Portrety uczonych Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

Spis treści

Wyszukaj


Szukaj w tej publikacji
Szukaj we wszystkich publikacjach

Szukaj
Znaleziono 0 wynik(ów)
PORTRETY UCZONYCH. Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych

 

dr hab. Waldemar Baraniewski
Wydział Historyczny UW/
Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną ASP

 

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter
Wydział Historyczny UW

 

dr hab. Piotr M. Majewski
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Piotr Salwa
Wydział „Artes Liberales” UW

 

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Wojciech Tygielski – przewodniczący
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Marek Wąsowicz
Wydział Prawa i Administracji UW

 

prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydział Fizyki UW

Szanowni Państwo!
Drodzy Czytelnicy!

W 2016 roku będziemy obchodzić jubileusz dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego. Nasz Uniwersytet nie jest jedynie wyższą szkolą, nie jest tylko pracownią uczonych – to środowisko, którego działania w ciągu dwóch wieków polskiej historii stanowiły istotny wkład do wiedzy, kultury, myśli ludzkiej.

Z okazji jubileuszu powstaje seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, w której opisujemy dzieje i dorobek naszej Uczelni oraz przypominamy sylwetki jej najwybitniejszych profesorów.

W syntetycznej formie przedstawiamy również losy oraz architekturę budynków Uniwersytetu, a także zbiory i kolekcje, które są w naszym posiadaniu oraz nad którymi przyszło nam sprawować pieczę. Nie zabraknie też dokumentów ilustrujących różne sfery społecznego oddziaływania Uczelni, a także świadectw życia codziennego naszej społeczności.

Kolejne tomy ukazywać się będą sukcesywnie, od roku 2016. Mamy nadzieję, że spotkają się z Państwa życzliwym przyjęciem i wzbudzą zainteresowanie.

Gaudeamus igitur!

 

Katarzyna Chałasińska-Macukow
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2005–2012

Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego

 

Warszawa, 19 listopada 2012 r.

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Nauki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki ścisłe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(A–Ł)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(M–Ż)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(A–K)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(L–R)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(S–Ż)

 

Poczet Rektorów Uniwersytetu Warszawskiego

 

Gmachy Uniwersytetu Warszawskiego

 

Uniwersytet Warszawski i fotografia 1839–1921
Ludzie, miejsca, wydarzenia

 

Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie 1817–2017
Miscellanea

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

WARSZAWA 2016

Spis treści

 

  1. WSTĘP OD ZESPOŁU REKTORSKIEGO
  2. PRZEDMOWA
     
  3. EDWARD ABRAMOWSKI 1868–1918 (MARIA DĄBROWSKA)
  4. Badacz życia społecznego
  5. CHRYSTIAN PIOTR AIGNER 1756–1841 (WALDEMAR BARANIEWSKI)
  6. JERZY ALEXANDROWICZ 1819–1894 (EDMUND E. JANKOWSKI)
  7. WŁADIMIR PROCHOROWICZ AMALICKI 1860–1917 (ZBIGNIEW J. WÓJCIK)
  8. FRANCISZEK ARMIŃSKI 1789–1848 (JÓZEF BEŁZA)
  9. JAN WINCENTY BANDTKIE 1783–1846 (ANNA ROSNER)
  10. JAN BARANOWSKI 1800–1879 (JAROSŁAW WŁODARCZYK)
  11. FELIKS JAN BENTKOWSKI 1781–1852 (ANDRZEJ KRZYSZTOF GUZEK)
  12. ANTONI BRODOWSKI 1784–1832 (MARIA POPRZĘCKA)
  13. WŁODZIMIERZ BRODOWSKI 1823–1903 (EWA SKRZYPEK)
  14. KAZIMIERZ BRODZIŃSKI 1791–1835 (ELŻBIETA Z. WICHROWSKA)
  15. TYTUS CHAŁUBIŃSKI 1820–1889 (STANISŁAW ZWOLSKI)
  16. BRONISŁAW CHLEBOWSKI 1846–1918 (GRZEGORZ P. BĄBIAK)
  17. Niestrudzony badacz w trudnych czasach
  18. SEBASTIANO CIAMPI 1769–1847 (PIOTR SALWA, WOJCIECH TYGIELSKI)
  19. MICHAIŁ SIEMIONOWICZ CWIET 1872–1919 (WŁODZIMIERZ OSTROWSKI)
  20. TEODOR DYDYŃSKI 1836–1921 (JAN KODRĘBSKI)
  21. JÓZEF ELSNER 1769–1854 (ALINA ŻÓRAWSKA-WITKOWSKA)
  22. Mistrz nie tylko Fryderyka Chopina
  23. KAROL ESTREICHER 1827–1908 (ALEKSANDER BIRKENMAJER)
  24. AUGUSTYN FRĄCZKIEWICZ 1796–1883 (FILIP SULIMIERSKI)
  25. KAJETAN GARBIŃSKI 1796–1847 (ROMAN DUDA)
  26. LUDWIK MAURYCY HIRSZFELD 1814–1876 (MONIKA NOWAKOWSKA-ZAMACHOWSKA)
  27. WŁADYSŁAW EUSTACHY HOLEWIŃSKI 1834–1919 (MARZENA PASZKOWSKA)
  28. HENRYK FRYDERYK HOYER 1834–1907 (HENRYK DOBRZYCKI)
  29. ROMUALD HUBE 1803–1890 (MARZENA PASZKOWSKA)
  30. NIKOŁAJ IWANOWICZ KARIEJEW 1850–1931 (JULIUSZ BARDACH)
  31. Polska i Polacy w jego działalności dydaktycznej i politycznej
  32. Uczeń i mistrzowie
  33. Młody profesor w Warszawie
  34. Wśród polskich przyjaciół
  35. Na rewolucyjnej fali
  36. Lata przedwojenne
  37. ADAM MAKSYMILIAN KITAJEWSKI 1789–1837 (HALINA LICHOCKA)
  38. JULIAN KOSIŃSKI 1833–1914 (RYSZARD W. GRYGLEWSKI)
  39. JAN KOWALCZYK 1833–1911 (JAROSŁAW WŁODARCZYK)
  40. ALEKSANDER JEWGIENIEWICZ LAGORIO 1852–1941 (ZBIGNIEW J. WÓJCIK)
  41. ALEKSANDER ANTONI LE BRUN 1803–1868 (JANUSZ F. NOWAKOWSKI)
  42. JOACHIM LELEWEL 1786–1861 (ANDRZEJ WIERZBICKI)
  43. SAMUEL BOGUMIŁ LINDE 1771–1847 (STANISŁAW DUBISZ)
  44. Leksykograf i akademik, jakobin i lojalista
  45. WACŁAW ALEKSANDER MACIEJOWSKI 1792–1883 (JULIUSZ BARDACH)
  46. ERAZM MAJEWSKI 1858–1922 (WŁODZIMIERZ ANTONIEWICZ)
  47. PAWEŁ ILJICZ MITROFANOW 1857–1920 (CELESTYNA ORLIKOWSKA)
  48. ANTONI OKOLSKI 1838–1897 (HUBERT IZDEBSKI)
  49. LUDWIK OSIŃSKI 1775–1838 (DARIUSZ DZIURZYŃSKI)
  50. O pożytkach i sławie jego profesury
  51. ADOLF PAWIŃSKI 1840–1896 (JULIUSZ BARDACH)
  52. EDWARD PRZEWOSKI 1849–1925 (MONIKA NOWAKOWSKA-ZAMACHOWSKA)
  53. JÓZEF PRZYBOROWSKI 1823–1896 (GRZEGORZ P. BĄBIAK)
  54. Kustosz książki polskiej
  55. FRYDERYK FLORIAN SKARBEK 1792–1866 (ANNA ROSNER)
  56. HENRYK STRUVE 1840–1912 (KAZIMIERZ TWARDOWSKI)
  57. WIKTOR FELIKS SZOKALSKI 1811–1891 (STANISŁAW ZWOLSKI)
  58. MICHAŁ SZUBERT 1787–1860 (TOMASZ MAJEWSKI)
  59. ZYGMUNT VOGEL 1764–1826 (MARIA POPRZĘCKA)
  60. JEGOR JEGOROWICZ WAGNER 1849–1903 (HALINA LICHOCKA)
  61. TEODOR WIERZBOWSKI 1853–1923 (ZBIGNIEW ROMEK)
  62. GEORGIJ FEODOSIJEWICZ WORONOJ 1868–1908 (WACŁAW SIERPIŃSKI, ANDRZEJ SCHINZEL)
  63. Georgij Woronoj. Streszczenie wykładu, wypowiedzianego na Uniwersytecie lwowskim dnia 23 listopada 1908 r.
  64. Georgij Woronoj – Mistrz Wacława Sierpińskiego
  65. AUGUST WRZEŚNIOWSKI 1836–1892 (JÓZEF NUSBAUM-HILAROWICZ)
  66. GEORGIJ (JURIJ) WIKTOROWICZ WULF 1863–1925 (ZBIGNIEW J. WÓJCIK)
  67. WITOLD ZAŁĘSKI 1836–1908 (STEFAN DZIEWULSKI)
  68.  
  69. AUTORZY ESEJÓW
  70. INDEKS NAZWISK
  71. SPIS ILUSTRACJI

Wstęp od Zespołu Rektorskiego

Seria „Monumenta Universitatis Varsoviensis” obejmuje między innymi trzy tomy esejów biograficznych o wybitnych uczonych – profesorach Uniwersytetu Warszawskiego, którzy wyróżnili się osiągnięciami badawczymi oraz odegrali znaczącą rolę w życiu uczelni. Jest to zbiór tekstów o ludziach wyjątkowych, których działalność naukowa, praca dydaktyczna i organizacyjna pozostały w pamięci szeroko pojmowanego środowiska naukowego.

Przy wyborze uczonych do tomów biograficznych brano pod uwagę różne kryteria, w tym: znaczący wkład w naukę, członkostwo w prestiżowych organizacjach polskich i międzynarodowych, obecność biogramów w encyklopediach oraz wcześniejsze publikacje poświęcone życiu i działalności tych osób.

Ostateczna lista nazwisk jest wynikiem długich i szczegółowych dyskusji członków Zespołu Rektorskiego ds. Wydawnictw Jubileuszowych, z udziałem wielu osób spoza tego grona oraz przy uwzględnieniu wniosków wpływających ze wszystkich wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego (także tych, których już nie ma w obecnej strukturze uczelni). Lista obejmuje postacie z całego okresu istnienia Uniwersytetu Warszawskiego, od momentu jego powstania w 1816 roku. Ograniczona jest do osób nieżyjących i zapewne będzie w przyszłości uzupełniana.

Naszym zamierzeniem nie było stworzenie zbioru zwięzłych biogramów typu słownikowego. Chodziło o teksty eseistyczne, pisane często przez bliskich współpracowników danego uczonego, przybliżające czytelnikom jego osobowość, wkład w życie uczelni oraz najważniejsze dokonania intelektualno-naukowe. Przy każdym eseju zamieszczono także standardowy biogram encyklopedyczny.

Ponieważ już wcześniej w różnych wydawnictwach publikowano teksty o znakomitych profesorach Uniwersytetu Warszawskiego, a ich autorami nierzadko byli ludzie równie wybitni (jak w przypadku eseju Witolda Doroszewskiego o Janie Baudouinie de Courtenay’u, Aleksandra Gieysztora – o Marcelim Handelsmanie czy Jerzego Pniewskiego – o Stefanie Pieńkowskim), niektóre z tych tekstów postanowiliśmy przedrukować. Pozostałe szkice przygotowali autorzy wybrani przez nasz Zespół.

Kolejne tomy Portretów uczonych obejmują XIX wiek, okres międzywojenny oraz czasy po II wojnie światowej. W obrębie poszczególnych tomów nazwiska następują w porządku alfabetycznym, nie chronologicznym.

W osobnym tomie znalazły się sylwetki wszystkich rektorów naszej uczelni. Osiągnięcia naukowe wielu innych znaczących postaci zostały omówione również na kartach pozostałych publikacji serii „Monumenta Universitatis Varsoviensis” poświęconych historii Uniwersytetu Warszawskiego oraz dziejom poszczególnych dyscyplin naukowych.

 

Zespół Rektorski
ds. Wydawnictw Jubileuszowych

Przedmowa

Przedstawiamy Czytelnikom pierwszy tom serii „Monumenta Universitatis Varsoviensis” przygotowanej dla upamiętnienia 200-lecia Uniwersytetu Warszawskiego. Tom ten poświęcony jest wybitnym profesorom działającym lub rozpoczynającym swą działalność na naszej uczelni w latach 1816–1915. W grupie tej znalazło się 51 osób reprezentujących nauki humanistyczne, społeczne, ścisłe, przyrodnicze, medyczne i artystyczne. Ich wybór nie był łatwy i wymagał wielu konsultacji. Kryteria i procedurę tworzenia listy wybitnych profesorów Uniwersytetu opisano we wstępie sygnowanym przez Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych.

W latach 1870–1915 zaborca ustanowił Cesarski Uniwersytet Warszawski, w którym zdecydowaną większość profesorów stanowili Rosjanie. Ta rosyjskojęzyczna uczelnia była bojkotowana przez znaczną część polskiej młodzieży. Nie można jednak przemilczeć faktu, że niektórzy rosyjscy profesorowie byli wybitnymi uczonymi. Dlatego też w niniejszym tomie znalazły się także teksty poświęcone wyróżniającym się profesorom-Rosjanom.

Teksty zamieszczone w tomie mają zróżnicowany charakter. Część z nich powstała specjalnie na potrzeby naszego wydawnictwa, niektóre są przedrukiem wcześniejszych publikacji. Staraliśmy się honorować autorskie ujęcie tematu, stąd teksty zarówno eseistyczne, jak i bardziej naukowe, obudowane odnośnikami i przypisami; teksty o charakterze wspomnieniowym i takie, które przybierają formę rozbudowanych biogramów. Uznaliśmy, że różnorodność będzie zaletą publikacji. Jej celem nie jest bowiem tworzenie kompendium wiedzy o konkretnych osobach, lecz przybliżenie zainteresowanym czytelnikom postaci najwybitniejszych przedstawicieli naszego środowiska uniwersyteckiego.

W tekstach będących przedrukami ograniczyliśmy interwencje redaktorskie do minimum, zachowując stosowaną niegdyś składnię i leksykę, uwspółcześniając natomiast w pewnym zakresie ortografię i interpunkcję. Niektóre z tych tekstów przedstawiamy w formie nieco skróconej.

Mamy nadzieję, że prezentowany tom spotka się z zainteresowaniem czytelników i spełni ich oczekiwania.

 

Marek Wąsowicz
Andrzej Kajetan Wróblewski

Edward Abramowski

Urodzony 17 VIII 1868 w Stefaninie (Kijowszczyzna). Studia przyrodnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim (1885) i w Genewie (1886–1889); pracownik Katedry Psychologii UW od 1915.

Filozof, psycholog, działacz społeczny, poeta. Teoretyk anarchizmu i kooperatyzmu; zajmował się problemem podświadomości, którą uznawał za „pamięć utajoną”, bierną, lecz wpływającą na postrzeganie całej rzeczywistości. Działacz „Proletariatu” (1889) i „Zjednoczenia” (1891–1892), współzałożyciel PPS.
Zmarł 21 VI 1918 w Warszawie.

Powszechna zmowa przeciwko rządowi., Kraków 1905; Idee społeczne kooperatyzmu, Kraków 1907; Źródła podświadomości i jej przejawy, Warszawa 1914; Przyczynek do psychologii i myślenia logicznego, Warszawa 1915.

Z. Krawczyk, Socjologia Edwarda Abramowskiego, Warszawa 1965; W. Giełżyński, Edward Abramowski, zwiastun „Solidarności”, Londyn 1986; U. Dobrzycka, Abramowski, Warszawa 1991; M. Augustyniak, Myśl społeczno-filozoficzna Edwarda Abramowskiego, Olsztyn 2006.

MARIA DĄBROWSKA

EDWARD ABRAMOWSKI

1868–1918

 

Badacz życia społecznego*

Mało ludzi zna całego Abramowskiego. Mało ludzi wie, jak dalece wszystkie dziedziny wiedzy i propagandy, którymi się zajmował, łączyły się w nim w harmonijną całość i tworzyły razem przejmująco piękną naukę o człowieku, o jego wartości, o istocie życia i szczęścia.

Abramowski nie tylko pokochał spółdzielczość, ale i uzasadnił przez ścisłe naukowe rozumowanie, któremu trudno cośkolwiek przeciwstawić.

Nasi kooperatyści powinni być dumni. Spółdzielczość, rozwinięta z prostego życiowego doświadczenia ubogich ludzi, przeszła w umyśle Abramowskiego przez ogniową próbę nauki i wyszła z niej zwycięsko. Różni uczeni pisali o spółdzielczości z punktu widzenia nauk społecznych. Lecz nikt nie ujął jej tak głęboko jak Abramowski. Nikt nie wykazał tak mocno jak on, że z ostatecznego przemyślenia życia społeczeństw wynika spółdzielczość i tylko spółdzielczość. W niej zawiera się rozwiązanie zagadnień społecznych, a co za tym idzie – może i zagadnień bytu w ogóle. Z tych też względów kooperatystom polskim nie może wystarczyć poznanie samych tylko spółdzielczych broszur i artykułów Abramowskiego. Powinni poznać o ile możności wszystkie jego dzieła, mimo że są one trudne i wymagają dużego przygotowania naukowego. Nie każdy zrozumie wszystkie wywody naukowe, ale zasadnicze myśli Abramowskiego są wyrażone w sposób tak prosty, że przywrą one do każdej duszy, a nawet zapomniane odnajdą się w potrzebie.

Jeśli chcę tu pobieżnie najgłówniejsze myśli Abramowskiego streścić, to czynię to właśnie, żeby do tego ludzi zachęcić. Nie jestem wcale socjologiem ani psychologiem, tylko zwykłą czytelniczką Abramowskiego. Dzieła jego były jedną z tych rzeczy na świecie, które natchnęły mnie wielkim entuzjazmem dla życia i chciałabym, żeby tego doświadczyli wszyscy.

* * *

Badając zjawiska społeczne, Abramowski stwierdził, że mają one osobliwy charakter, wyróżniający je z pomiędzy wszystkich innych zjawisk i nie pozwalający zaliczyć ich ani do zjawisk fizycznych, ani do zjawisk psychicznych w ścisłym znaczeniu tych słów.

Poza tym widzimy w zjawiskach społecznych trzy rodzaje sprzeczności, które jednak przy bliższym rozpatrzeniu okazują się pozorne.

Z jednej strony podlegają one zwykłej przyczynowości faktów i jako takie mogą być badane naukowo.

Z drugiej strony wymykają się wszelkiej przyczynowości, mogą wchodzić w zakres dowolnego celowego dążenia do zmiany w szeregach przyczynowych, do urzeczywistnienia ideału.

Tę sprzeczność zjawisk społecznych odzwierciedlił w sobie socjalizm. Jest on teorią naukową wynikającą z badania społecznego. Badanie naukowe, jak wiadomo, polega na stwierdzeniu tego, w jaki sposób fakty od siebie zależą i jedne wywołują drugie. Z tego badania mogą być wyciągane wnioski ogólniejszej natury, hipotezy, czyli przewidywania naukowe, teorie naukowe, usiłujące wyjaśnić istotę faktów – prawa naukowe, stwierdzające ich nieubłaganą zależność.

Lecz nie może tu być żadnej dowolności etycznej, żadnego „powinno być”. Czy chemik np. może powiedzieć, że tlen powinien się łączyć z wodorem nie na takich, a na innych zasadach?

A tymczasem socjalizm jest nie tylko teorią naukową, ale i programem życiowym, który usiłuje na przekór prawu przyczynowości badane fakty zmienić, który mówi, „jak powinno być”. Sprzeczność ta znika, gdy zauważymy, co jest początkiem i rodzicielem zjawisk społecznych. Jest nim żywy, myślący człowiek.

Skoro człowiek stwarza zjawiska społeczne, to musi być w nim coś, co samo zjawiskiem nie jest, tak jak matka nie jest dzieckiem, które urodziła.

A więc tak. W głębi nas istnieje ogromnie obszerne i bogate życie podświadome, odbywające się poza myślą, poza świadomością. Tam, w tej niedocieczonej przepaści duszy, rodzi się myśl, z której biorą początek zjawiska społeczne. Tam też jest miejsce na dowolność etyczną, na celowe dążenia, na stawianie ideałów, które nic sobie nie robią z żelaznej przyczynowości faktów. To miejsce niebędące zjawiskiem, ale łożyskiem, z którego zjawiska społeczne powstają, usprawiedliwia też dwoisty charakter zjawisk społecznych i dwoistą metodę socjalizmu.

To, że myśl ludzka jest początkiem, rodzicielką zjawisk społecznych, nadaje im ten odrębny charakter, o jakim wspomniałam na początku.

Weźmy np., że gdzieś w danym miejscu leży ukryte złoto. Nie jest ono zjawiskiem społecznym. Jest zjawiskiem fizycznym. Lecz gdy stanie się przedmiotem naszego pożądania, naszej potrzeby, więc naszej myśli, gdy się tak uduchowi – wtedy przemienia się na zjawisko społeczne.

Tak samo nasz smutek, np. wynikający z poczucia, że jesteśmy chorzy i nie mamy się za co leczyć lub że mamy kłopoty majątkowe, nie jest jeszcze zjawiskiem społecznym. Jest zjawiskiem psychicznym, duchowym. Dopiero gdy rodzi się myśl o środkach zaradczych i gdy wskutek tej myśli zbudowane zostaną rzeczowe instytucje, takie jak np. Kasa Chorych lub Prawo Cywilne – Sądy itd. – nasz smutek stał się zjawiskiem społecznym. Widzimy więc, że zjawiska społeczne są to zjawiska i fizyczne, i psychiczne, które jednak przestały być jednym i drugim. Dotknęła je myśl ludzka i przemieniła w nową rzecz, w rzecz społeczną.

Myśl uspołecznia zjawiska.

Owa odrębność, którą im wtedy nadaje, jest znów jednak dwoistej, jakby sprzecznej natury. Wszystkie rzeczy społeczne mają teraz w sobie w jakiś sposób i charakter duchowy – są przeżyciem duchowym naszym – i przedmiotowy – są instytucjami, jakby niezależnymi od nas, wywierającymi nawet na nas czasem swój nacisk. Wynika to znów stąd, że my sami, każdy z nas, jesteśmy twórcami tych zjawisk. Matka nie jest dzieckiem, które urodziła, istnieje ono w stosunku do świata i do niej samej jako odrębna, obiektywna (rzeczowa) siła – lecz zarazem czyż nie jest z nim związana bardziej nierozerwalnymi więzami niż ktokolwiek inny?

Zjawisko społeczne ma też takie dwa oblicza. Jednym, rzeczowym, zwraca się do świata, do wszystkich, przychodzi do nas z zewnątrz, drugim, poufnym, komunikuje się z sercem i sumieniem każdego z nas i odzwierciedla tylko i tylko potrzeby, pragnienia każdego z nas.

Abramowski odrzucił teorię abstrakcyjnej, oderwanej od żywych ludzi „duszy zbiorowej” – świadomości ogólnej. Teoria ta widziała w powstawaniu zespołów grup ludzkich początek zjawisk społecznych. Jakby z chwilą złączenia się ludzi zjawiało się coś trzeciego, niezależnego od każdego z nich, co każe im tak lub tak dążyć.

Abramowski powiedział, że w duszy każdego z nas istnieje jako coś istotnego potrzeba uspołecznienia się zjawisk i ona to wywołuje potrzebę tworzenia wszelkich zbiorowości. Lecz początek, narodziny, jakby powiedzieć minimum (najmniejsza ilość) każdego zjawiska społecznego jest w każdym z nas i tylko w każdym z nas.

Na mocy swych studiów psychologicznych Abramowski potem pogłębił tę swoją teorię zjawiska społecznego. Znalazł mianowicie, że wszystkie fakty społeczne zawierają w sobie substancjalną część Istoty Bytu – jakby część ideału, do którego dążymy. W takim razie to poufne, osobiste oblicze każdego zdarzenia społecznego byłoby łączeniem się ludzkiej duszy z duszą świata i rzeczy. Tworzenie zjawisk społecznych byłoby częścią naszego spółdziałania z duszą świata, z Bogiem.

Mimo wszystko jednak trudno nie przyznać, że choć początkiem zjawisk społecznych jest osobista jaźń każdego z nas, to między osobistymi stanami duchowymi a ich obliczem społecznym istnieje jakby stosunek części do całości, nie będącej żadną z tych składowych części. A więc będących jakby czymś trzecim, jakby tą właśnie odrzuconą duszą zbiorową. I tej sprzeczności Abramowski znajdzie rozwiązanie. Bo jeśli zjawisko społeczne jest zarazem i syntezą (całością) świadomości osobistych (indywidualnych) i zarazem wyklucza z siebie wszelką obcą naszej świadomość to dlatego, że owa świadomość społeczna jest niczym innym, jak naszą świadomością osobistą (indywidualną).

„Zjawisko społeczne jest tą rzeczą, w której objawia się tożsamość ludzi między sobą”, jedność substancji ludzkiej.

W tej swojej analizie (rozbiorze, rozpatrzeniu) zjawisk społecznych Abramowski przywrócił radosne, wysokie i odpowiedzialne stanowisko jednostce ludzkiej, a jednocześnie związał tę jednostkę ze społeczeństwem, bardziej niż ktokolwiek inny, nierozerwalnie, bezwarunkowo.

Nie jesteśmy pionkami tajemniczej „zbiorowości”; my sami, każdy z nas, tworzymy tę zbiorowość – bo tylko przez nią, przez jej błędy, pokuty, odkupienia, zwycięstwa i klęski, dążyć możemy do naszych ludzkich ideałów.

* * *

Widzimy więc, że Abramowski w dwoistości, w sprzecznościach cechujących zjawiska społeczne znalazł właśnie wytłumaczenie ich, znalazł właśnie Harmonię.

Jest to możliwe dzięki temu, że źródłem zjawisk społecznych są żywi ludzie, w których istnieje nie tylko myśl, ale i głęboki, podziemny nurt życia podświadomego, niepodlegający wyrozumowanej przyczynowości.

Wskutek tego zjawisk społecznych nie można rozpatrywać tylko w ich wzajemnym do siebie stosunku, ale zawsze także i w stosunku do żywego człowieka.

To zaś nakłada znów surowe obowiązki na wszystkich, którzy chcą przebudować stosunki społeczne.

Bo przekształcać życie społeczne trzeba nie wyłącznie na drodze przeprowadzania wniosków, wynikających z rozumowego badania przyczynowości, ale i na drodze uwzględniania lub wytwarzania rzeczywistych potrzeb śród żywych ludzi.

Rozumowanie znakomicie nam pomaga do poznania, a nawet do przekształcenia rzeczywistości, lecz samo rzeczywistością nie jest.

Należy pamiętać, że pojęcia wyrozumowane nie mogą się tworzyć inaczej, jak uogólniając i oczyszczając rzeczywistość z jej cech życiowych (konkretnych). Przedmioty życia, w swej różnolitej barwności, nie są zdolne do poddania się prawom logicznego myślenia.

Pojęcie rozumowe możne się utworzyć tylko w ten sposób, jeżeli usuniemy sobie sprzed oczu większość cech z różnych życiowych faktów, a zostawimy tylko niektóre cechy wspólne im.

Na przykład chcąc utworzyć pojęcie o robotniku najemnym, musimy usunąć ze swej pamięci różnobarwne cechy życia robotników prawdziwych. Nic już nas nie obchodzi, że są robotnicy rolni, górnicy, metalowcy, tkacze.

Nic nas nie obchodzi, że życie każdego z nich to jest cały odrębny świat. Nas obchodzi teraz tylko jedna cecha, która im jest wspólna.

Tą cechą jest fakt, że wszyscy oni wynajmują swoją pracę przedsiębiorcy w zamian za określone wynagrodzenie.

Ten jeden fakt wystarcza nam do utworzenia pojęcia Robotnik najemny. Robotnik najemny, wytwór naszego umysłu, nie odpowiada całkowicie ani robotnikowi rolnemu, ani górnikowi, ani żadnemu innemu, a jednak po trosze odpowiada im wszystkim.

Z prostych pojęć tworzymy wyższe pojęcia. A im wyżej, im dalej jesteśmy w krainie pojęć – tym dalej jesteśmy od prawdziwego życia.

Lecz te oderwane pojęcia wynikły z prostszych, które jednak wyszły z gorących spraw życia.

Otóż, idąc za myślą Abramowskiego-psychologa, możemy powiedzieć, że pojęcia wyrozumowane zawierają ślad rzeczywistego życia – i właśnie tego śladu nie wolno zapominać nigdy, jeśli nie chcemy popaść w złudzenie, które nam każe brać wytwory naszego umysłu za całkowite odbicie i poznanie rzeczywistości.

Gdy ulegniemy temu złudzeniu, dostajemy się w niebezpieczną władzę doktryny, to jest prawdy wyrozumowanej.

Ta władza, zdradliwsza od wszystkich opętań serca, sprawia złośliwie, że gotowi jesteśmy zaprzeczać faktom, które się dzieją na świecie, jeśli nasze rozumowanie ich nie przewidziało.

Od doktrynerstwa w myśleniu krok jeden do dogmatyzmu w życiu. Z prawdy wyrozumowanej wyprowadzamy cel i naginamy do niego życie społeczne.

Tymczasem przedmiotem życia nie są dogmaty, a żywi ludzie z ich zmiennymi potrzebami.

Teorie nie mogą stwarzać ani urabiać życia. Przeciwnie, to ono samo, bogate i różnorodne życie, jest twórcą teorii. Biada nieszczęśliwym ludziom, gdy działacze społeczni chcą odwracać te role.

Wystarczy natomiast o tym pamiętać, że pojęcia nie są życiem, żeby móc się nimi posługiwać z wielką dla życia korzyścią. Taki stosunek do spraw przebudowy życia społecznego musiał skłonić Abramowskiego do krytyki oficjalnego (urzędowego) socjalizmu, trzymającego się uporczywie doktryny rewolucji socjalnej, dyktatury proletariatu i państwa socjalistycznego.

Według Abramowskiego przyszłość świata nie idzie w ogóle w kierunku coraz to większego rozwoju państwowości. Ustrój narodów oparty na przymusie państwowym jest wynikiem wybujania rozumowego w stosunku do życia.

Ten pogląd Abramowskiego zdaje się być potwierdzony przez fakt, że największy rozwój idei państwowości mamy w wieku osiemnastym, zwanym wiekiem oświecenia i będącym czasem panowania oschłego rozumu.

Ideały, których roznosicielem jest socjalizm w rozumieniu Abramowskiego, wyrażają się w głębokiej, zasadniczej przebudowie moralności osobistej człowieka – w ofiarowaniu następnie ludziom możności i swobody rozwoju osobistego (indywidualnego) – tak, żeby życie było bogate, barwne, różnorodne, wspaniałe. Żeby „swobodnie mógł się urzeczywistniać ten idealny wzór życia, jaki każdy z nas nosi w sobie”.

Tego wszystkiego nie da się uzyskać za pomocą rozszerzenia opatrznościowej roli państwa. Przymus państwowy nie może bowiem ani wywołać zasadniczej przebudowy moralności ludzkiej, ani rozszerzyć wolności ludzi, „która jest ledwo zaczęta”, ani też popierać i wywoływać wzmożenia różnorodności życia.

Przeciwnie, państwo strychuje indywidualności (osobniki), narzuca różnym „mniejszościom” jeden wspólny wzór życia i pilnuje policyjnie, by tego wzoru przestrzegano.

Takie postępowanie – zapewne wielu względami usprawiedliwione, jest cechą nieodłączną państwa i chociaż w pewnych wypadkach te cechy państwa mogą się okazywać konieczne – nie należy bynajmniej dążyć do ich rozszerzenia na całe nasze życie. To zaś miałoby miejsce w państwie socjalistycznym, będącym tylko państwem absolutystycznym (samowładnym) na wywrót.

Potwierdzenie stronic książki Socjalizm a państwo, w których Abramowski o tym mówi, zjawiło się po jego śmierci w postaci urzeczywistnienia takiego socjalistycznego państwa w Rosji.

Istnieje tam szpiegostwo, policja budząca postrach ludzi, krwiożercza armia, instynkty zaborcze, kaźnie, terror, prześladowania polityczne, wszystko to samo, co istniało za samowładnej, burżuazyjnej Rosji; mimo zmienionych ról – gra się ta sama sztuka. Dusza ludu nie została przebudowana, chociaż ta przebudowa była na pewno intencją (zamiarem, pobudką) twórców rewolucji. Lecz wybrano złą drogę.

* * *

Natomiast urzeczywistnienie tych swoich ideałów społecznych Abramowski widzi w dobrowolnych zrzeszeniach, które skupiają ludzi dla zaspakajania takich lub innych, ale zawsze rzeczywiście istniejących i rzeczywiście wspólnych im potrzeb.

Życie współczesne jest widownią niezmiernego rozwoju takich dobrowolnych zrzeszeń.

Świadczą one wszystkie o tym, że samopomoc społeczna może brać najróżniejsze dziedziny życia w swoje ręce i prowadzić je bez pomocy i bez kontroli państwa.

Często te same dziedziny życia, które są w zawiadywaniu państwa, jednocześnie biorą w swe ręce grupy społeczne.

Niezależnie od doktryn, życie, zdaniem Abramowskiego, idzie w kierunku zmniejszenia zakresu działalności państwa, jego kurczenia się na rzecz zorganizowanej, dobrowolnej działalności społeczeństwa.

Trafny instynkt życiowy sprawia, że wszystkie te próby są wszędzie witane z niezmierną radością, z głębokim poczuciem, że są one właściwym krokiem na właściwej drodze.

Zarazem wszystkie zjawiska zorganizowanej samopomocy społecznej świadczą o tym, że w społeczeństwach istnieje oczywista twórcza siła, która jest w stanie ludzi zespalać mocniejszym kitem niż państwowy, skoro trzyma się on bez nakazów i policyjnej kontroli.

Siłą tą jest solidarność, uczucie jak najbardziej właściwe gatunkowi ludzkiemu, chociaż tak bardzo zadeptane w obecnym życiu świata.

Uczucie zdrowe i prawe, podpowiadające naszym sercom głęboką prawdę o naszej tożsamości (jedności – braterstwie) z innymi ludźmi. Solidarność w pojęciu Abramowskiego jest czymś o wiele bardziej rzeczywistym niż walka klas, ten sztuczny wytwór nastrojów państwowych, otaczających opieką jedne klasy przeciw drugim.

* * *

Śród dobrowolnych zrzeszeń dążących do polepszenia bytu mas, zrzeszenia spożywców są według Abramowskiego tymi, które bezpośrednio wiodą do urzeczywistnienia i tego typu ludzkiego, i tego ideału życia społecznego, jaki on w swych dziełach narysował.

W samej rzeczy spółdzielczość w osobliwy sposób pasuje do wszystkich jego myśli.

Nie jest ona odległym dogmatem rewolucji socjalnej, lecz jest jakby codziennym dniem tej rewolucji. Jest tu, pomiędzy nami, pozwala nam tworzyć nowe życie na każdym miejscu i o każdej dobie.

Nie jest oparta na wyrozumowanej teorii, tylko na rzeczywistych potrzebach życia. Nie troszczy się o to, czy jest dosyć prawowita w stosunku do teorii socjalizmu, bo jest najprawdziwszym socjalizmem życia, dążącym do konkretnego polepszania bytu i kultury mas pracujących.

Spółdzielczość, tak samo jak idee Abramowskiego, pełna jest pozornych sprzeczności i w nich właśnie znajduje rozwiązanie zagadnień gospodarczych i społecznych.

Czy nie jest pozorną sprzecznością to, że im więcej kupuje kto w stowarzyszeniu, tym więcej sam oszczędza?

Czy nie jest pozorną sprzecznością to, że robotnik pracujący w fabryce, należącej do kooperatywy, może być jednocześnie najemnikiem i swoim własnym przedsiębiorcą?

Że przywracając jakby naturalną gospodarkę obywania się bez kupców, bez pośredników, stowarzyszenie spożywców przybiera formę taką, jak kapitalistyczne przedsiębiorstwo.

Że pobierając rynkowe ceny, kooperatywa niweczy jednak wszelkie pojęcia zysku. Wszystkie te sprzeczności świadczą, że jest ona zjawiskiem życiowym, a nie teoretycznie wyrozumowanym.

A nareszcie, czyż kooperacja nie przylega szczelnie do Abramowskiego idei o tożsamości ludzi w zbiorowości? Tej idei, pełnej pozornych sprzeczności i oczywistej harmonii?

Czy spółdzielnia nie jest właśnie tą instytucją, w której każdy z nas w swoich braciach poznaje siebie?

W tej dziwnej organizacji, pilnując swojego interesu, jednocześnie popieram wszystkich. Praca dla innych nie wymaga poświęceń osobistych, miłość bliźniego i miłość siebie zostaje sprowadzona do swej naturalnej jedności – a do tego właśnie dąży przyszłość.

* * *

Spółdzielczość została zorganizowana na wzór państwowości demokratycznej .

Lecz wziąwszy od ustroju państwowego, tak samo jak od ustroju kapitalistycznego, to, co w nich było dobrego, nie przejęła żadnej z jego złych stron.

Łącząc i organizując ludzi do opanowania życia zbiorowego nie na drodze przymusu, ale na drodze dobrej woli i życiowego interesu – czyni ona człowieka bardziej przedsiębiorczym, bardziej twórczym, bardziej odpowiedzialnym, samodzielniejszym i bogatszym duchowo.

Jednym słowem z biernego pionka zbiorowości, jakim usiłuje go zrobić wyrozumowany stosunek do życia, przekształca każdego na wolnego twórcę życia.

Rzeczpospolita spółdzielcza odda i spożycie, i produkcję rzeczy potrzebnych do życia nie w ręce państwa – lecz w ręce połączonych ze sobą stowarzyszeń różnego typu, urzeczywistniając komunizm, lecz w sposób nieskończenie bardziej giętki, wnikliwy, zgodny z różnolitością życia – niźli to uczynił komunizm państwowy.

Że ten komunizm spółdzielczy jest bardziej zgodny z prawdziwą, życiową sprawiedliwością społeczną – to o tym znowu może świadczyć przykład bolszewizmu rosyjskiego, tej tragicznie mocnej próby wyjścia w przyszłość. Jego pierwsza faza była to, jak wspomniałam, krańcowa państwowość socjalistyczna.

Rząd sowietów chciał wchłonąć w siebie i zniszczyć ruch spółdzielczy – a kończy na tym, że kooperatywom powierza dziś całą organizację handlu.

Profesor Gide stwierdza to po swoim powrocie z Rosji i przytacza słowa Lenina, „nie pozostaje nam do zrobienia nic innego, jak uczynić nasz naród dostatecznie cywilizowanym, aby zrozumiał korzyści kooperacji i umiał ją organizować: to jedno wystarczy”.

* * *

Lecz czy spółdzielczość w najdalszym swym rozwoju może nam zastąpić państwo w zupełności?

Abramowski, który tak gorąco zwalczał doktrynerstwo, nie mógł sam stać się doktrynerem absolutnej niepotrzebności państwa – bo to by prowadziło znów do idei przymusu, do burzenia państwa brutalną siłą.

Abramowski uważał za możliwe, że pewna ograniczona forma państwa będzie konieczna w najdalszej przyszłości. Ze będzie to zapewne państwo zredukowane (skurczone) na rzecz rozwiniętego życia spółdzielczego – do granic, „jakie mu konieczność dziejowa danej epoki wyznaczy”.

W swoim programie Rzeczpospolitej Spółdzielczej Abramowski nawet określa te przypuszczalne granice państwowości jako ochronę niepodległości narodu i bezpieczeństwa publicznego.

Początkowo krańcowo bezpaństwowa tendencja (dążność) Abramowskiego złagodniała też następnie pod wpływem studiów psychologicznych, kiedy mianowicie doszedł do przekonania, że w każdym zjawisku jest coś z Istoty Rzeczy, z Substancji, tworzącej świat.

Dzięki temu fragmenty (ułamki) jednych ustrojów przechodzą w następne, niby nieśmiertelne mosty zgody między przeszłością i przyszłością.

Abramowski z entuzjazmem oczekiwał nadejścia państwa polskiego, którego nie doczekał. Wiedział, że jest ono bezwarunkowym atrybutem (nieodłączną cechą) niepodległości narodowej. Wyobrażał sobie, że będzie ono giętkie, zdolne do stosowania się do rozrostu życia społecznego.

A mnie się zdaje, że pojęcie o państwie i życiu społecznym, jakie miał Abramowski, właściwe jest każdemu myślącemu głębiej o tych sprawach Polakowi, i to od wielu, wielu wieków.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: M. Dąbrowska, Życie i dzieło Edwarda Abramowskiego, Warszawa 1925, s. 12–21. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

Chrystian Piotr Aigner

Urodzony w 1756 w Puławach. Studia odbył w Rzymie; profesor architektury UW (1817–1818).

Architekt, teoretyk klasycyzmu, generalny budowniczy Królestwa Polskiego. Do jego największych osiągnięć należą: projekt kościoła Najświętszej Marii Panny w Puławach, gmach Mennicy Warszawskiej i kościół św. Aleksandra w Warszawie.
Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie (od 1812).
Zmarł 8 II 1841 we Florencji.

Nowa cegielnia., Łowicz [s.d.]; Rozprawa o świątyniach u Starożytnych i o słowiańskich..., „Roczniki TPN” 1811; Rozprawa o guście w ogólności, a w szczególności w architekturze..., „Roczniki TPN” 1812; Budowy kościołów..., Warszawa 1825.

T. Jaroszewski, Chrystian Piotr Aigner, architekt warszawskiego klasycyzmu, Warszawa 1970; Aigner P. Ch. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 34–35.

WALDEMAR BARANIEWSKI

CHRYSTIAN PIOTR AIGNER

1756–1841

 

„Trudno wyznaczyć Aignerowi miejsce w ogólnym nurcie klasycyzmu europejskiego – pisał Tadeusz S. Jaroszewski, pierwszy monografista architekta. – Oczywiście znajdzie się w rzędzie architektów związanych studiami i twórczością z antykiem i architekturą Palladia, osiągając pozycję bardzo wybitną, ale niełatwo znaleźć tak długowiecznemu artyście jako odpowiednik innego reprezentującego te same lub podobne wartości”1. Wychowany w epoce stanisławowskiej, wchodził w życie zawodowe w okresie gwałtownych przemian politycznych, kulturowych i artystycznych.

Urodził się w Puławach jako syn stolarza dworu Czartoryskich. Brzmienie nazwiska wskazuje na niemieckie pochodzenie rodziny. W księgach parafii włostowickiej, gdzie został ochrzczony, pisownia nazwiska nie była wyraźnie ustalona. Zamiennie pisano: Ajgner, Eigner, Eygnier. Niewiele, niestety, wiemy o młodzieńczych latach przyszłego architekta i jego edukacji. Na jednym z wczesnych zachowanych rysunków znajduje się notatka, zapisana ręką Stanisława Kostki Potockiego, że to: „premier dessin de Mr Aigner pour lors sous la Direktion du Cte Stanislas Potocki en 1778”. Może to świadczyć – jak twierdził Jaroszewski – że Potocki, sam autorytet w dziedzinie architektury, uważał się za nauczyciela Aignera. W tym też momencie rozpoczyna się długoletnia współpraca młodego, zdolnego twórcy z wybitnym mężem stanu, politykiem, kolekcjonerem i mecenasem sztuk. Potocki wspomagał Aignera, finansując studia we Włoszech i wprowadzając w krąg zamożnych zleceniodawców. Aigner towarzyszył też Potockiemu w jego podróżach do Włoch, gdzie studiował antyczną architekturę i sztukę. W 1786 roku spędzili razem ponad miesiąc w Neapolu i dwa w Rzymie. Obecność Aignera u boku Potockiego pozwalała na „podjęcie wspólnych studiów in situ, według metody określonej przez Pilawitę: «mes idées que je lui fait dessiner»”2. Robili liczne wycieczki po okolicy, gdzie „szkicowali jakieś motywy, a wieczorem Aigner, po powrocie do domu, opracowywał przywiezione szkice”. Złożyły się one na zaginiony dziś album rysunków ze wspólnej podróży. Po powrocie z Rzymu razem zaprojektowali neopalladiańską fasadę warszawskiego kościoła św. Anny. Inicjatywa i koncepcja wyszły od Potockiego, Aigner wykonał projekt i sprawował nadzór nad budową. Stworzenie nowej, parawanowej elewacji gotycko-barokowej świątyni wiązało się z szerszymi planami Potockiego „modernizacji” krajowych kościołów i „reformy architektury” w dążeniu „do stylistycznej czystości, «prawdy i szczerości» konstrukcji, uznanych za zasady antyku”3. Była to pierwsza w praktyce Aignera monumentalna realizacja, uznana za najwybitniejszy przykład recepcji wzorów palladiańskich w architekturze polskiego klasycyzmu. Był to zarazem najokazalszy przykład nowego modusu stylistycznego, nowego języka architektury, kształtującego się w kręgu dworu Stanisława Augusta. Dzięki tej realizacji Aigner stał się znanym i cenionym architektem, stosującym indywidualną klasycystyczną stylistykę, o wyraźnych włosko-antycznych odniesieniach. Tym samym zróżnicował obszar stylistycznych inspiracji, wskazując na inne, niż lansowany na dworze królewskim, francuskie wzorce artystyczne.

Współpraca z Kostką Potockim została przerwana na kilka lat z powodu przymusowej emigracji Potockiego po klęsce kampanii 1792 roku. Podczas insurekcji kościuszkowskiej Aigner, pracując jako budowniczy wojskowy, został członkiem Departamentu Uzbrojenia i Lazaretów w Komisariacie Wojskowym. Popularność przyniósł mu opublikowany w 1794 roku poradnik Krótka nauka o pikach i kosach przez Obywatela Piotra Aignera, w którym pisał m.in. o „użyciu kos od trawy i sieczki, ażeby w czasie niebezpieczeństwa krajowego do obrony, a w czasie pokoju do gospodarstwa brane być mogły”4.

Po upadku Rzeczpospolitej Aigner związał się z dworem Czartoryskich w rodzinnych Puławach, najwybitniejszym w tym czasie porozbiorowym ośrodkiem życia kulturalnego. Jako generalny doradca księżnej Izabeli w sprawach architektury, dokonał zasadniczej przemiany kształtu puławskiej rezydencji. Według jego planów powstała Świątynia Sybilli (1798–1802) – pierwsze muzeum – „gdzie miały być złożone prawdziwie sybilijskie księgi pamiątek historycznych, godła i wróżby przyszłości”. Obok świątyni stanął Domek Gotycki (ok. 1809) „niepospolitego kształtu, szczególny i wytworny w zewnętrznych i wewnętrznych ozdobach swoich”, jeden z pierwszych na ziemiach polskich przykładów nowych, romantycznych nurtów kultury. Z inicjatywy księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego wzniesiono rotundowy kościół nawiązujący do rzymskiego Panteonu. Aigner pracował też przy modernizacji pałacu Czartoryskich oraz projektował pałacyk Marynki dla Marii z Czartoryskich ks. Wirtemberskiej, córki Adama Kazimierza i Izabelli. Księżna Czartoryska znalazła w Aignerze wybitnego realizatora jej romantycznej wizji ukształtowania puławskiej rezydencji jako centrum wielkiego krajobrazowego założenia, w którym naturalnie formowane plany tworzyć miały widokowe perspektywy w stronę Kazimierza i Góry Puławskiej, gdzie Aigner zaprojektował romantyczny pałacyk.

Prace dla Czartoryskich przyniosły Aignerowi uznanie i pozycję wybitnego twórcy. Jego protektor i opiekun Stanisław Kostka Potocki chwalił księżnę Izabellę, że przyozdobiła Puławy „gmachami przynoszącymi niemały zaszczyt budownictwu naszemu; między którymi Gotycki zamek i kościół Tyburtyńskiej Sybilli pierwsze trzymają miejsce. Walczy z nimi o piękność kościół puławski, który Xiążę Czartoryski postawić kazał; a te trzy budowy wzniesione przez rodaka naszego Piotra Aignera mieszczą go w rzędzie pierwszych architektów czasów naszych”5.

O pozycji, którą osiągnął, świadczy fakt, że niemal równolegle z pracami dla Puław wykonywał projekty dla innych możnych zleceniodawców. Przygotował plany (niezrealizowane) gigantycznej przebudowy pałacu ordynackiego w Zamościu dla Stanisława Zamoyskiego. Nawiązał też kontakt z księżną Izabelą Lubomirską, dla której wykonał szereg prac przy zamku w Łańcucie. Jego dziełem jest m.in. nowa oranżeria (1802), zamkowy teatr, Sala Balowa, Wielka Jadalnia (1802–1805) oraz tzw. Zameczek w parku i glorietta (1810). W 1803 roku, na mocy spisanego z ks. Izabellą kontraktu, Aigner objął stanowisko architekta nadwornego, ale bez zobowiązań stałego pobytu w Łańcucie, co pozwalało mu na inne, intratne zatrudnienia. Na miejscu prace przy zamku dozorował współpracujący z nim wybitny sztukator – Fryderyk Bauman. W jego osobie znalazł Aigner najlepszego wykonawcę swych projektów. Razem stworzyli w Łańcucie najwybitniejszy zespół wnętrz klasycystycznych o pięknych formach, proporcjach i perfekcyjnym wykonaniu. Dziełem Aignera była także wielka przebudowa elewacji całego zamku w duchu romantycznego neogotyku, największa tego rodzaju realizacja początku XIX wieku na ziemiach polskich. Praca dla tak wymagającej, ale i niezwykle hojnej, zleceniodawczyni ugruntowała sławę Aignera w środowisku polskiej arystokracji. Stale patronował mu też Kostka Potocki, we współpracy z którym przebudował wnętrza pałacu w Wilanowie i Natolinie.

Aigner był nie tylko czynnym architektem, ale prowadził też badania w zakresie historii architektury, jej źródeł i nomenklatury. Był członkiem Towarzystwa Królewskiego Warszawskiego Przyjaciół Nauk i autorem szeregu rozpraw ogłaszanych drukiem, w tym: Budownictwo wiejskie z cegły glino-suszonej z plantami chałup wiejskich, stosownie do gospodarstwa narodowego (1791), Rozprawa o świątyniach u Starożytnych i o słowiańskich... (1811), Rozprawa o guście w ogólności, a w szczególności w architekturze... (1812). W 1810 roku przedstawił na posiedzeniu Towarzystwa projekt pomnika Kopernika jako hołdu dla wielkiego uczonego. W tym też okresie Aigner po raz pierwszy związał się ze szkołą wyższą, zostając profesorem architektury cywilnej i wojskowej w Szkole Aplikacyjnej Artylerii i Inżynierii6. Wiemy też o projektach powierzenia mu w 1811 roku katedry architektury na Uniwersytecie Wileńskim, ostatecznie niezrealizowanych. W roku 1812, po zamknięciu Szkoły Aplikacyjnej, Aigner wyjechał do Włoch i wszystko wskazuje na to, że tu widział swą zawodową przyszłość. W 1814 roku został członkiem rzymskiej Akademii św. Łukasza, co było prestiżowym uhonorowaniem jego pracy i osiągnięć. Niestety brakuje nam danych o tym okresie jego aktywności i zawodowych planach.

W 1815 roku, gdy powstawało Królestwo Polskie, Chrystian Piotr Aigner od ponad trzech lat mieszkał w Rzymie. Z inicjatywy Kostki Potockiego podjęto starania o sprowadzenie go do kraju, gdzie nowa sytuacja polityczna i gospodarcza otwierała nowe możliwości dla znanego z wcześniejszej aktywności architekta. Zachował się list Aignera do jego protektora, w którym nie bez żalu godzi się na powrót z Włoch: „Lubo przywykły już do tego słodkiego klimatu – pisze – przez czteroletnie mieszkanie zamierzałem sobie resztę dni moich tu spokojnie przepędzić, przestając na tym tylko, co mnie Opatrzność z prac moich udzieliła. Ale kiedy za poważną protekcją Pana Dobrodzieja JWielmożny Namiestnik powołuje mnie na usługi kraju naszego, tym się z ochotą poświęcam i natychmiast wyjeżdżam, abym jak najprędzej osobiście u nóg Pana Dobrodzieja i JWielmożnego Namiestnika podziękowanie moje złożył i rozkazy od nich odebrał. Ale na tak daleką drogę, przy stracie różnych rzeczy, których z sobą nie mogę zabrać, finanse moje nie pozwalają, przeto zanoszę prośbę do łask JWPana Dobrodzieja, abyś mi zwrot tej podróży wyrobić raczył, o co usilnie proszę”7.

Potocki, skłaniając Aignera do powrotu do kraju, doskonale wiedział, że nowe, rozbudowane struktury władzy Królestwa Polskiego wymagały reprezentacyjnych siedzib dla swych urzędów. Odpowiednich siedzib wymagały także władze miejskie, nowe instytucje finansowo-gospodarcze, kulturalne, naukowe, policyjno-penitencjarne, wojskowe. Aigner przyjechał do Warszawy prawdopodobnie pod koniec roku 1816. W tym też czasie (dokładnej daty nie znamy) otrzymał nominację na Budowniczego Jeneralnego, zajmując wysoką funkcję w tworzonej od podstaw administracji Królestwa. Jedno z pierwszych zamówień, jakie otrzymał, dotyczyło nowego gmachu dla powołanego właśnie Uniwersytetu. Jego projekt, znany z zachowanego szkicu, przypomina w układzie bryły, planie i stylu późniejszy Pawilon Sztuk Pięknych (1820), wzniesiony według projektu Michała Kado. Brak dokumentów archiwalnych, zniszczonych w czasie ostatniej wojny, nie pozwala na precyzyjne określenie zakresu prac projektowych Aignera, wykonanych dla Uniwersytetu. Bez wątpienia – jak zakłada Jaroszewski – miał duży wpływ „na ukształtowanie wyrazu plastycznego nowo wznoszonych budowli”8. Potwierdzić to mogą słowa Juliana Ursyna Niemcewicza, który zanotował w Pamiętnikach... pod datą 25 listopada 1816 roku: „Na przyszły rok na tymże placu Kazimirowskim stanąć ma pyszny gmach architektury Aignera na tenże Uniwersytet”9.

Związki Aignera z Uniwersytetem dotyczyły nie tylko prac przy rozbudowie uczelni. Wspierany wciąż przez Stanisława Kostkę Potockiego, wówczas ministra oświaty, otrzymał w początku 1817 roku katedrę architektury na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego. Opracował wtedy (znany nam tylko z relacji Józefa Bielińskiego) pierwszy program nauczania architektury na Uniwersytecie, czyli Rys krótki planu nauki architektury w szkole głównej10. Dzielił w nim, wzorem znanych sobie szkół artystycznych, nauczanie architektury na dwie równoległe części: „elementarną” i „praktyczną”. W części pierwszej – obejmującej wiedzę teoretyczną i historyczną – profesor „obejmuje całą sztukę i podzieliwszy naukę na kurs jednoletni i dwuletni, daje uczniom w pierwszym roku naukę początkową geometrii zastosowaną do architektury; wykłada historię budownictwa od jego pierwiastków, wskazując w budowach pierwszej potrzeby zasady sztuki; też same wszędzie jej istotne części zacząwszy od rozkładu chat prostych i różnych domków stosowanych do potrzeb gospodarstwa krajowego, aż do gmachów okazałych – idąc za wzrostem sztuki i udoskonalenia się kolejnem do stopnia, do którego doszła u starożytnych. [...] Podaje przepisy proporcji części między sobą i względem całego ogółu. O porządku rozmaitym stylu, o ozdobach, ich przyzwoitości i guście”. Na drugim kursie wykłady obejmowały naukę planowania, zasady konstrukcji oraz materiałoznawstwa. W części „praktycznej” nauczanie dotyczyło umiejętności rysowania. „Nauka ta potrzebuje długiego i ciągłego ćwiczenia, wprawy i pracy, a zatem codziennych kilku godzin. Wychowańcy nabierać mają najczyściejszego gustu, rysować ostrą dokładnością najdrobniejsze ozdoby starożytne”. Naukę, podobnie jak w Akademii św. Łukasza, miały kończyć konkursy, wyłaniające najlepszych, nagradzanych stypendiami na dalsze studia w Rzymie. „Potrzebne są popisy – pisze Aigner – a dla pilnie przykładających się i celujących zachęcenia i nagrody, zwłaszcza gdy licznie tyle postąpią, iż nareszcie będą mogły być zadawane im przedmioty do konkursów. Potrzebne jest z czasem okazującym niepospolity talent, po otrzymaniu wielkiego premium wysyłanie ich za granicę mianowicie do Rzymu”.

Przygotowany przez Aignera program nauczania określał też personalne i techniczne potrzeby nowego zakładu naukowego. Miał się on składać z czterech pracowników, w tym z „pierwszego profesora”, podległego mu nauczyciela rysunków i dwóch pracowników pomocniczych – „dozorcy modeli i papieru” oraz „bedela czyli posługacza”. Pierwszy z nich miał sprawować pieczę nad należącymi do Wydziału modelami gipsowymi jako podstawą dydaktyki artystycznej. Według Aignera mógłby to być „jakowy stateczny już artysta” służący pomocą nie tylko techniczną. „Jego Włosi nazywają custode – pisał. – Ten sam może być do sali malarstwa, rzeźbiarstwa itd., jeżeli sale te są bliskie”.

Praca dydaktyczna i nauczanie architektury na Uniwersytecie stanowiły tylko drobną część aktywności zawodowej Aignera w Warszawie. Można nawet założyć, wykorzystując skąpe informacje, że zatrudnienie na uczelni kolidowało z jego ambitnymi planami twórczymi. W ciągu kilku lat Aigner zrealizował szereg monumentalnych gmachów, zmieniając architekturę miasta i nadając jej zdecydowanie klasycystyczny charakter. Można powiedzieć, że dopiero w czasach Królestwa Polskiego realizował się ambitny projekt Potockiego „reformy architektury”, a urzeczywistniał go nowymi realizacjami właśnie Aigner. Według jego projektu powstały: nowy gmach mennicy na ul. Bielańskiej (1817–1821), Dom Jarmarczny na terenie Marywilu i kościół św. Andrzeja przy ul. Senatorskiej oraz pobliski Dom Petyskusa (1819). Prace, skoncentrowane w okolicach nowego ratusza, wprowadzały nową, klasycystyczną stylistykę architektury, widzianą jako oficjalna forma reprezentacji władzy. Podobny charakter nadał Aigner reprezentacyjnej siedzibie Namiestnika Królestwa Polskiego, generała Józefa Zajączka. W latach 1818–1819 gruntownie przebudował na ten cel barokowy pałac Radziwiłłów przy Krakowskim Przedmieściu, odkupiony przez rząd Królestwa i przeznaczony na reprezentacyjną siedzibę namiestników. Pałac – jak donosiła warszawska prasa – „należy do rzędu najpiękniejszych” i jest „jedną z pierwszych ozdób Przedmieścia Krakowskiego. Facjata korpusu od przodu zupełnie została zmienioną w architekturze porządku korynckiego i przyozdobioną wspaniale kolumnami, pilastrami, rzeźbą wklęsło-wypukłą, balustradą i posągami kamiennymi [...]. Facjata pałacu od ogrodu urządzona jest w guście architektury rustico w rodzaju rzymskim z wielką galerią kolumn porządku doryckiego”11. Z inicjatywy namiestnika Zajączka Aigner przystąpił w 1820 roku do przebudowy dzwonnicy kościoła Bernardynów i budynku klasztornego. Po 30 latach zakończył klasycystyczną przebudowę tej części Krakowskiego Przedmieścia, tworząc monumentalne ramy dla swojej wcześniejszej fasady kościoła św. Anny. Na wiosnę 1821 roku wybudowano arkadowy łącznik między fasadą a dzwonnicą, zamykając całość w spójną kompozycję, powszechnie podziwianą i uznaną za jedną z ozdób stolicy. Dziełem wieńczącym twórczą aktywność Aignera w Warszawie był kościół św. Aleksandra, wzniesiony w latach 1818–1825 na rozdrożu Złotych Krzyży. Klasycystyczna rotunda, stanowiąca w intencji twórcy miniaturę rzymskiego Panteonu, miała otrzymać wezwanie św. Aleksandra, na pamiątkę „cara oswobodziciela”.

Jako Budowniczy Jeneralny Aigner wykonywał też szereg drobniejszych prac i projektów. Główne jego dzieła zmieniły oblicze Warszawy i na długie lata ukształtowały jej pejzaż architektoniczny. Także opinia publiczna doceniała dzieła Aignera. „Gazeta Warszawska” w październiku 1819 roku obszernie opisywała główne jego realizacje, składając hołd ich autorowi: „Plany, rysunki i wykonanie wspomnianych wyżej publicznych gmachów i placów polecone były przez JO. Księcia Imci Namiestnika Królestwa JP. Piotrowi Aignerowi Budowniczemu Jeneralnemu Królestwa Polskiego, Członkowi Towarzystwa Królewskiego Warszawskiego Przyjaciół Nauk, któremu Książę Namiestnik Królewski raczył za starania jego i pracę oddać najchlubniejsze pochwały”.

Skala prac projektowych i budowlanych, realizowanych też poza Warszawą, nie sprzyjała zaangażowaniu w pracę dydaktyczną na Uniwersytecie. Nie bez znaczenia był także trudny charakter architekta, nierespektującego uczelnianych obowiązków. Józef Sierakowski, sprawujący kuratorię nad Wydziałem, tak pisał o Aignerze do Kostki Potockiego we wrześniu 1817 roku, komentując jego nieobecność na Radzie Wydziału: „Jeden tylko Aigner nie raczył przybyć i znowu będzie chimeryczył, dziwaczył i prawdziwy jest Turbator Chori. W przeszłym roku nikt z lekcji jego nie korzystał, bo taką godzinę wybrał, że nikt przychodzić nie mógł, nie opuszczając nauk jeszcze potrzebniejszych”12. Komisja Rządowa WR i OP brała w obronę słynnego architekta, ale ostatecznie został skłoniony do złożenia rezygnacji. W piśmie z dnia 27 czerwca 1818 roku do Rady Ogólnej Uniwersytetu Warszawskiego informował o złożeniu profesury „dla słabości zdrowia”13. Co – biorąc pod uwagę jego zaangażowanie twórcze – było honorowym wyjściem z coraz trudniejszych i absorbujących obowiązków na uczelni.

W roku 1821 zmarł przyjaciel i protektor Aignera, Stanisław Kostka Potocki. W warszawskim środowisku architektów coraz wyraźniej dominował młody i ambitny Włoch Antonio Corazzi. To jemu powierzył Stanisław Staszic prestiżową realizację nowej siedziby Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Aigner po zakończeniu budowy kościoła św. Aleksandra wyjeżdża z Warszawy do Krakowa, próbując tam znaleźć miejsce dla swych pomysłów. Przed opuszczeniem stolicy w 1825 roku publikuje w warszawskiej drukarni Józefa Węckiego ostatnią pracę o charakterze badawczym i wzornikowym zarazem: Budowy kościołów... Aigner proponuje w niej nową, polską terminologię architektoniczną, która miała zastąpić „terminologię dziwaczną i popsutą w ustach naszych mularzy, z obcych języków braną”, oraz podaje cztery wzorcowe projekty kościołów utrzymane w surowych formach stylu doryckiego, różniące się planowaną wielkością świątyni. Dzieło to podsumowuje jego pracę i idee Kostki Potockiego zmierzające do „reformy architektury”, uporządkowania polskiego pejzażu architektonicznego i nadania mu racjonalnych i zarazem modularnych form, których źródłem miała być tradycja klasyczna: „Sztuka budownicza zdaniem najbieglej szych pisarzy i znawców – pisze – uważana jest za sztukę co do proporcji i ozdób od starożytnych ukończoną. Późniejsi, chcąc coś przydać lub zmienić, nie tylko nie przydali piękności, ale kształty jej istotnie skazili. W każdym wieku, w którym gust poprawiać się zaczynał, uznawano konieczną potrzebę powrócenia do wzorów starożytnych”14.

Pobyt w Krakowie, o którym wciąż wiemy mało, nie spełnił oczekiwań Aignera. W 1827 roku opuścił ziemie polskie i wyjechał już na stałe do Włoch. Warszawska prasa informowała o tym szczegółowo, wiążąc ten wyjazd z nowymi planami, o których zapewne informował sam Aigner. „Kurier Warszawski” z 6 września 1827 roku donosił, że „IP. Piotr Aigner znany w Warszawie budowniczy” wyjeżdża do Włoch „gdzie przedsięwziął starownie wydać dzieło z rycinami, opisujące wszystkie kościoły i gmachy tak publiczne, jako też prywatne, wystawione w Królestwie Polskim według jego rysu”. Projektu tego jednak nie zrealizował. Aigner początkowo zamieszkał w Rzymie, gdzie utrzymywał żywe kontakty z Polakami. Był częstym gościem w salonie Ankwiczów, gdzie poznał Mickiewicza, Krasińskiego, Odyńca15. Około roku 1837 osiadł we Florencji. Ostatnie lata jego życia pozostają nierozpoznane przez badaczy. Zmarł 8 lutego 1841 roku. Nie wiemy, gdzie został pochowany.

SECT-ID LINK

1T. S. Jaroszewski, Chrystian Piotr Aigner. Architekt warszawskiego klasycyzmu, Warszawa 1970, s. 56. Książka jest zmienioną wersją pracy doktorskiej, przygotowywanej w Instytucie Historii Sztuki UW, na seminarium prof. Stanisława Lorentza i zakończonej w 1962 roku. Jest to do dziś jedyna monografia Aignera, stąd też w niniejszym tekście korzystam głównie z ustaleń prof. Tadeusza Jaroszewskiego. Zweryfikowałem część materiałów archiwalnych, co pozwoliło na odwołania do źródeł, ale podstawą pozostały ustalenia prof. Jaroszewskiego. Jeśli nie wskazuję innych źródeł, to znaczy, że odwołuję się do jego pracy.

2J. Polanowska, Stanisław Kostka Potocki (1755–1821). Twórczość architekta amatora przedstawiciela neoklasycyzmu i nurtu picturesque, Warszawa 2009, s. 41; również kolejne cytaty.

3Ibidem, s. 121.

4Korzystałem z wydania: Warszawa, w Drukarni Rządowej 1831, s. 23.

5S. K. Potocki, Pochwały, mowy i rozprawy..., cz. 2, Warszawa 1816, s. 662.

6A. Rottermund, Jean-Nicolas-Louis Durand a polska architektura i połowy XIX wieku, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk–Łódź 1990, s. 57.

7AGAD, Arch. Publ. Potockich 271. Listy do Hrabiego Stanisława Potockiego...; list po raz pierwszy cytuje T. S. Jaroszewski, op. cit., s. 32.

8T. S. Jaroszewski, op. cit., s. 214.

9J. U. Niemcewicz, Pamiętniki 1809–1820, t. II, Poznań 1871, s. 311.

10J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. III, Warszawa 1912, s. 564–566.

11Ten i kolejny cytat za: „Gazeta Warszawska” 1819, nr 80, 5 X.

12AGAD, Arch. Publ. Potockich 265, t. VI, k. 10; list cytuje T. S. Jaroszewski, op. cit., s. 313.

13Księga Protokołów Rady Ogólnej Uniwersytetu Warszawskiego 1817–1819, oprac. R. Gerber, Warszawa 1958, s. 120.

14Budowy Kościołów. Część Pierwsza Zamykająca cztery Proiekta Kościołów Parafialnych różney wielkości w dziewięciu Tablicach przez Piotra Aignera Budowniczego Jeneralnego Rządowego, Towarzystwa Królewskiego Warszawskiego Przyjaciół Nauk, Rzymskiey Akademii S.Ł. Umiejętności i Sztuk Pięknych Członka, wydane w Warszawie, w drukarni Józefa Węckiego 1825, s. 1.

15Zygmunt Krasiński często wspominał o Aignerze w swojej korespondencji. W liście do Adama Sołtana, pisanym 20 października 1836 roku, notuje: „Śniło mi się, że Aigner umarł?”, por. Z. Krasiński, Listy do Adama Sołtana, oprac. Z. Sudolski, Warszawa 1970, s. 116.

Jerzy Alexandrowicz

Urodzony 1 I 1819 w Kumieciszkach (powiat kalwaryjski). Studia przyrodnicze na Uniwersytecie Petersburskim (zakończone w 1843); pracownik Akademii Medyko-Chirurgicznej (1857–1862); pracownik Szkoły Głównej (1862–1869); pracownik UW (1869–1879); doktorat tamże (1871).

Botanik, specjalista w zakresie pszczelnictwa, znawca florystyki i fenologii; wybitny pedagog (mistrz m.in. Józefa Rostafińskiego i Leona Nowakowskiego).
Dyrektor Ogrodu Botanicznego w Warszawie (1864); współtwórca Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego (1884); założyciel pierwszej w Polsce Szkoły Ogrodniczej; założyciel Ogrodu Pomologicznego w Warszawie; dyrektor Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie (1887); członek komitetu Wielkiej Encyklopedii Rolniczej.
Zmarł 13 I 1894 w Warszawie.

O siemiejstwie wierieskowych rastienij, s osobiennym issliedowanijem swojstwiennych St. Pietierburgskoj florie, Petersburg 1844; O chorobach zbóż, a w szczególności pszenicy, Warszawa 1861; Urządzenie Szkoły Ogrodniczej Prywatnej w Warszawie, Warszawa 1880.

Alexandrowicz J. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 68–69.

EDMUND E. JANKOWSKI

JERZY ALEXANDROWICZ*

1819–1894

 

Niekoniecznie trzeba być wielkim wynalazcą, myślicielem lub filantropem, żeby na wdzięczność współziomków zasłużyć.

Niewątpliwie potrzebni są społeczeństwu ludzie, którzy mu wskazują nowe drogi lub nieznane przed nim odkrywają horyzonty myśli i czynu. Obok nich jednak muszą istnieć daleko liczniejsze zastępy pracowników, umiejących sumiennie i wytrwale spełniać liczne posługi, niezbędne do utrzymania w biegu wielkiej i skomplikowanej machiny życia narodu.

W każdej większej fabryce, obok inżynierów naczelnych, niezbędni są majstrowie do kierowania pracą codzienną i prowadzenia oddziałów robotników pod swoją komendą. Podobnież i w dobrze urządzonym społeczeństwie, powinni istnieć ludzie, których w ogóle zwiemy użytecznymi w społeczeństwie. Oni to właśnie zazwyczaj wcielają w czyn nowe idee tych niezwykłych synów Ducha Bożego, których udziałem jest przyświecanie pochodowi ludzkości po ciemnej i zawiłej drodze postępu. Do nich to należy spełnianie części zadania o wiele trudniejszej, niż wydanie z siebie pomysłu, który przecież dla głów genialnych jest częstokroć rezultatem jednej szczęśliwej chwili. Wszak nieraz łatwiej jest rzucić szczęśliwy pomysł masom i wskazać im drogę postępowania, a nawet dokonać nowego wynalazku, niż pomysły te wykonać, drogi nowe przystępnymi uczynić, wynalazki w codziennym życiu zastosować. Łatwiej napisać czarującą nawet powieść, aniżeli mozolną pracą, dziesiątki lat trwającą, kształcić młode pokolenia. Łatwiej jest również inicjować użyteczne dla ogółu instytucje, niż je do życia powołać i byt ich utrwalić. Na koniec także łatwiej jest kochać ludzkość w pięknie wygłaszanych lub pisanych frazesach, niż miłość tę okazywać jednostkom, choćby dajmy na to, dopomagając zachętą, książkami, łyżką strawy lub protekcją niejednemu młodzieńcowi do wykształcenia się na użytecznego człowieka.

Ukochany przez ogół dawnych, a licznych swych uczniów, sympatyczny całemu społeczeństwu naszemu, „książę Jerzy” jest właśnie jednym z wybitniejszych ludzi, o których mówiliśmy, tj. członków społeczeństwa pożytecznych, pracowników nieznużonych aż do ostatnich lat żywota, wreszcie protektorów młodzieży, przez wszystkich szanowanym i cenionym. Sam przydomek, który mimowolnie z pod pióra nam się zesunął, nadany dawno, dawno, czcigodnemu prezesowi i dziekanowi przez jego uczniów, jeszcze w b. gimnazjum realnym, który do niego przyrósł, i pod którym jest znany, wymownie świadczy o popularności, jaką się cieszy sympatyczna postać prof. Alexandrowicza wśród naszego ogółu.

Zarzuty czynione przez niektórych społeczeństwu, że ono wdzięcznym być nie umie, najczęściej są niesłuszne. Pomiędzy pojedynczymi ludźmi ta niecnota dosyć jest pospolitą, lecz człowiek zbiorowy rzadko się myli w ulokowaniu swej wdzięczności, czci lub nawet hołdu. Owszem, odmierza on każdemu ściśle według zasług swoje nagrody, sympatią jednak tych tylko obdarza, którzy potrafią ująć jego zbiorowe serce dobrocią, łagodnością, wyrozumiałością i w ogóle miłością, okazywaną bliźnim przy spełnianiu swych obowiązków.

Ta właśnie powszechna sympatia była bodźcem do świetnego obchodzenia w dniu dzisiejszym 50-lecia profesorskiej działalności Jerzego Alexandrowicza, na rok bieżący przypadającej. W jubileuszu wezmą udział przedstawiciele naszej inteligencji we wszystkich jej odłamach, głównie jednak znajdą się tam ogrodnicy, leśnicy, pszczelarze i farmaceuci – im bowiem zasłużył się w długiej swej a świetnej karierze szanowny jubilat szczególnym sposobem.

Nie mam zamiaru kreślić tu szczegółowo życiorysu szanownego dziekana, chociażby dlatego, że całkowitego i bezwzględnego sądu nie wydaje się o człowieku, póki on żyje. Muszę jednak przytoczyć przynajmniej kilka dat i faktów z długiej tej a pożytecznej działalności, by nazwisko jubilata wdrożyć w umysły tych, którzy go nie znają, tj. młodszego pokolenia: szczegóły te zresztą mogą dla niejednego posłużyć jako zachęta w chwili rozpoczęcia walki z życiem o chleba kawałek i dobre imię wśród ludzi. Jubilat nasz wyszedł z maluczkich, ale przy pomocy bożej i własnej wytrwałej pracy wysoko zaszedł. Zasada: „Pracuj człowiecze, a Bóg ci dopomoże”, znalazła w nim świetne potwierdzenie.

Urodził się Jerzy Alexandrowicz w roku 1819 w sam Nowy Rok, w Rumieciszkach, w pow. kalwaryjskim, z niezamożnych i niewydatne stanowisko społeczne zajmujących rodziców. Ukończył uniwersytet w Petersburgu w roku 1843, jako kandydat nauk przyrodniczych, ze złotym medalem za rozprawkę o roślinach wrzosowatych – i niezwłocznie niemal rozpoczął wykłady swe, jako profesor nauk przyrodniczych w gimnazjum realnym warszawskim. Jednocześnie też wykładał anatomię w ówczesnej szkole sztuk pięknych.

W roku 1857 w świeżo otwartej Akademii medyko-chirurgicznej powierzono profesorowi katedrę zoologii, botaniki i anatomii. Tu potrafił pozyskać sympatię licznego grona lekarzy, dziś już do starszej zaliczonych generacji.

W roku 1862 na Alexandrowicza padł wybór wykładania botaniki w Szkole Głównej, przy czym jednocześnie został mianowany dyrektorem ogrodu botanicznego. Tym sposobem jednocześnie staje się popularnym wśród przyrodników, medyków i aptekarzów, którzy wszyscy słuchają jego barwnych i pełnych humoru wykładów – niektórych z nich napełnia grozą pod egzaminami, lecz w tej samej chwili chwyta za serce na licznych botanicznych wycieczkach, w których jak brat starszy ze studentami postępuje. Wycieczki te rozbudzają ducha badań w takich, znanych później z najlepszej strony botanikach, a uczniach jubilata, jak Franciszek Kamieński, Leon Nowakowski i Józef Rostafiński.

To jedna strona ówczesnej działalności Alexandrowicza. Współcześnie jednak, jako dyrektor ogrodu botanicznego, który ze śmiercią swego twórcy, Szuberta, mocno podupadł, przywraca mu dawną świetność, a nawet rozwija szeroko tę instytucję, styka się też po raz pierwszy bezpośrednio z miejscowym kółkiem ogrodniczym i bierze je niejako w opiekę, by dotąd stale orędować mu i przewodzić. Zapoznaje się również z samym ogrodnictwem, dopomaga czynnie do wykwalifikowania Hipolita Cybulskiego, Franciszka Szaniora, niżej podpisanego i wielu innych, jest wreszcie głównym (z kasztelanem Leonem Dembowskim) założycielem Ogrodu Pomologicznego i jego dyrektorem aż do roku 1886.

Po zamianie Szkoły Głównej na Uniwersytet, zalecono profesorom, niemającym stopnia doktora, by się oń w ciągu lat dwóch postarali. Nie bardzo już młody jubilat bierze się z zapałem do nowej pracy; wykonywa liczne wycieczki po kraju, bada samodzielnie, hodując je i pod mikroskopem, grzyby, które za przedmiot rozprawy swej obrał, poznaje całą współczesną literaturę przedmiotu i nareszcie wydaje poważną i piękną książkę pt. Budowa i rozwój zarodka u Śluzowców (Myxomycetes), która pozyskała mu stopień doktora botaniki, a zarazem zaszczytne imię wśród mikologów zagranicznych.

W chwilach swych wolnych, jako rozrywkę traktując, zajmował się też szanowny dziekan (bo go fakultet tym stopniem wyższości obdarzył) hodowlą pszczół, a jednocześnie brał czynny udział w zarządzie spółki jedwabniczej. Gruntowny znawca obyczajów pszczoły, wyuczył cały zastęp młodych ogrodników pszczelarstwa i przedmiot ten wykładał zarówno w szkole ogrodniczej, jak w Muzeum Pszczelniczym na Koszykach. Nie przeszkadzało mu to wszystko miewać odczytów publicznych, był organizatorem zjazdu leśników i licznych wystaw rolniczych. Należał również do komitetu wielkiej Encyklopedyi rolniczej, w której mnóstwo artykułów z botaniki jego jest pióra.

Powróćmy jednak do ogrodownictwa, bo ono stanowi najświetniejszą kartę w księdze pożytecznej działalności jubilata. Wyjednał tedy w tej dziedzinie pozwolenie na otwarcie w Warszawie Szkoły Ogrodniczej, jego nazwisko noszącej, której ustawę niżej podpisany ułożył. Wystarał się dla niej o fundusze drogą składek wśród zamożnych przedstawicieli naszego społeczeństwa, był dyrektorem i zarazem profesorem w tej szkole, wreszcie w roku 1886 musiał ją zamknąć, przestawszy być dyrektorem ogrodu Pomologicznego, który dla szkoły stanowił niezbędne pole doświadczalne i pomieszczenia jej udzielał.

Około roku 1881 powstał pomiędzy postępowymi ogrodnikami projekt założenia Towarzystwa Ogrodniczego w Warszawie. Ustawę opracował Władysław Kaczyński, po czym była ona poprawiana przez całe grono osób tym się zajmujących. O zatwierdzenie wystąpili do władzy: Jerzy Alexandrowicz, Piotr Hoser ojciec i pułkownik Kuczyński.

W roku 1884 Towarzystwo Ogrodnicze Warszawskie uzyskało sankcję najwyższą, a prezesem jego na pierwszym posiedzeniu obrano jednogłośnie Alexandrowicza, na którym to wybitnym stanowisku pozostaje on do tej chwili, służąc Towarzystwu gorliwie czasem swoim, pracą, wiedzą i stosunkami. Kilka lat temu obrano go też i członkiem honorowym Towarzystwa.

Nie dosyć na tym. Po śmierci Stanisława Przystańskiego wybrano jubilata na dyrektora Muzeum Przemysłu i Rolnictwa; jest on też prezesem właścicieli listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego.

Wśród wielu dodatnich rysów charakteru szanownego dziekana, niewątpliwie najpiękniejszym jest troskliwa opieka nad uczącą się młodzieżą. Znacznej liczbie przyrodników i ogrodników dopomógł do wykształcenia się w zawodzie, zwłaszcza wyjednywając im wpływami swoimi stypendia i zapomogi. W gościnnym domu pp. Alexandrowiczów można było stale w porze obiadowej zastać jednego lub dwóch studentów, którzy zasiadali do wspólnego stołu, niby członkowie tej rodziny, ogrzani jej ciepłem, ujmowani jej delikatnością. Niemała część zasługi za to zacne postępowanie spływa na czcigodną małżonkę jubilata, od lat wielu do swego fotela chorobą przykutą. Dobroć, słodycz i uprzejmość dla wszystkich tej matrony na każdym, kto się do niej zbliżył, niezatarte pozostawiały wrażenie.

Kończę ten szkic jedną jeszcze uwagą. Marzeniem wielu ludzi, ciężko w życiu pracujących, jest odpoczynek na stare lata. Jednakże, gdy ten upragniony odpoczynek pozyskają, przekonywają się zwykle, że szczęścia w nim nie ma. Przeciwnie nawet; organizm nawykły do czynności i pracy obowiązkowej, przeszedłszy w stan spokoju, rdzewieje niejako, psuje się. Występują rozliczne dolegliwości, często urojone i imaginacją podniecane, a resztka życia wlecze się w nudzie, apatii i goryczy.

Szanowny jubilat nasz takiej emerytury sobie nie udzielił, chociaż zasłużył na nią lepiej od wielu innych. Można go i dziś jeszcze znaleźć późnym wieczorem nad artykułami do Wielkiej Encyklopedyi ogólnej lub referatami, nie mówiąc o osobistym współdziałaniu w kierownictwie tych kilku instytucyj, których jest przewodnikiem. Oby ta owocna działalność dobrego, pożytecznego i miłego wszystkim człowieka trwała jeszcze długie lata.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Tygodnik Illustrowany” 1893, nr 179, s. 347–349. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

Władimir Prochorowicz Amalicki

Urodzony 1 VII 1860 we wsi Stariki (gubernia wołyńska). Studia przyrodnicze na Uniwersytecie Petersburskim (1879–1883); magisterium* tamże (1887); pracownik Uniwersytetu Petersburskiego (1886–1890); pracownik UW (od 1890); doktor** geognozji (1892); pracownik Politechniki Warszawskiej od 1904.

Geolog, mineralog, wybitny pedagog; zwolennik tezy o jedności świata roślinnego i zwierzęcego w Eurazji i Afryce okresu permu, odkrywca szczątków gadów nazwanych przez niego dwinozaurami (Dvinosauri) i kotlassiami (Kotlasii primi).
Kustosz gabinetu geologicznego Uniwersytetu Petersburskiego, dyrektor Politechniki Warszawskiej (1908); organizator laboratorium patologicznego w Warszawie.
Zmarł 28 XII 1917 w Kisłowodzku (Kraj Stawropolski).

Otlożenija piermskoj sistiemy Oksko-Wolżskogo bassiejna (Niżegorodskaja gubiernija), St. Petersburg 1887; Matierialy k poznaniju fauny piermskoj sistiemy Rossiji (miergielisto-piesczanyje porody Oksko-Wolżskogo bassiejna), St. Petersburg 1892; Ueber Anthracosien der Perm-Formation Russlands, „Paleontographica” 1892, t. XXXIX; Raskopki ostatkow pozwonocznych w 1889 g. w piermskich otlożenijach siewiera Rossiji, Warszawa 1900.

S.W. Pietuchow, Władimir Prochorowicz Amalicki – życie dla sprawy (w 150. rocznicę urodzin), „Ewolucja” 2011, nr 4, s. 57–72.

* rosyjski odpowiednik europejskiego doktoratu
** rosyjski odpowiednik doktora habilitowanego

ZBIGNIEW J. WÓJCIK

WŁADIMIR PROCHOROWICZ AMALICKI

1860–1917

 

Władimir Prochorowicz Amalickij – tak w transkrypcji na język polski winno się zapisać nazwisko jednego z najbardziej znanych profesorów Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Zwykle jednak skracamy ten zapis, zarazem go spolszczając, i piszemy: Władimir Amalicki. O tyle jest to uzasadnione, że jego przodkowie mieli należeć do polskiej szlachty wołyńskiej. O sobie praktycznie nigdy nie pisał. Jako rosyjski urzędnik państwowy: profesor Uniwersytetu w Warszawie (od 1890), a później dyrektor (rektor) tutejszego Instytutu Politechnicznego Mikołaja II (od 1908), gorliwie realizował wielkoruską politykę w Priwislanskim Kraju. Wybitne miejsce w nauce zajął dzięki swoim pracom geologicznym i paleontologicznym prowadzonym w miejscach posługi profesorskiej, choć gromadził materiały terenowe głównie na północy europejskiej części Rosji. Był szczególnie wrażliwy na postępy w nauce najzdolniejszych, niezależnie od ich narodowości. Szczęśliwie się złożyło, że na uczelniach Warszawy pracował w tym czasie, gdy podobnymi cechami charakteru legitymował się inny przedstawiciel nauk geologicznych – Aleksander Lagorio (1852–1941). Razem z krystalografem Georgijem Wulfem stworzyli tu przodujący ośrodek naukowy w skali europejskiej i kilkunastu ich uczniów było w latach późniejszych profesorami szkół wyższych rosyjskich oraz polskich. Przez ich uczelniane pracownie przewinęło się wielu Polaków, studentów i absolwentów uczelni rosyjskich i zachodnioeuropejskich (m.in. Jan Czarnocki, Mieczysław Limanowski, Jan Samsonowicz, Józef Siemiradzki). Było to dla nich tym ważniejsze, że gabinety geologiczne i mineralogiczne tych dwóch zakładów były dobrze oprzyrządowane i zaopatrzone w porównawcze kolekcje, a zbiór kręgowców permskich znad Małej Siewiernoj Dwiny był wręcz wyjątkowy.

Ze skąpych informacji biograficznych, jakie mamy o Amalickim, wynika, że urodził się 1 lipca 1860 roku we wsi Stariki w Żytomierskiem. Imię ojca – Prochor – zdaje się świadczyć o tym, że nie czuli się Polakami. Zapewne w Żytomierzu ukończył szkołę średnią, znaną z wysokiego poziomu nauczania przyrodniczego, ale i dużej liczby uczących się miejscowych Polaków. Znał język polski od dzieciństwa, co później ułatwiało mu kontakty w czasie pracy w Warszawie (1890–1915). Czując się Rosjaninem, nie żywił niechęci do Polaków. Był jednak bardzo gorliwym urzędnikiem. Zapewne dlatego w 1905 roku został dotkliwie pobity na ulicy w Warszawie.

W latach 1879–1883 studiował nauki przyrodnicze na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie też uzyskał kandydaturę nauk przyrodniczych, magisterium i doktorat (1892). Po studiach pozostał na uczelni jako członek ekspedycji gleboznawczej Wasilija Dokuczajewa do guberni Nowogrodzkiej, co zaowocowało stosowną monografią wraz z mapą geologiczną (1887). Gdy w 1890 roku prof. Jan Trejdosiewicz odszedł z Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego na emeryturę, Amalicki – zapewne za namową Dokuczajewa – zgodził się na przejęcie katedry geologii i paleontologii tej uczelni. Z pewnością nie traktował tego jako wyróżnienia, bo marzył o pracy na stołecznej uczelni, a Warszawę w Rosji traktowano jak głęboką prowincję.

W Warszawie podjął wykłady, wtedy jeszcze jako magister, obok Aleksandra Lagoria – mineraloga i petrografa – autora znakomitych prac, mającego już ucznia Georgija Wulfa, wybitnego krystalografa. Amalicki również miał szczęście do uczniów. Wyróżnili się swoimi osiągnięciami m.in.: Stanisław Karczewski, Piotr Koroniewicz, Jan Lewiński, Paweł Prawosławlew, Borys Reihbinder, Feliks Rutkowski, Aleksandr Skrinnikow, Józef Sioma, Dmitrij Sobolew, Konstanty Wołłosowicz. Zatem Polacy i Rosjanie. Jeden z nich – Lewiński – w przyszłości (po 1915) miał pracować w tym samym gabinecie co Amalicki.

Paweł Prawosławlew, jako jedyny z wymienionych, nie prowadził badań terenowych na terenie Kongresówki. Dyplom ukończenia studiów uzyskał on w 1898 roku, po czym jako stypendysta Amalickiego oraz laborant w gabinecie geologicznym (1901–1909) uzupełniał swą wiedzę w Austrii, Niemczech, Szwajcarii i Francji. Magisterium uzyskał w 1909 i tego roku podjął pracę w głębi Rosji.

Dmitrij Sobolew ukończył studia w 1899 roku na podstawie rozprawy o geologii Gór Świętokrzyskich, z którymi na lata związał swoje badania. Amalicki zatrudnił go w gabinecie mineralogicznym Instytutu Politechnicznego (1899–1915), lepiej wyposażonym niż gabinet uniwersytecki. Po ewakuacji do Rosji w czasie I wojny światowej zrazu tułał się z tą uczelnią (Niżny Nowgorod, Rostow), a później został profesorem geologii na uniwersytecie w Charkowie.

Z Polaków Jan Lewiński ukończył uczelnię w 1898 roku, broniąc rozprawy o amonitach jurajskich. Szans na pozostanie na uczelni nie miał. Amalicki wyjednał mu możliwość współpracy z Komitetem Geologicznym w Petersburgu. Jednocześnie Lewiński prowadził Pracownię Geologiczną w Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, świadczącą usługi dla rolnictwa i kopalnictwa mineralnego, a także wykładał w Towarzystwie Kursów Naukowych. Miał formalne kłopoty w okresie międzywojennym, gdyż kierował katedrą uniwersytecką, a nie miał doktoratu. Obronił się wtedy na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

Losy dwóch innych wychowanków Amalickiego potoczyły się inaczej. Konstanty Wołłosowicz wywodził się ze zruszczonej rodziny z Mińszczyzny; ojciec był popem. Gdy podejmował studia geologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, był już absolwentem prawosławnego seminarium duchownego – m.in. dlatego korzystał ze specjalnego stypendium przyznawanego Rosjanom za podjęcie nauki w Warszawie. W Kongresówce szybko znalazł się w polskiej nielegalnej organizacji i, po jej wykryciu, trafił na zesłanie do Archangielska. Ponieważ był to teren badań Amalickiego nad kręgowcami kopalnymi, mistrz zlecił mu prowadzenie systematycznych studiów w obszarze przebywania, umożliwiając w ten sposób przygotowanie rozprawy kandydackiej, którą Wołłosowicz obronił w Warszawie, korzystając ze specjalnej przepustki. W 1897 roku ukazała się ona w czasopiśmie związanym z Uniwersytetem. To prawda, że czasy Mikołaja II były stosunkowo liberalne w Rosji, ale tego typu działania wymagały od Amalickiego dużego wysiłku. Nie wszystkie jego zamierzenia kończyły się sukcesem. Jednym z najlepszych jego studentów na Uniwersytecie był Stanisław Karczewski (1878–1954). Kandydaturę uzyskał w 1901 roku na podstawie opisu fauny karbońskiej Dąbrowskiego Zagłębia Węglowego. Pozostał w katedrze geologicznej jako asystent do 1905 roku, tzn. do strajków szkolnych. Przez cały czas kontynuował badania, ogłaszając wyniki w czasopiśmie uczelnianym oraz w naukowej prasie polskiej. Były one tak znaczące, że Amalicki wystąpił do władz oświatowych o tzw. stypendium profesorskie, z czym wiązały się uzupełniające studia na uczelniach zachodniej Europy. Względy patriotyczne zdecydowały, że Karczewski zrezygnował z pracy na rosyjskiej uczelni i przeszedł do polskiego szkolnictwa średniego. Mimo to Amalicki wydrukował w „Warszawskich Uniwiersitieckich Izwiestiach” w 1906 roku jego rozprawę O mikroskopiczeskom strojenii Dombrowskogo kamiennogo ugla (w roku następnym ukazała się ona w „Pamiętniku Fizjograficznym” pt. O budowie mikroskopowej węgla kamiennego z Dąbrowy Górniczej). Było to na ten temat studium pionierskie w skali światowej. Amalicki uznał decyzję Karczewskiego za zasadną, mimo że był zdecydowanym przeciwnikiem społecznych postulatów spolszczenia Uniwersytetu.

Spośród uczniów Amalickiego magisterium na Uniwersytecie Warszawskim uzyskał Józef Sioma. Na uczelni był od 1901 roku asystentem, a później kustoszem zbiorów. W 1913 roku został profesorem mineralogii i geologii w Instytucie Agronomicznym w Woroneżu. Przygotowana pod okiem mistrza rozprawa Nabludienija i issliedowanija po minieralogii i gieologii Lysogoria (Moskwa 1917) należy do klasyki. Po powrocie do Warszawy kierował katedrą gleboznawstwa Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Wymienieni uczniowie Amalickiego, niezależnie od miejsca pracy, bronili swych rozpraw na Uniwersytecie.

Bibliografie geologiczne Polski praktycznie pomijają dorobek Amalickiego z czasów jego pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Niesłusznie. Niewielka notatka O liednikowych otlożenijach okriestnosti Warszawy („Trudy Warszawskogo Obszczestva Jestiestwoispitatieliej”, 1892/1893) jest interesującym opisem skarpy wiślanej od Bielan po Belweder, zawiera również opis wiercenia do 184 m w głąb ziemi. Tę pozycję odnotowano, ale pominięto ważne studium Matierialy k poznaniju fauny piermskoj sistiemy Rossiji. I. Miergielisto-pieszczanyje porody Okskowolżskogo bassiejna. Anthracosidae, ogłoszone w Warszawie w 1892 roku, jedno z najważniejszych w jego dorobku (doktorat w Petersburgu).

Odkrycie cmentarzysk permskich kręgowców nad Siewierną Dwiną w 1896 roku miało na lata związać profesora uczelni warszawskich z badaniami materiału kostnego, nagromadzonego w dalekiej przeszłości na pograniczu zbiornika morskiego i lądu kontynentalnego. Nikt się wtedy nie spodziewał takiego materiału: na jego podstawie skompletowano 20 szkieletów dużych gadów, wypreparowano też 20 dobrze zachowanych czaszek i inne szczątki kostne. Uruchomiono wielki front robót wykopaliskowych (częściowo wspierał mistrza wspomniany już zesłaniec Wołłosowicz). Nagromadzony materiał systematycznie przywożono do Warszawy, gdzie był składany w gabinetach geologicznych Uniwersytetu. Rzecz ciekawa, że preparacją zajmował się niższy personel techniczny, ale merytoryczne analizy wykonywał sam profesor. Tak było do 1915 roku, z tym że Amalicki od 1904 roku, już jako dziekan Wydziału Górniczego Instytutu Politechnicznego, a od 1908 roku dyrektor, miał mniej czasu, dlatego też odkładał większe studium na ten temat na przyszłość.

Wybuch wojny w 1914 roku oraz pośpieszna ewakuacja Uniwersytetu i Instytutu Politechnicznego nie sprzyjały wywiezieniu na wschód kolekcji paleontologicznej. Z Instytutu Politechnicznego wywieziono m.in. 3 tysiące okazów znakomitej kolekcji minerałów, zakupionych uprzednio od rodziny Tytusa Chałubińskiego przez prof. Lagoria. Na mocy Traktatu Ryskiego z 1921 roku uzgodniono, że do Polski wróci kolekcja Chałubińskiego (wróciła połowa, bez najwartościowszych okazów), a do Rosji zostanie przesłana kolekcja Amalickiego. Tak się stało. Znany paleontolog z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Roman Kozłowski, osobiście pakował okazy, które trafiły do Akademii Nauk ZSRR w Moskwie. Amalicki wtedy już nie żył. Zmarł 15 grudnia 1917 roku w Kisłowodzku, gdzie leczył się w sanatorium. Władze Akademii powołały specjalną komisję, której zadaniem było opracowanie kolekcji. Wydano m.in. Dniewnik nabludienij po Maloj Siewiernoj Dwinie (Sewierno-Dwinskoje roskopki prof. A.P. Amalickogo) (Leningrad 1931). Dziś kolekcja ta jest ozdobą dużej sali wystawowej w Muzeum Paleontologicznym Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie.

Geologowie dwóch rosyjskich uczelni warszawskich końca XIX i początku XX wieku stanowili zwarty krąg, skupiony wokół rosyjskiego towarzystwa przyrodniczego przy Uniwersytecie Warszawskim, w którego „Izwiestijach” drukowano najszybciej swe prace. Profesor Amalicki był kierownikiem katedry geologiczno-paleontologicznej na Uniwersytecie, ale od 1894 roku wykładowcą w Instytucie Politechnicznym. Niemal wszyscy korzystali z gabinetów w Instytucie, gdyż tam było więcej miejsc. Z zasady nie ujawniali swoich poglądów politycznych. Sam Amalicki rozumiał dążenie Polaków do posiadania własnej uczelni w Warszawie. W czasie strajków szkolnych i później wysunął wniosek, by Cesarski Uniwersytet Warszawski przenieść w głąb Rosji, i w związku z tym złożył nawet wizyty władzom kilku miast (m.in. Niżny Nowgorod, Rostow nad Donem), nie uzyskując jednak zainteresowania swoimi pomysłami. Jako dyrektor Instytutu Politechnicznego wiedział, że prawie wszyscy jego wychowankowie są zaangażowani w Towarzystwie Kursów Naukowych i w Towarzystwie Naukowym Warszawskim. Nie przeszkadzał im w tej pracy. Jako asystentów po strajkach szkolnych miał przeważnie Rosjan, ale to zależało głównie od polityki kuratora Warszawskiego Okręgu Szkolnego. Zresztą niektórzy, jak Dmitrij Sobolew, byli bliscy spolszczenia i konieczność ewakuacji z Warszawy w 1915 roku bardzo przeżyli. W nowych miejscach pracy starali się wykańczać rozprawy rozpoczęte przed wojną.

Po ewakuacji z Warszawy prof. Amalicki nie miał łatwego życia w Rosji. Z powodu pozostawionej w Warszawie kolekcji paleontologicznej popadł w zatarg z władzami oświatowymi. Mimo młodego wieku zaczął chorować. Zmarł, mając 57 lat.

Gdy spogląda się z perspektywy czasu na wszystko, co dotyczyło dokonań Władimira Amalickiego, nasuwa się kilka refleksji związanych z jego osobowością oraz uwarunkowaniami, w jakich przyszło mu działać w Warszawie w latach 1890–1915. Zdecydował się na profesurę na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, gdy miał ledwie 30 lat i wiedział, że szybki awans na uczelniach w głębi Rosji jest niemożliwy. Władzom oświatowym polecił go Wasilij Dokuczajew, wybitny geolog i gleboznawca, pod którego kierownictwem w Petersburgu i w guberni nowogorodzkiej pracował przez kilka lat. Dokuczajew niebawem miał objąć dyrekturę instytutu agronomicznego w Puławach (wtedy Nowoaleksandria) i wiedział, że będzie częstym gościem w Warszawie, sprawując opiekę nad swoim współpracownikiem. Dla Rosjan profesura na Uniwersytecie Warszawskim nie była atrakcją, wyczekiwano raczej na zwolnienie katedry na jednej z głównych uczelni Imperium. W Warszawie Amalicki spotkał już zadomowionego dorpatczyka Aleksandra Lagoria i dostrzegł skupionych wokół niego wybitnych studentów i absolwentów, zresztą głównie Polaków. Ambicja nakazywała mu utworzenie własnej szkoły geologiczno-paleontologicznej, nastawionej w dużym stopniu na nowoczesne rozpoznanie geologiczne Kongresówki. Dał dobry początek rozprawką o osadach geologicznych skarpy wiślanej. Nie bronił uczniom prowadzenia badań terenowych w Rosji. Wcześnie dostrzegł jednak geologiczną atrakcyjność Królestwa Polskiego (wówczas Priwislanskiego Kraju). Swoich wychowanków kierował na Wyżynę Małopolską – głównie w Góry Świętokrzyskie i do Zagłębia Dąbrowskiego. W krótkim czasie dokonano znacznego rozpoznania terenu, korzystając z pomocy finansowej towarzystwa przyrodników przy Uniwersytecie, petersburskiego Komitetu Geologicznego, a także z pomieszczeń i aparatury otwartego w 1898 roku Instytutu Politechnicznego. Ponieważ Lagorio został jego pierwszym dyrektorem, a po kilku latach tamże Amalicki objął wykłady z geologii, część uczelni tej stała się de facto naukową filią geologicznych zakładów uniwersyteckich.

W tym też czasie nad Siewierną Dwiną rozmyta została skarpa i na powierzchnię wydostały się szczątki permskich kręgowców. Najlepszym znawcą obszarów położonych bardziej na południe był Amalicki. Tam właśnie podjął on eksploatację materiału kostnego w 1896 roku i prowadził ją do I wojny światowej. Z pomocy współpracowników i wychowanków – poza Wołłosowiczem – praktycznie nie korzystał. Obarczony nadmiernie pracą dydaktyczną i administracyjną (zwłaszcza po 1908 roku, gdy przejął kierownictwo Instytutu Politechnicznego) nie miał czasu na studia kameralne. Pracy naukowej na przeszkodzie stało jego głębokie przeświadczenie, że jako Rosjanin powinien być gorliwym wykonawcą poleceń władz oświatowych nakazujących utrzymanie szkół warszawskich jako uczelni rosyjskojęzycznych. Z tego też względu nie był łubiany w Warszawie, choć bardzo ceniony przez najzdolniejszych uczniów.

I jeszcze jedno. Zarówno Lagorio (od 1880), jak i Amalicki (od 1890) działali w okresie, gdy w najlepszych szkołach średnich w Rosji był bardzo wysoki poziom nauczania przyrodoznawstwa. Zdaje się to świadczyć, iż inteligencja uciekała wtedy od nauk społecznych. Mając do dyspozycji wiele literatury przyrodniczej – i czytając ją – kierowano młodzież na studia medyczne, przyrodnicze, techniczne. Z tego względu w końcu XIX i na początku XX wieku było na Uniwersytecie Warszawskim tak duże grono zdolnej młodzieży. Profesor Amalicki potrafił się nią zaopiekować.

Franciszek Armiński

Urodzony 2 X 1789 w Tymbarku. Kształcił się prywatnie w dziedzinie matematyki w Krakowie, Warszawie (m.in. u Joachima Liveta) oraz w Paryżu (u Jeana-Baptista Delambre’a). Pracownik UW w latach 1816–1830.

Astronom, matematyk. Organizator katedry astronomii UW i obserwatorium astronomicznego na terenie Ogrodu Botanicznego.
Stypendysta władz oświatowych Księstwa Warszawskiego, członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, odznaczony orderem św. Stanisława. Zmarł 14 I 1848 w Warszawie.

Krótki rys historyczny tyczący się umiejętności astronomii, Warszawa 1825.

Armiński F. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 159–160

JÓZEF BEŁZA

FRANCISZEK ARMIŃSKI*

1789–1848

 

Stosownie do wielkich praw przyrodzenia, gdy wszystko prędko niknie pod działaniem silnej ręki czasu, słuszną i pożyteczną jest rzeczą starać się o przedłużenie pamięci o ludziach, którzy naukową pracą usiłowali przyłożyć się do postępu ludzkości; zwłaszcza, gdy ich imię łączy się z zawsze pożyteczną wiadomością historyczną o oświacie krajowej.

Z tej wychodząc zasady, postanowiliśmy tutaj skreślić bieg życia przebieżonego w zawodzie najużyteczniejszym, najpracowitszym oraz najskromniejszym, jednego z najzasłużeńszych profesorów ziemi naszej.

Franciszek Armiński urodził się dnia 2 października 1789 roku w parafii Tymbark w górach Karpackich; straciwszy w niemowlęctwie rodziców, najpierwsze początki wychowania odebrał w domu swego wuja. Czując niejako instynktowo potrzebę oświaty, która opuszczonej sierocie miała kiedyś zapewnić znakomite miejsce w szacunku społecznym, i będąc jeszcze dzieckiem, udał się do Krakowa, gdzie wśród najdziwaczniejszych, nawet trudnych do uwierzenia kolei losu, ukończył szkoły normalne; a dalej mogąc już znaleźć utrzymanie z ciężkiego grosza, uzbieranego dawaniem lekcji prywatnych, i gimnazjalne oraz pierwszoletnie kursa filozofii i matematyki. Nie widząc możności wykształcenia się dalszego w Krakowie, zostającym naówczas pod rządem austriackim, udał się następnie Armiński do Warszawy za czasów b. Księstwa Warszawskiego, gdzie, pozostając w domu śp. kasztelana Aleksandra Linowskiego, kształcił się w różnych częściach matematyki, w czym znalazł pomoc tak w ówczasowej szkole inżynierów, jako też i w prywatnie branych lekcjach od pana Liveta, ówczesnego profesora szkoły aplikacyjnej.

Poznawszy tak pracowitym sposobem szerokie pole zakreślone przez naukę, skoro tylko uzbierane z dalszego dawania lekcji fundusze na to mu pozwoliły, udał się Armiński przy końcu roku 1811 własnym kosztem za granicę, gdzie postanowił za główny przedmiot obrać sobie astronomię. Sława imion naukowych, europejskich, zwabiała wówczas młodzież poświęcającą się umiejętnościom do Paryża; tam też to w roku 1812, przebywszy Niemcy, przybył i Armiński. Wśród wszelkiego rodzaju naukowych ułatwień stolicy Francji, prędko rozpoznał on, że, chcąc przeniknąć najgłębsze tajniki Uranii, potrzeba rozległego zapasu rozmaitych wiadomości, a w szczególności wszystkich części matematyki; z usilnością przeto wiek młody znamionującą, z uszczerbkiem nawet swego zdrowia, zaczął pracować w naukach stycznych przygotowawczych, aby później korzystnie mógł zgłębić przedmiot główny.

Wszystkie jednak powyższe usiłowania może by nie wydały spodziewanego plonu, gdyby nie pełna ludzkości pomoc naukowa, przez uczonych francuskich podana młodzieńcowi, którego jedynym prawem do tego była wytrwałość i praca. Często słyszeć można było wymawiane przez Armińskiego ze czcią, obok imienia Maliszewskiego, znakomitego jego wówczas w Paryżu opiekuna, imiona Delambra i Arago, którzy to ostatni z rzadką uprzejmością prowadzili jego kroki po początkowo śliskich ścieżkach głębokiej umiejętności. Tej to ich ludzkości winien swe prędkie wykształcenie się Armiński; podobnie jak jeszcze jeden z pierwszych dzisiejszych astronomów, który niedawno wzruszającym sposobem w tej treści w pismach czasowych oświadczył, że, przybywszy bez żadnych poleceń do Paryża dla kształcenia się, znalazł współczucia u uczonych francuskich, iż tylko wyłącznie temu winien jest swe dzisiejsze położenie naukowe1.

