusznie się użala, iż najlepsze chęci jego nie przynoszą należytej korzyści, kiedy pracownia zaledwie na jego własne i pomocnika prace wystarcza i kiedy audytorium jego dwie trzecie tylko części zapisanych uczniów pomieścić może”353. Planowane było wzniesienie odrębnego budynku na uniwersyteckie laboratorium, zostały sporządzone plany i kosztorysy. Zakładano, że będzie się ono znajdować w budynku oddalonym od innych zabudowań i tak położonym, by wyziewy wywiewane były przez wiatr w stronę Wisły. Do końca istnienia uczelni nie doszło jednak do realizacji tych planów354.

Gabinet Narzędzi Matematycznych miał charakter niewielkich zbiorów pomocy dydaktycznych stworzonych przez profesorów na potrzeby swoich wykładów. Dzielił się na 2 części. Pierwsza to wykorzystywany przez profesora Juliusza Kolberga zbiór urządzeń do miernictwa i niwelacji. Drugą część gabinetu stanowiły instrumenty i modele do wykładów Kajetana Garbińskiego z geometrii wykreślnej. Podobny charakter miał zbiór rysunków i modeli architektonicznych. Składały się nań przede wszystkim modele architektoniczne, ale też modele maszyn rolniczych i włókienniczych, ofiarowane przez osoby prywatne. Zbiór uzupełniany był o modele wykonywane przez kandydatów do egzaminu magisterskiego, np. projekt pałacu wiejskiego czy komory celnej355.

Ogród i Obserwatorium

Ogród botaniczny dla Szkoły Lekarskiej zaczęto tworzyć w 1810 r. Z różnych rozważanych lokalizacji wybrano ostatecznie teren za Pałacem Kazimierzowskim. Obdarowywany roślinami przez właścicieli znanych ogrodów, do których zwróciła się Dyrekcja Edukacyjna, ogród szybko się rozwijał356. Nadzorujący go profesor Hoffman widział w jego istnieniu nie tylko pożytek naukowy, ale i

odnośnie [do] poszanowania cudzej, a jak w danej okoliczności, rządowej własności. obecnie bowiem trzeba surowość przepisów dla odwiedzających ogród zaostrzyć. Doświadczenie nauczyło, że znaczne szkody wynikały w ogrodzie z tej przyczyny, że odwiedzający nie zwracają najmniejszej uwagi na ostrzegających ją stróżów przy wejściu do ogrodu – wszyscy z bukietami opuszczają ogród”357.

Jeszcze gorzej zachowywali się oficerowie i żołnierze, którzy deptali po trawnikach, niszczyli kwiaty, a zwracających im uwagę ogrodników – bili358. Problem ten nie dotyczył wyłącznie Warszawy – w Wilnie uniwersytecki ogród botaniczny odwiedzający dewastowali tak bardzo, że w 1810 r. został on na jakiś czas zamknięty dla publiczności359.

31. Michał Szubert

Po pierwszym okresie rozwoju ogród uległ dezorganizacji na skutek konfliktów Hoffmana z kolejnymi ogrodnikami. W marcu 1816 r. opiekę na nim powierzono Michałowi Szubertowi i to on właściwie stworzył uniwersytecki ogród botaniczny360. Jego dotychczasowa lokalizacja była niekorzystna ze względu na małą powierzchnię i kiepską glebę. Zastanawiano się nad kupnem Dynasów, ale ostatecznie KRWRiOP uzyskała na jesieni 1818 r. zgodę na urządzenie ogrodu botanicznego i obserwatorium astronomicznego na należącym do cesarza terenie przylegającym do Łazienek361. Konieczne były prace ziemne, reperowanie istniejących budynków i wystawienie nowych (m.in. domu dla dyrektora ogrodu). Ziemię do roślin wrzosowych sprowadzano barkami Wisłą z Jabłonny. Cały teren ogrodzono płotem, „aby bydło nie chodziło po ogrodzie”. Większość tych prac zakończyła się do 1820 r.362

„Świeżość murawy, piękność klombów, a najbardziej mnogość kwiatów, przy pięknym położeniu górzystym i okazałych opodal widokach, zwabiały licznych przyjaciół pięknej natury i przyjemnej nauki, tak, że nieraz ogród do natłoku był napełniony” – pisał Szubert w 1829 r.363 „Żadne z publicznych miejsc w stolicy i w okolicach – opisywał w 1828 r. „Kurier Warszawski” – nie jest tyle odwiedzane od osób różnego stanu i wieku [...], bo też żadne nie odznacza się takim doborem przedmiotów i obrazów zajmujących razem duszę i bawiących zmysły”364. Rośliny wytrzymujące polski klimat sadzono w kwadratowych grządkach z tabliczkami. Okazy z ciepłych krajów, znajdujące się w szklarniach, latem w większości były wystawiane na zewnątrz365. W ogrodzie założono małą winnicę, która w 1827 r. „wydała beczkę dobrego wina, podobnego do reńskiego” (tak przynajmniej twierdził rektor); 10 butelek przesłano cesarzowi366.

Ogród botaniczny UW do dziś istnieje w tym samym miejscu. Jest jednak trzykrotnie mniejszy – po powstaniu listopadowym większość ogrodu włączono do parku Łazienkowskiego. Dziś kojarzący się ze starym drzewostanem, 200 lat temu miał – wnioskując z opisów i rycin – mało drzew.

32. Widok Ogrodu Botanicznego

Szubert opracowywał spisy roślin w ogrodzie – opublikowany w 1820 r. miał 156 stron, kolejne wydanie z 1824 r. – już 583 strony. Ukazało się też kilka mniejszych spisów roślin oranżeryjnych, nasion itp. Poza celem naukowym wydawnictwa te były konieczne do dokonywania wymian z innymi ogrodami botanicznymi; służyły wreszcie jako oferta handlowa367. W 1829 r. ogród „zostawał w korespondencji” z 20 podobnymi placówkami w Europie; wiele też roślin dostawał od właścicieli znanych ogrodów w kraju. Szubert, człowiek energiczny i niezrażający się trudnościami, nieustannie nagabywał KRWRiOP o pieniądze na zakup roślin („znam osoby partykularne, które po kilka tysięcy na zakupienie roślin łożą, czemu by rząd nie miał tego funduszu odżałować”)368. Notorycznie też przekraczał wyznaczone na ten cel kwoty, co narażało go na stałe konflikty z KRWRiOP369. Jak musiało to być irytujące, pokazuje opinia urzędnika kontroli w komisji rządowej:

nie miał powodu [Szubert] w nieprzyzwoitym swoim tłumaczeniu uważać się za igrzysko władzy, która tylko formy pilnuje, a rzeczy nie widzi, ani zna. Może zapomniał p. Szubert, który tak bardzo formą zdaje się pogardzać, iż człowiek nieuformowany, chociażby się najlepiej znał na ziołach, tyle znaczy, co człowiek bez edukacji; że drzewo w Ogrodzie botanicznym niemające należytej formy będzie tylko klocem, drągiem lub kołkiem nieociosanym370.

Protektorem ogrodu był minister oświecenia Grabowski, który zasilał go z funduszu do dyspozycji ministra oraz pośredniczył w ściąganiu roślin z Petersburga371. „Z jego to polecenia – mówił rektor w 1824 r. – ma ogród piękne i wygodne ławki, uregulowany dziedziniec przed budowami, przyozdobioną pompę i tym podobne upięknienia”372. W domu dyrektora ogrodu na parterze urządzono dla ministra oświecenia dwupokojowe mieszkanie letnie373.

33. Ogrodzenie w Ogrodzie Botanicznym

Uniwersytecki ogród botaniczny miał wpływ na rozwój ogrodnictwa w całym kraju. Kształcił rocznie 10 stypendystów – ogrodników; rozważano założenie przy nim praktycznej szkoły tego zawodu374. Szubert pisał: „Uważam ogród botaniczny jako instytut, z którego po całym kraju rozchodzić się powinny rośliny w nim hodowane”375. Nasiona i żywe rośliny rozsyłane były niektórym szkołom wojewódzkim, „przez co gust i nauka i po prowincji rozszerzać się mogą”376. Ogród miał też własne dochody ze sprzedaży roślin377.

Dużo wysiłku pochłaniało tworzenie zielników. Istniały 2 zielniki uniwersyteckie – jeden w ogrodzie, drugi w Gabinecie Botaniczno-Plastycznym378. Zielniki polskich roślin zapełniał przede wszystkim Wojciech Jastrzębowski, absolwent UW, który od 1823 r. odbywał wycieczki botaniczne po kraju. Zatrudniony był od 1823 r. jako pomocnik w Gabinecie Fizycznym, a od 1828 r. – zgodnie z właściwymi swoimi zainteresowaniami – jako adiunkt historii naturalnej379. Jastrzębowski odbywał swoje wycieczki piechotą. W 1827 r. przeszedł w województwie mazowieckim 120 mil (ok. 1000 km), w 1829 r. w województwach lubelskim i sandomierskim przeszło 300 mil (ok. 2,5 tys. km). Jesienią poszukiwał roślin koło Warszawy. Całą zimę 1829/1830 poświęcił na prace nad zielnikiem. „Praca takowa wymagająca ciągłego siedzenia i natężenia wzroku, wspomaganego ustawicznie szkłami optycznymi, więcej mię przez te 3 miesiące namordowała niż pięciomiesięczna podróż, połączona z trudnymi do opisania niewygodami”. Tworzenie zielnika miało doprowadzić do „wydania tak powszechnie pożądanego opisu roślin krajowych, opisu jakim się już wszystkie prawie europejskie, a nawet niektóre odleglejsze kraje od dawna się zaszczycają”. Jastrzębowski pisał, że zbiera po kilkadziesiąt egzemplarzy każdego znalezionego gatunku – dla zbiorów historii naturalnej w szkołach i dla udzielania zagranicznym uczonym380. W podróżach towarzyszyli mu lokalni entuzjaści botaniki, przeważnie profesorowie szkół wojewódzkich. Podobne wycieczki i podróże odbywał sam Szubert, np. w 1829 r. relacjonował swoje botaniczne poszukiwania w kilkunastu miejscowościach podwarszawskich381.

34. Franciszek Armiński

Budowa obserwatorium astronomicznego ściśle wiązała się z osobą profesora Franciszka Armińskiego. Swoją działalność dwudziestoparoletni profesor rozpoczął w efektownym stylu. Podczas ogólnej audiencji w listopadzie 1815 r., wbrew etykiecie dworskiej, wręczył Aleksandrowi I memoriał z prośbą o wyznaczenie sumy na wystawienie obserwatorium. Cesarz przyjął prośbę, „lecz skoro do kaplicy kilka kroków oddalił się, wielki kniaź Konstanty wraz go [Armińskiego – M.M.] wśród pokojów pod wartę wziąć rozkazał. Uczyniło to wielkie wrażenie na publiczności. Sam cesarz niezmiernie się zmartwił i więźnia wypuścić rozkazał”382. Podobny styl działania zachował astronom i później. W 1819 r. informował z Bawarii KRWRiOP, że zamówił instrumenty astronomiczne za 36 tys. zł – tyle że bez wcześniejszego zezwolenia komisji rządowej383.

Miejsce budowy obserwatorium astronomicznego było kwestią dyskusyjną. Początkowo chciano je umieścić pod miastem, za rogatkami mokotowskimi, na pustym polu, z dala do drzew. Ostatecznie jednak zwyciężyła koncepcja ulokowania go w ogrodzie botanicznym przy Łazienkach. Nie było to osobliwe – tak ulokowano obserwatorium w Krakowie i w kilku miastach europejskich. Dla warszawskiego obserwatorium oznaczało to jednak znaczne podniesienie kosztów budowy – ze względu na drzewa należało wznieść wysoki budynek. Zaprojektowano bardzo nowoczesną konstrukcję gmachu. Aby wyeliminować drgania, wewnątrz ustawiono kamienne cokoły posadowione bezpośrednio na gruncie i niestykające się z konstrukcją budynku; na tych cokołach zostały umieszczone marmurowe podstawy pod instrumenty. Szczególnie duży był zbudowany z ciosów kamiennych cokół pod instrumenty południkowe w centralnej części budynku – miał 10 m wysokości, 17 m długości i 3 m szerokości. Obserwatorium dobudowane zostało do pochodzącego z czasów stanisławowskich budynku cieplarni, podobny budynek powstał z drugiej strony gmachu. Te 2 skrzydła oraz architektura samego gmachu obserwatorium dawały wrażenie założenia pałacowego384.

Budowa rozpoczęła się w 1820, a zakończyła w 1825 r. Ze względu na specyficzną konstrukcję budynku było to duże wyzwanie techniczne. Pojawiały się też kolizje między estetycznymi wymogami całego założenia architektonicznego a naukowymi potrzebami obserwatorium. Nie dziwmy się więc, że w 1823 r. profesor Armiński zelżył na budowie architekta Szpilowskiego, jak skarżył się ten ostatni, „słowami nieprzyzwoitymi, które tylko z ust człowieka bez edukacji i w złości [...] mogły być wymówione”385. A nadzorując prace wykończeniowe i ustawianie instrumentów, w 1825 r. Armiński pisał: „kto z tutejszymi rzemieślnikami ma do czynienia, wie, ile ich doglądanie przy takiej robocie czasu i unudzenia kosztuje”386. W praktyce wiele prac musiał wykonać sam; „po całych dniach pracował jak zwykły rzemieślnik”. Może zresztą czerpał przyjemność z takiej pracy? Jego uczeń pisał:

Bardzo lubił życie czynne i praktyczne, nie mógł patrzeć obojętnie na pracujących, gdy ci nieumiejętnie lub niestosownie odbywali robotę; wtedy sam się brał do dzieła i pokazywał jak najwłaściwiej postępować należało, tak zaś dobrze znał się na szczegółach wielu robót mechanicznych, iż niejeden brał go za człowieka należącego do tego fachu387.

35. Obserwatorium Astronomiczne, litografia M. Scholtza według dagerotypu, 1841

Instrumenty do obserwatorium zostały zakupione głównie w Monachium, zegary astronomiczne i kilka innych przyrządów skonstruował warszawski zegarmistrz Gugenmus. Dużo czasu zajęło weryfikowanie ich działania. KRWRiOP nagliła w 1827 r., aby rozpocząć regularne obserwacje, zauważając, że obserwatorium „tak znacznym kosztem wzniesione i stosownymi narzędziami opatrzone, uważać można dotąd jakoby nieczynne”388. W praktyce aż do powstania Armiński zajęty był głownie ustalaniem szerokości i długości geograficznej różnych miejscowości na terenie Królestwa – na zlecenie pracującego nad mapami Kwatermistrzostwa Generalnego armii Królestwa oraz Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu389. W obserwatorium czyniono też (3 razy na dobę) obserwacje meteorologiczne390.

Po otwarciu obserwatorium i ono stało się jedną z atrakcji warszawskich. Armiński – donoszono w 1825 r. w „Kurierze Warszawskim” – „z zwykłą mu grzecznością chętnie znawcom i amatorom okazuje nader starownie urządzone sale, z których zachwycający widok rozciąga się na 2 mile i dalej, a za pomocą rzadkiej wartości szkieł można o 4 mile rozpoznać zabudowania, a nawet i inne drobne przedmioty”391.

Studenci

Studencka zbiorowość

„Odtąd otwarta jest droga dla każdego doprowadzająca niezawodnie do szczęścia, kto tylko zdolny rozniecić w swym sercu przyjemny zapał nauk” – mówił o studiach uniwersyteckich w 1817 r. profesor Bandtkie392. Aby wejść na tę drogę, trzeba było jednak zdać maturę w szkole wojewódzkiej.

Szkoły wojewódzkie miały przygotować uczniów do studiów na Uniwersytecie; absolwent takiej szkoły, stwierdzała KRWRiOP, powinien móc „z pożytkiem dzieła uczone czytać i one rozumieć, a jako światły obywatel i sam się dobrze rządzić i radami swymi współobywateli wspierać”393. W latach 1816–1850 systematycznie rosła liczba szkół wojewódzkich (od 11 do 15) i liczba ich uczniów (od 2611 do 6278). Resort oświecenia za czasów Grabowskiego i Szaniawskiego starał się ograniczyć kształcenie w tych szkołach, widząc w typie wykształcenia, jakie oferowały, niebezpieczeństwo szerzenia się radykalizmu. Mimo tej tendencji, za rządów konserwatywnej ekipy w KRWRiOP liczba uczniów szkół wojewódzkich powiększyła się o 2353. Decydującą rolę odgrywała tu presja środowisk prowincjonalnych, domagających się powoływania nowych szkół. Wyjątkową pozycję miała Warszawa, w której pod koniec lat 20. istniały 4 placówki tego szczebla, na czele z najbardziej prestiżowym Liceum Warszawskim. Na terenie Królestwa 5 szkół prowadził zakon pijarów, uczyło się w nich ok. jednej trzeciej uczniów szkół wojewódzkich394. To tłumaczy bliskie związki środowiska studentów Uniwersytetu z tym zakonem, na przykład zamawianie w kościele pijarskim mszy patriotycznych. Jeden z szefów tajnej policji, Henryk Mackrott, sam zresztą absolwent szkoły pijarskiej, uważał, że właśnie dawni uczniowie szkół tego zakonu byli najbardziej niespokojnym elementem wśród studentów395.

36. Studenci Uniwersytetu podczas symbolicznego pogrzebu Aleksandra I w 1826 r.

Program obowiązujący w szkołach wojewódzkich został zmodyfikowany pod kątem dalszej edukacji na Uniwersytecie396. Przygotowanie ich absolwentów do studiów nie budziło większych kontrowersji; jedynie poziom nauczania łaciny był krytykowany, nie tylko przez profesorów filologii, ale też przez Wydział Prawa397. Z czasem Uniwersytet zaczął pośrednio wpływać na sposób uczenia w szkołach wojewódzkich – w drugiej połowie lat 20. wśród ich nauczycieli zaczęli się pojawiać liczni absolwenci UW, „z innym zupełnie obejściem się, z inną powierzchownością. Znało na nich insze życie, insze poglądy, jakieś świeższe, ruchawsze i więcej zajmujące niż u starych profesorów” – wspominał jeden z uczniów398.

Egzamin maturalny, do którego docierała mniejszość uczniów szkół wojewódzkich, zdawany był ze wszystkich przedmiotów znajdujących się w programie szkolnym; składał się z części pisemnej i ustnej. Ci, którzy chcieli uzyskać maturę, uczyli się przez 2 lata w VI klasie szkoły. W praktyce jednak wielu zdawało maturę już po rocznej nauce w tej klasie. W 1826 r. KRWRiOP wprowadziła nowe zasady. Utrzymano 2-letnią klasę VI, zakazując zdawania matury po roku, dodano egzamin między pierwszym i drugim rokiem tej klasy. Wprowadzono też dla posiadaczy matur dodatkowy egzamin w Towarzystwie Elementarnym dopuszczający do studiów na Uniwersytecie. Komisja powołana w Towarzystwie rozpatrywała najpierw protokoły egzaminów maturalnych, a następnie przeprowadzała ustny egzamin z wybranych przedmiotów. Oczywistym celem tych nowych procedur było ograniczenie liczby studentów Uniwersytetu399. I rzeczywiście tak się stało, liczba studentów UW spadła w latach 1826/1827 i 1827/1828, co wynikało ze skurczenia się prawie o połowę liczby rejestrujących się na pierwszym roku kandydatów400. Już jednak w roku 1828/1829 liczba studentów powróciła do poziomu sprzed 3 lat, a w następnych 2 latach wyraźnie rosła.

Egzamin kwalifikacyjny w Towarzystwie Elementarnym odbywał się jesienią. Choć teoretycznie miał on na celu weryfikację matur, w praktyce pytano głównie z katechizmu oraz sprawdzano polityczną prawomyślność kandydata na studia. Egzaminowani dostawali do omówienia tematy w rodzaju: „Wszelka władza pochodzi od Boga, kto się jej sprzeciwia, Bogu się sprzeciwia”, „Wyłożyć obowiązki spokojnego obywatela”, „Wykazać błędy moralności na samym rozumie opartej”. Komisja egzaminacyjna Towarzystwa mogła odmówić kandydatowi prawa do studiowania. Były takie przypadki, choć zapewne niezbyt częste401.

Uzyskanie zapisu na Uniwersytet miało niebagatelny walor – uwalniało od poboru do wojska. Komisje poborowe wymagały jednak aktualnego zaświadczenia o uczęszczaniu na zajęcia; obawiano się, że młodzi ludzie będą się zapisywali na Uniwersytet tylko z celu uniknięcia służby wojskowej402.

Naukę w szkołach wojewódzkich rozpoczynano w różnym wieku; do poszczególnych klas uczęszczali uczniowie z 7–10 roczników403. Nie było w związku z tym typowego wieku podejmowania studiów uniwersyteckich.

Wykres 1. Studenci I roku na Uniwersytecie Warszawskim w roku 1829/1830 według wieku

 

Źródło: S. Janicki, Statystyczny obraz uczniów Uniwersyteckiego Królewskiego Warszawskiego, teraz Aleksandrowskiego, w roku szkolnym bieżącym, „Pamiętnik Fizycznych, Matematycznych i Statystycznych Umiejętności z Zastosowaniem do Przemysłu” 1830, z. 4, s. 190–191.

Podobna sytuacja – spotykanie się na pierwszym roku studentów z wielu roczników – występowała na Uniwersytecie Krakowskim404.

Nie wszyscy kandydaci na studia musieli mieć maturę. Od początku zwolniono z tego obowiązku studentów malarstwa i rzeźby – wystarczało jedynie ukończenie IV klasy szkoły wojewódzkiej. Postulat profesora malarstwa Antoniego Blanka, by wykazywali się tylko umiejętnościami czytania i pisania oraz uzdolnieniami artystycznymi, został odrzucony przez władze uniwersyteckie405.

Na Wydziale Lekarskim wymagano egzaminu dojrzałości tylko od kandydatów, których studia miały się zakończyć stopniem magistra medycyny lub chirurgii. Do 1821 r. przyjmowano bez matury osoby zamierzające kształcić się na chirurgów drugiego rzędu, a w latach 1821–1825 na „lekarzy niższych”. Dopiero po reformie programu studiów w 1825 r. od wszystkich kandydatów na medycynę oczekiwano wylegitymowania się maturą. Przez cały czas istnienia Uniwersytetu nie stawiano takiego warunku studentom farmacji406.

Bez matury wstępowali na Uniwersytet pijarzy przygotowujący się do nauczania w szkołach prowadzonych przez ten zakon. Studia mogli rozpocząć po ukończeniu 2-letniego zakonnego seminarium nauczycielskiego. W przeciwieństwie do zakonników innych zgromadzeń studiowali głównie poza Wydziałem Teologicznym – w 1830 r. było na tym wydziale 2 pijarów, a na innych 15. Do 1831 r. studia na Uniwersytecie ukończyło 35 osób z tego zgromadzenia. Zakon pozostawał w opozycji wobec polityki edukacyjnej Grabowskiego i Szaniawskiego, stąd studenci-pijarzy wnosili na uczelnię raczej nastawienie opozycyjne niż wiernopoddańcze. Jeden z pijarskich studentów – Wincenty Smagłowski – stworzył nawet niewielki tajny związek studencki wykryty w 1829 r.407

Dwie inne grupy kandydatów kierowane były na studia przez komisje rządowe. Komisja Rządowa Wojny od 1818 r. wysyłała na studia na Wydziale Lekarskim podlekarzy wojskowych mających uzyskać pełne uprawnienia lekarskie. Otrzymywali oni w trakcie studiów połowę dotychczasowego żołdu. W latach 1818–1822 przez studia lekarskie przewinęło się ponad 20 takich wojskowych medyków; później zdarzało się to incydentalnie. Byli inni niż przeciętni studenci – 30-letni, trzydziestoparoletni, większość z doświadczeniem frontowym (przeważnie z kampanii 1812 r.). Próby egzekwowania od nich matur przez Uniwersytet zostały szybko udaremnione przez polecenie wielkiego księcia Konstantego408. Inną specyficzną (i bardzo liczną) grupą studentów byli elewi Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji kształcący się na geodetów i budowniczych. Wymagano od nich ukończenia IV klasy szkoły wojewódzkiej. Pobierali stypendia, które mieli odpracować potem jako urzędnicy publiczni409.

Z wymogu posiadania matury na skutek braku kandydatów zrezygnowano na Wydziale Teologicznym w roku akademickim 1817/1818, w zamian wprowadzono egzamin wstępny. W 1819 r. przedłużono obowiązywanie tej decyzji do czasu planowanej reformy seminariów diecezjalnych (ich programy nauczania miały być uzupełnione o przedmioty przygotowujące do wyższych studiów)410.

Osobną kategorią uczestników zajęć byli wolni słuchacze. Zgodnie ze starą tradycją takie osoby brały udział w wykładach i przyjmowano to raczej jako oczywistość. Zdecydowanie natomiast występowała profesura Uniwersytetu przeciw możliwości zdawania przez wolnych słuchaczy egzaminów i uzyskiwania w tym trybie stopni akademickich. Podstawowym argumentem był publiczny charakter edukacji, opierającej się na

jednostajnych, a wspólnych wszystkim przepisach. [...] Uwalniać więc młodzież od wspólnych przepisów jest to samo, co odwodzić ją dobrowolnie od edukacji publicznej i razem narodowej, zachęcać do prywatnej i odejmować rękojmię jej należytego do przyszłych obowiązków usposobienia.

Zauważano, że „wielu jeszcze sądzi, iż guwerner może miejsce uniwersytetu zastąpić, a gdy młody miał sposobność zwiedzić obce kraje, uważają naukę jego za skończoną i kwalifikującą go do najważniejszych posług krajowych”. Możliwość uzyskiwania stopni przez wolnych słuchaczy wydawała się profesurze drogą do podważenia podstawowego sensu istnienia uniwersytetu – poprzez omijanie zasady, że tylko publiczna edukacja jest drogą do sprawowania urzędów. „Młodzież znakomitej familii, dumna ze sławy i chwały swoich przodków, wstydząc się z uboższymi brać nauki, utwierdzi się w tym przesądzie, iż sama świetność rodu, a za nią idące względy, przywileje, rekomendacje, otwierają drogę do urzędów”. Już i tak – zauważała Rada UW – szerzy się opinia, że studia uniwersyteckie „są tylko dla uboższych, niemających szczęśliwego protektora”411.

W 1818 r. przyjęto też zasadę odmawiania zaliczenia wykładów osobom, które uczęszczały na nie jako wolni słuchacze, a następnie zarejestrowały się jako studenci412.

O wolnych słuchaczach statut UW wspominał w jednym paragrafie („mają wstęp dowolny jako odwiedzający lub słuchacze własnemu przewodnictwu zostawieni”)413. Dopiero w 1826 r., na wniosek kuratora generalnego (i po pozytywnej opinii Rady UW) wprowadzono bardziej szczegółowe przepisy. Motywowano je tym, że „młodzież łatwością dobrowolnego słuchania kursów w tutejszym Uniwersytecie uwiedziona, szkodę sobie przynosi i mniej bacznych rodziców zawodzi”, bo „pod pozorem takiego słuchania nauk, niektórzy tylko zabawom w stolicy oddawać się mogą, a nawet psuć obyczaje młodzieży stale naukom poświęconej”. Całkowicie wolny wstęp miały osoby „w poważnym wieku” (co oznaczało ukończenie 24 lat) oraz wszyscy noszący jakiś mundur urzędowy. Wprowadzoną „kartę wolnego wstępu” mogły też otrzymać osoby, które ukończyły już studia na jakimś uniwersytecie. Dla innych młodych ludzi uzyskanie takiej karty wiązało się z różnymi formalnościami: pisemną zgodą rodziców bądź – w przypadku osób pełnoletnich – wskazaniem źródła utrzymania, stawieniem się u inspektora generalnego z „osobą poważną”, ręczącą za zachowanie wolnego słuchacza. Zakazywano wstępu uczniom szkół oraz tym, którzy nie ukończyli szkół wojewódzkich (tu czyniono wyjątek dla zajęć z farmacji i rysunku)414.

Już latem 1819 r. rektor Szweykowski proponował ograniczenie dostępu wolnych słuchaczy do wykładów415. Nie było w tej sprawie sporu między Uniwersytetem a KRWRiOP, choć istniały inne motywy: profesurze zależało na utrzymaniu rangi studiów uniwersyteckich, a komisji rządowej – na zachowaniu dyscypliny wśród studentów.

W gazetach z lat 1817–1830 publikowano regularnie informacje o liczbie studentów Uniwersytetu. Pojawiały się też obszerniejsze opracowania statystyczne. W 1822 r., zestawiając różne dane, pisano w „Gazecie Literackiej”, że stan edukacji jest „w stosunku do dawniejszego nader kwitnący”, choć zauważano trzeźwo, że liczba studentów uniwersyteckich w stosunku do ludności jest ponad 2 razy mniejsza niż w państwach niemieckich416. Największą wartość ma statystyka studentów Uniwersytetu opublikowana w 1830 r. przez matematyka, profesora Stanisława Janickiego, zawierająca dane o pochodzeniu terytorialnym, strukturze wieku studentów itp.417

Liczba studentów Uniwersytetu wrosła od 209 w 1817 r. do 903 w 1830 r. Chwilowe załamanie tego trendu nastąpiło w latach akademickich 1826/1827 i 1827/1828. Było to związane z nowymi zasadami zdawania matur, wprowadzonymi przez KRWRiOP. Już jednak w następnym roku liczba studentów wróciła do stanu sprzed 3 lat i potem rosła. Wyraźny skok nastąpił w roku akademickim 1830/1831 – do 903 studentów. „Jakby z przeczucia, że [...] dźwignienie sprawy narodowej liczniejszej w stolicy młodzieży potrzebuje” – komentował Joachim Lelewel, który jako członek rządu przedstawił w styczniu 1831 r. sejmowi powstańczemu raport komisji oświecenia418. Szukając bardziej prozaicznych powodów, można przypuszczać, że rosnąca liczba studentów była odbiciem tworzenia nowych szkół wojewódzkich i zwiększania się liczby ich uczniów.

Pod względem liczebności Uniwersytet Warszawski przypominał większość uniwersytetów niemieckich, gdzie liczbę studentów między 300 a 900 można uznać za typową. Z polskich uczelni liczniejszy był Uniwersytet Wileński (w 1828 r. przekroczył liczbę 1000 studentów), znacznie mniej liczny Uniwersytet Krakowski, gdzie uczyło się 200–400 osób419.

Wykres 2. Liczba studentów UW w poszczególnych latach

 

Źródła: M. Wawrykowa, Uniwersytet..., s. 166–167; S. Janicki, Statystyczny obraz..., s. 183; Raport Komisji..., s. 4.

Wykres 3. Liczba studentów zarejestrowanych na poszczególnych wydziałach UW w poszczególnych latach

 

Źródło: Bieliński III, s. 774–846.

Wzrost liczby studentów UW wynikał przede wszystkim ze zwiększającej się liczby studentów na Wydziale Prawa i Administracji.

Dane o studentach zarejestrowanych na poszczególnych wydziałach są jednak trochę mylące ze względu na znaczną liczbę osób studiujących jednocześnie na 2 wydziałach. Było ich 140 na 756 studentów UW w 1829 r. Dwukierunkowość prawie nie występowała na wydziałach lekarskim i teologicznym. Na Wydziale Prawa i Administracji 49 z 383 słuchaczy studiowało jakiś kierunek poza wydziałem, na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych 25 na 136, a na Wydziale Filozoficznym aż 60 na 99. Często łączono fizykę lub matematykę ze studiami na Wydziale Prawa i Administracji (łącznie 39 studentów) oraz matematykę z budownictwem i miernictwem. Odrębnym zagadnieniem było studiowanie na 2 kierunkach Wydziału Prawa i Administracji – w 1829 r. robiło tak 123 na 383 studentów tego wydziału420. Programy prawa i administracji miały wiele wspólnych przedmiotów, decyzja o studiowaniu obu kierunków oznaczała więc raczej rozszerzenie dotychczasowych studiów niż podjęcie zupełnie nowych.

Na 756 studentów w 1829 r. zaledwie 47 pochodziło spoza Królestwa421. Wydaje się jednak, że w początkach istnienia Uniwersytetu odsetek takich osób był znacząco większy422.

Kiedy przyglądamy się grupom studentów z poszczególnych województw, widać pewne różnice w wybieranych kierunkach studiów. W województwach z dużymi skupiskami drobnej szlachty więcej młodych ludzi wybierało Wydział Prawa i Administracji. W 1829 r. w województwie płockim było to 56%, w podlaskim 53%, lubelskim 57%, a w mazowieckim (bez Warszawy) – 68% studentów z województwa. W województwach kaliskim i sandomierskim, augustowskim i w Warszawie odsetek ten wynosił 44–46%. Województwa płockie i podlaskie dostarczały mało studentów medycyny – w obu wypadkach było to 11% studentów z danego województwa, podczas gdy w województwach lubelskim, kaliskim, sandomierskim i w Warszawie 24–27%, a w mazowieckim (bez Warszawy) 18%. Skrajnie mało studentów medycyny miało województwo augustowskie – 2 na 57. Wydaje się, że należy to tłumaczyć bliskością Wilna – medycyna na tamtejszym uniwersytecie cieszyła się znacznie większym prestiżem i zapewne tam udawali się kandydaci na medyków z tego województwa.

Bardzo nietypowe było województwo krakowskie. Prawie połowa studentów z tego województwa (18 na 38) uczyła się na Wydziale Lekarskim, a tylko jedna piąta na Wydziale Prawa i Administracji. Ponadto, jak wynika z obliczeń Janickiego, to województwo miało najmniej studentów w stosunku do ogółu ludności423. Mamy tu do czynienia z oddziaływaniem innego ośrodka uniwersyteckiego – Uniwersytetu Krakowskiego. Do 1823 r. młodzież z Królestwa stanowiła od jednej trzeciej do połowy studentów Uniwersytetu Krakowskiego. W tym roku, po zakazie studiowania za granicą, osoby te musiały opuścić Kraków. Jednak od 1826 r. polityka w tym względzie stała się mniej rygorystyczna, częściej wydawano zgody na studia w Krakowie i znów pojawiła się tam spora grupa studentów z Królestwa424.

37. Matrykuła studenta Wydziału Lekarskiego Jana Gronau z adnotacjami profesorów o zaliczeniu wykładów

Kandydaci deklarowali pochodzenie, ujęte jeszcze w kategorie stanowe – ok. 55% studentów UW w latach 1816–1830 to szlachta, ok. 40% mieszczanie, ok. 5% wywodziło się z innych warstw, w tym z chłopów. Wyraźna przewaga młodzieży szlacheckiej widoczna była na Wydziale Prawa i Administracji, z kolei Wydział Lekarski miał mieszczański charakter425. Nie za wiele nam te informacje mówią – ojcowie studentów szlacheckiego pochodzenia mogli być zarówno właścicielami dużych dóbr, jak i drobnoszlacheckiej zagrody; mogli być też nieposesjonatami. Za określeniami „szlachcic” bądź „mieszczanin” mogły się kryć różne miejskie środowiska i zawody.

Większość studentów była oczywiście wyznania rzymskokatolickiego. Dużą grupę tworzyli też ewangelicy, zwłaszcza na Wydziale Lekarskim. Na tym wydziale studiowało przez cały czas istnienia uczelni ok. 30 osób wyznania mojżeszowego. Około 15, przeważnie już po studiach, ochrzciło się426. Zapewne część z nich wywodziła się z rodzin, które już się asymilowały; do decyzji o zmianie religii przyczyniały się też przepisy uniemożliwiające Żydom pełnienie wszelkich urzędów, w tym funkcji lekarzy urzędowych.

Warunki życia

Część – na pewno mniejszość – studentów była całkowicie utrzymywana przez rodziny. Pozostali musieli starać się o stypendia lub szukać możliwości zarabiania.

Stypendia, jak pisałem, otrzymywali niektórzy studenci teologii oraz elewi Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych kształcący się na budowniczych i mierniczych. Studiujący na Uniwersytecie pijarzy byli na utrzymaniu zakonu, a armia finansowała podlekarzy wojskowych urlopowanych na czas studiów. Spośród innych studentów na stypendia mogli liczyć przede wszystkim ci zdecydowani na karierę nauczycielską. Według zasad przyjętych w 1820 r. stypendium wypłacane było, po ocenie osoby kandydata, od początku studiów. Jego wysokość rosła od 600 zł (rocznie) na pierwszym roku do 1000 zł na trzecim. Najlepszych 6 stypendystów zostawało na Uniwersytecie na czwarty rok jako „kandydaci do nauczycielstwa”. Mieli słuchać wybranych wykładów, prowadzić co najmniej 3 godziny lekcji w warszawskich szkołach, a studiujący nauki ścisłe pomagać profesorom Wydziału Filozoficznego w laboratoriach. Każdy rok pobierania stypendium należało odpracować przez rok pracy we wskazanej przez KRWRiOP szkole427. Onufry Pietraszkiewicz, który pobierał takie 600-złotowe stypendium, pisał, że z niego „wyżyć niepodobna” i trzeba podejmować dodatkową pracę428.

W latach 20. istniały też stypendia Komisji Rządowej Wojny dla studentów medycyny, którzy mieli w przyszłości służyć w wojsku. Corocznie wypłacano 4 stypendia; zobowiązywały one do odsłużenia 6 lat w wojsku po ukończeniu studiów429. Było też kilka niewielkich stypendiów prywatnych dla studentów Uniwersytetu430.

38. Onufry Pietraszkiewicz, 1832

Wielu studentów utrzymywało się z uczenia dzieci. „Uczeń Uniwersytetu życzy sobie przyjąć obowiązki korepetytora za stół i stancję lub też udzielać nauki dochodząc, dowiedzieć się można u W. Majewskiego, kupca przy ulicy Bednarskiej” – czytamy w „Kurierze Warszawskim” w 1830 r.431 To ogłoszenie pokazuje 2 podstawowe możliwości. Pierwsza to sytuacja guwernera, opiekującego się młodszymi dziećmi, raczej w zamian za mieszkanie i wyżywienie niż za wynagrodzenie pieniężne. Przybyły z Wilna Onufry Pietraszkiewicz przyjął taką posadę u sędziego Tomasza Chełmickiego. „Mam stancyjkę osobną, mam obiad o 2-giej, kawę z rana, mam światło” – donosił przyjaciołom; w zamian musiał przez 24 godziny tygodniowo „bzdurzyć z dziećmi”, które „wielością przedmiotów i godzin osypani, nie mogą ku żadnej rzeczy zwrócić uwagi i rade oddają się dzieciństwu w czasie lekcji”. Z natury rzeczy oznaczało to konieczność uczenia wszystkich przedmiotów: „gramatyki łacińskiej, francuskiej, historii powszechnej Sawickiego, historii polskiej Wagi, jeografii szczególnej, rachunków, na koniec nauki religii”. Dodawszy do tego 36 godzin prelekcji uniwersyteckich tygodniowo, „nikogo nie znam, nigdzie nie bywam”432.

Druga możliwość to dawanie płatnych korepetycji. Mogło tu chodzić o pomoc uczniowi w nauce szkolnej; ogłoszenia prasowe wspominają też o przygotowywaniu dzieci, które miały rozpocząć kształcenie w szkole wojewódzkiej (niekoniecznie od pierwszej klasy), przechodząc z edukacji prywatnej do publicznej433. Nie zamieszczano zresztą tych ogłoszeń w gazetach wiele; korepetytorów wyszukiwano widocznie poprzez kontakty prywatne.

Zajęcia te nie dawaly wielkiej stabilizacji i chyba dość typowe było częste zmienianie pracy. Jan Nepomucen Janowski pojawił się w Warszawie w kwietniu 1824 r., mając 6 zł w kieszeni. Po jakimś czasie poszukiwań znalazł miejsce nauczyciela kilku przedmiotów „w przygotowawczej do szkół wojewódzkich szkółce chłopców”, co wystarczało mu na opłacenie mieszkania i wyżywienie w restauracji. Ta prywatna szkoła zamknęła się jednak na 2 miesiące wakacji, co pozostawiło go bez środków utrzymania i z zaciągniętymi wcześniej długami. Na dodatek, chcąc od jesieni rozpocząć studia, musiał sprawić sobie mundur studencki. Trzeba było przyjąć „niby guwernerkę”, opiekę nad 2 synami piwowara Michała Brzezińskiego. „Niby”, gdyż Janowski uzyskał obietnicę, „że obowiązki moje nie będą mi przeszkadzały chodzić do uniwersytetu. W tym mi nie robiono żadnej trudności, bo do tych chłopców i małej dziewczynki była pod moją nieobecność guwernantka Francuzka” (rozmowy z nią dawały Janowskiemu możliwość szlifowania francuskiego). Słabą stroną była odległość od Uniwersytetu – Brzezińscy mieszkali na Stawkach, koło Powązek. Chodzenie 2 razy dziennie na uczelnię piechotą, zwłaszcza w deszczowe dni sprzykrzyło się Janowskiemu i po niespełna roku przyjął obowiązki korepetytora wnuka referendarza stanu Bellefroid. Tu nauka nie wiązała się ze wspólnym mieszkaniem, zatrzymywano natomiast Janowskiego po lekcjach na obiad. Dodatkowy dochód dawały wieczorne „lekcje rachunków po niemiecku” dla Niemca z Królewca, wspólnika w handlu winnym, „który – lubo już był w dojrzałym wieku – nie umiał więcej z arytmetyki nad cztery proste działania”. Ponieważ uczeń był bardzo zajęty pracą w sklepie, „najczęściej czekałem na niego całą godzinę przy szklance reńskiego wina, która mi za każdym razem dawano (jako dodatek do wcale niezłego honorarium)” – Janowski wspominał to z sentymentem, gdyż pracując późnym wieczorem w wynajmowanym pokoju, mniej odczuwał zimno, „będąc nieco szklanicą wina wewnątrz rozgrzanym”434.

Warto zauważyć, że taka posada guwernera czy też dochodzącego nauczyciela miała jeszcze jeden, niebagatelny walor, zwłaszcza dla studentów spoza Warszawy i wywodzących się z niższych warstw społecznych – dawała możliwość nawiązania stosunków, przydatnych w dalszej karierze. Janowski u piwowara Brzezińskiego spotykał innych przedstawicieli tego zawodu, ale „ozdobą” na wieczornych spotkaniach był Franciszek Wołowski, znany mecenas i deputowany na sejm. U referendarza stanu Bellefroid, szwagra namiestnika Zajączka, spotykało się już księżną namiestnikową, a pan domu był „w pewnej zażyłości ze wszystkimi niemal rządowymi figurami w Królestwie”. Pamiętnikarz dużo sobie obiecywał po jego protekcji, ale po rychłej śmierci namiestnika wpływy Bellefroid bardzo zmalały435.

Studenci medycyny mogli dorabiać „fuszerkami” – tym słowem, wywodzącym się z terminologii cechowej, określano nielegalne leczenie. Była to jednak niebezpieczna działalność, mogąca narazić studenta na poważne kłopoty, zwłaszcza że konkurował wówczas z profesorami Wydziału Lekarskiego mającymi prywatne praktyki. Student Kazimierz Łukaszewicz leczył głównie choroby weneryczne:

Tu przychodzili mi w pomoc obaj Cyprysińscy, którzy byli lubiani od młodzieży różnej kasty, rekomendowali mnie i chwalili, opowiadając, że nie leczę merkuriuszem [rtęcią], ale jodyną. [...] Nachodzili mnie młodzi aktorzy z teatru, kupczyki, drukarze, księgarze, młodzi małżonkowie, księża. A nawet miałem szczęście leczyć prześliczną aktorkę francuską Constans, kochankę jakiegoś księcia Hanowerskiego, mieszkającą w pałacu Ossowskich436.

Część studentów (zapewne przede wszystkim prawa) wykonywała prace pomocnicze u adwokatów w zamian za mieszkanie i wyżywienie437. Niektórzy zarabiali piórem. Konstanty Gaszyński tłumaczył niezwykle popularne powieści Waltera Scotta, był współredaktorem miesięcznika „Pamiętnik dla Płci Pięknej”, pisywał komedie dla Teatru Rozmaitości, z których jedna (Wariat z potrzeby) miała duże powodzenie438.

W 1828 r. władze uniwersyteckie zwracały uwagę na potrzebę wsparcia ubogich studentów ze środków pochodzących z opłat studenckich, wskazując, że na innych uniwersytetach istnieją tego typu fundusze. Biedni studenci, pisano, są wyzyskiwani przez pracodawców:

Mieszkańcy Warszawy nie mają jeszcze tak, jak po innych miastach, dosyć obywatelskich i ojcowskich uczuć, ażeby ubogą młodzież, naukom się oddającą, uważali za wspólne dzieci krajowe, i ażeby za posługi, jakie od tejże młodzieży mieć mogą, po ojcowsku wynagradzać ją chcieli. Metr tańca, muzyki lub języka francuskiego za jedną godzinę więcej pobiera płacy niżeli młodzieniec za kilka godzin matematyki, nauk przyrodzonych i języka łacińskiego; inni za dozór dzieci lub za kopiowanie prac adwokackich dając młodzieży stół lub mieszkanie, zastrzegają sobie godziny, w których nie wolno uczęszczać do Uniwersytetu itp., tym to sposobem młodzież uboga za lichą nagrodą traci sobie czas drogi, a chorując najczęściej z przeciążenia się pracą chlebową i naukową, bez wszelkiego wsparcia zostaje.

W przypadku choroby – zauważano – profesorowie Wydziału Lekarskiego nie odmawiają nigdy pomocy ubogim studentom, ale „wielu [studentów] w przypadku słabości nie tylko funduszu na lekarstwo, ale nawet żadnej domowej wygody mieć nie może”; w efekcie studenci trafiają do publicznych szpitali, co „los chorych na niepewność wystawia”. Rada UW prosiła o przeznaczenie na pomoc chorym studentom 2 tys. zł rocznie; ostatecznie KRWRiOP przyznała skromne 600 zł439.

Koszty życia były w Warszawie wysokie w porównaniu z innymi polskimi miastami. Przybyły z Wilna Onufry Pietraszkiewicz skarżył się, że „koszta wielkie na gołe kieszenie; najdroższe w Warszawie mieszkanie i rzemieślnicy, ledwie nie w dwójnasób przychodzi płacić za parę butów”440. Do tego dochodziły opłaty uniwersyteckie. Na początku każdego roku studiów trzeba było uiścić „wpisowe” w wysokości 100 zł. Część studentów jednak z niego zwalniano, po złożeniu „świadectwa ubóstwa”441. Już w początkach istnienia UW miano świadomość nadużyć w uzyskiwaniu tych świadectw. Rektor zwracał uwagę, że studenci „mający więcej obrotu [...] z łatwością pozyskują świadectwo ubóstwa, prawdziwie zaś ubodzy doznają trudności”442. W 1827 r. KRWRiOP postanowiła, że posiadacze świadectw ubóstwa będą płacili 25 zł wpisowego. Postanowienie KRWRiOP uzasadniano tym, że ponad połowę studentów UW dotychczas zwalniano od opłaty; zwracano też uwagę, że wpisowe jest znacznie mniejsze niż na innych uniwersytetach, a UW jako nowa uczelnia potrzebuje pieniędzy na tworzenie zbiorów. Niezależnie jednak od tych oficjalnych powodów, widoczna była tu tendencja do ograniczania dostępu do Uniwersytetu młodzieży wywodzącej się z niższych warstw społecznych. Stało za tym charakterystyczne dla ówczesnych konserwatystów europejskich przekonanie, że młodzież wychodząca poza swoją warstwę społeczną jest bardzo podatna na polityczny radykalizm. Wolni od opłaty wpisowej byli stypendyści rządowi, kandydaci do stanu nauczycielskiego ze zgromadzenia księży pijarów, nauczyciele szkół publicznych, synowie nauczycieli i profesorów oraz wojskowi lekarze studiujący dla uzyskania stopnia magistra. Nie płacili też magistrowie, chcący dalej uczęszczać na zajęcia uniwersyteckie443.

Znaczne wydatki wiązały się z egzaminem końcowym („całokursowym”), który kosztował 100 zł. Opłata kancelaryjna za dyplom magistra wynosiła też 100 zł444. Dochodziły do tego opłaty za egzaminy urzędnicze w Najwyższej Komisji Egzaminacyjnej bądź w komisjach wojewódzkich lub za egzamin w Radzie Ogólnej Lekarskiej, umożliwiający rozpoczęcie praktyki lekarskiej. Problemy z pokryciem tych kosztów stawiały kończącego studia w trudnej sytuacji. Student medycyny Kazimierz Łukaszewicz pieniądze na egzaminy wygrał na loterii i ulokował u swojego wuja. Gdy ten zbankrutował, sytuacja stała się rozpaczliwa.

Ten i ów poskładał egzaminy, łapią posady, a ja się martwię i rozpaczam. [...] Nad łóżkiem wisi nabity pistolet, biegam po stancji w rozpaczy, zdejmuję go, przykładam się – jedna chwilka, a będzie koniec wszystkiemu, wieszam go na powrót, bo myślę, co by ludzie powiedzieli, że głupi dureń namozolił się i uzyskał patent samobójczy.

Z opresji uratował go kolega, który pożyczył mu potrzebną sumę445.

„Młodzież uniwersytecka rozsypana w stolicy po domach odległych, po mecenasach i adwokatach” – pisał rektor w 1819 r., dowodząc niemożności nadzoru nad studentami w miejscach ich zamieszkania446. Typowe mieszkanie studenckie to takie, które w ogłoszeniach prasowych określane jest jako „stancja kawalerska” – nieduży pokój na drugim lub trzecim piętrze, a często na facjacie i – co najbardziej różniło je od innych ofert – bez kuchni447. Ale i tu była duża rozpiętość możliwości. Oto wersja dla zamożniejszych:

Przy ulicy Senatorskiej jest do wzięcia pokój od frontu malowany, wygodny dla dwóch kawalerów razem ze stołem, to jest śniadaniem, obiadem, kolacją, z praniem i na zimę opałem, tudzież w tymże domu można dostać miesięcznie ugodziwszy jedzenia w dobrym smaku potraw, które przez służącego do mieszkania życzącego noszone będą448.

Ubożsi studenci gnieździli się po kilku w małych pokojach. Przytoczmy garść wzmianek pamiętnikarskich. „Na najwyższym piętrze kamienicy Starego Miasta czterech uczniów uniwersytetu zajmowało pokoik o dwóch oknach wychodzących na rynek”449. Pamiętnikarz Kazimierz Łukaszewicz mieszkał najpierw „na Przyrynku naprzeciw kościoła Panny Marii na I piętrze”, następnie „na Nowym Świecie na 1 piętrze”, wreszcie „na ulicy Freta, u zegarmistrza Piotrowskiego”; zawsze wynajmował stancję z drugim kolegą450. Janowski zmieniał stancje w obrębie Starego Miasta. Najpierw wynajmował pokój z drugim studentem na ul. Świętojańskiej. „Mieszkanie nasze na drugim piętrze od ulicy składało się z jednej stancji, z alkierzykiem na dwa łóżka, bez żadnych mebli”. Po okresie guwernerki u piwowara Brzezińskiego, u którego mieszkał na Stawkach, kwaterował na ulicy Gołębiej (obecnie Nowomiejska), „na pierwszym piętrze od tyłu”, a w końcu „na Starym Mieście, w domu położonym w połaci od Wisły; wchód do niego jak do innych w tej połaci był z rynku”451.

Przytoczmy tu opis jednej ze stancji Janowskiego, na ulicy Gołębiej: „w tej kamienicy z pierwszego podwórka na drugie, pod moją właśnie stancją, która była dość obszerna, był przechód, więc chociaż mi zawsze dobrze palono w piecu, zimno dawało mi się we znaki”. Po powrocie z wieczornych korepetycji,

rozebrawszy się, wdziewałem na siebie szlafrok i otulałem się jeszcze płaszczem, a potem usiadałem w łóżku, po przystawieniu do niego stolika z książkami, i tak ślęczałem zwykle do drugiej lub trzeciej po północy. [...] Prócz zimna przeszkadzała mi często, zwłaszcza w niedziele, niemiła a raczej nieznośna muzyka; naprzeciwko bowiem mojej stancji [...] był szynk, a w tym szynku odbywały się wesela, zwykle trwające do rana, albo też baliki czeladzi rzemieślniczej. Raziły mnie nade wszystko śpiewy przy oczepinach pani młodej: O chmielu, chmielu! Gdybyś ty na tyczki nie lazł itd. W takich razach zatykałem sobie uszy bawełną i robiłem swoje452.

Zauważmy, że w ciągu studiów Łukaszewicz 3 razy zmienił mieszkanie, a Janowski – 4 razy. Takie częste zmiany to chyba norma; zresztą pewnie trudno było ich uniknąć, gdy stancję wynajmowano w kilka osób. Nie musiały to zresztą być uciążliwe przeprowadzki. Józef Patelski wspominał, jak spotkał jednego z braci Cyprysińskich:

o 5 z rana na ulicy, niosącego na grzbiecie siennik, miotłę, cybuch i dzbanek.

– Dokąd peregrynujesz, kolego? – zapytałem Cyprysińskiego.

– Przeprowadzam się – odrzekł.

Domyślając się, że cały majątek ze sobą niesie, dorzuciłem żartobliwie:

– Czy tylko czego nie zapomniałeś w dawnym mieszkaniu?

– Sądzę, że nie, bo śmieci należą się gospodarzowi w zamian za komorne – wypowiedział z ironicznym uśmiechem zapytany i poszedł dalej453.

Oprócz wspólnego wynajmowania znajdziemy wzmianki o dzieleniu stancji z kolegami, którzy nie mieli z czego opłacić mieszkania. Pamiętnikarz Kazimierz Lewandowski relacjonuje sytuację studenta Kruszelnickiego, który zadenuncjował policji akademickie koła Związku Wysockiego w 1830 r.:

Wiadomo jest każdemu, że uczniowie Uniwersytetu co rok płacili wpisu złp. 100. Niejeden przeszumiał w stolicy ten grosz rodzicielski, a potem nalegał pod różnymi pozorami, aby podobną sumę otrzymał, chodząc tymczasem na kursa i tłumacząc się władzom pod różnymi pozorami.

Kruszelnicki,

straciwszy pieniądze mu dane i na opłatę wpisu i na swoje własne utrzymanie, żywił się i chował przez kilka tygodni między kolegami. Dziś u tego obiadował, a u innego nocował i tak dalej, a najbardziej naprzykrzał się tym, którzy go najlepiej przyjmowali. U jednego z takowych kolegów [...] przebył już 11 nocy i pewnego dnia, kiedy się go najmniej spodziewano, wchodzi nieproszony gość i do łóżka się zabiera, gdy wtem oświadczono mu, że to jest nadużywać dobroci, aby wciąż nocować u jednego i bez ceremonii wyproszono go na ulicę, to jest na śnieg i mróz454.

Nocowanie u innego studenta mogło mieć też charakter incydentalny. Przy okazji pewnego śledztwa w 1821 r. studenci „przyznawali się w czasie indagacji do płochości zwyczajnej młodszemu wiekowi, np. że raz zszedłszy się z jednym obywatelem z prowincji, prawili mu różne wiadomości, a on ich za to częstował winem do późnej nocy, dla czego byli przymuszeni nocować nie u siebie, ale u najbliższego kolegi”455.

Zamożniejsze rodziny mogły wynająć stancję u osób trudniących się nauczaniem lub u osiadłych w mieście cudzoziemców. Podstawowy atut takiego rozwiązania to możliwość nauki języków obcych. Jeden z takich gospodarzy reklamował się, że „rozmawiać może z uczniami oprócz ojczystym językiem, francuskim, niemieckim, włoskim i rosyjskim”456. Mieszkanie na stancji dawało też rodzicom poczucie, że ich syn znajduje się pod wychowawczym nadzorem. Wydaje się jednak, że ten nadzór był znacznie łagodniejszy niż w stosunku do uczniów szkoły średniej. Stanisław Koźmian wspominał, że po rozpoczęciu studiów zmienił pensję. „Spod ścisłego, a często i surowego dozoru Woelkego dostałem się na pensję u Francuza Lapierra, wyższego urzędnika w Komisji Skarbu, bardzo porządnego i miłego człowieka, ale niedającego na mnie prawie żadnej baczności”457. Nadmierny nadzór mógł zresztą razić rówieśników. Józef Bełza wspominał o Zygmuncie Krasińskim, że

nie był on wśród kolegów popularnym, że uważano go za paniczyka, a do tej niepopularności i to się jeszcze przyczyniło, że jenerał stawiał zawsze przy synu jakiegoś mentora [...], który go jak dzieciaka prowadził na wykłady, co naturalnie w oczach dorastającej młodzieży bardzo go ośmieszało458.

„Praca, bieda i wesołość” – tak wspominał pierwszy rok swoich studiów Bogdan Jański459. Daniel Beauvois pisał o swoistym „zbrataniu w ubóstwie” wileńskich filomatów, o znaczeniu bardzo trudnych warunków materialnych (znoszonych z demonstracyjną dezynwolturą) dla łączącej ich egzaltowanej przyjaźni460. Podobne było w Warszawie. W piosence studenckiej (zapewne tłumaczonej z niemieckiego) śpiewano, że tytułowy bursz „nie martwi się odzieżą złą, on z jakiej bądź jest rad”, a na jego „sukni znajdziesz plam ze sto”. Towarzyszyła temu groźba:

Nie życzę ci mu w drogę leźć,

Gdy jesteś parfumé,

Bo kijem wnet oberwałbyś,

Ty elegancki łbie461.

Wspólnota ubóstwa łączyła się tu z niechęcią do „paniczów”. Niechęć dotykała zwłaszcza tzw. Szremskich. Tym fikcyjnym nazwiskiem określano studentów Wydziału Prawa i Administracji z zamożnych rodzin ziemiańskich, odbiegających strojem i stylem życia od społeczności studenckiej. Jan Nepomucen Janowski wspominał:

Byli bardzo nielubiani, gdy też który z nich wchodził do sali – a przychodzili zawsze późno i z osobna – witano go okrzykiem: Szremski, Szremski. Do tej grupy należeli: Aleksander Jełowicki, Paweł Popiel, Alfons Skórkowski, hrabicz Stadnicki i jeszcze kilku innych, wszyscy panicze lub mający się za takowych462.

Ciekawym przejawem tej ideologii ubóstwa, przekornej akceptacji dla spartańskich warunków, były piesze wędrówki po kraju, wzorowane na obyczajach niemieckich studentów. „Br[zozowski] i Ban[zemer] idą na święta do Płocka – donosił wileńskim kolegom Onufry Pietraszkiewicz – zwyczajnie tu akademicy podróże do domów najczęściej odbywają pieszo”. Pisał też, że Banzemer po ukończeniu studiów zamierza zwiedzić obce kraje na piechotę463. Obszerny opis takiej pieszej wędrówki po województwie krakowskim pozostawił Wiktor Szokalski w pamiętnikach. Rodzina wyprawiła go do Buska, widząc jego przemęczenie po egzaminach („wynędzniałem, straciłem apetyt, trapiło mnie rozdrażnienie i bezsenność”). Pod Kielcami, gdzie dojechał powozem, spotkał 2 kolegów-studentów prawa, wybierających się piechotą do Krakowa i dalej w Karpaty. Podróżowali przez jakiś czas razem, potem Szokalski chodził już sam. Aby nie budzić nadmiernego zainteresowania, ci koledzy i sam autor pamiętnika, podawali się za wędrujących rzemieślników. W efekcie Szokalski udawał ślusarza przed przygodnym towarzyszem podróży, który sam okazał się czeladnikiem ślusarskim; musiał też przyszywać guziki w zamian za nocleg u gajowego, któremu przedstawił się jako krawiec.

„Obok niezbędnej bielizny upakowałem w moim cielaku [tornistrze – M.M.] bardzo porządne cywilne ubranie, Święckiego opis starożytnej Polski, specjalną kartę [mapę – M.M.] województwa krakowskiego Kolberga, kompas i lornetkę”. Co zwiedzał Szokalski? Ruiny zamków i zabytkowe kościoły, poznając ich historię z dzieła Święckiego, gdyż miejscowi zwykle mało wiedzieli. Odbył nawet stromą wspinaczkę na skałach, na których stoi zamek w Iłży (by na górze odkryć, że z drugiej strony prowadzi do niego wygodna droga). Interesowały go też kopalnie i zakłady przemysłowe. Mimo lęku czołgał się w niskich korytarzach nieczynnej kopalni ołowiu w Olkuszu, brał też udział w zawalaniu chodników w kopalni węgla, narażając się na kpiny górników ze swojego przestrachu. Ale wrażliwy był też na piękne krajobrazy czy dostojny nastrój starego lasu.

W praktyce wędrówki przeplatały się z wizytami u znajomych czy krewnych. Nocleg u rzeźnika zachwyconego studenckimi dowcipami, paniczna ucieczka przed goniącym Szokalskiego wiejskim wariatem, wędrowanie po nocy w deszczu i błocie, bezskuteczne szukanie noclegu w karczmie, wszystko to nazajutrz służyło zabawianiu towarzystwa na sutym obiedzie czy na balu „przy żydowskiej brodatej muzyce”. Szokalski spotykał też absolwentów Uniwersytetu Warszawskiego, którzy chętnie gościli go w zamian za wiadomości o uczelni, profesorach i życiu studenckim. Jego wyprawa budziła zdumienie. Znajomy adwokat w Kielcach „nie mógł się wydziwić oryginalności naszej pieszej podróży, zwłaszcza gdy się dowiedział, że sam jeden zamierzam z kijem w ręku obejść całe województwo. Usiłował mnie odwieść od mojego przedsięwzięcia, wystawiając liczne przygody, nawet niebezpieczeństwo”. Z kolei u komisarza obwodu „dziwili się niezmiernie mojej fantastycznej podróży, a stary komisarz był zachwycony, że mnie w jego obwodzie nikt nie skrzywdził, nie okradł”. Niepokój znajomych o bezpieczeństwo Szokalskiego, a także udawanie przez niego wędrownego rzemieślnika, nie były bezzasadne. Kilka lat wcześniej gazety donosiły o zamordowaniu ucznia warszawskiej szkoły wojewódzkiej idącego na piechotę do Wrocławia. Sprawcą zbrodni był żołnierz, który „zaślepiony gotowizną młodzieńca, napadł nań skrytobójczym sposobem na drodze między Lesznem i Rydzyną”464.

Po powrocie na początek roku akademickiego – wspomina Szokalski – „Warszawa wydała mi się ohydnie zacieśniona, brudna, zakurzona i zaduszna. Liście z drzew zaczęły już opadać; rynsztoki toczyły cuchnące kałuże. [...] Ludzie wydawali mi się jakoś nienaturalni, złamani, jakby ożywione bryły, przeciągające po wąskich i nierównych chodnikach”465.

Wydziały i dydaktyka

Wydział Prawa i Administracji

Na Wydziale Prawa i Administracji były 2 kierunki studiów: prawny i administracyjny. Programy w dużym stopniu się pokrywały. Studenci obu kierunków mieli 4 przedmioty ogólne: religię, filozofię, historię powszechną, historię literatury polskiej i teorię stylu. Wspólne były też zajęcia dotyczące obowiązującego prawa oraz dawnego prawa polskiego. Jedynie studentów prawa obowiązywało zaliczenie bloku przedmiotów dotyczących prawa rzymskiego oraz medycyny sądowej. Studenci administracji mieli natomiast ekonomię polityczną, leśnictwo, naukę administracji i finansów, statystykę i policję oraz jako przedmioty pomocnicze zajęcia z fizyki i „chemii stosowanej”. Jak pisałem, duża część słuchaczy wydziału studiowała na obu kierunkach. Studia na jednym trwały 3 lata, na obu – 4 lata466.

Po Szkole Prawa pozostało 3 profesorów Wydziału: Bandtkie, dziekan wydziału przez cały czas jego istnienia, Engielke i Szaniawski. Dużą stratą dla wydziału było wycofanie się w następstwie wyborów rektorskich profesora ekonomii politycznej Krysińskiego.

Bandtkie, „niskiego wzrostu, ułomny nieco”, wykładał „przytłumionym i słabym, ale wyraźnym głosem”. W 1825 r. inspektor generalny Uniwersytetu zwracał profesorowi uwagę, że mówi za cicho i za szybko467.

Romuald Hube wspominał:

Bandtkie pociągał obszerną i gruntowną znajomością historii i praw dawnych Polski, a w wykładzie prawa rzymskiego, które czytał po łacinie, jasnością i systematycznością wykładu. [...] Wielką przywiązywał wagę do cytacji źródeł i powtarzał je po kilka razy, aby słuchacz mógł je dokładnie zanotować, zachęcając do odszukania ich i pilnego przeczytania.

Wykład historii prawa polskiego był „suchy i niezajmujący, lubo wielce opracowany” – oceniał Wójcicki. Ale uważny słuchacz mógł dostrzec w tych pedantycznych wywodach radykalne treści – profesor bardzo krytycznie odnosił się do szlachty i Kościoła rzymskokatolickiego (sam był ewangelikiem), eksponował też ucisk chłopów w Polsce przedrozbiorowej468.

39. Jan Wincenty Bandtkie, litografia M. Fajansa

Bandtkie budził respekt wśród studentów i kolegów-profesorów ze względu na erudycję i dokonania naukowe, ale też trafność postępowania i mocne, choć spokojnie manifestowane przekonania. W ogóle mógł uchodzić za wcielenie protestanckich cnót: „nie znał on innej zabawy, jak pracę [...]. W wieczornych tylko chwilach rozrywał się niekiedy grą szachów, w braku przyjaciela z własną lubą małżonką”469.