Obznajmiony z zapasem pomocniczych nauk, oddał się Armiński wyłącznie astronomii tak teorycznej, jak praktycznej, mając dozwolony i ułatwiony przystęp do wielkiego obserwatorium paryskiego; i na tego to rodzaju zatrudnieniach, pod okiem znakomitych mężów nauki, zeszedł mu czas od roku 1812 do połowy roku 1815.

Teraz już zbliżyła się chwila, w której Armiński zbierać miał owoce z mozolnej swojej pracy. Uczeni astronomowie francuscy, a później już jego przyjaciele, chcieli przyswoić czynność jego narodowi, u którego pobrał wykształcenie, i w tym celu wyrobili mu miejsce dyrektora obserwatorium astronomicznego na Wyspie Francuskiej (Île de France). Zaiste pochlebne to było wezwanie, dające mu pierwszeństwo wśród tylu młodych zdolności ówczasowej Francji; jakoż przyjął je i przed udaniem się na nowe swoje przeznaczenie, przez parę miesięcy pobierał już płacę ze skarbu francuskiego.

W tym to czasie, w nowo utworzonym Królestwie Polskim, rząd baczną zwrócił uwagę na publiczne oświecenie, a znakomite znaczeniem i światłem osoby wpływające na to postanowienie namówiły Armińskiego do zrzeczenia się w kraju obcym zaszczytnej posady w teraźniejszości i świetnych na przyszłość widoków; jedna z nich z własnych funduszów udzieliła mu zasiłku pieniężnego dla nieprzerywania prac naukowych, a wkrótce potem ówczasowa Dyrekcja Edukacji Publicznej w dniu 2 września 1814 roku, przesławszy mu 3000 zł na pozostanie jeszcze przez rok w Paryżu i zapewniwszy stosowne miejsce za powrotem do kraju, stanowczo go powróciła ziemi rodzinnej, nie bez wewnętrznego z tej okoliczności najmocniejszego jego zadowolenia.

Opuściwszy Francję i zwiedziwszy tak angielskie, jako też i obserwatoria południowej Europy, w 1815 roku wrócił Armiński do Polski; gdy zaś jeszcze wtedy nie było miejsca odpowiedniego jego usposobieniu, ówczasowy Wydział Oświecenia Narodowego przeznaczył go tymczasowo do dawania matematyki tak w wyższych klasach b. liceum warszawskiego, jako też w kolegium ks. Pijarów. Po ukończonym zaś roku szkolnym Komisja Rządowa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oddała mu w mającym się urządzić wydziale filozoficznym b. Uniwersytetu katedrę astronomii oraz wezwała go, aby, obok istniejącego wydziału prawa i administracji, natychmiast rozpoczął wykład matematyki dla kandydatów, których taż władza zamierzyła dla dalszego kształcenia się naukowego wysłać za granicę. Tu pierwsza nadarzyła mu się sposobność okazania gorliwości; skwapliwie chwyta ją Armiński, podwaja bezpłatnie liczbę godzin na jego wykład przeznaczonych i tym sposobem ukończą z uczniami cały bieg najważniejszych części matematyki, którzy wtedy, po zdaniu wobec władz rządowych zaszczytnie egzaminu i następnie dopełnieniu swego wykształcenia, z chlubą piastowali lub jeszcze piastują ważne obowiązki służby publicznej.

Nauki matematyczne w wydziale filozoficznym urządzającego się wówczas Uniwersytetu Warszawskiego liczyły wtedy tylko dwóch profesorów, to jest księdza Dąbrowskiego pijara i Armińskiego; pierwszy, oprócz swych obowiązków w szkołach wojewódzkich, wykładał algebrę wyższą i niższą, geometrię analityczną i początki rachunku różniczkowego; drugi zaś, prócz astronomii w 6 godzinach tygodniowo, z własnej gorliwości w drugich 6 godzinach nauczał wyższego rachunku analitycznego, jako to: różniczkowego (differencjalnego), całkowego (integralnego), różnic (calcul aux differences), nadróżniczkowego czyli wariacyjnego, z zastosowaniem tychże do mechaniki niebieskiej, a oprócz tego i trygonometrii kulistej. Tym to jedynie sposobem, tą szlachetną gorliwością, początkowy brak profesorów wznoszącego się zakładu mógł być zastąpiony, i kształcącej się młodzieży podana sposobność ogarnięcia całego ogromu nauki, dla prędszego usposobienia jej do późniejszego zaradzenia temu niedostatkowi. Przysługa niemała, skoro zważymy, że pierwsze kroki w głębokich umiejętnościach, bez zręcznych i biegłych przewodników, prawie postawić się nie dadzą.

Począwszy od roku 1817 do 1830, nauczał Armiński jako profesor Uniwersytetu tylko trygonometrii kulistej i astronomii w całej obszerności.

Wiadomo, iż obeznawszy się z astronomią teoryczną i znacznym szeregiem stycznych z nią nauk, jeszcze nie można uważać się za astronoma. Astronomia, jako jedna z nauk przyrodzenia, opiera się na doświadczeniu i drogą jedynie doświadczenia sprawdzić w niej można głębokie wypadki rachunku; z drugiej zaś strony, przez pracowite badania, przychodzi się do rozszerzania jej wzniosłej dziedziny. Przejęty tą prawdą Armiński, czując cały zaszczyt wykładania tej umiejętności i stąd chcąc swym uczniom najjaśniej okazać wielkie prawa budowy wszechświata, nie tylko że pierwszy podał rządowi myśl założenia obserwatorium astronomicznego w Warszawie, ale i gorliwie starać się zaczął o jej urzeczywistnienie. Po mozolnych trudach w celu powyższym przedsiębranych, w których zapał młodzieńczy dla dobra nauki naraził go nieraz na nieprzewidzianą przykrość, niczym niezrażony, doczekał się nareszcie tej pociechy, iż oceniono jak należało jego zachody, wyznaczono fundusz na wybudowanie gmachu obserwatorium i na zakupienie narzędzi astronomicznych, odpowiednich postępowi nauki.

Wygotowanie zaś tak pierwotnego planu budowli2, jako też i nabycie potrzebnych narzędzi poruczono Armińskiemu, który nie opuszczając swych profesorskich obowiązków, sam z niezmierną stratą czasu zajmował się tak dozorem wznoszącej się budowli, jako też i jej wewnętrznym urządzeniem, ażeby celowi swemu odpowiedziała. Jaka to jest praca, ile wymaga mozołu i że tak powiemy poświęcenia, ci tylko dostatecznie ocenić mogą, którzy choć na małą stopę urządzali jaki zakład naukowy; jakoż sam Armiński, w czasie przeznaczonym do spoczynku profesorów, musiał kilkakrotnie wyjeżdżać już to po marmury pod narzędzia astronomiczne, już to dla zdjęcia planów innych obserwatoriów, już też nareszcie po sprowadzenie zamówionych przez niego w Monachium narzędzi. Nawiasowo nadmienić tu wypada, że powyższe zlecenia dopełnił z gorliwością i bez żadnego wynagrodzenia.

Wszystkie powyższe prace, jakkolwiek znacznego mozołu wymagające, były tylko przedwstępnymi do wielkiej, przy ustawieniu i uregulowaniu narzędzi astronomicznych oczekującej go3. Rzecz ta tylko ręką znawcy dokonaną być może, inaczej narzędzia popsute zostaną lub też cel właściwy stosownego ich ustawienia nie będzie osiągnięty. Wreszcie inna jest rzecz złożyć narzędzie naukowe małego wymiaru, a inna wielkie astronomiczne, do którego niekiedy oświetlenia potrzeba częstokroć przebić masę utrzymującego je słupa marmurowego, a jedno przy tym uchybienie psuje i cały ogromny kamień stale osadzony, i zupełnego przerobienia wszystkiego stać się może powodem; stąd też za granicą przy urządzaniu obserwatoriów astronomicznych, mechanicy narzędzia astronomiczne robiący, za bardzo znacznym wynagrodzeniem, do powyższej czynności są używani. W braku u nas tego rodzaju ludzi, sam Armiński dobrowolnie pracę tę wykonał. Są jeszcze między nami, którzy widzieli w urządzającym się obserwatorium, jak Armiński przed ustawieniem narzędzi, przy przygotowaniu pod nie marmurów, z ujmą zdrowia, po całych dniach pracował jak prosty rzemieślnik, aż wreszcie, po długim mozole, doczekał się tej pociechy, że instytut jego staraniem wzniesiony ujrzał się w roku 1825 już na takim stopniu, iż czynności naukowe w nim rozpoczęte być mogły. I tego także dokonał Armiński bez innego wynagrodzenia, nad najmilsze, że zostawia po sobie pomnik, który w późne czasy z dziękczynnym wspomnieniem przekaże następcom imię jego założyciela.

W następnych latach trudnił się Armiński, już jako dyrektor nowego zakładu, dalszym urządzaniem narzędzi tak astronomicznych, jako też i meteorologicznych i spostrzeżeniami astronomicznymi, które tak dla korzyści samej umiejętności, jako też i pożytku uczniów b. Uniwersytetu Aleksandrowskiego, a zatem i swoich, były wykonywanymi. W roku 1829 wszystkie narzędzia zostały ustawione i uregulowane, spostrzeżenia astronomiczne jako pewne zapisywane, i obserwatorium stanęło na stopie równającej je z pierwszymi tego rodzaju zakładami w Europie. Powyższy najmozolniejszy okres życia Armińskiego, pokrótce przez nas przebieżony, jedna mu najpiękniejsze prawo do szacunku wszystkich przyjaciół oświaty krajowej.

W życiu poświęconym pracy naukowej praktycznej trudno było znaleźć czas stosowny do rozszerzania umiejętności przez piśmienne drukiem jej prawd ogłaszanie; jednak i tu, o ile tylko mógł, starał się służyć Armiński oświacie krajowej; dowodem tego są niektóre jego pisma naukowe, drukowane w Rocznikach b. Towarzystwa Królewskiego Przyjaciół Nauk, którego był członkiem itp.

Oprócz powyższych tak mozolnych zatrudnień używany był Armiński i do innych ważnych prac rządowych. W skutku wezwania b. ministra Przychodów i Skarbu, w czasie ferii Uniwersytetu w roku 1828 i 1829, oznaczył on położenie geograficzne niektórych miejsc b. województwa sandomierskiego w dobrach górniczych, a mianowicie najwyższego w Polsce, czyli góry zwanej Łysicą4; urządził obserwatorium astronomiczne w b. konwikcie ks. Pijarów na Żoliborzu, wpływał do wszelkich deputacji z jego przedmiotem związek mających itp.

Tyle i tak pożytecznych zatrudnień zwróciło na niego powszechną uwagę. Uniwersytet Aleksandrowski zaszczycił go stopniem doktora filozofii, a wiekopomnej pamięci cesarz Aleksander, orderem św. Stanisława klasy IV.

Po roku 1830 pełnił Armiński obowiązki dyrektora obserwatorium aż do dnia swojej śmierci; i z tego to czasu spostrzeżenia astronomiczne, jeżeli kiedy będą drukiem ogłoszone, jak to było jego zamiarem, dowiodą, że w ścisłości nie ustępują pracom w tymże obserwatorium wprzódy wykonanym i znanym już uczonemu światu5. Oprócz tego w tym okresie, nie pełniąc już obowiązków profesorskich i mając więcej chwil wolnych, zajmował się przedmiotami naukowymi piśmiennymi, które jeszcze drukiem nie są ogłoszone.

Dotąd zastanawialiśmy się nad zaszczytnie przebieżoną drogą naukową założyciela warszawskiego obserwatorium; dla dokończenia naszego obrazu, parę słów o życiu jego domowym nie będzie tu zbytecznym. Nie dzielimy wcale zdania, że o zgasłych albo nic się nie mówi, albo ich tylko chwalić wypada; bo głównym warunkiem historii, chociażby i w najmniejszym jej zarysie, jest prawda; zaszczytne zaś wspomnienie tą drogą zmarłemu oddane jest dopiero największą nagrodą jego pamięci uczynioną. Wreszcie Armiński dopiero co ubył spośród nas i zbyt wiele pozostaje znających go, aby w razie potrzeby piszący przez poezję śmiał ubarwić rzeczywistość. Do sądu więc ogólnego odwołujemy się, utrzymując, że Armiński był jednym z najgodniejszych ludzi, a charakter jego prosty, otwartość, szczerość, niczym niewzruszona prawość jednały mu powszechny szacunek. Pomnąc na krótkość życia ludzkiego, żył ze wszystkimi w zgodzie i nigdy podła zawiść lub nikczemna złośliwość życia jego nie splamiła; z pominieniem względów, nawet na własne widoki, szedł zawsze drogą prawdy, a święta jej pochodnia wszędzie, nawet wobec wysokich osób, zawsze jego słowa oświecała; stąd też doczekała się jego pamięć tej najsłodszej nagrody, że w uznaniu jego prawości nie ma zdań różnorodnych.

Dotknięty od niejakiego czasu ciężką chorobą serca, wśród najokropniejszych bólów przewidując swój zgon, przygotował się do niego, jak przystało na człowieka, którego religia nie była w samych tylko słowach. Bez obawy patrzał na zbliżającą się chwilę przejścia, bo głęboka nauka już mu od dawna odkryła, że za grobem musi być lepiej, zważając jak w wszechświecie wszystko jest cudownie urządzone. Wyprzedził więc nas tam, dokąd wszyscy szybko zdążamy, opuszczając ziemię w dniu 14 stycznia 1848 roku. Pochowany w pieczarach powązkowskich.

Na tę więc przeto bolesną dla nas stratę, na grób jednego z najzasłużeńszych oświacie krajowej mężów, rzucamy należną mu gałązkę wawrzynu.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Opis biegu życia Franciszka Armińskiego, założyciela i dyrektora Obserwatoryum Astronomicznego Warszawskiego, „Biblioteka Warszawska”, t. II, kwiecień 1848, s. 63–73. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

1Quetellet, dyrektor obserwatorium astronomicznego w Brukseli, w piśmie czasowym „L’Institut”.

2Plan ten nie został w zupełności przyjętym. Porobiono w nim mimo woli Armińskiego następujące zmiany, które lubo umiejętności w działaniach praktycznych nie przeszkadzają, wpływają jednak na niekształtność sali obserwacyjnej: i tak, ażeby obserwatorium tworzyło korpus dwóch postawionych już poprzednio pawilonów i było w linii cieplarni ogrodu botanicznego: rozkazano nowo wznoszącą się budowlę zetknąć obu końcami z temi cieplarniami; stąd wynikło, że powyższa budowla nie mogła być postawioną w kierunku płaszczyzny południkowej i dlatego to przecięcia w środkowej sali obserwacyjnej, które z potrzeby umiejętności muszą koniecznie być otwarte w kierunku tejże płaszczyzny, nie są prostopadłe do ścian frontowych budowli. Mimo zdania Armińskiego, dla lepszego kształtu budynku, wystawiono na nim wieże daleko wyższe, jak w podanym planie wskazano; stąd powstały schody mniej wygodne, środek drzewem wyłożony i podwyższony oraz utrudnione otwieranie przecięć.

3Niniejsze odtąd szczegóły czerpane są z akt b. królewskiego warszawskiego Uniwersytetu i ogłoszonych drukiem posiedzeń tegoż Uniwersytetu od roku 1824 do roku 1830.

4Zobacz pismo „Pamiętnik Sandomierski, czyli Starożytności Polski” wydawane przez Tomasza Ujazdowskiego, Warszawa 1830, t. II, s. 427, gdzie Armiński cel swojej pracy i jej wypadki obszerniej opisuje.

5Oznaczenie położenia geograficznego obserwatorium warszawskiego, umieszczone w piśmie francuskim „Connaissance des Temps” 1846, s. 30–32.

Jan Wincenty Bandtkie

Urodzony 14 VII 1783 w Lublinie. Studia prawnicze w Halle (1803–1806); profesor Szkoły Prawa i Administracji UW (od 1816); dziekan Wydziału Prawa i Administracji (1816–1831).

Historyk prawa. Wydawca źródeł prawa dawnej Rzeczypospolitej. Zajmował się przede wszystkim prawem miejskim, prawem cywilnym oraz przywilejami szlacheckimi.
Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, członek korespondent Krakowskiego Towarzystwa Naukowego (1816), członek honorowy Uniwersytetu Wileńskiego i Uniwersytetu w Królewcu. Zmarł 7 II 1846 w Warszawie.

Zbiór rozpraw o przedmiotach prawa polskiego, Warszawa–Wilno 1812; Ius Culmense cum appendice privilegiorum et iurium selectorum municipalium et dissertatione–historio-iusticia, Warszawa 1814; Historia prawa polskiego, Warszawa 1850; Polskie prawo prywatne, Warszawa 1851; Rozprawy o prawie i sądownictwie karzącem i o urzędach w dawnej Polsce, Warszawa 1858.

A. Rosner, Jan Wincenty Bandtkie, [w:] Profesorowie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, red. G. Bałtruszajtys, Warszawa 2008, s. 23–25; Bandtkie J. W [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 259–260.

ANNA ROSNER

JAN WINCENTY BANDTKIE

1783–1846

 

Jan Wincenty Bandtkie miał zaledwie 25 lat, kiedy w 1808 roku zaczął prowadzić wykłady w warszawskiej Szkole Prawa. Pozostał wierny nauczaniu do końca istnienia Księstwa Warszawskiego i potem – na Uniwersytecie Warszawskim – aż do 1831 roku, kiedy to po dramacie powstania listopadowego uczelnię zlikwidowano. Ten 23-letni okres w życiu Bandtkiego to czas jego największej aktywności dydaktycznej, sukcesów zawodowych i twórczej pracy naukowej. Wydaje się, że właśnie związek z uczelnią i zaangażowanie w jej sprawy były swoistym motorem tej aktywności.

Jan Wincenty Bandtkie urodził się w 1783 roku w Lublinie. Jego ojcem był kupiec, Jan Samuel Bandtkie, pochodzący z niemieckiej rodziny wyznania augsburskiego, matką – Anna z Nocków. Jan Wincenty był najmłodszym z licznego rodzeństwa, jego starszy o 15 lat brat, Jerzy Samuel (1768–1835), był znanym historykiem, bibliografem i językoznawcą związanym z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jan Wincenty edukację rozpoczął jako 11-latek najpierw w prywatnej polsko-niemieckiej szkole w Lublinie, potem zaś, wzorem starszego brata, we Wrocławiu, gdzie mieszkała rodzina ojca, w gimnazjum św. Elżbiety. Lata 1803–1806 to okres kontynuacji nauki na studiach prawniczych. W kwestii wyboru uczelni również podążył tropem brata – nauki pobierał na słynnym niemieckim uniwersytecie w Halle. Ta uczelnia o długiej już tradycji, założona w końcu XVII wieku, w następnym stuleciu stała się ważnym ośrodkiem niemieckiego oświecenia. Słynęła zwłaszcza z wysokiego poziomu nauk prawnych.

Młody Bandtkie studiował m.in. u znakomitego romanisty, prof. Johanna Christiana Woltaera, który ugruntował w nim przekonanie o znaczeniu prawa rzymskiego jako podstawy nowożytnego prawodawstwa europejskiego. Tutaj też zainteresował się Bandtkie historią prawa. Do studiowania tej części historii ojczystej zachęcił go profesor Christoph Christian von Dabelow, przykładający dużą wagę do znajomości krajów słowiańskich i ich języków. Zapewne z tego powodu prowadził Bandtkie w latach 1804–1805 lektorat z języka polskiego na uniwersytecie w Halle. Dzięki swym nauczycielom już w okresie studiów młody uczony dowodził przydatności nauk historyczno-prawnych zarówno dla działań praktycznych (ze względu na obowiązujące jeszcze dawne polskie regulacje), jak i w teoretycznych rozważaniach wyjaśniających współczesne instytucje (De studio iuris polonici dissertatio, Wrocław 1806). Do tego wątku wielokrotnie będzie jeszcze wracał i zaświadczał całą swoją naukową twórczością.

Do kraju wrócił Bandtkie w 1806 roku, zdał wymagane egzaminy, dzięki którym mógł podjąć pracę jako referendariusz przy pruskiej regencji warszawskiej. W Księstwie Warszawskim kontynuował karierę prawniczą jako asesor przy sądzie apelacyjnym (tzw. odzewnym) w Warszawie. W krótkim czasie został mianowany notariuszem przy tymże sądzie, jednym z dwóch upoważnionych do dokonywania czynności na terenie całego kraju. Bandtkie, jako gorący zwolennik Kodeksu Napoleona i związanej z nim ustawy notarialnej, widział w instytucji notariatu „środek zagradzający pieniactwu i zapewniający spokój orzekania”. Dał się też w swojej kancelarii poznać jako niezwykle skrupulatny w przestrzeganiu prawa i, jak głosi anegdota, nawet książę Józef Poniatowski, powszechnie podówczas znany w Warszawie minister wojny, musiał – zgodnie z przepisami – przedstawić świadków potwierdzających swą tożsamość. Wzorowo prowadzone akta jego kancelarii zachowały się do dziś w Archiwum Państwowym m.st. Warszawy. Po kilku latach w „Pamiętniku Warszawskim” ogłosił szkic Rzecz historyczna o notariacie czyli pisarstwie krajowem tak dawniejszem jako i nowszem1. Jest on dobrym świadectwem szerokich horyzontów Bandtkiego, który doświadczenia praktyka łączył z zainteresowaniami naukowymi historią prawa.

Pamiętać trzeba, że początek zawodowej działalności Bandtkiego przypadł na niespokojny czas. Koniec pruskiego panowania w Warszawie, zwycięski pochód na wschód napoleońskiej armii to czasy szczególne. Dla ziem polskich niosły ze sobą nie tylko trudy i konsekwencje przemarszu wojsk i działań wojennych, ale też wielkie zmiany polityczne, ustrojowe i prawne. Dla uczestników życia publicznego – konieczność znalezienia się w nowej rzeczywistości, dla prawników zaś – dodatkowo opowiedzenia się za rewolucyjnymi zmianami lub przeciw nim. Polegały one przede wszystkim na wprowadzeniu francuskiego systemu prawa cywilnego – słynnego już w Europie Kodeksu Napoleona i związanych z nim ustaw, a także fundamentalnej zmiany w systemie sądownictwa. Dotąd, zgodnie z tradycją Rzeczypospolitej szlacheckiej, sądownictwo miało charakter stanowy. Od Konstytucji Księstwa (1807) co do zasady stało się powszechne, z całkowicie zmienioną strukturą organizacyjną. Trzeba było dużej otwartości umysłu, odwagi patrzenia w przyszłość i umiejętności zmiany myślenia, żeby ten nowy system zrozumieć, spróbować zaakceptować i wdrażać w codziennej pracy. Nie wszyscy potrafili się z tym pogodzić. Jedni kontestowali całość francuskich regulacji, dla innych trudny do zaakceptowania był sposób wprowadzania zmian: odgórny, zbyt szybki, niebiorący pod uwagę lokalnych tradycji. Ten spór dwóch światów trwał przez kolejne lata – szczególnie nasilił się po upadku Napoleona.

Jan Wincenty Bandtkie zawsze konsekwentnie opowiadał się najpierw za wprowadzeniem, potem za utrzymaniem Kodeksu Cywilnego. Dawał temu wyraz, prowadząc kancelarię notarialną, wypowiadając się na forum publicznym, a także czynnie włączając się w organizowanie nauczania i wykładanie nowego prawa. Było to nie lada wyzwanie. W wielowiekowej tradycji Rzeczypospolitej nauka zawodów prawniczych odbywała się drogą praktyki, do ich wykonywania nie było potrzebne wykształcenie teoretyczne. Zasadę tę wprowadzono dopiero w Księstwie. Minister sprawiedliwości Księstwa, Feliks hr. Łubieński, dekretem z 24 maja 1808 roku utworzył pierwszą w Księstwie uczelnię prawniczą – Szkołę Prawa, która miała systematycznie kształcić studentów w czasie trzyletniego kursu. Nowy system nauczania nie był powszechnie akceptowany. Nawet w gronie rządzących – wśród ministrów Rady Stanu Księstwa – budził kontrowersje. Tylko dzięki uporowi ministra i jego współpracowników, a także hojnym darom z jego prywatnej kiesy, Szkoła przetrwała trudne początki. Rozpoczęło się też poszukiwanie wykładowców.

W pierwszej grupie profesorów znaleźli się ksiądz Franciszek Ksawery Szaniawski i Jan Wincenty Bandtkie. Szaniawski należał do najbardziej zaufanych ludzi Łubieńskiego i jemu właśnie minister powierzył tłumaczenie Kodeksu Napoleona, a także wykład nowego prawa w Szkole. Bandtkie miał prowadzić wykład historii prawa. Tą dyscypliną zainteresował się w czasie własnych studiów, uważał ją za bardzo ważną w kształceniu prawniczym. W 1812 roku, z ugruntowanym już doświadczeniem wykładowcy, pisał: „ze znajomością praw teraz obowiązujących [...] łączyć koniecznie należy wiadomość praw dawnych nie tylko słowną lecz historyczną. Tamta albowiem bez tej tworzy półmędrków: a ślepe uznawanie prawdy bez zgłębiania i śledzenia przyczyn onej nie może zasługiwać na uszanowanie doskonałości samej winne”2.

Zapewne zatrudnieniu Bandtkiego sprzyjał fakt, że prócz niezaprzeczalnych merytorycznych kompetencji miał, dzięki studiom w Halle, doświadczenie akademickie, którego tak brakowało kandydatom na profesorów Szkoły. Widział też – wskazując na wzory zachodniej Europy – konieczność teoretycznego kształcenia przyszłych prawników: „sędzia nie może być sprawiedliwym bez znajomości prawa, że najszlachetniejsze przymioty duszy nie mogą zastąpić nauki onegoż”3. Miał jednak Bandtkie świadomość, że staropolska kultura prawna nie sprzyja tej koncepcji, że młodzież często ulega podszeptom tradycji: „młodzież, która pragnąc wstąpić do świątyni Temidy, odstraszoną zostaje twierdzeniami, jakie niejeden w nieświadomości z dziada i pradziada powieści głosi, a jakie wielu powagą mniemanej starożytności uwiedzeni, w dobrej wierze dziś jeszcze u nas powtarza: że sędzia byle poczciwy może się obyć bez nauki, zasięgając prawideł wyroku nie z księgi prawodawcy, lecz z swego serca”4. Był więc zwolennikiem takiej wizji nauczania, w wyniku której miał się pojawić nowoczesny, na miarę napoleońskich przemian, wykształcony personel wymiaru sprawiedliwości i aparatu administracyjnego.

Przekonanie to szło w parze ze zmianami ustawodawczymi: dekretem z 1809 roku postanowiono, że „nikt nie będzie mógł uzyskać w Wydziale Sprawiedliwości urzędu ani funkcji [...] jeśli [...] nie otrzyma od ogólnej dozorczej Rady Szkoły Prawa chlubnego dla siebie zaświadczenia”5. Po raz pierwszy formalnie powiązano w ten sposób zatrudnienie z wymogiem wykształcenia teoretycznego, zaprzeczając staropolskiej zasadzie wyboru sędziów i cenzusom urodzenia, majątku, prestiżu w lokalnych środowiskach. Nowe myślenie o zawodzie i karierze prawnika wymagało jednak przełamania odwiecznych stereotypów. Szlachecki jurysta „nie uczył się nigdy prawa, tylko pracował w palestrze pod mecenasem; zaś naukę czerpał z manifestów, pozwów i wyroków sądowych, z przysłuchiwania się obronom w sądach”6. Nic więc dziwnego, że w początkach istnienia Księstwa wielu podzielało pogląd, że teoretyczna nauka prawa jest niepotrzebną stratą czasu. Ponadto panująca atmosfera, żywa obecność wojsk napoleońskich powodowały, że – jak pisała inteligentna obserwatorka Wirydianna Fiszerowa – „wszyscy młodzieńcy szlachetni, dobrze urodzeni i bogaci chcieliby służyć w wojsku [...] opinia publiczna gardziła każdym młodym człowiekiem nie przybranym w mundur”7. Nie było więc zadaniem łatwym przekonanie elit politycznych Księstwa do utworzenia Szkoły, przełamanie przyzwyczajeń rodziców przyszłych studentów, wreszcie przyciągnięcie młodzieży do akademickiego nauczania prawa.

Jednym z tych, którzy próbowali, był niewątpliwie Jan Wincenty Bandtkie. Rozpoczął od wykładu prawa rzymskiego. Kolejno przechodził do omawiania zagadnień powszechnej historii prawa. Stanowiło to wstęp do wykładu z historii prawa polskiego publicznego i prywatnego. Prócz czysto historycznego aspektu wykład ten miał też walor praktyczny: na terenach Księstwa w wielu kwestiach obowiązywały dawne, przedrozbiorowe regulacje prawne. Tak więc Bandtkie musiał swój kurs starannie przemyśleć i opisać. Szkoła miała dalece niewystarczający budżet. Z wiecznie pustego skarbu Księstwa zagwarantowano niewielkie sumy, nieregularnie zresztą wypłacane. Wystarczały zaledwie na skromne pensje wykładowców, personelu pomocniczego i obsługę biblioteki. Bandtkie zapewne opierał własny domowy budżet na zarobkach w swojej kancelarii notarialnej, a nie na niewielkiej pensji profesorskiej.

W trzy lata po powstaniu Szkoły Prawa, dekretem z 22 maja 1811 roku, Fryderyk August utworzył Szkołę Nauk Administracyjnych. W dekrecie stwierdzano: „urzędnicy wydziału sprawiedliwości powinni poznać stosunki z administracją, a wzajemnie urzędnicy administracyjni stosunki z sądownictwem”8. Zakładano, że po sześciu latach (od 1817) wszyscy nowi kandydaci do wyższych urzędów administracyjnych w Księstwie będą legitymować się ukończeniem Szkoły Nauk Administracyjnych. Zgodnie z art. 1 dekretu z 22 maja Szkołę Nauk Administracyjnych dołączono do Szkoły Prawa. W ten sposób szkoła stała się praktycznie dwuwydziałowa. W trudnym roku 1813, po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Warszawy, Szkoła pracowała nadal. Jesienią Stanisław Staszic zaproponował zmiany w jej organizacji i utworzenie funkcji dziekana. W 1814 roku projekt wcielono w życie, a urząd ten powierzono Janowi Wincentemu Bandtkiemu, którego Staszic znał jeszcze z czasów tworzenia pierwszej Szkoły Prawa. Większość profesury była tej zmianie organizacyjnej przeciwna: 15 lutego 1815 roku protest w ich i swoim imieniu złożył Dominik Krysiński, argumentując, że urząd dziekana należy uznać za „tajną policję względem profesorów. [...] Dziekan, bez nominowania szpiegów między samymi uczniami, nie może kontrolować profesora co do regularnego odbywania lekcji, chyba, że sam będzie codziennym stróżem wszystkich lekcji”. Profesorowie uznali też, że dziekania „podkopuje fundamenta główne naszego Instytutu [...] liberalność w zawodzie naukowym jest conditio sine qua non”9. Powoływano się także na złe doświadczenia krakowskie. Staszic – argumentując wzmacnianiem pozycji szkoły – nie ugiął się pod presją środowiska i swą decyzję utrzymał w mocy. Nie jest znana opinia samego zainteresowanego. Urząd – mimo niesprzyjającej aury – przyjął. Wbrew obawom Krysińskiego musiał się sprawdzić w tej funkcji, bo po nowej organizacji Uniwersytetu został ponownie dziekanem, już z wyboru kolegów, i piastował tę godność nieprzerwanie przez następne 13 lat.

Epoka Królestwa Polskiego rozpoczęła nowy etap w historii Szkoły Prawa i Administracji, jednocześnie też w życiu Bandtkiego. Brał czynny udział w pracach nad utworzeniem Uniwersytetu. W dyplomie z 19 listopada 1816 roku postanowiono o założeniach organizacji uczelni. W grudniu 1816 roku Komisja Rządowa WRiOP powołała Radę Ogólną Uniwersytetu pod przewodnictwem Stanisława Staszica. Był to organ uchwałodawczy i podejmujący doraźne decyzje. Jan Wincenty Bandtkie był w niej jednym z dwóch (obok W. Surowieckiego) przedstawicieli Wydziału Prawa. W pierwszych miesiącach działania opierano się na regulaminach Szkoły Prawa i Szkoły Lekarskiej z okresu Księstwa, modyfikując je dla doraźnych potrzeb. Rada Ogólna wielokrotnie dyskutowała nad nowym projektem organizacji uczelni. Dziekan Bandtkie brał w tych debatach żywy udział, prezentując własne rozwiązania. Ostatecznie Rada Ogólna (pomimo licznych sporów) przedstawiła do zatwierdzenia Komisji Rządowej Wydziału Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Tymczasowe urządzenie wewnętrzne Uniwersytetu Królewskiego (15 kwietnia 1818). Zgodnie z dokumentami fundacyjnymi i organizacyjnymi uczelnia składała się z pięciu wydziałów. Dwa z nich istniały już w Księstwie: Prawa i Administracji oraz Lekarski. Powstały też trzy nowe: Filozoficzny, Teologiczny oraz Nauk i Sztuk Pięknych. Na czele uczelni, zgodnie z Tymczasowym Urządzeniem, stał rektor, wybierany na czteroletnią kadencję przez przedstawicieli profesorów i zatwierdzany przez Komisję Rządową. Po pierwszych wyborach rektora (marzec 1818), godność tę objął ks. Wojciech Anzelm Szweykowski (Bandtkie – mimo propozycji – w wyborach tych nie chciał kandydować). Kierowanie uczelnią przejęła Rada Uniwersytetu, składająca się z rektora i dziekanów. O pozycji Bandtkiego wśród profesury świadczy fakt, iż pod nieobecność rektora to on kierował jej obradami.

Bandtkie urząd dziekana piastował aż do 1831 roku. Aktywnie zabiegał o zwiększenie kadry profesorskiej i tym samym rozwój Wydziału. Sam dalej wykładał prawo rzymskie, potem też historię prawa ojczystego, starając się wykazywać wpływ prawa rzymskiego na formowanie się polskich norm prawnych. System wykładów był naprzemienny: w jednym roku Bandtkie wykładał prawo rzymskie, w kolejnym – dawne prawo polskie. Dopiero w 1825 roku, kiedy usamodzielniła się katedra prawa rzymskiego z profesorem Wacławem Maciejowskim, Bandtkie rozpoczął regularny wykład z historii prawa polskiego, zachowując sobie jednak wstępny wykład z instytucji rzymskich, który, notabene, prowadził bezpłatnie.

Z relacji i pamiętników wyłania się obraz Bandtkiego jako niezwykle skromnego, szanowanego i łubianego przez studentów i kolegów profesora, choć jako wykładowca krytykowany był przez młodzież za monotonnie wygłaszane wykłady. Tak zapamiętał je F. S. Dmochowski: „Kiedy uczony Jan Wincenty Bandkie przytłumionym i słabym, ale wyraźnym głosem wykładał nam prawo polskie [...], to najgłębsza cisza panowała na sali w gronie przeszło stu dwudziestu słuchaczy i słychać było tylko lekki szmer piór biegających po papierze. Wszyscy bowiem uczniowie notowali za profesorem treść jego prelekcji. [...] Takie zapiski niezbędne były do zdawania egzaminu”10. Wykłady były ważne ze względu na brak podręczników, na nich właśnie przekazywano podstawową wiedzę tyczącą przedmiotu. Sumiennie sporządzane notatki były więc bezcenne. Przechowywane z pietyzmem – te z wykładów Bandtkiego – dotrwały do dziś w zbiorach rękopiśmiennych BUW. Być może Bandtkie przygotował też dla swoich studentów skrypt z wykładów. Jego fragment widział zapewne Stefan Żeromski, kiedy jako korepetytor w Oleśnicy przeglądał rodzinne papiery swych podopiecznych. O tym, że ceniono wykłady Bandtkiego, świadczy też fakt, że na podstawie wspomnianego skryptu i notatek prowadził – wedle pamiętnikarza – swoje zajęcia profesor Ferdynand Kojsiewicz z Krakowa.

Ułatwiać studiowanie i zdawanie egzaminów miała też biblioteka. Tworzono ją od podstaw. Bandtkie już w dobie Księstwa przywiązywał wielką wagę do jej tworzenia. Uważał, że jest niezbędna dla sprawnego działania Szkoły i jakości nauczania. Utworzenie własnej, specjalistycznej biblioteki prawniczej, zapewniającej uczniom i profesorom dostęp do literatury, stało się priorytetem, a pamiętać trzeba, że podstawowe nawet pozycje były trudno dostępne. W większości były to wydania zagraniczne (głównie francuskie), ukazywały się też pierwsze, nowe edycje tłumaczeń m.in. Kodeksu Napoleona. Biblioteka powstawała stopniowo, w dużej części z darów wykładowców. Podziękowania dla darczyńców (wśród nich wymieniany był Jan Wincenty Bandtkie) ukazywały się na łamach warszawskich gazet. Na posiedzeniach Rady Uniwersytetu, już w czasach Królestwa, za szczodre dary dziękował Bandtkiemu dyrektor biblioteki Samuel Bogumił Linde. Ostatecznie też cała prywatna biblioteka Jana Wincentego została przekazana szkole, a był to księgozbiór, którego właściciel, w opinii Joachima Lelewela, „zdołał obfitość i dobór prawie do zupełności w przedmiocie prawa krajowego w swym zbiorze doprowadzić”11.

Prócz prowadzenia wykładów Bandtkie także egzaminował studentów oraz brał udział w uroczystych egzaminach magisterskich i doktorskich. Zapewne wiele czasu zajmowały mu też obowiązki dziekana. Ustalał tok i kontrolował przebieg studiów, prowadził zapisy studentów, przyznawał stypendia i nagrody, przedkładał doroczne sprawozdania. Ciekawą formułą zachęcania studentów i absolwentów do pracy naukowej były coroczne konkursy na samodzielne opracowania dotyczące wcześniej podanego tematu. Projekt takich konkursów zaaprobowała Rada Uniwersytetu w 1818 roku. Mogli do nich przystępować studenci i absolwenci-magistrowie w ciągu dwóch lat od otrzymania dyplomu. Dyplomy te wręczano na uroczystym posiedzeniu, kończącym rok szkolny. Nie brakowało tematów historyczno-prawnych, zapewne nie bez inspiracji dziekana i jednocześnie wykładowcy tych przedmiotów. Już pierwszy konkurs (1818/1819) dotyczył Wywodu historycznego włościan polskich i praw ich zmienianych uważany do czasów bezkrólewia nastałego po śmierci Zygmunta Augusta. W roku 1825/1826 tematem rozprawy na Wydziale Prawa była recepcja prawa rzymskiego w dawnej Polsce. Po oficjalnych uroczystościach wydawano obiad dla profesury i laureatów, którzy zasiadali przy właściwych dziekanach. Jan Nepomucen Janowski, z pochodzenia chłop, jako bardzo dobry student prawa i laureat jednego z tych konkursów zanotował, że na uroczystym obiedzie siedział koło J. W. Bandtkiego, który „nie pozwalał memu kieliszkowi być długo [...] próżnym [...] i dolewał coraz to wina z hasłem prawnicy piją!12. Janowski był też zapraszany do domu dziekana na nieformalne, ale naukowe rozmowy. Dobrze to świadczy o nauczycielskiej, dydaktycznej postawie profesora i o braku uprzedzeń społecznych.

Jako dziekan Bandtkie musiał na co dzień dbać także o dyscyplinę i porządek. Pamiętnikarz opisał wyczyn niesubordynowanego studenta prawa, który umieścił niestosowną poezję w oficjalnej gablocie. Wezwano władze uczelni dla ukarania wybryku. Można sobie wyobrazić pochód, w którym „Rektor z dziekanem wydziału [J. W. Bandtkie] i sekretarzem przystrojeni w togi i birety, w te znamiona godności akademickiej, przybyli na miejsce i przeczytali z podziwem niemałym miłosne pienia ucznia Wydziału Prawa i Administracji”13. Czasem jednak były to sprawy poważniejsze, zahaczające o politykę. Coraz częściej dawała o sobie znać represyjna polityka władz carskich. Stosunki na uczelni zmieniły się po powstaniu Kuratorii Generalnej, której urzędnicy mieli obowiązek „szczególniejszego czuwania nad czystością obyczajów młodzieży i ich prostowania”14. Bandtkie zapewne musiał lawirować, chroniąc młodzież. Przykładem był pogrzeb senatora Bielińskiego. Odbył się w marcu 1829 roku i miał charakter patriotycznej manifestacji. Pomimo surowego zakazu studenci – wśród nich prawnicy – udali się na tę uroczystość. Jedynymi, którzy przyszli na wykłady, byli student II roku prawa Zygmunt Krasiński i towarzyszący mu starszy student-opiekun. Profesor (najprawdopodobniej był to J. W. Bandtkie) – aby nie narażać Wydziału – wykład przeprowadził, nie dając pretekstu do represyjnych działań.

I w Księstwie, i w Królestwie, już jako dziekan Wydziału, Bandtkie brał też udział w wielu uroczystościach uniwersyteckich i wydziałowych, wygłaszał wykłady na otwartych posiedzeniach Szkoły. U progu nowego roku akademickiego 4 października 1814 roku wygłosił np. odczyt O użyteczności nauki prawa, gorąco przekonując do nauczania prawa i jego historii, niezbędnych nie tylko prawnikom, ale wszystkim obywatelom: „poznanie prawa jest pierwszym obowiązkiem cnotliwego obywatela [...]. Godzi się życzyć dla dobra krajów i rządów, by nauka prawa jak najbardziej upowszechnioną była”15.

Tak więc Jan Wincenty Bandtkie związany był z Uniwersytetem żywymi więzami. Pozostał nawet wówczas, gdy zbliżał się tragiczny koniec powstania listopadowego i większość profesorów opuściła Warszawę. Zastępujący rektora J. W. Bandtkie próbował jeszcze ocalić byt uczelni i w sierpniu 1831 roku, w oblężonej przez Rosjan Warszawie, chciał organizować nabór studentów, przewidując rozpoczęcie zajęć 15 października. Aktywność środowiska akademickiego w powstaniu została jednak srogo ukarana przez Rosjan. Studencka „skłonność do buntu” spowodowała, że 19 listopada 1831 roku osobistą decyzją Mikołaja I Uniwersytet został zamknięty. Kilka miesięcy później, w lipcu 1832 roku, zlikwidowano Towarzystwo Przyjaciół Nauk, z którym Bandtkie związany był od dawna. Aktywne życie uniwersyteckie łączył bowiem, jak wielu profesorów, z działalnością w TPN. Cechą epoki Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego w dziejach uczelni było traktowanie Szkoły jako placówki służącej niemal wyłącznie nauczaniu. Debaty o charakterze naukowym wiedli jej profesorowie poza uczelnią, właśnie w TPN. Towarzystwo powstało w 1800 roku. Wśród członków byli literaci, muzycy, architekci, filozofowie, historycy, ekonomiści, politycy, generałowie, działacze niepodległościowi. J. W. Bandtkie został w 1811 roku członkiem przybranym, a w 1812 – czynnym. Prócz niego członkami TPN już w dobie Księstwa byli spośród profesorów Szkoły Prawa: F. K. Szaniawski, D. Krysiński, W. Surowiecki i J. Ch. Hoffman (po 1815 roku – także A. Engelke i M. Szubert). Na tym forum przedstawiali swe naukowe dysertacje, tu mogli toczyć debaty i polemizować. Nie bez znaczenia był też fakt licznych i żywych kontaktów z nauką europejską, możliwych dzięki zagranicznym członkom TPN. W ten sposób profesorowie Szkoły Prawa byli członkami społeczności nadającej ton intelektualnemu życiu Warszawy. Chętnie też umieszczali swe teksty na łamach „Pamiętnika Warszawskiego” – nieformalnego periodyku TPN. Bandtkie dostarczał je wydawcy „bez strychowania się, z czubem [na czas i z naddatkiem – A. R.]”16 i, co ważne, bez pobierania wynagrodzenia.

Miejscem, które łączyło profesorów Uniwersytetu z elitami intelektualnymi i politycznymi, była też tak ważna w Księstwie masoneria. Działająca ponad podziałami politycznymi i stanowymi zacieśniała więzy środowiskowe i ludzkie. W lożach spotykali się na równych prawach przedstawiciele wolnych zawodów i urzędnicy, ministrowie i artyści, profesorowie i młodzi adepci nauki, arystokraci i ziemianie. Do lóż należało sześciu z ośmiu profesorów-prawników: J. W. Bandtkie, A. Engelke, J. Ch. Hoffman, D. Krysiński, M. Szubert, M. Wągrowski. Bandtkie był członkiem lóż masońskich „Rycerze Gwiazdy” i „Świątynia Minerwy”. W 1822 roku, po likwidacji lóż, właśnie w kancelarii notarialnej Bandtkiego rozdysponowano resztki majątku masońskiego, między innymi został sporządzony akt darowizny dla stołecznego szpitala ewangelickiego.

Samodzielną pracę naukową zaczynał Bandtkie od tłumaczeń z francuskiego i niemieckiego. Potem zajmował się badaniami historyczno-prawnymi w dziedzinie prawa rzymskiego i – przede wszystkim – polskiego. Głównym założeniem jego działalności badawczej był pogląd, iż historyczne poznanie jest podstawą i fundamentem nauki prawa. Uważany jest za twórcę warszawskiej historycznej szkoły prawa. Najważniejsze prace Bandtkiego, charakterystyczne dla tego nurtu, to: De studio iuris polonici disertatio (1806): cz. I (źródła praw w Polsce obowiązujących), cz. II (m.in. dysertacja, jak uczyć prawa, wskazująca na wagę języka polskiego), cz. III (literatura dotycząca prawa). Ogłosił też kilka prac z zakresu prawa rzymskiego, stawiając tezę o jego wpływie na dawne prawo polskie (Vindiciae Iuris Romani Iustinianei), wszczynając w nich polemikę z J. Czackim. W 1812 roku ukazał się Zbiór rozpraw o przedmiotach prawa polskiego. Historii prawa polskiego dotyczyły też drobniejsze rozprawy: o czwarciźnie („Pamiętnik Warszawski” 1815); o notariacie (ibidem 1815); o Macieju Śliwińskim (1825). Pośmiertnie wydano pracę o urzędzie woźnego („Biblioteka Warszawska” 1858) i Rozprawę o prawie i sądownictwie karzącem i o urzędach w dawnej Polsce (1858). Efektem długoletniej działalności dydaktycznej J. W. Bandtkiego były też pośmiertnie wydane syntezy, przeznaczone dla studentów: Historia prawa polskiego (1850) i Polskie prawo prywatne (1851). Wśród innych ważnych pozycji należy wymienić te, które wynikały z refleksji nad zawodami prawniczymi i łączyły się z własnymi doświadczeniami Bandtkiego: cytowane tu Uwagi o potrzebie nauki prawa w naszym kraju a w szczególności o użytku tejże w ogólności (1814), Co stanowi prawnika („Pamiętnik Warszawski” 1846, t. III), O poważaniu dawniejszych w Polsce prawników uczonych (1825), Przemowa o urządzeniach naukowych (1817).

Był też Bandtkie zasłużonym edytorem źródeł historycznoprawnych. Do opracowanych przez niego edycji należy Kronika Galla (1824), dzieła Ostroroga z polskim tłumaczeniem (1831), lus Culmense cum appendice privilegiorum et iurium selectorum municipalium et dissertatione historio-iusticia (1814), zawierające teksty prawa chełmińskiego. Pomnikowe wydanie źródeł prawa polskiego stanowi wydane w 1831 roku Ius Polonicum. Jego wartość docenili nam współcześni: dziś w bibliotece cyfrowej BUW znaleźć można Ius polonicum, codicibus veteribus manuscriptis et editionibus quibusque collatis edidit Joannes Vincentius Bandtkie. Jego poglądy naukowe bliskie są epoce oświecenia, nie zarzucał bowiem ideału prawa natury. Jednocześnie jednak był zwolennikiem nowych francuskich uregulowań, szczególnie Kodeksu Napoleona.

Prace naukowe wcześnie zyskały Bandtkiemu uznanie także poza macierzystym ośrodkiem warszawskim: w 1816 roku został członkiem korespondentem Krakowskiego Towarzystwa Naukowego i, w tym samym roku, członkiem honorowym Uniwersytetu Wileńskiego. Międzynarodowe uznanie potwierdził tytuł doktora praw przyznany mu przez Uniwersytet w Królewcu (1814). Mimo że wychowany w pruskiej szkole prawa, dzięki otwartości i szerokim horyzontom był Bandtkie gorącym zwolennikiem i obrońcą Kodeksu Napoleona. Jako członek Komisji Przygotowawczo-Kodeksowej w 1815 roku przyczynił się swoim autorytetem naukowym do utrzymania KN w tworzącym się Królestwie Polskim, potem też krytykował wprowadzone w 1818 roku zmiany francuskich zasad hipoteki. W ten sposób, podobnie jak inni profesorowie Wydziału Prawa (Engelke, Skarbek, Krysiński), służył życiu publicznemu swą wiedzą i doświadczeniem. Ta aktywność dobrze zapisała się też i Uniwersytetowi, i Wydziałowi Prawa – doceniano rolę działań profesury na forum publicznym. Pamiętać też należy, że Bandtkie pracę dydaktyczną i naukową łączył z praktyką prawniczą. Po utworzeniu Królestwa Polskiego został pisarzem aktowym przy sądzie apelacyjnym w Warszawie, a w 1843 roku, mianowany radcą stanu, został członkiem Komisji Rządowej Sprawiedliwości.

Wypada zwrócić jeszcze uwagę na społeczne i środowiskowe uwarunkowania działań Bandtkiego. Był z pochodzenia mieszczaninem wywodzącym się z niemieckiej, niezamożnej rodziny kupieckiej. Całą swą karierę i niekwestionowany życiowy sukces oparł Jan Wincenty Bandtkie na zdobywaniu wiedzy i uprawianiu nauki. Nie był to odosobniony wypadek. Skład społeczny nauczycieli i profesorów Wydziału Prawa wskazuje na to, że wielu pochodziło z bardzo skromnych środowisk szlacheckich lub mieszczańskich. Własnym uporem i ciężką pracą dochodzili do wiedzy i awansu społecznego. Uniwersytet dawał im szansę na wejście w nowe środowisko, które współtworzyli, podobnie jak na płaszczyźnie naukowej – TPN. Jan Wincenty, tak jak starszy brat Jerzy Samuel – historyk, językoznawca i bibliograf, zdobywał wykształcenie dzięki wsparciu ojca i stryja. Byli niewątpliwie przedstawicielami rodzącej się grupy polskiej inteligencji.

Nowa epoka generowała inną już hierarchię wartości. Powoli odchodzono od kryterium urodzenia na rzecz wykształcenia, kariery zawodowej. Na posiedzeniach Rady Ogólnej Uniwersytetu Bandtkie twierdził, że nie „urodzenie i posiadłości”, ale „nauka i sposobienie” zapewniają dostęp do urzędniczej i prawniczej kariery. „Znikły już bowiem przesądy, upadła jednostronna narodowość [szlachectwo], ustały zalety przypadkowe z niej wypływające, a nauki [...] stały się podstawą rządu i urzędów”17. Zapewne też Bandtkie częściej i chętniej niż na arystokratycznych balach bywał na spotkaniach redaktorów „Themis Polskiej” (pierwszego polskiego periodyku prawniczego), którzy „zbierali się kolejno u każdego na skromną herbatkę, gdzie odbywali posiedzenia, na które zapraszano i nie należące do składu redakcji powagi naukowe”18. A jednak ciągle prestiż klejnotu szlacheckiego był ważny i „w cenie”, przysłaniał też w społecznym odczuciu profesurę akademicką. Dyplom fundacyjny Uniwersytetu automatycznie zapewniał więc profesorom nieszlacheckiego pochodzenia nadanie szlachectwa, traktując je jako swoiste odznaczenie. Szlachectwo to po 10 latach stawało się dziedziczne. J. W. Bandtkie brał udział w przygotowywaniu aktu erekcyjnego dla Uniwersytetu, zatem miał świadomość tej procedury. I sam tą drogą w 1819 roku szlachectwo (z przydomkiem Stężyński) otrzymał. Czy chciał tego dla siebie? Przecież wielokrotnie krytycznie wypowiadał się przeciw szlacheckiemu monopolowi społecznemu. Zarzut z przyjęcia nobilitacji uczynili mu Lelewel i Janowski. Z nową pozycją społeczną korespondowało też kupno majątku ziemskiego Żelazne (w okręgu czerskim). Postawa Bandtkiego zapewne miała związek z faktem, iż staropolska tradycja nie została w tej mierze przełamana i mimo zmian społecznych, które niosły ze sobą napoleońskie regulacje, trwać będzie długo jeszcze w XIX stuleciu. Szczególnie zawody prawnicze pozostawały w świadomości społecznej szlacheckimi. Wśród adeptów prawa – studentów Uniwersytetu – tylko wyjątkowo pojawiali się przedstawiciele nieherbowych rodzin i, co ważniejsze, było ich najmniej w skali uczelni. Prawnicy szczególnie chętnie odwoływali się do tradycji szlacheckiej. Nobilitacja miała zapewnić i „poprawić” ich pozycję społeczną, także pozycję profesora.

Jan Wincenty Bandtkie zmarł w Warszawie 7 lutego 1846 roku. Pochowany został na warszawskim cmentarzu ewangelicko-augsburskim. Pośmiertne nekrologi i wspomnienia pokazywały go jako człowieka wielu talentów. Podkreślano jego osiągnięcia i dochodzenie do sukcesu dzięki zdolnościom oraz wielkiej rzetelności i pracowitości w zdobywaniu wiedzy. Tym samym stawał się bohaterem nowej epoki, uosabiając pożądane teraz cechy. Warte uwagi jest to, że pozostał też w pamięci jako historyk i prawnik nowocześnie myślący. Blisko 20 lat po śmierci wspominano, że „z młodzieńczym zapałem obstawał [...] za tym, aby nie cofać cywilizacji narodu we względzie prawniczym [...], aby szanować zabytki przeszłości narodu, ale zarazem nie odrzucać urządzeń nowszych, a więc poprawniejszych”19.

Wybrana literatura

 

W tekście wykorzystano:

[Bandtkie J. W.], Zbiór rozpraw o przedmiotach prawa polskiego przez Jana Wincentego Bandtkie, Warszawa–Wilno 1812, s. IX.

Bandtkie J. W., Uwagi o potrzebie nauki prawa w naszym kraju w szczególnościa o użytku oneyże w ogólności, Warszawa 1814.

Bieliński J., Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. I, II, Warszawa 1911.

Dmochowski F. S., Wspomnienia od 1806 do 1830 r., oprac. Z. Libera, Warszawa 1959.

Dunin K., „Themis Polska”. Pismo nauce i praktyce prawa poświecone. Notatka bibliograficzna, „Gazeta Sądowa Warszawska” 1902, nr 39, s. 614.

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego, red. S. Kieniewicz, Warszawa 1981.

Dziennik Praw [Księstwa Warszawskiego], t.I, III, Warszawa 1810, 1811.

Fiszerowa W., Dzieje moje i osób postronnych, Londyn 1975.

„Gazeta Korespondenta Warszawskiego i Zagranicznego” 1810, nr 3 (dod.), nr 46.

Gerber R., Studenci Uniwersytetu Warszawskiego 1808–1831. Słownik Biograficzny, Wrocław 1977.

Janowski J. N., Notatki autobiograficzne 1803–1853, oprac. M. Tyrowicz, Wrocław 1950.

Księga protokołów Rady Ogólnej Uniwersytetu Warszawskiego 1817–1819, wyd. R. Gerber, Warszawa 1958.

Pamiętnik Feliksa hr. Łubieńskiego, ministra sprawiedliwości, oprac. W. Chomętowski, wyd. 2, Warszawa 1890.

Przepisy tyczące się karności uczniów Królewsko-Warszawskiego Uniwersytetu, [s.l.] 1824, s. 3–5.

Sobociński W., Jan Wincenty Bandtkie obrońcą Kodeksu Napoleona, „Rocznik Lubelski” 1960, t. III.

Wężyk W., Kronika rodzinna, oprac. i wstęp M. Dernałowicz, Warszawa 1987.

 

Biogramy:

PSB, t. I (S. Kutrzeba); F. Bentkowski, W. A. Maciejowski, „Biblioteka Warszawska” 1846; K. Wójcicki, Życiorysy znakomitych ludzi, 1850; idem, Cmentarz powązkowski, 1855; E. Kierski, „Tygodnik Ilustrowany” 1864; A. Niemojewski, „Kłosy” 1888, t. XLVI; J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski, Warszawa 1911; S. Krzemiński, Album biograficzny zasłużonych Polaków i Polek w wieku XIX, t. II, 1903; S. Krzemiński, Bandtkie Jan Wincenty (1783–1846),  [w:] Wiek XIX. Sto lat myśli polskiej, t. II, Warszawa 1907; W. Sobociński, J.W. Bandtkie obrońcą Kodeksu Napoleona, „Rocznik Lubelski” 1960, t. III.

 

Bibliografia dzieł:

A. Suligowski, Polska Bibliografia Prawnicza XIX i XX w. (Uwaga! Janowi Wincentemu Bandtkie przypisano niektóre dzieła brata, Jerzego Samuela).

SECT-ID LINK

1„Pamiętnik Warszawski” 1815, t. III, nr 11, s. 327 i nr 12, s. 413.

2Zbiór rozpraw o przedmiotach prawa polskiego przez Jana Wincentego Bandtkie, Warszawa–Wilno 1812, s. IX.

3Uwagi o potrzebie nauki prawa w naszym kraju w szczególności, a o użytku tejże w ogólności pisane przez Jana Wincentego Bandtkie..., Warszawa 1814, s. 6.

4Ibidem, s. 6–7.

5Dekret z 11 lipca 1809 r., [w:] Dziennik Praw [Księstwa Warszawskiego], t. I, nr 12, s. 298–299.

6Pamiętnik Feliksa hr. Łubieńskiego, ministra sprawiedliwości, oprac. Wł. Chomętowski, wyd. 2, Warszawa 1890, s. 168.

7W. Fiszerowa, Dzieje moje i osób postronnych, Londyn 1975, s. 308.

8Dziennik Praw [Księstwa Warszawskiego], t. III, nr 32, s. 323.

9Cyt. za J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), Warszawa 1911, t. II, s. 246–247.

10F. S. Dmochowski, Wspomnienia od 1806 do 1830 r., oprac. Z. Libera, Warszawa 1959, s. 99–100.

11J. Lelewel, Bibliograficznych ksiąg dwoje..., t. II, Wilno 1826, s. 162 [reprint: Warszawa 1927].

12J. N. Janowski, Notatki autobiograficzne 1803–1853, oprac. M. Tyrowicz, Wrocław 1950, s. 79–80.

13F. S. Dmochowski, op. cit, s. 109–110.

14Przepisy tyczące się karności uczniów Królewsko-Warszawskiego Uniwersytetu, [s.l.] 1824, s. 3–5.

15[J. W. Bandtkie], Uwagi o potrzebie nauki prawa w naszym kraju w szczególności a o użytku oneyże w ogólności, Warszawa 1814, s. 36–37.

16Cyt. za K. Ossowski, Prasa Księstwa Warszawskiego, Warszawa 2004, s. 216.

17Księga protokołów Rady Ogólnej Uniwersytetu, wyd. R. Gerber, Warszawa 1958, s. 200–201.

18K. Dunin, „Themis Polska”. Pismo nauce i praktyce prawa poświęcone. Notatka bibliograficzna, „Gazeta Sądowa Warszawska” 1902, nr 39, s. 614.

19E. Kierski, Jan Wincenty Bandtkie, Stężyński, „Tygodnik Ilustrowany” 1864, s. 114 (cyt. za: R. Czepulis-Rastenis, Ludzie nauki i talentu. Studia o świadomości społecznej inteligencji polskiej w zaborze rosyjskim, Warszawa 1988, s. 324).

Jan Baranowski

Urodzony 26 XII 1800 w Sławkowie (ziemia olkuska). Studia matematyczne na Uniwersytecie Krakowskim i UW (do 1825); adiunkt Franciszka Armińskiego w Obserwatorium Astronomicznym (1825–1835); pobyt naukowy w Królewcu (pod kierunkiem Friedricha Wilhelma Bessela) oraz w Pułkowie pod Sankt Petersburgiem; profesor zwyczajny w Szkole Głównej (1862–1869).

Astronom; uczestniczył w pracach mających ustalić współrzędne geograficzne Warszawy; ogłosił obliczenia dotyczące orbity komety Bieli (1836, 1837). Wydawca zbiorowego wydania dzieł Kopernika.
Redaktor „Kalendarza astronomicznego Obserwatorium warszawskiego” (1857–1862).
Dyrektor Obserwatorium Astronomicznego w Warszawie (1848–1869).
Zmarł 8 XI 1879 w Lublinie.

Observations astronomiques faites à l’Observatoire de Varsovie, Warszawa 1836; Wzory z trygonometrii prostokreślnej i kulistej, Warszawa 1864; Tablice do ułożenia kalendarzy, Lublin 1879.

Baranowski J. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 280–281.

JAROSŁAW WŁODARCZYK

JAN BARANOWSKI

1800–1879

 

Pisząc przedmowę do polskiego przekładu Kosmosu Aleksandra Humboldta, Jan Baranowski wyraził zadowolenie, że „w ostatnich latach zaczyna się u nas zjawiać większa czynność w przedmiotach z nauk ścisłych i poważnych”. Swoją radość uzasadniał przekonaniem, iż „badanie nauk ścisłych, a mianowicie nauk przyrodzonych, jest najtrwalszą podstawą umysłowego ukształcenia”1. Słowa całkowicie zrozumiałe u człowieka, który, łącząc zamiłowanie do nauk ścisłych z talentem literackim, przysporzył polskiemu piśmiennictwu kilku znaczących dzieł, niekiedy pionierskich w skali światowej.

Jan Baranowski przyszedł na świat 26 grudnia 1800 roku w Sławkowie, leżącym w pół drogi między Olkuszem a Dąbrową Górniczą. Studia wyższe rozpoczął na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale zakończył je uzyskaniem stopnia magistra filozofii uczelni warszawskiej. Działo się to w lipcu 1825 roku, tuż przed formalnym przejęciem przez Uniwersytet Warszawski nowo wybudowanego pod kierunkiem Franciszka Armińskiego budynku obserwatorium astronomicznego. Baranowskiemu od razu zaproponowano stanowisko adiunkta w obserwatorium, włączając go w ten sposób w proces wprowadzania do użytku kompletowanego od 1816 roku instrumentarium, przede wszystkim wykonanych u Reichenbacha i Ertla w Monachium, przez następne z górą pół wieku podstawowych w pracy placówki – wielkiego koła południkowego i wielkiego koła repetycyjnego. W pierwszych latach działalności astronomowie warszawscy zaangażowali się głównie w wyznaczanie współrzędnych geograficznych obserwatorium. Bardzo szybko też – pierwsze zapisy bowiem wykonano 20 listopada 1825 roku – rozpoczęto prowadzenie systematycznych spostrzeżeń meteorologicznych; Baranowski był za nie odpowiedzialny do roku 1835. Proces rozwijania obserwatorium przerwały na jakiś czas wydarzenia roku 1831, w konsekwencji których placówka uzyskała po zamknięciu Uniwersytetu status odrębnego zakładu naukowego.

W latach 1835–1836 Baranowski odbył zagraniczną podróż naukową, rozpoczynając ją od wizyty w Obserwatorium Królewieckim, u cieszącego się wielkim autorytetem Friedricha Wilhelma Bessela. Niemiecki astronom należał do wybitnych znawców teorii orbit kometarnych i w czasie odwiedzin Baranowskiego pracował między innymi nad ustaleniem, w jaki sposób fizyczne procesy zachodzące w jądrze komety zaburzają jej ruch orbitalny. Zapewne z inspiracji Bessela powstały prace obliczeniowe Baranowskiego dotyczące orbity komety Bieli, obserwowanej w 1832 roku, opublikowane z polecenia niemieckiego astronoma w „Astronomische Nachrichten” w latach 1836 i 1837. Artykuły te stanowią najważniejsze osiągnięcie Baranowskiego na niwie astronomii. Rok 1836 przyniósł także wydane metodą litograficzną sprawozdanie Observations astronomiques faites à l’Observatoire de Varsovie.

Kolejna naukowa wyprawa zaprowadziła Baranowskiego w lipcu 1845 roku do obserwatorium w Pułkowie, kierowanego przez Wilhelma Struvego. Struve realizował właśnie program wyznaczenia różnicy długości geograficznej między Pułkowem a Moskwą i Warszawą. Zasada była prosta: chodziło o odnotowanie czasu tego samego zjawiska astronomicznego – na przykład przejścia gwiazdy przez lokalny południk – za pomocą zegara najpierw w Pułkowie, a następnie w Warszawie; różnica w odczytach czasu dawała różnicę długości geograficznych. W połowie XIX wieku dysponowano już zegarami, które można było przewozić na duże odległości bez znaczącego zaburzania ich chodu. Jak relacjonował w 1846 roku Baranowski w „Bibliotece Warszawskiej”: „W Pułkowie tymczasem czyniono przygotowania do podróży; jakoż d. 25 lipca [...] [chronometry] wysłano w drogę z oficerem z głównego sztabu i konduktorem. Pierwsze połączenie nastąpiło d. 31 lipca [1845], w którym to dniu przywieziono do Warszawy 40 chronometrów i te z zegarami obserwatorium porównano; następnego dnia 1 sierpnia, po powtórnem ich porównaniu z temiż zegarami, o godzinie 2, minucie 12 po północy, Otton Struwe [syn Wilhelma] wyjechał z niemi na powrót do Pułkowa. Chronométra w Warszawie zostawały w spokojności, to jest wolne od ruchu powozowego przez 23 godziny i 12 minut”2. Ostatecznie zegary pojawiły się w warszawskim obserwatorium czterokrotnie – ostatni raz 7 września. Później, latem 1846 roku, Struve ponownie wyśle do Warszawy 41 chronometrów, by uzgodnić różnice długości geograficznej między Pułkowem i miejscowościami z południa Rosji: Charkowem, Nikołajewem (Mikołajowem), Kijowem i Żytomierzem.

W 1848 roku, po śmierci Armińskiego, Baranowski zastąpił go na stanowisku dyrektora obserwatorium. Za jego kadencji biblioteka placówki powiększyła się o kilka tysięcy tomów, w 1859 roku instrumentarium zostało istotnie wzmocnione zakupionym w Monachium refraktorem Merza o średnicy 16 cm, a w 1859 roku udało mu się wreszcie uzyskać środki na zaplanowany remont budynku, który jednak został przeprowadzony już po przejściu Baranowskiego na emeryturę i według innych założeń. Obowiązkom administracyjnym towarzyszyły dydaktyczne. Jeszcze w latach 1837–1842 Baranowski wykładał astronomię na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Kursów Dodatkowych (Pedagogicznych) w Warszawie, instytucji kształcącej nauczycieli dla szkół powiatowych. Kiedy w 1862 roku powołano do życia Szkołę Główną, został początkowo docentem Wydziału Matematyczno-Fizycznego, rok później zaś profesorem zwyczajnym. Prowadził zajęcia z podstaw astronomii (kosmografia), astronomii sferycznej i teoretycznej. Według wspomnień Klemensa Eugeniusza Dziewulskiego wykłady były „suche i nużące”3, a wynikać to miało z niewolniczego trzymania się podręczników i zaniechania własnych prac badawczych. W latach 1864–1866 Baranowski pełnił funkcję dziekana Wydziału Matematyczno-Fizycznego, zastępując na tym stanowisku Augustyna Frączkiewicza, przyjaciela, z którym mieszkał pod jednym dachem ponad 30 lat. W ocenie Dziewulskiego Baranowski był dziekanem bez wizji rozwoju wydziału, biernym, choć „odznaczającym się niezmierną uczciwością, uczynnością i życzliwością dla młodzieży”4. Po zlikwidowaniu Szkoły Głównej Baranowski nie skorzystał z możliwości pozostania na rusyfikowanym uniwersytecie i 1 sierpnia 1869 roku otrzymał zwolnienie ze służby i godność radcy tytularnego.

Z wykładami w Szkole Głównej wiązały się podręczniki, opracowywane przez Baranowskiego najczęściej na podstawie tytułów zagranicznych. W postaci litografowanego skryptu ukazał się jego zmodyfikowany przekład Leçons nouvelles de cosmographie Henriego Garceta; drukiem wyszły 20-stronicowe Wzory z trygonometrji prostokreślnej i kulistej (Warszawa 1864). Nie były to jednak książkowe debiuty Baranowskiego. W 1849 roku ukazał się pierwszy tom wspomnianego Kosmosu Humboldta, gdzie dyrektor obserwatorium przetłumaczył teksty otwierające książkę oraz części astronomiczną i poświęconą geografii fizycznej. W latach 1857–1862 redagował „Kalendarz astronomiczny obserwatoryum warszawskiego”. W roku 1858 zaś wydał dwutomowy przekład Meteorologii Pierre’a Foissaca. Najważniejszą jednak pracą Baranowskiego okazała się dwujęzyczna (łacińsko-polska) edycja pism Mikołaja Kopernika, dająca pierwszy kompletny przekład De revolutionibus na język nowożytny i będąca jednocześnie pierwszym zbiorowym wydaniem spuścizny wielkiego uczonego.

Pomysł tego przedsięwzięcia sformułował Baranowski w 1843 roku, w opublikowanym w „Bibliotece Warszawskiej” omówieniu francuskiego projektu wydania dzieł Pierre’a Simone’a de Laplace’a. Cztery lata później pomysł wsparła Magdalena Łuszczewska, matka Deotymy, zachęcając do gromadzenia funduszy. Ostatecznie liczący 746 stronic tom pod naukową kuratelą Baranowskiego ukazał się w 1854 roku. Nowatorstwo Baranowskiego w pracy nad przekładem De revolutionibus (w tej edycji polska wersja tytułu uzyskała nienajszczęśliwsze brzmienie O obrotach ciał niebieskich) polegało na sięgnięciu po autograf, przechowywany wówczas w Pradze. Warszawski astronom mógł dzięki temu przywrócić piękny wstęp Kopernika do księgi I, niezamieszczony w wydaniu pierwszym dzieła i pomijany w kolejnych. Tłumaczenie polskie jest dość swobodne, zawiera nawet uzupełnienia nieobecne w oryginale, zmieniając się niekiedy nieomal w komentarz, nie jest też wolne od błędów historycznych, nie umniejsza to jednak znaczenia tej publikacji dla kultury polskiej, a także dla badań nad dziełem Kopernika. Zwłaszcza że wydanie Baranowskiego zawierało, poza podstawową pracą Kopernika, edycje i przekłady pism Jerzego Joachima Retyka – Narratio prima, wstępu do De lateribus et angulis triangulorum Kopernika i przedmowy do efemeryd wydanych w 1551 roku – traktatu monetarnego Kopernika, jego astronomicznej rozprawy w formie listu do Bernarda Wapowskiego oraz korespondencji.

Bardzo ważną działalność obserwatorium za czasów Baranowskiego stanowiły systematyczne spostrzeżenia meteorologiczne, wykonywane do zamknięcia Szkoły Głównej cztery razy dziennie, w godzinach 6.00, 10.00, 16.00 i 22.00. Wartości średnie z opisem kolejnych lat były publikowane od 1835 roku w warszawskich kalendarzach, a od 1841 roku rezultaty obserwacji meteorologicznych ogłaszano co miesiąc w „Bibliotece Warszawskiej” i w formie broszurowej. O początkach tej działalności można się dowiedzieć z przedmowy Baranowskiego do przetłumaczonej przez niego Meteorologii Foissaca – tekst ten jest w istocie zarysem historii meteorologii w Polsce. Pełny tytuł dzieła francuskiego badacza brzmi: Meteorologia czyli nauka o zjawiskach w powietrzu dostrzeganych, o ich związku i wpływie na królestwo organiczne, a głównie na człowieka i odzwierciedla w znacznym stopniu zainteresowania Baranowskiego, którego zajmował modny wówczas na świecie temat wpływu ruchu Księżyca na ziemską pogodę. Astronom zainspirował nawet do prowadzenia badań nad tym zagadnieniem Kajetana Kraszewskiego, który w 1854 roku zaczął urządzać w Romanowie prywatne obserwatorium astronomiczne. Baranowski przez kilkanaście lat był opiekunem naukowym brata Józefa Ignacego i w ten sposób związki między dwiema placówkami, w Warszawie i Romanowie, były dość zażyłe. Kraszewski pisał: „Bywam często u moich poczciwych znajomych: Baranowskiego i Prażmowskiego, w obserwatorium, i oni mię odwiedzają chętnie, a tacy mili, uprzejmi i chętni w przysługach, że niepodobna ich nie szanować i nie kochać. Baranowski szczególnie nadzwyczaj był ucieszony i zajęty mymi notatkami. [...] Wiele moich uwag Ci panowie uznali za trafne i dobre, teraz tak się urządzamy, że moje różne instrumenta porównują się z tutejszymi, żeby nadal już jak najakuratniejsze robić obserwacje, i co jaki czas komunikować się będziemy”5.

Swoje zainteresowania Baranowski kultywował na emeryturze, mieszkając w Lublinie u swojego brata Walentego, biskupa lubelskiego. Założył tam małą stację meteorologiczną, sporządził i wydał Tablice do ułożenia kalendarzy (Lublin 1879), umożliwiające między innymi przeliczanie dat juliańskich i gregoriańskich w okresie od roku 1 do 3500. Pośród 20 przykładowych zadań do rozwiązania za pomocą tablic znalazło się i takie: „Kopernik umarł w Frauenburgu 1543 r. Nono ante calendas Junii: jaka data Juliańska odpowiada tej epoce?”6. Opisując swoją wizytę w Lublinie 23 marca 1877 roku, Kajetan Kraszewski zanotował: „Baranowski mieszka teraz jako emeryt przy bracie biskupie, nadzwyczaj mię serdecznie witał, a indult na kaplicę romanowską odnowiony sam mi starowina odniósł do hotelu. Ale biedak prawie nic nie widzi, każe sobie jednak czytać i trwa w wiadomości obecnego stanu i rozwoju stanu nauk, które go zawsze bardzo żywo obchodzą i zajmują bezustannie”7.

Jan Baranowski zmarł 8 listopada 1879 roku i został pochowany na cmentarzu lubelskim.

SECT-ID LINK

1J. Baranowski, Przedmowa tłumacza, [w:] A. Humboldt, Kosmos. Rys opisu fizycznego świata, t. I, tłum. J. Baranowski, L. Zejszner, Warszawa 1849.

2J. Baranowski, Oznaczenie długości geograficznej Warszawy względem głównego obserwatoryum Pułkowa, wykonane w r. 1845 zapomocą chronometrów pod kierunkiem O. Struwego, „Biblioteka Warszawska” 1847, t. XXV, s. 536.

3Cyt. za: S. Dobrzycki, Wydział Matematyczno-Fizyczny Szkoły Głównej Warszawskiej (Sekcja Matematyczna), Wrocław 1971, s. 78.

4Ibidem, s. 19.

5Cyt. za: J. I. Kraszewski i polskie życie muzyczne XIX w., oprac. S. Świerzewski, Kraków 1963, s. 191–192.

6J. Baranowski, Tablice do ułożenia kalendarzy, Lublin 1879, s. 2.

7K. Kraszewski, Silva rerum: wspomnienia i zapiski dzienne z lat 1830–1881, oprac. Z. Sudolski, Warszawa 2000, s. 452.

Feliks Jan Bentkowski

Urodzony 27 V 1781 w Lubartowie (Lubelszczyzna). Studia pod kierunkiem m.in. Wolffa, Voigta i Niemayera na Uniwersytecie oraz w Instytucie Pedagogicznym w Halle; nauczyciel języków starożytnych oraz języka niemieckiego w Liceum Warszawskim; tytuł doktora filozofii przyznany przez Uniwersytet Jagielloński (1814); zastępca profesora (1817); profesor zwyczajny UW (1818).

Historyk, literaturoznawca. Sklasyfikował literaturę polską pod względem formalnym oraz przeprowadził ocenę twórczości najwybitniejszych jej przedstawicieli.
Redaktor „Pamiętnika Warszawskiego” (1814–1821).
Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk, doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Archiwum Głównego Królestwa Polskiego w Warszawie.
Zmarł 23 VIII 1852 w Warszawie.

Historya literatury polskiej..., t. 1–2, Warszawa–Wilno 1814; Wstęp do historyi powszechnej, Warszawa 1821; O znakach przecinkowych w piśmie czyli znakach pisarskich, Warszawa 1830; Wiadomości o życiu Jana Bandtkie Stężyńskiego, Warszawa 1846.

Bentkowski F. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 440–442.

ANDRZEJ KRZYSZTOF GUZEK

FELIKS JAN BENTKOWSKI

1781–1852

 

23 sierpnia 1852 roku (nie 28, jak podaje większość źródeł, np. PSB i Nowy Korbut) umiera na cholerę Feliks Bentkowski, niegdyś profesor Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie naczelnik Archiwum Głównego Królestwa Polskiego i Sędzia Pokoju. Dwa dni wcześniej cholera zabrała innego profesora dawnej uczelni – Adriana Krzyżanowskiego, matematyka, zmarła także jego żona. Gazety zamieszczają codziennie wiadomości o błagalnych modlitwach we wszystkich kościołach, apele o przestrzeganie higieny, informują, ilu zachorowało, ilu w Warszawie umarło.

Przywleczona w 1831 roku przez wojska rosyjskie, zbierała cholera od tego czasu swe żniwo systematycznie, choć z różnym nasileniem. Najgorsze były lata 1837, 1848 i 1852.

Trzy lata po śmierci Bentkowskiego cholera przerwie w Stambule życie Adama Mickiewicza.

Bezsilność medycyny XIX-wiecznej wzmagała grozę, Raymond Durand, konsul Republiki Francuskiej, donosił z Warszawy swemu ministrowi w pierwszych dniach stycznia 1831 roku: „zapewniają mnie wciąż, że część wojsk rosyjskich maszerujących ku Polsce została zaatakowana przez tę chorobę”. Po dwóch tygodniach obawy rozprzestrzenienia się choroby na Galicję spowodowały, iż „utworzono ścisły kordon od strony Wołynia i Podola”. W kwietniu Durand informował Paryż, że zachorowania są już w Warszawie, w tymże miesiącu, jak pisał w kolejnym raporcie, chorzy w lazaretach idą już w setki, a 3 maja przekazał wieść o wziętych do niewoli Rosjanach: „niektórzy jeńcy twierdzą, że armia ta traci do 300 ludzi dziennie”.

Przywołane tu raporty wskazują na mniej ujawnianą w relacjach historycznych perspektywę życia międzypowstańczego. Późne pokolenie oświeconych i pokolenie romantyków oswojone były z lękiem przed chorobą, przychodziła ona i odchodziła w swoim własnym rytmie. Sierpień 1852 roku był dla Warszawy szczególnie tragiczny. Dzień w dzień gazety odnotowują wzrastającą liczbę zgonów, w pierwszych dniach miesiąca po 40–50, ale już 5 sierpnia – 89 zgonów, by w połowie miesiąca sięgnąć liczby 244. W dniu pochówku Bentkowskiego towarzyszy mu na warszawskie Powązki 130 konduktów żałobnych. W następnych dniach rozpoczyna się wyraźny spadek liczby zgonów, w ostatnim dniu miesiąca jest ich 36, a w połowie września Warszawa zostaje ogłoszona miastem bez zarazy.

Bentkowski odchodzi z tego świata, licząc sobie lat 70, jeszcze w pełni sił fizycznych, choć wyraźniejszej działalności naukowej od lat już nie prowadzi. Rok przed śmiercią tak wspomina Marceli Motty jego wizytę w Poznaniu: „wrażenie znacznie młodszego. Średniego wzrostu, silnej budowy ciała, z dość dużą głową, gęstym i ciemnym jeszcze włosem pokrytą [...]. Spojrzenie jego było śmiałe i wesołe, a cała postać, ruchy, sposób mówienia okazywały człowieka czynnego i energicznego”. We wspomnieniu pośmiertnym poświęconym obu profesorom: Krzyżanowskiemu i Bentkowskiemu, a opublikowanym w kilka dni po ich śmierci w „Gazecie Warszawskiej”, jego autor, Hipolit Skimborowicz, dokonuje znamiennych porównań. Krzyżanowski, według niego, to skromny człowiek w „postaci prostaczka ewangelicznego”, a zarazem miłośnik książek, który „ostatni grosz wydałby na książki, dlatego bardzo piękne zostawił zbiory”. Bentkowski natomiast, „jakkolwiek bibliograf, nie posiadał żadnych rzadkości właściwych zbiorom bibliografów”. Skromności i pokornemu pochyleniu Krzyżanowskiego przeciwstawia Bentkowskiego, który „był człowiekiem światowym, sama postawa jego wspaniała, mniej się mogła ugiąć, przynajmniej w oczach wszystkich”, i – co najciekawsze – Krzyżanowski w wykładach swoich ujawniał naukowy krytycyzm, a Bentkowski „prawie wszystko chwalił, rzadko co u niego na naganę zasłużyło”. Skimborowicz podkreśla, że kariera obu profesorów rysowała się zupełnie odmiennie: „jakże inną, stokroć kwiecistszą w tymże kierunku przebiegł drogę Bentkowski”; Krzyżanowski „naukę miał za cel”, a Bentkowski za „środek”, jako „człowiek światowy” niezwykle umiejętnie łączył karierę profesorską z osiąganiem wysokiego statusu społecznego i materialnego.

Kondukt na cmentarz Powązkowski wyrusza z Nowego Światu, z domu pod hipotecznym numerem 1254, dziś numer 49, gdzie po przebudowach znajduje się najpiękniejszy na ulicy pałac Małachowskich, obecnie siedziba Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Tablica na murze przypomina, iż był to dom Feliksa Bentkowskiego. Zbudowany, a może raczej gruntownie zmieniony, przez znanego architekta Hilarego Szpilowskiego w latach 1820–1822, świadczył o zamożności profesora. Łukasz Gołębiowski, publikując w 1827 roku Opisanie historyczno-statystyczne miasta Warszawy, wymienia dom Bentkowskiego wśród „nowych, okazalszych”. Wniesiony został na posesji, która wcześniej należała do K. Belgrama.

Poślubiona w 1812 roku Emilia Zeydler (Zajdler, Seidler) znalazła w autobiografii Bentkowskiego wyjątkowe miejsce: „dzień 9 lutego 1812 r. nader jest ważny w życiu moim jako dzień wejścia w związek małżeński z Emilią Zejdler, która prócz nieocenionych przymiotów serca i duszy, sprawujących rok już dwunasty moje szczęście domowe, wniosła nadto znakomity posag, mający posłużyć do ustalenia losu dzieci”. Choć Andrzej Zahorski, analizując dzieje warszawskiego mieszczaństwa u schyłku XVIII wieku, wymienia jako właściciela dworku oznaczonego numerem 244 przy ulicy Mostowej jedynie S. Zaydlera oraz zapewne tegoż samego S. Zaydlera jako współwłaściciela, wraz z Falinerem, domu o numerze 715 przy ulicy Leszno, to Zaydlerów nie ma jeszcze wśród patriarchatu mieszczańskiego Warszawy. Wydaje się, że 20 lat później rodzina doszła do wyraźnej zamożności. W dziejach małżeństwa jest i nuta sentymentalna, romantyczna, przydana może przez biografów. Wspomniany już Marceli Motty notuje: „Pobożna ta i łagodna pani, nie mogąc, że tak powiem, przeżyć męża, z niezwykłą rezygnacją i przytomnością ułożywszy wszelkie sprawy familijne i majątkowe do najdrobniejszych szczegółów, położyła się spokojnie i umarła cztery tygodnie po nim, bez żadnej choroby, li tylko ze zmartwienia”. Co ciekawe, jak donosi „Kurier Warszawski”, eksportacja zwłok nastąpiła z ulicy Świętokrzyskiej, z domu oznaczonego numerem 1337, co by świadczyło o tym, że rodzina Bentkowskich posiadała w centrum miasta już niejedną posesję.

Ród Bentkowskich był dość ubogi w XVIII wieku. Ojciec przyszłego profesora, Józef, były konfederat barski, służył na dworach Sanguszków i Sapiehów. W Lubartowie, w województwie lubelskim, 27 maja 1781 roku przychodzi na świat syn Józefa i Marianny z Nowickich – Feliks Jan. Ojciec, po przeniesieniu się do Warszawy w 1787 roku, zaczyna kształcić syna zrazu w szkołach pijarskich i pojezuickich. Brak zasobów kazał młodemu Bentkowskiemu już wówczas utrzymywać się z korepetycji. Ciekawym epizodem młodości przyszłego profesora jest trzyletni (1797–1800) pobyt w Skierniewicach u Ignacego Tiede, plenipotenta arcybiskupa Krasickiego. W zachowanej autobiografii Bentkowskiego nie ma słowa o spotkaniu z Ignacym Krasickim, choć przecież z jego biblioteki korzystał młody nauczyciel dzieci Tiedego. Nie sposób oprzeć się myśli, że spotkania z księciem poetów dawnej Polski lub tylko jego widok (a Krasicki w Skierniewicach przebywał systematycznie) pociągnęły Bentkowskiego w stronę piśmiennictwa artystycznego i historycznego wielkich czasów Stanisława Augusta.

Kolejny etap życia Bentkowskiego to pobyt w Instytucie Pedagogicznym w Zullichau nad Odrą, gdzie uzyskuje średnie wykształcenie, a jednocześnie pracuje jako nauczyciel języka polskiego w klasach niższych. W 1802 roku jest już w Saksonii, na Uniwersytecie w Halle, tu słucha czołowych wówczas myślicieli niemieckich. W 1805 roku wraca do kraju, powołano go bowiem na nauczyciela języków starożytnych i języka niemieckiego w założonym w Warszawie Liceum. Zainteresowania naukowe Bentkowskiego są dość rozległe, wykłada wymowę, historię literatury, historię Polski, już jako profesor Liceum od 1809 roku obejmuje stanowisko kierownika nauczania języka polskiego, stylu i literatury (część obowiązków przekaże z czasem księdzu Szweykowskiemu). W 1810 roku zostaje kierownikiem nauczania historii i geografii, kieruje biblioteką Liceum, współpracuje z Lindem przy redagowaniu Słownika języka polskiego. Utrzymując przez wiele lat kontakt z „Allgemeine Literatur-Zeitung”, zamieszcza w piśmie wychodzącym w Halle rozprawy historyczne m.in. o Kołłątaju, Surowieckim i Niemcewiczu. W Gotha, w „Pädagogische Bibliotek” publikuje po niemiecku pracę pedagogiczną, którą po latach (w 1825) wydaje w Warszawie pt. W jaki sposób nauczyciel powinien budzić i podtrzymywać w uczniach zajęcie przy wykładzie w ogóle, a w szczególności przy nauczaniu matematyki, historii i języków. W życie Warszawy wrasta coraz wyraźniej, już to jako nauczyciel dzieci Tomasza Ostrowskiego, już to jako jeden z egzekutorów testamentu Tomaszowej Ostrowskiej, już to jako zastępca sekretarza Izby Edukacyjnej, a od 1813 roku jako członek Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. W roku 1816 znajdujemy go w masońskiej loży „Braci Polaków”, loży ziemiańsko-oficerskiej, skupiającej elity Królestwa, generalicję, oficerów, w tym adiutantów wielkiego księcia Konstantego; było tu ośmiu senatorów, w tym minister sprawiedliwości Franciszek Węgleński. Kolegami Bentkowskiego po młotku i kielni są także Józef Dionizy Minasowicz, Franciszek Wężyk i kompozytor Jan Stefani. Warto dodać, że w późniejszym okresie z 18 profesorów Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych – 10 nosić będzie wolnomularskie fartuszki.

Zobowiązany przez Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych do ułożenia podręcznika historii literatury dla klasy VI szkół wojewódzkich prowadzi prace nad dawnym piśmiennictwem, które zaowocują w 1814 roku dziełem jego życia – Historią literatury polskiej wystawioną w spisie dzieł drukiem ogłoszonych. Będzie to pierwsza wiarygodna, naukowo opracowana bibliografia polskiego piśmiennictwa wraz z opisem tekstów zgodnie z normą, jaka w pierwiastkowych dziejach myśli o literaturze przeważała. Dwa tomy Bentkowskiego odegrają ogromną rolę – nie tylko ujawniającą dawne zasoby polskiej kultury, ale przede wszystkim inspirującą do podejmowania trudu dokumentacji, zbieractwa, gromadzenia polskiej książki. Pamiętniki z epoki ujawniają nagły, niebywały rozkwit szlachetnej manii gromadzenia dawnej polskiej książki i radości, gdy kolekcjoner odnajdzie coś, o czym nawet Bentkowski nie wiedział. W nagrodę za swe dzieło otrzymuje tytuł doktora filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego i – co niezwykle ciekawe – pierścień brylantowy od cara Aleksandra.

W 1814 roku przejmuje naczelną redakcję „Pamiętnika Warszawskiego”, jednego z pierwszych w Polsce poważnych pism naukowych. W roku utworzenia Królestwa Polskiego pozycja Bentkowskiego, wówczas 34-letniego, jest rzetelnie ugruntowana.

19 listopada 1816 roku car Aleksander składa swój podpis pod aktem powołania w Warszawie Uniwersytetu. W kolejnym roku trwają intensywne prace pod kierunkiem Stanisława Kostki Potockiego i Stanisława Staszica nad przekuciem dokumentu w uniwersytecką rzeczywistość. Kompletowanie zespołu profesorów zajmie sporo czasu. Bentkowski zostaje powołany na zastępcę profesora w 1817 roku, a rok później na stanowisko profesora zwyczajnego historii powszechnej. Wykłady prowadził będzie aż do zamknięcia uczelni. Równocześnie wchodzi w skład władz uniwersyteckich. W wyborach pierwszego rektora na czteroletnią kadencję dostaje jeden głos, choć nie było jego zgody na kandydowanie. Jeden głos dostał także Bandtkie, cztery Linde (mimo poparcia jego kandydatury przez Stanisława Kostkę Potockiego). Wygrywa były kolega, profesor z Liceum Warszawskiego, Wojciech Szweykowski, zbierając 15 głosów. Bentkowski zostaje natomiast w 1821 roku dziekanem Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych, funkcję tę będzie sprawował przez 10 kolejnych lat.

Jeśli osiągnięcia naukowe Bentkowskiego i prowadzone przez niego wykłady z historii powszechnej są różnie oceniane, podobnie jak i rozbieżne są opinie o jego charakterze i postawie politycznej, to osiągnięcia organizacyjne nie podlegają już takiej niejednoznaczności. Podkreśla się ogromne zaangażowanie Bentkowskiego w prace Wydziału. Jest współtwórcą gabinetów: numizmatycznego, form architektonicznych i machin. Inspiruje i opiekuje się prowadzonymi wykopaliskami. Wciąga studentów do prac naukowych i tak na przykład w 1825 roku, na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk, referuje pracę studenta Antoniego Cyprysińskiego Opis statystyczno-geograficzny obwodu sandomierskiego. Obsadza na stanowisku profesora Fryderyka Skarbka, wówczas zaledwie 26-letniego. Jako dziekan wchodzi z urzędu do tzw. Rady Uniwersytetu, która zajmuje się sprawami organizacyjno-gospodarczymi. Wcześniej jeszcze, bo w roku 1818, pracował w komisji przygotowującej projekt medalu upamiętniającego założenie uczelni, zabierał głos w dyskusji nad specjalnym strojem akademickim. O tyle ważna jest tu jego opinia, że optował w niej za strojem bliższym munduru wojskowego, a nie togi znanej z tradycji kościelnej. Jako wykładowca wyraźnie łączył wymagania moralne z prawdą historyczną, lecz bez nadmiaru naukowego krytycyzmu. Marceli Handelsman przywołuje jego własny plan rocznych wykładów: „w jednym roku wykładuje się obszerniej dzieje starożytne, a wieki średnie przechodzą się krócej, w drugim roku dzieje starożytne w ogólniejszych wystawują się rysach, a wieków średnich historia opowiada się w drobniejszych szczegółach, w trzecim na koniec roku historia starożytna i wieki średnie w skrytości są przedstawione, a dzieje XVI, XVII i XVIII wykładają się obszerniej”. Tak jak od Niemców zaczerpnął pomysły w sprawie systematyzacji i koncepcji opisu zjawisk literackich (tu wzorował się na sześciotomowej Historii literatury J. G. Eichhorna wydanej w Getyndze w latach 1805–1812, podobnie jak czerpał pomysły z Wachlerowskiej koncepcji wiązania literatury z historią i różnymi formami życia umysłowego narodu), tak też w przygotowywanym dukcie wykładu historycznego szedł drogami już przetartymi. Korzystał z zarysu propedeutyki historycznej F. R. Ruhsa, zarysu historii powszechnej Fernanda Esprit de l’histoire oraz Rysu historii powszechnej Kajdanowa.

Nie był zatem Bentkowski ani oryginalnym, ani twórczym profesorem historii, raczej jej rzetelnym wykładowcą. Owa rzetelność narażona została na szwank zapisami statutu uczelni (który zresztą współredagował). W przyjętym dokumencie znalazła wyraźne odzwierciedlenie nowa sytuacja polityczna. Lata nadziei na liberalizację i dobrą wolę cara Aleksandra minęły, a ostry kurs wobec Królestwa Kongresowego ujawnił się w zapisach statutu z 8 września 1821 roku: „Wszyscy profesorowie w Uniwersytecie składać będą co rok, do ostatnich dni lipca, każdy u właściwego dziekana, prospekta, czyli programata przyszłych prelekcji, wymieniając autorów, których się szczególnie trzymać zamyślają”. Niebawem minister Stanisław Grabowski dokładniej określi swym reskryptem, jak mają wyglądać owe krótkie „projekta”: „Co się zaś tyczy nauk pod ogólnym znamieniem moralnych zwykły niekiedy być oznaczonemi, jako to filozofia, prawo natury, historia i literatura – prospekta takowe powinny obejmować razem i wykład skrócony głównych prawd i zasad, na jakich profesor opiera dalsze rozwijanie nauki, nie mniej przedstawienie związku, z pomocą którego profesor mógłby przy udzielaniu swojej nauki wspierać ogólne zamiary religijno-moralnego chrześcijańskiego wychowania i oświecenia”.

Bentkowski, jako dziekan, daje wzorowy przykład swym profesorom. Przygotowany przezeń na rok 1823 prospekt realizuje wszystkie intencje powrotu do ciemnogrodu: „Francja zdemoralizowana przez lekkomyślność pisarzów politycznych, antyreligijnych, antysocjalnych, popada w odmęt rewolucji. Zgromadzenie Narodowe upatrzyło dla Francji, a z nią dla połowy Europy zbawienie następnych pokoleń w papierowych konstytucjach ułożonych podług zasad filozoficznych [...]. W Niemczech nowatorowie religijni zaszczepili ducha kontrowersji i o dwa wieki cofnęli wstecz cywilizację własnej ojczyzny [...] Polska wskutek swego znikczemnienia podzielona od sąsiadów zniknęła z rzędu mocarstw europejskich. Za powrotem systematu prawości otrzymuje od wspaniałego monarchy więcej niż oczekiwać, niż spodziewać się mogła”.

Ostatnie zdanie wypowiedziane kilka lat wcześniej świadczyłoby o rozbudowanych nadziejach polskiego społeczeństwa wobec cara Aleksandra w pierwszych latach po Kongresie Wiedeńskim, w 1822 roku zaś, po utworzeniu policyjnego dozoru na Uniwersytecie, jest wyłącznie świadectwem koniunkturalizmu politycznego. Pozostaje pytanie, na ile profesorowie w praktyce wykładów realizowali przedstawiane władzy do zatwierdzenia prospekty. Wspomnienia studentów z owych lat wskazują na to, że często wykłady odbiegały od owych rygorystycznych zapisów. A dopilnowanie zgodności praktyki z założeniami było już zadaniem instytucji Dozoru. Generalny Inspektor Dozoru Uniwersyteckiego, zrównany niemal z Rektorem w hierarchii władzy, miał „prawo wchodzenia we wszelkie czynności Uniwersytetu”, „przy odwiedzaniu audytoriów daje baczność, czy nauki wykładane są stosownie do programatu, o każdym uchybieniu ostrzega rektora lub dziekana”. Inspektorowie wydziałowi i podinspektorowie powinni „czuwać nad utrzymaniem ducha bogobojności i moralności młodzieży, czuwać, by między uczniami nie formowały się żadne związki i stowarzyszenia”.

Ultralojalny Bentkowski zapewne literalnie trzymał się nowych zasad. Z rozproszonych informacji i opinii o jego wykładach i kontaktach ze słuchaczami przywołajmy kilka, które potwierdzają skrajne, choć częściej negatywne opinie o profesorze. „Miru nie miał – wspomina Kazimierz Władysław Wójcicki – pomiędzy studentami Uniwersytetu Warszawskiego. Dobrego wzrostu, atletycznej budowy, miał głos silny, donośny a surowe oblicze. Studenci bali się go, ale nie kochali, jak Skrodzkiego i Brodzińskiego, dla jego szorstkiego obejścia, lubo cenili jego wykłady i naukę”. Szmer niezadowolenia się rozlegał, gdy profesor poniżał wystraszonego „pierwszoletniego” studenta pytaniem: „A proszę mi powiedzieć, czy rewolucja francuska była po narodzeniu, czy przed narodzeniem Chrystusa?”. Pamiętnikarze notują, że za lekceważący stosunek do młodzieży studenckiej w listopadzie 1828 roku był „wytupany”. Znacznie ważniejsza jest opinia o jego zachowaniu w listopadzie 1830 roku, kiedy to uruchomiono śledztwo po denuncjacji Franciszka Kruszelnickiego przeciwko grupie studentów, którzy mieli zawiązać spisek antyrządowy. Do komisji śledczej, obok dwóch generałów rosyjskich, powołano rektora Szweykowskiego, dziekana Bentkowskiego, a także generała Wincentego Krasińskiego, ojca Zygmunta. W zapiskach Kazimierza Lewandowskiego (Pamiętnik wychodźca polskiego) znalazło się zdanie: „z tego wyliczenia widzieć można, że sprawa ta była oddana prawdziwym katom narodu polskiego, oprócz rektora Szweykowskiego, który był znany z patriotyzmu”. Inaczej ocenia postawę w komisji współczesny historyk Stefan Kieniewicz, wymieniając Szweykowskiego i Bentkowskiego jako „życzliwych młodzieży”.

W relacji Lewandowskiego, wówczas studenta Uniwersytetu, jest i zabawny, a zarazem uczłowieczający zawsze zdystansowanego Bentkowskiego epizod z przesłuchań. Oto wyprowadzony przez delatora z równowagi jeden z oskarżonych zawołał w czasie konfrontacji: „a ja już tego nie wytrzymam – jak cię piznę!”, na co Bentkowski, podnosząc się, rzecze: „Ależ mój panie Piwowarski, przecież go tu w naszej przytomności nie piźniesz”.

Inny z epizodów działalności Uniwersytetu w okresie przedpowstańczym wiązany był pierwotnie z Bentkowskim, obecnie przeważa opinia, że w dramatycznym wydarzeniu nie uczestniczył. Chodzi o słynny wykład w obecności dwóch zaledwie studentów: Zygmunta Krasińskiego i syna służalczego prezydenta Warszawy Karola Wojdy. Pozostali studenci zbojkotowali wykłady, by 13 marca 1829 roku wziąć udział w pogrzebie patrioty, senatora Bielińskiego. Dla Krasińskiego, zmuszonego przez ojca do obecności na uczelni, był to początek głębokiej traumy. Niegdyś sądzono, że dla dwóch słuchaczy prowadził wykład właśnie Bentkowski, dziś wskazuje się na Bandtkiego. Opinie o lojalizmie Bentkowskiego gruntowała świadomość, że od 1823 roku był on także nauczycielem Pawła, syna wielkiego księcia Konstantego.

Warto dodać, że w latach pracy uniwersyteckiej profesor Bentkowski nie prowadzi aktywniejszej działalności naukowej. Większość poważniejszych prac naukowych powstała w okresie wcześniejszym, a niektóre, jak np. przekład F. P. D. Guizota Dzieje cywilizacji europejskiej od upadku cesarstwa rzymskiego zachodniego do rewolucji francuskiej opublikuje dopiero w 1842 roku.

Status społeczny Bentkowskich i rodzinne tradycje wymagały potwierdzenia szlachectwa. Odpowiednie przepisy władz rosyjskich wyraźnie określiły procedury i w ich efekcie powstała publikacja Spis szlachty Królestwa Polskiego z dodaniem krótkiej informacji o dowodach szlachectwa (Warszawa 1851). Nie tylko Feliks Bentkowski wylegitymował się ze szlachectwa (a zrobił to zapobiegliwie dwukrotnie, raz z wpisem do ksiąg szlachty pod numerem 260, drugi raz pod numerem 31, co tak objaśnia publikacja z 1851 roku: „dwie gwiazdki, że rodzina taka albo pojedyncze onej członki podwójny tytuł do szlachectwa udowodnili, to jest przed ogłoszeniem prawa i po ogłoszeniu prawa nabyty”). Ze szlachectwa legitymują się także osobno trzej synowie Bentkowskiego (notabene legitymuje się także inny profesor uniwersytetu, Samuel Bogumił Linde, zapisem w księgach: „de Linde herbu Słownik”). Synowie Bentkowskiego w roku publikacji Spisu... odgrywali już, lub odegrają, swe znaczące role w dziejach kraju. Najstarszy Alfred, jedyny, który nie ma swego hasła w Polskim Słowniku Biograficznym, urodzony 3 czerwca 1813 roku, rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim tuż przed jego zamknięciem, służył w powstaniu pod Chłopickim, z korpusem Giełguda przekroczył granicę pruską. W Królewcu uzyskał stopień doktora medycyny i chirurgii, powędrował do Rzymu, gdzie wstąpił do zakonu zmartwychwstańców, leczył matkę Makrynę Mieczysławską, przyjął święcenia kapłańskie i w 1850 roku, a więc dwa lata przed swym ojcem, umarł w Rzymie i tam został pochowany.

Władysław, urodzony w 1817 roku, mimo młodego wieku poszedł w ślady starszego brata, był w gwardii honorowej Chłopickiego, walczył w bitwie grochowskiej i warszawskiej. W karierze wojskowej odnotować także trzeba jego udział w stopniu majora w wydarzeniach wiosny ludów na Węgrzech w 1848 roku. Po powrocie w Poznańskie został w 1852 roku (a więc w roku śmierci ojca) posłem do sejmu pruskiego. Prowadził także działalność wydawniczą (korespondencja z Norwidem z 1850 roku wokół sprawy wydania Zwolona). Za udział w powstaniu styczniowym, jako szef sztabu Langiewicza, był dwukrotnie więziony.

Młodszy brat Władysława, Leon Jarosław, urodzony w 1823 roku, ożeniony z córką Franciszka Salezego Dmochowskiego, wędrował jako osadnik w koloniach francuskich w południowo-wschodniej Afryce. Po powstaniu styczniowym działał w Paryżu w agencji Władysława Czartoryskiego, współorganizował polskie szkolnictwo, by wreszcie zająć się zbiorami bibliotecznymi księcia. Żmudnej, sumiennej jego pracy wiele zawdzięcza obecne Muzeum Czartoryskich w Krakowie.

Poza Alfredem, stale przebywającym za granicą, ze szlachectwa legitymowali się Władysław Jan oraz Leon Jarosław. Spis... wymienia także Karola Fryderyka Maksymiliana. Być może, poza córką, mieli Bentkowscy nie trzech, a czterech synów. Przywołanie ich losów rzuca pewne światło i na postawę Bentkowskiego, i na tradycje rodzinne.

Po wybuchu powstania listopadowego profesor Lach Szyrma (niegdyś nazwany przez Bentkowskiego „najnędzniejszym wykładaczem”) tworzy gwardię akademicką i staje na jej czele. Kazimierz Brodziński pełni warty z bronią w ręku. Co robi Bentkowski podczas nocy listopadowej, następnych dni, tygodni, miesięcy? Zapewne, podobnie jak stojący znacznie wyżej w hierarchii społecznej Kajetan Koźmian, stara się ukryć, może przeczekać w zaciszu domowym. Tymczasem synowie ostrożnego lojalisty są w formacjach powstańczych. Równoważy to obrazek, nieco uszczypliwy, pozostawiony przez Teresę Kicką, która wspomina, że w roku koronacji cara Mikołaja na króla Polski Alfred Bentkowski, wówczas szesnastoletni syn profesora, z kolegą, obaj paradnie ubrani „przebiegali konno ulice i na wszystkich placach ogłaszali program ceremoniału koronacyjnego”. Dwa lata później Alfred jest już w wojsku powstańczym. I to wydaje się pewnym symbolem losów Feliksa Bentkowskiego, losów rozpiętych między ukochaniem dziejów ojczystych, tradycją barską a zgodą na sytuację rozbiorową. Między pełną akceptacją i umiejętnością korzystania z postawy ultralojalnej a przechowywaniem tradycji narodowej. Los synów Bentkowskiego, toute proportion gardée, mógłby odbijać konflikt Wincentego Krasińskiego i jego syna Zygmunta. Wydaje się jednak, że konfliktu w rodzinie Bentkowskich nie było, bo historia nie zmusiła Feliksa ani razu do jednoznacznego, dramatycznego wypowiedzenia się w sytuacji ekstremalnej. Był przeciętnym profesorem, przeciętnym badaczem, położył zasługi dla organizacji Uniwersytetu Warszawskiego i, tak jak już powiedzieliśmy, zapisał się w dziejach polskiej kultury wyłącznie jako autor monumentalnej jak na ówczesne czasy Historii literatury polskiej.

Wybrana literatura

 

Bieliński J., Królewski Uniwersytet Warszawski, Warszawa 1907–1912.

Dzieje uniwersytetu Warszawskiego 1807–1915, red. S. Kieniewicz, Warszawa 1981.