Engielke, niezbyt dobrze władając polskim, odczytywał swoje wykłady; „nie miał tylko akcentu czysto polskiego jak Bandtkie i tym sposobem wydawał się ze swoim niemieckim pochodzeniem, chociaż zresztą pod względem gramatycznym języka nie kaleczył” – pisał Janowski „W kursie swoim tym głównie celował, że zwięźle, jasno i w ścisłym logicznym rozwoju przedstawiał zasadnicze pincipia przedmiotu” – oceniał Hube. Jego wykłady dotyczące notariatu i hipoteki miały „wielką praktyczną wartość”. Z kolei wykład prawa karnego „wprowadzał nas w zakres nowszych badań i poglądów filozoficznych”, bo Engielke miał zasobną bibliotekę i dobrze znał nowsze publikacje z tego zakresu. Znany był równie z dobrego opracowania swoich wykładów, co z ich nieregularnego odbywania, ze spóźniania się na nie i skracania prelekcji; „czasem słabość zdrowia, czasem inne zatrudnienia czynią go mniej regularnym niż dawniej”, oceniał w 1823 r. rektor Szweykowski. „Ujmował wykwitną grzecznością i towarzyskimi manierami”, pisał Hube, ale rektor widział drugą stronę medalu: „jego uprzejmość niezdolnym go czyni do najmniejszego oporu”470.

Przeciwieństwem tych 2 poważnych pedantów, obu pełniących poza obowiązkami uniwersyteckimi funkcję notariuszy, był ksiądz Szaniawski, wykładający kodeks cywilny i kodeks handlowy. Pisał Hube:

Wykład jego był bardzo prosty i zrozumiały, często przeplatany nawet facecjami, które ochoczo między nas puszczał. W historię i objaśnianie źródeł prawie nie wdawał się, ale za to otwierał nam oczy na praktyczne potrzeby i stosunki, a ponieważ lubił z uczniami rozmawiać, pozwalał w czasie lekcji zadawać sobie pytania i na takowe odpowiadał. Jak szedł do uniwersytetu i do niego wracał do domu, zwykle towarzyszyło mu po kilku studentów, z którymi ochoczo rozmawiał, śmiał się i ich opowiadań cierpliwie słuchał. Zwiedzał nawet często znaną podówczas kawiarnię obok poczty, Byczyńskiej, gdzie dawano wyborną kawę i gdzie zawsze znajdowało się po kilkunastu studentów. Marynia, która była w bufecie, a którą zwał Marynianną, wielce go szanowała i z wielką grzecznością przyjmowała.

40. Franciszek Ksawery Szaniawski, karykatura

Janowski wspominał, że Szaniawski, „tłumacząc suche same z siebie przepisy jednego i drugiego kodeksu, starał się je krasić i urozmaicać jakimiś uwagami i anegdotami [...] Pamiętam dobrze, że nam najwięcej anegdot opowiadał, gdy mówił o małżeństwie i własności, a także o polowaniu, jak gdyby był sam kosztował bądź słodyczy, bądź przykrości stanu małżeńskiego lub był wysłużonym Nemrodem”. Z kolei inspektorzy Kuratorii wskazywali, że anegdoty bywały obraźliwe dla dostojnych osób. Nie wszystkim jednak ten styl odpowiadał. „Wykład jego był jasny, lecz sposób wykładania wolny, żartobliwy, niezgodny z powagą katedry akademickiej” – oceniał Andrzej Edward Koźmian. Ciekawe, że ten specyficzny sposób bycia i skłonność do opowiadania ryzykownych anegdot nie przeszkadzały Szaniawskiemu cieszyć się opinią bardzo świętobliwego kapłana471.

W początkach istnienia wydziału zatrudniono jako profesorów kilku praktyków, niemających – podobnie jak Engielke – ani dorobku, ani specjalnych aspiracji naukowych. Spośród nich najdłużej profesorem był Klemens Urmowski, wykładowca prawa karnego i kanonicznego. Pełniąc funkcję sędziego Sądu Apelacyjnego i członka Najwyższej Komisji Egzaminacyjnej, „co dzień zbywające chwile od zwykłych zatrudnień obracał [...] na czytanie użytecznych książek”, prawie nic jednak nie publikował472. Rektor oceniał: „Nie zbywa mu i na wysłowieniu, mimo to jednak korzyść uczniów niezupełnie odpowiada jego gorliwej usilności”473. Krótko (1816–1818) wykładowcą na wydziale był Damazy Dzierożyński, adwokat przy Sądzie Apelacyjnym474. Historię prawa wykładał przez 3 lata Józef Dionizy Minasowicz, niespełna 30-letni absolwent uniwersytetu w Lipsku. Nie pobierał wynagrodzenia, będąc równocześnie zatrudniony w Prokuratorii Królestwa Polskiego. Zrezygnował z wykładania po konflikcie z dziekanem, kiedy zostawszy obrońcą Prokuratorii, przesunął swoje wykłady na siódmą rano (o dziesiątej musiał być w urzędzie). Studenci nie chcieli przychodzić na tak wczesną godzinę, a zimą dochodził problem z oświetleniem audytorium475.

Stopniowo zaczęli się pojawiać na wydziale młodzi profesorowie o zdecydowanie naukowym nastawieniu.

41. Wacław Aleksander Maciejowski litografia F. Schiera

Ze środowiska krakowskiego, jako wychowanek Jerzego Samuela Bandtkiego, profesora UJ i brata warszawskiego dziekana, wywodził się Wacław Aleksander Maciejowski, który rozpoczął wykłady prawa rzymskiego w roku akademickim 1819/1820. Dla studentów był postacią kontrowersyjną. Wiedziano, że jest uczniem znakomitych uczonych niemieckich i że reprezentuje wysoki poziom naukowy. W 1821 r. czasopismo wychodzące w Krakowie pisało, że jest on przykładem, jak ważne jest wysyłanie przyszłych profesorów prawa na studia na niemieckich uniwersytetach, „gdyż to jedyny jest sposób przyprowadzenia do przyzwoitej formy tego ważnego krzewu, który u sąsiadów tak w górę wybujał, a u nas ciągle jeszcze czołga się blisko ziemi”476. Raził jednak polityczny koniunkturalizm Maciejowskiego, o którym rektor pisał trochę dwuznacznie: „zupełnie powolny dla zwierzchności, uprzedza jej życzenia”477. Wpisując się w politykę Grabowskiego i Szaniawskiego, profesor w swoich wykładach i wydanym na początku pracy na Uniwersytecie podręczniku prawa rzymskiego atakował małżeństwa cywilne. Onufry Pietraszkiewicz pisał w liście z wiosny 1821 r., po wysłuchaniu po raz pierwszy wykładu Maciejowskiego:

ta deklamacja przeciw małżeństwu i powstawanie przeciw kodeksowi francuskiemu, a na koniec zagorzałe stronnictwo, jakie się w nim przebija, za prawami rzymskimi i tak, że kodeks [Napoleona] za matwaninę bez porządku uważa, zdaje się malować jezuitę i chcieć wszystko cofnąć do czasów feudalnych. Wstydno dla uniwersytetu, jeśli on, przejęty duchem starożytności, przy całym dla niej uszanowaniu, nie umie wybrać środka i poznać tych korzyści, jakie kodeks cywilny zapewnia dla krajów, w których zaprowadzony został. Haniebna, jeśli jest narzędziem stronnictwa duchownych, które mocno się wzmaga i takie prawdy z katedry młodzieży ogłasza478.

Poza tym młody profesor miał trudny charakter. Nawet do Krakowa docierało

narzekanie powszechne, że Maciejowski wszystkimi gardzi, wynosi się, w Kolegium [na wydziale] wszystkich krytykuje, i ostro; że na uczniów nie łaskaw w opuszczaniu honorarium; osobliwie krakowiakom niesłychane robi przy egzaminowaniu trudności, zadając pytania, nad którymi by się mistrzowie pocili, na przykład wyliczenie imion Rzymian wysłanych do Grecji na spisanie praw XII tablic i temu podobne479.

Ale z kolei Jan Nepomucen Janowski, zwykle ostry w ocenianiu ludzi, uważał, że studenci lubili Maciejowskiego480.

42. Romuald Hube

W 1825 r. rozpoczął wykłady na Uniwersytecie Romuald Hube, uczeń Bandtkiego i Maciejowskiego. Świetnie przygotowany po 2-letnich studiach w Berlinie (gdzie, między innymi, słuchał wykładów Hegla), był wybitną osobowością naukową. „Gorliwie poświęcający się naukom i z wielkim dla uczniów pożytkiem pracujący” – oceniała Rada Uniwersytetu481. Trudno jednak powiedzieć, jak te wykłady odbierali studenci. W sierpniu 1830 r. nominację na profesora historii prawa otrzymał jego brat, Józef Hube, który po ukończeniu studiów na Wydziale przez 2 lata studiował w Berlinie i Paryżu482.

Ciekawą postacią był Fryderyk Skarbek. Został zatrudniony jako wykładowca nauk administracyjnych po rezygnacji Krysińskiego. Osobliwe było już to, że został profesorem, choć wywodził się z zamożnej i skoligaconej rodziny szlacheckiej (w dzieciństwie przeżył jednak załamanie finansowe rodziny połączone z ucieczką ojca przed wierzycielami za granicę)483. Skarbek na pierwszą propozycję objęcia katedry odpowiedział odmownie, pisząc, że „nie może przyjąć tej posady dla interesów familijnych”484. Później łączenie profesury z gospodarowaniem w majątku ziemskim też stwarzało pewne problemy. „Szczupłość pensji nie wystarczającej na utrzymanie moje – pisał Skarbek – nie może mi nagrodzić straty, które przez złe gospodarstwo dzierżawców w dobrach moich ponoszę”. W związku z koniecznością nadzorowania prac rolnych udało mu się uzyskać pozwolenie na odbywanie wykładów do 15 kwietnia, a nie do 15 lipca, oczywiście przy zachowaniu niezmienionej liczby godzin485. Ale pamiętniki Skarbka ukazują inny aspekt sprawy. Pisze, że po ślubie i dokupieniu kilku wiosek z posagu żony, „musiałem rozpocząć gospodarowanie bez żadnych zasobów w większym majątku długami obciążonym”. W tej sytuacji, „gdym zwątpiałym okiem w przyszłość moją zazierał”, przyszła propozycja profesury. Skarbek nie pisze tego wprost, ale z kontekstu wynika, że posada profesora była dla niego atrakcyjna również finansowo486.

„Profesor hrabia Skarbek” – to brzmiało wówczas bardzo osobliwie. Skarbek wspomina, że gdy przyjął propozycję katedry, jego teść „mocno tym oburzony, że miałem zamiar poniżyć się do tego stopnia, aby przyjąć posadę bakalarską, jak ją nazywał, [...] tyle się srożył, że aż zaczął namawiać córkę swą, aby mnie porzuciła”. Z drugiej strony, na Uniwersytecie fakt, że „wbrew dawnych przesądów, jako obywatel ziemski z tytułem rodowym, nie wahałem się poświęcić zawodowi nauczycielskiemu”, wzbudzał wyraźną sympatię487.

43. Fryderyk Skarbek, litografia A. Piwarskiego, 1837

„Pełen talentów i jako autor i jako profesor, szczęśliwie rozwija niedawno wzrosłą naukę, w wielkim pożytkiem słuchaczów” – oceniał Skarbka w 1823 r. rektor Szweykowski488. Sam Skarbek wspominał: w pierwszym roku wykładów „nadzwyczajną obarczony byłem pracą, bo wypadało na trzy godziny w tygodniu wygotowywać prelekcje w nauce, o której żadnego polskiego nie było dzieła, a tym samym należało tworzyć język techniczny i starać się o to, aby być zrozumiałym przez uczniów”489.

Status wybitnego eksperta doprowadził Skarbka do stanowiska w rządzie Królestwa. Uchodził za najlepszego znawcę problemów więziennictwa i tego, co dziś nazwalibyśmy opieką społeczną. W 1829 został referendarzem stanu i urzędnikiem w Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji i w tym charakterze w czerwcu 1830 r. referował w izbie poselskiej projekt prawa o zapobieganiu włóczęgostwu. Kariera ta mogła zaskakiwać, zważywszy, że jeszcze w 1820 r. Skarbek (co prawda anonimowo) pisał polityczne artykuły w opozycyjnym piśmie „Orzeł Biały”; później też znany był z liberalnych poglądów490.

Skarbek odznaczał się niespożytą aktywnością. Poza sferą prac naukowych, uniwersyteckich i urzędowych, był także popularnym pisarzem. W latach 20. szeroko czytano jego powieści Pan Antoni, Podróż bez celuPan Starosta. Pisał też liczne komedie teatralne. Jedna z nich była nawet jakby echem przedmiotu wykładanego przez niego na Uniwersytecie – komedioopera Biuraliści, wystawiona w 1829 r., będąca satyrą na małomiasteczkowych urzędników491. Malował też obrazy, głównie pejzaże z miejsc odwiedzanych w czasie zagranicznych podróży (choć też widok Warszawy z kopuły Pałacu Staszica). Dzieła te wystawiał na odbywających się co 2 lata wystawach sztuk pięknych, zyskując pochwały recenzentów, choć czasem trochę dwuznaczne („Widać, że z dokładnością to miejsce odmalowane”). W 1825 r. zasiadał w jury wystawy492.

W cieniu silnej osobowości Skarbka pozostawał drugi wykładowca nauk administracyjnych Stanisław Kunatt. To już był profesor całkowicie „wyhodowany” przez Uniwersytet. Studiował w latach 1817–1820 na Wydziale Prawa i Administracji. Jeszcze przed końcem studiów Skarbek polecił go do wysłania za granicę jako przyszłego profesora Uniwersytetu. Po ponad 2-letniej podróży (przebywał m.in. w Berlinie i Paryżu) Kunatt rozpoczął wykłady z zakresu administracji, handlu i statystyki493. Wykłady dotyczące handlu anonsowano w 1823 r. „Kurierze Warszawskim”, zachęcając „młode osoby poświęcające się handlowi”, by uczestniczyły w nich w charakterze wolnych słuchaczy494.

Zbyt mała liczba profesorów na wydziale powodowała, że część przedmiotów musiała być wykładana co 2 lub 3 lata, co uniemożliwiało ich ułożenie w pożądanej sekwencji. Dopiero w 1825 r., po zatrudnieniu Hubego, możliwe stało się wykładanie wszystkich przedmiotów w jednym roku495.

Porównując wykładowców z początków istnienia Uniwersytetu i z 1830 r., można dostrzec, że w czasie tych kilkunastu lat udało się bardzo wzmocnić naukowy potencjał wydziału. Świadectwem tej przemiany, pojawienia się aspiracji naukowych wśród profesorów i wybitniejszych absolwentów wydziału, było powstanie w 1828 r. pisma „Themis Polska”, którego głównym redaktorem został Hube. W redakcji znalazł się też profesor Maciejowski oraz grupa młodych absolwentów wydziału. Dziewięć artykułów opublikował w piśmie profesor Szaniawski. Do grona czytelników należeli przede wszystkim sędziowie i obrońcy sądowi, stąd praktyka prawa zajmowała większość objętości pisma496.

Charakterystyczną cechą studiów prawniczych w Warszawie był ich silnie historyczny charakter. Przedmioty historyczno-prawne (przede wszystkim prawo rzymskie) stanowiły ok. jednej trzeciej programu studiów. Niewątpliwie wpływ na takie ukształtowanie programu studiów miał przede wszystkim Bandtkie. Historykami prawa byli też wybitni profesorowie następnego pokolenia – Maciejowski i Hube. Taki profil studiów może zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że Uniwersytet miał kształcić przede wszystkim urzędników, mieć charakter szkoły zawodowej497. Ale u Bandtkiego nacisk położony na prawo rzymskie wiązał się właśnie z dążeniem do profesjonalizacji sądownictwa, z lękiem przed nawrotem w tej dziedzinie do struktur i praktyk przedrozbiorowych:

Znajomość prawa rzymskiego [...] bywa pobudką w każdym narodzie do sądownictwa naukowego, stałego, od dowolności zabezpieczonego, do składu praw własnych, do oceniania przyzwoitego sprawiedliwości. Dzieje Europy przekonywają o prawdzie tego twierdzenia, wszakże w krajach, gdzie nauka prawa Rzymian była zaniedbaną, widzimy do dziś dnia praw licznych mieszaninę lub onych brak i niedostatek zupełny; mniemaną słuszność, czyli widzimisię sędziów bez nauki prawa i bez egzaminów wyrokujących; słyszymy i czytamy oburzające zdania, że prawnictwo jest nauka wybiegów i podstępów, że uczucia słuszności przyrodzonej, że sumienie jest kodeksem najlepszym, że dostojność i mienie są poręką zdatności i cnoty.

Nauka prawa rzymskiego powinna stanowić „główne zatrudnienie ucznia”, który w przyszłości zamierza pracować w sądownictwie498.

Na tym wydziale studiowało bardzo wiele osób, jak pisał dziekan Bandtkie, wykładowcy nie byli w stanie ich zapamiętać i rozpoznawać. Wobec tłoku w audytoriach ambitniejsi studenci przychodzili pół godziny przed wykładem, by zająć dogodne miejsca499. Profesor Janicki wyliczył w swojej pracy statystycznej, że na jednego profesora Uniwersytetu przypadało w 1829 r. 16 studentów500. Ale na Wydziale Prawa i Administracji w tym roku 7 profesorów uczyło 383 studentów, co dawało 55 studentów na profesora. Na Wydziale Lekarskim średnia była identyczna jak dla całej uczelni. Średnią zaniżały pozostałe 3 wydziały.

Inspektor Kuratorii, raportując o sposobie wykładania przez Engielkiego, miał wątpliwość, czy nie jest on w sprzeczności z § 50 „Urządzenia wewnętrznego...”, który nakazywał profesorom unikać „dyktowania, wyjąwszy w rzeczach najważniejszych, a trudnych do spamiętania”501. W praktyce jednak był to nakaz niemożliwy do zrealizowania. Dmochowski wspominał, że na wykładach Bandtkiego:

najgłębsza cisza panowała w gronie przeszło stu dwudziestu słuchaczy i słychać tylko było lekki szmer piór biegających po papierze. Wszyscy bowiem uczniowie notowali za profesorem treść jego prelekcji. Byli nawet tacy, którzy tak szybko pisali, że zdążyć mogli za mówiącym i dosłowne wszystko zapisać. [...] Gdy się zbliżał czas egzaminów w porze letniej, zbieraliśmy się po kilku lub więcej, przynosiliśmy nasze zapiski, uzupełniali jedne drugimi, czytali je razem i tym sposobem gotowaliśmy się do odpowiedzi na pytania, jakie nam profesorowie zadawać mogą502.

Hube pisał:

Słynął między nami z dokładności zapisek Aleksander Tis, który się odznaczał szczególną bystrością, uwagą mocną i kolosalną pamięcią. [...] Profesorowie byli obowiązani odbywać z nami egzamina cząstkowe; przygotowywało to nas stopniowo do egzaminów rocznych z całego kursu. Trzeba więc było ciągle powtarzać przesłuchane przedmioty, aby być gotowym w każdej chwili do zdania sprawy przed profesorem. Robiły się zatem wyciągi krótkie z kursu. Tis z wyciągów krótkich robił jeszcze wyciągi krótsze i ciągle je nosił przy sobie, a przyszedłszy do audytorium, nim lekcja rozpoczęła się, odczytywał je. Zawsze też koledzy znajdowali u niego odpowiedź na swe zapytanie503.

Skądinąd profesorowie różnie odnosili się do takich „egzaminów cząstkowych”. Często robił je Maciejowski504. Sceptyczny był Bandtkie, który uważał, że tak egzaminowany student „nie przetrawił jeszcze tego, co słyszał”, będzie więc relacjonował wykład profesora, „dając dowód jedynie swej pamięci i fizycznej regularności w uczęszczaniu na prelekcje”. Uważał to zresztą za „zbyteczne szkolnictwo” i przestrzegał, „aby unikać środków, wystawiających profesorów na nauczycieli szkolnych, gdzie zadane pensa bywają wysłuchiwane”505.

44. Rady profesora Jana Wincentego Bandtkiego zapisywane na matrykułach studenckich przy okazji zaliczania wykładów

Rektor zauważał, że na Wydziale Prawa i Administracji „młodzież po większej części, pomimo przestróg naszych dawniejszych, poprzestaje na samym słuchaniu prelekcji, a nie udaje się do źródeł”. Częściowo ją jednak usprawiedliwiał, „gdyż w kraju naszym nie ma jeszcze tej łatwości jak gdzie indziej opatrywania się w książki potrzebne”506. Profesorowie wydziału napisali kilka podręczników. Skarbek wydał skrypty do ekonomii politycznej, administracji i finansów, Hube do prawa karnego, Bandtkie, a potem Maciejowski do prawa rzymskiego. Z powodu braku funduszy nie doszło jednak do skutku planowane wydanie justyniańskiego Corpus juris civilis507. Podręczniki były dodatkowym źródłem dochodu dla profesorów. Janowski wspominał, że u Maciejowskiego

raziło i to, że po polsku głoskę ł wymawiał źle i przeciągło, ile razy zachęcał uczniów do kupowania swoich, jak mówił, dziełek, których było kilka. Dlatego wielu z moich koleżków nazywało go Dzienkiem (podług jego wymawiania) i kiedy wchodził do sali, mówiło półgłosem między sobą: Dzienko, Dzienko idzie lub Niech żyje Dzienko508.

Duża i rosnąca liczba studentów prawa wzbudzała kontrowersje, które relacjonował rektor Szweykowski w sprawozdaniu rocznym wygłoszonym we wrześniu 1826 r. Po pierwsze obawiano się, by nie zabrakło posad dla prawników. Nie był to problem teoretyczny – zjawisko to można było dostrzec już w drugiej połowie lat 20. „Kraj był prawnikami obsiany do tego stopnia, iż między sądowymi woźnymi znajdowali się magistrowie prawa” – pisał Szokalski. Rektor Szweykowski przekonywał, że prawo potrzebne jest każdemu obywatelowi. Więcej – „znajomość prawa jest jednym z głównych warunków moralności”, pozwala sprawiedliwie oceniać swoje i cudze czyny, umożliwia prywatnym osobom rozwiązywanie sporów na drodze pojednawczej. A sam fakt dużej liczby kandydatów do urzędów umożliwi rządowi dokonanie lepszego wyboru. Druga obawa związana z liczbą studentów prawa to to, aby „nie powiększyło się z tego powodu pieniactwo”, które uznawano za jedną z przyczyn upadku Rzeczypospolitej. Szweykowski dowodził, że pieniactwo jest efektem istnienia prawników „tylko z imienia, którzy się form prawniczych i wybiegów do czasu służących praktycznie pouczyli, a prawa samego albo mało, albo wcale nie znają”. Trzecia kontrowersja wiązała się z lękiem, by „młodzież uboższa nie przechodziła za kres swojego stanu”, czyli awansowała społecznie. To już echo konserwatywnej ideologii narzucanej przez Nowosilcowa i Szaniawskiego. Rektor zauważał, że młodzież z zamożniejszych rodzin i tak ma przewagę w ubieganiu się o posady „przez obszerniejsze związki familijne i stosunki przyjacielskie”, jeżeli zatem ktoś uboższy mimo to wygra w tej nierównej konkurencji, stanie się to z korzyścią dla kraju509.

Dotykamy tu bardzo istotnego problemu protekcji przy uzyskiwaniu urzędów. Przekonanie, że studenci z zamożniejszych rodzin liczą głównie na protekcję, przebijało w dorocznych sprawozdaniach rektora Szweykowskiego. „Doświadczenie uczy, że ubodzy więcej zazwyczaj niż bogaci oddają się tym naukom, które wiele mozołu i wytrwałości wymagają, gdy młodzież majętna z większą ufnością spuszcza się na względy i łaski osób w znaczeniu będących”510. Zjawisko to widział głównie wśród studentów administracji. Wzywał „młodzież majętniejszą”, zwykle studiującą samą administrację, aby wybrała również prawo, bo tylko połączenie tych kierunków może dać dobrego urzędnika511. Wskazywał też na słabe przygotowanie studentów administracji, z których wielu miało w szkole stopień „mierny” z łaciny. Ponieważ zaś język i literatura łacińska są podstawami „ogólnego ukształcenia umysłu” studenci tacy muszą być „nie dość usposobionymi w ogólności do słuchania kursów akademicznych, co doświadczenie codzienne potwierdza”512.

O problemie protekcji rektor mówił otwarcie w sprawozdaniu rocznym z 1829 r., zwracając się do studentów:

Niech was nie gorszy przykład tych, którym się udaje zyskiwać posady bez należytego albo bez żadnego świadectwa ich usposobienia. To mniemane ich powodzenie długo trwać nie może. Widzicie, jak rząd dobroczynny, nie tylko na Uniwersytecie, na zakłady naukowe, ale we wszystkich innych odnogach potrzeb krajowych nie szczędzi kosztów i z wysileniem ożywia przemysł, zakłada fabryki i rękodzieła, robi porządki w kraju, nadaje popęd i ruch wszystkiemu, co wznosi i przyśpiesza kulturę, prowadzi do zamożności i dobrego bytu. To wszystko wymaga coraz większej znajomości rzeczy i umiejętności. Przyjdzie więc czas, kiedy jeżeli nie prawo, to sama potrzeba wyłączy niezdatnych z posad publicznych, uchyli względy niewczesne i zgubne protekcje, a otworzy pole samej zdolności i zasłudze. Wy sami, którzy teraz żalicie się może na utrudzenie egzaminów i patentów uniwersyteckich, będziecie gorliwymi w niedopuszczaniu do posad publicznych osób niezdolnych. Ze światła nie może się rozwijać tylko większe światło; a przy świetle rozjaśnionym zniknąć muszą ciemności513.

Ten jakże oświeceniowy optymizm, ten obraz odłożonego w czasie, ale pewnego odwetu pilnych studentów na protegowanych nieukach, ten klimat psalmu „Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości” – czy to wszystko mogło przemawiać do młodych ludzi szukających sposobu na „umieszczenie się”, zastanawiających się nad szansami kariery zawodowej? Rektor mówił otwarcie swoim słuchaczom, że ich kompetencje, jeśli zostaną docenione, to w dalszej przyszłości.

Gerard Maurycy Witowski w jednym ze swoich felietonów dał obraz 2 braci stryjecznych, którzy udali się na studia na Uniwersytet po ukończeniu tej samej szkoły, z podobnymi wynikami matur; mieli też podobne możliwości finansowe. Jeden z nich zaprzyjaźnił się z „hrabią Antenackim”, który wprowadził go w środowisko arystokratyczne, drugi obracał się w kręgu mieszkającej w Warszawie szlachty i warszawskich adwokatów. Po pewnym czasie ten drugi żalił się: „on jest znany i cytowany wszędzie, a ja znikłem w tłumie; jego położono już na liście referendarzy nadzwyczajnych, a ja nie mogę zostać nawet zwyczajnym asesorem”514. Ale w realnym życiu nie tyle protekcje hrabiów i książąt były istotne, ile urzędników. Janowski opisuje, jak kolega przyprowadził na jego imieniny sędziego Daniela Raciborskiego:

Rad byłem z tej niespodziewanej wizyty, jak i wszyscy obecni. Każdy z nas przypuszczał, że po skończeniu uniwersytetu może się dostać na aplikację do pierwszego wydziału sądu policji poprawczej, w którym pan sędzia [...] był prezydującym z tytułem Jaśnie Wielmożnego; należało więc być dla niego, choćby tylko dla interesu, z wszelkim poważaniem515.

Wydział Lekarski

W „Tymczasowym urządzeniu...” Uniwersytetu z 1818 r. określano, że na Wydziale Lekarskim przyznawane będą 3 tytuły magistra: magister medycyny i chirurgii, magister chirurgii oraz magister farmacji. Ale tylko pierwsze 2 miały status stopni akademickich i uprawniały do starania się o doktorat. Magister farmacji zrównany był z innymi specjalistami, których miał kształcić Uniwersytet, czyli okulistą, akuszerem, dentystą, chirurgiem drugiego lub trzeciego rzędu, akuszerką, konowałem. Odpowiednio też zróżnicowano wymagania przy przyjmowaniu na studia – kandydaci na magistrów medycyny i chirurgii i magistrów chirurgii mieli mieć maturę, na magistrów farmacji, okulistów, akuszerów, dentystów musieli ukończyć szkołę wydziałową, chirurgów drugiego rzędu szkołę podwydziałową lub elementarną, chcący zaś zostać chirurgami trzeciego rzędu, akuszerkami lub konowałami musieli umieć czytać i pisać516. Trzeba pamiętać, że te wymogi rekrutacyjne wiązały się w dużym stopniu z problemem znajomości łaciny, bez której nie było możliwe odbycie pełnych studiów medycznych.

Tak szeroki program kształcenia nigdy nie został zrealizowany; wymagałby zresztą bardzo licznej kadry nauczającej. Nie kształcono na Uniwersytecie konowałów, czyli weterynarzy – te zadanie przejął Instytut Agronomiczny na Marymoncie. Nie uczono okulistów i dentystów; wydział zresztą nie chciał ich kształcić. Choroby zębów i oczu były oczywiście obecne w programie nauczania, ale, jak pisał dziekan w 1821 r., „wydział lekarski w gronie nauczycieli nie ma artystów, któryby nauczać mogli technicyzmów, mianowicie kosmetyki dentystycznej i okulistycznej (tj. robienia zębów, szczęków, podniebień, oczu sztucznych itp.) dotyczącej się, na których dentystom i okulistom szczególniej zależy”. Szkołę akuszerek, powstałą w 1801 r., przyłączono do Uniwersytetu; natomiast wydział uważał za nieporozumienie kształcenie akuszerów, którzy pod względem kompetencji mieli lokować się pomiędzy lekarzami a akuszerkami517.

Kształcono natomiast chirurgów niższego rzędu – dziś nazwalibyśmy ich felczerami. W czasach Księstwa Warszawskiego ogromne zapotrzebowanie na takich chirurgów miała armia, ale już w 1821 r. dziekan Franciszek Dybek (nota bene były naczelny lekarz wojska polskiego) uważał ich kształcenie za niecelowe. Zwracał uwagę, że jeśli byliby oni przyjmowani na studia zgodnie z wymaganiami zawartymi w „Tymczasowym urządzeniu...”, to ich kompetencje ograniczałyby się do najprostszych operacji i do opatrywania ran i „wrzodów prostych”. Taki chirurg „nie różniłby się niczym od dotychczasowych golarzy”, a miałby opinię osoby wykształconej na Uniwersytecie, co budziłoby nieuzasadnioną wiarę w jego kompetencje518.

W 1821 r., za rządów dziekańskich Dybka, przeprowadzono reformę kształcenia. Zlikwidowano stopień magistra chirurgii, wprowadzono stopnie magistra medycyny i chirurgii oraz magistra medycyny. Stopień magistra farmacji nadal miał inny status, określono go jako „stopień licencjata”. Zamiast chirurgów niższego rzędu kształceni byli odtąd „lekarze niżsi, czyli praktyczni pod nazwiskiem prostym lekarzy”. Studia dla lekarzy wyższych wydłużono z 4 do 5 lat, lekarze niżsi mieli studiować 3 lata, a farmaceuci – 2. Od kandydatów na magistrów medycyny wymagano matury, od lekarzy niższych ukończenia czwartej klasy szkoły wojewódzkiej, a od magistrów farmacji – ukończenia szkoły wydziałowej. Zajęcia dla lekarzy wyższych i niższych prowadzono częściowo osobno, co wynikało z założenia, że ci drudzy nie mają mieć wykładów po łacinie519.

Kolejna reforma została przyjęta w 1825 r. Utrzymano stopnie magistra medycyny i magistra medycyny i chirurgii; wprowadzono stopień licencjata medycyny. Wszyscy kandydaci na medycynę musieli mieć maturę. Zniesiono odrębne ścieżki studiów, wszyscy studenci medycyny chodzili przez 5 lat na te same zajęcia. Wszyscy też mieli część zajęć po łacinie. O tym, czy uzyskają stopień magistra czy licencjata, decydować miały dopiero wyniki egzaminu całokursowego.

Posiadacze stopnia licencjata nie mieli dostępu do wyższych stanowisk w hierarchii lekarzy urzędowych i wojskowych. Ograniczono też ich uprawnienia do leczenia pewnych chorób. „Wolno jest licencjatowi leczyć wszystkie choroby gorączkowe i zapalne, dawać pomoc we wszystkich przypadkach nagłego ratunku wymagających, jakimi są np. krwotoki, apopleksja, paraliże, otrucia, utonienia itp., lecz w chorobach wszystkich zawikłanych obowiązany jest zasięgnąć rady doktora, a przynajmniej magistra”. W zarządzeniu KRWRiOP była też lista operacji, których przeprowadzania licencjatom zakazano. Sam Wydział Lekarski dość sceptycznie podchodził do tych przepisów, zwłaszcza w odniesieniu do chorób wewnętrznych, zwracając uwagę na fakt, że często licencjat nie będzie miał na miejscu magistra do konsultowania, a leczenie choroby „zawikłanej” będzie można tłumaczyć zagrożeniem życia pacjenta520.

Wykres 4. Studenci Wydziału Lekarskiego

 

Źródła: Bieliński III, s. 781, 788, 794, 801, 808–809, 815, 822, 827, 831–832, 837, 840; Posiedzenie publiczne..., 16 IX 1826, s. 9; S. Janicki, Statystyczny obraz..., s. 184.

Jak widać, liczba studentów „medycyny wyższej” wzrosła więcej niż czterokrotnie, częściowo kosztem zanikającej grupy studentów „medycyny niższej”. Bardzo stabilna była natomiast liczba studentów farmacji, oscylująca koło 30 osób.

Na Wydziale Lekarskim zatrudniano na początku 6 profesorów, a w 1830 r. – 10. W ciągu tych kilkunastu lat aż 19 osób pełniło tę funkcję, a wydział miał 5 dziekanów. Tak duża zmienność kadry i władz wynikała przede wszystkim z nieustających konfliktów wewnątrz profesury.

45. Józef Czekierski, litografia J. Sonntaga

Wydział rozpoczynał działalność z zespołem profesorów w całości wywodzącym się ze Szkoły Lekarskiej. Byli to Jacek Dziarkowski, Józef Czekierski, Franciszek Brandt, August Wolff, Jan Bogumił Freyer i Józef Celiński.

Czterech spośród nich (Czekierski, Dziarkowski, Brandt, Celiński) pochodziło z warszawskiego mieszczaństwa. Ojciec Czekierskiego był cyrulikiem. Dziarkowski – synem warszawskiego piwowara i ławnika miejskiego. Brandt, osierocony w ósmym roku życia i pozbawiony majątku przez intrygi opiekunów, został oddany na naukę do felczera. Celiński, który, jak powiedziano na jego pogrzebie, „po swoich rodzicach nie odziedziczył innych skarbów prócz cnót”, zaczynał od terminowania w aptece, a dalszą karierę zawdzięczał w dużym stopniu swojemu teściowi, znanemu warszawskiemu aptekarzowi Spaethowi521. Wolff pochodził z Leszna, jego ojciec pracował jako nadworny lekarz u Sułkowskich. Freyer był synem aptekarza z Siedlec. Wszyscy mieli za sobą studia na niemieckich uniwersytetach. Studiowali – z wyjątkiem Freyera – w Berlinie, niektórzy również w Królewcu, Getyndze i Halle. Dziarkowski uczył się też we Francji (w Strasburgu), Freyer zaś w Wiedniu, gdyż jako poddany austriacki potrzebował tego do rozpoczęcia praktyki lekarskiej522.

Większość tych profesorów miała doświadczenie pracy w charakterze urzędników lekarskich. Wolff, Brandt i Freyer byli kolejno „fizykami” (lekarzami urzędowymi) miasta Warszawy w czasach pruskich i w Księstwie Warszawskim. Czekierski i Brandt wykładali w założonej i finansowanej przez rząd pruski szkole dla akuszerek. Brandt kierował od 1806 r. szczepieniami przeciwko ospie. W utworzonej w 1810 r. Radzie Ogólnej Lekarskiej Księstwa Warszawskiego, zajmującej się głównie egzaminowaniem kandydatów na lekarzy i farmaceutów, zasiadali Wolff (jako przewodniczący), Czekierski, Brandt i Celiński523.

Byli to przeważnie wybitni praktycy. Pewnie wszyscy identyfikowaliby się z tym, co powiedziano o Czekierskim:

powiedzieć mogę, że to był geniusz w sztuce lekarskiej, od samego początku swojego zawodu przyzwyczaiwszy się do uważania rzeczy w prawdziwym i istotnym świetle, trzymał się ściśle rozumowego doświadczenia i nie dał się uwieść, by najdowcipniejszym systematom. [...] W ciągu dwudziestosześcioletniej praktyki przewinęło się ich kilka, ale podobnie do meteorów na niebie, zaledwie ukazały się, już znowu znikły; a Czekierski zawsze ten sam, zawsze szczęśliwy, bo się trzymał jedynej prawdziwej w sztuce leczenia drogi, trzymał się doświadczenia, ugruntowanego na postrzeżeniach przez dwadzieścia kilka wieków przez lekarzy stwierdzanych524.

Warto podkreślić, że wszystkich 6 profesorów opublikowało podręczniki do swoich zajęć, przeważnie kilkutomowe. Ukazywały się on w latach 1810–1818. Były to przeróbki lub wręcz tłumaczenia dzieł zagranicznych autorów, niemniej trzeba docenić ich znaczenie dla dydaktyki, a także dla tworzenia polskiej terminologii medycznej. Największe kontrowersje wzbudził czterotomowy podręcznik chirurgii napisany przez Czekierskiego. Znany ze złośliwości, ale bardzo kompetentny i należący już do następnej generacji profesor chirurgii Nowicki pisał, że jest to „kodeks antykwarski”525.

Seniorem profesury tego wydziału był Dziarkowski, urodzony w 1747 r. Po ukończeniu studiów w 1782 r. praktykował w latach 80. i 90. w Warszawie. Brał udział w powstaniu kościuszkowskim. Był współzałożycielem Szkoły Lekarskiej, a potem dziekanem Wydziału Lekarskiego do 1818 r.526 W początkach istnienia Uniwersytetu planował już wycofanie się z uczelni; organizował wydział – jak pisał – aby swego „urzędowania na schyłku jego zostawił pomnik i uprzątnął zawady dla następcy”527.

O tym, co wydarzyło się w 1817 r., w „czasie dla Wydziału Lekarskiego najkrytyczniejszym, gdy przez zbieg okoliczności nieszczęśliwych, skład profesorów tenże wydział stanowiących, zerwany został”528, pisano później, używając eufemizmów. Historia była dość osobliwa. Jak zapisano w protokole posiedzenia Rady Ogólnej, studenci „Dysiewicz i Malcz dopuścili się szkaradnego występku w d. 16.01 r.b. w sali akademicznej, to jest: samogwałtu na współkoledze Kosteckim, a zaś Kostecki i Wolff Maurycy pobicia współkolegę Rywackiego Jerzego”. Istniał jakiś związek między seksualną napaścią w audytorium a pobiciem, ale następstwo wydarzeń jest niejasne. W tle były jakieś wcześniejsze konflikty między studentami. Śledztwo prowadził osobiście Staszic. Rada UW ukarała 4 studentów: 3 relegacją, a czwartego, Maurycego Wolffa, syna profesora Wydziału Lekarskiego, jednodniowym aresztem i ostrzeżeniem, że przy następnym przewinieniu zostanie relegowany. Relegowani studenci protestowali u dziekana Wydziału Lekarskiego. „Dysiewicz z Kosteckim – pisał Dziarkowski – oświadczyli, że czekają nas kaszkiety [służba wojskowa], ale Rywackiego gdzie napotkamy wraz z jego świadkami, batogami bić będziemy”. Zauważmy, że wobec dziekana występują razem Dysiewicz, w protokole Rady Ogólnej nazwany „sprężyną samogwałtu”, czyli inicjator seksualnej napaści, oraz Kostecki, będący tej napaści ofiarą. Wspólnie występują przeciw koledze, który złożył skargę u dziekana, ujawniając konflikty między studentami władzom uniwersyteckim529.

Prawdziwa burza rozpętała się jednak na zebraniu profesorów Wydziału Lekarskiego. Protestowali oni gwałtownie przeciw decyzji Rady, wskazując na nieprawidłowe śledztwo i fakt, że „natura obwinienia jest tego rodzaju, że przechodzi zdaje się podobieństwo do prawdy”. Domagali się powierzenia sobie powtórnego śledztwa. Ostro zaatakowali dziekana, „udarowawszy go zbiorem najobelżywszych wysłowień” – jak pisał rozżalony do Rady Ogólnej, dodając, że „nie była to sesja, ale raczej wrzawa”. W rezultacie dziekan podpisał protest wraz z innymi profesorami, „unikając dalszych z nim postępowań, od których go zaledwie sędziwość wieku być może na tenże raz ocaliła” – pisał o sobie. Profesor Wolff, protestując przeciw karze wobec swojego syna, zabrał i nie chciał oddać przesłanej decyzji Rady Ogólnej, co uniemożliwiło dziekanowi ogłoszenie jej wszystkim studentom wydziału. Dziekan zresztą, „niejako z odurzenia swego wychodzący” po tym dramatycznym zebraniu, składał natychmiastową rezygnację z urzędu. „Pomnijcie ze wszech miar Szanowni Mężowie – zwracał się do władz uniwersyteckich – że to jest prośba, nie bez łez wylania, starca 66-letniego”. Rada Ogólna przeprowadziła powtórne śledztwo i złagodziła trochę kary; 17 maja ogłoszono jej decyzję zebranym studentom Wydziału. Jego profesorowie jednak kontestowali tę decyzję – Rada Ogólna musiała interweniować, gdyż relegowany student Dysiewicz nadal, za pozwoleniem profesorów, uczestniczył w wykładach530.

W rezultacie tego konfliktu, protestując przeciw decyzji Rady Ogólnej, odeszło z uniwersytetu 3 z 7 profesorów Wydziału Lekarskiego (Brandt, Wolff i Czekierski) oraz prosektor Weiss. Decyzję Wolffa można uzasadnić tym, że chodziło o jego syna, ale co motywowało innych? Można się domyślać, że mamy tu do czynienia z problemami wynikającymi z włączenia dawnej Szkoły Lekarskiej do szerszej struktury uniwersyteckiej. Profesorowie Wydziału Lekarskiego wyraźnie protestowali przeciw wtrącaniu się władz Uniwersytetu w sprawy Wydziału. Rezygnacja z profesury była dla nich stosunkowo łatwa, gdyż podstawowe dochody czerpali i tak z praktyki prywatnej.

Dymisje 3 profesorów, a potem odejście Dziarkowskiego, oznaczały praktycznie rozpad Wydziału. Pozostało 2 profesorów (Celiński i Freyer), w tym tylko 1 medycyny, gdyż Celiński był farmaceutą. Wymagało to szybkiego odtworzenia kadry dydaktycznej. W następnych latach liczba profesorów wydziału stopniowo rosła – w 1830 r. było ich już dziesięciu531.

Ewidentna przewaga medycyny na Uniwersytecie Wileńskim nad tą warszawską nasuwała koncepcję, aby na wzór tamtej uczelni ściągnąć wybitnych profesorów z zagranicy. Sprowadzono tylko jednego, jednak nie zabawił on długo w Warszawie. Przybyły z Niemiec Henryk Sander, który znał Polskę z lat 1812–1813, gdyż był tu jako lekarz króla westfalskiego, po wygłoszeniu jednego wykładu poprosił w 1818 r. o dymisję, motywując to silną tęsknotą za ojczyzną. Jego pobyt przyniósł jedną korzyść – zakupienie dla wydziału biblioteki, którą przywiózł do Polski532. Inną próbę sprowadzenia wybitnego uczonego z zagranicy podjęto w 1822 r. Szaniawski wnosił o zatrudnienie na Uniwersytecie słynnego lekarza Karla Ferdynanda von Graefe, profesora Uniwersytetu Berlińskiego. Pochodzący z Warszawy Graefe wstępnie się zgodził, ale oczekiwał wynagrodzenia w wysokości 24 tys. zł, czyli czterokrotnie wyższej niż normalna pensja profesora zwyczajnego. I chyba właśnie z powodów finansowych rzecz się nie udała533.

Po krótkim, przejściowym dziekanowaniu Freyera kierowanie wydziałem (w latach 1819–1824) przejął profesor Franciszek Dybek. Dybek odbył studia w Berlinie; był lekarzem najpierw w pruskim wojsku, następnie od 1806 r. w polskim; w czasie kampanii 1812 r. został naczelnym lekarzem wojska polskiego. W 1817 w związku z powołaniem na profesora UW otrzymał dymisję z armii534.

46. Franciszek Dybek, litografia, 1829

Dybek znakomicie kierował kliniką chirurgiczną; jako dziekan przeprowadził reformę nauczania na wydziale. Rektor pisał o nim: „Szczęśliwy operator, zjednał sławę naszej klinice chirurgicznej. Dziekan bardzo czuły i gorliwy o dobro wydziału. Jako profesor tłumaczy się z łatwością i precyzją i korzyść wielką młodzieży przynosi”535. Był jednak konfliktowy. O natężeniu konfliktu Dybka z kolegami można wnioskować z mowy wygłoszonej na jego pogrzebie w imieniu wydziału przez profesora Jana Milego. Stojąc nad grobem dawnego dziekana, mówił, że przeniósł on z wojska typowy dla tej instytucji „surowy porządek, krępujący indywidualne pomysły i popędy”, który „nie zawsze [...] przenosić się daje na małe zgromadzenia, zwłaszcza naukowe. Jak łatwo więc wtedy zbyteczną porządkowością zajęty człowiek dumnego postać zewnętrzną przyjąć może”. Zwłaszcza, że „w pożyciu prywatnym śp. Dybek nie był z liczby tych, którym sama powierzchowność zwykła jednać przyjaciół”. Mile wspominał o chorobie serca Dybka i w niej widział przyczyny konfliktów dziekana z otoczeniem:

I będziemy wnętrzności człowieka, długoletnią przykrą pracą i poświęceniem się dla dobra ogółu w organizacji swojej skołatanego, o złe moralne obwiniać? Czyjaż to wina, że jeden posiada tak dokładne narzędzie, że go duch z łatwością do swoich boskich użyć może zamiarów, a drugi naczynie, w którym najklarowniejszy zmącić się może napój536.

Dybek złożył funkcję dziekana w 1824 r. na skutek konfliktu z profesorem Nowickim. Poszło o zarzuty Nowickiego dotyczące zaniedbywania dydaktyki przez dziekana – niezrealizowania programu na wykładzie („prawie cały traktat o chorobach oka opuścił”), nieodbywania sekcji zwłok ze studentami, dopuszczania do egzaminu końcowego studentów niemających doświadczenia w operowaniu537. Konflikt trwał i po dymisji. Chory na serce, łatwy do wyprowadzenia z równowagi Dybek skarżył się, że Nowicki „wyszukuje tysiączne sposoby martwienia mnie”. W 1825 r. doszło znów do sporu między tymi profesorami na tle projektu powołania drugiego, obok Dybka, profesora chirurgii, którym miał zostać Nowicki. Projekt został poparty przez wszystkich profesorów wydziału, a Dybek złożył do akt „protestację”538.

47. Marcin Roliński, popiersie z Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego

Od 1824 r. dziekanem był Marcin Roliński (z krótką przerwą, gdy z powodów formalnych pełnił tę funkcję Mile). Należał do starszego pokolenia profesorów. Miał za sobą studia we Lwowie i Wiedniu, później praktykował w Galicji, a w latach 1810–1820 był lekarzem urzędowym w Siedlcach. Profesorem Uniwersytetu został w 1820 r., w wieku 44 lat539. Jak pisałem, zasłużył się przede wszystkim stworzeniem Gabinetu Anatomicznego.

Nie wzbudzał jednak sympatii. Karol Kaczkowski który został profesorem Wydziału Lekarskiego w 1830 r., tak postrzegał Rolińskiego:

Podeszłego już wieku, twarzy suchej, bladej, pomarszczonej, włosów siwych krótko przy głowie ostrzyżonych, wzroku ponurego, ust ściśnionych, robił on na pierwszy rzut oka wrażenie cierpkiego towarzysza i takim był w istocie. Nad preparatami ślęczał, przedmiot swój wykładał regularnie i z całą drobiazgowością, ale ta praca jego, w formę odwiecznej rutyny ujęta, nie szła z postępem nowych w anatomii poszukiwań i ważnych dla fizjologii odkryć. Przy tym przykrego i tetrycznego charakteru nie zobowiązywał on do siebie, a przeciwnie zrażał i kolegów profesorów i studentów, nie tylko ścisłym form przestrzeganiem, ale nadto chętnym utrzymywaniem ducha partii w fakultecie, skąd też wynikały ciągłe sprzeczki na sesjach wydziału i nieskończone pokątne intrygi i zawiści540.

Studenci też nie wspominali go ciepło. Tak zapamiętał go Szokalski:

Zapisawszy się u rektora, trzeba się było dziekanowi przedstawić. Był nim wtedy Roliński, człowiek poniekąd odrażający. Słusznego wzrostu, chudy, zgarbiony, chodził boczkiem w ten sposób, jak gdyby się tajemniczo do ciebie przysuwał; mówił grubo, półgębkiem, ponuro, jakby spod ziemi – słowem robił wrażenie cmentarnego grabarza na każdym nowo przybywającym, a z góry uprzedzonym o tym, że anatomię wykłada. Spojrzał na mnie jakimś rozdąsanym wzrokiem i zapytał, czym się dobrze namyślił, zapisując się na wydział lekarski, bo to nie żarty i wiele pracować trzeba, a jeżeli panu pstro w głowie, bo coś jeszcze bardzo młodo wyglądasz, to idż sobie z Bogiem i zapisz się na prawo.

Późniejsze doświadczenia nie były lepsze: „Drobiazgowy pedant, obmierzle systematyczny, wymagający, rzucał nam swoje wykłady suche jak wióry”541. Szokalski pisał z perspektywy późniejszych studiów we Francji; może też w ogóle z perspektywy dalszego rozwoju nauk medycznych. Nie wydaje się jednak, żeby w warszawskim środowisku lekarskim Roliński zostawił po sobie wspomnienie kiepskiego dydaktyka; dawni studenci wspominali go natomiast jako bardzo surowego egzaminatora. Kazimierz Łukaszewicz wspominał jak „koledzy pluli z zazdrości”, gdy zaraz po zakończeniu zajęć udało mu się zdać celująco ten egzamin542.

Głównym antagonistą Rolińskiego na wydziale był profesor Wincenty Szczucki. Obaj zresztą mieli podobne życiorysy. Szczucki studiował medycynę we Lwowie, a następnie w Krakowie, potem przez 6 lat pracował jako lekarz urzędowy; w 1818 r. został zatrudniony na Uniwersytecie543. Kaczkowski opisywał:

Małego wzrostu, ruchawy, zwiędłej żółtej twarzy, oczu żywych, nie nosił on na sobie cechy umiarkowania i łagodności, przeciwnie złośliwy dowcip towarzyszył mu zawsze i był powodem, że pomimo głębokiej nauki i porządnej głowy unikano go i nawet praktyka jego w szczupłym bardzo kółku była zamkniętą544.

Na wydziale Szczucki odznaczył się głównie nieustępliwą walką o łacinę jako język wykładowy. Protestując przeciwko próbom reform w tym zakresie, twierdził, że poza wypisywaniem recept, łacina powinna być przez lekarzy używana w naradach, „a co największa czerpać powinien lekarz główne swe zasady z dzieł klasycznych, jakimi są dzieła Hippokratesa, Celsa, Areteusza, Tralliana etc., a nawet i innych, późniejszych, bez których nauka lekarska gruntowną być nie może”545. We wspomnieniach Szokalskiego Szczucki to postać anachroniczna, „zasuszony okaz zeszłowiecznej mądrości”. Pamiętnikarz znał go w dzieciństwie w Radomiu i twierdził, że Szczucki

nie mogąc sobie dać rady z praktyką jako fizyk wojewódzki, zapisał się na profesora. Był to człowiek ciężko uczony, czytał bardzo wiele, ale mało i dość płytko myślał, a że wykładał patologię ogólną, to jest naukę o ogólnych cechach, przyczynach i objawach choroby, głównie wówczas na pojęciach filozoficznych się opierającą, więc uroił sobie, że był filozofem, bujał po obłokach, spadał ciężko na ziemię, a wszystko pokrywał płaszczem eleganckiej i napuszystej łaciny. Jak nam nadokuczał ten pedant swoimi wymaganiami, to tylko Bogu wiadomo, zwłaszcza że chociaż nam oświadczył, że trzymać się będzie wykładu rozpowszechnionego wówczas dzieła Reimanna, zbijał je nieustannie, chcąc koniecznie na swoim postawić, tak że obałamuceni do reszty nie wiedzieliśmy, czego się trzymać546.

Podobnie Łukaszewicz, wspominając wykładaną przez Szczuckiego propedeutykę medycyny na pierwszym roku: „Włosy stawały na głowie, ile to przymiotów trzeba, by poświęcić się temu zawodowi, a sam wykładający profesor najmniej ich posiadał”547.

W tej galerii trudnych charakterów trzeba umieścić też antagonistę dziekana Dybka, profesora Emiliana Nowickiego. Studiował na Uniwersytecie Wileńskim i w warszawskiej Szkole Lekarskiej. Następnie przez 2 lata przebywał w Wiedniu, Paryżu, Londynie, Getyndze i Berlinie jako stypendysta KRWRiOP. Po powrocie, w 1817 r., został profesorem Uniwersytetu. Niewątpliwie znakomity chirurg, był człowiekiem niezmiernie ambitnym i konfliktowym548. Kaczkowski wspominał:

Dobrze wykładał swój przedmiot, a zręczny w operacjach, wiele korzyści przynosił studentom. Nie był on wszakże rozmiłowanym w swej gałęzi, ważniejszych wypadków po szpitalach nie wyszukiwał, ograniczał się tylko na ambulatorium, a stąd i klinika jego często nic ciekawego nie mieściła w sobie. Był on cierpkiego charakteru i łatwego do sprzeczek, niemało też ich było ze Szczuckim i Fijałkowskim, a w stosunku do uczniów trzymał się hardo i w zupełnym odosobnieniu549.

Wysuwano też zarzuty dotyczące wykonywania obowiązków, zwłaszcza skracania wykładów, choć jak oceniał w 1823 r. rektor, „mianowanie profesorem stałym zrobiło go punktualniejszym”550.

Szokalski, bardzo krytycznie oceniający swoich warszawskich profesorów, jednego wspominał z prawdziwym entuzjazmem. „Mile był jedynym jasnowidzącym z naszych profesorów” – pisał. „Jasnowidzącym”, czyli znającym najnowsze osiągnięcia nauki i przewidującym jej rozwój.

Czarował on nas swoim pięknym wykładem. Ujmującej powierzchowności, bystrym pojęciem i serdecznym obchodzeniem się ze swymi uczniami umiał sobie zyskiwać ich serca, a nabyta sława, tak dobrze za granicą, jak i u nas, przez sumienne naukowe prace, oraz skrzętny udział we wszystkim, co u nas miało związek z rozwojem naukowym, nadawały mu powagę, jakiej nie miał żaden z ówczesnych jego na wydziale lekarskim kolegów. A były to też i czasy nader dla fizjologii błogie, w których, otrząsając się coraz więcej z teoretycznych mrzonek, zaczęła się coraz silniej opierać na doświadczeniu i poszukiwaniu. [...] Mile, opowiadając nam te dziwy według Richeranda, umiał tak je wzbogacić i własnymi spostrzeżeniami dopełnić, iż zupełnie nową otwierał nam drogę w poglądach naszych na całość lekarskiej nauki, która dotąd oparta tylko na luźnym doświadczeniu i na teoretycznym wnioskowaniu, na bardzo szczupłych opierała się podstawach551.

48. Grób profesora Franciszka Dybka na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie

Entuzjazm Szokalskiego, który później został wybitnym profesorem okulistyki, jest zrozumiały. Wśród ówczesnych profesorów Uniwersytetu właśnie Mile mógłby być uznany za wzór uczonego. Pochodził z rodziny warszawskich rzemieślników. Wcześnie zakończył edukację szkolną (na pierwszym roku Liceum Warszawskiego), gdyż rodzice postanowili oddać go do rzemiosła. Młody Mile – jak pisał w autobiografii przedstawionej KRWRiOP – mając wybór zawodu, wybrał zegarmistrzostwo, „od młodości bowiem objawiał się we mnie zawsze pociąg do mechaniki”. Dużo czytał, dokształcając się zwłaszcza z fizyki. Kiedy w Księstwie Warszawskim została otwarta Szkoła Lekarska, zaczął chodzić na zajęcia z anatomii i fizjologii. I tu przed młodym zegarmistrzem otworzył się nowy świat: „W trupie ujrzałem rozprzężone koła i sprężyny najsubtelniejszego mechanizmu, których sposób połączenia za życia stał się odtąd dla mnie nieodstępną i rozwiązania swojego silnie domagającą się zagadką”. Za namową profesorów Szkoły podjął studia, do czego skłoniły go – jak pisze – „przewidywane [...] wielkie przyjemności z rozszerzenia granic poznawania natury, a nie bynajmniej zyski z wykonywania sztuki lekarskiej”. Uzyskawszy w 1814 r. dyplom ukończenia Szkoły, do 1817 r. na własny koszt podróżował po Europie, częściowo zresztą na piechotę. Odwiedził Niemcy, Holandię, Szwajcarię, Włochy; dłuższe studia podjął w Berlinie, Paryżu i Wiedniu. Kilka miesięcy przebywał w Londynie, „korzystając tam najwięcej w mechanice”. Program tej podróży był szeroki, nie chodziło tylko o „praktyczną medycynę”, ale także o to, by „rozpoznawać ze wszech względów człowieka i świat go otaczający”; stąd Mile zwiedzał też po drodze np. kopalnie. W 1817 r. został wykładowcą na Uniwersytecie. Był bardzo aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk; dużo publikował; głównie prace z zakresu fizyki i mechaniki, m.in. projekt „machiny pneumatycznej”, udoskonalonego barometru, urządzenia do warzenia soli. Dostrzegano jego oderwanie od kwestii materialnych. „Uczy z pożytkiem, więcej robi nad powinność, a najmniej wymaga nadgrody”; „znana powszechnie bezinteresowność i skromność jego”, „oddając się z zapałem naukom przyrodzonym, wyrzekł się całkiem dlatego praktyki lekarskiej i znacznych z niej wynikających dochodów, przestając jedynie na pensji profesorskiej, znaczną część tejże odkłada na ciągłe doświadczenia” – czytamy w opiniach władz uniwersyteckich552.

49. Zaprojektowane przez Jana Milego urządzenia „do wydania wielkiego stopnia ciepła”

Oprócz Dybka na wydziale pojawiło się jeszcze 2 lekarzy wojskowych. Pierwszym był profesor anatomii Jan Stummer, zatrudniony w 1817 r. W przeciwieństwie do Dybka łączył profesurę z funkcją naczelnego lekarza wojska polskiego. Przez pierwszy rok nie utrudniało to regularnego prowadzenia zajęć; potem jednak okazało się, że profesor musiał wjeżdżać na całe tygodnie na inspekcje w garnizonach i letnich obozach wojskowych. W 1820 r. Stummer musiał odejść z Uniwersytetu, a jego miejsce zajął Roliński553. Drugi eks-wojskowy to Jan Tomorowicz. Był magistrem medycyny Uniwersytetu Wileńskiego; doktorat uzyskał w Krakowie. W latach 1812–1822 pracował jako lekarz wojskowy. W 1822 r. został profesorem. Rektor pisał o nim bardzo pozytywnie: „Przy małej pensji równo pracuje z innymi, jest bardzo użyteczny wydziałowi. [...] Dobroć serca jedna mu miłość i szacunek wszystkich”. Również Kaczkowski wspomniał o nim z sympatią, jako o osobie pracowitej, kompetentnej i dobrym koledze554.

Po odejściu w 1817 r. profesorów, którzy od początku kierowali szkołą akuszerek, dla obsadzenia stanowiska profesora położnictwa sięgnięto do starszego pokolenia lekarzy – profesor Wilhelm Wahlbourg w momencie nominacji miał prawie 60 lat, a za sobą bogaty życiorys. Pochodził z osiadłej w Polsce rodziny szwedzkiej. Studiował w Wiedniu, w Peszcie i Krakowie, gdzie później przez kilka lat był profesorem położnictwa na uniwersytecie. Pracował jako lekarz w Timisoarze. W 1812 r. znalazł się w wojsku Księstwa Warszawskiego, otrzymał nawet order Virtuti Militari. Potem był lekarzem domowym księcia Konstantego Czartoryskiego555.

50. Ignacy Fijałkowski, litografia

Jego następca na katedrze to Ignacy Fijałkowski, absolwent uniwersytetu w Wiedniu, młodszy prawie o ćwierć wieku. Po krótkim pełnieniu funkcji lekarza 1 dywizji wojska polskiego (1809–1812), został lekarzem w szpitalu Dzieciątka Jezus. Od 1823 r. był profesorem położnictwa. Znający dobrze kilka języków, śledził uważnie postęp nauki w krajach europejskich; aktywnie uczestniczył w pracach Towarzystwa Przyjaciół Nauk556.

Krótko po nominacji Fijałkowski stał się bohaterem charakterystycznej afery, ukazującej stosunki na wydziale. Jego konflikt z główną akuszerką w klinice położniczej, Francuzką protegowaną przez ministra oświecenia, spowodował wysunięcie przez nią szeregu zarzutów wobec profesora. Komisja powołana przez dziekana, złożona z profesorów Dybka, Szczuckiego i Freyera, zbadała funkcjonowanie kliniki położniczej i zarzuciła Fijałkowskiemu poważne błędy lekarskie. Dybek zarzucał między innymi, że wskutek złego użycia kleszczy w czasie porodu, trzeba było używać wielkiej siły, przy czym „pot się lał, jak przy pracy w stodole”. Fijałkowski energicznie się odwoływał; minister uznał sprawę za tak ważną, że powołał 12-osobową komisję złożoną z najwyższych urzędników edukacyjnych, rektora i 4 lekarzy spoza Uniwersytetu. Ta odkryła, że poprzednie śledztwo profesorskie oparło się na zmanipulowanych zeznaniach świadków, których ze strony profesorów spotkały obelgi, a Dybek groził im nawet chłostą. Gdy minister zwlekał z zamknięciem sprawy, Fijałkowski odwołał się do samego wielkiego księcia Konstantego. Indagowany przez wielkiego księcia namiestnik Zajączek zwolnił od zarzutów Fijałkowskiego, zdymisjonował główną akuszerkę, a Szczuckiemu i Freyerowi (Dybek wcześniej zmarł) udzielił nagany557.

Do młodego pokolenia profesorów należał Andrzej Janikowski. W 1821 r. ukończył medycynę na Uniwersytecie Krakowskim, a następnie przez 3 lata na własny koszt studiował za granicą (najdłużej w Wiedniu i w Paryżu). Kiedy miał potwierdzić na UW dyplom z Krakowa, „przed przystąpieniem do egzaminu, w liście do ojca, wyraził [...] obawę co do powodzenia takowego, a to z powodu szczególnej nienawiści, która panować miała pomiędzy akademiami warszawską i krakowską”558. Wszystko jednak poszło dobrze. Przez rok był lekarzem w Opolu Lubelskim, należącym do Rozalii Rzewuskiej, a w 1826 r. zatrudniono go na Uniwersytecie jako profesora chirurgii. Dziekan Roliński wysoko oceniał jego wykłady559.

Maurycy Woyde, profesor medycyny sądowej i tzw. policji lekarskiej, ukończył w 1813 r. Szkołę Lekarską. Następnie przez 2 lata studiował w Berlinie i w Wiedniu. W 1817 r. został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego560. „Był on [...] pochodzenia niemieckiego i wydawał się z tym, wymawiając niektóre wyrazy polskie niezupełnie prawidłowo. Wykład jednak jego był dobry i jasny”561.

51. Karol Kaczkowski, litografia A.W. Nennela według rysunku J. Haara, ok.1834

W 1830 r. profesorem „medycyny wewnętrznej” został Karol Kaczkowski, wychowanek Liceum Krzemienieckiego i absolwent medycyny na Uniwersytecie Wileńskim. Po uzyskaniu doktoratu w 1821 r. powrócił do Krzemieńca, gdzie zasłynął jako doskonały lekarz. Polecił go na katedrę uniwersytecką, jako swojego ucznia, słynny profesor wileński Józef Frank. Jego sprowadzenie do Warszawy nie było zwykłą nominacją. Kaczkowski, wbrew dotychczasowej praktyce, został od razu profesorem zwyczajnym, otrzymał też wyższe wynagrodzenie. Wydaje się, że widziano w nim przyszłego reformatora wydziału, a na pewno kogoś, kto stworzy nową klinikę. Kaczkowski miał zupełnie wyjątkową pozycję, gdyż był lekarzem Księżny Łowickiej, żony wielkiego księcia Konstantego. Równocześnie pozostawał w świetnych stosunkach z antagonistą wielkiego księcia ministrem skarbu Lubeckim. W swoich wspomnieniach opisuje narady z Lubeckim dotyczące budowy kliniki. O tym, jak bardzo ceniono kompetencje i zdolności organizacyjne Kaczkowskiego, świadczy fakt, że po wybuchu powstania ten przebywający zaledwie od roku w Królestwie i niemający dotychczas żadnych doświadczeń wojskowych profesor został mianowany szefem wojskowej służby zdrowia562.

Nominacji Kaczkowskiego na profesora towarzyszyły duże nadzieje. 17 lutego odbyła się „publiczna instalacja [...] na profesora terapii i kliniki” z udziałem wszystkich profesorów i studentów wydziału. Kaczkowski – pisano w „Gazecie Polskiej” – „przemówił w uczonym języku łacińskim, ale niezaćmionym wyrazami technicznymi, dostatecznie zrozumiałym nawet dla tych, co nie obeznani z nauką lekarską”. Wytykał „przesądy i nadużycia teoretyków, niezasięgających od praktyki dość pomocy i światła”, mówiąc o „potrzebie zbierania jak najwięcej doświadczeń i postrzeżeń przy łóżkach chorych”. Gazeta wspominała o uroczystym pożegnaniu Kaczkowskiego w Krzemieńcu, gdzie „ubodzy tłumami zalegali ulice, którędy miał przejeżdżać i wyprowadzili go aż za obwód miejski. Co za szczęśliwa wróżba dla wydziału medycznego przy tutejszym uniwersytecie i dla ubóstwa w stolicy”563.

Kaczkowskiemu zawdzięczamy obraz Wydziału Lekarskiego tuż przed powstaniem listopadowym i zamknięciem Uniwersytetu. W pamiętnikach opisuje środowisko podzielone na 2 odłamy: z jednej strony dziekan Roliński oraz profesorowie Tomorowicz i Nowicki, z drugiej – Szczucki i Fijałkowski. Zebrania wydziału były miejscem wymiany złośliwości między Rolińskim („przykrego i tetrycznego charakteru”) i Szczuckim („tetryk, chimeryk, a nawet złośliwy”). Spory dotyczyły funkcjonowania wydziału, ale tak naprawdę miały charakter osobisty. Gdy Kaczkowski przedstawił swoje propozycje zreformowania wydziału, spotkał się z obojętnością. Część profesorów popierała go „z osobistej niechęci przeciw dziekanowi, widząc w tym zdarzeniu nowy materiał do podsycenia toczącej się walki”; generalnie jednak nikt nie chciał zmian564.

Natężenie konfliktów personalnych na tym wydziale było wyjątkowo duże, nieporównywalne z tym, co działo się gdzie indziej. O „burzliwych zawsze posiedzeniach ogólnych wydziału lekarskiego” pisał profesor Dybek565. Wydaje się, że po części był to skutek odejścia dość zwartej grupy profesorów Szkoły Lekarskiej i w związku z tym braku autorytetów w rodzaju Bandtkiego. Zapewne pewną rolę odgrywała konkurencja poza Uniwersytetem, gdyż prawie wszyscy profesorowie mieli prywatną praktykę. Wydaje się, że źródłem sporów była też frustracja poziomem nauczania, przekonanie, że wydział nie dorównuje poziomem zagranicznym uczelniom, a także Uniwersytetowi Wileńskiemu, będącemu naturalnym punktem odniesienia.

Kliniki wymieniano w oficjalnych wydawnictwach wśród „zakładów naukowych” przy Uniwersytecie566. Jednak ze względu na ich ścisły związek z dydaktyką napiszę o nich tutaj.

Początkowo klinika mieściła się, tak jak za czasów Szkoły Lekarskiej, w szpitalu św. Rocha przy Krakowskim Przedmieściu. Jednak profesorowie przebywali tu tylko gościnnie. Warunki leczenia były złe. Profesor Dybek wspominał, że z 3 operacji, które tam przeprowadził ze studentami w 1817/18 r., żadna się nie udała, „nad najmniejszą chorobą trwonić wiele musiałem czasu, a ważne przypadki prawie zawsze niepomyślne brały obroty”. W 1818 r. wszystkie kliniki – położniczą, terapeutyczną (czyli chorób wewnętrznych) i chirurgiczną – przeniesiono do siedziby wydziału na ul. Jezuickiej. Rozlokowane były na 3 piętrach, z osobnymi salami dla kobiet i mężczyzn. „Posadzka olejno malowana, by chorych nie wystawiać na wilgoć przy częstym jej wyczyszczaniu; łóżka, stoliki i wszystkie sprzęty drewniane toż samo; stoliki otoczone firanką zieloną rasową, by oko rażone nie zostało widokiem naczyń, które do wygody chorych służą”. Chorzy spali na siennikach (by „chronić się zarazy różnego rodzaju, która w materacach i piernatach tak łatwo ukryć się zdoła”), otrzymywali pościel, bieliznę szpitalną i szlafroki. W klinice chirurgicznej nie było osobnej sali operacyjnej; operacje przeprowadzano na zwykłym łóżku przykrytym ceratą567.

Opis urządzenia kliniki brzmi zwyczajnie, ale trzeba brać pod uwagę znacznie gorsze warunki w innych warszawskich szpitalach, gdzie zwykle po 2 chorych kładziono w 1 łóżku, część pacjentów leżała na korytarzach, a brak segregacji według chorób powodował szpitalne epidemie. Członkowie komisji izby poselskiej, którzy w 1830 r. odwiedzili szpital św. Łazarza, określili go jako „istną jatkę morderstwa”568.

Na zajęcia kliniczne uczęszczali studenci czwartego i piątego roku. Ci ostatni (noszący tytuł asystentów) badali chorych w obecności profesora i kolegów; potem profesor poprawiał i uzupełniał diagnozę. Poranny obchód w obecności ok. 40 studentów trwał od 8.00 do 10.00; wieczorny od 18.00 do 19.00; w tym drugim zwykle nie uczestniczył profesor, obecny był tylko adiunkt kliniki. W przypadku śmierci chorego studenci przeprowadzali pod nadzorem profesora sekcję zwłok. Ponadto studenci czwartego i piątego roku odbywali kolejno dyżury w klinikach, sprawując nadzór nad posługaczami, sprawdzając jakość posiłków, utrzymanie czystości itp.569

Kliniki pełniły funkcję bezpłatnej pomocy lekarskiej dla ubogich, na dodatek pomocy udzielanej przez bardzo fachowych lekarzy. Ale głównym problemem w funkcjonowaniu klinik był dobór chorych, których leczenie miałoby dydaktyczny sens.

Profesor Tomorowicz na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu we wrześniu 1829 r. mówił o 3 sposobach umieszczania chorych w klinice terapeutycznej. Pierwszy to uzyskanie przez profesora informacji o ciekawych przypadkach wśród osób chorujących w domu. Po stwierdzeniu, że chory kwalifikuje się do kliniki, „posyła się natychmiast po niego lektykę instytutową albo taką, w której chory może być przyniesiony leżący, albo też taką, w której wygodnie może siedzieć”. Mimo problemów wynikających z „rozległości miasta”, Tomorowicz uważał ten system za najlepszy, gdyż pozwalający wybrać nieznane jeszcze studentom przypadki chorób; odmowa przyjęcia chorego do kliniki nie pociągała tu „wielkich niedogodności dla chorego i nieprzyjemności dla profesora”. W przeciwieństwie do drugiej metody – wybierania pacjentów spośród chorych przybywających do kliniki. O tym sposobie Tomorowicz powiedział:

ma wprawdzie dobrą swoją stronę w tym, że w czasie egzaminowania publicznego wszystkich przybywających chorych doskonalą się uczniowie w poznawaniu coraz większej liczby przypadków; lecz ma tę niedogodność, że przed każdym żądającym być przyjętym, gdy otrzyma odmówienie, trzeba się usprawiedliwiać z powodów nieprzyjęcia; pomimo tego, każdy jednak taki odwołuje się z początku do ludzkości i litości, a w końcu poczyna złorzeczyć i oddala się, narzekając najniesłuszniej na wyrządzoną mu, jak mniema, niesprawiedliwość. Smutne jest zaiste w takim razie położenie profesora, widząc albowiem nieszczęśliwy i obudzający litość stan osób przywiezionych z odległych części miasta, a czasem i Królestwa, słysząc ich płacze i narzekania, staje się nieraz niezdatnym do przedstawienia korzystnego uczniom innych przypadków.

Trzeci sposób – najgorszy – to skierowanie chorych przez wyższe władze; w takiej sytuacji ma się w klinice pacjentów z powtarzającymi się schorzeniami, często zajmujących łóżka przez pół roku albo dłużej. „Tym sposobem instytucję kliniczną, bardzo łatwo i w krótkim czasie zamienić można na dom, w którym szukają przytułku osoby przez wiek lub niemoc jaką do ostatecznego zbliżone kresu, dla wygodniejszego dokończenia ostatnich chwil życia”570.

Kilkunastu chorych leczono na koszt kliniki w domach. Jak zauważał Tomorowicz, było to bardzo niewygodne dla profesora, ale korzystne dla studentów – „w instytucie albowiem klinicznym widzą uczniowie wszystko jak być powinno, po domach zaś, odwiedzając chorych ubogich, przekonywają się, jak być może”571.

Trochę inaczej było w klinice chirurgicznej. Tu dużą część chorych, niewymagających leżenia, kierowano do polikliniki. Leczono tu miejscowe stany zapalne, ropnie i wrzody, zwichnięcia i złamania górnych kończyn itp. Leczenie odbywało się podobnie jak w klinice, każdego chorego przydzielano studentowi-asystentowi. „Już teraz – pisał Dybek w 1821 r. – nie tylko ubodzy, ale różnego stanu osoby chore w klinice szukają pomocy; w czasie wizyt napełnione bywają korytarze i wschody [schody – M.M.] Instytutu chorymi różnego rodzaju, z miasta i prowincji przybywającymi, tak dalece, że czas na wizyty przeznaczony częstokroć podwoić potrzeba”572.

Problemem kliniki położniczej był fakt, że w żadnym z warszawskich szpitali nie utworzono oddziału położniczego, w związku z czym władze policyjne kierowały ciężarne i rodzące kobiety właśnie do kliniki. Profesor Wahlbourg skarżył się w 1821 r., że przysyłane na poród ciężarne więźniarki uciekają, zabierając ze sobą należące do kliniki bieliznę i ubrania, że „włóczęgi i żebrzące ciężarne z sobą robactwo i wszelkie skutki nędzy i nieochędóstwa w dom wnoszą”, „ciężarne wynędzniałe, przeziębione, bo częstokroć takie, które na ulicy lub w ciemnym, wilgotnym zakącie poczęły rodzić, wchodząc do Instytutu pewną śmierć ze sobą przynoszą”, przez co psują statystyki śmiertelności w klinice573.

Profesor Fijałkowski zauważał w 1829 r., że wzrost liczby ludności Warszawy oraz istnienie dużego garnizonu musiały pociągnąć za sobą wzrost liczby „nieślubnych rodzących” (a takie właśnie rodziły w klinice). Wobec rosnącej liczby pacjentek klinika położnicza była przepełniona; część pacjentek leżała na podłodze; zwracano też uwagę na straszną duchotę. Fijałkowski ostrzegał, że albo „klinika tak się przepełni, jak szpitale warszawskie i podobnej lękać się każe śmiertelności, jak tam”, albo trzeba będzie odmawiać pomocy przybywającym kobietom, a te „pod gołym niebem skonają, zostawiając krzyczące po sobie zgorszenie, że w cywilizowanym kraju coś podobnego stać się mogło”574. Ostatecznie w maju 1830 r. opublikowano w gazetach zarządzenie dziekana Rolińskiego, ograniczające liczbę pacjentek do 12 i zakazujące przyjmowania kobiet później niż 2 tygodnie przed spodziewanym rozwiązaniem oraz tych, które przybywały w nocy575.

Mile uważał, że ze względu na szczupłość lokalu i obecność studentów klinika nie nadawała się do „porodów sekretnych” panien ukrywających ciążę i poród; na brak „stancji do porodów sekretnych” zwracał też uwagę dziekan Dybek. Ale takie porody jednak się odbywały. Wspominał Łukaszewicz: „Wówczas twarz zakrywano bardzo szczelnie, profesor prosi o względy, ale przez ciekawość odbywaliśmy dyżury. Śledztwo akademików było piekielne przy wywożeniu, tak uganiali w nocy, że doszli, w której kamienicy, ale dalej nic”576.

„Klinika – pisał profesor Dybek – nie jest szpitalem dla chorych, ale instytutem naukowym, w którym chorych leczą dla sprawdzenia teorii i uważają ich jako środek do celu naukowego”577. W praktyce jednak kliniki stawały się często właśnie „szpitalem dla chorych”, których kierowano do leczenia na zasadzie polecenia władz wyższych. Nierzadko właśnie tym osobom przyjęcia odmówił uprzednio badający profesor578. O ile kliniki bywały traktowane przez władze policyjne jak zwykłe szpitale, o tyle profesorowie mogli być uznani za zwykłych lekarzy urzędowych. Profesor Fijałkowski był bohaterem charakterystycznej sprawy sądowej. W 1827 r. został wezwany do położnicy w momencie, gdy wychodził z domu na wykład. Ponieważ odmówił, miał proces jako „urzędnik zdrowia od rządu postanowiony, odmawiający bez ważnej przyczyny chorych leczenia” (art. 343 kodeksu karnego); został skazany na grzywnę. Władze uniwersyteckie interweniowały w KRWRiOP, wskazując, że podobna sytuacja może spotkać każdego wykładowcę Wydziału Lekarskiego; domagały się, aby wyraźniej oddzielić obowiązki profesora medycyny od tych urzędnika zdrowia. Kwestia trafiła do Rady Administracyjnej Królestwa; sprawa sądowa Fijałkowskiego została umorzona, wydano też przepisy zakazujące profesorom udawania się do chorych, jeśli miałyby na tym cierpieć obowiązki uniwersyteckie579.

„Profesor kliniczny nie powinien oglądać się na stosunek śmiertelności, owszem, zdaniem moim, nie zawsze tę za najlepszą uważać trzeba szkołę, która się szczyci żadną, albo zbyt małą śmiertelnością” – mówił Tomorowicz580. W roku 1825/1826 w klinice terapeutycznej zmarło 4 pacjentów – na gruźlicę i raka. „Dwóch z nich – pisał w sprawozdaniu rektor – przyjęto umyślnie tuż przed zgonem przewidzianym, dla okazania po śmierci zmian zaszłych w organach chorobą dotkniętych”581. Ale przyjmowanie chorych ze schorzeniami „naigrawającymi się z dotychczasowych wszystkich wiadomości sztuki lekarskiej”, po to, by później przeprowadzić sekcję zwłok, wzbudzało kontrowersje wśród profesury wydziału582.

W latach 1823–1826, jak wyliczył kierujący kliniką położniczą profesor Fijałkowski, w klinice rodziło się martwe lub umierało po porodzie 1 na 8 dzieci; z kobiet umierała 1 na 78. Zauważał jednak, że podobna była śmiertelność w znanym instytucie położniczym w Berlinie. Znaczna liczba martwych urodzeń wynikała, jego zdaniem, z tego, że

kobiety do instytutu przybywające, z klasy najniższej, zwykle sługi lub inne ubogie wyrobnice, do ostatniej chwili ciąży częstokroć ciężko pracują, szczególniej też w zimie pod górę wodę z Wisły nosząc lub w Starym Mieście na wysokie piętra po bardzo przykrych i ciemnych wschodach [schodach – M.M.] wnosząc rozmaite ciężary, łatwo upadają583.

Na statystyki śmiertelności duży wpływ miał fakt, że przywożono do kliniki kobiety, „u których na mieście wyczerpano już środki ratunku nadaremnie”, często ofiary niefachowych akuszerek584.

O ile problem śmiertelności dzieci w klinice położniczej był publicznie omawiany i rozważany, o tyle raczej niechętne wspominano, co się działo z narodzonymi tam dziećmi. Tylko Mile otwarcie powiedział na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu, że prawie wszystkie trafiały do domu podrzutków w szpitalu Dzieciątka Jezus – albo wprost z kliniki, albo oddawane przez matki, gdy te zostały zatrudnione jako mamki. „Nader rzadkie były przykłady, aby matki mogły lub chciały, gdy mogły, dzieci swoje same wychowywać albo na wychowanie oddawać do familii tym się trudniących”585. Trzeba tu dopowiedzieć, o czym słuchacze Milego doskonale wiedzieli, że większość dzieci w szpitalu Dzieciątka Jezus umierała, w tym praktycznie wszystkie, których nie zdołano umieścić na wykarmienie przez mamki w podwarszawskich wsiach586.

Śmiertelność w klinikach była problemem ze względu na obiegowe opinie, że profesor kierujący kliniką terapeutyczną „przez śmierć współobywateli robi doświadczenia”, w klinice chirurgicznej „młodzież lekarska pierwsze na chorych robi próby” i „każdego chorego bezwzględnie krają”, a w klinice położniczej kobiety „ofiarują siebie doświadczeniom naukowym, utratą zdrowia i życia często grożącym”587. Z tego powodu Uniwersytet stawił zdecydowany opór, gdy kurator Oebschelwitz zażądał w 1826 r., aby każdy chory przyjmowany do kliniki wyspowiadał się. Pacjenci, argumentowały władze uniwersyteckie, rozumieliby to jako przygotowanie na śmierć i potwierdzenie ponurych opinii na temat tych placówek588.

Klinika położnicza powstała z dawnej szkoły akuszerek założonej już w 1801 przez rząd pruski. Po przyłączeniu szkoły do uniwersytetu jej przełożonym był kierownik kliniki. 12 stypendystek z prowincji otrzymywało bezpłatne mieszkanie i wyżywienie; oprócz tego duża grupa uczennic pochodziła z Warszawy. Przyjmowano kobiety w wieku 20–36 lat; starano się, by w gronie uczennic reprezentowane były proporcjonalnie wszystkie wyznania. W miarę powiększania się liczby absolwentek szkoły zaostrzano wymagania dla kandydatek – od 1818 r. wymagano umiejętności czytania i wydłużono naukę z 4 miesięcy do roku; w połowie lat 20. obniżono górną granicę wieku na 30 lat589. Uczennice tej szkoły przybywające z głębokiej prowincji do wielkiego miasta trudno było utrzymać w ryzach; powtarzają się wzmianki o ich relegowaniu „za nieobyczajne i niemoralne zachowanie się”590.

W 1826 r. każda z uczennic przystępujących do egzaminu końcowego widziała kilkadziesiąt porodów, a samodzielnie odebrała 18591. Od 1819 do 1831 szkołę ukończyły 492 akuszerki592. Wychodziły ze szkoły z dyplomami uprawniającymi do wykonywania zawodu; otrzymywały też przepisy, których przestrzeganie zaprzysięgały. Wśród różnych pouczeń było i takie: „Podczas chrztu dziecka akuszerka zważać będzie, aby toż od zimnej wody nie ucierpiało, tudzież aby zwyczajne po tym obrzędzie biesiady, nie stały się dla położnicy szkodliwymi, na koniec, aby akuszerka sama potrzebną przytomność i trzeźwość zachowała”593.

W 1823 r. kurator generalny Dawid Oebschelwitz zwiedził 2 budynki zajmowane przez Wydział Lekarski na ul. Jezuickiej. Wyszedł z nich przerażony. W dawnym gmachu klasztornym – pisał – znajdują się tylko małe cele, brak jest obszerniejszych pomieszczeń.

I w tej norze znajduje się kilkadziesiąt osób chorych w klinice, kilkanaście uczennic położniczych w smrodliwej izbie dolnej zamkniętych; kilkadziesiąt osób zdrowych tamże przebywających, częścią są to uczniowie medycyny, częścią służba i dozorcy. Mało tego: skład trupów bez ustanku dostarczanych do prosektorium, które jest tak niezręcznie wybrane, że chorzy w klinice znajdujący się na ten przykry widok są wystawieni z okien swoich. [...] W tymże gmachu ulokowane laboratorium anatomiczne, w którym przez gotowanie trupów powstają straszliwe wyziewy – niezbędne to jednakże do przygotowania preparatów. [...] Smród i zaduch po wszystkich prawie izbach rozciągający się, szczególniej zaś w sali preparatów anatomicznych skoncentrowany; oprócz szkodliwych następstw dla zdrowia, ale i instrumenta chirurgiczne bardzo kosztowne, znajdujące się w takiej atmosferze i preparata materii lekarskiej i farmacji łatwo mogą ulec zepsuciu i zniszczeniu; wszystkie te przedmioty mieszczą się w jednym pokoju z preparatami anatomicznymi.

Kurator zwracał też uwagę na problemy z dydaktyką. Sale dla chorych były zbyt małe, by w czasie zajęć klinicznych mieściła się tam większa grupa studentów; brakowało też audytoriów. Część zajęć odbywała się w budynkach na Krakowskim Przedmieściu i studenci tracili wiele czasu na przemieszczanie się między Starym Miastem a głównym terenem Uniwersytetu. Oebschelwitz postulował jak najszybsze wystawienie nowego gmachu dla wydziału w pobliżu innych budynków uniwersyteckich594.

Dziekan Dybek uważał, że te oceny były przesadne; klinika „zdrowe bardzo ma powietrze”, a „czystość [...] w klinice jest wzorową i posłużyła już kilku szpitalom publicznym do naśladowania”, ale zgadzał się, że jest za mało miejsca. Wydział próbował wykorzystać wizytę Oebschelwitza dla uzyskania nowej siedziby, nic jednak z tego nie wyszło. Kwestia zbudowania nowego gmachu dla Wydziału Lekarskiego podjęta została dopiero w 1827 r., kiedy powołano komisję składającą się z urzędników KRWRiOP oraz kilku profesorów wydziału. Projektowano osobne gmachy dla nauk teoretycznych i dla klinik. Budynek przeznaczony na wykłady teoretyczne oraz zajęcia z anatomii, farmacji i chemii miał być zbudowany poniżej Pałacu Kazimierzowskiego, na miejscu, gdzie początkowo znajdował się Ogród Botaniczny. Kliniki miały być ulokowane przy dużym publicznym szpitalu, aby zapewnić przepływ pacjentów między szpitalem i kliniką i umożliwić studentom obserwację większej liczby przypadków. Rzecz była na dobrej drodze; przed powstaniem listopadowym i zamknięciem Uniwersytetu nie podjęto jednak budowy595.

Wydział Nauk i Sztuk Pięknych

Oddział Nauk Pięknych

Oddział Nauk Pięknych miał niezbyt wielu studentów (głównie „kandydatów do stanu nauczycielskiego”). Jego profesorowie prowadzili jednak kilka wykładów, na które uczęszczała większość studentów Uniwersytetu.

52. Portret Ludwika Osińskiego, obraz A. Brodowskiego, ok.1820

W 1818 r. profesorem literatury polskiej (a w następnych latach literatury porównawczej) został Ludwik Osiński. Znany był jako autor patriotycznych ód z czasów Księstwa Warszawskiego i znakomitych przekładów literatury francuskiej. Bardzo wysoko ceniony przez elity Królestwa, w tym i ministra Potockiego, uzyskał wyjątkowe warunki – pełne wynagrodzenie w zamian za godzinę wykładu i godzinę praktycznych ćwiczeń stylu w tygodniu (normalnie profesorowie mieli 6 godzin). Miało mu to pozwolić na łączenie profesury z funkcją dyrektora Teatru Narodowego596.

Wykład Osińskiego nie miał charakteru historycznego – dotyczył nie tyle literatury kolejnych epok, ile gatunków literackich. Profesor omawiał arcydzieła literatury (odczytując obszerne ich fragmenty), traktowane jako ponadczasowe wzory dla piszących. Przedstawiał strukturę dzieła, powiązanie jego części, „podobieństwo do prawdy” (czyli prawdopodobieństwo wydarzeń i reakcji psychologicznych), korzystanie z antycznych wzorów597. Zarówno sposób oceny dzieł literackich, jak i sam dobór tych dzieł zgodne były z doktryną literacką klasycyzmu. W sporze między klasykami i romantykami Osiński był chyba najbardziej wyrazistym przedstawicielem tych pierwszych. W miarę narastania tego sporu jego wykład stawał się swego rodzaju publicznym wyznaniem wiary. Osoby, które przez wiele lat przysłuchiwały się tym prelekcjom, dostrzegały jednak powolne zmiany w ich treści, np. docenienie dzieł Szekspira czy Schillera oraz uznanie autorytetu Schlegla jako krytyka literatury598.

Tym, co odróżniało wykład Osińskiego od całej pozostałej dydaktyki uniwersyteckiej, była obecność bardzo licznej publiczności „z miasta”. W 1827 r. Lipiński zanotował: „Prelekcje Osińskiego literatury polskiej porównawczej są nader uczęszczane, tak że obszerna sala objąć słuchaczów wszelkiego wieku i stanu nie może. Ujrzysz tam damy, wojskowych różnego stopnia, uczonych, między nimi Niemcewicz, Koźmian, Morawski itd.”599. Na długo przed przyjściem wykładowcy zajmowano wszystkie miejsca w wielkiej sali uniwersyteckiej.

Kiedy wchodził Osiński w togę przybrany, wszyscy powstawali; było to nieme powitanie ulubieńca. Kiedy zasiadł katedrę, zalegała cisza głęboka wpośród wielkiej sali, bo nikt nie chciał jednego słowa utracić. Osiński kładł tabakierkę złotą przy sobie, z której od czasu do czasu zażywał, rozwijał rękopism i zaczynał czytać600.

Wójcicki wspominał, że wśród studentów Uniwersytetu tylko kilku podzielało poglądy literackie Osińskiego601. Na jego prelekcje przychodziło jednak wielu młodych romantyków602. Wszyscy bowiem zgadzali się co do jednego – fenomenalnego talentu recytatorskiego Osińskiego.

Ten głos to był najdoskonalszy instrument, którym on jak najdoskonalszy artysta władał. Umiał on nim grzmieć, umiał słodkie i czułe wyprowadzać tony, skrzypce Paganiniego były w jego głosie. [...] Gdy czytał wśród uniesienia zapału, zachowywał spokojność postawy, co powiększało jeszcze wrażenie słuchaczy

– pisał Andrzej Edward Koźmian603. „Umiał często sąd błahy, myśl pozorną przesunąć zgrabnie niby świetny meteor” – oceniał Wójcicki. – „I każdy z zadowoleniem opuszczał świątynię nauk, bo profesor umiał obrachować na efekt każdy rozdział prelekcji, a na zakończenia dobierał ustęp wydatny czy silnym obrazem, czy uczuciem, czy wreszcie dowcipem”604.

Rozpoczęcie wykładów Osińskiego ogłaszane bywało osobno w gazetach605. Na wpół teatralny charakter tych prelekcji powodował, że słuchacze przychodzili po kilka razy na te same wykłady. Kiedy rozchodziła się wieść – wspominał Wójcicki – że Osiński będzie czytał opis polowania na jelenia z poematu Delilla, „ścisk był zawsze większy niż w inne soboty. Liczne karety, pojazdy i dorożki zapełniały obszerny dziedziniec Uniwersytetu”606. Wykłady były na tyle publicznym wydarzeniem, że niekiedy polemizowano w gazecie z tym, co mówił Osiński na wykładzie607.

Jednak nie wszyscy ulegali tej magii. Przebywający w Warszawie filomata Jan Czeczot pisał:

Osądziłbym go zdatniejszym na lektora niż profesora. Błyszczy znikomą swoją, przed wieki wypracowaną sławą, umie bawić kompanią, bawić kobity, a zatem jest największy z autorów, najlepszy z profesorów, a jednym słowem, jest tylko najlepszym dwornisiem. Tacy tu ludzie najwięcej mają ceny. I postaw dziesięciu Lelewelów, to pewnie za jednego Osińskiego nie wezmą608.

Ciekawe, że podobną ocenę formułował rektor Szweykowski, który wyłączał wykład Osińskiego z normalnej dydaktyki uniwersyteckiej. „Prelekcje jego – raportował w 1823 r. – więcej sławy niż pożytku przynoszą jako nadto publiczne, z których ani egzaminuje, ani zdaje raportu. Jako o należącym do wyjątku więcej nie daję zdania”609.

Andrzej Edward Koźmian po latach uważał, że wykłady Osińskiego dawały „miłą rozrywkę, a mało nauki”. Znając dobrze profesora, który był przyjacielem jego ojca, powód małej wartości jego wykładów widział w „nieprzezwyciężonym zamiłowaniu próżnowania”. Wykłady Osińskiego – wspominał – były improwizowane; często odwoływał je, nie mając nic przygotowanego. Poza tym, profesor znając dobrze literaturę francuską i trochę włoską, nie miał większego pojęcia o literaturze innych krajów, przede wszystkim angielskiej i niemieckiej610. Może mieli jednak rację ówcześni studenci Dmochowski i Wójcicki, że wykład budził u słuchaczy zainteresowanie literaturą. Przez 12 lat, z niezmiennym udziałem tłumnej publiczności, odbywały się na Uniwersytecie „rozbiory” arcydzieł literackich. Dla osób dojrzałych, których kultura literacka pochodziła z przypadkowych lektur, czy dla mało kulturalnie wyrobionych studentów, musiały te prelekcje mieć wartość poznawczą, nawet jeśli główną atrakcją była deklamacja profesora611.

Drugą godzinę zajęć Osiński poświęcał na praktyczne ćwiczenia stylu. Studenci przedstawiali napisane przez siebie teksty, częściowo tłumaczenia z języków obcych. Były one omawiane przez Osińskiego na zajęciach. „szczególniej zwracał uwagę na czystość języka, na unikanie cudzoziemskich zwrotów, na składnię z duchem języka polskiego niezgodną”612.

Drugim profesorem literatury na Uniwersytecie był Kazimierz Brodziński.

W późniejszych pamiętnikach, pisząc o nauczaniu literatury na Uniwersytecie, prawie zawsze przeciwstawiano Osińskiego i Brodzińskiego613. „Szumny Osiński i serdeczny Brodziński” – wspominał Aleksander Jełowicki, dobrze oddając stereotypowe wizerunki obu profesorów614. Ale świadomość, że są to wykłady w jakiś sposób konkurencyjne, pojawiła się bardzo szybko. Tymoteusz Lipiński pisał o Osińskim w 1827 r.: „Rywalizuje z nim Brodziński, wykładający także literaturę ojczystą, lecz zaledwo ma połowę tyle słuchaczów. Pierwszy z nich klasyk, drugi zagorzały romantyk”615. Nie chodziło tu zresztą tylko o treść wykładów, ale i o bardzo różny sposób wykładania.

53. Kazimierz Brodziński, staloryt A. Kraussego według rysunku A. Ślendzińskiego

Brodziński został wykładowcą Uniwersytetu w 1822 r., z obowiązkiem prowadzenia kursu historii literatury polskiej przez 3 godziny tygodniowo i ćwiczeń w stylu polskim przez 1 godzinę616.

Wójcicki wspominał:

Twarz drobna miała szczególny wyraz rzewności i dobroci, a jego tęskne spojrzenie ujmowało od razu. Głos miał cichy i słaby; na prelekcjach w Uniwersytecie ściskali się uczniowie jak najbliżej katedry, aby słowa nie utracić z tego, co mówił. [...] Długie czytanie widocznie go męczyło, bo czytał z uczuciem i z zapałem w miejscach więcej wydatnych. W tej pełnej prostoty, a cichej wieszcza postaci i ruchy jego były powolne a niewydatne. W najwyższym zapale, kiedy promieniły ogniem życia jego oczy, gdy słaby rumieniec wybijał na drobne oblicze, wznosił tylko rękę prawą do góry i potrząsał nią silnie617.

Profesor stronił od wielkiego świata. „Zwykłe i ulubione jego towarzystwo składali profesorowie koledzy, u których skromne kolejne wieczorki, obok swobodnych pogadanek, urozmaicały: dla młodszych gry towarzyskie, dla starszych boston lub wist szelągowy”618.

Ale ten przygarbiony, cicho mówiący i łatwo rozczulający się wykładowca był jednym z niewielu profesorów mających za sobą wojskową przeszłość. Do wojska Księstwa Warszawskiego wstąpił w 1809 r.; służył w artylerii. Odbył kampanię rosyjską 1812 r., w czasie której awansował na porucznika. Zaufanym przyjaciołom opowiadał jak „poległego w bitwie pod Berezyną brata swego starszego Andrzeja do dołu śnieżnego chował”, „jakież nim uczucia miotały, gdy [...] ujrzał przed płonącym pałacem Roztopczyna na polu tablicę przybitą, na której w czterech językach był napis, że właściciel własną ręką ogień podłożył, przekładając zniszczenie nad zagarnięcie przez wroga”, „jak mu smakowała kasza pod Możajskiem, gdzie po kilkudniowym głodzie, jak się dorwali łojowej świecy, to ją sobie od jednego do drugiego kotła choć po trochu zatapiali dla okrasy”. Brodziński brał następnie udział w kampanii 1815 r.; został ranny pod Lipskiem i dostał się do niewoli619.

„Cichy, spokojny, czuły, żołnierz i poeta” – pisał o nim dawny student620. W postrzeganiu Brodzińskiego przez młodzież „czułość serca” i żołnierska przeszłość jakby się dopełniały, nadając wagę i wiarygodność gorącemu patriotyzmowi profesora.

Brodziński wykładał historię literatury w szerokim, typowym dla epoki rozumieniu. Poza literaturą piękną obejmowała ona także dzieła historyków, pisarzy politycznych, filozofów oraz uczonych, a także dzieje języka. Piśmiennictwo omawiane było na wykładzie na szerszym tle: mecenatu kulturalnego, stanu szkolnictwa, drukarstwa i bibliotek. Brodziński mówił we wstępie: „Pragnę przebyć i rozpoznać stan oświaty w narodzie naszym przez dziesięć blisko wieków, abyśmy widzieli jak postępowała, na jakim stopniu stanęła i co o niej nadal wróżyć i spodziewać się można”621. Dawniejszą literaturę traktował jako odbicie dziejów kraju i świadectwo ducha obywatelskiego:

Na koniec, najzbawienniejszą cechą dawnej polskiej literatury jest, że dzielnie na swoją współczesność wpływała, że uczeni nasi byli więcej czynnymi obywatelami, chrześcijanami, jak pisarzami, że stąd do historii literatury przywiązane są chlubne narodowe pamiątki. [...] U nas w XVI wieku nie można pism od czynności odłączyć, jedne z drugich wypływały i wzajem działały na siebie”622.

Badanie „pism” i „czynności” miało za ostateczny cel poznanie ducha narodu w jego historycznych przemianach. Wyłaniał się tu obraz Polaków przede wszystkim jako rolników, ludzi wsi i idące za tym przekonanie, że sielanka jest gatunkiem literackim najbliższym polskiemu charakterowi narodowemu. Przy piśmiennictwie czasów stanisławowskich i późniejszych profesor ograniczał się już raczej do wartości ściśle literackich. Chronologicznie wykład doprowadzony był do współczesności; Brodziński omawiał np. komedie Fredry czy Zamek kaniowski Goszczyńskiego. Nie stronił od wyrazistych ocen, o barokowym poecie Samuelu Twardowskim pisał: „Cała poezja jego jest to bogata szata, częścią drogimi kamieniami błyszcząca, częścią brzydkim kałem upstrzona”623.

To, co prezentował z katedry Brodziński, było inne zarówno od różnych bibliograficznych zestawień, jak i wykładów Osińskiego przynoszących co najwyżej rozbiór krytyczny poszczególnych dzieł. Była to pierwsza historia całej literatury polskiej. Brodziński ostrzegał zresztą studentów, że ten pionierski charakter odbije się na atrakcyjności wykładu:

Nie będzie on jednak ciekawym, zajmującym. Cały ciąg dziejów narodowej oświaty jest to mozolna droga, którą w wielu miejscach dopiero torować potrzeba, pójdzie ona czasem przez miłe i wdzięczne okolice, często przedzierać się trzeba przez zawały, przez nieuprawne i ogołocone miejsca, a częściej jeszcze z trudnościami walczyć. Cel chyba, do którego z wami, panowie moi, chcę dążyć, może tę podróż uprzyjemnić. Celem tym będzie wymiar sprawiedliwości przodkom i dochowanie tego, co nam po nich w spuściźnie zostało624.

Jeśli Lipiński pisał o Brodzińskim jako „zagorzałym romantyku”, to może dlatego, że właśnie Brodziński swoim znanym artykułem O klasyczności i romantyczności tudzież o duchu poezji polskiej z 1818 r. rozpoczął spór o nowy prąd literacki. Brodziński był entuzjastą pewnych postulatów romantycznych: sięgania do kultury ludowej, zainteresowania średniowieczem, historyzmu w podejściu do literatury. Swoich czytelników i studentów zaznajamiał z niemieckim romantyzmem, nawet jeśli nie w pełni go aprobował. Sam jednak pozostał na gruncie oświeceniowego sentymentalizmu. Stopniowo rozchodziły się drogi Brodzińskiego i młodych romantyków. Profesor polemizował z Maurycym Mochnackim, czołowym publicystą tego środowiska. Z ostrą krytyką w prasie spotkały się rozprawy opublikowane w 1830 r. w Pismach rozmaitych Brodzińskiego, gdzie profesor m.in. ostro oceniał twórczość Byrona625.

Brodziński prowadził też wykład o „stylu polskim”. Funkcjonowanie tego przedmiotu na Uniwersytecie to odbicie szerszego zjawiska – na różnych szczeblach edukacji tradycyjną retorykę zastępowano sztuką pisania. Podobnie miały się rzeczy w Wilnie, gdzie zwolennikiem takiej zmiany był Jan Śniadecki. Ukazywały się podręczniki „stylu polskiego” bądź też mające tradycyjnie w tytule retorykę, ale faktycznie poświęcone sztuce pisania626. Podobny przedmiot wykładał zresztą Brodziński, zanim został profesorem Uniwersytetu – w szkole pijarów na Żoliborzu i w seminarium duchownym tego zgromadzenia627. W 1823 r. profesor wystąpił z inicjatywą rozszerzenia obowiązku uczęszczania na ten przedmiot na studentów spoza wydziału. Argumentował:

Uczniowie do Uniwersytetu przybywający tak mało po większej części są usposobieni nie tylko w języku polskim, ale i w porządnym wykładaniu swoich myśli, iż dziwić się nie potrzeba, iż nie chcą oddawać ćwiczeń pod sąd profesora. Z rozpraw tych nawet, które się o medale ubiegają, poznać można, jak mało nauka języka i stylu bywa cenioną [...], a w uczniach nie poświęcających się literaturze utwierdza się zarozumiałość, że styl nie jest rzeczą konieczną dla dobrego matematyka lub prawnika628.

Brodziński podzielił wykład na 2 części. Pierwsza dotyczyła „zalet i wad” stylu. Omówione tu zostały takie kwestie, jak np. jasność, zwięzłość, naturalność, żywość stylu czy też jego właściwość, czyli dostosowanie do odbiorcy i celu tekstu. Druga część traktowała o rodzajach stylu: prostym, poufałym, dydaktycznym, urzędowym, patetycznym itd.629

Wśród słuchaczy większość stanowili prawnicy i pewnie dlatego Brodziński sporo mówił o stylu urzędowym. Najmocniej krytykował styl sądowy:

rzeczą jest pewną, że prawników najmniej piękność stylu obchodzi, ale pewna i to, że zły styl prawniczy nie wypływa z natury przedmiotu, ale z uprzedzenia, nieumiejętności i niedbalstwa. Przy licznych makaronizmach, mówię tylko o tych, bez których obejść się można, styl prawników celuje rozwlekłością, bo w nim dla lepszego zrozumienia rzeczy nagromadzają mnóstwo jednoznaczących wyrazów630.

Zajmował się też Brodziński stylem prac naukowych. Tu ostrzegał przed monotonią. „Pisarz w rzeczy naukowej powinien używać figur zapytania, rozmowy, powątpiewania itp. – to suchej rzeczy nie tylko rozmaitości, ale i żywości dodaje. W ogólności najlepszą cechą naukowego stylu jest, kiedy przybiera ton poufałej rozmowy”. Prace takie powinny też być żywo napisane. „Jan Śniadecki we wszystkich pismach swoich rozumuje głęboko i surowo, przecież styl jego zawiera jakowąś energię, a światło, które rozlewa, jest razem ogniem, który zajmuje”631.

Z wykładu dotyczącego wymowy zachował się jedynie fragment o „wymowie naradnej”. Chodziło tu zarówno o mowy parlamentarne, jak i o narady rządowe, wojskowe czy sądowe. Brodziński odżegnywał się od tradycyjnej retoryki:

Tu nie idzie już o ułożenie całkowitej oratorskiej mowy, ale o dążenie najprostszą drogą do celu. [...] W tym rozumieniu wymowa naradna najmniej dziś polega na przepisach retoryki, lecz najprzód [...] na charakterze mówcy, po wtóre na znajomości ludzi, z którymi ma do czynienia, po trzecie na przenikliwości i znaniu rzeczy, o której ma mówić.

Chodziło raczej o zabieranie głosu w dyskusji, niż oratorstwo. W takiej dyskusji „lepiej więc przystoi [...] pewne zaniedbanie, pewne zaprzenie się siebie samego, lepiej unikać opinii dobrego mówcy, ale mieć tylko szczerze mówiącego i szlachetnie myślącego obywatela”. Fatalne wrażenie na obradujących zrobi natomiast

ów ton deklamacyjny, raczej uczący, radzący, raczej łający, niż ostrzegający. Owe jakieś uroczyste napuszenie się do mowy, owe oczy rzucane na wszystkich, jakby szukające tych, którzy się talentowi dziwić powinni, owe zadowolenie z siebie samego, malujące się na twarzy, myśli dowcipniejsze z szczególnym przyciskiem wyrzeczone632.

Zajęcia ze stylu polskiego były bardzo czasochłonne. Rada Uniwersytetu w 1827 r. pisała, że Brodziński:

naznacza uczniom ćwiczenia praktyczne, takowe musi w domu czytać, rozbierać i później swe uwagi robić. To także niemałego potrzebuje czasu i niełatwo da się uskutecznić, zwłaszcza, gdy nauka stylu obowiązuje uczniów wydziału nauk pięknych oraz uczniów prawa i administracji i wydziału filozoficznego i gdy ci z różnym przychodzą usposobieniem633.

54. Feliks Bentkowski

Profesorem historii był Feliks Bentkowski. Gdy rozpoczynał działalność na Uniwersytecie, miał blisko 40 lat. Wykształcony na uniwersytecie w Halle, przez 14 lat pracował jako nauczyciel w Liceum Warszawskim634.

Choć Bentkowski wykładał historię powszechną, jego głównym tytułem do naukowej chwały była dwutomowa Historia literatury polskiej, wydana w 1814 r. Była to zresztą, wbrew tytułowi, raczej bibliografia, dopełniona uwagami o dziełach i życiorysami autorów. Odegrała jednak wielką rolę, budząc zainteresowanie dawnymi polskimi drukami, inspirując powstawanie prywatnych zbiorów oraz publikowanie uzupełnień. Współcześni uważali, że ten ruch kolekcjonerski uratował od zniszczenia wiele unikalnych książek i broszur. W szlacheckich dworach „odebrano dzieciom foliały z drzeworytami, którymi się bawiły, mażąc palcami albo drąc karty; przestano ich używać dla dobroci papieru pod masło, na papiloty lub do obwijania wędliny”635.

Tak wspominał Bentkowskiego Wójcicki:

Dobrego wzrostu, atletycznej budowy, miał głos silny, donośny, a surowe oblicze. Studenci bali się go, ale nie kochali, jak Skrodzkiego i Brodzińskiego, dla jego szorstkiego obejścia, lubo cenili jego wykłady i naukę. Na lekcji, wyrwawszy młodego fuksa, bo tak nazywano pierwszoletnich uczniów, przybyłych ze szkół wojewódzkich, zapytał swoim tubalnym głosem:

– A proszę mi powiedzieć, czy rewolucja francuska była po narodzeniu, czy przed narodzeniem Chrystusa?

Student, niedawno z prowincji przybyły, zmieszany wywołaniem swoim, dosłyszawszy tylko ostatnie słowa profesora, odrzekł drżącym głosem:

– Przed narodzeniem Chrystusa!

Ogólny śmiech zabrzmiał w całej sali. Bentkowski spojrzał z ukosa na fuksa, czy czasem nie ma drwiącej miny, ale ten, bezprzytomny prawie, osunął się na ławkę. Szmer nieprzychylny dla profesora poszedł następnie i tego rodzaju zapytania nie dawały Bentkowskiemu miru w gronie młodzieży636.

Wykład historii powszechnej trwał rok (6 godzin w tygodniu) i obejmował nie tylko „historię rodu ludzkiego” od początków do współczesności, ale i „encyklopedię historyczną”, co oznaczało przede wszystkim nauki pomocnicze historii. Nie będąc w stanie zmieścić całego materiału w jednym roku, Bentkowski w kolejnych latach obszerniej omawiał jedną epokę (starożytność, średniowiecze, epoka nowożytna); tak więc dopiero trzykrotne wysłuchanie wykładu pozwalało w pełni z niego skorzystać. Audytorium było bardzo liczne, gdyż na wykład musieli obowiązkowo uczęszczać również studenci Wydziału Prawa i Administracji oraz Wydziału Filozoficznego637.

Bentkowski był oportunistą i gładko dostosowywał się do politycznych koniunktur. W 1818 r. na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu wygłosił wykład Co jest oświata i jaki naród oświeconym nazwać można? Odnosząc się do prób rehabilitacji „wieków ciemnych”, mówił, że istnieli wówczas myśliciele, „na których badania smak teraźniejszy ze słuszną spogląda pogardą, a nad którymi przecież ludzie w spekulacjach obeznani zdumiewają się i dziwią”. Tomasz z Akwinu, Jan Duns Szkot i inni średniowieczni uczeni to „potwory erudycji i szperań najzawilszych”. Ale te bezpłodne spekulacje umysłowe („uczone barbarzyństwo”) miały miejsce w świecie pogrążonym w „grubej ciemnocie”:

Po wszystkich stronach palą się stosy na błądzących; wszędy spory państw i zajścia prywatne rozstrzygają się przez pojedynki i tak nazwane sądy boskie [...]; po gościńcach nie ma bezpieczeństwa; nigdzie nie widać urządzeń przeciwko morowym zarazom i klęskom cały kraj dotykającym; każde nadzwyczajne w przyrodzeniu zjawienie, każda kometa, każde światło północne zapowiada przestraszonej i zabobonnej zgrai koniec świata albo przynajmniej zagładę królestwa jakowego638.

To obraz w stylu Stanisława Kostki Potockiego i jego Podróży do Ciemnogrodu.

W latach 20. Bentkowski dostosował się do nowego, konserwatywnego kursu w edukacji. Przedstawiony KRWRiOP przez niego w 1823 r. program wykładów zdumiewa natrętnym moralizatorstwem w duchu Szaniawskiego. Profesor deklarował np., że będzie nauczał, iż „pospólstwo we wszystkich narodach i wiekach jest zawsze pospólstwem to jest masą gminu, nie powodującego się rozumem, ale zmysłowością i namiętnościami, a zatem kierowaną zazwyczaj przez śmiałków zbrodniczych lub nierozważnych”. Wynikać stąd miał wniosek, „iż niektóre nauki dla niższych klas ludzi są niepotrzebne, a nawet mogą być szkodliwe”. Przy omawianiu historii starożytnej Grecji profesor miał ukazać „stopniowe usuwanie władzy monarchicznej, przejście do republikanizmu, a na koniec do rozpasanej demokracji, pociągających za sobą i niedolę pojedynczych, i upadek państw całkowitych”. Zauważał:

Przy uwagach nad stanem nauk u Babilończyków wyborną podaje sposobność zdanie Diodora Sycylijskiego o Chaldejczykach (wymagających od uczniów wiernego trzymania się zdań nauczycielskich i upatrującego słusznie w tej zasadzie zaród spokojności towarzyskiej) do naprowadzenia młodzieży, aby mniej skora była w sądzeniu o rzeczach sferę ich wiadomości i doświadczenia przechodzących. Z tego powodu wystawi się tym większe obłąkanie tych, którzy w zarozumiałości swojej i religię objawioną na wierze samej polegającą, pod rozbiór rozumowy podciągają i jakie stąd szkodliwe dla społeczności towarzyskiej wynikają skutki.

Taką „wyborną sposobność” do naprowadzania młodzieży na właściwą drogę widział Bentkowski przy każdej epoce i każdej omawianej cywilizacji639.

Czy wykład Bentkowskiego rzeczywiście tak wyglądał? Autor dziejów Uniwersytetu, Józef Bieliński, przypuszczał, że było to raczej „mydlenie oczów owej policji uniwersyteckiej, nic więcej”640. Zachowane dokładne notatki jednego ze studentów zdają się wskazywać, że Bentkowski nie realizował swoich deklaracji i wykładana przez niego historia powszechna zachowała zasadniczo dawny, oświeceniowy charakter641. A jednak studentów te wykłady raziły. Pisał Jan Nepomucen Janowski:

W pierwszych latach uniwersytetu rozpoczynał kurs historii powszechnej podobnie jak Owidiusz swoje Metamorfozy, mówiąc o ciemnej nocy i chaosie, z których się świat jakoś sam wyłonił, za ministerstwa Stanisława Grabowskiego, rozpoczynając ten sam kurs, wykładał stworzenie świata i pierwszych na nim ludzi podług Księgi Rodzaju i cytował z niej teksty642.

W czasie powstania „Gazeta Polska” przypominała: „Wiadomo już, w jakim duchu historia powszechna w tym najwyższym instytucie była wykładaną, nie mógł profesor Bentkowski godnego znaleźć porównania dla Suwarowa, jak w Hannibalu”643.

Bentkowski prowadził też „ćwiczenia historyczne” (i godzina tygodniowo). Jak pisał w 1823 r., poza studentami wydziału uczęszczało na nie kilkunastu „uczniów ochotniczych” z Wydziału Prawa i Administracji : „piszących dobrowolnie rozprawy w podanych zadaniach z historii i poddających swe roboty ścisłemu rozbiorowi”644. Filomata Onufry Pietraszkiewicz studiujący w Warszawie pisał trochę kpiarsko o tych zajęciach:

Są tu ćwiczenia, tak nazwane historyczne, na których oceniają życia i okoliczności towarzyszące różnym wielkim w dawnej i nowej historii mężom, niekiedy nawet przed sąd swój przywołują i dzieła. Przewodniczy temu Bentkowski. Jest to atletyzm nieporównanie przyjemny [...]; z zagorzałością bronią zdań swoich, a popierając je przytaczaniem z autorów po kilka słów, tracą czas na dysputacjach, które mnie, kilkakrotnie obecnemu, nic korzyści nie przyniosły, a naśmieszyły do woli645.

Przez rok drugim wykładowcą historii powszechnej był Joachim Lelewel. Zakładano, że obok obejmującego wszystkie epoki wykładu Bentkowskiego, Lelewel będzie prowadził wykład bardziej specjalistyczny. W roku 1820/1821 wybrał historię XVI i XVII w.646 Studenci jednak nie mieli obowiązku uczęszczać na wykład.

Słyszałem nieraz, jeden do drugiego donośnym mówił głosem: po co ty chodzisz, kurs nie obowiązuje. Słuchaczów też nie miałem. Wnet spadła liczba do trzech, czwarty był bardzo pilny nieliczący się do uczniów. Dopiero pod sam koniec, gdy przyszło mówić nieco historycznie o teoriach konstytucji, liczba do kilkunastu podrosła647.

Naukowym efektem tego kursu była słynna Historyczna paralela Hiszpanii z Polską. Zupełny brak zainteresowania warszawskich studentów wykładami Lelewela zdumiewał i gorszył wileńskich wielbicieli historyka. „Uniwersytet nędzny, Lelewel tylko 5 uczniów, a Bentkowski aż 400 mają” – komentował jeden z filomatów648.

Odnotujmy charakterystyczną opinię Mochnackiego: „Nie bez zdziwienia widziano profesora opowiadającego swą rzecz z pamięci przez 2 godziny bez zająknienia się, nawet bez rzucenia okiem na drobną ćwiartkę papieru, który miał zwyczaj kłaść przed sobą na pulpicie”649.

Głównym wykładem Lelewela miała być jednak „bibliografia z dozorem biblioteki” – związana z pełnioną przez niego funkcją bibliotekarza w Bibliotece Publicznej. Historyk obawiał się „niesłychanie nudnej” pracy w Warszawie właśnie z powodu tego kursu650. Wykład dotyczył historii książki oraz praktycznych aspektów funkcjonowania biblioteki: katalogowania, uzupełniania zbiorów itp. „W całym tym ciągu suchego przedmiotu traktowania, załączać się będzie historia nauk w powszechności, a najwięcej ich literatury” – deklarował profesor. Romuald Hube wspominał, że wykład bibliografii odbywał się w Bibliotece Publicznej; Lelewel prezentował stare druki i rękopisy651. Ale i tu miał niewielu słuchaczy652. Bibliografia jako osobny przedmiot nauczana była tylko przez rok (1820/1821), gdyż następca Lelewela na stanowisku bibliotekarza Adam Chłędowski nie podjął wykładów mimo monitów władz uniwersyteckich653.

W początkach Uniwersytetu było aż 3 profesorów filologii klasycznej, wszyscy sprowadzeni z zagranicy: Zinserling i Jacob z Niemiec oraz Ciampi z Włoch.

August Ernest Zinserling był najbardziej kontrowersyjnym profesorem Uniwersytetu. Wywoływane przez niego konflikty zaprzątały władze uczelni przez kilkanaście lat. Ale przypadek tego profesora pokazuje również pewne szersze zjawiska, jak relacje między Uniwersytetem a władzami zwierzchnimi czy spory o model kształcenia.

Zinserling został profesorem Uniwersytetu Warszawskiego w 1817 r. Wykształcony w Getyndze, ważnym ośrodku badań nad antykiem, przed pojawieniem się w Warszawie wydał 2 dobre książki. Po studiach pracował jako nauczyciel w szkołach średnich; przez pewien czas zatrudnił się też jako urzędnik administracyjny. Krytyczny stosunek do niemieckiego nacjonalizmu, rozwijającego się głównie na uniwersytetach, praktycznie uniemożliwił Zinserlingowi karierę akademicką na terenie Niemiec. Niespełna 40-letni, był na pewno, na tle innych warszawskich profesorów, wybitnym uczonym654.

Od początku pracy na Uniwersytecie Zinserling wywoływał konflikty z jego władzami. Spory dotyczyły organizacji zajęć, uchylania się profesora od bywania na posiedzeniach wydziału i jego protestów przeciw jakiemukolwiek wtrącaniu się władz uniwersyteckich do sposobu prowadzenia zajęć655. Na zarzuty tych władz odpowiadał w specyficznym stylu – np. stwierdzał, że nie zdziwiłyby go one, „gdybym je usłyszał z ust Afrykanina”656.

W 1821 r. władze uniwersyteckie zleciły Zinserlingowi napisanie łacińskiego wstępu do wydawanego drukiem spisu wykładów. Przedstawiony przez niego tekst Rada Uniwersytetu przyjęła „ze zgrozą”, uważając, że zawiera szyderstwa z poziomu umysłowego Polaków i stanu edukacji w Polsce. Przesłała tekst Zinserlinga KRWRiOP z wnioskiem o odebranie profesorowi dodatkowego wynagrodzenia za funkcję „sekretarza do pism w obcych językach”. Komisja rządowa rzeczywiście skasowała to wynagrodzenie. Wściekły profesor

z największą pasją i hałasem wpadłszy do pomieszkania rektora, czynił mu w tonie najzuchwalszym wyrzuty, jakoby z nim po turecku rząd postąpił, [...] a gestami, słowy i postacią swoją nasrożoną zdawał się niedalekim od ostatecznej gwałtowności. Na koniec cały wypadek przypisywał Zinserling wolnemu mularstwu i jakimś związkom potajemnym rektora.

Szweykowski, którego tu cytujemy, pisał, że już wcześniej „znana i żadną łagodnością nienaruszona popędliwość jego” była przyczyną konfliktów. Ostrzegał, że jeśli podobne zachowania Zinserlinga będą tolerowane, „rektor pozbawiony wszelkiej powagi” złoży dymisję657.

Nieustanne konflikty powodowało wymuszanie przez Zinserlinga na studentach udziału w prowadzonych przez niego, na wzór uniwersytetów niemieckich, płatnych prywatnych zajęciach. Tak opracował program swoich zwykłych zajęć, by studenci musieli uczestniczyć w tych prywatnych. Wyznaczył wysoką opłatę (większą niż na niemieckich uniwersytetach), a studenci byli w większości ubogimi stypendystami. Przede wszystkim naruszało to jednak zasadę przyjętą przy założeniu uniwersytetu, „aby uczący nic od uczniów nie brali”658.

Na jesieni 1825 r. doszło na tym tle do konfliktu z klerykami pijarskimi, którzy stanowili dużą część studentów profesora. Gdy Zinserling zażądał od nich uczęszczania na prywatne zajęcia, nie zgodził się na to prowincjał pijarów. Uznał on, że przekracza to możliwości finansowe zakonu. Zinserling

wywarł [...] na nich zemstę, na publicznej prelekcji, używając najnieprzystojniejszych wyrazów, nie tylko przeciw tymże uczniom, ale przeciw całemu Zgromadzeniu XX Pijarów. Wyrazy szelmy i inne gorsze, od których pisania wstręt bierze, dały się słyszeć z katedry publicznie, między zatrwożonymi uczniami659.

Trentowski wspominał, że Zinserling pokłóciwszy się z młodymi pijarami,

przyszedł do katedry, nakrył głowę, odwrócił się twarzą do ściany, wziął zegarek w rękę i patrząc na niego ledwie co pięć minut wyrzekł lub podyktował głosem najdziwaczniejszym i coraz innym jedno słowo z książki drukowanej, którą uczniowie przed sobą trzymali. Ach, była to prelekcja niepodobna do wytrzymania!660.

Konflikt z pijarami spowodował, że grupa studentów nie przystąpiła do egzaminów całokursowych, obawiając się, że profesor spełni swoje groźby, że żaden jego antagonistów nie zostanie magistrem661.

Część konfliktów wynikała z ultrakonserwatywnych poglądów profesora, jego niechęci do idei liberalnych, a przede wszystkim do wszelkich ruchów narodowych. W 1823 r. Zinserling deklarował, że korzysta podczas zajęć „z każdej stosownej okoliczności, aby umocnić chrześcijańskie zasady rzymsko-katolickiego Kościoła i zasady monarchiczne”662. Studenci oczywiście reagowali. „Ilekroć odezwałem się z uwagą tego rodzaju, dawał jeden znak przez szorowanie nogami, poczem zaś wspólnicy jego akompaniowali mu”663. Władze uniwersyteckie uważały, że Zinserling świadomie prowokował studentów:

Gdy bowiem wykładał starożytności rzymskie, na które prócz filologów liczni uczniowie prawa uczęszczają, wiedząc, że młodzież im w większej jest liczbie, tym jest drażliwszą i skorszą do oburzenia się, zwykł był na tej prelekcji najwięcej czynić zboczeń od materii, a w tych używać wyrazów jak najostrzejszych, obrażających narodowość, a najmniejszą oznakę obudzonej przez siebie czułości brać za dowód niespokojności, do której zdawał się umyślnie prowokować.

W rezultacie rektor oddał ten wykład innemu profesorowi, „tak iż prof. Zinserling został przy nauczaniu samych filologów, których mała liczba i z samych ubogich złożona, łatwiej znosi nieprzyzwoite przyciski i twarde jego wyrazy”664.

Skargi ze strony Uniwersytetu, a wreszcie kilka razy składany wniosek o zwolnienie Zinserlinga nie przynosiły żadnego rezultatu. Ze względu na bliskość ideową miał on absolutne poparcie Szaniawskiego665. Był też potrzebny w KRWRiOP jako ekspert – został zatrudniony przez Szaniawskiego jako referent w cenzurze oraz jako członek Towarzystwa do Ksiąg Elementarnych666. Bezkarność Zinserlinga pokazywała, jak nikła była władza rektora Uniwersytetu. Komisje izby poselskiej na sejmie czerwcowym 1830 r. zwracały uwagę, że KRWRiOP

daje otuchę niepełniącym lub wykraczającym przeciw swym obowiązkom, a prawdziwe zgorszenie czyniącym. Mogą tego być dowodem akta Zinserlinga sześcio rozmaitymi pensjami obdarzonego cudzoziemca; nalegania Uniwersytetu aż nadto słuszne, aby to zgorszenie usunąć, były bezskuteczne667.

Sprawa Zinserlinga w pewnym momencie wyszła poza mury uniwersyteckie. W 1831 r. pisano w gazecie, że przed powstaniem

opinia [...] wymierzyła Zinserlingowi, to, na co zasłużył, pogardę, nienawiść. Prawie na oczy rzucano mu szyderstwa. Nie miał na ulicy pokoju. Nacechowano naówczas profesora publiczną bezcześcią i okrzyczano spólnikiem zbrodni kom[isji] oświec[enia], zausznikiem Szaniawskiego, sługą Nowosilcowa i Moskali668.

Rzeczywiście, wobec działań Nowosilcowa i Szaniawskiego mających na celu dezintegrację uczelni, zachowanie Zinserlinga – zupełny brak solidarności z kolegami, ataki na dziekana i rektora, kontestowanie procedur uniwersyteckich – mogły się wydawać bardzo niebezpiecznym wyłomem w środowiskowej jedności. A sporo materiału do przemyśleń musiała dostarczać obserwacja Uniwersytetu Wileńskiego, gdzie pacyfikowano uczelnię rękami rektora-cudzoziemca.

Konflikty Zinserlinga z otoczeniem, przy całym jego niezrównoważeniu psychicznym, miały jednak i merytoryczne powody. Na pewno był zawiedziony tym, co zastał w Warszawie. Inaczej wyobrażał sobie życie uniwersyteckie – rozczarowywał system uczenia, ingerencja komisji oświecenia i władz uniwersyteckich w metody i treści nauczania oraz słabe przygotowanie młodzieży do studiów i jej małe aspiracje intelektualne669.

Zinserling miał poczucie sukcesów dydaktycznych, polegających na rozbudzaniu zainteresowań naukowych studentów. Uważał się za człowieka, który „i tu dokonał rzeczy, jakichby żaden nie był dokazał wpośród takich stosunków”. Wskazywał na niski poziom nauczania łaciny w szkołach:

Każdy nowy przychodzień powiększał moją rozpacz i podwajał gorliwość. Młodzieńcom tego rodzaju nie wykryć stanu umysłowego, byłoby to zdradzić powszechne dobro; zostawić ich przez pochlebstwo w ich zaślepieniu i mierności byłoby wprawdzie drogą do łatwego oklasku. Wsparty moim doświadczeniem, pobudzony gorliwością o dobro powszechne, zmuszony byłem niekiedy otwierać ranę, której zasklepienie byłoby szkodliwym670.

I tak na przykład, by „nabawić pożytecznego strachu wszystkich przyszłych młodych szarlatanów”, Zinserling na egzaminie całokursowym niespodziewanie egzaminował przyszłego magistra z koniugacji671. Również konflikt z młodymi pijarami mógł mieć takie podłoże – część z nich była słabo przygotowana do studiów akademickich. Powszechnie lubiany profesor Brodziński zwracał na to uwagę na posiedzeniach wydziału i domagał się, by przyjmować tylko część pijarskich kandydatów672.

Władze uniwersyteckie zarzucały Zinserlingowi uczenie studentów „grubiańskiego uczonego szermierstwa”. Skarżyły się, że „w wykładzie swoim mówi o autorach najzasłużeńszych w wyrazach gminnych i pełnych wzgardy, mając głównie na celu drobiazgową polemikę i osobiste przeciw filologom niemieckim urazy”673. Zarzut, że powala sobie na „uszczypliwe ucinki” na innych autorów, Zinserling odrzucał:

Lecz jakże młodzież uczyć się może krytyki, jeżeli się jej baczną nie czyni na uchybienia uczonych? Przypominam sobie przy tej okazji, że, gdy kiedyś uczeń w mojej godzinie uchybienia Bentleja odkrył, p. Jacob [...] wnurzył swoje nieukontentowanie nad odwagą i bezbożnością ucznia mojego, gdy on zaiste żadnego z swoich uczniów do tego doprowadzić nie potrafił674.

Dla władz uniwersyteckich takie uczenie naukowego krytycyzmu było demoralizowaniem młodzieży i wpajaniem jej złych manier.

Wspominał Dmochowski o wykładach Zinserlinga: „wykład jego był taki przerywany, twardy, niemiły, tak nie umiał wzbudzić zajęcia w słuchaczach, iż ci tylko uczęszczali na jego kursa, którzy musieli”675. Jednak były to chyba po prostu zajęcia dla ambitnych studentów. Filomata Franciszek Malewski donosił z Warszawy w 1822 r., że na Uniwersytecie jest 2 „niezłych” filologów (Zinserling i Jacob), „cóż, kiedy [studenci] się nic nie chcą uczyć!”676. Romuald Hube, który w czasach studenckich zdecydowanie chciał się uczyć, opisywał wykład Zinserlinga o „starożytnościach rzymskich” jako bardzo dla siebie interesujący, szczególnie „z powodu ścisłego jego związku z prawem rzymskim”. Dobrze też wspominał prywatne zajęcia u profesora, gdzie studenci przygotowywali rozprawy i dyskutowali nad nimi677.

Zresztą same władze uniwersyteckie uznawały za udane prowadzone przez Zinserlinga ćwiczenia praktyczne w języku łacińskim. Polegały one na przekładaniu i objaśnianiu autorów starożytnych. „Profesor wskaże uczniom, jak należy się wystrzegać mechanicznego wykładu i bezmyślnego tłumaczenia; jakim sposobem prostować odpowiedzi fałszywe, za pomocą rozbioru; jak zajmować uwagę młodych uczniów i jak ją w napięciu utrzymywać”. Było to więc również przysposobienie do przyszłej pracy nauczycielskiej. Przygotowywano się do pisania rozpraw; profesor uczył wyszukiwania i porządkowania materiałów oraz zasad argumentacji naukowej. Zwieńczeniem były przemowy studentów oraz dysputy naukowe po łacinie678.

Historyk Uniwersytetu Józef Bieliński, tak szczegółowo opisujący wybryki Zinserlinga, którego uważał za „zakałę w Uniwersytecie”, w zakończeniu swego monumentalnego dzieła stwierdzał jednak:

On jeden tylko rozumiał dokładnie swoje stanowisko profesora Uniwersytetu. On z pewnością wprowadziłby pożyteczne zmiany w organizacji nauczania, gdyby miał wpływ na swoich kolegów. Wszelkie jego innowacje spotykały się z zaciętym oporem, dlatego był odosobniony i nic zrobić nie mógł679.

Dużo w tym racji. Zinserling miał trudny charakter, ale konflikty powstawały też na tle innych wyobrażeń o roli uniwersytetu. Był to spór o to, co dziś nazywamy „sylwetką absolwenta”. Profesorowi zależało przede wszystkim na rozbudzaniu naukowego krytycyzmu; władze uczelni uważały, że misją Uniwersytetu jest kształcenie zawodowe i formowanie dobrych obywateli.