Handelsman M., Polska katedra historii powszechnej w Warszawie, „Przegląd Historyczny”, t. XX, Warszawa 1918.

Koczorowski S. P., Bentkowski F. J. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935.

Makowski S., Feliks Bentkowski 17811852 [w:] Z dziejów polonistyki warszawskiej, Warszawa 1964.

Skimborowicz H., F. Bentkowski i A. Krzyżanowski, „Gazeta Warszawska” 1852, nr 227–236.

Szenic S., Cmentarz Powązkowski 1851–1890, Warszawa 1982.

Wójcicki K. W., Cmentarz Powązkowski pod Warszawą, t. II, Warszawa 1856.

Antoni Brodowski

Urodzony 26 XII 1784 w Warszawie. Jako stypendysta Izby Edukacji Narodowej przebywał w Paryżu, gdzie kształcił się m.in. u Jacquesa-Louisa Davida. Pracownik UW (od 1819); profesor nadzwyczajny (1820), profesor zwyczajny (1824).

Malarz, portrecista. Wybitny przedstawiciel klasycyzmu.
Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk; otrzymał złoty medal za obraz Gniew Saula na Dawida.
Zmarł 31 III 1832 w Warszawie.

Obrazy: Edyp prowadzony przez córkę Antygonę; Hektor wyrzucający gnuśność Parysowi; Nadanie dyplomu ustanowienia Uniwersytetu Warszawskiego przez Aleksandra I; Portret Juliana Ursyna Niemcewicza.
Publikacje: Co stanowi szkolę malarską, Warszawa 1824.

K. Sroczyńska, Antoni Brodowski 1784–1832. Życie i dzieło, Warszawa 1985; Brodowski A. [w:] PSB, t. II, Kraków 1936, s. 445–446.

MARIA POPRZĘCKA

ANTONI BRODOWSKI

1784–1832

 

Antoni Brodowski, wykształcony we Francji malarz klasycysta, był artystą i pedagogiem, który w decydującym stopniu przyczynił się do ukształtowania na Uniwersytecie Warszawskim pierwszej w Polsce szkoły artystycznej w pełni realizującej akademicki program nauczania. Tym samym położył ogromne zasługi dla polonizacji profesji malarskiej, jeszcze w epoce Stanisława Augusta Poniatowskiego zdominowanej przez artystów sprowadzanych z zagranicy.

Urodzony w Warszawie Brodowski początkowo przygotowywany był do zawodu geometry, jednocześnie pobierał lekcje rysunku u miejscowych nauczycieli. Jako nauczyciel dzieci hr. Tadeusza Mostowskiego przebywał kilka lat w Paryżu, gdzie kontynuował naukę rysunku i malarstwa. Dla jego artystycznej formacji decydujący okazał się dopiero drugi pobyt paryski, możliwy dzięki stypendium Izby Edukacji Narodowej Księstwa Warszawskiego, otrzymanemu z rekomendacji Stanisława Staszica. W 1809 roku Brodowski wyjechał do Francji z zamiarem studiowania w pracowni Jacquesa-Louisa Davida.

David – wówczas pozostający w służbie Napoleona Bonapartego – cieszył się sławą największego malarza Francji. Przez jego pracownię przewinęła się większość artystów, którzy przez następne dziesięciolecia mieli kształtować oblicze sztuki francuskiej. „Szkoła Davida”, pozornie zdominowana przez mistrza, w istocie wykształciła bardzo różne indywidualności – od „prymitywów”, postulujących radykalnie surową wersję klasycyzmu, po przyszłych romantyków. Brodowski znakomicie opanował klasycystyczną stylistykę szkoły – jego namalowany w czasie paryskich studiów obraz Parys w czapce frygijskiej (Muzeum Narodowe, Warszawa – dalej: MNW) bywał nawet przypisywany Davidowi. Znacznie silniej Brodowski związał się jednak z François Gerardem, od 1811 roku stając się jednym z jego nielicznych uczniów. Gerard, wzięty portrecista kobiet, ulubieniec Józefiny Bonaparte, miał liczne związki z polskimi arystokratycznymi klientami, portretował m.in. Marię Walewską (Musée de l’Armée, Paryż), Zofię Zamoyską z dziećmi (zaginiony), Katarzynę Starzeńską (Państwowa Galeria Obrazów, Lwów). Artysta, wysoko ceniący Brodowskiego, zasugerował mu pomysł kompozycji Gniew Saula na Davida. Z rozpoczętym w Paryżu obrazem Brodowski w 1814 roku powrócił do Warszawy. Został sekretarzem „ekspedycji francuskiej” przy ministrze spraw wewnętrznych. W 1819 roku wziął udział w pierwszej uniwersyteckiej, a zarazem pierwszej w Warszawie publicznej wystawie sztuk pięknych, pokazując trzy portrety i duże płótno Gniew Saula na Davida. Wystawa przyniosła mu uznanie krytyki, publiczności i złoty medal, obraz zaś na polecenie cara nabyto do zbiorów uniwersyteckich (obecnie MNW). Od tego czasu kariera Brodowskiego wiąże się na stałe z warszawskim Uniwersytetem.

W 1820 roku, znów przy poparciu Staszica, artysta otrzymał nominację na profesora malarstwa na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego. Odtąd wraz z Antonim Blankiem i Zygmuntem Voglem kierował działalnością Wydziału aż do zamknięcia Uniwersytetu po powstaniu listopadowym. W 1829 roku uzyskał najwyższy w hierarchii uniwersyteckiej tytuł profesora radnego. Największą zasługą Antoniego Brodowskiego jest opracowanie i wdrożenie opartego na wzorach francuskich programu nauczania artystycznego.

Brak uczelni artystycznej był jednym z czynników istotnie hamujących rozwój sztuki polskiej. Jeszcze za Stanisława Augusta, skądinąd mecenasa sztuki i opiekuna artystów, nauczanie malarzy, a także rzeźbiarzy i architektów odbywało się w kierowanej przez Marcella Bacciarellego pracowni zwanej Malarnią. Aczkolwiek w otoczeniu króla projektowano powołanie uczelni artystycznej, Malarnia pełniła jednak bardziej funkcję pracowni dworskiej niż szkoły. Już po upadku państwa Bacciarelli zabiegał u kolejnych władz politycznych o utworzenie akademii, co stało się realne dopiero w Królestwie Polskim. Przyjmowane rozwiązania, w tym włączenie szkół pięknych do uniwersytetów w Warszawie, Wilnie i Krakowie, nawiązywały do projektów dyskutowanych w kręgu Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Nauczanie sztuk pięknych na Uniwersytecie było oczywistością dla przedstawicieli oświeceniowej formacji umysłowej, przekonanych o związkach nauki i sztuki. Wydział Sztuk Pięknych znalazł też swego znakomitego protektora w osobie Stanisława Kostki Potockiego, nie tylko wybitnego kolekcjonera i znawcy sztuki, lecz także ministra oświaty świadomego potrzeb instytucjonalnych w zakresie życia artystycznego. Kilkuletnia organizacja uczelni zakończyła się w 1818 roku przyjęciem statutu przewidującego nauczanie na czterech kierunkach: rysunków, malarstwa, rzeźby i sztycharstwa. W każdym z tych zakresów student mógł uzyskać tytuł magistra artium liberalium (do 1831 roku otrzymało go 51 absolwentów). W 1820 roku Wydział przeniósł się do własnej siedziby w budynku wzniesionym głównie na jego potrzeby (obecnie siedziba Instytutu Historycznego UW), a nominację profesorską otrzymał Antoni Brodowski. Przez nadchodzącą dekadę Wydział Sztuk Pięknych mógł zatem rozwinąć pełną działalność.

Dzięki paroletnim pobytom w Paryżu Brodowski był dobrze obeznany z funkcjonującym we Francji od połowy XVII wieku, i powszechnie stosowanym jako modelowy, trybem nauczania malarstwa. U podstaw akademickiego nauczania leżało przekonanie, utrwalone przez nowożytną teorię sztuki, iż sztuka jest dziedziną umysłową, a nie tylko rzemiosłem. Artysta miał być doctus pictor – uczonym malarzem, a nie tylko zręcznym rękodzielnikiem. Owo przekonanie miało podstawowe znaczenie dla społecznej pozycji artystów jako przedstawicieli artes liberales, co na płaszczyźnie praktycznej oznaczało wyzwolenie artystów z systemu cechowego (funkcjonującego w Polsce jeszcze w początkach XIX wieku). System akademicki obejmujący teorię, praktykę i nauczanie artystyczne był gwarantem tej pozycji. Nauczanie, dzięki wprowadzeniu przedmiotów ogólnych, takich jak anatomia, perspektywa, a także mitologia, historia i teoria sztuki, miało zasadniczo różnić się od rzemieślniczo-warsztatowego przyuczania do zawodu. XVII-wieczna teoria sztuki, wyodrębniając „części malarstwa”, takie jak inwencja, ekspresja, rysunek, światłocień, koloryt itp., stworzyła podstawę curriculum dydaktycznego, polegającego na stopniowym opanowywaniu umiejętności, poczynając od elementarnego rysunku, a na będącej owocem intelektu, kompozycyjnej inwencji kończąc.

Wstępny etap nauczania, polegający na kopiowaniu rysunków i rycin, prowadził współpracujący z Brodowskim malarz Antoni Blank. Brodowski podejmował naukę na następnym szczeblu, jakim było rysowanie ciała ludzkiego z gipsowych odlewów rzeźb antycznych. Ten etap kształcenia miał na celu opanowanie przedstawiania trójwymiarowej bryły i modelunku światłocieniowego. Zarazem, poprzez stały kontakt z kanonicznymi modelami doskonałości, miał wyrabiać dobry smak i właściwą postawę estetyczną.

Trzeba dodać, że Uniwersytet Warszawski dysponował tu znakomitym zapleczem dydaktycznym w postaci szeregu gabinetów i kolekcji artystyczno-naukowych. Najważniejsza dla artystycznego kształcenia była gipsoteka – wielka kolekcja odlewów rzeźb. Jej trzonem były przejęte przez Uniwersytet odlewy ze zbioru Stanisława Augusta, stale pomnażane nowymi zakupami, tak że w 1831 roku kolekcja liczyła 750 obiektów i zawierała odlewy najlepszych dzieł rzeźby starożytnej, nowożytnej, klasycystycznej, jak również gipsowe kopie prac nadwornych rzeźbiarzy króla Poniatowskiego. Cenną pomocą naukową był także Gabinet Rycin – zakupiony przez Uniwersytet zbiór rysunków i grafiki Stanisława Augusta, niebawem uzupełniony darem Stanisława Kostki Potockiego.

Po opanowaniu umiejętności przedstawiania trójwymiarowej bryły poprzez studium gipsów oraz po kursie z zakresu osteologii i miologii, przyszły adept sztuki przechodził do kolejnego etapu nauki, jakim było rysowanie figury ludzkiej z żywego modela. Był to bardzo ważny moment, także w wewnętrznej hierarchii szkolnej. Po przejściu studium żywego modela (które nosiło francuską nazwę académie) następowała właściwa nauka samego malarstwa, poznawanie jego strony technologicznej przy jednoczesnej nauce perspektywy i zasad ekspresji, podbudowanej wiedzą z zakresu mitologii, historii, dawnych kostiumów, obyczajów itp. Dopiero wtedy można było przystąpić do malowania własnych kompozycji. Podobnie jak przedstawiciele akademii francuskiej, nagradzającej swych najlepszych absolwentów paroletnim stypendium rzymskim, Brodowski uważał, że dla dopełnienia edukacji młody malarz winien udać się w zagraniczną podróż, celem poznania zbiorów sztuki, konfrontacji z innymi artystami i zdobycia ogólnej ogłady.

Z punktu widzenia dziejów europejskiego szkolnictwa artystycznego, w programie nauczania prowadzonym przez Antoniego Brodowskiego nie było nic nowego. Przeciwnie, był to system mający w akademiach sztuk pięknych co najmniej półtorawiekową tradycję. Co więcej, można zauważyć, że nauczanie akademickie wprowadzano w Warszawie w czasie, gdy na kilku uczelniach – w Wiedniu, w Kopenhadze, w samej pracowni Davida – podnosiły się antyakademickie bunty, mające doprowadzić do zmian w nauczaniu sztuki. Program nauczania na Wydziale Sztuk Pięknych nie był jednak w warunkach polskich anachronizmem. Przeciwnie, stworzenie podwalin systemowego, łączącego teorię i praktykę nauczania artystycznego było niezbędnym etapem profesjonalizacji działalności artystycznej i podniesienia jej społecznego statusu. Odegrało także istotną rolę we włączeniu artystów w kształtującą się wówczas klasę miejskiej inteligencji. Wielką zasługą Brodowskiego i wspomagających go władz uniwersyteckich była pierwsza w warunkach polskich pełna adaptacja systemu akademickiego, wprowadzona z całą świadomością i szerokim zapleczem dydaktycznym. Stworzona została także jego instytucjonalna i materialna baza – gmach, kadra, program. Mimo iż w wyniku restrykcji po upadku powstania listopadowego Oddział Sztuk Pięknych wraz z całym Uniwersytetem został zamknięty, jego dorobek i pozostawiony potencjał artystyczny pozwoliły na zachowanie pewnego stopnia ciągłości kształcenia artystycznego w pozbawionej wyższej szkoły artystycznej XIX-wiecznej Warszawie.

Antoni Brodowski, obejmując w 1821 roku Katedrę Malarstwa, zapowiadał rozpoczęcie wykładów kursowych z teorii sztuki i historii sztuki. Malarz ich nie podjął, natomiast swoje poglądy wyłożył w rozprawie Co stanowi szkołę malarską, odczytanej na posiedzeniu publicznym Uniwersytetu na zakończenie roku akademickiego 1823/1824 (opublikowanej w broszurze Posiedzenie Publiczne Królewsko-Warszawskiego Uniwersytetu na uczczenie pamiątki uczonych mężów... 1824). Fakt instytucjonalizacji uniwersyteckiego nauczania artystycznego wymagał widać wciąż uzasadnienia, gdyż mówca powołał się na wstępie na wielowiekową tradycję akademizmu jako systemu zapewniającego sprawne funkcjonowanie sztuki w ramach administracji państwowej. Powoływał się oczywiście na znany sobie model francuski. Podkreślał znaczenie gruntownego wykształcenia artystów, zalecał poważne studia antyku, wskazywał na rzeźbę starożytną jako na wzór idealnego piękna, wreszcie uwieńczenie studiów widział w podróży do Włoch. Postulował też stworzenie polskiej szkoły w malarstwie, odznaczającej się narodową specyfiką.

Dorobek malarski Antoniego Brodowskiego jest staranną realizacją akademickich założeń, zgodnie z którymi obraz winien podejmować podniosły, biblijny lub antyczny temat i ukazywać go w „wielkim stylu”. W klasycystycznej redakcji Brodowskiego ów styl polega na wyważonej kompozycji, repertuarze póz i gestów zaczerpniętym z modeli antycznych, rzeźbiarskim modelunku, stonowanym kolorycie, gładkiej fakturze zacierającej ślady malarskiej pracy. Obok Gniewu Saula na Davida, drugim znanym obrazem profesora jest Edyp i Antygona (MNW). Obraz jest efektem konkursu na dzieło o tymże temacie, wziętym z tragedii Sofoklesa. Rozpisany w 1823 roku konkurs, w którym poza Brodowskim wzięli udział Antoni Blank i Aleksander Kokular, był także nowością w polskim życiu artystycznym. Był wszakże przeniesieniem na grunt warszawski dawnego systemu emulacji – pobudzania artystycznego współzawodnictwa.

Z punktu widzenia ikonografii historycznej najważniejszym dziełem Brodowskiego jest duże płótno przedstawiające Nadanie dyplomu ustanowienia Uniwersytetu Warszawskiego przez Aleksandra I, będące właściwie portretem zbiorowym profesorów Uniwersytetu i dygnitarzy Królestwa Polskiego (1828). Obraz, zaginiony w czasie I wojny światowej w Rostowie (znany szkic olejny w MNP), widoczny jest na płótnie Wincentego Kasprzyckiego ukazującym Wystawę Sztuk Pięknych w Warszawie w 1828 roku (1828, MNW). W sali mineralogicznej Uniwersytetu Warszawskiego, przekształconej w miejsce dorocznej wystawy, poza obrazami przedstawiono profesorów Wydziału Sztuk Pięknych: Brodowskiego, Blanka oraz Kokulara.

W klasycystycznej stylistyce utrzymana jest także najliczniejsza i w związku z tym najbardziej dla dorobku Brodowskiego reprezentatywna, choć niezachowana w całości, twórczość portretowa. Brodowski, wyraźnie utalentowany w tym kierunku, portretował wiele wybitnych, współczesnych mu osobistości, arystokratów, wojskowych, wysokich urzędników, przedstawicieli inteligencji, uczonych, członków Towarzystwa Przyjaciół Nauk, m.in. Juliana Ursyna Niemcewicza, biskupa Szczepana Hołowczyca, Franciszka Morawskiego i innych. Do najciekawszych należy portret Ludwika Osińskiego, poety, tłumacza, profesora literatury Uniwersytetu Warszawskiego (ok. 1820, MNW). Portret jest jednym z nielicznych zachowanych wizerunków polskich wolnomularzy w stroju obrzędowym. Aczkolwiek wizerunki zasłużonych „braci” powierzano zazwyczaj malarzom należącym do masonerii, nie ma żadnych dowodów na przynależność Brodowskiego do którejś z lóż. W portretach prywatnych Brodowski potrafił wyjść poza oficjalną konwencję, czego dowodem jest portret Karola, brata artysty, pełen romantycznego zgoła powabu (ok. 1815, MNW).

Antoni Brodowski, biorąc żywy udział w życiu artystycznym Warszawy, uczestniczył w konkursie na dekoracje wnętrza Teatru Wielkiego, a w roku 1830 podjął się wraz z Antonim Blankiem namalowania plafonu i ścian wielkiej Sali Redutowej w tymże teatrze. Był również aktywny w Warszawskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk, do którego został przyjęty w 1822 roku – stąd liczne portrety jego członków. W czasie powstania listopadowego z polecenia Rządu Narodowego opiekował się Belwederem. Najważniejszym wszakże rozdziałem jego życia zawodowego i największą zasługą dla kultury pozostaje praca na Uniwersytecie Warszawskim w roli profesora malarstwa i twórcy pierwszego w Polsce akademickiego programu nauczania artystycznego.

Włodzimierz Brodowski

Urodzony 16 XII 1823 k. Mińska Litewskiego. Studia lekarskie w Moskwie (do 1848); w zakresie anatomii patologicznej w Wiedniu i Würzburgu oraz w dziedzinie histologii patologicznej w Paryżu. Pracownik Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie (1861), adiunkt Szkoły Głównej (1863); profesor nadzwyczajny (1864), profesor zwyczajny UW (1865).

Wybitny popularyzator wiedzy medycznej. Twórca uniwersyteckiej pracowni z cennym zbiorem preparatów anatomopatologicznych.
Dziekan wydziału lekarskiego UW (1869–1888); otrzymał rangę rzeczywistego radcy stanu i order św. Stanisława I klasy; prezes Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego (1868–1875 i 1888–1891), przewodniczący zjazdu rosyjskich lekarzy i przyrodników w Warszawie (1876); członek honorowy Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, Lekarzy Rosyjskich w Petersburgu etc.; doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego (1900).
Zmarł 27 X 1903 w Warszawie.

Zarys ogólnej anatomii patologicznej., Warszawa 1869.

K. Rychliński, Śp. Włodzimierz Brodowski, „Nowiny Lekarskie” 1903, t. XV, z. 12, s. 38, 594–596.

EWA SKRZYPEK

WŁODZIMIERZ BRODOWSKI

1823–1903

 

...wybrał sobie zawód nie obiecujący blasku zewnętrznego i bogactw

Kiedy 1 października 1857 roku otwarto Akademię Medyko-Chirurgiczną w Warszawie, anatomia patologiczna jako odrębna nauka nie widniała w jej pierwotnym planie wykładowym. Dopiero zmiana ustawy w roku 1861 odłączyła tę dziedzinę od nauk klinicznych i ustanowiła dla niej samodzielną katedrę. W rok później przy Katedrze Anatomii Patologicznej, należącej już wówczas do Wydziału Lekarskiego nowo utworzonej Szkoły Głównej Warszawskiej, została ustanowiona adiunktura dla histologii patologicznej. Na tę posadę wyznaczono i wybrano jednogłośnie Włodzimierza Ludomira Brodowskiego.

Całe jego życie, cała myśl były skierowane tylko ku jednemu celowi: pracy dla nauki i swego społeczeństwa.

Włodzimierz Ludomir Brodowski urodził się 6 grudnia 1823 roku w guberni mińskiej, w średnio zamożnej rodzinie ziemiańskiej Leona i Marii z Hornowskich. Po ukończeniu gimnazjum w Mińsku Litewskim i studiów medycznych na Uniwersytecie Moskiewskim w 1848 roku, jako pierwszy student, który otrzymał stopień lekarza z prawem niezdawania powtórnego egzaminu na stopień doktora, rozpoczął pracę jako asystent w moskiewskiej klinice akuszeryjnej prof. Richtera.

W roku 1849 kontynuował ją jako lekarz wolno praktykujący w Białej Cerkwi i wkrótce potem przeniósł się do Brusiłowa. Tu zachorował na zapalenie prawego stawu biodrowego i blisko rok przeleżał w klinice Teodora Cycurina, znanego profesora patologii i terapii szczegółowej Uniwersytetu Św. Włodzimierza w Kijowie oraz późniejszego pierwszego prezydenta Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie.

Co ciekawe, później między studentami krążyła legenda, że zarówno Brodowski, jak i jego przyjaciel, znakomity fizjolog profesor Feliks Franciszek Nawrocki, zakochali się w tej samej pannie. Ta natomiast, nie mogąc się długo zdecydować, czyją zostanie narzeczoną, choć oficjalnie wybrała Nawrockiego, jednocześnie spotykała się z Brodowskim. Kiedy więc pewnego dnia Nawrocki zastał ich sam na sam, tak srodze się zagniewał, że Brodowski, widząc jego oblicze, wyskoczył przez okno, nadwerężając sobie nogę w stawie biodrowym... i odtąd kulał. Potem całe życie musiał chodzić o lasce.

Z Brusiłowa Brodowski przeniósł się do Łysianki w powiecie zwinogrodzkim, gdzie pozostał do 1855 roku, aby stamtąd wyruszyć w podróż naukową po Europie. Zaowocowała ona dwuletnimi studiami uzupełniającymi u Karla Rokitansky’ego w Wiedniu, Rudolfa Virchowa w Würzburgu i Charlesa Philippe’a Robina w Paryżu. We wszystkich tych ośrodkach zwrócił na siebie uwagę jako „odznaczający się” patolog, choć w momencie ukończenia studiów nie słyszał o anatomii patologicznej wcale!

W Würzburgu poświęcił również sporo czasu na naukę anatomii i histologii pod kierunkiem Heinricha Müllera, natomiast w Paryżu chętnie zaglądał do klinik ówczesnych wielkich internistów, takich jak Jean-Baptiste Bouillaud, Armand Rousseau oraz Pierre Adolphe Piorry.

W roku 1859 powrócił do Moskwy, gdzie uzyskał stopień doktora wszech nauk lekarskich na podstawie pracy Quaedam de thrombosis historia, anatomia pathologica, atque aetiologia, będącej przedstawieniem całego ówczesnego stanu wiedzy na temat zakrzepicy, dokonanym na podstawie wyczerpujących studiów odpowiedniej literatury. W ten też sposób rozpoczął listę swoich 176 publikacji.

Na wieść o otwarciu w Warszawie Akademii Medyko-Chirurgicznej młodemu uczonemu zaczęła się uśmiechać myśl pozyskania naukowego stanowiska w kraju. W 1861 roku przybył więc do stolicy, gdzie przyjął posadę młodszego ordynatora w Szpitalu Ujazdowskim i pozostał na tym stanowisku do roku 1869, co miało znaczący wpływ na jego dalszą karierę naukową. Ten duży szpital dawał bowiem bogaty materiał do pracy zarówno klinicznej, jak i przy stole sekcyjnym. Z obu tych możliwości Włodzimierz Brodowski korzystał wyjątkowo skwapliwie. Pracą i sumiennością szybko zyskał uznanie kolegów i prędko stał się ich doradcą i nauczycielem. Wykładał przy łóżku chorego, uczył przy stole sekcyjnym, objaśniał przy mikroskopie. Z początku robił sekcje tylko swoich chorych, a następnie wszystkich zmarłych w szpitalu. Praca ta dała młodemu uczonemu dużo wprawy i doświadczenia oraz możliwość wyrobienia własnych poglądów na temat nowych sądów naukowych, z którymi zetknął się na zachodzie Europy.

W 1861 roku ze Szpitala Ujazdowskiego wyszła także pierwsza wydana w języku polskim praca pt. O kilku ważnych kwestyach leczenia zapalenia płuc dotyczących, w której Brodowski poddał krytyce rozmaite metody postępowania leczniczego w ostrym rozlanym zapaleniu płuc.

Dnia 7 lutego 1862 roku, jako adiunkt histologii patologicznej, wygłosił w Warszawie swój pierwszy wykład z anatomii patologicznej, przedstawiając jej zadania, znaczenie dla stosowanych nauk lekarskich oraz historię rozwoju.

„W tej lekcyi patolog pierwszy raz mówił w Warszawie, że ustrój zwierzęcy jest zbiorem miryjadów elementów mikroskopowych, pochodzących z jednej komórki, ale następnie rozmaicie ukształtowanych stosownie do celów swej czynności. Dalej powiedział, że rozmaite zmiany w tych elementach stanowią istotę spraw chorobowych, że stosownie do ważności zmian w elementach, stosownie do ich rozmaitego znaczenia fizjologicznego i stosownie do ilości elementów, przyjmujących udział w cierpieniu, i sama choroba jest więcej lub mniej niebezpieczną. Że te zmiany materyjalne w elementach tak są konieczne do pojęcia choroby, że tam, gdzie ich nie znamy, koniecznie przypuścić je trzeba. Co się tyczy genezy zmian patologicznych, to Brodowski uczył, że rozwijają się one zawsze podług tych samych praw, co i życie prawidłowe i dalej, że o ile chodzi o wytworzenie nowych komórek, to te zawsze powstają tylko z komórek macierzystych (omnis cellula e cellula). Swobodne powstawanie komórek z patologicznych blastem uznał za stanowczo obalone” (Edward Przewoski).

Brodowski miał przed sobą bardzo trudne zadanie, bowiem rozpoczynał wykłady z dziedziny zupełnie nieznanej i w dość trudnym czasie, a mianowicie wtedy, kiedy na zachodzie wrzał spór między szkołą wiedeńską a zwolennikami Virchowa. W dodatku pracę naukowo-pedagogiczną utrudniały mu warunki lokalowe, bowiem „gabinet anatomo-patologiczny i pracownia były w stanie opłakanym. Wszystko trzeba było stworzyć z niczego prawie. Z zadania swego [Brodowski] wywiązał się świetnie”, jak wspominał dziejopis warszawskiego szkolnictwa wyższego, Bronisław Bartkiewicz.

W 1864 roku Włodzimierz Brodowski uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego, a już w roku następnym ówczesny rektor Szkoły Głównej, Józef Mianowski, mianował go profesorem zwyczajnym.

Brodowski był znakomitym wykładowcą i pedagogiem. Objaśniając bowiem na przykład pewną zmianę patologiczną, nie tylko obrazował ją odpowiednimi preparatami, ale także wymieniał chronologicznie zapatrywania ważniejszych autorów, a następnie jedno z przytoczonych twierdzeń popierał własnym doświadczeniem lub komentował swoją opinią. Wpajał w ten sposób młodzieży lekarskiej zasadę wyjątkowej sumienności i ścisłości w opracowywaniu referowanych zagadnień oraz krytycyzmu w wysnuwaniu wniosków na podstawie uzyskiwanych wyników badań.

Istotne było również to, że profesor śledził na bieżąco wszystkie naukowe doniesienia z dziedziny anatomii patologicznej, co też znajdowało odzwierciedlenie w jego wykładach, których treść ulegała w związku z tym nieustannym przemianom. Podkreślić należy także szczególne zdolności profesora do przedstawiania w sposób niezwykle barwny i zrozumiały rzeczy trudnych i mało zajmujących.

W zasadach swoich twardy i nieugięty, wróg wszelkiego kłamstwa i podłości.

Po otwarciu Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego w 1869 roku Włodzimierz Brodowski, znając biegle język rosyjski i będąc doktorem tamtejszej uczelni, kontynuował pracę na dotychczasowym stanowisku, aż do przejścia na emeryturę w roku 1897.

W latach 1869–1887, a więc przez 18 lat, sprawował jednocześnie funkcję dziekana Wydziału Lekarskiego. Odegrał ogromną rolę, kultywując tradycje polskie i chroniąc studentów przed prześladowaniami, szczególnie w latach 1879–1897, kiedy to kuratorem warszawskiego okręgu szkolnego był Aleksandr Apuchtin, zagorzały rusyfikator szkolnictwa w Królestwie Polskim.

W środowisku akademickim Brodowski uchodził za człowieka bardzo wymagającego, ale i niezwykle sprawiedliwego. Ten pietyzm i surowość profesora doprowadziły do tego, że uczniowie szkoły warszawskiej znacznie przewyższali słuchaczy innych uniwersytetów. Miał też opinię nieugiętego wobec zaborcy, dzięki czemu u jego boku młodzież polska miała zapewniony najdłuższy kontakt z rodzimą nauką.

Ranek cały spędzał w pracowni przy mikroskopie lub na wykładach, a wieczór nad książkami w swej i tak bogatej bibliotece.

W dorobku naukowym Brodowskiego dominowały prace kazuistyczne, choć wśród nich były też problemowe, jak m.in. te dotyczące powstawania komórek olbrzymich, ostrego żółtego zaniku wątroby czy też zmian wstecznych, zachodzących w tym narządzie pod wpływem zaburzeń w krążeniu. Wszystkie jego doniesienia oparte były na patologii komórkowej Virchowa, której był gorącym rzecznikiem i pionierem w medycynie polskiej.

W 1869 roku opublikowana została pierwsza część pierwszego tomu podręcznika Rys anatomii patologicznej, w którym Brodowski planował podzielić anatomię patologiczną na ogólną i szczegółową. Jednakże nie został on ukończony, a kolejne części ukazały się dużo później i już niestety w języku rosyjskim: w latach 1887–1888 i 1890–1891 Patologiczeskaja anatomija, a także, na przełomie lat 1890-1891, Anatomo-patologiczeskaja kazuistika. Ich litografowane rękopisy zachowały się do dnia dzisiejszego.

A nie był to zwyczajny pedagog; był to prawdziwy i natchniony mistrz, który przedmiot swój kochał i nad którego rozwojem sam czynnie i skutecznie pracował. Więc też nie tylko uczył on, nie tyłko udzielał wiadomości, ale przedewszystkiem wpajał zamiłowanie przedmiotu.

Kto tyłko dłuższy czas pracował pod okiem Brodowskiego, ten na zawsze wynosił zamiłowanie do anatomii patologicznej.

Do uczniów Brodowskiego należeli dwaj znakomici patolodzy – Edward Przewoski (1849–1925) i Zdzisław Dmochowski (1864–1924), a także późniejsi wybitni klinicyści warszawscy: Kazimierz Chełchowski (1858–1917), Teodor Dunin (1854–1909), Antoni Elsenberg (1852–1910), Franciszek Kijewski (1858–1919) oraz Włodzimierz Orłowski (1835–1889).

Żywot jego to przykład, na którym każdy wzorować się powinien; nie przesadzę, jeżeli powiem, że każdy, kto się z nim bliżej zetknął, kto go poznał i pokochał, już przez to samo lepszym się stawał.

Włodzimierz Ludomir Brodowski, pierwszy profesor anatomii patologicznej w Warszawie, zmarł 27 października 1903 roku.

Szkoły naukowej, w ścisłym tego słowa znaczeniu, Brodowski nie stworzył, ale niewątpliwie rozbudził zainteresowanie anatomią patologiczną w szerokich kręgach lekarzy, dla których przed nim dziedzina ta niemal nie istniała.

Pozostawił po sobie pracownię oraz muzeum anatomii patologicznej, liczące około 1,5 tys. preparatów, z których wiele należało do wyjątkowo rzadkich i stanowiło ogromną pomoc naukową zarówno dla wykładającego, jak i studentów.

Nadał również właściwy ton działalności Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego: funkcję jego wiceprezesa sprawował w roku 1867, a prezesa – w latach 1868–1875 i 1888–1891.

W roku 1900 otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był też rzeczywistym radcą stanu rządu rosyjskiego, od którego w 1886 roku otrzymał wysokie odznaczenie – Order św. Stanisława I klasy oraz w 1892 roku – Order św. Anny I klasy.

Pozostawił po sobie także następców w osobie znakomitego anatomopatologa Edwarda Przewoskiego, który przez kolejne 11 lat kierował Katedrą Anatomii Patologicznej, oraz Zdzisława Dmochowskiego, autora pierwszej Dyagnostyki Anatomo-Patologicznej i kierownika Katedry Anatomii Patologicznej w latach 1909–1910.

Kazimierz Brodziński

Urodzony 8 III 1791 w Królówce (Małopolska). Po ukończeniu gimnazjum w Krakowie i Tarnowie (1806–1809) kształcił się samodzielnie w zakresie literatury polskiej i niemieckiej oraz teorii literatury; profesor nadzwyczajny UW (od 1822); po doktoracie (1824) zajął stanowisko profesora zwyczajnego (1826).

Poeta, krytyk literacki, tłumacz. Jeden z najbardziej zasłużonych przedstawicieli preromantyzmu i sentymentalizmu.
Redaktor „Pamiętnika Warszawskiego” (1819–1823). Sekretarz Dyrekcji Rządowej Teatru Narodowego (1815–1821), sekretarz UW (1823–1830), członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk (od 1821).
Zmarł 10 X 1835 w Dreźnie.

Prace z zakresu teorii literatury: O idylli pod względem moralnym., „Pamiętnik Warszawski” 1823; Dzieje Starego i Nowego Testamentu, Warszawa 1837; O literaturze, Sanok 1856; O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej, „Pamiętnik Warszawski” 1818; O elegii, O satyrze, O krytyce, [w:] Dzieła, t. V, Wilno 1842–1844.
Przekłady: J. Kochanowski, Elegie, Warszawa 1829; J. Goethe, Cierpienia młodego Wertera, Warszawa 1822.

B. Gubrynowicz, Kazimierz Brodziński. Życie i dzieła, Lwów 1917; Brodziński K. [w:] PSB, t. II, Kraków 1936, s. 451–452.

ELŻBIETA Z. WICHROWSKA

KAZIMIERZ BRODZIŃSKI

1791–1835

 

Objęcie przez Kazimierza Brodzińskiego katedry profesorskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim niemal zbiegło się z usunięciem ze stanowiska Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Stanisława Kostki Potockiego, tego, którego zabiegom i determinacji Uniwersytet w dużej mierze zawdzięczał swoje powstanie. Potocki złożył ministerstwo w 1820 roku, a rozmowy z Brodzińskim zostały podjęte w 1821 roku1. Paradoks historii, ale nie przypadek. Klasyk Potocki i Brodziński, identyfikowany przez klasyków z romantyzmem – choć ani on do romantyzmu, ani romantycy do niego niespecjalnie by się przyznali – tak niedawno wykpionym przez Potockiego w jego Podróży do Ciemnogrodu2, nie mogliby znaleźć wspólnego języka do rozmów o literaturze. Wiele wskazuje więc na to, że dopóki na Królewskim Uniwersytecie miał coś do powiedzenia Potocki, a miał wiele, Brodziński musiał czekać. I czekał kilka lat. Po raz pierwszy, jak wskazuje monografia Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego pióra Józefa Bielińskiego, starał się o posadę w uniwersyteckiej bibliotece, kolejny raz, w lutym 1818 roku, aplikował, składając memoriał do Rady Ogólnej, o stanowisko sekretarza Uniwersytetu3. Bezskutecznie. Był też poważnie zainteresowany objęciem katedry literatury polskiej. Jeśli pamięć nie zawiodła Odyńca, zaprzyjaźnionego z Brodzińskim, autora Wspomnień z przeszłości opowiadanych Deotymie, to około 1819 roku dojść miało do jakiejś oficjalnej rozmowy autora rozprawy O klasyczności i romantyczności z ministrem Potockim. Zamiast posady Brodziński znalazł jednak u ministra „zimne i dumne przyjęcie”. A w gabinecie Potockiego leżał na stole, czy biurku, corpus delicti przestępstwa, które popełnił aplikant, numer „Pamiętnika Warszawskiego” z niedawno ogłoszoną wspomnianą wyżej rozprawą. W egzemplarzu Potockiego jedynymi nierozciętymi stronami miały być te z artykułem Kazimierza Brodzińskiego4. Wielbiciel literatury niemieckiej, zwłaszcza w jej wydaniu sentymentalnym, łaskawym okiem spoglądający na rodzący się romantyzm, ukazujący to zjawisko w szerszym, europejskim kontekście, w dodatku niechętny francuskiemu klasycyzmowi i pokazujący żółtą kartkę jego polskim naśladowcom i wielbicielom, do których Potocki należał, nie mógł spotkać się ze zrozumieniem Ministra Oświecenia, mecenasa i lidera krytyków warszawskich. Nie był, w jego mniemaniu, dobrym kandydatem na profesora literatury polskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim. A nominacje leżały wówczas w kompetencjach Potockiego.

Brodziński-Galicjanin był już wtedy, w 1818 roku, od ponad czterech lat związany intelektualnie, instytucjonalnie, ale i towarzysko z Warszawą. Tu też szybko zdobywał pierwsze zawodowe doświadczenia, nie licząc prywatnych lekcji dawanych w Tarnowie dzieciom zamożnej szlachty czy też żydowskim. Na zdobycie innych dotąd nie wystarczało czasu. Miał za to spore doświadczenie wojenne, w piechocie artylerii. Jeszcze w 1809 roku przedarł się z zaboru austriackiego, z Tarnowa, przez kordon graniczny do Krakowa i wstąpił do kompanii artylerii pieszej dowodzonej przez Wincentego Reklewskiego, przyjaciela Andrzeja Brodzińskiego, starszego brata Kazimierza. W swej urzędowej autobiografii (spisanej w 1823 roku) Brodziński wspomina, iż służbę wojskową starał się wówczas, do 1811 roku, łączyć z „naukami filozoficznymi i filologicznymi” na Uniwersytecie Krakowskim5. Potem przyszedł czas kolejnych kampanii, w tej z 1812 roku dosłużył się stopnia porucznika, ale stracił brata, Andrzeja; stracił też swego dowódcę, przyjaciela i dobrego poetę, Wincentego Reklewskiego. W drugiej kampanii, tej saskiej z 1813 roku, sam został ranny w bitwie narodów pod Lipskiem (16–19 października 1813) i trafił do niewoli pruskiej. Refleksje nad minionym czasem nie nastrajały go najlepiej. Zmęczony, rozbity, osierocony i z mocno nadwerężonym przez wyprawy wojenne zdrowiem pisał 3 grudnia 1813 roku do swej stryjecznej siostry: „porzuciłem sztukę wojenną, pięć blisko lat na czymże straciłem? – gdzież się teraz popiszę z wiadomością armatnią? Poezji uchwyciłem się jak pijany płotu [...]. Trzeba się, jak mól, zagrzebać w książkach”6.

Pół roku później, w końcu maja 1814 roku, znalazł się w Warszawie. Miał wówczas 24 lata. Etap wojenno-wojskowy uważał już za zamknięty. Utraciwszy, jak sam pisał: „siły i chęć do służby wojskowej”, otrzymał „żądane uwolnienie z niej”7. Najbliższe lata zdecydował się poświęcić karierze urzędniczej. Rozpoczął ją od zastępcy kancelisty w Komisji Oświecenia, potem został adiunktem w Komisji Spraw Wewnętrznych, wreszcie sekretarzem sekcji administracyjnej Komisji Likwidacyjnej Trzech Dworów. Z tym ostatnim stanowiskiem związany był zresztą najdłużej, bo aż do 1820 roku8. Ale zatrudnienie w urzędach, kancelariach to tylko jeden z wielu obowiązków, których się w tych latach podejmował. W każdym razie na nadmiar czasu nie mógł narzekać. Od 1814 roku należał do warszawskiej loży „Świątyni Izis” pracującej pod mistrzowskim młotkiem przyszłego uniwersyteckiego kolegi, Ludwika Osińskiego. Pokonywał kolejne stopnie wolnomularskich wtajemniczeń i urzędów, aż do wysokiej już w wolnomularskim zakonie funkcji sekretarza Wielkiego Wschodu Narodowego Polski9. Spod jego pióra wychodziły poezje uświetniające masońskie obrzędy. Zresztą to najlepsze poezje, jakie do tej pory wyszły spod pióra polskiego brata-poety. Drogi Kazimierza Brodzińskiego i Wielkiego Mistrza „Świątyni Izis”, Ludwika Osińskiego, będą się wielokrotnie krzyżować, czy to na niwie wolnomularskiej, czy to teatralnej, od roku 1816 bowiem Brodziński, przez sześć lat – jak podaje w swojej autobiografii10 – pełnił, znów bezpłatnie, obowiązki archiwisty i sekretarza Komisji Teatralnej11. W tym też czasie tłumaczył z języka niemieckiego lub układał „dzieła teatralne” na potrzeby repertuaru sceny narodowej. A Ludwik Osiński, po swym teściu Wojciechu Bogusławskim, przejął w tym właśnie roku 1816 dyrekcję Teatru Narodowego. Potem, po 1821 roku, obaj panowie spotkają się w murach Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Spotykać się też będą, oni, jak i cała warszawska elita intelektualno-artystyczna, i w innych miejscach, takich jak kawiarnia „Pod Kopciuszkiem” na Długiej czy u restauratorów: Szyllera, także z ulicy Długiej, i Chovota z Miodowej, których kulinarne dzieła opiewali ówcześni poeci, m.in. Kantorbery Tymowski i Marcin Molski.

Czy Brodziński był zadowolony ze swojego życia zawodowego? „Dosyć”, jak napisze w liście do siostry w pierwszym roku swego pobytu w Warszawie. „Dosyć”, bo marzyły mu się inne wyzwania, ale w najbliższych latach niewiele się zmieni, ciągle podstawę jego egzystencji stanowić będzie praca i płaca kancelisty. 19 stycznia 1815 roku napisze: „Jestem dosyć kontent z mojego losu, gdy patrzę na biedniejszych, a nie na szczęśliwszych od siebie. Miejsce moje teraźniejsze jest, prawda, bardzo pracowite, tak jeszcze, że lepszej pracy sądzę się przecie być godnym, jednakowoż, gdy mi jakikolwiek los do czasu zapewnia, póki okoliczności publiczne innego obrotu nie wezmą, jestem dosyć zaspokojony”12.

Kariera urzędnika, opłacanego zresztą nieregularnie, nie bardzo go jednak pociągała, nie zaspokajała jego ambicji. Gdy więc w 1820 roku rozwiązana została sekcja administracyjna Komisji Likwidacyjnej, mimo że natychmiast, jak sam pisze w autobiografii, otrzymał szereg propozycji zatrudnienia w innych komisjach rządowych – żadnej nie przyjął. Miał już inne plany, od dawna przecież „sposobił się” do stanu nauczycielskiego. I słusznie chyba podejrzewa Alina Witkowska w swojej monografii poświeconej Kazimierzowi Brodzińskiemu, że powstanie Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego „zaktywizowało zabiegi Brodzińskiego o pracę w szkolnictwie średnim”13, nie rezygnował jednak z planów zatrudnienia na Uniwersytecie, o czym świadczyć może jego rozmowa, co prawda niezbyt udana, z Potockim, a także pisma składane 7 lutego 1818 roku do Rady Ogólnej Uniwersytetu: „Lubo już Wysokiej Komisji Oświecenia Publicznego oświadczyłem chęć moich usług przy bibliotece Uniwersytetu tutejszego. Gdy jednak (ile mi wiadomo) lub osoby do tejże już są przeznaczone lub do późniejszych urządzeń odłożone być mają, a mojem jedynem jest życzeniem wszelkie usiłowania swoje przez dalszy ciąg życia w tym Wydziale usłudze krajowej poświęcić, ośmielam się upraszać Wysoką Radę Ogólną o miejsce sekretarza przy Uniwersytecie Warszawskim”14.

Na etat sekretarza będzie musiał jeszcze poczekać. Gdy składał to pismo, był już, od 1818 roku, związany z żoliborskim konwiktem i seminarium pijarskim, i tam, do 1822 roku, uczył stylu i literatury polskiej, a równolegle, w latach 1819–1820 – literatury polskiej w szkole wojewódzkiej zgromadzenia pijarów, wreszcie był nauczycielem literatury w Szkole Dramatycznej15. W tym też czasie, na początku lat 20., spotykają Brodzińskiego dwa duże wyróżnienia będące w pewnym sensie ukoronowaniem jego aktywności literackiej oraz naukowej. 4 lutego 1821 roku został powołany na członka Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a jego kandydaturę wysunął nie byle kto, bo rektor Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego ks. Szweykowski i dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych Feliks Bentkowski. I nie przypadek to zapewne, że wkrótce po wysunięciu kandydatury Brodzińskiego do Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk rozpoczęły się też pertraktacje z nim w sprawie objęcia, ciągle nieobsadzonej, katedry literatury polskiej na Uniwersytecie. Objął ją w lipcu 1822 roku, został wówczas profesorem nadzwyczajnym. Wkrótce otrzymał też stanowisko sekretarza Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego. 10 października 1824 roku Wydział Filozoficzny „udzielił Brodzińskiemu doktorat filozofii, a jednocześnie mianował magistrem sztuk wyzwolonych”16. W dwa lata później, 21 lipca 1826 roku, został profesorem zwyczajnym17. Rada, przedstawiając projekt etatu na rok 1827, tak motywowała potrzebę jego, czyli etatu Brodzińskiego, podwyższenia: „Wykład literatury polskiej w ten sposób, w jaki ją daje dotychczasowy profesor, wiele pracy i wiele szperań po książkach wymaga, a tern samem i niemało czasu tenże profesor na to obracać musi. Nadto profesor ten wykłada teorię stylu polskiego, naznacza uczniom ćwiczenia praktyczne, takowe musi w domu czytać, rozbierać i później swe uwagi robić. To także nie małego potrzebuje czasu i nie łatwo da się uskutecznić, zwłaszcza gdy nauka stylu obowiązuje uczniów wydziału nauk pięknych oraz uczniów prawa i administracji i wydziału filozoficznego, i gdy ci z różnem przychodzą usposobieniem”18.

W tym też roku, 1826, Brodziński pojął za żonę pannę Wiktorię Holly. Także to małżeństwo miało pewien uniwersytecki wymiar. Wybrankę serca profesor literatury polskiej poznał bowiem w domu swego uniwersyteckiego kolegi, Franciszka Armińskiego, astronoma i dyrektora obserwatorium wzniesionego w latach 20. w Ogrodzie Botanicznym. Panna Holly była zaś siostrą żony pana domu19. Jeszcze nieco wcześniej, przed podjęciem decyzji o małżeństwie, wiosną 1824 roku, Brodziński wziął urlop i ruszył, by odbyć swoje europejskie grand tour po Pradze, Italii, Karlsbadzie, Niemczech, Szwajcarii i Paryżu – jedyne takie w swoim życiu.

Rektor Szweykowski wystawił mu przed wyjazdem, w 1823 roku, następującą rekomendację: „I jako sekretarz, i jako profesor co rok więcej okazuje talentu. Jako jeszcze młodego należałoby wysłać za granicę, a talenta jego tym się piękniej rozwiną. Uprzedza wszelkie życzenia zwierzchności”20.

Owo grand tour miało jednak drugie dno. Po poznaniu panny Holly i uczuciowym zaangażowaniu, a miał już na swym koncie kilka nieudanych prób i zauroczeń, ponoć również związanych z córką kupca korzennego z ulicy Freta, może i panną Barbarą Michniewską, Brodziński – w relacji Odyńca: „Niepewny jej [Wiktorii Holly – E.Z.W.] wzajemności z wiosną [1824 – E.Z.W.] wyjechał do Włoch, aby odetchnąć po dusznej miejskiej atmosferze i troskach sercowych, które mu dojmowały, odrywając od ulubionych książek i pióra”21.

Nie udało mu się jednak uciec przed przeznaczeniem czy też przed uczuciem – wrócił, a jakiś czas potem, latem 1826 roku, doszło do małżeństwa. O niezwykłej nieśmiałości Brodzińskiego sporo mówi obrazek przytoczony przez nazbyt czasem gadatliwego Odyńca, który wspomina o spotkaniu zorganizowanym przez Armińskiego, dyrektora obserwatorium, „dla widzenia pierścienia Saturna”. Stawili się na nim i państwo profesorstwo Brodzińscy, a także wiele innych panów i pań: „Mężczyźni, przy wyjściu z bramy, podawali rękę damom. Brodziński zbliżył się do mnie i rzekł: «Proszę cię, podaj rękę mojej żonie». – Nie trzeba było mówić mi tego dwa razy, ale spytałem wszakże: «Skąd ta łaska?». A on z tym swoim łagodnym, dobrodusznym uśmiechem, który był charakterystycznym rysem jego fizjognomii, odpowiedział: «Przyznam ci się, że mi wstyd jakoś iść przez ulicę pod rękę z kobietą»”22.

Zresztą, jak twierdzi Odyniec, który szczerze polubił i bardzo szanował panią Brodzińską, żona profesora i poety także należała do grona osób niezwykle nieśmiałych i nadzwyczaj skromnych.

W rok po ślubie, 15 (lub 10) października 1827 roku, przyszło na świat jedyne ich dziecko, ukochana córka Karolina.

Gdy Kazimierz Brodziński obejmował obowiązki profesora na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych, był już znanym literatem, autorem tekstów naukowych. A talent i sukces literacki znaczyły wówczas w Warszawie wiele, dawały pozycję towarzyską, a często i zawodową. Otwierały drzwi wielu domów. Jeśli wierzyć relacji pamiętnikarskiej Ignacego Humnickiego, autora Żółkiewskiego pod Cecorą, sztuki nie najwyższych zresztą lotów, która jednak wywołała patriotyczny aplauz publiczności i sprowadziła na jej autora gniew księcia Konstantego, właśnie ona i reakcja na nią, zarówno publiczności, jak księcia Konstantego, skłoniły Stanisława Kostkę Potockiego do zaproponowania młodemu tragikowi... posady profesora uniwersyteckiego23. Czyli posady, o której marzył Brodziński.

W wypadku Brodzińskiego przepustką jeszcze może nie do sławy, ale na pewno do dużej popularności i to wkrótce po przybyciu młodego poety-artylerzysty do Warszawy, stała się – pisana w konwencji klasycystyczno-retorycznej – elegia Na wprowadzenie zwłok księcia Józefa Poniatowskiego spod Lipska do Warszawy r. 1814. Czytamy w jego Wspomnieniach: „W kościele i po ulicach widziałem egzemplarze mojej elegii w ręku mężczyzn i niewiast średniej klasy, co bardzo schlebiało mojej próżności”24.

Ten osobisty, naznaczony autobiografizmem tekst poety-legionisty trafił do rąk obywateli Warszawy przeżywających śmierć swego wodza, księcia Poniatowskiego, w najlepszym marketingowo okresie, bo w najważniejszym momencie narodowej żałoby, w trakcie odprawiania egzekwii żałobnych, a więc w dniach 9–11 września 1814 roku.

Po elegii przyszły kolejne sukcesy literackie. Znajomość z Józefem Elsnerem, również mająca swe masońskie, ale i kawiarniane korzenie, zaowocowała współpracą z kompozytorem przy dwóch jego tekstach: O metryczności i rytmiczności języka polskiego oraz przy Mszy polskiej, do których Brodziński przygotowywał warstwę poetycką. W 1818 roku ogłosił w „Pamiętniku Warszawskim”, którego zresztą rok później stał się współredaktorem, głośną rozprawę O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej, tę samą, która, wedle Odyńca, była niemym świadkiem rozmowy Brodzińskiego z Potockim. Obok refleksji nad romantyzmem, pojawiają się w niej rozważania dotyczące przyszłości rodzimej literatury, pogłębione zresztą szerszą refleksją nad historią polskiej literatury. Szansę dla narodowej literatury widzi Brodziński w podążaniu za własnym „czuciem” i „charakterem” narodowym, czyli za sielskością. Realizacją owego „czucia” i „charakteru” byłaby zaś sielanka, i to zarówno w sensie gatunkowym, jak też i filozoficznym, moralnym oraz narodowym. Tego również dotyczy jego wydana w 1823 roku rozprawa O idylli pod względem moralnym.

Właśnie takim utworem, a więc praktyczną realizacją teoretycznych koncepcji Brodzińskiego, miał być ogłoszony w 1820 roku w „Pamiętniku Warszawskim” Wiesław, utwór, któremu Brodziński zawdzięczać będzie sławę wielkiego poety, sławę śpiewaka Wiesława. Kilkanaście lat później przywoła go Mickiewicz w epilogu Pana Tadeusza. Co prawda epilog ten dołączony został do całego tekstu dopiero w 1860 roku, w wydaniu Klaczki, a wówczas już na świecie od dawna nie było ani autora tych słów, ani obiektu jego pochwały – Brodzińskiego.

Gdy więc w roku 1822 Brodziński obejmował katedrę literatury polskiej na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, był już uznanym literatem, krytykiem literackim i tłumaczem (m.in. Cierpień młodego Wertera Goethego, Dziewicy Orleańskiej Schillera, Poema ostatniego barda Scotta, wierszy Herdera), był też autorem dwóch tomów poezji wydanych w 1821 roku, redaktorem poważnego pisma i wykładowcą szkół pijarskich, członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk i wolnomularzem. Cichego, spokojnego, trochę nieśmiałego znała już wówczas cała Warszawa, zresztą nie tylko ona. Coraz lepszą pozycję zawodową, społeczną i ekonomiczną Brodzińskiego poświadczają też zmieniające się co pewien czas adresy jego warszawskich „pomieszkań”. Gdzie mieszkał zaraz po przyjeździe do Warszawy, w 1814 roku? Nie wiemy. Pewnie na jakiejś skromnej stancji w okolicach Starego lub Nowego Miasta. Około 1820, może 1821 roku, może nieco wcześniej, zamieszkał na ulicy Freta25. Ta lokalizacja pojawia się m.in. w żartobliwym wierszyku opatrzonym równie żartobliwym adresem:

Do Wielmożnego Brodzińskiego

„Pamiętnika Warszawskiego”

Zacnego współredaktora

I poezji profesora.

 

Mieszka ten poeta

Przy ulicy Freta,

Wszedłszy w kamienicy wnętrze

W podwórzu na pierwszem piętrze26.

Kamienica, o której mówi rymowanka Dmochowskiego, była kamienicą Schenka, spod numeru 11. Na początku wieku, w latach 1804–1806, w czasach Warszawy pruskiej, dwie kamienice bliżej, pod numerem 5, a więc Pod Samsonem, mieszkał niemiecki romantyk, wówczas urzędnik, Ernest Teodor Amadeusz Hoffmann.

Na Freta Brodziński nie zabawił jednak zbyt długo. Wkrótce, czyli po objęciu stanowiska profesora literatury polskiej, czekała go kolejna przeprowadzka, tym razem do jednego z budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu, do Pałacu Kazimierzowskiego. Ta przeprowadzka była jednym z widomych znaków kolejnego i najważniejszego w życiu poety awansu społecznego i zawodowego. Mieszkali tu i inni profesorowie i rektorzy, zarówno Uniwersytetu, jak i Liceum – dość precyzyjnie ustalił ich listę Jerzy Miziołek – m.in. rektor ks. Wojciech Szweykowski, rektor Samuel Linde, profesor fizyki Karol Skrodzki, ojciec Eugeniusza, autora Wieczorów Piątkowych, czy profesor miernictwa Julian Kolberg. Jeden z synów Kolberga, Oskar, tak wspomina to miejsce zamieszkania: „Od czasu przenosin do Warszawy zamieszkaliśmy w jednym z długich pawilonów dwupiętrowych (w tak zwanych koszarach kadeckich, obok Liceum, Biblioteki i Uniwersytetu). Lokal nasz z czterech pokoi i kuchni był na parterze, naprzeciwko nas (przez sień) mieszkał poeta Brodziński, a na drugim piętrze (z tej samej sieni) Szopen, prof[esor] jęz[yka] franc[uskiego], który utrzymywał pensjonariuszy, a którego syn już wówczas (w 1824 roku) uważany był jako niezwykle utalentowany muzyk”27.

Początek pracy uniwersyteckiej nie odbył się bez drobnych zgrzytów, próbowano bowiem namówić Brodzińskiego, już wówczas wytrawnego dydaktyka, do równoległego z uniwersyteckim terminowania w Liceum Warszawskim. Nie zgodził się – i wygrał28. Objął wakującą katedrę literatury polskiej. Ludwik Osiński miał co prawda w swym trzyletnim kursie jeden rok przeznaczyć na literaturę polską, ale – jak twierdzi Józef Bieliński – „cała literatura polska Osińskiego polegała na tym, że profesor, cytując utwór jakiegoś autora zagranicznego, cytował go w przekładzie polskim, najczęściej własnym”, po czym dodaje: „dzięki tej nowej – mowa o Brodzińskim – katedrze Uniwersytet stawał się polskim”29. Może, a nawet na pewno, w tej ocenie Bielińskiego działalności wykładowej Osińskiego było sporo przesady, ale pewne jest, że Królewski Uniwersytet Warszawski w 1821 roku potrzebował Brodzińskiego, a Brodziński bardzo potrzebował Uniwersytetu. A też i Uniwersytet odwdzięczył się mu nie najgorszym apanażem, bo 5 tys. rocznie pensji profesorskiej30 i 2,5 tys. złp31 w związku z pełnioną przez niego funkcją sekretarza Uniwersytetu. Z ustaleniem wynagrodzenia Brodzińskiego wiązały się zresztą jakieś kłopoty, jak zauważa bowiem Józef Bieliński, Brodziński wielkim faworytem Komisji Rządowej, ze stojącym na jej czele „ministrem zaciemnienia” Grabowskim, na pewno nie był32. Mało uległy politycznie, a nawet dość podejrzany33. Najwyraźniej odbijało się to na jego pensji, mocno okrajanej. W piśmie o uzwyczajnienie Brodzińskiego Rada Ogólna Uniwersytetu wyraźnie naciskała na Komisję Rządową, by ta „proponowaną przez Radę całą etatową pensję udzielić mu raczyła”, dodając, że „niektórzy z profesorów, co daleko później po nim weszli do Uniwersytetu, już pobierają całą etatową pensję 6000 złp”34.

Mimo tych kłopotów trzeba przyznać, że pensja Brodzińskiego i tak była około siedmiokrotnie wyższym uposażeniem od średniej krajowej urzędniczej wynoszącej wówczas około 1000 złotych. Dodatkowym atutem było też służbowe mieszkanie. Brodziński miał wówczas niewiele ponad 30 lat.

Jego pierwszy wykład odbył się 10 października 1822 roku, w dopiero co, bo w 1821 roku, ukończonym i otwartym tzw. pawilonie audytoryjnym, zwanym też fizycznym. A więc w jednym z dwóch, stanowiących lustrzane odbicie, gmachów, na które się natrafiało zaraz po wejściu na teren Uniwersytetu, po lewej stronie, stojąc plecami do Krakowskiego Przedmieścia. „Zaraz przy wnijściu od Krakowskiego Przedmieścia – pisze kronikarz XIX-wiecznej Warszawy, Kazimierz Wójcicki – po obu stronach stanęły dwa duże gmachy piętrowe, z tych po lewej stronie od wschodu był poświęcony na prelekcje, lewy na gabinety: zoologiczny i mineralogiczny, w tymże gmachu na dole mieścił się wydział sztuk pięknych”35.

Tam, w gmachu audytoryjnym, prowadzili swoje wykłady i Józef Elsner, i Fryderyk Skarbek, i dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych oraz autor dwutomowej Historii literatury polskiej Feliks Bentkowski, a także Ludwik Osiński, znany warszawskiemu towarzystwu ze swych sobotnich wykładów cieszących się ogromną popularnością, nie tylko zresztą wśród studentów. Osiński prowadził je zapewne w ogromnej, wypełnionej po brzegi Sali Uroczystości. W przeciwnym rogu tego gmachu na piętrze wykładał Kazimierz Brodziński. „Szczupłe grono młodzieży – relacjonuje nieoceniony Odyniec – co umiało całą wartość każdego [jego] słowa [...] docenić, otaczało ścieśnionym wieńcem katedrę, ażeby nic nie utracić z tego, co słabym głosem odczytywał ukochany profesor. [...] Szczupła, blada, łagodna twarz jego prześlicznie odbijała od czarnej togi i biretu (w którym profesorowie wówczas na katedrę wchodzili)”36.

Ludwik Osiński wykładał dwie godziny z literatury powszechnej, potem tylko godzinę, tłumacząc zniżkę godzin dość cynicznie, w piśmie skierowanym do rektora ks. Szweykowskiego, że jedna godzina dostatecznie wypracowana użyteczniejsza i lepsza być może. Brodzińskiemu wyznaczono wymiar sześciu godzin tygodniowo. To dużo, nic więc dziwnego, że i tym razem próbował pertraktować: „Kurs literatury polskiej rozłożony na 6 godzin w tygodniu, przez 10 miesięcy, wynosi przeszło 800 arkuszy. La Harpe, mimo że trzech najoświeceńszych narodów literaturę zawarł w swym kursie, nie ma tej obszerności. Historia ogólnej literatury łatwo ją mieć może. Wiadomo jak daleko szczuplejszą jest literatura polska od oświeceńszych narodów. [...] Lekcja W. Osińskiego, mimo talentu wyższego, ma jeszcze tę korzyść, że wybierać może płody najwyższych geniuszów i sądy krytyków ze wszystkich narodów; przecież jedną ma tylko godzinę w tygodniu, gdy ja na 4–6 godzin wypracować muszę rozprawy o literaturze jednego tylko narodu, która tak mało piórem krytycznym dotknięta była”37. Utargował niewiele, bo tylko dwie godziny. Jedną godzinę miał poświęcić na ćwiczenia w stylu polskim, a trzy na krytyczną historię literatury polskiej.

Wszystkie pamiętnikarskie relacje dotyczące wykładów, czy to z Moich wspomnień Aleksandra Jełowickiego, późniejszego drukarza i księgarza paryskiego, w końcu księdza zmartwychwstańca, czy Odyńca, czy z Wieczorów piątkowych Eugeniusza Skrodzkiego lub Pamiętników Kajetana Koźmiana i wielu innych, podkreślają te same cechy osobowości Brodzińskiego, również jako wykładowcy. Jego prostotę, naturalność, delikatność, kameralność, otwartość, ale też urzekającą intymność wypowiedzi połączoną z nieśmiałością. „W słowach zwykle był skąpy – wspomina Odyniec – a przy tem sam miły dźwięk głosu, nadawał temu, co mówił, ów magnetyczny, że tak powiem, powab, który sam przez się w rozmowie, niezależnie od treści, uwagę i współczucie obudzą”38. I w kontekście tych słów trudno nie przyznać racji Alinie Witkowskiej, gdy pisze: „nie łudźmy się, że mamy tu do czynienia z naturalnością wypływającą z prostoty i bezpośredniości stylu bycia profesora literatury polskiej, które można przeciwstawić «aktorstwu» Osińskiego. Było to także aktorstwo, tylko w zupełnie innej konwencji utrzymane”39. Utrzymane właśnie „w konwencji naturalności, prostoty, liryzmu”. Konwencji nakierowanej, dodajmy, nie tyle na walory akustyczne, aktorskie, ile przede wszystkim na elementy treściowe wypowiedzi. A od tego, co mówił, zależało, jak mówił. „Osiński, zarozumiały – dodaje Jełowicki – nadęty dowcipniś i wierszopis, a tak roztrąbił swoją sławę przesadnym czytaniem na tempa, że pierwszy raz przychodziło się na jego wykład jak do wyroczni [...]. Na wykład Brodzińskiego szło się jak do poufałego przyjaciela, a wychodziło zawsze z sercem rozczulonym i ze łzą w oku”40.

Wspomina się o tłumach na wykładach Osińskiego i szczupłym gronie młodzieży, „co umiało całą wartość każdego słowa śpiewaka Wiesława ocenić” (Wójcicki). Śpiewaka wątłego, niedużego, delikatnego, z lekko pochyloną sylwetką, co również podkreślają pamiętnikarze. „Noszący w sobie zaród choroby piersiowej – pisze Kajetan Koźmian – słabego zdrowia, mdły, często smutny, do czułości i rozrzewnienia łatwy”41. „Miał oblicze nadzwyczaj pogodne – dodaje Skrodzki – miłe i pełne dobroci, ale budowa jego wątła, pochylona, chód nieśmiały nie dawały mu żadnej powagi”42.

Stanowiło to zresztą przyczynę pewnych, zakrawających na małe qui pro quo, nieporozumień, o których wspominał Skrodzki. Na przykład w sytuacji, gdy nowy, „niedawno ugodzony” stróż gabinetu numizmatycznego wziął Brodzińskiego, lubiącego przechadzać się zmierzchem dookoła gmachów, za „amatora cudzej własności” „skradającego się z cicha do zbiorów”43. Innym razem, pisze Skrodzki, znacznie mniej jednak wiarygodny od Odyńca, bowiem ten syn profesora, znajomego i współredaktora wraz z Brodzińskim „Pamiętnika”, w czasach, o których tu wspomina, był zaledwie dwu-, góra pięcioletnim pacholęciem: „jakaś biedna wdowa po oficjaliście podawała prośbę o wsparcie do Rady Uniwersytetu, której Brodziński był sekretarzem. A że w sali znalazła figurę sztywną, rumianą, opasłą pedela, biorąc go przeto za większego dygnitarza od mizernie wyglądającego poety, w żaden sposób nie chciała powierzyć swoich dowodów sekretarzowi, dopóki wielmożny pedel uroczyście jej nie zapewnił, że może to bez szkody uczynić”44.

Ale jest jeszcze inny Brodziński, chciałoby się rzec – wielki Brodziński, znakomity umysł, krytyk i historyk literatury, wykładowca i literat. Nie postawa, nie deklamacja, nie głos, ale walory treściowe, poparte inną niż Osińskiego manierą wykładową, przyciągały do niego młodzież. Jako pierwszy w tych murach, ale przecież i w swojej wcześniejszej twórczości, ukazywał literaturę w perspektywie chronologicznej, historyczno-socjologicznej, w dodatku na tle europejskim. W powiązaniu z historią narodu, jego dziejami, obyczajami. Literatura miała być pochodną tego życia, ale jednocześnie czynnikiem kulturowym silnie oddziałującym na narodowe dzieje. Dlatego też nie bez znaczenia był wybór drogi, którą literatura polska ma podążać, o czym pisał w swej rozprawie z 1818 roku: „W historii [...] literatury polskiej mamy rzecz tylko o jednym narodzie, w której nie idzie o wskazanie wzorów dobrego smaku, ale o poznanie tego narodu wszechstronnie, w celu, abyśmy nie tak o utworach jego piśmienniczych, ale o nim samym sądzili, abyśmy poznawszy jego charakter, skłonności, siebie i prace nasze podług nich nadal rozwijać mogli”45.

Twórczość artystyczna, literacka nie jest więc szeregiem mniej lub bardziej przypadkowych wytworów artystycznej emanacji, ale pewnym ciągiem zjawisk, przemian. Widzi ją Brodziński właśnie we wspomnianej perspektywie historycznej dziejów narodu. Są nierozłączne. Młodzież słuchająca Brodzińskiego otrzymywała więc nie tyle lekcje estetyki, analizy dzieła, której zadaniem była m.in. ocena gustu i smaku, prawideł sztuki, ile antylaharpe'owski wykład idący w stronę syntetycznego postrzegania literatury. Otrzymywała instrument, właśnie w postaci historii literatury, pozwalający jej, w mniemaniu Brodzińskiego, zrozumieć i poznać dzieje i ducha własnego narodu, instrument w jakimś więc sensie samopoznania narodowego, a to samopoznanie winno pomóc w wyborze postaw, stylów życia. Wykłady te daleko wychodziły więc poza podstawowe narzędzia i przedmiot badań historycznych. A jednocześnie to nowatorskie, na gruncie polskim, jak twierdzą badacze, po raz pierwszy historyczno-literackie i prohistoryczne spojrzenie na historię literatury miało swoje europejskie korzenie, choćby w twórczości Madame de Staël czy współczesnego Brodzińskiemu profesora literatury francuskiej na Sorbonie, Villemaina. Gatunkiem zaś, któryby oddawał ducha narodu i którego głównymi cechami byłyby łagodność, pokojowość, ale i odwaga, oddanie Bogu i Ojczyźnie, przywiązanie do pracy na roli, jest, według Brodzińskiego, sielanka. I to sielanka jako gatunek historyczny – ale też nadający ton dalszej twórczości narodowej, łączący przeszłość z teraźniejszością i przyszłością – winna się stać gatunkiem narodowym. I znów tworzona koncepcja świata idylli, przeniesiona na grunt polski, w dużej mierze opierała się na wzorcach Herderowskich czy Richterowskich, twórczości Goethego czy Yossa.

Gdyby Uniwersytet Warszawski nie powstał w roku 1816 i nie ukonstytuował się w ciągu dwóch najbliższych lat, pewnie Warszawa musiałaby czekać na wyższą uczelnię kolejnych 100 lat. Okres liberalizmu i łaskawości aleksandrowskiej trwał bowiem bardzo krótko. W roku 1819 właściwie nie było po niej śladu. Z każdym rokiem nad Królestwem, nad Warszawą, nad Uniwersytetem wreszcie zbierało się coraz więcej czarnych chmur zapowiadających burze i zawieruchy, o czym świadczą m.in.: wprowadzenie cenzury na pisma, dozór na Uniwersytecie, naciski na posłów sejmowych, pogrzeb Staszica, potem Aleksandra I, a kilka lat później senatora Bielińskiego i manifestacje z tymi wydarzeniami związane, Sąd Sejmowy zebrany dla osądzenia członków Towarzystwa Patriotycznego, warszawskie spiski młodzieżowe. Rektorowi oraz sekretarzowi Uniwersytetu, którzy zgodnie próbowali zapobiec poważniejszym ekscesom, rozpolitykowaniu młodzieży i wiążącym się z tym politycznym represjom, coraz trudniej przychodziło utrzymanie młodzieży z daleka od polityki, właściwie było to już niemożliwe.

Brodziński był przeciwny wszelkiej gwałtowności, rewolucyjnym wybuchom pełnym ognia i nienawiści. W jego koncepcji świata, budowanej po kampaniach napoleońskich, było miejsce na pracę, pokój, na równowagę, ład i umiar. Gdy w 1830 roku wydał pierwszy tom Pism rozmaitych, zwłaszcza dwie rozprawy – O krytyceO egzaltacji – wywołały wielki gniew młodych romantyków. A szło o dużą stawkę, bo o wizję literatury i sztuki, czyli o rzeczywistość, o Polskę, o wszystko. Tak pisał główny atakujący, Maurycy Mochnacki, po lekturze pism Brodzińskiego: „we własnem sercu mamy burzę; w duszy nosimy rozstrojenie. Ale temu żadna rozprawa o egzaltacji i entuzjazmie nie zaradzi. Są inne na to środki”46.

Drugiego tomu swych pism Brodziński, mimo zapowiedzi, nie wydał. Nie chciał kolejnej wojny. Kto wie, może spalił cały nakład, jak niektórzy twierdzili. Wziął jednak udział w powstaniu listopadowym i to z przekonaniem. Przemawiał do młodzieży, pisał powstańcze poezje, był członkiem pisma rewolucyjnego „Kurier Polski”, później „Nowej Polski”. W styczniu 1831 roku wraz z innymi profesorami sypał szańce, mające pomóc w obronie Warszawy przed rosyjskimi wojskami Dybicza. W lipcu 1831 roku przyjął funkcję wizytatora szkół polskich, a wcześniej, 3 maja 1831 roku, wygłosił słynną mowę O narodowości Polaków w Warszawskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk. I w tych miesiącach dokonał się w nim przełom, inaczej już zaczął czytać znaki, inaczej je interpretować. Alina Witkowska mówi o przełomie mistycznym. I pewnie ma rację. Inni – o nagłym religijnym objawieniu. „Inaczej zobaczył Brodziński sens dziejów Polski, inaczej odczytał jej przeszłość i przyszłość. W duchu mesjanistycznego posłannictwa” – zauważa Witkowska. W 1835 roku, w roku swojej śmierci, napisze jeszcze Brodziński Posłanie do braci wygnańców, które prześle na emigrację, posłanie pełne wiary w odkupicielskie, Chrystusowe przeznaczenie Polski, Polaków i emigracji – ich historia, cierpienie ma sens, sens odkupienia.

8 września 1831 roku podpisano kapitulację Warszawy, a Brodziński następnego dnia pisze wiersz pt. Dnia 9 września 1831 roku47:

Na zgliszczach narodu stoją,

Które krwią bratnią oblali;

Wolność i naszą, i swoją

Ślepo utopić w niej dali.

[...]

Boże, Boże! gdzieś się podział,

Osławiony nasz obrońca?

Któż się, w Tobie ufny, podział

Że do tego przyjdziem końca?

 

Cóż umyślił z nieszczęsnymi,

Żeś nas rzucił bez sposobu?

Aniś chciał nas mieć wolnymi,

Aniś wszystkim otwarł grobu!

Na emigrację nie ruszył, został w Warszawie. Czuł się źle, coraz gorzej, żona też zaczęła chorować, a dziecko było jeszcze bardzo małe.

Komitet Klasyfikacyjny decydujący o przydatności ocenianych do zawodu byłych urzędników Królestwa Polskiego nie mógł być łaskawy dla byłego profesora literatury polskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim, skoro sąsiad z Pałacu Kazimierzowskiego, dyrektor Liceum Warszawskiego, taką wystawił mu przed tą komisją cenzurkę: „Sposób myślenia dwuwykładowy, nie radziłbym zostawiać mu wpływ na edukację młodzieży nawet więcej co do ułożenia fizycznego. [...] Sprawował przed rewolucją [urząd] sekretarza, przyjął w rewolucją wizytatora szkół [...]. Nie mógł się wstrzymać od mów i pism w rewolucją [...]. Bawił w Warszawie”48.

W sumie ta opinia przynosiła chwałę Brodzińskiemu, ale równocześnie nie dawała żadnych szans na pracę w szkolnictwie. Po długich zabiegach, miesiącach wegetacji uzyskał wreszcie emeryturę, ale znacznie niższą od tej, która mu się należała, bo tylko 3,4 tys. zł rocznie49. Dorabiał redagowaniem, m.in. „Magazynu Powszechnego”.

Został w kraju, ale myślał o emigracji i z każdym miesiącem, tygodniem czuł się coraz gorzej. 6 kwietnia 1835 roku pisze do Gołębiowskiego: „Od kilku już miesięcy cierpię dużą narośl na prawej łopatce, która mi dokucza i władzę dłuższego pisania odbiera. [...] Panie! Bądź wola Twoja! Nie pisałem wyroków ani krytyk, ani paszkwilów, a przecie jakby kto przeklął moją biedną rękę”50.

Nowotwór? Pewnie tak, choć współcześni częściej mówili o chorobie płuc. Szukał ratunku u wód w Karlsbadzie. Ruszył przez Drezno, gdzie spotkał Odyńca, który zaopiekował się swym chorym przyjacielem. Tak opisuje on swoje pierwsze drezdeńskie spotkanie z Brodzińskim: „wychodząc z domu na ulicę w Dreźnie, spotkałem w bramie i przeraziłem się, ujrzawszy podobieństwo i jakoby cień Brodzińskiego. Był to on sam, niestety, ale jakże odmieniony od dawnego siebie! Wycieńczenie fizyczne i cierpienia moralne zlały się w jeden wyraz – zdrobnionej zda się jeszcze bladej jego twarzy”51.

W Dreźnie Brodziński poczuł się lepiej, na tyle dobrze, że ruszył w dalszą drogę po zdrowie, do Karlsbadu. Nie znalazł go tam. Wrócił do Drezna w jeszcze gorszym stanie, o dalszej jeździe do domu, do Warszawy, nie mogło być mowy. Nie był sam, otaczali go przyjaciele. Był przy nim również, czy przede wszystkim, niezawodny Odyniec, który zdał potomnym relację z ostatnich dni i godzin życia swego przyjaciela – o tym m.in., jak ucieszył się Brodziński z listu Mickiewicza, który prosił: „Jeżeli Brodziński – cytuje Odyniec ów list – jest jeszcze u was, kłaniaj mu się ode mnie. Chociaż nie znam go osobiście, wiesz, jak go wysoko szacuję. Na końcu Tadeusza był do niego ustęp; ale nagłe drukowanie i moje ówczesne zatrudnienie małżeńskie zrobiły, że nie miałem czasu poprawić i umieścić owego epilogu. Zostawiłem go dla przyszłego (jeśli będzie) wydania”52.

Wspomina też Odyniec ostatnie rozmowy z Brodzińskim, leżącym bezwładnie w łóżku i mówiącym tak cicho, że jego rozmówca, aby cokolwiek usłyszeć, musiał „aż głowę wesprzeć na jego poduszce”53. Brodziński zmarł 10 października 1835 roku. A 10 października – pisze Odyniec – „był to, jak sam mówił, dzień pamiętny i szczęśliwy w jego życiu; dzień, w którym w 1822 r. wszedł po raz pierwszy na katedrę profesorską w Uniwersytecie Warszawskim i rocznica urodzin Karusi”54.

W rękopisach Biblioteki Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk zachował się jeszcze jeden, bardzo późny zresztą ślad dotyczący dwóch „bogów” ówczesnego Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, Ludwika Osińskiego i Kazimierza Brodzińskiego. Ślad ten wyszedł spod pióra, już w latach 70. XIX wieku, absolwenta prawa i jednego z pierwszych doktorów warszawskiego Uniwersytetu, Wincentego Kraińskiego – prawnika może i niezłego, za to strasznego grafomana, po powstaniu listopadowym emigranta, który – dobijając 60. roku życia – przyjął święcenia, w końcu został wykładowcą na Uniwersytecie Wrocławskim. Znany był z tego, że, nie zważając na to, iż żyje już w innej epoce, dawał na tychże wykładach upust swej ciągle żywej nienawiści do Mickiewicza, towiańszczyzny i romantyzmu.

Kraiński, w przywołanym z rękopisów tekście, wraca pamięcią do lat młodości, wraca w mury akademickie, do swych warszawskich uniwersyteckich profesorów, Osińskiego i Brodzińskiego – zwolenników odmiennych estetyk. Obie te tradycje, zarówno klasycyzm, jak i romantyzm, były, jak pisał gdzie indziej: obce, nie polskie, nie narodowe, i dlatego ich wykładowców, Osińskiego i Brodzińskiego, czynił odpowiedzialnymi za upadek Rzeczypospolitej, za „włożenie jej do grobu”, za listopadową rewolucję, za podział, który dokonał się między Polakami, na klasyków i romantyków, na „my” i „oni”.

Do Profesorów Osińskiego i Brodzińskiego55:

Profesorami byliście (1829)

Literatur dawaliście W Warszawskiej Akademii,

Lecz każdy w inszej missyi!

Osiński dawał Klasyczność,

A Brodziński Romantyczność!

Myśmy na Was uczęszczali,

Jednej i drugiej słuchali!

Lecz nieszczęście stąd nastało,

Młodzież z sobą rozerwało Na dwa obozy zajadłe,

W taką nienawiść zapadłe,

Że wiodły wzajemną wojnę,

W nieszczęśliwe skutki hojną.

Stąd rewolucja wstała (1830),

Na to się tylko przydała,

Żeby nas z grobu wywołać (1795–1830),

Do głębszego wrzucić zdołać! (1831)

Jak się dotąd jeszcze dzieje (1874),

Że Polska w grobie próchnieje;

Lecz w grobie daleko głębszym,

Dla Polaków okropniejszym!

SECT-ID LINK

1J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. I, Warszawa 1907, s. 753–754.

2St. Kostka Potocki, Podróż do Ciemnogrodu, Warszawa 1820.

3J. Bieliński, op. cit., t. III, Warszawa 1912, s. 419.

4A. E. Odyniec, Wspomnienia z przeszłości opowiadane Deotymie, Warszawa 1884, s. 321.

5K. Brodziński, Autobiografia, [w:] K. W. Wójcicki, Cmentarz powązkowski pod Warszawą, t. II, Warszawa 1856, s. 139–141. Zob. też nieco zmienioną wersję tej autobiografii w: K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości i inne urywki autobiograficzne, wydał i wstępem opatrzył J. Tretiak, Kraków 1901, s. 85–88 oraz J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 445–448.

6Listy Kazimierza Brodzińskiego do stryjecznej siostry, Szczęsnej, wydał z autografu i zaopatrzył wstępem A. Łucki, „Przewodnik Naukowy i Literacki” 1906, R. 34, nr 8, s. 740–741.

7K. Brodziński, Autobiografia, op. cit., s. 140 oraz K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit., s .86.

8K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit., s. 86; zob. też J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 446, J. Bieliński, op. cit., t. I, s. 362.

9S. Małachowski, Wykaz polskich lóż wolnomularskich oraz ich członków w latach 1738–1821, Kraków 1929, s. 69; zob. też. L. Hass, Sekta farmazonii warszawskiej. Pierwsze stulecie wolnomularstwa w Warszawie (1721–1821), Warszawa 1980, s. 369 i d. oraz S. Załęski, O masonii w Polsce, Kraków 1889.

10K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit.

11Zob. też J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 447.

12Listy Kazimierza Brodzińskiego..., op. cit. s. 742.

13A. Witkowska, Kazimierz Brodziński, Warszawa 1968, s. 151.

14J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 419.

15Ibidem, s. 447.

16Ibidem, s. 449.

17Zatwierdzony 21 lipca 1826 r.; ibidem, t. I, s. 362.

18Ibidem.

19K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 138.

20J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 448, zob. też 436.

21K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 138.

22A. E. Odyniec, op. cit., s. 315.

23I. Humnicki, Pamiętniki, „Sfinks” 1913, nr 1, s. 137–141.

24K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości, „Pamiętnik Literacki” 1905, R. IV, s. 79–80.

25Zob. list Kazimierza Brodzińskiego do ks. Janowskiego z 20 XI 1821, w którym podaje swój adres: Freta 275, w: K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 141.

26Pełna wersja wiersza:

Gdy już przeminął czas ostry i zmienny,

Zebrane kółko młodych literatów

Chce razem spędzić pierwszy dzień wiosenny

Wśród lip cienistych i wśród woni kwiatów.

 

Lecz bez śpiewaka Wiesława,

Poszłaby na nic zabawa.

 

Więc pan Kazimierz niech prośby wysłucha

I w dniu jutrzejszym dorożką, czy pieszo,

Na skromny obiad przybędzie do Szucha,

 

Gdzie z wierszopiską połączy się rzeszą.

Co wyraziwszy,

Każdy będzie najszczęśliwszy,

Jeśli od niego dozna tej łaski,

(podpisano) Dmochowski, Morawski

Lisicki, Kurpiński

i Bruno Kiciński

cyt. za: F. S. Dmochowski, Wspomnienia od roku 1806 do 1830, Warszawa 1858, s. 168–169.

27Cyt za: J. Miziołek, Uniwersyteckie lata Fryderyka Chopina, „Uniwersytet Warszawski” 2010, nr 1, s. 19.

28J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 419.

29Ibidem, s. 804.

30Ibidem, s. 421.

31Ibidem, t. I, s. 353, 382 i 385.

32Ibidem, s. 362.

33Ibidem, s. 182: „Ze zaś wykłady Woelcka, Osińskiego i Brodzińskiego wzbudzały podejrzenia, przeto zalecono inspektorom Zychowiczowi i Carre, aby te prelekcye w szczególnej mieli opiece”.

34Ibidem, s. 362.

35K. W. Wójcicki, Warszawa i jej społeczność w początkach naszego stulecia, Warszawa 1875, s. 231.

36A. E. Odyniec, op. cit., s. 323.

37J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 420.

38A. E. Odyniec, op. cit., 327.

39A. Witkowska, op. cit., s. 208.

40A. Jełowicki, Moje wspomnienia, Warszawa 1970, s. 64.

41K. Koźmian, Pamiętniki obejmujące wspomnienia od roku 1815. Oddział III i ostatni, Kraków 1865, s. 402.

42E. Skrodzki, Wieczory piątkowe i inne gawędy, opr. M. Opałek, Warszawa 1962, s. 63.

43Ibidem.

44Ibidem.

45Cyt. za: R. Skręt, Kazimierz Brodziński jako historyk literatury, Warszawa 1962, s. 13.

46M. Mochnacki, Pisma rozmaite Kazimierza Brodzińskiego, „Kurier Polski”, nr 145, 1 V 1830, cyt. za: Pisma po raz pierwszy edycją książkową objęte, oprac. A. Śliwiński, Lwów 1910, s. 256.

47Poezja Powstania Listopadówego, wybrał i opracował A. Zieliński, Wrocław 1971, BN I 205.

48J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 451.

49Ibidem, s. 452.

50List do Łukasza Gołębiowskiego z 6 IV 1835 w: S. Gołębiowski Pamiętnik o życiu Łukasza Gołębiowskiego wydany przez jego syna, Warszawa 1852; zob. też: A. E. Odyniec, op. cit., s. 331.

51A. E. Odyniec, op. cit., s. 331.

52Ibidem, s. 342–343.

53Ibidem, s. 346.

54Ibidem, s. 345.

55Różne odezwy przez dr. Kraińskiego, Biblioteka Poznańskiego Towarzystwa Nauk, Pisma Wincentego Kraińskiego (nieskatalogowane), t. LXV, nr 51.

Tytus Chałubiński

Urodzony 29 XII 1820 w Radomiu. Studia w Akademii Medyko-Chirurgicznej w Wilnie (1838–1840), na Uniwersytecie w Dorpacie i w Würzburgu; doktorat na Uniwersytecie w Würzburgu (1844); profesor zwyczajny Akademii Medyko-Chirurgicznej (1857); pracownik Szkoły Głównej (1862–1869).

Wybitny lekarz, mineralog, specjalista w zakresie chorób wewnętrznych, zwłaszcza gruźlicy; propagował fizykalne badanie pacjentów. Odkrywca walorów zdrowotnych Zakopanego i kultury Podhala, taternik.
Lekarz naczelny szpitala ewangelickiego w Würzburgu; ordynator Szpitala Dzieciątka Jezus (1857); przewodniczący Kasy im. Mianowskiego (1881–1886); twórca stacji klimatycznej w Zakopanem.
Zmarł 4 XI 1889 w Zakopanem.

Historyczny przegląd mniemań o płciowości i sposobie zapładniania się roślin, „Biblioteka Warszawska” 1843; Rzut oka na dzieje botaniki i na stosunek jej do innych umiejętności przyrodzonych, „Biblioteka Warszawska” 1846; Metoda wynajdywania wskazań lekarskich, Warszawa 1874.

A. Wrzosek, Tytus Chałubiński. Zycie, działalność naukowa i społeczna, Warszawa 1970; Słownik biologów polskich, red. S. Feliksiak, Warszawa 1987, s. 94–95; Chałubiński T. [w:] PSB, t. III, Kraków 1937, s. 253–256.

STANISŁAW ZWOLSKI

TYTUS CHAŁUBIŃSKI

1820–1889

 

Z okazji 10. rocznicy śmierci Tytusa Chałubińskiego czołowy przedstawiciel polskiej szkoły filozofii medycyny Edmund Biernacki pisał: „Wielkie znaczenie czeka naturalnie w przyszłości i przedstawicieli medycyny. Ale i zadanie synów tej wiedzy i zawodu przedstawia się coraz trudniejszym i bardziej złożonym, coraz też mniej istotnie «powołanych» do stanu medycznego znajdywać się będzie. [...] Głęboki myśliciel lekarski Sonderegger twierdził, że «kto jest człowiekiem wzorowym z poznania przyrody, charakteru i ducha, ten tylko może być lekarzem takim, jakim lekarz być powinien. [...] Nic nie ma na ziemi większego i piękniejszego niż człowiek, jest on najtrudniejszym i najwznioślejszym zadaniem do myślenia i działania. Jego istnienie i śmierć, jego życie i cierpienie, wszystko jest w najwyższym stopniu dziwnym i wzruszającym. Ale, pamiętając o tym i chcąc być lekarzem, musisz przynieść z sobą helle Augen und feine Ohren – oczy ku patrzeniu, uszy ku słuchaniu, duży dar spostrzegawczy, cierpliwość i ciągłą cierpliwość do uczenia się bez końca, światłą, krytyczną głowę, żelazną wolę, która wzmacnia się w cierpieniu, a obok tego ciepłe, wrażliwe serce, pojmujące i współczujące wszelkiemu cierpieniu, a przy tym przyzwoitą powierzchowność zewnętrzną, gładkość w obejściu i zręczność w palcach, zdrowie ciała i duszy. Wszystko to musisz posiadać, nie chcąc być nieszczęśliwym i złym lekarzem. Musisz nosić na sobie jak wielki błąd ciężar wszystkowiedztwa, a mimo to zachować świeżość poety, musisz zważać wszelkie sztuki szarlatanerii, a pozostać uczciwym człowiekiem. Medycyna i wszystko na tym się skupia, musi być twoją religią i polityką, twoim szczęściem i nieszczęściem!» Tym wymaganiom zapewne tylko rzadki gieniusz z ciała i ducha zadość uczynić może, ale każdy, komu drogie są interesy medycyny, za wzór postawić je sobie powinien. A jeśli obejrzymy się za postacią, która odtwarzała sobą ten ideał Sondereggera, to nikt inny pierwej na myśl nie przyjdzie jak Chałubiński”1.

Urodził się w Radomiu 29 grudnia 1820 roku w rodzinie patrona trybunału Szymona Chałubińskiego i szlachcianki Teodozji de domo Wnorowskiej. Wcześnie stracił rodziców. Po ukończeniu gimnazjum w Radomiu studiował medycynę wpierw w Akademii Medyko-Chirurgicznej w Wilnie. Bardziej pociągały go studia przyrodnicze, ale wybitne osobowości medyczne tej uczelni w osobach Józefa Mianowskiego i Adama Bielkiewicza zachęciły go do kontynuacji studiów. Po likwidacji Akademii Medyko-Chirurgicznej udał się na przesławny uniwersytet dorpacki, gdzie językiem wykładowym był niemiecki. Początki studiów w Dorpacie były trudne. Nie przystał do tzw. złotej polskiej młodzieży, wykładów niemieckich nie rozumiał. Przy pomocy Ludwika Natansona szybko opanował język niemiecki. Zaliczył „philosophicum”, czyli przedmioty przyrodnicze, będące podstawą do zajęć ze studiów medycznych. Tu studiował początkowo nauki przyrodnicze, szczególnie botanikę u znakomitego botanika Bungego, wieńcząc te studia pracą kandydacką wydaną, rzecz jasna, po niemiecku, ale którą opublikował na łamach „Biblioteki Warszawskiej” pt. Historyczny przegląd mniemań o płciowości i sposobie zapładniania się roślin. Podkreślił tu rolę teorii Schleidena. W okresie pobytu w Dorpacie on i jego koledzy – Natanson i Ludwik Krzywicki – nawiązali znajomość z rodziną sędziego Wildego. Chałubiński miał plany matrymonialne w stosunku do córki sędziego. Wyjazd do domu i śmierć matki pokrzyżowały te plany. Praktyczna natura Chałubińskiego zwyciężyła, porzucił studia przyrodnicze na rzecz medycyny w Würzburgu, gdzie w roku 1844 uzyskał dyplom doktora na podstawie pracy Ueber den Harn in physiologischer und pathologischer Hinsicht. Nie można odrzucić przypuszczenia, że motywem podjęcia studiów w Würzburgu była też chęć kontaktu ze Schleidenem. Nie byłyby te studia i wyjazdy możliwe, gdyby nie matka chrzestna, Barszczewska, która je finansowała. Chałubiński przebywał przez trzy lata na uczelniach w Paryżu i Wiedniu. Powróciwszy do Warszawy w roku 1845, zamieszkał w budynku popijarskim w trudnych warunkach. Kontynuował swoje zainteresowania z zakresu botaniki, przedstawiając rozprawę Rzut oka na dzieje botaniki i na stosunek jej do innych umiejętności przyrodzonych (1846) oraz tłumacząc dzieło z botaniki wybitnego francuskiego badacza Adriana de Jussieu. Przekład tej książki ukazał się w 1849 roku i był pierwszym podręcznikiem botaniki w języku polskim na wysokim poziomie.

Chałubiński musiał zdać egzaminy, żeby podjąć praktykę lekarską. Został zatrudniony w szpitalu ewangelickim pod dyrekcją Ferdynanda Dworzaczka, znakomitego lekarza, ale o dużej refleksji filozoficznej. Dworzaczek, zwolennik empiryzmu w medycynie, dzielił się swoim doświadczeniem z podległym sobie personelem lekarskim. Przekazywał im wiedzę nabytą w klinikach paryskich, m.in. Laënneca. Wkrótce znakomity lekarz z powodu choroby oczu przekazał, w roku 1847, obowiązki lekarza naczelnego Tytusowi Chałubińskiemu, uzyskując akceptację zboru ewangelickiego, w tym jego prezesa honorowego, też lekarza, Wilhelma Malcza. W tym samym roku Chałubiński został wybrany członkiem czynnym Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego. Zainaugurował obecność w składzie tego gremium odczytem na temat teorii niemieckiego lekarza Johanna Rademachera. Chałubiński – na co zwrócił uwagę autor Stulecia Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego 1820–1920, Peszke – zapoczątkował unaukowienie wystąpień, od tej pory bardziej rzeczowych i odpowiednio przygotowanych. W niespełna rok później przeżył przygodę wojskową w powstaniu węgierskim jako lekarz (oczywiście według tradycji rodzinnej, bo Adam Wrzosek kwestionował tę możliwość w swojej biografii Chałubińskiego). Zawarł związek małżeński z Antoniną Kozłowską, która wkrótce, bo w roku 1850, po urodzeniu syna Franciszka, zmarła. Szpitalowi ewangelickiemu szefował do 1857 roku. Objęcie przez Chałubińskiego stanowiska naczelnego lekarza zbiegło się z ożywieniem działalności Towarzystwa Lekarskiego i rozwojem prasy medycznej. Obok „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” powstał „Tygodnik Lekarski”, którego redaktorem został Ludwik Natanson, kolega ze studiów dorpackich. Sam Chałubiński propagował, w ślad za Dworzaczkiem, nowy kierunek kliniczny oparty na postępach patomorfologii i fizykalnym badaniu pacjentów. Ówczesny system leczenia w ujęciu Chałubińskiego to przestrzeganie diety oraz unikanie narkotyków i nadmiaru leków. Zalecał stosowanie pijawek i przede wszystkim umiejętne, życzliwe podejście do chorych. Leczył wielu pacjentów z różnych warstw społecznych. Byli wśród nich Zygmunt Krasiński i Józef Ignacy Kraszewski. Chałubiński umiejętnie gospodarował swoim czasem, prócz pracy w szpitalu i prywatnej praktyki zajmował się jeszcze chemią, mineralogią i botaniką. A ponadto interesował się muzyką, malarstwem, literaturą i teatrem.

Uczony zamienił jeden z pokoi w pracownię chemiczną, o której tak pisał Szokalski: „Zastaliśmy pana Tytusa w bardzo szczególnej pozycji: rozmamłany, w starym szlafroku, siedział na ziemi pod piecem i coś w nim pitrasił. Pierwsza moja wizyta przeszła bardzo obojętnie, gdyż cała uwaga gospodarza zwrócona była na tygiel: odpowiadał mi półsłówkami, z musu, tak że gdybym tego nie rozumiał, pewnie byłbym już więcej do niego nie zajrzał. Później, gdyśmy się lepiej poznali, polubiliśmy się serdecznie. Chałubiński przy tyglu i Chałubiński w towarzystwie byli to dwaj różni ludzie. Ożywiony, dowcipny, nawet satyryczny, sięgał umysłem głęboko i błyskał nieraz niezwykłym w trafności i zajmującym pomysłem. Była to niezwykła inteligencja, obok zalet wysokich serca, dająca mu pewną nad umysłami władzę, z której jako lekarz umiał cudownie korzystać”2. Laboratorium chemiczne stało się warsztatem pracy dla grupy zaprzyjaźnionych z Chałubińskim uczonych. Po zgłębieniu botaniki i chemii przyszła kolej na mineralogię. W pewnym okresie wszystkie wycieczki zagraniczne Chałubiński poświęcał na zwiedzanie gabinetów mineralogicznych i poszukiwanie cennych okazów. Pasji kolekcjonerskiej towarzyszyło też kształcenie w innych naukach. Być może te rozległe studia zagłuszały żal po stracie żony. W dwa lata później, w 1852 roku, ożenił się ponownie – z Anną de domo Leszczyńską.

Klęska Rosji w wojnie krymskiej, śmierć cara Mikołaja I, a także śmierć Paskiewicza oraz powołanie nowego namiestnika – Michaiła Gorczakowa, obudziły nadzieje w społeczeństwie Królestwa Polskiego, chociaż nowy imperator Wszechrosji mówił: „Żadnych marzeń, panowie”. Zapowiedź władz o utworzeniu Akademii Medyko-Chirurgicznej wiązała się z wieloma nadziejami w środowisku potencjalnych studentów, przyrodników i lekarzy. Przyśpieszyło to decyzję Chałubińskiego o rezygnacji z pracy w Szpitalu Ewangelickim i przyjęciu nominacji bezpłatnie ordynującego lekarza w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w którym miała powstać klinika. Po rezygnacji z obowiązków naczelnego lekarza podjął pracę ordynatora w tymże szpitalu. Otwarcie Akademii Medyko-Chirurgicznej nastąpiło w roku 1857. Powołanie Chałubińskiego na profesora chorób wewnętrznych, a później szefa Kliniki Terapeutycznej ożywiło działalność tej uczelni. Wszedł do Konferencji, czyli Senatu Akademii, w roku 1860, a 23 października tegoż roku odbyło się uroczyste otwarcie Kliniki Terapeutycznej.

Uczony pragnął, aby każdy z jego słuchaczy myślał. Dążył do podania swoim odbiorcom ścisłej, na rozumowaniu opartej naukowej metody, która chroniłaby lekarza od popełniania błędów. Pojmował chorobę jako jeden z przejawów życia pod zmienionymi warunkami i na każdą chorobę patrzył z punktu widzenia ogólnego, biologicznego. Organizm był dla niego całością złożoną z części wzajemnie na siebie oddziałujących. Mimo że sam był wspaniałym erudytą, przy leczeniu zalecał studentom o książkach zapomnieć. Dla niego lekarz powinien przede wszystkim gruntownie leczyć. Aby to zadanie spełnić dobrze, musi obserwować chorego od początku do końca. „Na jednym chorym możemy się nauczyć pół medycyny, lecz musimy tego chorego obserwować od początku do końca. [...] Nie od ilości – kontynuował Chałubiński – spostrzeganych przypadków, lecz od jakości spostrzegania onych i od ścisłości, z jaką się to spostrzeganie odbywa, zależna jest summa korzyści odnoszonych ze studiów klinicznych”. Każdy student musiał chorego dokładnie opisać, musiał wyczerpać wszelkie znane mu sposoby badań klinicznych. Chałubiński był przeciwnikiem koncepcji, że chory jest tylko przedmiotem do badania. Przeciwstawiał się wszelkiej szablonowości i schematyzmowi w leczeniu pacjentów.

Wykłady Chałubińskiego, mimo ich szerokości i głębokości ujęcia, nie zawsze były zrozumiałe, przynajmniej dla początkujących. Uczony odwoływał się do historii, do filozofii, cytował Goethego, szczególnie Fausta, którego, nawiasem mówiąc, znał na pamięć.

Wkrótce Akademia weszła w skład większej jednostki dydaktyczno-naukowej, tj. Szkoły Głównej Warszawskiej. Szkoła przetrwała okres powstania styczniowego i dopiero w 1869 roku została definitywnie zamknięta, a na jej miejsce powołano Cesarski Uniwersytet Warszawski.

W okresie swojej działalności uczelnianej, mimo ostrożnej postawy wobec wzmagających się konfliktów między społeczeństwem polskim a władzami rosyjskimi, wziął aktywny udział w łagodzeniu napięć między nimi. Jako jeden z wybitnych obywateli Warszawy został powołany do Tymczasowej Rady Miejskiej, obok pisarza Kraszewskiego, rabina Meiselsa, szewca Hiszpańskiego i Jakuba Natansona. Jego interwencje u namiestnika, księcia Gorczakowa, czy później u Wielopolskiego przyczyniły się do decyzji, które oszczędziły niepotrzebnego przelewu krwi ludności cywilnej. Chałubiński wziął udział w przygotowaniu tzw. adresu do cara, który mówił „o długoletnich cierpieniach narodu”, o braku odpowiedniego organu, któremu społeczeństwo przedstawiałoby swoje życzenia, i domagał się powrotu do konstytucji z 1815 roku. Pod adresem podpisały się 142 najbardziej znane osoby w Warszawie z Andrzejem Zamoyskim i rabinem Meiselsem na czele, z wyjątkiem margrabiego Wielopolskiego. Chałubiński jako człowiek ewolucji, ugodowy, człowiek pracy organicznej, widział się bliższym Wielopolskiemu. Patrzył z przerażeniem, że zbliża się, jego zdaniem, niepotrzebny rozlew krwi w postaci powstania antyrosyjskiego. Mimo tej postawy, jako jeden z czołowych autorytetów ówczesnej Warszawy, został nawet uwięziony jesienią 1863 roku, ale prawdopodobnie interwencja jego przyjaciela z czasów studenckich lub żony księcia Gorczakowa u ówczesnego namiestnika, wielkiego księcia Konstantego, spowodowała, że wkrótce wyszedł z więzienia i wyjechał za granicę. Zostawił żonę Annę z dziećmi. Przebywał w Paryżu i Dreźnie. Spotkał swoją narzeczoną z okresu dorpackiego, Antoninę Wilde. Po powrocie do Warszawy w październiku 1864 roku podjął ponownie pracę w Szkole Głównej, w Klinice Terapeutycznej, która staraniem Józefa Mianowskiego, rektora tejże, została przeniesiona do najnowocześniejszego wówczas w Warszawie Szpitala Św. Ducha. Chałubiński aktywnie uczestniczył w życiu organizacyjnym, pracował w komitecie, który przedstawił Projekt Ustawy Uniwersytetu wraz z motywami, z polecenia J.W. Dyrektora Głównego Prezydującego w Komisji Oświecenia Publicznego. Obok pracy dydaktycznej Chałubiński prowadził intensywną praktykę lekarską, był wtedy najbardziej wziętym lekarzem warszawskim. Szalejąca cholera w 1867 roku wymagała ogromnego wysiłku i temu nie sprostał organizm Chałubińskiego. Znakomity lekarz berliński Ludwik Traube zalecił mu zmianę klimatu i dłuższe leczenie. Powróciwszy do Warszawy w 1868 roku, po rozwodzie z drugą żoną Anną, ożenił się z Antoniną z Wildów, primo voto Krzywicką.

W dalszym ciągu pracował w Szkole Głównej. Wkrótce jednak nadzieja, że będzie kontynuacja tych instytucji, które stworzył Wielopolski, upadła. Zaczął się proces rusyfikacji; jednym z jego przejawów było przekształcenie Szkoły Głównej w Cesarski Uniwersytet Warszawski, którego otwarcie nastąpiło 13 września 1869 roku. W tym czasie Chałubiński przebywał za granicą. Rok 1870/1871 był ostatnim rokiem pracy akademickiej Chałubińskiego i ostatnim rokiem, w którym można było jeszcze wykładać po polsku. Rosyjskie Ministerstwo Oświaty pozbyło się go z uczelni, sugerując, że udzieliło mu dymisji na jego prośbę. Jego odejście z uczelni uczcili uczniowie w roku 1873 spotkaniem, na którym wręczono Chałubińskiemu album z fotografiami przeszło stu uczniów z napisem: „Tytusowi Chałubińskiemu w dowód wdzięczności za trudy podjęte około wykształcenia klinicznego kilkunastu pokoleń lekarskich szkoły warszawskiej ofiarują byli uczniowie, a obecnie koledzy”; oni to założyli fundusz na nagrody za najlepszą pracę z medycyny. Pierwszym laureatem tej nagrody został znakomity lekarz Henryk Dobrzycki.

Po odsunięciu od pracy dydaktyczno-naukowej, niejako na podsumowanie tejże działalności, wydał Chałubiński dziełko pt. Metoda wynajdywania wskazań lekarskich. Plan leczenia i jego wykonanie (1874). Praca ta spotkała się z entuzjazmem uczniów i krytycznym stosunkiem innych badaczy, takich jak Henryk Łuczkiewicz z Warszawy czy Fryderyk Kazimierz Skobel z Krakowa. Ten ostatni zwrócił uwagę na niejasność wypowiedzi Chałubińskiego: „Myśl ukrywa się wśród mnóstwa wyrazów zbytecznych”. W rok później w cyklu „Pisma lekarskie dra T. Chałubińskiego b. profesora Kliniki Terapeutycznej w Warszawie” wyszło studium Zimnica. Studium ze stanowiska praktycznego. Wysoko je ocenił Ignacy Baranowski, pisząc, że jest ono „wzorem pracy, opartej na ścisłej obserwacji klinicznej”. Spotkała je jednak także krytyka i zarzut, że Chałubiński jest konserwatystą i słabo orientuje się w postępach nauki. Prawdopodobnie te krytyki były powodem rezygnacji z kontynuowania zamierzonej serii prac lekarskich.

Po śmierci byłego rektora Szkoły Głównej Józefa Mianowskiego powzięto myśl uczczenia jego pamięci przez założenie instytucji wspierającej działania ludzi nauki. I to zebranie odbyło się w mieszkaniu Chałubińskiego, który stał się w roku 1881 pierwszym przewodniczącym Kasy im. Józefa Mianowskiego i pełnił tę funkcję do roku 1886.

Pomimo wielkiej pracy lekarza-praktyka nigdy nie odmawiał Chałubiński swego udziału w pomocy wszelkim przedsięwzięciom naukowym. Był współredaktorem „Pamiętnika Fyzyograficznego” i „Wszechświata”.