Drugi profesor filologii klasycznej, August Jacob, urodził się w Halle i na uniwersytecie w tym mieście studiował i uzyskał doktorat. Był to wtedy drugi, obok Getyngi, czołowy ośrodek filologii klasycznej w Niemczech. Jacob pracował najpierw w szkołach, następnie przez 7 lat jako nauczyciel domowy w Gdańsku. Sam zgłosił się do Uniwersytetu Warszawskiego z ofertą objęcia profesury. Wykładał przez 6 lat (1817–1823). Jego najważniejsza praca, dotycząca Sofoklesa, ukazała się w Warszawie w 1821 r. Mówił po polsku i był lubiany wśród kolegów-profesorów. Podkreślano jego chęć współpracy z władzami uniwersyteckimi, w przeciwieństwie do ciągle awanturującego się Zinserlinga. W 1822 r. został członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, z uzasadnieniem, że jako profesor filologii, „udziela tych nauk polskiej młodzieży użytecznie i z przywiązaniem do kraju”680. Otrzymawszy propozycję przejścia do administracji szkolnej w Poznaniu, mimo starań władz uniwersyteckich, które doprowadziły do podniesienia mu wynagrodzenia, złożył dymisję. W latach 1824–1842 kierował całym szkolnictwem Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Tak lubiany w Warszawie, na tym nowym stanowisku okazał się gorliwym i skutecznym germanizatorem, rugującym ze szkół nauczycieli-Polaków i polski język681. Tak zapamiętał go z okresu poznańskiego Marceli Motty:

Niewielkiego wzrostu, szczupłej, lecz proporcjonalnej budowy ciała, o ruchach spokojnych i poważnych, z twarzą regularną i ożywioną bystrym, pełnym rozumu spojrzeniem, z wysokim czołem, włosem krótkim, ciemnym i nieco kędzierzawym, w ubiorze zawsze bardzo starannym, robił Jacob wrażenie raczej francuskiego dyplomaty niż pruskiego urzędnika.

W Poznaniu izolował się od Polaków; „po polsku rozumiał wszystko, lecz z zasady słówka nie wyrzekł”682.

55. Sebastian Ciampi

Trzecim cudzoziemcem zatrudnionym jako profesor filologii klasycznej był Włoch, ksiądz Sebastian Ciampi. Mający blisko 50 lat, przez 15 lat pracował jako profesor literatury starożytnej na uniwersytecie w Pizie. Poznał go w czasie podróży po Włoszech Józef Sierakowski, który odgrywał dużą rolę w okresie organizacyjnym Uniwersytetu. Właśnie Sierakowski ułatwił Ciampiemu (skłóconemu ze środowiskiem uniwersyteckim w Pizie) uzyskanie profesury w Warszawie i zadbał o jego sowite uposażenie. Profesor otrzymał 8 tys. zł pensji oraz kanonię przy katedrze kieleckiej, dającą 4 tys. zł. Było to razem dwukrotnie więcej niż zwykła pensja profesorska683.

Mimo tak korzystnych warunków finansowych Ciampi nie czuł się dobrze w Polsce, „kraju wilków”, jak pisał do włoskich przyjaciół. Frustrowała go konkurencja z Zinserlingiem i Jacobem, reprezentującymi nowocześniejszy warsztat naukowy; w listach narzekał „na mgłę niemiecką, która zaciemnia powietrze”. Nie znał żadnego języka nowożytnego poza ojczystym, co utrudniało funkcjonowanie na uniwersytecie i życie towarzyskie. Ogłoszone w latach 1818–1820 trzy tomy Feriae Varsavienses jego autorstwa, zawierające różne przyczynkarskie studia, spotkały się z ostrą krytyką wileńskiego filologa Ludwika Sobolewskiego. Zdaje się, że i wykłady Ciampiego nie wzbudzały specjalnego entuzjazmu studentów, choć miały specyficzny koloryt684. Dmochowski wspominał:

Pewnego razu wykładał Wirgiliusza i doszedłszy do tego miejsca, gdzie rozhukane wichry rozniosły flotę Eneasza [...] nagle schował się w katedrę tak, że go widać nie było, a wymawiając słowa poety o Neptunie, który z głębi Oceanu wychylił głowę i spojrzał na zamęt po wodach rozpostarty [...] i nasz starożytnik wychylił głowę z katedry, chcąc nam dać uderzające wyobrażenie piękności tego wiersza Wirgiliusza. Niezmiernie zdziwił się i obraził ksiądz Ciampi, gdy słuchacze powszechnym śmiechem odpowiedzieli na tę mimikę685.

Ciampi wykładał na Uniwersytecie w latach 1817–1822. Zniechęcony, postanowił wrócić do ojczyzny. Udało mu się uzyskać stworzoną dla siebie płatną funkcję korespondenta KRWRiOP we Włoszech, która miała polegać na poszukiwaniu poloników w bibliotekach i archiwach. Jego działalność na tym polu była zresztą owocna – wydał wiele mniejszych publikacji, a następnie obszerną, trzytomową bibliografię686.

Następcą Jacoba na katedrze języka i literatury greckiej został Franciszek Antoni Woelke. Pochodził z kupieckiej rodziny na Warmii. Przez kilkanaście lat pracował jako nauczyciel w szkołach departamentowych, a potem wojewódzkich w Warszawie, Sejnach i Lublinie. Przez 2 lata jako stypendysta zagraniczny KRWRiOP przebywał najpierw rok w Berlinie, następnie odwiedzał różne uniwersytety i gimnazja w Niemczech. Jego głównym dokonaniem było opublikowanie w 1831 r. dużego słownika łacińsko-grecko-polskiego. Opublikował też podręcznik szkolny do nauki greki687.

Na wydziale istniał też lektorat języka rosyjskiego, prowadzony od 1818 r. przez Kazimierza Werbusza. Były to 3 godziny w tygodniu; po przejściu przez początkowy etap nauki 1 godzinę przeznaczano na studiowanie fragmentów dzieł literackich. Z czasem ten jednoroczny kurs przedłużony został o drugi rok w wymiarze 2 godzin. Nie było jednak chętnych do nauki. Rektor pisał o Werbuszu: „Lecz pomimo znanej zdolności i gorliwości, mało miewa uczniów na swoich godzinach i język rosyjski na małym jest u nas stopniu”688.

Nigdy natomiast nie zaczęła funkcjonować katedra „dialektów słowiańskich”, przewidziana w „Tymczasowym urządzeniu...” z 1818 r. Profesorem miał być Linde, ale ten po przegranych wyborach na rektora całkowicie wycofał się z pracy na Uniwersytecie. Wysłano nauczyciela z Lublina Andrzeja Kucharskiego na 3-letnie studia zagraniczne, po których miał objąć tę katedrę; powrócił tuż przed wybuchem powstania i nie zdążył zostać profesorem689.

Oddział sztuk pięknych

Nauczanie malarstwa, rzeźby, sztycharstwa i architektury na uniwersytecie było przedmiotem szczególnego zainteresowania ministra Potockiego. On też podejmował osobiście decyzje dotyczące tych kierunków studiów i to nawet w kwestiach szczegółowych. I tak, na przykład w lutym 1817 r. Rada Uniwersytetu przedstawiła ministrowi „jako życzącemu zatrudnić się szczególniej urządzeniem Oddziału Sztuk Pięknych” kwestię samowolnej zmiany godzin wykładów przez profesora architektury Chrystiana Piotra Aignera690. Zorganizowanie Oddziału Sztuk Pięknych zostało powierzone członkowi KRWRiOP Józefowi Sierakowskiemu691. Potocki i Sierakowski reprezentowali podobny typ oświeconego arystokraty z kręgu Towarzystwa Przyjaciół Nauk, mieli szerokie zainteresowania artystyczne i kolekcjonerskie będące wynikiem licznych podróży po Europie. Potocki był amatorem-architektem, współpracującym w realizacji swoich pomysłów z zawodowymi projektantami, przede wszystkim Aignerem. Sierakowski prezentował na wystawach sztuk pięknych swoje akwarele, rysunki i sztychy. Ponad ten poziom amatorskich zainteresowań sztuką wznosił się na pewno Potocki w wydanym w 1803 r. czterotomowym dziele O sztuce u dawnych, czyli Winkelman polski.

56. Portret Józefa Sierakowskiego (Portret dygnitarza), obraz M. Topolskiego, 1804

Opiece Potockiego zawdzięczały sztuki piękne znakomite warunki lokalowe. W roku akademickim 1820/1821 Oddział Sztuk Pięknych otrzymał nowy gmach. Zaprojektował go profesor Michał Kado, ale według wcześniejszego projektu swojego poprzednika na katedrze – Aignera. Jak podkreśla historyk architektury, była to „pierwsza w Polsce nowoczesna siedziba szkoły artystycznej, zaprojektowana z myślą o jej potrzebach, a zarazem pierwszy budynek muzealny”692. W gmachu 2 wielkie sale przeznaczono na zbiór gipsów i na galerię obrazów (która, jak pisałem, nigdy nie powstała), mniejsze na pomieszczenia dla rzeźbiarzy, sztycharzy, malarzy, salę wykładową, salę rysunku żywego modela i salę rysunku ze sztychów. W budynku były też atelier malarskie profesorów Blanka i Brodowskiego, by „uczniowie ciągle obok nich pracując, nie tylko w godzinnych lekcjach, ale nadto każdego momentu radą lub wskazaniem wspierani być mogli”693. Rektor zwracał jednak uwagę na pewne mankamenty nowego budynku. Na posiedzeniu publicznym w 1821 r. mówił, że Oddział Sztuk Pięknych ma otrzymać gmach „umyślnie dla niego wystawiony, ozdobny, lecz nie ze wszystkim jego potrzebom odpowiadający. Rysunki topograficzne nie mają w nim miejsca. Antresole znaczną część gmachu zajmujące, ledwie na składy są przydatnymi”. Wskazywał też, że wielka sala górna gmachu przeznaczona na galerię obrazów, „oczekuje okrycia ścian swoich olejnymi wzorami, na których uczniom władającym już pędzlem zupełnie zbywa”694.

57. Gmach Oddziału Sztuk Pięknych, pomiar L. Schmidtnera

Od początku zwolniono studentów malarstwa i rzeźby z wymogu posiadania matur – wymagano od nich jedynie ukończonej IV klasy szkoły wojewódzkiej. Postulat profesora malarstwa Antoniego Blanka, by wymagać od nich tylko umiejętności czytania i pisania oraz wykazania się uzdolnieniami artystycznymi, został odrzucony przez władze uniwersyteckie695. Podobnie było, jak piszę dalej, ze studentami architektury. Natomiast zarówno studenci malarstwa, rzeźby i sztycharstwa, jak i architektury mogli uzyskać stopień magistra. Budziło to kontrowersje; protestował przeciw temu cieszący się dużym autorytetem dziekan prawa Bandtkie, twierdząc, że w przypadku malarzy i rzeźbiarzy to „za wysoki tytuł”696. Studenci malarstwa i rzeźby byli bardzo nietypową grupą pod względem pochodzenia terytorialnego – w 1829 r. aż 16 na 31 studentów pochodziło z Warszawy697.

Wśród uczących się malarstwa, rzeźby i sztycharstwa zawsze znajdowało się kilkunastu „amatorów”, systematycznie uczęszczających na zajęcia, ale niebędących formalnie studentami. Zawsze była też grupa uczniów Instytutu Głuchoniemych. Spośród tych ostatnich najwybitniejszym artystą miał zostać w przyszłości malarz Feliks Pęczarski, znany z ujętych satyrycznie scen rodzajowych. Przez prawie całe lata 20. liczba „amatorów” była mniej więcej równa liczbie zarejestrowanych studentów; dopiero pod koniec tej dekady ta druga grupa uzyskała wyraźną większość698. Jak widać, przy sporym zainteresowaniu zajęciami oferowanymi przez Oddział Sztuk Pięknych, istniał problem ze znalezieniem osób chcących się całkowicie poświęcić karierze artystycznej. Rzeźbiarz Jakub Tatarkiewicz, chyba najwybitniejszy artysta wykształcony przez Uniwersytet, tak wspominał swoje dylematy, gdy przeczytał zawiadomienie o otwarciu studiów malarskich. „Jak iskra elektryczna wiadomość ta zapaliła mą głowę. Przez kilkanaście dni ani pokoju we śnie, ani na jawie nie doznałem”. Od roku pracował w urzędzie, co dawało mu możliwość pomagania bardzo ubogiej rodzinie. Z jednej strony niechęć do „porzucenia obranego sobie zawodu biurowego, który mi już znaczne korzyści przynosił, z drugiej strony pociąg wrodzony do szkoły sztuk pięknych, walkę moralną toczyły. Nareszcie myśl pogodzenia nauki z biurem przywróciła mi spokojność”. Przez pierwszy rok studiów, „wyrobiwszy sobie od przełożonych parę godzin wolnych w biurze, starając się to wieczorną porą wynagrodzić”, łączył studia z pracą; dopiero uzyskane stypendium rządowe pozwoliło mu na odejście z urzędu699.

58. Klatka schodowa w Gmachu Oddziału Sztuk Pięknych, rysunek J.F. Piwarskiego

Problemem był niski prestiż społeczny artystów. W 1821 r. Stanisław Kostka Potocki pisał, że niechęć młodzieży do zawodów artystycznych pochodzi „z zadawnionego przesądu, który u nas [...] snycerstwo i malarstwo mieścił raczej w rzędzie sztuk mechanicznych niż pięknych i wyzwolonych”. Stawiał młodym ludziom za wzór kariery rzeźbiarzy Thorvaldsena i Canovy („wielbieni, poszukiwani, sowicie wynagradzani”). Należą oni do najwyższych sfer społecznych, a „co dzień wzrastająca, a co większa wiecznie trwać mająca ich sława nie naraża ich na te zmiany losu, którym wszelka inna potęga i wielkość ludzka podlega” – pisał smętnie niedawno zdymisjonowany minister700.

W 1817 r. profesorem malarstwa został Francuz Karol Varenne. Szybko jednak się okazało, że była to niefortunna nominacja. Profesor zaniedbywał obowiązki, nie przychodził lub spóźniał się na zajęcia. Nie znając polskiego, nie był w stanie udzielać rad uczniom. Przede wszystkim jednak nie miał uzdolnień pedagogicznych i chyba też motywacji do tego typu pracy. W 1820 r. został zwolniony701.

Właściwym organizatorem nauczania malarstwa został Antoni Blank. Urodził się w Olsztynie, przez 7 lat przebywał w Warszawie, gdzie już uczył się prywatnie malarstwa, a od 1809 r. przez kolejne 7 lat w Dreźnie, gdzie nadal się uczył, wspierany przez miejscowych Polaków, a następnie przez dwór królewski. Należał do sporej grupy profesorów Uniwersytetu, którzy słabo władali językiem polskim („mam honor podać Wjelmożnemu Dziekanowy, iż moie godzyni nastempnem początkiem odbywać się będą”). Uznawał się jednak za Polaka, w czasie pobytu w Dreźnie przyjął „nazwisko Polaka oznaczające” – w dokumentach występował jako Blank Białecki702.

Blank dwukrotnie składał prośbę o profesurę na Uniwersytecie. Najpierw jednak – w 1817 r. – uzyskał stanowisko „konserwatora gipsów”, czyli zbioru kopii gipsowych, „z obowiązkiem pomagania profesorowi katedry malarstwa w dawaniu lekcji rysunków”. Dopiero po 2 latach otrzymał profesurę703.

Drugim profesorem malarstwa został w 1820 r. Antoni Brodowski. O rok starszy od Blanka, był synem plenipotenta Tadeusza Mostowskiego, późniejszego ministra spraw wewnętrznych w Księstwie Warszawskim i Królestwie Polskim. Po raz pierwszy znalazł się w Paryżu jako nauczyciel dzieci Mostowskiego i już wtedy uczęszczał na jakieś zajęcia z rysunku. Po powrocie został urzędnikiem w biurze Ministra Sprawiedliwości. W 1809 r. za wstawiennictwem Staszica otrzymał stypendium Izby Edukacyjnej na wyjazd do Paryża, gdzie przebywał do 1814 r., ucząc się w pracowni François Gérarda, a uczęszczając też do pracowni Jacques’a Louisa Davida. Po powrocie aż do mianowania na profesora znów przez kilka lat pracował jako urzędnik, tym razem w resorcie spraw wewnętrznych704.

Uczniowie ciepło wspominali Brodowskiego – jego spokój i ojcowski stosunek do studentów. Zapamiętali też osobliwą cechę jego warsztatu – „iż rysował ręką prawą, a malował zawsze lewą”705.

59. Autoportret z rodziną, obraz A. Blanka, 1825

Znany krytyk sztuki Józef Kenig pisał w 1851 r.: „Brodowski i Blanc, wspierając się wzajem, byli niejako ojcami dzisiejszego malarstwa u nas”706. Ważne jest to „wspierając się wzajem” – ze wszystkich przekazów widać, że tych 2 wykładowców tego samego przedmiotu (co mogło tworzyć konfliktowe sytuacje) współpracowało bardzo harmonijnie. Uzupełniali się zresztą – Brodowski był silniejszą osobowością artystyczną, Blank zaś dobrym organizatorem707.

Pojawienie się Brodowskiego na Uniwersytecie przyniosło zasadniczą reformę programu nauczania malarstwa – zrezygnowano z kopiowania obrazów olejnych i sztychów, pojawiło się rysowanie żywego modela; większą rolę w dydaktyce zaczęło odgrywać rysowanie kopii gipsowych708. W programowym wystąpieniu na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu (Co stanowi szkołę malarską?) Brodowski przekonywał, że kopiowanie rysunków lub rycin należy do wcześniejszego, szkolnego etapu edukacji, a kształcenie uniwersyteckie powinno się zacząć od rysowania kopii gipsowych. Uważał też, że kopiowanie obrazów olejnych powinno być ograniczone. Wysuwał argument, że z czasem pierwotna kolorystyka obrazów największych nawet mistrzów nie jest już widoczna. „Koloryt obrazów porównać można do kwiatów, równie jak one kwitnie i więdnieje”. Wzorów należy szukać w samej naturze709.

60. Studium aktu według układu A. Brodowskiego, rysunek B. Dąbrowskiego, 1830

Ćwiczenia rysunkowe z gipsów i żywego modela prowadzili na zmianę Blank i Brodowski. W zimowe wieczory rysowanie modela odbywało się przy lampach710. Franciszek Ksawery Prek był w gmachu sztuk piękn w 1830 r.:

Zastałem – zanotował – kilkunastu wokół siedzących na gradusach [stopniach] młodych artystów rysujących i malujących jakiegoś człowieka, którego wzrost, ciało, wydatne muskuły dokładnym były wzorem. W tej sali jest także wiele różnych biustów do uzupełnienia przedmiotów naukowych w tym zawodzie, jest skelet i figura anatomiczna bardzo doskonała711.

Zdawano sobie sprawę z doniosłości tych zmian programu studiów. Rektor mówił w 1824 r. na posiedzeniu publicznym:

zaprowadzenie [...] modelu żywego dla uczniów malarstwa stanowić będzie epokę w dziejach tego instytutu. Odkąd bowiem wzór żyjący, owo niewyczerpane źródło dla artysty dozwolonym został dla celniejszych, nowy zapał i podwojona gorliwość w uczniach wszystkich jawnie się okazały.

Wspominał też o ofierze pieniężnej chcącego zachować anonimowość „jednego z dostojnych lubowników malarstwa”, który płacił przez 2 miesiące modela, aby dać studentom możliwość pracy w okresie wakacji712. Skądinąd bardzo obrotny Blank próbował uzyskać do pozowania 3 żołnierzy (mieliby pozować kolejno, każdy przez tydzień). Na oficjalną prośbę w tej sprawie wielki książę Konstanty odpowiedział jednak odmownie713.

Z kręgu artystycznego Stanisława Augusta wywodził się Zygmunt Vogel, dawny rysownik królewski, wychowanek zamkowej „malarni”, a w czasach Księstwa Warszawskiego profesor w szkołach wojskowych. Znany był z rysowanych na zamówienie króla, a potem różnych rodzin arystokratycznych, widoków zabytków i magnackich rezydencji. Profesorem Uniwersytetu został w 1817 r., w wieku 53 lat. Vogel prowadził wykład z perspektywy i optyki, na który uczęszczali studenci malarstwa i architektury. Poza zagadnieniami perspektywy w ścisłym sensie, wykład obejmował elementarną wiedzę o architekturze („o planie, o elewacji, o przecięciu; o 5 porządkach architektonicznych”). Część wykładu dotyczyła też perspektywy scenicznej i dekoracji teatralnych. Po śmierci Vogla wykład ten przejął w 1826 r. absolwent architektury na Uniwersytecie Andrzej Gołoński. W momencie nominacji miał 29 lat i spore już doświadczenie jako architekt w służbie rządowej. Było to więc przede wszystkim wzmocnienie kadry dydaktycznej wykładającej architekturę i budownictwo. Zajęcia Vogla i Gołońskiego miały elementy teoretyczne, głównie jednak polegały na ćwiczeniach rysunkowych714.

Wydział jednomyślnie opowiadał się za powołaniem katedry pejzażu; znaleziono nawet kandydata na profesora. Nic jednak z tych planów nie wyszło715.

Brodowski mówił na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu:

Malarstwo więcej niż inne piękne sztuki wymaga wiadomości posiłkowych, które uzupełniają wychowanie artysty. Ogólne wyobrażenie architektury i perspektywy, wiadomości historyczne, mitologiczne, znajomość obyczajów, ubioru, obrzędów, uzbrojenia narodów starożytnych są niezbędnymi dla artysty wyższego rzędu. Bez nich twory jego napełnione będą odrażającymi błędami, które jeśliby znalazły pobłażanie u artystów, nie uszłyby surowej nagany uczonych. Szczególniej niech go w tym względzie niektóre przykłady dawnych malarzy nie łudzą. Ileżby obrazy Pawła Weroneze zyskały, gdyby w nich można zatrzeć oburzające anakronizmy!716.

Ale pod tym względem wydział niewiele miał do zaproponowania studentom. Kurs historii sztuki i mitologii miał prowadzić Brodowski, jednak do tego nie doszło. Wydział nie dostrzegał potrzeby, by do tego przedmiotu powoływać osobnego profesora. Kazimierz Brodziński, wykładowca historii literatury, prowadził osobny wykład z zakresu estetyki; miał on jednak bardzo ogólny charakter i wątpliwe, by był bardzo przydatny dla przyszłych artystów717.

Blank wykładał anatomię malarską. Napisał nawet podręcznik tego przedmiotu, który pozostał jednak w rękopisie. Kolejne części dotyczyły proporcji ciała ludzkiego, kości i mięśni; czwarta część to rysunki twarzy ludzkiej „w pasjach”, czyli wyrażającej różne uczucia. Był to przedmiot profilowany na potrzeby artystów, wydział odrzucał możliwość prowadzenia go przez lekarza (Brodowski uważał, że „zbyt rozciągły wykład tych przedmiotów staje się odstręczającym dla artystów”). Przy okazji planów wydania dzieła Blanka KRWRiOP polecała jednak, by terminologia anatomiczna ustalona została z Wydziałem Lekarskim718.

Profesorem rzeźby został Paweł Maliński. Jego nominację w 1817 r. przeforsował Józef Sierakowski. Profesor był Czechem, kształcił się w Dreźnie. W Warszawie znalazł się, aby wykonać zamówienia ordynata Zamoyskiego. W 1820 r. otrzymał stypendium KRWRiOP na 2-letni pobyt w Rzymie, gdzie pracował pod kierunkiem sławnego rzeźbiarza Thorvaldsena. Maliński do 1830 r. był m.in. autorem rzeźb we wnętrzach Pałacu Staszica i w budynku Banku Polskiego oraz fryzu nad wejściem do Teatru Wielkiego. Jego autorstwa jest grupa rzeźbiarska (Apollo z 2 muzami) w tympanonie Pałacu Kazimierzowskiego. Maliński miał zwykle kilku uczniów. Studenci rzeźby część zajęć odbywali razem ze studentami malarstwa719.

Dużą wagę przywiązywano do stworzenia na Uniwersytecie szkoły sztycharstwa – rytownicy byli potrzebni przy wydawaniu elementarzy, map i ilustrowanych dzieł technicznych, medycznych itp. W 1818 r. zatrudniono Jana Krethlowa z Berlina. Brakowało jednak chętnych do studiowania, sytuację tylko częściowo ratowało kierowanie na te studia uczniów z Instytutu Głuchoniemych. Władze oświatowe miały o to pretensje do profesora, również rektor pisał o Krethlowie: „dla zachęcenia młodzieży naszej do sztycharstwa potrzeba by większego talentu”. Bronił jednak skutecznie profesora przez zwolnieniem, wskazując, że brak studentów wynika z małego popytu na ryciny, a przede wszystkim wypierania rytownictwa przez łatwiejszą i tańszą litografię. Wskazywał, że w Królestwie nie ma technicznych możliwości odbijania rycin i profesor musi posyłać płyty do Berlina lub do Drezna. Nie miał też zarzutów dotyczących wykonywania swoich obowiązków przez profesora. Pewną rolę w tej obronie mógł odgrywać fakt, że Krethlow był wdowcem (jego żona zmarła tuż po przyjeździe do Warszawy) z 7 dzieci720.

Równie duże znaczenie do rytownictwa przywiązywano w Wilnie, ale i tam brakowało chętnych do studiowania721.

Bardzo istotne dla funkcjonowania malarstwa i rzeźby na Uniwersytecie były odbywające się co 2 lata w salach uniwersyteckich wystawy sztuk pięknych, ustanowione postanowieniem namiestnika z 1818 r. Na publicznym posiedzeniu w 1818 r. rektor wyrażał nadzieję, że te ekspozycje „niejeden talent ukryty obudzą” i zachęcą do studiowania na Oddziale Sztuk Pięknych. Do powstania listopadowego odbyło się 5 wystaw (1819, 1821, 1823, 1825, 1828). Swoje prace prezentowali zarówno profesjonalni artyści, jak i amatorzy. Odrębny dział stanowiły prace studentów Uniwersytetu. Wystawy ściągały dużą publiczność, choć pewnie spora część zwiedzających traktowała je jako wydarzenie towarzyskie722.

Pierwsza wystawa odbyła się oficynie Pałacu Kazimierzowskiego. Skarżono się jednak w prasie, że jest to miejsce „nazbyt szczupłe i mało światła dające. Pierwszy pokój dość długi ma tylko 3 okna, drugi jedno tylko. Czyliżby w gmachu tak wielkim, jak jest pałac Uniwersytetu, nie można znaleźć miejsca dogodniejszego?”. W 1821 i 1823 r. wystawy ulokowano w gmachu Oddziału Sztuk Pięknych w wielkiej sali przeznaczonej na przyszłą galerię obrazów. Ponieważ pomieszczenie to zajął Gabinet Zoologiczny, w 1825 r. kolejną zorganizowano w nowym gmachu audytoryjnym, w 2 dużych salach; pierwsza z nich zawierała prace studenckie723. Jak to wyglądało w 1828 r., wiemy z interesującego obrazu Wincentego Kasprzyckiego, przedstawiającego wystawę z grupą warszawskich artystów na pierwszym planie. Odbywała się ona w sali Gabinetu Mineralogicznego – długiej, oświetlonej z jednej strony wysokimi oknami; między oknami widoczne są puste gabloty na minerały. Na ścianie naprzeciw okien wisiały na drewnianym rusztowaniu obrazy stłoczone w 3 rzędach, odgrodzone od widzów drewnianą barierką. Na końcu sali wyeksponowano 2 wielkie płótna – Blanka (Edyp w Kolonos) oraz Brodowskiego (przedstawiający nadanie dyplomu ustanowienia Uniwersytetu przez Aleksandra I)724.

Początkowo i deputacje oceniające prace, i recenzenci byli bardzo łaskawi dla studentów. Cieszono się z samego istnienia uczelni artystycznej. „Widok tego zbioru i tych pierwszych początków kształcenia się narodowego w sztukach pięknych najmilsze w sercu rodaków wznieca uczucia i nadzieje”, a prezentowane przez studentów rysunki „okazują zachęcenie do pięknych prac” – pisano w prasie w 1819 r. Jeden z recenzentów zauważył jednak w 1823 r., że „druga sala tegorocznej wystawy publicznej zawierająca rysunki uczniów najmniej zwykle widzów liczy”. Z czasem pojawiły się surowsze oceny, które uzasadniano „znakomitymi postępami” studentów725. Zresztą i poziom artystyczny wyraźnie się podnosił. W 1825 r. Tymoteusz Lipiński zanotował, że wystawa „okazuje widoczne postępy w talentach; nie widać już tych bohomazów [...], jakie były na pierwszej ekspozycji”726.

61. Widok wystawy sztuk pięknych w Warszawie w 1828 roku, obraz W. Kasprzyckiego, 1828

Krytyka krzywiła się m.in. na wystawianie studenckich kopii obrazów olejnych („nic bowiem tam artysta własnego nie ma, niewolnicze tylko naśladowanie całą jest jego zaletą, wierność rysunku i trafność kolorów stanowią dobroć kopii”727) oraz rysunków z kopii gipsowych („z których wiele na wystawienie publiczne nie zasługuje”728). Zwracano też uwagę, że obrazy olejne studentów pokazują, że zbyt wcześnie – przed opanowaniem rysunku – przechodzą oni do malowania729. W 1823 r. recenzent „Pamiętnika Warszawskiego” oceniał jednak, że rysunki studenckie nie odbiegają poziomem od tych z krajów, „gdzie sztuki piękne do wyższego stopnia zakwitnienia doszły jak u nas”730.

W 1825 r. na wystawie przyznano odrębne nagrody za studenckie rysunki i obrazy olejne z żywego modela oraz za rysunki kopii gipsowych731. Połączenie w ramach jednej ekspozycji dojrzałych artystów i nabywających dość elementarnych umiejętności studentów wystawiało tych drugich na niekorzystne porównania. Z drugiej jednak strony, dla najlepszych studentów była to możliwość pokazania się szerszej publiczności i bycia zapamiętanym dzięki nagrodom, wzmiankom w prasie czy po prostu wrażeniom, jakie zwiedzający wynosili z tych imprez.

62. Antoni Brodowski (stoi na tle bliższej gabloty), fragment obrazu W. Kasprzyckiego przedstawiającego wystawę sztuk pięknych w 1828 r.

Warto zwrócić uwagę, że wystawa mogła odegrać dużą rolę w dalszej karierze artysty. Stało się tak w wypadku Brodowskiego. Po powrocie w 1814 r. z państwowego stypendium w Paryżu zaoferowano mu tylko uczenie rysunków w szkole wydziałowej w Kielcach. Powodem było, jak sam pisał, uprzedzenie ministra Potockiego przeciwko „uczniom szkoły francuskiej”, co pozbawiało Brodowskiego nadziei na uzyskanie „stosownej posady”. Ponieważ stypendium musiało być odpracowane, Brodowski został sekretarzem przy swoim protektorze, ministrze Mostowskim. Przełomem było wystawienie obrazu Gniew Saula na Dawida na wystawie sztuk pięknych w 1819 r. Pierwsza nagroda za to dzieło, bardzo pochlebne opinie recenzentów, a wreszcie mocne poparcie Staszica utorowały Brodowskiemu drogę do katedry uniwersyteckiej, którą otrzymał w 1820 r.732 Płótna Brodowskiego „okazały tak niezaprzeczoną wyższość jego, że nieprzychylne ręce musiały mu podać wieniec nagrody” – komentował Fryderyk Skarbek733.

Wojciech Stattler otrzymał nagrodę w 1821 r. za obraz Ofiara Abla, co umożliwiło mu uzyskanie stypendium zagranicznego KRWRiOP. Tatarkiewicz, któremu odmówiono stypendium na wyjazd do Rzymu i który musiał tam jechać w 1823 r. na własny koszt, już będąc na miejscu, otrzymał stypendium po tym, jak jego rzeźba została nagrodzona medalem na wystawie734. W 1825 r. postanowieniem namiestnika ustalono zasadę, że laureaci pierwszych nagród na wystawach będą mieli pierwszeństwo do takich stypendiów. Na tej zasadzie stypendium otrzymał Rafał Hadziewicz735. Ale zasada uwzględniania ekspozycji przy decyzjach personalnych działała i w drugą stronę. W 1827 r. fakt, że profesor Krethlow i jego uczniowie nie prezentowali swoich dzieł na wystawach, KRWRiOP wykorzystała jako argument za dymisją profesora736.

63. Srebrny medal przyznawany na wystawach sztuk pięknych (awers i rewers)

Rola Uniwersytetu w życiu artystycznym Warszawy wynikała z obecności w mieście kilku profesorów i z wykształcenia kilkudziesięciu czynnych później artystów. Absolwentami Uniwersytetu była grupa dobrych malarzy, takich jak np. Hadziewicz czy Wincenty Kasprzycki. Najwybitniejsi z rzeźbiarzy to Tatarkiewicz i Konstanty Hegel737. Dzięki Uniwersytetowi odtworzyło się w Warszawie środowisko artystyczne, bo to z czasów stanisławowskich rozpadło się po wyjeździe króla i trzecim rozbiorze, kiedy większość wybitnych artystów opuściła miasto. Teraz jednak – co było rzeczą nową – składało się to środowisko głównie z Polaków. Charakterystyczne, że w 1825 r. 5 profesorów Oddziału Sztuk Pięknych wystąpiło z protestem przeciw pozostawieniu architektowi Antoniemu Corazziemu doboru malarzy i rzeźbiarzy mających pracować przy budowie Teatru Narodowego. Skarżono się, że zamierza on sprowadzić z Włoch „krewnych lub przyjaciół swoich”, co nie da krajowym artystom możliwości ubiegania się o zlecenia. Pisano, że wysiłki profesorów Uniwersytetu nie zdadzą się na nic, „jeżeli rząd krajowym artystom swej odmówi opieki i zawsze bezwzględnie pierwszeństwo cudzoziemcom przyzna”738.

Mniej uchwytnym, ale też istotnym efektem istnienia Oddziału Sztuk Pięknych był wzrost zainteresowania sztuką, wyrażający się w uczęszczaniu „amatorów” na zajęcia i zainteresowaniu wystawami.

Bardzo kontrowersyjna okazała się kwestia kształcenia muzycznego na Uniwersytecie. W 1821 r. przeciw włączeniu konserwatorium do uczelni (czego nie przewidywał ani dyplom fundacyjny, ani „Tymczasowe urządzenie...”) ostro wystąpiła Rada Uniwersytetu. W czasie jej posiedzenia Bentkowski, dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych, w ramach którego miało funkcjonować konserwatorium, groził dymisją, gdyby te plany zostały zrealizowane. Przedstawiany przez niego obraz zakłócania wykładów uniwersyteckich przez grę na trąbach, waltorniach i kotłach, nie był chyba głównym powodem tak negatywnej reakcji Rady. Nie były nim też raczej, choć je wyrażano, obawy, że koszt powołania i utrzymywania konserwatorium zagrozi finansowaniu innych części uczelni. Rada pisała, że „ustanowienie mechanicznego ćwiczenia muzyki” na Uniwersytecie „trąciłoby nieprzyzwoitością i mogłoby się sprzeciwić dobremu porządkowi”. Rektor pisał 3 lata później, że „szkoła praktyczna tego rodzaju z Uniwersytetem z przyczyn różnych i licznych łączyć by się nie powinna”. Tak jak w wypadku nadawania magisterium malarzom i rzeźbiarzom czy nauczania budowy „ekonomicznych” zabudowań, wyznaczano granice między właściwymi dla uniwersytetu umiejętnościami „wyższymi” a praktycznymi, pozbawionymi teoretycznej refleksji. Kierując się takimi względami, władze uczelni nie miały nic przeciwko wprowadzeniu na Uniwersytecie wykładów z teorii kompozycji muzycznej i powierzeniu ich rektorowi konserwatorium Józefowi Elsnerowi jako stałemu profesorowi. Był to ostatecznie jedyny element nauczania muzyki na Uniwersytecie739.

Nad sposobem nauczania architektury na Uniwersytecie dyskutowano przez cały czas istnienia uczelni. Chodziło o połączenie kwestii związanych z estetyką budowli z zagadnieniami ściśle technicznymi. W 1821 r. z Wydziału Filozoficznego wyszedł projekt (niezrealizowany), aby „architektura właściwa” była nauczana na tym wydziale, przy pozostawieniu na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych tylko „architektury ozdób”. Argumentowano, że „ta część, która jest zbiorem sposobów, nadających moc i trwałość budowie, która ma na celu istotny zamiar gmachów, należy do oddziałów matematycznego i fizycznego, bo architektura jest właściwie nauką form, tudzież ruchu i równowagi”740. Z kolei w 1826 r. organizujący politechnikę profesor Garbiński domagał się przeniesienia z Uniwersytetu do Instytutu Politechnicznego katedr związanych z budownictwem i miernictwem, a pozostawienia tylko przedmiotów związanych z estetycznymi aspektami architektury741. Istniała też sprzeczność między aspiracjami do kształcenia wybitnych architektów a zapotrzebowaniem na budowniczych, który mogliby projektować i nadzorować budowę zabudowań użytkowych. A w tle pojawiało się pytanie, kogo właściwie powinien kształcić Uniwersytet – czy umiejętność np. budowania obory nie jest raczej rzemiosłem budowlanym, a nie przedmiotem studiów na wyższej uczelni.

Mianowany profesorem architektury Piotr Aigner był protegowanym i wieloletnim współpracownikiem ministra Potockiego. Był też niewątpliwie najwyżej cenionym architektem czynnym w Polsce, autorem takich słynnych budowli jak Świątynia Sybilli i Domek Gotycki w Puławach. Udało mu się uzyskać wyjątkowe warunki – profesurę zwyczajną z obowiązkiem prowadzenia tylko 2 godzin wykładu tygodniowo. W praktyce zresztą wykładał nieregularnie, motywując to problemami zdrowotnymi, a w czerwcu 1818 r. złożył dymisję742. Józef Sierakowski informował ministra Potockiego we wrześniu 1817, że na posiedzenie profesorów wydziału „jeden tylko Aigner nie raczył przybyć i znowu będzie chimeryczył, dziwaczył i prawdziwy jest turbator chori [mąciciel chóru – M.M.]. W przeszłym roku nikt z lekcji jego nie korzystał, bo taką godzinę wybrał, że nikt przychodzić nie mógł, nie opuszczając nauk jeszcze potrzebniejszych”743. Ale były tu też kontrowersje dotyczące programu studiów. Złożony przez Aignera program nauczania architektury obejmował głównie kwestie estetyki budowli. Bardzo dużo miejsca zajmowała w nim nauka rysowania „ozdób starożytnych”. Trudno go było przekonać o potrzebie kształcenia „nie romansowych, ale praktycznych budowniczych”, jak to ujął Józef Sierakowski744.

Wobec zmniejszonych obowiązków dydaktycznych Aignera powołano drugiego profesora architektury w osobie Hilarego Szpilowskiego. W momencie nominacji mający 64 lata i długie doświadczenie zawodowe, nie cieszył się jednak takim uznaniem jak Aigner. W protokole posiedzenia wydziału zapisano w 1818 r. z odcieniem lekceważenia: „podług jego abrysów i pod jego kierunkiem wystawione zostały rozmaite domy prywatne na prowincji i kościoły drewniane i murowane po wsiach rozmaitych”745. Architekturę podzielono na „wyższą” wykładaną przez Aignera i „niższą”, której uczyć miał Szpilowski746. Minister Potocki tak definiował ten podział: architektura niższa („wiejska”) to „nauka o materiałach, o konstrukcji, o wyciągu kosztów, o budowlach wiejskich folwarkom gospodarskim właściwych aż do kościołów parafialnych posunięta”, a architektura „wyższa” to „aplikacja porządków piękności i ozdób budowli pałacowych miejskich i gmachów publicznych”747.

Miejsce Aignera zajął we wrześniu 1818 r. Michał Kado. Nowy profesor miał bogatą przeszłość wojskową. Od 1785 służył w artylerii, a następnie w korpusie inżynierów, odbył kampanię 1792 i 1794 r. Po trzecim rozbiorze przez 10 lat był profesorem architektury na Uniwersytecie Wileńskim. W 1810 r. zrezygnował z katedry i wstąpił do armii Księstwa Warszawskiego, w której m.in. kierował budową umocnień w Modlinie. Brał udział w kampaniach 1812 i 1813 r. W początkach Królestwa Polskiego był szefem Wydziału Artylerii i Inżynierii w Komisji Rządowej Wojny. W 1817 r. odszedł z wojska w stopniu majora. Według dzisiejszej terminologii można by go raczej uznać za inżyniera budowlanego niż architekta. Miał niewątpliwie szerokie zainteresowania techniczne: pisał o technice budowlanej, inżynierii wodnej, papiernictwie, „powietrznej żegludze”, czyli balonach, oświetleniu gazowym, pirotechnice wojskowej i zasadach robienia fajerwerków. I nie tylko techniczne – po jego śmierci znaleziono w jego papierach własne kompozycje muzyczne i kilka napisanych przez niego sztuk teatralnych748.

Stosunki między 2 profesorami architektury nie układały się dobrze. Kado chciał dawać studentom ćwiczenia rysunkowe i nie mógł w tej kwestii porozumieć się ze Szpilowskim. Po stronie Kado stał dziekan Bentkowski, ale jako jego krewny mógł być podejrzany o stronniczość. Jednak i rektor Szweykowski wyraźnie dążył do pozbycia się Szpilowskiego, uważając, że nie ma on właściwego wyobrażenia o dydaktyce uniwersyteckiej, ucząc tylko ściśle technicznych umiejętności. Na domiar złego profesorowie rywalizowali w praktyce zawodowej. Do ostrego konfliktu doszło przy okazji budowy Obserwatorium Astronomicznego, którą kierował najpierw Kado, a potem Szpilowski. W rezultacie tej sprawy Kado stracił urząd budowniczego KRWRiOP. W 1822 r. władze uniwersyteckie uzyskały powiększenie wynagrodzenia dla Kado, a zmniejszenie go dla Szpilowskiego. W rezultacie ten drugi złożył dymisję749. Od tego momentu był już 1 profesor architektury.

Problemy władz uniwersyteckich z Aignerem oraz spory między Kado a Szpilowskim przypominają konflikty wstrząsające Wydziałem Lekarskim. Mechanizm był podobny – na teren uczelni przenosiły się konflikty i rywalizacje z praktyki zawodowej, a profesorowie niechętnie podporządkowywali się zaleceniom władz uniwersyteckich, mając źródła dochodów poza uczelnią.

Kado wykładał do samej śmierci, trzymając fason dawnego oficera, a zarazem sumiennego nauczyciela, niepobłażającego sobie mimo ciężkiej choroby. We wspomnieniu o nim pisał profesor Garbiński:

Nie bez rozrzewnienia dotąd wspominają profesorowie i uczniowie naszego Uniwersytetu ostatnią lekcję Kadego. Kiedy wśród samego wykładu nauki coraz widoczniej opuszczać go siły zaczęły, kiedy głos nagle stłumiony już prawie dosłyszanym być nie mógł, kiedy zoczyła na koniec młodzież jego przykrą wewnętrzną walkę z naturą, której się nic oprzeć nie może, zrywa się raptownie z miejsc swoich, otacza go dokoła i z rozrzewnieniem pragnie przenieść do pomieszkania. Na taką uprzejmość i czułą wdzięczność szlachetnych i zawsze drogich sobie uczniów, ostatniej reszty sił wydobywając Kado, uśmiechającym, choć już omdlałym spojrzeniem usiłuje oddalić od nich niespokojność o zdrowie swoje. A chociaż na koniec zdołano go od katedry oderwać, to dla tego jedynie, by go z niej prosto na śmiertelne przeniesiono posłanie750.

To śmierć, można powiedzieć, w guście epoki, z jej tendencją do teatralizacji i uwielbieniem dla dobrze skomponowanych scen zbiorowych. Obraz Kado umierającego wśród swoich studentów przywołuje przedstawienia antycznych i narodowych bohaterów żegnających się z życiem wśród wiernych towarzyszy broni. I chyba bardziej tu chodziło o heroizację nauczycielskiego zawodu niż o wojskową przeszłość profesora.

Po śmierci Kado w 1824 r. mianowano profesorem Wacława Ritschla, który sam zgłosił się z taką propozycją. Absolwent politechniki w Pradze, a następnie urzędnik Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, był on przede wszystkim specjalistą od kwestii technicznych. Przedstawiony przez niego program nauczania został przez Radę Uniwersytetu przyjęty sceptycznie:

Dziwić się trzeba, że [...] przyrzekając mówić obszernie względem budowania browarów, gorzelni, stajni, na koniec obór na krowy lub woły, owczarni itp. – nic wcale nie wzmiankuje o rezydencjach monarchicznych lub książęcych, o pałacach różnych ministeriów i dykasterii rządowych, o gmachach towarzystw uczonych, o bibliotekach, muzeach, teatrach itp.

Taki program „raczej ma na celu budownictwo ekonomiczne, aniżeli takie, jakiego by wyższe przeznaczenie Uniwersytetu wymagało”751. Nie przyjęto jednak oferty wybitnego absolwenta Uniwersytetu, Adama Idźkowskiego, który chciał wykładać bez wynagrodzenia o stylach architektonicznych752.

Charakterystyczna była ewolucja w nauczaniu architektury od Aignera, skupiającego się na estetyce budowli, do Ritschla, który reprezentował podejście bardzo techniczne. To przede wszystkim efekt popytu na „praktycznych budowniczych” ze strony administracji państwowej oraz właścicieli dóbr ziemskich i miejskich posesji. Zapewne należy tu widzieć również wpływ zmian we władzach zwierzchnich wobec Uniwersytetu. Dymisja ministra Potockiego, znawcy architektury i architekta-amatora, musiała zmniejszyć wagę przypisywaną kwestiom estetycznym w nauczaniu tego przemiotu.

Zmiany w edukacji architektów przyniosło powołanie Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego w 1826 r. Przyjęty w tym roku nowy program nauczania architektury na Uniwersytecie zakładał, że rok wstępny, obejmujący matematykę, fizykę, chemię i rysunek będzie się w całości odbywał w Szkole Przygotowawczej. Studenci uczęszczali tam na lekcje rysunków prowadzone przez Jana Feliksa Piwarskiego. Był to 2-letni kurs ze szczególnym naciskiem – zgodnie z profilem Szkoły – na rysunki techniczne i architektoniczne, rozpoczynał się jednak od elementarnej nauki rysowania. Takiego kursu Uniwersytet w ogóle nie miał, gdyż wychodzono z optymistycznego założenia, że podstawowe umiejętności w tej dziedzinie studenci uzyskali już w szkołach średnich. Z kolei programy matematyki, fizyki i chemii w Szkole Przygotowawczej były lepiej dostosowane do potrzeb zawodów technicznych niż te uniwersyteckie. Wreszcie Szkoła miała własny program nauczania architektury i swojego profesora w tej dziedzinie, Andrzeja Gołońskiego, (który na Uniwersytecie wykładał inny przedmiot – perspektywę i optykę). Możliwość uczęszczania na jego wykłady w Szkole znacząco wzbogacała ofertę dydaktyczną dla przyszłych architektów. Wzajemne relacje między nauczaniem na obu uczelniach w zakresie architektury nie zostały wyjaśnione, zapewne dlatego, że Instytut Politechniczny dopiero się tworzył753.

64. Juliusz Kolberg, litografia W. Wernera

Profesorem „miernictwa” (czyli geodezji i kartografii) został Juliusz Kolberg. Urodził się w Meklemburgii w mieście Woldegk. Po ukończeniu akademii budownictwa przez 10 lat pracował przy tworzeniu mapy Prus Południowych (ziem drugiego i trzeciego rozbioru na lewym brzegu Wisły). Był jednym z wielu urzędników pruskich, których przejęła i zatrudniła administracja Księstwa Warszawskiego. W 1817 r. wydał mapę pocztową Królestwa Polskiego, a w 1827 r. atlas Królestwa z 8 mapami województw. W wieku 41 lat, w 1817 r., został profesorem Uniwersytetu. „W obejściu swoim miał cierpliwość, wytrwałość i łagodność” – wspominał zaprzyjaźniony z nim Brodziński. „Otoczony sześciorgiem dzieci, w szczupłym pomieszczeniu, między mnóstwem kart [map] i instrumentów mierniczych, pracował cierpliwie, z najsłodszą rezygnacją oderwany od poetycznej swobody i widoków natury, którą tak lubił”. Bo profesor geodezji był poetą. Pisał „poezje w języku niemieckim, największą część z potocznych zdarzeń, na uroczystości kościelne, rodzinne i wolnomularskie. [...] Po słuchaniu jego poezji śpiewanych każdy czuł się przeniesionym w pogodne krainy, każdy czuł się w błogości i w uroczystym uniesieniu moralnym”. Tłumaczył też wiersze polskich poetów i je publikował w niemieckich pismach754. Rektor oceniał, że profesor „bardzo pracowity i biegły w swoim przedmiocie, pomimo przeszkody z języka dosyć znaczną korzyść w uczniach sprawuje”755.

Kurs miernictwa trwał 2 lata. W półroczu zimowym odbywały się wyłącznie zajęcia teoretyczne, w letnim towarzyszyło im 10–12 godzin tygodniowo zajęć terenowych „dla wprawy w rozmiarach praktycznych i niwelacji”756.

Nie było kim obsadzić katedry inżynierii cywilnej, bardzo ważnej ze względu na zakrojoną na ogromną skalę modernizację dróg, a także prace związane z zapewnieniem spławności rzek. Wysłano 2 obiecujących młodych ludzi (Teodora Urbańskiego i Jana Smolikowskiego) do szkoły inżynieryjnej w Petersburgu, a tymczasowo powierzono katedrę „dyrektorowi hydrotechniki”, czyli generalnemu inspektorowi prac hydrotechnicznych w Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji, Wojciechowi Langemu. Jego droga do profesury była nietypowa – przedstawił Radzie Uniwersytetu postanowienie swojej komisji rządowej powierzające mu zajęcia dla elewów-stypendystów. Rada, choć bez entuzjazmu, zgodziła się na mianowanie go zastępcą profesora. Jednak Lange ze względu na swój urząd musiał często wyjeżdżać poza Warszawę, a dodatkowo odwoływał zajęcia z powodu złego stanu zdrowia. Początkowo prowadził je (2 kursy: budowy dróg i mostów oraz hydrotechniki) bez wynagrodzenia, potem zaczął domagać się normalnej pensji profesorskiej. Gdy chciano mu płacić za odbyte godziny zajęć, skarżył się, że profesor nie powinien być „płacony tak jako robotnik, w stosunku ilości odrobionych dni”. Nie mogąc doczekać się zwyczajnej profesury, podał się do dymisji, którą otrzymał w styczniu 1820 r. Oznaczało to przerwanie nauczania w tej dziedzinie757.

Po powrocie w 1822 r. Urbańskiego i Smolikowskiego, którzy studiowali za granicą na koszt rządu przez 6 lat (4 lata w Petersburgu i 2 lata we Francji, w Holandiii i Anglii) powstała Szkoła Inżynierii Cywilnej Dróg i Mostów przy Uniwersytecie. Obaj zostali w niej wykładowcami. Ich wynagrodzenia opłacano z budżetu uniwersyteckiego, jednak samą Szkołę utrzymywała Komisja Rządowa Spraw Wewnętrznych i Policji i jej instytucjonalny związek z Uniwersytetem był dość luźny. Uczący się w niej elewowie uczęszczali na wykłady z matematyki, architektury i geodezji na Uniwersytecie. W 1829 r. włączono Szkołę Inżynierii Cywilnej do Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego758.

Podstawowym problemem w nauczaniu budownictwa, „inżynierii cywilnej” i geodezji na Uniwersytecie był jednak nie program studiów, ale typ studentów, którzy przychodzili na te studia – przede wszystkim elewów Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji kształcących się na geodetów i budowniczych. Wymagano od nich ukończenia IV klasy szkoły wojewódzkiej. Pobierali stypendia, które mieli odpracować potem jako urzędnicy publiczni. Studia trwały 2 lata dla geodetów i 3 dla budowniczych. Rytm studiów był specyficzny – zajęcia odbywały się od 1 listopada do 1 maja, resztę roku studenci spędzali na praktykach. Wykłady dla nich, poza profesorami uniwersyteckimi, mieli też urzędnicy resortu spraw wewnętrznych. Była to jednak grupa studentów mocno kłopotliwa dla Uniwersytetu. Część z nich nie miała nawet elementarnej wiedzy matematycznej. Ze względu na praktyki elewowie spóźniali się o miesiąc lub więcej na wykłady. Przede wszystkim jednak otrzymanie przez nich państwowej posady nie zależało od zdania egzaminów na Uniwersytecie759. Od 1817 do 1828 r. tylko 12 elewów otrzymało tytuł magistra, przy przeciętnie 61 rocznie rozpoczynających studia. Przy ubieganiu się o urzędy związane z budownictwem, inżynierią czy geodezją, nie wymagano od kantydatów tytułu magistra, a zdanie egzaminu uprawniającego do wykonywania zawodu w komisji wojewódzkiej było znacznie łatwiejsze niż uzyskanie magisterium na Uniwersytecie760.

W 1822 r. rektor mówił na posiedzeniu publicznym, że w poprzednim roku akademickim żaden z licznych studentów budownictwa nie zdawał egzaminu całokursowego. Gdyby ta sytuacja miała się powtórzyć w następnych latach, „łatwo przewidzieć można jej skutki szkodliwe”761. W tym samym roku Rada Uniwersytetu precyzowała te skutki:

Będziemy mieli subalternów [podwładnych] do dozorowania robotników, do przepisywania anszlagów [kosztorysów], do przerysowania lub zdejmowania prostych planów, ale nie urzędników wyższych, rzecz swoją dokładnie znających. Stąd wyniknie, że do wyższych posad budownictwa trzeba będzie zawsze brać cudzoziemców, albo też mniej usposobionymi krajowcami obsadzać się będą miejsca762.

Kilka lat później swoje własne doświadczenia z kształcenia elewów podsumowywał wykładający dla nich geometrię wykreślną Kajetan Garbiński:

Jakoż im dłużej nauczałem, tym więcej przekonywałem się, że jakkolwiek licznie panowie przyszli architekci i mierniczy uczęszczali na kursa, nie chodziło im przecież o odniesienie korzyści, ale raczej o dopełnienie tylko nakazu władzy, od której niecierpliwie przyszłych oczekiwała [!] posad.

Wielu z nich z powodu braku postępów w nauce przez kilka lat było na tym samym roku studiów.

Jakoż byli pomiędzy nimi tacy (teraz już urzędy posiadający), dla których, rzecz może nie do uwierzenia, a niemniej prawdziwa, mnożenie lub dzielenie ułamków zwyczajnych niepojętą zostawało tajemnicą, a rozróżnienie powierzchni kuli od powierzchni ostrosłupa niepodobną do rozwiązania zagadką763.

Garbiński uważał, że błędem było niewymaganie matury od kandydatów na studia.

Wszystko, co tylko najnieudolniejszego i najniedbalszego znajdowało się w szkołach, uniesione chęcią zysku, hojnie opłacanych posad, na które bez trudności wdzierać się wolno, przeczekawszy z utęsknieniem rok w klasie czwartej szkół wojewódzkich, cisnęło się na wyścigi do oddziału budownictwa Królewsko-Warszawskiego Uniwersytetu. W tym zaś przybytku nauki [...] młodzież powyższa, chroniąc się na czas niejaki od popisu [poboru wojskowego – M.M.], przesiedziawszy lat kilka, a czasem nawet kilka tylko miesięcy w słodkim uśpieniu na wykładanych lekcjach, za pierwszą pomyślną okolicznością podaje się na wakujące posady.

Drugim błędem było to, że nie wymagano magisterium od kandydatów na państwowe stanowiska budowniczych, inżynierów i geodetów. Na domiar złego, spomiędzy zaledwie 10 magistrów budownictwa i miernictwa wypromowanych do 1825 r. tylko 1 otrzymał stanowisko budowniczego wojewódzkiego, innym ukończenie studiów nie dało pierwszeństwa w ubieganiu się o państwowe posady764. Garbiński pisał, że elewowie, obserwując kariery poprzednich roczników, wykrzykują:

Patrzcie, wy przeuczeni architekci, zagorzali matematycy, wszak to Łuczajowi, Popławskiemu, Witkowskiemu, a co więcej Balińskiemu i Gołońskiemu, owym pierwszym, a zapewne i ostatnim, magistrom budownictwa i miernictwa ofiarowano urzędy zastępców budowniczych obwodowych, zarówno jak Zielińskiemu, Ciumkiewiczowi i innym, którym myśl ukończenia Uniwersytetu nigdy przez głowę nie przeszła. I po cóż nam jak żakom uczęszczać na kursa, na cóż mamy starać się o stopnie?765.

Czy to oznacza, że zatrudniani w administracji geodeci, budowniczowie, inżynierowie byli zupełnie niekompetentni? Byłby to za daleko idący wniosek. Wydaje się, że studenci uczyli się na praktykach, a lekceważyli zajęcia teoretyczne. Garbiński pisał o panującym powszechnym przekonaniu, że „w budownictwie praktyka jest wszystkim, a teoria śmiesznością”766. Zapewne przedmiot, który sam wykładał – geometria wykreślna – zdawał się elewom szczytem tej śmieszności. Mamy tu zatem do czynienia z niezbyt udaną próbą podniesienia kształcenia w tych dziedzinach na poziom uniwersytecki i z uporczywym trwaniem dawnego, na wpół cechowego modelu nauczania.

Czy ta sytuacja była wynikiem lekceważenia wykształcenia uniwersyteckiego przez władze rządowe, a przede wszystkim przez resort spraw wewnętrznych? Wydaje się raczej, że wymóg fachowego kształcenia kolidował tu z ogromnym zapotrzebowaniem państwa na specjalistów w związku z różnymi działaniami modernizacyjnymi. Brakowało zwłaszcza geodetów, potrzebnych przy urbanistycznej regulacji miast, budowie dróg, wywłaszczeniach na cele publiczne itp. Wielu specjalistów w tej dziedzinie zatrudniała administracja dóbr i lasów państwowych oraz górnictwa. Geodeci byli też potrzebni ze względu na zaprowadzenie hipotek i przyjęte na sejmie 1818 r. prawo o rozgraniczeniu dóbr ziemskich767.

Wydział Teologiczny

Organizacją Wydziału Teologicznego zajął się przyszły rektor Szweykowski, który w styczniu 1817 r. otrzymał nominację na zastępcę dziekana. W tym samym miesiącu odbyło się pierwsze posiedzenie profesorów Wydziału768.

Wydział Teologiczny był instytucją nową, jego powstania nie poprzedziło istnienie szkoły o podobnym profilu, której kadrę można by przejąć. Początkowo liczono, że część wykładowców dostarczy Zgromadzenie Misji, prowadzące kilka seminariów diecezjalnych. Misjonarze przedstawili 2 kandydatów (Michała Szymonowicza i Pawła Rzymskiego), którzy uczestniczyli w pracach organizacyjnych i rozpoczęli wykłady, ale już we wrześniu 1817 r. obaj wycofali się pod różnymi pretekstami769. Kadrę dydaktyczną wydziału trzeba było więc tworzyć w większości z osób niemających doświadczeń w kształceniu kleryków. Wydział Teologiczny, tak jak i inne wydziały, na początku istnienia nie dysponował dostatecznie licznym gronem profesorów, by zapewnić studentom nauczanie na odpowiednim poziomie wszystkich podstawowych dziedzin teologii. Dziekan upominał się o wprowadzenie wykładów z patrystyki i z historii teologii oraz o zwiększenie liczby godzin przeznaczonych na egzegezę Pisma Św., dogmatykę i teologię moralną. Domagał się też przedłużenia studiów z 3 do 4 lat. Postulaty te były stopniowo realizowane770.

65. Paweł Szymański

Najbardziej wyrazistą osobowością na wydziale był niewątpliwie jego dziekan, ksiądz Paweł Szymański, kapłan obrządku greckokatolickiego. Przez 5 lat, od 1805 do 1809 r., studiował teologię w Wiedniu. Rektor Szweykowski oceniał:

Nie na próżno pięć lat uczył się teologii za granicą. Nie wiem, czy jest w kraju naszym bieglejszy nad niego teolog. Pracowitość i regularność w obowiązkach odpowiada zdolności, a stąd wypada, że i korzyść uczniów musi być niepospolitą. [...] Jest główną podporą wydziału teologicznego.

Po powrocie do kraju przez siedem lat był profesorem seminarium diecezjalnego771. Erudyta, obdarzony nadzwyczajną pamięcią i niezmiernie żywy umysłowo, miał wielką wiedzę zarówno teologiczną, jak historyczną. Oprócz łaciny i greki znał dobrze hebrajski. Erudycja nie przekładała się jednak, podobnie jak u innych profesorów wydziału, na twórczą działalność naukową. Dopiero u schyłku życia, już po zamknięciu Uniwersytetu, zajął się działalnością pisarską. Szymański był znakomitym wykładowcą.

W przedmiocie tak poważnym, jakim jest objaśnianie prawd teologicznych – pisano – dalekim był zawsze od suchego pedanckiego nauczania, lecz przeciwnie, nadzwyczajnie oryginalny, sobie tylko właściwy i zupełnie różny od sposobu swoich kolegów miał dar wykładu, tak, że nigdy nie znużył, lecz zawsze zająć [...] potrafił.

Jego wykłady ściągały również świeckich słuchaczy772. Wiedza teologiczna, oryginalne, obrazowe ujęcie zagadnień, ale i „serce nadzwyczaj tkliwe” (wspominano, że modląc się przy ołtarzu „zawsze z wzruszenia zalewał się łzami”) czyniły go też znakomitym kaznodzieją. Niespecjalnie pobożny Kazimierz Łukaszewicz wspominał z entuzjazmem kazania Szymańskiego w kościele akademickim: „pod amboną jakby nabił słuchaczy. Ani bym jadł, ani spał, tylko bym słuchał. Co za dźwięk głosu, jaki styl, myśli prawdziwie niebiańskie, np. o Stwórcy i Jego dziełach – to dusza się radowała”773.

W pierwszych latach wykłady z teologii dogmatycznej prowadził tymczasowo ksiądz profesor Tomasz Dembek. Ostatecznie katedrę otrzymał benedyktyn, magister teologii Uniwersytetu Wileńskiego, ksiądz Feliks Ustrzycki. Został on najpierw wysłany na rok do Wiednia na stypendium KRWRiOP; wykłady objął w 1820 r. W 1823 r. opuścił zakon. Jego odejście z Uniwersytetu w 1829 r. miało szczególne przyczyny. Jak pisał w 1832 r. były już rektor Szweykowski:

Sprawowanie się jego przez lat 10 było ciche i spokojne. Tym tylko zwracał na siebie uwagę, że narobiwszy niemało długów, bywał o nie przez wierzycieli ściganym. Nie mając dostatecznego funduszu na umorzenie raz zaciągnionych, był przymuszony zaspokajać je jedynie przez zaciąganie coraz nowych i większych. Wyjechał z Warszawy w nadziei, że intratna infułacja, którą się spodziewał otrzymać, stanie się dostatecznym funduszem do uiszczenia się swoim licznym wierzycielom.

Ustrzycki był również upominany przez władze uniwersyteckie za nieregularne odbywanie wykładów i nieinformowanie dziekana o planowanych nieobecnościach774. Z kolei ówczesny student Szokalski pisał, że na temat profesora „chodziło po Warszawie mnóstwo skandalicznych ploteczek”775. Po odejściu Ustrzyckiego katedrę otrzymał wychowanek Uniwersytetu, ksiądz Wojciech Ossoliński. Gdy po roku pojawiła się groźba, że zostanie przeniesiony na rektora polskiego kościoła w Rzymie, wydział zwracał uwagę (wyraźnie dyskredytując Ustrzyckiego), że Ossoliński „pierwszy [...] godnie zajął” katedrę i że bardzo trudno będzie znaleźć jego następcę. „JX Ossoliński ma naukę, ma stopień doktora, ma należyty sposób wysłowienia, ma doświadczenie profesorskie, ma siły po temu”. Ostatecznie do wybuchu powstania Ossoliński pozostał w kraju, a potem został pierwszym rektorem Akademii Duchownej Rzymskokatolickiej, która była kontynuacją Wydziału Teologicznego i Seminarium Głównego776.

Profesorem teologii dogmatycznej i moralnej był ksiądz Dembek, o życiorysie być może najbardziej nietypowym na tle innych profesorów wydziału. Jako zakonnik, karmelita trzewiczkowy w 1808 r., w wieku 35 lat, został studentem warszawskiej Szkoły Prawa; ukończywszy ją po 3 latach otrzymał zaświadczenie, że „posiada wiadomości w nauce prawa obszerne, jako też i inne wiadomości, przy tym dojrzały rozsądek, co go tym bardziej usposabia do usługi kraju w wydziale sprawiedliwości, z znacznym pożytkiem”. Po ukończeniu studiów został dyrektorem rządowej drukarni, którą następnie wydzierżawił, opuścił też wtedy zakon, przechodząc w szeregi świeckiego duchowieństwa. W 1816 r. zgłosił swoją kandydaturę na katedrę teologii moralnej, otrzymał ją razem z wykładami z teologii dogmatycznej. Gdy w 1819 r. powrócił z zagranicy Ustrzycki, Dembek nie mogąc się pogodzić z nowym podziałem obowiązków dydaktycznych, odszedł z Uniwersytetu777.

Ksiądz Dembek był wybitnym masonem, sprawował wysokie urzędy w lożach. W 1821 r. został członkiem konspiracyjnego Towarzystwa Patriotycznego. W lutym 1826 r. aresztowano go wraz z innymi członkami tej organizacji. W więzieniu załamał się psychicznie i złożył obszerne zeznania. Wielkie wrażenie w Warszawie wywołała wiadomość, że w więzieniu „utłukłszy szkło, zjadł je z chlebem. Porwały go nadzwyczajne bóle, które przez dni kilka cierpiał, lecz staraniem lekarzów zdrów jest zupełnie”. Był jednym z 8 oskarżonych o zdradę stanu i postawionych w 1827 r. przed Sądem Sejmowym. Skazany na 3 miesiące więzienia bez zaliczenia dotychczasowego aresztu, zmarł w 1828 r. w więzieniu, nie doczekawszy uwolnienia778.

Po odejściu Dembka z Uniwersytetu teologię moralną wykładał – o ironio! – ksiądz Ustrzycki779. Od 1823 r. wykłady tego przedmiotu przejął przybyły z Cesarstwa ksiądz Jan Onoszko. Wychowanek jezuickiej Akademii Połockiej, był kanonikiem mohylewskim i łuckim, a przez 9 lat asesorem Kolegium Duchownego w Petersburgu delegowanym przez diecezję łucką. Kolegium, organ państwowy działający pod przewodnictwem arcybiskupa mohylewskiego, miało duże uprawnienia w różnych dziedzinach życia Kościoła w Cesarstwie. W Warszawie Onoszko został zaufanym doradcą prymasa Wojciecha Skarszewskiego. W 1827 r. objął funkcję rektora Seminarium Głównego780.