Druga połowa lat 70. to zwrot Chałubińskiego do jego największej namiętności badawczej, tj. botaniki. Powrót ten związany był z jego „ucieczką” na Podhale i odkrywaniem Zakopanego i Tatr. W dużej mierze pobytowi Chałubińskiego, jego regularnym odwiedzinom, zainteresowaniu górami i zdrowiem górali oraz opisom tamtejszych mchów zawdzięcza Zakopane swój rozwój.

Chałubiński zmarł 4 listopada 1889 roku w Zakopanem. Pięknie pisał o Chałubińskim po jego zgonie znakomity pisarz Bolesław Prus: „Czyny Chałubińskiego nie wstrząsnęły światem, bo trzeba pamiętać, że wielcy działacze pojawić się mogą tylko w warunkach od dawna przygotowanych, wśród których odgrywają role ostatniej kropli. [...] Gdyby Virchow nie miał przed sobą olbrzymiej pracy uniwersytetów niemieckich, obok siebie mnóstwa badaczy i laboratoriów, a pod ręką odpowiednich funduszów, może jako lekarz miałby sławę dobrego tancerza albo causera, ale nie reformatora. Chałubiński urodził się i żył na naukowej pustyni, nie mógł więc ani stworzyć, ani zreformować nauki. To jednak, co zrobił, zdradzało na każdym kroku człowieka przechodzącego zwykłą miarę. Był naprawdę ideałem lekarza, a do jego osoby wybornie pasowały wszystkie określenia doskonałości w tym fachu. Lekarz powinien stawiać trafne diagnozy – Chałubiński stawiał najtrafniejsze; powinien używać prostych środków w leczeniu – on używał najprostszych. Powinien budzić zaufanie – on budził takie, iż zdawało się, że przed jego jasnym wzrokiem sama śmierć ucieka; powinien mieć serce – on miał chyba dwa serca: jedno dla nieszczęścia, drugie dla rzeczy wzniosłych. Lekarz powinien być uczony – Chałubiński był nim, nawet poza granicami swego fachu, jako botanik, minerolog i meteorolog; powinien być mistrzem – był mistrzem jako profesor swoich uczniów; powinien być obywatelem – był nim i znowu niepospolitym. Należał do tych, którzy przyczynili się do równouprawnienia Żydów, zdjęli z nas plamę ucisku; a jeżeli z tego faktu nie umieliśmy wyciągnąć korzyści, to już nie on winien”3.

Tytus Chałubiński był tym, o którym można powiedzieć, że „przez życie całe przeszedł wedle zasady: nulla dies sine linea i – trawestując tę maksymę – można też powiedzieć, że nie przeżył jednego dnia bez dobrego uczynku, w każdym wymiarze”.

SECT-ID LINK

1E. Biernacki, Chałubiński i obecne zadania lekarskie, Łódź 1900, s. 304–305.

2Cyt za: B. Petrozolin-Skowrońska, Król Tatr z Mokotowskiej 8, Warszawa 2005, s. 63.

3B. Prus, Tytus Chałubiński, „Kurier Codzienny” 1889, nr 311.

Bronisław Chlebowski

Urodzony 10 XI 1846 w Warszawie. Studia filologiczne i historyczne w Szkole Głównej w Warszawie (1864–1869); nauczyciel historii w gimnazjum Jadwigi Sikorskiej w Warszawie (1868–1909); wykładowca historii literatury polskiej w Towarzystwie Kursów Naukowych w Warszawie (1909–1916); profesor zwyczajny UW (1916).

Zajmował się dziejami literatury polskiej, szczególnie doby renesansu i baroku, a także romantyzmu. Wpływ antropogeografii wyrobił w nim przekonanie o konieczności badań lokalnych, które realizował w zakresie geografii historycznej. Współredaktor (od 1879) i redaktor naczelny (od 1885) wydawnictwa Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i krajów przyległych oraz wielotomowego wydania Wiek XIX. Sto lat myśli polskiej, życiorysy, streszczenia, wyjątki (od 1906).
Członek założyciel (1907) i prezes (1917) Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, członek korespondent Akademii Umiejętności (1914). Zmarł 28 III 1918 w Warszawie.

Jan Kochanowski w świetle własnych utworów, Warszawa 1884; Jak powstały „Dziady” kowieńskie, Warszawa 1911; Kronika tak zw. Gallusa jako pierwszy pomnik literatury łacińsko-polskiej, Warszawa 1916; Literatura polska 1795-1905 jako główny wyraz życia narodu po utracie niepodległości, Lwów 1923.

Z. Szmydtowa, Bronisław Chlebowski, [w:] A. Biernacki, Portrety uczonych polskich, Warszawa 1974, s. 81–85; J. Starnawski, Bronisław Chlebowski, Warszawa 1986; Uczeni polscy XIX i XX stulecia, red. A. Śródka, t. I, Warszawa 1997, s. 246–248; W. Borowy, Chlebowski B. [w:] PSB, t. III, Kraków 1937, s. 292–294.

GRZEGORZ P. BĄBIAK

BRONISŁAW CHLEBOWSKI

1846–1918

 

Niestrudzony badacz w trudnych czasach

„Chlebowski był częścią Warszawy – tej Warszawy, która jest sercem Polski, której duch unosi się pośród murów Starego Miasta i u kolumny Zygmunta przyobleka się w purpurę królewską i w pałacu Kazimierzowskim szuka cech szkoły rycerskiej i Szkoły Głównej – a w dobie ucisku i mroków umiłował szczególnie literaturę narodową. Należał do owej grupy starców dostojnych, patronujących życiu umysłowemu Warszawy, z których jeden – starszy od niego Tadeusz Korzon – wyprzedził go o dni niewiele na drodze ku wieczności” – tymi słowami rozpoczął swoje przemówienie wygłoszone po śmierci Chlebowskiego inny wielki badacz tamtego czasu, Juliusz Kleiner, na posiedzeniu Warszawskiego Towarzystwa Naukowego1.

W następnym fragmencie dodawał: „Był ogniwem między dwiema wszechnicami – między Szkołą Główną, w której 20-letni słuchacz Tyszyńskiego uzyskał w roku 1868 stopień magistra, a wskrzeszonym Uniwersytetem, w którym 70-letni uczony i pedagog zbyt późno objął należącą mu się od lat dziesiątków katedrę. Był ogniwem między tragiczną epoką po upadku powstania styczniowego a tragicznymi przełomami dni dzisiejszych, próbę lat wielu przechodząc w służbie ideałów, jako pracownik niestrudzony i niezrażony niczym, hartowny a twórczy. Treść jego życia wśród tego długiego okresu zamknąć się dawała w jednym wyrazie: wypełniała je całkowicie praca, podejmowana wśród warunków ciężkich i przykrych, nie zawsze odpowiednia, bardzo często nadmierna, ale opromieniona urokiem piękna”2.

W pożegnaniu, które ukazało się bezpośrednio po śmierci uczonego na łamach jednego z najbardziej poczytnych periodyków polskich, „Tygodnika Ilustrowanego”, przedstawiciel następnej już generacji, a zarazem sam redaktor pisma – Zdzisław Dębicki, notował, że takim, jak Chlebowski, naród w poczuciu wdzięczności za ich ofiarną działalność będzie stawiał pomniki. Niestety, dalsze koleje „trudnego wieku XX” uniemożliwiły realizację tego postulatu. Pokolenie, które „złamawszy się na bohaterstwie zostało skromnymi pracownikami”, swoją postawą wzniosło sobie pomnik trwalszy niż jakiekolwiek monumenty. Utrwalili o sobie pamięć społecznikostwem i działalnością, która miała na widoku nie własne korzyści, ale postęp cywilizacyjny kraju. Dębicki wprost pisał: „Rozmiłowany w pracy ściśle naukowej i do niej przysposobiony, odstąpił Chlebowski od swoich młodzieńczych aspiracji i zaprzągł się do mozolnych, codziennych obowiązków, które pochłaniały mu cały czas i szarpały zdrowie”3.

Oba głosy doskonale ujmują to, co już współcześni przyjmowali za wyróżnik „pokolenia Szkoły Głównej”4. Zresztą inny z przedstawicieli tej grupy, kolega Chlebowskiego, na wieczorze ich wspólnego przyjaciela Henryka Sienkiewicza, przyrównał ich do gromadki gońców. Gońców, którzy po zamknięciu warszawskiej namiastki uniwersytetu rozbiec mieli się po kraju „z pochodniami zapalonymi od wielkiego ogniska nauki polskiej”. Dzięki temu, jako redaktorzy i autorzy pism oraz wydawnictw popularyzacyjno-naukowych podnosili poziom inteligencji w Królestwie, tworząc kadry późniejszego odrodzonego państwa5. Stefan Kieniewicz celnie wskazuje na wysoki odsetek wybitnych humanistów wśród wychowanków Szkoły. Wydział Filologiczno-Historyczny, na który uczęszczali, był nieliczny i pozbawiony lukratywnych perspektyw, dlatego szli na niego ludzie z zamiłowania, a nie dla kariery6. Sam Chlebowski pisał: „Pracownią naukową Szkoła Główna nie była i być nią nie mogła w tych warunkach, w jakich prowadziła swą krępowaną, przez różne braki i trudności, działalność. Nie miała ni sił dostatecznych, ni urządzeń odpowiednich, ni czasu i spokoju koniecznego dla pracy badawczej i twórczej”7. Ale na czym innym polegała jej zasługa i wielkość.

Biogram Chlebowskiego stanowić może klasyczny niemal przykład życiorysu przedstawiciela postyczniowej generacji, a jednocześnie reprezentanta krzepnącej, warszawskiej inteligencji. Urodzony w Warszawie w 1846 roku, był synem doktora Jana Chlebowskiego i Laury z Łaszewskich. Miał być zatem już drugą generacją, która w rozwijającej się metropolii zarabiała na utrzymanie pracą własnego rozumu. Pierwsze nauki, jak wykazuje jego nota w przedwojennym tomie „Polskiego Słownika Biograficznego”, pobierał w gimnazjum realnym, przekształconym w 1862 roku w gimnazjum klasyczne8. Podobnie jak dla większości jego rówieśników gorący okres przedpowstaniowego wrzenia, a potem walki były doświadczeniem, które ukształtowało jego późniejsze koleje i wybory życiowe. Jedyną drogą, jaką ten 17-latek mógł pójść w styczniu 1863 roku była „partia” i las. Jednak wątłe zdrowie pokrzyżowało plany bezpośredniego udziału w walkach, a choroba, która przykuła go do łóżka na jakimś probostwie, zakończyła ten epizod.

Po powrocie do Warszawy zdał do Szkoły Przygotowawczej, aby w 1864 roku wstąpić na Wydział Filologiczno-Historyczny Szkoły Głównej. Był wówczas jednym z 48 studentów, którzy uczęszczali na wykłady Józefa Przyborowskiego z historii literatury oraz języka polskiego. Dwa lata później problematykę literaturoznawczą przejęli Aleksander Tyszyński oraz Adam Bełcikowski, językoznawczą pozostawiając do końca funkcjonowania uczelni w gestii Przyborowskiego9. Niewątpliwie wszyscy oni wywarli wpływ na młodego Chlebowskiego. On sam należał do wyróżniających się studentów, bowiem w trzecim roku nauki zdobył nagrodę z funduszy ks. Adama Jakubowskiego za rozprawę o nieznanym jeszcze wówczas XVII-wiecznym poecie – Samuelu Twardowskim (O życiu i pismach Samuela ze Skrzypny Twardowskiego). Opublikował ją, znacznie wzbogaconą, sześć lat później, w 1872 roku. Zresztą, co znamienne, ale dotychczas pomijane w martyrologiczno-powstańczej optyce XIX wieku, przez czas studiów Chlebowski-ekspowstaniec był również stypendystą rządowym. Podobnie jak pół wieku wcześniej Mickiewicz, on także miał później spłacić przyznane środki pracą w gimnazjach Królestwa Kongresowego. Jednak rozłożone w czasie popowstaniowe represje, których ofiarą padła zarówno sama Szkoła Główna, jak i całe szkolnictwo, przekreśliły i te plany i zmusiły Chlebowskiego do szukania pracy w prywatnych szkołach warszawskich. Nie zaprzestał jednak pisania, zwłaszcza że rozwój ówczesnego czasopiśmiennictwa dawał ku temu nieporównywalne z wcześniejszymi możliwości. Publikował zatem w „Tygodniku Ilustrowanym”, „Bluszczu”, „Ateneum” i „Niwie”, a także „Życiu” (warszawskim) oraz „Pamiętniku Literackim”.

Dębicki wybór takiej drogi przedstawił jako swoistą misję: „[...] obrał sobie Chlebowski ciężki zawód pedagoga w pełnej świadomości, że w warunkach, jakie wytworzyły się po powstaniu 1863 roku, czeka go na tym polu niejedna gorycz, ale że to właśnie pole, porastające bujnie chwastami rusyfikacji, wymaga starannej i poświęconej uprawy ze strony nauczyciela-Polaka, wykładającego język i literaturę ojczystą w szkołach prywatnych”10. Wobec całej rzeszy „wyrzuconych z siodła”, którzy stanowili naturalne zaplecze dla wzrastającej liczebnie inteligencji, atutem Chlebowskiego było nie tylko ukończenie warszawskiej wszechnicy, ale także zdobycie w 1869 roku stopnia magistra nauk historycznych na podstawie dysertacji Rozbiór Monumentum Ostroroga.

Chlebowski-pedagog nie przestał jednak być również badaczem wyczulonym na nowe prądy w nauce. Podobnie jak Hipolit Taine wychodził z założenia, że wydarzenia dziejowe są uwarunkowane przez trzy czynniki: otoczenie, rasę oraz moment dziejowy. Jednak jego fundamentalną zasługą było przekształcenie historii literatury z opowieści o dziełach w naukę, kierującą się jasno określonymi prawidłami. Pisał: „Historia literatury powinna zająć stanowisko odpowiednie tej wyjątkowej doniosłości, jaką pozyskała literatura sama jako czynnik życia umysłowego i politycznego. Jeżeli świadectwo, jakie składa ona o życiu narodu, jego pojęciach i dążeniach, ma stanowczo przekonać swoich i obcych, rozproszyć błędne mniemania i uprzedzenia, musi ono być rezultatem naukowego badania i obiektywnego przedstawiania faktów. Historia literatury jest samoistną umiejętnością, ponieważ ma za przedmiot odrębnej natury zjawiska, będące rezultatami współdziałania czynników dających się wydzielić i objaśnić z pomocą właściwych gałęzi nauki, w których zakres one wchodzą”11. Historia literatury była zatem dla niego nauką ścisłą, a badane procesy przypominały obserwację skomplikowanego organizmu, który – aby zrozumieć – trzeba było badać w szczegółach.

Jak pozytywiści warszawscy, daleki był od gloryfikowania przeszłości, co więcej, krytyczne podejście i ukazywanie wad przodków w imię prawdy historycznej narażało go na zarzuty zdrady. Obok bohaterskich postaw ukazywał bowiem niski poziom umysłowy, brutalność i wulgarność polskich Sarmatów. Przełamywał stereotypy idealnego, skrzydlatego husarza i kochającego ojczyznę „Polonusa-hreczkosieja”12. Notował o literaturze staropolskiej w cytowanej już rozprawie, co w tamtych czasach brzmieć musiało niemal obrazoburczo: „Hulanki Małopolan w krakowskich winiarniach przysporzyły wątku do wesołych i swawolnych fraszek, ukazujących nam w całej barwności, zarówno bawiące się a tak różnorodne pochodzeniem i stanowiskiem towarzystwo, jak i jego upodobania świadczące o wyższym stopniu kultury umysłowej i obyczajowej. Warszawskie zaś zebrania szlacheckie noszą charakter karczemnych pijatyk, łączących się z zaułkową rozpustą, pięściowymi rozprawami a nierzadko i mordami. Poezja nie utrwaliła pamięci uczestników i uczestniczek tych hulanek, bo nie gościła nigdy w ich duszach”13.

W przeciwieństwie jednak do publicystów „młodej prasy” nie potępiał ani nie oskarżał w imię doraźnych politycznych celów, ale tłumaczył dzikie wybryki, ciasną dewocję, poziomość pojęć – jako objawy w tamtych warunkach konieczne. Jak pisał Kleiner: „nie odmawiał przeszłości pewnego szacunku, ale przedstawiał ją jako muzeum «bohaterstw» i «szaleństw» zarazem, «szczęśliwych natchnień», zarówno jak «zboczeń»”14. Na tle ówczesnego dyskursu szkoły krakowskiej wyróżniał się mniej zideologizowanym podejściem i prostszym przekazem. Miało to niebagatelne znaczenie wobec likwidacji polskiego Uniwersytetu i zastąpienia go rosyjską uczelnią, która realizowała odmienne dezyderaty polityczne. Chlebowski miał pełną świadomość roli życia intelektualnego w rozwoju cywilizacyjnym społeczeństw, a dla narodu pozbawionego bytu politycznego uważał, że jest ono fundamentalne w dalszym jego przetrwaniu. Sam podkreślał, że: „historia literatury ostatnich lat pięćdziesięciu jest poniekąd i historią polityczną naszego społeczeństwa. Każdy donioślejszy utwór poetyczny, historyczny, filozoficzny, ekonomiczny jest zarazem i programem politycznym”15. W innym miejscu zaś dodawał: „wobec rosnącej demokratyzacji społeczeństw współczesnych praca naukowa staje się koniecznością i coraz ważniejszą funkcją życia społecznego”, powinna ona: „rachować się z potrzebami i dążeniami tego życia i szukać zarazem w uznaniu coraz szerszych kół społecznych oparcia i poparcia dla swych zamierzeń”16.

Naczelną zasadą, jaką się kierował, było ukazanie związku między zjawiskami literackimi a życiem epoki. Stąd w wielu wypadkach jego szkice przypominały bardziej opowieści biograficzne aniżeli akademickie biografie, a niedoścignione przez innych tak plastyczne odtworzenie przeszłości przyczyniało się do poczytności jego rozpraw. Pisał nie dla specjalistów, ale dla szerokich kół inteligentnych odbiorców. Współcześni porównywali go do „fizjologa”, „antropogeografa”, bez wątpienia za sprawą tak szerokiego spojrzenia dziś można byłoby go określić jako antropologa kultury.

Jednak ta swoista popularyzacja nie miała w sobie nic z trywializacji przedmiotu badań. Wypływała z misji, której domyślać się można z jego słów przytoczonych powyżej. W bezpośredni sposób dał temu wyraz w przedmowie do czterotomowego wyboru swoich pism, które zostały wydane w 1912 roku. Pisał, że to bogactwo literatury i jej znaczenie w ciężkich warunkach narodu pozbawionego przede wszystkim publicznej szkoły polskiej powinno być zużytkowane dla przyszłych pokoleń. Kult przeszłości i wiara w przyszłość przyświecać winny współczesnym17. Jego celem było zatem pogłębianie znajomości przeszłości dla rozwoju przyszłych pokoleń. Ale przeszłości odmitologizowanej i odideologizowanej. Pisał w innym z artykułów, że jeśli dzieje literatury polskiej miały objaśniać proces życia duchowego, który znalazł upostaciowanie w literaturze i piśmiennictwie, powinien przedstawiać go z całą historyczną ścisłością, ze wskazaniem centrum, a potem dróg jego promieniowania18.

Kleiner notował w dalszym ciągu swojego szkicu: „I oto drugie konkretne zadanie historyków literatury: odtwarzać i rozjaśniać życie wewnętrzne pisarzy, malować – na podstawie ich dzieł, a przy pomocy intuicji – ich wizerunki duchowe. [...] Syn czasów, które stworzyły psychofizjologię i romans naturalistyczny, nie pominie najdrobniejszego szczegółu, który może mieć wpływ na życie duchowe człowieka. [...] Trwałą podstawą tych wszystkich konstrukcji było Chlebowskiemu przekonanie, że z siłą i prawdą mogą być wypowiadane tylko uczucia i przejścia osobiste. Że więc Gustaw a Mickiewicz to we wszystkich szczegółach ta sama osoba, że Kordian a Słowacki to jedno – nie ulega dla niego żadnej wątpliwości”19. I w tym wypadku biograficzne traktowanie dzieł literackich związane było z estetyką Chlebowskiego, w której podstawowym kryterium było poszukiwanie prawdy. Była ona niekiedy o wiele istotniejsza niż artyzm analizowanych utworów.

Część jego badań wpisywała się w tak charakterystyczne dla pięknego wieku obchody rocznic: urodzin lub zgonów wybitnych Polaków bądź doniosłych wydarzeń historycznych. Był to jasny przekaz i kolejny wyraz działalności społecznej badacza. Swobodnie poruszał się na przestrzeni całej literatury polskiej, od renesansu po współczesność. W 1884 roku, w 300. rocznicę śmierci Jana Kochanowskiego wydał pracę Jan Kochanowski w świetle własnych utworów. W tym samym roku, w ćwierćwiecze śmierci Zygmunta Krasińskiego opublikował rozprawę „Nieboska” i „Irydion”: zarys rozwoju duchowego poety w pierwszym okresie twórczości poetyckiej20. Następne ukazały się: w 200-lecie urodzin Konarskiego, w 400-lecie urodzin Mikołaja Reja w serii „Książka dla wszystkich” (1905)21, w stulecie śmierci autora Kordiana (studium komparatystyczne Słowacki – Szekspir) oraz w setną rocznicę urodzin Józefa Ignacego Kraszewskiego (o jego roli w literaturze i życiu społecznym).

Chlebowski był także edytorem, który wydane utwory zaopatrywał w rozbudowane komentarze, jak w wypadku dzieł Jana Kochanowskiego: Psałterza Dawidowego w serii „Biblioteki Dzieł Wyborowych”, Trenów czy Odprawy posłów greckich, co istotne, te ostatnie w serii „Wyboru Pisarzów Polskich dla Domu i Szkoły”22. Dotyczyło to również klasyki literatury romantycznej, jak na przykład Dziadów Mickiewicza czy Lilli Wenedy Słowackiego, oba także we wspomnianej serii „dla Domu i Szkoły”23. Uzupełnieniem tego nurtu prac było wydanie rozpraw zmarłego kolegi po piórze – Piotra Chmielowskiego, z którym łączyła go bliskość zapatrywań na rolę literatury, praktyka pedagogiczna w warszawskich gimnazjach, ale przede wszystkim Taine’owskie inklinacje. Stąd przedmowy we wznowionych, najgłośniejszych monografiach Chmielowskiego: Historii literatury polskiej (1899–1900), Dziejach krytyki literackiej w Polsce oraz Liberalizmie i obskurantyzmie na Litwie i Rusi (1815–1823)24.

Jednak dziełem życia Chlebowskiego był Słownik geograficzny Królestwa Polskiego.

Juliusz Kleiner notował: „I był przecież redaktorem Słownika geograficznego. Objąwszy to stanowisko w roku 1885 po śmierci Sulimierskiego, przez lat dwadzieścia wkładał ogromny zasób energii w dzieło, które dopiero pod jego kierownictwem stanęło na tak wysokim poziomie naukowym. Zarówno zasługa redaktorstwa, zwielokrotniona wobec warunków ciężkich, jak znaczna ilość artykułów własnych, dochodzących do dwudziestu arkuszy druku w tomach poszczególnych, czyni go jednym z twórców dzisiejszej wiedzy o Polsce, której służył też współpracownictwem w Encyklopedii polskiej Akademii Umiejętności. Słownik geograficzny – jedno z dzieł zasadniczych, pomnikowych, fundament wieczysty dających dalszym pracom – będzie też monumentum aere perennius Bronisława Chlebowskiego. On jednak w tej pracy dwudziestoletniej, równie ważnej pod względem obywatelskim, jak naukowym, widział spełnienie obowiązku, które utrudniło mu działalność we właściwej dziedzinie”24.

W piętnastym, kończącym tomie, którego wydanie zostało sfinansowane „z zasiłku Kasy pomocy dla osób pracujących na polu naukowym im. D-ra Mianowskiego”, ostatnie zdanie brzmiało jak motto całego pokolenia, do którego należał: „Zrobiliśmy co przy skromnych siłach i środkach było możliwe”26. A wraz z zakończeniem prac nad Słownikiem, jak pisał Wacław Borowy, „po dokonaniu majestatycznego dzieła poczucia obywatelskiego”, mógł powrócić do studiów, „do których go powołują uzdolnienie i upodobanie. Poczyna się w jego działalności okres trzeci”27.

Zmiana sytuacji politycznej, jaka nastąpiła na początku XX wieku, a w szczególności przeobrażenia, jakie zaszły w Imperium Rosyjskim po rewolucji 1905–1907, miały przełożenie również na płaszczyznę kultury. Zaowocowały bowiem zgodą władz na odrodzenie jednej z kluczowych instytucji dla życia naukowego w zaborze rosyjskim. Jeśli w latach 60. XIX stulecia, w ramach rozszerzającej się autonomii galicyjskiej repolonizowano uniwersytety w Krakowie i Lwowie oraz założono Akademię Umiejętności (1872), która pełnić miała funkcę trójzaborowego zwornika nauki, to ich przenikanie poza kordon było bardzo utrudnione. Sam Chlebowski, notabene, został jej członkiem korespondentem dopiero w 1914 roku, po przyznaniu mu tytułu członka honorowego Towarzystwa Naukowego Warszawskiego.

Dla ziem dawnego Królestwa faktycznym przełomem po zamknięciu Szkoły Głównej było powołanie Kasy im. Józefa Mianowskiego, swoistego ministerstwa nauki narodu bez państwa (1881), oraz przeszło dwie dekady później wspomnianego Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – zalążka polskiego uniwersytetu i jednej z największych instytucji naukowych przed I wojną światową. Rola Chlebowskiego w zabiegach o zgodę na założenie tej instytucji była pierwszoplanowa wespół z innymi absolwentami Szkoły Głównej i członkami Kasy im. Mianowskiego. Dał zresztą temu wyraz na uroczystym zebraniu Towarzystwa w dniu 25 listopada 1912 roku, na którym wygłosił wykład Znaczenie Szkoły Głównej warszawskiej w dziejach umysłowości i nauki polskiej. Powiedział wtedy: „Towarzystwo Naukowe zawiązane w roku 1907 jest ostatnim z całego szeregu doniosłych czynów kulturalnych, które w ciągu lat czterdziestu dokonane zostały z inicjatywy lub przy współudziale profesorów i wychowańców Szkoły Głównej. Zorganizowane przez koło sędziwych i zasłużonych kierowników drogiej nam wszechnicy przy udziale bliskich już sędziwości jej wychowańców i licznego zastępu pracowników naukowych młodszego pokolenia, Towarzystwo to czuje się, pomimo różnicy zdań i dróg działania, duchowym spadkobiercą najwyższych dążeń żywionych przed laty pięćdziesięciu...”28. Wymiernym tego świadectwem było złożenie legatu przez wychowanków Szkoły, który jako fundusz wieczysty jej imienia opiewał na sumę 20 tys. rb. i miał stanowić podstawę przyznawanych stypendiów.

Chlebowski od pierwszego roku istnienia Towarzystwa pełnił w nim funkcję przewodniczącego Wydziału I (językoznawstwa i literatury), a w trudnym okresie Wielkiej Wojny – prezesa Towarzystwa. Jednak i ta praca organizacyjna nie przytłumiła jego aktywności naukowej, co więcej, uległa ona intensyfikacji, czego efektem były kolejne rozprawy drukowane na łamach „Sprawozdań z Posiedzeń Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wydział Językoznawstwa i Literatury”. Ukazały się tam wówczas m.in.: Jak powstały „Dziady” kowieńskie (1911), Sielanki Szymonowicza jako wyraz duszy poety (1913), Kronika tak zw. Gallusa jako pierwszy pomnik literatury łacińsko-polskiej (1916) i inne29. Nie zaprzestał również działalności edukacyjnej, choć pod zmienioną nieco formą. W 1906 roku zaangażował się, od drugiego tomu, w prace nad wielotomowym wydawnictwem, użytecznym zresztą do dziś, pt. Wiek XIX. Sto lat myśli polskiej, życiorysy, streszczenia, wyjątki, którego objął redaktorstwo (ostatni, dziewiąty tom ukazał się już po jego śmierci)30.

Wacław Borowy pisał: „Wydawnictwo to idealnie mu odpowiada – przede wszystkim przez swą społeczną dążność do szerzenia wiedzy o przeszłości w szerokich kołach inteligencji (co byłego wychowańca Szkoły Głównej zawsze pociągało), a następnie przez oparcie się na życiorysach psychologicznych, a więc na rodzaju krytyczno-literackim najulubieńszym i wręcz zasadniczym dla niego. W przeciągu lat siedmiu opracowywa Chlebowski dla tego wydawnictwa biografie siedemnastu pisarzy [...]”31.

Jednak u kresu życia przyszło Chlebowskiemu odegrać jeszcze jedną, równie zasadniczą rolę. Na wspomnianym, uroczystym posiedzeniu Towarzystwa powiedział: „Toteż schodzący z pola pracy naukowej i społecznej, zgromadzeni tu po raz ostatni zapewne, w tak uroczystej chwili, kierownicy i wychowańcy utworzonej przed pół wiekiem wszechnicy – patrząc na budzące się tak pięknie nadzieje i zamierzenia młodego Towarzystwa Naukowego [...] ze spokojem i ufnością przekazują swym następcom, liczniejszym, lepiej przygotowanym i w pomyślniejszych pracującym warunkach, ważny i podniosły obowiązek podźwignięcia nauki polskiej, na stanowisko odpowiednie znaczeniu dziejowemu narodu”32.

Mylił się, bowiem on i jego pokolenie zrealizować miało swoje marzenie, tak brutalnie przerwane w 1869 roku. Koniec panowania rosyjskiego w Warszawie, który przypadł na trudne lata I wojny światowej, stał się zarazem początkiem reaktywowania polskiego szkolnictwa wyższego. W miejsce ewakuowanego do Rostowa nad Donem, prawie z całym zapleczem, Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, niemiecki okupant otworzył Uniwersytet daleki od swobody, ale już z polskim językiem wykładowym. Był to ewidentnie jeden z zabiegów, który miał na celu pozyskanie miejscowej ludności i zapewnienie sobie jej neutralności, jeśli nie poparcia na froncie wschodnim. Działania te były kolejnymi na długiej liście podobnych posunięć, jakie w XIX stuleciu stymulowały rozwój kultury i sztuki we wszystkich zaborach. Takim było przecież powstanie Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk (1800), Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1857), wreszcie Szkoły Głównej i Kasy im. Mianowskiego.

Chlebowski i tym razem angażuje się w prace organizacyjne, zwłaszcza, że od 1909 roku działał w Towarzystwie Kursów Naukowych w Warszawie (późniejszej Wolnej Wszechnicy), gdzie wykładał historię literatury polskiej. Wykład inauguracyjny o stosunku do przeszłości, po objęciu katedry literatury, wygłosił 9 października 1916 roku.

Mógł wreszcie w pełni zrealizować głoszone przez siebie postulaty, że praca naukowa i zdobywana przez nią wiedza „są nie tylko najwyższym wyrazem potęgi umysłu ludzkiego, lecz zarazem i energii woli, siły moralnej człowieka”33. Czuć wreszcie musiał rodzaj wypełnienia misji, jaka przyświecała pokoleniu Szkoły Głównej. Jej celem było przecież: „przygotowanie trwałego gruntu pod rozwój pracy naukowej w Warszawie i zależnych od niej duchowo obszarach – przez zaszczepienie i ustalenie w umysłach przeświadczenia o znaczeniu i potędze wiedzy, dla rozwoju społecznego, pracy kulturalnej i trwałości bytu narodowego” – jak mówił w ostatnim zdaniu uroczystej mowy w Towarzystwie34.

Prowadził w roku akademickim 1916/1917 wykłady: Historia literatury polskiej do końca XVI w., Rozwój pracy nad literaturą polską od jej początków do XVII w., Krasicki i jego wiek, a także ćwiczenia z czytania i objaśniania pomników literatury polskiej XVI wieku oraz lektury literatury polskiej w szkole średniej. Zajęcia te powtórzył także rok później. Jednak, jak wspominał Juliusz Kleiner, zbyt krótko wykładał on „w starym pałacu Kazimierzowskim [...]. Żal ściska serce na myśl o tym – żal i poczucie krzywdy, jaką życie wyrządziło temu białemu, skromnemu człowiekowi”35.

W zakończeniu zaś swojego szkicu żegnał przyjaciela i poprzednika na katedrze filologii polskiej warszawskiego uniwersytetu tymi słowami: „Obdarzył naukę polską hojnie – mniej wszakże obficie, niż mógł to uczynić umysł tej miary wśród warunków pomyślnych. Pochłaniała go przez całe życie praca nauczycielska. Ile przez nią przysłużył się społeczeństwu, o tym powiedzą i nie zapomną tego owe tysiące, które jemu zawdzięczały zrozumienie kultury polskiej. Przetrwa on we wspomnieniach żywych jako nauczyciel literatury polskiej, kult jej krzewiący pod grozą apuchtinowskiego prześladowania, swój sposób patrzenia na Polskę i na piękno niosący w darze kilku pokoleniom”36.

SECT-ID LINK

1J. Kleiner, Bronisław Chlebowski, [w:] idem, Sztychy, Lwów 1925, s. 141.

2Ibidem, s. 141–142.

3Z. Dębicki, Śp. Bronisław Chlebowski, „Tygodnik Ilustrowany” 1918, nr 14, s. 160.

4Por. S. Fita, Pokolenie Szkoły Głównej, Warszawa 1980.

5Sienkiewicz i pokolenie Szkoły Głównej, [w:] Szkoła Główna Sienkiewiczowi, Warszawa 1917, s. 13.

6S. Kieniewicz, Akademia Medyko-Chirurgiczna i Szkoła Główna (1857–1869), [w:] Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1807–1915, red. S. Kieniewicz, Warszawa 1981, s. 365 (por. listę największych nazwisk: ibidem, s. 365–367).

7B. Chlebowski, Znaczenie Szkoły Głównej warszawskiej w dziejach umysłowości i nauki polskiej. Odczyt wygłoszony na publicznym posiedzeniu Tow. Nauk. Warszawskiego w dniu 25 listopada 1912 r., Warszawa 1912, s. 14.

8W. Borowy, Chlebowski B. [w:] PSB, t. III, Kraków 1937, s. 292–294 (wszystkie dane biograficzne z tego źródła).

9Z kronik uniwersyteckich 1818–1944, [w:] Z dziejów polonistyki warszawskiej, Warszawa 1964, s. 82–83.

10Z. Dębicki, op. cit.

11B. Chlebowski, Zadanie historii literatury polskiej wobec etnograficznych, politycznych i umysłowych czynników jej dziejowego rozwoju, Warszawa 1885, s. 43.

12Por. idem, Wacław Potocki jako autor „Wojny Chocimskiej”, Warszawa 1882 [pierwodruk „Ateneum” 1882].

13B. Chlebowski, Zadanie historii literatury polskiej..., op. cit., s. 29.

14J. Kleiner, op. cit., s. 210.

15B. Chlebowski, Zadanie historii literatury polskiej..., op. cit., s. 42.

16Cyt. za: J. Kleiner, op. cit., s. 220 [brak proweniencji].

17Por. B. Chlebowski, [Wstęp], [w:] idem, Pisma, Warszawa 1912, t. I, s. V.

18Por. B. Chlebowski, Zadanie historii literatury polskiej..., op. cit., s. 9.

19J. Kleiner, op. cit., s. 221–222.

20Jan Kochanowski w świetle własnych utworów, Warszawa 1884; „Nieboska” i „Irydion”: zarys rozwoju duchowego poety w pierwszym okresie twórczości poetyckiej, wyd. K. Kowalewski, Warszawa 1884; pełna bibliografia jego prac w: Pisma Bronisława Chlebowskiego: t. I – Studia historyczno-krytyczne z zakresu dziejów literatury, oświaty i sztuki polskiej; t. II – Studia nad literaturą polską wieku XVI (Rej – Kochanowski); t. III – Studia nad literaturą polską wieku XVII (Piotr Kochanowski – Twardowski – Potocki – Maszkiewicz – Pasek); t. IV – Prace z zakresu historii, literatury i krytyki, Warszawa 1912.

21B. Chlebowski, Stanisław Konarski (1700–1773). W 200-tną rocznicę urodzin, Warszawa 1900 [„Ateneum” 1900, t. III, z. 3]; idem, Mikołaj Rey jako pisarz, Warszawa 1905; idem, Słowacki i Szekspir, Warszawa 1909 [„Sprawozdania z Posiedzeń Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wydział Językoznawstwa i Literatury. Posiedzenie z dnia 13 października 1909”, R. 2, z. 7]; idem, Stanowisko Kraszewskiego w literaturze i życiu społeczeństwa: 1812–1912, Warszawa 1912 [„Biblioteka Warszawska” 1912, t. IV].

22Psałterz Dawidowy przekładania Jana Kochanowskiego, z przedmową Bronisława Chlebowskiego, Warszawa 1897; Treny, ze wstępem i objaśnieniami B. Chlebowskiego, Warszawa 1907 [II wyd. 1910]; Odprawa posłów greckich, ze wstępem i objaśnieniami B. Chlebowskiego, Warszawa 1907.

23A. Mickiewicz, Dziady, cz. 2 i 4 tudzież fragmenty pośmiertne, ze wstępem i objaśnieniami B. Chlebowskiego, Warszawa 1907; J. Słowacki, Lilla Weneda, tragedia w pięciu aktach i Grób Agamemnona, ze wstępem i objaśnieniami B. Chlebowskiego, Warszawa 1917.

24P. Chmielowski, Historia literatury polskiej, t. I–VI, Warszawa 1899–1900, z serii „Biblioteka Dzieł Wyborowych”; Dzieje krytyki literackiej w Polsce, Warszawa 1902 oraz Liberalizm i obskurantyzm na Litwie i Rusi (1815–1823), Warszawa [1898] z serii „Biblioteka Dzieł Wyborowych”.

25J. Kleiner, op. cit., s. 153.

26Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, [Dopełnienia], t. XV, cz. 2, wyd. pod red. Bronisława Chlebowskiego, [...] według planu Filipa Sulimierskiego, z zasiłku Kasy pomocy dla osób pracujących na polu naukowem im. D-ra Mianowskiego, Warszawa 1902, s. 743.

27W. Borowy, op. cit., s. 216.

28Cyt. za: Towarzystwo Naukowe Warszawskie. Materiały do jego dziejów w latach 1907–1950, oprac. B. Nawroczyński, Warszawa 1950, s. 12–13.

29B. Chlebowski, Jak powstały „Dziady” kowieńskie, „Sprawozdania z Posiedzeń Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wydział Językoznawstwa i Literatury” 1911, R. 4, z. 5; idem, Sielanki Szymonowicza jako wyraz duszy poety, „Sprawozdania z Posiedzeń Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wydział Językoznawstwa i Literatury” 1913, R. 6, z. 5; idem, Kronika tak zw. Gallusa jako pierwszy pomnik literatury łacińsko-polskiej, „Sprawozdania z Posiedzeń Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wydział Językoznawstwa i Literatury” 1916, R. 9, z. 7. Wspomnieć warto jeszcze o wątku varsavianistycznym w badaniach Chlebowskiego, o czym pisał w nekrologu Dębicki, był on bowiem autorem prac o początkach Warszawy i latach jej świetności, wydanych w ramach prac Towarzystwa Miłośników Historii: B. Chlebowski, Warszawa za książąt Mazowieckich, Warszawa 1911, idem, Warszawa za Władysława IV, Warszawa 1909 [prwdr. „Biblioteka Warszawska”].

30Wiek XIX. Sto lat myśli polskiej, życiorysy, streszczenia, wyjątki, red. B. Chlebowski [et al.], t. II–VIII (wypisy nr 143–273), Warszawa 1907–1913 (t. IX – 1924).

31W. Borowy, op. cit., s. 216.

32B. Chlebowski, Znaczenie Szkoły Głównej warszawskiej..., op. cit., s. 23.

33Ibidem, s. 3.

34Ibidem, s. 22

35J. Kleiner, op. cit., s. 144.

36Ibidem, s. 143. Pośmiertnie Manfred Kridl wydał: Literatura polska 1795–1905 jako główny wyraz życia narodu po utracie niepodległości, rękopis wydał i przedmową poprzedził M. Kridl, Warszawa 1923 [II wyd. 1935]. Z powojennych szkiców o Bronisławie Chlebowskim na uwagę zasługują także: monografia J. Starnawskiego, Bronisław Chlebowski, Warszawa 1986 oraz artykuły: Z. Szmydtowa, Bronisław Chlebowski 1846–1918, [w:] Z dziejów polonistyki warszawskiej, op. cit.; eadem, Bronisław Chlebowski 1846–1918, [w:] Portrety uczonych polskich, red. A. Biernacki, Warszawa 1974. Wydany został także wybór jego prac pt. Od Kochanowskiego do Brzozowskiego, oprac. A. Biernacki, Warszawa 1979 w serii „Biblioteka Filologii Polskiej”.

 

Sebastiano Ciampi

Urodzony 30 X 1769 w Pistoi (Toskania). Studia na uniwersytecie w Pizie oraz w Wenecji. Profesor literatur klasycznych na UW (1817–1822).

Erudyta, ceniony znawca kultury klasycznej i dawnej kultury włoskiej, kolekcjoner i wydawca źródeł.
Po powrocie do Włoch utrzymywał intensywne kontakty z polskim środowiskiem naukowym, publikując kolejne tomy wydawnictw źródłowych odnoszących się do dziejów Polski oraz kontaktów polsko-włoskich; autor unikatowego kompendium poświęconego obecności Włochów w Polsce i w Europie środkowo-wschodniej na przestrzeni dziejów.
Zmarł 14 XI 1847 w Galluzzo koło Florencji.

Bibliografia critica delle antiche reciproche corrispondenze... dell’Italia colla Russia, colla Polonia et altre parti settentrionali, t. I–III, Firenze 1834, 1839, 1842.

Ciampi S. [w:] PSB, t. IV, Kraków 1938, s. 15–17.

PIOTR SALWA, WOJCIECH TYGIELSKI

SEBASTIANO CIAMPI*

1769–1847

 

Erudyta, ceniony znawca kultury klasycznej i dawnej kultury włoskiej, poszukiwacz ciekawostek antykwarycznych i archiwalnych, znalazł się w Warszawie w wyniku dość przypadkowego splotu okoliczności. Urodził się w 1769 roku w ubogiej rodzinie w Pistoi (Toskania), tutaj też pobierał nauki w miejscowym seminarium, gdzie w wieku 22 lat przyjął święcenia kapłańskie pomimo – ponoć – zupełnego braku powołania. Przez krótki czas studiował na uniwersytecie w Pizie, później przeniósł się do Rzymu, gdzie nauczał retoryki i greki, a w niespokojnych czasach wojen napoleońskich przebywał przez rok w Wiedniu i Bratysławie jako sekretarz, kapelan i nauczyciel synów księcia Baltazara Odescalchi. Lata 1799–1801 – zdaniem niektórych biografów decydujące dla jego formacji intelektualnej – spędził w Wenecji, pogłębiając pod kierunkiem tamtejszych erudytów swoją wiedzę historyczno-filologiczną, budując podstawy stosowanej później metodologii badań archiwalnych oraz wypracowując niechętne nowatorskim tendencjom spojrzenie na tradycję klasyczną. Opublikował wtedy swoje pierwsze studium filologiczne na temat przeróbki Iliady pióra ks. Melchiora Cesarottiego – Riflessioni sulla necessità di studiare li antichi scrittori e sulla vera maniera di far moderno l’antico nel prendere dai loro scritti per il progresso della buona letteratura.

Wprawdzie na niczym spełzły jego nadzieje uzyskania katedry literatury łacińskiej na Uniwersytecie Padewskim, lecz w 1801 roku otrzymał z rąk Ludwika Burbona Parmeńskiego, ówczesnego króla Etrurii, nominację na wykładowcę uniwersytetu w Pizie, co gwarantowało mu względną stabilizację, także finansową. Wykładał początkowo dialektykę i grekę, później prowadził wykłady na temat historii Etrusków i literatur klasycznych, był także zwierzchnikiem jednego z ważniejszych kolegiów. W okresie tym rozwijał swe różnorakie zainteresowania, które owocowały drobnymi, ale istotnymi pracami na temat historii literackiej, językowej i artystycznej Toskanii. Dał się też poznać jako zdecydowany polemista, zajmując w niektórych kwestiach filologicznych – wówczas szeroko dyskutowanych w Italii – stanowisko dość dogmatyczne i konserwatywne. Owocem jego ówczesnych antykwarycznych poszukiwań były prace z zakresu historii sztuki (Notizie inedite della Sagrestia pistoiese de’ belli arredi, del Camposanto pisano e di altre opere di disegno dal sec. XII al XV, Firenze 1810) oraz historii języka i literatury włoskiej (m.in. Memorie della vita di Messer Cino da Pistoia, Pisa 1808–1813).

Wiosną 1817 roku Ciampi otrzymał propozycję objęcia w Warszawie, na nowo powstałym Uniwersytecie, stanowiska profesora literatur klasycznych – łacińskiej i greckiej. Propozycja ta – przedstawiona za pośrednictwem szwedzkiego archeologa Johana Davida Åkerblada (stał za nią hrabia Józef Sierakowski, niegdyś sekretarz poselstwa polskiego w Sztokholmie, później członek Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, którego Ciampi poznał we Włoszech w okresie wojen napoleońskich) – nadchodziła w wyjątkowo dobrym momencie, Ciampi bowiem znalazł się w Pizie w dość niewygodnym dla siebie położeniu. Jego relacje ze środowiskiem akademickim układały się – delikatnie mówiąc – nie najlepiej. Niemałą rolę odegrał tu zapewne jego trudny charakter – drażliwy i egocentryczny, skłonny do waśni, zapalczywości i przesady, stronniczy i prowokacyjny – z którego rzekomo słyną Toskańczycy. Powodem napięć było nie tylko zaangażowanie Ciampiego w akademickie polemiki o charakterze erudycyjnym i literackim, lecz również stanowisko uczelni, która od swojego wykładowcy, a zarazem osoby duchownej, żądała położenia kresu związkowi z zamężną służącą (która towarzyszyć mu będzie zresztą również w Polsce). W tej sytuacji Ciampi nader chętnie powitał polską propozycję, dość szybko i sprawnie zakończył negocjacje z hrabią Sierakowskim dotyczące szczegółów kontraktu (po którym spodziewał się, że zapewni mu doskonałe warunki finansowe oraz wysoką pozycję społeczną), uzyskał potrzebne zezwolenia władz toskańskich i jesienią 1817 roku wyruszył do Warszawy – jak pisze jego biograf Filippo Luigi Pollidori – w towarzystwie swego 10-letniego bratanka, służącej oraz jej ojca.

Podróż okazała się trudna, pełna niewygód i nieprzewidzianych wypadków, a sprawę pogarszał fakt, że nie nadchodziły pieniądze obiecane przez władze Królestwa. Fatalne okazały się także pierwsze warszawskie dni i wrażenia (brak obiecanego mieszkania, przypadkowa noc w areszcie, chłodne przyjęcie przez Sierakowskiego, niemożność porozumienia się z otoczeniem, skromniejsze niż oczekiwane warunki materialne, obecność dwóch innych, niemieckich profesorów filologii klasycznej na Uniwersytecie – Augusta Jacoba i Augusta Ernsta Zinserlinga, nieprzyjęcie do loży masońskiej), co być może w jakiś sposób naznaczyło trwale stosunek Ciampiego do nowego miejsca. Korespondencja, pisma i pozostająca w rękopisie autobiografia uczonego są pełne radykalnych sprzeczności – z jednej strony znajdziemy tam słowa bezbrzeżnej krytyki, a nawet pogardy pod adresem nowego i zawsze obcego warszawskiego otoczenia (i Polski, którą określał mianem „kraju wilków”), z drugiej zaś – zapewnienia o doskonałym samopoczuciu i zadowoleniu z pobytu w Warszawie oraz o głębokiej sympatii dla Polaków. Najprawdopodobniej wypowiedzi te wiązały się z chwilowymi nastrojami ich autora lub z pragnieniem wywołania czy sprowokowania określonych reakcji u odbiorców, świadczą one jednak w sposób niezaprzeczalny o relacjach raczej trudnych i problematycznych, naznaczonych przede wszystkim brakiem zrozumienia – tego typu relacje miał zresztą Ciampi z większością swoich kolegów w Italii. W Warszawie niewątpliwie przeszkadzać mu musiała nieznajomość nie tylko polskiego, ale i szeroko rozpowszechnionego niemieckiego lub francuskiego, a nawet kłopoty z wypowiadaniem się po łacinie (!), którą znał zapewne biernie; problemem były obyczaje kompletnie odmienne od tych, jakie znał, i brak głębszego zainteresowania, sympatii czy szacunku dla tego, co pochodziło z Włoch; irytowały go widoczne wpływy kultury niemieckiej oraz peryferyjność i brak bliższych kontaktów ze światem, do którego był przywiązany, a także znaczenie przywiązywane przez Polaków do spraw „lokalnych”, do których on sam nie miał dostępu. Polakom zapewne nie przypadała do gustu usłużna postawa Ciampiego wobec Rosjan (szczególnie hrabiego Kapodistriasa, ministra spraw zagranicznych cara Aleksandra I, któremu był rekomendowany), okazywane prawdopodobnie poczucie wyższości, kłótliwość w sprawach pieniężnych, konfliktowość w stosunkach z kolegami i władzami uniwersyteckimi, jak również publicznie ogłaszane krytyki, które uważano za krzywdzące – źle przyjęta została nawet jego próba kulturalnej „nobilitacji” Warszawy w Epistula nuncupatoria Stanislao Potokio, in qua agitur de Auctoris in Polonia adventu, de laudibus urbis Varsoviae, cuiui describitur status physicus, politicus, litterarius, etc. Jak się wydaje, cały pobyt Ciampiego w Polsce naznaczony był obustronnym poczuciem obcości, co na Toskańczyku odbijało się nawet, jak sam wyznawał, stanami depresji.

Biografowie niewiele piszą o samej działalności uniwersyteckiej Ciampiego: wiemy, że po latach wspominał on z sympatią kilku swoich warszawskich słuchaczy i że prowadził wykłady nie tylko z zakresu filologii, ale także o tematyce raczej archeologicznej, prawdopodobnie powiązane z kolekcją rzeźb Stanisława Kostki Potockiego. Pomimo rozmaitych napięć w środowisku akademickim i niechętnego stosunku Ciampiego do kolegów, szczególnie filologów niemieckich, działalność Toskańczyka doczekała się uznania popartego – nie bez wpływu usilnych zabiegów zainteresowanego – nadaniem mu kilku orderów oraz godności kanonika najpierw kieleckiego, potem sandomierskiego, co wiązało się ze znaczącymi dochodami 4 tys. zł rocznie (Ciampi uzyska zgodę biskupów na korzystanie z tych dochodów także po wyjeździe z Polski). Z satysfakcją donosił on swym rodakom, że w Polsce cieszy się również statusem szlacheckim.

Warszawski pobyt Ciampiego i jego działalność na tutejszym Uniwersytecie nie oznaczały naturalnie przerwy w pracy naukowej – pomimo utyskiwań na brak dostępu do aktualnych publikacji, ubogie zbiory warszawskich bibliotek czy też brak profesjonalizmu miejscowych wydawców i drukarzy – przebiegała ona zgodnie z kierunkiem wyznaczonym już w okresie pizańskim. W tym czasie ogłasza Ciampi trzy tomy Feriae Varsavienses, seu vindiciae literariae (1818–1820), zawierające liczne erudycyjne szkice, rozprawy i polemiki o tematyce filologicznej i archeologicznej, będące kontynuacją jego wcześniejszych zainteresowań (m.in. polemika na temat epitomy Dionizjusza z Halikarnasu, rozważania o pochodzeniu języka włoskiego, uwagi do tekstu Pauzaniasza, refleksje na temat ortografii). Bierze aktywny udział w akademickich sporach toczących się we Włoszech i Francji, gdzie wysyła swoje artykuły, pracuje nad włoskim przekładem Pauzaniasza i Plutarcha. Tego rodzaju erudycyjne prace – dzisiaj uważane najczęściej za przyczynkarskie i niewzbudzające większego zainteresowania – cieszyły się wówczas dużym uznaniem, a do grona wielbicieli Ciampiego zaliczał się m.in. Niccolò Tommaseo, ówczesny niekwestionowany autorytet w dziedzinie filologii i językoznawstwa.

W czasie pobytu w Warszawie rodzi się także zamysł stworzenia dzieła poświęconego obecności Włochów w Polsce i w środkowo-wschodniej Europie na przestrzeni dziejów. Ciampi wspomina o tym m.in. w kontekście swoich starań o rozmaite godności i zaszczyty we Włoszech (Italia pozostaje bowiem stałym punktem odniesienia w jego życiowych planach). Plany te dojrzewają w roku 1822, kiedy to Ciampi podejmuje decyzję o powrocie na stałe do Włoch. Na decyzję tę wpłynęło zapewne i ogólne zmęczenie środowiskiem, z którym bliżej nie umiał się związać, i jakieś drobne despekty (odrzucenie propozycji medalu upamiętniającego założenie uniwersytetu przez Aleksandra I), i wydarzenia w sferze prywatnej (opuściła go owa włoska służąca, z którą przybył do Polski). Poważną troską Ciampiego jest zapewnienie sobie godnych warunków powrotu, a co ciekawe, uważa wówczas, że przyjęcie stanowiska profesorskiego w Italii byłoby poniżej jego godności – zwraca się więc do Komisji Oświecenia z propozycją, aby ta delegowała go do Włoch z misją naukową (jej wynikiem staną się później jego ważne i pionierskie prace dotyczące relacji Włoch z naszym regionem Europy). Propozycja ta zostaje przyjęta, a Ciampiemu przyznaje się rządowe trzymiesięczne pobory na podróż powrotną. Regularne dochody z kanonii sandomierskiej miały wystarczyć mu na przyzwoite utrzymanie. Latem 1822 roku Sebastiano Ciampi opuszcza Warszawę i jej Uniwersytet.

Do zadań Ciampiego jako „korespondenta czynnego w rzeczach naukowych we Włoszech” należało informowanie Warszawy o ukazujących się tam pracach naukowych na temat kultury klasycznej i świata słowiańskiego, prowadzenie badań na temat działalności artystów polskich w Italii i genealogii rodów włoskich osiadłych w Polsce, sporządzanie i przekazywanie kopii dokumentów archiwalnych dotyczących dziejów naszego kraju i całego regionu („do historii cywilnej i kościelnej krajów polskiego i słowiańskich ściągających się”). Terenem jego badań miały być przede wszystkim Florencja, Rzym, Wenecja i Neapol.

Po powrocie do Włoch osiadł we Florencji i poświęcił się głównie zadaniom zleconym przez władze warszawskie, chociaż dawnych zainteresowań całkowicie nie porzucił (odkrył m.in. autograf Boccaccia). Chcąc zainteresować polskie środowiska naukowe swoimi poszukiwaniami, Ciampi wydał katalog odnalezionych w pierwszych latach materiałów (Catalogo di documenti manoscritti e stampati relativi alla storia politica, militare, ecclesiastica e letteraria del regno di Polonia, raccolti negli anni 1823–1824, 1825). Jego wysiłki zostały najwyraźniej dostrzeżone, o czym świadczy m.in. korespondencja włoskiego uczonego z Joachimem Lelewelem (notabene na kartach listów Ciampiego z tego okresu znaleźć można deklaracje przywiązania do narodu polskiego i traktowania Polski jako drugiej ojczyzny). W uznaniu efektów pracy włoskiego uczonego w 1828 roku rząd Królestwa Kongresowego przyznał mu jednorazowo 2 tys. zł – „dla zachęcenia go w pracy”, w następnym zaś roku wypłacono Ciampiemu dodatkowo 4 tys. zł ze specjalnego funduszu cesarskiego.

W tym okresie uczony publikuje pierwsze edycje źródłowe odnoszące się do dziejów Polski oraz Rosji. Wśród nich znalazły się m.in.: anonimowa historia trzeciego bezkrólewia, którą wydawca przypisał historykowi włoskiemu, J. M. Brutusowi, niewielki objętościowo zbiór dokumentów do historii Dymitra Samozwańca, anonimowa relacja o wydarzeniach po śmierci cara Aleksego Michajłowicza Romanowa oraz zbiór listów Jana Sobieskiego. Te drobne raczej edycje były zapowiedzią fundamentalnego dzieła, nad którym Ciampi systematycznie pracował – rozbudowanej bibliografii historycznej (wzbogaconej licznymi fragmentami tekstów źródłowych), która obrazować miała dotychczasowe polsko-włoskie kontakty kulturalne i polityczne.

W 1830 roku Ciampi ponownie przyjechał do Polski – tym razem na krótko, aby zapoznać się ze zbiorami biblioteki Czartoryskich w Puławach, gdzie przechowywano m.in. cenne zbiory wypisów z poloników włoskich, zgromadzone przez Jana Albertrandiego, a podróż tę opisał w krótkiej relacji utrzymanej w tonie raczej idyllicznym (Viaggio in Polonia netta estate del 1830). Powstanie listopadowe wzbudziło w nim przede wszystkim niepokój o bezpieczeństwo własnych dochodów, a podobny oportunizm wykazywał również w kwestiach związanych z niepodległościowymi ruchami w Italii.

W latach trzydziestych XIX wieku przystąpił Ciampi do publikowania swego najważniejszego działa, które uwieńczyć miało jego wieloletnie poszukiwania i które także dzisiaj stanowi obowiązkowy przewodnik i punkt odniesienia dla każdego, kto interesuje się kontaktami polsko-włoskimi w czasach nowożytnych. Trzy kolejne tomy Bibliografia critica dette antiche reciproche corrispondenze... dell’Italia cotta Russia, cotta Polonia et altre parti settentrionali wydrukowano sukcesywnie we Florencji w latach 1834, 1839 i 1842. Wypada jednak zaznaczyć, że na ostateczny kształt trzeciego tomu Ciampi nie miał już dużego wpływu, gdyż dotknięty chorobą umysłową spędził ostatnie lata życia w samotności i zapomnieniu. Zmarł 14 listopada 1847 roku w Galluzzo, koło Florencji.

Bibliografia critica to – wedle słów Bronisława Bilińskiego – „znakomity instrument pracy dla wszystkich badaczy przeszłości kulturowej, naukowej i historycznej polsko-włoskiej”. O znaczeniu tego dzieła, z którego korzystały kolejne pokolenia historyków i które także dzisiaj nie utraciło całkiem swojej wartości, może świadczyć fakt, że w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku znany włoski polonista i historyk, Silvano De Fanti, z wielkim nakładem pracy przygotował obszerny indeks – rozbudowany merytorycznie oraz weryfikujący ewentualne nieścisłości (Indice Ragionato e Critico) – zatytułowany Per leggere Ciampi (ILLEO, Udine 1999), który skutecznie ułatwiać będzie kolejnym generacjom badaczy korzystanie z tego unikatowe kompendium sprzed dwóch stuleci.

SECT-ID LINK

*Artykuł opracowany na podstawie: D. Caccamo, Sebastiano Ciampi, [w:] Dizionario Biografico degli Italiani, t. XXV, Roma 1981; V. Branca, Sebastiano Ciampi e il suo soggiorno in Polonia nell’inedita biografia scritta da F. L. Pollidori, [w:] Comitato per la Storia dell’Università di Padova, Relazioni tra Padova e la Polonia. Studi in onore dell’Universitá di Cracovia nel VI centenario della sua fondazione, Editrice Antenore, Padova 1964, s. 193–219; idem, Sebastiano Ciampi in Polonia e la Biblioteca Czartoryski (Boccaccio, Petrarca e Cino da Pistoia), Wrocław 1970; H. Barycz, Ciampi S. [w:] PSB, t. IV, Kraków 1938, s. 15–17; B. Biliński, Sebastiano Ciampi (1832), tłumacz listu Stanisława Reszki o burzycielach Rzymu (Epist. 1594, XXVI, s. 273–304), [w:] Między Padwą a Zamościem. Studia z historii sztuki i kultury nowożytnej, ofiarowane prof. Jerzemu Kowalczykowi, Warszawa 1993, s. 377–389.

Michaił Siemionowicz Cwiet (Tswiet)

Urodzony 14 V 1872 w Asti (Piemont, Włochy). Studia na wydziale matematyczno-fizycznym Uniwersytetu Genewskiego (1891–1893), doktorat tamże (1896); rosyjskie magisterium* na Uniwersytecie Kazańskim (1901); tytuł doktora** na UW (1910); pracownik UW (od 1902), Politechniki Warszawskiej (1914–1915); profesor zwyczajny Uniwersytetu Jurjewskiego (Dorpackiego) (1917) i Uniwersytetu Woroneżskiego (1918).

Wybitny biochemik i fizjolog roślin. Był wynalazcą tzw. chromatografii kolumnowej; prowadził badania dotyczące rozdzielania barwników roślinnych; odkrył karetonoidy (czerwone lub żółte barwniki występujące w chloroplastach i chromatoforach komórek roślinnych).
Członek zwyczajny Petersburskiej Akademii Nauk, laureat jej nagrody specjalnej (1911); członek rzeczywisty Petersburskiego Towarzystwa Przyrodoznawców (od 1900); nominowany do Nagrody Nobla (1918).
Zmarł z głodu 26 VI 1919 w Woroneżu.

Etudes de Physiologie Celluluire, Genewa 1894; O nowoj katiegorii adsorbcionnych jawlienij i o primienienii ich biochimiczeskomu analizu, Warszawa 1903; Chlorofilly w rastitiel’nom i żywotnom mirie, Warszawa 1910.

K. S. Kosztojanc, K. F. Kalmykow, „Biochimija” 1951, 16, s. 479; C. Orlikowska, „Studia i Materiały z Dziejów Nauki Polskiej” 1962, seria B, 6, s. 113.

* rosyjski odpowiednik europejskiego doktoratu
** rosyjski odpowiednik doktora habilitowanego

WŁODZIMIERZ OSTROWSKI

MICHAIŁ SIEMIONOWICZ CWIET*

1872–1919

 

Wprowadzenie kolumnowej chromatografii adsorpcyjnej do analizy barwników roślinnych wiąże się z nazwiskiem Michaiła S. Cwieta1, choć już wcześniej były publikowane prace o stosowaniu tej techniki do rozdziału składników ropy naftowej. Podstawy techniki adsorpcyjnej chromatografii Cwiet przedstawił podczas wykładu dnia 21 marca 1903 roku w Sekcji Biologicznej Warszawskiego Towarzystwa Nauk Przyrodniczych

Cwiet miał wówczas 31 lat i był asystentem Uniwersytetu Warszawskiego.

Większość wiadomości o prywatnym życiu Cwieta i przebiegu studiów pochodzi z jego listów pisanych w latach 1896–1917 do przyjaciela w Szwajcarii, botanika Johna Isaaca Briqueta, znajdujących się w bibliotece Instytutu Botanicznego Uniwersytetu w Genewie. Ponadto nieliczne materiały dotyczące działalności Cwieta w Warszawie znajdują się w Archiwum Państwowym miasta stołecznego Warszawy w Sekcji „Uniwersytet Warszawski”. Akta Uniwersytetu Warszawskiego, wywiezione podczas ewakuacji Uniwersytetu do Rosji w 1915 roku przed wkroczeniem Niemców do Warszawy, po II wojnie światowej zostały Polsce przekazane przez Związek Radziecki; być może znajdą się dalsze materiały dotyczące tego okresu, który dla Cwieta był najbardziej naukowo płodnym i jak na ironię – jest nam najmniej znany. W 1940 roku J. Briquet opublikował krótką biografię Cwieta w pracy pt. Biographie des Botanistes à Genève. Później o Cwiecie pisali m.in. C. Dhéré, L. Zechmeister, T. Robinson, H. Strain i J. Sherma oraz K. Kosztojanc i K. Kalmykow.

Michaił Cwiet urodził się 14 maja 1872 roku w Asti (Piemont) we Włoszech, jako syn Szymona Cwieta, narodowości rosyjskiej, i Marii De Dorozza, obywatelki Italii. Jak wynika z notatek parafialnych w Asti, matka Michaiła miała wówczas 12 lat. W latach 1891–1896 Cwiet studiuje botanikę na Wydziale Przyrodniczym uniwersytetu w Genewie, a jego profesorami są botanicy Marc Thury i Robert Chodat, fizyk Charles Soret i chemik Philippe Auguste Guye. Szczególnie wysoko cenił sobie Cwiet naukę u prof. Chodata, którego nazywa swoim nauczycielem, a który rozbudził u niego zainteresowania w kierunku studiów nad fizjologią komórki roślinnej.

W 1896 roku Cwiet przenosi się do Petersburga, gdzie rozpoczyna pracę w laboratorium biologicznym oraz fizjologicznym Akademii Nauk u akademika Andreja Famincyna. Przystępuje do pracy nad chlorofilem. W 1899 roku publikuje pracę O nowych własnościach ciał białkowych, w której zwraca już uwagę na dwa zielone barwniki roślin, tak zwane chlorofiliny alfa i beta, i podaje sposób ich ekstrakcji z komórek. Poza badaniami w laboratoriach zajmuje się uczeniem panien z towarzystwa podstaw nauk przyrodniczych. Pracuje bardzo intensywnie i przygotowuje pracę magisterską, gdyż, jak wynika z jego korespondencji, dalsze swoje życie chce związać z karierą uniwersytecką w obrębie Imperium Carskiego. Ciekawe, że Cwiet nie broni pracy magisterskiej na Uniwersytecie Petersburskim, lecz na Uniwersytecie Kazańskim. Był to najsłynniejszy w ówczesnym okresie uniwersytet w Rosji, którego wychowankami byli między innymi twórca geometrii nieeuklidesowej Nikołaj Łobaczewski, Lew Tołstoj (nota bene skreślony z listy studentów „za brak uzdolnień”) oraz Włodzimierz Lenin. W 1901 roku Cwiet zdaje egzaminy magisterskie w Kazańskim Uniwersytecie i 21 września przedstawia swoją dysertację na stopień magistra botaniki pod tytułem Fizykochemiczna budowa ciałka chlorofilowego. Pracę tę wydaje w postaci niewielkiej książeczki, poświęcając ją pamięci swego ojca, „myśliciela i działacza”. Oponentami rozprawy magisterskiej Cwieta byli profesorowie: J. J. Gordiagin, W. I. Sorokin i N. W. Sorokin.

Od 1 stycznia 1902 roku Cwiet uzyskuje stanowisko starszego asystenta, tzw. nadetatowego laboranta, przy katedrze anatomii i fizjologii roślin Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Nie znamy motywów, które skłoniły Cwieta do przyjazdu do Polski. Poziom Uniwersytetu nie był zbyt wysoki, choć wyszło z niego wielu świetnych profesorów, którzy pracowali później na uniwersytetach w odrodzonej Polsce (Odo Bujwid, Zdzisław Dmochowski, Wacław Sierpiński, Józef Nusbaum, Edmund Biernacki i inni), przyczyniając się w istotny sposób od odbudowy zniszczonych podczas I wojny światowej warsztatów pracy naukowej i dydaktycznej. Z różnych dokumentów z tego okresu dowiadujemy się, że do tzw. Priwislanskiego Kraju przybywali licznie pracownicy nauki z Rosji i studenci rosyjscy dla odbycia tutaj studiów. Warunki do pracy naukowej i do studiów były raczej dobre2.

Przybywający z Rosji pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego otrzymywali specjalny dodatek do uposażenia, ale trudno przypuścić, aby u Cwieta ten czynnik grał istotną rolę przy podejmowaniu decyzji przybycia do Warszawy. Jako nadetatowy laborant był opłacany z kredytów pozabudżetowych i było to stanowisko wyższe niż asystenta i magistra. W każdym razie faktem jest, że w Warszawie magister botaniki Michaił Cwiet natychmiast rozpoczyna intensywną pracę naukową. Już 11 listopada 1902 roku na nadzwyczajnym posiedzeniu rady Wydziału Matematyczno-Fizycznego (był to najlepiej zorganizowany i obsadzony najlepszymi siłami fachowymi wydział Uniwersytetu) Cwiet wygłosił dwa próbne wykłady dla uzyskania tytułu prywatnego docenta3. Z protokołu posiedzenia wynika, że tytuł prywatnego docenta został mu wówczas nadany.

W 1907 roku Cwiet otrzymuje tytuł profesora botaniki i agronomii w Warszawskim Instytucie Weterynarii, a w rok później zostaje powołany na stanowisko profesora botaniki i mikrobiologii na Politechnice Warszawskiej, pracując równocześnie dalej na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie pracę przerywa dopiero w 1909 roku. W 1908 roku Cwiet zwraca się z prośbą do Wydziału o zezwolenie na prowadzenie wykładów na pierwszym roku mikrobiologii ogólnej, podobnie jak to czynił w latach 1903–1904. Dziekan załączył prośbę Cwieta i skierował własne pismo do senatu w tej sprawie, ale, jak wynika z dokumentów Uniwersytetu, ministerstwo nie zezwoliło Cwietowi na prowadzenie wykładów. Z tego faktu można by wnosić, że Cwiet nie był w łaskach u ówczesnych czynników rządowych, a zwłaszcza kuratora Warszawskiego Okręgu Szkolnego, Aleksandra Apuchtina.

W 1910 roku, 28 listopada Cwiet przedstawił na Uniwersytecie Warszawskim monografię pt. Chlorofile w świecie roślin i zwierząt jako dysertację na stopień doktora botaniki. Oponentami pracy byli prof. botaniki Dmitrij Iwanowskij i Wikientij Chmielowskij oraz chemik prof. W. W. Kuryłow. Cwiet otrzymał wówczas drugi doktorat z botaniki (pierwszy uzyskał jeszcze jako pracownik Uniwersytetu w Genewie), a w 1911 roku – wielką nagrodę im. A. N. Achmatowa, nadaną mu przez Akademię Nauk za monografię o chlorofilu. Podczas inwazji armii niemieckiej na Warszawę w 1915 roku Cwiet wraz z całym Uniwersytetem został ewakuowany najpierw do Moskwy, a następnie do Niżnego Nowgorodu. W 1917 roku przebywał we Władykaukazie, gdzie leczył się jako chory prawdopodobnie na gruźlicę. Pod koniec tegoż roku został powołany na stanowisko profesora botaniki i dyrektora ogrodu botanicznego na Uniwersytecie w Dorpacie (Estonia). Inwazja Niemców na Estonię w 1918 roku ponownie spowodowała jego przeniesienie w głąb Rosji, tym razem do Woroneża, gdzie zmarł 26 czerwca 1919 roku, w wieku 47 lat.

W działalności naukowej Cwieta można rozróżnić trzy okresy:

  1. okres genewski 1891–1896,
  2. okres petersburski 1897–1901,
  3. okres warszawski 1901–1915.

Ten trzeci, ostatni okres twórczości był okresem jego sukcesów i przyniósł mu światową sławę, choć dopiero w kilkadziesiąt lat po śmierci. Jeszcze jako student w Genewie, pracując w laboratorium prof. Thury, opracowuje zagadnienie teratologicznych zaburzeń u rośliny Lycium. W 1894 roku ogłasza drukiem pracę pt. Etudes de Physiologie Cellulaire, za którą otrzymał od Uniwersytetu Genewskiego nagrodę im. Humphry Davy’ego, a następnie doktorat z botaniki w 1896 roku. Już w tej pracy Cwiet wysuwa przypuszczenie, że chlorofil w roślinach jest związany z substancją białkową, nazywając to połączenie „chloroplastyną”. Wyodrębnia następnie ten białkowy kompleks z chlorofilem przez ekstrakcję rezorcynolem i wytrącenie wodą. Przez analogię do hemoglobiny nazywa go „chloroglobiną”, sugerując podobny mechanizm wiązania grupy prostetycznej, jak to ma miejsce w przypadku hemu i globiny. Podczas ekstrakcji zielonego barwnika z roztartych liści Cwiet używał węglanu wapnia do neutralizacji kwaśnych produktów roślin, które mogłyby powodować rozpad barwników. Zauważył wówczas, że oprócz karotenu wszystkie pozostałe barwniki adsorbowały się na węglanie wapnia. Osad przemywał dla oddzielenia zanieczyszczeń, a barwniki eluował mieszaniną eteru naftowego i alkoholu. Ta technika frakcjonowanej adsorbcji była przez Cwieta wielokrotnie stosowana w jego pracach i być może była natchnieniem do opracowania metody kolumnowej, na co zresztą wskazywałby ustęp z jego już wspomnianej pracy doktorskiej, o czym będzie mowa poniżej. W 1901 roku Cwiet stwierdza, że w zielonych liściach znajdują się dwa zielone barwniki, rozdzielając je od siebie za pomocą frakcjonowanej ekstrakcji, i nadaje im nazwy chlorofilina alfa i chlorofilina beta. Dla ścisłości należy dodać, że zarówno sposób rozdziału barwników, jak i myśl o złożonym charakterze barwnika zielonego pochodzi od Stokesa i Sorby’ego, którzy nie wykazali jednak tego w tak prosty i przekonywający sposób, jak to zrobił Cwiet. W następnych latach (1905–1906) wyosabnia z brunatnych alg inny barwnik, znany dziś jako chlorofil c (u Cwieta chlorofilina gamma), a którego obecność w materiale roślinnym w 36 lat później potwierdzili H. Strain i W. Manning. Z zabarwionych jesienią liści wyodrębnia barwniki powstające w wyniku obumierania roślin i stwierdza zanik chlorofilu, a pojawienie się związków z grupy antocyjanu, nazwanych przez niego „Herbstxantofil”. Stwierdza przy tym, że niektóre części rośliny ogrzewane z kwasami wykazują barwę czerwoną. Cwiet wyosobnił czerwony barwnik i określił jego własności fizykochemiczne, stwierdzając przynależność do grupy antocyjanu. Dziś znamy te barwniki roślinne, zmieniające barwę w obecności kwasów, jako leuko-antocyjany ponownie odkryte i zbadane przez O. Rosenheima w wiele lat po ich opisaniu przez Cwieta.

W 1897 roku D. T. Day, Amerykanin, publikując metodę rozdziału i oczyszczania składników ropy naftowej, stwierdza, że po przepuszczeniu oleju przez kolumnę wypełnioną sproszkowanym węglanem wapnia uzyskuje się znaczny stopień jego oczyszczenia. Na Międzynarodowym Kongresie Naftowców w Paryżu w 1900 roku Day przedstawił dalsze szczegóły przebiegu frakcjonowania węglowodorów na kolumnach z ziemią Fullera. Metoda Daya nie była jednak nazwana chromatografią. Odegrała ona istotną rolę w rozwoju metod analizy składników ropy naftowej, o czym świadczą liczne prace pojawiające się na ten temat w latach następnych. Między innymi C. Engler i E. Albrecht w 1900 roku zastosowali kolumnę do rozdziału różnych substancji, a zbierając frakcje spod kolumny, określali ich gęstość właściwą, lepkość lub temperaturę wrzenia. Powyższych autorów należałoby zatem uznać za prekursorów chromatografii kolumnowej, chociażby z uwagi na wcześniejsze daty ich publikacji. Ponadto, jak to wykazują H. Weil i T. Williams (1950), a również sam Cwiet w swojej monografii Chlorofile w świecie roślin i zwierząt, analiza kapilarna na bibule i w innych środowiskach była sporadycznie stosowana już od połowy XIX wieku, zwłaszcza do rozdziału barwników, i z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że doświadczenia Cwieta nad chromatografią kolumnową swymi korzeniami sięgają do tych właśnie źródeł. Wydaje się jednak, że niezależnie od osiągnięć na polu chemii nafty, Cwiet nie znał tych prac, a w każdym razie na nich się nie wzorował.

W tym przekonaniu utwierdza nas również analiza prac Cwieta, a zwłaszcza te fragmenty różnych publikacji, które mają związek z omawianą techniką.

W 1906 roku ukazuje się pełna praca Cwieta w „Berichte der Deutschen Botanischen Gesellschaft”4, w której nazywa on swoją metodę chromatograficzną analizą adsorbcyjną lub krótko – chromatografią i podaje szczegóły tej techniki, opis aparatury oraz uzyskane wyniki podczas frakcjonowania mieszanin barwników wyekstrahowanych z zielonych części roślin.

Praca Cwieta opublikowana w „Berichte” może nawet dziś, po przeszło 50 latach, służyć jako wzór, jak powinny być konstruowane doświadczalne prace w zakresie analizy chemicznej i biochemii. Cwiet dobrze sobie zdawał sprawę z tego, że opisana przez niego metoda ma znaczenie uniwersalne i może być zastosowana do rozdziału mieszanin różnych substancji chemicznych.

Dalsze rozwinięcie techniki chromatografii kolumnowej podał Cwiet w swojej monografii Chlorofile w świecie roślin i zwierząt5 opublikowanej w Warszawie w 1910 roku.

Po opracowaniu swojej metody chromatografii kolumnowej Cwiet wykazał, że oprócz omówionych barwników w zielonych liściach znajduje się grupa barwników żółtych – ksantofili: ksantofil alfa’ i alfa”, zwany obecnie violaksantyną, ksantofil alfa, zwany luteinolem względnie właściwym ksantofilem, oraz ksantofil beta, zwany obecnie neoksantyną. Wszystkie te barwniki Cwiet doskonale rozdzielił na kolumnie i zidentyfikował na podstawie widm w spektroskopie przez siebie skonstruowanym.

Trzeba tu nadmienić, że mimo tych wyników Cwieta tak wytrawny badacz jak niemiecki chemik Richard Willstätter, który otrzymał ksantofil w stanie krystalicznym, nie uznał jego heterogenności i mocno krytykował Cwieta, a zmienił zdanie dopiero wtedy, gdy znacznie późniejsze badania przy zastosowaniu bardziej wyrafinowanych metod, na przykład adsorpcji na aktywnym tlenku magnezu, wykazały słuszność obserwacji Cwieta.

Szkoda, że tej opinii o pracach Cwieta Willstätter nie miał wówczas, kiedy ten je publikował i wykazywał niezbicie w sposób konsekwentny, że chlorofil można wydzielić, oczyścić i scharakteryzować za pomocą prostej techniki chromatograficznej, a nie tylko na zasadzie czysto chemicznych metod, badając pochodne chlorofilu w „wyniku reakcji z kwasami i zasadami”.

Tę samą zresztą zasadę wyłącznej reakcji z kwasami i zasadami przy ustalaniu struktury chlorofilu wyznawał nasz wielki chemik Leon Marchlewski. Marchlewski wykazywał w swoich pracach, że chlorofil traktowany kwasem daje dwa rodzaje pochodnych, tzw. filoksantynę i filocyjaninę. Sądził, że są to dwa różne stadia degradacji tej samej cząsteczki chlorofilu. Natomiast Cwiet wykazał logicznie, że jedna z tych pochodnych, którą otrzymywał Marchlewski, pochodzi z chlorofilu alfa, druga z chlorofilu beta (według jego nomenklatury tzw. chlorofilan alfa i chlorofilan beta). Kontrowersja ta spowodowała między obu uczonymi dramatyczną polemikę, dla nas dziś niezrozumiałą. Konflikt zaostrzał Willstätter, który ignorował zarówno prace Marchlewskiego, jak i Cwieta, tworząc własną nomenklaturę pochodnych chlorofilu i nie biorąc pod uwagę możliwości heterogenności zielonego barwnika roślin. Spór między uczonymi w początkach naszego wieku spowodował, że jedna z najbardziej przydatnych w nauce metod, jaką jest chromatografia, została zapomniana na okres prawie trzydziestu lat. Dopiero bowiem wówczas technika ta została ponownie wprowadzona do analizy chemicznej i jak widzimy, z wielkim powodzeniem.

W ciągu kilkunastu lat swego produktywnego życia Cwiet ogłosił 62 prace doświadczalne i rozprawy, w tym dwie książki. Z wyjątkiem jednej pozycji wszystkie prace były napisane przez niego samego. Należy z naciskiem podkreślić, że 38 pozycji bibliografii opracowane było w Warszawie i stąd wysyłane do druku w czasopismach francuskich, niemieckich i rosyjskich. Po wyjściu z Warszawy w 1915 roku Cwiet nie napisał już ani jednej pracy i ani jednego referatu. Okres warszawskiej twórczości Cwieta był dla niego najbardziej owocny i zapewnił mu na trwałe nazwisko w historii nauki światowej. Wszystko, co osiągnął w nauce, było dokonane w Polsce, na Uniwersytecie Warszawskim.

SECT-ID LINK

*W literaturze spotykane są różne formy zapisu jego nazwiska: Цвет, Cvet, Cwiet, Tsvett, Tswet.

1Tekst opublikowany pierwotnie jako: Michał S. Cwiet – twórca chromatografii kolumnowej (W 65-lecie pierwszego wykładu na temat techniki chromatografii kolumnowej), „Postępy Biochemii” 1969, 15, s. 295–304. Adaptacja – Tomasz Majewski.

2„Uniwersytet Warszawski nie był szczególnie w złym położeniu, gdyż nie odbijały się na nim ogólnorosyjskie rozruchy, uważał je za obce sobie, nie dał się nimi porwać; starcia na podłożu narodowym rzadko miały tutaj miejsce i dlatego też Uniwersytet Warszawski mógł spokojnie pracować wówczas, gdy prawie wszystkie inne uniwersytety rosyjskie były areną zamieszek”; C. Orlikowska, Studia i Materiały z Dziejów Nauki Polskiej, seria B, 1962, 6, 113.

3W aktach Uniwersytetu Warszawskiego zachował się oryginalny protokół posiedzenia Rady Wydziału (protokół nr 10), w którym czytamy: „Nadzwyczajne posiedzenie, 11 listopada 1902 roku. Na tym posiedzeniu magister botaniki Cwiet w celu uzyskania stopnia docenta prywatnego botaniki przeczytał dwa próbne wykłady. Jeden na temat przez niego wybrany: Enzymy, ich istota i znaczenie w przyrodzie. Drugi – przedstawiony przez Wydział Matematyczno-Fizyczny na temat: Klasyfikacja bakterii. Po wysłuchaniu wykładów Wydział Matematyczno-Fizyczny uznał je za zadowalające i postanowił przyznać magistrowi Cwietowi stopień prywatnego docenta botaniki, jak również wydać należne zaświadczenie. Dziekan, członkowie, sekretarz”.

4M. Tswett, Adsorbtionanalyse und chromatographische Methode. Anwendung auf die Chemie des Chlorophylls, „Berichte der Deutschen Botanischen Gesellschaft” 1906, 24, s. 384–393.

5M. Cwiet, Chlorofilly w rastitielnom i żywotnom mirie, Warszawa 1910.

Teodor Dydyński

Urodzony 31 III 1836 w Bydgoszczy. Studia na Uniwersytecie Wrocławskim, potem w Berlinie i Heidelbergu. Doktorat (1864), habilitacja (1866). Wykładał prawo rzymskie w Szkole Głównej Warszawskiej, potem na UW jako profesor nadzwyczajny, profesor zwyczajny (od 1888). Profesor honorowy UW (1919).

Historyk prawa rzymskiego, przedstawiciel kierunku historycznego w badaniach nad prawem rzymskim, autor wydawnictw źródłowych dotyczących prawa rzymskiego.
Prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1913–1916).
Zmarł 5 IX 1921 w Warszawie.

Cesarz Hadryan. Studium historyczne, 1899, Historya źródeł prawa rzymskiego, 1904.

J. Kodrębski, Teodor Dydyński (1836–1921), „Zeszyty Naukowe UŁ” 1968, seria 1, z. 59, s. 135–149; Dydyński T. [w:] PSB, t. VI, Kraków 1948, s. 48–49.

JAN KODRĘBSKI

TEODOR DYDYŃSKI*

1836–1921

 

Profesor prawa rzymskiego Szkoły Głównej i Uniwersytetu Warszawskiego Teodor Dydyński zasługuje na uwagę badacza przynajmniej z dwu powodów – po pierwsze jest jednym z nielicznych nowoczesnych romanistów polskich, i to jednym z najpłodniejszych, po drugie zaś przez przeszło czterdzieści lat (1866–1909) zajmował katedrę prawa rzymskiego na Wydziale Prawa w Warszawie. W tym czasie był jedynym romanistą czynnym naukowo w Królestwie Kongresowym. Wywrzeć więc musiał niewątpliwie pewien wpływ na liczną rzeszę absolwentów wydziału prawa w Warszawie drugiej połowy XIX i początków XX w., wśród których niemało było ludzi dla naszego kraju zasłużonych. Już choćby z tej racji zasługuje Dydyński na zainteresowanie.

* * *

Teodor Dydyński urodził się 31 marca 1836 r. w Bydgoszczy. Ojciec jego, wywodzący się ze zubożałej szlachty, był urzędnikiem sądowym. Zainteresowania naukowe posiadał również brat naszego romanisty, ksiądz i proboszcz w Kłecku (pow. gnieźnieński), który zajmował się amatorsko historią regionalną, biorąc również udział w działalności społecznej1. Przyszły uczony kształcił się w pruskim gimnazjum państwowym w Trzemesznie, znanym z patriotycznych nastrojów, jakie w nim panowały. Po ukończeniu gimnazjum rozpoczął Dydyński w 1856 r. studia filologii klasycznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Wrocław był w tym czasie najczęstszym miejscem studiów młodzieży wielkopolskiej, zwłaszcza niezamożnej. Nie posiadając majątku, musiał Dydyński myśleć o zdobyciu konkretnego zawodu; wybór studiów wskazuje na zamiar poświęcenia się nauczycielstwu. We Wrocławiu spędził Dydyński dwa lata. Słuchał wtedy, oprócz wykładów ściśle związanych ze swoim kierunkiem studiów, znanego historyka Polski Roeppella i polonisty Wojciecha Cybulskiego. Większy wpływ miały jednak na niego zapewne wykłady profesora prawa rzymskiego Huschkego, na które również uczęszczał. Huschke był znakomitym wykładowcą i interpretatorem Instytucji Gajusza. Jako uczeń Savigny’ego był też jednym z czołowych przedstawicieli niemieckiej szkoły historycznej w romanistyce. Trudno powiedzieć, jaki wpływ wywarł Huschke na Dydyńskiego, a w szczególności – czy jego wykłady skłoniły młodego filologa do zmiany kierunku studiów i zajęcia się w przyszłości prawem rzymskim. Jest jednak znamienne, że w całej swojej twórczości naukowej specjalnie wiele uwagi poświęcał Dydyński postaci i dziełom Gajusza, tłumaczył jego Instytucje i sam myślał o pracy edytorskiej2.

W 1858 r. Dydyński rezygnuje ze studiów filologicznych i przenosi się na wydział prawa uniwersytetu berlińskiego, spędziwszy zaś dwa lata w Berlinie, kontynuuje studia na starym uniwersytecie heidelberskim, którego wydział prawa cieszył się szczególną sławą. Tak w Berlinie, jak i w Heidelbergu studiowało wielu Polaków, byli wśród nich przyszli profesorowie Szkoły Głównej3. W Heidelbergu spędza Dydyński cztery lata i w 1864 r., po ośmiu latach studiów wyższych, w tym sześciu latach studiów prawniczych, uzyskuje stopień doktora praw. Jego rozprawa doktorska poświęcona nauce prawa rzymskiego o służebnościach ukazuje się drukiem w Heidelbergu rok później. W czasie swych studiów heidelberskich Dydyński studiuje pod kierunkiem Vangerowa, romanisty dziś raczej zapomnianego, ale wówczas cieszącego się wielką sławą i autorytetem.

Ukształtował Dydyńskiego jako naukowca pobyt na niemieckich uniwersytetach4. Był on dość typowym przedstawicielem ówczesnej nauki niemieckiej, przeniesionym na grunt polski. Było to zresztą naturalne – niemal wszyscy współcześni mu profesorowie prawa rzymskiego na uniwersytetach rosyjskich mieli za sobą studia pod kierunkiem niemieckich romanistów. Carskie władze młodych prawników-stypendystów mających poświęcić się karierze profesorskiej wysyłały na studia specjalizacyjne do Niemiec, głównie do uniwersytetów w Lipsku i Heidelbergu. Przykładem może być Petrażycki. Trzeba pamiętać, że nauka prawa rzymskiego w XIX w., w jeszcze większym stopniu niż filologia klasyczna, była kształtowana przez uczonych niemieckich. Najcenniejsze prace romanistyczne powstawały w Niemczech, a gdy po wielu latach Dydyński zapragnął dać się poznać nauce światowej jako wydawca instytucji justyniańskich, pracę swą, stanowić mającą wstęp źródłoznawczy do tego, niestety niewykonanego dzieła, wydał w Berlinie po niemiecku. Ta przewaga nauki niemieckiej w dziewiętnastowiecznej romanistyce wynikała z kilku przyczyn.

Przede wszystkim wiek XIX jest okresem wspaniałego rozwoju humanistyki niemieckiej, zwłaszcza w zakresie metodologii. Odnosi się to w szczególności do filologii klasycznej, historii starożytnej i innych nauk o starożytności. W prawie rzymskim, dyscyplinie, której zasób źródeł był uważany w XIX w. jako w zasadzie zamknięty i stały, znakomicie rozwinięte przez niemiecką naukę o starożytności metody badawcze miały szczególne pole do popisu. Świetny rozwój niemieckiej filologii klasycznej przyczynił się istotnie do rozwoju prawa rzymskiego, zwracając uwagę romanistów na prace edytorskie czy poszukiwanie interpolacji w zbiorach justyniańskich (inerpolationenjagd).

Dalszą okolicznością powodującą świetny rozwój romanistyki niemieckiej jest fakt, że do początku XX w. część Niemiec żyła pod rządem zmodernizowanego prawa rzymskiego, tak zwanego powszechnego prawa niemieckiego lub prawa pandektów. Prawo rzymskie było więc aż do wejścia w życie 1 I 1900 kodeksu prawa cywilnego (Bürgerliches Gesatzbuch) prawem żywym. Pociągało to za sobą konieczność praktycznego zajmowania się nim. Wreszcie wielką zasługę dla rozwoju niemieckiej romanistyki ma niemiecka szkoła historyczna Savigny’ego i Puchty, jak również cały, wspaniale rozwinięty w ówczesnych Niemczech kierunek badań historyczno-prawnych. Nawet ci, którzy, jak Jhering, zrywali ze szkołą prawno-historyczną, zajmowali się nadal romanistyką. Okres berlińskich i heidelberskich studiów Dydyńskiego jest okresem triumfów szkoły historyczno-prawnej. Nauka prawa rzymskiego jest w Niemczech ówczesnych uprawiana dwojako. Z jednej strony mamy w tym czasie w Niemczech, podobnie jak i w innych krajach, badania historii prawa rzymskiego oraz instytucji prawnych takich, jakie niegdyś obowiązywały w Rzymie. Z drugiej strony mamy tak zwaną pandektystykę, czyli badania nad prawem rzymskim obowiązującym na niektórych terytoriach Niemiec w XIX w. Stosownie do tego dydaktyka uniwersytecka przewiduje trzy odrębne wykłady romanistyczne – tak zwaną historię zewnętrzną prawa rzymskiego, czyli historię państwa i prawa rzymskiego, zarys prawa dogmatycznego według Instytucji Gajusza i kodyfikacji justyniańskiej, wreszcie pandekta, czyli szczegółowy wykład rzymskiego systemu prawa prywatnego w tej formie, w jakiej obowiązywało w Niemczech XIX w.

Szkoła historyczno-prawna zajmowała się głównie dawnym prawem rzymskim, a zwłaszcza jego historią. Do tej szkoły należeli mistrzowie Dydyńskiego, a zwłaszcza Vangerow5, który zresztą zajmował się także pandektami. Był on następcą słynnego Thibaut, wydawcą czasopisma „Archiv für zivilistische Praxis”, autorem podręczników pandektów, a równocześnie prac z historii prawa rzymskiego.

Także praca doktorska Dydyńskiego wiąże się swym tematem i jego ujęciem ze szkołą historyczną. Trudno ustalić, czy, zmieniając kierunek studiów z filologicznego na prawny, nasz autor myślał o poświęceniu się karierze naukowej. Dla syna urzędnika sądowego, w okresie gdy polityka państwa pruskiego nie była jeszcze Polakom wroga, kariera sądowa czy administracyjna wydawać się mogła czymś bardziej naturalnym. Po uzyskaniu w 1864 r. doktoratu udaje się Dydyński do znanego już sobie Wrocławia i rozpoczyna tam aplikację sądową jako tak zwany referendariusz. Długotrwałe studia naszego romanisty, a teraz rozpoczęcie trzyletniej bezpłatnej aplikacji wskazują, że sytuacja materialna jego rodziny nie musiała być zła. Równocześnie jednak z rozpoczęciem pruskiej aplikacji wszczyna Dydyński starania o uzyskanie katedry prawa rzymskiego w świeżo utworzonej Szkole Głównej Warszawskiej. Być może do starań tych Dydyńskiego popchnęła zawarta w Heidelbergu znajomość z Walentym Miklaszewskim, który jako stypendysta Komisji Rządowej Oświecenia przygotowywał się na uniwersytetach zagranicznych do wykładania na wydziale prawnym Szkoły Głównej. Być może kierował nim tylko odruch patriotyczny, chęć pracy na polskim uniwersytecie, być może jednak sądził, że w nieustabilizowanych warunkach wybije się łatwiej niż na uniwersytetach niemieckich. W tym ostatnim wypadku miał rację – w niemieckich warunkach nie uzyskałby płatnego stanowiska na uniwersytecie przed upływem kilku lat. Przed odbyciem służby referendarskiej, to jest przed trzema laty, nie uzyskałby również żadnego stanowiska w administracji pruskiej czy sądownictwie. W każdym razie w 1865 r. Dydyński przyjeżdża do Warszawy i, celem uzyskania stanowiska wykładowcy, wydaje w Warszawie przekład I księgi Instytucji Gajusza, który poprzedza zwięzłym wstępem, opartym na źródłach niemieckich. Zainteresowanie Gajuszem nie opuści Dydyńskiego do końca jego pracy naukowej. Przekład Instytucji wykonał Dydyński być może jeszcze w Heidelbergu. W 1865 r., gdy Dydyński zwrócił się do Komisji Rządowej Wyznań i Oświecenia z prośbą o powierzenie mu wykładów z prawa rzymskiego, Szkoła Główna Warszawska miała już trzech wykładowców tego przedmiotu. Byli nimi Paweł Popiel, Franciszek Maciejowski i Walenty Miklaszewski, który rok przedtem uzyskał doktorat w Heidelbergu razem z Dydyńskim. W praktyce sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. Miklaszewski mianowany został wprawdzie adiunktem prawa rzymskiego i karnego, ale poświęcić się miał zamiar jedynie prawu karnemu, prawo rzymskie wykładał jedynie dodatkowo i tymczasowo. Maciejowski, wykładowca kursów prawnych przy warszawskim Gimnazjum Gubernialnym jeszcze w latach czterdziestych, miał lat 67, a wykład prawa rzymskiego objął w zastępstwie Popiela, który wyjechał za granicę na urlop naukowy. W tych warunkach na stałe Szkoła Główna mogła dysponować tylko jednym wykładowcą, Pawłem Popielem, który swoją nominację zawdzięczał jedynie swym arystokratycznym koneksjom. Popiel pochodził mianowicie ze znanej rodziny ziemiańskiej i był bratankiem ówczesnego rektora Akademii Duchownej w Warszawie, późniejszego biskupa płockiego i, po wielu latach, arcybiskupa warszawskiego, księdza Wincentego Chościak-Popiela. Jak wynika z jego pamiętników, nominacja wiązała się z pozycją stryja6 – w tym momencie Popiel miał dwadzieścia kilka lat i nie posiadał żadnego dorobku naukowego. W okresie powstania styczniowego związki Popiela z arystokracją polską i episkopatem przekreśliły z kolei jego karierę.

W każdym razie, mimo pozornego nadmiaru romanistów, kandydatura Dydyńskiego została przyjęta przychylnie. Być może władze carskie chętnie widziały kandydata – człowieka nowego, niemającego żadnych stosunków ze społeczeństwem Królestwa Polskiego, wreszcie wychowanka pruskich uczelni i byłego pruskiego urzędnika. Było to przecież tuż po powstaniu. Dydyński dawał zapewne gwarancje lojalności i posłuszeństwa dla carskiej władzy. Trudności kandydatura Dydyńskiego napotykała jedynie w samej Szkole Głównej, gdzie zażądano od niego uprzedniej habilitacji. Jakoż w 1866 r. uzyskał on na wydziale prawa Szkoły Głównej veniam legendi z prawa rzymskiego na podstawie rozprawy Rzecz o różnicy między zastawem a hypotheką według prawa rzymskiego. Była to niewielka rozprawka, licząca 52 strony i nawiązująca do jego pracy doktorskiej. Sądzić można, że tak rada wydziału prawa, jak i sam autor traktowali habilitację raczej jako formalność. W tymże roku Komisja Rządząca Wyznań i Oświecenia mianowała Dydyńskiego adiunktem prawa rzymskiego Szkoły Głównej. Trzeba tu przypomnieć, że adiunkt w tym czasie był kimś innym niż obecnie – adiunktem zostawało się po habilitacji, zasadniczo adiunkt posiadał te same kwalifikacje co profesor zwyczajny i nadzwyczajny oraz te same obowiązki. Główna różnica leżała w poborach – adiunkt zarabiał 700 rubli srebrnych rocznie6. Była to pensja skromna, wystarczająca na utrzymanie, ale dużo niższa od profesorskiej (1500 r.s.) i odpowiadająca poborom niższych urzędników rządowych. Współczesna badaczka uważa, że zdecydowanie się na karierę naukową w ówczesnych stosunkach było sui generis ofiarą na ołtarzu miłości ojczyzny. Wynikało to ze złej sytuacji majątkowej profesury w porównaniu z urzędnikami państwowymi i z nieugruntowanej sytuacji zawodowej i społecznej profesorów, zależnych od zmieniającej się sytuacji politycznej8. Wspominaliśmy już, że ze strony Dydyńskiego nie można mówić o rezygnacji z korzyści materialnych w związku z jego przeniesieniem się do Warszawy. Nie było to zapewne poświęcenie się dla ojczyzny, ale nie była też chęć zrobienia szybkiej kariery czy majątku.

Już w 1866 r. zaczyna Dydyński wykładać historię i instytucje prawa rzymskiego. W tym samym czasie przedmioty romanistyczne wykładali Franciszek Maciejowski, Paweł Popiel, Władysław Miklaszewski i Władysław Okęcki – późniejszy tłumacz Tacyta. Miklaszewski i Okęcki mieli jedynie wykłady monograficzne – jeden o procesie cywilnym rzymskim, drugi o rzymskim prawie małżeńskim. Tak znaczna liczba profesorów i wykładów prawa rzymskiego budziła zrozumiałe zastrzeżenia u współczesnych. Wynikało to, jak tłumaczy Kraushar, z braku specjalistów w zakresie prawa obowiązującego, braku zrozumiałego w warunkach, w jakich powstawała Szkoła Główna9.

W 1868 r. Dydyński mianowany zostaje pełniącym obowiązki profesora nadzwyczajnego, a wkrótce potem zostaje jedynym wykładowcą prawa rzymskiego. Gdy bowiem w 1869 r. Szkoła Główna przekształcona została na rosyjski Cesarski Uniwersytet Warszawski, władze carskie usunęły Popiela i Okęckiego ze względu na ich nieprawomyślność polityczną, Maciejowski poszedł na emeryturę, a Miklaszewski objął katedrę prawa karnego. W ten sposób pozornie ryzykowna decyzja Dydyńskiego o przeniesieniu się do Warszawy uwieńczona została pełnym sukcesem. Sytuacja naszego romanisty nie była jednak w rosyjskim Uniwersytecie Warszawskim łatwa. Pozostawiono go na katedrze tak z uwagi na to, że z pięciu romanistów posiadał niewątpliwie najwyższe kwalifikacje naukowe, jak i ze względu na nieskazitelność polityczną i obcość w środowisku warszawskim. Musiał jednak pozostawać pod nadzorem, co spowodowało zapewne, że wystrzegał się jak najstaranniej jakichkolwiek posądzeń o nieprawomyślność, i to raczej w większym stopniu niż jego koledzy. Można to wyczuć między wierszami tego, co piszą o nim Kraushar czy Posner10. Dydyński z tego względu nie cieszył się popularnością wśród młodzieży. Wynikało to także z jego cech osobistych – był to człowiek oschły, małomówny i powściągliwy, trzymający się z dala od młodzieży studiującej i prowadzący dość samotne życie.

Władze rosyjskie nie szczędziły mu jednak upokorzeń. Jego habilitacja przeprowadzona w Szkole Głównej nie została uznana i w 1872 r. musiał uzyskać na Uniwersytecie SanktPetersburskim stopień doktora nauk prawnych, aby utrzymać swe stanowisko. Złożył w tym celu obszerną pracę o zastawie w prawie rzymskim, opublikowaną w języku rosyjskim, którego uprzednio nie znał. Była ona znacznie rozszerzoną wersją jego rozprawy habilitacyjnej. Wtedy dopiero został profesorem nadzwyczajnym, a w 1888 r. profesorem zwyczajnym. Była to, jak na ówczesne stosunki, bardzo wolna kariera. Narodowość Dydyńskiego niewątpliwie ją hamowała. Rosjanie zostawali w tym okresie profesorami zwyczajnymi po paru latach pracy na Uniwersytecie, a niekiedy zaraz po habilitacji.

Musiał się też Dydyński nauczyć języka rosyjskiego, w którym od 1869 r. wykładał. Posner pisze, że myślał on po niemiecku, wykładał po rosyjsku, a mówił po polsku11. Rosyjskiego, jak się wydaje, nigdy Dydyński dobrze nie opanował i wykłady w tym języku były dla niego trudne i męczące12.

Jak przedstawiała się nauka prawa rzymskiego w Polsce, gdy trzydziestoletni Dydyński rozpoczął wykłady w Szkole Głównej? Tradycje czasów dawnych, sięgające jeżeli nie Kadłubka, to wszechnicy krakowskiej możemy tu pominąć. W XIX w. prawo rzymskie w Królestwie Polskim reprezentowali przede wszystkim Jan Wincenty Bandtkie i Wacław Aleksander Maciejowski. Nie pozostawili oni jednak po sobie dzieł romanistycznych większej wagi. Zajmowali się raczej dydaktyką. Prawem rzymskim na ziemiach pod zaborem rosyjskim zajmowali się jeszcze Capelli w Wilnie i Jan Szwajnic, profesor prawa rzymskiego na kursach prawniczych Gimnazjum Gubernialnego w Warszawie, ale ich prace również wiązały się ściśle z dydaktyką. Dydyński nie miał więc poprzedników, których dzieło mógłby kontynuować. Jego koledzy zaś dopiero zaczynali się zajmować naukowo prawem rzymskim. Maciejowski był autorem użytecznego podręcznika, Okęcki i Miklaszewski wydali zarysy swych wykładów monograficznych, ale ich zainteresowania prawem rzymskim ograniczały się do krótkiego okresu wykładania tego przedmiotu.

W Galicji drugiej połowy XIX w. działali wtedy Fryderyk Zoll i Józefat Zielonacki, ale kontakty warszawskiego środowiska naukowego z Galicją nie były zbyt bliskie. Po odejściu od romanistyki jego kolegów Dydyński pozostał sam i pozostawał samotny naukowo aż do przejścia na emeryturę w 1909 r. Wydawał co prawda swe prace naukowe także po rosyjsku, ale kontaktów z nauką rosyjską nie utrzymywał. Już bliższe stosunki miał z Krakowem i Lwowem, gdzie F. Zoll i M. Chlamtacz recenzowali jego prace.

Koschembahr-Łyskowski twierdzi w swoim wspomnieniu pośmiertnym o Dydyńskim, że działalność naukowa naszego romanisty odpowiadała pewnemu z góry zakreślonemu planowi, że „przyświecała mu myśl przyczynienia się do stworzenia samodzielnej nauki polskiej prawa rzymskiego”, że, obejmując katedrę w Warszawie, opracował plan swej twórczości naukowej i plan ten realizował przez całe życie. Chyba to zbyt przesadne sądy, ale nie ulega wątpliwości, że w twórczości Dydyńskiego przewijają się pewne stałe elementy. Przywiązywał on niewątpliwie wielką wagę do tego, aby wyposażyć naszą naukę romanistyczną w narzędzia badawcze i pomoce dydaktyczne, których była pozbawiona. W Galicji o tym nie myślano, zapewne ze względu na organiczne związki z nauką niemiecką. Wielką zasługą Dydyńskiego jest, że zrozumiał konieczność pracy u podstaw polskiej romanistyki i że tej niewdzięcznej pracy się podjął. Dlatego swą pracę twórczą rozpoczął przekładem Instytucji Gajusza (dwa tomy, Warszawa, 1865–1867), niestety niedokończonym, ale jedynym w naszej literaturze i do dziś dnia używanym w pracy dydaktycznej. Później, w 1881 r., dokonuje dzieła jeszcze cenniejszego, dając nam Słownik łacińsko-polski do źródeł prawa rzymskiego. Obszerny ten słownik oparty jest, co prawda, na niemieckim romanistycznym słowniku Heumanna i samodzielny wkład Dydyńskiego nie jest tu duży, nie zmienia to jednak korzyści, które świadczy to dzieło, do dziś dnia niezastąpione w polskiej literaturze naukowej. Wreszcie w 1904 r., na kilka lat przed emeryturą, wydaje pierwszy w języku polskim nowoczesny podręcznik Historii źródeł prawa rzymskiego. Jest on obszerniejszy niż wydany później podręcznik Zolla i do dziś nie ma właściwie w polskiej literaturze naukowej innego, równie szczegółowego. Podręcznik Dydyńskiego niewątpliwie opiera się na wzorach niemieckich podręczników Kruegera czy Küblera, ale jest pracą samodzielną, wykazującą wielką i wszechstronną erudycję autora, znakomitą znajomość literatury naukowej, i to nie tylko niemieckiej, wreszcie śmiałość i samodzielność sądów. Wysoko ceni go Chlamtacz w swej recenzji w „Kwartalniku Historycznym”13. Dodać należy, że Dydyński wydał w języku rosyjskim pełny przekład Instytucji Gajusza, opatrzywszy je obszernym wstępem, oraz, tylko po rosyjsku, dwutomowy wybór źródeł prawa rzymskiego, przeznaczony dla potrzeb seminaryjnych. Z tymi pracami podstawowymi, przeznaczonymi dla studentów i badaczy, wiążą się prace historyczne Dydyńskiego. Zdawał on sobie sprawę, że romanista zwraca się do nader wąskiego kręgu czytelników, tym też tłumaczy napisanie książki o Hadrianie, która choć nosząca podtytuł „studium historyczno-prawne” i świadomie unikająca elementów biograficznych przeznaczona jest niewątpliwie dla szerszej publiczności, dając interesujący obraz cesarstwa rzymskiego późnego pryncypatu14. Nie jest to praca popularnonaukowa w naszym rozumieniu, obarcza ją obfity aparat naukowy, ale mogła liczyć na szeroką poczytność w warunkach powszechnej znajomości historii i kultury rzymskiej wśród inteligencji kończącej ówczesne gimnazja, w których języki klasyczne były głównym przedmiotem.

Monografia o cesarzu Hadrianie zasługuje na uwagę ze względu na dość rzadkie u dziewiętnastowiecznych romanistów zrozumienie dla problematyki kulturalnej i społecznej. Szczególnie wiele uwagi poświęca Dydyński problemowi romanizacji i współżyciu różnych narodów w cesarstwie rzymskim. Wiele uwagi poświęca też nasz autor roli władcy absolutnego, chwaląc Hadriana za to, ze „wysoko pojmował stanowisko panującego i urzeczywistniał wielką ideę służby dla dobra publicznego”15. Można w tym, jak i w kwestii zgodnego współżycia wielu ludów w Imperium Romanum, znaleźć aluzję do smutnej współczesności polskiej XIX w. i przyczynę zajęcia się przez Dydyńskiego tą postacią i tą epoką. W pracy tej widać również wyraźny wpływ T. Mommsena, zwłaszcza przy przedstawianiu prowincji rzymskich, przy tym jednak wykazuje autor znajomość bogatej literatury niemieckiej i francuskiej. Godne uwagi, że brak niemal zupełnie powoływania się na pozycje rosyjskie. Na wiele lat przed pracą o Hadrianie zajął się nasz autor problematyką historii społeczno-gospodarczej swą pracą O prawie rolnym w starożytnym Rzymie (Warszawa 1881). Miała ona charakter popularny, co nie przeszkadzało wykorzystaniu w niej bogatej literatury. Wśród prac przeznaczonych dla szerszej publiczności należy wymienić jeszcze niektóre artykuły dla Wielkiej Powszechnej Encyklopedii Ilustrowanej Orgelbrandta (Agrarne Prawa, Antejustyniańskie Prawa, Comitia – oto najważniejsze z nich).

Nurt ściśle romanistyczny w twórczości Dydyńskiego reprezentują jego prace promocyjne: O różnicy między zastawem a hipoteką (Warszawa 1865 – rozprawa habilitacyjna) i Załog w rimskom prawie (Zastaw w prawie rzymskim – rozprawa złożona celem uzyskania stopnia doktora nauk prawnych na Cesarskim Uniwersytecie SanktPetersburskim w 1872 r.); dalej obszerny wstęp do rosyjskiego wydania Instytucji Gajusza (Warszawa 1902), wreszcie rozprawa o rękopisach Instytucji justyniańskich – Beiträge zur handschriftlichen. Überlieferung der Justinianischen Rechtsquellen: Institutionen, Berlin 1891. Prace promocyjne Dydyńskiego cechuje solidna erudycja i zgodność z zasadami niemieckiej szkoły historycznej. Trzecia praca – wstęp do przekładu Gajusza na język rosyjski, zwraca uwagę samodzielnością sądów i krytycznym stanowiskiem wobec poglądów przeważających podówczas w romanistyce. Wbrew zdaniu Mommsena i większości współczesnych badaczy, opowiada się Dydyński za tezą, że Gajusz był prawnikiem rzymskim, a nie prowincjonalnym. Jak wiadomo, pogląd taki jest obecnie powszechnie przyjęty w nauce16. Zwracaliśmy już uwagę, że postaci i dzieła Gajusza poświęca nasz autor wiele uwagi. Pisał o nim w zwięzłym wstępie do polskiego przekładu Instytucji Gajusza, potem w omówionym wstępie do przekładu rosyjskiego, popularnie przedstawił postać i dzieło Gajusza na łamach petersburskiego tygodnika „Kraj”17, a wreszcie poświęcił mu wiele miejsca w swym podręczniku historii prawa rzymskiego. Wszystkie te prace zaszczytnie świadczą o erudycji i zmyśle historycznym Dydyńskiego oraz o jego ambicji naukowej. Problem Gajusza był bowiem jednym z głównych problemów historii prawa rzymskiego. Wreszcie na specjalną uwagę zasługuje wyżej wymieniona praca niemiecka Dydyńskiego. Jest to wykaz rękopisów instytucji justyniańskich, znajdujących się w bibliotekach europejskich, opatrzony uwagami źródłoznawczymi i będący owocem licznych podróży naukowych. Obejmuje on około 270 pozycji, a więc przeszło dwa razy więcej niż przestarzała praca Schradera18. Według planów Dydyńskiego, praca ta miała być wstępem do naukowego, krytycznego wydania Instytucji Justyniańskich, opartego nie, jak dotychczas, na jednym czy kilku rękopisach, ale na wykorzystaniu wszystkich zachowanych tekstów. Trudno powiedzieć, czemu nasz romanista zrezygnował z tego zamiaru, którego realizacja dałaby mu poczesne miejsce w nauce światowej. Być może zraził go brak zainteresowania dla jego pracy, aczkolwiek tak w nauce polskiej, jak niemieckiej zyskała pochlebne opinie19. W każdym razie mamy tu do czynienia z ambitną próbą wejścia w krąg światowej romanistyki poprzez przełamanie bariery językowej i zajęcie się zagadnieniem tak podstawowym, jak prace nad tekstem kodyfikacji justyniańskiej. Dla nauki polskiej wartość pracy Dydyńskiego polega także na tym, że opisał on cztery polskie rękopisy instytucji justyniańskich, przyczyniając się w ten sposób do wzbogacenia znajomości dziejów prawa rzymskiego w Polsce.

Jeżeli pokusimy się teraz o ogólną ocenę dorobku naukowego Teodora Dydyńskiego, to zwrócimy uwagę, że cechował ją pewien praktycyzm, polegający na zamiłowaniu do badania źródeł. Być może wyniósł to nasz autor ze swych studiów filologicznych. Był zawsze daleki od zajmowania się samymi konstrukcjami prawnymi, co tłumaczy się łatwo nieistnieniem w Polsce pandektystyki rozumianej na wzór niemiecki. Nie pociągały go również bezpłodne badania interpolacji, jakie były modne w czasie jego działalności naukowej.

Swe ambicje naukowe wiązał Dydyński ściśle z celami dydaktycznymi i popularyzatorskimi w najlepszym rozumieniu tego słowa. Na specjalną uwagę zasługują jego zainteresowania historią i zrozumienie dla historii społecznej i kulturalnej, rzadkie u dziewiętnastowiecznych romanistów. Zdawał on sobie dobrze sprawę, że historia prawa jest tylko częścią historii ogólnej20, a zasadę tę wprowadzał w życie swą twórczością naukową. Jako historyk, wyznawał poglądy zdecydowanie pozytywistyczne, twierdząc, iż „ludzi zasługujących wobec sądu historii na imię wybitnych osobowości oceniać należy, uwzględniając ich zdolności intelektualne, stopień uobyczajnienia społeczeństwa i duch czasu, w którym żyli i działali”, i, dalej „wartość każdej historycznej osobistości zależy od jej stosunku do interesów ogólnych, społecznych”21. Koncepcja społeczeństwa i historii u Dydyńskiego jest typowa dla historiografii mu współczesnej. Inna rzecz, że uwagi metodologiczne z zakresu historiografii są u niego nader rzadkie, w jego konkretnych i zwięzłych pracach nie ma miejsca na ogólne rozważania. Jako romanista stawiał Dydyński bardzo wysoko prawo rzymskie, uważając je za „nieprzebrany skarbiec wszelkich umiejętności prawniczych”22, ale, jak wykazał w swoim podręczniku historii prawa rzymskiego, doskonale zdawał sobie sprawę z historycznych, społecznych i gospodarczych uwarunkowań prawa. Wskazuje na to również jego książka o Hadrianie, w której wskazał na społeczne podłoże prawodawstwa tego władcy. Nie był nasz autor dogmatykiem – romanistą, jakich było wtedy tylu.

Sądzić można, że najpełniej chyba z dziewiętnastowiecznych polskich romanistów reprezentował nurt historyczny w romanistyce i, bodaj jedyny, łączył historię społeczno-polityczną starożytnego Rzymu z historią prawa rzymskiego.

Działalność dydaktyczna Dydyńskiego jest nam mniej znana niż jego działalność naukowa z uwagi na skąpą liczbę źródeł i opracowań do dziejów rosyjskiego Uniwersytetu w Warszawie. Wiemy, że Dydyński zaczął swą działalność dydaktyczną w Szkole Głównej ambitnie, od prowadzenia w latach 1866–1868 ćwiczeń seminaryjnych i komentowania, wespół ze studentami, tekstów źródłowych. Było to czymś nowym na warszawskim wydziale prawa, a zresztą nie tylko na warszawskim. Potem nasz romanista ograniczał się do wykładów kursowych, od 1869 r. prowadzonych po rosyjsku. Językiem tym władał słabo, choć niewątpliwie musiał się go nauczyć. Posner ocenia go, jako dydaktyka, ujemnie, podkreślając jego wielką łagodność i dobrotliwość jako egzaminatora. Wykładał Dydyński dwa przedmioty, to jest historię źródeł prawa rzymskiego i instytucje, czyli system rzymskiego prawa prywatnego. Od 1897 r. do emerytury wykładał też tak zwane prawo nadbałtyckie, czyli prawo niemieckie (pandektowe), obowiązujące w guberniach nadbałtyckich (obecna Łotwa i Estonia). Do tego wykładu przygotowały go dobrze jego niemieckie studia. Nie piastował Dydyński żadnych stanowisk uniwersyteckich, mimo iż wśród profesorów ówczesnego uniwersytetu warszawskiego był jednym z wybitniejszych. Wiązało się to niewątpliwie z tym, że był Polakiem i nigdy nie wyparł się swej narodowości. W swej działalności naukowej i dydaktycznej Dydyński skrupulatnie wystrzegał się jakichkolwiek podejrzeń o nieprawomyślność, a nawet dbał o to, aby wszystkie swe polskie prace naukowe wydawać także po rosyjsku. Niektóre z nich ukazywały się w języku rosyjskim przed wydaniem w języku polskim. Przykładem może być książka o Hadrianie, wydana po rosyjsku na koszt Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego w 1896 r., a po polsku, nakładem Kasy im. Mianowskiego, w 1899 r. Tylko po rosyjsku wydał Dydyński swą pracę habilitacyjną i podręcznik instytucji prawa rzymskiego, będący właściwie skryptem z wykładów (Naczała prawa rymskogo, Warszawa 1876). Nie brał też Dydyński aktywnego udziału w życiu warszawskiego polskiego środowiska naukowego, co zresztą wynikało nie tylko z ostrożności i cech jego charakteru, ale i z faktu, że tak jako romanista, jak i jako historyk starożytności reprezentował dyscypliny w Warszawie tych lat przez nikogo innego nieuprawiane. Wydaje się zresztą, że i z nauką rosyjską nie utrzymywał Dydyński żadnych bliższych kontaktów. Uczeni rosyjscy odnosili się do profesorów rosyjskiego Uniwersytetu w Warszawie lekceważąco, większość z nich bowiem nie reprezentowała poważnego poziomu naukowego23. Najczęściej jego prace były recenzowane w Galicji, gdzie Fryderyk Zoll i Marceli Chlamtacz oceniali je bardzo pochlebnie. Byli to zresztą uczeni podobnej formacji naukowej, również uczniowie niemieckich uniwersytetów.

W czasach pracy naszego romanisty w Warszawie rusyfikacja wyższej uczelni warszawskiej postępowała coraz szybciej. Po roku 1869 mimo rosyjskiego języka wykładowego większość profesorów to Polacy. Na opróżniane przez nich z czasem stanowiska powoływani są jednak wyłącznie Rosjanie. W 1892 r. na 14 wykładowców wydziału prawa jest jeszcze 5 Polaków. W 1909 r. ostatni Polak ustępuje z katedry prawniczej. Jest nim Dydyński. Na jego miejsce powołano zresztą uczonego dużej miary, reprezentanta nowej szkoły badań nad najdawniejszym prawem rzymskim, Wasyla Synajskiego, w okresie międzywojennym profesora uniwersytetu w Rydze. O powołaniu na zwolnioną przez Dydyńskiego katedrę Polaka oczywiście mowy być nie mogło.

Na ostatnie lata życia Dydyńskiego przypada okres jego działalności w Towarzystwie Naukowym Warszawskim. W 1906 r. Dydyński, jako Polak – profesor uniwersytetu i wykładowca Szkoły Głównej był jednym z założycieli Towarzystwa. W 1913 r., po śmierci Aleksandra Jabłonowskiego, został wybrany jego prezesem24. Wybór ten mógł budzić zdziwienie, zważywszy że Dydyński miał 77 lat, od kilku lat był na emeryturze i od prawie 10 lat nie publikował i nie pracował naukowo. Jak już wyżej wskazano, nigdy nie cieszył się też zbytnią popularnością ani uznaniem warszawskiego środowiska naukowego. Być może wszystkie te cechy przyczyniły się raczej do tego wyboru. Dydyński nie miał zawistnych, a jego lojalność wobec władz carskich i brak obciążeń politycznych sprawiały, że kandydatura jego nie napotkała z ich strony na zastrzeżenia.

Prezesem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego był Dydyński trzy lata. W 1916 roku ustąpił z tego zaszczytnego stanowiska, w związku z wyjazdem z Warszawy na wschód, przed niemiecką ofensywą. Zastosował się w tym do wezwań administracji carskiej, być może chodziło mu o zachowanie emerytury. Rewolucję rosyjską przeżył na Kresach, w gościnnym dworze ziemiańskim, a do Warszawy wrócił w 1919 r. W tymże roku mianowany został, razem ze swymi kolegami ze Szkoły Głównej, Holewińskim i Miklaszewskim, profesorem honorowym Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładów już nie wznowił, zmarł dwa lata później, 5 września 1921 roku, w wieku 85 lat. Umarł raczej zapomniany, nie odezwał się ku jego czci żaden z jego uczniów. Jedynie jego następca na katedrze, Ignacy Koschembahr-Łyskowski, wygłosił na posiedzeniu wydziału historycznego TNW dość oziębłe i banalne wspomnienie.

Gdybyśmy teraz chcieli ocenić zasługi Teodora Dydyńskiego dla nauki polskiej, to musielibyśmy przyznać, że są one poważne i trwałe.

Wzbogacił on naukę polską prawa rzymskiego szeregiem prac do dziś dnia użytecznych w pracy dydaktycznej czy badawczej. Dzięki niemu, dzięki jego wytrwałej ambicji i pracowitości w Warszawie popowstaniowej istniała romanistyka uprawiana na dobrym, światowym poziomie. W historii nauki prawa rzymskiego w Polsce Dydyński stanowi cenne i ważne ogniwo25. Nie stworzył on wprawdzie szkoły naukowej i nie pozostawił uczniów (wyjątkiem jest Feliks Szenwic, docent prawa rzymskiego Wolnej Wszechnicy Polskiej), ale jego wykłady przyczyniły się do wykształcenia wielu setek prawników, wśród których wielu – jak choćby Marceli Handelsman – dało dużo kulturze polskiej. Na swój sposób ten skromny i pracowity człowiek pasuje do ogólnego obrazu pozytywizmu warszawskiego.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Łódzkiego. Nauki Humanistyczno-Społeczne” 1968, seria 1, z. 59, s. 135–148.

1Dydyński T. [w:] PSB, t. VI, Kraków 1948, s. 48.

2Przygotowaniem do niej był wydany przez Dydyńskiego wykaz rękopisów justyniańskich – patrz niżej.

3Studiowało tam wielu przyszłych profesorów warszawskiego wydziału prawa, a aż pięciu spośród nich uzyskało tam doktorat – Miklaszewski, Dydyński, Okęcki, Józefowicz i Oczapowski. Tylko absolwenci uniwersytetu petersburskiego byli liczniejsi. Jeżeli do wymienionej piątki dodać tych, którzy studiowali krótko w Heidelbergu, sądzić można, że większość warszawskich profesorów prawa była związana z heidelberską wszechnicą. Patrz też J. Matejko, Profesorowie uczelni warszawskich, [w:] Społeczeństwo Królestwa Polskiego, t. I, Warszawa 1965, s. 175–198.

4Koschembahr-Łyskowski, Posner i inni piszący o Dydyńskim zgodnie stwierdzają, że słuchał on wykładów największego może romanisty drugiej połowy XIX w. Rudolfa Jheringa. Jednak, jak wynika z encyklopedii i słowników biograficznych, Jhering nigdy nie wykładał na uniwersytetach, na których studiował Dydyński. W okresie studiów Dydyńskiego był on profesorem prawa rzymskiego na uniwersytecie w Giessen. Nie wydaje się więc, aby nasz romanista miał z Jheringiem jakieś kontakty osobiste.

5Deutsche Allgemeine Biographie, Leipzig 1895, s. 479–482.

6Fragment z pamiętników Pawła Popiela odnoszący się do jego nominacji cytuje S. Borowski, Szkoła Główna Warszawska 1862–1869. Wydział Prawa i Administracji, Warszawa 1937, s. 55. Same pamiętniki Popiela zaginęły.

7J. Matejko, op. cit., s. 192.

8Ibidem, s. 197.

9A. Kraushar, Siedmiolecie Szkoły Głównej Warszawskiej 1862–1869, Warszawa 1883, s. 196–200.

10Ibidem.

11S. Posner, Teodorowi Dydyńskiemu Wspomnienie, „Gazeta Sądowa Warszawska” 1908, nr 27, R. 36, s. 433–436.

12Ibidem. Patrz też „Tygodnik Ilustrowany” 1921, nr 42 – wspomnienia pośmiertne o Dydyńskim oraz „Kurier Warszawski” 1921, nr 246, 6 IX – Śp. prof. dr Teodor Dydyński.

13„Kwartalnik Historyczny” 1905, s. 84–93 – obszerna i pozytywna recenzja Marcelego Chlamtacza z podręcznika historii prawa.

14T. Dydyński, Cesarz Hadryan. Studium historyczne, Warszawa 1899.

15Ibidem, s. 8.

16A. Honore, Gaius, Oxford 1962, passim. Por. L. Wenger, Die Quellen des Römischen Rechts, Wien 1953, s. 507 i nast.; H. F. Jolowicz, Historical Introduction to the study at Roman Law, Cambridge 1961, s. 397; W. Kunkel, Herkunft und sozial Stellung der römischen Juristen, Weimar 1952, s. 187.

17„Kraj” 1887, nr 52.

18E. Schräder, Prodromus Corporis Iuris Civilis, Berlin 1823.

19„Kwartalnik Historyczny” 1891, s. 661–664 – recenzja Leonarda Piętaka. Patrz recenzję H. Conrata w „Deutsche Literaturzeitung” 1891, nr 4 oraz recenzję Seckela w „Kritisches Vireteljahrschrift für Gesetzgebung Und Rechtswissenschaft” 1894, nr 2.

20T. Dydyński, op. cit., s. 207.

21Ibidem, s. 208.

22T. Dydyński, Historya źródeł prawa rzymskiego, Warszawa 1904, s. 6; por. S. Posner, op. cit.

23S. Askenazy, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 1905, s. 39 i nast.

24Archiwum Polskiej Akademii Nauk, Towarzystwo Naukowe Warszawskie, protokoły posiedzeń zarządu, t. X, k. 348. Patrz też t. VIII, k. 170 – Dydyński razem z Holewińskim, Krausharem i Miklaszewskim przedstawia na członka TNW młodego romanistę Bronisława Bonffuła.

25Ostatnio historią Wydziału Prawa Szkoły Głównej zajmował się W. Sobociński, Wydział Prawa i Administracji Szkoły Głównej Warszawskiej, „Roczniki Uniwersytetu Warszawskiego” 1964, t. V, z. 2, s. 11–44. Środowiskiem naukowym historyczno-prawnym Warszawy tych lat zajmował się J. Bardach, Nauka historii państwa i prawa w Królestwie Polskim doby Szkoły Głównej, ibidem, s. 105–145. Prace te nie poświęcają, niestety, Dydyńskiemu większej uwagi.

Józef Elsner

Urodzony 1 VI 1769 w Grodkowie na Śląsku. Kapelmistrz teatru we Lwowie i Teatru Narodowego w Warszawie; rektor powołanej przez Izbę Edukacji Publicznej Szkoły Głównej Muzyki (od 1820 – Konserwatorium Muzycznego przy UW); nauczyciel kontrapunktu i kompozycji.

Kompozytor, twórca licznych oper, symfonii, mszy i hymnów zgodnych z kanonem późnego klasycyzmu. Stworzył podwaliny pod naukowe ujęcie poprawnej deklamacji w języku polskim. Odznaczony Orderem św. Stanisława (1823); członek Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (od 1805).
Zmarł 18 IV 1854 w Warszawie.

Prace teoretyczne: Rozprawa o metryczności i rytmiczności języka polskiego, szczególniej o wierszach polskich we względzie muzycznym, Warszawa 1818; In wie weit ist die polnische Sprache zur Musik geeignet?, „Allgemeine Musikalische Zeitung” 1821.
Utwory muzyczne: Karol Wielki i Widukind, 1807; Żona po drodze, 1808; Król Łokietek, 1818; Męka Zbawiciela (oratorium), 1844.

A. Nowak-Romanowicz, Józef Elsner, Kraków 1957; Elsner J. [w:] PSB, t. VI, Kraków 1948, s. 235–237.

ALINA ŻÓRAWSKA-WITKOWSKA

JÓZEF ELSNER

1769–1854

 

Mistrz nie tylko Fryderyka Chopina

Józef Antoni Elsner, urodzony 1 czerwca 1769 roku w Grodkowie (Grottkau) na Śląsku Opolskim, a zmarły 18 kwietnia 1854 roku w Warszawie, to jedna z najwybitniejszych postaci w historii polskiej kultury muzycznej. Jego zasługi obejmują wyjątkowo szeroki zakres działań, choć w powszechnej świadomości funkcjonuje on głównie jako nauczyciel Fryderyka Chopina. Tymczasem Elsner był nie tylko pedagogiem, ale też kompozytorem, dyrygentem, wydawcą, teoretykiem, publicystą, organizatorem życia muzycznego, jedynym bodajże muzykiem, którego Uniwersytet Warszawski zaszczycił stanowiskiem i tytułem swego profesora. Kompozytorskie dokonania Elsnera uznane zostały już za jego życia, o czym świadczą liczne edycje dzieł w kraju i za granicą – Lwów, Warszawa, Poznań, Wrocław, Wiedeń, Paryż, Lipsk, Berlin, Offenbach, nadto zaś poświęcone mu leksykograficzne artykuły – Ernst Ludwig Gerber (1812), Carl Julius Adolph Hoffmann (1830), Gustaw Schilling (1835), obszerny biogram pióra Wojciecha Bogusławskiego (1823).

Elsner był śląskim Niemcem i pierwszych 30 lat życia spędził w środowisku niemieckim (pruskim, austriackim) – katolickim i usytuowanym na pograniczach narodowościowych i kulturowych. Kolejne etapy jego życia obejmują działalność w takich ośrodkach, jak: Grodków (1769–1781), Wrocław (1781–1789), Wiedeń (1789–1791), Brno (1791–1792), Lwów (1792–1799), Warszawa (1799–1854).

Grodków stanowił jedno z głównych miast kościelnego Księstwa Nyskiego, podlegał więc władzy biskupa wrocławskiego. Już w dzieciństwie zatem mógł Elsner słuchać w kościele parafialnym pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny polskich pieśni religijnych, a śpiewaną przez jego ojca pieśń Panie, kocham zacytował w Stabat Mater op. 93 (1848). Ojciec Elsnera, stolarz, grywał ponoć na harfie i budował rozmaite instrumenty muzyczne. Głównym jednak wówczas miejscem formowania się intelektu i talentu Elsnera była szkoła parafialna, na czele której stał wykształcony muzycznie rektor Johann Friedrich Spielvogel, kompozytor utworów religijnych.

Do Wrocławia, najważniejszego na Śląsku ośrodka muzycznego, Elsner przybył jako 12-latek. Wedle woli ojca miał się tam przygotować do stanu duchownego. Naukę rozpoczął w przyklasztornej szkole ojców dominikanów i na potrzeby ich kościoła pod wezwaniem św. Wojciecha komponował swoje pierwsze utwory religijne. W 1785 roku przeszedł do pojezuickiego gimnazjum św. Macieja, a następnie rozpoczął studia teologii katolickiej na Uniwersytecie Leopoldyńskim. Nie ukończył ich jednak i przeniósł się na studia medyczne. We Wrocławiu cały czas zajmował się przy tym nauką i uprawianiem muzyki – występował jako śpiewak i skrzypek w tamtejszych kościołach oraz podczas koncertów w Lübischer Garten, brał udział w wieczorach muzycznych u ewangelickiego pastora Tymoteusza Hermesa, udzielał prywatnych lekcji gry na skrzypcach. Szczególnie wdzięcznie wspominał kierownika kapeli oo. dominikanów Adalberta Drejritera (Dreirittnera). Związki z muzycznym środowiskiem Wrocławia podtrzymywał zresztą Elsner przez całe życie – m.in. współpracował z drukarnią Grass und Barth i z wydawnictwem Förstera, nawiązał stosunki z późniejszymi kapelmistrzami tamtejszej katedry – Josephem Ignazem Schnabelem i Bernardem Hahnem, a chórowi tejże poświęcił swą Missa festiva C-dur (1832).

Niewiele natomiast wiadomo o okresie, który Elsner spędził w Wiedniu, wówczas przecież muzycznej stolicy Europy i kuźni stylu określanego mianem dojrzałego klasycyzmu. Udał się tam jako stypendysta Grodkowa w celu studiowania medycyny, ale zamiarom tym przeszkodziła jego ciężka i długotrwała choroba. Oczywiście miał w Wiedniu „sposobność słyszenia muzycznych dzieł najpierwszych kompozytorów” – pewnie więc Josepha Haydna, Wolfganga Amadeusa Mozarta, Antonia Salieriego i wielu innych, na pewno zaś wtedy właśnie „postanowił raz na zawsze poświęcić się muzyce i już nigdy onej nie odstępować”1. Co jednak zastanawia, Elsner okres ten w swym Sumariuszu w zasadzie przemilcza.

Jesienią 1791 roku Elsner wyjechał do Brna, gdyż tam otrzymał posadę skrzypka w orkiestrze teatru niemieckiego. Udzielał też prywatnych lekcji muzyki, komponował muzykę taneczną. Jednak inny przedsiębiorca teatralny – Franz Heinrich Bulla, który we Lwowie i w Warszawie prowadził teatr niemiecki, zaproponował mu przystąpienie do swego zespołu. Był to moment zwrotny w życiu Elsnera, o czym po latach pisał: „Nie miałem nigdy zamiaru jechania do Polski, tym mniej zamieszkania w tym kraju, słowem, stania się tamże krajowcem i następnie rozwinięcia działalności artysty. W najmłodszych jeszcze latach słyszałem mego ojca mawiającego, i to z niejakim przyciskiem, przysłowie: Mein Söhnchen, in Polen ist nichts zu holen! – które tak wielkie na mnie uczyniło wrażenie, żem się zupełnie nie przykładał do polskiego języka, będąc studentem teologii w uniwersytecie eks-jezuitów we Wrocławiu, gdzie z rozkazu królewskiego nauczano tego języka, a nawet z tego powodu uchyliłem się od życzenia rodziców moich wstąpienia do stanu duchownego i przeszedłem na medycynę. Gdybym był mógł przeczuć i przewidzieć zmianę losu mego, [...] byłbym niezawodnie gruntownie się nauczył polskiego języka”2.

We Lwowie Elsner początkowo działał jako kapelmistrz zespołu Bulli, dla którego skomponował w roku 1795 swe pierwsze singspiele, zresztą wysoko ocenione w miejscowym środowisku – Ibrahim und Abdullah oraz Der verkleidete Sultan, dyrygował też m.in. operami Mozarta – Figaros Hochzeit, Die Zauberflöte, Don Juan. Po zamknięciu teatru Bulli, wiosną 1796 roku, Elsner zamierzał wybrać się w edukacyjną podróż muzyczną po Europie, ale z braku środków finansowych musiał z tego pomysłu zrezygnować. Latem 1796 roku zainaugurował więc we Lwowie serię cotygodniowych, piątkowych koncertów subskrypcyjnych (tzw. akademii muzycznych), adresowanych do miejscowej elity, w których programie umieszczał utwory własne oraz kompozytorów ze środowiska wiedeńskiego – J. Haydna, W. A. Mozarta, Karla Dittersa von Dittersdorf, Adalberta Gyrowetza, Ignaza Pleyela. Jesienią 1796 roku Wojciech Bogusławski przejął lwowską antrepryzę teatralną i zaprosił Elsnera do współpracy, proponując mu komponowanie muzyki do swych dzieł. Na obiekcje muzyka, nie dość jeszcze biegłego w języku polskim, Bogusławski miał odpowiedzieć: „Da się to jakoś zrobić, byleś pan zechciał” i pomagał mu, tłumacząc teksty swych librett3. Tak w latach 1796–1797 powstały pierwsze polskie kompozycje sceniczne Elsnera – melodramat Izkahar, król Guaxary oraz opera heroiczno-komiczna Herminia, czyli Amazonki. Bogusławski szczycił się później: „Chlubną zawsze będzie dla mnie pamiątką: że założenie opery polskiej; przyswojenie narodowi J. Pana Elsnera [...] do czasów mojego sceną ojczystą zarządu należeć będą”4.

Kiedy latem 1799 roku Bogusławski zakończył swą działalność we Lwowie i przeniósł się do Warszawy, to zabrał też ze sobą Elsnera. I właśnie z tym miastem związał Elsner wszystkie swe ambicje zawodowe, pracując na jego rzecz przez resztę życia i ponoć odrzucając kuszące oferty pracy w cesarskich orkiestrach Wiednia i Paryża. W Warszawie Bogusławski zaangażował go w 1799 roku jako dyrektora muzycznego w Teatrze Narodowym. Elsner musiał wtedy odtworzyć zespół operowy i zorganizować chór, udzielając przy tym artystom stosownych nauk. Do jego najzdolniejszych uczennic należały wówczas Karolina Stefani, Zofia Petrasch-Dmuszewska, Konstancja Pięknowska-Dmuszewska i Karolina Drozdowska, którą poślubił w 1802 roku.

Operą warszawską kierował Elsner do roku 1824, kiedy to wskutek interwencji rywalizującego z nim Karola Kurpińskiego, drugiego dyrektora muzycznego opery, z posady tej został zwolniony. Dla Teatru Narodowego komponował Elsner muzykę do dzieł zarówno czysto rozrywkowych (te zresztą w jego dorobku przeważały) – np. komedioopera Siedem razy jeden (1804, libretto Ludwik Adam Dmuszewski), jak i wielce patriotycznych – dramat Rzym oswobodzony, czyli Powrót wojowników (1809, tekst Franciszek Wężyk). Wizyty w Teatrze Narodowym kolejnych władców uświetniał stosownymi dziełami: na cześć cesarza Napoleona skomponował operę seria Andromeda (1807, libretto Ludwik Osiński), dla księcia warszawskiego Fryderyka Augusta napisał muzykę do melodramatu Karol Wielki i Witykind (1807, libretto Tekla Łubieńska), sprzyjającemu politycznym ambicjom Polaków carowi Aleksandrowi I oddał hołd w operze komicznej Król Łokietek, czyli Wiśliczanki (1818, libretto Dmuszewski).

Tak czy inaczej, przez ponad 30 lat (1799–1831) stanowił Elsner rodzaj „muzycznej instytucji” Warszawy, a jedyni muzycy, którzy z czasem i przy poparciu odnośnych instancji politycznych byli w stanie podważyć jego pozycję, to Karol Kurpiński i Carlo Soliva.

Podsumowując zasługi Elsnera dla polskiej kultury muzycznej, należy wyodrębnić kilka obszarów jego działalności.

1. Był Elsner niezwykle płodnym kompozytorem i uprawiał wszystkie bodajże ówczesne gatunki muzyki świeckiej i religijnej, gorliwie odpowiadając na składane mu zamówienia i potrzeby odbiorców. W początkach swej kariery skoncentrował się więc na utworach instrumentalnych – symfonie, koncerty, muzyka kameralna, muzyka redutowa. Dla teatru najpierw lwowskiego, a następnie warszawskiego stworzył ok. 30 dzieł, prezentujących różne odmiany opery, komponował też muzykę do dramatów oraz baletów. Dla Kościoła katolickiego napisał ok. 140 utworów, w tym msze z tekstem łacińskim i polskim, nieszpory, różnorodne motety, graduały i offertoria, opracowania hymnu Te Deum czy wreszcie swe opus vitae, oratorium Passio Domini Nostri Jesu Christi (1838). Tworzył też świeckie pieśni solowe i chóralne, wśród nich co najmniej 25 pieśni wolnomularskich (Elsner był członkiem kilku lóż masońskich, m.in. Świątyni Mądrości/Stałości), komponował miniatury fortepianowe, będące stylizacją polskich tańców ludowych – polonezy, mazurki, krakowiaki, produkował rozliczne kantaty okolicznościowe, w tym kantatę na wyjazd Fryderyka Chopina z kraju. Kompozytorski styl Elsnera odznacza się solidnym warsztatem, choć – jak zwykle w momentach stylistycznie przełomowych – tu przełom klasycyzmu i romantyzmu, jest to styl eklektyczny, czerpiący z wielu źródeł, przede wszystkim jednak z dorobku klasyków wiedeńskich. Szczególnie podkreślić należy wpływy Ludwiga van Beethovena, wcale nie tak oczywiste w świetle ówczesnej jego recepcji, a widoczne w takich utworach Elsnera, jak: Missa solenna C-dur (skomponowana w 1829 roku z okazji koronacji cara Mikołaja I na króla Polski) i Passio Domini Nostri Jesu Christi (1838).

Kompozytor absorbował też jednak i rozwijał polski styl narodowy. Widoczny jest on w jego operach – tu koronnym przykładem służy Król Łokietek czyli Wiśliczanki, oparty w znacznej mierze na melodiach popularnych i ludowych oraz na ich stylizacjach. Szczególną popularność zyskał pochodzący z tej opery mazurek Parobczaki od Połańca, wykorzystany w 1829 roku przez Niccolò Paganiniego jako temat do wariacji włączonych później jako cz. III do jego Sonaty Varsavia na skrzypce i orkiestrę, a w 1857 roku notowany przez Oskara Kolberga już jako własność ludu mazowieckiego. Styl narodowy rozwijał też Elsner w tzw. mszach polskich (do tekstów Kazimierza Brodzińskiego, Alojzego Felińskiego i Franciszka Morawskiego), przeznaczonych do wykonania w kościołach parafialnych i muzycznie celowo uproszczonych.

Tak więc stworzył Elsner, ów śląski Niemiec, pomost pomiędzy wcześniejszą twórczością polską a mistrzowskimi dokonaniami Chopina i Moniuszki. Dziś szczególnie wysoko oceniana jest religijna twórczość Elsnera i to właśnie do niej sięgają coraz to liczniejsi badacze, wydawcy i wykonawcy jego dzieł. Pilnym jednak zadaniem staje się eksploracja dramatycznych dzieł kompozytora, uwzględniająca przy tym ich kulturowy i polityczny kontekst.

2. Jako muzyczny dyrektor Teatru Narodowego przez ćwierć wieku decydował Elsner o wyborze prezentowanego tam repertuaru, dyrygował spektaklami, uczył śpiewaków ich partii, pracował z orkiestrą. Trudno zliczyć dziesiątki dzieł przezeń przygotowanych – oper polskich, włoskich, francuskich i niemieckich, wśród których umieszczał najważniejsze dokonania europejskie i narodowe.

3. Elsner założył i w latach 1803–1805 prowadził pierwszą w dziejach Warszawy sztycharnię nut, w której publikował pierwszy w Polsce miesięcznik nutowy, zatytułowany „Wybór Pięknych Dzieł Muzycznych i Pieśni Polskich”. Wydał 24 numery z utworami kompozytorów krajowych – m.in. Michała Kleofasa Ogińskiego, Macieja Kamieńskiego, Antoniego Weinerta i własnymi. Celem Elsnera było publikowanie muzyki, „jakiej z żadnej zagranicznej sztychami, ani magazynów, mieć [nabywca] nie może”. Proponował więc „najpiękniejsze polonezy, [...] arie, duetta i inne śpiewy z oper polskich, tak oryginalnych, jako z obcych języków przerabianych”5.

4. Jako publicysta współpracował Elsner w latach 1802–1825 z czasopismami polskimi – „Gazeta Warszawska”, „Gazeta Korespondenta Warszawskiego i Zagranicznego”, „Pamiętnik Warszawski”, a w latach 1811–1821 jego teksty zamieszczała lipska „Allgemeine Musikalische Zeitung”, najbardziej bodaj renomowane europejskie pismo muzyczne, na którego łamach ukazało się anonimowo 25 tekstów, w tym tak duże artykuły, jak Die Oper der PolenGeschichte des polnischen National-Theaters in Warschau (oba w 1812) czy In wie weit ist die polnische Sprache zur Musik geeignet? (1821, przedruk z „Der Freimüthige” 1803). Także w tym wypadku motywacją Elsnera była chęć zaprezentowania Europie Zachodniej dorobku polskiej kultury muzycznej, tam całkowicie nieznanej. Język polski zaś uznał Elsner za szczególnie zdatny do muzyki i niewiele ustępujący przodującemu w tym względzie językowi włoskiemu.

5. Elsner opublikował jakże cenne i jedyne w tym rodzaju na gruncie polskim rozprawy naukowe – Rozprawa o metryczności i rytmiczności języka polskiego, szczególniej o wierszach polskich we względzie muzycznym (Warszawa 1818), O muzyce w ogólności („Astrea” 1825, t. V), Rozprawa o melodii i śpiewie (fragmenty w: „Biblioteka Warszawska” 1846). Był też autorem tak potrzebnych u nas podręczników muzycznych – Krótko zebrana nauka generałbasu (1807, rękopis), Początki muzyki, a szczególniej śpiewania (Warszawa 1818–1821), Szkoła śpiewu (Warszawa 1834). Nadto pozostawił po sobie, ogromnie przydatny badaczom epoki i jego twórczości, rodzaj pamiętnika – Sumariusz moich utworów muzycznych (pisany po niemiecku w latach 1840–1849 i wydany w polskim tłumaczeniu Kazimierza Lubomirskiego z 1855 roku, Kraków 1957). Elsner gromadził materiały do historii muzyki polskiej i do słownika muzyków polskich, prace te jednak nie ukazały się drukiem (rękopiśmienna wersja leksykonu z 1809 roku zaginęła). Słusznie więc możemy go uważać za prekursora warszawskiej muzykologii, która oficjalnie powstała na Uniwersytecie Warszawskim dopiero w roku 1948.

6. Elsner był aktywnym członkiem rozmaitych towarzystw i organizacji – od roku 1805 Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk i Resursy Muzycznej, od 1814 roku powołanego przezeń do życia Towarzystwa Muzyki Kościelnej i Narodowej. Należał do kilku lóż masońskich, zaliczono go (i jego rodzinę) w poczet konfratrów zakonu oo. paulinów.

7. Last but not least, przez całe swe zawodowe życie był Elsner pedagogiem. Wśród jego uczniów byli nie tylko liczni amatorzy, ale też tak zasłużeni dla muzycznej kultury kraju kompozytorzy, jak Fryderyk Chopin, Ignacy Feliks Dobrzyński, Tomasz Nidecki, Józef Nowakowski, Józef Krogulski, August Freyer, Józef Stefani, Józef Sikorski, Oskar Kolberg. Stał się wręcz Elsner twórcą warszawskiej szkoły kompozytorskiej, której linię można wywieść od niego i doprowadzić do dnia dzisiejszego6. Jego bezpośredni uczeń August Freyer był bowiem nauczycielem Stanisława Moniuszki, u którego kształcił się Zygmunt Noskowski, ten zaś udzielał lekcji Karolowi Szymanowskiemu, mistrzowi Piotra Perkowskiego, z kolei nauczyciela m.in. takich kompozytorów, jak Tadeusz Baird, Zbigniew Rudziński czy Piotr Moss. W każdym razie w roku 1841 niemiecki muzyk Hieronim Truhn stwierdził: „Trudno spotkać tutaj [w Warszawie] cieszącego się uznaniem muzyka, który by nie studiował pod kierunkiem pana Elsnera. Kocha on swych uczniów, a ci mówią o nim z zachwytem i całują ramię starego mistrza, zgodnie z polskim obyczajem”7.

Także Fryderyk Chopin, najwybitniejszy uczeń Elsnera, miał dla swego mistrza szczególny respekt i wdzięczność, cenił jego wiedzę i talent, czego wyrazy dawał przez całe swe życie. Zadedykował mu młodzieńczą Sonatę c-moll na fortepian op. 4 (1827/1828), a do utworów skomponowanych przezeń pod czujnym okiem Elsnera w czasie studiów w uniwersyteckiej Szkole Głównej Muzyki (1826–1829) należą: fortepianowe Rondo à la Mazur op. 5 (1826/1827), przeznaczone na fortepian i orkiestrę Wariacje na temat ‘La ci darem la mano’ Mozarta op. 2 (1827), Rondo à la Krakowiak op. 14 (1828/1829) oraz Fantazja na tematy polskie op. 13 (1828/1829), nadto zaś Trio fortepianowe op. 8 (1828/1829). Kiedy w Wiedniu w 1829 roku tamtejsza prasa dziwiła się umiejętnościom Chopina zdobytym przezeń w prowincjonalnej Warszawie, ten odpowiedział: „z panem Żywnym [Józefem, pierwszym nauczycielem Fryderyka] i Elsnerem największy osioł by się nauczył”8. Rok później Chopin wyznał: „Jakkolwiek nic nie jestem, ale [...] gdybym był się od Elsnera nie uczył, który mi umiał do przekonania przemówić, pewno bym mniej jeszcze umiał jak dzisiaj”9.

O tym, jak Elsner przemawiał do przekonania swego ukochanego ucznia i jaką miał metodę dydaktyczną, dowiadujemy się z jego listu do Fryderyka: „W nauce kompozycji nie należy podawać przepisów, szczególniej uczniom, których zdolności są widoczne; niech sami je wynajdą, by mogli niekiedy sami siebie przewyższyć, niech mają środki znalezienia tego, czego jeszcze nie znaleziono. W mechanizmie sztuki [...] nie tylko trzeba, żeby uczeń zrównał się z mistrzem swoim i przeszedł go, ale żeby jeszcze miał i coś własnego, czym by także mógł świetnieć”10. Dydaktyczną metodę Elsnera celnie podsumował Ferenc Liszt, pisząc, iż Elsner przekazał Chopinowi „umiejętność najtrudniejszą, najrzadziej posiadaną: stawiać sobie samemu zawsze wysokie wymagania i zdawać sobie samemu sprawę z korzyści osiągalnych jedynie dzięki cierpliwości i pracy”11.

Elsner jako profesor najpierw Konserwatorium, a następnie Szkoły Głównej Muzyki należał do społeczności Uniwersytetu Warszawskiego. Jego związki z tą uczelnią trwały zaledwie 10 lat, ale były to lata niezwykle ważne dla naszej kultury muzycznej. Od początku swego pobytu w Warszawie Elsner miał ambicję zorganizowania nieistniejącego tu wcześniej profesjonalnego szkolnictwa muzycznego. Już w roku 1808 opracował projekt szkoły śpiewu przy Teatrze Narodowym. Szkołę taką, czyli Szkołę Dramatyczną, Bogusławski stworzył jednak dopiero w 1811 roku. Stała się ona zaczątkiem publicznego szkolnictwa muzycznego, stale przekształcanego i doskonalonego przez Elsnera. On sam uczył w niej dopiero od roku 1815. W 1817 roku przekształcił ją w czteroletnią Szkołę Muzyki i Sztuki Dramatycznej, złożoną ze Szkoły Elementarnej i Wyższej Szkoły Głównej. Jednak już w 1818 roku w prasie warszawskiej ukazał się tekst, prawdopodobnie jego pióra lub przez niego inspirowany, postulujący utworzenie szkoły muzycznej, wzorowanej na Konserwatorium paryskim12. W grudniu 1818 roku Elsner podzielił w każdym razie Szkołę na dwuletnią Szkołę Elementarną Muzyki i dwuletnią Szkołę Dramatyczną, które od października 1820 roku funkcjonowały w byłym klasztorze sióstr bernardynek, usytuowanym przy zbiegu ulic Mariensztat i Krakowskie Przedmieście, a więc tuż obok kościoła św. Anny. Szkoły owe podlegały zarządowi Teatru Narodowego, a na ich czele stał Elsner jako rektor. Pragnieniem jego było jednak „oddzielenie szkoły muzycznej od kulis teatralnych”13, do czego częściowo udało mu się doprowadzić w kwietniu 1821 roku. Wtedy to dzięki jego staraniom powstała Szkoła Muzyki (Szkoła Muzyczna), częściej wszak zwana Instytutem Muzyki i Deklamacji, czyli Konserwatorium. Formalnie ulokowana była przy Oddziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego, a podlegała zarówno Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (edukacja muzyczna), jak też Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji (edukacja w zakresie sztuki dramatycznej). Instytut ów, czyli Konserwatorium, miał strukturę trzypoziomową i składał się: 1. z dawnej Szkoły Elementarnej Muzyki, 2. czteroletniego Konserwatorium z dwoma wydziałami: Muzycznym i Dramatycznym oraz 3. Oddziału Muzyki (in. Szkoły Muzyki, Szkoły Muzycznej) ulokowanego przy Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego14. Rektorem Instytutu Muzyki i Deklamacji, czyli Konserwatorium, był oczywiście Elsner, który jako jedyny z grona pedagogicznego otrzymał 20 kwietnia 1821 roku nominację na tymczasowego profesora muzyki „we względzie estetycznym i kompozycji praktycznej” i przy tym kierownika Oddziału Muzyki, działającego w ramach Uniwersytetu. Kolejny uniwersytecki awans Elsnera nastąpił 12 sierpnia 1824 roku, kiedy to przyznano mu patent na profesora zwyczajnego uczelni, jako wykładowcy kompozycji, czyli „teorii muzyki, jenerał-basu i kompozycji we względzie gramatycznym, retorycznym i estetycznym”15. Zatem od jesieni 1824 roku aż do zamknięcia uczelni w listopadzie 1831 roku nazwisko Elsnera pojawiało się w dorocznie publikowanym wykazie wykładów na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim (Index Praelectionum in Universitate Literarum Regia Varsaviensis) i opatrzone było adnotacją: „Josephus Elsner Prof. P. Ord. explicabit Theoriam compositionis musicae altera quoque hebdomadae die Jovis hora 12–1. Compositionem vero musico practicam tradet in Conservatorio musico diebus Lunae, Mercurii et Veneris hora 4–6”. Tak więc Elsner miał w czwartki godzinę zajęć z zakresu teorii kompozycji muzycznej, wykładanej w audytorium Uniwersytetu, natomiast praktycznej kompozycji muzycznej nauczał w poniedziałki, środy i piątki w godz. 14–16, a więc przez sześć godzin tygodniowo, w budynku Konserwatorium (dawny klasztor bernardynek).

Struktura oraz administracyjne i finansowe uwarunkowania Konserwatorium były wielce zawiłe, wręcz mętne. Przyłączenie wchodzącej w jego skład Szkoły Muzyki do Uniwersytetu nastąpiło zresztą wbrew zdecydowanym protestom tegoż. Rada Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych, a następnie Rada Uniwersytetu uznały ów alians za „nieprzyzwoity i szkodliwy”16, a dziekan Feliks Bentkowski prosił, by uwolnić go od „wszelkich stosunków” z rektorem, nauczycielami i uczniami Szkoły Muzycznej, sprzeciwił się też mianowaniu Elsnera profesorem i wręcz groził swą dymisją. Dramatycznie przy tym Bentkowski zapytywał: „Który z profesorów zechce prelekcje wykładać, gdy mu nad uchem profesorowie i uczniowie szkoły muzycznej nieustannie trąbić będą”17. Sądzić przy tym można, że główną, choć nieujawnianą oficjalnie przyczyną tego sprzeciwu było uprzedzenie uniwersyteckiej profesury wobec muzyków jako grupy zawodowej dopiero co wyzwolonej ze statusu służby, choć już ambitnie aspirującej do grona inteligencji. Konsensus uzyskano dzięki podtrzymaniu dotychczasowego podziału zajęć: nauka kompozycji „we względzie gramatycznym, retorycznym i estetycznym” nadal odbywała się w murach Uniwersytetu, zajęcia zaś zagrażające naukowemu skupieniu profesorów uczelni, tj. lekcje kompozycji „we względzie praktycznym”, nauka śpiewu i gry na instrumentach miały miejsce w Konserwatorium. Poważną przy tym niekonsekwencją organizacyjno-formalną było postanowienie, iż realizowany na Uniwersytecie trzyletni kurs kompozycji nie dawał swym absolwentom dyplomu tej uczelni.

Na tym jednak nie zakończyły się perturbacje organizacyjne. W roku 1826 wskutek personalnych i kompetencyjnych tarć między Elsnerem a sprowadzonym do Konserwatorium z Włoch nauczycielem śpiewu Carlem Solivą nastąpiło całkowite wydzielenie ze struktury Konserwatorium (stało się ono teraz de facto szkołą dramatyczną i śpiewu, uwzględniającą przy tym nauczanie gry na instrumentach na poziomie elementarnym i średnim) Szkoły Głównej Muzyki (wcześniej Szkoła Muzyki, Szkoła Muzyczna czy też Oddział Muzyki przy Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych Uniwersytetu), której rektorem został znów Elsner, przy tym nadal profesor wykładanej na Uniwersytecie „teorii muzyki, jenerał-basu i kompozycji uważanych we względzie gramatycznym, retorycznym i estetycznym”. Uczelnia dopuściła też jednak w swe mury „lekcje śpiewu wyższego dla ochoczych uczniów Uniwersytetu” (pięć godzin tygodniowo, uczył Wincenty Kratzer). Otwarcie Szkoły Głównej Muzyki nastąpiło 22 września 1826 roku, a jej działalność zakończyła się 19 listopada 1831 roku, a więc po upadku powstania listopadowego i w związku z zamknięciem Uniwersytetu18. Studentami tej właśnie szkoły była większość spośród wspomnianych wcześniej prominentnych kompozytorów i działaczy muzycznych.

Później, tj. w latach 1835–1839, Elsner prowadził jeszcze „wyższe kształcenie głosu” w kierowanej przez Karola Kurpińskiego Szkole Śpiewu przy Teatrze Wielkim, a w latach czterdziestych uczył śpiewu w Instytucie Guwernantek.

W lutym 1845 roku po ataku apoplektycznym Elsner doznał częściowego paraliżu. Usunął się wtedy w cień życia prywatnego, przebywając w swym mająteczku Elsnerowie (Elsnerówce) k. Warszawy (za Pragą). Dożył tzw. pięknego wieku i zmarł, licząc sobie 85 lat. Podczas mszy żałobnej artyści Teatru Wielkiego wykonali Requiem Mozarta. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim.

Choć niejeden raz wypominano Elsnerowi jego obce pochodzenie, to do tego stopnia zasymilował się on w Polsce, że – jak pisał cytowany wcześniej Truhn – „żadną miarą nie zamieniłby Warszawy na inne miejsce pobytu. Jest on z duszy i ciała Polakiem i zapewne lepszym od tysięcy innych Polaków z urodzenia”19. Stanisław Moniuszko zadedykował Elsnerowi swój I Kwartet smyczkowy d-moll (1839), pisząc: „Komu najsłuszniej, jeżeli nie pierwszemu założycielowi muzyki naszej krajowej, należy się hołd każdego jej zwolennika?”. Także Ferdynand Hoesick uznał, iż „w dziejach naszej muzyki narodowej prawdziwa nowa epoka rozpoczyna się dopiero z przybyciem Elsnera w roku 1799 do Warszawy; [...] on jest ojcem duchowym całego pokolenia muzyków polskich, pokolenia, które muzykę naszą po raz pierwszy wprowadziło do świątyni muzyki powszechnej, europejskiej, i wyjednało tam miejsce dla niej zaszczytne, wcale nie jedno z ostatnich”20. Z opiniami tymi w znacznej mierze należy się nam dziś zgodzić.

Wybrana literatura

 

Bieliński J., Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t.1, Warszawa 1907; t. III, Warszawa 1912.

Bogusławski W., Dzieje Teatru Narodowego, Warszawa 1820.

Bogusławski W., Dzieła dramatyczne, t. VII, Warszawa 1823.

Chodkowski A., Tradycja i postęp w twórczości warszawskiego środowiska kompozytorskiego, [w:] Kultura muzyczna Warszawy drugiej połowy XIX wieku, red. A. Spóz, Warszawa 1980, s. 183–192.

J. Elsner, Sumariusz moich utworów muzycznych, oprac. A. Nowa-Romanowicz, Kraków 1957.

Gerber E. L., Neues historisch-biografisches Lexikon der Tonkünstler, t. II, Leipzig 1812.

Gołąb M., Studia Fryderyka Chopina w Szkole Głównej Muzyki Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego (1826–1829), [w:] Kultura artystyczna Uniwersytetu Warszawskiego, red. J. Miziołek, Warszawa 2003, s. 143–152.

Helman Z., Carlo Soliva i jego kontakty z Fryderykiem Chopinem, w druku.

Hoesick F., Józef Elsner i pierwsze Konserwatorium w Warszawie. (Z papierów i pamiątek po Elsnerze), „Biblioteka Warszawska” 1900, t. III.

Hoffmann C. J. A., Die Tonkünstler Schlesiens, Breslau 1830.

Józef Elsner (1769–1854). Życie – działalność – epoka, red. R. Pośpiech, Opole 2013.

Korespondencja Fryderyka Chopina, t. I, oprac. B. E. Sydow, Warszawa 1955.

Korespondencja Fryderyka Chopina, t. I: 1816–1831, oprac. Z. Helman, Z. Skowron, H. Wróblewska-Straus, Warszawa 2009.

Liszt F., Fryderyk Chopin, tłum. M. Traczewska, Kraków 1960.

Nowak-Romanowicz A., Józef Elsner, t. I–II, Kraków 1957.

Nowakowski E., cykl artykułów w: „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 1891, nr 399, 407, 412, 413.

Nowik W., Relacje pomiędzy Józefem Elsnerem a Fryderykiem Chopinem w świetle korespondencji, [w:] Muzyka wobec tradycji. Idee – dzieło – recepcja, red. S. Paczkowski, Warszawa 2004, s. 443–453.

Pośpiech R., Msze polskie Józefa Elsnera (1769–1854) ze zbiorów jasnogórskich, [w:] Donum natalicum. Studia Thaddaeo Przybylski octogenario dedicata, red. Z. Fabiańska, A. Jarzębska, A. Sitarz, Kraków 2007, s. 131–147.

Pośpiech R., Twórczość Józefa Elsnera (1769–1854) w badaniach muzykologicznych i nagraniach fonograficznych na przełomie XX i XXI stulecia, [w:] Kultura muzyczna na Śląsku, red. M. Bieda, H. Bias, Katowice 2011, s. 237–251.

Schilling G., Encyclopädie der gesammten musikalischen Wissenschaften, t. II, Stuttgart 1835.

Żórawska-Witkowska A., Historia w operze, czyli postacie władców w operach „Jadwiga królowa polska” Karola Kurpińskiego (1814) oraz „Król Łokietek” Józefa Elsnera (1818), „Muzyka” 2005, 50, nr 3, s. 57–88.

SECT-ID LINK

1W. Bogusławski, Dzieła dramatyczne, t. VII, Warszawa 1823, s. 23.

2J. Elsner, Sumariusz moich utworów muzycznych, oprac. A. Nowa-Romanowicz, Kraków 1957, s. 93.

3Ibidem, 101–102.

4W. Bogusławski, Dzieje Teatru Narodowego, Warszawa 1820, s. 236.

5„Gazeta Warszawska” 1803, nr 10, s. 151–152.

6A. Chodkowski, Tradycja i postęp w twórczości warszawskiego środowiska kompozytorskiego, [w:] Kultura muzyczna Warszawy drugiej połowy XIX wieku, red. A. Spóz, Warszawa 1980, s. 187–192.

7„Neue Zeitschrift für Musik” 1841, nr 19–22, cyt. za: A. Nowak-Romanowicz, Wstęp, [w:] J. Elsner, Sumariusz..., op. cit.

8[List Chopina do rodziny, 19 VIII 1829], [w:] Korespondencja Fryderyka Chopina, t. I, 1816–1831, oprac. Z. Helman, Z. Skowron, H. Wróblewska-Straus, Warszawa 2009, s. 282.

9[List do Tytusa Woyciechowskiego, 10 IV 1830], [w:] ibidem, s. 348.

10[List z 27 XI 1831], [w:] Korespondencja Fryderyka Chopina, t. I, oprac. B. E. Sydow, Warszawa 1955, s. 197.

11F. Liszt, Fryderyk Chopin, tłum. M. Traczewska, Kraków 1960, s. 141.

12„Gazeta Korespondenta” 1818, nr 51, s. 1198–1199.

13J. Elsner, Sumariusz..., op. cit., s. 192.

14Z. Helman, Carlo Soliva i jego kontakty z Fryderykiem Chopinem (w druku).

15J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. I, Warszawa 1907, s. 760; t. III, Warszawa 1912, s. 692.

16J. Bieliński, op. cit., t. I, s. 762.

17J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 690.

18E. Nowakowski, cykl artykułów w: „Echo Muzyczne, Teatralne i Artystyczne” 1891, nr 399, 407, 412, 413; tutaj: nr 413, s. 440.

19Cyt. za: A. Nowak-Romanowicz, Wstęp, op. cit, s. 10.

20F. Hoesick, Józef Elsner i pierwsze Konserwatorium w Warszawie. (Z papierów i pamiątek po Elsnerze), „Biblioteka Warszawska” 1900, t. III, s. 6.

Karol Estreicher

Urodzony 22 XI 1827 w Krakowie. Studia filozoficzne i prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zastępca dyrektora biblioteki Szkoły Głównej (od 1862); doktorat w Szkole Głównej (1867); kierownik Katedry Bibliografii w Szkole Głównej (1865–1868), dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej (1868–1905).

Bibliotekarz, bibliograf. Zasłużył się opracowaniem niemal kompletnej bibliografii druków polskich, a także rozbudową i skatalogowaniem księgozbioru Biblioteki Jagiellońskiej.
Współtwórca Akademii Umiejętności i jej członek czynny (od 1872), przewodniczący Komisji Bibliograficznej AU (1873–1888), członek Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, członek honorowy Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
Zmarł 30 IX 1908 w Krakowie.

Bibliografia polska (t. I–XXII), Kraków 1872–1908; Bibliografia polska XIX wieku (t. I–XIV), Kraków 1906–1916.

A. Birkenmajer, Karol Estreicher i jego znaczenie, [w:] Portrety uczonych polskich, wybór A. Biernacki, Kraków 1974, s. 159–165; Estreicher K. [w:] Uczeni polscy XIX i XX stulecia, red. A. Śródka, Warszawa 1997, t. I, s. 451–453; Estreicher K. [w:] PSB, t. VI, Kraków 1948, s. 309–312.

ALEKSANDER BIRKENMAJER

KAROL ESTREICHER*

1827–1908

 

Wbrew może pozorom, nie tak to łatwo w odmierzonym czasie przedstawić życie, działalność i znaczenie Karola Estreichera. Bo choć pokrótce można by powiedzieć, że większa część jego przeszło 80-letniego życia upłynęła mu w tym mało efektownym i często u nas lekceważonym zawodzie, jaki sam sobie wybrał w roku 1862, a dalej, że jego działalność głównie się skupiała w kierowanej przezeń Bibliotece i przy jego osobistym warsztacie bibliograficznym, a wreszcie, że jego znaczenie dla naszej nauki zasadza się przede wszystkim na jego imponującej Bibliografii polskiej – to te trzy stwierdzenia, mimo że prawdziwe, bynajmniej nie wyczerpują jego niezwykłej indywidualności ani też dziedzin, w których się ona ujawniła społeczeństwu. Nie był to bowiem bibliotekarz po uszy zagrzebany w książkach ani też bibliograf uprawiający swoją specjalność dla niej samej; był to człowiek żywy, mocno tkwiący w swojej współczesności, dotrzymujący kroku jej przemianom, a przeto młodzieńczy sercem i umysłem aż po biologiczną starość.

Urodził się w roku 1827 w rodzinie o różnorodnych zdolnościach, zainteresowaniach i przymiotach. Jego dziad, Dominik, ściągnięty do Polski przez Hugona Kołłątaja, pierwszy z tej rodziny związał swe losy z losami Uniwersytetu Jagiellońskiego, choć po trzecim rozbiorze musiał z niego ustąpić; warto może pamiętać, że oprócz sztuki malarskiej, której nauczał w Szkole Głównej Koronnej, zajmował się przekładami włoskich komedii na użytek miejscowego teatru, do czego jeszcze powrócę. O jego synu Alojzym pisze biograf, że z domu rodzinnego wyniósł umiłowanie pracy; nie dziwota tedy, że przekazał je swemu z kolei synowi, właśnie Karolowi, u którego ta niestrudzona pracowitość jest cechą dominującą i godną najwyższego podziwu. Ale wypada również wspomnieć, że tenże Alojzy Estreicher, choć przyrodnik i głównie zasłużony dla uniwersyteckiego ogrodu botanicznego, parał się też bibliografią, przesyłając swym zagranicznym korespondentom wykazy polskiej literatury z zakresu ogrodnictwa, gospodarstwa wiejskiego, górnictwa, mineralogii, zoologii i medycyny. Nawiązując do tego faktu, już przed trzydziestu laty Jan Muszkowski brał pod uwagę możliwość, że Karol Estreicher odziedziczył po swym ojcu również i żyłkę bibliograficzną.

Prawdziwe jednak korzenie Bibliografii polskiej Karola Estreichera sięgały o wiele głębiej. Był on dzieckiem i dziedzicem okresu, w którym poszukiwaniami bibliograficznymi zajmowano się u nas tak powszechnie, jak nigdy przedtem, a rzadko kiedy potem. Mówię to o okresie między trzecim rozbiorem a powstaniem listopadowym i chcę w nim uwypuklić dwa zjawiska dziejowe. Jedno z nich dotyczy ówczesnej historii naszych bibliotek i streszcza się w tym, że wśród nich bardzo ważne miejsce zajęły wielkie księgozbiory prywatne, których powstanie lub też wydatne pomnożenie stanowi jedną z naczelnych cech charakteryzujących owe dziesiątki lat. Wystarczy wymienić takie księgozbiory, jak Joachima Chreptowicza, Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, Tadeusza Czackiego, Adama i Izabeli Czartoryskich, Tytusa Działyńskiego, Edwarda Raczyńskiego, wszystkie gromadzone z prawdziwym znawstwem i (co jeszcze ważniejsze) ze wspólnym i zupełnie określonym celem. Cóż bowiem kierowało tymi tak licznymi i tak światłymi bibliofilami, jeśli nie ich rozumny i dalekowzroczny patriotyzm, który im nakazywał ratować z katastrofy bytu państwowego przede wszystkim duchowe dobra narodu; w pierwszym więc rzędzie uganiano się za rękopisami dotyczącymi naszej przeszłości i za staropolskimi drukami. A w parze z tym zjawiskiem szło zjawisko drugie, od tamtego poniekąd zawisłe, w każdym zaś razie ściśle z nim zespolone, tj. bibliograficzna rejestracja zabytków staropolskiego piśmiennictwa i historyczne badania nad dawnym naszym drukarstwem. Dowodów na to nie brak, że wspomnę tylko obie Historie drukarń Jerzego Samuela Bandtkiego (1815, 1826), a zwłaszcza znakomite Księgi bibliograficzne Joachima Lelewela (1823–1826); lecz oprócz tych, o naukową syntezę zabiegających autorów, ileż osób, a w szczególności właśnie kolekcjonerów, notowało na własny najpierw użytek wszelkie wiadomości o rzadkich polskich drukach!

O powszechności tego zjawiska zaświadcza m.in. to, co u nas nastąpiło po roku 1814, w którym się ukazała Feliksa Bentkowskiego Historia literatury polskiej w spisie dziel drukiem ogłoszonych, bo (jak słusznie powiada Józef Korpała) odtąd zaczyna się długi okres uzupełniania i poprawiania Historii Bentkowskiego, okres gorączkowej, choć niezorganizowanej jeszcze pracy nad stworzeniem pełnej bibliografii polskiej, której kamieniem węgielnym stało się to dzieło.

Nie będę wymieniał nazwisk tych licznych dopełniaczy Bentkowskiego, z których niektórzy, jak Chłędowski, Styczyński, Sobolewski, już w latach 1818–1819 ogłosili swe dodatki do jego Historii; rzecz prowadzę do tego, że po upływie ćwierćwiecza ich epigonem stał się młody Karol Estreicher. I on bowiem, jak stwierdza jego syn Stanisław, „rozpoczął zbieranie materiałów” bibliograficznych w tym początkowo zamiarze, by nimi „uzupełnić Jochera, Bentkowskiego i Wiszniewskiego”, rozporządzając zaś własnymi egzemplarzami ich dzieł wyzyskiwał wolne marginesy na notowanie starodruków przez nich nie wspomnianych. Liczył wówczas dwudziesty rok życia i zbliżał się do końca swych studiów uniwersyteckich.

Niecodzienne były to studia, bo oprócz historii literatury polskiej studiował Estreicher także nauki prawne, w czym można by upatrywać wpływ jego matki, która była córką prezesa sądu lwowskiego. I te to właśnie studia prawnicze zapewniły Karolowi Estreicherowi pierwsze samodzielne dochody, początkowo w rodzinnym mieście, a od r. 1855 we Lwowie. Tutaj nacisk germanizacyjny był silniejszy niż w dopiero co przyłączonym do Austrii Krakowie; większa też była i bardziej zakorzeniona buta niemieckiej biurokracji, patrzącej z góry na polskie społeczeństwo Lwowa. Po swojemu zareagował na nią Estreicher, bo wzbudziła w nim ona ochotę wykazania, jak bujny jest rozwój polskiego piśmiennictwa w epoce porozbiorowej i jak niesłuszne jest pogardliwe jego traktowanie.

Taka była geneza pierwszych bibliograficzno-statystycznych zestawień, ogłoszonych przez niego w dodatku do „Gazety Lwowskiej”; dotyczyły one najświeższego polskiego piśmiennictwa i stały się ziarnem, z którego w kilkanaście lat później miało wyróść siedem pierwszych tomów Bibliografii polskiej. Zresztą większość materiału do tych tomów zebrał Estreicher jeszcze we Lwowie, bo już wówczas zapadła w jego umyśle decyzja, że zamiast uzupełniać swoich poprzedników stworzy samoistne i na duży rozmiar zakrojone dzieło bibliograficzne.

Lecz bodaj jeszcze bardziej dla przyszłości naszej bibliografii doniosłą decyzję powziął on pod koniec r. 1862, opuszczając zabór austriacki na wezwanie warszawskiej Szkoły Głównej. Z tą chwilą prawnik przedzierzgnął się w bibliotekarza i temu zawodowi pozostał na zawsze już wierny. Jako podbibliotekarz Szkoły Głównej pracował pod kierunkiem Józefa Przyborowskiego, historyka staropolskiej literatury i wnikliwego badacza naszych druków XVI wieku; ta okoliczność, być może, tłumaczy nam, dlaczego za temat swej doktorskiej rozprawy obrał Estreicher pierwociny krakowskich drukarń. Na ogół jednak nie po tej lelewelowskiej linii poszły jego ówczesne i późniejsze prace bibliograficzne; wszak z własnych jego ust przytacza jego syn następujące wyznanie: „Najprzód chcę stworzyć całość obrazu, a potem niechaj przyjdą inni, którzy będą robić szczegółowe opisy tej czy innej grupy druków”.

Ów zaś obraz, nad którym zaczął on w Warszawie pracować, to już nie tylko Bibliografia polska XIX wieku, lecz Bibliografia polska bez żadnych zawężeń, od najdawniejszych czasów aż do bieżącej chwili, wyczerpujący rejestr drukowanych poloników w najszerszym tego słowa znaczeniu, mający „nam samym uświadomić ogrom stworzonego w Polsce dzieła kulturalnego, a zarazem zaimponować wielkością obcym wrogom czy przyjaciołom zagranicznym” (Stanisław Estreicher).

Na taką skalę zamierzone dzieło wymagało, rzecz prosta, Herkulesowego zaiste trudu i wysiłku; nie uląkł się go Estreicher. On, pierwszy biograf Adama Mickiewicza, niezłomnie wierzył w filarecką dewizę, że siły trzeba mierzyć na zamiary, a nie zamiar przymierzać do sił. To, co innych mogłoby odstraszać, zwłaszcza po nieudanej próbie Adama Jochera, jego urzekało wizją zbudowania trwalszego od spiżu pomnika na chwałę narodu. Zresztą od młodości nawykł do wytężonej pracy, a w warszawskim epizodzie swego życia dochodził dopiero do czterdziestki.

Warszawskie tedy księgozbiory, z biblioteką Szkoły Głównej na czele, po raz pierwszy dały Estreicherowi pole do naocznego zapoznania się z polonikami ubiegłych stuleci; wówczas także nawiązał on osobiste stosunki z licznym gronem warszawskich uczonych, które potem wyzyskał na dobro swego monumentalnego dzieła, bo czego nie zdążył oglądnąć w Warszawie, w tym go wyręczali tamtejsi bibliotekarze, bądź przez sporządzanie dla niego bibliograficznych spisów i opisów, bądź przez wypożyczanie mu oryginałów do Krakowa. Albowiem w roku 1868 opuścił stolicę Królestwa Kongresowego na rzecz swego rodzinnego miasta, dokąd go powołano na stanowisko dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej.

Zarządzał nią przez lat bez mała czterdzieści, bo aż do roku 1905; w wielowiekowych dziejach tej Biblioteki jest to unikatowy przypadek tak długiej dyrektury jednego człowieka. Toteż o tym czterdziestoleciu byłoby mnóstwo do powiedzenia, ale poniecham tej myśli, nie chcąc dublować odczytu doc. Baumgarta. A więc tylko pobieżnie dotknę tego tematu, wybierając z niego tylko to, co mi się wydało najistotniejsze.

Kierownictwo Biblioteki Jagiellońskiej objął Estreicher w 10 lat po śmierci Józefa Muczkowskiego, za którego rozpoczęto gruntowną przebudowę Collegii Maioris, a wraz z nim zespołu sal przeznaczonych na księgozbiór i na jego obsługę; trzeba zaś dodać, że przebudowa wlokła się jak żółw i że nie było możności, by na okres jej trwania zapewnić Bibliotece jakiś zastępczy lokal. Ilekroć zatem przyszła kolej na remont którejś z sal bibliotecznych, przenoszono z niej książki do sal sąsiednich i w nich je składano tak, jak się dało, choćby po prostu w stosy. Przez ostatnie więc lata dyrektury Muczkowskiego, a potem za obu jego efemerycznych następców, księgozbiór Biblioteki Jagiellońskiej był w nieustannym ruchu, bo wciąż ta czy owa jego partia wędrowała z sali do sali. I zaiste nie trzeba być fachowcem na to, by stąd wyciągnąć wniosek, że przy tych wędrówkach nie obeszło się bez znacznego zamieszania w porządku Biblioteki.

Od jego restytucji musiał rozpocząć swą krakowską działalność Estreicher. Zadanie nie było łatwe, bo w roku 1868 i remont gmachu nie był jeszcze całkowicie zakończony, i personel biblioteczny był niezmiernie szczupły, a przy tym wielki procent dotychczasowych sygnatur przestał mieć aktualne znaczenie, jako ściśle związany z dawnym oszafowaniem sal bibliotecznych, po części pochodzącym jeszcze z drugiej połowy XVII stulecia. W nowych więc pomieszczeniach i w nowych repozytoriach należało ustawić księgozbiór zupełnie od nowa, a każdej książce dać nową sygnaturę; było zaś tych książek około 100 tysięcy. Nie będę opisywał, jak sobie z tym skomplikowanym, a zarazem gwałtownie pilnym zagadnieniem poradził nowy dyrektor; dla jednej wszakże sprawy muszę tu zrobić wyjątek, bo jest ona wielce charakterystyczna dla osoby samego Estreichera. Oto stojąc przed perspektywą, że roboty porządkowe rozciągną się na dziesiątki lat, jeśli się je zechce wykonywać własnymi siłami Biblioteki, zaapelował on o pomoc do ludzi dobrej woli i istotnie tę pomoc uzyskał. Miał bowiem Estreicher przyrodzony dar jednania sobie ludzi, gdy szło o interes społeczny; oddziaływał na nich swym nigdy nie gasnącym entuzjazmem, swym pogodnym, a nawet żartobliwym usposobieniem, a także naocznym przykładem swej niespożytej energii i niezmordowanej pracowitości. Stąd rodzili się owi po całej Polsce rozsiani przyjaciele Bibliografii polskiej, skrupulatnie a w ciepłych słowach wymieniani przez jej autora w przedmowach do kolejnych tomów; stąd również owi wolontariusze, którzy mu pomagali przy porządkowaniu Biblioteki Jagiellońskiej. Wybaczmy im ten procent pomyłek czy błędów, jaki im można wytknąć, gdy się do wyników ich pracy przyłoży miarkę dzisiejszych wymagań techniki bibliotekarskiej, a pamiętajmy o tym zasadniczym fakcie, że dzięki tej ich dobrowolnej pracy już po paru latach z powrotem ład zapanował w księgozbiorze Biblioteki, a jej katalogi objęły komplet posiadanych przez nią druków.

Ale był to dopiero start Biblioteki Jagiellońskiej do jej rozkwitu pod rządami nowego dyrektora. Pod tymi bowiem rządami zaczęła ona róść jak na drożdżach, a to głównie przez obfite i wartościowe dary, o które Estreicher umiał zabiegać z równą zręcznością i gorliwością, jak o wspomnianych przed chwilą wolontariuszy. Tą drogą pozyskał on dla Biblioteki szereg prywatnych kolekcji, nie tylko z terenu Galicji, lecz także z zaboru rosyjskiego. Nie będę ich wyliczał, bo w tym mnie zapewne wyręczy odczyt doc. Baumgarta; być może także, że opowie i o tym, jak to Estreicher sam obchodził redakcje krakowskich dzienników, dokładając starań, by wszystkie kolejne ich numery wpłynęły do Bibilioteki, jak również i o tym, że, dążąc do idealnego skompletowania bieżącej polskiej produkcji drukarsko-wydawniczej, nie poprzestał on na przysługującym Bibiliotece egzemplarzu obowiązkowym z terenu tzw. Galicji Zachodniej, lecz inicjował dary wydawców lwowskich, warszawskich i innych.

Wspólnym zaś podłożem i motorem tych wszystkich poczynań i zabiegów był ambitny program, jaki sobie wytyczył Estreicher na stanowisku dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej. Nie zaniedbując, w granicach szczupłych środków finansowych, jej potrzeb i zadań jako biblioteki ogólnouniwersyteckiej, poprowadził ją głównie w tym kierunku, ażeby z niej stworzyć coś na kształt polskiej biblioteki narodowej. Nikt nie zaprzeczy, że ta jego idea ściśle się łączyła z jego zamiarem stworzenia wyczerpującego rejestru naszego piśmiennictwa; lecz nikt także nie zaprzeczy faktowi, że szanse choćby przybliżonego urzeczywistnienia owej idei w Krakowie istniały. Po zamknięciu Szkoły Głównej nie miała ich Warszawa, tym mniej miał je Poznań; dzięki Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich mógł je mieć Lwów, ale nie brakło ich również Bibliotece Jagiellońskiej, macierzy naszych bibliotek naukowych, górującej nad nimi bogactwem zbioru rękopisów, a nie ostatniej wśród nich pod względem poloników drukowanych, co może zawdzięczała ona nie tyle hojności ofiarodawców z czasów przedrozbiorowych, ile skrzętności Bandtkiego i Muczkowskiego. Oni to założyli fundament, na którym Estreicher zamierzał rozbudować polski dział Biblioteki; fundament wprawdzie dość skromny, bo na ilość liczący około 25 tysięcy pozycji. Za dyrektury Estreichera wzrósł on w trójnasób, w tym zaś o znaczną ilość polskich starodruków.

Niektórzy profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego mieli to za złe Estreicherowi, zarzucając mu, że w interesie własnego warsztatu bibliograficznego nadmiernie faworyzuje dział polski na niekorzyść nabytków z obcej literatury. W tym zarzucie tkwi tylko drobna część prawdy i można go odeprzeć różnymi argumentami, lecz przede wszystkim tym, że, przeglądając ówczesne wykazy przybytków Biblioteki, stwierdzamy, iż przynajmniej z dziedziny szeroko pojętej humanistyki zakupiono długi szereg podstawowych dzieł zagranicznych, a z równym znawstwem prenumerowano też najważniejsze czasopisma obcojęzyczne. Zresztą o tym samym mogłem się także namacalnie przekonać przy sposobności własnych prac naukowych o niepolskiej tematyce. W każdym zaś razie grubą niesprawiedliwością względem pamięci Karola Estreichera byłoby przypisywanie mu jakichś osobistych celów przy rozbudowie polskiego działu Biblioteki; na dobrą sprawę, jego bibliograficzne dzieło bynajmniej tego nie wymagało, bo wszakże, zwłaszcza od osiemdziesiątych lat stulecia, miał w Krakowie pod ręką inne w polonica zasobne księgozbiory, z Biblioteką Czartoryskich na czele, a czego i tam nie dostawało, o tym go informowali jego pozakrakowscy przyjaciele, choćby owi warszawscy, o których już poprzednio mówiłem. Wiemy już także, w czym naprawdę leżała przyczyna, dla której Estreicher otoczył dział polski szczególną opieką: oto w jego przekonaniu, że Biblioteka Jagiellońska ma zadatki na to, by stać się naszą Biblioteką Narodową i że takiej Biblioteki Narodowej istotnie nam potrzeba. To przekonanie zdołał on wpoić w polskie społeczeństwo wszystkich trzech zaborów, które zrozumiało jego intencje i nie odmówiło im swego czynnego poparcia, którego przykłady podałem już także. Ale nie będzie chyba od rzeczy, jeśli w możliwie poglądowy sposób przedstawię teraz ilościowy wzrost księgozbioru Biblioteki Jagiellońskiej za cały czas rządów Estreichera, który, przechodząc w roku 1905 na emeryturę, mógł poszczycić się tym, że ów księgozbiór powiększył się o 180 000 drukowanych tomów, o 4000 rękopisów, o 6000 rycin, o 1000 map itd. Suche to są cyfry i nieme dla uszu niebibliotekarzy, ale się ożywią, gdy dodam, że niezbyt dalekie są one od tych, na jakie pod koniec XIX stulecia liczono cały księgozbiór Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, a zatem jeden z najszacowniejszych i najżywotniejszych naszych księgozbiorów owej i nie tylko owej epoki. Śmiało więc można powiedzieć, że dzięki Estreicherowi i jego współpracownikom Biblioteka Jagiellońska zdecydowanie wysunęła się na czoło polskich bibliotek.

Nie bez kozery padła oto z mych ust wzmianka o współpracownikach Estreichera, gdyż inaczej byłoby to nie tylko z krzywdą dla nich samych, ale także z uszczerbkiem dla ówczesnych zasług Biblioteki. Bo choć za czasów Estreichera jej personel był nad wyraz nieliczny, to wśród tej garstki bibliotekarzy nie brakło wybitnych jednostek, umiejących harmonijnie łączyć swą zawodową pracę ze swą własną i bezpośrednią służbą dla nauki. Ze śmiercią Muczkowskiego zerwała się tradycja badań naukowych w murach Biblioteki; odnowił ją Estreicher, a także i pod tym względem miał szczęśliwą rękę. On to ze Lwowa ściągnął Władysława Wisłockiego, późniejszego autora Katalogu rękopisów i Katalogu inkunabułów, założyciela i redaktora „Przewodnika Bibliograficznego”, jak również historyka literatury i wydawcę źródeł; podobnym wydawcą źródeł był także Żegota Pauli, niesamowity erudyta we wszystkim, co dotyczyło naszej przedrozbiorowej przeszłości.

W ówczesnym tedy Krakowie znaczenie Biblioteki Jagiellońskiej nie polegało wyłącznie na tym, że na miarę epoki i jej politycznych warunków była to przebogata skarbnica wiedzy, gotowa na usługi każdemu, kto z niej chciał skorzystać, lecz owszem także i na tym, że równocześnie była to żywa i wydajna placówka twórczej pracy naukowej. W ten też aktywny sposób pojmował rolę uniwersyteckich bibliotek Estreicher. Powszechnie wiadomo, jak ogromnym jego osobistym wkładem do nauki stała się jego Bibliografia polska, lecz zanim do niej powrócę, chcę mimochodem dotknąć dwu innych dziedzin, w których się on dobrze zasłużył nauce.

Pierwszą z nich była historia polskiego teatru. Już na początku mojego przemówienia wspomniałem o tym, że dziadek Karola, Dominik Estreicher, przygodnie zajmował się tłumaczeniem włoskich utworów dramatycznych; ta rodzinna tradycja z niebywałą siłą odżyła w jego wnuku, bo od najwcześniejszej młodości aż po starość był on po prostu entuzjastą teatru. W nim i prawie tylko w nim znajdował on wytchnienie po całodziennym trudzie; odkąd na stałe osiadł w Krakowie, mawiano o nim, że jedynie w trzech miejscach można go zastać: w domu, w Bibliotece i w teatrze, do którego wpadał niemal co wieczór, choćby na chwilę. Teatrowi także poświęcił swe drukowane prymicje, bo już w r. 1853 rozpoczął ogłaszać w prasie serię artykułów pod wspólnym podtytułem Ze szkiców bibliograficznych z dramaturgii polskiej; z niej po dwu dziesięcioleciach wyrosły trzytomowe Teatra w Polsce. Dzieło to, choć niedokończone i wydrukowane w latach 1872–1879, do dziś dnia zachowało wartość, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w roku 1956 Państwowy Instytut Wydawniczy nie zawahał się uzupełnić je obszernym indeksem.

W zupełnie inny, choć równie owocny sposób służył Estreicher nauce, gdy chodzi o krakowską Akademię Umiejętności. W roku 1873 stał przy jej narodzinach i swym stanowczym głosem niewątpliwie zaważył na jej charakterze i na jej strukturze organizacyjnej; przez szereg lat był dyrektorem jej Wydziału Filologicznego. Ale najwięcej zawdzięczała mu Akademia pod względem materialnym, bo także i na jej dobro obracał swój przyrodzony dar wpływania na ludzi i swoją umiejętność pobudzania ofiarności na cele publiczne.

On to wyjednał dla Akademii fundusz Wereszczyńskiego, stypendia Szklarskiego i zapis dóbr Szczawnica przez ich właściciela Szalaja. Piękny zaś dowód swego obiektywizmu i swej dbałości o Akademię dał wówczas, kiedy właśnie dla tej młodej jeszcze instytucji, a nie dla zarządzanej przez siebie Biblioteki Jagiellońskiej uzyskał od Władysława Walewskiego cenny księgozbiór historyczny po jego bracie Cyprianie.

Największym jednak wkładem Karola Estreichera do nauki jest bez wątpienia jego Bibliografia polska. O jej skromnych początkach, o jej pierwotnym zakresie i o tym, jak ten zakres stopniowo się rozrastał, dość obszernie mówiłem już przedtem; musiałem tak postąpić, bo są to wiadomości wręcz nieodzowne dla każdego, kto chce bezstronnie ocenić to pomnikowe dzieło. Jakoż niejednokrotnie czyniono mu ten czy inny zarzut; krytykowano niejednolitość zawartych w nim opisów bibliograficznych, krytykowano częściową ich niedokładność, krytykowano zawiłość układu w obrębie oddzielonych tomów i serii, krytykowano strukturę całości, odczuto nawet potrzebę drukowanego przewodnika dla korzystających z Bibliografii Estreichera. Z punktu widzenia jej użytkownika są to na ogół zarzuty słuszne, lecz ostrze ich tępieje, gdy na nią spoglądniemy okiem historyka znającego jej genezę i dalsze jej dzieje. Tej tezy nie potrzebuję tutaj ani rozwijać, ani udowadniać, bo pod tymi względami o 30 lat wyprzedził mnie syn autora i jego kontynuator. On to, jak już wspomniałem, ujawnił powody, dla których jego ojciec, stanąwszy przed dylematem, czy ma zabiegać o idealną ścisłość i tym samym zrezygnować z ukończenia całości, czy też ma postąpić na odwrót (bo w jego warunkach były to incompatibilia), z właściwym sobie realizmem, tak charakterystycznym także i dla jego początkowej działalności w Bibliotece Jagiellońskiej, poświęcił ścisłość na rzecz pośpiechu.

Jakoż do ukończenia Bibliografii polskiej dążył w rekordowym, rzec można, tempie, nie tylko wówczas, gdy zbierał do niej materiał, lecz także wtedy, gdy przy wszystkich swoich innych zajęciach znajdował czas na to, by ją z tym samym pośpiechem ogłaszać. Od roku 1870, w którym ukazał się pierwszy jej tom, aż do swej śmierci w roku 1908, potrafił ogłosić 22 tomy; łatwo stąd obliczyć, że na każde pięciolecie przypadają przeciętnie 3 grube tomy.

Cóż mam na koniec powiedzieć o znaczeniu tego dzieła tak powszechnie znanego i tak ściśle zespolonego z osobą swego autora, że je cytujemy paroma pierwszymi literami nazwiska w niezawodnym przekonaniu, iż każdy czytelnik zrozumie, o którego Estreichera chodzi i o który z jego siedmiuset drukiem ogłoszonych utworów? Gdy tak rzeczy stoją i gdy o Bibliografii polskiej tylu już pisało, byłoby oklepanym truizmem stwierdzić po raz nie wiem który, że „jest ona ogromną skarbnicą wiadomości o całokształcie naszego piśmiennictwa, kopalnią wiedzy o Polsce we wszelkich kierunkach”.

Niech więc wolno mi będzie sparafrazować inny cytat, silniej i sprawiedliwiej podkreślający aktywną, a nie pasywną rolę Estreichera i jego dzieła dla postępu naszej nauki. Oto co o nim napisano zaraz po jego śmierci: „Jego Bibliografię polską oceni się należycie dopiero wtedy, kiedy się na nią patrzy jako na dźwignię czynną nieustannie. Estreicher przez swe dzieło był, jest i będzie czynny pośrednio w każdym z nas, przy każdej niemal pracy z zakresu polskich humaniorów. Niejedna rzecz naukowa nie byłaby możliwa bez niego, a że każdemu oszczędził czasu i mozołu, zwiększył tedy wydatność naszej pracy. Pamięć jego nie będzie malała z pokoleniami i w niezliczonych pracy naukowej odmianach wciąż będzie odświeżana zasługa jego”.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Karol Estreicher i jego znaczenie 1827–1908. (Referat wygłoszony w czasie uroczystości w 50 rocznicę zgonu Karola Estreichera), [w:] Portrety uczonych polskich, Kraków 1974, s. 159–165.

Augustyn Frączkiewicz

Urodzony 19 VII 1796 w Kurozwękach (Małopolska). Studia matematyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim (1815–1819); wykładowca matematyki w liceum św. Anny w Krakowie (1820–1825); doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim (1828). Pracownik UW od 1828; pracownik Szkoły Głównej (1862–1869).

Matematyk, wybitny pedagog. Zajmował się algebrą i geometrią.
Adiunkt obserwatorium astronomicznego (1835); profesor matematyki i inspektor (od 1842) Kursów Pedagogicznych, dziekan Wydziału Matematyczno-Fizycznego Szkoły Głównej (1862); członek Akademii Umiejętności (1873); członek honorowy Towarzystwa Przyrodniczego im. Mikołaja Kopernika we Lwowie.
Redaktor „Pamiętnika Umiejętności Czystych i Stosowanych”.
Zmarł 31 XII 1883 w Warszawie.

O gnomice analitycznej, Kraków 1819; Dowody różnych podań z trygonometrii płaskiej i geometrii elementarnej, Kraków 1827; Demonstratio formulae dijferetialis a Cl. Cauchy inventiae determinandis summis serierum inservientis cui subiunguntur quator propositiones geometricae, Kraków 1828.

Frączkiewicz A. [w:] PSB,t. VII, Kraków 1949, s. 102–103.

FILIP SULIMIERSKI

AUGUSTYN FRĄCZKIEWICZ*

1796–1883

 

Augustyn Frączkiewicz urodził się dnia 19 lipca 1796 roku w miasteczku Kurozwękach, w byłym województwie krakowskim, z rodziny mieszczańskiej. Otrzymawszy nauki początkowe w domu rodziców, posłany był naprzód do szkoły normalnej w Staszowie dla nauczenia się tamże, między innymi, języka niemieckiego, a następnie w roku 1807 do ówczesnego gimnazjum kieleckiego, które w przeciągu lat siedmiu ukończył. Pragnąc zostać profesorem matematyki, jak to sam powiadał, wstąpił w roku 1815 do Uniwersytetu Jagiellońskiego i tu, sposobiąc się do przyszłego powołania przez lat cztery, uzyskał świadectwo z postępem celującym ze wszystkich przedmiotów matematycznych i fizycznych, na wydziale filozoficznym wykładanych. Już w końcu ostatniego roku pobytu tamże, zastępował profesora matematyki elementarnej w uniwersytecie, szybko więc, bo w 21 roku życia zaczął pracować na polu, które sam był sobie obrał i które do 71 roku swego życia, zatem przez całe pół wieku, uprawiał z niewielkimi przerwami ciągle.

W tymże roku 1819 przeniósł się do Szkoły wojewódzkiej w Kielcach, gdzie z upoważnienia Komisji Rządowej Wyznań religijnych i Oświecenia publicznego wykładał przez rok jeden matematykę jako zastępca nauczyciela. Następnie wraca do Krakowa i tam w stopniu zastępcy profesora wykłada matematykę w trzech wyższych klasach liceum św. Anny przez rok szkolny 1820/1821, a później, otrzymawszy drogą konkursu patent na aktualnego profesora matematyki przy wspomnianej Szkole, pełni te obowiązki przez lat trzy, to jest do roku 1824/1825. Rząd krakowski przychylił się w roku 1825 do żądania Frączkiewicza, uwolnił go na lat dwa od służby i upoważnił do tymczasowej podróży naukowej po znakomitszych ogniskach nauki w Europie, z czego też młody profesor skwapliwie skorzystał i podróż tę własnym kosztem odbył. W październiku już jednak 1826 roku wraca do liceum św. Anny, wykłada swój przedmiot dalej, a w roku 1828 doktoryzuje się.

Na początku roku szkolnego 1828/9 znowu Komisja Rządowa Wyznań religijnych i Oświecenia publicznego, wskutek odbytego konkursu, powołała Frączkiewicza do Uniwersytetu Królewsko-Warszawskiego na profesora stałego algebry i rachunku wyższego, z pensją 6000 złp. Odtąd już Frączkiewicz nie opuszcza Warszawy. Po zwinięciu Uniwersytetu, mianowany został w roku 1834 profesorem w gimnazjum gubernialnym i adiunktem obserwatorium astronomicznego; w roku 1835 dodatkowo członkiem komitetu egzaminacyjnego, a w roku 1836 profesorem matematyki czystej w ówczesnych Kursach Dodatkowych, w którym to zakładzie pozostał i po jego zamianie na Kursa Pedagogiczne. Współcześnie pełnił obowiązki inspektora tych Kursów od roku 1842. W roku 1853 podał się do emerytury i jako emeryt poświęcał się z wielkim zamiłowaniem pracom matematycznym, pilnie śledząc postęp tychże za granicą.

Po dziewięcioletnim wypoczynku, w roku 1862, gdy otwierano Szkołę Główną, Frączkiewicz został zaproszony na profesora matematyki czystej w tym zakładzie i dziekana wydziału fizyczno-matematycznego. Z obowiązków dziekana zwolnił się po upływie lat dwu, profesorem zaś pozostał aż do czasu zamienienia Szkoły Głównej na dzisiejszy Uniwersytet, z chwilą otwarcia którego w roku 1869 wystąpił już ostatecznie ze służby.

W pierwszym roku po otwarciu Szkoły Głównej wykładał na I kursie algebrę wyższą, w drugim na II kursie rachunek różniczkowy i początki całkowego, a następnie na kursach III i IV, aż do zwinięcia Szkoły, części specjalne rachunku całkowego, rachunek różnic i wariacyjny.

Z druku wydał, oprócz rozprawy na stopień doktora filozofii, w języku łacińskim pt.: Demonstratio formulae dijferentialis ab A. Cauchy inventae determinandis, summis serierum, inservientis, cui subjuguntur quatuor propositiones geometricae (Kraków, 1828, in 4-to, stron 11), liczne artykuły, po większej części niewielkich rozmiarów, w „Rocznikach Towarzystwa Naukowego Krakowskiego”, w warszawskim „Pamiętniku Umiejętności Czystych i Stosowanych” oraz w „Bibliotece Warszawskiej”. Dokładną bibliografię tych prac, wraz z ich krytyczną oceną, podamy nieco później, gdyż może jeszcze zdołamy rozpatrzeć pozostałe po zmarłym manuskrypty.

Biograficzne daty, któreśmy treściwie przedstawili, świadczą, że zmarły profesor pracował więcej na niwie bezpośredniego nauczania niż w zakresie piśmienniczym. W tym ostatnim kierunku rozwijał najżywszą i najpoważniejszą działalność wówczas, gdy w Uniwersytecie Warszawskim otrzymał katedrę, a przez nią wszedł w bliskie zetknięcie z wykładem matematyki wyższej. Gdy później sposobność ta minęła i Frączkiewicz musiał się ograniczyć w wykładzie do niższych gałęzi matematyki, zmniejszyła się odtąd jego produkcja piśmiennicza, do której stracił dawniejszą codzienną pobudkę. O jego pracach naukowych drukowanych i tych, co pozostały w rękopisie, a z których może jeszcze niejedna da się zużytkować, krytyka, choćby najsurowsza, wydać musi, jesteśmy tego pewni, sąd pochlebny, przyznając autorowi przede wszystkim, że był sumiennym badaczem przedmiotu i że umiał przedstawić najzawilszą kwestię naukową przystępnie. Tu właśnie uwydatnia się główna cecha nauki tego męża i uwielbianego przez uczni profesora. Był on mistrzem żywego słowa. Nikt lepiej od niego nie umiał wykładać matematyki. Na lekcjach jego uwaga młodzieży nie słabła i nie nużyła się ani na chwilę, żaden ze słuchaczy nie czuł zmęczenia, choć Frączkiewicz jednogodzinną lekcję, do której był obowiązany, przewlekał zawsze do dwu godzin, a często i do półtrzeciej. Nie istniał dla niego dzwonek oznajmiający, że czas obowiązkowej pracy upłynął, nie troszczył się, że już drugi raz zadzwoniono, lecz pochylony przy tablicy, klęcząc na ziemi, gdy miejsca zbrakło, rozwijał długie szeregi wzorów matematycznych, od czasu do czasu zwracając się do nas, zwykle do jednego z nas, z charakterystycznym zwrotem: „bo możeś nie zrozumiał? Powiedz! Widzę po oczach, że nie dobrze pojmujesz!” I powtarza! znowu to, co był wyłożył, powoli, z naciskiem na ważniejsze wyrażenia, gładząc składnię i styl, tak, iż wykłady jego można było bezpośrednio z notatek naszych składać do druku.

Jeżeli też o którym z pedagogów, to o nim powiedzieć można, że żył tylko w szkole i dla szkoły. Poza tym zadaniem swego życia nie znał prawie innych celów, ani ogólnych, ani osobistych. Prawy obywatel kraju, interesował się wszystkim, co obchodziło współziomków, ale w żadnej pracy społecznej poza obrębem szkolnictwa udziału nie przyjmował. Ja chcę tylko uczyć, powiedział sobie, a trzeba przyznać, że obrał sobie tę cząstkę pracy społecznej, która u nas powinna być najważniejszą. Jak uczył, o tym wspomniałem i to powinno wystarczyć, byśmy mu mogli złożyć niepodzielny hołd jako obywatelowi kraju, hołd tym większy, że poza obrębem szkoły nie znał on i osobistych celów. Poprzestając na swym wynagrodzeniu, nie wiedział on, co to ambitne plany karierowiczów lub sztuka wyzyskiwania sytuacji drogą nadużyć w służbie; oszczędny nie przez chorobliwe dziwactwo, ale skutkiem małego zakresu potrzeb, tak małego, że nie było w nim nawet potrzeby korzystania z codziennych dziś prawie warunków wygody, jak np. kolej żelazna, żył tylko myślą o spełnianiu swego obowiązku, a jedyną osobistą jego dumą i rozkoszą serca było przeświadczenie, że go spełniał jak mógł i umiał.

Z chwilą, gdy go spełniać przestał – umarł. Nie teraz dopiero, nie, Frączkiewicz umarł już 14 lat temu, umarł razem ze Szkołą Główną, której był chlubą. Odtąd przynajmniej należał całą duszą tylko do przeszłości, teraźniejszość przestała go obchodzić. Odwiedzającym go od czasu do czasu uczniom opowiadał wspomnienia z lat ubiegłych, bardzo dawnych i kiedy niekiedy tylko znać było, że go przebiegał dreszcz troski. O cóż się troszczył, o czym myślał? Oto o naukowym języku polskim. Zaniedbacie go, mówił, zepsujecie. A to skarb nie mniej ważny od mowy potocznej, o którą zresztą możemy być spokojniejsi o tyle, że jest ona dziedzictwem milionów. Ta troska o język naukowy żywo zajmowała w ostatnich latach jego uwagę i pod jej to wpływem zamierzał, o ile wiemy, cały swój majątek, oszczędnością długiego życia nagromadzony, zapisać krakowskiej Akademii Umiejętności jako fundusz dla ludzi, pracujących u nas na specjalnym polu matematyki. Nie wytworzywszy sobie własnego ogniska domowego i wcześnie oderwany od rodzeństwa, z którym zresztą tylko pamięć łączyć go mogła, przeznaczał dla rodziny cząstkę swojej fortuny, resztę zaś, prawie całość, składał na ołtarzu nauki.

Społeczeństwo nasze może się pochlubić Frączkiewiczem. Był to obywatel, który trafnie pojął i umiejętnie spełnił zadanie życia; był to sumienny uczony, wzorowy profesor i uczciwy człowiek. Zasłużył na wdzięczność uczniów i na zaszczytną wzmiankę w dziejach naszego szkolnictwa.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Wszechświat” 1884, t. III, nr 1, 6 I. Ortografii; i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

Kajetan Garbiński

Urodzony 7 VIII 1796 w Warszawie. Studia w Collège de France, na Sorbonie oraz w École Politechnique w Paryżu. Pracownik UW (od 1820), magisterium (1821) i doktorat (1822) tamże; profesor nadzwyczajny (1822); profesor zwyczajny (1824).

Matematyk. Rozwiązał kilka zagadnień geometrycznych. Publikował w kraju i, jako jedyny wówczas matematyk z Polski, za granicą.
Dyrektor Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego (będącej w praktyce szkołą wyższą); minister oświecenia publicznego w okresie powstania listopadowego; członek przybrany (1824) i czynny (1827) Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk oraz francuskiego Société des Sciences Physiques, Chimiques et Agricoles de France (1839).
Zmarł 6 V 1847 w Warszawie.

Rys filozoficzny zasad rachunku losów, czyli rachunku prawdopodobieństwa, „Pamiętnik Warszawski Umiejętności Czystych i Stosowanych” 1823; Nowy sposób rozwiązania dwóch zagadnień geometrycznych, podanych w 15. tomie, numerze 6. pisma Annales de mathématiques pures et apliquées, „Rocznik Towarzystwa Przyjaciół Nauk” 1827, t. XIX; Niektóre uwagi względem linii prostej, przecinającej cztery inne, dane w przestrzeni w ten sposób, iż każde dwie ze czterech danych nie leżą na jednej płaszczyźnie, „Rocznik Towarzystwa Przyjaciół Nauk” 1830, t. XXI.

J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski 1816–1831, t. III, Warszawa 1912, s. 161–164; Garbiński K. [w:] PSB, t. VII, Kraków 1949, s. 269–270.

ROMAN DUDA

KAJETAN GARBIŃSKI

1796–1847

 

Kajetan Garbiński urodził się „7 sierpnia 1795 r. z rodziców katolików, szlachty z Józefa i Urszuli”1 w Warszawie, w domu jego matki przy ul. Elektoralnej, w którym także dokona żywota. Rodzice byli zubożałą szlachtą, utrzymującą się z dzierżawy niewielkiego kawałka ziemi odziedziczonego przez ojca po dziadku Hyacyncie, a potem ojciec (matka zmarła wcześniej) także „z niewielkiego zasiłku, na jaki możność jego syna zdobyć się może”.

Rodzice doceniali wartość wiedzy i młody Kajetan pierwsze nauki odbierał w domu, a w 14. roku życia został posłany do kolegium księży pijarów, gdzie się uczył lat pięć, po czym w 1815 roku przeszedł do Liceum i tam rok później złożył „egzamin dojrzałości akademickiej”. Był wyróżniającym się uczniem, czego wyrazem było powierzanie mu obowiązków korepetytora, a po końcowym egzaminie Komisja Rządowa (były to już czasy Królestwa Polskiego) powołała go 19 września 1816 roku osobnym reskryptem na kandydata do stanu nauczycielskiego. Przez rok słuchał zatem, na świeżo wówczas otwartym Uniwersytecie Królewskim, „psychologii, antropologii i logiki, wykładanych podówczas przez Lindego; fizyki i chemii przez Skrodzkiego i Kitajewskiego, matematyki, a szczególniej algebry wyższej, rachunku diferencyalnego i integralnego, geometryi analitycznej pod prof. Armińskim i Dąbrowskim; nareszcie konstrukcyi dróg i mostów pod dyrektorem Lange”. Po tym roku zdał egzamin publiczny i kolejnym reskryptem (z 16 sierpnia 1817 roku) „rządowym funduszem wysłany zostałem do Paryża, w celu doskonalenia się w naukach matematycznych, a szczególnie w geometryi opisującej (géométrie descriptive) i jej przystosowaniach; i w mechanice analitycznej”2.

Młodzieńcze losy Kajetana Garbińskiego są żywą ilustracją wysokiej świadomości jego rodziców, w których wolno widzieć przedstawicieli przechodzącej do miast zubożałej szlachty, dużego znaczenia przypisywanego wówczas zawodowi nauczycielskiemu, wymagań stawianych przed kandydatami na nauczycieli oraz śmiałej polityki Komisji Rządowej, nieszczędzącej publicznego grosza na wysyłanie z Polski wyróżniających się zdolnościami młodzieńców do najlepszych ośrodków naukowych na świecie.

„W czasie przeszło dwuletniego i ciągłego pobytu w wspomnionem mieście [Paryżu] uczęszczałem na kursa dawane w Collège de France, w Faculté des sciences, a szczególnie w szkole politechnicznej paryskiej. Profesorowie, z których rady i nauki najwięcej skorzystałem, byli: z fizyki, pp. Petit, Gay-Lussac i Biot; z chemii Gay-Lussac i Thenard; z geometryi opisującej pp. Girard, Leroi, Hachette i Cauchy; z mechaniki analitycznej i praktycznej pp. Petit i Poisson; z astronomii pp. Dinet i Arago; z literatury pp. Yilmain, Lacretell i Cousin”.

Rozległość studiów budzi podziw, prócz matematyki mamy tu bowiem fizykę, chemię, astronomię i literaturę, a że także mistrzów miał znakomitych (wystarczy wspomnieć Gay-Lussaca, Cauchy’ego i Poissona), wolno sądzić, że młody Kajetan Garbiński wykorzystał swój czas paryski niezwykle pracowicie. Pochłonięty studiami, nie miał jednak czasu na własną pracę twórczą.

Wezwany w czerwcu 1819 roku do powrotu, został upoważniony do nauczania „geometrii opisującej” na Uniwersytecie Królewskim oraz matematyki elementarnej w klasach wyższych Liceum. Jednakże w 1821 roku musiał podjąć, po przedwczesnej śmierci Niewiadomskiego (kolegi równolegle z nim studiującego w Paryżu), wykłady matematyki elementarnej także na Uniwersytecie. Mimo wielkiej wiedzy i powierzania mu nauczania na Uniwersytecie „nie dozwolono mi przecież wprzódy ubiegać się o stopień doktora, aż po złożeniu na magistra egzaminu ze wszystkich części matematyki i fizyki”. Komisja Rządowa miała swoje wymagania i nie obniżała standardów nawet w stosunku do swoich wybrańców. Taki egzamin Kajetan Garbiński zdał oczywiście z powodzeniem (było to 27 października 1821) i został magistrem filozofii. Kolejnym krokiem w karierze było opublikowanie oryginalnej rozprawy3 i odbycie publicznej dysputy (miała ona miejsce 20 lipca 1822, a „oponentami” byli profesorowie Armiński i Krzyżanowski). W jej wyniku otrzymał stopień doktora filozofii, a parę miesięcy później (26 września 1822) nominację na „profesora tymczasowego geometryi opisującej i matematyki elementarnej”4. Jak wolno sądzić z tytułu rozprawy doktorskiej, jej oryginalność polegała na stosownym do tematu doborze treści, jednolitym ujęciu tych treści i spolszczeniu terminologii, źródła bowiem były francuskie. Wedle ówczesnych obyczajów była to dobra rozprawa doktorska.

Profesorem młody Kajetan Garbiński został więc w wieku 26 lat (na razie tymczasowym, ale już 29 października 1824 roku zwyczajnym, czyli stałym) i otwierała się przed nim solidna kariera akademicka. Cieszył się też znakomitą opinią przełożonych, m.in. wyrażoną w liście Rady Ogólnej Uniwersytetu do Komisji Rządowej (z 3 marca 1825) tymi słowy: „przy niepospolitej swej zdatności z największą gorliwością poświęca się [Kajetan Garbiński] powołaniu nauczycielskiemu i z największą korzyścią dla uczniów od lat kilku pracuje w tutejszym Uniwersytecie”, a zatem – zdaniem Rady – zasługuje na podwyżkę, którą rzeczywiście Komisja niebawem mu przyznała5.