Teologię pasterską wykładał Szweykowski, rektor Uniwersytetu. W 1817 r. na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu wygłosił referat O wzajemnej potrzebie łączenia nauk teologicznych z innymi, który był swego rodzaju programem przyszłych wykładów. Przekonywał:

Kto chce dawać naukę życia spółczesnym, ten powinien wejść dobrze w ducha wieku swego. Jak może uzdrawiać lekarz, nie dociekając choroby i jej przyczyny? Jak wskazywać i prostować drogi w obcej dla siebie krainie? To, co w pierwiastkach narodów zachwycało szczęśliwie umysły proste, nieuprzedzone i, że tak powiem, dziecinne, możesz równie zachwycać umysły dumne zdobyczą wielu wyobrażeń pożytecznych, roztargnione mnóstwem przedmiotów i w mniemaniu swoim dojrzałe? [...] Umilkły głosy domagające się cudów; lecz odradzają się głosy szukające mądrości. Kto tej wykazać w prawdach religii nie umie, ten nie jest nauczycielem duchownym. Głosy te wznoszą się nie już spośród narodów, których promień niebieskiego światła nie doszedł, lecz spośród ludzi w pełnym świetle zrodzonych i dlatego tym są trudniejsze do zaspokojenia.

Jałowe są, przekonywał, narzekania na „zmniejszone stanu duchownego znaczenie”; jest ono przede wszystkim wynikiem słabego poziomu intelektualnego kleru781.

Wykład z teologii pasterskiej obejmował homiletykę, zasady katechezy, różne obrzędy kościelne, jedna część dotyczyła „sposobu życia pasterza”. Przedstawiony przez Szweykowskiego program odwoływał się przede wszystkim do praktyki duszpasterskiej. Profesor miał nauczać, „co ma zachować pasterz duchowny, aby nauka jego była czysta, daleka od sporów scholastycznych, aby działała na umysł i serce”. Omawiał rozmaite sytuacje duszpasterskie, na przykład:

Udzielanie rady według miejsca, czasu i okoliczności, rozmowy z różnowiercami. Jak nawracać ludzi stosownie do ich charakteru i panującej w nich skłonności. Jak postępować z często odpadającymi, doskonalszymi i mniej doskonałymi? Jak pocieszać strapionych i rozpaczających podług rozmaitości przyczyn. Jak z tymi, którzy się mają za opętanych od czarta? Którzy się lękają strachów, czartów itd.? Co zachować należy przy odwiedzaniu chorych, podług ich wieku i innych okoliczności? Co przy chcących skrócić sobie życie? Przy konających? Odwiedzanie więźniów, przygotowanie skazanych na śmierć. Postępowanie z głuchymi, niemymi, wariatami, głupowatymi?782.

Profesorem „języków orientalnych” (czyli przede wszystkim hebrajskiego) i greki był Włoch Alojzy Ludwik Chiarini; powierzono mu także wykładanie historii Kościoła. Pojawił się w Warszawie w 1819 r., w wieku 30 lat, polecony przez przybyłego wcześniej profesora filologii księdza Sebastiana Ciampiego. Do jego nominacji doszło w bardzo nieprzyjemnej atmosferze, bo wiązała się ze zwolnieniem 2 wykładowców – lektora hebrajskiego Adama Chmielewskiego oraz profesora Jakuba Szarkiewicza. Zwłaszcza w tym drugim przypadku doszło do naruszenia obowiązujących przepisów; protesty Rady Uniwersytetu pozostały jednak bez echa. Władze uniwersyteckie nie kwestionowały kompetencji językowych Chiariniego, miały jednak wątpliwości co do jego kwalifikacji w zakresie historii Kościoła, zwłaszcza polskiego. Być może odezwały się tu zresztą negatywne doświadczenia związane z wcześniej mianowanymi profesorami cudzoziemcami – Ciampim, a zwłaszcza Zinserlingiem. Dalsze funkcjonowanie Chiariniego na wydziale przebiegało bez większych sporów. Z czasem powierzono mu „introdukcję do Starego Testamentu”, a jako profesor historii Kościoła powrócił na Uniwersytet Jakub Szarkiewicz783.

Kontrowersje wywoływała natomiast działalność Chiariniego poza Uniwersytetem. Był on członkiem Komitetu Starozakonnych, opiniodawczego ciała zajmującego się sprawami ludności żydowskiej i wywierał spory wpływ na jego prace. Poza Uniwersytetem prowadził wykład „starożytności hebrajskich”, który miał przygotować przyszłych urzędników zajmujących się „reformą Żydów”. Wydał słownik polsko-hebrajski i gramatykę hebrajską, a pozyskawszy dotację Mikołaja I, rozpoczął wielotomowe wydanie francuskiego tłumaczenia Talmudu. Był też cenzorem druków hebrajskich. Działalności Chiariniego przyświecała idea reformy judaizmu przez powrót do pierwotnej „czystej” religii i odrzucenie Talmudu. Jego publikacje spotkały się z druzgocącą krytyką zarówno ze strony warszawskich uczonych żydowskich, jak i za granicą. Wytykano Chiariniemu zbyt słabą, jak na przedsięwzięcia, na które się porywał, znajomość hebrajskiego. Abraham Stern, członek warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, w recenzji ze słownika polsko-hebrajskiego pisał o ludziach, którzy „przez nieświadomość i samolub stwo, własnego nie znają ograniczenia, a namęczywszy się nad sklejeniem z cudzego materiału niezgrabnej lepianki, mniemają się być twórcami okazałej piramidy”784.

Ze Zgromadzenia Misji wywodził się jeden profesor – ksiądz Jakub Szarkiewicz. Przez 20 lat był zakonnikiem, w tym przez 10 lat profesorem w prowadzonych przez misjonarzy seminariach. W 1816 r. w niejasnych okolicznościach wystąpił ze zgromadzenia, a w następnym roku został profesorem Uniwersytetu. Usunięty w związku z zatrudnieniem Chiariniego w 1819 r. („mocna intryga spokojnego i niewinnego łatwo ciemięży” – pisał w urzędowej autobiografii); powrócił na stanowisko profesora w 1823 r. Opinia rektora o nim była raczej letnia: „W miarę sposobności, jaką miał do wydoskonalenia się w swoim zawodzie, wiele dokazał własną usilnością i jest pożytecznym dla uczniów profesorem”785.

Zauważmy, że 4 profesorów (Szweykowski, Dembek, Ustrzycki i Szarkiewicz) to dawni zakonnicy, którzy przeszli w szeregi duchowieństwa świeckiego. Tradycyjnie to właśnie zakony umożliwiały uzyskanie wykształcenia teologicznego na wyższym poziomie. Z drugiej strony widoczne są tu i nowe możliwości kształcenia, jak odbywane na koszt rządu austriackiego studia Szymańskiego w Wiedniu, stypendium KRWRiOP dla Ustrzyckiego na studia zagraniczne, a wreszcie – doczekanie się przez wydział pierwszego profesora z grona swoich absolwentów w osobie Ossolińskiego.

Specyficzna sytuacja Wydziału Teologicznego wynikała z podległości 2 władzom – kościelnej i edukacyjnej. Początkowo władze kościelne nie miały żadnego wpływu na funkcjonowanie wydziału. W 1818 r. wydane zostało brewe papieskie zatwierdzające Wydział Teologiczny i zezwalające mu na nadawanie stopni doktora w zakresie teologii i prawa kanonicznego. Był to jeden z efektów negocjacji w Rzymie dotyczących statusu Kościoła w Królestwie Polskim (m.in. nowy podział diecezji, ustanowienie metropolii warszawskiej i kasata części klasztorów)786. Brewe nadawało arcybiskupowi warszawskiemu znaczne uprawnienia wobec Wydziału. W grudniu 1818 r. Rada Uniwersytetu, otrzymawszy brewe, uznała, że należy je „uważać jako potwierdzające Uniwersytet i mające być w aktach złożone, nie zaś jako zobowiązujące lub mogące stanowić w prawach Uniwersytetu zmiany”787. Arcybiskup Franciszek Malczewski upomniał się jednak o swoje uprawnienia – oczekiwał, że profesorowie będą przed nim wykonywali przysięgę, że jego opinia będzie uwzględniana przy nominacji profesorów, że będzie zatwierdzał programy nauczania i uczestniczył w egzaminach doktorskich, a księża-profesorowie będą podlegali „ogólnej karności duchownej”. Odpowiadając na przesłane sobie do zaopiniowania pismo arcybiskupa, władze uniwersyteckie twierdziły (jednak przy votum separatum profesorów Wydziału Teologicznego), że zależność wydziału od władz kościelnych naruszałaby konstytucyjne prerogatywy monarchy i że na innych uniwersytetach tego typu podległość wydziału teologicznego nie istnieje. Wskazywano, że uznanie uprawnień arcybiskupa w konsekwencji musiałoby oznaczać podleganie wydziału również władzom innych wyznań788. Ten ostatni argument wiązał się z niezrealizowanymi planami utworzenia przy Wydziale Teologicznym katedr dla wyznań ewangelickich. Chodziło o to, by nie było konieczności sprowadzania duchownych z Prus, którzy „wykładając naukę w obcym dla naszego kraju języku, przelewają w umysły prostego ludu ducha nieznanego Polakom, ducha zagorzałej intolerancji, która z obmierzieniem patrzy i gardzi tu wszystkim, co nie nosi imienia Niemca i ewangelika” – jak pisała w 1821 r. deputacja do opracowania statutu Uniwersytetu789.

Minister Potocki był jednak skłonny do pewnych ustępstw wobec arcybiskupa – w marcu 1819 r. KRWRiOP postanowiła, że metropolita warszawski będzie otrzymywał programy zajęć na wydziale od KRWRiOP oraz będzie mógł uczestniczyć w egzaminach na stopnie magistrów i doktorów i przekazywać swoje uwagi tej komisji rządowej790. Nie ustanowiono jednak żadnej bezpośredniej zależności uniwersytetu od władz kościelnych, ani nawet możliwości bezpośredniego komunikowania się ich z władzami uniwersyteckimi – uwagi arcybiskupa miały być zgłaszane KRWRiOP. Nie były to rozwiązania zadowalające dla hierarchii kościelnej791.

W 1820 r. po dymisji Potockiego i objęciu funkcji ministra przez Grabowskiego zmieniła się formalna sytuacja Wydziału Teologicznego. W nowej organizacji KRWRiOP z 1821 r. w jej strukturze pojawiła się Sekcja Duchowna, składająca się z prymasa jako przewodniczącego oraz 2 biskupów ordynariuszy zmieniających się co pół roku, prócz tego w Sekcji zasiadało 4 księży-referentów z głosem doradczym. Sekcja podawała po 2 kandydatów na wakującą profesurę na Wydziale Teologicznym oraz miała donosić władzom resortu o „wykroczeniach w nauczaniu lub w obyczajach” profesorów Wydziału. Do własnych uprawnień Sekcji Duchownej, niewymagających decyzji wyższych władz KRWRiOP, należało zatwierdzanie programu nauczania na Wydziale Teologicznym oraz „delegowanie jednego z członków sekcji dla prezydowania z głosem stanowczym na uniwersyteckich egzaminach kwalifikujących z teologii”792.

Studenci tego wydziału rekrutowali się zasadniczo spośród alumnów seminariów diecezjalnych i nowicjuszy zakonnych. W 1818 r. ustanowiono 22 stypendia – 6 dla zakonników i po 2 na diecezję dla kleryków seminariów diecezjalnych793. Stypendium było jednak niskie. Konsystorz diecezji augustowskiej w 1821 r. zwracał uwagę, że na studia do Warszawy należy wysyłać kleryków mogących liczyć na finansową pomoc rodziców794. W greckokatolickiej diecezji chełmskiej biskup zarządził w 1819 r. zbiórkę wśród księży na utrzymanie alumnów studiujących w Warszawie. Wprawdzie, jak pisał:

skarb publiczny wyznaczył dla nich stypendium rocznie złp 800 wynoszące, atoli ilość tak szczupła ledwie na opłatę stołu dla nich wystarczyć zdoła. Mimo pomieszkania, które klasztor bazyliański warszawski przez przywiązanie do tegoż samego obrządku darmo ofiarował, brakuje alumnom na potrzebny opał, światło, tudzież odzienie i na książki teologiczne.

Biskup informował, że sam wyłożył 106 złp 20 gr na najęcie dyliżansu dla alumnów „i nie żałuje tego, bo ta ofiara dla dobra diecezji poświęcona, znajduje w sercu dla siebie nagrodę”795.

Pozyskanie właściwych kandydatów do studiów było też utrudnione przez nieufność biskupów do Wydziału Teologicznego. Obawiali się bardzo różnego od seminaryjnego trybu życia studentów teologii: wynajmowania mieszkań na mieście, dorabiania korepetycjami, świeckiego ubioru i generalnie braku nadzoru. Niektórzy biskupi w ogóle nie przysłali kleryków ze swoich diecezji; inni skierowali na studia osoby do nich nieprzygotowane. Uniwersytet nie chciał ich odsyłać do diecezji, by ostatecznie nie skonfliktować się z biskupami796. Podobnie wyglądała sprawa z zakonnikami. W 1817 r. dziekan Wydziału Teologicznego pisał, że „przełożeni seminariów zakonnych obawiają się, aby seminarzyści zakonni, chodząc na lekcje Uniwersytetu, nie wyłamywali się spod zwierzchności zakonnej”797. W niektórych zakonach (kapucyni, reformaci) wewnętrzne przepisy zabraniały zakonnikom studiów uniwersyteckich. Nie studiowali też na Wydziale Teologicznym klerycy ze Zgromadzenia Misji, choć byłoby to naturalne, gdyż misjonarze prowadzili 5 seminariów, w których kształcili ok. połowy wszystkich kleryków diecezjalnych w Królestwie. Zgromadzenie było jednak bardzo niechętne Wydziałowi, misjonarzy oskarżano, że odegrali zasadniczą rolę w jego praktycznej likwidacji w 1823 r.798

Od razu, wobec słabego napływu kandydatów, konieczne stało się zawieszenie wymogu posiadania matury, w zamian wprowadzono egzamin wstępny799. Choć postulaty przywrócenia wymogu egzaminu dojrzałości pojawiały się – np. w uwagach komisji izby poselskiej w czerwcu 1830 r.800 – nie było to realne wobec sytuacji panującej w seminariach diecezjalnych. Według postanowienia namiestnika z 1817 r. kandydat do takiego seminarium powinien mieć świadectwo ukończenia co najmniej 4 klas szkoły wydziałowej. W praktyce zdarzało się jednak przyjmowanie kandydatów nawet po szkołach parafialnych. W gorzej funkcjonujących seminariach dochodziło zresztą do nadużyć przy przyjmowaniu kandydatów – kierowano się protekcją, nie zważając na kwalifikacje. Co prawda wśród kształcących się w seminariach duchownych kleryków duża część uczyła się wcześniej w szkołach wojewódzkich, ale tylko nieliczni doszli w nich do matury, przeważnie kończąc edukację na czwartej lub piątej klasie. Podczas egzaminów wstępnych do seminariów zwracano zresztą uwagę przede wszystkim na znajomość łaciny801. Ale nawet w tej dziedzinie nie było dobrze – znający dobrze realia seminaryjne misjonarz Michał Szymonowicz przekonywał w czasie zebrania organizacyjnego Wydziału, że studenci mogą nie rozumieć wykładów w tym języku802.

W efekcie Wydział Teologiczny, jak skarżył się jego dziekan:

na nieszczęście swoje, niewielu ma uczniów należycie uzdolnionych. Niektórzy, jak późniejsze doświadczenie odkryło, myśleć nawet porządnie nie umiejąc, muszą niewdzięczną cierpieć mozołę w rozbieraniu głębszych wywodów, siebie i praw natury nie znając, sądzić o prawidłach czynów ludzkich i myślą samego Twórcę dosięgać. [...] Egzamen przedwpisowy zupełnych nieuków tylko usunie, lecz innym zagrodzić drogi nie może, jeżeli nie ma nastąpić, iżby było mniej uczących się, jak uczących803.

Wydaje się jednak, że kiepski poziom kandydatów na studia teologiczne nie był spowodowany wyłącznie niechęcią biskupów do przysyłania lepszych seminarzystów. Problemy Wydziału wiązały się z szerszym zjawiskiem słabych aspiracji intelektualnych kleru. Według ówczesnych opinii problem polegał na braku kandydatów do kapłaństwa pochodzących ze środowisk lepiej wykształconych804. Wynikało to z niewielkiej atrakcyjności kariery duchownej dla elit społecznych (czyli przede wszystkim środowisk ziemiańskich), nawet tych, które były silnie zaangażowane religijnie805. To „zmniejszony do zadziwienia powab do stanu duchownego” – komentował rektor Szweykowski – był przyczyną, że kandydatami na Wydział są „sami prawie ubodzy i nierównego z innymi usposobienia”806.

Od początku widziano ścisły związek między powstaniem Wydziału a reformą seminariów diecezjalnych. Dziekan Wydziału Teologicznego pisał w 1820 r., że istnienie Wydziału Teologicznego nie wpłynie na poziom intelektualny kleru, „jeżeli jego układ i prace przez uczniów po seminariach zaprowadzonymi, powtarzanymi i przetrawionymi nie będą”. Proponował, by KRWRiOP od razu kierowała magistrów teologii do seminariów jako profesorów, „nie zostawując wyboru między posadą parafialną i naukową” i wskazywał na groźbę zmarnowania potencjału wytworzonego przez wydział. „Nieraz doświadczenie nauczyło, że najpiękniej usposobione osoby przy czynnościach parafialnych gnuśnieć i w ciemnych nieuków zupełnie przeistaczać się zwykły”. A że „stan plebana, porównany z obowiązkiem profesora, więcej ma zysku i swobód”, istnieje groźba, że wykształceni przez wydział magistrzy będą woleli „z większą korzyścią, a utrudzeniem mniejszym pilnować kościoła i gospodarczych zatrudnień, niż usychać nad książką”. Wywiązała się z tego korespondencja z KRWRiOP dotycząca różnych potencjalnych przywilejów absolwentów Wydziału – w praktyce ograniczały się one do ogólnych obietnic awansu w hierarchii kościelnej807. Już w 1817 r. KRWRiOP przypominała biskupom, że w przyszłości na wyższe stopnie w hierarchii kościelnej i na profesorów w seminariach promowane będą tylko osoby, które ukończyły „z chwałą” Wydział Teologiczny808.

W roku akademickim 1818/1819 Wydział miał 35 studentów, z czego 20 rząd wspierał materialnie809. W 1822 r. 17 uczyło się na pierwszym roku, 10 na drugim i 4 na trzecim810.

Studenci przysłani z seminariów diecezjalnych mieszkali w budynku księży misjonarzy przy kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Poddani byli nadzorowi dyrektora seminarium prowadzonego przez te zgromadzenie. Współpraca nie układała się jednak dobrze. „Odkąd pod nasz skromny dach przyjęliśmy teologów akademickich, wszelkim utrapieniom i zgryzotom naszym nie było końca” – narzekał w marcu 1818 r. misjonarz ksiądz Paweł Rzymski. Studenci nie chcieli się podporządkować zakonnikom i zaczęli opuszczać gmach misjonarzy, korzystając z pozwolenia swoich biskupów na szukanie mieszkań na mieście. Niechętny wydziałowi ksiądz Rzymski pisał we wrześniu 1820 r.:

Jedni biegali po klasztorach, od reformatów do dominikanów, od dominikanów do kapucynów, nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca. Inni włóczyli się po domach świeckich i lokowali się niekiedy w rodzinach o podejrzanej reputacji. Wykłady, jak nam mówiono, zaniedbywali, ćwiczeń duchownych nie odprawiali, za to na ekskursjach i różnych zabawach z kolegami ze świata ich obecności nie brakowało.

Skarżono się na opuszczanie wykładów i na samowolne wyjazdy kleryków z Warszawy. Złe wrażenie zrobił przypadek kleryka Wojciecha Kaweckiego, który porzucił stan duchowny i wstąpił do wojska. Inny – Mateusz Maskulewicz – został w 1822 r. relegowany za niemoralne postępowanie811.

Powstała w 1821 r. Sekcja Duchowna zajęła się też problemem trybu życia kleryków-stypendystów na Wydziale Teologicznym. W październiku 1822 r. wydała zarządzenie, które pokazuje pośrednio, jakie problemy stwarzali oni władzom kościelnym. Zastrzegano, że wszyscy stypendyści mają mieszkać u księży misjonarzy (z wyjątkiem zakonników przebywających w klasztorach). Ze względu na wysoki koszt wyżywienia u misjonarzy, zezwolono na zamawianie jedzenia na zewnątrz; miało ono być jednak przynoszone „przez człowieka pewnego i dobrych obyczajów”. Klerykom nie wolno było mieć służby; nie wolno też było przyjmować odwiedzin. Nie wolno było uczyć się gry na instrumentach. Zakazywano noszenia „sukien świeckich i chustek na szyi”. Nakazywano też im uczestniczenie w normalnych w seminarium „ćwiczeniach duchownych”, nabożeństwach, rekolekcjach812. Studenci zamieszkali więc znów u misjonarzy, ale stale dochodziło do konfliktów między nimi a zakonnikami. Nawiasem mówiąc, do ostrych konfliktów z klerykami dochodziło w tym czasie i w innych seminariach misjonarzy (w Krakowie i w Łowiczu), problem tkwił więc, jak się zdaje, przede wszystkim w metodach wychowawczych zgromadzenia. Poważniejsze zajście (znieważenie dyrektora seminarium misjonarzy) posłużyło za jeden z pretekstów do zawieszenia wykładów na Wydziale Teologicznym813.

Innym pretekstem był incydent, który przydarzył się na wykładzie księdza profesora Onoszki. Studenci wdali się w dysputę z profesorem, twierdząc wbrew jego zdaniu (ale zgodnie z obowiązującymi na wydziale podręcznikami), że w pewnych sytuacjach kłamstwo jest nie tylko dozwolone, ale i godne pochwały. Onoszko sprowadził na następny wykład rektora Szweykowskiego i generalnego wizytatora szkół Józefa Lipińskiego i – relacjonował cesarzowi Nowosilcow –

powtórzył w ich obecności na piśmie zredagowane zdanie swoje przeciwko zasadzie o kłamstwie. Ale uczniowie okazali się równie nieuległymi jak poprzednio, sprzeczali się z nim i wyrzucali mu znieważenie znakomitego autora dzieła dla kursów akademickich przepisanego. Następnego dnia przynieśli oni na prelekcję rozprawy na piśmie, w których dowodzili i popierali przykładami, że nie tylko apostołowie Piotr i Paweł, ale nawet sam Jezus Chrystus w kilku przypadkach uznał potrzebę minąć się z prawdą.

Tego typu twierdzenia Nowosilcow przedstawiał Aleksandrowi I jako bardzo niebezpieczne, jako „pierwsze źródło zaprzeczania wszystkiemu, którego się trzymają towarzystwa tajne”814.

W marcu 1823 r. KRWRiOP wydała postanowienie nakazujące natychmiastowy powrót do seminariów diecezjalnych wszystkich stypendystów studiujących na Wydziale Teologicznym. Na nic zdały się prośby Uniwersytetu, by mogli oni pozostać do końca roku akademickiego. Profesorów wydziału poinformowano, że ich wakacje rozpoczęły się w tym roku wcześniej815. Pierwotny projekt ministra Grabowskiego zakładał likwidację Wydziału Teologicznego i powołanie w jego miejsce Seminarium Głównego pod nadzorem arcybiskupa. Studia teologiczne miały być dostępne tylko dla kleryków. W czasie posiedzenia Rady Stanu w lipcu 1823 r. ta koncepcja została ostro zaatakowana przez ministra Lubeckiego, który widział w projekcie naruszenie prerogatyw monarchy, krytykował odebranie rządowi kontroli nad kształceniem kleru, a separowanie seminarzystów od reszty studentów uważał za rzecz szkodliwą dla przyszłych księży. Dyskusja nad projektem została zawieszona. W końcu doszło do kompromisu – powołanie Seminarium Głównego miało się odbyć bez likwidacji Wydziału Teologicznego; umożliwiono też uczęszczanie na wykłady z teologii osób niebędących seminarzystami816. Postanowienie cesarskie z grudnia 1823 r. ujmowało to w osobliwej formule: „Wydział Teologiczny Uniwersytetu Warszawskiego dawać będzie prelekcje w Głównym Seminarium”817.

Seminarium Główne otwarte zostało we wrześniu 1825 r., tak więc stan tymczasowości na Wydziale Teologicznym trwał 2 i pół roku818. Rektor Szweykowski starał się podtrzymać istnienie Wydziału; w oficjalnych wystąpieniach bagatelizował znaczenie dokonujących się zmian819. Po odesłaniu seminarzystów-stypendystów do ich diecezji na wydziale pozostała garstka kleryków niepobierających stypendiów oraz studentów świeckich. Wykorzystując to, na jesieni 1823 r. wznowiono wykłady. W latach akademickich 1823/1824 i 1824/1825 Wydział prowadził zajęcia dla 11 regularnych studentów. Na wykłady z teologii chodziło jednak wielu studentów z innych wydziałów oraz wolni słuchacze. W tej sytuacji niemożliwe okazało się utrzymanie podziału na lata studiów, trzeba też było zmniejszyć liczby godzin wykładów przypadających na poszczególnych profesorów, a równocześnie zobowiązać studentów do uczęszczania na większą liczbę zajęć820.

Powstanie Seminarium Głównego było wykorzystaniem na potrzeby konserwatywnej polityki instytucji o zupełnie innej, oświeceniowej proweniencji. Stworzenie centralnego seminarium duchownego, w którym pod ścisłym nadzorem rządu (a nie biskupów) uczyć się mają przyszli duchowni wyższych szczebli, to koncepcja typowo józefińska. Przejęcie edukacji przyszłej elity kościelnej dawało nadzieję na stopniowe przekształcenie Kościoła w oświeceniowym duchu. Powołanie Seminarium Głównego przygotowywano jeszcze za rządów Potockiego w KRWRiOP. Postulat utworzenia Seminarium Głównego przy Uniwersytecie został też zgłoszony przez senat na sejmie 1818 r. W 1819 r. polecono opracowanie odpowiedniego projektu rektorowi Szweykowskiemu. Zaplanował on seminarium dla ok. 50 alumnów, z odrębnym gmachem; wykłady miały się jednak odbywać w budynkach uniwersyteckich, gdzie seminarzyści mieli się wspólnie udawać821. Jeszcze w 1825 r. izba poselska, krytykując podporządkowanie Seminarium Głównego arcybiskupowi („może ta szkoła wysoka z czasem spaść na stan opłakany diecezjalnych seminariów”), przedstawiała założenie Seminarium Głównego jako koncepcję ministra Potockiego i przekonywała, że tylko w takiej instytucji mogą się wykształcić „godni kapłani swego powołania”822. O zorganizowanie Seminarium Głównego starał się też Uniwersytet. W 1821 r. rektor mówił o stanie Wydziału Teologicznego „z żalem niemałym”, tłumacząc, że władze uniwersyteckie robiły, co w ich mocy, by zwiększyć liczbę studentów. „Najpierwszą i najgwałtowniejszą tego wydziału potrzebą jest seminarium generalne”823.

Seminarium Główne podlegało arcybiskupowi warszawskiemu. To on mianował rektora Seminarium, on też określał porządek dzienny, przepisy dyscyplinarne itp.824 Wydział Teologiczny znalazł się w zupełnej zależności od arcybiskupa – po pierwsze przez podleganie Sekcji Duchownej, gdzie odgrywał on decydująca rolę, po drugie – poprzez uprawnienia metropolity warszawskiego wobec Seminarium Głównego, gdzie odbywały się wszystkie zajęcia i gdzie była większość studiujących na wydziale825.

W 1824 r. Sekcja Duchowna powołała komisję teologów (nie było wśród nich profesorów Uniwersytetu). Oceniła ona podręczniki używane na Wydziale Teologicznym i w seminariach duchownych, zabraniając posługiwania się niektórymi z nich, a zalecając inne826. Zasadniczą rolę w opracowaniu programu Seminarium Głównego odegrał arcybiskup Wojciech Skarszewski. Kierował się głównie obawą, by wiedza „nie upoiła rozumu” seminarzystów. Inna sprawa, że jeszcze dalej idącej redukcji programu chciał Józef Kalasanty Szaniawski827. Na nic zdały się uwagi Wydziału, że alumni jako przyszli profesorowie seminariów diecezjalnych „o materiach teologicznych nie tylko jasne i gruntowne, ale i obszerne wyobrażenie mieć powinni. Powierzchowna znajomość jest zawsze ciemną, nie przynosi spodziewanych korzyści, a często bywa szkodliwą”828.

Seminarium Główne zostało sfinansowane z dochodów zlikwidowanych w 1819 r. klasztorów, jego biblioteka pochodziła z tego samego źródła. Mieściło się w skasowanym klasztorze Paulinów na ulicy Podwale829. Ścisłe odseparowanie Seminarium Głównego od Uniwersytetu spowodowało konieczność zdublowania części wykładów. Klerycy nie uczęszczali na wykłady z prawa kanonicznego na Wydziale Prawa i Administracji, w Seminarium odrębny wykład prowadził ksiądz profesor Szarkiewicz. Seminarium miało 3 profesorów niebędących wykładowcami na Uniwersytecie830.

Stypendystów studiujących w Seminarium Głównym nie rejestrowano jako studentów Uniwersytetu831. Wśród osób zapisanych jako studenci teologii była grupa świeckich studentów (która wzrosła między 1826 a 1829 r. z 8 do 20 osób) oraz pojedynczy dokształcający się kapłani, klerycy pijarscy oraz trochę „kleryków eksternów” studiujących na własny koszt832. Ci ostatni, funkcjonujący na zasadach podobnych do sytuacji przed utworzeniem Seminarium Głównego, nadal sprawiali kłopoty. W 1826 r. kleryk Józef Truszkowski z seminarium płockiego, który mieszkał kolejno w klasztorach kapucynów, dominikanów i reformatów, zniknął, „zaciągnąwszy długi i onych nie wypłaciwszy”. W tym samym roku inny taki kleryk nie przystąpił do egzaminu na koniec roku „dla nieregularnego uczęszczania na prelekcje”833.

Pod koniec lat 20. opinie o Seminarium Głównym, również w środowisku kościelnym, były krytyczne. Podczas sejmu w czerwcu 1830 r. komisje obu izb sejmu zwracały uwagę, że biskupi przysyłają do Seminarium Głównego nie najzdolniejszych seminarzystów, ale raczej „mierniejszych”. Posłowie zwracali uwagę na ograniczanie przez Sekcję Duchowną KRWRiOP swobody wykładowców, narzucanie im podręczników, „ścieśnienie [...] i poniżenie nauki”, przez jej pamięciowe opanowywanie, a nie „zgłębienie jej rozumowe”. Komisje senatu, przypominając, że powołanie Seminarium Głównego było postulowane przez tę izbę jeszcze w 1818 r., opisywały fiasko tej inicjatywy. Formalne oddzielenie od Uniwersytetu – pisano – skutkowało powoływaniem profesorów nie w drodze konkursu i złym ich doborem. Krytykowano brak jasnych kryteriów przyjmowania seminarzystów do Seminarium Głównego i usuwania z niego osób niezdatnych. Komisje senatu postulowały ściślejszy związek Seminarium z Uniwersytetem: powierzanie wykładów tylko profesorom Wydziału Teologicznego, uczęszczanie alumnów na różne zajęcia uniwersyteckie, wreszcie podporządkowanie Seminarium Głównego rektorowi Uniwersytetu834.

Ciągle istniał problem za małego stypendium. Wiemy, że w diecezji augustowskiej kolejni kandydaci na studia w Seminarium Głównym uchylali się od wyjazdu, głównie z powodów materialnych. Ale równocześnie biskup augustowski, podsumowując dotychczasową działalność tego seminarium, pisał w 1832 r., że jego absolwenci nie przynieśli dotąd wielkiego pożytku diecezji. Dalsze wysyłanie alumnów do Seminarium Głównego uważał za konieczne tylko ze względu na unikanie konfliktu z rządem835.

W 1830 r. dziekan Szymański oceniał, że wśród kleryków Seminarium Głównego profesorowie nie widzieli „zapału, jaki młodzież chciwą nauk zwykł celować; owszem, niejakieś odrętwienie, a nawet opieszałość widoczna dawała się ciągle postrzegać”. Zwracał uwagę, że żaden z kleryków nie próbował pisać rozprawy konkursowej. Tylko częściowo można to przypisać – pisał – słabemu przygotowaniu intelektualnemu przed znalezieniem się w Seminarium, równie istotne były fatalne stosunki panujące w tej instytucji836.

Wydział Filozoficzny

Wydział Filozoficzny miał w ogromnym stopniu charakter usługowy wobec pozostałych. W latach 20. liczba jego studentów wzrosła od 17 do 113, a z innych wydziałów na wykłady uczęszczało od 194 do 331 osób837.

Profesorem filozofii został Ignacy Adam Zubelewicz, profesor Liceum Warszawskiego. W momencie nominacji miał 34 lata. Odbył studia w Halle, a po nominacji na profesora UW, a przed rozpoczęciem wykładów, został wysłany do Niemiec w celu zapoznania się z nauczaniem filozofii na uniwersytetach838. Prowadził 3 wykłady. Pierwszy z nich, trwający rok, obejmował „encyklopedię filozoficzną” (czyli wstęp do filozofii) oraz historię filozofii. Musieli go zaliczyć wszyscy studenci Uniwersytetu, z wyjątkiem tych z Oddziału Sztuk Pięknych oraz przyszłych farmaceutów z Wydziału Lekarskiego. Drugi wykład trwał przez 3 lata. W pierwszym roku obejmował logikę i metafizykę, w drugim prawo naturalne i etykę, w trzecim estetykę i tzw. etyko-teologię. Ponieważ przychodzący w różnych latach studenci trafiali na różne części tego cyklu, Zubelewicz co roku powtarzał pierwszą część wykładu zwaną „archeologią filozoficzną”. Cały wykład zaliczany był przez studentów oddziału filozoficznego, a 2 lata (logika i metafizyka oraz etyka i prawo naturalne) przez studentów oddziałów matematycznego i fizycznego oraz studentów teologii. Trzeci, trwający przez rok wykład dotyczył pedagogiki i antropologii; uczęszczali na niego studenci oddziału filozofii i oczywiście „kandydaci do stanu nauczycielskiego”839.

„Jest to człowiek dobry, poczciwy, mierny. Nic wielkiego po nim wróżyć nie można; odmówi, co przeczyta, doda coś swego, nic więcej. Co do lekcji, dość jasna, recytowana, gustu mało, organ [głos] jak taczka z kamieniami” – pisał w 1822 r. przebywający w Warszawie filomata Franciszek Malewski840. Cieniem na postaci profesora położyło się przyjęcie w 1823 r. funkcji inspektora generalnego Uniwersytetu w ramach Kuratorii Generalnej. Jego działania w ramach tej „policji szkolnej” dziwnie kontrastowały z wcześniejszym wizerunkiem lubianego, życzliwego studentom profesora841. W nekrologu opublikowanym po jego śmierci w czasie powstania listopadowego próbowano go usprawiedliwiać, pisząc, że ten urząd „przyjął ze wstrętem największym, za namową przyjaciół i w tym jedynie widoku, aby go ile możności mniej szkodliwym uczynić. W rzeczy samej uniwersytet wiele mu winien wdzięczności za złe, które od niego w tym urzędowaniu odwrócił”842. Wątpliwe jednak, by studenci, którzy mieli do czynienia z Kuratorią, byli gotowi przyjąć taką opinię.

Następcą Zubelewicza na katedrze został Krystyn Lach-Szyrma. Pochodził z Mazur, a studia odbył na Uniwersytecie Wileńskim, gdzie był uczniem Gotfryda Ernesta Groddecka i Euzebiusza Słowackiego. Następnie został nauczycielem młodego księcia Czartoryskiego i 3 lata spędził ze swoim wychowankiem w Edynburgu, gdzie uczęszczał na wykłady uniwersyteckie. Ten wyjazd zasadniczo ukształtował poglądy i zainteresowania Lacha-Szyrmy. Kilka lat później wydał w 3 tomach bardzo poczytne dzieło Anglia i Szkocja, przypomnienia z podróży roku 1820–24 odbytej. W 1824 r., po powrocie z zagranicy stanął do konkursu o katedrę filozofii na UW i doktoryzował się843.

Zatrudnieniu Szyrmy na UW towarzyszyła niespodziewana decyzja KRWRiOP, że ma on wykładać po łacinie. Postawiło to nowego profesora w absurdalnej sytuacji. Po roku wykładania i egzaminach skarżył się, że „uczniowie nie będąc dostatecznie ugruntowani w łacińskim języku, a tym mniej w metafizycznej jego nomenklaturze, która ma także swoje trudności, gotowi są przez połowę chwytać myśli i podszywać pod nie błędne swoje wyobrażenia”. Rada UW mocno go poparła, pisząc do KRWRiOP:

sam język łaciński, acz skądinąd bogaty, nie jest w stanie objąć pomysłów nowej filozofii, profesor więc jest przymuszony szpecić go barbarzyńskimi wyrazy, takowe objaśniać, tłumaczyć, co wszystko wykład jego utrudnia i zrozumienie wikła. [...] Profesor obowiązany postępować z wiekiem musi używać dzieł francuskich, niemieckich, angielskich i polskich i te na język łaciński tłumaczyć. Ażeby więc w niezdolnym do tego języku nie tylko ducha nowej filozofii, ale nadto ducha tak licznych języków dokładnie objąć, musi podejmować pracę równie niewdzięczną jak mozolną. [...] Każda inna nauka dałaby się łatwiej wykładać w języku łacińskim niż filozofia, ile że jej zasady nie są tak stałe i opierają się na ciągu rozumowań wiążących się i odnoszących do siebie; w języku łacińskim jako niedostatecznie znanym gubi się ten ciąg myśli i związek logiczny.

Wskazywano też, że język polski, jeśli nie będzie miał swojej terminologii filozoficznej, „nie może być do prawodawstwa i czynności rządowych dosyć jasnym i pewnym”. Ten sposób uczenia filozofii pozostaje więc w kolizji z kształceniem „pożytecznych i światłych urzędników”844. Nic jednak te protesty nie dały.

Wykład i egzamin z filozofii był obowiązkowy dla zdecydowanej większości studentów Uniwersytetu. Obserwacja profesora, który męczył się, próbując oddać zawiłości współczesnej filozofii po łacinie i zdawanie egzaminów z niemożliwego do zrozumienia przedmiotu to zatem wspólne doświadczenie tych studentów. Studiujący medycynę Szokalski wspominał:

przy egzaminach nie był wcale srogi. Zadawał pytania, sam odpowiadał na nie, a my, kiwając głowami: sic, sic, lub też ita est, dodawaliśmy. Nikomu nie odmawiał stopnia, a my, wychodząc spod jego ręki tyle zupełnie się dowiedzieliśmy o wykładanym przedmiocie, co i o dziełach Konfucjusza lub Alberta Wielkiego845.

Tę sytuację komentował wybitny absolwent Uniwersytetu, filozof i teoretyk wychowania Bronisław Trentowski:

Uniwersytet nieposiadający filozofii prawdziwej i swobodnej, jest stonogiem bez głowy, ciałem olbrzyma bez duszy, ogniem bez pożywnego korzenia, słońcem bez środka ciężkości, nie jest on właściwym uniwersytetem, ale najwięcej szkołą wyższą, albo raczej sklejonym po partacku z kilku szkół wyższych dziwotworem846.

Sytuacja była rzeczywiście dziwaczna – powszechny obowiązek uczęszczania na wykłady z filozofii świadczył o centralnym miejscu tego przedmiotu w nauczaniu uniwersyteckim, ale po zmianie języka wykładowego filozofia stała się na Uniwersytecie praktycznie nieobecna.

Przy tworzeniu Oddziału Matematycznego podstawowy problem wynikał z zupełnego braku potencjalnych profesorów. Profesorem matematyki mianowano księdza Antoniego Dąbrowskiego, nauczyciela w Liceum Warszawskim. Został on też tymczasowym dziekanem wydziału i członkiem Rady Ogólnej organizującej Uniwersytet. Bardzo zasłużony pedagog, autor podręczników matematyki dla szkół średnich, aktywny członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk radził sobie chyba nieźle jako profesor Uniwersytetu. „Uczniowie z jego przedmiotów tłumaczą się na egzaminach z największą dokładnością, co jest najlepszym dowodem nie tylko jego zdatności, ale i punktualności” – oceniał rektor. Wykłady powierzono też profesorowi astronomii, Franciszkowi Armińskiemu. Ale Dąbrowski pozostał przy nauczaniu w Liceum, a Armiński, zajmując się budową i wyposażeniem w aparaturę Obserwatorium Astronomicznego, nie mógł się w całości poświęcić nauczaniu matematyki. Dlatego spośród maturzystów-kandydatów na Uniwersytet wybrano 4, z których 2 (Kajetan Garbiński i Cyprian Niewiadomski) miało się udać na studia matematyczne do Paryża; pozostałe 2 osoby miały się kształcić na inżynierów. Przez rok Armiński i Dąbrowski prowadzili zajęcia dla tej czwórki, następnie odbył się publiczny egzamin przed komisją pod przewodnictwem Staszica. Garbiński i Niewiadomski udali się na 2-letnie studia w Paryżu. Było jasne, że nauczanie matematyki na Uniwersytecie zostanie w pełni uruchomione dopiero po ich powrocie. O niewielkiej różnicy kompetencji między mistrzem i uczniami świadczy wspomnienie Garbińskiego o Antonim Dąbrowskim:

ożywiony szlachetną żądzą dobra, chcąc własnym przykładem uczniów za granicę wysłanych do pracy, a nade wszystko do wytrwania zachęcić, ochoczo się wspólnie z nimi ubiega. Mimo dość już podeszłego wieku, zwłaszcza że skołatanego ciągłym prawie cierpieniem i 30-letnią służbą publiczną, tego dokazać umiał, że nim kochający go rywale wrócić zdołali, on już najtrudniejszą i najwyższą gałąź matematycznych nauk, rachunek różniczkowy i integralny, ze zwykłą sobie łatwością i zamiłowaniem wykładał847.

66. Kajetan Garbiński

Jeden z wysłanych do Paryża, Niewiadomski, podjął po powrocie wykłady na Uniwersytecie, ale szybko zmarł848. Dużą rolę odegrał natomiast drugi stypendysta, Garbiński. Pochodził z drobnoszlacheckiej rodziny osiadłej w Warszawie i posiadającej dom na ulicy Elektoralnej. „Ojciec mój dotąd przy życiu – pisał – opędza szczupłe swoje potrzeby częścią fundusikiem, jaki mu czyni dzierżawa od małego kawałka ziemi odziedziczonego po ojcu we wsi Reguły Kuchy powiecie i obwodzie warszawskim leżącej, częścią z zasiłku, na jaki możność syna jego zdobyć się może”. Garbiński uczył się najpierw w szkole pijarskiej, przeniósł się na ostatni rok nauki do Liceum Warszawskiego, gdzie był uczniem księdza Dąbrowskiego. Po powrocie w grudniu 1820 r. z 2-letniego stypendium we Francji, nie będąc jeszcze magistrem, natychmiast rozpoczął wykłady. We wrześniu 1822 r., po uzyskaniu magisterium i doktoratu, został profesorem; miał wówczas 27 lat. Napisał kilka rozpraw matematycznych. Już w 1824 r. wybrano go na członka Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W 1826 r., mając 31 lat, został dyrektorem Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego849. Ta błyskawiczna kariera zdolnego licealisty, wybranego zaraz po maturze na studia zagraniczne, praktycznie z zagwarantowaniem przyszłej profesury uniwersyteckiej, pokazuje, jak dramatycznie brakowało kadr w tej dziedzinie. Choć niewątpliwie Garbiński był człowiekiem twórczym, samodzielnym i sprawnym w działaniu. „Małego wzrostu, ułomny; w wątłym i schorzałym tym ciele mieściła się dusza piękna, mocna i pełna hartu” – pisał o Garbińskim Wójcicki850.

Przez kilka lat wykładał matematykę ksiądz Rafał Skolimowski, profesor w Liceum Warszawskim. Miał za sobą 3-letnie (1815–1818) studia zagraniczne w Berlinie i w Paryżu. W tę podróż „wyjechał kapłanem, wrócił światowcem i masonem”. Znakomity wykładowca, przez dłuższy czas nie mógł zostać profesorem zwyczajnym ze względu na brak doktoratu. Ostatecznie zrezygnował z pracy na Uniwersytecie, otrzymawszy profesurę w wojskowej Szkole Aplikacyjnej. Pewnego rodzaju sensacją było nagłe nawrócenie się tego księdza-wolnomyśliciela czy wręcz ateisty, przypadające jeszcze na czas jego profesury uniwersyteckiej. Miało się to stać, gdy cudem ocalał w czasie zarwania się mostu na Wiśle. Dalsze jego życie upłynęło w skrajnej ascezie, zmarł w opinii świętości. W 1825 r. Skolimowski został profesorem filozofii w Seminarium Głównym; również w tej dziedzinie jego wykłady były bardzo wysoko oceniane851.

67. Adrian Krzyżanowski

Kolejny profesor matematyki, Adrian Krzyżanowski był ekspijarem (wystąpił ze zgromadzenia przed święceniami kapłańskimi). Uczył w kilku szkołach, najdłużej w szkole departamentowej w Płocku. W 1817 r. wyjechał na 3-letnie studia do Paryża. Instrukcja dana mu przez komisję rządową dość szeroko określała cele tego wyjazdu: „doskonalić się w wyższej matematyce czystej i stosowanej, jako też w naukach przyrodzonych, a mianowicie w historii naturalnej”. Podczas podróży polecono mu nie tylko odwiedzać instytucje naukowe, ale i oglądać fabryki i maszyny852. W sprawozdaniu z paryskich studiów Krzyżanowski skarżył się na nieprzystępność profesorów matematyki i mętność ich dzieł. Zresztą uważał, że matematyka psuje charakter: „Nauki piękne ułagadniają obyczaje, pożycie i mowę naszą. Matematyki samej jednej znajomość czyni nas niestety twardymi i nieużytymi i odejmuje zdolność pisania dobrze i myślenia prosto”853. W sprawozdaniach z tej podróży widać, że naprawdę ekscytowały go zabytki i muzea, a nie fabryki i kopalnie, które polecono mu zwiedzać854. Część jego prac opublikowanych przed 1831 r. dotyczyła historii; po powstaniu listopadowym ten nurt już zdecydowanie dominował. Krzyżanowski był przede wszystkim biografem Kopernika, a jego idée fixe była obrona polskości astronoma855.

„Sposób tłumaczenia nie wyrównywa udowodnionej biegłości i pracowitości. Nie bez korzyści jednak dla uczniów są jego prelekcje” – pisał rektor o Krzyżanowskim856. Profesor był ekscentrykiem, co widać już w jego sprawozdaniach dla KRWRiOP z podróży zagranicznej. Z czasem stał się uosobieniem stereotypu roztargnionego profesora: „z twarzą wydatną, a z olbrzymim czerwonym nosem [...] wiecznie chodził w długim tabaczkowym surducie na kształt rewerendy, z olbrzymią maczugą z korzenia winnego zamiast laski, zawsze zamyślony, ze sobą często rozmawiający”857.

W 1828 r. profesorem matematyki został Augustyn Frączkiewicz, 30-letni absolwent Uniwersytetu Krakowskiego, a potem nauczyciel w szkołach w Kielcach i Krakowie. Wobec krótkiego okresu nauczania na Uniwersytecie trudno więcej o nim powiedzieć858.

Wielu profesorów Wydziału Filozoficznego kierowało „zakładami naukowymi” Uniwersytetu i pisałem już o nich, omawiając gabinety, laboratorium chemiczne, ogród botaniczny i obserwatorium astronomiczne. Dotyczy to astronoma Franciszka Armińskiego, fizyka Józefa Karola Skrodzkiego, chemika Adama Kitajewskiego, geologa Marka Pawłowicza, zoologa Feliksa Jarockiego, botanika Michała Szuberta i profesora historii naturalnej Jakuba Fryderyka Hoffmana. Tu przyjrzymy się ich wykładom. Adresowane były one do studentów różnych wydziałów. Studenci medycyny mieli obowiązkowe wykłady i egzaminy z chemii, fizyki, botaniki, zoologii i mineralogii859. Studenci budownictwa i miernictwa musieli zaliczyć przedmioty matematyczne, a w drugiej połowie lat 20. również chemię i fizykę860. Studenci administracji mieli wykłady z fizyki oraz specjalnie dla nich przeznaczone zajęcia z chemii „zastosowanej do przemysłu”861.

Wykład Feliksa Jarockiego z zoologii był obowiązkowy dla części studentów Wydziału Filozoficznego i wszystkich studentów Wydziału Lekarskiego. Jarocki, jak sam deklarował, wykładał „synoptyczno-tabelarycznie”, przedstawiając podział zwierząt na klasy, gromady i rodzaje. Wykład i egzamin oparte były na podręczniku Jarockiego „Zoologia czyli zwierzętopismo ogólne”. Do 1830 r. ukazało się 5 tomów tego podręcznika (szósty wydany został w 1838 r.)862. Wspominał Szokalski:

Najnudniejszym ze wszystkich był wykład zoologii Jarockiego, bo ten człowiek w zwierzętach oprócz pazurków, zębów, racic, dziobów i tego wszystkiego, co do usystematyzowania gromad, rzędów, rodzai i gatunków służyło, nic innego nie widział. W jego głowie istniały tylko systematyczne kratki i do ich wypełniania zoologiczny materiał. Co to jest zwierzę, jak się zachowuje, jak żyje, jak funkcjonuje, jak w szeregach istot organicznych różnego stopnia osiąga godności, o to się nie troszczył wcale. [...]. Ten człowiek wyziębiał w nas cały do nauki zapał, a że mu to ze mną się nie udało, to tylko z tego powodu, iż przed niedawnym czasem wyszło było w tłumaczeniu profesora Wagi nader zajmujące dzieło Vireya o życiu i instynkcie zwierząt, które ciągle czytałem863.

Nie była to tylko opinia nieprzeciętnie ambitnego studenta. W połowie lat 20. studenci medycyny złożyli zbiorową skargę na treść wykładów Jarockiego. Skarżyli się, że wymaga on nauczenia się na pamięć wielu tablic zoologicznych i że jest to wiedza im nieprzydatna, a jej przyswojenie zabiera dużo czasu. Dopiero jednak w 1830 r. powstał osobny wykład zoologii dla Wydziału Lekarskiego864.

Również Rada Uniwersytetu zwracała uwagę Jarockiemu, że program studiów przewiduje 2 przedmioty: zoologię ogólną (wraz z anatomią zwierząt) i zoologię opisową, a profesor wykłada tylko tę drugą. Niewiele to jednak dało865. Przypomnijmy, że droga Jarockiego do profesury uniwersyteckiej wiodła przez porządkowanie wielkiego zbioru zoologicznego nabytego na Śląsku. I tak naprawdę był on kompetentnym opiekunem Gabinetu Zoologicznego, a nie nadawał się chyba na profesora.

68. Rycina z podręcznika F. Jarockiego Zoologiia czyli zwierzętopismo ogólne podług najnowszego systematu

Szokalski ciepło wspominał wykłady z botaniki profesora Szuberta, pisząc, że wykładał on „przystępnie i bardzo interesująco”866. Wykłady te odbywały się w rytmie pór roku. Na jesieni profesor mógł jeszcze pokazywać rośliny, potem przechodził do części teoretycznej wykładu; z nastaniem wiosny rozpoczynała się botanika opisowa, częściowo prowadzona w Ogrodzie Botanicznym; w niedziele Szubert odbywał ze studentami wycieczki w okolice Warszawy867.

Za najciekawszy z wykładów na Wydziale Filozoficznym Szokalski uważał chemię u profesora Kitajewskiego. „Był to człowiek jeszcze młody, nauce oddany, pięknie i jasno się wysłowiający”. Wykład był tak interesujący, że skłonił Szokalskiego do uczęszczania na publiczne prelekcje tego profesora dotyczące produkcji cukru z buraków868.

Po śmierci w 1819 r. profesora Jana Chrystiana Hoffmanna, wykładającego chemię technologiczną na Wydziale Prawa i Administracji, wykład chemii dla studentów administracji przejęty został przez Wydział Filozoficzny. Wykład „chemii zastosowanej do przemysłu” prowadził Kitajewski. Najszerzej omawiane były technologie związane z przerobem płodów rolnych. Profesor deklarował, że w czasie kursu starał się nie tyle o przekazanie szczegółów technologicznych, co o „dokładne wyjaśnienie zasad chemicznych, od których los operacji zawisł, dlaczego tak, a nie inaczej postępuje się, dla jakich przyczyn operacja nie udała się i jakby zaradzić sobie w każdym razie”869. O liberalnym podejściu Kitajewskiego do studentów administracji zdających egzamin z chemii krążyły anegdoty870.

69. Józef Karol Skrodzki

Niewątpliwie dobrym wykładowcą był fizyk Skrodzki, „średniego wzrostu, szczupły i blady, cichy i skromny, namiętnie oddany swemu przedmiotowi. [...] Wykład jego był zwięzły i jasny; słuchałem go zawsze z nadzwyczajnym zajęciem” – pisał Wójcicki871. Skrodzki wykładał też w wojskowej Szkole Aplikacyjnej i również tam go bardzo ceniono. „Wykład jego był bardzo jasny i piękny. Rzecz swoją gruntownie znał, w poszukiwaniach i doświadczeniach był bystry i pojmował dobrze cel tej nauki u nas” – wspominał generał Kołaczkowski872. Nie był Skrodzki twórczym uczonym, dobrze jednak orientował się w najnowszych osiągnięciach nauki i informował o nich nie tylko na wykładach, ale i w dobrze napisanych artykułach oraz w referatach na posiedzeniach Działu Umiejętności Towarzystwa Przyjaciół Nauk 873.

Podobnie jak np. Bentkowski w kursie historii powszechnej, Skrodzki wykładał w cyklu 3-letnim – powtarzając wykład, w kolejnych latach omawiał obszerniej pewne części fizyki. Studenci oddziałów matematycznego i fizycznego słuchali więc jego wykładu przez 3 lata874. Rozpoczynał wykłady od historii fizyki, „gdzie się da widzieć droga, którą do odkryć umysł ludzki przychodził i błędy, w które wpadał, ile razy przeszedłszy za granicę spostrzeżeń i doświadczeń z ścisłym rachunkiem połączonych, pragnął za pomocą dowcipnych przypuszczeń tajemnicę natury tłumaczyć875. W programie swojego wykładu zauważał:

fizyka bez matematyki obejść się nie może i owszem tym lepiej ten związek czuć się daje, im więcej się w tajemnice natury zagłębiamy. [...] Pamiętamy jednak na granice, za które wychodzić nam nie wolno. Nauka fizyki każdemu stanowi jest potrzebna i dlatego powinna być o ile możności ułatwiona. Nie będziemy więc daleko w szperanie matematyczne zapędzać się.876.

Bardzo krótko, bo zaledwie kilka tygodni, wykładał geologię profesor Marek Pawłowicz; musiał przerwać zajęcia z powodu szybko rozwijającej się gruźlicy. Pawłowicz zmarł w lipcu 1830 r. Ostatnie lata jego życia naznaczone były ostrym konfliktem z profesorem Kitajewskim dotyczącym podziału między nimi zajęć z chemii. Nakładała się na to pretensja profesorów wydziału do rektora o niekonsultowanie się z nimi przy nominacji Pawłowicza na profesora877. Konflikty wokół ciężko chorego profesora geologii musiały być gorszące dla otoczenia, skoro profesor Skarbek nad jego grobem gorzko mówił o braku solidarności między profesorami: „Od kogóż on więcej miłości i więcej spodziewać się pobłażania, jak nie od tych, którzy z nim w równej chodzą kolei? Jakże często u tych właśnie ani miłości ani pobłażania nie znajdzie!”878.

70. Jakub Fryderyk Hoffmann – fotografia popiersia z Gabinetu Gipsów Uniwersytetu Warszawskiego, ok. 1885

Osobą o barwnym życiorysie był profesor historii naturalnej Jakub Fryderyk Hoffmann. Urodził się w 1758 r. w Ostródzie. Najpierw kształcił się na farmaceutę, kilka lat spędził w Rosji jako podaptekarz w aptece cesarskiej i w wojskowej aptece w Archangielsku. Następnie studiował medycynę w Królewcu, Wiedniu, Berlinie i we Frankfurcie nad Odrą. W 1784 r. osiadł w Warszawie. W czasie insurekcji 1794 r. kierował wojskowym szpitalem wenerycznym („w pierwszych sześciu tygodniach z stu chorych wyszło do dziewięćdziesięciu do wojska” – chwalił się w urzędowej autobiografii). Przez 2 lata był lekarzem Legionów we Włoszech, gdzie – jak twierdził – miał wielkie osiągnięcia w leczeniu febry. Z kolei po powrocie do kraju odznaczył się w szczepieniu ospy w powiecie pułtuskim. W czasach Księstwa Warszawskiego pracował jako profesor Szkoły Lekarskiej. Był wynalazcą – w autobiografii informował, że opracował np. projekt łodzi podwodnej oraz „kirys do pływania, sposób pewny ratowania się dla osób pływać nieumiejących, przy rozbiciu okrętu” (czyli rodzaj kamizelki ratunkowej). Rektor Szweykowski oceniał: „Nie można mu odmówić obszernych wiadomości i chęci do pracy w jego wieku podeszłym. Lecz postęp umiejętności już go wyprzedził, a przywyknienie do rzeczy dawniejszych, pogarda nowszych zmniejszają korzyść uczniów przy małej znajomości języka polskiego”879.

Prawie wszyscy profesorowie nauk ścisłych i przyrodniczych zawdzięczali swoje kompetencje naukowe stypendiom zagranicznym Izby Edukacyjnej, a następnie KRWRiOP. Stypendyści byli młodymi ludźmi, jedynie Skolimowski miał w momencie wyjazdu więcej niż 30 lat. Część z nich (Kitajewski, Szubert, Skrodzki) była wysłana jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego lub w okresie rządów tymczasowych; inni wyjechali w pierwszych latach istnienia Królestwa Kongresowego (Skolimowski, Garbiński, Jarocki, Krzyżanowski, Pawłowicz). Nietypowy był pobyt we Francji Armińskiego, który wyjechał na własny koszt, następnie otrzymał prywatne stypendium od Adama Jerzego Czartoryskiego, a dopiero ostatni rok w Paryżu sfinansował ze stypendium państwowego. Wszyscy studiowali w Paryżu, część w Berlinie; Pawłowicz kształcił się też we Fryburgu. Dużą rolę w wykorzystaniu stypendium grały kwestie nieformalne – pozyskanie życzliwości wybitnych uczonych, ich wskazówki co do studiów i rekomendowanie przez nich stypendysty innym profesorom. Tu bodaj najlepiej udało się Szubertowi, który swoim entuzjazmem młodego uczonego ujął słynnego botanika Charles’a-François Brisseau de Mirabel i stał się jego bliskim współpracownikiem. Stypendyści zdobywali też różne umiejętności praktyczne związane z ich dziedzinami nauki, np. Jarocki brał lekcje wypychania zwierząt. Wszyscy stypendyści przejeżdżali przez Niemcy, zwiedzając po drodze instytucje edukacyjne, gabinety historii naturalnej, kopalnie, zakłady przemysłowe itp. – zależnie od wybranej specjalności. Podobny charakter podróży naukowej, a nie regularnych studiów miały wyprawy do Holandii, Anglii czy Austrii. Wybór zarówno miejsca studiów, jak i instytucji, które miały być odwiedzane po drodze, nie był dowolny – stypendyści otrzymywali szczegółowe instrukcje, a pewne wskazówki przekazywano im z Warszawy w trakcie stypendium. Na wybór stypendystów i na udzielane im instrukcje decydujący wpływ miał Staszic880. Nawiasem mówiąc, po kilkunastu latach ci dawni stypendyści pisali instrukcje i opiekowali się kolejną grupą swoich następców, przygotowywanych na przyszłych profesorów Instytutu Politechnicznego.

Studenci w systemie politycznym Królestwa

Trudno mówić o jednorodnym doświadczeniu politycznym studentów lat 1816–1830. Większość z nich studiowała 3 lata i były to 3-letnie okresy bardzo różniące się pod względem aktywności politycznej środowiska studenckiego. Franciszek Salezy Dmochowski wspominał:

Pierwsze dwa lata po utworzeniu uniwersytetu przeszły cicho – Uczniowie z różnych szkół wojewódzkich przybyli nie znali się z sobą i nie zabrali bliższej zażyłości. Każdy po wysłuchaniu obowiązkowych godzin wracał do siebie i przestawał na towarzystwie dwóch lub trzech dawnych kolegów szkolnych881.

Ci, których studia przypadły na lata 1819–1821, mogli brać udział w różnych jawnych organizacjach studenckich, w rozmaitych formach publicznego manifestowania patriotyzmu; znacznie bardziej elitarne grono uczestniczyło w tajnych związkach. Ale już studenci połowy lat 20. takich doświadczeń nie mieli. Jan Nepomucen Janowski pisał:

Czy w Uniwersytecie Warszawskim podczas mojego w nim pobytu – od 1824 do 1827 – były jakie tajne związki patriotyczne, tego nie wiem. Ale były mniej więcej liczne schadzki, naprzód jawne, a potem tajne, z pozoru dla zabawy, w gruncie patriotyczne... [...] Zbierano się luźnie, bez żadnej organizacji882.

Był to natomiast czas zbiorowego oporu wobec prób dyscyplinowania studentów przez Kuratorię, wobec przymusu praktyk religijnych czy obowiązku noszenia munduru. Z kolei ci, którzy podjęli studia w końcu lat 20., trafili na nowe ożywienie polityczne w środowisku studenckim i brali udział w 2 zbiorowych wystąpieniach studentów – na pogrzebie Piotra Bielińskiego w 1829 r. oraz w listopadzie 1830 r. na uroczystościach ku czci ofiar rzezi Pragi w 1794 r.

Lata 1819–1821

Przebywający na studiach w Warszawie filomata Onufry Pietraszkiewicz przekazał w 1821 r. wileńskim kolegom wizerunki 2 warszawskich studentów. Jan Marcin Banzemer – pisał –

łączy do filozofii Russa [Rousseau] sentymentalność miejską. Chodzi w czamarze, głowę fryzuje, gdy idzie na bal, pięknie tańczy, rad bawi się z pannami, a kto tańczy, niepodobna, aby się i nie przypodobał; włos ciemny, blado wygląda, od dwóch lat mięsa nie je i trunków nie pije [...], na palcu pierścień z wyobrażeniem Zanda. Wyznawca filozofii niemieckiej, widzi złe, skromnie powstaje, nie chwyta się nagłych reform. Rok drugi w uniwersytecie czy też trzeci, nie wiem pewnie, po ukończeniu ma zwiedzić piechotą obce kraje, aby widzieć, nie zaś uczyć się.

Z kolei Marian Brzozowski to

żywy, młody, zapalony, przy tym wspomnienie, że przodkowie jego słynęli w dziejach narodowych, budzi do czynów wojennych. Oczytany z bataliami, historią wojen, grecki i łaciński posiada język, nieprzyjaciel niemieckiej filozofii i literatury. Przebija się w nim wiele zdań cechujących arystokratyzm, w szabli i liczbie wszystko zakłada. Obcy jest zwyczajom mody i światowości; polowanie, pływanie w Wiśle, bicie się w pałasze więcej go bawi i zajmuje niż najpiękniejsze grono dam883.

Te 2 portreciki wprowadzają nas w klimat ideowy środowiska studenckiego ok. 1820 r.

Na wielkie ożywienie polityczne młodzieży ok. 1820 r. złożyło się wiele przyczyn. Informacje w gazetach zwiastowały postęp idei liberalnych. Rewolucja w Neapolu w lipcu 1820 r., a pół roku później w Piemoncie oraz powstanie w Kadyksie w Hiszpanii w styczniu 1820 r. zmusiły tamtejszych władców do przyjęcia konstytucji, choć szybko doszło do obcej interwencji i przywrócenia dawnych systemów politycznych. Interesowano się też bardzo walką o niepodległość hiszpańskich kolonii w Ameryce Południowej i antytureckim powstaniem w Grecji na wiosnę 1821 r. Wielkie wrażenie zrobiło zabójstwo francuskiego następcy tronu Karola księcia Berry przez paryskiego robotnika-bonapartystę w lutym 1820 r. Fascynowały swoją tajemniczością konspiracje karbonariuszy – to one wywołały oba powstania włoskie. Obszernie relacjonowano w warszawskich gazetach debaty między liberałami a konserwatystami we francuskim parlamencie.

Z punktu widzenia studentów najważniejszy był jednak studencki ruch w Niemczech. Przybrał on formę związków studenckich (burszenszaftów), na wzór związku założonego na uniwersytecie w Jenie w 1815 r. Burszenszafty, które wyparły dawne ziomkostwa, zrzeszające studentów pochodzących z poszczególnych państw i państewek niemieckich, związane były z niemieckim ruchem narodowym. Popierała je (a czasem inspirowała) duża część profesury. Głośnym echem odbiła się manifestacja kilkuset studentów z całych Niemiec w Wartburgu w październiku 1817 r. W warszawskim środowisku studenckim funkcjonowały w tłumaczeniu liczne piosenki niemieckich burszów; przejmowano różne mody, np. na piesze wycieczki po kraju. Niemieckie wzorce działalności studenckiej przenikały przez młodych ludzi studiujących na uniwersytetach niemieckich (głównie w Berlinie i we Wrocławiu), a zwłaszcza takich, którzy uzupełniali tam warszawskie studia. Polscy studenci mieli tam własne organizacje, pozostające w różnorakich relacjach z niemieckimi884.