W tymże roku 1825 Kajetan Garbiński został powołany także na dyrektora nowo otwartej Szkoły Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego, która miała z czasem przemienić się we właściwy Instytut. Gdyby do tego doszło, byłaby to pierwsza politechnika na ziemiach polskich i jedna z pierwszych w świecie, niewątpliwie przyczyniając się wydatnie do szybkiego wzrostu cywilizacyjnego kraju. Kajetan Garbiński położył tu wielkie zasługi, ale na realizację tej idei historia nie pozwoliła.

Lata dwudzieste, a zwłaszcza ich druga połowa, były najbardziej twórczym okresem w życiu Kajetana Garbińskiego. Zaraz po doktoracie opublikował oryginalny wstęp do rachunku prawdopodobieństwa i statystyki, zawierający ciekawe przykłady, w tym tablice urodzin i zgonów6. Opublikował też kilka prac w rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk, z których trzy powtórzył w czasopismach zagranicznych7. Te ostatnie świadczą o tym, że Garbiński aktywnie śledził istniejące czasopisma matematyczne, włączając się rozwiązywaniem stawianych tam zagadnień i oryginalnymi wynikami. Jego prace, które Gergonne zaliczał do „geometrii opisowej”, zostały przecież uznane za interesujące i godne druku w poważnych czasopismach. Wyraźny to dowód talentu i pracowitości autora, który, mimo znacznego obciążenia pracą nauczycielską i organizacyjną i mimo braku twórczego środowiska matematycznego w Warszawie – do tych wyników samodzielnie doszedł.

Wyrazem zaangażowania Kajetana Garbińskiego w Szkołę Przygotowawczą są publikowane przezeń jej programy8, które „dają jasny i ciekawy obraz zabiegów ówczesnych i wtajemniczają nas zarazem szczegółowo w zakres nauki w Szkole przygotowawczej we wszystkich przedmiotach, tak ogólnych jak i specyalnych”9. On sam wykładał w tej Szkole matematykę elementarną, matematykę wyższą i geometrię wykreślną.

Publikował też naturalnie różne noty okolicznościowe10.

Wyrazem uznania dla osiągnięć Kajetana Garbińskiego było powołanie go w skład Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, najpierw na członka przybranego (7 marca 1824), a parę lat później na członka czynnego (4 lutego 1827)11.

Ten twórczy i pełen głębokiego zaangażowania w życie publiczne okres przerwało powstanie listopadowe, z którego wybuchem Kajetan Garbiński „wszedł w wir, który wszystkich porwał”12. Jak można sądzić ze służbowego listu13, którego wyjątek głosi: „Garbiński były profesor Warszawskiego Uniwersytetu należący do buntu i będący w dniu wybuchu rewolucyi dowódcą zbuntowanych” – był Kajetan Garbiński od samego początku aktywnym uczestnikiem powstania. Od 31 marca 1831 roku był prezesem Rady Municypalnej miasta stołecznego Warszawy, a 20 sierpnia 1831 roku, na parę tygodni przed kapitulacją Warszawy, został mianowany ministrem oświecenia narodowego. Wobec takiej jego postawy zwycięscy Rosjanie postanowili, by Kajetan Garbiński „do żadnego urzędu przypuszczony nie był”14. Mając na utrzymaniu liczną rodzinę, próbował otworzyć prywatny pensjonat dla młodzieży, ale ten mu niemal natychmiast zamknięto. „Nie mając odpowiedniego zajęcia w Warszawie, wyjechał w roku 1833 w Lubelskie na służbę do ordynacyi Zamojskich. Zamieszkał w Niedzieliskach, zawiadując kluczem Szczebrzeszyńskim przez lat 6; w r. 1839 przeniósł się z całą rodziną w Stanisławowskie do Jadowa, będącego własnością Andrzeja hr. Zamoyskiego, z którym w czasie pobytu w Niedzieliskach bliżej się poznał. Na tem ostatniem stanowisku kilka lat przebył i wówczas to dał się poznać społeczeństwu jako niepospolity gospodarz rolny. Drugą zasługą społeczną był czynny udział jego przy założeniu redakcyi »Roczników Gospodarstwa Krajowego«”15.

Późnymi dowodami uznania dla Kajetana Garbińskiego było powołanie go na członka honorowego La Société des Sciences Physiques, Chimiques etc. de France (7 kwietnia 1839) oraz przyjęcie do Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarskiego (29 stycznia 1847).

Zmarł w wieku 52 lat dnia 6 maja 1847 roku w domu, w którym się urodził; pochowany został na Powązkach. Jak wspomina jego uczeń Wójcicki, był „małego wzrostu, ułomny; w wątłem i schorowanem tem ciele, mieściła się dusza piękna i pełna hartu”16.

W losach Kajetana Garbińskiego odbija się, jak w zwierciadle, tragiczne położenie Polski pod rozbiorami. Zdolny, wykształcony w najlepszym wówczas ośrodku matematycznym świata, próbujący własnych sił naukowych, zaangażowany w życie publiczne – byłby Kajetan Garbiński niewątpliwie odegrał znaczniejszą rolę w matematyce i życiu publicznym kraju, gdyby tylko warunki na to pozwoliły. Ale warunki nie były normalne i możliwości tkwiące w Kajetanie Garbińskim nie zostały należycie wykorzystane. Mimo to zasługuje na wdzięczną pamięć.

SECT-ID LINK

1Tak pisał w swoim życiorysie Kajetan Garbiński. Życiorys przytacza J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski 1816–1831, t. III, Warszawa 1912, s. 161–164. Bieliński prawdopodobnie się jednak omylił przy przepisywaniu, z arytmetyki lat szkolnych (por. niżej) wynika bowiem, że rokiem urodzenia Kajetana Garbińskiego był 1796 i tak podają inne źródła, w tym PSB.
Wszystkie cytaty poniżej, o ile nie wskazano inaczej, pochodzą z tego życiorysu.

2Przez „geometrię opisującą” rozumiano wówczas geometrię wykreślną, traktowaną jako część geometrii rzutowej i wysoko cenioną. Mechanika dzieliła się na „analityczną” i „praktyczną”, czyli na teoretyczną i techniczną.

3K. Garbiński, Wykład syntetyczny własności powierzchni skośnych z przystosowaniem ich do konstrukcyi machin, sklepień kamienistych itd., Warszawa 1822, s. 96.

4Wedle ówczesnych obyczajów, stopień magistra uprawniał do nauczania w szkołach półwyższych i wyższych, ale prawo do stanowiska profesora uniwersytetu dawał dopiero stopień doktorski.

5J. Bieliński, op. cit., s. 164.

6K. Garbiński, Rys filozoficzny zasad rachunku losów, czyli rachunku prawdopodobieństwa, „Pamiętnik Warszawski Umiejętności Czystych i Stosowanych” 1823, s. 85.

7Méthode graphique pour les tangentes à la spirale conique, „Annales de Mathématiques” Gergonne’a 1826, nr 16, s. 167–172; Recherche de la droite qui en coupe quatre autres données, „Annales...” 1828, nr 18, s. 183–184; Quelques observations sur les quatres droites données dans l’espace... (opublikowana w: „Journal für die reine und angewandte Mathematik”, t. V).

8Por. Ogólne programata kursów wykładać się mogących w Szkole przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego, 1827/1828.

9Garbiński Kajetan [w:] Wielka Encyklopedya Powszechna Ilustrowana, t. XXIV, Warszawa 1900, s. 649–650.

10Znane są m.in. następujące tytuły: Obraz życia i prac uczonych ks. Antoniego Dąbrowskiego, profesora matematyki Uniwersytetu warszawskiego, Warszawa 1826, s. 13; Rys życia i prac uczonych ś.p. Michała Kado, „Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk”, t. XVIII, s. 145–180; Rozbiór dzieła Podczaszyńskiego „O architekturze”, „Pamiętnik Warszawski Umiejętności Czystych i Stosowanych”, t. I; O podziemnej drodze pod Tamizą, „Pamiętnik Umiejętności Sztuk i Nauk” 1825.

11O działalności Kajetana Garbińskiego w Towarzystwie por.: A. Kraushar, Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk 1800–1832. Monografia historyczna osnuta na źródłach archiwalnych, t. I–IX, Kraków–Warszawa 1900–1911.

12J. Bieliński, op. cit., s. 165.

13Służbową korespondencję w sprawie Kajetana Garbińskiego po zwalczeniu powstania przytacza J. Bieliński, op. cit., s. 165.

14Ibidem.

15Ibidem, s. 166.

16Cyt. za: ibidem.

Ludwik Maurycy Hirszfeld

Urodzony 3 IV 1814 w Nadarzynie koło Warszawy. Studia medyczne w Paryżu. Doktorat w École Pratique de Médicine (1848); pracownik UW (od 1859); profesor nadzwyczajny w Paryżu (1850); profesor zwyczajny (1859).

Autor klasycznego podręcznika anatomii układu nerwowego człowieka. Członek Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
Zmarł 10 V 1876 w Warszawie.

Neurologie ou description et iconographie du sistème nerveux et des organes des sens de l’homme, Paryż 1853; Anatomia opisowa człowieka, Warszawa 1861–1869.

„Czas” 1876, nr 110; Hirszfeld L. M. [w:] PSB, t. IX, Wrocław–Kraków–Warszawa 1961, s. 533; Wielka Encyklopedia PWN, t. XI, Warszawa 2002, s. 331.

MONIKA NOWAKOWSKA-ZAMACHOWSKA*

LUDWIK MAURYCY HIRSZFELD

1814–1876

 

Ludwik Hirszfeld był profesorem anatomii opisowej w Akademii Medyko-Chirurgicznej Warszawskiej, potem w Szkole Głównej, a następnie na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim. Był wielkim anatomem, którego osiągnięcia można porównać do osiągnięć wielkich uczonych odrodzenia. Jego życie stanowi najlepszy dowód na to, co może osiągnąć człowiek owładnięty determinacją. Żywot jego służyć może za wzór niezwalczonej energii męża, który wyłącznie pracą i zasługą zdobył sobie zaszczytne w świecie stanowisko. Zaiste legendą fantastyczną trącą perypetie wieloletnie i losy ciężkie, jakie przechodził ów człowiek, nim osiągnął najwyższy, dla Żyda z Kongresówki wówczas na ogół nieosiągalny, szczebel w szkolnictwie, hierarchii naukowej i stanowisku społecznym.

Ludwik Maurycy Hirszfeld urodził się w roku 1814 w Nadarzynie, z ubogich rodziców, dalekich bardzo od cywilizacji europejskiej, którzy mu dali tylko takie wychowanie, jakie odbiera masa ludności izraelickiej konserwatywnej. W 1825 roku rodzina przeniosła się do Warszawy, gdzie ojciec jego był rzezakiem. Młode lata spędził więc w rzeźni na Solcu, niechlujnym przedmieściu Warszawy. Tutaj w trakcie uboju i ćwiartowania koszernego mięsa poznawał budowę anatomiczną zwierząt i badał położenie ich narządów wewnętrznych, studiując z ksiąg naukowych po kryjomu tajniki budowy ciała ludzkiego. Równocześnie uczył się Talmudu jako młody kandydat na przysięgłego rabina lub rzezaka rytualnego. W 17. roku życia nagle poczuł chęć wyzwolenia się z ponurej atmosfery fanatyzmu, ze środowiska przesądów, ze świata zamkniętego pobożnego getta. Pod wpływem popularnych książek hebrajskich o treści przyrodniczej i lekarskiej zaczyna w ukryciu zgłębiać, bez planu i programu, tajniki świeckich nauk i marzyć o sztuce lekarskiej. Swoją miłość do medycyny musi ukrywać przed współbraćmi z gminy, postanawia więc uczyć się gry na skrzypcach, by w ten sposób odwrócić od siebie podejrzenie o fascynację naukami zakazanymi.

Poduczywszy się trochę nauk świeckich, rozejrzawszy się po ich niezmiernym obszarze, zapragnął zapuścić umysł w ten niezgłębiony ocean i w tym celu, bez żadnej pomocy, bez środków, udał się na uniwersytet wrocławski. Naiwny marzyciel i miłośnik muzyki, chłopiec 19-letni, z pełną głową wiadomości chaotycznych, z paką ksiąg medycznych pod jedną, z nieodstępnymi skrzypcami pod drugą pachą, opuszcza potajemnie ukochany przezeń dom rodzicielski, kierując kroki swe w noc letnią w stronę Wrocławia, w mniemaniu, że się podwoje słynnej naówczas Wszechnicy Wrocławskiej otworzą przed nim szeroko na wzór starożytnych Jerozolimy akademii i uczelni. Tam najprzód, w 1833 roku, starał się o studia medyczne, jednak nie przyjęto go z powodu braku odpowiednich kwalifikacji naukowych. Ponieważ nie miał żadnych dochodów, musiał powrócić do Warszawy. Pogłoski o emigrantach polskich cieszących się we Francji wielką sympatią odurzają go, budząc w nim wiarę łatwego osiągnięcia wymarzonego celu. Jak nieugięty musiał być jego charakter, jak wielkie pragnienie wiedzy, a dusza chętna nowych przygód, jeśli już w rok potem, już nawet ożeniony przez zapobiegawczą rodzinę, zdecydował się na podróż do dalekiego Paryża. Podróż owa, a raczej wędrówka, jest owiana woalem przepięknej legendy, mówiącej o tym, jak biedny, ale nieustraszony chłopiec podróżuje pieszo, boso i głodno, nocując w rowach przydrożnych, „podgajając” w ambulatoriach szpitalnych Berlina rany na nogach, zarobkując po drodze grą na skrzypcach, żywiąc się zielonym groszkiem i tym, co mu dobrzy ludzie z litości zapodali. Przemycając się przez różne granice jak włóczęga bezpaszportowy, przybywa nareszcie młody Hirszfeld do Paryża. Przeszło 20-letni ojciec rodziny, którą zostawił na razie samopas na Solcu w domu rodzicielskim, marzyciel niepoprawny, niemogący i tutaj składać żadnego egzaminu w jakimkolwiek języku europejskim, wpada na oryginalny pomysł kontaktu z uniwersytetem: wstępuje jako posługacz do prosektorium w słynnej pracowni anatomicznej profesora Jeana-Baptiste’a Bourgery’ego w École Pratique de Médicine, gdzie kątem zamieszkuje, zajęty całymi dniami oskrobywaniem i bieleniem kości dla studentów anatomii.

Była to pierwsza praca Hirszfelda we wspaniałym Paryżu i początek jego wiekopomnej kariery naukowej. Wkrótce awansował na demonstratora i towarzyszył profesorowi na wykładach, przygotowując odpowiednie preparaty do pokazów. W wolnych chwilach pędził na inne wykłady i lektoraty, chłonąc wiedzę z fizyki, chemii, biologii, łaciny i francuskiego. Był młodzieńcem tak bystrym i takim zręcznym preparatorem, a przy tym tak znakomite preparaty anatomiczne wychodziły spod jego ręki, że otworzyło mu to drogę do wielkiej kariery naukowej. Według legendy, pewnego dnia jeden z asystentów profesora przygotowujący owe preparaty na wykład nie spisał się dobrze, pomylił bowiem temat i przysposobił próbki innych tkanek. Wtedy Hirszfeld przyniósł własne preparaty anatomiczne, wykonane subtelnie i precyzyjnie. Bourgery był tak zaskoczony kunsztem ich wykonania, że wykrzyknął mimowolnie w zachwycie wobec audytorium „a genoux messieurs!” (na kolana panowie!). Widząc w Hirszfeldzie geniusz naukowy, wystarał się dla niego od francuskiego ministra oświaty o zgodę na studia medyczne na Sorbonie. Nikła wcześniej nadzieja na pracę w upragnionym zawodzie lekarza nieoczekiwanie przybrała realne kształty i w 1848 roku po obronieniu rozprawy Des injections capillaires Hirszfeld otrzymał stopień doktora medycyny. Przedstawił w niej nowatorskie techniki preparowania drobniutkich naczyń, przez nastrzykiwanie ich specjalną techniką. Dzięki temu drobny system kapilarny stał się łatwo dostępny badaniom anatomicznym.

W ciągu tych 14 lat w Paryżu uczył się przeważnie, jeżeli nie wyłącznie, anatomii człowieka w pracowni profesora Bourgery’ego. W szkole tego dzielnego mistrza tak znakomite zrobił postępy w dokładnym obrabianiu anatomicznych preparatów, zwłaszcza systemu nerwowego, że Bourgery, jak wspomniano, przyjął go na swego współpracownika (préparateur), a następnie w rok po doktoracie został profesorem nadzwyczajnym anatomii (professeurparticulier) w École Pratique w Paryżu. Tutaj wykazał wielkie zdolności nauczania i na swoich demonstracjach anatomicznych miewał zawsze licznych słuchaczy, szczególniej z grona lekarzy czasowo w celach naukowych bawiących w stolicy Francji, w tym osobliwie z Anglii i Ameryki. W roku 1853 wydał wspólnie z p. Léveillé (rysownikiem) dzieło Néurologie ou description et iconographie du système nerveux et des organes des sens de l’homme, które imię jego zrobiło głośnym i utorowało autorowi drogę do profesury w Warszawie. Był to pierwszy tak doskonały atlas układu nerwowego. Zawierał 92 tablice z rysunkami; wszystkie niezwykle staranne i dokładne przedstawiały oryginalne preparaty z największą dokładnością wykonane przez Hirszfelda. Książka ta została wydana jeszcze trzykrotnie we Francji, w Anglii i Ameryce. Pojawiły się w niej nowoczesne pionierskie ilustracje mózgu i opon mózgowych. Wszystkie rysunki zostały uznane za klasyczne i znalazły się w kopiach w wielu podręcznikach anatomii na całym świecie, a imię autora na zawsze się uwieczniło. Jego ilustracje zainspirowały kilka najbardziej popularnych atlasów anatomii na świecie. W niedługim czasie został laureatem konkursu Moniou, nagrody Akademii Nauk i medalu l’Institut de France i wziął wkrótce potem zaszczytny udział w wiekopomnym wydaniu zbiorowej anatomii 12-tomowej pod redakcją Bourgery’ego.

Hirszfeld zajmował się również w tym czasie praktyką prywatną, która mu znaczne przynosiła dochody. Dokładna znajomość, obok anatomii opisowej i fizjologii, także makroskopowej anatomii patologicznej ułatwiła mu jednoczesne otrzymanie tytułu szefa kliniki u profesora Leona Rostana w Hotel Dieu, gdzie pracował w szczególności nad guzami mózgu. Tutaj wykładał i ogłaszał prace kliniczne, drukowane m.in. w Roczniku Towarzystwa Paryskiego Lekarzy Polskich.

Wydawać się mogło, że międzynarodowa sława, uznanie i pieniądze uczynią tego zacnego człowieka szczęśliwym. Nic bardziej błędnego. Hirszfeld w głębi swej pięknej duszy tęsknił za swoją ojczyzną, Polską, gdzie się urodził i tyle walk przeżył, za starymi rodzicami, którzy mu mrzonki dziecięce z głowy wybijać usiłowali, za tym tłumem krewnych i przyjaciół, co mu kiedyś kamienie pod nogi rzucali. Gdy w październiku 1857 roku został uroczyście otwarty w Warszawie pierwszy kurs Cesarsko-Królewskiej Warszawskiej Akademii Medyko-Chirurgicznej z wykładem polskim, mocno zabiło w Paryżu tęskniące za krajem serce młodego profesora. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności dr Cycuryn, prezydent warszawskiej uczelni, w trakcie poszukiwań nowych sił naukowych dowiedział się o Hirszfeldzie i zaproponował mu pracę w Warszawie, co zostało przez niego przyjęte z największym entuzjazmem. Hirszfelda zarekomendował mu Leon Rostan jako „mózg wśród anatomów ówczesnej epoki”.

Ten okryty wielką światową sławą anatom porzucił posadę profesora w Paryżu, klinikę i praktykę prywatną, a wraz z nimi dobrą pensję i światowe życie w stolicy Francji. Na schyłku roku 1859 został mianowany profesorem w Akademii Medyko-Chirurgicznej i wyjechał do Warszawy, przecież nie stolicy wspaniałej Polski, której to nie było wówczas na mapie świata, ale na rubieże Rosji, by tutaj w zaborze rosyjskim krzewić wśród naszej młodzieży patriotyzm, wprowadzać polskie słownictwo naukowe i rozwijać polską naukę. Okazało się, że nie jest to wcale takie łatwe, jakby się nam mogło wydawać. Problem stanowił język polski, raczej obcy dla Hirszfelda, który mówił biegle po francusku i zapewne po hebrajsku. A po polsku? Wbrew oczekiwaniom dobrze radził sobie i z tym językiem, choć wychowany w tradycyjnej gminie żydowskiej, zapewne niezbyt często go używał. Pierwszy wykład odbył bez przygotowania, tuż po przyjeździe. Hirszfeld bez zażenowania oznajmił słuchaczom: „Pierwszy raz przemawiając do zebranych tu Panów, w niezwykłem zaprawdę znajduję się położeniu. Na tutejszej zrodzony ziemi, ale wśród obcych wychowany żywiołów, przez długi w cudzych krajach pobyt, pomimo woli odwykłem od płynnego wyrażania się w języku, w którym dziś mam wykładać panom anatomię, tę najważniejszą pomocniczą naukę sztuki lekarskiej, tę główną jej podstawę. Położenie to tern trudniejsze jest dla mnie, że jak Panom wiadomo, niedawno do kraju przybywszy, za mało dotąd miałem czasu, by dokładnie obznajomić się z przyjętym w ostatnich czasach słownictwem anatomicznym. Jednak wyznaję otwarcie, nie straciłem otuchy, bo nadzieja, że przez ciągłą wprawę i osobiste z panami stosunki coraz to łatwiej wyrażać się będę w stanie, dodała mi odwagi potrzebnej do przyjęcia zaszczytnego dla mnie wyzwania, abym młodzi polskiej wykładał w ojczystym narzeczu to, czego sam w obcym uczyłem się języku. Powiem więcej, niezawodne mam przekonanie, że stosunki nasze po bliższem zapoznaniu się będą rodzajem wzajemnej nauki i współpracownictwa; ja z Panami podzielę się wiadomościami, jakie po mozołach i pracy nabyłem, panowie przez ciągłą rozmowę będziecie mnie wprawiać w polszczyznę. Słowem, będzie to stowarzyszenie wspólnej pracy, a godłem naszem Viribus unitis! Przedmiotem naszych zajęć ma być człowiek, rozebrany, rozczłonkowany na owe tysięczne części, które, w jedną połączone całość, stanowią świat mały (microcosmosus) w świecie wielkim, szerokim (macrocosmosus). Mamy go badać w jego przyrządach i częściach składających takowe i z martwego ciała poznamy drogi życia; będziemy śledzić w tym jego stanie za narzędziami, jakich życie wymaga”. Student, słuchacz mu współczesny ten wykład wstępny profesora odebrał bardzo przychylnie, uważając, iż „niezwykłe losy i świetna kariera naukowa były przyczyną, że jego lekcję przyjęto nadzwyczaj sympatycznie, jakkolwiek wypowiedzianą łamaną polszczyzną”.

Przedmiot zapowiadał się dla adeptów sztuki lekarskiej pasjonująco, należało tylko zacząć wszystko od podstaw, poduczyć się języka i dopiero co ustalonej polskiej terminologii anatomicznej, przygotować preparaty, stworzyć muzeum anatomiczne, przygotować dobre wykłady dla studentów, a przede wszystkim napisać podręcznik. Jednym słowem zreformować gruntownie nauczanie anatomii. Wierzył, że anatomię należy ściśle skorelować z kliniką, w tym więc duchu nauczał polską młodzież. W ciągu krótkiego czasu wydał Hirszfeld swoją pięciotomową Anatomję opisową człowieka, która miała ogromny wpływ na kolejnych autorów tego typu publikacji na całym świecie. Tak jak zapowiedział, wykładał wyłącznie po polsku do końca istnienia Akademii i przez cały czas istnienia Szkoły Głównej Warszawskiej.

Gdy w roku 1869 zamieniono Szkołę Główną na rosyjski uniwersytet i zobowiązano pisemnie cały skład profesorów w ciągu roku rozpocząć wykłady w języku rosyjskim, Hirszfeld już po kilku tygodniach pierwszy odważył się w tym języku, prawie zupełnie sobie obcym, wygłaszać prelekcje, wprawdzie śmieszną jakąś pstrokatą ruszczyzną, przypominającą mixtum compositum z polskiego i rosyjskiego, francuskiego i żydowskiego. „Atoli zdolności jego i zapał do anatomii szczodrze – według słuchacza ówczesnego – tę wadę wynagradzały. Kochał bowiem swój przedmiot i zapał wlewał w słuchaczów”. Najważniejsze było to, że Hirszfeld nadal nauczał polską młodzież. Bowiem rosyjska już wówczas uczelnia pozbyła się w większości znakomitych sław naukowych polskich, zatrudniając na to miejsce rosyjskich profesorów o podejrzanej reputacji. Dzięki takim znakomitościom jak Hirszfeld młodzież polska, choć zabrano jej język ojczysty, mogła kształcić się dalej na dobrym poziomie i w duchu narodowym. Ułatwiał to łagodny charakter profesora o gołębim sercu, który był znawcą najdrobniejszych szczegółów i tajników anatomii. Słynął jednocześnie jako niezmiernie zajmujący i dowcipny, nieraz porywający profesor i rysownik, jako uosobienie łagodności, jako delikatny i pobłażliwy egzaminator, który w tymże duchu nastrajał zbyt surowych i wielce wymagających prosektorów i adiunktów.

Przepracowany umysłowo i cierpiący stale na dolegliwości sercowe, poprosił Hirszfeld w maju 1875 roku o zwolnienie go od obowiązków profesorskich, które to zwolnienie otrzymał dopiero w rok później. Zakończył swój pracowity żywot 10 V 1876 roku, w miesiąc po pożegnalnym wykładzie. Była to nieoceniona strata dla nauki polskiej i światowej, dla zgnębionej polskiej młodzieży studenckiej. Młódź akademicka, której był prawdziwym przyjacielem, niosła trumnę na barkach przez całe miasto, aż do miejsca wiecznego spoczynku na cmentarzu żydowskim na Powązkach.

SECT-ID LINK

*Tekst opracowała Monika Nowakowska-Zamachowska na podstawie: Z. Bychowski, Ludwik Maurycy Hirschfeld, Profesor anatomii (1814–1876), „Archiwum Historii i Filozofii Medycyny oraz Nauk Przyrodniczych” 1939, t. X, z. 1, s. 177–181; S. Janikowski, Prof. dr Ludwik Hirschfeld. Wspomnienie pośmiertne, „Przegląd Lekarski” 1876, r. 15, nr 21, s. 237; Prof Dr Hirschfeld. Wspomnienie pośmiertne, „Gazeta Lekarska” 1876, r. 10, t. XX, nr 21, s. 321–322; Pierwsza prelekcya anatomii opisującej prof. Hirschfelda w Ces. Król. Medyko-Chirurgicznej Akademii dnia 15 września 1859 roku, „Tygodnik Lekarski” 1859, r. 13, nr 40, s. 349–352; wykorzystane zostały in extenso obszerne fragmenty tych publikacji.

Władysław Eustachy Holewiński

Urodzony 19 IX 1834 w Białej Podlaskiej. Studia prawnicze na Uniwersytecie Petersburskim (1853–1857). Zastępca profesora zwyczajnego Szkoły Głównej (1862–1869); profesor zwyczajny UW (1869–1896).

Prawnik cywilista. Autor klasycznej pozycji O zobowiązaniach podług Kodeksu Napoleona (Warszawa 1875).
Dyrektor Wydziału Kryminalnego Królestwa Polskiego (od 1872); przewodniczący Departamentu Warszawskiej Izby Sądowej (1876–1896); dwukrotny dziekan Wydziału Prawa (1872/1873; 1877/1878); jeden z założycieli Kasy im. Mianowskiego; współorganizator i członek Towarzystwa Naukowego Warszawskiego; powołany w skład Komisji Kodyfikacyjnej (1919); doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Zmarł 8 X 1919 w Warszawie.

O stosunkach majątkowych między małżonkami w razie niezawarcia umowy przedślubnej, Petersburg 1861; O źródłach i podziale zobowiązań, Petersburg 1872.

M. Paszkowska, Władysław Holewiński, [w:] Profesorowie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, red. G. Bałtruszajtys, Warszawa 2008, s. 45–47; Holewiński W. [w:] PSB, t. IX, Warszawa 1960–1961, s. 582–583.

MARZENA PASZKOWSKA

WŁADYSŁAW EUSTACHY HOLEWIŃSKI

1834–1919

 

Władysław Eustachy Holewiński to jedyny uczony-cywilista, którego osoba wiąże się z trzema kolejnymi historycznymi etapami warszawskiego ośrodka akademickich studiów prawniczych: z Wydziałem Prawa i Administracji Szkoły Głównej, następnie Wydziałem Prawa Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego i wreszcie Wydziałem Prawa Odrodzonego Uniwersytetu Warszawskiego. Postać tego profesora może być uznana za symbol żywotności naszej myśli cywilistycznej, za symbol ciągłości pracy dydaktyczno-naukowej prowadzonej w Warszawie.

Władysław Holewiński urodził się 19 września 1834 roku w Białej Podlaskiej, jako najmłodszy z sześciorga dzieci Jana i Anny z Borkowskich. Ojciec był inspektorem miejscowej szkoły obwodowej, a po latach dyrektorem Instytutu Pedagogicznego w Warszawie. Zapewne Władysław Holewiński pobierał pierwsze nauki w domu, następnie w szkole powszechnej w Białej Podlaskiej, wreszcie ukończył szkołę średnią w Lublinie. Holewiński jako stypendysta Skarbu Królestwa Polskiego odbył w latach 1853–1857 studia prawnicze na Uniwersytecie Petersburskim. Po uzyskaniu stopnia kandydata praw po raz kolejny uzyskał stypendium ze Skarbu Państwa i wyjechał na dwa lata na studia uzupełniające do Francji i Niemiec „celem zbadania jurysprudencji i praktyki sądowej oraz przygotowania się do wykładów prawniczych”. Jak widać, już wtedy upatrywano w młodym Holewińskim przyszłego pracownika nauki. We Francji studiował na Uniwersytecie w Tuluzie, a następnie w słynnej École de droit. Miał więc okazję poznać najnowsze prądy francuskiej nauki i procedury cywilnej, opartej przede wszystkim na praktyce sądowej. Z kolei studia w Niemczech, na Uniwersytecie Bońskim, wzbogaciły jego podstawy wiedzy teoretycznoprawnej. W roku 1860 otrzymał ponowne stypendium ze Skarbu Królestwa celem wyjazdu do Petersburga i przygotowania rozprawy magisterskiej. Władysław Holewiński uzyskał tytuł magistra prawa na podstawie dysertacji nt. O stosunkach majątkowych między małżonkami w razie niezawarcia umowy przedślubnej (Petersburg 1861).

Po obronie pracy magisterskiej i odbytej aplikacji sądowej w Warszawie przed Holewińskim pojawiły się możliwości szybkiego awansu w służbie rządowej wymiaru sprawiedliwości Królestwa. Niemal tuż po powrocie ze studiów zagranicznych otrzymał nominację na stanowisko pełniącego obowiązki podprokuratora przy warszawskim Trybunale Cywilnym, co z uwagi na młody wiek (liczył sobie niespełna 27 lat) uznano powszechnie za precedens. Następnie oddelegowano go tymczasowo do prac w Komitecie Prawodawczym przy Komisji Rządowej Sprawiedliwości, a w 1863 roku objął stanowisko dyrektora kancelarii tej Komisji.

Jednocześnie, obok tych nominacji służbowych, przed W. Holewińskim otworzyła się poważna kariera naukowa. Holewiński należał do pierwszych, a jednocześnie najmłodszych powołanych w skład wykładowców na Wydziale Prawa i Administracji Szkoły Głównej. W programie studiów na Wydziale Prawa i Administracji główne miejsce zajmowało prawo cywilne, pojmowane bardzo szeroko, to znaczy łącznie z prawem handlowym, procedurą, organizacją sądownictwa cywilnego, hipoteką i notariatem. Należy zaznaczyć, że cywilistyka w dobie popowstaniowej miała znaczenie wyjątkowe. Odnosiła się do jedynej dziedziny prawa, która obroniła się przed zalewem ustawodawstwa rosyjskiego i zachowała swoją autonomię wobec caratu nawet po ostatecznym zniesieniu odrębności ustrojowo-prawnej Królestwa, co nastąpiło w 1876 roku wraz z wprowadzeniem rosyjskiej organizacji sądownictwa. Działo się to oczywiście dzięki utrzymaniu w mocy ustawodawstwa cywilnego francuskiego. W gronie profesorów na czoło wysuwają się nazwiska trzech cywilistów: Walentego Dutkiewicza, Jana K. Wołowskiego i Holewińskiego. Z dniem 15 września 1862 roku został p.o. profesora zwyczajnego prawa cywilnego i handlowego i na tym stanowisku pozostawał do zamknięciu uczelni w roku 1869.

Działalność profesorską w Szkole Głównej Holewiński rozpoczął w dniu 26 listopada 1862 roku wykładem wstępnym poświęconym omówieniu znaczenia studiów historycznych w nauce prawa oraz wskazaniu współczesnych kierunków badań naukowych prawniczych. W roku akademickim 1862/1863, i tylko w tym roku, prowadził wykład z prawa cywilnego obejmujący wstęp historyczny i Tytuł wstępny Kodeksu Napoleona – trzy godziny tygodniowo dla I kursu (tj. pierwszego roku studiów). W dalszych latach, począwszy od roku akademickiego 1863/1864, Holewiński wykładał zobowiązania (1863/1864 i 1867/1868), prawo rzeczowe (1864/1865, 1866/1867), prawo familijne (1865/1866, 1868/1869). S. Borowski, autor pracy o Wydziale Prawa i Administracji Szkoły, pisał o wykładach Holewińskiego: „rozpoczynał je wywodem pojęcia prawa cywilnego. Następnie przedstawiona była w krótkim zarysie historia prawodawstwa polskiego, począwszy od statutów kazimierzowskich do Zbioru praw sądowych Andrzeja Zamoyskiego i Kodeksu Stanisława Augusta. Potem również pokrótce zobrazowane były dzieje prawodawstwa niemieckiego w epoce nowożytnej. Następnie dopiero w obszernym kilkudziesięciogodzinnym wykładzie wyłożona była historia prawa francuskiego od czasów najdawniejszych do epoki napoleońskiej. Najbardziej zajmująco przedstawiał się wywód feudalizmu oraz geneza i szczegóły redakcji Kodeksu Napoleona. Niemniej szczegółowo i gruntownie opracowana była recepcja i dalsze zmiany kodeksu w Królestwie Polskim. W zakończeniu rozwinięte były ogólne zasady, zawarte w Tytule wstępnym Kodeksu Cywilnego Królestwa Polskiego z r. 1825”1. Od trzeciego kursu Holewiński wykładał: zobowiązania, prawo rzeczowe, rodzinne i spadkowe. Prowadził również zajęcia z nowych na owe czasy przedmiotów: międzynarodowego prawa prywatnego i prawa handlowego. Do dziś zachowały się notatki studenckie słuchacza Henryka Turowskiego z wykładów Holewińskiego z lat 1864–1866. Sam profesor uważał, że nie oddawały one rzetelnej treści wykładów. Po latach tak o skryptach z wykładów Holewińskiego pisał były sędzia Sądu Najwyższego Kazimierz Rakowiecki: „W 1892 r. zapisałem się na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W Uniwersytecie panował duch rosyjski, ale wśród profesorów pozostało jeszcze kilka wybitnych sił polskich, jak prof. Władysław Holewiński, znakomity znawca prawa cywilnego [...]. Skrypty z wykładów prof. Holewińskiego wydałem wspólnie z kolegą Kazimierzem Bączkiewiczem... Profesor, zagrożony gruźlicą, na którą leczył się przez całe życie, mówił cicho. Trzeba było, siedząc nawet w pierwszej ławce, pilnie uważać przy notowaniu wykładu”2.

W 1869 roku władze rosyjskie, nasilając swą politykę rusyfikacyjną, ostatecznie zlikwidowały Szkołę Główną i powołały w jej miejsce Cesarski Uniwersytet Warszawski z rosyjskim językiem wykładowym. Znaczna część profesorów Szkoły Głównej musiała ustąpić, często pod pretekstem niewystarczającej znajomości języka wykładowego. Nie odnosiło się to do Holewińskiego: mianowano go z uwagi na wysoką ocenę działalności naukowej i to, że nie miał trudności językowych (jak wiadomo ukończył studia prawnicze w Petersburgu). Uczony wahał się, czy przyjąć nominację, i ostatecznie zwyciężyło poczucie obywatelskie i chęć przekazania polskim przecież w znacznym stopniu studentom swej wiedzy. Wytrwał na katedrze do 1897 roku. Stosownie do nowych przepisów musiał się jednak doktoryzować na uczelni rosyjskiej. Stopień doktora prawa cywilnego otrzymał w 1872 roku na Uniwersytecie Petersburskim na podstawie pracy pt. O źródłach i podziale zobowiązań (w języku rosyjskim). Syn Holewińskiego, Stefan, późniejszy sędzia Sądu Najwyższego (rozpoczął studia prawnicze na UW w 1885 roku), zanotował w swych opublikowanych Wspomnieniach: „Największą frekwencją cieszyły się wykłady Ojca naszego, którego kurs historii prawa cywilnego był dwuletni i miał za przedmiot głównie obowiązujący w Królestwie Polskim Kodeks Napoleona, a porównawczo i prawo Cesarstwa [...]. Ojca studenci szczególnie szanowali i kochali. Jako niejednokrotny dziekan Wydziału był ich doradcą i opiekunem”3. Na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim sprawował w latach 1871–1873 i 1880 urząd sędziego uniwersyteckiego. Dwukrotnie (1872/1873 i 1877/1878) był dziekanem Wydziału Prawa. Jego wykłady stały się głównym ośrodkiem studiów na tymże wydziale.

Holewiński stale łączył pracę naukowo-dydaktyczną z pełnieniem wysokich i odpowiedzialnych funkcji w magistraturze sądowej. Jak była już o tym mowa, w roku 1859 po powrocie ze studiów rozpoczął aplikację sądową przy Trybunale Sądowym w Warszawie. Od roku 1861 podjął pracę w służbie wymiaru sprawiedliwości. Początkowo uzyskał nominację na pełniącego obowiązki podprokuratora przy Komisji Rządowej Sprawiedliwości, a następnie (w 1863) został dyrektorem kancelarii tejże Komisji. Pozostając na tym stanowisku dziewięć lat, w 1872 roku awansował na stanowisko dyrektora Wydziału Kryminalnego Komisji Rządowej Sprawiedliwości. W związku z reformą sądownictwa w 1876 roku Holewiński objął stanowisko przewodniczącego I Departamentu Warszawskiej Izby Sądowej, które zajmował do 23 grudnia 1896 roku.

Poza tymi stanowiskami sprawował różne inne funkcje. W latach 1863–1876 był członkiem Najwyższej Komisji Rządowej Sprawiedliwości, pracował nad przygotowaniem projektu kodeksu postępowania karnego ogłoszonego w roku 1865 w języku polskim i rosyjskim. Wysoką pozycję naukową i sądowniczą Holewińskiego doceniał zaborca rosyjski. W 1882 roku powołano go na członka Komisji Kodyfikacyjnej w Petersburgu, mającej za zadanie opracowanie kodeksu cywilnego i procedury cywilnej dla Cesarstwa. Ostatecznie prace w Komisji podjął, lecz stanowisko członka Senatu Rządzącego i zamieszkanie w Petersburgu odrzucił.

Dorobek publikacyjno-naukowy Holewińskiego składa się z 29 pozycji. Zapewne w związku z długotrwałością pracy dydaktyczno-naukowej uczonego (Holewiński dożył lat 85) niekiedy określany jest jako skromny. Ocena ta jednak wymaga korekty. 10 pozycji w twórczości Holewińskiego stanowią projekty ustawodawcze ogłoszone niemal wyłącznie w języku rosyjskim. Są one zaopatrzone w obszerne uzasadnienia, wyróżniające się gruntownością i wysokim poziomem naukowego opracowania. Również od strony objętościowej stanowią one najpokaźniejszą część dorobku Holewińskiego. Wśród projektów ustawodawczych dominowały te z zakresu cywilistyki, ale Holewiński przygotował też projekt kodeksu postępowania karnego (1865). Z dziedziny prawa cywilnego najważniejszy jest projekt części ogólnej prawa zobowiązań.

Drugą grupę publikacji Holewińskiego stanowią artykuły ogłoszone w „Bibliotece Umiejętności Prawnych” i „Gazecie Sądowej Warszawskiej” oraz innych periodykach. Prace te, dotyczące głównie zagadnień z zakresu prawa zobowiązań i prawa oraz problemów praktyki wymiaru sprawiedliwości, świadczą o wielkiej erudycji uczonego, jego podejściu prawno-porównawczym i dużej niezależności poglądów.

Podstawowe znaczenie należy jednak przyznać trzem pracom Holewińskiego o dużej wartości naukowej. Są nimi: rozprawa magisterska O stosunkach majątkowych między małżonkami..., teoretyczne studium O źródłach i podziałe zobowiązań i dzieło O zobowiązaniach podług Kodeksu Napoleona... (oparte na wykładach w Szkole Głównej) wydane w Warszawie dwukrotnie, w roku 1869 i w 1875. Praca O stosunkach majątkowych między małżonkami... pozyskała Holewińskiemu „chlubną opinię fachowego znawcy przedmiotu” i stopień magistra prawa cywilnego i bez wątpienia przyczyniła się do powierzenia mu wykładów z prawa cywilnego w Szkole Głównej4. Rosyjska dysertacja o źródłach i podziale zobowiązań stanowiła podstawę do przyznania Holewińskiemu stopnia doktora prawa cywilnego, co było niezbędnym warunkiem utrzymania się na profesurze na Cesarskim Uniwersytecie. Holewiński przeszedł jednak do historii polskiej nauki prawa cywilnego jako autor dzieła o zobowiązaniach, utrzymanego na wysokim poziomie naukowym, wykładu tytułu III i IV księgi III Kodeksu Napoleona. Jest ono pierwszym w polskiej doktrynie cywilistycznej usystematyzowanym wykładem prawa obligacyjnego, zawierającym nowatorsko ujętą część ogólną, nazwaną tu „teorią zobowiązań”. „Wartość dorobku naukowego Holewińskiego można w pełni ocenić dopiero przy uwzględnieniu jego wkładu do metodologii, a także terminologii prawniczej. Był on zdecydowanym przeciwnikiem dogmatyzmu, zwolennikiem prawno-porównawczego i krytycznego podejścia do rozpatrywanych zagadnień, mistrzem systematyki i umysłem twórczym o rzadko spotykanej precyzji myśli i słowa. Walnie przyczynił się do utrzymania przodującej roli cywilistyki b. Królestwa Kongresowego w stosunku do cywilistyki innych dzielnic Polski, a okoliczność, że koncentrował swą pracę naukową na problematyce obligacji zadecydowała o roli postępowej”5.

Na szerszą działalność społeczną znalazł czas dopiero pod koniec życia. Wziął czynny udział w działalności Kasy im. Mianowskiego, której był jednym z założycieli. W latach 1884–1888 i 1898 sprawował w niej godność członka Komitetu Zarządzającego, a w 1889 roku był jej wiceprezesem. Następnie był współorganizatorem i członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego – trwałego dzieła stołecznego środowiska naukowego tamtych czasów. Odnajdujemy wreszcie w 1915 roku, sędziwego już, bo liczącego sobie lat przeszło 80, Holewińskiego podczas prac organizacyjnych zmierzających do wskrzeszenia Uniwersytetu Warszawskiego. Uczestniczył w pracach podkomisji prawnej Komisji Uniwersyteckiej, obok m.in. Walentego Miklaszewskiego i Alfonsa Parczewskiego. Efektem prac tej podkomisji był projekt organizacji Wydziału Prawa i Nauk Państwowych UW.

W 1900 roku otrzymał Holewiński doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, wkrótce potem doktorat honoris causa przyznał mu Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie.

Uroczystość otwarcia odrodzonego Uniwersytetu Warszawskiego nastąpiła 15 listopada 1915 roku i miała charakter manifestacji narodowej. Gościem honorowym był Władysław Holewiński, razem z dwoma innymi, żyjącymi jeszcze profesorami Wydziału Prawa i Administracji Szkoły Głównej: Walentym Miklaszewskim i Teodorem Dydyńskim.

W 1919 roku Władysław Holewiński został zaproszony do prac w Komisji Kodyfikacyjnej RP, jednak podjąć ich już nie zdążył. Zmarł 8 października 1919 roku. Pochowany został w grobie rodzinnym na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

W 1865 roku Holewiński ożenił się z Anielą Wosińską, córką Teodora Wosińskiego, głównego dyrektora Komisji Rządowej Sprawiedliwości. Mieli pięcioro dzieci.

SECT-ID LINK

1S. Borowski, Szkoła Główna Warszawska 1862–1869. Wydział Prawa i Administracji, Warszawa 1937, s. 67.

2Cyt. za: K. Pol, Poczet prawników polskich XIX–XX w., wyd. 2, Warszawa 2011, s. 292.

3Stefana Holewińskiego wspomnienia, Kraków 1998, s. 51.

4A. Kraushar w nekrologu W. Holewińskiego, „Kurier Warszawski” 1919, nr 280, 10 X, s. 1.

5W. Warkałło, Władysław Holewiński, [w:] Stulecie Wydziału Prawa i Administracji Szkoły Głównej Warszawskiej, „Roczniki Uniwersytetu Warszawskiego” 1964, V, z. 2, s. 82.

Henryk Fryderyk Hoyer

Urodzony 26 IV 1834 w Inowrocławiu. Studia medyczne we Wrocławiu (1853–1856) i w Berlinie (1856–1857); doktorat na Uniwersytecie Berlińskim (1857); profesor adiunkt w Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie (1859); profesor nadzwyczajny (1860), profesor zwyczajny Wydziału Lekarskiego Szkoły Głównej (1862).

Doktor medycyny, histolog, embriolog. Przyczynił się do wyjaśnienia roli szpiku kostnego jako narządu krwiotwórczego; autor pierwszego polskiego podręcznika histologii.
Redaktor naczelny „Tygodnika Lekarskiego” (1867–1868); współwydawca „Gazety Lekarskiej” (od 1881). Członek (od 1860) i prezes (1877–1879) Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego; członek Akademii Umiejętności (od 1895).
Zmarł 3 VII 1907 w Warszawie.

Histologia ciała ludzkiego, Warszawa 1862; O nierwach rogowoj obołoczki, Warszawa 1871.

W. Dobrzycki, Uczczenie 25-letniej pracy na polu naukowem Prof. H.F. Hoyera, „Medycyna” 1884, t. XII, nr 52, s. 857–868; Hoyer H. [w:] PSB, t. X, Warszawa 1962–1964, s. 38–40.

HENRYK DOBRZYCKI

HENRYK FRYDERYK HOYER*

1834–1907

 

Henryk Fryderyk Hoyer, ojciec histologii polskiej, wyodrębnił histologię jako samodzielną dyscyplinę naukową. Pochodził z rodziny niemiecko-polskiej. Jego ojciec Ferdynand, aptekarz z Inowrocławia, był Niemcem. Rodzina jego przybyła w te strony w XVIII wieku z terenu Saksonii. Ów ożeniony był z Polką, Heleną Trzcińską. Z małżeństwa tego 26 kwietnia 1834 roku na świat przyszedł bohater naszego eseju Henryk. Osierocony przez matkę jako niemowlę, wychowywany był przez ojca, który dbał bardzo o wykształcenie syna. Niestety w domu nie mówiło się po polsku, mało więc poznał ten język, którego w przyszłości miał się doskonale nauczyć. Kształcił się w niemieckim gimnazjum w Bydgoszczy, potem udał się na studia medyczne do Wrocławia i Berlina. Tam uzyskał doktorat na podstawie dysertacji: De tunicae mucosae narium structura. Do 1859 pozostawał asystentem Katedry Fizjologii Uniwersytetu we Wrocławiu, by w tymże roku przyjąć Katedrę Fizjologii i Histologii Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie. Po utworzeniu Szkoły Głównej Warszawskiej z tytułem profesora zwyczajnego kierował tu Katedrą Histologii i Embriologii. Po jej zamknięciu i powołaniu Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego przyjął tu profesurę i objął Katedrę Histologii, Embriologii i Anatomii Porównawczej. Objęcie katedry w rosyjskim uniwersytecie wiązało się z koniecznością zdecydowania się na wykładanie w języku rosyjskim i na przedstawienie pracy doktorskiej obronionej na rosyjskiej uczelni. Hoyer napisał więc po rosyjsku i przedstawił w uniwersytecie w Kijowie drugą swą dysertację – O nierwach rogowoj obołoczki (1873).

Hoyer był typowym przedstawicielem tego rozważnego i ostrożnego badacza, który sto faktów stwierdzi, zanim jakiś wniosek wyprowadzi, który usiłował, o ile tylko środki badania na to pozwalały, zgłębić każde zjawisko wszechstronnie pod wszelkimi możliwymi warunkami i który wiedział, że tylko tą drogą można się uchronić od złudzeń i fałszywych wniosków, tak często na liczne prowadzących bezdroża. Z działalności naukowej i nauczycielskiej profesora Hoyera przede wszystkim nasza korzystała społeczność. Za jego gruntowne, sumienne i liczne prace, jakimi wiedzę przyrodniczo-lekarską sowicie wzbogacił, wyrażał mu również uznanie cały szereg zagranicznych badaczy, z którymi prof. Hoyer od początku swej działalności w naukowych zostawał stosunkach. Zasługi Hoyera bardzo są liczne. Przede wszystkim widnieją one na polu odkryć i fundamentalnych badań naukowych, dalej na polu pedagogicznym i wychowawczym, wreszcie, na polu autorskim i redaktorskim oraz na polu współpracy z licznymi wydawnictwami naukowymi.

Aby zrozumieć działalność i pionierskie usiłowania przez profesora Hoyera rozpoczęte, niezbędnym jest przedstawienie choć w najogólniejszych zarysach ówczesnego stanu nauki u nas i naszych naukowych zasobów. Niepodobna by było inaczej ocenić tych trudności, z jakimi Hoyer miał do walczenia, i tej jego energii, z jaką się od pierwszej zaraz chwili zabrał do pracy nauczycielskiej i autorskiej, do organizowania pracowni i położenia pierwszych pod nią fundamentów i wreszcie do pracy nad samym sobą. Na wstępie powiedzmy od razu, iż warunki, wpośród których znalazł się, przybywszy do kraju, były bardzo trudne i rozwojowi nauki w ten sposób, jak ją Hoyer pojmował, wcale niesprzyjające, pomimo tego, że otworzenie Akademii Medycznej w Warszawie skupiło pewną liczbę ludzi naukowo pracować umiejących.

Powołany do Akademii w roku 1859 w charakterze profesora, adiunkta fizjologii i histologii, jako człowiek młody, gdyż zaledwie lat 25 podówczas liczący, za mało miał Hoyer jeszcze życiowego doświadczenia i za mało był obznajomiony z miejscowymi stosunkami, aby swe zamiary i dążenia bez staczania walk z zacofanymi pojęciami i bez ciężkich nieraz przejść do skutku doprowadzić. Pole badań naukowych leżało u nas podówczas odłogiem; środki naukowe były szczupłe lub całkiem niedostateczne, umysły do wdrożenia się w naukę nieprzygotowane. Trzeba było wszystko samemu tworzyć, do pracy nawoływać i własnym przykładem zachęcać, gdyż z byłego Uniwersytetu Warszawskiego zaledwie tradycja pozostała, a dwadzieścia sześć lat, jakie od czasu jego zamknięcia upłynęło, były aż nadto dostatecznymi, aby nasze środki i siły naukowe rozproszyć oraz wszelką organiczną pracę uniemożliwić. Aby nauka rozwijać się mogła, potrzebuje ona gałązki oliwnej, potrzeba spokoju. Nic też dziwnego, że kraj nie mógł dać przytuliska systematycznej pracy i że zamiast uprawiania nauk ścisłych i doświadczalnych zagłębił się w sferę poezji, w której ulgi szukał.

Brak szkoły lekarskiej w kraju stał się powodem, iż w ciągu tego czasu wszelkie nowe siły lekarskie musiały z zewnątrz, to jest z zagranicy napływać. Ze zaś owa importowana wiedza lekarska nie z jednej wychodziła fabryki, bo jeden z medyków z Paryża, drugi z Berlina, a inny z Wiednia itp. do kraju nadciągał, utworzyła się przeto u nas taka gmatwanina pojęć i poglądów, że o jakiejś wspólnej pracy mowy być nie mogło, bo lekarze choć byli rodakami, w rzeczach lekarskich porozumiewać się nie mogli. Konserwatyzm ma to do siebie, że nie tylko nowe zdobycze naukowe wszelkimi siłami od siebie odpycha i z nich się nieraz naśmiewa, lecz że nadto broni z wytrwałością godną lepszej sprawy dawnych doktryn i przesądów. Jak wielką była siła owego konserwatyzmu, dowodzi tego między innymi ten fakt, że już lat kilka Akademia Medyczna istniała, a pomimo tego jeden z profesorów, na którym patologia cellularna Yirchowa robiła wrażenia zimnego prysznica, miał odwagę z katedry niejednokrotnie powtarzać: „Panowie! Nie leczymy komórki, lecz organizm”. Szanowny pan profesor genialnym tym frazesem chciał od razu przekonać słuchaczy o bezcelowości badań histologicznych! Inny znów wzięty medyk, po wycięciu raka, nie bez złośliwego uśmiechu do jednego z nas się odezwał: „Panie kochany, niech no się pan zabawi pod mikroskopem, może pan jakieś tam komórki w tym raku wynajdzie”.

Takie to podówczas panowały poglądy, gdy dla zajęcia nauczycielskiego stanowiska przybył Hoyer. Dowodzić chyba nie potrzeba, iż podobnego położenia rzeczy nie można nazwać zachęcającym. Nie zniechęciło to jednak Hoyera; im większe napotykał przeszkody, z tym większą energią pracował. Wiedział, że starych rutynistów na bojowników postępu nie przerobi, dlatego też od samego początku wziął sobie za zadanie skupić wokoło siebie młode siły, wdrożyć je do naukowego badania i wytworzyć – o ile się da – licznych pracowników, którzy by sobie nawzajem pomagali, wspólnie się kształcili, aby z czasem powstał gmach własnej, niezapożyczanej wiedzy, zdolnej dostroić się do ogólnej europejskiej nauki. Zdaje nam się, że taki był najogólniejszy plan, jaki sobie Hoyer nakreślił, i że z tego punktu widzenia najwłaściwiej jest działalność jego oceniać. Dla urzeczywistnienia tego planu, nigdy Hoyer nie zaniedbał skorzystać ze sposobności przyjęcia czynnego udziału w pracy naukowej, gdziekolwiek sposobność ta się nadarzyła, ani razu nie cofnął się przed najtrudniejszym zadaniem, gdy z tego pewna korzyść dla nauki osiągnąć się dała.

I tak, nie znalazłszy w naszej literaturze odpowiednich dzieł z zakresu przedmiotów, które wykładał, napisał Hoyer oryginalne dzieło o histologii, dwa zaś o fizjologii i jedno o embriologii pod jego kierunkiem zostały przetłumaczone. W roku 1867 Hoyer, pomimo nawału zajęć, podjął się szalonej redaktorskiej i wydawniczej pracy w „Tygodniku Lekarskim”, aby mieć możność przemówienia do grona lekarzy praktyków, aby ich z nowszymi metodami badania zapoznać i do naukowych studiów zachęcić. Nie przepuścił też sposobności wejścia do redakcji „Gazety Lekarskiej”, której od 1888 roku był współpracownikiem i po części kierownikiem. Zwrócił Hoyer uwagę i na to, że Towarzystwo Lekarskie Warszawskie stanowiło ognisko, w którym jednoczyli się lekarze praktycy celem wzajemnego komunikowania sobie spostrzeżeń przeważnie na polu klinicznym, i zrozumiał zaraz, że i w gronie lekarzy praktyków może być użytecznym, zapisawszy się w niedługim czasie do liczby członków Towarzystwa. Wszelkie zjazdy naukowe, bądź w kraju, bądź za granicą, znajdowały zawsze w osobie Hoyera jednego z najdzielniejszych uczestników. Prasa krajowa i zagraniczna zaliczała Hoyera do swych najsumienniejszych pracowników, bądź to w charakterze autora prac oryginalnych, bądź w charakterze sprawozdawcy z ważniejszych prac polskich do publikacji zagranicznych lub odwrotnie.

Z tego, co dotąd powiedziano, wynika, iż działalność Hoyera bardzo była wszechstronną i że chcąc cały jej obszar objąć, potrzeba różne jej kierunki systematycznie rozpatrywać. Objąwszy stanowisko profesora, rozumiał Hoyer, że niezależnie od sumiennie prowadzonych wykładów, potrzeba uczącym się dostarczyć odpowiednich podręczników, których brak podówczas silnie czuć się dawał. Ze zaś histologia stanowiła główną specjalność Hoyera i była, jak dla naszego piśmiennictwa, przedmiotem zupełnie nowym, nic dziwnego, że od napisania histologii rozpoczął. Po trzechletniej pracy ukazała się w roku 1862 jego Histologia ciała ludzkiego. Kto sobie przypomni, że w tamtych czasach histologia była nauką, której zasadnicze podstawy jeszcze nie były ustalone, i że nasze ówczesne słownictwo bardzo wiele przedstawiało do życzenia, ten zrozumie całą trudność położenia, w jakim się znalazł Hoyer wobec takiego zadania, jakim było napisanie systematycznego kursu tej nauki. Dla Hoyera zadanie to przedstawiało jeszcze jedną więcej i bardzo ważną trudność, ze względu na niedostateczne przygotowanie językowe. Chociaż jako zrodzonemu z matki Polki Trzcińskiej nie był obcym język polski, wszelako nie władał on nim na tyle, aby móc poprawnie pisać, zwłaszcza że, jak wiadomo, całe swe wyższe wykształcenie odebrał Hoyer na wszechnicach niemieckich. Wytrwałą i nieustającą pracą przełamał on wszelkie trudności i pisał po polsku tak poprawnie i z takim odczuciem wszelkich subtelności językowych, że każdy artykuł Hoyera mógł służyć za wzór ścisłości w pisaniu. Mozoląc się lat kilka nad wyrobieniem sobie tak trudnego języka, jakim bez zaprzeczenia jest język polski, nie przewidywał Hoyer, że za lat dziesięć z takimiż samymi, jeżeli nie jeszcze większymi trudnościami językowymi walczyć mu przyjdzie; ale cierpliwość jego była większa od tych ciężkich prób, na jakie go los wystawił, gdyż w niedługim czasie zaczął wykładać i pisać Hoyer wcale poprawnie po rosyjsku.

Po histologii przyszła kolej na fizjologię. Nie trzeba przypominać, że prace z zakresu fizjologii, jakie podówczas w języku polskim istniały, albo nie obejmowały całości przedmiotu, albo też nie posiadały, zdaniem Hoyera, odpowiednich warunków pod względem pedagogicznym. Hoyer uważał za niezbędny taki podręcznik, który by przedstawiał całość przedmiotu w zasadniczych rysach, nie wchodząc zbytecznie w szczegóły. Ku temu celowi najodpowiedniejszym się okazał podręcznik Lodimara Hermanna, do przetłumaczenia którego zachęcił Hoyer kolegę Portnera. Otóż Hoyer, mając li tylko na uwadze korzyść słuchaczy, podjął się najniewdzięczniejszej pracy; napisał obszerny wstęp oraz opatrzył przekład tak licznymi przypisami, że z książki zrobiło się coś zupełnie nowego i powstało wyborne dzieło, które stało się wkrótce najbardziej poszukiwanym. Ta sama historia powtórzyła się przy wydaniu fizjologii (Donders, Hoyer i Wundt) przez kolegów Fabiana i Stokmanna w roku 1871 oraz embriologii Yierordta przez Neufelda przetłumaczonej i w roku 1873 wydanej. Nie ulega wątpliwości, że gdyby Hoyer napisał oryginalny podręcznik fizjologii, mniej pracy by w niego włożył, niż w wydanie dzieł powyższych. Ale, powiedzmy otwarcie, Hoyer był za sumienny na to, aby napisanie oryginalnego dzieła o fizjologii przedsięwziąć. Chociaż znający przedmiot gruntownie w całej jego rozciągłości, gdyż wiele wiwisekcji i doświadczeń fizjologicznych sam wykonał, wiele prac czysto fizjologicznych pod jego kierunkiem wykonanych zostało, nie chciał jednakże oryginalnego pisać dzieła. Rozumiał, że do tego celu potrzeba by samemu cały przedmiot przepracować, wyłącznie mu się poświęcić, potrzeba asystentów, olbrzymich środków pomocniczych, słowem, potrzeba tego wszystkiego, na czym mu jeszcze podówczas zbywało. Ci, którzy sądzą, iż Hoyer był tylko czystym teoretykiem, że badania naukowe traktował w oderwaniu od celów praktycznych, w wielkim są błędzie. Nikt tak jak Hoyer dotykalnie nie wykazał tych bezpośrednich korzyści, jakie z badań zwanych teoretycznymi dla medycyny praktycznej wynikają.

Dążność do zsolidaryzowania kierunku teoretycznego z praktycznym i wykazania, że one wzajemnie uzupełniać się powinny, po raz pierwszy w działalności Hoyera zaznaczyła się z chwilą objęcia przez niego redakcji „Tygodnika Lekarskiego”, który w latach 1867 i 1868 sam wyłącznie redagował. Z chwilą objęcia redakcji przez Hoyera, tygodnik zmienił swoją fizjonomię. Liczne sprawozdania lub streszczenia z prac, które rzadko kiedy dawniej się tam znajdowały, zaczęły się nieporównanie częściej pojawiać. Były one przeważnie pióra Hoyera, który – tak jak wszędzie – tak i na stanowisku redaktora nie szczędził pracy, a jak w tym razie niesłychanych wysiłków, aby czytelnicy „Tygodnika” rzetelną korzyść odnieść mogli. Obeznał się on jednocześnie w ciągu tego czasu z konieczności z mnóstwem prac z zakresu medycyny praktycznej i kto wie, czy temu właśnie nie należy zawdzięczać, że w swych licznych poszukiwaniach nigdy medycyny praktycznej nie spuszczał z uwagi. Drogo jednakże Hoyer to zbliżenie się do medycyny praktycznej, a w szczególności do redaktorstwa czysto praktycznego organu okupił; bowiem w ciągu półtoraletniej redakcji, a szczególniej pod jej koniec, nieraz sam prawie własnymi pracami musiał od góry do dołu „Tygodnik” zapełnić, doznawszy dotkliwego zawodu ze strony tych, którzy mu swą pomoc solennie przyrzekli.

Z działalnością Hoyera na stanowisku redaktora pisma dla praktyków przeznaczonego łączy się ściśle jego działalność w Towarzystwie Lekarskim Warszawskim. I tu pracował on, aby rozbudzić zamiłowanie do ścisłych badań oraz faktami przekonać, że z poszukiwań w pracowniach medycyna praktyczna bezpośrednie odnosi korzyści i że jeżeli lekarz swego fachu nie chce traktować jak rzemiosła, musi być badaczem i iść za postępem nauki. Towarzystwo Lekarskie Warszawskie od razu zrozumiało Hoyera, który swymi mozolnymi badaniami natychmiast się dzielił z kolegami, ile razy doszedł do jakiegoś pewniejszego rezultatu, demonstrując wielokrotnie liczne preparaty i wyjaśniając znaczenia nowych zdobyczy dla celów praktycznych. Pięciokrotne obranie Hoyera prezesem, który przedtem w charakterze przewodniczącego sekcji anatomii, fizjologii i nauk przyrodniczych oraz wiceprezesa Towarzystwa pracował, jest jednym z dowodów wysokiego uznania, jakie ze strony Towarzystwa Hoyerowi okazane zostały. Nie odmawiając zasługi innym przewodniczącym Towarzystwa, których dobre chęci dla instytucji i praca dla ogółu należały do faktów stwierdzonych, wyznać musimy, iż nigdy tyle ruchu i życia naukowego w Towarzystwie nie dało się zauważyć, jak za czasów prezesostwa Hoyera. Niemałą też zasługę Hoyera stanowi czynne przyłożenie ręki do zorganizowania pracowni przy Towarzystwie; bo chociaż wszyscy już od dawna odczuwali jej konieczność, to jednak on dopiero chęć na uczynek zamienił. Wszelkie te dążenia i wytrwała praca Hoyera w Towarzystwie odniosły ten skutek, że zyskało ono na powadze, że wytworzyła się pewna łączność naukowa nawet pomiędzy lekarzami członkami a nieczłonkami Towarzystwa, słowem, że stan lekarski, iż tak powiemy, się unaukowił i że nauka zaczęła ludzi interesować.

Jak wspomnieliśmy wyżej, nie zaniedbywał Hoyer nigdy sposobności przyjęcia udziału w pracy naukowej i z tego względu uczestnictwo w zjazdach przyrodniczo-lekarskich zarówno polskich, jak i zagranicznych uważał on sobie za obowiązek, ceniąc wysoki wpływ żywego słowa i możność przedstawienia rezultatów swych badań szerszemu kołu. Nawet od skromnej roli sprawozdawcy się nie cofał, referując polskie prace i pomieszczając z nich wyborne referaty w trzech najpoważniejszych specjalnych publikacjach niemieckich poświęconych anatomii, fizjologii, histologii oraz biologii, których to pism był stałym współpracownikiem. Niezależnie od korzyści, jakie stąd nauka odnosiła za sprawą Hoyera, i my zdobywaliśmy sobie uznanie u cywilizowanego świata, który się dowiadywał nareszcie, że i tu są ludzie umiejący pracować i dorzucić choć drobne ziarnko do skarbnicy ogólnej wiedzy. Hoyerowi zatem należy się i pod tym względem jak najgłębsze uznanie, że naukę naszą na zewnątrz tak zaszczytnie na zjazdach naukowych reprezentował lub z nią świat zagraniczny zaznajomił. Że Hoyer szczerze honor naszej nauki miał na uwadze, dowodzi tego fakt, iż prace swe jeżeli nie wpierw po polsku, to przynajmniej współcześnie po polsku i po niemiecku ogłaszał, a takie jego postępowanie było wynikiem głębokiego przeświadczenia, że względem społeczeństwa, które go do siebie przygarnęło i docenić potrafiło, zaciągnął pewne zobowiązania. Szczodrze się też on nam wypłacał, pracując wszelkimi siłami nad wyrobieniem nauki krajowej. Na naukę w ścisłym znaczeniu zapatrywał się Hoyer z wysokiego stanowiska, uważając ją za źródło siły dającej prawo do bytu. Naród, który bada, który wnika w przyczyny zjawisk, wnika w siebie, wnika w warunki swego istnienia, rachuje się z położeniem – kto bada, ten myśli, ten myśleć musi; kto myśli, ten istnieje. Przyczyniać się więc do utworzenia własnej nauki znaczy wytwarzać warunki własnego istnienia. W taki sposób pojmował Hoyer ostateczne zadanie nauki, która tyko pozornie poza sferą celów praktycznych się znajdując, odgrywa w życiu zarówno jednostek, jak i całych społeczeństw kardynalne znaczenie.

Przedstawiona działalność Hoyera to tylko cząstka dopiero w porównaniu z obszarem jego działalności ściśle naukowej. Tu to jest jego prawdziwe pole, na którym bezustannie był czynnym; w pracowni zaopatrzonej zasobami jego własnych starań był on dopiero jak u siebie w domu, gdyż Hoyer był przede wszystkim badaczem i to badaczem-myślicielem, który bada z planem i umie patrzyć na całość zjawisk oraz ich wzajemny do siebie stosunek. Zbadawszy tysiąckrotnie wszystkie tkanki ludzkiego i zwierzęcego ustroju tak w różnych epokach ich życia, jako i w różnych okresach rozwoju płodowego, badał Hoyer tkanki nie tylko z punktu widzenia czysto morfologicznego, lecz usiłował wykryć związek pomiędzy budową a ich funkcją zachodzący, usiłował za pomocą budowy objaśnić czynnościowe znaczenie pierwocin ustroju podlegających nieskończonym odmianom kształtu. „Szanowni koledzy”, odezwał się na uczcie Hoyer, „badałem komórkę, ale w stosunku do całości”. Tak więc mikroskop w rękach Hoyera służył do badania całego człowieka. W badaniach drobnowidowych tylko ścisłe metody, dokładność narzędzi i wyrobiona technika mogą od błędów uchronić. Najmniejszy przyczynek do udoskonalenia techniki może się stać niesłychanie płodnym w rezultaty i otworzyć nowe, zupełnie nieprzewidywane drogi badania, że w tym względzie jeden tylko fakt sobie tu przypomnimy, a mianowicie: stosowanie barwników mających własność barwienia jednych, a oszczędzania drugich utworów. Drobne to z pozoru odkrycie do jakichże świetnych już doprowadziło wyników i ile rozjaśniło spornych kwestii! Udoskonalić zatem technikę badania znaczy najskuteczniej przyczynić się do rozwoju nauki, a pod tym względem kto wie, czy Hoyer nie zajmuje najzasłużeńszego stanowiska wpośród histologów.

Oryginalne prace Hoyera dotyczyły embriologii, histologii porównawczej, histologii ciała ludzkiego, techniki drobnowidowej i wreszcie – parazytologii. Dla medycyny praktycznej najdonioślejsze znaczenie miały: o bezpośrednim łączeniu się drobnych tętniczek z naczyniami mającymi cechy żył (trzy prace); spostrzeżenia nad rozkładem naczyń krwionośnych w kościach i utkaniem szpiku kostnego (prac cztery), poszukiwania nad zakończeniem nerwów w rogówce (prac pięć) i inne.

Jeżeli niewątpliwie punktem kulminacyjnym zasług Hoyera jest jego działalność jako badacza, również pierwszorzędnego znaczenia dla przyszłości naszej nauki było stworzenie przez niego szkoły naukowej. Palmy pierwszeństwa w tym względzie nikt mu chyba nie odbierze. Hoyer, zadając trafnie obmyślane tematy, poruszał zawsze ważne kwestie, nie odmawiając nigdy swej pomocy, ile razy ktoś był przeniknięty szczerą chęcią do pracy i rzetelną miłością nauki. A jaka to była pomoc ze strony Hoyera ci tylko wiedzieć mogą, którzy jej sami doznawali. Czterdzieści przeszło prac pod jego kierunkiem dokonanych, z których niejedna przez wydział lekarski złotym medalem nagrodzoną została, oto niezatarte ślady jego usiłowań na tym polu. To w jego zakładzie w 1875 roku Władysław Mayzel odkrył mitozę w komórkach zwierzęcych.

W 1894 roku z powodu choroby oczu i ciągle pogarszającego się wzroku Hoyer musiał zrezygnować z pracy w Uniwersytecie. Trudno być histologiem, gdy ślepota uniemożliwia badanie preparatów pod mikroskopem. Zajął się wtedy filozofią medycyny. Napisał bardzo ważną pracę w tej materii: Zasadnicze pojęcia naukowe w świetle krytyki poznania. Postanowił również nareszcie założyć rodzinę i ożenił się z Ludwiką Werner, córką profesora farmacji Akademii Medyko-Chirurgicznej. Miał z nią syna Henryka Ferdynanda, wybitnego uczonego, biologa, badacza układu limfatycznego kręgowców, profesora i rektora UJ. Henryk Ferdynand otrzymał przydomek Hoyer młodszy.

Zainteresowania profesora wykraczały poza medycynę. Brał na przykład udział w Komisji Teorii Ogrodnictwa i Nauk Przyrodniczych. Zmarł w Warszawie 3 lipca 1907 roku w wieku 73 lat. Został pochowany na cmentarzu ewangelicko-augsburskim na Woli.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Uczczenie dwudziesto-pięcioletniej pracy na polu naukowem i nauczycielskiem profesora Henryka Fryderyka Hoyera, „Medycyna” 1884, t. XII, nr 52, s. 857–868. Skróty, adaptacja i uzupełnienia – Monika Nowakowska-Zamachowska.

Romuald Hube

Urodzony 7 II 1803 w Warszawie. Studia prawnicze na UW (1818–1821) i na uniwersytecie w Berlinie (1823–1825); pracownik UW (od 1825), doktorat tamże (1829); profesor zwyczajny (od 1829); wykładowca Uniwersytetu Petersburskiego (1841–1845).

Prawnik i historyk prawa. Opracował pierwszy w literaturze polskiej systematyczny wykład prawa karnego; opowiadał się za stworzeniem narodowego kodeksu cywilnego zamiast Kodeksu Napoleona.
Redaktor „Themis Polskiej” (1828–1830). Członek Komisji Kodyfikacyjnej dla Królestwa Polskiego w Petersburgu (1845–1861); współtwórca rosyjskiego kodeksu karnego z 1845.
Zmarł 9 VIII 1890 w Warszawie.

O zasadach prawa karnego, Warszawa 1830; Studia nad kodeksem karnym, Warszawa 1863; O znaczeniu prawa rzymskiego i rzymsko-bizantyjskiego u narodów słowiańskich, Warszawa 1868; Historia prawa karnego ruskiego, cz. 1–2, Warszawa 1870–1872; Prawo polskie w wieku XIII, Warszawa 1874.

S. Laguna, Romuald Hube i jego działalność naukowa, „Ateneum” 1890, 3, s. 594–610; Hube R. [w:] PSB, t. X, Warszawa 1962–1964, s. 70–72.

MARZENA PASZKOWSKA

ROMUALD HUBE

1803–1890

 

Romuald Hube urodził się 7 lutego 1803 roku w Warszawie. Jego ojciec, Michał, jak również dziadek, Jakub, byli prawnikami. Jakub Hube za czasów przedrozbiorowych sprawował w Bydgoskiem funkcję urzędnika sądowego Rzeczypospolitej. Michał Hube w chwili narodzin syna był urzędnikiem sądowym w służbie pruskiej. Matką Romualda była Marianna z Płońskich. Po ustanowieniu Księstwa Warszawskiego Michał Hube został powołany do biura Stanisława Brezy, sekretarza stanu przy królu saskim Fryderyku Auguście. Jako referendarz stanu pełnił tam obowiązki archiwisty, kasjera oraz prowadził korespondencję niemiecką. Łączyło się to z pobytem w Dreźnie i tam właśnie Romuald Hube zaczął pobierać pierwsze nauki. W początkach 1814 roku Michał Hube wraz z żoną i dziećmi powrócił do Warszawy. Romuald i jego młodszy brat Józef (późniejszy prawnik i ksiądz) zostali oddani do szkół pijarskich, a następnie do liceum S. B. Lindego w Pałacu Saskim. Naukę młody Hube kontynuował w Krakowie, w słynnym Liceum św. Anny, guwernerem zaś obu braci w tym czasie był Józef Muczkowski, uczeń Jerzego S. Bandtkiego, późniejszy bibliograf i dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej. On zaszczepił przyszłym uczonym zamiłowanie do historii, geografii oraz literatury klasycznej.

Krakowską szkołę Hube ukończył z pierwszą nagrodą w 1818 roku i już rok później rozpoczął karierę urzędową jako aplikant Prokuratorii Generalnej w Warszawie. Jednocześnie w wieku 15 lat zaczął studia prawnicze na Wydziale Prawa i Administracji Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego (istniejącego w stolicy od 1816). W Pamiętniku pisał: „Kurs na oddziale prawa trwał trzy lata. Profesorowie albo z pamięci wykładali, albo odczytywali swe zapiski, objaśniając je; byli obowiązani odbywać z nami egzaminy cząstkowe; przygotowywało to nas stopniowo do egzaminów rocznych z całego kursu. [...] W oddziale prawnym słuchaliśmy wykładów prawa natury, instytucji i historii prawa rzymskiego, pandektów, historii prawa dawnego polskiego i wykładu systematycznego tegoż prawa, kodeksu cywilnego, procedury cywilnej z hipoteką i notariatem, prawa karnego, procedur karnych, medycyny prawnej i prawa kanonicznego”1. Największy wpływ wywarli na niego profesorowie: historyk prawa Jan Wincenty Bandtkie, cywilista Franciszek Ksawery Szaniawski oraz karnik Aleksander Engelke. Za sprawą osobistych kontaktów z Engelkem, znawcą filozofii Kanta i Fichtego, oraz możliwości korzystania z jego prywatnej biblioteki, zapoznał się Hube już jako student z dziełami współczesnych głośnych filozofów i uczonych niemieckich, zajmujących się problematyką prawa karnego (Kant, Feuerbach i Zachariae). Oprócz uczestniczenia w zajęciach z przedmiotów obowiązkowych prawniczych Hube uczęszczał na wykłady historii powszechnej profesora Feliksa Bentkowskiego, literatury polskiej profesora Kazimierza Brodzińskiego, wreszcie bibliografii Joachima Lelewela. W 1821 roku zyskał Hube stopień magistra na podstawie dysertacji z dziedziny prawa karnego o usiłowaniu. W Pamiętniku pisał: „Byłem pierwszym w całym Uniwersytecie, któremu z egzaminu magisterskiego udzielono ten stopień cum eminentna et singularis laude. Egzamin publiczny zdałem w lipcu 1821 roku. Rozprawa moja z prawa karnego zyskała szczególną pochwałę ze strony profesora Engelkego. Egzaminy nasze magisterskie odbywały się bardzo uroczyście w Sali dolnej gmachu bibliotecznego. [...] Miałem zaszczyt mieć na moim egzaminie Staszica [...]”2. Po odbyciu aplikacji sądowej (1821–1823) wyjechał Hube do Berlina, gdzie uczęszczał na wykłady Georga W. Hegla, Carla von Savigny’ego. Takie właśnie grono nauczycieli akademickich w Warszawie: Bandtkie, Szaniawski, Engelke i Maciejowski, i w Berlinie: Hegel i Savigny, wywarło na niego decydujący wpływ w dalszej działalności na polu nauki.

W 1825 roku powrócił do Warszawy i tu rozpoczęła się jego droga naukowa. W Pamiętniku zapisał: „Przychylni mi profesorowie Wydziału Prawa i Rady Uniwersytetu wyjednali mi w Komisji Oświecenia nominację na lektora z pensją 3 000 zł rocznie. Poruczono mi wykład z historii prawa, nie tylko historii prawa rzymskiego, którą dotąd wykładał Maciejowski, ale i historii praw nowszych, a mianowicie niemieckich”3. Wykłady młodego magistra legens (z prawem wykładania) cieszyły się powodzeniem wśród studentów. Aby wiedzę z prawa rzymskiego ugruntować, Hube w latach 1826–1827 napisał i ogłosił rozprawy dotyczące fragmentów dzieł Ulpiana i instytucji Gajusa. W wykładach z nowej dziedziny – historii praw nowszych – ograniczał się do dziejów prawa państw Europy Środkowej do końca XVIII stulecia. Nad wspaniale zapowiadającym się młodym wykładowcą zaczęły się gromadzić pierwsze chmury. Jako zwolennik filozofii Hegla nie znalazł uznania w kręgach władz krajowych. Zaledwie po roku katedra, którą zajmował Hube, uznana została przez Komisję Oświecenia za niepotrzebną. Na Uniwersytecie zawrzało. Dziekan Wydziału Prawa Bandtkie i studenci protestowali. I tak solidarna postawa całej społeczności akademickiej uratowała i katedrę, i młodego wykładowcę. W 1828 roku Hube, obok prawa rzymskiego i nowszego, wykładał zastępczo prawo kryminalne (jak wówczas nazywano prawo karne). W tym samym roku przedstawił napisaną po łacinie rozprawę doktorską: Wykład historyczny i dogmatyczny o kradzieży według prawa rzymskiego. Zaznaczyć trzeba, że tytuł doktora obojga praw Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego Hube otrzymał jako drugi doktorant w jego historii (1829) (pierwszy przyznano Wincentemu Kraińskiemu – 1825). Hubemu po nominacji na profesora zlecono prowadzenie wykładów z prawa karnego i kanonicznego, a ponadto i zastępczo z historii prawa.

W tym czasie obok działalności uniwersyteckiej, do której przywiązywał ogromną wagę, Hube miał jeszcze dwie pasje. Pierwszą z nich były podróże, drugą – czasopismo prawnicze „Themis Polska”, czyli pismo poświęcone nauce i praktyce prawa. Wyjazdy m.in. do Niemiec, Austrii, Włoch, Czech traktował jako naukowe. Zaprzyjaźniony z rodziną Chopinów, odbył kilka podróży z Fryderykiem Chopinem. W Pamiętniku pisał: „Kiedy w r. 1828 wyjeżdżałem do Wiednia, powierzony mi został do odprowadzenia do Wiednia młodziutki Szopen, już odznaczający się wielkim talentem, którym potem w świecie muzykalnym tak zabłysnął. Wracając z zagranicy, przywoziłem zawsze ze sobą ważniejsze dzieła z literatury prawnej. W ówczesnym moim zbiorze książek znajdowało się prawie wszystko, co dostarczała literatura niemiecka”4.

„Themis Polska” – pierwsze naukowe polskie czasopismo prawnicze – zaczęła wychodzić w Warszawie w postaci miesięcznika w 1828 roku. Jej współzałożycielem był Hube. Zajmował się też sprawami redakcyjnymi. Zamieścił w „Themis” 12 swoich prac i był inicjatorem kilku istotnych debat naukowych. Jeden z programowych tekstów uczonego – O stanie nauki prawa w naszych czasach – doczekał się polemiki ze strony Augusta Heylmana (Wywód zasad ogólnych nauki prawa i prawodawstwaMyśl o nauce prawa i prawodawstwie w kraju naszym). Była to fundamentalna dyskusja na temat zalet i wad szkoły historycznej. Mimo braku oficjalnych powiązań była „Themis Polska” głównym pismem Wydziału Prawa i Administracji, a równocześnie wykładnikiem stanu ówczesnej nauki prawa w Polsce, która rozwijała się w sposób swoisty, wykorzystując bardzo ostrożnie wzory obce, znane dobrze prawnikom polskim.

W czasie powstania listopadowego dostrzegamy bardzo czynną i narodową postawę Hubego. Wiadomość o insurekcji zaskoczyła go w Rzymie, gdzie odbywał podróż naukową, wrócił jednak, mimo trudności, do walczącej Warszawy. Zaciągnął się wraz z bratem do artylerii miejskiej. W rocznicę Konstytucji 3 maja Hube wygłosił na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk odczyt okolicznościowy o charakterze naukowo-patriotycznym. Wskazywał w nim na ciągle nierozwiązane sprawy, jak chociażby nadanie chłopom ziemi. W tym czasie Hube zajmował się projektami reorganizacji Uniwersytetu oraz został mianowany referendarzem w Radzie Stanu. Aktywny był podczas insurekcji ojciec Romualda, Michał. Po upadku powstania, udawszy się na emigrację, już z niej nie powrócił, tak jak i brat Romualda, Józef. Natomiast Romuald Hube emigrował tylko na krótko do Prus i powrócił do Warszawy pod koniec 1831 roku.

Odrębny rozdział w biografii uczonego stanowi jego działalność jako legislatora. Zwolniony po powstaniu listopadowym ze stanowiska profesora, w związku z likwidacją Uniwersytetu Warszawskiego, Hube uzyskał nominację na prokuratora warszawskiego sądu kryminalnego. W 1833 roku został powołany do Komisji Kodyfikacyjnej, która miała dokonać rewizji obowiązującego prawa w Królestwie. Hubemu zlecono opracowanie projektu nowego kodeksu karnego i procedury karnej. Dla jego realizacji wyjechał do Petersburga. Po śmierci Michała Sperańskiego powołano Hubego także do Wydziału II Kancelarii Cesarskiej, przygotowującej projekty kodyfikacyjne dla Imperium Rosyjskiego. Tak więc uczestniczył w przygotowaniach obu kodeksów, wykonując ogromną pracę redakcyjno-techniczną, najpierw jako członek, a następnie przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej. Kodeks Kar Głównych i Poprawczych zatwierdzony został przez cesarza w 1845 roku; Kodeks dla Królestwa Polskiego z 1847 roku, o tej samej nazwie, był skróconą wersją kodyfikacji rosyjskiej z 1845 roku. Autorstwo kodeksu, który stanowił niewątpliwy regres w porównaniu z polskim kodeksem karzącym z 1818 roku, wywołało dużą niechęć do Hubego w kraju. „Z powodu surowości kodeksu robiono Hubemu ze strony polskiej duże zarzuty, zresztą słuszne. Hube był jednak zwolennikiem bezwzględnej represji karnej i surowości kodeksu, niezależnie od nalegań i nacisków rosyjskich czynników urzędowych, była przez niego uważana za słuszną. Poza tym, jako zwolennik wspólnego prawa karnego dla ludów Europy, inaczej niż inni polscy prawnicy patrzył na odrębność Królestwa Polskiego w tej dziedzinie”5. W 1840 roku cesarz podjął decyzję o utworzeniu dwuletnich Kursów Prawa przy warszawskim gimnazjum gubernialnym dla przygotowania średnich kadr, a studia wyższe dla polskich studentów nakazał zorganizować nie tylko w Petersburgu, ale i w Moskwie. Powołano w Petersburgu dwie katedry: katedra praw cywilnych z procedurą cywilną, prawem hipotecznym i notarialnym oraz katedra praw karnych i administracyjnych. Profesorem prawa cywilnego został Cyprian Zaborowski, prawa karnego – Romuald Hube. W latach 1841–1845 Hube wykładał po polsku na uniwersytecie w Petersburgu prawo karne i historię prawa polskiego. W 1850 roku został radcą tajnym i senatorem, a w roku 1856 – prezesem Komisji Kodyfikacyjnej Królestwa Polskiego, który to urząd piastował do 1861 roku. Mianowany z dniem 1 listopada 1861 roku dyrektorem głównym Komisji Rządowej Wyznań i Oświecenia Publicznego przeniósł się do Warszawy. Na tej posadzie nie utrzymał się długo z powodu nieporozumień z ówczesnym naczelnikiem rządu cywilnego margrabią Aleksandrem Wielopolskim. Ustąpił już w czerwcu 1862 roku. Pozostał jednak nadal w Radzie Stanu KP. Po likwidacji Rady Stanu w roku 1867 wszedł, co prawda, do komitetu do spraw reformy sądownictwa w Królestwie Polskim, ale w jego pracach już aktywnie nie uczestniczył.

Kiedy w 1861 roku cesarz wyraził zgodę na utworzenie Szkoły Prawa w Warszawie, Hube wysunął w związku z tym odpowiedni projekt. Wspominano w nim o powołaniu w Królestwie kilku specjalnych szkół wyższych, m.in. prawa. R. Hube wkrótce odszedł jednak od idei tworzenia kilku odrębnych szkół wyższych. Ostatecznie udało się doprowadzić do skutku projekt kilkuwydziałowej uczelni pod nazwą Szkoła Główna. Poprzestano ze względów taktycznych i politycznych na tej nazwie, nawiązującej do tradycji staropolskiej z XVIII wieku. Ale była to uczelnia uniwersytecka zarówno pod względem charakteru, jak i poziomu nauczania.

Hube nie znalazł się w gronie wykładowców Szkoły Głównej. Sobociński podnosi, że: „istniały wspaniałe możliwości obsady katedr historycznych, w zakresie zarówno powszechnym, jak porównawczo-słowiańskim i specjalnie polskim [...]. Żyli i pracowali bez przerwy na polu naukowym dawni profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego W. A. Maciejowski i R. Hube – światowej sławy historycy prawa”6. Zasadniczą przyczyną niepowołania Hubego w skład grona wykładowców Szkoły Głównej był konflikt z Wielopolskim, który podkreślał szczególnie jego udział w pracach Komisji Kodyfikacyjnej, a zwłaszcza zarzucał mu autorstwo kodeksu karnego.

Hube, po uzyskaniu emerytury (1867) umożliwiającej mu dostatnie, niezależne życie, nabył majątek Stobiecko Szlacheckie pod Radomskiem i w nim zamieszkał. Corocznie odbywał podróże zagraniczne, przede wszystkim w celu prowadzenia badań naukowych. Utrzymywał też bogatą korespondencję z krajowymi i zagranicznymi uczonymi. W 1878 roku powołano go ponownie do Petersburga jako członka Rady Państwa, lecz z powodu złego stanu zdrowia rzadko uczestniczył w zajęciach urzędowych. W roku 1880 sprzedał majątek w Stobiecku i przeniósł się do Warszawy, gdzie zmarł w 1890 roku. Według świadectwa ucznia Hubego, Stosława Laguny, śmierć nastąpiła podczas pracy nad obszernym dziełem o prawie salickim. Hube nie pozostawił potomstwa. Został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Przez lata zgromadził duży księgozbiór. Część zbiorów swej biblioteki sprzedał uniwersytetowi w Odessie, a znaczny podzespół jeszcze za życia podarował Bibliotece Jagiellońskiej. Resztę zapisał w testamencie Stosławowi Lagunie.

Hube był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, związał się z Muzeum Starożytności i Komisją Archeologiczną w Wilnie. Utrzymywał kontakty naukowe z wieloma uczonymi.

W działalności naukowej łączył zainteresowania prawnicze i historyczne. W studiach karnych zwracał uwagę na elementy historyczno-filozoficzne. Już jego rozprawa doktorska o kradzieży w prawie rzymskim odznaczała się doskonałą metodą opracowania. Pod wpływem niemieckiej szkoły historycznej przedstawił Hube w pierwszej części tej pracy historyczny, ewolucyjny rozwój pojęcia kradzieży, a następnie dokonał analizy dogmatycznej przepisów o kradzieży z końcowego okresu rozwoju prawa rzymskiego. Ważnym wydarzeniem w życiu naukowym Warszawy w 1827 roku był referat wygłoszony przez Hubego na Uniwersytecie Warszawskim na temat teorii prawa karnego. Został on następnie ogłoszony drukiem (O teoriach prawa kryminalnego, 1828). Hube przedstawił w nim doktryny karne i poglądy filozoficzne humanitarystów i filozofów XVIII i początku XIX wieku. W 1830 roku wydał drukiem Ogólne zasady prawa karnego, będące pierwszym polskim systematycznym wykładem ogólnej części prawa karnego. Dzięki tej pozycji zasługuje na miano ojca nauki prawa karnego w Polsce. Już w tych pierwszych publikacjach wystąpił jako zwolennik koncepcji Jerzego Wilhelma Hegla, stojącego na gruncie teorii odwetu. Hube był też kontynuatorem myśli ucznia Hegla – Edwarda Gansa. Należy podkreślić, że w nauce europejskiej Hube należał do pierwszych autorów, którzy stosunkowo wcześnie zainteresowali się karnistycznymi poglądami Hegla. Hube ogłosił swoje dzieło pt. Ogólne zasady prawa karnego w 1830 roku, a koncepcje Hegla upowszechniły się w Europie dopiero ok. 1840 roku. Uważał on, w ślad za swoim mistrzem, że kara jest odwetem za czyn przestępny, polegającym na zadawaniu dolegliwości fizycznej i psychicznej, przymusem o charakterze odzwierciedlającym, który jest instrumentem przywracającym powagę prawa naruszoną przestępstwem. Ponieważ zadaniem kary jest zatarcie przestępstwa i przywrócenie harmonii istniejącej w społeczeństwie, stąd też kara powinna być dostosowana pod względem rodzajowym do popełnionego przestępstwa, a swym rodzajem odpowiadać jego ciężarowi. Kolejna praca z zakresu prawa karego to rozprawka O dawnych pisarzach prawa karnego w Polsce, gdzie na tle rozwoju prawa i procesu karnego w Europie przedstawił Hube dorobek naukowy w tej dziedzinie pisarzy polskich, a mianowicie Andrzeja Lipskiego, Mikołaja Zalaszowskiego i Jakuba Czechowicza. W 1863 roku ogłosił następną ważną pracę z dziedziny prawa karnego, były to Studia nad Kodeksem karnym 1818 roku. Wydanie tego opracowania związane było z zamiarami przywrócenia mocy obowiązującej tej kodyfikacji w miejsce Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych. Hube zaprzestał kontynuacji tego dzieła wskutek rozwiania nadziei na uchylenie KKGP po upadku powstania styczniowego. Studia nad Kodeksem karnym 1818 roku, choć niedokończone, i tak uważane są w literaturze do dziś dnia za jedną z najlepszych polskich monografii z dziedziny prawa karnego. Dużą wartość ma także wydana przez Hubego w latach 1870–1872 Historia prawa karnego ruskiego. Wiele miejsca prawu karnemu poświęcają także prace historyczne Hubego, a mianowicie Prawo polskie w XIII wieku oraz Ustawodawstwo Kazimierza Wielkiego.

SECT-ID LINK

1Por. K. Dunin, Romuald Hube 1803–1890. Studium biograficzno-bibliograficzne, [w:] Romualda Hubego Pisma poprzedzone zarysem biograficzno-krytycznym, t. I, Warszawa 1905, gdzie zawarte są fragmenty pamiętnika Hubego, s. XI–XII.

2Ibidem, s. XIV–XV.

3Ibidem, s. XV.

4Ibidem, s. XXIII.

5A. Korobowicz, W. Witkowski, Historia ustroju i prawa polskiego (1772–1918), wyd. 4, Warszawa 2009, s. 140.

6W. Sobociński, Wydział Prawa i Administracji Szkoły Głównej Warszawskiej. Jego znaczenie i dorobek, Warszawa 1964, s. 35.

Nikołaj Iwanowicz Kariejew

Urodzony 6 XII 1850 w Anosowie (gubernia smoleńska). Studia historyczne na Uniwersytecie Moskiewskim (1869–1873); magisterium* tamże (1879); doktorat** na Uniwersytecie Moskiewskim (1884); pracownik UW (1879–1884); profesor nadzwyczajny (1884); pracownik Uniwersytetu Petersburskiego (1885–1899) i Liceum Aleksandrowskiego.

Historyk. Znawca historii społecznej Francji oraz historii politycznej i kulturalnej Rzeczypospolitej, metodolog i filozof historii.
Członek Akademii Umiejętności, członek korespondent Petersburskiej Akademii Nauk (1910); członek korespondent Rosyjskiej Akademii Nauk (1917) i Akademii Nauk ZSRR (1929).
Zmarł 18 II 1931 w Leningradzie.

Oczerk istorii francuskogo krest’janstwa, Moskwa 1881; Padienije Pol’szy w istoriczeskoj litieraturie, Oczerk istorii reformacionnogo dwiżenija i katoliczeskoj rieakcii w Pol’sze, Moskwa 1889; Istoriczeskij oczerk pol’skogo sejma, Moskwa 1888; Osnownyje woprosy fiłosofii istorii, Petersburg 1887; Istoriki francusko) riewolucii, Leningrad 1924.

Polska i Polacy w działalności dydaktycznej i politycznej prof. Nikołaja I. Kariejewa, [w:] J. Bardach, W obiektywie nauki i w lustrze pamięci (o uczonych, pisarzach i politykach w XIX i XX wieku), red. W. Sudnik, Warszawa 2004, s. 30–53.

* rosyjski odpowiednik doktoratu
**rosyjski odpowiednik habilitacji

JULIUSZ BARDACH

NIKOŁAJ IWANOWICZ KARIEJEW

1850–1931

 

Polska i Polacy w jego działalności dydaktycznej i politycznej*

W dziejach współpracy polskiej i rosyjskiej nauki historycznej w dobie poprzedzającej rewolucję roku 1917 wybitne miejsce zajmuje znany historyk Nikołaj Iwanowicz Kariejew. Jego ciężar gatunkowy jako uczonego, rola, jaką odegrał w dziejach historiografii rosyjskiej, zainteresowanie tematyką dziejów Polski i dorobek w tej materii, wreszcie Jego działalność publicystyczna i organizacyjna zmierzająca do zbliżenia obu narodów, zasługują – sądzimy – na bliższe zainteresowanie.

Uczeń i mistrzowie

Kariejew pochodził z rodziny szlacheckiej [...]. Dziad Jego był generałem, ojciec – uczestnik wojny krymskiej, ranny w czasie działań wojennych, przeszedł do rezerwy w stopniu majora, a następnie był horodniczym w małych miastach guberni smoleńskiej. Nikołaj [...] ukończył w 1869 r. ze złotym medalem Y gimnazjum moskiewskie, a w 1873 r. Wydział Filozoficzno-Historyczny Uniwersytetu Moskiewskiego. Uczeń znanego historyka Władimira Guerriera, zaliczał się do moskiewskiej szkoły historycznej. Nawiązywała ona do spuścizny Timofieja Granowskiego, który upatrywał w nauce historii „narzędzie umysłowego, moralnego i obywatelskiego wychowania sił społecznych do walki w imię wyższych zasad”1. To powiązanie nauki historii z jej społeczną funkcją wychowania obywatelskiego Kariejew bardzo silnie akcentował w swej twórczości. [...]

Po ukończeniu rozprawy kandydackiej współzawodniczył Kariejew o stanowisko docenta etatowego w Moskwie z drugim uczniem Guerriera, słynnym później mediewistą, znakomitym znawcą historii społecznej Anglii Pawłem Winogradowem. Guerrier forytował Winogradowa, a Kariejewa pragnął skierować do Warszawy, gdzie zapewniano Mu od razu stanowisko profesora nadzwyczajnego w katedrze historii powszechnej. Wynikało to u Guerriera i z pobudek naukowych. Był on uczniem Siergieja Sołowiowa, który opublikował książkę o upadku Rzeczypospolitej i wypowiadał często pogląd, że rosyjscy historycy dziejów powszechnych powinni preferować tematykę „stykową”, wiążącą się z historią Rosji. Sam Guerrier był również autorem monografii o walce o tron polski po śmierci Augusta II Sasa i w tym kierunku starał się skierować swego ucznia. Ten nie bardzo chciał opuszczać Moskwę, ale namowy mistrza i perspektywa katedry przeważyły szalę. [...]

Młody profesor w Warszawie

Przyjeżdżając do Warszawy w sierpniu 1879 roku, Kariejew miał zamiar – jak pisał po latach w swoim pamiętniku – zaprezentować się „wśród bratniego narodu słowiańskiego nie jako urzędowy rusyfikator, lecz jako człowiek, który byłby przedstawicielem humanistycznej, liberalnej, postępowej części społeczeństwa rosyjskiego”2. Interesowała go historia Polski, uczył się języka polskiego, który w pełni opanował. Swoje stanowisko w kwestii polskiej w pamiętniku określał tak: „Byłem zawsze wrogiem wszelkiej wyłączności narodowej i waśni, wszelkiego ciasnego patriotyzmu itd.; zawsze marzyłem w duchu idei Mickiewicza o czasach, kiedy ludy zapomniawszy waśni połączą się w jedną wielką rodzinę”3.

Składając po przybyciu do Warszawy urzędową wizytę kuratorowi Warszawskiego Okręgu Szkolnego Aleksandrowi Apuchtinowi, Kariejew usłyszał od niego: „Mnie, powiem Panu, pańska uczoność obchodzi mało, a rosyjskiego kierunku ja od wszystkich żądać będę”4. Kariejew jednak zajął stanowisko niezależne, więc też naraził się wszechpotężnemu kuratorowi i stał się obiektem nagonki, w której czołową rolę odegrał prof. Anton Budiłowicz. O nim pisał Kariejew, że był to „bezwzględny rusyfikator, prawdziwy tajny radca Apuchtina”5. [...]

Swoje pierwsze kroki w Warszawie relacjonował Kariejew w liście do M. Korielina, opisując wykład inauguracyjny: „Studentów było wielu i miałem oklaski, co – jak mówią – nie zawsze należy się Moskalowi. Treścią wykładu było pojęcie postępu w badaniu historii, ale poprzedziłem to lirycznym wstępem na temat tego, że moi słuchacze nie powinni patrzeć na mnie, jak na obcego. Rozwijając tę myśl, chciałem zacytować wiersze Mickiewicza, w których charakteryzuje on nauczanie historii swego mistrza w Uniwersytecie Wileńskim – Joachima Lelewela: «A słońce prawdy wschodu nie zna ni zachodu», ale kiedy opowiedziałem o moim zamiarze Bergowi – tłumaczowi Mickiewicza, on powiedział, abym nie powoływał się ani na Mickiewicza, ani zwłaszcza na Lelewela; tutaj byłoby to samo, co u nas powołać się teraz w wykładzie inauguracyjnym na Hercena. Musiałem więc poświęcić wiersz Mickiewicza, niemniej zdecydowanie powiedziałem na wykładzie, że przybyłem tu nie jako najemnik, ale jako człowiek itd. Moje oświadczenie nie przeszło bez wrażenia. Polacy – jak mówią – odnieśli się nieufnie do mojej nominacji. Kandydatem ich jest Wierzbowski; obecnie za granicą. Rozumieją dobrze, że rząd nie powierzy historii nowożytnej Polakowi, niemniej byli niezadowoleni, że pojawił się Moskal. Po wykładzie inauguracyjnym stosunki zmieniły się: o najemnikach i innych moich wyjaśnieniach zaczęli mówić z sympatią, zaczęli odnosić się do mnie z zaufaniem. Podkreślano nawet z uznaniem moją czysto moskiewską wymowę. Zaczęli o mnie nawet pisać w «Kurierze Warszawskim». Słuchaczy u mnie na wykładzie kursowym do 150 osób, na monograficznym 5 – ale słyszałem, że mają przychodzić z innych lat. Ze studentami znajomości nie zawierałem, rozmawiałem tylko z przyszłymi wydawcami skryptów z moich wykładów, i to niewiele, oraz wyłącznie na ten temat”6.

Ostrożność ta z punktu widzenia bezpośrednich interesów Kariejewa była jak najbardziej wskazana. Osobą młodego profesora interesował się nie tylko kurator, ale i żandarmeria. Między innymi rektor Uniwersytetu Nikołaj Błagowieszczeński uprzedził w czasie dwóch pierwszych spotkań Kariejewa, że „w audytorium należy zachować ostrożność, bo znajdują się w nim donosiciele. Oczywiście – dodał – nie są oni kierowani przez władze uniwersyteckie, ja nawet ich nie znam, ale proszę to mieć na uwadze, by nie narobić sobie kłopotów”7.

Bez kłopotów się jednak nie obeszło, bo oto po pierwszym roku pobytu w Warszawie władze oświatowe w Petersburgu odmówiły Kariejewowi zgody na wyjazd na Zachód. Zgodnie z zasadą, że należy „chwytać byka za rogi”, udał się on wówczas z interwencją do Apuchtina. Wywiązała się między nimi rozmowa charakteryzująca ówczesną atmosferę. Oto relacja, jak ją Kariejew zapisał: „Apuchtin wypowiedział swój pogląd na Europę Zachodnią i na Polaków. Jego zdaniem, gdyby można było oddzielić się od Zachodu chińskim murem, byłoby to lepsze dla sprawy rosyjskiej, a Polacy zaboru rosyjskiego nie podążaliby w objęcia Austrii. – W tym celu – zauważyłem – trzeba postępować tak, aby oni sami szukali naszych objęć. Fantazja, mój panie – odpowiedział Apuchtin. – Jakbyś wilka nie karmił, jego zawsze będzie ciągnąć do lasu. A czyta Pan po polsku? – otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, podał mi jakąś zagraniczną polską gazetę, gdzie przeczytałem korespondencję z Warszawy z bardzo nieścisłym opisem posiedzenia naszej Rady [Uniwersyteckiej] i wzmiankę o tym, że nawet taki profesor jak Kariejew głosował w moskiewskim duchu. – Ale to nieścisła relacja – zauważyłem – ponieważ nie pisał tego, oczywiście, naoczny świadek. Nie w tym sprawa, mój Panie, a czy Pan pojął, co znaczy to «nawet», dlaczego Pana wyodrębniają od innych rosyjskich profesorów? Może dlatego – zauważył Apuchtin – nie chcieli Pana puścić za granicę, bo to samo mogli przeczytać i w Petersburgu”8. W rezultacie interwencji u Apuchtina Kariejew zgodę na wyjazd otrzymał. [...]

Mimo tych oraz innych trudności i kłopotów praca dydaktyczna i naukowa Kariejewa rozwijała się pomyślnie. Podsumowując w liście do Piotra Ławrowa swoje zajęcia w ciągu pierwszego roku akademickiego w Warszawie, pisał: „Wykładałem w tym roku w Uniwersytecie historię XVI w. studentom dwóch pierwszych lat wydziałów historyczno-filologicznego i prawnego, a Odrodzenie – specjalistom historykom [...]. W wykładach z historii reformacji i reakcji katolickiej musiałem dotknąć i dosyć szczegółowo – mając słuchaczy Polaków – Polski XVI wieku. Zająłem się językiem, literaturą i coś niecoś napisałem dla naszych pism o tym ciekawym okresie”9. Miał tu Kariejew na myśli swoją pierwszą opublikowaną w 1881 r. rozprawę z zakresu historii Polski o walce szlachty z duchowieństwem na sejmach połowy XVI wieku. Napisał ją, opierając się na opublikowanych przez Józefa Szujskiego diariuszach sejmów lat 1548, 1553 i 1570, których nie znał Wincenty Zakrzewski, gdy pisał swoje Powstanie i wzrost reformacji w Polsce 1520–1572 (1870). Rozprawa Kariejewa była poświęcona walce o zniesienie jurysdykcji duchownej w odniesieniu do osób świeckich i jej rezultatowi w postaci odebrania sądom duchownym „ramienia świeckiego” przez sejm w latach 1562–1563. Równolegle pracował Kariejew intensywnie nad innymi swymi dziełami. Były to zarówno pomoce naukowe dla studentów typu podręcznikowego, jak też stanowiące pokłosie dawnych badań studia nad dziejami chłopów francuskich, wreszcie fundamentalna dysertacja na stopień naukowy doktora nauk poświęcona węzłowym zagadnieniom filozofii i historii.

Z czasem – mimo trudności – Kariejew nawiązał pewne kontakty z Polakami, choć znajomych miał, jak sam podkreślał, niewielu. Należał do nich Jego współpracownik w Katedrze Historii Powszechnej Adolf Pawiński, podtrzymywał też znajomość z Sewerynem Smulikowskim – filozofem i socjologiem. Największą rolę wszakże odegrała jego znajomość z Aleksandrem Świętochowskim.

Spokój panujący na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim zmąciła „historia z Ostrowidowym” – jak ją zatytułował w swoich wspomnieniach Kariejew. Miała miejsce na początku 1881 r. Według relacji Kariejewa jakiś student, Polak, chciał, aby w jednym z lokali muzyk odegrał na fortepianie polskie rewolucyjne pieśni, czemu sprzeciwił się student medycyny Ostrowidow i złożył o tym doniesienie do policmajstra [...], co studenci ocenili jako postępek dyskwalifikujący go moralnie i zgromadzili się na wiec, który zażądał usunięcia go z Uniwersytetu jako donosiciela. Na zwołanym następnie nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Uniwersytetu większością głosów podjęto uchwałę o udzieleniu Ostrowidowowi consilium abeundi, czyli zalecenie opuszczenia uczelni. Zaostrzyło to antagonizm pomiędzy Kariejewem, który występował na posiedzeniu Rady z wnioskiem o usunięcie delatora, a grupą – jak ich nazwał – „rusyfikatorów”, która przy poparciu Apuchtina broniła Ostrowidowa. Na udzielenie Ostrowidowowi consilium abeundi zgodził się pod naciskiem środowiska akademickiego rektor Błagowieszczeński. Generał-gubernator Petr Albedyński aprobował tę decyzję, a nawet zaprosił Kariejewa na raut do Pałacu Namiestnikowskiego, co było formą wyrażenia mu uznania za postawę w tej sprawie. [...]

Historia z Ostrowidowym, zdaniem Kariejewa, stała się początkiem ruchu studenckiego w Warszawie. „Studenci Polacy – pisał – nie byli wcale podobni do studentów Rosjan. To byli wymuskani eleganci, bardzo grzeczni, odwiedzający tłumnie cukiernie”. Ale po „ostrowidowskiej schodce” studenci zaczęli wysuwać postulaty utworzenia samorządnej organizacji studenckiej, kasy wzajemnej pomocy itp. Zwrócili się po pomoc do Kariejewa, który usiłował im wytłumaczyć, że nie ma szans na uzyskanie zgody władz na te postulaty i że poparcie ich przez Kariejewa spowoduje najwyżej wysłanie go z Warszawy. [...] Inaczej rysuje się obraz kontaktów studentów z Kariejewem w relacji Ludwika Krzywickiego. Według niego studenci spotkali się z Kariejewem wówczas, gdy po wstąpieniu na tron Aleksandra III wśród młodzieży akademickiej powstał projekt zwołania wiecu ogólnoakademickiego, który by wysunął żądanie konstytucji. Przedstawiciele radykalnej młodzieży polskiej nie znaleźli – wspominał Krzywicki – wśród profesorów Polaków „nikogo, do kogo opłaciłoby się zwrócić o radę”, wszyscy bowiem, pamiętający czasy Powstania Styczniowego, „byli podszyci wielkim strachem. W końcu zatrzymaliśmy się na paru młodszych Rosjanach, znanych ze swoich opozycyjnych nastrojów [...]. Byli to: historyk Kariejew, który do końca życia pozostawał opozycjonistą, uważającym, że narodowi polskiemu należy się niezależność polityczna, mineralog Lagorio i Lubowicz, historyk”. Ze wszystkimi delegaci młodzieży odbyli rozmowy. Kariejew „z całą sympatią przyjął delegatów, lecz odradzał stanowczo jakichkolwiek wystąpień politycznych”. Przewidywał po zamachu 1 marca 1881 roku długi okres politycznej reakcji, „która wskrzeszać będzie tradycje Mikołaja I”, i że wiec taki ściągnąłby tylko represje i byłby „marnowaniem sił [...] bez następstw”, a w Warszawie zwłaszcza dałby powód do różnych dalszych ograniczeń. Argumenty Kariejewa przekonały działaczy młodzieżowych, którzy zrezygnowali z projektu10. [...]

Wśród polskich przyjaciół

W latach 90. zainteresowania badawcze Kariejewa skierowały się w stronę historii filozofii i socjologii. Tematyka ta zajmowała Go jeszcze w Uniwersytecie Warszawskim [który opuścił w 1884 r., przenosząc się do Petersburga]. I jeśli nie odważył się – jak pamiętamy – na wykładzie inauguracyjnym rozpocząć od wiersza Mickiewicza do Lelewela, to powetował to sobie [podczas wykładu] w Moskwie. Wygłoszony tam referat o subiektywizmie w socjologii rozpoczął od zacytowania po polsku wiersza:

A słońce prawdy wschodu nie zna ni zachodu,

Równie chętnie każdego plemionom narodu,

I dzień lubiące każdej rozszerzać ojczyźnie,

Wszystkie ziemie i ludy poczyta za bliźnie.

Stąd kto się w przenajświętszych licach jej zacieka,

Musi sobie zostawić czystą treść człowieka.

W walce o tę „czystą treść człowieka” Kariejew zadeklarował solidarność z młodzieżą akademicką, protestującą przeciw nadużyciom władzy przez policję; został za to wraz z kilku kolegami (m.in. znanym ekonomistą Michałem Tuhan-Baranowskim) w 1899 roku pozbawiony katedry. Miał ją odzyskać w 1902 roku.

Po usunięciu z Uniwersytetu Petersburskiego Kariejew, czując się nieskrępowany statusem służby państwowej, wyjechał wiosną 1900 roku do Galicji. Korespondent warszawskiego „Głosu” 19 maja tak informował o tym czytelników: „Bawi w naszym mieście b. prof. uniw. Warszawskiego i petersburskiego Kariejew. Uczony rosyjski zapoznaje się z przedstawicielami naszej nauki i niebawem w tym samym celu wyjeżdża na kilka dni do Lwowa. W zimie prof. Kariejew przybędzie do Galicji i Austrii na czas dłuższy dla specjalnych badań historycznych”11. [...]

Zgodnie z zapowiedzią, zimą 1900/1901 roku Kariejew znowu zawitał do Krakowa i Lwowa. Wygłosił 18.01.1901 roku odczyt w lwowskim Towarzystwie Historycznym pt. O studiach z zakresu historii zachodniej Europy w Rosji. Odczyt, wygłoszony w języku polskim, został opublikowany w „Kwartalniku Historycznym”, którego redakcja mieściła się wówczas we Lwowie. W referacie tłumaczył szczególne zainteresowanie historią powszechną Rosji, jej położeniem między europejskim Zachodem a azjatyckim Wschodem, objęciem jej granicami innych ludów, wreszcie reformami Piotra I, które zbliżyły Rosję do Zachodu, gdy z kolei reakcja narodowa na kosmopolityzm Oświecenia powołała do życia prąd zwany słowianofilskim. Stąd podział zainteresowań: „zapadników” (Kariejew nazywał ich po polsku „zachodowcami”) dziejami Europy Zachodniej, słowianofilów – slawistyką historyczną sensu largo. [...] Gdy mowa „o badaniach rosyjskich uczonych na polu historii Polski – mówił – to najlepiej sądzić mogą sami Polacy, zaznaczę więc tylko ogólnie, że w czasach ostatnich w Rosji zaczęły się ukazywać prace wywołane przez czysto naukowe zainteresowanie się wewnętrznymi dziejami Polski, wolne [...] od wpływu dawniejszych i nowych konfliktów rosyjsko-polskich”12. [...]

W tymże 1901 roku Kariejew sformułował swoje credo w artykule Mój stosunek do Polaków. Bezpośrednią podnietą tego były jego wizyty w tym roku w Krakowie i we Lwowie. Podnosił sam, że w ciągu tych krótkich pobytów nawiązał wiele więcej stosunków z polską inteligencją niż przez pięcioletni pobyt na Uniwersytecie w Warszawie, mimo że w tym czasie połowa profesorów była narodowości polskiej. [...] Rezultatem nawiązania – a potem zacieśnienia – związków z polską nauką historyczną w Galicji był wybór Kariejewa na członka korespondenta Akademii Umiejętności w Krakowie. Wydział Historyczno-Filologiczny zaaprobował kandydaturę Kariejewa na posiedzeniu 10.07.1901 roku, przy czym wniosek podpisali ks. prof. Stefan Pawlicki i prof. Wincenty Zakrzewski. Wybór dokonany na dorocznym posiedzeniu AU 13.05.1902 roku został zatwierdzony przez cesarza Franciszka-Józefa 15.02.1903 roku równocześnie z zatwierdzeniem wyboru Teodora Wierzbowskiego – profesora Uniwersytetu i dyrektora Archiwum Głównego w Warszawie oraz Piotra Curie – profesora Uniwersytetu w Paryżu. Wybór ten Kariejew wysoko sobie cenił, jako wyraz zaufania społeczeństwa polskiego do Jego osoby. [...]

Na rewolucyjnej fali

W dobie rewolucji lat 1905–1906 przebywający w Petersburgu Kariejew prowadził intensywną działalność polityczno-społeczną. Należał do współorganizatorów partii Konstytucyjnych Demokratów („kadetów”) i został z jej ramienia wybrany posłem do I Dumy Państwowej. W partii „kadetów” połączyła Go ścisła współpraca ze znanym adwokatem, posłem do Dumy z ramienia „kadetów”, Aleksandrem Lednickim, wybitnym przedstawicielem Polonii moskiewskiej. Syn jego, Wacław Lednicki, wspominał, że w październiku 1905 r. partia „kadetów” wprowadziła do swego programu punkt o autonomii Polski. W intencji promotorów tego uzupełnienia miało ono stworzyć podstawy do współpracy rosyjskich i polskich sił liberalnych i postępowych. W tej intencji odbył się też 17.11.1905 roku w Petersburgu wielki wiec polsko-rosyjski, na którym „przemawiało także wielu znanych przyjaciół Polski, jak prof. N. I. Kariejew [...], P. B. Struve i inni”13.

Tydzień później (25 listopada) Kariejew wystąpił jako mówca na uroczystej akademii urządzonej przez polską młodzież akademicką w Petersburgu dla uczczenia pamięci Adama Mickiewicza w 50. rocznicę jego zgonu. W papierach Kariejewa zachował się tekst tego napisanego – co nie było u niego regułą – przemówienia. Jak ongiś – mówił – Mickiewicz i Puszkin dzielili się ideami i marzeniami, tak dziś dwa narody w ważnej dziejowej chwili łączą się i szukają obrony pod wspólnym sztandarem wolności. „Dzisiejsze nasze zebranie to jeden z dowodów tego, że jesteśmy połączeni. Czcząc pamięć swego wielkiego poety, polska postępowa młodzież Petersburga nie zapomniała przyciągnąć nas, obecnych tu Rosjan, a my rozumiemy, że jest to tylko jeden z wielu symptomów naszej solidarności w wielkim ruchu wyzwoleńczym odnawiającym Rosję i Polskę”14. Kariejew mówił, że zaproszenie do udziału w uroczystości traktuje jako nagrodę za to, że przez ćwierć wieku stale podkreślał swoją sympatię wobec narodu polskiego. Postulował, by przekreślić porachunki historyczne i dawne waśnie ciążące na psychice zarówno Polaków, jak i Rosjan, a które okazały się zgubne dla wolności obu narodów. Dziś – kontynuował – dojrzewa zrozumienie, że to dewiza „za naszą i Waszą wolność” wyraża prawdziwe interesy obu narodów. [...]

Lata przedwojenne

W latach po rewolucji 1905 r. ukazały się w języku polskim tłumaczenia popularnych w Rosji podręczników Kariejewa historii powszechnej średniowiecznej i nowożytnej, przeznaczone dla powstałych prywatnych szkół polskich. Tłumacz historii nowożytnej, uzasadniając wybór podręcznika Kariejewa, stwierdził, że był podyktowany dwoma względami: „pierwszym była wartość naukowa i pedagogiczna samej książki”, drugim – „znana bezstronność i życzliwość w stosunku do nas jej Autora”. Podręczniki Kariejewa cieszyły się wielkim powodzeniem i miały szereg wydań. Warto zaznaczyć, że ostatnie wydania ukazały się już w Polsce Niepodległej w 1921 r. i służyły młodzieży w dobie międzywojennego 20-lecia. W obu podręcznikach Kariejew sporo miejsca poświęcał tematyce polskiej, wyodrębniając ją w osobne paragrafy.

W 1912 r. ukazał się polski przekład książki Kariejewa Pogląd ogólny na dzieje Europy Zachodniej w wieku XIX. Poprzedził go autor osobnym wstępem adresowanym do czytelnika polskiego. Wspominając o satysfakcji, jaką dawały mu publikacje jego prac w języku polskim, podkreślał, że uczucia te nie mają charakteru osobistego: „Stosunki, które wytworzyły się między Rosjanami i Polakami, czynią, iż za każdym razem, gdy ten lub inny utwór literatury rosyjskiej (w szerszym znaczeniu tego słowa) pojawia się w przekładzie polskim, cieszę się serdecznie, widząc w tym obiecujący symptom na przyszłość, a zarazem czynnik sprzyjający nastąpieniu lepszych czasów dla wzajemnych stosunków obu narodowości. Im więcej i lepiej będziemy się znali wzajemnie, tym prędzej możemy osiągnąć wzajemne zrozumienie. Każda książka polska przetłumaczona na język rosyjski i każda książka rosyjska przetłumaczona na język polski [...] przyśpiesza zbliżenie; oczywiście jeśli jest to książka, której autor ma przed oczami ideał prawdy, słuszności i sprawiedliwości”. [...] „Szczególnie byłbym szczęśliwy, gdyby książka ta znalazła czytelników wśród moich byłych słuchaczy warszawskich i przypomniała im lata ich i mojej młodości, gdy między nimi a mną, ich profesorem, Moskalem, były takie dobre i ludzkie stosunki”15.

Punkt wyjścia Poglądu na dzieje Europy Zachodniej stanowiło ukazanie wpływu dwóch rewolucji schyłku XVIII wieku – politycznej we Francji i przemysłowej w Anglii – na dalszy rozwój ludzkości. Kariejew akcentował fakt, dziś dla nas m.in. dzięki jego badaniom bezsporny, że rewolucja francuska i „inne ruchy polityczne od końca XVIII wieku przeważnie łączyły się z dziejami kwestii włościańskiej tam, gdzie pozostały jeszcze porządki feudalne i poddaństwo”. Ostatecznego zniesienia tych stosunków społecznych pochodzenia średniowiecznego dokonano w Europie Zachodniej dopiero pod wpływem rewolucji 1848 r. „Było to naturalne zastosowanie w życiu zasad wolności prawnej i równości wobec prawa”16. [...]

Podnosząc rolę idei równości i wolności jako podstawową dla XIX w., zwracając uwagę na rozwój idei samostanowienia narodów i procesów integracji narodowej, znajdujących z kolei wyraz w powstawaniu państw narodowych, Kariejew podjął próbę sformułowania zasadniczych cech ewolucji Europy Zachodniej w XIX stuleciu. [...] Szczególną uwagę zwracał Kariejew na zasadniczy przełom w rozwoju nauk społecznych, jaki stanowiło wprowadzenie do nich metody historycznej. Przeciwstawiając historyzm racjonalizmowi ideologicznemu doby Oświecenia, podkreślał, że o ile wiek XVIII cechowało panowanie kierunku ahistorycznego, to wiek XIX – od historycznej szkoły w prawoznawstwie począwszy – wyróżniał się przez historyczne widzenie i traktowanie zjawisk społecznych. [...] W nauce upatrywał Kariejew potężną dźwignię społecznego rozwoju, która określi przyszły kształt ludzkości. „Jakiekolwiek będą w przyszłości kierunki ruchów społecznych, zwycięstwo może należeć tylko do tych, po czyjej stronie będzie nie tylko prawo i siła, ale i prawda naukowa”.

SECT-ID LINK

*Tekst stanowi skróconą wersję rozprawy Polska i Polacy w działalności dydaktycznej i politycznej prof. Nikołaja I. Kariejewa, opublikowanej w: J. Bardach, W obiektywie nauki i w lustrze pamięci (o uczonych, pisarzach i politykach XIX i XX wieku), red. W. Sudnik, Warszawa 2004, s. 30–53.

1S. N. Wałk, Istoriczeskaja nauka w Lieningradskom Uniwiersitietie za 125 liet, [w:] Trudy jubiliejnoj naucznoj siessii Leningradskogo Uniwiersitieta, siekcija istoriczeskich nauk, Leningrad 1928, s. 36.

2Biblioteka im. Lenina, zespół 119, nr 44, jedn. 5, k. 187.

3Ibidem, k. 202.

4Ibidem, k. 191.

5Ibidem, k. 189.

6Centr. Gos. Archiw g. Moskwy, zespół 2202, nr 3, jedn. 3, k. 148–149.

7Biblioteka im. Lenina, zespół 119, nr 44, jedn. 5, k. 189.

8Ibidem, k. 191.

9Centr. Gos. Archiv Oktiabrskoj Riewolucii, zespół 1762, nr 4, jedn. 207, k. 5–7.

10L. Krzywicki, Wspomnienia (1859–1885), t. I, Warszawa 1947, s. 170.

11„Głos” 1900, nr 20, s. 313.

12„Kwartalnik Historyczny” 1901, t. XV, nr 1, s. 16.

13W. Lednicki, Pamiętniki, t. II, Londyn 1976, s. 522.

14Biblioteka im. Lenina, zespół 119, nr 14.

15N. I. Kariejew, Pogląd ogólny na dzieje Europy Zachodniej w wieku XIX, z upoważnienia autora przetłumaczył Józef Szuster, Warszawa 1912, s. 5–6.

16Ibidem, s. 16 i nast.

Adam Maksymilian Kitajewski

Urodzony 24 XII 1789 w Warszawie. Studia medyczne i chemiczne w Berlinie i Paryżu zrealizowane dzięki przyznanemu mu stypendium Izby Edukacyjnej; profesor umiejętności przyrodniczych w Liceum Warszawskim (1814–1817); pracownik UW (1818–1830); wykładowca chemii w Szkole Artylerii i Inżynierów; staż naukowy w Anglii zrealizowany dzięki stypendium ministra skarbu.

Chemik i farmaceuta. Założyciel pracowni chemicznej na UW, popularyzator chemii, badacz składu chemicznego leczniczych wód mineralnych.
Założyciel i redaktor naczelny czasopisma „Sławianin” (1829–1830). Członek komitetu egzaminacyjnego Rady Lekarskiej i Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
Zmarł 4 VII 1837 w Warszawie.

O wodach mineralnych w Królestwie Polskim, „Biblioteka Warszawska” 1841, t. I.

Kitajewski A. [w:] PSB, t. XII, Warszawa 1966–1967, s. 523–525.

HALINA LICHOCKA

ADAM MAKSYMILIAN KITAJEWSKI

1789–1837

 

Urodził się w Warszawie w 1789 roku. Przyszedł na świat 24 grudnia, toteż z dwojga imion, jakie na chrzcie św. otrzymał, Adam było pierwsze. „Co do profesji, czyli powołania ojca, był on w swym młodym wieku kuchmistrzem, dziś jest dzierżawcą szczupłej posiadłości gruntowej”1 – pisał 34 lata później, już jako profesor, w swoim życiorysie dołączonym do akt osobowych na Uniwersytecie Warszawskim. Widocznie wyczulony był w kwestii własnego statusu rodowego, skoro uznał za stosowne dodać, iż: „Według wiadomości zasięgniętych od ojca jest on pochodzenia szlacheckiego, przedsięwzięte właśnie teraz śledzenia na miejscu urodzenia ojca wykazać będą w stanie, czy to pochodzenie jest rzetelnie podane”.

Początkowe nauki pobierał w domu, a gdy ukończył lat 10 rodzice zapisali go do Gimnazjum oo. Pijarów w Warszawie. Nauka przychodziła mu łatwo. Uczył się pilnie, wykazując szczególne zamiłowanie do nauk przyrodniczych. Po ukończeniu gimnazjum postanowił zostać aptekarzem. Ponieważ kształcenie w tym zawodzie odbywało się wtedy sposobem rzemieślniczym, rozpoczął jako uczeń edukację praktyczną w jednej z warszawskich aptek. W ciągu czterech lat zgłębiał tajniki tego fachu i w przyszłości byłby zapewne dobrym farmaceutą, gdyby los oraz jego własne ambicje nie pokierowały inaczej.

Dnia 18 września 1809 roku otrzymał propozycję wyjazdu na dwuletnie studia do Berlina. Było to stypendium fundowane przez Izbę Edukacyjną – kontynuatorkę programu oświatowego Komisji Edukacji Narodowej. Przyjmując stypendium, Kitajewski był jednocześnie zobowiązany do późniejszej rekompensaty poniesionych przez Izbę kosztów poprzez pracę na wskazanym stanowisku, w ciągu określonej warunkami stypendium liczby lat. Nie wahał się ani chwili. Natychmiast rozpoczął przygotowania do podróży.

Podobnie jak inni stypendyści otrzymał od Samuela Bogumiła Lindego listy polecające do profesorów, pod kierunkiem których miał studiować. Adresatami otrzymanych przez Kitajewskiego listów byli dwaj znani chemicy niemieccy: Martin Heinrich Klaproth i Sigismund Hermbstaedt. Dostał także instrukcję dotyczącą trasy podróży i szczegółowego ukierunkowania studiów.

Do Berlina wyruszył 2 października 1809 roku. Za radą Klaprotha podjął naukę w Akademii Medyko-Chirurgicznej i, niezależnie od tego, w prywatnym laboratorium Klaprotha, gdzie, oprócz wykonywania ćwiczeń, słuchał też jego wykładów. Jednocześnie uczęszczał na prywatne wykłady Hermbstaedta, Gotthelfa Fischera oraz Karola Karstena. Z prywatnych wykładów nie zrezygnował Kitajewski także rok później, gdy zapisał się na studia chemiczne, uruchomione na Wydziale Filozoficznym w nowo otwartym właśnie Uniwersytecie Berlińskim.

Co pół roku przesyłał Izbie Edukacyjnej dokładne sprawozdania z odbytych zajęć oraz plan zadań na najbliższe miesiące. Dołączał świadectwa o swoich postępach w nauce, wystawiane przez profesorów poszczególnych przedmiotów. W odpowiedzi zazwyczaj otrzymywał pochwałę, ale też uwagi – nieraz mocno korygujące jego projekty2. Było tak na przykład ze zwiedzaniem zakładów przemysłowych, hut, kopalń oraz szkół górniczych. Władze oświatowe bardzo gorąco poparły, wręcz zalecały realizację tego pomysłu, lecz stanowczo odmówiły jakichkolwiek finansów na ten cel.

W tej sytuacji Kitajewski urządzał sobie piesze wycieczki. Przeznaczał na to cały wolny czas ferii i wakacji. Zaopatrzony tym razem w listy polecające od Hermbstaedta przewędrował Brandenburgię, Saksonię i Śląsk, obserwując po drodze wszystko, co wiązało się z chemią stosowaną i naukami przyrodniczymi, a więc gabinety mineralogiczne i laboratoria chemiczne w szkołach technicznych, zakłady metalurgiczne, wytwórnie chemiczno-farmaceutyczne itp.

Po dwóch latach pobytu w Berlinie otrzymał polecenie udania się do Paryża w celu dalszej nauki. Przysłano mu z Warszawy także nowe listy polecające. Ich adresatami byli najwybitniejsi francuscy profesorowie chemii tamtych czasów: Louis Nicola Vauquelin, Claude Louis Berthollet, Louis Joseph Gay-Lussac oraz Louis Jacques Thenard. Izba Edukacyjna przysłała mu również instrukcję mówiącą o tym, co ma odwiedzić po drodze i czego uczyć się w Paryżu. Wszelako, jak poprzednio tak i teraz, przyznane fundusze były nader skromne.

Spragniony wiedzy i ciekawy świata młodzieniec nie zmartwił się tym zbytnio, zapakował cały swój majątek do tornistra i podróż z Berlina do Paryża odbył pieszo. Szedł przez Poczdam do Dessau, odwiedzając przy okazji fabrykę tabaki oraz zakłady produkujące sukno. Skierował się następnie wzdłuż brzegów Elby, aby w Wittenbergu zobaczyć stary uniwersytet. Interesowało go zwłaszcza urządzenie katedry chemii, o którym sądził, że jest wzorcowe. Bardzo się rozczarował. W jego ocenie cała ta katedra wraz z laboratorium pozostawiała wiele do życzenia.

Wędrując dalej, dotarł do Miśni, gdzie spodziewał się zobaczyć technikę wyrobu słynnej saskiej porcelany. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu do fabryki nie został wpuszczony, ponieważ nikt nie odwołał wydanego 100 lat wcześniej nakazu utrzymywania w ścisłej tajemnicy sposobu wytwarzania tamtejszej farfury. Nakaz ten ciągle więc obowiązywał, chociaż pracowało już wówczas w Europie wiele wytwórni porcelany i tajniki jej produkcji były dobrze znane.

W Dreźnie zachwyciła go biblioteka królewska w Pałacu Japońskim, posiadająca ogromne, doskonale uporządkowane zbiory, w których nie brakowało prawdziwych „białych kruków” oraz dzieł najnowszych we wszystkich niemal językach. Obejrzał również w tym mieście gabinet mineralogiczny i zoologiczny.

Szedł dalej przez Lipsk do Heinchen – małego miasteczka, w którym produkowano drukowaną flanelę. Technika drukowania tkanin należała wówczas do rzadkości. Zwiedził następnie ośrodki naukowe w Halli i Jenie. W Erfurcie złożył wizytę Johannesowi Trommsdorffowi – światowej sławy profesorowi chemii.

Do Paryża Kitajewski dotarł 4 listopada 1811 roku. W samą porę, bo właśnie rozpoczynał się rok akademicki. Podjął naukę w prywatnym laboratorium Vauquelina, zapisał się na wykłady chemii organicznej Thenarda w Collège de France oraz wykłady fizyki Gay-Lussaca w szkole technicznej. Odbywał również zajęcia w ogrodzie botanicznym i zdobywał wiedzę z zakresu chemii stosowanej, słuchając wykładów Vauquelina w jego fabryce produktów chemicznych.

Systematycznie, co pół roku, przysyłał Izbie Edukacyjnej świadectwa o zaliczaniu kolejnych przedmiotów. W okresie wakacji, podobnie jak wcześniej w Niemczech, robił dalekie piesze wycieczki. Interesowało go szczególnie południe Francji, gdzie zwiedzał zakłady włókiennicze, poznając przy tym sposoby bielenia płótna i farbowania tkanin, fabryki indygo, fabryki wyrobów ceramicznych, huty żelaza i metali kolorowych, gorzelnie oraz wytwórnie rozmaitych chemikaliów. Odwiedził również sławną w tym czasie Szkołę Górniczą w Moustier.

W listopadzie 1813 roku Kitajewski otrzymał polecenie powrotu do kraju. Jak zwykle, do polecenia dołączona była instrukcja wyznaczająca trasę podróży. Zgodnie z tą instrukcją powinien kierować się na Bawarię, Tyrol, Salzburg, Wiedeń i Kraków, zwracając wszędzie baczną uwagę na zakłady naukowe, pracownie chemiczne, fabryki, a także plantacje i przetwórnie buraków cukrowych.

Z powrotem Kitajewski nie spieszył się. W Warszawie stanął dopiero 25 marca 1814 roku. Trudno przypuścić, aby i tym razem podróż odbywał pieszo, ponieważ stała temu na przeszkodzie pora zimowa. Być może opóźnił wyjazd z Paryża; jednakże bardziej prawdopodobne wydaje się, iż skrupulatnie wypełniał zalecenia, zwiedzając interesujące go obiekty, napotykane po drodze.

Zaraz po powrocie rozpoczął pracę nauczyciela w Liceum Warszawskim, gdzie już po roku został mianowany profesorem. Uczył chemii, fizyki, mineralogii oraz początków zoologii zwierząt bezkręgowych. Energicznie zajął się uporządkowaniem zbiorów mineralogicznych i entomologicznych. Urządził gabinet pomocy naukowych i przyborów służących do doświadczeń i pokazów z fizyki. W Pałacu Saskim natomiast zorganizował nowoczesną pracownię chemiczną, wzorowaną na paryskim laboratorium Vauquelina. W tej pracowni przez dwa lata bezpłatnie prowadził publiczne wykłady, otwarte dla wszystkich zainteresowanych.

Ceniono jego wiedzę. Szybko zdobywał autorytet w naukowym środowisku stolicy. Już w styczniu 1815 roku został członkiem przybranym Królewskiego Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a niespełna sześć lat później – członkiem czynnym tego gremium.

Gdy otwarty w 1816 roku Uniwersytet Warszawski kompletował i powiększał własną kadrę naukowo-dydaktyczną, często sięgał do bliskiego mu pod wieloma względami Liceum, zatrudniając u siebie najlepszych nauczycieli. Linde, dyrektor Liceum i jednocześnie członek Rządowej Komisji Oświecenia Publicznego, pragnąc przeciwdziałać temu „drenażowi” pracowników o najwyższych kwalifikacjach, wprowadził zalecenie, aby nominowani profesorowie – dopóki pracują w Liceum – na Uniwersytecie mogli być tylko zastępcami profesorów.

Kitajewski, były stypendysta, nie miał wyboru. W czasie swego obowiązkowego kontraktu pracy w Liceum otrzymał polecenie objęcia także stanowiska zastępcy profesora na Uniwersytecie. Nowe obowiązki przyjął chętnie, ale rangę zastępcy profesora odbierał jako krzywdzącą go degradację. Dlatego też zaprotestował, pisząc w tej sprawie list do Komisji. Protesty pisali również inni, będący w podobnej sytuacji, ale nie w tak ostrym tonie. Kitajewski pisał: „bolesno mi jest, że nie mogę upatrzyć istotnych przyczyn tak uderzającej różnicy; skoro przecie tak się podobało Wysokiej Komisji użyć mnie na ten sposób przy dwóch instytutach razem, dowolnie i bezwarunkowo, stało się to zapewne nie bez słusznych i ważnych acz nie udzielonych mi powodów; powolny wyrokom Prześwietnej Komisji i daleki od robienia trudności sprawujących zwłokę, gotów jestem zadośćuczynić Jej wysokiej woli [...]. Nie mogę atoli przemilczeć użalenia mego na redakcję reskryptu Wysokiej Komisji [...]. Będąc aktualnym profesorem, mam być teraz zastępcą, nie wiedząc czyim, na jak długo i bez konkursu”3.

Po roku sytuacja się zmieniła. Kitajewski otrzymał katedrę chemii ogólnej na Uniwersytecie Warszawskim oraz nominację na profesora. Po raz drugi zabrał się do urządzania pracowni chemicznej. Tym razem miała on służyć Uniwersytetowi i Liceum jednocześnie. Została zlokalizowana w Pałacu Kazimierzowskim. Prowadził w niej również wykłady z technologii dla uczniów szkoły niedzielnej. Czynił to przez dwa lata, bezpłatnie, z własnej woli i chęci. Także bezpłatnie przez dwa semestry zimowe wykładał w Szkole Artylerii i Inżynierów chemię stosowaną, a przez następne dwa lata uczył bezpłatnie studentów Uniwersytetu chemii stosowanej do rolnictwa. Dydaktykę uprawiał z pełnym zaangażowaniem. Traktował jak posłannictwo. Na bieżąco czytał najnowszą literaturę naukową dotyczącą chemii, technologii chemicznej oraz wybranych kierunków przemysłu.

Marzył, aby pojechać na studia do Anglii, która wówczas miała przemysł chemiczny najlepiej rozwinięty na świecie. W styczniu 1819 roku podjął o to usilne starania, ale spotkał się z odmową. Komisja Oświecenia, do której się najpierw zwrócił, nie miała nic przeciwko jego zamiarom, lecz odmawiała wszelkich funduszy. Kasa Uniwersytetu natomiast ustawicznie świeciła pustkami.

W 1824 roku Kitajewski ponownie złożył prośbę o finanse na podróż naukową do Anglii. Przeznaczył na ten cel wszystkie swoje oszczędności, ale fundusze jego były zbyt szczupłe. Prosił więc o stosunkowo niewielkie wsparcie. Skutek był taki sam jak poprzednio: Komisja pochwaliła zamiar, lecz odmówiła pomocy.

Kitajewski nie dawał za wygraną. Szukał innych sposobności, co wkrótce przyniosło mu upragniony rezultat. Dowiedziawszy się, że minister skarbu – Ksawery Franciszek Drucki-Lubecki – zamierza wysłać do Anglii (poprzez Niemcy i Francję) kilku uczniów szkoły górniczej i poszukuje dla nich opiekuna, natychmiast zgłosił swoją ofertę. Komisja skarbu rozpoczęła więc pertraktacje z Komisją Oświecenia. Trwało to kilka miesięcy. W dodatku zapomniano o potrzebie oficjalnego powiadomienia o tym Rady Uniwersytetu. Powstały stąd dodatkowe utrudnienia natury biurokratycznej. Rzecz znalazła szczęśliwy dla Kitajewskiego finał w sierpniu 1825 roku. Minister skarbu za pośrednictwem Komisji Oświecenia Publicznego zawiadomił Radę Uniwersytetu, że prof. Adam Maksymilian Kitajewski wyjeżdża w sprawach państwowych za granicę i jednocześnie prosił o udzielenie mu sześciomiesięcznego urlopu.

Pobyt Kitajewskiego poza granicami kraju przedłużył się. Trwał dwa lata. Dla Kitajewskiego był bardzo owocny. Dał mu sposobność bezpośredniego zapoznania się z badaniami Henry’ego Davy’ego i Michaela Faradaya, z wyposażeniem ich laboratoriów oraz najnowszymi technologiami przemysłu chemicznego. Zainspirował go również do stworzenia polskiego czasopisma popularnonaukowego, poświęconego zagadnieniom chemii i jej różnorakim zastosowaniom.

W 1829 roku ukazał się pierwszy numer periodyku zatytułowanego: „Sławianin. Tygodnik dla Rzemiosł, Rolnictwa, Handlu, Domowego Gospodarstwa i dla Potrzeb Praktycznego Życia w Ogólności (Warsaw Mechanic’s Magazine)”. Redaktorem, autorem większości doniesień, wydawcą i nakładcą tego czasopisma był sam Kitajewski. Formą i tematyką „Sławianin” nawiązywał do podobnego pisma, wychodzącego w Londynie.

Tytułowy Sławianin, a nie np. Słowianin, wziął się stąd, że Kitajewski wywodził nazwę narodów słowiańskich od „sławy”. Zaczerpnął to z opinii wyrażanych przez Lindego, który dopuszczał taką interpretację4.

„Sławianin” zakończył swój żywot wraz z innymi polskimi czasopismami w 1831 roku. Kitajewski, podobnie jak większość studentów i wielu profesorów, brał czynny udział w powstaniu listopadowym. Był brygadierem w Gwardii Narodowej5. Klęska powstania znacznie ułatwiła zaborcy wzmożenie akcji rusyfikacyjnej. W zaborze rosyjskim zamknięto wtedy wszystkie szkoły wyższe i większość średnich, na czele z Uniwersytetem i Liceum w Warszawie.

W 1834 roku otrzymał Kitajewski propozycję pracy w charakterze nauczyciela w otwartym przez władze rosyjskie w Warszawie Gimnazjum Wojewódzkim. Propozycja ta oburzyła go i zabolała. Odebrał ją jako rodzaj degradacji. Ale przyjął – z konieczności. Chętnie natomiast wykładał na Kursach Dodatkowych, przeznaczonych głównie dla młodzieży zdobywającej w zakładach rzemieślniczych wykształcenie zawodowe. Był także członkiem Komisji Egzaminacyjnej w Radzie Lekarskiej; egzaminował kandydatów na prowizorów i aptekarzy.

W dorobku naukowym Adama Maksymiliana Kitajewskiego można wyróżnić dwa główne nurty badawcze. Pierwszy z nich dotyczył chemicznego składu leczniczych wód mineralnych, co było motywowane rozwojem lecznictwa uzdrowiskowego w Europie i na tym tle – potrzebą oceny warunków tworzenia uzdrowisk na ziemiach polskich. Drugi nurt także miał charakter utylitarny. Związany był z poszukiwaniem krajowych surowców, przydatnych dla przemysłu chemicznego, w tym przede wszystkim dla zakładów wyrabiających barwniki, środki do wybielania i prania tkanin, jak również dla cukrowni oraz rozmaitych przetwórni płodów rolnych6.

Jaką opinię miał Kitajewski wśród swoich przełożonych i kolegów? Rektor, Wojciech Anzelm Szweykowski, oceniał go w roku 1823 następująco: „I zdatność, i pracowitość, i korzyść uczniów są niewątpliwe. Prelekcje odbywa regularnie. Nie odmawia i innych poleceń, lecz na ich uskutecznienie czasem długo oczekiwać potrzeba... Nie ma nic do zarzucenia”7. Mniej przychylnie charakteryzował go Bogumił Linde w 1832 roku, przy okazji likwidacji Uniwersytetu: „Z nim trudna sprawa, bo przesadzi we wszystkim. Chce wszystko wiedzieć i o wszystkim lepiej sądzić od wszystkich”8.

Kazimierz Władysław Wójcicki natomiast, w swojej książce Warszawa i jej społeczność w początkach naszego stulecia, uwiecznił anegdotę o egzaminie z chemii stosowanej: „Kitajewski wielce był szanowany i kochany przez uczniów, gdyż im pomagał i nie nastawał na żadnego. Obiegały o nim różne dykteryjki, jedną z nich głośniejszą przywiodę. Zobowiązany do poprawienia stopnia mniej pilnemu uczniowi, wezwał go Kitajewski do swego mieszkania. Odpoczywał właśnie po obiedzie z cybuchem w ustach, gdy wszedł student. Grzeczny gospodarz poprosił gościa siedzieć, poczęstował go fajką, wkrótce kawę podano. Nie tracąc czasu i w dobrym humorze, przystąpił Kitajewski do osobliwego egzaminu, którego przybyły ani się domyślał”. Najpierw rozmowa toczyła się o tytoniu. Następnie „spojrzał znów wymownie Kitajewski na studenta, napił się kawy, mlasnął ustami smakosza i rzekł:

– Hm! Ta kawa ma dziś smak niezły i zapach wyborny; to także nie nasze. Jak to się zwie kawa pierwszej dobroci?

– Mokko!

– To pewnie musi być mokka, ale co mianowicie pan myślisz, nadaje jej smak przewyborny i woń tak aromatyczną?

– Zapewne olejek aromatyczny, który się nie ulotnił podczas prażenia, a przy tym i cukier.

– Masz pan słuszność, że w kawie i cukier coś znaczy. Ale apropo cukru; piszą że jakiś Anglik wynalazł świeżo sposób otrzymywania cukru z siana. Bogu dzięki! Cukier raz stanieje, a wynalazca zbogaci się i unieśmiertelni. Jak się panu zdaje, ile też na przykład z fury siana, można by otrzymać funtów cukru? [...]

– A jaka to fura? Pojedyncza czy parokonna?

– Niech będzie pojedyncza!

– Jeżeli pojedyncza to wyda siedem funtów cukru.

– Przez jakiż to rachunek doszedłeś pan tego tak szybko?

– Nic łatwiejszego. Dajmy na to, że fura pojedyncza siana kosztuje 21 złotych; że zaś funt cukru jest po trzy złote (taka cena jego była w owe czasy), zatem sprzedawszy siano za 21 zł, dostaniemy siedem funtów najlepszego cukru.

Ubawiła zacnego profesora ta odpowiedź studenta i oznajmił mu, że już po egzaminie i że stopień spodziewany otrzyma”9.

Kitajewski przez całe życie był samotny. Nie ożenił się, nie założył rodziny. Zmarł w wieku 48 lat, dnia 4 lipca 1837 roku, w swoim mieszkaniu sąsiadującym z laboratorium chemicznym w Pałacu Kazimierzowskim. Pogrzebem zajęły się matka i siostra Amelia z Kitajewskich Rakowiecka. Został pochowany w katakumbach na warszawskich Powązkach. Na płycie nagrobnej do dziś widnieje nieco już zatarta inskrypcja: „Adamowi Maxymilianowi Kitajewskiemu Profesorowi b. Warsz. Uniwersytetu. Zasługami pozyskawszy sławę w życiu doczesnem, przeniósł się do wieczności. Ur. d. 24 Grud. 1789, zm. 4 Lipca 1837 r. po stracie najlepszego Syna niepocieszona Matka Elżbieta i siostra Amelia”.

SECT-ID LINK

1J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. II, Warszawa 1911, s. 236. Życiorys datowany: 20 sierpnia 1823 roku.

2Najobszerniejsze w dotychczasowej historiografii informacje o przebiegu studiów Adama Maksymiliana Kitajewskiego w Berlinie, a następnie w Paryżu oraz o jego korespondencji z władzami oświatowymi w kraju zawarte są w opracowaniu J. Bielińskiego, op. cit., s. 216–220.

3To obszerne i pełne goryczy pismo przytoczył w całości Bieliński, gdyż uznał, że charakteryzuje ono temperament Kitajewskiego, a także czasy i wzajemne stosunki pomiędzy warszawską profesurą i władzami oświatowymi. J. Bieliński, op. cit., s. 214–221.

4S. B. Linde, Słownik języka polskiego, Wydanie drugie, poprawne i pomnożone, t. V, Lwów 1859, s. 310 i 324 [reprint: Warszawa 1995].

5T. Ostrowska, Przedstawiciele nauk medycznych i ich działalność naukowa w Towarzystwie Warszawskim Przyjaciół Nauk (1800–1832), Warszawa 1982, s. 108; T. Kikta, Nekropol farmaceutyczny. Cmentarz Powązkowski w Warszawie, Warszawa 1985, s. 34.

6Bibliografia prac Kitajewskiego została zamieszczona w artykule: A. Dłuska, Adam Maksymilian Kitajewski (1789–1837), „Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki” 1994, R. 3, z. 2, s. 163–211.

7J. Bieliński, op. cit., s. 239.

8Ibidem.

9K. W. Wójcicki, Warszawa i jej społeczność w początkach naszego stulecia, Warszawa 1875, s. 238.

Julian Kosiński

Urodzony 28 XI 1833 we wsi Iwoniszki w powiecie rossieńskim (Żmudź). Studia lekarskie w Petersburgu (do 1858); stopień doktora medycyny z nadania Rady Lekarskiej Królestwa Polskiego (1859); pracownik Akademii Medyko-Chirurgicznej (1862); profesor nadzwyczajny Szkoły Głównej (1869); profesor zwyczajny (1878).

Lekarz urolog, chirurg. Wybitny operator uznany za pioniera postępowania antyseptycznego w Polsce, propagator zasad higieny. Kierownik oddziału chirurgicznego w Szpitalu Ujazdowskim (1868); kierownik Katedry Chirurgii w Szkole Głównej (1869); kierownik Kliniki Chirurgicznej w Szpitalu Dzieciątka Jezus i Kliniki Chirurgicznej Szpitala św. Ducha (1878). Prezes Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, inicjator (niezrealizowanego) projektu budowy sanatorium dziecięcego w Brzegach. Otrzymał tytuł Honorary Fellow of the Royal College of Surgeons of England (1900); czynny członek Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego (1863).
Zmarł 24 III 1914 w Warszawie.

„Gazeta Lekarska” 1899, 15, s. 373–385; Kosiński J. [w:] PSB, t. XIV, Warszawa 1968–1969, s. 216–218.

RYSZARD W. GRYGLEWSKI

JULIAN KOSIŃSKI

1833–1914

 

„Kto to jest prof. Kosiński u nas, nie trzeba o to pytać: zna go kraj cały; od granicy do granicy rozbrzmiewa imię jego, powtarzane przez zastępy uczniów i przez tych, którym życie uratował lub zdrowie wrócił. Sława jego, jako dzielnego chirurga, rozeszła się szeroko nie tylko po dzielnicach naszych, imię jego stoi w szeregu pierwszorzędnych chirurgów europejskich, a bezsprzecznie jest on jednym z pierwszych w Słowiańszczyźnie” – tak to w roku 1899 na łamach „Gazety Lekarskiej” pisano o jednym z największych chirurgów tamtych czasów1.

Julian Kosiński przyszedł na świat dnia 28 listopada 1833 roku w Iwoniszkach, w ówczesnym powiecie rossieńskim w guberni kowieńskiej na Żmudzi. Jeden z najwybitniejszych chirurgów polskich wieku XIX, określany mianem pioniera urologii, pochodził z rodziny ziemiańskiej, wówczas już nieco zubożałej. Jego ojcem był Franciszek Kosiński, dzierżawca dóbr, matką – Barbara de domo Nożalska. Początkowe nauki, w zgodzie z ówcześnie panującym zwyczajem, pobierał w domu pod okiem matki i guwernerów. Później posłano go do gimnazjum w Kiejdanach, po ukończeniu którego i po zdaniu matury w roku 1853 postanowił, za zgodą ojca, rozpocząć studia medyczne. W tym celu wstąpił do Akademii Wojskowo-Lekarskiej w Petersburgu, szkoły wielce zasłużonej i sławnej w ówczesnej Europie. Uzyskawszy stypendium rządowe, mógł uczyć się w godnych warunkach, a szczególnie poświęcić się fascynującej go już wtedy chirurgii. Bez przeszkód w roku 1858 uzyskał stopień lekarza wraz z dodatkowym wyróżnieniem za wyniki w nauce, czyli przyznawanym najzdolniejszym prestiżowym srebrnym medalem.

Ponieważ Kosiński odbywał studia i uzyskał stopień doktora na uczelni wojskowej, było to równoznaczne z obowiązkiem pełnienia służby w szeregach armii carskiej. Zyskawszy doskonałe referencje, mógł wybrać sobie jednostkę. Wskazał wówczas na batalion narewski, który bazował w Warszawie. Takim to zrządzeniem losu znalazł się w stolicy Królestwa Polskiego. Już niebawem oddelegowano go do wojskowego Szpitala Ujazdowskiego, gdzie zamianowano go młodszym asystentem, co traktowano na równi z przyznaniem tzw. młodszej ordynatury. Latem 1859 roku, po dopełnieniu wszelkich formalności, Kosiński zdał egzamin przed Radą Lekarską Królestwa Polskiego, która przyznała mu tytuł doktora medycyny. Zezwolono mu też na podjęcie dodatkowej pracy w Katedrze Anatomii Opisowej Akademii Medyko-Chirurgicznej, którą kierował wówczas światowej sławy uczony prof. Ludwik Maurycy Hirszfeld (Hirschfeld). Kosiński pragnął bowiem pogłębić swoją wiedzę z zakresu budowy człowieka, tak aby móc z lepszym skutkiem prowadzić swoje operacje chirurgiczne. Była to jedna z typowych dla charakteru Kosińskiego cech, czyli nieustanna dążność do perfekcji i towarzyszące temu przekonanie, że w swoim fachu musi się jeszcze wiele nauczyć.

W trzy lata później Hirschfeld na tyle wysoko ocenił kwalifikacje, jak i zdolności Kosińskiego, że ten otrzymał stanowisko prosektora Katedry Anatomii. Również komendant szpitala Ujazdowskiego postanowił wykorzystać wiedzę i umiejętności swojego asystenta, powierzając mu w roku 1865 prowadzenie wykładów dla lekarzy wojskowych z zakresu anatomii topograficznej i chirurgii operacyjnej. W rok później Kosiński, dzięki uzyskanemu stypendium, mógł odbyć trzyletnią podróż naukową za granicę. Odwiedził wówczas szereg klinik chirurgicznych i zakładów anatomii w Berlinie, Paryżu, Londynie, Edynburgu, Heidelbergu, Pradze i Wiedniu. W czasie wizyty w Berlinie wizytował także zakład anatomii patologicznej, którym kierował jeden z największych lekarzy tamtej doby, Rudolf Virchow. Również pobyt w brytyjskich klinikach chirurgicznych wywarł na Kosińskiego duży wpływ, zwłaszcza gdy chodzi o zasady organizacji i metodyki zabiegowej.

Sumienność w pracy, duża zręczność w polu operacyjnym, wreszcie dorobek naukowy czyniły z Kosińskiego naturalnego kandydata na stanowisko profesora chirurgii w Szkole Głównej. Profesurę nadzwyczajną wraz z katedrą chirurgii operacyjnej otrzymał w styczniu 1869 roku. Latem tego samego roku, kiedy w miejsce rozwiązanej warszawskiej Szkoły Głównej powołano do życia Cesarski Uniwersytet Warszawski, Kosiński otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego Kliniki Chirurgii Szpitalnej w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Zbiegło się to z jego rezygnacją ze stanowiska ordynatora w Szpitalu Ujazdowskim, z którym przez tyle lat był związany. W 1877 roku otrzymał profesurę zwyczajną, a w rok później, po śmierci prof. Polikarpa Girsztowta, objął Klinikę Chirurgiczną Wydziałową w Szpitalu Św. Ducha, którą kierował nieprzerwanie aż do roku 1899.

Przejęcie obowiązków kierownika kliniki odbywało się w cieniu wielkiej tragedii i wydarzeń, które choć dokładnie i wielokrotnie badane, pozostają w wielu miejscach niejasne i tajemnicze. Oto bowiem profesor Polikarp Girsztowt zmarł na skutek śmiertelnego zranienia, stając się ofiarą jednego z najgłośniejszych natenczas zabójstw. Zdarzenia, jeśli dobrze ich przebieg odtwarzamy, miały tak oto się układać. Girsztowt, noszący opinię człowieka porywczego, bywało nieprzebierającego w słowach, wpadał łatwo w zatargi, które nierzadko przybierały bardzo ostre formy. Zazwyczaj udawało się sprawy załagodzić, a sam Girsztowt sumitował się i nie raz dawał wyraz ubolewaniu, że uległ emocjom. Nie tym razem jednak. Do tragedii doszło w październiku 1877 roku, kiedy krewki chirurg swoim zwyczajem wszedł w konflikt z zecerem drukarni „Gazety Lekarskiej”. Girsztowt naciskał, aby zecerzy wykonali dodatkową, nieprzewidzianą wcześniejszą umową pracę, na co spotkał się ze stanowczym sprzeciwem. Profesora, wedle późniejszych relacji, ogarnął szał, zwolnił natychmiast głównego zecera, niejakiego Seroczyńskiego (lub Sroczyńskiego?), z pracy, a na odchodnym zarzucił mu niekompetencję i wrodzone lenistwo. W trzy dni później Seroczyński przyszedł do mieszkania Girsztowta, który już dawno zdążył ochłonąć i z pewnością spodziewał się, że trzeba będzie teraz jakoś cały incydent załagodzić i że zecer przyszedł doń z zamiarem odzyskania utraconej posady. Tymczasem ten z zaskoczenia zaatakował, raniąc profesora nożem w pachwinę tak fatalnie, że uszkodził tętnicę udową. Girsztowt nie stracił przytomności, mocno ucisnął krwawiącą ranę i posłał służącego po mieszkającego blisko profesora Juliana Kosińskiego.

W krótkim czasie przy słabnącym profesorze zgromadzili się jeszcze i inni doktorzy, gdyż wieść o nieszczęściu przeszła przez Warszawę lotem błyskawicy. Wobec dużego krwawienia zdecydowano się natychmiast operować. Głównym operującym był Kosiński. Zabieg przeprowadzono w domu i zakończył się on pełnym powodzeniem. Wydawało się, że Girsztowt wyzdrowieje. Niestety, co było zmorą tamtych czasów, wdało się zakażenie i martwica stopy, co szybko przerodziło się w sepsę. Nie było ratunku. Po paru dniach, opatrzony sakramentami świętymi, Girsztowt zmarł. Schedę po nim, w sposób nagły i nieoczekiwany, przejął Julian Kosiński, który od niedawna był mianowany naczelnym lekarzem nowo otwartego szpitala Rosyjskiego Czerwonego Krzyża.

Szpital, mieszczący się w Pałacu Brühlowskim, przyjmował rannych żołnierzy, którzy walczyli na wojnie z Turcją. Był to zatem dla Kosińskiego czas wyjątkowo ciężkiej pracy, w której musiał łączyć rozległą praktykę chirurgiczną z dydaktyką. Uniwersyteckiej chirurgii miał Kosiński poświęcić ponad 20 lat, zyskując sobie w owym czasie sławę i uznanie. Słusznie uchodził za jednego z najnowocześniejszych chirurgów polskich XIX wieku, a jego nazwisko znajduje się we wszystkich istotnych opracowaniach historii chirurgii w Polsce. Jego talent został dostrzeżony i nagrodzony nie tylko na naszym gruncie, ale również i za granicą. W roku 1900 słynne The Royal College of Surgeons nadało Kosińskiemu swoje członkostwo honorowe.

Kosiński wywodził się z rosyjskiej, a konkretnie petersburskiej szkoły, w której przy nauczaniu kładziono nacisk na chirurgię topograficzną, czyli opartą na dużej liczbie ćwiczeń na zwłokach. Dzięki temu zyskał niebywałą wprost sprawność i – co podkreślało wielu – najwyższe mistrzostwo w optymalnym wykorzystaniu warunków pola operacyjnego. Nie stracił przy tym gotowości do poszukiwania nowych rozwiązań, nie popadł w tępą rutynę. To właśnie Kosiński jako drugi, po piotrkowskim lekarzu Marianie Wygrzywalskim, zwrócił uwagę na znaczenie tzw. opatrunku listerowskiego w trakcie zabiegów operacyjnych. W krótkiej informacji z posiedzenia Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, a publikowanej na łamach „Pamiętnika” tegoż Towarzystwa w roku 1868, Kosiński informował kolegów lekarzy o swoich osiągnięciach. Notatka zatytułowana Skuteczność opatrunku ran i wrzodów kwasem karbolowym zawiera opis zastosowania kwasu karbolowego, sublimatu oraz jodoformu jako środków antyseptycznych. Oto jej treść: „Kol. Kosiński pragnie zwrócić uwagę kollegów na skuteczność opatrunku ran i wrzodów kwasem karbolowym, który okazał się być jednym z najpotężniejszych środków dezinfekcyjnych. Od 5ciu tygodni jak kol. K. po powrocie z podróży naukowej zagranicą objął oddział chirurgiczny w szpitalu Ujazdowskim, miał w nim dziennie w przecięciu 240 chorych. Z tych połowa to jest około 120 leżeli na rany odkryte i wrzody. Z nich wielu ulegało ważniejszym operacjom, a mianowicie kol. K wykonał 2 wypiłowania końców stawowych kości, jedno w stawie stopowym, drugie w stawie ręki; 2 uretrotomie zewnętrzne, jednę uretrotomią wewnętrzną, jedno podwiązanie tętnicy dogłównej wspólnej (art. carotis communis). Z powodu tętniaka (aneurisma), dwa otwarcia ropni napływowych z przyczyny próchnienia żebra u jednego, u drugiego z prawdopodobnego cierpienia kręgów. Odcięcie niewielkiego włókniaka (fibroma) na goleni. Rana cięta goleni z odcięciem kawałka kości piszczelowej, dwie rany czaszki z obnażeniem kości. Pomimo tych tak ciężkich i licznych obrażeń kol. Kosiński nie obserwował ani jednego wypadku powikłania rany różą, gangreną szpitalną, lub pyemią, a przecież wiadomo jest wszystkim chirurgom, że pora roku obecna najwięcej sprzyja do ich wystąpienia. Rezultat tak świetny przypisuje kol. Kosiński opatrunkom kwasem karbolowym, a widział jego użycie rozpowszechnione w szpitalach angielskich, francuzkich i niemieckich z równem powodzeniem”. Kosiński podał również dokładnie skład mieszanek karbolowych oraz wskazał drogi ich stosowania. Oddajmy ponownie głos sprawozdawcy przebiegu posiedzenia. „Kwas karbolowy używa kol. K. w trzech postaciach a) jako linimentum do ran świeżych nieropiejących, złożone z 1 części kwasu na 12 części olei lini cocti. b) jako ciasto (pasta) (acidi carbolici pars. 1 Aquae destil. Part 5 Creatae albae q. s. ut fiat pasta mollis). Do ran po operacyach, gdy chcemy ich zagojenie otrzymać per primam intetionem i c) jako roztwór z jednej części kwasu na 48 wody”2. Z tego, co wiemy, wystąpienie Kosińskiego wywołało ożywioną dyskusję nie tylko w środowisku lekarskim warszawskim. Początkowa nieufność i sceptycyzm, z jakim wcześniej spotkał się Wygrzywalski, zaczęła z wolna ustępować. Niczym kamień wrzucony w wodę i kręgi wzbudzający, tak się upowszechniała na ziemiach polskich wiedza o zasadach listerowskich, znajdując dla siebie z czasem stałe miejsce w chirurgii.

Sam Kosiński działał ostrożnie i z rozwagą, sprawdzając, czy i w jakim zakresie na tych środkach można polegać, jakie stężenia dobierać, a przede wszystkim praktycznie je wypróbowując i skrupulatnie za każdym razem odnotowując wyniki takiego postępowania. Mając w rękach zarówno znieczulenie ogólne, jak i dopracowując latami zastosowanie metod antyseptycznych, mógł pokusić się o wykonanie ryzykownych zabiegów chirurgicznych. Jako pierwszy w Europie Wschodniej w roku 1884 wykonał zabieg całkowitego usunięcia nerki (nefrektomii). Warto przy tym zaznaczyć, że Kosiński, studiując ze zwykłą sobie skrupulatnością dotychczasowe nefrektomie, od Simona począwszy, poprzez Czernego i Langenbucha, zaproponował inny rodzaj cięcia celem dostania się do chorego narządu. Tak o tym pisał na łamach warszawskiej „Medycyny”: „Zdaniem mojem obydwa te wspomniane i dotąd prawie wyłącznie praktykowane sposoby wycięcia nerki [tj. Czernego i Langenbucha], z wielką korzyścią mogą być zastąpione, jeżeli nie we wszystkich, to przynajmniej w znacznej części przypadków tej operacyi, przez cięcie skośne idące od końca 11-go żebra, a raczej od przestrzeni znajdującej się pomiędzy 12 i 11-tem żebrem w dół i ku przodowi, ściśle w kierunku włókien mięśnia skośnego zewnętrznego brzucha”3. Pierwszy na ziemiach polskich przeprowadził zabieg usunięcia śledziony, czyli splenektomii (1896), o czym dał odczyt zatytułowany Wycięcie śledziony, wygłoszony na posiedzeniu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego. Z osobą Kosińskiego należy też wiązać zabieg otwarcia przełyku w górnej jego części w celu wydobycia tkwiącego tam ciała obcego, co zostało przedstawione w doniesieniu Cięcie przełyku (Oesophagotomia) z roku 1897. Była to pierwsza taka operacja na ziemiach polskich. Również jako jeden z pierwszych wykonał operację plastyki przetoki podniebienno-nosowej. W roku 1898 pierwszy na ziemiach polskich usunął guz mózgu umiejscowiony w okolicy bruzdy Rolanda. Spopularyzował w Polsce zabieg uretrotomii metodą Maisonneuve’a. Miał także bardzo dobre rezultaty w operacjach plastycznych, ale jego „koronnym” zabiegiem stały się laparotomie, których do roku 1894 wykonał ponad 400.

Najwyższą ocenę jego kunsztowi wystawił Franciszek Kijewski, który pisał: „Kosiński, jako wychowany na wzorach mistrzów w wykonawstwie, sam jest mistrzem pod tym względem. Operuje wspaniale, nożem włada jak wirtuoz smyczkiem, jak rzeźbiarz dłutem lub snycerz rylcem, każdy ruch jego jest celowy, operacya, wykonana przez niego, jest to pewien popis, który nieraz wprawiał w zdumienie audytorium”4. Z kolei Władysław Szteyner z okazji 35-lecia jego profesury tak to ujmował: „Najwybitniejszą atoli właściwością Kosińskiego, prawdziwym talentem było istotne mistrzostwo w wykonywaniu najtrudniejszych operacyi, ta olbrzymia technika posunięta do największego stopnia. Pod tym względem nie ustępował, można powiedzieć, ani jednemu z największych, jakich mieliśmy sposobność widzieć w Europie, a równych sobie miał bardzo niewielu”5. I nic w tych pochwałach nie było przesadą, gdyż i dzisiejsi znawcy tematu nie przestają wysoko oceniać Kosińskiego. Tak o nim napisał znakomity historyk chirurgii, Władysław Lejman: „Kosiński był jednym z najwybitniejszych techników i najodważniejszych operatorów w historii chirurgii polskiej. Poza Mikuliczem i Rydygierem, nikt z ówczesnych polskich chirurgów nie dorównywał mu w biegłości operacyjnej. Operował bardzo szybko, co w warunkach prymitywnego jeszcze wówczas znieczulenia, pozwalało zmniejszyć dawkę podawanych wziewnie środków i było korzystne z uwagi na pooperacyjne powikłania płucne”6. Warto też podkreślić, że Kosiński, co wcale nie było w owych czasach normą, przed wykonaniem zabiegu zbierał bardzo dokładny wywiad, nakazywał szczegółowe badanie internistyczne, żądał zdania sprawy ze wszystkich dotąd przebytych schorzeń. Nieustannie nauczał, że rozwiązania najprostsze są najczęściej najbardziej skuteczne. Żądał, by operacje wykonywać szybko, w możliwie najmniejszym polu operacyjnym.

Wykłady jego cechowała precyzja i zwięzłość, bywało – czasami nadmierna drobiazgowość, lecz zawsze logiczna spójność i unikanie zbędnych ozdobników czy dygresji. Rano profesor zawsze odbierał sprawozdania studentów, którzy byli obowiązani informować go o nowo przybyłych pacjentach. Następnie uczył właściwego badania diagnostycznego na wybranych chorych. Po obchodzie, zazwyczaj krótkim, Kosiński osobiście przeprowadzał operacje. Po południu starsi asystenci nauczali desmurgii, a zatem prawidłowego opatrywania ran, do czego Kosiński przykładał zawsze dużą wagę. Nic zatem dziwnego, że słuchaczy miał całkiem liczne grono i wielu właśnie pod wpływem sławy, jaka opromieniała Kosińskiego, decydowało się związać swój los z chirurgią. Jednak tu musiał spotkać ich poważny zawód. Znana była bowiem niechęć Kosińskiego do dawania szansy samodzielnego wykonania zabiegu swoim asystentom, którym pozostawało baczne przyglądanie się temu, jak operuje profesor. Nie miał bowiem przekonania – ani nic nie wskazuje, by chciał je sobie wyrobić – co do faktycznych możliwości swoich uczniów. Wśród nich byli uzdolnieni operatorzy, m.in. Ryszard Bukowski, Antoni Gabszewicz, Witold Horodyński, Leon Kryński czy Władysław Matlakowski. I mimo że potrafili oni dać dowody swoich umiejętności i wiedzy, ba, zabłysnąć niewątpliwym talentem, ich mistrz całkiem otwarcie wątpił, by ktokolwiek z jego asystentów był godzien objąć po nim schedę w klinice uniwersyteckiej. Dlatego też, mimo że miał ku temu wszelkie predyspozycje, nie stworzył wokół siebie istotnej szkoły chirurgicznej. Jego uczniowie często zdobywali znaczącą wiedzę teoretyczną, natomiast rzadko kiedy mieli możliwość praktycznego zastosowania nabytych umiejętności. Można się tego doczytać między wierszami w pełnej szacunku dla swojego mistrza wypowiedzi: „Jaką wartość miały kilkoletnie studya na klinice Kosińskiego, my, asystenci, dobrze to wiemy; praca pod okiem starszych kolegów i profesora, ustawiczne kontrolowanie, twarde wymagania kierownika, wszystko to urabiało młodzież; tu trzeba było wytrzymywać próbę ogniową, ale kto ją przeszedł i po kilku latach opuścił klinikę, wychodził dostatecznie przygotowany nie tylko do samodzielnych studyów, ale i do nauczania innych”7. Nie żałował natomiast ani czasu, ani pieniędzy na doposażenie swojej kliniki. Często za własne pieniądze zakupywał instrumenty i sprzęt. Z własnych też funduszy rozbudował pomieszczenia do przeprowadzenia zabiegów w warunkach aseptycznych i septycznych, tworząc tak naprawdę pierwszy nowoczesny blok operacyjny.

I tak jak nagle, po niespodziewanej śmierci Polikarpa Girsztowta, Kosiński stanął na czele chirurgii warszawskiej, tak równie gwałtownie się z nią rozstawał w roku 1899. Wówczas to, jak oficjalnie informowano – z powodów osobistych, złożył rezygnację ze wszystkich pełnionych funkcji, w tym funkcji kierownika kliniki. Kosińskiemu został bowiem wytoczony proces o nieumyślne spowodowanie śmierci pacjentki na skutek pozostawienia w jamie brzusznej narzędzi chirurgicznych po operacji usunięcia torbieli jajnika. Kosiński operował wówczas w prywatnej klinice doktora Ignacego Solmana, który mu podczas zabiegu asystował. Tym, który podawał narkozę chloroformową, był Ludwik Zembrzuski, późniejszy profesor historii medycyny Uniwersytetu Warszawskiego. Zabieg przeszedł pomyślnie, niemniej jednak chora cały czas żaliła się na bóle w jamie brzusznej. Kosiński, podejrzewając, że mógł się wytworzyć ropień, dokonał reoperacji, ale nic niepokojącego nie stwierdził. Stan zdrowia pacjentki był chwiejny, raz czuła się dobrze, innym razem odczuwała bolesne dolegliwości. Zebrało się całe konsylium. Zastanawiano się nad kolejnym zabiegiem, choć jednomyślności co do tego nie było. Najważniejsze jednak, iż sama pacjentka, która najwyraźniej traciła zaufanie do chirurgów, nie wyrażała zgody na reoperację. Sprawa przybierała coraz bardziej niekorzystny obrót. Jak ustalił Jan Władysław Chojna, zarówno Solman, jak i Kosiński zaczęli podejrzewać, że w ciele pacjentki mogły pozostać dwie pensety chirurgiczne. Dlaczego wcześniej nie brano tego pod uwagę, nie zostało dokładnie wyjaśnione. W każdym razie chora zdecydowała się ostatecznie na zabieg, ale tym razem głównym operującym był prof. Wasiljew, Kosiński tylko mu asystował. Wasiljew odnalazł kleszczyki Peana, wydobył je, powstrzymał krwawienie i zaszył ranę. Niestety kobieta miała już rozległe zapalenie otrzewnej i skonała jeszcze na stole operacyjnym. Rodzina zmarłej zaskarżyła chirurgów, a sprawa stała się głośna. Sąd po parodniowej rozprawie, przesłuchaniu świadków i wysłuchawszy opinii, uniewinnił zespół operujących lekarzy. Kosiński już jednak do nauczania akademickiego nie powrócił, uważając, że jego dobre imię zostało w nieodwracalny sposób zbrukane. Surowy wobec innych stosował do siebie tę samą miarę, nie dopuszczając możliwości, by tej klasy chirurg co on popełnił tak tragiczny w skutkach błąd. I mimo że wielu prosiło go, by swą decyzję zmienił, a Franciszek Kijewski wystąpił z tekstem, w którym pokazywał, jak często wbrew woli chirurgów dochodziło do podobnych wypadków, i dowodził, iż warszawscy lekarze moralności ludzkiej i etyce swego zawodu w niczym nie uchybili, Kosiński pozostał niewzruszony. Złożona przezeń dymisja wywołała, kto wie czy nie większą od samej sprawy sądowej, dyskusję. Zdawano sobie bowiem sprawę, że odejście tej klasy chirurga z Uniwersytetu jest poważną wyrwą w akademickim kształceniu lekarzy. Jak bardzo był ceniony i poważany, najlepiej świadczy fakt dedykowania całego 21. numeru „Medycyny” właśnie jego osobie. Tej publikacji towarzyszył również okolicznościowy medal, na którym widniał napis: „Mistrzowi chirurgii polskiej”. Większość środowiska lekarskiego Warszawy stała za nim murem. Kosiński usunął się jednak w cień.

Działał i pracował jeszcze przez 15 lat, jednak już nigdy tak intensywnie jak przedtem. Oddawał się głównie pracy społecznej. W roku 1903 ukazała się ostatnia jego praca nosząca intrygujący i dzisiaj tytuł – Czy nie znajdziemy nigdy środka na wyleczenie raka?, w której argumentował, że tylko wczesne rozpoznanie i radykalna operacja mogą skutecznie zwalczać chorobę nowotworową. Po tej dacie prac naukowych już nie publikował.

Kosiński brał również udział w licznych przedsięwzięciach organizacyjnych w warszawskim środowisku lekarskim. Od roku 1863 był czynnym członkiem Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, a w latach 70. kolejno jego wiceprezesem i prezesem. W roku 1896 został wybrany wiceprezesem Towarzystwa Doraźnej Pomocy Lekarskiej, czyli dobrze funkcjonującego Pogotowia Ratunkowego. Pełnił też funkcję prezesa założonego przez dr. Józefa Polaka Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego. To właśnie za sprawą jego starań doszło do powstania Instytutu Higieny Dziecięcej Lenvala i ogrodów im. Raua. Był też Kosiński współzałożycielem Warszawskiego Towarzystwa Naukowego. Został zapamiętany jako współtwórca Towarzystwa Akcyjnego „Kolonia Zdrowotna dla Dzieci Słabowitych” w Brzegach pod Otwockiem. Pragnął, by powstało tam odrębne sanatorium pediatryczne. Niestety z tych planów nic wówczas nie wyszło. Był wieloletnim konsultantem w prywatnej klinice chirurgicznej doktora Solmana. Przez wiele lat współpracował z redakcją jednego z ważniejszych pism lekarskich, jakie ukazywało się wówczas na ziemiach polskich, czyli „Medycyny”, którą nie raz wspierał finansowo. W ostatnich latach życia zaangażował się, w tym również finansowo, w opiekę nad jedną ze szkół średnich – Szkołą Mazowiecką. Nigdy jednoznacznie nie wypowiadał się na tematy polityczne, ale też nie czynił tajemnicy ze swych sympatii dla Narodowej Demokracji.

Profesor Julian Kosiński zmarł w Warszawie dnia 24 marca 1914 roku i został pochowany na cmentarzu Powązkowskim. Ludwik Zembrzuski, oddając cześć zmarłemu mistrzowi, pisał: „Hojną dłonią natura uposażyła Kosińskiego, obdarzając go niepoślednimi zaletami umysłu i serca, które potrafił tak rozwinąć i zużytkować, że na schyłku długiego a pracowitego żywota miał byłby prawo powiedzieć o sobie owo proste a wymowne: non omnis moriar! Cześć jego pamięci!”8.

Wybrana literatura

 

Gryglewski R. W., Julian Kosiński, [w:] Złota księga medycyny warszawskiej, red. M. Krawczyk, Warszawa 2009, s. 199–203.

Kijewski F., Prof. Julian Kosiński, „Gazeta Lekarska” 1899, t. XXXIV (15), s. 373–385.

Kosiński Julian, [w:] A. Śródka, Uczeni polscy XIX–XX stulecia, wyd. 2, Warszawa 1995, s. 275–277.

Lejman W., Chirurgia, [w:] Zarys historii nauczania medycyny w Polsce do roku 1939, red. A. Śródka, Kraków 2012, s. 201–203.

Sokół S., Kosiński J. [w:] PSB, t. XIV, Kraków 1968, s. 216–218.

Szteyner W., Prof. Julian Kosiński, „Medycyna” 1899, t. XXVII (21), s. 461–465.

Zarys dziejów chirurgii polskiej, red. W. Noszczyk, Warszawa 2011, s. 187–188 i 198–199.

Zembrzuski L., Ś. p. Juljan Kosiński (ur. 1833–zm. 1914), „Nowiny Lekarskie” 1914, t. XXVI (5), s. 236–238.

SECT-ID LINK

1F. Kijewski, Prof. Julian Kosiński, „Gazeta Lekarska” 1899, t. XXXIV (15), s. 373.

2Sprawozdanie z 22 posiedzenia Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego dnia 17 listopada 1868 roku, „Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” 1868, t. LX (5), s. 268–269.

3J. Kosiński, Wycięcie nerki (Nephrectomia), „Medycyna” 1884, t. XII (39), s. 650.

4F. Kijewski, op. cit., s. 377.

5W. Szteyner, Prof. Julian Kosiński, „Medycyna” 1899, t. XXVII (21), s. 464.

6W. Lejman, Chirurgia, [w:] Zarys historii nauczania medycyny w Polsce do roku 1939, red. A. Śródka, Kraków 2012, s. 202.

7F. Kijewski, op. cit., s. 378.

8L. Zembrzuski, Ś. p. Juljan Kosiński (ur. 1833–zm. 1914), „Nowiny Lekarskie’’ 1914, t. XXVI (5), s. 238.

Jan Kowalczyk

Urodzony 16 X 1833 w Rzeszotarach (koło Wieliczki). Studia w dziedzinie fizyki i astronomii na Uniwersytecie Jagiellońskim zakończone doktoratem (1861); adiunkt Obserwatorium Krakowskiego (1862–1865); habilitacja na Uniwersytecie Jagiellońskim (1862); od 1865 pracownik Obserwatorium Warszawskiego; powtórna habilitacja w Szkole Głównej (1867); uzyskał rosyjski stopień magistra na UW.

Astronom, meteorolog. Ogłosił katalog gwiazd, zajmował się obserwacją małych planet.
Członek korespondent Akademii Umiejętności (1902); członek założyciel Towarzystwa Naukowego Warszawskiego.
Zmarł 8 XII 1911 w Warszawie.

Sposób oznaczania bezwzględnych przeszkód ruchu małych planet, Warszawa 1867; Mikołaj Kopernik i jego układ świata, Warszawa 1872; O sposobach wyznaczania biegu ciał niebieskich, Kraków 1889; O sposobach obliczania przeszkód biegu ciał niebieskich, Warszawa 1901.

Korzeniewska I., Zasłużeni astronomowie Szkoły Głównej, „Postępy Astronomii” 1963, nr 4, s. 302–307; Kowalczyk J. [w:] PSB, t. XIV, Warszawa 1968–1969, s. 515–516.

JAROSŁAW WŁODARCZYK

JAN KOWALCZYK

1833–1911

 

W „Tygodniku Ilustrowanym” z 23 września 1905 roku odnotowano: „Aresztowano znanego uczonego i astronoma p. Kowalczyka, jego córkę i małoletniego syna. W gmachu obserwatoryum, jak donosi Ag. Pet., znaleziono 20 rewolwerów”1. Liczącego 72 lata pracownika Obserwatorium Warszawskiego więziono na Pawiaku przez dwa miesiące; po zwolnieniu wkrótce został przeniesiony na emeryturę. Zatrzymaną razem z nim córką była Jadwiga Kowalczykówna, właścicielka i przełożona słynnej warszawskiej szkoły żeńskiej na Wiejskiej.

Jan Kowalczyk urodził się 16 października 1833 roku w rodzinie chłopskiej w galicyjskiej wsi Rzeszotary. Uczęszczał najpierw do szkoły w Wieliczce, a od roku 1848 do Gimnazjum św. Anny w Krakowie. Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim podjął w 1856 roku. W styczniu 1861 roku uzyskał doktorat z filozofii na podstawie pracy poświęconej badaniom odchylenia igły magnetycznej. W roku 1862 rozprawa O prawidłach oznaczania środka ciężkości posłużyła mu do habilitacji i otrzymania prywatnej docentury z mechaniki stosowanej, co umożliwiło prowadzenie wykładów z mechaniki analitycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednocześnie w latach 1862–1865 Kowalczyk był adiunktem krakowskiego obserwatorium, kierowanego przez Franciszka Karlińskiego. Do obowiązków Kowalczyka należały obserwacje astrometryczne, meteorologiczne i fenologiczne; przeprowadzał również obliczenia związane z wyznaczaniem orbit ciał niebieskich. W lutym 1865 roku nie skorzystał on jednak z drugiej już możliwości prolongaty zatrudnienia w obserwatorium i w marcu tego roku przeniósł się do Warszawy, obejmując w tutejszym obserwatorium stanowisko starszego adiunkta – pozostawało ono wakatem, odkąd w 1863 roku Adam Prażmowski wyjechał za granicę.

Dyrektor obserwatorium, Jan Baranowski, powierzył nowo zatrudnionemu pracownikowi zadanie prowadzenia systematycznych obserwacji astronomicznych. Wspominając kilkadziesiąt lat później swoje przybycie do Warszawy, Kowalczyk pisał: „W tym celu wypadało nasamprzód wszystkie główne narzędzia, nieczynne przez kilka lat, doprowadzić do stanu używalności naukowej, posprawdzać ich ustawienie, powyznaczać ilości do redukcyi obserwacyj potrzebne; słowem wypadało uruchomić narzędzia przed rozpoczęciem uporządkowanej pracy. Oprócz tego wymagały także zbiory biblioteczne uporządkowania, porównania z inwentarzem i uzupełnienia ich katalogu; uczyniono to w r. 1865, w którym systematyczne obserwacye rozpoczęto i już w dalszym ciągu prowadzono”2. Wkrótce Kowalczyk poświęcił się badaniom planetoid i komet. Wyniki obserwacji, jak również rezultaty obliczeń elementów orbit publikował w szacownych periodykach „Astronomische Nachrichten”, „Berliner Astronomisches Jahrbuch” i „Vierteljahrschrift der Astronomischen Gesellschaft”. Ślad fascynacji Kowalczyka tą tematyką odnajdujemy w dość nieoczekiwanym miejscu, bo w jego popularnej książce Mikołaj Kopernik i jego układ świata, dołączonej w 1872 roku do „Przyrody i Przemysłu”. Trzecią część tego niewiele ponadstustronicowego tekstu autor poświęcił omówieniu dziejów astronomii; w szkicu, który zajmuje 40 stron, ostatnie siedem opowiada o współczesnych badaniach komet i meteorów.

W Warszawie Kowalczyk po raz drugi się habilitował, tym razem przedkładając pracę Sposób oznaczania bezwzgłędnych przeszkód ruchu małych płanet, i w grudniu 1867 roku otrzymał stanowisko docenta astronomii Szkoły Głównej. Na tej podstawie w latach 1867–1869 powierzono mu wykład z astronomii praktycznej i geodezyjnej. Po zamknięciu Szkoły Głównej Kowalczyk pozostał w obserwatorium. Po przyłączeniu w 1873 roku obserwatorium do carskiego uniwersytetu otrzymał stanowisko pełniącego obowiązki starszego astronoma obserwatora i znaczącą podwyżkę, postawiono mu jednak warunek uzyskania stopnia magistra w ciągu dwóch lat. Uczynił to w 1875 roku dzięki rozprawie poświęconej wyznaczaniu elementów orbit planet i komet na podstawie dużej liczby obserwacji, opublikowanej rok wcześniej w języku rosyjskim w postaci 30-stronicowej broszury. Został zatwierdzony w charakterze starszego astronoma obserwatora i funkcję tę sprawował do końca swej zawodowej działalności.

Wiedzę na temat metod obliczeniowych mechaniki nieba Kowalczyk spożytkował ostatecznie do napisania dwóch monografii – pierwszych na ten temat w języku polskim. Najpierw powstała książka O sposobach wyznaczenia biegu ciał niebieskich (Kraków 1889). Była odpowiedzią na ogłoszony w grudniu 1878 roku przez krakowską Akademię Umiejętności konkurs, w którym tak sprecyzowano profil pracy: „Wyczerpująco wyłożyć sposoby wyznaczania biegu ciał niebieskich, sposoby te podać nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie, to jest z przykładami liczebnymi. Z rozprawy tej może być wyłączona rzecz o obliczaniu przeszkód biegu (perturbacyj), natomiast kładzie się jako warunek konieczny, ażeby rzecz o drogach gwiazd podwójnych i spadających nie była pominiętą lub pobieżnie traktowaną”3. Kowalczyk bardzo dokładnie wypełnił warunki konkursu i ostatecznie jego praca otrzymała w 1883 roku Nagrodę im. Mikołaja Kopernika, ustanowioną przez gminę miasta Krakowa. Dopełnieniem tej monografii była druga, poświęcona rachunkowi perturbacyjnemu: O sposobach obliczania przeszkód biegu ciał niebieskich; jej wydanie w Warszawie w 1901 roku sfinansowała Kasa im. Józefa Mianowskiego.

Po zamknięciu Szkoły Głównej kierowanie obserwatorium powierzono Iwanowi Wostokowowi. Poddał on je gruntownej przebudowie, zakończonej w 1871 roku. Kilka lat później, bo w czerwcu 1876 roku, Kowalczyk podjął się trudu wyznaczenia współrzędnych 6041 gwiazd w pasie deklinacji od –1°50’ do –7°10’, prowadząc obserwacje kołem południkowym Reichenbacha i Ertela, zakupionym jeszcze przez Franciszka Armińskiego. Przedsięwzięcie to wpisywało się w program zespołowego w skali obserwatoriów katalogowania pozycji gwiazd, zaproponowany w 1867 roku przez niemieckiego astronoma Friedricha Wilhelma A. Argelandera, a koordynowany przez Astronomische Gesellschaft. Ostatecznie wyniki 20-letniej pracy Kowalczyka i ponad 22 tys. spostrzeżeń nie weszły do grupy katalogów Astronomische Gesellschaft, natomiast końcowa wersja katalogu warszawskiego (na epokę 1880.0) została nakładem obserwatorium wydana w języku niemieckim w 1904 roku.

Katalog warszawski był wyróżniającym się przedsięwzięciem badawczym w astronomii uprawianej w tamtych czasach na ziemiach polskich. W innych działaniach Kowalczyk nawiązywał do tradycji ugruntowanej w obserwatorium za kierownictwa Baranowskiego. Przedstawiając życie i dzieło Mikołaja Kopernika we wspomnianej już książce, napisanej z okazji 400-lecia urodzin astronoma, Kowalczyk posłużył się materiałami ze słynnego łacińsko-polskiego wydania z 1854 roku pism fromborskiego kanonika, przygotowanego pod kierunkiem poprzedniego dyrektora obserwatorium. W dwóch pierwszych tomach „Pamiętnika Fizyjograficznego” opublikował podsumowanie obserwacji meteorologicznych wykonywanych w obserwatorium od 1825 roku. Pisywał o astronomii i meteorologii w licznych artykułach umieszczanych w prasie oraz wydawnictwach encyklopedycznych i wraz ze Stanisławem Kramsztykiem i Janem Jędrzejewiczem należał do czołowych popularyzatorów wiedzy o wszechświecie w swojej epoce. Kiedy Jędrzejewicz nieoczekiwanie zmarł, pozostawiając swoje obserwatorium w Płońsku, należące do najlepiej wyposażonych na ziemiach polskich, staraniem uczonych warszawskich w 1898 roku zostało ono przeniesione do Warszawy i ulokowane na terenie Szkoły Technicznej Wawelberga i Rotwanda. Kowalczyk podjął się opieki naukowej nad tą placówką, nazwaną imieniem Jędrzejewicza, opracowując program badawczy i nadzorując pracę obserwatora, Romana Mereckiego. Poczuwał się też do obowiązku opracowania historii Obserwatorium Warszawskiego. Pierwszą pracę na ten temat opublikował po rosyjsku w 1894 roku, a jej wersja polska ukazała się w pierwszym tomie „Wiadomości Matematycznych” z roku 1897. Wersja znacznie rozbudowana, obejmująca okres 1820–1900, powstała najpierw po rosyjsku w 1906 roku, rok później zaś tekst polski przedrukowały „Wiadomości Matematyczne”.

Kowalczyk był ważną i docenianą postacią życia naukowego. W swoim szkicu, poświęconym astronomii w Polsce w wieku XIX i na początku XX, Marcin Ernst nie zawahał się nazwać go „największą chlubą obserwatorjum warszawskiego, a zarazem też zapewne największą chlubą astronomji polskiej wogóle”4. W uznaniu zasług Kowalczyka w 1902 roku Akademia Umiejętności wybrała go na członka korespondenta. Natomiast w 1907 roku, już na emeryturze, znalazł się w gronie członków założycieli Towarzystwa Naukowego Warszawskiego.

Kowalczyk poślubił Władysławę, córkę pracownika Ogrodu Botanicznego i profesora w Szkole Głównej, Jerzego Aleksandrowicza, który podobnie jak zięć miał chłopskie pochodzenie. Kowalczykowie doczekali się trzech synów – Jana, Juliusza i Władysława – oraz trzech córek: Julii, Jadwigi i Marii. Ostatnia z nich dała początek astronomicznej minidynastii, wyszła bowiem za mąż za Wiktora Ehrenfeuchta, pracownika obserwatorium i Uniwersytetu, a później profesora geodezji w warszawskim Instytutcie Politechnicznym. Z ich związku urodził się syn Wiktor Ehrenfeucht, jeden z pionierów astrofizyki w Polsce, współpracujący przed II wojną światową z ośrodkiem wileńskim.

Jan Kowalczyk zmarł w Warszawie 8 grudnia 1911 roku. W 1963 roku, podczas obchodów stulecia powstania Szkoły Głównej, w gmachu Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego odsłonięta została tablica, upamiętniająca życie i działalność uczonego, „orędownika i odnowiciela w okresie utraty bytu niepodległego kraju wielkich tradycji astronomii w Polsce”.

SECT-ID LINK

1Kronika, „Tygodnik Ilustrowany” 1905, nr 38, s. 705.

2J. Kowalczyk, Krótki rys dziejów Obserwatoryum Warszawskiego od r. 1820–1900, „Wiadomości Matematyczne” 1907, t. XI, s. 93.

3J. Kowalczyk, O sposobach wyznaczenia biegu ciał niebieskich, Kraków 1889, s. II.

4M. Ernst, Astronomja w Polsce. (Zarys historyczny), „Kosmos” 1928, Tom Jubileuszowy, s. 170.

Aleksander Jewgieniewicz Lagorio

Urodzony 15 (27) VIII 1852, pochodził z Niemców bałtyckich. Studia na uniwersytecie w Dorpacie; stopień kandydata* (1875), doktora** krystalografii (1880). Wykładowca mineralogii i krystalografii na UW (od 1882); dyrektor warszawskiego Instytutu Politechnicznego (od 1898). Odwołany do Petersburga (1907).

Mineralog; prace badawcze dotyczące głównie skał i kopalin wschodniej części Rosji i ziem polskich.
Członek korespondent Rosyjskiej Akademii Nauk w Petersburgu (od 1896).
Zmarł w 1941 (w źródłach są też podawane inne daty).

Mikroskopische Analyse ostbaltischer Gebirgsarten, Dorpat 1876; Experimentale Untersuchungen über die Bildung der Minerale im Magma, Warszawa 1898.

Rektorzy Politechniki: 1826–1976, red. E. Domański i in., Warszawa 1976.

* rosyjski odpowiednik europejskiego doktoratu
** rosyjski odpowiednik habilitacji

ZBIGNIEW J. WÓJCIK

ALEKSANDER JEWGIENIEWICZ LAGORIO

1852–1941

 

Tak się złożyło, że pierwszym wielkiego formatu mineralogiem i petrografem w XIX-wiecznej historii Uniwersytetu Warszawskiego był zatrudniony w tej uczelni w latach 1882–1898 wychowanek uniwersytetu w Dorpacie, Aleksander Lagorio. Z przekazów współczesnych wynika, że w czasie pobytu w Warszawie jego językiem domowym był niemiecki, rodzina zaś miała się osiedlić na początku XIX wieku na Krymie, gdzie też się urodził i chodził do szkół. Nie wiemy, co zdecydowało o wyborze przez niego niemieckojęzycznej uczelni w Imperium Rosyjskim. Pod kierunkiem wybitnego mineraloga Johanna Lemberga, przy doborowym gronie profesorów geologii, szybko uzyskał stopnie.

Katedrę mineralogii i petrografii otrzymał w Warszawie, mając niespełna 30 lat. Mimo że w czasie studiów i pracy miał kolegów Polaków (m.in. Władysława Dybowskiego i Józefa Siemiradzkiego) – nie ujawniał sympatii etnicznych. Nie miał szans na profesurę w macierzystej uczelni ani w innych zakładach wyższych w głębi Rosji, bo wszystkie katedry były zajęte. Oczywiście marzył o pracy w Petersburgu. Ostatecznie za poręką wybitnych geologów – Aleksandra Inostrancewa i Konstantego Grenwigka – skierowany został do Warszawy, skąd odwołano go dopiero po wydarzeniach 1905 roku. W Dorpacie zajmował się badaniem skał krystalicznych w głębi Rosji. W czasie pobytu w Warszawie kontynuował rozpoznanie tych skał na Krymie, chętnie zabierając w teren swych uczniów Polaków. Niewątpliwie posługiwał się językiem polskim, bo np. ogłaszał w rosyjskich periodykach recenzje artykułów z „Pamiętnika Fizjograficznego”.

Skomplikowane dzieje głównej uczelni warszawskiej w XIX wieku zdecydowały, że do 1882 roku praktycznie nie mieliśmy na katedrze wybitnego mineraloga i petrografa. Na Uniwersytecie Aleksandryjskim w 1822 roku Marek Antoni Pawłowicz obronił doktorat z tego zakresu pod tytułem O własnościach i początku bazaltów, prezentując poglądy na ich wulkaniczne pochodzenie. Wskutek choroby nie mógł jednak rozwinąć skrzydeł; zmarł przed likwidacją uczelni. W 1857 roku wykłady z tego zakresu podjął Ludwik Zejszner na Akademii Medyko-Chirurgicznej. Wybitny badacz Karpat (w latach 1829–1833 i 1848–1857 profesor uniwersytetu w Krakowie) po roku opuścił uczelnię, przenosząc się do urzędów zajmujących się rozpoznaniem kopalin w Królestwie Polskim.

W Szkole Głównej (1862–1869) przedmioty te wykładał Karol Jurkiewicz, którego z czasem wsparł geolog Jan Trejdosiewicz. Obaj, po uzyskaniu stopni na uczelniach w głębi Rosji, pozostali na katedrach na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim: Jurkiewicz do 1880, a Trejdosiewicz do 1890 roku. Mieli skromny, choć znaczący dorobek naukowy dotyczący Lubelszczyzny (Jurkiewicz) i polskiego średniogórza (Trejdosiewicz). Katedry miały charakter usługowy dla wydziału medycznego i przyrodniczego, dlatego też nie zdołali oni utworzyć własnych szkół. Te powstały dopiero po przyjeździe do Warszawy zrazu Lagoria (na miejsce Jurkiewicza), a później Władimira Amalickiego (na miejsce Trejdosiewicza). Charakterystyczne, że pierwszy z nich skupiał koło siebie głównie Polaków, a drugi także Rosjan.

Nie było jednak mowy o dyskryminacji etnicznej. I Lagorio, i Amalicki za najważniejsze u studentów uważali talent i pracowitość. Tych wspierali, zabiegając o dotacje na wyjazdy terenowe oraz medale za znaczące osiągnięcia naukowe. Uważali za normę, że Polacy drukują swe rozprawy po rosyjsku w periodykach urzędowych i po polsku, np. w „Pamiętniku Fizjograficznym”.

Liczący się dorobek naukowy Lagoria (kandydatura w Dorpacie, doktorat w Petersburgu, później członek korespondent Akademii Nauk w Rosji) związany był z pracą na pierwszym z tych uniwersytetów, choć znane są jego publikacje z prasy rosyjskiej z lat pobytu w Warszawie. Z okresu pracy na Uniwersytecie Warszawskim w bibliografiach specjalistycznych odnotowano kilka artykułów, a w tym: Otczet o kamandirowkie za granicu („Izwiestija Warszawskogo Uniwiersitieta” 1885), O tzw. soczinienii Moroziewicza: Mikroskopiczesko-pietrograficzeskoje issliedowanije massiwnych porod Wołyni i Tatr (ibidem, 1889), O minieralogiczeskoj klassifikacii poczw gubierni Carstwa Polskogo („Tr. Statist. komit.” 1890). Z pewnością kwerendy pozwolą poznać lepiej jego inne publikacje. Zwracamy uwagę, iż w pierwszej z przedstawionych opisał także znakomitą kolekcję uczelni warszawskiej, w tym zbiory Jerzego Bogumiła Puscha. Druga z nich jest pochwałą pionierskiej rozprawy jego ucznia (Józefa Morozewicza), wykonywanej także na materiale zebranym w Galicji. Trzecia wreszcie eksponuje nazwę „Carstwo Polskoje”, dość niechętnie wtedy widzianą w warszawskiej prasie rosyjskojęzycznej, gdzie preferowano „Priwislanskij Kraj”. Dodajmy, że w pracach Towarzystwa Przyrodniczego w Warszawie w 1897 roku Lagorio ogłosił znaczącą rozprawę O priczynach raznoobrazii izwieżennych porody gdzie zamieszczone są dane o dokonaniach jego uczniów.

Główną zasługą Lagoria w czasie pracy na Uniwersytecie Warszawskim było utworzenie własnej szkoły naukowej, z której wyszli tej klasy uczeni, co Georgij Wulf (Rosjanin), Józef Morozewicz i Zygmunt Weyberg (Polacy). Wszyscy oni z czasem zajęli katedry (krystalografia, mineralogia, petrografia), choć tylko Morozewicz zdołał utworzyć, na wzór mistrza, znakomitą szkołę na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Właśnie Morozewicz w czasie studiów miał się przekonać, iż Lagorio nie stosował taryfy ulgowej. Mimo że nie zaliczył studiującemu wówczas botanikę egzaminu z krystalografii, zdołał go zachęcić do potraktowania priorytetowo tego przedmiotu. Dzięki temu uczelnia warszawska w przyszłości mogła się pochwalić wybitnym absolwentem, z inicjatywy Lagoria odznaczonym za pracę z eksperymentalnej mineralogii złotym medalem.

Niewątpliwie najwybitniejszym uczniem Lagoria na Uniwersytecie Warszawskim był wspomniany wyżej Wulf, jeden z najbardziej twórczych krystalografów tego okresu. Po uzyskaniu kandydatury w Warszawie został skierowany do pracy na Uniwersytecie Kazańskim. Z chwilą przejścia Lagoria do warszawskiego Instytutu Politechnicznego (politechniki) w 1898 roku, wrócił na Uniwersytet Warszawski. Wtedy już Morozewicz pracował „na zesłaniu” – jak mawiał – w Petersburgu. Najbliższym współpracownikiem Wulfa z Polaków był Zygmunt Weyberg, również wychowanek Lagoria, który po Morozewiczu przejął opiekę nad zbiorami katedry.

Liczba etatów w katedrze mineralogicznej była ograniczona. Asystenturę dostawali jednak najzdolniejsi, gdy były miejsca. Jeden z uczniów Lagoria, Karol Koziorowski, nie miał szczęścia. Przygotował on rozprawę kandydacką z mineralogii eksperymentalnej – oczywiście wyróżnioną; musiał jednak pójść do pracy w przemyśle. Ponieważ rozprawa wykazała nowe perspektywy badawcze, przeto mistrz polecił jej kontynuację Morozewiczowi. Ten miał możliwość korzystania z pieca w hucie szkła na Pradze – nic więc dziwnego, że wyniki na temat tworzenia się minerałów i skał w zastygającym stopie mineralnym były rewelacyjne. Niemieckojęzyczna wersja tej rozprawy z 1898 roku Experimentale Untersuchungen über die Bildung der Minerale im Magma – otwierała przed nim katedry na uczelniach Zachodu.

Z konieczności warto przywołać szczególne związki Lagoria ze społeczeństwem polskim. Już w pierwszych miesiącach pracy w Warszawie skontaktował się on z dr. Tytusem Chałubińskim, wybitnym kolekcjonerem minerałów. Odwiedził go i szczegółowo zapoznał się z okazami, podkreślając, że wiele z nich widział po raz pierwszy. Nie omylimy się, przyjmując, iż to Lagorio w porozumieniu z Chałubińskim zdecydował o obszarze badawczym Morozewicza w pierwszym okresie jego studiów petrograficznych. Miały one pierwotnie dotyczyć skał na Wołyniu. Rozszerzono teren badań o Tatry.

A oto inny przykład specjalnych relacji mistrza z Polakami. Jak wiadomo, Ignacy Domeyko na emigracji w Chile przez wiele lat kierował uniwersytetem w Santiago. Kontaktował się on z Jurkiewiczem i Trejdosiewiczem, przesyłając publikacje do uczelni warszawskiej. Gdy, odwiedzając Warszawę w 1884 roku, złożył wizytę Trejdosiewiczowi i Lagoriowi, ofiarował Uniwersytetowi Warszawskiemu doborową kolekcję minerałów Ameryki. Nie wydaje się, by w czasie spotkania rozmawiali oni po rosyjsku, choć Domeyko znał i ten język.

Niezależnie od relacji etnicznych istniał silny związek emocjonalny między absolwentami uniwersytetu w Dorpacie. Na tamtejszej uczelni studiowało wielu Polaków, mieli oni szansę na etaty w średnim szkolnictwie, ale w głębi Rosji. Ci, którzy posiadali własne środki na przeżycie, prowadzili badania geologiczne, mineralogiczne i petrograficzne, na ogół w porozumieniu z Kasą im. Mianowskiego. W takich przypadkach Lagorio okazał się nieocenionym doradcą. Zawsze miał też wolne miejsce w swoim laboratorium dla „dorpatczyków”. Korzystali z tego zwłaszcza Józef Siemiradzki (później profesor Uniwersytetu we Lwowie) i Stanisław Józef Thugutt. Ten ostatni zresztą zorganizował sobie prywatne laboratorium chemiczne, z czasem jako Pracownię Mineralogiczną Towarzystwa Naukowego Warszawskiego.

Nie mamy dotychczas pełnego rozpoznania działalności Towarzystwa Przyrodników przy Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim. Ze wspomnień osób kontaktujących się z uczniami Lagoria wynika, że w zebraniach naukowych tej organizacji zawsze uczestniczyli Polacy.

Z zachowanych papierów dotyczących lat pracy Lagoria w Warszawie widać, że był on aktywny na uczelni jako dziekan lub prodziekan oraz członek licznych komisji doraźnych (np. odnośnie do stopni, stypendiów, nagród). Ceniony był przez wszystkich nie tylko za wiedzę, lecz także za kulturę osobistą.

Decyzja o mianowaniu Lagoria dyrektorem Instytutu Politechnicznego im. Mikołaja II zapadła na wysokim szczeblu, gdzie musiano się wtedy liczyć z głosem społeczeństwa polskiego, ofiarodawcy środków na jego uruchomienie. Wzięto pod uwagę nie tylko osobę sprawną administracyjnie, ale także Rosjanina – bo za takiego go uważano – tolerowanego przez Polaków. Powstała w 1898 roku politechnika miała więc pierwszego rektora, który nie budził kontrowersji w Petersburgu i w Warszawie. Ten zresztą położył nacisk na uruchomienie nauczania petrografii i mineralogii (czy w ogóle nauk geologicznych), zwłaszcza na powstałym w 1903 roku wydziale górniczym.

W czasie pracy Lagoria na politechnice nadal funkcjonowało jedno środowisko geologiczne w Warszawie, choć rektor był wtedy mniej aktywny jako uczony i pedagog. Strajki szkolne 1905 roku spowodowały zawieszenie pracy politechniki. W 1907 roku Lagorio został odwołany do Petersburga, gdzie skierowano go do pracy w ministerstwie przemysłu i handlu. Ubocznie kontynuował prace naukowe. Po wybuchu I wojny światowej jego losy są mało znane. Wiadomo tylko, że jako „biały” znalazł się poza Rosją sowiecką. Miał osiąść w Lublanie, gdzie był związany z tamtejszym uniwersytetem. W Słowenii prawdopodobnie pozostał do śmierci w 1941 roku1.

Aleksander Lagorio w Warszawie z pewnością nie miał osiągnięć na miarę lat swej asystentury na uniwersytecie w Dorpacie. Na Uniwersytecie Warszawskim położył znaczny nacisk na kształcenie młodzieży wyróżniającej się talentem i pracowitością. Jego uczniowie i współpracownicy mieli się okazać – już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości – godnymi kontynuatorami dzieła mistrza. Byli wśród nich także geologowie wypromowani przez Amalickiego, a zwłaszcza Jan Piotr Lewiński.

Wbrew pokutującym stereotypom o prowincjonalnym charakterze Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, poziom nauczania przedmiotów geologicznych stał na bardzo wysokim poziomie. Była to zasługa przede wszystkim Aleksandra Lagoria.

SECT-ID LINK

1O ile wiadomo, Władimir Tichomirow z Moskwy nie zdążył ogłosić zamierzonej monografii Lagoria, choć informacjami o nim dzielił się z autorem niniejszego artykułu. Stąd dane o pobycie mineraloga na emigracji w Jugosławii. Więcej danych o nim m.in. w artykułach: A. P. Reznikow, Gieołogia w Warszawskom Uniwiersytietie (1869–1915), „Oczerki po istorii geołogiczeskich znanij” 1955, nr 4, s. 187–212; S. J. Thugutt, Nauki geologiczne w Uniwersytecie Warszawskim w latach 1869–1915, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki” 1956, R. 1, s. 563–569; Z. Wójcik, Nauki geologiczne w Uniwersytecie Warszawskim (18311915), [w:] Księga pamiątkowa absolwentów Wydziału geologii Uniwersytetu Warszawskiego (1952–1997), Warszawa 1997, s. 18–30.

Aleksander Antoni Le Brun

Urodzony 12 V 1803 w Warszawie. Studia medyczne na UW (1820–1824) oraz w klinikach Francji, Anglii, Niderlandów i Niemiec; doktorat w Paryżu (1827); pracownik Akademii Medyko-Chirurgicznej w Warszawie od 1860, profesor zwyczajny (1860).

Chirurg, reorganizator Szpitala Dzieciątka Jezus; jeden z pionierów zastosowania chloroformu i eteru jako środków znieczulających podczas operacji chirurgicznej (1847). Jako pierwszy w Warszawie wprowadził w szpitalu obowiązkowe obchody lekarskie oraz karty obserwacji chorych.
Współzałożyciel i redaktor „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego” (1837–1839), „Tygodnika Lekarskiego” (1847–1849) i „Gazety Lekarskiej” (1866–1868).
Prezes Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, członek korespondent Towarzystwa Lekarskiego Krakowskiego; dyrektor Instytutu Szczepienia Ospy; uhonorowany m.in. Orderem św. Anny (1845), rangą radcy dworu (1851), radcy kolegialnego (1857) i radcy stanu (1868).
Zmarł 3 VI 1868 w Warszawie.

Wykłady z chirurgii, „Biblioteka Umiejętności Lekarskich” 1868; Chirurgia operacyjna, Warszawa 1869–1874.

„Gazeta Lekarska” 1868, t. IV, nr 49, s. 777–780; „Archiwum Historii Medycyny” 1966, t. XXIX, nr 4, s. 447; Le Brun A. A. [w:] PSB, t. XVI, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk 1971, s. 590–591; Le Brun Aleksander Antoni [w:] Wielka Encyklopedia PWN, t. XV, Warszawa 2003, s. 395.

JANUSZ F. NOWAKOWSKI

ALEKSANDER ANTONI LE BRUN*

1803–1868

 

Aleksander Antoni Le Brun, dziekan Wydziału Lekarskiego Szkoły Głównej Warszawskiej, profesor tamtejszej Kliniki Chirurgicznej, był wieloletnim naczelnym lekarzem Szpitala Dzieciątka Jezus, członkiem czynnym Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego od 1828 roku i współzałożycielem „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego”. Był zacnym pod każdym względem Mężem, który za życia cieszył się powszechnym uznaniem, a którego niespodziewany zgon ranił boleśnie serca wszystkich kolegów i kirem żałoby pokrył gród cały. Sześćdziesiąt pięć lat życia, z których czterdzieści cztery na różnych usługach społecznych pożytecznie spędzone, nie dadzą się objąć pobieżnym artykułem, ale wymagają sumiennego i rozważnego ocenienia. Do tego zaś celu inaczej dojść nie można, jak tylko rozdziałem prac zmarłego śp. Le Bruna na tyle kierunków, ile ich składało się na wypełnienie tego pracowitego i pożytecznego krajowi żywota.

Pierwszą, najdawniejszą i najdłuższą widownią działalności Le Bruna był największy w kraju Szpital Dzieciątka Jezus, w którym lat 40 aż do zgonu przepędził, który swoim staraniem do stanu, w jakim się dziś znajduje, przyprowadził i którego blisko półwiekowa historia zespoliła się nierozdzielnie z historią życia Le Bruna.

Drugim polem działania Le Bruna było nasze Towarzystwo Lekarskie, pod którego chorągiew jeszcze w 1828 roku się zaciągnął; gdzie pierwszy przyczynił się do ujawniania prac Towarzystwa przez spisywanie rocznych sprawozdań i ich ogłaszanie w nowo założonym organie Towarzystwa, który przez całe życie najszczodrzej swymi wysokiej wartości pracami naukowo-literackimi zasilał, wytrwale bronił i losem którego aż do zgonu skwapliwie się zajmował.

Ostatni dziesiątek lat życia Le Bruna dostarczył mu najpiękniejszego pola, które w nowej szkole zdołał jak najchlubniej uprawiać, przez posiew między lekarską młodzieżą zdobytych swoją pracą, nauką i doświadczeniem wiadomości, patrząc z zadowoleniem na bujny plon, jaki przez niego rzucone ziarno już za życia wydało. Te trzy działy stanowią trzy główne okresy w życiu Le Bruna i są podstawą jego cennych prac, którymi sam zbudował sobie niewzruszony pomnik, jaki imię jego przekaże odległej potomności.