Najbardziej znanym wydarzeniem było zabójstwo konserwatywnego pisarza Augusta Kotzebuego przez niemieckiego studenta Karola Sanda 23 III 1819 r. Proces Sanda (który zaraz po zamachu próbował popełnić samobójstwo) i jego egzekucja w maju 1820 r., wykreowały bohatera także i w Warszawie otaczanego kultem. Po straceniu Sanda, pisała komisja śledcza badająca tajne związki, znany działacz studencki Józef Kozłowski „urządził na jego cześć dziwaczną w swoim mieszkaniu uroczystość”885. Nawet w konserwatywnej „Gazecie Warszawskiej”, potępiającej sam czyn Sanda, cytowano za niemiecką prasą opisy egzekucji, kreujące go na rewolucyjnego świętego. „W ciągu trzech ostatnich dni życia swego nie tak Sand potrzebował pociechy, jak raczej sam ją dawał tym, którzy go otaczali, lub się z nim z płaczem i łkaniem żegnali”. „Okazywał wielką spokojność umysłu, tak dalece, iż tegoż samego wieczora napisał piękną pieśń na pożegnanie świata; odbiera ona wielkie pochwały od tych, którzy ją czytali”. Cytowano jego okrzyk przed śmiercią („umieram za wolność!”)886. Liberalna gazeta „Orzeł Biały” pisała:

Gdy szedł na śmierć, na twarzy jego malowała się wprawdzie boleść, ale łagodna. Najbardziej go wzruszyły słowa uczniów, którzy na niego z daleka wołali: Żegnamy cię, Sandzie! Rysy jego były wiernym uczuć serca obrazem, nie zdawał się już ani pięknym ani młodym, bo kilkunastomiesięczne cierpienie młodość i piękność zatarło; jednaki tylko ogień błyszczał jeszcze w oku, a czoło otwartością i wdziękiem jaśniało887.

71. Karol Sand na szafocie, ok. 1820

Był to też czas intensywnego życia politycznego w Królestwie. 2 sejmy (w marcu-kwietniu 1818 r. i wrześniu-październiku 1820 r.) stały się widownią sporów o politykę rządu. Na sejmie 1820 r. wyłoniła się już wyraźna grupa opozycjonistów pod wodzą braci Niemojowskich. Ukazywały się liberalne gazety wydawane przez grupę skupioną wokół Brunona Kicińskiego, najpierw bez cenzury („Gazeta Codzienna Narodowa i Obca”, „Kronika drugiej połowy roku 1819”), potem już cenzurowane („Orzeł Biały”). Samo wprowadzenie cenzury prewencyjnej w 1819 r. było dużym wstrząsem dla opinii publicznej.

Dla ożywienia patriotycznych nastrojów duże znaczenie miał kult narodowych bohaterów. W lecie 1817 r. odbywały się w całym kraju uroczystości związane z przewiezieniem zwłok księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa i pochówkiem na Wawelu. Na jesieni tego roku zaczęły się, trwające wiele miesięcy, uroczystości żałobne po śmierci Tadeusza Kościuszki. Organizowano je w całym Królestwie (zwłaszcza przy okazji zbierających się w tym czasie sejmików i zgromadzeń gminnych). W czerwcu 1818 r. miały miejsce w Warszawie podobne obchody po śmierci generała Jana Henryka Dąbrowskiego. Tworzył się nowy panteon bohaterów narodowych, uosabiających walkę o niepodległość. Realnych przygotowań do takiej walki zbrojnej nie było, ale w wierszach i piosenkach studenckich tego czasu pojawia się ona jako coś nieuchronnego. Jak w pieśni napisanej przez Ksawerego Godebskiego w 1819 r.:

A gdy święte kraju znamię

Młódź wywoła z szkolnych ścian,

Książka pod stół! Broń na ramię!

I naprzód studencki stan!888.

Był to czas intensywnej rozbudowy tajnej policji. Środowisko studenckie śledził przede wszystkim student medycyny Henryk Mackrott. Choć dziedziczył swój szpiegowski fach po ojcu, dość długo nie został zdemaskowany przez kolegów. Obracał się w kręgu działaczy studenckich; obdarzony ładnym głosem, śpiewał rewolucyjne piosenki. Dopiero wiosną 1820 r. zdano sobie sprawę z jego roli. Mackrott inwigilował studentów aż do powstania listopadowego, już jako szef biura policyjnego. Była to zresztą tylko jedna ze struktur bardzo rozbudowanej policji tajnej; jej inne części również interesowały się studentami889.

Do najbardziej spektakularnych wystąpień dochodziło w teatrach. Agenci tajnej policji skrupulatnie odnotowywali incydenty z udziałem studentów.

Typową formą manifestacji politycznej w teatrze było gorące oklaskiwanie niektórych stwierdzeń padających ze sceny lub domaganie się ich powtarzania.

Wczoraj w teatrze – raportowano 12 VI 1821 r. – podczas przedstawienia opery Westalki po słowach Chwała wolnym narodom, tyranom zagłada klaskali głównie akademicy, przede wszystkim akademik Lebrun (młodszy), który krzyczał na głos Brawo oraz aplikant adwokacki Egersdorf, akademik Ostromecki i inni. Kapitan Jan Wołoski walił szablą w podłogę, tupał i krzyczał890.

Klaskano i krzyczano przy słowie „konfederacja”, przy kwestii „Czy w piekle są szpiedzy?” (zwłaszcza gdy aktor dopowiedział poza tekstem sztuki: „To tak jak u nas”), przy żywym obrazie przedstawiającym śmierć księcia Józefa; oklaskiwano polskie i francuskie mundury z czasów napoleońskich. W czasie przedstawienia komedii Oberżysta burmistrzem żądano od aktora Żółkowskiego powtórzenia słów: „Chciałbym widzieć, żeby jeden burmistrz wisiał na ratuszu”. Jak komentował agent: „Zdanie to dlatego tak się podobało publiczności, że pan prezydent [Warszawy] Woyda kazał powiesić swój portret w salach ratusza w Warszawie”. Mackrott zauważał, że istniał tu swoisty dialog – popularny aktor Dmuszewski dodawał często do tekstu sztuki zdania, które wzbudzały entuzjazm studentów891.

Inne sztuki były zwalczane. Studenci zagrozili dyrektorowi teatru, a zarazem profesorowi Uniwersytetu Ludwikowi Osińskiemu, że będą gwizdali na przedstawieniu sztuki Augusta Kotzebuego. Aby tego uniknąć, Osiński usunął fragmenty sztuki892. Studenci zakłócali też przedstawienie Joanny d’Arc Fryderyka Schillera893.

Szczególne wsparcie studenckiej publiczności otrzymała tragedia Żółkiewski pod Cecorą, pióra ich kolegi Ignacego Humnickiego. „Liczne patriotyczne wyjątki z tej sztuki – donosił szpieg Mackrott – były odczytywane na głos na zgromadzeniach akademików i oklaskiwane gorąco”. Tragedia została wystawiona 1 I 1820 r. Mackrott raportował:

Już o 6 wieczorem wszystkie miejsca w teatrze były zajęte. W środku parteru usadowili się gromadnie akademicy, ubrani w czamary, z laskami w ręku. Już od 6 domagali się głośno muzyki. Jedni krzyczeli Muzyka! Muzyka!, inni znów Kapela! Wtórowały im śmiechy i brawa. Osoby, które nie zmieściły się na parterze, zajęły miejsce w orkiestrze, która przeniosła się na widownię. Orkiestra zaczęła grać bardzo piękną symfonię, ale akademikom się to nie podobało i krzyczeli bez przerwy: Polonez!, Kościuszko!, Krakowiak! Gdy orkiestra nie słuchała, tupali i wybijali takt laskami. W czasie przedstawienia akademicy klaskali w miejscach patriotycznych, a zwłaszcza gdy była mowa o wolności. Antrakty były spokojne i krótkie ze względu na obecność Wielkiego Księcia w teatrze. Po skończonym przedstawieniu podniósł się największy hałas. Wywoływano autora i aktorów, którzy dobrze grali, jak Szymanowskiego, Ledóchowską i Werowskiego. Inni żądali, by wyszedł aktor Zieliński po to, by klaskać mu za jego złą grę, z której kpili. Wśród tych hałasów, które trwały bardzo długo, rozległ się z góry gwizd. Znowu krzyczano Polonez! Kościuszko!894.

Dochodziło też w teatrze do scysji z policją. Głośnego zachowania studentów nie powstrzymywała nawet obecność wielkiego księcia Konstantego:

Oficer policji III cyrkułu był zmuszony podejść do akademików i powiedzieć im, by się uspokoili i nie zapominali o szacunku dla osoby znajdującej się w teatrze (dając im do poznania, że Wielki Książę jest obecny). Lesiecki ze słowami E, co tam – oddalił się. Następnie wyżej wymienieni awanturnicy [...] kazali sobie otworzyć lożę naprzeciwko loży Wielkiego Księcia i stamtąd lornetowali nie tylko publiczność, ale i lożę, strojąc grymasy895.

Trzeba jednak pamiętać, że gwizdy, okrzyki, wywoływanie aktorów i domaganie się powtarzania kwestii to wówczas normalne zachowania publiczności teatralnej. To, co było specyficzne w tych wystąpieniach studentów, to fakt, że zawczasu je przemyśleli i przygotowali.

Studenci manifestowali swoje przekonania polityczne również poprzez ubiór. Próbowano nawiązywać do dawnego stroju polskiego. W 1819 r., przy okazji śledztwa w sprawie jawnych stowarzyszeń studenckich, rektor Szweykowski relacjonował: „Związkowi przyznawali niektórzy, iż życzyli sobie ubioru właściwie polskiego, z warunkiem, aby w nim wszystko było krajowe i nie kosztowne; lecz w tym nie było zgody, bo inni obawiali się, aby się przez to nie wystawić na pośmiech”. W praktyce noszono czamary, które, jak zauważał rektor, były jeszcze używane przez wiele starszych osób. Fryderyk Skarbek zapamiętał też inne stylizacje: studenci – wspominał – zaczęli używać „odróżniającego ich stroju, to jest kamizelek kolorowych, naśladujących żupany przodków naszych, wołoszek z potrzebami i czapek polskich”. W lipcu 1821 r. agent policyjny donosił, że w teatrze aktorka Kurpińska „wystąpiła na scenie w stroju naszych studentów, to jest w czamarze”. Ciekawa jest też dalsza część raportu: „Zauważono wczoraj w teatrze szereg osób w wieku dojrzałym w kontuszach. Kontusze spotyka się również od pewnego czasu często na ulicy. Możliwe, że studenci [...] poddali tym ludziom myśl, by ubierać się w ten sposób”. Zauważmy: większość studentów wywodziła się z prowincji Królestwa, gdzie wiele starszych osób chodziło jeszcze w dawnym stroju. Jednak w stolicy ten sam strój nabierał innego sensu – stawał się manifestem politycznym. Z kolei u agentów tajnej policji kontusz czy czamara budziły automatyczne skojarzenia ze środowiskiem akademickim896.

Elementem stroju wyróżniającym studentów i traktowanym jako manifest idei liberalnych i patriotycznych były białe kapelusze, często opasane amarantową wstążką. Po pewnym czasie zostały one zakazane, policja zatrzymywała na mieście osoby je noszące. I ten element stroju pojawił się na scenie teatru, w operze Nowe Krakowiaki. Jak donosiła policja, aktor Dmuszewski, „który gra w tej operze rolę Studenta, wystąpił w białym kapeluszu, mimo że dawniej grał w kapeluszu czarnym”897.

Niepokój władz wzbudziły też charakterystyczne laski, z którymi chodzili studenci. „Natychmiast przyszedł rozkaz z Petersburga – zanotował Niemcewicz – by kij taki przysłać kurierem, jeśli by całego nie można, to przynajmniej pokrajany w kawałkach”898. Walka ze studenckimi strojami, ów prowadzony przez Konstantego „bój dziecinny ze studentami”899, miała niewątpliwie pewien rys groteskowy.

Inną formą publicznych wystąpień były msze za dusze wybitnych zmarłych – zamawiane przez studentów (w kościele pijarów) i szeroko ogłaszane. W marcu 1820 r. odbyło się nabożeństwo za duszę księcia Józefa Poniatowskiego, muzyczną stroną zajmował się Józef Elsner; policja odnotowała, że studenci bez pozwolenia opuścili zajęcia uniwersyteckie. W listopadzie tego roku zamówiona została msza za duszę Tadeusza Kościuszki; zawiadomiono o niej w drukowanym nekrologu, rozlepionym na drzwiach wszystkich kościołów i w innych miejscach publicznych. Nabożeństwu, na którym był też rektor Szweykowski, towarzyszyła składka na kopiec Kościuszki w Krakowie. Rok później na mszy za duszę zmarłego niedawno ministra Stanisława Kostki Potockiego studenci wystąpili w strojach narodowych (w czamarach), a nie w przepisowych mundurach900.

Bardzo silna wśród młodzieży była tradycja trzeciomajowa; miała ona charakter wyraźnie opozycyjny, energicznie zwalczały ją władze. Szczególne znaczenie miały studenckie obchody rocznicy konstytucji, organizowane 3 maja w lesie bielańskim i mające charakter majówki. W 1820 r. studenci byli najpierw na zamówionym przez siebie uroczystym nabożeństwie, a następnie w lesie odczytano tekst konstytucji. Rocznicę konstytucji obchodzono i w następnych latach, aż do powstania, ale wobec wielkiej czujności policji w tym dniu musiało się to odbywać w małych grupach901. W 1822 r. prowadzono śledztwo w sprawie studenta prawa Teofila Obniskiego, który 3 maja na terenie Uniwersytetu czytał głośno kolegom fragmenty przypisywanego Kołłątajowi dzieła O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 maja902.

Pierwsze jawne organizacje studenckie miały charakter samokształceniowy. Na przełomie 1818 i 1819 r. powstało Towarzystwo Sześciu (nazwa odnosiła się prawdopodobnie do początkowej liczby członków), które potem przemianowało się na Towarzystwo Literackie. Przywódcą tego grona, zbierającego się dla wspólnej lektury dzieł literackich, był Henryk Nakwaski. Charakterystyczne, że wewnątrz towarzystwa używano innej jego nazwy – Towarzystwo Miłośników Narodowości. Mimo więc jawnego charakteru, istniała pewna podwójność w funkcjonowaniu tego związku i tendencja do kamuflowania celów patriotycznych903.

O ile ten związek, choć skupiający głównie studentów, nie miał formalnie charakteru akademickiego, o tyle inny, podobny uzyskał zatwierdzenie przez rektora. Jego powstanie wiązało się z pojawieniem się na Uniwersytecie absolwenta wiedeńskiego Theresianum Józefa Gołuchowskiego, w przyszłości znanego filozofa. Liczył on na możliwość objęcia katedry matematyki, której jednak mu odmówiono ze względu na brak stopnia magistra. Gołuchowski rozpoczął studia na Wydziale Prawa. W październiku 1818 r. zainicjował powstanie towarzystwa, w którym rozpoczął regularny kurs filozofii. W początku 1819 r. powstał szczegółowy statut Towarzystwa Akademickiego Czcicieli Nauk, poprawiony i zaaprobowany przez rektora. Za cel nowej organizacji, liczącej 24 członków i mającej Gołuchowskiego za prezesa, uznawano „udzielanie sobie nawzajem wiadomości naukowych”. Do czerwca odbyło się 9 zwyczajnych, zamkniętych posiedzeń. Na jedynym posiedzeniu publicznym obecny był też rektor, który – przestraszony liczną publicznością – zakazał na przyszłość tego typu zebrań. Towarzystwo przetrwało do ogólnego zakazu zrzeszeń studenckich w lecie 1819 r.904

Najważniejszą próbą jawnej działalności studenckiej było powołanie „Związku Powszechnego Uczniów Uniwersytetu Królewskiego Warszawskiego” w 1819 r. 3 lipca tego roku po wykładzie profesora Osińskiego studenci zajęli duże audytorium, informując oponujących pedli, że odbędzie się publiczne posiedzenie Towarzystwa Akademickiego Czcicieli Nauk (wśród organizatorów zebrania prym wiedli członkowie tego Towarzystwa). Zebrało się ok. 100 osób, które podpisały akt założycielski Związku. Wyłoniono 10-osobową deputację, aby ułożyć statut organizacji. We wręczonym rektorowi piśmie deputacja wyjaśniała:

Od czasu utworzenia Uniwersytetu Warszawskiego panowała pomiędzy uczniami Uniwersytetu oziębłość ku wzajemnemu łączeniu się: uderzający był przedział pomiędzy wydziałem a wydziałem, a nawet pomiędzy uczniami pierwszo-, drugo- i trzecioletnimi jednego wydziału. Jeśli celem Uniwersytetu jest usposobienie do posług krajowych, każdy przyzna, że podobna oziębłość najszkodliwsze by skutki przyniosła, tworząc egoistów na siebie tylko, nie na dobro publiczne zważających. W następnych latach drogą będzie pamiątka tych czasów, które w Uniwersytecie przepędzamy. Związki przyjaźni młodzieńczej wzmocnią się i w obywatelskim pożyciu tym użyteczniejszymi się staną.

Związek miał też umożliwić pomaganie biedniejszym kolegom. Miała to być zatem organizacja ogólnostudencka w typie niemieckich burszenszaftów. Nie wszyscy jednak studenci mogli należeć do Związku – tylko ci, których studia miały się skończyć stopniem magistra. Wykluczało to przyszłych artystów, geodetów, budowniczych, „lekarzy niższych” oraz farmaceutów. Uderzające jest zestawienie „jednościowej” ideologii związku z tym ekskluzywizmem, wyłączeniem części studentów ze społeczności akademickiej905.

Jak pisał w liście jeden ze studentów, „w przeciągu dni dwóch już prawie nie było żadnego z pierwszoletnich i drugoletnich, którzy by nie należeli, słowem było przeszło 200 osób. Księża, filologi, doktorzy, żołnierze, wszystko to się do związku rwało”. Rektor odniósł się od razu sceptycznie do powołania Związku, zażądał jednak dokumentów opisujących jego organizację. Tymczasem jednak doszło do rozłamu w samym Związku. 7 lipca na jeszcze liczniejszym niż poprzednie zebraniu, bardzo burzliwym, skasowano wybraną deputację i odrzucono przygotowane przez nią dokumenty. Na marszałka Związku wybrano Adama Zamoyskiego, a sekretarzem został Szymon Krępowiecki. Tło tego rozłamu nie jest do końca jasne; chodziło, jak się zdaje, o rywalizację między twórcami Towarzystwa Akademickiego Czcicieli Nauk, a działaczami niedawno powstałego związku tajnego (który z czasem przekształci się w Związek Wolnych Polaków). Na pewno też dużą rolę odegrały ambicje przywódcze Zamoyskiego. Przerażony tym już drugim odbywającym się bez jego zgody zebraniem, rektor następnego dnia obszedł audytoria z naganą dla studentów i ogłoszeniem o rozwiązaniu Związku. Tydzień później, 15 lipca, Rada Uniwersytetu wydała zakaz tworzenia jakichkolwiek związków studenckich906.

Wkrótce po tych wydarzeniach – 30 lipca – odbyło się pierwsze publiczne posiedzenie UW „na uczczenie pamiątki uczonych mężów”. Po zagajeniu rektora i referatach profesorów Szaniawskiego i Bentkowskiego zabrał głos minister Potocki, który „młodzieży akademickiej dał zbawienne, do czasu i okoliczności zastosowane przestrogi, co ma czynić, a czego się wystrzegać, jeśli chce prawdziwie stać się użyteczną krajowi. Wyrazy jego pełne mocy i żywości rozczuliły młodzież i głębokie na jej umyśle sprawiły wrażenie” – pisano w oficjalnym sprawozdaniu907. A Dominik Lisiecki, jeden z najważniejszych działaczy studenckich, cytował w liście zapamiętane fragmenty mowy ministra:

Nie myślcie, abym życie moje na usługi ojczyzny z chwałą poświęciwszy, miał na jej dobro z oziębłością w starości spoglądać. Niesłusznie obwiniacie starszych o tę obojętność w rzeczach ustawy konstytucyjnej tyczących się. Są oni równie czułymi jak wy... lecz wami młodość gwałtowna, a nami powoduje rozsądek. [...] Byłem patriotą i nim jestem i do ostatniego tchu życia dowodzić będę, żem godny wam przewodniczyć. Lecz starajcie się, proszę i błagam was, aby nad burzliwą młodością waszą rozsądek zawsze brał górę.

Znamienna to scena – minister oraz prezes senatu błagający młodzież o zrozumienie swoich intencji. „Zdawało mi się, że przed sejmem zdaje sprawę Potocki, tłumacząc się z uczuć swoich przed nami” – komentował Lisiecki908. Jak głęboko musiał odczuwać minister przepaść mentalną między pokoleniami, a zarazem jak bardzo się niepokoić radykalizmem politycznym młodych.

Potocki w listach do Petersburga, kierowanych do ministra Ignacego Sobolewskiego, ale odczytywanych cesarzowi, starał się bagatelizować wystąpienia studenckie, uznając je za naturalne przy tak licznym zbiorowisku młodzieży w Warszawie. Tłumaczył, że każde wydarzenie należy widzieć jako osobny incydent, a nie wyraz jakiś generalnych nastrojów czy naśladowania studentów niemieckich. Próbował się ustawiać w roli obiektywnego informatora, wiedząc, że cesarz otrzymuje raporty o tych wydarzeniach od Nowosilcowa i Konstantego. Charakterystyczne jest, że Potocki przekonywał Sobolewskiego – a więc i cesarza – że należy tłumaczyć młodzieży postępowanie rządu909.

Po likwidacji jawnych związków życie zbiorowe studentów przeniosło się do cukierni, kawiarni, gospód itp. Grono kilkudziesięciu młodych ludzi pod przywództwem Adama Zamoyskiego zbierało się w listopadzie 1819 r. w cukierni Falliniego na ul. Koziej oraz cukierni Krzyżanowskiego w Hotelu Angielskim. Policja podejrzewała, że jest to kontynuacja działalności Związku Powszechnego. Rzecz stała się przedmiotem formalnego śledztwa uniwersyteckiego; studenci bronili się, twierdząc, że zbierali się w celu czytania gazet. „W Hotelu Angielskim rozmawiano o rzeczach potocznych np. o słocie, niepogodzie, herbacie itd.” – twierdził jeden z przesłuchiwanych. Przyznawano się jedynie, że dyskutowana była kwestia zniszczenia akt Związku Powszechnego. W efekcie tego śledztwa Zamoyski został relegowany z Uniwersytetu i musiał wyjechać do Galicji, skąd pochodził910.

Następną formą działalności studenckiej stała się Gospoda Akademicka, założona w domu Brzezińskiej na ul. Koziej. „Tam były trzy pokoje średniej wielkości – wspominał jeden z członków Gospody – w nich zbierała się sama tylko młodzież uniwersytecka, miała własne gazety, szachy i herbatę. Fajki, karty, piwo i bilard były surowo wyłączone”911. Gazety przymocowywano do „deszczki z kłódeczką” do wieszania na haczykach. Gospoda była rodzajem stowarzyszenia – miała członków płacących składki. Ich listę dla rozwiania wszystkich pozorów konspiracji wywieszano w widocznym miejscu. Kiedy policja skonfiskowała ją w maju 1820 r., znajdowało się na niej 118 nazwisk; podobno nie zdążono wpisać na listę jeszcze kilkudziesięciu osób. Był też zarząd kierowany przez Józefa Kozłowskiego jako „gospodarza ogólnego” i składający się z trzyosobowych zespołów do zbierania składek, do pism periodycznych i do „układania zabaw akademickich”. W Gospodzie powstawały 2 rękopiśmienne pisma: „Dziennik Akademicki” i „Nasze Rozrywki”. Gospoda funkcjonowała przez kilka miesięcy; została zamknięta przez policję po zorganizowanych przez studentów obchodach trzeciomajowych na Bielanach912.

Równocześnie, w końcu 1819 r., studenci wystąpili do rektora o przeznaczenie jednej z sal uniwersyteckich na czytelnię czasopism. Namiestnik Zajączek, który zapoznał się z tą prośbą, warunkowo ją poparł – jeżeli byłyby to naukowe, a nie polityczne czasopisma. Rektor jednak zdecydowanie odrzucił ten pomysł, przekonując, że nie będzie dość chętnych na taką lekturę, a sale uniwersyteckie powinny być przeznaczone wyłącznie na wykłady913. Dlaczego rektor był bardziej rygorystyczny od namiestnika? Szweykowski zdawał sobie sprawę z istnienia tajnych organizacji studenckich (a także półjawnych – skrywających istotne cele za deklarowanymi celami samokształceniowymi), choć niekoniecznie dzielił się tą wiedzą z wyższymi władzami914. Dobrze wiedział, że niewinna czytelnia naukowa szybko przekształci się w kolejne miejsce politycznych „schadzek” studenckich.

Studenci nadal zbierali się w gospodach, ale już w mniej sformalizowany sposób. Pewien incydent, który stał się przedmiotem szczegółowego śledztwa w styczniu 1821 r., wprowadza nas w ten świat koleżeńskich spotkań.

11 I 1821 r. urzędnik policyjny w Urzędzie Municypalnym Antoni Suchecki, wychodząc po pracy z Ratusza, spotkał się na ulicy ze znajomym studentem, który zaprosił go na butelkę piwa do bilardu „Pod Saturnem” na ul. Senatorskiej. Kiedy „oparłszy się na bilarze” pili piwo, otworzyły się drzwi pomieszczenia przylegającego do sali bilardowej i wyszła stamtąd grupa studentów, która zaczęła wyzywać Sucheckiego od szpiegów. Ten widząc, że „akademicy szukają okazji do kłótni, a następnie do wybicia mnie”, szybko wyszedł. Jak twierdził, studenci „wybiegli na schody za nami, wywoływali na nas od gałganów, szpiegów, durniów i łajdaków”. Zachowanie młodych ludzi wynikało z faktu, że, jak zeznał jeden z nich, Suchecki „zaglądał do akademików, gdyż drzwi nie były zupełnie zamknięte i szeptał do swojego kolegi”. W następstwie aresztowano 4 studentów. Kilka dni później Suchecki pojawił się znowu „Pod Saturnem” i „szukał umyślnie zaczepki z akademikami, wyciągając w miejscu ciasnym nogi i chwalił się, że wsadził kilku akademików do kozy, a dokaże jeszcze tego, że wszyscy będą jeszcze przed nim czapki zdejmowali”. Prawdopodobnie wcześniejsza awantura była policyjną prowokacją, a Suchecki rzeczywiście śledził studentów915.

Z zeznań wynika, że studenci przychodzili o różnych porach, najwięcej wieczorem po zajęciach uniwersyteckich koło szóstej-siódmej, wychodzili przed dziesiątą (czyli nakazaną przez przepisy policyjne godziną zamykania szynków916). Zajmowali osobny pokój, zwykle gromadziło się ich od 5 do 15, tylko kilka razy zjawiło się więcej niż 20 osób. Główną atrakcją lokalu była możliwość lektury prasy – wychodzących w Warszawie gazet codziennych, liberalnych czasopism „Sybilla Nadwiślańska” i „Dekada Polska”, satyrycznego pisma „Momus” oraz poświęconej literaturze „Wandy”. Drzwi pokoju były przymknięte, gdyż przygrywająca w głównej sali kapela przeszkadzała w lekturze. Według rektora, który sumował informacje z licznych zeznań, studenci „grali w szachy, arcaby, domino, niektórzy w bilard; jedli bułki z serem, pili pospolicie piwo, rzadko herbatę, a jeszcze rzadziej niektórzy poncz – i nigdy nadto; przy tym palili fajki”. Piwo i fajki powtarzają się stale w zeznaniach. Zeznający zarzekali się, że nie było żadnych toastów, jeden z nich zaznaczył, że „oddając jeden drugiemu szklankę, powtarzali słowa piosenki: Do ciebie, panie bracie”. Ciekawą obserwację poczynił właściciel bilardu:

Byłem przytomny temu, że mają między sobą tak zwane pojedynki, to jest: dwóch biorą po kufelku małym piwa, a trzeci komenderuje, i na wyścigi wypijają – któren się pośpieszy, chwalą go, że jest chwat, a z drugiego się śmieją; lecz żadnych zakładów ani kary picia wody nie widziałem. Żeby zaś butelkami takowe zakłady robili, tego nie widziałem.

Wszyscy zeznający podkreślali, że studenci się nie upijali: tylko właściciel lokalu, mający na co dzień do czynienia z pijakami, stwierdzał fachowo: „czyli byli pijani kiedy, tego twierdzić nie mogę, byli bowiem wesołego humoru”917.

Studenci starali się udowodnić, że ich spotkania miały charakter niezorganizowany i nie pojawiały się w ich trakcie żadne wątki polityczne. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z gronem aktywistów, których spotykamy najpierw w jawnych, a potem – część z nich – w tajnych związkach studenckich.

Spotkania w oberżach, kawiarniach, bilardach i tym podobnych miejscach stały się na trwałe podstawową formą życia studenckiego. Studenci nie zniechęcili się nawet do miejsca niedawnej prowokacji policyjnej. Jak dowiadujemy się z późniejszego o rok raportu szpiega Mackrotta:

Ubiegłej nocy na balu w oberży Tanasiewicza Pod Saturnem na Nowosenatorskiej, gdzie bawią się akademicy, było pełno. Byli też aktorzy z Teatru Narodowego. Akademicy kazali grać Poloneza KościuszkiMazurka Dąbrowskiego i śpiewali chórem. Pewien urzędnik biura wojskowego sprzeciwiał się temu i kazał kapeli grać coś innego.

Wychodząc, spadł ze schodów – Mackrott sugerował, że za sprawą studentów918.

W lutym 1823 r. namiestnik wydał rozporządzenie zakazujące studentom przebywania w kawiarniach, oberżach i podobnych lokalach. Zostało ono szybko złagodzone na prośbę władz uniwersyteckich, które zwróciły uwagę, że w miejscach tych stołują się ubodzy studenci. Pozwolono więc na uczęszczanie do kawiarni i oberż studentom spoza Warszawy, mającym pisemne pozwolenie od Uniwersytetu919. Skuteczność tych przepisów musiała być mała, skoro 3 lata po wydaniu postanowienia namiestnika Rada UW postulowała, „ażeby szynkarze, kupcy, bilardziści nie dozwalali uczniom u siebie przesiadywać”920. Szynkarze ignorowali te zakazy, gdyż studenci stanowili dla nich liczną i cenną klientelę921.

Wobec coraz ostrzejszej inwigilacji środowiska studenckiego życie towarzyskie nabierało charakteru na wpół konspiracyjnego. Jan Nepomucen Janowski wspominał, że w początkach jego pobytu na Uniwersytecie (1824–1827) zbierali się z kolegami u kupca Gołońskiego na ul. Freta – znajdowało się tam osobne pomieszczenie. Nowi uczestnicy spotkań musieli mieć osobę wprowadzającą. Nie było to jednak miejsce wygodne, gdyż okna wychodziły na ulicę, co dawało agentom policyjnym możliwość podsłuchiwania. Przeniesiono się więc do Huberta mającego kawiarnię naprzeciw kościoła Dominikanów. Studenci zbierali się nie w samej kawiarni, ale w obszernej izbie „zupełnie w głębi dziedzińca”, należącej do mieszkania Huberta. Tam już byli bezpieczni. Te zebrania – oceniał Janowski – cechował „wyraźnie duch patriotyczny, duch niepodległości narodowej. Ten duch okazywał się najlepiej w deklamacjach i śpiewach, którymi się każdy wieczorek kończył”. Janowski wspomina, że sam deklamował Śmierć zdrajcy ojczyzny Antoniego Goreckiego i wiersz Noc była ciemna, milczenie ponure. Śpiewano Mazurka Dąbrowskiego, Cześć polskiej ziemi i tzw. Zantówkę922. Tuż przed powstaniem, 14 X 1830 r. policja raportowała o podobnych zebraniach: „Akademicy zbierają się ostatnio w kawiarni Baroka koło poczty na Trębackiej i tam zamykają się w oddzielnym pokoju, nikogo nie wpuszczając. Dolatuje często stamtąd śpiew”923.

Funkcjonowały również koło 1820 r. tajne organizacje studenckie. Konspiracje te były nieliczne, ale nie należy mierzyć ich znaczenia liczbą członków. Konspiratorzy w latach 1819–1821 funkcjonowali równolegle jako przywódcy w jawnych działaniach studenckich. Byli też niewątpliwie – choć to znacznie trudniej uchwycić – osobami opiniotwórczymi dla innych studentów.

Najstarszą z tych organizacji był Związek Przyjaciół pod godłem Panta Koina (z greckiego „wszystko wspólne”). Grono to zaczęło się najpierw spotykać jako grupa samokształceniowa; na spotkaniach wygłaszano referaty; abonowano też gazety. Panta Koina powstała w grudniu 1817 r., kiedy przyjęto statut i wybrano na przewodniczącego studenta medycyny Ludwika Mauersbergera. Nadal jednak była to organizacja nieliczna (w momencie założenia 22 członków; potem przyjmowano jeszcze pojedyncze osoby) i mało sformalizowana. Nie wiemy też nic o wewnętrznych rytuałach; zaręczano tylko słowem honoru utrzymanie istnienia związku w tajemnicy. Członkowie płacili składkę 2 zł miesięcznie na herbatę i prenumerowanie gazet. Było to rzeczywiście – zgodnie z nazwą – grono przyjacielskie. W przechwyconym przez policję liście Mauersberger pisał: „Jesteśmy sobie tak bliscy, iż trudno by nam było się rozłączyć. Mało mówimy o przyjaźni, lecz tym silniej ją odczuwamy”924.

Porównując Panta Koinę ze związkami samokształceniowymi założonymi przez Gołuchowskiego i Nakwaskiego, Mauersberger pisał: „Ich celem jest literatura. Naszym – moralność i literatura”925. O jaką moralność tu chodziło? Pewne pojęcie o tym daje zachowany w aktach śledztwa referat Mauersbergera. Na jednym z zebrań mówił on o władzy i religii:

Rząd jest władzą pochwyconą przez kilka osobników, na szkodę członków społeczeństwa powszechnego. [...] Sławna rewolucja francuska [...] oddaliła się wielce od swego celu, dlatego, że zmieniła tendencję. Jednakowoż pozostawiła naukę wieczną królom, a przykład ludom. [...] Nigdy się nie zniweczy nauki, raz człowiekowi danej.

Według Mauersbergera despotyzm to też sytuacja, gdy „wszechwładny dziedzic tyranizuje tchórzliwych wieśniaków” – wydaje się, że członkowie Panta Koiny byli bardzo wyczuleni na sprawę włościańską. Referat Mauersbergera zawierał radykalne tezy społeczne:

Każdy człowiek jedzący chleb powinien go sam zdobywać. Jakim prawem, urodzony w pałacu zbytkownym, z rasy zawdzięczającej swe przywileje, jakie ją otaczają, książę – dziecko wychowane w zbytku, pysze i zuchwalstwie – panuje nad człowiekiem cnotliwym i pracowitym? Jakim prawem nęka go swą tyranią i poświęca jego pracę swemu rozkiełznanemu i wyuzdanemu skąpstwu?

72. Ludwik Mauersberger

Mauersberger był też wrażliwy na demokratyzm w codziennych zachowaniach. W aktach śledztwa zachował się jego dziennik podróży z lat 1819–1821. Opisuje on wizytę u „pewnego dygnitarza” w Szwecji. „Widziałem tam włościan przybyłych za interesami, nie robili sobie żadnych ceremonii. Witali go i żegnali uściskiem ręki. Widok ten sprawił na mnie głębokie wrażenie...”926.

Członek Panta Koiny Ludwik Koehler, który wyjechał na studia do Berlina, założył tam filię związku; wśród członków dominowali Polacy, było też jednak kilku Niemców. I właśnie tam nastąpiła dekonspiracja; w lutym 1822 r. policja pruska aresztowała Koehlera i jego towarzyszy. Zawiadomieni o tym warszawscy przywódcy związku (którzy pokończyli studia i zostali urzędnikami) sami ujawnili władzom organizację, twierdząc, że nie działała już ona w momencie, gdy w listopadzie 1821 r. wydany został w Królestwie zakaz tajnych stowarzyszeń. Nie uchroniło ich to jednak przed aresztowaniem i śledztwem. Ze sprawą Panta Koiny wielkie nadzieje wiązał Nowosilcow, próbując wykazać, że była ona tylko niższym, przygotowawczym stopniem znacznie groźniejszego spisku o zasięgu międzynarodowym. Nie znalazł jednak poparcia w komisji śledczej nawet u 2 generałów (Maurycego Hauke i Józefa Rautenstraucha); oznacza to, że na argumenty Nowosilcowa okazał się niepodatny wielki książę. Komisja śledcza uznała, że Panta Koina nie miała charakteru wywrotowego. Aresztowani zostali zwolnieni; Mauersberger przypłacił jednak pobyt w więzieniu szybkimi postępami gruźlicy, na którą zmarł pół roku po zwolnieniu927.

Drugą tajną organizacją był związek bez nazwy pod przewodnictwem Adama Zamoyskiego. Liczył tylko 7 członków, ale miał już własne rytuały. „Jakoż udali się na Cmentarz Kalwiński – pisano w aktach śledztwa – weszli do grobu familii Tepperów, ale że tam ciemno było do czytania przysięgi i mowy, przeto w tym miejscu na trupią głowę tylko zaręczywszy sobie tajemnicę, wyszli na otwarte pole i tam przysięgę wykonali”. Następnie Wiktor Heltman, nieformalny ideolog związku, wygłosił mowę „o liberalności, o tyranii i prawach człowieka”928. Związek miał szerokie plany ekspansji. Postanowiono poznawać ducha narodu przez przysłuchiwanie się obradom sejmu i sejmików oraz piesze wędrówki po kraju. Rozpowszechnianie myśli niepodległościowej miało się odbywać przez powiększanie liczby członków organizacji, wydawanie czasopism, zajmowanie przez związkowców katedr uniwersyteckich i posad nauczycielskich oraz przez pozyskiwanie księży, by za ich pośrednictwem wpływać na lud929.

Nawet w tak małym, siedmioosobowym gronie zabrakło wzajemnego zaufania – 4 członków postanowiło pozornie rozwiązać sprzysiężenie, by pozbyć się pozostałych 3, których uważali za niepewnych, a następnie podjąć działanie na nowo930. Wobec usunięcia z Królestwa Zamoyskiego związek już się nie odrodził. Zauważmy jednak, że ta mikroskopijna organizacja próbowała przejąć Związek Powszechny, a Adam Zamoyski odgrywał rolę lidera w środowisku studenckim w drugiej połowie 1819 r. Kilku członków tego związku, na czele z Heltmanem, wstąpiło następnie do Związku Wolnych Polaków, gdzie mieli odegrać dużą rolę. W sensie programu i podejmowanych działań istniała kontynuacja między tymi organizacjami.

Związek Wolnych Polaków został utworzony przez przybyłego z Galicji Ludwika Piątkiewicza i Ksawerego Bronikowskiego, należącego do Towarzystwa Akademickiego Czcicieli Nauk; szybko do grona przywódców dołączył Heltman. Organizacja była skomplikowana, składać się miała z 4 stopni, przy czym członkowie stopnia niższego mieli nie wiedzieć o istnieniu wyższego. W praktyce funkcjonowały 2 stopnie. Na czele związku stała pięcioosobowa Kapituła; wielkim mistrzem został Ludwik Piątkiewicz. Zwykli członkowie zrzeszeni byli w 3 lożach liczących po 8–10 „braci” – Loży Kościuszki, Loży Rejtana i Loży Kołłątaja. W lożach odczytywano rozprawy przygotowane przez członków i dyskutowano nad nimi. Obowiązywała zasada, że tekst rozprawy miał być zniszczony zaraz po odczytaniu931.

Do związku należeli przede wszystkim studenci Uniwersytetu. Wchłonięto tzw. Związek Dynasowców, grupę dawnych uczniów Liceum Warszawskiego, którzy założyli swoją organizację w ostatniej klasie tej szkoły. Wśród członków Związku Wolnych Polaków było wiele osób, które miały w przyszłości odegrać dużą rolę: demokratyczni działacze emigracyjni Wiktor Heltman i Tadeusz Krępowiecki, publicyści i działacze Towarzystwa Patriotycznego w czasie powstania Maurycy Mochnacki i Bronikowski, minister spraw zagranicznych w powstaniu Teodor Morawski, wybitni pisarze Seweryn Goszczyński i Bohdan Zaleski, a nawet margrabia Aleksander Wielopolski932.

Już same nazwy struktur (loża, wielki mistrz) wskazują na inspiracje masońskie. Z masonerii zapożyczony był też ceremoniał przyjmowania do loży – przysięga na czaszkę w zaciemnionym pokoju i hymn śpiewany w momencie przyjęcia nowego członka. Kilka lat po przyjęciu do Loży Rejtana Seweryn Goszczyński wracał do tej sceny:

Cisza i nagość w tajemnej komnacie,

Tylko milczące związkowych postacie

W czarnej odzieży, z twarzą pod kapturem,

Przykute do ścian półkulistym chórem,

Czarnych posągów rzędem być się zdały.

Godło grobowej, wiecznej tajemnicy,

Stała na stole Chodkiewicza głowa:

Trzy lampki słabem światłem z niej błyskały,

Trzy zorze w bytu polskiego ciemnicy.

Przede mną leżał nagi miecz przysięgi

Znamię jedynej skrzywdzonych potęgi.

„Chodkiewicza głowa”, podświetlona od środka płonącym spirytusem, to, jak wynika z dalszej części wiersza, rzekomo autentyczna czaszka hetmana Chodkiewicza. „Miecz przysięgi” to chyba sztylet933. Rozbudowana symbolika miała też towarzyszyć witaniu się członków związku – przewidywano „znak poznawczy, zastosowany do wyobrażenia połączonej Polski”: jeden z witających mówił „wszystko i nic” i podawał 3 palce, rozkładając je i składając, odzew brzmiał „ojczyzna i śmierć”934.

3 lampki w czaszce hetmana i 3 rozcapierzone palce przy powitaniu, to oczywiście odniesienia do 3 zaborów. Celem Związku Wolnych Polaków była Polska zjednoczona i niepodległa. Droga do niej miała prowadzić przez „miłość narodowości, rozszerzenie i upowszechnienie zasad liberalnych”; nie szykowano żadnych planów ani nie prowadzono przygotowań do walki zbrojnej. Przywódcy Związku byli zwolennikami ustroju republikańskiego, ale raczej nie propagowali takiej ideologii wśród szeregowych członków935.

Z Kapituły związku wyszła inicjatywa powołania pisma periodycznego – „Dekady Polskiej”, opatrzonej znamiennym godłem – Nil desperandum. Pismo zaczęło wychodzić 1 I 1821 r., 3 miesiące po zaprzestaniu wydawania „Orła Białego” i miało wyraźnie ambicje zajęcia jego miejsca. Ostatni numer „Dekady Polskiej” ukazał się 21 III 1821 r.; redakcja zrezygnowała z wydawania pisma wobec narastających ingerencji cenzury936.

Załamanie Związku Wolnych Polaków nastąpiło po aresztowaniu Heltmana i Piątkiewicza. Wydali oni pod firmą nieukazującej się już „Dekady” tekst Konstytucji 3 maja; broszura była sprzedawana 3 V 1821 r. na warszawskich ulicach. Wściekły wielki książę Konstanty wymyślał obu redaktorom i bił ich po twarzach w Belwederze. Piątkiewicz jako poddany austriacki odesłany został do Galicji, a Heltman, który pochodził z Litwy, został wcielony jako prosty żołnierz do Korpusu Litewskiego. Nie doszło jednak do ujawnienia związku; jego działalność, jak się zdaje, po prostu zamarła. Przyczyniło się do tego też relegowanie z Uniwersytetu i nakaz wyjazdu z Warszawy 4 ważnych działaczy w związku z awanturą z agentem policyjnym w gospodzie „Pod Saturnem”. Dekonspiracja nastąpiła ponad 2 lata później na skutek załamania psychicznego Heltmana. Wezwany na przesłuchanie w związku z założonym przez jego brata tajnym związkiem w szkole w Swisłoczy, z własnej inicjatywy złożył obszerne zeznanie o Związku Wolnych Polaków. Przywieziony do Warszawy złożył jeszcze obszerniejsze zeznania, wykorzystano go też do konfrontacji z kolegami zaprzeczającymi swemu udziałowi w związku. Jednak efekty półrocznego śledztwa były podobne jak w przypadku Panta Koiny – nie odkryto działalności wywrotowej. Aresztowani zostali wypuszczeni na wolność bez procesu937.

Ówcześni studenci dużo śpiewali. Był to ważny wątek śledztwa w sprawie wydarzeń w oberży „Pod Saturnem”. Prawie wszyscy przesłuchiwani studenci mówili, że śpiewali tradycyjne pieśni akademickie Gaudeamus igiturEcce quam bonum oraz „piosneczki z oper”. Pojedynczy wymieniali piosenki z Krakowiaków i górali Wojciecha Bogusławskiego, „piosenki o piwie” oraz „pieśń Brodzińskiego z Pamiętnika za króla”. Niektórzy studenci twierdzili, że przebywający w pokoju „nucili piosenki”, „czasem każdy sobie śpiewał piosneczki z oper”, ale z większości zeznań wynika, że były to śpiewy chóralne. Można jednak wątpić, czy wymieniano wszystkie pieśni938.

Również w tajnych związkach studenckich pieśni (i śpiewniki) odgrywały dużą rolę. Jest charakterystyczne, że tzw. śpiewnik prawny, a więc zawierający utwory śpiewane podczas zebrań związku, był równie utajniony jak statut. Zresztą prowadzący śledztwa, na czele z Nowosilcowem, również przywiązywali dużą wagę do treści przechwyconych pieśni939.

Wobec „dozoru szkolnego”

Koncepcja powołania instytucji nadzorującej dyscyplinę wśród studentów pojawiła się na jesieni 1819 r. W listopadzie tego roku namiestnik nakazał powołanie prefektów w Liceum i na Uniwersytecie. Mieli oni czuwać nad karnością młodzieży, co tydzień wizytować stancje studentów i „informować się o ich konduicie i zatrudnieniach”. Rektor Szweykowski odpowiedział, że powołanie prefekta nie jest realne – żaden z profesorów nie chciał się podjąć tej funkcji, a poza tym osoba „uważana jako sprawująca obowiązki tylko policyjne, trudno będzie mogła zjednać sobie należytą powagę i uszanowanie ze strony młodzieży”. Rektor podkreślał konieczność ścisłego współdziałania władz uniwersyteckich z policją, m.in. wspólne ustalanie aktualnych miejsc zamieszkania studentów. W następnych miesiącach Szweykowski współpracował z kierującym policją wiceprezydentem miasta Mateuszem Lubowidzkim; dokumenty wskazują nawet na pewną zażyłość między nimi940. Trzeba to jednak widzieć w szerszym kontekście – dla rektora prawdziwie groźne były próby ustanowienia zinstytucjonalizowanego nadzoru nad młodzieżą o policyjnym charakterze. Demonstrowana na zewnątrz surowość miała zapobiec takiej sytuacji.

Sygnałem, w jakim kierunku zmierza polityka rządu wobec studentów, było polecenie nowego ministra oświecenia z końca 1820 r., by profesorowie bądź wyznaczeni studenci kontrolowali obecność na wykładach. Władze uniwersyteckie (referat w tej sprawie przygotował Bandtkie) znów sprzeciwiły się, wysuwając praktyczne obiekcje – zwłaszcza na Wydziale Prawa, gdzie było dwustu kilkudziesięciu słuchaczy, odczytywanie listy „sposobem apelów wojskowych” trwałoby niezmiernie długo, a w sytuacji, gdy profesor nie zna studentów z twarzy lub ma krótki wzrok, studenci odpowiadaliby za nieobecnych. Wyznaczenie do tego studentów powodowałoby „przytłumienie moralnego honorowego uczucia” u samych sprawdzających, a naraziłoby ich na niechęć kolegów. Ale wysunięto i bardziej zasadnicze argumenty:

młodzież dojrzalsza nie może być szkolnym sposobem strzeżona i doglądana, lecz w tym wieku powinna się sama doświadczać i dozorować, co tym łatwiej u nas – gdy corocznie w popisach zdaje sama sobie i sumieniowi swemu, czy przyzwoicie i dobrze czasu użyła. Jeżeli w 18-tym, 20-tym roku młodzianowi ma być potrzebny dozorca i pilny stróż jego kroków, taki nie obejdzie się bez niego i w dalszym wieku941.

Szybko okazało się, że młodzież jednak będzie „szkolnym sposobem strzeżona i doglądana”.

Różne elementy systemu nadzoru nad studentami wprowadzono przed powstaniem Kuratorii Generalnej Instytutów Naukowych – w maju 1821 r. nakaz noszenia mundurów, w maju 1822 zakaz studiów za granicą, w lutym 1823 zakaz uczęszczania do kawiarni, oberż i podobnych miejsc. Powstanie Kuratorii Generalnej w czerwcu 1823 r. i powołanie uniwersyteckich inspektorów niejako zwieńczyło ten proces, a przede wszystkim zapewniło możliwości egzekwowania wcześniejszych przepisów.

Inspektorem generalnym Uniwersytetu został profesor Ignacy Adam Zubelewicz, od 5 lat profesor filozofii, a od 2 dziekan Wydziału Filozoficznego. Jako profesor był lubiany i uchodził za dobrego wykładowcę942. Powołano 3 inspektorów wydziałowych: po jednym dla Wydziału Prawa i Wydziału Lekarskiego oraz wspólnego dla mających mniej studentów Wydziału Filozoficznego i Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych. Każdemu z inspektorów przydzielono po 2 podinspektorów943.

73. Inspektorzy wydziałowi i inspektor generalny Uniwersytetu w czasie symbolicznego pogrzebu Aleksandra I w 1826 r.

We wrześniu 1823 r. KRWRiOP wydała instrukcję normującą wzajemne relacje „władzy naukowej” z „władzą dozorczą”. Miały to być zasady tymczasowe, z czasem zastąpione przez „kodeks pod tytułem Ustaw szkolnych” – nigdy jednak taki kodeks nie powstał. Instrukcja szczegółowo ustalała relacje między 2 władzami. Inspektor generalny „w jednej randze z rektorem uniwersytetu zostając, ma wyższą prerogatywę we względzie dozoru szkolnego. [...] Wzajemnie rektor ma wyższą prerogatywę we względzie naukowym”. Inspektor generalny miał prawo wizytowania wszystkich zajęć. Od niego rozpoczynało się zapisywanie studentów na następny rok studiów; miał też udział w dopuszczaniu studentów do egzaminów całokursowych. Do niego miały trafiać wszelkie informacje o sporach między studentami i ich wykroczeniach. Jeśli chodzi o dozorowanie studentów, podinspektorowie mieli być tylko „dostrzegaczami”, prawo „przestrzegania, napominania i do porządku zwracania uczniów” mieli dopiero inspektorowie wydziałowi. Do uprawnień inspektorów wydziałowych należało też zezwalanie studentom na pożyczanie książek z Biblioteki.

Władza dyscyplinarnego karania studentów podzielona była między 2 władze, przy czym ta część instrukcji została niejasno zredagowana. Stwierdzano, że wymierzanie kar za wykroczenia popełnione w obrębie zabudowań uniwersyteckich należy do rektora i profesorów, a poza ich obrębem – do inspektora generalnego. W praktyce jednak podział nie był tak wyraźny. W czasie wykładów karę napomnienia lub usunięcia z sali mogli wymierzać profesorowie i inspektorowie wydziałowi. Kara aresztu uniwersyteckiego do 24 godzin mogła być nakładana przez inspektora generalnego lub rektora, przy areszcie od 1 dnia do tygodnia była to wspólna decyzja ich obu, z udziałem dziekana i inspektora wydziałowego. O utracie zapisu na rok studiów oraz cofnięciu zwolnienia od opłaty wpisowej decydować miały rady wydziałowe na wniosek inspektora generalnego. Najcięższe kary – areszt od tygodnia do miesiąca oraz relegacja z Uniwersytetu – wymierzała Rada UW na wniosek inspektora generalnego. W takich sprawach miał on prawo samodzielnie zwoływać Radę – uprawnienie, które może najmocniej pokazywało, że był „w jednej randze z rektorem”944.

W październiku 1821 r., kiedy chciano zaproponować Józefowi Kalasantemu Szaniawskiemu stanowisko rektora Uniwersytetu Krakowskiego, Marcin Badeni, minister sprawiedliwości Królestwa, pisał, że jest to „zacny człowiek i pracowity, ale należy do sług imaginacji i prostej machiny nie zrobi, tylko nadto komplikowaną i rozdrobnioną”945. Trudno się oprzeć podobnej refleksji, czytając instrukcję o stosunku 2 władz uniwersyteckich.

Inspektorowie wydziałowi spotykali się z inspektorem generalnym na posiedzeniach „dozoru” odbywających się co tydzień w niedzielę po akademickiej mszy w kościele Wizytek. Podinspektorowie składali codziennie pisemne raporty o zachowaniu studentów. Zubelewicz miał jednak poważne zastrzeżenia do pracy swoich podinspektorów – uważał, że zaniedbują swoje obowiązki, siedząc na wykładach, ale nie zwracając uwagi na to, jak zachowują się profesorowie i studenci. Zarzucał im też, że nie zachowują dyskrecji, opowiadając o sprawach, które były przedmiotem obrad dozoru946. Inspektorzy mieli poczucie ogromnej niechęci ze strony studentów. Już w październiku 1823 r., zaraz po rozpoczęciu działalności dozoru, przed wykładami dochodziło do jakichś incydentów na tym tle. Oebschelwitz pisał w 1826 r. o pogardzie studentów dla „pierwszych nawet osób zwierzchność szkolną stanowiących”. Miano też świadomość, że zła opinia o inspektorach wykracza poza samo środowisko studenckie947.

„Uważajcie we mnie przyjaciela, najpierwszego po rodzicach waszych” – apelował do młodzieży kurator generalny Oebschelwitz w czasie swojej „instalacji” na urzędzie948. Ale wbrew takim oficjalnym enuncjacjom, „dozór szkolny” nabierał – i w systemie politycznym Królestwa inaczej być chyba nie mogło – cech politycznej policji. Już na 3 V 1824 r., niezależnie od mobilizacji inspektorów i podinspektorów, do pomocy inspektorowi generalnemu przydzielono adiunkta policyjnego, Boczkowskiego; następnie utrzymano współpracę z nim, wypłacając mu za to wynagrodzenie. Kiedy w 1825 r. Aleksander I podpisał artykuł dodatkowy do konstytucji, znoszący jawność obrad sejmu, inspektorzy wydziałowi dostali polecenia czuwania, by studenci nie czynili nad nim uwag; gdyby się to zdarzyło, mieli natychmiast złożyć raport. W takie już wyraźnie policyjne działania próbowano angażować profesorów, domagając się od nich, by przeglądali kajety studentów, w których miały się pojawiać nieprawomyślne notatki. Nic jednak nie wiadomo, by te żądania odniosły skutek. Zalecane przez wyższe władze śledzenie „schadzek” studenckich wynikało z obawy przed tajnymi związkami studentów i miało na celu ich dekonspirację949. Skojarzenia z działaniem tajnej policji budziła sytuacja, w której podinspektorowie mieli obowiązek obserwacji i składania raportów, nie mając władzy napominania. W 1826 Rada UW zwracała uwagę Oebschelwitzowi: „Ażeby się nie rozszerzała fałszywa opinia, jakoby inspektorowie i podinspektorowie tajnie lub fałszywie wykroczenia donosili, potrzeba, żeby ci, widząc błądzących, sami ich ostrzegali, że ich doniosą”950. Szerzej patrząc, działania Kuratorii wpisywały się w generalną atmosferę policyjnej inwigilacji, prowadzonej wobec studentów przez różne odłamy tajnej policji.

Inspektorzy i podinspektorzy kontrolowali obecność na wykładach. Od początku funkcjonowania „dozoru szkolnego” starano się doprowadzić do przydzielenia studentom stałych miejsc w audytoriach. Było to łatwiejsze na skupiających mało słuchaczy zajęciach na Wydziale Filozoficznym, bardzo zaś trudne na najliczniejszym Wydziale Prawa i Administracji. Wrócono do sprawy w 1825 r., projektując ponumerowanie miejsc w audytoriach i przydzielenie ich na stałe studentom – projekt ten odrzuciła jednak Rada UW951.

Od października 1823 r. inspektorzy i podinspektorzy zaczęli odwiedzanie pensji i stancji studenckich. Dano im odpowiedni kwestionariusz pytań; miano badać, czy student podjął jakąś pracę, u kogo mieszka, gdzie i z kim się stołuje, czy ma jakąś służbę, gdzie mieszka i kim jest osoba za niego zaręczająca. Trochę później polecono, by w czasie tych odwiedzin zwracać uwagę na posiadane przez studentów książki. Miano też sprawdzić, gdzie zbierają się wieczorami. Studenci bronili się przed tymi odwiedzinami, podając fałszywe adresy zamieszkania. Ale zaniedbywali się też inspektorzy i podinspektorzy; Zubelewicz zarzucał im, że poprzestają na ustaleniu miejsc zamieszkania studentów, zamiast dowiadywać się o miejscach ich spotkań, odwiedzać wieczorami podejrzanych i ustalać, którzy akademicy nie nocują pod podanymi adresami bądź wręcz potajemnie opuszczają Warszawę952. Obserwacja stancji studenckich nie była jednak fikcją. W mieszkaniu jednego z członków Związku Wysockiego, studenta Jana Bartkowskiego, mieszkającego w domu „Pod Złotym Orłem” naprzeciw kościoła św. Krzyża (a więc tuż obok Uniwersytetu), zbierała się na jesieni 1830 r. grupa członków Związku. „Schadzki w moim mieszkaniu zwróciły na siebie uwagę jednego z inspektorów uniwersytetu i skłoniły mnie do przeprowadzenia się do ciasnej, ciemnej ciupy na Tamce”953.

Na samym początku działalności, w październiku 1823 r., na polecenie kuratora generalnego ogłoszono, że ponieważ studenci, „snując się prawie w każdej godzinie po różnych ulicach, czas nieużytecznie przepędzają”, nakazuje się, by bezpośrednio po wykładach „wprost do swych pomieszkań wracali i w nich czas, jak przystoi na ich powołanie, przepędzali”. Rzecz rozbijała się jednak o różne godziny rozpoczynania i kończenia wykładów; indagowani na ulicy studenci mówili, że właśnie idą lub wracają z zajęć na Uniwersytecie. Oebschelwitz próbował skłonić władze uniwersyteckie, by wszystkie wykłady rozpoczynały się i kończyły o tej samej godzinie; Rada UW odmówiła, argumentując, że za mało jest na to audytoriów i wykładowców954. Nie wydaje się, by zakaz ten był później energicznie egzekwowany; co nie znaczy, że nie mógł być przywołany w konkretnym przypadku.

Jedną z metod kontroli stały się zapisy na następny rok studiów, dotychczas będące zwykłą formalnością. Teraz w zapisie uczestniczył inspektor generalny. Student miał się u niego stawić „w towarzystwie osoby, która by zasługiwała na zaufanie zwierzchności uniwersyteckiej i wzięła na siebie obowiązek dawania baczności na przyzwoite ucznia postępowanie” – pisano w oficjalnym ogłoszeniu955. Odmówienie zapisu na następny rok było jedną z kar uniwersyteckich; nie jest jednak jasne, jak często ją stosowano.

Najbardziej kontrowersyjne sprawy, którymi zajmował się „dozór szkolny” na Uniwersytecie, to obowiązek noszenia mundurów studenckich i nakaz praktyk religijnych.

W 1821 r. wprowadzono obowiązek noszenia przez studentów „mundurów akademickich”. Wszystkie mundury używane w instytucjach podległych KRWRiOP podzielone były na klasy; studentom Uniwersytetu przypadły mundury VII klasy (z wyjątkiem studentów Wydziału Lekarskiego kształcących się na lekarzy niższych i farmaceutów oraz studentów oddziału sztuk pięknych – ci nosili mundur VIII klasy). Według urzędowego opisu mundur studencki to:

Frak sukienny koloru szafirowego w formie zwyczajnej, z tyłu niespinany; [...] kołnierz podwójną mający obwódkę białym jedwabiem haftowaną, mankiety i klapy z jedną tylko obwódką. Spodnie białe sukienne, krótkie do trzewików z białymi sprzączkami; drugie tegoż samego koloru obcisłe i trzecie koloru szafirowego także obcisłe i długie do butów krótkich węgierskich. Chustka na szyi gładko wiązana, biała. W dni galowe używany będzie do munduru kapelusz stosowany z kokardą, białą taśmą jedwabną przepasaną; spodnie białe. W dni zaś powszednie używane być mogą surduty mundurowe, mające guziki w jednym rzędzie i obwódki białe, podobnież jak u mundurów; spodnie nie tylko szafirowe, ale nadto pantalony szaraczkowe lub inne; kapelusz okrągły czarny lub furażerki koloru mundurowego956.

Mundur miał być noszony także w podczas wakacji i w okresie między zaliczeniem wszystkich zajęć a uzyskaniem magisterium957.

74. Wzory kołnierzy, mankietów i klap przy kieszeniach w mundurach studentów Uniwersytetu (mundury 7 i 8 klasy)

Mundury studenci traktowali z wielką niechęcią. Najbardziej prozaicznym powodem były zapewne koszty związane z ich uszyciem. Ale chodziło też o poczucie zepchnięcia do statusu ucznia szkoły średniej. Władze Uniwersytetu zwracały uwagę na podobieństwo munduru studenckiego do tych przeznaczonych dla szkół – „tylko jedna tasiemka więcej różni ich od uczniów szkół niższych”. Nie tyle może podobieństwo munduru, ile sytuacja podobnego jak w tych szkołach ścisłego nadzoru pedagogicznego nad studentami miała tu znaczenie. Dla „młodzieży wyższego urodzenia i tej, która już po biurach pracuje”, a także dla studentów żonatych oraz tych uczących w szkołach, mundur był wręcz kompromitujący, jako znak niedojrzałości. „Ta [młodzież] wchodząc więcej w towarzystwo, nie może się pozbyć fałszywego uprzedzenia, że w mundurach, jako studenci, źle będzie widzianą”. Rektor przywoływał przypadek 2 pilnych studentów z bogatych rodzin, „którzy „dlatego przed bliskim ukończeniem nauk uniwersytet opuścili, żeby już w mundurach nie chodzić”958.

75. Guziki od mundurów studenckich

76. Maurycy Mochnacki, staloryt A. Oleszczyńskiego, 1845

Oczywiście, niechęć do munduru wynikała przede wszystkim z faktu, że noszenie go wystawiało studenta na różne szykany ze strony inspektorów i podinspektorów, a nawet zwykłych policjantów. Pokazuje to historia, która przydarzyła się Maurycemu Mochnackiemu. Odwiedziwszy przyjaciela, z którym się miał razem uczyć – czytamy we wspomnieniach jego matki –

zrzucił mundurek, nałożył małą fajeczkę i wysłał służącego po jakieś papiery potrzebne do nauk; wtem przypomina sobie, że trzeba dać dokładniejszą informację służącemu względem owych rękopismów; w prędkości rozebrany jak był z fajeczką wybiega aż na dół do sieni wiodącej na ulicę, by zawołać służącego. Przechodzący wówczas komisarz policji S., z natury grubianin i podpiły, znany przez młodzież jako złośliwy i niegodziwy człowiek, postrzegłszy Maurycego: dlaczego palisz tytoń na ulicy, dlaczego nie masz munduru? zawołał i jednocześnie porwał za fajkę, aby ją wydrzeć z ust i szarpnął tak gwałtownie, że aż rozkrwawił usta Maurycemu; w okamgnieniu Maurycy na odwet za tę zniewagę uderzył w twarz komisarza, ale tak silnie, że go od razu powalił na ziemię, a sam zemknął do mieszkania.

W rezultacie Mochnacki stanął w Belwederze przed obliczem Konstantego, który w ataku wściekłości „wstrząsł nim, jak młodym drzewkiem, podniósł go do góry, a mruczał jak niedźwiedź rozjuszony. Potem porywa za guziki, obrywa je, drze w pasy mundurek uniwersytecki”. Wszystko skończyło się kilkoma tygodniami pracy przy taczkach z innymi aresztantami w ogrodzie belwederskim959.

„Najtrudniej jest dopilnować, aby uczniowie za murami uniwersytetu mundur nosili” – pisała Rada UW. A Oebschelwitz narzekał, że młodzież akademicka „nie używa munduru przepisanego w każdym innym miejscu, prócz audytorium”, a mundur według prawa jest „nieoddzielnym od osoby ucznia, jak ubiór duchowny od kapłana lub mundur wojskowy od żołnierza”960. Można jednak przypuszczać, że dotyczyło to studentów relatywnie zamożniejszych; dla wielu biedniejszych sprawiony sporym kosztem mundur mógł być jedynym posiadanym porządnym ubraniem.

77. Rysunek przedstawiający czapkę studencką „sandówkę” umieszczony w raporcie policji tajnej z 1826 r.

Kontestowanie mundurów przybierało też postać samowolnych zmian w ich wyglądzie lub małej dbałości o ich wygląd. Już w listopadzie 1821 r. KRWRiOP zauważała, że studenci „poodejmowali po większej części od swych mundurów obwódki u kołnierza i mankietów; inni zaś klapy przy kołnierzu suknem białym podszyte mają” – były to więc próby upodobnienia mundurów do zwykłego ubrania961. Problemem były czapki, nie dość jasno opisane w przepisach – w 1826 r. władze uniwersyteckie na wezwanie kuratora generalnego zakazały używania popularnych czapek sześciobocznych. Z raportu policji wynika, że czapki miały wyszytą na daszku literę S i nazywane były „sandówkami” na cześć studenta Sanda, zabójcy Kotzebuego962. Brakowało też wzoru płaszcza, co pozwalało studentom pokazywać się np. w płaszczu a l’Abelino, nawiązującym do bardzo popularnego dramatu Johanna Zschokkego Abelino, wielki bandyta wenecki963.

Oebschlwitz w oporze wobec przepisów mundurowych dostrzegał (w listopadzie 1825 r.) tendencję do „rozróżniania się od innych noszeniem lub używaniem jakichkolwiek bądź umówionych między sobą znaków”. W skierowanym w marcu 1826 r. do władz uniwersyteckich piśmie wiązał ten opór z istnieniem tajnych związków. Pisał, że młodzież uniwersytecka:

formuje potajemnie teorię postępowania na jakowejś zarozumiałości i wstręcie do posłuszeństwa opartą. [...] A gdy prócz tego, pomimo najsurowszych przestróg, odznacza się ciągłym noszeniem i używaniem odróżniających powierzchownych znaków, jakimi są: czapki niemundurowe, noszenie wąsów itp., nie można czego innego stąd wnosić, jak tylko, że podobnież odznaczający się [...] pragną ciągle uzyskiwać tajnych prozelitów swego zgubnego ze wszech miar zarozumienia964.

Kwestia mundurów uniwersyteckich pokazuje bardziej generalny problem związany z „dozorem” na Uniwersytecie. Według obowiązującego prawa pełnoletniość osiągało się po ukończeniu 21 lat. W 1829 r. na 313 studentów I roku na Uniwersytecie było 177 niepełnoletnich (na II roku 81 na 229, na III roku 45 na 169)965. Mogło to służyć za uzasadnienie rozciągnięcia nad studentami nadzoru wychowawczego, podobnego do tego w szkołach średnich. Ale z drugiej strony duża część, jeśli nie większość młodzieży wywodziła się z niezamożnych rodzin, podejmowała w Warszawie pracę, aby się utrzymać, a w dalszej karierze nie mogła liczyć na silne wsparcie rodziny. Zderzenie tego brutalnego wrzucenia w dorosłe życie z wychowawczymi działaniami „policji szkolnej”, ze spychaniem studentów do statusu niedojrzałych uczniów, musiało wywoływać konflikty.

W listopadzie 1828 r. charakterystyczny incydent miał miejsce na wykładzie dziekana Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych Feliksa Bentkowskiego. 2 studentów siedzących z przodu rozmawiało podczas wykładu. Bentkowski zwrócił im uwagę, a po wykładzie przywołał jednego z nich – Ludwika Wołowskiego – którego znał prywatnie i upomniał go. Wołowski twierdził, że nie rozmawiał, a profesor „nie powinien publicznie, jak w szkole napominać”. Bentkowski, jak sam przyznawał w raporcie do rektora, zwracał się do studenta na „ty”:

Wiem tyle – pisał – że uczniowie Uniwersytetu poczytują sobie za urazę, gdy niektórzy profesorowie lub dziekan mówią do nich przez Ty. Ja, lubo mówię pospolicie przez Pan, gdy jednak znam którego bliżej, lub rozmawiam w tonie przyjacielskim, mówię czasem przez drugą osobę, nie dodając wyrazu Pan.

Gdy Wołowski odpowiedział, że musi bronić praw studentów, wściekły Bentkowski krzyknął: „Milcz, asan” – w ówczesnej polszczyźnie był to zwrot bardzo obraźliwy. Wołowski, jak sam zeznał, w uniesieniu odpowiedział: „niech p. Dziekan zważa na słowa, które wyrzekł, bo obelgi od nikogo nie zniosę”, co brzmiało jak groźba pojedynku. Obecni inspektorzy relacjonowali, że studenci „tłumnie towarzysząc przez całą salę W. Dziekanowi wychodzącemu, przerywali tupaniem nogami jego rozmowę z Wołowskim”. Profesor, wychodząc z sali, skomentował: „takie gburowskie postępowanie hańbi uczniów Uniwersytetu!”.

Trzy dni potem – pisał Bentkowski –

przyszedłszy do audytorium i usiadłszy na katedrze, słyszę raptowne łoskotliwe tupotanie w tylnych ławkach. Zawołałem: Co się to znaczy? – tupotanie powiększyło się i ja, siedząc spokojnie, z zimną krwią, czekałem końca, wyrzekłszy tylko te słowa: Niebaczna młodzieży! Po niejakiej pauzie cichości, odezwałem się w te prawie słowa: Widzę jednak, że liczba dopuszczająca się takowej nieprzyzwoitości w porównaniu z liczbą wszystkich obecnych uczniów jest bardzo mała (sądzę, że było w audytorium przeszło 200 uczniów; tupających zaś było po prawej stronie katedry może 15–20, po lewej zaś może 10–15). Na te moje wyrazy powstało znowu tupanie, lecz mniej liczne niż na samym początku.

I znów obserwacja inspektorów: „dało się słyszeć ten wykrzyknik: won! w chwili, gdy W. Dziekan wyszedł z katedry w celu, jak się zdawało, oddalenia się z audytorium”. Scena zakończyła się wezwaniem rektora do audytorium, a opuszczeniem go przez urażonego Bentkowskiego. Początkowo Rada Uniwersytetu postanowiła relegować 8 studentów, ale później sprawę załagodzono i skończyło się na kilkudniowych aresztach uniwersyteckich.

Szuranie nogami pod ławkami to typowy sposób wyrażania dezaprobaty przez studentów966. Bentkowski był człowiekiem impetycznym i to jego zachowanie było bezpośrednią przyczyną konfliktu. Studenci nie lubili go za lojalizm wobec władzy, przejawiający się w dostosowywaniu treści wykładów do aktualnej polityki KRWRiOP. Zauważmy jednak, że powodem całej scysji było potraktowanie studenta jak ucznia szkoły. Liczni jego koledzy stanęli w obronie swojego prawa do bycia traktowanymi jak dorośli; Wołowski w tym samym duchu groził pojedynkiem. Zeznający studenci mówili też o słowach „gburowskie postępowanie” jako obraźliwych dla całej społeczności. Na drugim wykładzie była grupa studentów, którzy nie uczęszczali na wykłady Bentkowskiego, a tym razem przyszli, by ukarać profesora. Znamienne, że jeden z zeznających, Feliks Łubieński, mówił, że przyszedł na wykład, „aby się ująć za Uniwersytetem, skrzywdzonym przez p. B[entkowskiego]”. To sformułowanie musiało uderzyć przesłuchującego rektora, bo zapytał się: „W jaki sposób ująłeś się W. Pan za skrzywdzony w jego mniemaniu Uniwersytet?”. W tym dialogu „Uniwersytet” dla rektora to instytucja, a dla zeznającego wspólnota studentów967.

Ostra reakcja młodzieży świadczy o napięciu, jakie wytwarzały działania Kuratorii, o wielkiej drażliwości środowiska studenckiego i o jego solidarności w obronie swoich praw. To studenci wyszli z całej sprawy zwycięsko – stawiając Bentkowskiego w ośmieszającej sytuacji i dając sygnał, że nie będą tolerowali pewnego typu zachowań wobec siebie.

Obowiązek praktyk religijnych, według przepisów wydanych przez KRWRiOP w październiku 1824 r., dotyczył 3 kwestii: uczestnictwa w uniwersyteckiej mszy, przystępowania do spowiedzi wielkanocnej oraz uczęszczania na wykład religii968.

Nakaz uczęszczania na mszę uniwersytecką do kościoła Wizytek był przez studentów dość powszechnie lekceważony. Nie pomagała nawet piękna oprawa muzyczna nabożeństwa w wykonaniu studentów Konserwatorium969. W 1825 r. próbowano zaprowadzić „ścisłą kontrolę” frekwencji na tych mszach, ale zdaje się bez sukcesu. W marcu 1826 r. kurator generalny Oebschelwitz twierdził, że na mszę uczęszcza zaledwie jedna czwarta studentów. Rada UW polemizowała, wskazując, że ze sporządzanych list nieobecnych nie wynika, by frekwencja była aż tak niska (choć, co charakterystyczne, nie dyskutowała z tezą o masowym uchylaniu się studentów od udziału w tej mszy). Do szczególnych konfliktów dochodziło w przypadku studentów medycyny – wszyscy wymawiali się od mszy akademickiej niedzielnymi dyżurami w klinikach (choć, jak podejrzewał inspektor generalny, nie wszyscy naraz je pełnią); doszło nawet do szarpaniny między studentami idącymi na dyżur a inspektorem chcącym ich zaciągnąć do kościoła970.

Nie należy tu chyba jednak widzieć unikania obowiązku niedzielnej mszy świętej. Z dokumentów wynika, że studenci po prostu uczęszczali na nabożeństwa w innych kościołach971. Na mszy akademickiej frekwencja zależała zaś od kaznodziei. Jak wspominał Łukaszewicz, opuszczano msze, na których kazania głosili księża misjonarze z kościoła św. Krzyża, gdyż „żaden nie odznaczał się ani wymową, ani głosem i treścią”. Ale gdy kaznodzieją był dziekan Wydziału Teologii ksiądz Szymański, „to pod amboną jakby nabił słuchaczy”972.

Znacznie skuteczniej egzekwowano obowiązek spowiedzi i komunii. Początkowo nakazano składanie w biurze inspektora generalnego kartek o odbyciu spowiedzi wypełnianych przez spowiednika. Janowski wspominał:

Na spowiedników wzywano bernardynów, kapucynów czy reformatów. Nie pamiętam, w którym roku jeden z tych zakonników, zasiadłszy do konfesjonału, położył przez sobą na deszczułce spory pakiet drukowanych kartek do rozdawania z kolei młodym penitentom i mających im służyć – jak powiedziałem – za dowód z odbytej spowiedzi. Gdy zakrywszy sobie twarz chustką zaczął przez kratę spowiadać jednego ucznia, drugi z przeciwnej strony pochwycił za pakiet i zniknął. Spostrzegł to natychmiast duchowny ojciec, gdy sobie twarz odsłonił dla dania rozgrzeszenia wyspowiadanemu i bardzo się zmieszał. Wybiegł też zaraz z konfesjonału, opowiedział z ubolewaniem obecnym inspektorom i podinspektorom, co mu się przytrafiło, i wszystkich wielce zaniepokoił. Starano się zaraz i usilnie wyśledzić winowajcę, ale go nie wyśledzono; liczba tylko wyspowiadanych okazała się nadzwyczaj wielką i żaden z nich nie posiadał więcej nad jedną kartkę. [...] Wskutek tego wypadku postanowiono, że odtąd już nie spowiednicy rozdawali kartki, ale je rozdawał drugi ksiądz, postępujący tuż za komunikującym; osądzono bowiem, że nikt bez spowiedzi nie poważy się przystępować do komunii i tak zapewne było973.

Rzeczywiście od 1826 r. studenci musieli dostarczyć 2 kartki – od spowiedzi i od komunii974. Ale jak wspominał Łukaszewicz, „niektórzy po trzykroć brali komunię za innych”975.

Z inicjatywy Oebschelwitza wprowadzono w 1823 r. obowiązek uczęszczania wszystkich studentów I roku na wykłady religii na Uniwersytecie. Powołano osobną katedrę tego przedmiotu. Profesor miał również mówić kazania w czasie mszy akademickich w kościele Wizytek; mógł jednak zapraszać innych kaznodziejów. Pierwszym profesorem tego przedmiotu został ksiądz Franciszek Ksawery Szaniawski, bardzo lubiany wykładowca na Wydziale Prawa. W 1826 r. katedrę objął ksiądz Michał Wierzbowski, który, jak wspominał profesor Bentkowski, „bardzo niesmacznie wykładał religię akademikom i nudził ich swymi niedzielnymi w kościele Wizytek kazaniami”. Jak wspominał Szokalski: „Sala była obstawiona inspektorami, zapowiedziano nawet karę nieprzypuszczenia do egzaminów w razie opuszczenia lekcji. Nie było rady, trzeba było się poddać; to tylko szczęście, że podczas wykładów można były czytywać romanse”. Wydaje się, że ksiądz Wierzbowski nie potrafił się uwolnić od treści i sposobu wykładania typowego raczej dla seminarium duchownego, gdzie wcześniej nauczał. Opracowany przez niego program przedmiotu został skrytykowany przez Wydział Teologiczny, który dostał go do zaopiniowania – uznano, że jest przeładowany i zawiera zagadnienia niepotrzebne świeckim. Wykład religii, zdaniem Wydziału, nie powinien świeckich „na głębokich i ze wszystkimi stosunkami religii obeznanych kształcić teologów, lecz pobożnych formować katolików i dobrych obywateli”976.

Momentem szczególnego nasilenia obowiązkowych praktyk był rok jubileuszowy (obchody miały miejsce między wrześniem 1826 a marcem 1827). Jubileusz miał niejednoznaczny wydźwięk – było to wielkie przedsięwzięcie duszpasterskie, pozwalające na podkreślenie więzi Kościoła polskiego ze Stolicą Apostolską, ale czytelne były także cele polityczne – pacyfikacja nastrojów w Królestwie i podkreślenie sojuszu ołtarza z tronem977.

Obchody uniwersyteckie rozpoczęły się 9 października. Przez następne 5 dni studenci gromadzili się w kościele rano na mszę św., a o 16.00 na „litanie i modlitwy jubileuszowe” oraz „naukę z ambony i rachunek sumienia”. W jednym z tych dni wszyscy mieli przystąpić do spowiedzi, przez 3 dni odbywać procesje do „kościołów jubileuszowych” (wszyscy inni wierni, zgodnie z zasadami jubileuszu, brali udział w jednej takiej procesji). Uroczysty charakter miała procesja 11 października, z udziałem uczniów i nauczycieli szkół średnich, kleryków seminariów duchownych oraz studentów i profesorów Uniwersytetu. W procesji tej uczestniczył też minister Grabowski z urzędnikami KRWRiOP, a przeszła ona od Pałacu Kazimierzowskiego do katedry św. Jana, następnie do kościoła NMP na Nowym Mieście, kościoła Reformatów na ul. Senatorskiej i do kościoła św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu978. Część studentów kontestowała te uroczystości. Łukaszewicz pisał, że podczas wielkiej procesji „ze strony akademików działy się niesłychane łajdactwa, bo na nutę pieśni śpiewali różne sprośne kawałki”979. Jan Nepomucen Janowski, jako autor nagrodzonej rozprawy, niósł niedawno zrobioną chorągiew uniwersytecką, która z jednej strony miała wizerunek św. Jana Kantego. Jak jednak pisze, tej strony chorągwi nie było widać w czasie procesji, bo „ukryliśmy ją wewnątrz fałdu zatknąwszy szpilkę. Ja bym był może tego nie zrobił, ale koledzy żądali tego ode mnie, aby nie uchodzić za istnych jakichś pątników”980.

Narzucenie obowiązku praktyk religijnych w świadomości studentów wiązało się z innymi działaniami Kuratorii, których celem było dyscyplinowanie studentów. Trudno do końca rozróżnić sprzeciw wobec znienawidzonych inspektorów od kontestowania religii czy kościelnych przepisów. Paweł Popiel oceniał, że wśród studentów „wiary było mało. Coś z praktyk domowych pozostało; prawdziwie z gruntu chrześcijańskiej młodzieży nie było. Kilku, kilkunastu mógłbym zaledwie wyliczyć...”981. Ale Popiel, dzięki matce, uczestniczył w ruchu odrodzenia religijności w środowisku ziemiańskim i o takiej głębokiej wierze tu pisze. Bronisław Trentowski, którego w czasie studiów inspektorzy chwalili za wzorowe wykonywanie praktyk religijnych, widział wśród studentów „libertynizm bez granic”. Owszem, pisał, studenci musieli się spowiadać i przystępować do komunii, „ale co działo się między nimi! Włosy powstają chrześcijaninowi na głowie na samą myśl tych szyderstw z religii i bluźnierstw przeciw Bogu!”982. Można wierzyć, że przymus praktyk i specyficzna pobożno-policyjna atmosfera otaczająca Kuratorię tworzyły atmosferę sprzyjającą libertyńskiej kpinie.

Na pewno byli też prawdziwi libertyni. Bogdan Jański 4 lata studiów wspominał w swoich skrótowych notatkach jako postępujące odejście od religii: w pierwszym roku był deistą, w drugim „spirytualistą”, przez 2 ostatnie już ateistą. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów w wieku 16 lat odnotowuje „wyrzeczenie się Chrystusa i Jego wiary, romans, liberalizm”, a po wstąpieniu na Uniwersytet: „Wyrzeczenie się Boga pod wpływem Système de la Nature” [Paula d’Holbacha – M.M.] oraz „propaganda antychrystianizmu”. Na drugim roku studiów: „Filozofia grecka, platońska idealizuje mnie trochę, ale ekonomia polityczna rozkiełznywa wszystkie wyobrażenia społeczne, utwierdza w materializmie, w irreligii, w pysznym naturalizmie. Tracę wiarę w duszę”. Koniec studiów to czas „najhardziej szych projektów i wewnętrznej siły, ale zaczynam w nich szanować Chrystusa Pana” – chodzi tu jednak chyba o szacunek dla Chrystusa jako wybitnego człowieka. W notatkach pojawia się też niejasna wzmianka: „profanacja rzeczy świętych”983.

Nie należy chyba jednak przeceniać wpływu doświadczeń uniwersyteckich na religijność absolwentów. Zapewne wielu z nich, wracając do swoich środowisk lokalnych i rodzinnych, w naturalny sposób odnajdywało się w tradycyjnej pobożności. Wielu innych, może zwłaszcza emigrantów, przeżywało później konwersje – choćby cytowany tu ateista Jański, który stał się założycielem zgromadzenia zmartwychwstańców, a obecnie jest kandydatem na ołtarze. Zresztą i innych 2 późniejszych wybitnych księży zmartwychwstańców – Hieronima Kajsiewicza i Aleksandra Jełowickiego – odnotowano w aktach Kuratorii jako zaniedbujących praktyki religijne984.

Wprowadzenie przymusu praktyk religijnych było bardziej inicjatywą państwa niż Kościoła. Wzbudzało kontrowersje również w środowiskach konserwatywnych. Władysław Zamoyski sugerował swojej matce, by w rozmowie z cesarzem Mikołajem zwróciła uwagę, że chcąc studentów „ustrzec od politykowania, jedynie za pomocą poważnych nauk można by tego dokonać, a tego właśnie im nie dają. Przymusowe praktyki religijne tego sprawić nie mogą, budzą tylko nienawiść do religii”985. Podobną opinię o przymusie praktyk religijnych wyrażał kanonik Tadeusz Łubieński, nieformalny informator Stolicy Apostolskiej, uważający, że powoduje to tylko wzrost napięcia między młodzieżą a księżmi986.

Powołanie dozoru szkolnego było pod pewnymi względami korzystne dla uniwersyteckiej profesury. Pozwalało bowiem unikać zaangażowania w nową politykę edukacyjną KRWRiOP. Rektor, dziekani, profesorowie zajęli pozycję obserwatorów, zasłaniali się brakiem uprawnień do jakichkolwiek działań. Najbardziej kontrowersyjne politycznie sprawy – związane z zachowaniami studentów – zostały praktycznie wyjęte z kompetencji rektora i dziekanów. Natomiast uprawnienia pozostawione dotychczasowym władzom Uniwersytetu (zwłaszcza uprawnienia Rady UW) pozwalały na torpedowanie ostrzejszych działań Kuratorii. Fakt, że Kuratoria kontrolowała też profesorów, stawiał ich w roli ofiar nowego systemu. W 1819 czy 1820 r. rektor Szweykowski mógł być postrzegany jako część systemu represji wobec studentów. Ale już w połowie lat 20. fakt, że miał mało wspólnego z kursem represyjnym wobec studentów, pozwalał mu cieszyć się ogromną popularnością wśród nich.

Alternatywą było to, co na skutek działań Nowosilcowa stało się w Wilnie. Tam to rektor (Wacław Pelikan) przeprowadzał represje wobec studentów i to jemu podlegali inwigilujący i nadzorujący ich inspektorzy. I to na nim skupiała się nienawiść studentów987.

Oebschelwitz szybko się zorientował się, że w nowym systemie „władza naukowa” może się dystansować od wszelkiej odpowiedzialności za postępowanie studentów i występować w roli zewnętrznego komentatora działań Kuratorii. W swoich pismach do Rady UW próbował ją wciągać we współdziałanie i współodpowiedzialność za działania dozoru. W 1824 r. zarzucał rektorowi i Radzie, że „nie jest dokładnie przejęta ważnością skutków z nieuległości prawom szkolnym młodzieży jej pieczy oddanej wynikających”988. 2 lata później wzywał rektora, „ażeby albo wyczerpał wszystkie środki oparte na istniejących ustawach szkolnych w celu przywiedzenia młodzieży szkolnej do należnej subordynacji, albo przedstawił mi projekt zaprowadzenia dzielniejszych”989. W odpowiedzi Rada UW zauważała, że Kuratoria ma wystarczające uprawnienia do utrzymania studentów w karności. „Władza ta w ustawach sobie nadanych ma daleko więcej środków, niżeli osoby w uniwersytecie uczące, w dostrzeganiu i wytępianiu złego”. Fakt, iż Kuratoria uznaje, że jej dotychczasowe działania nie przyniosły efektów, „najlepiej zwierzchność uniwersytecką usprawiedliwi. Jakoż przy ustanowieniu tej władzy cieszyła się Rada, iż w osobie JW. Kuratora mieć będzie bliskiego świadka, nie tylko swych dążeń i niewinności, ale oraz niemożności zgładzenia nagle wszystkiego, co jest nagannym”990.

O próbie wciągnięcia „władzy naukowej” do współdziałania z Kuratorią świadczy kwestia kar dyscyplinarnych. W roku akademickim 1823/1824 Zubelewicz korzystał ze swoich uprawnień do karania studentów. Po roku, na polecenie kuratora generalnego przeniósł te uprawnienia na rektora i Radę UW, co jednak – jak oceniał inspektor generalny – sparaliżowało działalność dozoru, a z niego zrobiło „prostego delatora”. Stwierdziwszy fiasko współpracy z władzami uniwersyteckimi, Zubelewicz deklarował w lipcu 1826 r., że od roku 1826/1827 znów zacznie sam wymierzać kary991.

Relacje między studentami, władzami uniwersyteckimi i Kuratorią dobrze ilustruje scena, która rozegrała się w kwietniu 1826 r. Na skutek niewłaściwego, zdaniem władz, zachowania studentów na obchodzie żałobnym po cesarzu Aleksandrze, zostali oni wszyscy zwołani do wielkiej auli uniwersyteckiej. Z ostrym przemówieniem wystąpił do studentów minister Grabowski, ganiąc ich za niesforne zachowanie i brak galowych mundurów podczas obrzędu. Młodzież wysłuchała tego w milczeniu, ale jak wspominał Janowski:

gdy potem pan kurator Oebszelewicz chciał mówić i odezwał się: Wasanowie! – zaczęto jak na komendę szorować nogami i powstał taki hałas w całej sali, że mu przez kilka minut nie pozwolono nic głośno i zrozumiale powiedzieć (miał on przy tym trudną i nieprzyjemną wymowę, bo gdy mówił, zdawało się, jak gdyby coś w ustach przeżuwał). Widząc to stojący z tyłu za ministrem rektor Szweykowski, to wznosił do góry ręce, to je załamywał, błagając uczniów tą mimiką i wyrazem twarzy, aby się uciszyli.

Gdy sala ucichła, rektor wystąpił z bardzo zręcznym przemówieniem, broniąc studentów. „Przemówieniem swoim – konkluduje Janowski – rektor Szweykowski wszystkich nas zniewolił, wszystkich – że tak powiem – ujął za serca”992.

Audytorium, które na zasadzie wspólnego, spontanicznego odruchu zagłusza Oebschelwitza, rektor, który za plecami ministra i kuratora generalnego porozumiewa się ze swoimi studentami, a następne broni ich przed zarzutami władz edukacyjnych – ta scena pokazuje w skrócie sytuację po powstaniu Kuratorii.

W swoich notatkach o UW pisanych ok. 1850 r. profesor Feliks Bentkowski uważał Kuratorię za główną przyczynę wybuchu powstania993. To duża przesada, ale niewątpliwie nieustające szykany, poczucie zagrożenia ze strony inspektorów i policji integrowało społeczność studencką w sprzeciwie wobec władz. W tym systemie studenci, pochodzący przecież z różnych regionów kraju i różnych kręgów, a także przygotowujący się do bardzo różnych karier, stawali się grupą jednorodną, wydzieloną chociażby przez ubiór, ale przede wszystkim przez ciągłe poczucie nadzoru. Wspólne wystąpienia studenckie w drugiej połowie lat 20. pokazują, że nawet mimo braku wyraźnie określonych przywódców środowisko to działało jako zwarta całość.

Po kilku latach działania Kuratorii, w elicie rządowej Królestwa, a nawet w samej KRWRiOP zaczęła narastać świadomość fiaska tego systemu nadzoru nad młodzieżą. Takiego przekonania nabrał sam Oebschelwitz, który w lecie 1826 r. przedstawił projekt reformy Kuratorii, równający się właściwie jej likwidacji – proponował zniesienie podstawowego podziału na władzę dozorczą i naukową i powierzenie nadzoru rektorom szkół i nauczycielom. Wiadomość o tych planach wypłynęła na zewnątrz i – jak się skarżył Zubelewicz – spowodowała spadek dyscypliny wśród studentów, liczących teraz na likwidację „dozoru szkolnego”994. Jednak Oebschelwitz, schorowany i zniechęcony, otrzymał w czerwcu 1827 r. urlop dla ratowania zdrowia. Do grudnia 1828 r. zastępował go Zubelewicz, po czym otrzymał nominację na wizytatora generalnego szkół, a obowiązki kuratora generalnego przejął Szaniawski. Gdy Oebschelwitz zmarł w maju 1829 r., Szaniawskiemu udało się doprowadzić do połączenia urzędów kuratora generalnego i dyrektora wychowania publicznego i w ten sposób pozostał do wybuchu powstania na czele Kuratorii. Instytucja ta funkcjonowała jak uprzednio, choć zdawano sobie sprawę, że wobec słabnącej pozycji Nowosilcowa, a co za tym idzie Grabowskiego i Szaniawskiego, może dojść do jej reformy czy wręcz likwidacji995.

W grudniu 1828 r. na miejsce Zubelewicza inspektorem generalnym Uniwersytetu został Jan Kanty Krzyżanowski z Towarzystwa Elementarnego. Jego 2-letnie urzędowanie nie pozostawiło jakichś radykalnie złych wspomnień996.

Pogrzeby

Najistotniejsze publiczne wystąpienia studentów Uniwersytetu wiązały się z uroczystościami żałobnymi: pogrzebami Stanisława Staszica i senatora Piotra Bielińskiego, symbolicznym pogrzebem Aleksandra I oraz uroczystościami żałobnymi ku czci ofiar rzezi Pragi w 1794 r.

Staszic zadysponował w testamencie, by jego pogrzeb był jak najskromniejszy. Przy zachowaniu jego woli co do liczby świec przy katafalku czy ziemnego grobu, uroczystości żałobne 24 I 1826 r. przybrały wielkie rozmiary. Podczas tego – jak pisał Fryderyk Chopin – „suto-ubogiego pogrzebu” studenci Uniwersytetu byli bardzo widoczni. Od kościoła św. Krzyża, gdzie odbyło się nabożeństwo, aż kościoła Kamedułów na Bielanach cały czas nieśli trumnę, zmieniając się co pewien czas. W orszaku pogrzebowym, mimo dużej odległości do przejścia i silnego mrozu, szły tysiące ludzi. „Kilka walnych przez drogę odbyło się pyskowych potyczek – to dalej Chopin – już to z kupcami, którzy się dobijali nieść zwłoki szanownego męża, już to z innymi cywilnymi osobami, które również mężnie opierającym się akademikom trumnę odebrać chciały”. Przy grobie na Bielanach przemawiał profesor Fryderyk Skarbek, wzywając: „Jeśliby kiedykolwiek poduszczenie lub namiętności do niegodnego prawych obywateli czynu podniecać nas miały, niech nam wtedy głos sumienia przypomni: tyś dźwigał zwłoki Staszica!”997.

Niedopuszczenie nikogo poza sobą do tego „dźwigania zwłok” to nie tylko efekt „nierozważnego [...] zapału”, jak oceniał w swoich zapiskach Lipiński998. Jest tu coś więcej, coś, co w drugiej połowie lat 20. będzie powracało przy podobnych okazjach – przekonanie, że to właśnie młodzież studencka jest szczególnie uprawniona do oceny patriotycznych zasług i przewin, jej hołd oddawany zmarłym ma szczególną wagę i że to właśnie ona może wystąpić w roli reprezentacji narodu.

Zupełnie inną rolę odegrali studenci na uroczystościach żałobnych po śmierci Aleksandra I 7 IV 1826 r. Miały one formę symbolicznego pogrzebu; po nabożeństwie w katedrze ulicami miasta przeszedł wielki pochód, wśród którego znajdował się karawan z trumną i stojącym na niej popiersiem zmarłego monarchy. W pochodzie znajdowali się wszyscy profesorowe i studenci. Tym ostatnim polecono stawić się w galowych mundurach, czego nie dopełnili, z prozaicznego powodu – prawie nikt nie miał takiego munduru. Co więcej, jak wspominał Józef Patelski,

młodzież akademicka urządziła wówczas pewien rodzaj demonstracji i pojawiła się w pochodzie pogrzebowym w mundurach starych i połatanych, obszytych zbrudzonymi tasiemkami i z oznakami żałoby na ramionach, więcej do ścierek niż do krepy podobnych. Tym jaskrawiej odbijało od niej kilka par prawników z partii konserwatywnej, czyli tak zwanych uczniów Szremskich, przy szpadach, w kapeluszach stosowanych i w galowych mundur-frakach.

Ci ostatni zostali jednak przyjęci przez kolegów gwizdami. Ponadto studenci celowo łamali szyk pochodu, co nie uszło uwagi wielkiego księcia Konstantego, który „z konia pilnował sam porządku pogrzebowego”, jeżdżąc wzdłuż pochodu. Wysłany przez niego adiutant nie zdołał skłonić studentów do zachowania porządku999.

Konstanty po uroczystościach wezwał ministra Grabowskiego i zażądał wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych. 4 studentów zostało ukaranych aresztem. Zebrano wszystkich studentów w auli uniwersyteckiej i tam minister wygłosił groźną reprymendę. Rektor w piśmie do ministra bronił młodych ludzi, swoim zwyczajem bagatelizując ich zachowania. Wynikały one, dowodził, z „lekkomyślności wieku, z nałogu do roztargnień, jakie nastręcza stolica, z nowości, na koniec z nadzwyczajnych w dniu tak uroczystym widoków”1000.

Następna tego typu demonstracja studencka wiązała się z wielkim ożywieniem nastrojów patriotycznych w czasie toczącego się w latach 1827–1828 procesu członków konspiracyjnego Towarzystwa Patriotycznego przed Sądem Sejmowym (czyli senatem Królestwa, sądzącym sprawy zbrodni stanu). 6 III 1829 r. zmarł prezes Sądu Piotr Bieliński, powszechnie wielbiony za postawę w czasie procesu. Jego pogrzeb zamienił się w wielką demonstrację, w dużej mierze dzięki studentom.

Studenci otrzymali nakaz uczestniczenia w wykładach, uzasadniony tym, że Uniwersytet nie bierze udziału w pogrzebie. Zbiorowo zignorowali ten zakaz i udali się eksportację ciała na ul. Długiej; „w liczbie około 300 wystąpili porządnie i chędogo ubrani – notował Tymoteusz Lipiński – wszyscy w czarnych chustkach na szyi [...] Ujrzawszy jadącego Niemcewicza wszyscy odkryli głowy, powitał ich wzajemnie szanowny starzec”. Jeszcze przed wyruszeniem orszaku pogrzebowego niespodziewanie wystąpił z nieuzgodnioną z kolegami przemową cierpiący na zaburzenia psychiczne student prawa Zenon Świderski i „przez blisko pół godziny bajał nieznośnie i niedorzecznie”1001. „Senatorowie – pisał agent policji – nie byli uprzedzeni o tej mowie i pokpiwali sobie z niej”1002. Po tym incydencie studenci zajęli miejsce w orszaku za senatem; szli „w ściśniętej kolumnie, trzymając się ściśle za ręce”. Najpierw trumnę nieśli senatorowie, potem studenci.

Stanąwszy pod kościołem św. Krzyża, już dobrze wieczorem wnieśli senatorowie trumnę; mnóstwo zaś policji zaczęło wzbraniać wstępu do kościoła; tu powstał krzyk i wrzawa, a za danym hasłem hurmem rzuciła się młodzież, postrącała służalców policyjnych ze schodów i niejako szturmem zdobyła podwoje świątyni1003.

Następnego dnia, w czasie nabożeństwa pogrzebowego, studenci

otoczyli katafalk, stojąc tuż za siedzącymi senatorami. [...] Akademicy uszykowawszy się przy drzwiach do grobu prowadzących, nie dopuścili policji mieszać się do niczego, odebrawszy klucz, otworzyli drzwi, a po wpuszczeniu senatorów i niektórych znakomitszych osób nie dopuścili nikomu wstępu, zwłaszcza damom, oświadczając, że niepotrzebna jest w tej chwili ich obecność.

I wreszcie gest znany też z pogrzebu Staszica: „rzucili się na trumnę i do szczętu ogołocili ją z ozdób i obicia” – oczywiście by zachować je jako narodowe relikwie1004.

Pogrzeb Bielińskiego był potężną demonstracją społeczności studenckiej; w przeciwieństwie do uroczystości pogrzebowych Aleksandra I studenci wystąpili tu nie jako grupa niesforna, kontestująca, ale przeciwnie – jako porządek utrzymująca i narzucająca pewne zachowania. Charakterystyczne jest zastąpienie policji w utrzymywaniu porządku – częściowo pierwszego dnia, a całkowicie drugiego1005. W wierszu napisanym przed powstaniem anonimowy student wracał do pogrzebu Bielińskiego:

Któż od nas świetniej uczcił jego zwłoki?

Zebrani wszyscy w porządne kolumny

Szliśmy ze łzami, póki w grób głęboki

Z szczątkami męża nie złożyli trumny1006.

Zwróćmy uwagę – „zebrani [...] w porządne kolumny”. Studenci, którzy 3 lata wcześniej celowo łamali porządek pochodu pogrzebowego Aleksandra, tu właśnie quasi-wojskowe zachowanie uznawali za powód do dumy.

Wystąpienie studentów w nowej roli zostało dostrzeżone przez władze. Jest charakterystyczne, że jeden z głównych zarzutów wobec nich po pogrzebie to fakt, że nie mając do tego upoważnienia oraz w nieobecności władz uczelni wystąpili jako Uniwersytet, a nie pojedynczy żałobnicy1007.

Policja zanotowała charakterystyczny szczegół w czasie pierwszego dnia uroczystości: „Akademicy, widząc w oknach kolegów niebiorących udziału w pogrzebie, gwizdali i wołali: łajdak!, szelma!, gałgan!”1008. Ta presja, by wystąpić w komplecie, wrogość wobec wyłamujących się ze zbiorowych zachowań pozwala lepiej zrozumieć późniejsze wydarzenia związane z osobą Zygmunta Krasińskiego. Już w sierpniu i wrześniu 1828 r. policja donosiła, że jest on prześladowany przez kolegów za zachowanie swojego ojca w czasie Sądu Sejmowego (jako jeden z 2 senatorów głosował za najwyższymi możliwymi karami)1009. Ze względu na zakaz ojca Zygmunt Krasiński nie był na pogrzebie Bielińskiego, tylko wraz z synem prezydenta Warszawy siedzieli samotnie na wykładzie prof. Bandtkiego. Gdy 14 marca pojawił się na wykładzie Ludwika Osińskiego (na który – jak pisałem – przychodziło dużo osób spoza Uniwersytetu, w tym damy z wyższych sfer) „powstał szmer wielki, tupanie nogami i głośne okrzyki: precz! won, Krasiński!”. Sala uciszyła się w momencie pojawienia się profesora, ale po wykładzie „zaledwie ruszył się Krasiński, na nowo powstały hałasy, skupiali się koledzy około niego, zowiąc go podłym, nikczemnym, słychać było: oberwać mu guziki, obwódki u munduru itp., a tak popychany i szkalowany z drugiego piętra aż na dół był nieustannie”1010. Po latach uniwersyteckie schody wracały do poety w strasznej wizji:

widzę te w węża załamane wschody – i zakręt ten – i wschód ten sam kamienny, na którym mi się objawiłeś! [...] Ścisnęli się kołem i coraz mi ciaśniej – krzyczą: Panicz, Panicz! [...]. – Boże! w piersiach dziecinnych pierwszy raz wtedy piekło się urodziło – poręczy żelaznych się uchwyciłem – oni ciągną mnie na dół za ręce, za nogi, za płaszcza zwoje1011.

W tej scenie koleżeńskiego linczu 2 rzeczy zwracają uwagę. Po pierwsze fakt, że koledzy obrywali Krasińskiemu obwódki u munduru i guziki (a wedle raportu policji w ogóle chcieli go obedrzeć z munduru)1012. Otóż kilka lat wcześniej sami studenci odpruwali te obwódki, by upodobnić swoje stroje do cywilnych; teraz stały się one zaszczytnym symbolem przynależności do stanu akademickiego. Samo obrywanie dystynkcji i zdzieranie munduru przypomina obrzęd degradacji oficera, znany nam chociażby z opisów publicznej degradacji Łukasińskiego. No i oczywiście okrzyk „Panicz” – przypomnijmy studencki ostracyzm wobec „Szremskich”. Ale w dalszym rozwoju wydarzeń przywódcą ataku na Krasińskiego stanie się inny „panicz”, Leon Łubieński – nie tyle zatem chodziło o pochodzenie, ile o arystokratyczne wyłamywanie się z koleżeńskiej solidarności.

20 marca po wykładzie Krasiński wdał się w żywą kłótnię z Łubieńskim, który twierdził, że słyszał od niego, że Bieliński „nie wart jest szacunku”. Doszło do wyzwania na pojedynek. Choć wezwany przez podinspektora profesor Brodziński zdołał załagodzić sytuację, Rada UW, biorąc pod uwagę dawniejsze przewiny antagonistów („obydwa niespokojni, burzliwi”), zdecydowała o ich relegacji z Uniwersytetu na rok1013.

Ostatnia wielka manifestacja studentów przed wybuchem powstania też miała charakter żałobny. Jesienią 1830 r. gwałtowna burza spowodowała rozmycie mogił ofiar rzezi Pragi w 1794 r. i odsłoniła liczne kości. „Zrobiło to niesłychane wrażenie w Warszawie – wspominał pamiętnikarz – Lud tłumnie zbierał się i zanosił modły do nieba”1014. Studenci zamówili na 4 listopada mszę żałobną w kościele Kapucynów, ale interwencja policji w ostatniej chwili („już cały kościół był zapełniony bogobojną młodzieżą”1015) uniemożliwiła jej odprawienie. Następnego dnia odbyło się jednak nabożeństwo w kościele na Pradze, w którym uczestniczyła większość studentów Uniwersytetu. „Przychodzim rano na prelekcje, jak zazwyczaj – wspominał Kazimierz Lewandowski – gdy wtem przy każdych drzwiach każdej sali stał usłużny koleżka, mówiąc każdemu: Ruszaj natychmiast na Pragę do kościółka Loretańskiego1016. Policja dowiedziała się zbyt późno o nabożeństwie, by je uniemożliwić; studenci znieważyli kapitana żandarmów Jurgaszkę, który pojawił się po mszy.

To zbiorowe wystąpienie społeczności studenckiej zrobiło wielkie wrażenie w Warszawie. Co wydawało się dziwne – nie pociągnęło jednak za sobą poważniejszych represji1017. Polecono jedynie rektorowi zebranie wszystkich słuchaczy i udzielenie im reprymendy1018. Obowiązywała narzucona przez wielkiego księcia Konstantego polityka wyciszania nastrojów i demonstrowania przez rząd łagodności. Dla samych studentów uroczystości na Pradze były doświadczeniem własnej siły i jedności.

Powstanie

Związek Wysockiego i noc listopadowa

„Wiadomość o rewolucji lipcowej 1830 r. w Paryżu i bryczki wyjeżdżających akademików na wakacje spotkały się w Warszawie. Za powrotem w końcu września i na początku października młodzieży do stolicy, zaczęły się uporczywiej rozchodzić głuche wieści o powstaniu w Polsce. Powietrze było tego pełne” – wspominał jeden ze studentów należących do Związku Wysockiego. To tajne sprzysiężenie powstało w połowie grudnia 1828 r. w Szkole Podchorążych Piechoty. Podchorążowie ze Związku mieli w naturalny sposób styczność ze środowiskiem studenckim – poprzez krewnych i dawnych kolegów szkolnych. Większą grupę studentów przyjęto do Związku na wiosnę 1829 r., przed planowanym wystąpieniem zbrojnym w czasie koronacji cesarza Mikołaja I w Warszawie. Ale 3 odrębne koła akademickie powstały dopiero we wrześniu 1830 r. Pierwszemu przewodził Michał Szweycer, drugiemu Jan Bartkowski i relegowany z uniwersytetu za pojedynek Napoleon Szymański, trzecim kierował Leonard Rettel. Członkowie tych kółek spotykali się z podchorążymi, którzy informowali ich o planach Związku1019.

Ta konspiracja zasadniczo różniła się od dawnych tajnych związków studenckich. Tamte nastawione były na długofalowe cele i jeśli zakładały zbrojną walkę o niepodległość, to w dalszej przyszłości. Koła akademickie w Związku Wysockiego powstały po rewolucji lipcowej we Francji i miały za cel szybki wybuch powstania1020. Była i inna różnica – jak wspominał Rettel, do tego tajnego sprzysiężenia wchodziło się „najnaturalniej, bez żadnego teatralnego aparatu spisków, bez składanej przysięgi”1021.

Studenci zgromadzili trochę broni – kilka pistoletów i pałasze; z kupionego ołowiu sami odlewali kule. Ćwiczyli strzelanie – zamożniejsi wyjeżdżali w tym celu za miasto, ubożsi udali się na Foksal „i tam do starego dębu, przyczepiwszy na nim kawałek papieru, kilkakrotnie strzelali”. Oglądali też Belweder, przygotowując się do napadu. „Dość późnym wieczorem udaliśmy się tam; dookoła było pusto, ledwie słabo lampy przyświecały; na warcie stojących, zdaje mi się, tylko dwóch dojrzeliśmy, opartych o budki swoje”1022.

W kołach akademickich narastało napięcie. Kolejne wyznaczane terminy wybuchu były odwoływane przez władze Związku, a spiskowcy coraz bardziej bali się aresztowania. W październiku akcja została odwołana w ostatniej chwili. Kilku studentów podążało już z ukrytą bronią Krakowskim Przedmieściem na miejsce zbiórki, kiedy dogonił ich kolega z wiadomością o odroczeniu wybuchu. „Rozeszliśmy się z rozpaczą w sercu, że już nam zginąć przyjdzie, nic nie zrobiwszy”1023. Te „gorączkowe oczekiwanie powstania lub więzienia”1024 powodowało, że w kołach studenckich zaczęły się pojawiać koncepcje działania na własną rękę. Goszczyński wspomina o pomyśle, by „rzucić się na Wielkiego] Księcia w jednej z jego przejażdżek po Warszawie, zamordować go, przywiązać trupa do powozu, umyślnie już na to przygotowanego i okrytego polską chorągwią i tak go przewlec po ulicach Warszawy”1025. Rozważano też zastrzelenie Konstantego z okna studenckiej stancji przy ul. Mazowieckiej oraz podpalenie koszar 3 pułku strzelców pieszych oraz znajdujących się obok składów siana i słomy i zabicie wielkiego księcia, gdy przybędzie do pożaru1026.

Kółka akademickie Związku były najbardziej narażone na dekonspirację. Policja miała ułatwione zadanie ze względu na gromadne życie studentów (mieszkanie po kilku w jednej stancji, w zmieniających się często składach; spotkania towarzyskie, na które można było przyprowadzić kolegów). Informacje o istnieniu spisku i o mającym nastąpić wybuchu zaczęły krążyć w środowisku akademickim. Wydaje się, że studenci należący do Związku nie zachowali należnej ostrożności. „Studenci do wszystkiego są zdolni, tylko nie do sekretu” – komentował zgryźliwie Mochnacki1027. Zawiniło tu jednak również wyznaczanie i odwoływanie terminów wybuchu. Goszczyński opisywał:

Chwila tak bliska otwartego działania zwiększyła zapał, zmniejszyła ostrożność. Opatrywanie się w broń, lanie kulek i tym podobne zaczęło się tak skwapliwie, że nie było prawie tajemnicą. Środki ostrożności uznano prawie za zbyteczne, roztropność za tchórzostwo1028.

Agenci tajnej policji podawali w raportach nazwiska osób rzeczywiście należących do Związku, wiedzieli o zakupach broni i amunicji i o ćwiczeniach strzeleckich. W październiku policja przeprowadziła prowokację. Agent Antoni Petrykowski, dymisjonowany major, nawiązał kontakty towarzyskie ze studentami ze Związku i zaprosił ich do domu zajezdnego, gdzie upiwszy ich, podjął rozmowę o powstaniu i zamordowaniu Konstantego. Studenci wykrzyknęli „Śmierć tyranowi”; 2 zaproszeni dawni oficerowie próbowali ich mitygować. Ukryty za ścianą podinspektor policji wszystko zanotował i złożył raport. Wielki książę zlekceważył jednak całą sprawę, widząc tu tylko prowokowanie studentów przez policję, a nie mając zaufania do Petrykowskiego. Łagodne potraktowanie studentów odbiło się szerokim echem, cała zaś sprawa uśpiła czujność Konstantego, który zaczął bardzo sceptycznie traktować wszelkie doniesienia tajnej policji o zbliżającej się rewolucji1029.

Ostateczna dekonspiracja nie dokonała się jednak dzięki agentom. W biurze wiceprezydenta Warszawy Lubowidzkiego 10 października pojawił się student medycyny Franciszek Kruszelnicki, członek koła Bartkowskiego. Do denuncjacji skłoniły go trudna sytuacja materialna i odrzucenie przez kolegów. Kruszelnicki – wspominał Bartkowski – „oddawał się z coraz większą zapamiętałością szulerstwu i rozpuście”, pogrążając się w długach. Koledzy podejrzewali go też o kradzież. Jego szczere zeznania zdekonspirowały 2 z 3 kół studenckich, zawierały nazwiska wielu oficerów i podchorążych, dały też władzom szczegółowe informacje o przygotowaniach do powstania1030.

12 listopada studenci zadenuncjowani przez Kruszelnickiego zostali wezwani na Uniwersytet. Przed południem przesłuchiwani indywidualnie, wieczorem stawali przed komisją pod przewodnictwem kuratora Uniwersytetu Maksymiliana Fredry, złożoną z rektora, dziekanów i inspektora generalnego Krzyżanowskiego. Kolejno konfrontowano ich z Kruszelnickim. Następnego dnia komisja poszerzona została o generałów Stanisława Potockiego, Józefa Rautenstraucha i Aleksandra Rożnieckiego. Podejrzani znajdowali się w areszcie uniwersyteckim; zamknięto ich w salach wykładowych, biurach KRWRiOP w Pałacu Kazimierzowskim, a jednego nawet w mieszkaniu rektora. KRWRiOP przyznała specjalne środki na urządzenie aresztu i wyżywienie więźniów. Po kilku dniach zostali oni przeniesieni do klasztoru przy kościele św. Krzyża i pozamykani w celach (nadal jednak pod strażą pedli uniwersyteckich). Tu już nie było przesłuchań; aresztanci spędzali czas na lekturze książek wypożyczonych im przez rektora1031.

Aresztowania studentów zrobiły wielkie wrażenie w stolicy. Zdawano sobie sprawę, jak daleko idące konsekwencje może mieć ta sprawa. Niemcewicz komentował w dzienniku: „Uczniowie akademii uczynili z sobą związek, grożący śmiercią, pożogami, rzezią, narażający nie tylko spokojność publiczną, ale same, choć wątłe, istnienie nasze. [...] Schwytani burzyciele wszystkie swoje czarne zamachy wydali”. Jednak opinia publiczna – a przez dłuższy czas i władze – nie zdawała sobie sprawy, że kierownictwo wykrytej konspiracji znajduje się w wojsku, a nie na Uniwersytecie. Studenci – pisał Niemcewicz – wciągnęli do spisku „podoficerów niektórych”1032. Inny diarysta, Tymoteusz Lipiński, też pisał o kilku podoficerach ze Szkoły Podchorążych należących do spisku1033.

Dla wielkiego księcia Konstantego wykrycie Związku było bardzo niewygodne, świadczyło o jego niezdolności do kontrolowania sytuacji w Królestwie. Ułatwiało to Mikołajowi I ograniczenie lub wręcz likwidację szczególnej pozycji wielkiego księcia w Warszawie. Szczególnie uderzały w Konstantego informacje o konspiracji w dowodzonym przez niego od 15 lat wojsku. Niemcewicz odnotował:

W[ielki] Książę niekontent, że podoficerowie wmieszani są w te sprawy; wymawia ich ile może, utrzymując, że młodzieńcy ci, będący dawniej w uniwersytecie, przez dawnych kolegów swoich namówieni i do dzieła tego wprowadzeni byli. [...] Cały więc gniew jego jest na uniwersytet wywarty; chce go albo znieść, albo, co równo złe, rozrzucić go fakultetami po kraju1034.

Uniwersytet znalazł się w bardzo niebezpiecznej sytuacji. I był to nieoczekiwany zwrot sytuacji – jeszcze kilka miesięcy wcześniej, po nominacji Fredry na kuratora, spodziewano się poprawy sytuacji uczelni. Piwowarski relacjonuje rozmowę z rektorem Szweykowskim w czasie aresztu uniwersyteckiego:

Zaraz na wstępie powiedział mi, że tu chodzi o ocalenie uniwersytetu, że będzie zniesiony, jeżeli rząd przekonania nabędzie, że uczniowie sami, bez żadnego innego wpływu, działali, że będący w związku są zgubieni; upraszał więc, aby wskazać, kto by na nas wpływ wywierał, podawał nawet imiona, które głos publiczny przedstawiał jako będących sprężyną niepokojów1035.

Fredro i władze uniwersyteckie starali się ratować sytuację. Przyjęte w listopadzie postanowienia szły w kierunku, by „zająć uczniów jak najusilniej naukami” – pilnować ich obecności na zajęciach, uniemożliwić zdawanie egzaminów przy dużej absencji, sprawdzać (bez wcześniejszej zapowiedzi) wiedzę studentów w czasie wykładów. Ponowiono zakaz „wszelkich schadzek, tudzież bywania po bilardach itp.” Zamierzano ściśle współpracować z policją przy kontrolowaniu zachowania studentów. Ponadto, po rozpoczęciu regularnego śledztwa wobec 6 osób, Rada Uniwersytetu zdecydowała o ich relegowaniu z uczelni1036.

Rada Administracyjna 20 listopada zdecydowała o przekazaniu 6 aresztowanych policji oraz wszczęciu normalnego śledztwa (5 dalszych było nadal poddawanych śledztwu akademickiemu). W ślad za tym zostali przewiezieni do otoczonego ponurą sławą więzienia pokarmelickiego na Lesznie. Przesłuchiwał ich urzędnik sądowy Błeszyński; w śledztwie nadal uczestniczyli 3 wymienieni generałowie oraz Fredro i Krzyżanowski; dodano wiceprezydenta stolicy Mateusza Lubowidzkiego1037. Śledztwo prowadzono raczej łagodnie. Błeszyński odnosił się niechętnie do powierzonego mu zadania i mnożył wątpliwości prawne, członkowie komisji byli mało aktywni.

Spomiędzy członków komisji jeden tylko Rautenstrauch czynny brał udział w tym śledztwie i uważnie podsuwał inkwirientowi coraz nowe pytania. Rożniecki zaś bawił się przez cały czas sztabką laku, który rozgrzewał w ręku i przeginał w różne kształty. Zresztą siedział ze zmrużonymi oczyma jak stary kot i tylko dwa czy trzy razy przebąknął kilka wyrazów1038.

Jak zachowywali się studenci w śledztwie? Różnie. Opowiadano sobie, że podczas śledztwa uniwersyteckiego Antoni Piwowarski wyparł się wszystkiego, również w konfrontacji z Kruszelnickim:

D[onosiciel]: Innego dnia, kiedyście aż do białego dnia obradowali, słyszałem, jakeście mówili, że macie stosunki z oficerami wojska i kilku młodymi adwokatami.

O[bwiniony]: A już tego nie wytrzymam – jak cię piznę!

Na co Bentkowski, podnosząc się, rzecze: Ależ mój panie Piwowarski, przecież go tu w naszej przytomności nie piźniesz.

Obwiniony: Ależ panie profesor, tak łże, że aż wytrzymać nie mogę1039.

Rzeczywiście część studentów konsekwentnie zaprzeczała, że brała udział w spisku, np. Ludwik Wołowski twierdził, że uczestniczył w spotkaniach studentów tylko dla nauki angielskiego. Inni jednak, w tym przywódcy obu kół, Szweycer i Bartkowski złożyli obszerne i szczere zeznania1040.

78. Leonard Rettel, rysunek i litografia J. Llanty w zakładzie litograficznym F. de Villaina (fragment litografii przedstawiającej „belwederczyków”: Rocha Rupniewskiego, Walentego Rottermunda i Leonarda Rettla)

Aresztowania przetrwało trzecie koło akademickie, kierowane przez Leonarda Rettla, mało kontaktujące się z pozostałymi 2 i złożone z zamkniętej grupy dawnych uczniów Liceum Warszawskiego1041. I to ci studenci mieli wziąć udział w najbardziej dramatycznym epizodzie nocy listopadowej – ataku na Belweder. Koło czwartej po południu 29 listopada w mieszkaniu Rettla zebrało się kilkanaście osób, które następnie po 2 udały się do Łazienek. Tam w lasku, wraz z innymi uczestnikami cywilnej konspiracji, czekali na podchorążych, którzy mieli dostarczyć karabiny i ostre ładunki.

Zalecono nam rozsypać się, unikać wszelkiego schodzenia się, rozmów i grupowania się razem i ile możności trzymać się drzew i ukrywać się za nimi, co łatwo było dopełnić przez pierwsze pół godziny, ale kiedy oczekiwanie nasze przeciągać się zaczęło, niepodobieństwem było nie zbliżyć się do obok stojących i nie zasięgnąć ich rady i zdania. Od drzewa do drzewa przesuwając się, naliczyłem trzydzieści kilka osób, których twarze po większej części zupełnie były mi obce. Wkrótce rozeszła się wieść między nami, że któryś ze spiskowych dostał się do szkoły podchorążych, którzy w znacznej części byli porozbierani i że nie zdawało się wcale, aby o czymś mieli zamyślać lub wiedzieli, że ktoś mógł tak blisko niepokoić się i oczekiwać na nich. Wielu zaczęło się bez pytania wymykać ku miastu, czego i dostrzec było niełatwo.

Przejechało na koniach kilku rosyjskich kirasjerów, „co nas przekonało o niebezpieczeństwie położenia naszego wzrastającym z każdą minutą, a mimo tego przeszła w tym oczekiwaniu cała jeszcze śmiertelna godzina”. Wreszcie pojawili się podchorążowie z bronią i rozdali ją 16 osobom, pozostającym w lasku (było wśród nich 11 studentów). Rettel pierwszy raz miał karabin w ręku, został więc poinstruowany, jak się go nabija. Następnie podzielono się na 2 grupy, które miały atakować od dziedzińca i ogrodu. Rettel znalazł się w tej drugiej; po zabiciu rosyjskiego żołnierza na warcie znaleźli się nagle „przed wysokim tarasem, na który wdrapać się było niepodobieństwem”. Podczas gdy druga grupa przebiegała pokoje Belwederu, aby zabić wielkiego księcia, Rettel z towarzyszami błąkali się w ogrodzie; „mieliśmy sobie zastąpioną drogę przez ogrodników i ogrodniczków uzbrojonych w rydle, grabie i motyki, lecz ci widząc wymierzone do piersi swoich bagnety, pospuszczali do ziemi narzędzia spokojnego swego rzemiosła, pozdejmowali czapki przed nami i stanęli rzędem, aby nas przepuścić”1042.

Uczestnicy napadu na Belweder spotkali się pod pomnikiem Sobieskiego z podchorążymi, którzy wycofali się po ataku na koszary rosyjskiej gwardii. Razem z nimi przeżyli szarżę kawalerii rosyjskiej w koszarach ujazdowskich, a następnie weszli w Nowy Świat. „Na próżnośmy pukali kolbami w bramy i okiennice przy okrzyku: do broni!, do broni!, niech żyje Polska!, żywa dusza nie pokazywała się na ulicy”. Rettel kończy swoją opowieść, pisząc: „Odetchnęliśmy nieopisaną radością, kiedyśmy pod Arsenałem stanęli i zobaczyliśmy lud już uzbrojony”1043.

Choć plotki o zbliżającym się powstaniu krążyły w Warszawie, zdecydowaną większość studentów jego wybuch zaskoczył. Szokalskiego na lekcji tańca:

Staliśmy w szyku kontredansowym, cztery panny Juwen i nas czterech akademików. Tancmajster Maurice dyrygował nami, wygrywając w czasie lekcji na kieszonkowych skrzypeczkach odwiecznie tęż samą melodię, gdy naraz na ulicy zawrzało. Tysiączne podniosły się głosy, turkot biegnącej czeredy, brzęki szabli wlokącej się po bruku, zatrzaskujące się sklepy i nawoływania. Zbiegliśmy na dół i ujrzeliśmy kolumnę młodych wojskowych i akademików w biegu, a na nasze pytania, co to ma znaczyć, nikt nie miał czasu odpowiedzieć. [...] Ulica Przejazd ludźmi była zatarasowana; z tłumu wypadła kolumna, która porwała mnie ze sobą. Pobiegliśmy do karmelitów na Lesznie, odbiliśmy bramę, rozbroili wartę, rozpędzili żandarmów i strażników, powyłamywaliśmy drzwi do więziennych celek i uwolnili więzionych biedaków. [...] Gdyśmy uwięzionych na ulice wyprowadzili, podniosło się olbrzymie wiwat i w naszym kółku znalazło się kilkadziesiąt butelek wina, a żeby ono pozdrowienie nie przeszło na sucho.

79. Więzienie na Lesznie w dniu 29 listopada 1830 r., według rysunku J.F. Piwarskiego rytował F.K. Dietrich

Szokalski nadal jednak był zdezorientowany; postanowiwszy wrócić do domu na Mariensztat, przeszedł przez puste miasto, napotykając 2 razy grupy akademików, a raz musiał się chować przed pędzącym ulicą oddziałem kozaków1044.

Innego pamiętnikarza, Kazimierza Lewandowskiego, powstanie zastało koło Arsenału. Wycofując się bocznymi ulicami, znalazł rozciągniętego na ziemi trupa; był to generał Trębicki, zabity przez swoich podwładnych ze Szkoły Podchorążych. Gdy w towarzystwie kilku osób stał nad zwłokami,

przybywa ku nam jakiś starzec, zdaje mi się ok. lat 70 liczący, i występuje z mową ku nam, mianowicie ku mnie, bo mnie widział w mundurze uniwersyteckim, nalegając, abyśmy odstąpili od zamachu zaczętego, bo się nie uda i narobi się nieszczęścia. Pójdź precz dziadzie – zawołaliśmy wszyscy pięciu – Kiedy nie masz duszy, to nam nie przeszkadzaj.

Ponagleni przez nieznanego podoficera Lewandowski z towarzyszami przyłączyli się do grupy „ochotników do rewolucji”, którzy rąbali drzwi Arsenału, a potem wynosili z niego broń. Inny oficer „przy słabym świetle księżyca poznając mój mundur” polecił mu, by udał się na miasto i ściągnął pod Arsenał studentów1045. Dalej następuje opis uwolnienia więźniów z więzienia w dawnym domu sióstr marcinkanek na Piwnej, wdrapywania się na wieżę kościoła Bernardynów, by biciem w dzwon poderwać miasto do walki. I znów nieznany oficer wezwał Lewandowskiego i jego towarzyszy do wyprawy po amunicję do dział znajdującą się na Pradze. Powróciwszy koło drugiej w nocy do Arsenału, „już mi było zupełnym niepodobieństwem zostać czynnym ani kwadransa czasu. Po tylu bieganiach, trudach, a nade wszystko po tylu dźwigania ładunków i broni zużyłem ostatek sił”1046.

Uwolnienie więźniów u karmelitów i marcinkanek to najbardziej „akademickie” epizody tej nocy. Studenci widoczni też byli jako spontaniczni przywódcy uzbrojonych grup ludowych i agitatorzy (zarówno żołnierzy oddziałów, które opowiedziały się po stronie powstania, jak i tych, które zachowywały się neutralnie)1047.

Gwardia

30 listopada wcześnie rano studenci zgromadzili się na Uniwersytecie i tam powołany został oddział akademicki (nazywany najczęściej „gwardią akademicką”). Podzielił się on na kompanie, dowódcami zostali studenci czynni w czasie ostatniej nocy, zwłaszcza uczestnicy napadu na Belweder. Studentom rozdano karabiny. Mochnacki wspominał:

Miły to był widok dla ludu i wojska, któremu ta młodzież w owej chwili dawała potuchę, że nie samo jedno wzięło się do oręża. Akademicy rzeczywiście reprezentowali udział w powstaniu obywatelstwa głuchej jeszcze stolicy – poniekąd i kraju całego.

Z Krakowskiego Przedmieścia oddział pomaszerował, ze sztandarem uniwersyteckim, na ulicę Leszno. To właśnie z tego kierunku obawiano się ataku wojsk wiernych wielkiemu księciu. Studenci roztasowali się w rejonie więzienia pokarmelickiego oraz szkoły wojewódzkiej, w której umieszczono odwach. Życie poszczególnych kompanii skupiało się wokół wielkich ognisk rozpalonych na ulicy1048.

Żyliśmy głównie chlebem, piwem i bigosem, który dla nas w kotłach mieszkańcy Leszna gotować i na ulicę z mnóstwem drewnianych łyżek roznosić kazali. Zresztą całe to nasze biwakowanie było niemal klubem nieustającym, gdyż mowy, śpiewki, odczytywanie mnóstwa proklamacji czas nam zabierało. Punktem centralnym zgromadzenia był kamień, dotąd istniejący na rogu Leszna i Karmelickiej ulicy, a mówca wszedłszy na niego, podtrzymywany przez dwóch kolegów, ażeby się nie stoczył, głos dopiero zabierał1049.

Z Leszna rozchodziły się po Warszawie wiersze i piosenki patriotyczne. Jeden z wybitniejszych autorów Konstanty Gaszyński, „stojąc na zimnie pod bronią [...], obracał tę żmudną godzinę cichości na układanie pieśni patriotycznych. Ilekroć wracał do kordegardy, zaraz stężałą jeszcze od mrozu ręką wylewał na papier wiersze na placówce ułożone i skoro kolegom przeczytał i ich rady zasięgnął, posyłał zaraz do druku”1050.

W oddziale znaleźli się nie tylko studenci, byli tam również niedawni absolwenci Uniwersytetu oraz młodzi literaci i dziennikarze, a także grupa młodszych – uczniów szkół wojewódzkich1051. Kompaniom przydzielono instruktorów ze Szkoły Podchorążych Piechoty, którzy prowadzili musztry, siłą rzeczy skupiając się na rzeczach najprostszych – „nauce obrotów niezbędnie potrzebnych, robienia bronią, tworzenia tzw. jeża itp.”1052.

Dowódcą oddziału akademickiego został profesor Szyrma. Nie jest jasne, dlaczego właśnie on objął dowództwo – zapewne we właściwym momencie pojawił się wśród gromadzących się na Uniwersytecie studentów i jednoznacznie się z nimi solidaryzował. Czy zupełnie z własnej inicjatywy? Szyrma był związany z Czartoryskimi, przez 10 lat pełnił funkcję wychowawcy bratanka Adama Jerzego Czartoryskiego1053. Możliwe, że do zorganizowania młodzieży studenckiej zachęcił go ktoś z tego kręgu. „Przywdział on był profesorski mundur, siedział na wysokim, starym i chudym koniu i bardzo po ojcowsku do akademików przemawiał, a oni mu na to krzyczeli Niech żyje nasz pułkownik!1054. Jak głosił jeden z niezliczonych wierszy patriotycznych:

Krew nam polska w żyłach krąży,

Ognia w sercu nikt nie zgasi.

Akademik, podchorąży –

Oto są wybawcy nasi!1055.

Aby zrozumieć rolę odgrywaną przez gwardię akademicką, trzeba wziąć pod uwagę, że studenci należeli w powszechnej opinii do „twórców rewolucji”. Nie zważano na to, że po aresztowaniach bardzo niewielka ich liczba mogła wziąć udział we wznieceniu powstania, liczył się fakt, że ta grupka dokonała najważniejszego symbolicznie czynu – napadu na Belweder. W czasie nocy listopadowej czy rankiem 30 listopada można było mieć wątpliwości, czy napotkany polski żołnierz sprzyja powstańcom; mundur akademicki takich wahań nie budził. Ogromne znaczenie miało też, że już 30 listopada rano studenci zorganizowani w gwardię wystąpili zbiorowo po stronie powstania.

80. Belwederczycy, od lewej studenci prawa: Aleksander Świętosławski, Wincenty Kobyliński, Walenty Krosnowski oraz niebędący studentem UW Karol Paszkiewicz, rysunek i litografia J. Llanty w zakładzie litograficznym F. de Villaina

Polem spontanicznych działań studenckich, wymykających się kontroli nowych władz Królestwa i władz miasta, było aresztowanie agentów tajnej policji i przejmowanie ich papierów. Nowy wiceprezydent Warszawy Tomasz Łubieński skarżył się 4 grudnia na posiedzeniu Rządu Tymczasowego, że „komenda Szyrmy wpada do domów, poszukuje etc.”, „poszukują oni osobistej zemsty na śledztwa dawne: rozbijają domy, gdzie były szpiegostwa i śledztwa”1056. Miejski areszt zapełnił się aresztowanymi przez studentów osobami podejrzanymi o związki z tajną policją. Część z nich, jak się okazało, została zatrzymana na podstawie wątpliwych denuncjacji; przeciw tak szerokiej akcji protestowały władze miejskie, domagając się, by aresztowania były z nimi wcześniej uzgadniane. Akademicy przeprowadzali też rewizje w poszukiwaniu papierów tajnej policji; następnie kilku członków Gwardii Akademickiej zostało członkami komitetu badającego te papiery1057.

W tych porachunkach ze szpiegami studenci występowali w roli osób zaufania publicznego. Ludwik Wiemuth wspominał, jak został na ulicy zatrzymany przez nieznanego człowieka, pragnącego „dla dobra ojczyzny” wskazać miejsce pobytu jednego z szefów tajnej policji, Mateusza Schleya. Poszukiwania prowadzone przez studentów doprowadziły ich do domku na ulicy Ogrodowej, w którym za dużą szafą ukrywał się Schley.

Przy schwytaniu tak był przerażony, że zapomniał zrobić użytek z nabitego pistoletu, który trzymał w ręku. Zaledwieśmy się pokazali z nim na ulicy, zaczęło tam gromadzące się pospólstwo, wśród krzyku i odgróżek, tak natarczywie napadać na niego, że byłby rozszarpanym niezawodnie, gdyby nie to, żeśmy zapaleńców bronią odpierali od niego, zaręczając im zarazem, iż będzie wisiał niebawem. Wśród takiej wrzawy i szamotania, udało się nam nareszcie doprowadzić jeńca do ratusza1058.

Studenci rozjechali się po całym Królestwie z wiadomością o wybuchu powstania, z proklamacjami nowych władz, a także w celu „dodawania ducha”1059. Dla wielu mieszkańców prowincji to właśnie pojawienie się studenta było zwiastunem powstania. Tak jak w Kutnie:

Pułkownik siedział przy obiedzie z żoną, adiutantem i kilku osobami. Wtem zajechała bryczka pocztowa, a pospólstwo zaczęło się zbiegać celem oglądania przybyłego studenta i pocztyliona, przystrojonych w ogromne kokardy białe i karmazynowe. Nagle otwarły się drzwi pokoju, w którym siedzieli, i wchodzi uczeń uniwersytetu, ubrany w czamarkę granatową, uzbrojony w pałasz i parę pistoletów za pasem. Oddając depesze pułkownikowi, odzywa się do niego śmiałym głosem: Od Rządu Narodowego. Wszyscy osłupieli1060.

Studenci 2 razy wyprawiali się większą grupą poza Warszawę z dymisjonowanym pułkownikiem Ludwikiem Kickim, który od razu gorąco poparł powstanie. W Błoniu akademicy agitowali i pułk strzelców pieszych pod nieobecność dowódcy gen. Szembeka. Kiedy ten się pojawił, studenci otoczyli go „z prośbami i przedstawieniami”, a Kicki „potrząsając pistoletami, które mu u pasa na rzemieniu wisiały” wymógł na Szembeku rozkaz wymarszu do Warszawy i zaniechania połączenia się z wielkim księciem1061. 2 kompanie akademików 3 i 4 grudnia towarzyszyły regularnym oddziałom wojskowym udającym się pod dowództwem Kickiego do Modlina celem przejęcia na rzecz powstania ogromnych zapasów amunicji znajdujących się w twierdzy. Poddanie twierdzy zostało wynegocjowane bez istotnego udziału studentów, ale forsowny marsz do Modlina od wieczora 3 grudnia do następnego dnia wieczorem, jedynie z kilkugodzinnym odpoczynkiem i prawie bez jedzenia („rozdano nam po półkwaterku wódki i po kawałku razowego chleba”) był już prawdziwie żołnierskim doświadczeniem. „Nieprzyzwyczajeni do karabinów, okrutnie byliśmy strudzeni i odciśnione mieliśmy ramiona [...], a choć ku wieczorowi silnie zbudowani żołnierze zaczęli pokładać się przy drodze, ani jeden akademik nie został się w tyle”1062.

Poza różnymi nadzwyczajnymi zadaniami, gwardia akademicka pełniła funkcje porządkowe, obok „straży bezpieczeństwa”, pośpiesznie tworzonej w Warszawie, gdy nie działały już dotychczasowe władze policyjne. Akademicy wysyłali liczne patrole na miasto i wystawiali warty przy ważniejszych gmachach publicznych1063. „Pod ich protekcją można było wówczas ulice w nocy bezpieczniej przebiegać.” – pisał o studentach szef sztabu gen. Józefa Chłopickiego, gen. Józef Mroziński1064.

Ta podwójna rola – uosabianie entuzjazmu powstańczego, a zarazem ochrona porządku – stała się szczególnie widoczna w wydarzeniach 3 grudnia. Do Warszawy powróciły tego dnia z Wierzbna oddziały polskie, które w czasie nocy listopadowej pozostały przy wielkim księciu Konstantym i wyszły z nim z miasta. O ile żołnierze witani byli przeważnie serdecznie, o tyle agresja tłumów zgromadzonych na Placu Bankowym i przyległych ulicach wyładowała się na generałach Wincentym Krasińskim i Zygmuncie Kurnatowskim. Pierwszy był bardzo niepopularny od czasu Sądu Sejmowego w 1828 r., drugiego znienawidzono za działania przeciwko powstańcom w czasie nocy listopadowej. Naoczny świadek, Tymoteusz Lipiński, opisywał w swoim dzienniku:

Wkrótce potem nastała chwila nie do opisania, tłumy publiczności rzuciły się na Wincentego Krasińskiego i Zygmunta Kurnatowskiego, dowódcę szaserów. Ściągnięto ich z koni, wołając: wieszać, zamordować zdrajców! Wojsko, stojąc nieporuszenie, patrzało z obojętnością. Nadciągnąwszy akademicy, lubo sami zagorzalcy, zaledwie obronić ich zdołali, wołając: niech się wytłumaczą.

Studenci razem z bardzo popularnym generałem Szembekiem wprowadzili obu generałów do banku. Po pewnym czasie Szyrma z Szembekiem wyszli z Krasińskim i Kurnatowskim na balkon w towarzystwie studentów niosących chorągiew uniwersytecką i sztandar wojskowy.

Zgiełk, krzyki tysiączne zemsty nie dozwalały przywrócenia porządku, uproszono na koniec o spokojność, a akademicy, trzymając pałasze nad głową Krasińskiego, zaręczali, iż się poprawi i będzie dobrym Polakiem. Jednomyślnie odezwano się, że jest szelma, wierzyć mu nie można1065.

Generałowie składali odczytywaną przez Szyrmę przysięgę „na tę narodową i na tę akademicką chorągiew, że przeciwko narodowi polskiemu, ani otwarcie, ani skrycie działać nie będę”1066. Krasiński przemówił, wyliczając swoje zasługi; tłum przerywał mu wyzwiskami. Kurnatowskiego, który „odezwał się drżącym i jękliwym głosem” również zakrzyczano. „Oba srodze pognębieni dowódcy całowali się z młodzieżą uniwersytecką, kłaniali się publiczności, która nieustannie tysiączne na nich miotała przekleństwa”1067.

Symbolicznym zamknięciem pierwszego tygodnia powstania stały się uroczystości na Pradze 6 grudnia. Były one powtórzeniem głośnych obchodów sprzed kilku tygodni. Rano oddział akademicki i „wielka liczba obywatelów” przeszli na Pragę. Poświęcono sztandar Uniwersytetu, przyozdobiony „szarfą, która niegdyś była własnością nieśmiertelnego Kościuszki”. Zauważmy, że chodzi o sprawiony na wielki jubileusz w 1826 r. sztandar mający po jednej stronie wizerunek świętego Jana Kantego. Powtórne święcenie wiązało się tu paradoksalnie z pozbawieniem sztandaru charakteru dewocyjnego, z jego przemianą w sztandar wojskowy. Mówcy przywoływali rzeź Pragi w 1794 r. i „święte duchy” ofiar, teraz pomszczone przez nowe pokolenie. Najciekawsze rzeczy mówił jednak student Dominik Magnuszewski, odnosząc się do listopadowych obchodów na Pradze:

Opasani olbrzymią tyranią, ośmieliliśmy się w tych mundurach, co miały naszą hańbę stanowić, przedrzeć się do Wszechmogącego obchodem pamiątek polskich. W tym samym mundurze występujemy teraz, już nie gromada wypchnięta z towarzyskiego życia, ale akademicy, ale wolności dzieci, współpracownicy bohaterskiej Szkoły Podchorążych. Ta hańby powłoka zmieniła się na oznakę chluby, a pogrzeb Bielińskiego pierwszy obmył zakał niebieskiego munduru. Ta chorągiew nasza, coście ją w obliczu nieba na poległych Jasińskiego kościach teraz poświęcili, miała nas prowadzić do czczych obrzędów radości lub żalu, których nie podzielało młodzieńcze serce. Teraz ona przewodzić nam będzie na polu chwały. Niech się jej widokiem napasą wrogów oczy, niech widzą ten mundur pogardliwy i przerażeniem zdjęci niech wołają: to akademicy idą1068.

Już w pierwszym tygodniu powstania studenci znaleźli się w centrum politycznego konfliktu między nowymi władzami Królestwa a Towarzystwem Patriotycznym.

Przywódcy Związku Wysockiego nie zamierzali tworzyć rządu ani wyznaczać naczelnego wodza. Zakładali, że władzę przejmą autorytety patriotyczne w rodzaju Czartoryskiego czy Niemcewicza oraz znani posłowie i senatorowie. Dowództwo miano zaproponować któremuś z popularnych generałów. Podchorążowie, studenci, młodzi literaci i dziennikarze zdawali sobie sprawę, że uzyskanie szerszego poparcia dla powstania wymaga sankcji osób znanych i popularnych. Już w trakcie nocy listopadowej te nadzieje okazały się płonne. Nagabywani generałowie nie chcieli przyjąć dowództwa, nie wyłoniło się też żadne cywilne kierownictwo. W tej sytuacji nowe władze powstały w drodze kooptowania do Rady Administracyjnej Królestwa grupy popularnych polityków (Czartoryskiego, Niemcewicza, Michała Radziwiłła, Michała Kochanowskiego, generała Paca). Najbardziej wpływową osobą w rządzie był nadal, jak przed powstaniem, minister skarbu Lubecki. Kolejne przekształcenia władz centralnych doprowadziły 3 grudnia do powołania Rządu Tymczasowego pod przewodnictwem Czartoryskiego.

Jako przyszłego wodza naczelnego widziano powszechnie generała Józefa Chłopickiego, od dawna pozostającego poza wojskiem. Generał długo opierał się; wreszcie 30 listopada wieczorem przyjął stanowisko, z tych samych powodów, co nowi członkowie Rady Administracyjnej – aby opanować rewolucyjną sytuację. Szybko narastał kult Chłopickiego, na który złożyły się jego dokonania wojskowe, wspomnienie opozycji wobec polityki wielkiego księcia w wojsku, ale też zapotrzebowanie na męża opatrznościowego, na nowego Kościuszkę.

Ośrodkiem opozycyjnym wobec nowych władz było Towarzystwo Patriotyczne powołane 1 grudnia przez cywilnych członków Związku Wysockiego. Domagało się ono zaatakowania i rozbrojenia oddziałów rosyjskich dowodzonych przez Konstantego i generalnie odrzucało negocjacje z wielkim księciem.

Gwardia Akademicka opowiedziała się zdecydowanie po stronie Chłopickiego i nowego rządu. Jej działania przeciw Towarzystwu Patriotycznemu 3 i 4 grudnia bardzo zaciążyły na późniejszych ocenach udziału studentów w powstaniu. 3 grudnia, na wieczornym posiedzeniu Towarzystwa Patriotycznego, Maurycy Mochnacki zaatakował Rząd Tymczasowy za zgodę na opuszczenie Królestwa przez Konstantego i za nierozbrojenie oddziałów rosyjskich. Gdy zaczął krytykować też Chłopickiego, wybuchła wrzawa, a do stołu, na którym stał mówca, zaczęli się tłoczyć jego przeciwnicy, część z nich z pistoletami w rękach. Gdy kolejni przemawiający nie poparli zdania Mochnackiego, oburzenie przeciw niemu stało się tak wielkie, że musiał uciekać z sali. „Oszczerca – terrorysta – Robespierre polski – te mnie tylko, gdym co tchu umykał, zalatywały odgłosy” – wspominał. „Akademicy pogasili świece i dogorywające lampy”, a grupa oficerów, dobywszy broni, zmusiła obecnych do rozejścia się1069. Następnego dnia puszczono nieprawdziwą plotkę, że powodem lekkiej apopleksji, której uległ Chłopicki, była kłótnia z Mochnackim. Wywołało to nagonkę na tego ostatniego, gwardia akademicka poszukiwała go na mieście, podobno nawet zaczęto wznosić szubienicę. Mochnacki musiał na ulicy zmienić płaszcz, by nie zostać poznanym i w końcu znalazł schronienie w Banku Polskim – siedzibie tak krytykowanego przez niego rządu. Gwardia Akademicka wykreśliła go ze swoich szeregów, o czym zawiadomiono w drukowanej ulotce. Wieczorem 4 grudnia przeciwnicy Towarzystwa Patriotycznego, przede wszystkim studenci pod wodzą Szyrmy, wdarli się na jego posiedzenie w salach redutowych i pogasiwszy światła, rozpędzili zebranych. Oznaczało to przerwanie działalności Towarzystwa Patriotycznego1070.

Tegoż 4 grudnia gwardia wydała odezwy do Chłopickiego, Czartoryskiego i Niemcewicza. Studenci deklarowali, że będą bronić „dostojnych naczelników narodu”. Tu zwłaszcza Niemcewicza obdarzono całą litanią tytułów („nasz patriarcho, [...] pomniku najznakomitszy starej polskiej ojczyzny, świadku i uczestniku sławnych i opłakanych jej dziejów, nadziejo naszej przyszłości, [...] przybytku cnót obywatelskich, nasz wzorze, nasza chwało, [...] ojcze narodu”). Informowano, że „w tej chwili gwardia nasza zamknęła klub, w którym ukryci fakcjoniści miotali obelgi” na zasłużonych obywateli. Do Chłopickiego pisano, że w przyszłości „Akademia utopi oręż w piersiach każdego zuchwalca, który się poważy ubliżyć najwaleczniejszemu z walecznych”. Towarzystwo Patriotyczne przedstawione zostało jako jakobińskie; deklarowano, że „potwory terroryzmu wznoszące głowę zuchwałą, padną pod naszym orężem”1071.

Wiemy, że akcję przeciw Towarzystwu Patriotycznemu przygotowała grupa młodych ludzi z zamożnych rodzin ziemiańskich: Stanisław Rzewuski, Paweł Popiel, Aleksander Wielopolski, Andrzej Koźmian i inni. To oni zorganizowali najścia na posiedzenia Towarzystwa i z tego kręgu wyszła plotka o kłótni Chłopickiego z Mochnackim1072. Studenci byli na pewno w jakimś stopniu manipulowani. Zastanawiając się, dlaczego Gwardia Akademicka stała się „strasznym legionem kontrrewolucji”, Maurycy Mochnacki wskazywał, że młodzież była „całkiem nieświadoma rzeczy publicznej, bo pod przeszłym rządem nie mogła postąpić w edukacji politycznej”1073. Ale jeśli w zachowaniach politycznych studentów widać naiwność i egzaltację, to ich postawa odbijała powszechne w Warszawie nastroje – przekonanie o potrzebie patriotycznej jedności i lęk przed walką stronnictw politycznych, która doprowadziła do upadku Rzeczypospolitej1074. W efemerycznym dzienniku „Orzeł Biały”, wydawanym przez studentów, Ludwik Wołowski pisał, że nikt nie pokona Polaków,

jeśli sami broni w ręce nieprzyjaciołom nie damy brakiem centralizacji potęgi naszej. [...] Wycierpiała już dość Polska za dawne błędy, przeszła przez srogą szkołę nieszczęścia, a pomna tej chłosty, starannie unikać będzie wszystkiego, co ją zgubiło; niezgoda była główną przyczyną jej upadku, źle zrozumiana wolność jednej uprzywilejowanej klasy przy ujarzmieniu narodu, zbytnia obawa władzy najwyższej, zazdrosna miłość swobody, która wszędzie stawiając opór, nie dozwalała żadnego rozwinięcia siły, to sprawiło zgubę wielkiego narodu1075.

81. Ulotka zawiadamiająca o usunięciu Maurycego Mochnackiego z Gwardii Honorowej

Lęk przed jakobińskimi „potworami terroryzmu” to też powszechny składnik ówczesnego myślenia politycznego.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że istniała jakaś ciągłość między manifestacjami studentów na pogrzebach Staszica i Bielińskiego a wystąpieniem w obronie „dostojnych naczelników narodu” w grudniu 1830 r. To ta sama potrzeba autorytetu, wzorca cnót obywatelskich. Ale zarazem poczucie, że to młodzież akademicka jest szczególnie uprawniona do wskazywania autorytetów patriotycznych. Bo kult i lojalność wobec „ojców narodu” wiązały się jednak z narzucaniem im określonych ról, z oczekiwaniem od nich radykalnego zaangażowania w walkę o niepodległość. Natalia Kicka zapamiętała charakterystyczną scenkę z pierwszych dni powstania. Na ulicy oddział akademików spotkał Niemcewicza. „Młodzież krzyczeć zaczęła: Wiwat, niech żyje Niemcewicz!, a on ich zaczął kpać: Głupstwo zrobiliście! – odkrzykiwał – a młodzież zagłuszała te słowa, jeszcze głośniej wrzeszcząc: Wiwat!1076.

W odezwie z 4 grudnia proszono Chłopickiego, by użył studentów do chronienia swojej „świętej osoby”1077. Stało się tak już następnego dnia – 5 grudnia – kiedy generał Chłopicki ogłosił się dyktatorem powstania. Gwardia Akademicka stała się jego Gwardią Honorową i objęła przy nim warty.

Liczebność Gwardii Honorowej ustalono na 800 osób (tyle mniej więcej liczyła, już stacjonując na Lesznie). Faktycznie gwardzistów było więcej – 12 stycznia było 1040 gwardzistów pieszych i 83 należących do kompanii jazdy. W stosunku do pierwszych dni powstania nastąpiły pewne zmiany w składzie oddziału. Szkoły wojewódzkie wznowiły naukę i ich uczniowie odeszli z gwardii; młodzi urzędnicy powrócili do swoich obowiązków. Pojawiła się natomiast grupa 54 studentów i uczniów szkół z Krakowa. Nadal dużą rolę w gwardii odgrywali absolwenci Uniwersytetu, dziennikarze i literaci. W styczniu była ona podzielona na 9 kompanii, na czele których stali wybierani przez gwardzistów dowódcy – przeważnie uczestnicy napadu na Belweder oraz więźniowie uwolnieni w noc listopadową. Dowodził Szyrma mający tytuł „naczelnika Gwardii Honorowej”; istniał też sztab, działający pod przewodnictwem innego profesora Uniwersytetu – prawnika Józefa Hubego. Gwardia miała orkiestrę; sztandarem uniwersyteckim opiekowała się kompania sztandarowa. Opiekę medyczną zapewniało 3 profesorów Wydziału Lekarskiego i 9 studentów czwartego i piątego roku medycyny1078.

Gwardziści mieli codziennie musztry na placu przez Pałacem Kazimierzowskim. Odbywały się one przed południem i po południu, instruktorami byli zawodowi podoficerowie piechoty. Wydaje się, że to szkolenie prowadzono raczej w stylu przedpowstaniowym – główną rolę odgrywała musztra paradna1079. Niemniej studenci czynili postępy. 5 stycznia prezentowali się przed dyktatorem na Placu Saskim. „Dziwić się należy – zapisał Tymoteusz Lipiński – że w tak krótkim przeciągu wyuczyli się musztry i robienia bronią”. Słabiej wypadł następnego dnia oddział konny Gwardii. „Nie było ich więcej nad 60, wszyscy nader strojnie przebrani, ale jeszcze surowi w musztrze”1080.

82. Dowódcy Gwardii Honorowej: profesor Krystyn Lach Szyrma (litografia É. Desmaisons’a, 1832) i podpułkownik Piotr Łagowski (staloryt A. Oleszczyńskiego, 1845)

Gwardia otrzymała nowe mundury, „granatowe z lampasami amarantowymi (spodnie i surduciki tego samego koloru) z amarantowymi wyłogami, z akademickim haftem oraz kołnierzem i czerwone z barankiem czworograniaste czapeczki, ze stojącymi z piór kitkami”. „Kurier Warszawski” pisał o mundurach, „łączących pamięć narodowości i akademii”. Jednak, jak oceniał w swoim dzienniku Lipiński, „wszyscy się zgadzają, iż nazbyt strojno i kosztownie”. Koszty umundurowania pokrył częściowo rząd, zamożniejsi studenci sami zapłacili za mundury, ofiary na ten cel składały też osoby prywatne1081.

Straż u boku dyktatora pełniło codziennie 30 gwardzistów z kolejnych kompanii. Utrzymywali „warty wewnętrzne pokojowe” w siedzibie dyktatora przy ul. Senatorskiej, a następnie w Pałacu Namiestnikowskim na Krakowskim Przedmieściu. Gwardziści pełniący danego dnia służbę przy dyktatorze otrzymywali od władz miejskich pieniądze na wyżywienie i stołowali się w restauracjach1082.

Codziennie 2 kompanie gwardii pracowały przy budowie umocnień przedmostowych na Pradze. Gwardziści znajdowali się tam w barwnym i zróżnicowanym towarzystwie. „Most był przepełniony gromadami ludzi wszelkiego stanu. Z łopatami i motykami śpieszono do pracy”. Obok saperów pracujących pod kierunkiem wojskowych inżynierów, w sypaniu wałów uczestniczyli mieszczanie, księża, Żydzi, młodzież szkolna. „Przy robocie było wesoło i gwarno. Na śpiewach i dowcipach nigdy nie brakowało”1083. Był to rodzaj patriotycznej manifestacji, zresztą wzorowanej na powstaniu kościuszkowskim. Studenci mogli też tu spotkać swoich wykładowców. W gazecie donoszono:

Niedawno uniwersytet tutejszy w całym składzie profesorów pracował przy okopach na Pradze. Jeden z młodych rzeźniczków, widząc tak poważny przykład, nie chciał odejść od pracy przez noc całą, a pytającym o przyczynę tej gorliwości, odpowiedział: Kiedy tak mądre ręce pracują, ja nie odejdę od roboty, dopóki mi tylko siły moje dozwolą1084.

W niedzielę w kościele Wizytek odprawiane było nabożeństwo dla Gwardii Honorowej, która „w paradnym szyku” przychodziła z dziedzińca uniwersyteckiego. „Podczas podniesienia prezentowaliśmy broń przy uderzeniu w bębny, a nasza konnica wydobywała do połowy z pochew pałasze staropolskim zwyczajem, mającym oznaczać gotowość do obrony wiary świętej”1085. W czasie jednego z nabożeństw zdarzył się charakterystyczny incydent. Kanonik Wierzbowski, wykładowca religii na Uniwersytecie, zamiast „mieć stosowne kazanie do teraźniejszych okoliczności, prawił o miłości własnej. Poczęto kaszlać, chrząkać, nogami szurgać na znak nieukontentowania, tak dalece, iż prałat musiał ustąpić”. Ksiądz Szynglarski, odprawiający mszę, „stanął na gradusach w[ielkiego] ołtarza, przemówił z energią i w najlepszym duchu. Młodzież w uniesieniu okrzyknęła go swoim kapelanem”1086.

Gwardia Honorowa, poza podległością dyktatorowi, nie została właściwie podporządkowana żadnym innym władzom. Mimo wojskowych stopni i wojskowych ćwiczeń nie była częścią regularnej armii. Ludwik Orpiszewski będący kapitanem i dowódcą kompanii w Gwardii, pisał po latach samokrytycznie, że byli to „akademicy przebrani za żołnierzy”1087. Wydaje się, że odbiło się to negatywnie przede wszystkim na szkoleniu gwardzistów.

Utworzenie Gwardii Honorowej zbiegło się z opuszczeniem przez studentów Leszna i powrotem na Krakowskie Przedmieście. Przy powitaniu studentów na terenie Uniwersytetu 7 grudnia przemawiał „bard ukochany”, profesor Kazimierz Brodziński. Mówił:

Któżby był powiedział, że w dniu 29 listopada, w którym drżącym głosem, jakby więzień zza kraty, napomykałem wam starożytne pienia polskie o czynach bohatyrskich w czasach nieszczęśliwych ojczyzny naszej, że w tymże samym dniu usłyszę czyny nasze własne, godne pieni, godne pamięci potomnych?

Studenci („to tak piękne pokolenie”) przejęli od „ojców” i dawnych bohaterów narodowych miłość ojczyzny i męstwo, ale i Uniwersytet ma swoje zasługi. Obrona porządku, posłuszeństwo Dyktatorowi, polityczne umiarkowanie –

są to wasze własne, niesłychane dotąd w młodzieży polskiej przymioty, to jest owoc ukształcenia wyższego, to jest zapowiednia bohatyrstwa nie tylko polskiego, ale i ducha wieku dziewiętnastego. Któżby w dniu dzisiejszym nie był dumny na tytuł profesora uniwersytetu, jeśli się zwłaszcza choć w małej cząstce do tych uczuć waszych przyłożył?1088.

Zauważmy, że jak w wielu ówczesnych pochwałach „ducha” akademików, jest tu poczucie, że naturalny dla młodzieży byłby radykalizm; jest też próba utwierdzenia studentów w dotychczasowym, umiarkowanym sposobie postępowania. Sami studenci też tak się definiowali. Na zakończenie odezwy do Czartoryskiego z 4 grudnia pisano: „Dowie się nie bez zadziwienia Europa, że młodzież polska okazuje w trudnych czasach ducha, który w innych czasach i rewolucjach był (i to bardzo rzadko) przywilejem daleko posuniętego wieku!”1089.

W gazecie 12 grudnia pisano:

Jak piękny widok przedstawia się nam na placu koło uniwersytetu! Młodzież akademicka odbywa koleją ćwiczenia wojenne, podczas gdy w tej samej chwili druga część udaje się na prelekcje. Nie ma policji uniwersyteckiej i nie potrzeba jej, gdyż młodzież polska, oceniając godnie swoją i ojczyzny wolność, umie przestrzegać należnego dla miejsca i osób uszanowania1090.

Ale to wyidealizowany obraz. Zajęcia na Uniwersytecie rzeczywiście zostały wznowione. Już 4 grudnia na posiedzeniu Rządu Tymczasowego wiceprezydent stolicy Łubieński proponował: „dla zatrudnienia ludu i oderwania od rozruchów, trzeba by rozpocząć sądy kryminalne, uniwersytet, szkoły, teatr”1091. KRWRiOP 6 grudnia wydała odpowiednie polecenie, a 2 dni później rektor Szweykowski ogłosił wznowienie zajęć. Już jednak 12 grudnia Rada UW zwróciła się do komisji rządowej z wnioskiem o ich zawieszenie, informując, że studenci nie uczęszczają na wykłady. Zajęcia miały być prowadzone tylko na Wydziale Teologicznym oraz dla studentów czwartego i piątego roku na Wydziale Lekarskim. W tym drugim przypadku władze uniwersyteckie otrzymały polecenie dyktatora Chłopickiego, by studenci ostatnich 2 lat medycyny mogli ukończyć studia w skróconym trybie, uzupełniając dotychczasowe wykształcenie zajęciami z chirurgii wojskowej; chodziło oczywiście o zapewnienie lekarzy rosnącemu liczebnie wojsku1092.

Wobec zawieszenia zajęć rzeczywistą władzą na Uniwersytecie stał się Szyrma. W opublikowanym kilka miesięcy później artykule prasowym, napisanym zapewnie przez któregoś z profesorów, skarżono się na

zerwanie przezeń wszelkich z jego kolegami związków [...]. Kiedy profesorowie uniwersytetu obierali rektora i kiedy się zgromadzili skutkiem rozkazu dyktatora, aby kursa w uniwersytecie były dawane, rozkazu nader sprzecznego z postępkiem dyktatorskim, przez który młodzież akademicka spod zwierzchności rady uniwersyteckiej całkiem wyjęta i pod nieograniczoną władzę p. Szyrmy była oddaną, wówczas p. Szyrma nawet nie raczył zaszczycić swą obecnością posiedzenia swoich kolegów, ale tylko przez parlamentarzy porozumiewał się z nimi1093. 

Charakterystyczny szczegół – Biblioteka Publiczna 8 stycznia zwracała się właśnie do Gwardii Honorowej, a nie do rektora, z listą książek rozpożyczonych studentom i z żądaniem ich zwrotu1094.

Ważną rolę w życiu politycznym początku powstania odgrywały kawiarnie, na czele z legendarną „Honoratką”, gdzie bywało wielu studentów1095. Specyficzny wiecowo-kawiarniany klimat „Honoratki” („tłum młodych ludzi z nakrytymi głowami, dźwięk muzyki, mieszający się ze szczękiem pałaszy, z brzękiem kieliszków, z wrzawą oklasków, para ponczu pomieszana z dymami fajek”1096), zachęcał do spontanicznych mów czy śpiewów, przy czym mówcy i śpiewacy występowali, stojąc na stole1097.

Z początku płacono złp. 1 za wstęp do tej sali, za co przynoszono już i filiżankę kawy w podarunku, lecz gdy z muzyką połączył się śpiew amatorów i popisy poetów, natłok do tego przybytku ludowej muzy stał się tak wielkim, iż o swobodnym piciu kawy i ulubionym maczaniu rożka nie mogło być mowy. Zaledwie bowiem muzyka ukończyła jaką artystyczną produkcję, zaraz stawiano na stole śpiewaka, intonującego jaką pieśń o w[ielkim] księciu lub strapionym Rosjaninie, której końcowe zwrotki powtarzano chórem lub przybijano ulubionym Rom, tom, tom, łoskot bębnów naśladującym1098.

Drugą popularną wśród studentów kawiarnią, o bardziej kameralnym charakterze, była „Dziurka”, gdzie debatowali politycy z kręgu Towarzystwa Patriotycznego1099.

Studenci byli też liczni wśród publiczności teatralnej. Po przedstawieniu Krakowiaków i Górali w Teatrze Narodowym, które odbyło się 5 grudnia uniesienie patriotyczne przybrało postać gremialnych tańców. Kompozytor Karol Kurpiński zanotował:

Podchorążowie, akademicy, urzędnicy, oficerowie, prości żołnierze i cywilni, wszystko to pomieszane razem tańczyło na parterze mazura Dąbrowskiego. Kazano podnieść sceniczną zasłonę i na scenie artyści i artystki pomieszani z publicznością tańczyli poloneza Kościuszki, mazura, krakowiaki, co trwało blisko godzinę1100.

Doczekali się też akademicy sztuki o sobie. W Teatrze Rozmaitości 1 stycznia wystawiono Akademika Warszawskiego, napisanego przez studenta Stanisława Bratkowskiego. Rzecz działa się 29 listopada. W gazecie relacjonowano treść sztuki:

Matka opłakuje syna, którego uwięziono, wtem odgłos trąbki pocztarskiej słyszeć się daje i wpada akademik uzbrojony z białą kokardą, którego uwolnili od karmelitów koledzy. Zgromadza on wieśniaków z kosami. Ten widok, przypominając sławnych Kościuszki kosynierów, wzbudził powszechny zapał, a Sołtys musiał trzy razy odśpiewać z pieśnią ludu te dwa wiersze: Nasz Kościuszko dobry był,/ Bo Moskali dobrze bił.

Zanotowano też charakterystyczną reakcję publiczności: „Na widok dawnego munduru akademickiego, który się jeszcze nigdy nie pokazywał na scenie, głośne okrzyki radości napełniły teatr”1101.

Dyktatura Chłopickiego była grą pozorów. Generał dążył do porozumienia z Mikołajem I i nie wierzył w powodzenie walki zbrojnej z Rosją. Jego najdalej idącym postulatem było przestrzeganie konstytucji Królestwa; jeżeli zaś cesarz nie zaakceptowałby tego żądania, dopuszczał myśl o starciu zbrojnym, które pozwoliłoby zakończyć powstanie honorową przegraną. Okres dyktatury to przede wszystkim oczekiwanie na wyniki rozmów w Petersburgu prowadzonych w imieniu Chłopickiego i rządu przez ministra Lubeckiego i posła Jana Jezierskiego. Dyktator starał się nie tworzyć faktów uniemożliwiających negocjacje z Mikołajem I, choć nie mógł zapobiec formowaniu ochotniczych oddziałów i wymianie części urzędników. Ten program zasadniczo rozbiegał się z nastrojami aktywnych politycznie warstw społeczeństwa i musiał być kamuflowany patriotycznymi frazesami i kultem dyktatora, który występował w roli nowego Kościuszki1102. Kamuflaż był szczególnie potrzebny wobec Gwardii będącej uosobieniem powstańczego entuzjazmu. „Sam widok studentów, uczących się musztry dorywczo – pisał o Chłopickim pułkownik Mikołaj Kamieński – doprowadzał go do wściekłości; cały powstańczy do wojskowości entuzjazm nazywał on maskaradą, weneckim karnawałem; jeśli miał wiarę, to całą pokładał on w stare wyćwiczone nasze pułki”1103.

Sejm 20 grudnia debatował nad dalszym trwaniem dyktatury Chłopickiego. Gwardia Honorowa wywierała nacisk na członków sejmu, by przedłużyli dyktaturę. Przybrało to formę wystawiania licznych – i niechcianych – wart w miejscach zbierania się posłów. Gdy członkowie izby poselskiej zebrali się 19 grudnia na nieformalnym spotkaniu w Resursie Kupieckiej, „zastano przy drzwiach gwardię honorową akademicką jako szyldwachów porozstawianą i w salach przechodzących się studentów w mundurach przy broni. Zapytani, co ma znaczyć krok podobny, oświadczają, iż dla uszanowania reprezentantów straż honorową postawiono”. Gdy im „podziękowano za tę grzeczność”, oświadczyli, że nie mogą zejść z warty bez rozkazu komendanta. Kilku posłów, „nie dając do poznania, że straż przydana robi jakie wrażenie”, odszukało Szyrmę i uzyskało zdjęcie wart. Podobna scena powtórzyła się następnego dnia w Zamku Królewskim podczas posiedzenia sejmu1104.

Początek rozchodzenia się dróg Chłopickiego i jego gwardii wiązał się ze sprawą ucieczki z Warszawy przedpowstaniowego wiceprezydenta Warszawy i jednego z szefów tajnej policji, Mateusza Lubowidzkiego. Wielokrotnie uderzony bagnetem w czasie ataku na Belweder, został aresztowany, tak jak inne osoby związane z tajną policją. Jego brat uzyskał zgodę na umieszczenie rannego w prywatnym domu. Już 9 grudnia Gwardia zwróciła się do dyktatora z prośbą o ponowne aresztowanie wiceprezydenta i uniemożliwienie mu ucieczki. 1 stycznia Lubowidzki został potajemnie wywieziony na Śląsk. Wywołało to ogromne oburzenie w mieście. Bezpośredni organizatorzy ucieczki – deputowany Józef Lubowidzki i wiceprezes Banku Polskiego Henryk Łubieński – zostali osadzeni w areszcie domowym; a bracia Łubieńscy – Tomasz, zastępca ministra spraw wewnętrznych i Piotr, dowódca warszawskiej Gwardii Narodowej, stracili stanowiska. Podejrzewano, że wywiezienie więźnia odbyło się przy cichym przyzwoleniu dyktatora; zresztą Łubieńscy należeli do najbliższego kręgu jego współpracowników1105.

Wiadomość o ucieczce Lubowidzkiego rozeszła się w nocy z 3 na 4 stycznia. „Natychmiast akademicy z latarniami rozbiegli się po wszystkich rogatkach w celu pojmania go”. Następnego dnia studenci z dobytą bronią nachodzili Józefa Lubowidzkiego i Tomasza Łubieńskiego, żądając informacji o zbiegu. Podejrzewano, że „musi się gdzieś ukrywać, gdyż liczne jego rany, zaledwie przygojone, nie dozwoliłyby mu jeszcze podróży odbyć”1106. 6 stycznia rozeszła się wieść, że Lubowidzki znajduje się w klasztorze Sakramentek na Nowym Mieście. Gwardia Honorowa udała się tam i wdarła do klasztoru przez płot i wyłamane furtki. Rewizję u Sakramentek (znaleziono tam tylko żonę i dzieci Lubowidzkiego) przerwał dopiero przybyły gubernator miasta. Studenci szukali też podziemnego przejścia z Sakramentek do klasztoru Dominikanów, który też rewidowano w poszukiwaniu zbiega. Dyktator był oburzony z powodu tych działań1107.

Krytyka polityki dyktatora nasilała się też w „Dzienniku Gwardii Honorowej”, ukazującym się od 1 do 11 stycznia. Pismo, które w założeniu miało wspierać rząd i zostało powołane z jego pomocą, szybko zaczęło ulegać ogólnym nastrojom politycznym1108. 7 stycznia dystansowano się już od kultu dyktatora: „Okoliczności i naród wezwał Chłopickiego na dyktatora; my stanęliśmy w obronie urzędu, ale nie jego osoby i skoro tylko opinia publiczna i naród zechce odebrać mu najwyższą władzę, my pierwsi odstąpim tego miejsca, które nam tylko honor i dobro narodu przeznaczyło”. Atakowano jednak przede wszystkim otoczenie Chłopickiego (z wyraźnymi aluzjami do Łubieńskich) oraz rząd na czele z Czartoryskim:

Lecz my jesteśmy przekonani o czystych chęciach Wodza, wiemy tylko, że ich promień złamany w duszy egoistycznej tych, co go otaczają, często w fałszywym świetle jego zamiary okazuje. Otoczyło go grono ludzi możnych i bogatych, którzy w rewolucji wszystko mają do stracenia, a nic do zyskania oprócz miłości narodu. [...] Gdybym nie znał ducha wieku, gdybym nie wiedział, że rewolucja obecna nie potrzebuje krwią się kalać, znalazłbym skuteczny środek na tych dwustołkowych panów. Dziecko przeszłego wieku, terroryzm, może by więcej na nich działał niż obawa Moskali1109.

Zauważmy, że zaledwie miesiąc minął od odezwy Gwardii, w której deklarowano zwalczanie „potworów terroryzmu”.

Następnego dnia, 8 stycznia, atakowano już wyraźnie Czartoryskiego (wspominając o tych, co niedawno byli „w ministerium rosyjskim”):

Cześć historycznym nazwiskom! [...] Cześć mężom półśrodkowym, którzy własnym kierowani interesem, obawiają się krew naszą przelać dla szczęścia wieków. Historio! Zamknij świetną kartę, gdzieś wypisała złotymi literami bohatera Wysockiego, republikanina Lelewela, gdzie może wkrótce miałaś ujrzeć imię wyjarzmiciela Polski, Chłopickiego, a odwróć stronę zbutwiałą, gdzie rdza wieków gryzie nazwiska zalecone tylko dawnością! [...] Okrzyk niech żyje Ojczyzna! nie doleci do nieba, bo wprzód odbije się w duszach ludzi historycznych i odezwie się wspaniałym głosem: Niech żyje car rosyjski!1110.

Chłopickiego nie krytykowano, nadal występował jako „ukochany dyktator”1111, ale linia polityczna dziennika rozmijała się zupełnie z jego polityką. Na tle prasy warszawskiej ataki na otoczenie dyktatora i na rząd były niesłychanie ostre, sygnalizowały zasadniczą zmianę politycznej postawy studentów i zbliżenie do działaczy Towarzystwa Patriotycznego1112. Jeden z redaktorów dziennika wspominał:

Napadnięty dyktator spadł z wściekłością na naczelnika gwardii akademickiej – a ten znowu pobladły i cały drżący od strachu, którego mu napędziła furia dyktatorska, spadł na komitet redakcyjny, zakazując dalszego wydawania dziennika”1113.

W ostatnim numerze pisma, 11 stycznia, ukazało się Nasze wyznanie wiary. Żalono się:

Więc będzie występkiem śmiałe objawienie uczuć młodego patrioty, będzie grzechem dziewicza otwartość szlachetnego serca? I na toż powstał gnębiony naród polski, aby z założonymi rękami poglądał na wyskoki arystokracji, na symptomata ospałości, poszlaki niechęci lub pigmejskie pasowanie się nieudolności z olbrzymimi wypadkami czasu?1114.

83. Ludwik Orpiszewski, rysunek i litografia J. Llanty w zakładzie litograficznym F. de Villaina (fragment litografii przedstawiającej „belwederczyków”: Ludwika Nabielaka, Walentego Nasierowskiego i Ludwika Orpiszewskiego)

Emancypowanie się Gwardii Honorowej i wyraźne tracenie nad nią kontroli przez Szyrmę skłoniło Chłopickiego do zmiany dowódcy gwardii. 8 stycznia na placu Saskim dyktator oznajmił Gwardii Honorowej, że wobec zbliżającej się wojny zostanie przekształcona w batalion wojskowy. Odczytana została odezwa Chłopickiego do Szyrmy – bardzo pochlebna, ale odmawiająca mu kwalifikacji do dowodzenia oddziałem wojskowym1115. Nowym dowódcą został ppłk Piotr Łagowski, oficer insurekcji kościuszkowskiej i w czasach Księstwa Warszawskiego, od 1818 r. dymisjonowany, a potem przez 3 lata (1826–1829) więziony za przynależność do konspiracyjnego Związku Templariuszy1116. Był to – wspominał Orpiszewski – „kościuszkowski żołnierz, równie szlachetnej duszy, jak szpetnej twarzy, ognisty, a niepraktyczny starzec gotów rzucić się w piekło na czele młodzieży, która by za nim i tam poszła, a nie umiejący jej doprowadzić do wojskowego porządku”1117.

Mimo wzorcowego życiorysu Łagowskiego zmiana dowódcy została źle przyjęta przez gwardzistów. Pożegnanie z Szyrmą, najpierw po mszy w kościele Wizytek, następnie na przyjęciu w Resursie Kupieckiej, było bardzo uroczyste. Podczas przyjęcia miała miejsce scena, którą można uznać za symboliczne przedstawienie sposobu myślenia studentów-gwardzistów:

Pośród szlachetnych wynurzeń czystego zapału młodzieży, wśród której starsi dawne swe lata odzyskać się zdali, tkliwą była scena, gdy ks. Szweykowski komendantowi gwardii honorowej poruczał młodzież swojego niegdyś naczelnictwa, a z nią nadzieje ojczyzny; gdy ks. Szweykowski, Łagowski i Szyrma, wyobrażający stan duchowny, wojskowy i uczący, ujęci za ręce do góry wzniesione, przysięgali wieczystą gorliwość, jedność i zgodę w świętej sprawie powstającej ojczyzny. Na ten widok cała obecna młodzież utworzyła łańcuch, ująwszy się wokoło za ręce, przy czym ogłoszono wyrazy: Oby wszyscy wszelkiego stanu i wieku Polacy równie łańcuchem zgody i jedności ujęci, stali się dla wrogów murem nieprzełomnym, oby podobny łańcuch wolnych i równie świętą sprawę mających, wkrótce całą ziemię opasał!1118.

Formalne przejście Gwardii „na stopę wojskową” dokonało się na mocy decyzji dyktatora z 15 stycznia. Została przekształcona w batalion, składający się z 8 kompanii piechoty i oddziału jazdy; liczebność ustalono na 1137 osób. Poza Łagowskim do sztabu przydzielono jeszcze 2 oficerów z 3 pułku piechoty. Kapitanowie, porucznicy i podporucznicy zostali wybrani przez samych gwardzistów. Gwardziści byli uprzywilejowani, jeśli chodzi o pobierany żołd – żołnierze otrzymywali żołd podoficerski1119.

Według różnych świadectw istniała jednak świadomość, że Gwardia Honorowa nie może być użyta na polu bitwy. Jak pisał Mochnacki, „byłoby to w mgnieniu oka wytępić kwiat usposobionej młodzieży”1120. Nowy dowódca Gwardii uważał ją za szkołę przyszłych dowódców; sam prowadził wykłady dla gwardzistów. Wykłady publiczne na Uniwersytecie dawali też profesorowie elitarnej wojskowej Szkoły Aplikacyjnej – kapitanowie Józef Paszkowski i Feliks Przedpełski1121. Kurs „sztuki wojennej” był z natury rzeczy dość ogólny, a perspektywa znalezienia się na polu bitwy bardzo bliska. Paszkowski, rozpoczynając swój kurs 13 stycznia, stwierdzał jednak optymistycznie, że „rzemiosło najlepiej się przy warsztacie pojmuje”. Szukając wspólnego języka ze studencką publicznością, kapitan nawiązywał dalej do sporu klasyków z romantykami: „Jenerałowie nie tworzą się z książki, oni swoje nauki czerpają pod ogniem nieprzyjacielskim”, podobnie jak nikt nie stanie się poetą przez znajomość klasycznych reguł; jeśli będzie się nimi kierował „z zimną rozwagą”, to „może stracić najpierwszy żywioł poezji, to jest ogień, chcąc się stać tym przez naukę, czym przez naturę być winien”1122.

Do końca dyktatury Gwardia Honorowa, coraz bardziej sceptyczna wobec polityki Chłopickiego, wiązała z nim duże nadzieje. To odbicie powszechnego przekonania, że jest to najwybitniejszy z polskich generałów. Chłopicki rozczarował jako polityk, ale nikt nie miał wątpliwości co do jego kwalifikacji wojskowych. Dlatego ogłoszona 19 stycznia decyzja Chłopickiego o złożeniu dyktatury – efekt całkowitego załamania się polityki rokowań z Mikołajem I – była jednak wstrząsem. Gwardię zawiadomił o niej niezwykle popularny wśród studentów generał Szembek. Jeden z gwardzistów zapisał:

Zapytał się, za kim trzymać chcemy, czyli za dyktatorem, który zdradził zaufanie narodu, czyli za narodem? Jakkolwiek przykro nam było słyszeć tyle złego o tym, którego wynosiliśmy pod niebiosa, ceniąc jednakże ojczyznę nade wszystko, odpowiedzieliśmy jednogłośnie, że nigdy się od narodu nie odłączymy1123.

Na polecenie Szembeka warta Gwardii Honorowej pilnowała mieszkania eksdyktatora. Teraz jej rola nie była jasna – sam Chłopicki miał wrażenie, że jest to rodzaj aresztu domowego i demonstracyjnie wyszedł na miasto, chcąc sprawdzić, czy zostanie zatrzymany przez wartowników1124.

Gwardziści masowo zapisywali się do wznawiającego działalność Towarzystwa Patriotycznego1125. Najbardziej spektakularnym przejawem tej nowej sytuacji był udział Gwardii w uroczystościach upamiętniających 5 straconych dekabrystów. Manifestacja została zorganizowana przez Towarzystwo Patriotyczne, miała być w zamyśle inicjatorów przede wszystkim formą nacisku na sejm obradujący właśnie nad detronizacją Mikołaja I. Gwardia zajmowała w orszaku centralne miejsce. „Otwierał go kapitan Meyzner, niosąc na żałobnym wezgłowiu, zamiast korony lub orderów, trójkolorową kokardę, godło europejskiej wolności. Dalej szło trzech innych kapitanów gwardii; a za nimi, ze spuszczoną na pogrzeb bronią, oddział tejże Gwardii Akademickiej, śród którego powiewał, przewiązany krepą, błękitny sztandar uniwersytetu”. Gwardziści – więźniowie karmeliccy z listopada nieśli na skrzyżowanych karabinach symboliczną trumnę dekabrystów. Pochód rozpoczął się i zakończył na Uniwersytecie. W jego trakcie wygłoszono wiele przemówień; mówili m.in. Szyrma przy wyjściu z Uniwersytetu, student Stanisław Koźmian pod Arsenałem i kapitan Meyzner przed więzieniem karmelickim1126.

Wobec końca dyktatury Gwardia Honorowa traciła rację bytu. Skończyły się warty w Pałacu Namiestnikowskim. 22 stycznia w izbie poselskiej odczytano adres Gwardii Honorowej. Pisano w nim, że nadanie Gwardii statusu wojskowego wypaczyło jej właściwe zadanie – „rozszerzenie ducha narodowego”. Obecnie Gwardia „pragnie utrzymywać niezłomną jedność w wielkiej sprawie naszej, rozpłomieniać ogień poświęcenia się rodaków i biec z nimi tam, gdzie nas dopiero co z grobu powołana ojczyzna przyzywa”. Grupy gwardzistów planowano odkomenderować do urzędów cywilnych (celem miało być „wspólne, braterskie, patriotyczne działanie”) i oddziałów wojskowych (tu mieli „utrzymywać zapał i energię”)1127.

Samo skierowanie takiego adresu do sejmu, z pominięciem władz wojskowych, pokazuje, że gwardziści nie zaakceptowali swojej przynależności do regularnej armii. Sejm odesłał jednak sprawę do komisji, a ostateczną decyzję podjął nowy naczelny wódz, Michał Radziwiłł. Gwardię rozwiązano, z pozostawieniem przy naczelnym wodzu jednej kompanii przybocznej (została ona zlikwidowana po bitwie grochowskiej). Pozostali gwardziści otrzymali przydziały do różnych oddziałów, z zachowaniem dotychczasowych stopni. 216 gwardzistów miało się kształcić w nowej szkole wojskowej, ale ta nigdy nie powstała. W odpowiedzi na te decyzje studenci wysuwali już postulaty minimum: pozostawienie w Warszawie 300 gwardzistów, wolność wyboru oddziału dla pozostałych i – co charakterystyczne – „aby przyszłej akademii wolność noszenia dzisiejszych ubiorów w pamiątce była zawarowana”1128. Ze środowiska studenckiego, w latach 20. kontestującego mundury akademickie, wychodziła więc propozycja umundurowania przyszłych studentów i to w uniformy wojskowe.

Jaką wartość pod względem wojskowym przedstawiali gwardziści? Pułkownik Franciszek Gawroński, który formował nowy pułk w Rawie, zapisał 20 lutego, że przysłano mu oficerów, „ale cóż, gdy najwięcej z owej rozpuszczonej gwardii honorowej byłego dyktatora, sami akademicy, dużo o sobie rozumiejący, a mało tak w służbie, jak w sztuce wojennej biegli”, a 6 marca „każdy z tych młodych pp. oficerów rozprawiać wolał i utrzymywać, że są przeznaczeni w czasie wojny do bicia nieprzyjaciela, nie do musztry itp.”1129. Krążyła w wojsku anegdota, której bohaterem był generał Skarżyński lub – w innej wersji – generał Czarnomski, o publicznym upomnieniu kłaniającego się kulom oficera-akademika: „Ja u Honoratki nie siedziałem – miał powiedzieć generał – rom, tom, tom nie śpiewałem, ale tu stoję jak mur i nie chowam się”1130. To animozje między zawodowymi oficerami a studentami. Ale Ludwik Orpiszewski, kapitan w Gwardii Honorowej, który przeszedł później do 2 pułku Mazurów, oceniał samokrytycznie: „Wszak i ja po dziewięciu miesiącach nie umiałem dokładnie prowadzić szwadronu, jak by go zapewne na moim miejscu Prusak, dwa razy ode mnie ograniceńszy, poprowadzić umiał. Mea culpa! Ale dlaczego musztry i przeglądy i wszystko dla żartu było?”1131.

Uniwersytet w powstaniu

10 stycznia odbyły się wybory nowego rektora, w których uczestniczyło 33 profesorów. W pierwszym głosowaniu profesorowie Osiński i Szubert dostali po 9 głosów, a Skrodzki 7. Na Szweykowskiego padł tylko 1 głos, co – przy wielkim uznaniu, jakim się cieszył – musi oznaczać, że nie kandydował. Wobec równości głosów doszło do drugiego głosowania, w którym Skrodzki otrzymał 14 głosów, Szubert 11, a Osiński tylko 21132. Skrodzki nie sprawował jednak długo urzędu – rozwijająca się szybko gruźlica uniemożliwiła mu pełnienie jakichkolwiek obowiązków uniwersyteckich. 10 maja zwrócił się do KRWRiOP o zwolnienie z funkcji rektora i zgodę na wyjazd za granicę do wód. Do Warszawy powrócił już po upadku powstania1133. Do końca powstania zastępował go dziekan Bandtkie. Pozycja rektora została formalnie wzmocniona – po likwidacji Kuratorii Generalnej na wniosek Lelewela 11 grudnia oraz po przywróceniu w marcu członkostwa rektora w KRWRiOP1134.

84. Wizytówka Józefa Karola Skrodzkiego jako rektora UW

Po likwidacji Gwardii Honorowej i wcieleniu jej członków do różnych oddziałów wojskowych Uniwersytet opustoszał.

Pomijając Wydział Teologiczny, praktycznie wydzielony z Uniwersytetu, stosunkowo najwięcej działo się na Wydziale Lekarskim. Studiowali już tylko studenci 2 najwyższych lat medycyny. Dyktator polecił, by umożliwiono im zakończenie studiów w skróconym trybie. Wydział Lekarski zdecydowanie opierał się temu redukowaniu programu nauczania i zwalnianiu studentów z niektórych egzaminów; KRWRiOP musiała kilkakrotnie interweniować w tej sprawie1135. Stworzono trzymiesięczny kurs dla felczerów wojskowych, który rozpoczął się 1 lutego1136 . Na Wydziale Lekarskim odbyła się 26 stycznia ostatnia promocja doktorska na Uniwersytecie – Waleriana Kleckiego, lekarza wojskowego. Podstawą była rozprawa o jakże aktualnym w czasie wojny tytule – O amputacjach członków, tak górnych, jako i dolnych1137.

Studenci niższych lat trafili do wojskowej służby zdrowia jako podlekarze1138. Dowódcą wojskowej służby zdrowia mianowano 6 lutego profesora Uniwersytetu, Karola Kaczkowskiego. Była to nominacja o tyle zaskakująca, że nie miał on dotychczas nic wspólnego z wojskiem, a w Warszawie przebywał zaledwie od roku, wcześniej mieszkając w Krzemieńcu. Według zgodnych opinii bardzo dobrze się jednak sprawdził na tym stanowisku1139.

W marcu część pomieszczeń Uniwersytetu zajęta została na lazaret. Naczelnym lekarzem tego szpitala został profesor Roliński. Jego personel stanowili pracownicy Wydziału Lekarskiego. Jako sanitariusze służyli studenci teologii, a w roli starszych sanitariuszy występowali profesorowie Uniwersytetu, na czele z byłym rektorem Szweykowskim. Na przełomie kwietnia i maja lazaret zlikwidowano, być może w związku z protestem ministra oświecenia Aleksandra Bnińskiego, który zwracał uwagę na zagrożenie pożarowe dla zbiorów uniwersyteckich1140.

29 każdego miesiąca odbywały się na Uniwersytecie obchody upamiętniające wybuch powstania; z czasem stały się one jedyną pozostałością po Gwardii na uczelni. Pierwsze takie spotkanie miało miejsce w sali posiedzeń akademickich 29 XII 1830 r. Przewodniczył Szyrma, któremu „zbrojny orszak kilkunastu akademików u drzwi robił honory wojskowe” i który zagaił „z dobytym pałaszem”1141. Obecna była cała Gwardia Honorowa oraz liczna publiczność, w tym „zacne Polki ożywiające obecnością swoją to zgromadzenie i nagradzające oklaskiem każdy wyraz patriotyzmu”. Czytano wiele wierszy, poczynając od posła i poety Kantorberego Tymowskiego; wśród licznie zgromadzonych innych poetów czytających swoje utwory byli Bruno Kiciński i Seweryn Goszczyński. Znany dziennikarz Franciszek Grzymała i 2 studentów wygłosiło patriotyczne mowy. „Okrzyki niech żyje Polska wolna i niepodległa, niech żyje Chłopicki! obijały się o poważne sklepienia tego przybytku nauk”. Na koniec odśpiewano pieśń Cześć polskiej ziemi, cześć, bardzo popularną wśród studentów jeszcze przed powstaniem1142. Relacjonujący obchody Jan Ludwik Żukowski zauważył:

Znaczna liczba osób przywykła do dawnych despotycznych, subordynacyjnych zwyczajów, odkryła głowy, oczekując w tak pokornej postawie otworzenia obchodu. Wielu innych widziało w tym niestosowność, a raczej jawny zabytek obalonych szczęśliwie form dawnego rządu. Jakoż później na przełożenie jednego z obecnych, iż nam tak starożytnym synom wolności inne mieć należy zwyczaje, całe zgromadzenie uznało tę prawdę i nakryło głowy1143.

W następnych miesiącach ustalił się scenariusz tych obchodów. Zawsze zaczynały się one obszernym przemówieniem Szyrmy, w którym przedstawiał on najważniejsze wydarzenia miesiąca, wiele miejsca poświęcając stosunkowi ludów i rządów do powstania. 4 takie wystąpienia publikowane były w „Kurierze Polskim”1144. Po mowie Szyrmy następowały inne przemówienia oraz deklamacje wierszy, a obchody kończyły się (lub były przeplatane w trakcie) śpiewem „młodych Polek” – wykonywano Cześć polskiej ziemi, wiersze z muzyką Elsnera, Mazurek połączonych Polaków i inne1145. Podobno część publiczność przychodziła głównie dla tych wokalnych popisów1146.

2 razy z mowami wystąpili na obchodach inni wykładowcy uniwersyteccy, obaj prawnicy. 29 stycznia przemawiał Józef Hube. „Kurier Polski” pisał, że jego „głos ważny [...] okryto zasłużonymi oklaskami”. Ale działacze Towarzystwa Patriotycznego przyjęli go bardzo krytycznie – gwizdami i wrogimi okrzykami1147. Źle odebrano też rozprawę profesora Wacława Maciejowskiego odczytaną na obchodach kwietniowych. Ze swoimi rozważaniami o prawach słowiańskich, ani tematem, ani sposobem mówienia nie przypadł do gustu publiczności, wiele osób wyszło1148. W „Nowej Polsce” pisano, że „był to uniwersytecki wykład pełen pedantyzmu, uczonej czczości”, niestosowny „przed obliczem naszej wolności, dumy i chwały, przed zgromadzeniem upojonym obecnymi zdarzeniami”1149.

W prasowym ogłoszeniu w końcu maja nazywano te uroczystości „obchodem miesięcznym byłej Gwardii Honorowej”1150. Kojarzyły się one coraz bardziej z samym Szyrmą, co widać po relacjach prasowych – w lipcu „Gazeta Warszawska” zaczynała sprawozdanie: „Dnia onegdajszego profesor Szyrma jak zwykle obchodził rozpoczęcie 9go miesiąca naszej rewolucji”1151. W sierpniu odwołano zgromadzenie, uzasadniając to nieobecnością Szyrmy w Warszawie1152.

Obchody marcowe przedstawiano w prasie jako organizowane przez Towarzystwo Patriotyczne; wśród mówców byli jego znani członkowie1153. Potem drogi Towarzystwa i Szyrmy rozeszły się. „Nowa Polska”, będąca organem prasowym tego środowiska, coraz bardziej niechętnie opisywała te uroczystości. Relacjonując spotkanie w kwietniu krytykowano pompatyczny styl oratorski Szyrmy oraz treść innych wystąpień1154. Opis zaś w lipcu był już mocno satyryczny. „Postawa i dusza rewolucyjna zgromadzenia zniknęły”, o czym świadczyły „odkryte głowy i jakby kościelna cichość”. Sprawozdawcę raził fortepian umieszczony za stołem prezydialnym, który „zapewne dla wyższego tonu kazał profesor Szyrma wprowadzić”. Pokpiwał z wiary Szyrmy w interwencję mocarstw i z ogólnego optymizmu przemówień, zwłaszcza z mowy niejakiego Korytki, która „nawet matematycznie dowiodła, że przejście Moskalów przez Wisłę było i pożądane i będzie zgubne dla nich”. Czołowy poeta kolejnych obchodów, Bruno Kiciński,

korzystając z zadowolenia publiczności, którym ją śpiew panien Elsnerowej i Szczapiejewskiej napełniał, kilkakrotnie z ciężarnej swej teki wydobywał liche rymy, ozdobne szumnymi tytułami, a posiłkowane aprobacyjnym gestem samego p. Szyrmy, który uniesienia swojego nie mógł powściągnąć1155.

Przy całej złośliwości tej relacji, coś zapewne było na rzeczy. Formuła tych zgromadzeń wyraźnie się zużyła, a sposoby podtrzymywania patriotycznego entuzjazmu mogły irytować, gdy klęska powstania stawała się ewidentna.

Jaką postawę zajęła profesura wobec powstania? Koło południa 30 listopada uwolniony z więzienia karmelickiego Jan Bartkowski poszedł z 2 kolegami do gmachu uniwersyteckiego, aby podziękować rektorowi Szweykowskiemu za „okazane nam współczucie w chwili aresztowania naszego i przy pierwszych indagacjach”. Zastali tam też sekretarza Uniwersytetu Brodzińskiego. „Przyjęli nas obu z rozrzewnieniem, choć w wejrzeniu ich i życzeniach lepszej przyszłości przebijała się obawa co do ostatecznego powodzenia rozpoczętego ruchu”1156. Inni, jak dziekan Wydziału Lekarskiego Roliński, zareagowali bardziej panicznie. Szokalski relacjonował:

Powiedziano nam, że stary tak się rewolucji przeląkł, iż zabarykadował się w swym domu z obawy, ażeby go nie zabito. [...] Niełatwo nam przyszło dostać się do niego, ale widocznie nasze odwiedziny sprawiły mu przyjemność, bo wreszcie dał się namówić i wyszedł z nami na miasto. Dziwił się niezmiernie jego nowej fizjonomii. Przeszedłszy z nami aż do Ogrodu Botanicznego i na powrót, tak się ośmielił, że nikt na niego nie zwraca uwagi, że radość tryskała mu z oczów i dziękował jak najserdeczniej za nasze odwiedziny1157.

Byli jednak profesorowie, którzy mogli mieć poważniejsze powody do obaw niż dziekan Wydziału Lekarskiego. Na pewno dotyczyło to Feliksa Bentkowskiego, bardzo nielubianego przez studentów przed powstaniem. W grudniu „Kurier Polski” wspominał o jego wykładach historii powszechnej jako pełnych fałszu. W styczniu pisała o nich w podobnym duchu „Gazeta Polska”. W początku marca „Nowa Polska” zarzuciła mu, że nie chciał wykonać przysięgi narodowi polskiemu. Bentkowski bronił się w liście, że złożył przysięgę razem z innym profesorami, na co redakcja ripostowała, że „złożeniu jej był przeciwnym w urzędzie municypalnym, a sposób, w jaki się tam odzywał, bardzo niekorzystnie maluje jego chęci względem powstania”1158. Zapewne próbą neutralizowania tej niechęci było złożenie przez Bentkowskiego 1000 złotych na umundurowanie 5 podchorążych lub podoficerów, którzy zostaną awansowani na oficerów, o czym informowała w grudniu gazeta1159.

Obiektem najostrzejszych ataków stał się profesor Zinserling. Po przeniesieniu się Gwardii Honorowej 7 grudnia na teren Uniwersytetu, jedna z gazet informowała o symbolicznym odwecie na znienawidzonym profesorze: „Kancelaria legii założona w biurze cenzury, a główny odwach w sali lekcji p. Zinserlinga”1160. „Polak Sumienny” i „Nowa Polska”, dzienniki o zupełnie odmiennej orientacji, opublikowały w lutym i marcu kompromitujące Zinserlinga dokumenty, które dotyczyły jego współpracy z Szaniawskim i Nowosilcowem1161. W kwietniu „Nowa Polska” wzywała, aby „znieważyciel naszych uczuć, chwalca samowładztwa, szkalownik wolności” został zdymisjonowany1162. Kilka dni po tym artykule prasa donosiła o dymisji Zinserlinga1163.

W kwietniu radykalna „Nowa Polska” generalnie zaatakowała uniwersyteckich profesorów. Jak pisano, jeden Szyrma

ze wszystkich profesorów uniwersytetu, duszą i sercem przyjął rewolucję: stanął na czele śmiałej młodzieży i niedwuznacznymi czynami oświadczył się przeciw naszym ciemiężcom. [...] Nie milczy, nie gra poniżającej, dwuznacznej politycznej roli, gardzi pokątnym, wygodnym na wszelkie wypadki patriotyzmem; jawnie, szlachetnie, jak przystoi każdej pięknej, każdej polskiej duszy, śmiałymi wyrazami, przed mnogimi ziomkami ogłasza nienawiść naszym nieprzyjaciołom, szaleństwo i zbrodnie Mikołajowi, cześć i uwielbienie zwycięskiej ojczyźnie, triumfującej wolności.

Inni profesorowie „przez milczenie tylko są patriotami”, żaden z nich nie przemawiał w czasie „świąt ludu, patriotycznych zgromadzeń” (imiennie wskazano słynącego z wymowy Osińskiego i „rzewnego Brodzińskiego”)1164.

Jeżeli profesorowie rzeczywiście nie przemawiali na patriotycznych wiecach, to jednak część z nich znalazła się w różnych władzach powstańczych. Jako kandydata na ministra oświecenia i wyznań rozpatrywano byłego rektora Szweykowskiego – w końcu stycznia, a następnie w czerwcu1165. W czerwcu wywołało to nawet polemikę ze strony „Nowej Polski”, która uważała, że ksiądz katolicki nie powinien pełnić tego urzędu:

I fanatyzmu nie zarzucamy ks. Szweykowskiemu; jego światło, jego zdrowy rozsądek byłby pewną rękojmią pod tym względem, ale czyż przy najlepszych chęciach zdoła pogodzić powołanie kapłana katolickiego, profesora teologii z powołaniem opiekuna wszelkich opinii, wszelkich wyznań opiekuna. [...] Jeśli godzi się być indyferyntystą w materii religijnej, niechaj nim będzie minister oświecenia.

Autor tekstu twierdził, że Szweykowski powinien zostać biskupem1166. W kwietniu prasa donosiła, że Szweykowski ma objąć Dyrekcję Wychowania w KRWRiOP1167. Ostatecznie 7 lipca Szweykowskiego mianowano radcą kierującym Dyrekcją Wyznań w KRWRiOP i sprawował ten urząd do końca powstania1168. Tego samego dnia Brodziński został wizytatorem generalnym szkół1169.

Profesorowie znaleźli się też we władzach miasta Warszawy. Na zebraniu znaczniejszych obywateli 1 grudnia powołano Rad