Aleksander Antoni Le Brun urodził się w Warszawie 12 maja 1803 roku z Tomasza Le Bruna – obywatela miasta Warszawy, i Adelaidy Demimuid. Tomasz Le Brun, będący siostrzeńcem Dufourda, sławnego za czasów króla Stanisława Augusta właściciela drukarni i wydawcy dzieł, w rok po urodzeniu się naszego Aleksandra umarł, pozostawiając wdowę z trzema nieletnimi synami: to jest Tomaszem, który był tajnym radcą, sekretarzem stanu w Radzie Administracji Królestwa, Aleksandrem i Piotrem. Łaskawa Opatrzność oddaliła ciężkie chwile sieroctwa od tych niemowląt, zsyłając im najlepszego ojca i opiekuna w osobie Antoniego Lesznowskiego, redaktora „Gazety Warszawskiej”, który w niedługim czasie młodą wdowę zaślubił. Lesznowski (ojciec także Antoniego Lesznowskiego, redaktora „Gazety Warszawskiej”, zmarłego w roku 1859), będąc sam człowiekiem wysoko wykształconym i dobrego serca, zajął się dziećmi swej żony jak własnymi, dając im jak najstaranniejsze wychowanie. I nasz Aleksander pierwsze lata dziecinne przepędził w domu rodzicielskim, pod okiem najczulszej matki i najlepszego przybranego ojca. Tak przygotowany w początkowych naukach w domu, oddany został do konwiktu księży pijarów na Żoliborzu. Stąd przeszedł na słuchacza nauk lekarskich do byłego Uniwersytetu Warszawskiego, który w dniu 18 października 1824 roku, mając lat 21, ukończył ze stopniem magistra medycyny i chirurgii. Pragnąc się dalej kształcić w obranym zawodzie, znalazł gotową pomoc w kochającym go ojczymie, który go niebawem wysłał do Paryża. Tu przez czas trzechletniego pobytu uczył się medycyny, przeważnie poświęcając się chirurgii, pod takimi znakomitościami, jak Larrey, Dubois, Dupuytren, Boyer, Richrand, Roux i Lisfranc, a po złożeniu egzaminu i obronieniu rozprawy pod tytułem Essai médicale sur la plique polonaise (Paryż 1827) otrzymał stopień doktora medycyny i chirurgii, potwierdzony potem przez Radę Lekarską Królestwa 27 sierpnia 1838 roku. Po otrzymaniu najwyższego stopnia naukowego wyjechał z Paryża i udał się do Londynu, gdzie słuchał wykładu Bella, Traversa, Lavrence’a i Coopera, następnie pojechał do Wiednia i Berlina, skąd w roku 1828 wrócił do Warszawy.

Rok 1828 stanowi początek działalności Le Bruna na rodzimej ziemi. Już w tym roku spotykamy go w liczbie członków czynnych Towarzystwa Lekarskiego i w tymże roku w „Pamiętniku Lekarskim Warszawskim” znajdujemy jego artykuły. Sposobiąc się głównie na lekarza praktykującego, pragnął niebawem dla nabytych wiadomości szersze znaleźć pole, jakoż zaraz w sierpniu następnego roku mianowany został lekarzem ordynującym w Szpitalu Dzieciątka Jezus bez pensji.

Otrzymawszy to miejsce, poczuł się na właściwym gruncie, który dopiero można było z pożytkiem dla ludzkości i kraju uprawiać po usunięciu napotykanych przeszkód, co zrazu nie tylko nie było łatwym, ale nawet niemożliwym. Ze tak jest istotnie, przekona nas rzut oka na ówczesny stan Szpitala Dzieciątka Jezus. Wiadomo, że ksiądz Baudouin pierwszy w Warszawie założył dom przytułku dla dzieci biednych i podrzutków, które umieścił w kupionej ze składek kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu w roku 1732, że następnie August III Król Polski dekretem z dnia 21 maja 1761 roku ustanowił w Warszawie dom podrzutków i główny cywilny Szpital Dzieciątkiem Jezus zwany. W Szpitalu Dzieciątka Jezus mieścili się więc chorzy różnego rodzaju, prócz wenerycznych, inwalidzi, kobiety rodzące, podrzutki, mamki, a nad tym wszystkim czuwały siostry miłosierdzia i ksiądz misjonarz. Słowem, tak jak i innymi szpitalami warszawskimi, Szpitalem Dzieciątka Jezus rządziła administracja duchowna. Nie tu jest miejsce na pisanie historii tego szpitala, dość przytoczyć, że z postępem czasu ludność tego zakładu się powiększała, a za nią i wydatki, że różne wypadki dziejowe, dotykając kraju, oddziaływały szkodliwie na szpital. W dniu 1 czerwca 1813 roku ksiądz Grzankowski, rektor Szpitala Dzieciątka Jezus, do Najwyższej Rady tymczasowo zarządzającej Księstwem Warszawskim pisze: „Szpital Dzieciątka Jezus 885 dusz liczący, a niemowląt na wsi 767 mający, obciążony długami, w najmizerniejszym znajduje się stanie. Niewypłacanie wiejskim mamkom zniechęca lud wiejski do brania na wykarmienie nadzwyczaj przybywających podrzutków. Stąd jedna mamka w szpitalu po pięcioro lub czworo utrzymywać musi, tak więc przy niedostateczności pokarmu, wczesnej śmierci te niewinne ofiary stają się łupem. Niedostatek bielizny, odzieży, zgoła kończący się zapas pierwszych potrzeb do życia bolesny strapionej administracji wystawia widok”.

Lekarzem Szpitala Dzieciątka Jezus był wtedy p. Rychter, fizyk powiatu warszawskiego, który z powodu częstych wyjazdów w szpitalu mógł bywać raz lub dwa razy na tydzień, a przy tym człowiek podeszłego wieku. Siostry więc miłosierdzia same opiekowały się chorymi w liczbie paręset i dziećmi. Puszczały krew, otwierały ropnie i na tym kończyła się pomoc lekarska.

W 1815 roku usiłowano wprowadzić reformy mające poprawić stan szpitala. Na nic to się nie zdało. W dziewięć lat potem Le Brun po powrocie z czteroletniej naukowej podróży został ordynującym lekarzem Szpitala Dzieciątka Jezus. Pierwszy on zaczął odbywać codziennie wizyty w szpitalu, spisywać objawy chorobowe, pierwszy zaczął sporządzać swe spostrzeżenia w rodzaju pamiętników chirurgicznych, przeważnie z zamiłowaniem oddając się chirurgii i wykonując bardzo śmiałe operacje. O ile siły jednego człowieka dozwalały, starał się on usuwać miejscowe zło, ale działanie to nie mogło być wystarczającym na tak wielki zakład jak Szpital Dzieciątka Jezus. Służbę swą w szpitalu pełnił bezpłatnie. Administracja szpitala nie tylko nie doceniała bezinteresownych usług Le Bruna, ale nawet niezbyt pochlebnie mu się odwdzięczała. Bo kiedy w 1834 roku Le Brun upraszał Radę Główną Opiekuńczą Instytutów Dobroczynnych, aby za służbę szpitalną wyznaczyła mu jaką taką pensję, która by posłużyła przynajmniej do zwrotu kosztów wykładanych na narzędzia chirurgiczne, ówczesny administrator ks. Grzankowski wystawił mu taką opinię: „Z funduszów szpitalnych nie może być nic uszczuplonem dla przeznaczenia pensyi doktorowi, chyba ze szkodą ubogich chorych i dzieci sierot. Że gdyby p. Le Brun chciał porzucić zawód służenia bezpłatnie chorym, administracji będzie staraniem obmyśleć dla chorych doktora w miejsce pana Le Bruna z dobrem szpitala. Dotąd Opatrzność Boga pomimo klęsk wielkich nie dopuściła, ażeby chorym zbywało na biegłych doktorach; spodziewać się należy, że i nadal taż Opatrzność zaradzi potrzebie ubogich chorych”. Wywód ten niesłuszny i przykry dla Le Bruna, zupełnie był zbyteczny, gdyż w podaniu Le Bruna nie ma żadnej wzmianki, iż chce porzucić szpital, jest tylko skromna prośba o jaką taką pensję. Skończyło się, że wynagrodzenia Le Brun żadnego w tym szpitalu nie otrzymał, dopiero w dwa lata, to jest w listopadzie 1836 roku, dostał pierwszą pensję jako naczelny lekarz nowo otworzonego Domu Zdrowia na Ordynackiem. Mimo tych nowych obowiązków nie przestał Le Brun pełnić poprzedniej służby w Szpitalu Dzieciątka Jezus. A warunki były nader trudne. W szpitalu nie było oddzielnej sali operacyjnej, tak że operacje wykonywano na salach ogólnych, wobec kilkudziesięciu tam pozostających chorych, na których jęki i krzyki operowanych (pamiętajmy, że chloroformu wtedy nie było) okropny wpływ wywierały. Dla usunięcia też tak ważnej niedogodności szwagier Le Bruna, Celiński, syn profesora byłego uniwersytetu aleksandryjskiego, którego córkę Le Brun pojął za żonę, testamentem sporządzonym, przeznaczył 6000 złp. dla Szpitala Dzieciątka Jezus na „wybudowanie sali do operacyj chirurgicznych”.

Le Brun, jako wykonawca testamentu swego szwagra, starał się co prędzej zamiar szlachetnego ofiarodawcy urzeczywistnić, lecz niestety znalazł opór ze strony administracji szpitala. Udał się więc do Rady Głównej Opiekuńczej, lecz i ta żądaniu jego zadość nie uczyniła, nakazując wydzielić część sali na pokój do operacji. W tej sytuacji przy względzie na trwający nieład i znaczną śmiertelność panującą w szpitalu, nie pozostawało nic innego, jak pomyśleć o zmianie odwiecznego zarządu szpitala. Nie było to wtedy trudnym dla Le Bruna, bo stosunki pokrewieństwa z wysokimi dygnitarzami do tego mu pomagały. Brat rodzony Le Bruna – Tomasz Le Brun, był sekretarzem Stanu w Radzie Administracyjnej Królestwa, drugi krewny – Baszczyński, był prezydentem miasta Warszawy. Wskutek to zapewne ich usiłowań wyszedł w październiku 1838 roku Najwyższy Ukaz, który zwierzchnią władzę nad domem podrzutków i Szpitalem Dzieciątka Jezus oddawał świeckim władzom państwowym. Księżom misjonarzom polecono trudnić się tylko pełnieniem obowiązków religijnych, a siostrom miłosierdzia usługą przy tychże chorych, bez udziału w zarządzie zakładu. Powołano Komitet do urządzenia Szpitala Dzieciątka Jezus, do którego powołano Le Bruna jako nadzorcę pod względem lekarskim i dietetycznym. Korzyści, jakie odniósł Szpital Dzieciątka Jezus z tych rozporządzeń, były ogromne. Oczyścił się szpital z chorych syfilitycznych, wykorzeniono zarody świerzby, cały porządek w przyjmowaniu podrzutków, wydawaniu ich na wsie, doboru mamek szpitalnych odbywał się pod nadzorem lekarza inspektora. We wszystkich oddziałach chorych zapanował należyty porządek i ochędostwo, wszystkie sale były przewietrzane w miarę potrzeby i chorzy opatrzeni w to wszystko, czego ich choroba wymagać może.

Chorzy w Szpitalu Dzieciątka Jezus dzielą się na 4 główne oddziały: chorych gorączkowych, chorych chirurgicznych, chorych chronicznych i kobiet obłąkanych.

Przy oddziale chirurgicznym urządzoną została sala operacyjna wraz z trzema salami mniejszymi dla chorych operowanych. Wielkie są zasługi Le Bruna na tym polu położone w pierwszych latach jego zawodu. Z potwornie zaniedbanego zakładu dobroczynnego stworzył szpital z prawdziwego zdarzenia. O dalszych jego zasługach objaśniają nas jego prace Towarzystwu Lekarskiemu komunikowane.

W Towarzystwie Lekarskim zasługi Le Bruna zajmują jedną z pierwszych kart historii Towarzystwa. Le Brun, wpisany w poczet członków czynnych, był rzeczywiście przez cały czas jednym z czynniejszych. Pierwszy on w roku 1833 począł jako ówczesny sekretarz spisywać sprawozdania roczne z czynności Towarzystwa i te ogłaszać w „Pamiętniku Towarzystwa”, którego był współzałożycielem. Le Brun, pamiętając o tym, że nie dla samego tytułu wszedł do Towarzystwa Lekarskiego, wszystkimi swoimi pracami i spostrzeżeniami, czy to w prywatnej praktyce, czy też w szpitalu zdobytymi, dzielił się chętnie z towarzyszami i prawie wszystkie swoje wypracowania dla „Pamiętnika” przeznaczał, troszcząc się o jego byt nawet przed śmiercią. Dla przykładu w tomie „Pamiętnika” z roku 1839 umieścił Wyjątki z pamiętnika chirurgicznego Szpitala Dzieciątka Jezus z roku 1837, skąd dowiadujemy się o wykonanych przez niego 33 ważniejszych operacjach, między tymi trudnej operacji wyjęcia kamienia pęcherzowego i podwiązaniu tętnicy ramieniowej w celu uleczenia chorej z tętniaka, powstałego wskutek przebicia żyły na wskroś i ranienia tętnicy przez felczera krew puszczającego. Podwiązanie tętnicy ramieniowej prowadziło do zamierzonego celu, krwotok grożący śmiercią chorej zniewolił Le Bruna do odjęcia tego samego jeszcze dnia ramienia, czym chorą ocalił, która w trzy tygodnie zdrowa szpital opuściła. W tomie trzecim naszego „Pamiętnika” z roku 1840 ogłosił Opis kilku rzadkich wypadków i odbytych działań chirurgicznych, w którym jest mowa o guzie w gardzieli u dziecka, o przecięciu ścięgnistej błony w pochwie macicznej, utrudniającej pożycie małżeńskie przez 14 lat, o wyleczeniu tętniaka tętnicy ramieniowej przez nacisk i o dwóch operacjach kamienia pęcherzowego. Jedna z nich, wielce pouczająca, godna jest szczególnej uwagi. Pacjentem był 60-letni znakomity urzędnik państwowy. Le Brun, upewniwszy się o istnieniu w pęcherzu kamienia, przystąpił do operacji i tę, za pomocą cięcia bocznego litotomem brata Kosmy, wykonał i kamień wielkości bobu wydobył. Wyśledziwszy następnie pęcherz palcem i zgłębnikiem, przekonał się, że już w nim nic więcej się nie znajduje, i chorego w łóżku umieścił. Następnego dnia z powodu nieoddawania moczu przez chorego drogą sztuczną, ani naturalną, i znacznego rozszerzania pęcherza, zniewolony był mocz wypuścić kateterem. Toż samo powtórzył dnia 3. i 4. „Lecz nie małe było – pisze – moje pomieszanie, gdy tym razem kateter do pęcherza zaprowadzony trącił o kamień. Pomimo to starałem się pokryć moją niespokojność, nikomu nie objawiłem stanu chorego i postanowiłem dnia następującego, to jest w 5. dobie po operacji, przy zwyczajnym opatrywaniu chorego wydobyć ów zasmucający kamień”. Co też rzeczywiście dokonał, po pierwotnym rozdzieleniu brzegów rany palcem, wydobywszy kleszczami nie tylko jeden kamień, ale dwa, a każdy wielkości jaja gołębiego. Chory nie zorientował się, co zaszło. Rozklejenie rany 5. dnia po operacji nie miało żadnego szkodliwego wpływu na ogólny stan chorego, który co dzień czując się lepiej, 30. dnia już był zdrów. Wszystkie trzy kamienie ważyły półtorej uncji.

Niepotrzebnie dodawać, ile powyższy wypadek nauczający jest dla operatora. „Przykre zaiste – mówi Le Brun – położenie dla operatora, a przykrzejsze jeszcze dla chorego”. Dla uniknięcia takich sytuacji radzi Le Brun przyjąć za przepis chirurgiczny: „iżby oprócz najstaranniejszego wyśledzenia pęcherza przez ranę zaraz po operacji, powtarzać to jeszcze dni następnych przez cewkę moczową, a to celem niezwłocznego wydobycia jeszcze roztwartą raną pozostałych kamieni, lub ich szczątków, gdyby takowe znaleźć się miały”. W roku 1841 doniósł Towarzystwu o wydobyciu przez siebie z prostnicy kieliszka od wina, który sobie wsadził człowiek dorosły w kiszkę dnem do góry. Kieliszek ten 9 dni zostawał w kiszce, zrządzając biegunkę i zatrzymanie moczu. Chory w sześć dni był zdrów.

W sprawozdaniu z oddziału chirurgicznego Szpitala Dzieciątka Jezus pisze: „Ważniejsze operacje chirurgiczne odbywały się zawsze w mojej obecności i przy pomocy innych lekarzy. Tym sposobem należycie ustalały się wskazania do różnych działań chirurgicznych, a wypadki osiągnięte były z prawdziwą korzyścią dla nauki”.

W ogóle w roku 1841 udzielono pomoc instrumentalną 169 razy. Między tymi godne uwagi są: wypiłowanie prawej połowy szczęki dolnej, wydobycie kamienia pęcherzowego dwa razy i nauczający wypadek przebicia brzucha. Le Brun opisywał nie tylko szczęśliwe, ale i niepomyślne wypadki, przekładając przyznanie się do błędu dla ochronienia od niego kogo innego. „Kto się publicznie odzywa i wypadki swego doświadczenia głosi, niech wszystko wyzna rzetelnie. Prawda stanowi główną wartość nauki praktycznej, ona ją wznosi i ustala”. Począwszy od roku 1841 aż do 1850, Le Brun bez przerwy ogłaszał w „Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” naukowe sprawozdania z czynności Szpitala Dzieciątka Jezus. Tam też czytamy, jak Le Brun szedł równo z nauką i jak stosował nowe środki na Zachodzie odkrywane, że przy operacjach chirurgicznych w szpitalu użył eteru siarczanego dnia 20 lutego 1847 roku, u włościanki Marianny Godzińskiej, której wyłuszczył pierś rakową. W ogóle w roku 1847 większych operacji przy użyciu eteru wykonano 27 razy.

Jako pierwszy w Polsce zastosował do znieczulenia ogólnego chloroform 11 grudnia 1847 roku w trakcie operacji nacięcia czyraka mnogiego. Inne operacje przy jego pomocy przeprowadzone również najpomyślniej się powiodły, między nimi dokonana w 1849 roku pierwsza na świecie operacja odjęcia obu goleni, którą wykonał wraz z kol. Jabłonkowskim. Częste użycie przekonało Le Bruna o wyższości chloroformu nad eterem siarczanym. Już w roku 1840 Le Brun dobrze dał się poznać ze swej nauki i zdolności, które władza, oceniając, powierzyła mu wyższe miejsca lekarskie w kraju. Jakoż w maju roku 1840 mianowany został naczelnym lekarzem Szpitala Dzieciątka Jezus, w kilka dni potem powołany został na członka honorowego Rady Lekarskiej, a w kilka miesięcy potem Najwyższym Rozkazem przyznano mu za troskliwą służbę nagrodę pieniężną, jako pensję naczelnego lekarza Domu Zdrowia na Ordynackiem, gdzie pełnił służbę od listopada 1836 do maja 1841 roku. W tym roku Towarzystwo Naukowe Krakowskie mianowało go swoim członkiem.

W tym czasie, kiedy siły naukowe wzmocniły się w Warszawie, kiedy miasto nasze poczęło liczyć więcej lekarzy, niebawem uczuto potrzebę wydawania nowego pisma. Tak w 1847 roku powstał „Tygodnik Lekarski”, którego Le Brun był współredaktorem.

Przychodzimy teraz do trzeciego okresu życiu Le Bruna, do równie pięknego zadania, jak niesienie pomocy przy łożu cierpiącego lub tworzenie prac literackich, to jest do nauczania młodzieży lekarskiej! Rok 1860 otworzył przed Le Brunem to zaszczytne pole, które zmarły z takim namaszczeniem i zamiłowaniem aż do ostatnich chwil życia uprawiał. Reskrypt ministra oświecenia narodowego z dnia 5 lutego 1860 roku powołał Le Bruna na profesora zwyczajnego w Medyko-Chirurgicznej Warszawskiej Akademii, do wykładu chirurgii operacyjnej z desmurgią i kliniki chirurgicznej. W dniu 6 października i860 roku Le Brun rozpoczął wykład wspaniałą prelekcją, przez młodzież i publiczność gorącymi przyjętą oklaskami. W tej pięknej lekcji przebiegł pokrótce historię chirurgii od najdawniejszych aż do naszych czasów, a następne słowa zachęty do młodzieży dobrze nam utkwiły w pamięci: „Nie sądźcie Panowie, że możecie być lekarzami bez znajomości chirurgii. Niech was myśl ta na chwilę nie łudzi; medycyna i chirurgia są jedną nauką, a kto jej kapłanem być pragnie, w całej rozciągłości posiadać ją winien. Żaden zatem z Panów powiedzieć sobie nie może, że się operacjami chirurgicznymi trudnić nie będzie”. I dalej: „Nie daleki jest czas, a mieć będziemy wszędzie naszych lekarzy, naszych opiekunów zdrowia, na ojczystej ziemi zrodzonych i wyuczonych przez swoich rodaków. Cudzoziemcy wdzierać się tu nie będą i ciągnąć z nas korzyści ziomkom naszym przynależnej. Nasza nauka i doświadczenie wzrastać będą i zjednają nam zaufanie powszechne; krajowcy przestaną szukać za granicą pomocy, bo równie dobrą, równie skuteczną znajdą pomiędzy swymi. Takie to jest przeznaczenie wasze, Panowie; kraj wymaga i oczekuje od was obrony we wszystkich złych przygodach zdrowiu i życiu ziomków waszych zagrażających; pragnie, byście z kolei, następcom waszym przekazując plon waszej nauki i doświadczenia, przyczyniali się do wzrostu rzeczy lekarskich w kraju i do zdobycia dla niej [chirurgii – M. N.-Z.] samoistnego stanowiska, a wówczas z dumą narodową powiemy sobie: mamy polską medycynę, mamy polską chirurgię”.

Klinikę chirurgiczną Le Brun prowadził lat osiem, przez pierwsze trzy lata w Szpitalu Dzieciątka Jezus jako profesor medycznej akademii, a po wcieleniu jej do Szkoły Głównej, jako profesor tejże szkoły w Szpitalu św. Ducha, dokąd w roku 1863 klinika przeniesioną została. Wykład Le Bruna przy łóżku chorego odznaczał się ścisłością w badaniu, jasnością i sądem prędkim a trafnym, gruntującym się na jego wieloletnim doświadczeniu. Stosunek Le Bruna do chorych i młodzieży był wzorowy; umiał godzić powagę z miłością. W chorym zawsze widział swego bliźniego i umiał litować się nad jego cierpieniem, co wcale nie przeszkadzało mu w zachowaniu zimnej krwi tam, gdzie tego była potrzeba. Cierpliwy, wyrozumiały, pobłażliwy, kochający młodzież, w razie potrzeby potrafił ją strofować, wzajem będąc od niej gorąco kochany. Prawdziwy wzór lekarza profesora. Dwa razy piastował godność dziekana; w roku 1862 wybrany został pierwszym dziekanem wydziału lekarskiego w Szkole Głównej, a drugi raz w roku 1864. Od roku 1840 aż do 1867 był nadto członkiem honorowym Rady Lekarskiej, gdzie brał udział w pracach sądowo-lekarskich z chirurgią związek mających.

W roku 1862 był członkiem komitetu do reorganizacji służby zdrowia w Królestwie Polskim. W Towarzystwie Lekarskim w roku 1863 wybrany został na pierwszego przewodniczącego oddziału chirurgicznego, a w roku 1866 piastował znowu godność prezesa. W Towarzystwie Dobroczynności kierował do roku 1866 wydziałem lekarskim. Tyle i tak różnorodnych czynności jeszcze mu zostawiły dość czasu do krzątania się około rodzinnej literatury lekarskiej, którą prawdziwie umiłował. W roku 1866 przyjął czynny udział z większością profesorów wydziału lekarskiego w założeniu „Gazety Lekarskiej”. W 1867 roku gorliwie się zajął wydaniem „Biblioteki Umiejętności Lekarskich”, rozpoczynając opracowanie chirurgii operacyjnej, którą jego uczniowie dalej poprowadzili.

Otoczony powszechnym szacunkiem i miłością, zwrócił swymi pracami uwagę Rządu, który udzielił mu rangę radcy stanu i nadał szlachectwo dziedziczne. Le Brun, obok zacnych przymiotów duszy, charakteru prawego, odznaczał się wspaniałą postawą, która nakazywała go szanować, pięknym obliczem, humorem i dowcipem, które jednały mu serca tych, co się do niego zbliżyli. Pod koniec życia, z przyczyny nieszczęść rodzinnych, chwilowo opuszczała go jemu właściwa energia. Nieszczęścia te boleśnie raniły Profesora już od 1853 roku, kiedy to zmarł mu syn Józef. W trzy lata później stracił pierwszą żonę, Paulinę z domu Celińską. Tragedie rodzinne nadal nie opuszczały profesora. W rok po roku umierały kolejne dzieci, córka Cecylia i syn Konrad, a po dwuletniej przerwie, w 1860 roku, córka Maria. Po 5 latach profesor postanowił ożenić się ponownie z Ludwiką Rajmond. Ostatnią nadzieję na spokojne życie rodzinne zburzyła śmierć nowo poślubionej małżonki w 1866 roku. Le Brun pozostał sam z małym synem z drugiego małżeństwa. W roku 1867 odbyta podróż na wystawę paryską ocuciła nieco ciężko strapione serce Le Bruna. Wziął się z dawną energią do pracy, lecz nie na długo, ledwie na niecały rok. Niespodziewana i prawie nagła śmierć przecięła to zacne życie, dnia 3 czerwca 1868 roku, które tyle dla ludzkości i kraju dobrego zrobiło. Jak ciepłe serce biło pod tą wyniosłą na pozór dumną postawą, przekona Was najlepiej myśl o śmierci, objawiona w testamencie Le Bruna, pod dniem 28 września 1866 roku sporządzonym w słowach: „Towarzystwu Lekarskiemu Warszawskiemu zapisuje rsr. 500, do rozporządzenia niemi podług uznanej potrzeby. Moją bibliotekę lekarską przeznaczam dla Szpitala Dzieciątka Jezus, niech będzie ustawiona w sali dyżurnych, dla użytku lekarzy szpitalnych, radbym jednak, by kilka rzadkich i ważniejszych dzieł, w bibliotece mojej znajdujących się, stało się własnością biblioteki Towarzystwa Lekarskiego, bo tam właściwsze mieć będą przeznaczenie. O wybór tych dzieł upraszam kolegę dra Mulhausena, który mię zapewne przeżyje. Zbiór operowanych przeze mnie kamieni pęcherzowych, w osobnem pudełku zebranych, ofiaruję gabinetowi patologicznemu. Moje narzędzia chirurgiczne przeznaczam dla studentów szkoły głównej, którzy w roku śmierci mojej ukończą nauki lekarskie i stopień naukowy otrzymają. Upraszam kolegę dra Korzeniowskiego o zajęcie się rozdziałem tych narzędzi”.

Zgon nagły takiego człowieka obudził we wszystkich warstwach naszego społeczeństwa zdumienie i żal głęboki. Odbiciem tego żalu był świetny pogrzeb Le Bruna, na który, mimo niepewnej pogody, zbiegły się tysiące bogatych i biednych, jego rówieśnicy i uniwersytecka młodzież. Jego cenne szczątki na własnych barkach profesorowie z rektorem szkoły, młodzież i lekarze ponieśli aż do samego grobu. Przy zamknięciu na zawsze zimnej mogiły urocza, głęboka zapanowała cisza, wśród której mogłeś dostrzec tylko łzę roszącą oblicza dawnych i młodszych towarzyszy tego zacnego Męża oraz pożegnalny łoskot ostatniej garści ziemi. Le Brun został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Aleksander Antoni Le Brun. Wspomnienie pośmiertne, „Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” 1868, 31, nr 6, s. 281–334. Skróty i adaptacja – Monika Nowakowska-Zamachowska. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

Joachim Lelewel

Urodzony 22 III 1786 w Warszawie. Studia filologiczne na Uniwersytecie Wileńskim. Profesor UW (1818–1821); doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim (1820); profesor historii na Uniwersytecie Wileńskim (1822–1824); na emigracji w Belgii zaproponowano mu stanowisko profesorskie na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli, którego jednak nie objął.

Wybitny historyk mediewista. Przyczynił się do stworzenia naukowych podstaw komparatystyki historycznej, numizmatyki i kartografii oraz do uwzględniania w warsztacie historycznym źródeł związanych z kulturą materialną niższych warstw społecznych.
Redaktor naczelny „Tygodnika Wileńskiego” (1815–1817). Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk; członek Rządu Narodowego (1831) i licznych organizacji emigracyjnych.
Zmarł 29 V 1861 w Paryżu.

Historyka, Wilno 1815; Dzieje starożytne, Wilno–Warszawa 1818; Dzieje starożytne Indii, Warszawa 1820; Uwagi nad dziejami Polski i ludu jej, Poznań 1836; Numismatique du moyen age, Paryż 1835; Études numismatiques et archéologiques, Bruksela 1841; Polska dzieje i rzeczy jej (t. I–XX), Poznań 1855–1864.

H. Więckowska, Joachim Lelewel. Uczony – polityk – człowiek, Warszawa 1980; M. Wierzbicka, Joachim Lelewel (1796–1861), [w:] Historycy warszawscy ostatnich dwóch stuleci, red. A. Gieysztor, J. Maternicki, H. Samsonowicz, Warszawa 1986, s. 37–51; Lelewel J. [w:] PSB, t. XVII, Warszawa 1972, s. 21–25.

ANDRZEJ WIERZBICKI

JOACHIM LELEWEL

1786–1861

 

Przyszedł na świat 22 marca 1786 roku w Warszawie jako syn Karola i Ewy z Szeluttów. Jego dziad, który był nadwornym lekarzem Augusta III, podpisywał się jeszcze nazwiskiem Loelhoeffel de Loewensprung, jednak ojciec czuł się już Polakiem. W Rzeczypospolitej, a także później, w latach Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego, pełnił on szereg funkcji urzędniczych, będąc m.in. kasjerem generalnym Komisji Edukacji Narodowej, a po roku 1815 radcą stanu w Komisji Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

Od dziecka Joachim lubił myśleć „po swojemu”, a to narażało go na niemałe przykrości ze strony przywykłych do tradycjonalnych metod wychowania rodziców. Umyśliwszy sobie, że jeśli zgodnie z logiką po czwartku następuje piątek, to kolejny dzień tygodnia powinien nazywać się „szóstek”, usunął sobotę z własnego słownika i z uporem obstawał przy swoim mimo nakładanych na niego kar. Uparty i kapryśny, chodził własnymi drogami także i później. Dlatego, gdy jako młody adept historii dopytywał się o zasady i metody nauki historycznej, skwapliwie posłuchał „niepokornej” rady swego profesora (Tomasza Hussarzewskiego), żeby nie sięgać w tej sprawie do innych autorów (literatury przedmiotu), tylko samemu coś wyszukać i „obmyślić”. Zapewne było w tym coś z grzesznej ignorancji, ale nie tylko. Lelewel miał świadomość, że szacunek dla naukowych autorytetów może pozbawić jego myśl znamion oryginalności. Po latach tak o tym pisał: „Usłuchałem rady: nie zajrzawszy do nich, aby moich namysłów i pojęć w swoje nie wprowadziły drogi, puściłem myśl moją w rozmaite kierunki. Wylęgła się z tego Historyka”1. Owa Historyka stała się pierwszym i na długie lata jedynym polskim podręcznikiem metodologii historii. Metoda „ignorancyjna” nie była jednak preferowaną metodą Lelewela. W istocie historyk pochłaniał wręcz źródła i opracowania, i to w dwunastu językach. Ale porzucając tę dygresję, wypadnie przenieść się w czasy nieco wcześniejsze.

Kształcony początkowo w domu, a następnie w konwikcie pijarskim w Warszawie, został w 1804 roku przewieziony przez ojca do Wilna, by podjąć studia na nowo utworzonym uniwersytecie. Jakkolwiek uczęszczał na zajęcia z wielu przedmiotów, to jednak tym, który koncentrował najwięcej jego uwagi, była historia. Niestety w strukturze ówczesnej nauki uniwersyteckiej zajmowała ona miejsce niezbyt eksponowane. Przez rok dane mu było słuchać wykładów sędziwego już Tomasza Hussarzewskiego, ale po przejściu tego ostatniego na emeryturę, historia – według słów Lelewela – po prostu „znikła”.

Znacznie większy wpływ na kształtowanie się umiejętności naukowych przyszłego historyka wywarł natomiast profesor filologii klasycznej Gotfryd Ernest Groddeck – znakomity znawca dziejów starożytnych, a zarazem uczony posiadający dobrą znajomość nowoczesnej krytyki tekstów źródłowych. Ale i kontakt z Groddeckiem nie mógł w całości zaspokoić aspiracji naukowych Lelewela – w efekcie był on w znacznej mierze zdany na własną intuicję i pracowitość. Gorliwie uczył się języków obcych, podejmował też pierwsze samodzielne próby badawcze. W 1808 roku złożył egzaminy końcowe.

Lata 1808–1815 to okres, w którym borykał się ze sporymi trudnościami, usiłując znaleźć satysfakcjonujące go zajęcie zawodowe. Niezbyt owocna pod tym względem była współpraca z Tadeuszem Czackim, który, zwróciwszy uwagę na zdolnego historyka, ściągnął go do Krzemieńca, lecz tam powierzył mu jedynie pozaprogramowy wykład geografii starożytnej. Trudno też powiedzieć, by Lelewela mogła zadowolić urzędnicza posada, jaką zmuszony był przyjąć w 1811 roku, po powrocie do Warszawy. Pod względem naukowym nie były to jednak lata stracone. Historyk sporo pisał i publikował, a że nie kroczył utartymi torami, jego prace zwróciły uwagę wybitnych przedstawicieli naszej nauki. W 1815 roku skorzystał z propozycji rektora Jędrzeja Śniadeckiego i udał się do Wilna, gdzie powierzono mu funkcję zastępcy profesora historii powszechnej. Przeciągające się oczekiwanie na „pełną” profesurę sprawiło jednak, że zainteresowała go inna propozycja.

W 1817 roku w Warszawie, głównie ze zbiorów Liceum Warszawskiego i byłej Biblioteki Sądu Apelacyjnego, utworzono Bibliotekę Uniwersytecką. W rok później placówka ta została przekształcona w Bibliotekę Publiczną przy UW, a jej dyrektorem został Samuel Bogumił Linde – rektor Liceum Warszawskiego i profesor literatury i języków słowiańskich na Uniwersytecie. Stanisław Potocki – ówczesny minister oświaty – w imieniu Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zwrócił się wówczas do Lelewela z propozycją objęcia stanowiska „zastępcy profesora Bibliografii w Królewsko-Warszawskim Uniwersytecie oraz Bibliotekarza Publicznej Biblioteki z pensją roczną złotych polskich sześć tysięcy”2. Lelewel nie odmówił, powrócił do Warszawy i przez pewien czas (1819–1821) łączył pracę w bibliotece z obowiązkami uniwersyteckiego wykładowcy. Z obu tych zajęć był niezbyt zadowolony. O czynnościach bibliotekarskich mówił, że mu „czas marnują” i utyskiwał: „Głupstwom zrobił żem się w bibliotekarstwo wplątał”. Swoją działalność akademicką, która obok wielce ograniczonych, na jego własną prośbę, wykładów z bibliografii (18 godzin i to dopiero w trzecim roku pracy) obejmowała też wykłady z historii polskiej na wydziale prawa, tak po latach wspominał: „Słuchaczów też nie miałem. Wnet spadła liczba do trzech, czwarty był bardzo pilny, nie liczący się do uczniów. Dopiero pod sam koniec, gdy przyszło historycznie mówić o teoriach konstytucji, liczba do kilkunastu podrosła”. Czytając owe słowa, można odnieść wrażenie, że lata profesury Lelewela w Warszawie należy zaliczyć do niezbyt udanych. Okazuje się jednak, że wręcz przeciwnie — wtedy to bowiem, chcąc nie chcąc, historyk zaczął się zajmować bibliologią, owocem czego stało się dzieło, które weszło do kanonu literatury specjalistycznej i zapewniło jego autorowi rangę klasyka. Bibliograficznych ksiąg dwoje (1823–1826), bo tak zostało ono zatytułowane, trudno byłoby uznać za efekt spontanicznych zainteresowań autora. Powstało ono, czego Lelewel nie ukrywał, z chęci złożenia dowodów, że pełnił swą bibliotekarską funkcję solidnie i przedmiot, który mu powierzono, „starał się poznawać”. A poznawać musiał go od podstaw, wcześniej bowiem „bibliografią” (dziś powiedzielibyśmy – bibliologią), jako wyodrębnioną dziedziną, zupełnie się nie zajmował. Profesjonalizm, rzetelność badawcza i talent sprawiły, że mimo niejednorodnej konstrukcji i łączenia wielu konwencji (monografii, biografii, katalogu, bibliografii, słownika, wydawnictwa źródłowego, komentarza krytycznego, recenzji itd.) było to, według kompetentnej badaczki, „dzieło jedyne w swoim rodzaju, na wskroś oryginalne i ciągle na nowo inspirujące” (A. Żbikowska-Migoń).

Jeżeli w Warszawie na wykłady z historii przychodziło do Lelewela najwyżej kilkunastu słuchaczy, to wcześniej w Wilnie gromadziły one nawet po kilkuset uczestników. Trudno się zatem dziwić, że kiedy w 1822 roku, po wygraniu konkursu na stanowisko profesora historii powszechnej, zjechał ponownie do Wilna, został powitany przez młodzież z entuzjazmem. Na wykład inauguracyjny przybyły takie tłumy, że trzeba było przełożyć go na dzień następny i przenieść do największego uniwersyteckiego audytorium. Wyraźny w owych latach wzrost nastrojów patriotycznych wśród wileńskiej młodzieży sprawił, że oczekiwała ona od nowo powołanego profesora czegoś więcej niż „suchej” opowieści o dziejach powszechnych. I Lelewel spełnił te oczekiwania. W swych wykładach – nawet wówczas, gdy mówił o starożytnych Grekach czy Rzymianach – gloryfikował ideały wolnościowo-republikańskie, wpajając w studentów przekonanie, że są to wartości nieprzedawnione. Wzbudzał szacunek i podziw. Adam Mickiewicz, który znalazł się wówczas w gronie słuchaczy jego wykładów, poświęcił mu jeden ze swych wierszy (Do Joachima Lelewela), w którym odnajdujemy taką oto ewokację:

LELEWELU! Rzetelną każdy chlubę wyzna,

Ze ciebie takim polska wydała ojczyzna,

Na świętym dziejopisa jaśniejąc urzędzie,

Wskazujesz nam, co było, co jest i co będzie.

Rzecz prosta, upowszechnianie idei republikańsko-demokratycznych musiało zaniepokoić władze autokratycznie rządzonego imperium, które dość szybko przystąpiły do rozprawy z organizacjami Mareckimi. Rząd dusz, jaki Lelewel sprawował nad studentami, spowodował, że, mimo iż nie miał on bezpośrednich kontaktów z tajnymi organizacjami młodzieży, w sierpniu 1824 roku został usunięty z uniwersytetu z „zezwoleniem” na powrót do Królestwa Polskiego. Od tego czasu, aż do wybuchu powstania listopadowego, pozostawał bez żadnego oficjalnego zatrudnienia. Utrzymując się głównie z niewielkich dochodów, jakie przynosiła mu rodzinna kamieniczka przy ul. Długiej w Warszawie, zajął się teraz badaniami numizmatycznymi i archeologicznymi, działał w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, pisywał do warszawskich czasopism, przygotowywał do druku wydawnictwa źródłowe.

Aktywność naukowa szła w parze z coraz wyraźniejszym angażowaniem się historyka w życie polityczne, i to zarówno w jego tajnym, jak i jawnym, tolerowanym przez władze, nurcie. Pod zarzutem przynależności do Towarzystwa Patriotycznego został postawiony w 1828 roku przed Komisją Śledczą, jednak wobec braku dowodów nie pociągnięto go do odpowiedzialności. W rok później zdecydował się kandydować do sejmu i został wybrany posłem z powiatu żelechowskiego. Na forum sejmowym występował między innymi przeciwko cenzurze prewencyjnej, co niewątpliwie przyczyniło się do wzrostu jego popularności, zwłaszcza wśród opozycyjnie i spiskowo usposobionej młodzieży. To właśnie do Lelewela, na kilka dni przed Nocą Listopadową, zgłosili się młodzi podchorążowie – wtajemniczając go w plany przygotowanego powstania. Jednak w wydarzeniach, które potem nastąpiły, historyk nie potrafił wykazać się niezbędną dla działacza i przywódcy politycznego determinacją. Być może dlatego, że przyszło mu odegrać dwie trudne do pogodzenia role – członka rządu i przywódcy Towarzystwa Patriotycznego, a więc organizacji w stosunku do rządu opozycyjnej. I tu, i tam usiłował zachować postawę umiarkowaną, co sprawiło, że działał bez większego rozmachu i zdecydowania.

Po upadku powstania listopadowego Lelewel udał się do Paryża, gdzie wkrótce stanął na czele Komitetu Narodowego Polskiego. Liczył na wywołanie powstania zbrojnego w Polsce, zsynchronizowanego z ruchami rewolucyjnymi na Zachodzie, i dlatego nawiązał rozległe kontakty z międzynarodowymi organizacjami konspiracyjnymi. Ale rachuby te zawiodły, bezpośrednim zaś efektem jego ożywionej działalności polityczno-propagandowej był wydany przez władze nakaz opuszczenia Francji. Kolejnym etapem emigracyjnej tułaczki Lelewela, i to etapem, który trwał już niemal do samej śmierci historyka, stała się Belgia. Udał się tam na piechotę, ubrany w niebieską robotniczą bluzę, którą z upodobaniem nosił także i później. Poprzedzony famą patriarchy polskiej rewolucji, a zarazem wybitnego uczonego, spotkał się z serdecznym przyjęciem ze strony belgijskich liberałów i demokratów. Z działalności politycznej bynajmniej nie zrezygnował, wręcz przeciwnie – po krótkim okresie adaptacji do nowych warunków podjął ją z wyjątkową aktywnością. Wszedł w skład tajnego związku Dzieci Ludu Polskiego, który wraz z Młodą Polską słał do kraju emisariuszy w celu przygotowania nowego powstania, dążył też do zjednoczenia demokratycznych stronnictw emigracyjnych, co jednak udało mu się tylko częściowo. Zjednoczenie Emigracji Polskiej, którego został przywódcą, nie zdołało wszak objąć Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, a po upływie kilku lat w ogóle przestało istnieć. Nastąpiło to w wyniku rozłamu spowodowanego poparciem udzielonym przez Lelewela i jego stronników powstaniu krakowskiemu 1846 roku. Grupa Lelewela znalazła się wówczas w szeregach TDP, natomiast jej przeciwnicy przystąpili do stronnictwa Czartoryskiego.

Druga połowa lat czterdziestych XIX wieku to okres, w którym działalność polityczna Lelewela ponownie przybrała formę współpracy z międzynarodowymi ruchami rewolucyjno-demokratycznymi. Historyk spodziewał się wielkiej europejskiej rewolucji ludów i z nią głównie łączył nadzieje na odbudowę państwa polskiego. W 1847 r°ku wszedł w skład zarządu międzynarodowej Asocjacji Demokratycznej..., w której funkcję jednego z wiceprzewodniczących piastował Karol Marks. Nie był jednak ani komunistą, ani socjalistą. Licząc na powszechną rewolucję demokratyczną, wzywał zarazem do bratania się szlachty z ludem, a zatem teoria walki klas była mu obca. Natomiast w jego marzeniach o Polsce „gminowładnej”, w której ziemia, stanowiąca własność poszczególnych gmin, oddawana byłaby ich członkom w dożywotnią uprawę, odnaleźć można pewne elementy socjalizmu utopijnego. W dobie Wiosny Ludów Lelewel prowadził ożywioną działalność propagandową na rzecz sprawy polskiej, próbując między innymi oddziaływać na Parlament Frankfurcki, ale z chwilą, gdy fala ruchów rewolucyjnych przesiliła się, zrezygnował z czynniejszego życia politycznego. Skoncentrował się teraz na pracy naukowej i przygotowywaniu do druku kolejnych tomów swych dzieł. Zył w Brukseli więcej niż skromnie, w nieopalanej izbie, w której – dopiero na krótko przed śmiercią uczonego – przyjaciołom udało się, zresztą wbrew jego woli, postawić piec. Na początku lat sześćdziesiątych pogarszający się stan zdrowia historyka sprawił, że bliscy znajomi przewieźli go na leczenie do Paryża. Umieszczony w jednej z najlepszych tamtejszych klinik, zmarł w trzy dni później, to jest 29 maja 1861 roku. W 1929 roku trumna ze szczątkami Joachima Lelewela przewieziona została do Polski, by spocząć na wileńskim cmentarzu Na Rossie.

* * *

Nie było w Polsce ani przed, ani po Lelewelu historyka o tak rozległej skali zainteresowań i dokonań badawczych. Bez względu na to, czy przyjęlibyśmy kryterium „przestrzenne”, „problemowe” czy „chronologiczne”, ocena dorobku tego uczonego wypaść musi naprawdę imponująco. Jego wykłady z historii powszechnej obejmowały okres od starożytności aż do czasów nowożytnych, przy czym epoka antyczna doczekała się dwóch, opartych na własnych badaniach źródłowych, dzieł: Dzieje starożytne (1818) i Dzieje Indii (1820). Jego prace poświęcone dziejom ojczystym sięgały odległych prapoczątków państwa i społeczeństwa polskiego, by „kończyć się” na czasach mu współczesnych. A przecież to nie wszystko. Lelewel był pierwszym polskim dziejopisem, który podjął w sposób pogłębiony problematykę metodologii i metodyki badań historycznych (cykl rozpraw pisanych w latach 1815–1826, wydany pośmiertnie w 1861 roku pod wspólnym tytułem Historyka), był autorem cennych prac z zakresu geografii historycznej (m.in. pięciotomowa, opublikowana w latach 1849–1857, Géographie du moyen âge), był także europejskiej sławy numizmatykiem, któremu książki z tej dziedziny (głównie trzyczęściowe, zaopatrzone w atlas z własnymi rysunkami autora, dzieło Numismatiques du moyen âge, 1835 oraz Études numismatiques et archéologiques..., 1841) przyniosły najwyższe uznanie Towarzystwa Numizmatycznego w Brukseli. Wyrazem tego uznania było obdarzenie historyka polskiego dożywotnią godnością honorowego prezesa tego Towarzystwa oraz dwukrotne wybicie uświetniających jego zasługi medali. By jednak skończyć z nużącym zapewne Czytelnika wyliczaniem położonych przez Lelewela zasług, przypomnieć wypadnie, że dał on początek rozwojowi profesjonalnego bibliotekoznawstwa w Polsce, a także nauk pomocniczych historii oraz krytycznie uprawianej historii historiografii.

Z punktu widzenia rozwoju polskiej myśli historycznej, ale nie tylko, bo i politycznej także, szczególnie doniosłe znaczenie miała Lelewelowska koncepcja dziejów narodowych. Znamionowała ona nową, romantyczną fazę rozwoju polskiej historiografii. Spróbujmy zatem odpowiedzieć na pytanie, na czym polegały różnice między romantyczną koncepcją dziejów Polski a tą, którą uznajemy za typową dla historiografii oświecenia. Przypomnijmy, że historycy, którzy kształtowali swe poglądy pod wpływem idei wieku „światła i rozumu”, przyjmowali zazwyczaj założenie o wspólnych dla wszystkich narodów stadiach i etapach rozwojowych. Proces historyczny toczył się jak gdyby wzdłuż jednej linii (monolinearyzm), a różnice cywilizacyjne między poszczególnymi ludami i narodami zależały od tego, w którym punkcie na owej linii znajdował się w danym momencie każdy z nich. I oto romantycy przeciwstawili się takiej teorii. Odrzucając „dogmat jednej linii”, uznali, że narody lub większe całości etniczne i kulturowe (np. Słowianie czy też ludy Europy Zachodniej) mogą rozwijać się w odmiennych, właściwych tylko sobie kierunkach. Co więcej, kierunki te są dla nich niejako „obowiązujące” – chcąc uniknąć anomalii rozwojowej, trzeba iść własną, zindywidualizowaną drogą (multilinearyzm). Różnie nazywano owe narodowo zróżnicowane kierunki procesu historycznego, najczęściej jednak określano je mianem „idei przewodnich”, „zasad narodowych” lub „ducha narodu”. Według Lelewela taką „przewodnią ideą” dziejów Polski była idea „gminowładztwa”. Tłumacząc to sformułowanie na język współczesny, moglibyśmy powiedzieć, że była to idea republikańsko-demokratycznej formy rządów, jedynej, która – zdaniem tego historyka – pozwalała na wcielenie w życie haseł wolności, równości i braterstwa. Lelewel sądził, że w swej najczystszej postaci wystąpiła ona u zarania naszych dziejów narodowych, kiedy to ziemia miała stanowić własność poszczególnych gmin, a ich członkowie w powszechnych wyborach wybierali swego „naczelnika”. I to był klucz do Lelewelowskiej historii Polski, wszystko bowiem, co w późniejszym toku dziejów było złe (m.in. utrata przez chłopów ich „obywatelstwa”, próby zaprowadzenia feudalnych stosunków prawnych czy też absoluty stycznej monarchii), polegało na oddalaniu się od republikańsko-demokratycznych ideałów, natomiast wszystko, co dobre, było z kolei przybliżaniem się do nich. Wychodząc z takich przesłanek, historyk idealizował na przykład okres szlacheckiej demokracji („gminowładztwa szlacheckiego” – 1374–1586), w którym widział wiele symptomów powrotu do dawnych gminowładczych ideałów. A choć ubolewał nad tym, że poza zasięgiem szlacheckiej wolności i równości pozostawała znaczna część narodu, to tylko w niewielkim stopniu obniżał wysoką ocenę, jaką wystawiał ówczesnej Polsce.

Niestety, Rzeczpospolita nie potrafiła ustrzec się od niebezpieczeństw, które płynęły z zewnątrz, zwłaszcza z Zachodu. W następnym bowiem okresie („gminowładztwo szlacheckie w zawichrzeniu” 1586–1795) polskie idee przewodnie, polski „duch narodowy”, zostały zaatakowane przez zachodnie przeszczepy, jakimi były nietolerancja religijna oraz hierarchia społeczna, znajdująca wyraz w wykształceniu się w obrębie stanu szlacheckiego warstwy arystokratycznej. Proces słabnięcia sił witalnych Rzeczypospolitej nie doprowadził jednak, według Lelewela, do jej upadku. Historyk stał bowiem na stanowisku, że polski „duch narodowy”, jakkolwiek osłabiony cudzoziemskimi wpływami, odżył w dobie reform Stanisławowskich i Konstytucji 3 maja i gdyby nie akcja „trzech rozbójników”, Polacy sami przywróciliby prawidłowy – „gminowładczy” kierunek rozwoju.

Powrócę zatem do postawionego wcześniej pytania o różnice między oświeceniową a romantyczną (Lelewelowską) koncepcją dziejów Polski. Po pierwsze – uniwersalnej normie prawidłowego rozwoju, utożsamianej najczęściej w oświeceniu z normą zachodnią (interpretacja okcydentalistyczna), przeciwstawił Lelewel normę rodzimą, słowiańsko-polską. Kryterium oceny polskiego procesu dziejowego stawało się w ten sposób kryterium „wewnętrznym”, a nie „zewnętrznym”. Po drugie – interpretacji monarchicznej przeciwstawił interpretację republikańską, która znalazła między innymi wyraz w tezie, że już od początków dziejów Polski przejawiała się w nich nowoczesna zasada „króla dla narodu”, nie zaś, jak było to na Zachodzie (nie mówiąc już o „tyrańskim” Wschodzie), zasada „narodu dla króla”. W Polsce król był, zgodnie z naszym „duchem narodowym”, wybieralnym „naczelnikiem” – czy wręcz „prezydentem”, nie zaś wolnym od odpowiedzialności przed narodem, dziedzicznym jedynowładcą. Po trzecie – tak zwanej pesymistycznej ocenie polskich dziejów narodowych, znajdującej swój wyraz w tezie o samozawinionym upadku, przeciwstawił Lelewel ocenę „optymistyczną”, nasyconą pierwiastkami idealizacji narodowej przeszłości i kładącą akcent na „zewnętrzne” czynniki upadku Rzeczypospolitej, przede wszystkim na zaborcze działania państw ościennych.

* * *

Oczywiście dziś trudno byłoby nam się zgodzić z wieloma tezami Lelewela. Zarówno teoria odwiecznego polskiego gminowładztwa, jak i skłonność do gloryfikacji ojczystej przeszłości spotkały się z silną krytyką jeszcze w XIX-wiecznej historiografii polskiej. Lecz nie na trwałości poszczególnych tez, składających się na całość Lelewelowskiej koncepcji dziejów narodowych, polega jej znaczenie. Będąc ripostą na jednostronność koncepcji monarchicznych, także i koncepcja Lelewela nie ustrzegła się jednostronności. Republikanizm i demokratyzm tego historyka spowodowały jednak, że nie tylko w deklaracjach, które jak wiadomo nie były obce także szkole oświeceniowej, łączonej z osobą biskupa Naruszewicza, ale i w praktyce dziejopisarskiej powstała pierwsza polska synteza, kładąca akcent na dzieje społeczeństwa, nie zaś jego władców. Jej znaczenie polega również na tym, że stała się etykietą polskiego romantyzmu, a znalazłszy początkowo liczne grono zwolenników, i to nie tylko pośród historyków zaliczanych do tzw. szkoły lelewelowskiej, odżywała w różnych postaciach także i wówczas, gdy mogło się wydawać, że należy już tylko do przeszłości.

Joachim Lelewel to człowiek ze wszech miar wybitny. Jako ideolog i jeden z czołowych przywódców Wielkiej Emigracji, jako historyk imponujący rozległością i rangą swego dorobku naukowego, jako patriota, cieszący się ogromnym autorytetem moralnym – stał się postacią niemal legendarną. Pisano o nim wiele, i to nie tylko na kartach dzieł naukowych, ale i utworów literackich (by wspomnieć choćby pięcioaktowy dramat S. Wyspiańskiego Lelewel, 1899), a chociaż jego poglądy polityczne i koncepcje historyczne znajdowały tyluż gorących zwolenników co przeciwników, zarówno jednych, jak i drugich jednoczył zazwyczaj niekwestionowany szacunek dla osoby uczonego.

SECT-ID LINK

1J. Lelewel, Przygody w poszukiwaniach rzeczy naukowych polskich, [w:] tegoż, Dzieła, t. I, Warszawa 1957, s. 42 [pierwodruk: Poznań 1858].

2Cyt. za: H. Więckowska, Joachim Lelewel. Uczony — polityk — człowiek, Warszawa 1980, s. 77.

Samuel Bogumił Linde

Urodzony 11 IV (24 IV) 1771 w Toruniu. Studia teologiczne w Lipsku (1789–1792); prof. UW (od 1818); dyrektor gen. Biblioteki Publicznej przy UW (od 1818).

Twórca monumentalnego Słownika języka polskiego; redaktor XXII-tomowej bibliografii pt. Bibliotheca Polona, obejmującej polonika od XV do początku XIX w.
Członek wielu towarzystw naukowych, w tym Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Królewskiego Towarzystwa Naukowego w Pradze (1808); Królewskiego Towarzystwa Naukowego w Getyndze (1809); członek rady nadzorczej Szkoły Prawa (1808).
Zmarł 8 VIII 1847 w Warszawie.

Słownik języka polskiego, Warszawa 1807–1814; O języku dawnych Prusaków, Warszawa 1822; Prawidła etymologii przystosowane do języka polskiego, Warszawa 1806.

S. B. Linde, Autobiografia z 1823 roku, red. M. Ptaszyk, Toruń 2000; K. Sauerland, Deutsch-polnische Symbiosen? Samuel Gottlieb Linde..., Frankfurt a. Mein 2001; Linde S. [w:] PSB, t. XVII, Warszawa 1972, s. 358–363.

STANISŁAW DUBISZ

SAMUEL BOGUMIŁ LINDE

1771–1847

 

Leksykograf i akademik, jakobin i lojalista

August Bielowski – biograf Samuela Bogumiła Lindego – tak określa jego etniczne pochodzenie: „Samuel Bogumił Linde był potomkiem rodziny szwedzkiej, która niegdyś z Dalekarlii przeniosła się do Polski i tu się osiedliła. Urodził się w Toruniu dnia 24 kwietnia roku 1771 z rodziców wyznania ewangelisko-auszpurskiego. Ojciec jego, ubogi artysta, wcześnie go odumarł, zostawiwszy żonę i kilkoro dzieci w ostatniej prawie nędzy. Z dzieci tych wychowali się tylko dwaj synowie, z których starszym był Jan, później pastor św. Ducha w Gdańsku; młodszym zaś nasz Samuel”1.

Samuel Bogumił Linde pochodził więc z Prus Królewskich, prowincji państwa polskiego, która od 1772 roku – w wyniku I rozbioru Polski – znalazła się w obrębie państwa pruskiego, chociaż Gdańsk i Toruń jeszcze przez lat 20 pozostały na terytorium Polski. Choć w przytoczonej biografii Lindego znajdujemy wzmiankę o szwedzkim pochodzeniu jego rodziny, to jednak w rzeczywistości tylko jego ojciec Johann Jacobson Lind(e), był narodowości szwedzkiej, a matka Barbara Anna Langenhann (Langenhalm) była narodowości niemieckiej2. Przez jemu współczesnych był zapewne narodowościowo utożsamiany z mieszczaństwem pochodzenia niemieckiego, które dominowało w miastach Prus Królewskich. Sprzyjała temu również przynależność do wyznania ewangelicko-augsburskiego. Pamiętać jednak przy tym należy o formule, która dobrze oddaje realia narodowościowe w Rzeczypospolitej wielu narodów: Gente Ruthenus, Germanus, Bohemus... – natione Polonus.

Jak już zaznaczono, społecznie Samuel Bogumił Linde należał do warstwy mieszczaństwa, gdyż jego ojciec był mistrzem ślusarskim (pełnił także urząd rajcy miejskiego)3. Jego biografia dowodzi niewątpliwego awansu społecznego. Dzięki uzdolnieniom, wykształceniu i benedyktyńskiej wręcz pracowitości wszedł S. B. Linde do kształtującej się wówczas warstwy inteligencji (a za rozliczne dokonania został nobilitowany) i z perspektywy historycznej możemy go zaliczyć do polskiej elity intelektualnej przełomu XVIII i XIX wieku. Sprzyjał temu klimat kulturalny rodzinnego Torunia.

„Toruń, przez cały XVIII wiek pogrążony w gospodarczej stagnacji, zachowywał jednak wśród swych elit środowisko «uczonych» (Gelehrte; litterati), wśród których prym wiedli profesorowie gimnazjum akademickiego. Pochodzili oni z reguły z rodzin kupieckich, studiowali na niemieckich uniwersytetach, po powrocie do Torunia robili karierę we władzach miejskich. W drugiej połowie XVIII wieku ponad połowa toruńskich rajców miała wyższe wykształcenie – rzecz niemożliwa do wyobrażenia w Rzeczypospolitej gdziekolwiek poza Pomorzem. [...] Takie zbiorowisko uczonych w granicach Rzeczypospolitej nie mogło nie wpływać na polskie elity, nie tylko jako przekaźnik idei, lecz także jako miasto rodzinne ludzi, bez których trudno sobie wyobrazić polskie oświecenie. (Samuel Bogumił Linde był z nich najważniejszy, ale nie jedyny)”4.

Pierwszy okres w życiu S. B. Lindego należy zatem nazwać okresem toruńskim. Obejmuje on lata 1771–1789. Są to lata dzieciństwa i nauki w tamtejszej Szkole Nowomiejskiej oraz protestanckim Gimnazjum Akademickim. Ze środowiska lokalnego wyniósł Linde znajomość dwóch języków – niemieckiego, który był jego językiem etnicznym i językiem pierwszym, oraz języka polskiego, który – jak sam pisze – poznał z „używania potocznego”, a zatem był językiem drugim, stosowanym w codziennej pozaetnicznej komunikacji w wariancie regionalnym, nabywanym także w trakcie nauki w gimnazjum5. Dodać tu trzeba, że gimnazjalni nauczyciele języka polskiego – Jan Jezewiusz i mag. Hennig – w swych świadectwach jednomyślnie potwierdzili jego bardzo dobrą znajomość polszczyzny6. Zatem już w tym okresie zaznacza się bilingwizm i swoisty bikulturalizm Lindego. Ta dwoistość rodowodu kulturowego znajduje także odzwierciedlenie w używanych przez niego imionach. Samuel (< hebr. Szemuel ‘imię Boga’ < szemū ‘imię’, el ‘Bóg’) łączy się z tradycją Biblii, będącej podstawą luteranizmu (wyznania ewangelicko-augsburskiego); Bogumił ‘miły Bogu’ to dawne optatywne imię słowiańskie i polskie, które w tym wypadku należy traktować jako świadomie używany przez Lindego odpowiednik niemieckiego imienia Gottlieb, gdyż według zapisu w metryce chrztu przyszły polski leksykograf otrzymał imiona Samuel Gottlieb Teofil7.

W 1789 roku 18-letni S. B. Linde przybył do Lipska jako stypendysta miast polskich Prus Królewskich: Gdańska i Torunia, by podjąć studia na tamtejszym uniwersytecie. W ten sposób rozpoczął się drugi okres w jego życiu, który możemy nazwać okresem lipsko-wiedeńskim. Był to zarazem okres osiągania przez S. B. Lindego życiowej dojrzałości, zaczątków kariery i ważkich wyborów.

Ośrodek uniwersytecki w Lipsku miał tradycje sięgające XV w. – został założony w 1409 roku. Był ważnym ośrodkiem myśli z zakresu teologii i filozofii, tu prowadził swe dyskusje teologiczne Marcin Luter (1519), tu w XVIII wieku rozwijał się luterański filozoficzno-teologiczny nurt naturalizmu i racjonalizmu. Z racji związków politycznych Saksonii z Polską (August II i August III z dynastii saskiej Wettynów byli królami Polski w latach 1697–1733 oraz 1733–1763) w Lipsku zaznaczyły się wówczas wyraźne tendencje polonocentryczne i polonofilskie. Na Uniwersytecie lektorat języka polskiego funkcjonował już w pierwszym 20-leciu XVIII wieku, a najbardziej znanym wykładowcą języka polskiego był w latach 1726–1769 Michał Abraham Troć (Trotz). Jego poprzednikiem w tej funkcji był Paul Raguza, a następcą – Stanisław Nałęcz-Moszczeński. Troć był również wydawcą serii Bibliotheca Polono-Poetica oraz leksykografem, autorem dzieła Nowy dykcjonarz, to jest mownik polsko francusko-niemiecki, którego kolejne tomy (łącznie cztery) ukazywały się w latach 1744–1747, 1764, 1772. W Lipsku od 1768 roku działało również Towarzystwo Naukowe Jabłonowskich – Societas Jablonoviana, założone przez księcia Józefa Aleksandra Jabłonowskiego i zatwierdzone edyktem elektora saskiego Fryderyka Augusta 9 listopada 1774 roku, które w swych celach statutowych miało badania nad dziejami Polski i Słowiańszczyzny północnej.

Nie wiadomo, czy te uwarunkowania miały wpływ na decyzję darczyńców stypendium Lindego, chyba jednak nie pozostawały bez znaczenia, gdyż do innych ośrodków akademickich było mu z Torunia znacznie bliżej. Jest faktem, że „Samuelus Theophilius Linde, alias Lindius Thoruniensis wpisał się do metryki uniwersytetu Lipskiego 7 maja 1789 roku. Miał się poświęcić teologii, ale w rzeczywistości więcej pociągała go filologia. Uzyskał tytuł «magistri diplomatici» 23 lutego 1792 roku. Myśląc o karierze akademickiej, odbył publiczną dysputę (26 maja 1792) nad dysertacją Do solatiis adversus mortis horrores in Platone et Novo Testamento obviis (O spotykanych u Platona i w Nowym Testamencie pociechach w obliczu śmierci). Właściwie była to jego habilitacja, zdobył tym prawo akademickie dawania publicznej lekcji (venia legendi). Linde posługiwał się tytułem doktora filozofii, którym nie był; na Uniwersytecie Lipskim ten tytuł używany był dopiero od roku 1794”8.

11 listopada 1790 roku zmarł Stanisław Nałęcz-Moszczeński, który prowadził lektorat języka polskiego na Uniwersytecie Lipskim. 18 grudnia 1790 roku S. B. Linde (jeszcze jako student II roku teologii) zwrócił się do elektora saskiego w Dreźnie z prośbą o powierzenie mu tego stanowiska i uzyskał je po wygraniu konkurencji z Maciejem Józefem Dukaczewskim. Został zatwierdzony jako Lector publicas Linguae Poloniae 2 grudnia 1791 roku, a od letniego semestru 1792 roku w rejestrze wykładów Uniwersytetu Lipskiego figurowało nazwisko Lindego w rubryce Nauka języków nowszych: „Linde, M. S. G. Lect. publ. – XI. Unterlicht in neuern Sprachen”9. Glottodydaktykiem był S. B. Linde do zimowego semestru 1794 roku.

Po upadku Konstytucji 3 Maja, przegraniu przez armię polską wojny w jej obronie, Targowicy i II rozbiorze Polski w 1792 roku na emigracji politycznej w Lipsku znaleźli się luminarze reformatorskiego stronnictwa konstytucyjnego: Hugo Kołłątaj, Ignacy Potocki, Stanisław Kostka Potocki, Julian Niemcewicz, Tadeusz Kościuszko, Józef Weyssenhoff, Franciszek Dmochowski. Przygotowywali oni nową akcję zbrojną, która ostatecznie przybrała formę insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku. Linde zyskał ich zaufanie i przyjaźń, on sam odpłacał im szacunkiem i pracą translatoryczną, tłumacząc z ich polecenia ponad 1500 stron polskiej literatury politycznej na język niemiecki. Wtedy także konkretną postać przybrał projekt opracowania przez niego słownika języka polskiego. Złożyły się na to i jego własne przemyślenia, i żywa w Lipsku leksykograficzna spuścizna Troca, i dyskusje z emigrantami, którzy w słowniku języka polskiego widzieli realizację jednego z postulatów oświeceniowych, zgłaszanych jeszcze jako pacta conventa elektowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, oraz udokumentowanie bogactwa – zagrożonych rozbiorami – języka polskiego i polskiej kultury10.

Na okres pobytu w Lipsku (1789–1794) przypada jeden z najważniejszych życiowych wyborów S. B. Lindego, jeśli chodzi o jego orientację kulturową i narodowościową. W swych wspomnieniach pisze: „żyłem w Lipsku jak w Polszcze, z Polakami dla Polski. [...] Chwila ta, której pamięć często sobie z rozkoszą ponawiam, stała się dla mnie po ukończonych akademickich kursach niemieckich, drugim niejako kursem polskim, a obcowanie z tak znakomitymi rodakami, tyle się do mojej osoby i kształcenia mojego interesującymi, najwyższą szkołą. [...] Aliści wkrótce nastąpił bolesny do serca mojego odjazd tych znakomitych osób, z którymi żyć dla Polski nawykłem, i z którymi wszelki los dzielić dawniej już postanowiłem. Skoro zatem błysnęła nadzieja, że usiłowania ich dla kraju pomyślnym skutkiem uwieńczone być mogą, pośpieszyłem niezwłocznie, aby znowu żyć z tymi, do których mnie skłonność serca ciągnęła”11.

Nie ulega wątpliwości, że Linde wybrał wówczas „polską drogę” swego życia. W 1794 roku, po wybuchu insurekcji kościuszkowskiej, wyprowadził się z Lipska do Warszawy, chociaż rezygnację z funkcji lektora złożył dopiero w 1795 roku Było widocznie w polskich przemianach tego czasu coś fascynującego, skoro Nikolais Chopin stał się Mikołajem Szopenem, a Linde przystąpił do insurekcji. Był jednym z sympatyków Klubu Jakobinów Warszawskich, świadkiem (a może uczestnikiem?) rewolt społecznych i samosądów na targowiczanach. Wziął udział w obronie Warszawy przed wojskami rosyjskimi, a przy tym wszystkim spędzał długie godziny w Bibliotece Załuskich, ekscerpując materiał do słownika języka polskiego, który w myśl jego koncepcji miał być słownikiem narodowym (Nationallexicon).

Warszawski epizod nie trwał długo. Po klęsce insurekcji kościuszkowskiej i rzezi Pragi Linde musiał uciekać przed spodziewanymi represjami ze strony zaborcy rosyjskiego. W 1795 roku, dzięki protekcji Ignacego Potockiego, został bibliotekarzem Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, mieszkającego w Wiedniu. Dziewięcioletni pobyt w Wiedniu umożliwił mu stałą pracę nad materiałem do Słownika języka polskiego, zaowocował kompletowaniem i katalogowaniem zbiorów bibliotecznych J. M. Ossolińskiego oraz opracowaniem bibliografii druków polskich i poloników, której 22 rękopiśmienne tomy pt. Bibliotheca Polona zachowały się w zbiorach Ossolineum. O swej ówczesnej pracy tak pisał: „Dwoma albowiem umyśliłem przysłużyć się narodowi słownikami – naprzód słownikiem języka, później dykcjonarzem jego literatury”12.

Prace leksykograficzne S. B. Lindego stopniowo zyskiwały rozgłos, pomagały mu pozyskiwać mecenasów i konsultantów, do których grona – oprócz J. M. Ossolińskiego – należeli m.in. książę Adam Kazimierz Czartoryski, Tadeusz Czacki, ks. Hieronim Juszyński, a także umożliwiały jego awans w środowiskach intelektualnych. Zawiązane w 1800 roku w Warszawie Towarzystwo Przyjaciół Nauk od razu powołało go do swego grona. Nowe kontakty i nowe środowiska, w których S. B. Linde przebywał w Wiedniu, zapoczątkowały także jego panslawistyczne zainteresowania. Początek nowego stulecia witał więc S. B. Linde jako „wschodząca gwiazda” polskiej leksykografii i filologii.

W 1803 roku Linde powtórnie przybył do Warszawy, gdzie został już do końca życia, tym razem na zaproszenie władz pruskich, Warszawa wchodziła bowiem wówczas w skład zaboru pruskiego. Rozpoczął się zatem trzeci, warszawski, okres w jego życiu, okres największych sukcesów i zarazem największych porażek. W 1804 roku S. B. Linde został mianowany na stanowisko rektora nowej szkoły średniej, zwanej Liceum Warszawskim, powstałej na podwalinach dawnego eksjezuickiego gimnazjum Komisji Edukacji Narodowej, i pełnił tę funkcję do 1830 roku. „Władze pruskie poszukiwały człowieka, który zachowując lojalność wobec państwa, potrafiłby zarazem zaskarbić sobie zaufanie Polaków i taktownie kierować ciałem pedagogicznym składającym się z przedstawicieli obu narodowości. [...] [Linde – S. D.] Nie zawiódł oczekiwań, ale władze pruskie nie mogły się spodziewać, że ich wybraniec okaże się jedną z najbardziej zasłużonych postaci polskiej kultury swoich czasów”13. Linde wszedł także w skład dziewięcioosobowego Eforatu, rady programowej Liceum, w którym zasiadali także m.in. Stanisław Kostka Potocki i Stanisław Staszic, znani mu osobiście albo jeszcze z czasów lipskich, albo z prac w Towarzystwie Naukowym Warszawskim. Wszedł zatem Linde do ścisłej elity intelektualnej Warszawy i dalsze wydarzenia tę jego pozycję ugruntowywały. W latach 1816–1830 Liceum Warszawskie mieściło się w Pałacu Kazimierzowskim, co związało S. B. Lindego terytorialnie z powstającym wówczas Uniwersytetem Warszawskim.

W latach 1807–1814/1815 ukazało się dzieło życia S. B. Lindego – sześciotomowy Słownik języka polskiego, obejmujący ok. 60 tys. haseł, oparty w całości na materiałach źródłowych, pochodzących z okresu od XVI do XIX wieku. We Wstępie do swego dzieła Linde m.in. pisał: „Podaję więc już i obecnemu i przyszłemu narodowi w ręce zbiór ojczystego języka, owoc kilkonastoletniej pracy mojej, któremu najlepsze lata mojego życia poświęciłem. [...] Mnie zaś na zawsze zostanie to chlubne uczucie, żem tą moją poprzedniczą pracą był do tego powodem i winszować sobie nie przestanę, jeżeli dzieło moje będzie pomocne orzeźwionemu duchowi narodowemu, do nadania świetności temu najdroższemu dla niego klejnotowi t.j. językowi ojczystemu”14. Kolejne tomy Słownika... przysparzały jego autorowi sławy i zaszczytów – został m.in. powołany w skład członków Akademii Getyndzkiej, Berlińskiej, Królewieckiej oraz Królewsko-Czeskiego Towarzystwa Nauk.

Za tym poszły nominacje urzędnicze i polityczne. W 1808 roku zostaje powołany w skład Rady Dozorczej Szkoły Prawa jako członek Izby Edukacyjnej i rektor Liceum Warszawskiego, a w 1809 roku – również z ramienia Izby Edukacyjnej – współnadzoruje utworzenie Szkoły Wydziału Lekarskiego. Stał się jednym z bliskich współpracowników Stanisława Kostki Potockiego (obok takich postaci jak Onufry Kopczyński, Stanisław Staszic, Julian Ursyn Niemcewicz, Wojciech Anzelm Szweykowski), który w latach 1805–1820 kierował Komisją Rządową Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, zapewniając realizację na obszarze Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego pod berłem cara Aleksandra I, idei Komisji Edukacji Narodowej. Doświadczenia w pracach rad Szkoły Prawa oraz Szkoły Wydziału Lekarskiego skłoniły S. B. Lindego do sformułowania w 1812 roku projektu utworzenia Wydziału Filozoficznego z uwzględnieniem kadry profesorskiej Liceum Warszawskiego, co umożliwiłoby – wobec istnienia już Szkoły Prawa oraz Szkoły Wydziału Lekarskiego – utworzenie w Warszawie Uniwersytetu. Do projektu tego powrócił Stanisław Kostka Potocki w 1816 roku – już w nowych warunkach politycznych pokongresowego Królestwa Polskiego – a jednym z przedstawicieli Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w tzw. Radzie Ogólnej Uniwersytetu Królewskiego, która się miała zająć „urządzeniem” nowej uczelni, był nie kto inny jak Samuel Bogumił Linde (oprócz niego w skład Rady wchodzili: Stanisław Staszic – przewodniczący, Adam Prażmowski, Józef Sierakowski, Wawrzyniec Surowiecki, Hiacynt Dziarkowski, Jan Wincenty Bandtkie, Wojciech Anzelm Szweykowski, Jan Dąbrowski, Marcello Baciarelli). Podkreślić zatem należy, że Linde był jednym z pierwszych (jeśli nie pierwszym) z projektodawców powołania Uniwersytetu Warszawskiego i że w pierwszym okresie funkcjonowania uczelni jego wkład w jej życie był stały i znaczący.

Dekret ustanowienia Uniwersytetu Warszawskiego wydał cesarz Rosji i król Królestwa Polskiego Aleksander I w listopadzie 1816 roku W ciągu następnego roku uzyskiwały kształt administracyjny kolejno Wydziały Prawa i Nauk Administracyjnych, Medycyny, Teologiczny, Filozofii, Nauk i Sztuk Pięknych. Zainteresowania Lindego sytuowały go w kręgu profesorów Wydziału Filozofii. Tu też zaproponowano mu Katedrę Filozofii, ale jej nie przyjął, objął natomiast Katedrę Slawistyki (in. „katedra dialektów słowiańskich” lub „katedra gramatyki porównawczej”), ale niezbyt dobrze wywiązywał się ze swych obowiązków i musiał z tej funkcji zrezygnować pod presją środowiska. Został natomiast (27 maja 1817) dyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej, ku czemu miał i właściwą wiedzę fachową, i zamiłowanie.

Rok następny przyniósł S. B. Lindemu bolesną porażkę w wyborach na pierwszego rektora Uniwersytetu Warszawskiego (23 marca 1818). Kandydował popierany przez ministra Stanisława Kostkę Potockiego oraz Juliana Ursyna Niemcewicza, przychylny był jego kandydaturze Aleksander I, liczył na poparcie tych głosujących, którzy byli zarazem profesorami Liceum Warszawskiego i spodziewał się wygranej. Stało się jednak inaczej. „Pierwszym rektorem został w dość skomplikowanej sytuacji współtwórca Uniwersytetu i dziekan Wydziału Teologicznego, ksiądz Wojciech Anzelm Szweykowski [nota bene pijar i wykładowca literatury polskiej w Liceum Warszawskim – przyp. S. D.]. Na 21 wotujących uzyskał 15 głosów, po jednym padło na dziekana Wydziału Prawa profesora Jana Wincentego Bandtkiego i dziekana Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych profesora Feliksa Bentkowskiego, cztery zaś otrzymał [...] Samuel Bogumił Linde”15. Taki (w części niespodziewany) wynik głosowania był spowodowany obawami, że Linde kumuluje nadmierną liczbę funkcji oraz że przejawia nadmierny lojalizm wobec władz. Ten ostatni zarzut wysunięto wobec niego po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni. Niejako dla zadośćuczynienia ambicjom Lindego został on następnego dnia po wyborach rektora Uniwersytetu (24 marca 1818) powołany sankcją królewską na dyrektora Biblioteki, która przestała być własnością Uniwersytetu, została bezpośrednio podporządkowana Komisji Rządowej i przekształcona w narodową. Ze względów politycznych nie zyskała jednak nazwy Biblioteka Narodowa, lecz Biblioteka Publiczna. Linde kierował tą biblioteką sprawnie i z oddaniem, a sekundował mu (a często i „prymował”) Joachim Lelewel. Dzięki ich staraniom księgozbiór Biblioteki liczył w 1831 roku 134 tys. tomów.

Z okazji ustanowienia Uniwersytetu Warszawskiego jego Rada zadecydowała (30 lipca 1818) o wybiciu medalu pamiątkowego. Srebrnym takim medalem został m.in. uhonorowany Samuel Bogumił Linde wraz ze Stanisławem Staszicem, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, i rektorem Uniwersytetu, Wojciechem Anzelmem Szweykowskim. Na medalu wybito napis Caesare Felix.

Trzecie dziesięciolecie XIX wieku to faza powolnego odchodzenia S. B. Lindego na margines życia publicznego. Jest, co prawda, deputatem z Warszawy na Sejm w 1818 roku i ponownie w 1820. Pełni funkcję prezesa Warszawskiego Konsystorza Ewangelicko-Augsburskiego, podejmuje inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Nauk i tam odgrywa jeszcze przez kilka lat pierwszoplanową rolę. Swego rodzaju symboliczną nagrodą za jego dokonania akademickie i urzędnicze było przyjęcie go do stanu szlacheckiego w 1826 roku i nadanie mu herbu Słownik. Wymuszona dymisja ministra Stanisława Kostki Potockiego w 1820 roku spowodowała zmianę w polityce oświatowej, wobec której Linde nie potrafił się określić. „Reakcyjny kurs w polityce oświatowej po 1820 roku spowodował odejście Lindego we władzach edukacyjnych na boczny tor. W Liceum miał nieprzyjemności ze strony Kuratorium Jeneralnego utworzonego dla nadzorowania prawomyślności uczniów i nauczycieli. Linde krytykował poczynania nowego ministra Stanisława Grabowskiego i głównego promotora reakcyjnego kursu Józefa Kalasantego Szaniawskiego. Jako zwolennik kształcenia humanistyczno-filologicznego niechętnie odnosił się do tworzenia w Warszawie Instytutu Politechnicznego. Obca mu była jednak całkowicie patriotyczna czy liberalna postawa opozycyjna”16. Tej postawy natomiast domagała się od niego opinia publiczna. Jego konserwatyzm i lojalizm wobec władz spotykał się z negatywnymi ocenami, które manifestowano okrzykami „Linde na windę [tzn. szubienicę – przyp. S. D.]”. Byłemu jakobinowi, który uczestniczył (?) w wieszaniu targowiczan na ulicznych latarniach w 1794 roku, zaczynał grozić podobny los jako lojaliście. W 1824 roku spotkał go publiczny afront na forum Towarzystwa Przyjaciół Nauk ze strony generała Wincentego Krasińskiego, który oburzył się serwilistycznymi poczynaniami Lindego (nota hene lojalizm Krasińskiego był powszechnie znany).

Po upadku powstania listopadowego S. B. Linde całkowicie odsunął się od polskiego środowiska intelektualnego Warszawy, zresztą ono także całkowicie odsunęło się od niego. Jako człowiek już ponadsześćdziesięcioletni wszedł wówczas w skład Rady Wychowania Publicznego (1833–1835) i pełnił urząd zastępcy dyrektora generalnego Wychowania Publicznego. Na jego ówczesną działalność kładą cień denuncjatorskie opinie, które formułował o profesorach Uniwersytetu Warszawskiego i członkach Towarzystwa Przyjaciół Nauk w odniesieniu do ich zachowań w czasie powstania listopadowego. W pełnej izolacji pracował nad słownikiem języków słowiańskich, którego nie ukończył (rękopis obejmuje ok. 600 arkuszy tekstu i ok. 200 tys. przykładów) oraz nad słownikiem porównawczym rosyjsko-polskim. Przyjął prorosyjską postawę lojalistyczną, wysuwając na plan pierwszy ideę rosyjskiego panslawizmu. Utrzymywał kontakty jedynie z najbliższą rodziną, rosyjskimi słowianofilami i carskimi urzędnikami. Zmarł w odosobnieniu 8 sierpnia 1847 roku w Warszawie, został pochowany na cmentarzu ewangelicko-augsburskim. Miarą niechęci, którą polskie społeczeństwo Warszawy darzyło wówczas autora pierwszego nowoczesnego słownika języka polskiego, było zbojkotowanie jego pogrzebu.

Schyłkowy okres życia Samuela Bogumiła Lindego ukazuje nam tragizm tej postaci. Człowiek epoki oświecenia – epoki rozumu – niewolny od romantycznych zrywów, z wyboru Polak, doświadczył trzech upadków państwa, które przyjął za swoją ojczyznę: Polski szlacheckiej i zarazem jakobińskiej w 1794 roku, Polski okresu Księstwa Warszawskiego w 1813 roku, Polski okresu Królestwa Kongresowego w 1831 roku. Bez wątpienia te przeżycia i doświadczenia spowodowały u niego kryzys wartości i ucieczkę w świat utopii panslawizmu oraz bezpiecznego (jak by się wydawać mogło) lojalizmu wobec władzy. Był to los wielu przedstawicieli polskiej elity intelektualnej tak w kraju, jak i na emigracji, którzy prezentowali oświeceniową formację kulturową, a którym przyszło żyć w czasach „nieoświeconych”.

Wybrana literatura

 

Bielowski A., Żywot Samuela Bogumiła Lindego, [w:] S. B. Linde, Słownik języka polskiego, t. I, wyd. 2, Lwów 1854, s. 15–39.

Błażejewicz O., Samuel Bogumił Linde – bibliotekarz i bibliograf, Wrocław 1975.

Błażejewicz O., Warszawski okres działalności Lindego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 35–47.

Bobkowska W., Pruska polityka szkolna na ziemiach polskich w latach 1793–1806, Warszawa 1948.

Doroszewski W., Z dziejów leksykografii polskiej, Warszawa 1954.

Dubisz S., Język – Historia – Kultura (wykłady, studia, szkice), t. II, Warszawa 2007.

Dubisz S., Motywacje leksykograficzne M. Samuela Bogumiła Lindego, [w:] W. Kupiszewski (red.), Studia językoznawcze, Kielce–Warszawa 1998, s. 47–53.

Dubisz S., Samuel Bogumił Linde (1771–1847), lexicographe et pédagogue: homme de deux cultures, deux époques et deux visions du monde, [w:] G. Conio (red.), Figures du double dans les littératures européennes, Lausanne 2001, s. 128–133.

Gorzycki W., Oświata publiczna w Księstwie Warszawskim, organizacja władz i funduszów, Lwów 1921.

Hermann A., Linde w Niemczech, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 23–29.

Hermann A., Nowak Z., Studia lipskie Samuela Bogumiła Lindego i jego starania o lektorat języka polskiego na Uniwersytecie Lipskim (1789–1792), „Zapiski Historyczne” 1969, XXXIV, z. 4, s. 625–639.

Jabłońska W., Józef Maksymilian Ossoliński. Szkic biograficzny, Wrocław 1967.

Janowski M., Narodziny inteligencji 1750–1831, Warszawa 2008.

Jugler J. H., Leipzig und seine Universität im 18. Jahrhundert, Lepzig 1909.

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1807–1915, S. Kieniewicz (red.), Warszawa 1981.

Koźmian K., Pamiętniki, t. I–III, Wrocław 1972.

Kukulski Z., Stanisław Staszic 1755–1826, Lublin 1928.

Leśnodorski B., Polscy jakobini, Warszawa 1969.

Lewaszkiewicz T., Panslawistyczne osobliwości leksykalne M. S. B. Lindego i jego projekt stworzenia wspólnego języka słowiańskiego, Wrocław 1980.

Linde S. B., Słownik języka polskiego, t. I–VI, wyd. 2, Lwów 1854.

Linde S. B., Wstęp, [w:] idem, Słownik języka polskiego, t. I, wyd. 1, Warszawa 1807, s. I–XIV.

Manteuffel T., Centralne władze oświatowe na terenie b. Królestwa Kongresowego 1807–1915. Skład osobowy centralnych władz oświatowych, Warszawa 1929.

Manteufflowa M., J. K. Szaniawski, ideologia i działalność, Warszawa 1936.

Matuszczyk B., „Słownik języka polskiego” S. B. Lindego. Warsztat leksykografa, Lublin 2006.

Michalski J., Działalność Lindego na tle ówczesnego życia kulturalnego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 15–22.

Miziołek J., Uniwersytet Warszawski. Dzieje i tradycja, Warszawa 2005.

Przyłubski F., Opowieść o Lindem i jego „Słowniku”, Warszawa 1955.

Skorupka S., Rola Samuela Bogumiła Lindego w leksykologii i leksykografii polskiej, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 49–57.

Słowiński L., Leksykograf i pedagog, [w:] Dla tej, co nie zginęła. Z dziejów edukacji narodowej na ziemiach polskich w latach 1795–1831, Poznań 1985, s. 220–258.

Taborski R., Wiedeński okres działalności Lindego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 31–34.

Urbańczyk S., Samuel Bogumił Linde, [w:] idem, Prace z dziejów języka polskiego, Wrocław 1979, s. 307–319.

SECT-ID LINK

1A. Bielowski, Żywot Samuela Bogumiła Lindego, [w:] S. B. Linde, Słownik języka polskiego, t. I, wyd. 2, Lwów 1854, s. 15.

2L. Słowiński, Leksykograf i pedagog, [w:] Dla tej, co nie zginęła. Z dziejów edukacji narodowej na ziemiach polskich w latach 1795–1831, Poznań 1985, s. 220.

3J. Michalski, Działalność Lindego na tle ówczesnego życia kulturalnego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 15.

4M. Janowski, Narodziny inteligencji iygo–i8gi, Warszawa 2008, s. 50.

5A. Bielowski, op. cit., s. 16.

6A. Hermann, Linde w Niemczech, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 28.

7L. Słowiński, op. cit., s. 220.

8A. Hermann, op. cit., s. 26.

9Ibidem, s. 28.

10Zob. O. Błażejewicz, Warszawski okres działalności Lindego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 36; S. Dubisz, Język – Historia – Kultura (wykłady, studia, szkice), t. II, Warszawa 2007, s. 137–139.

11A. Bielowski, op. cit., s. 17–18.

12R. Taborskí, Wiedeński okres działalności Lindego, „Prace Filologiczne” 1981, XXX, s. 33.

13M. Janowski, op. cit., s. 127.

14S. B. Linde, Wstęp, [w:] tegoż, Słownik języka polskiego, t. I, wyd. 1, Warszawa 1807, s. XIV.

15Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1807–1915, red. S. Kieniewicz, Warszawa 1981, s. 73.

16J. Michalski, op. cit., s. 21.

Wacław Aleksander Maciejowski

Urodzony w 1792, prawdopodobnie w Kalwarii Zebrzydowskiej. Studia na Uniwersytecie Krakowskim, Uniwersytecie Wrocławskim i w zakresie prawa na Uniwersytecie Berlińskim; doktorat w Getyndze (1818); pracownik UW (od 1819); profesor zwyczajny od 1826; wykładowca Rzymsko-Katolickiej Akademii Duchownej w Warszawie (1836).

Prawnik i etnograf historyczny. Zajmował się prawodawstwem Słowian, był zwolennikiem tezy o przyjęciu obrządku słowiańskiego z Moraw przed obrządkiem łacińskim. Członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1831); członek korespondent Krakowskiego Towarzystwa Naukowego; członek Akademii Umiejętności w Krakowie (1873); duńskiej Société Royale des Antiquaires du Nord (1843) i Wydziału Filozofii Uniwersytetu w Pradze, Wileńskiej Komisji Archeologicznej (1857), Društva Srbske Slovesnosti (1858).
Zmarł 10 II 1883 w Warszawie.

Principia iuris romani, Warszawa 1820; Historia prawodawstw słowiańskich, t. I–IV, Warszawa–Lipsk 1832–1835; Pamiętniki o dziejach, piśmiennictwie i prawodawstwie Słowian, Petersburg–Lipsk 1839; Polska aż do pierwszej połowy XVII wieku pod względem obyczajów i zwyczajów [...] opisana, t. I–IV, Petersburg–Warszawa 1842; Historia włościan i stosunków ich połitycznych, społecznych i ekonomicznych, które istniały w Polsce od czasów najdawniejszych, aż do drugiej połowy XIX wieku, Warszawa 1874.

J. Bardach, Wacław Aleksander Maciejowski i jego współcześni, Wrocław–Warszawa 1971; A. Rosner, Wacław Aleksander Maciejowski, [w:] Profesorowie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, red. G. Bałtruszajtys, Warszawa 2008, s. 39–42.

JULIUSZ BARDACH

WACŁAW ALEKSANDER MACIEJOWSKI*

1792–1883

 

Wacław Aleksander Maciejowski znany jest przede wszystkim jako historyk praw słowiańskich i kultury Słowian. Syn Kazimierza Józefa i Katarzyny [...] urodził się w Kalwarii Zebrzydowskiej lub jej bezpośredniej okolicy [...]. Sam Maciejowski ukrywał miejsce swego urodzenia, jak można sądzić po to, aby utrudnić wykrycie, że był z pochodzenia mieszczaninem, a nie szlachcicem, za jakiego się podawał.

W Kalwarii [...] uczęszczał do szkoły miejskiej do 1805 r., potem pobierał nauki w gimnazjum księży pijarów w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie jego starszy brat Józef był nauczycielem. Po ukończeniu gimnazjum zapisał się w 1812 r. na Uniwersytet Krakowski. Tu studiował pod kierunkiem wybitnego historyka kultury, znakomitego bibliografa, twórcy pierwszego w Krakowie seminarium historycznego, Jerzego Samuela Bandtkiego, który opiekował się Maciejowskim i pomagał mu. Po dwuletnich studiach w Krakowie, przy materialnej pomocy Bandtkiego, Maciejowski wyjechał na dalsze studia do Wrocławia. Słuchał tu [...] wykładów profesorów prawa, historii i filologii klasycznej. Bliska zażyłość połączyła go z profesorem prawa rzymskiego i historii prawa – Karolem Augustem Dominikiem Unterholznerem, uczniem znakomitego Fryderyka Karola Savigny’ego. „Unterholzner lubił mnie bardzo – wspominał potem Maciejowski – i pozwolił bywać u siebie. Czytywałem przed nim pandekta, które mi wyjaśniał, radząc trzymać się źródeł w chodzeniu koło nauk”. Unterholzner był mistrzem W. A. Maciejowskiego ukazującym Mu związki prawa z przemianami gospodarczymi i wydarzeniami politycznymi, a idee prawa rozpatrującym w ich historycznym rozwoju. Studiując języki klasyczne, prawo i historię, był Maciejowski jednocześnie od jesieni 1814 r. do marca 1817 r. lektorem języka polskiego, [...] dodatkowo zarabiał jako korektor.

Po uzyskaniu we wrześniu 1816 r. od władz oświatowych autonomicznego Królestwa Polskiego dwuletniego stypendium, pod warunkiem podjęcia później pracy w szkolnictwie, w marcu 1817 r. przeniósł się Maciejowski do Berlina, gdzie [...] kontynuował studia nad historią prawa i prawem rzymskim pod kierunkiem samego F. K Savigny’ego. Po roku przeniósł się do Getyngi. Słuchał tam wykładów historii prawa niemieckiego Karola Fryderyka Eichhorna i prawa rzymskiego – swego promotora Gustawa Hugo. Były to [...] gwiazdy pierwszej wielkości na naukowym firmamencie owych czasów.

[...] W 1818 r. obronił Maciejowski dysertację doktorską De vita et constitutionibus C. Q. Messii Traiani Decii (opublikowaną w Getyndze w 1818 r.) i uzyskał dyplom doktora obojga praw. [...] Pobyt na Uniwersytecie w Berlinie dał Maciejowskiemu wiele korzyści [...]. Szczególny zachwyt budziły w Nim wykłady Savigny’ego, który darzył młodego adepta historii prawa swymi względami i roztaczał przed Nim nawet perspektywę uzyskania – z czasem – katedry w Berlinie. [...] J. S. Bandtkie pisał: „Kochany Panie Maciejowski. Pomyślności Twoje berlińskie cieszą mnie bardzo. Żebyś miał pieniądze, a mógłbyś wytrzymać jako docentus privatus w Berlinie, byłbyś pewno szczęśliwszym od polskiego profesora”. Brak pieniędzy zmuszał jednak Maciejowskiego do szukania od razu pracy zarobkowej. A tę ofiarowano mu w Królestwie Polskim.

Po powrocie do Warszawy Maciejowski objął w październiku 1818 r. stanowisko zastępcy profesora Liceum Warszawskiego w zakresie filologii klasycznej, gdzie uczył jako profesor do 1831 r. Rychło po przyjeździe przystąpił do wolnomularstwa [...]. Więcej w tym było konformizmu niż przekonań, jako że ministrem był podówczas gorliwy mason Stanisław Kostka Potocki. W październiku 1819 r. podjął Maciejowski równolegle wykład instytucji prawa rzymskiego na Uniwersytecie Warszawskim jako tzw. profesor przybrany. W 1820 r. wydał podręcznik Principia iuris romani. Jego drugie wydanie ukazało się w 1825 r. [...]. W lutym 1826 r. został Maciejowski mianowany profesorem stałym, a w marcu 1830 r. profesorem zwyczajnym. Rektor Uniwersytetu Warszawskiego ks. Wojciech Szweykowski tak oceniał Go w urzędowej, ale dwuznacznej charakterystyce: „Usposobienie należyte, pracowitość wzorowa, złączona z regularnością [...]. Zupełnie powolny dla zwierzchności, uprzedza jej życzenia”. Czy była to tylko pochwała zwierzchniej władzy, czy również zwrócenie uwagi na konformizm młodego profesora?

Zajęcie się przez Maciejowskiego prawem rzymskim, do czego był przez swoje studia świetnie przygotowany, wynikało przede wszystkim z pragnienia zajęcia stanowiska profesora na Uniwersytecie Warszawskim. W wykładanym przez siebie przedmiocie interesowała Go bardziej historia niż dogmatyka tego prawa. [...] Zaznaczyły się w tym zainteresowania badawcze Maciejowskiego, który był przede wszystkim historykiem, badającym prawo jako element kultury i ustroju. W tym też kierunku rozwijała się Jego twórczość, gdy już od prawa rzymskiego – po likwidacji w 1831 r. Uniwersytetu Warszawskiego – odszedł bezpowrotnie.

W dobie Powstania Listopadowego Maciejowski wstąpił do akademickiej gwardii narodowej, należał nawet do jej komitetu. W kwietniu 1831 r. został też wybrany członkiem Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk.

Na czasy powstania przypadło przygotowanie do publikacji fundamentalnego dzieła, które ugruntowało pozycję naukową W. A. Maciejowskiego. Była nim Historia prawodawstw słowiańskich wydana w czterech tomach w latach 1832–1835, a przetłumaczona rychło na język niemiecki. [...]

Jak doszło do tego, że romanista zajął się niespodziewanie historią porównawczą prawodawstw słowiańskich, więc syntezą wymagającą, zdawałoby się, wielu lat prac przygotowawczych, oraz jaką wartość przedstawia ona dziś? [...]

Sam Maciejowski [...] sprecyzował ściślej genezę dzieła, wskazując, że powstało ono wówczas, gdy został powołany w 1820 r. do komisji mającej zająć się rewizją prawa cywilnego i zastąpić obowiązujący w Królestwie Kodeks Napoleona przez prawo oparte na zasadach rodzimych. Krytycyzm wobec tego kodeksu był w tym czasie u Maciejowskiego wynikiem wpływu także niemieckiej szkoły historycznej w prawodawstwie. [...] „Z rozmów z Savignym i jego wykładów – pisał Maciejowski – odniosłem tę korzyść, żem poznał ważność odszukiwania historycznych pomników prawa tudzież wykrywania z nich utajonej prawdy i żem się przekonał o potrzebie zwracania baczności przy śledzeniu zasad prawa i rozwoju ich na wzajemny stosunek prawodawstw sąsiednich zwłaszcza ludów”.

[...] Od zainteresowań naukowych do ich realizacji była jednak daleka droga. Zaabsorbowany wykładami prawa rzymskiego i opracowaniem podręcznika tego przedmiotu, zainteresowania historią prawa polskiego przesunął Maciejowski na odległy dość margines. Początkowo zresztą reprezentował romanistyczną koncepcję rozwoju dawnego prawa polskiego. Dopiero zapoznanie się – jak odnotował – z Germanią Tacyta ukazało mu instytucje rodzime ludów Europy Środkowej, powstałe niezależnie od wpływów rzymskich. Zbiegło się to z przyjazdem [...] do Warszawy Joachima Lelewela. Nie będąc prawnikiem, a może właśnie dzięki temu, Lelewel dawniej widział już i doceniał rolę pierwiastków narodowych w prawie, sprowadzając rolę prawa rzymskiego w dawnej Polsce do skromnych wymiarów, a w szczególności występując – najsłuszniej – przeciw opinii, która przypisywała mu rolę prawa posiłkowego. Lelewel odegrał niewątpliwie rolę inspiratorską w ukształtowaniu się poglądów Maciejowskiego na historię praw słowiańskich. [...]

W 1829 r. porzucił Maciejowski daleko zaawansowane prace nad Commentarii iuris romani et slavici, gdzie – jak pisał – miał zamiar skreślić „obraz prawodawstw słowiańskich najdawniejszych, a mianowicie Polaków, Rosjan, Czechów, Serbów, Dalmatów etc., a to w porównaniu z prawem rzymskim”, i przeszedł do porównawczego przedstawienia wyłącznie praw słowiańskich. Obok wpływu Lelewela oddziałała na to ogólna atmosfera epoki, charakteryzującej się wzrostem zainteresowania historią narodową z jednej strony, a starożytnościami słowiańskimi – z drugiej. [...] Jednocześnie pod wpływem [...] uczonych polskich i czeskich, ulegał rozszerzeniu zakres zainteresowań naukowych Maciejowskiego. Początkowo zamierzał ograniczyć się do historii dawnego prawa cywilnego narodów słowiańskich, ujętej od strony praktycystycznej, a podyktowanej przez Jego udział w komisji legislacyjnej Królestwa. Od tego opracowania Maciejowski zmierzać zaczął ku szerokiej naukowej syntezie. W przygotowaniu jej nie był zdany na własne siły. Aktywnie pomagali Mu w tym uczony prawnik, profesor Uniwersytetu Warszawskiego Jan Wincenty Bandtkie, młodszy brat Jerzego Samuela – jego mentora i opiekuna z lat studenckich oraz Lelewel. Współdziałali też z Maciejowskim uczeni czescy Wacław Hanka i Paweł Šafařik. Pomocy ich zawdzięczał Maciejowski zarówno wypracowanie koncepcji i założeń dzieła, jak i materiał, z którego je zbudował. [...] Materiały źródłowe do swojej syntezy czerpał też Maciejowski z tek J. W. Bandtkiego, który przygotowywał do wydania zbiór dawnych praw polskich. [...] Największą pomoc okazał mu jednak Andrzej Kucharski – również profesor Liceum Warszawskiego. [...] Maciejowski, przystępując do pisania Historii prawodawstw, jeszcze nie znał dawnych języków słowiańskich. Kucharski był więc dla niego współpracownikiem niezbędnym. Jego udział w dziele Maciejowskiego został uwieńczony wydaniem tomu źródeł: Najdawniejsze pomniki prawodawstwa słowiańskiego (Warszawa 1838). Były one pomyślane jako dodatek źródłowy do Historii prawodawstw. [...] Tak więc pierwsza edycja Historii prawodawstw nie była poprzedzona gruntownymi studiami. Jej baza źródłowa była ograniczona. Kwerenda archiwalna i rozbudowa warsztatu nastąpiły dopiero po opublikowaniu pierwszego wydania i znalazły odbicie w następnych pracach Maciejowskiego, w szczególności w drugim wydaniu dzieła, które, rozszerzone do sześciu tomów, ukazywało się w Warszawie począwszy od 1856 roku. [...]

Po upadku powstania polskiego we wrześniu 1831 roku uczony nasz pozostał w Warszawie, gdy polskie życie intelektualne skupiło się przede wszystkim na emigracji. Stwarzało to – biorąc pod uwagę lojalistyczną odtąd wobec caratu postawę Maciejowskiego – sytuację, w której nie zabrakło spięć i konfliktów. Mimo to utrzymywał on nadal naukową współpracę i dialog również z Lelewelem, mimo politycznej roli, jaką ten odgrywał na emigracji. Ułatwiały ten dialog, nieraz niepozbawiony wzajemnych złośliwości, zbliżone w wielu aspektach założenia naukowe obu uczonych. Różnice natomiast w ich poglądach dadzą się odczytać z toczonych, później zresztą, polemik. Kiedy od 1832 r. zaczęły się ukazywać tomy Historii prawodawstw, Lelewel na emigracji śledził ukazywanie się dzieła i korzystał w swoich pracach z materiałów w nim zawartych.

Na polskie środowiska emigracyjne w latach trzydziestych poglądy zawarte w Historii prawodawstw wywarły znaczny wpływ. Poglądy reprezentowane przez jej autora odpowiadały kołom demokratycznym, które widziały przyszłość w wolnym związku ludów słowiańskich, opartym na prawach racjonalnych, postępowych i jednocześnie płynących ze źródeł narodowych i sobie pokrewnych. Elementy historyczne do tej konstrukcji znajdowano w Historii prawodawstw słowiańskich. Demokratycznej części emigracji odpowiadał pogląd Maciejowskiego, że ustrój społeczny zarówno Polaków, jak i innych ludów słowiańskich opierał się na zasadzie pierwotnej równości i wolności. [...] Dopiero wpływy obce, których implantacja dokonywała się poprzez religię chrześcijańską, miały wprowadzić podział ludności na stany. „Odtąd – pisał Maciejowski – posiadłości ziemskie, powołanie rycerskie, sprawowany urząd dawały prawo do największego w kraju znaczenia”. Chrześcijaństwo więc i złączony z nim zachodni feudalizm, występujący przede wszystkim w jego niemieckich – najbliższych geograficznie Słowiańszczyźnie – formach, niszcząc dawną równość, miały wprowadzić na Słowiańszczyznę niewolę i poddaństwo chłopów. [...] Hipotezy Maciejowskiego, wynikające z apriorycznych założeń, były przyjmowane współcześnie jako naukowo uzasadnione. Posłużyły one jako teoretyczna podbudowa dla programu Towarzystwa Demokratycznego Polskiego sformułowanego w 1836 r. we Francji. Przyczyniły się one też do rozgłosu międzynarodowego Historii prawodawstw.

Ale gwiazda Maciejowskiego na emigracji miała rychło stracić swój blask. U podstaw tego leżało nasilające się słowianofilstwo Maciejowskiego, prowadzące go w kierunku panslawizmu, choć nigdy nie zdeklarował się jako panslawista. Jego odbiciem była protekcja, jakiej udzielali Maciejowskiemu zarówno namiestnik Królestwa – książę Paskiewicz, jak i prawosławny biskup warszawski – Antoniusz. Autor nasz łudził ich zresztą, że dostarczy propagandzie panslawistycznej więcej argumentów historycznych, niż mógł – a zapewne i chciał – jej użyczyć.

Po zamknięciu Uniwersytetu Warszawskiego i po pewnym okresie wyczekiwania został Maciejowski powołany w połowie 1833 roku do sądownictwa cywilnego. W praktyce pozostając na etacie sędziego, korzystał z urlopu, mającego służyć pracy naukowej subwencjonowanej dyskretnie od 1834 roku przez władze rosyjskie. W tym czasie wykańczał i publikował następne tomy Historii prawodawstw. O pośpiechu, z jakim pracował, świadczy uzupełnianie tekstu nowymi źródłami jeszcze w korekcie. [...] Z perspektywy historycznej skłonni jesteśmy oceniać pierwsze wydanie, mimo niedostatecznego przygotowania Autora oraz pośpiechu w publikacji, wyżej niż drugie, opublikowane w ćwierć wieku później na bazie już rozbudowanego warsztatu. W przeciwieństwie bowiem do drugiego, pierwsze wydanie Historii prawodawstw słowiańskich nie reprezentowało tendencji panslawistycznej, a, stawiając prawa wszystkich ludów słowiańskich na równi, pierwsze miejsce wyznaczało znanemu najlepiej autorowi prawu polskiemu [...]. Zauważyć warto, że już współcześnie ta idealizacja Słowian napotykała w nauce polskiej na krytykę. [...]

Historia prawodawstw słowiańskich stała się osią następnych dzieł Maciejowskiego. Oto w 1839 roku ukazało się dwutomowe dzieło zatytułowane Pamiętniki o dziejach, piśmiennictwie i prawodawstwie Słowian [...]. Pomyślane – jak to uwidoczniono w podtytule – jako Dodatek do Historii prawodawstw, oparte było na założeniu zasadniczej odmienności pierwiastków słowiańskich i germańskich w bycie społecznym i prawie. „Pierwowzór i samodzielność słowiańskiego prawodawstwa jest – pisał autor – w ziemstwach i prawach rodowych”. Przeciwstawiał to feudalności germańskiej. Rolnictwo – wywodził – miało wcześniej rozwinąć się u Słowian, a ustrój militarny i jako jego skutek feudalizm – u Germanów. Stąd odmienność kultur i systemów prawnych obydwu narodów, choć w ciągu dziejów mieszały się one ze sobą i wzajemnie na siebie oddziaływały. „Odwiecznie sąsiadując z Słowianami Germanowie udzielali im niemało pomysłów swoich prawnych i nawzajem niemało takowych przyjmowali od nich, jak to się zwykle pomiędzy sąsiedzkimi dzieje ludami – pisał Maciejowski. – Stany panujące i ich prawa mające swój zaród w słowiańskiej narodowości rozwijały się na sposób germański, ale ich zupełne rozwinięcie się w duchu narodowości – własnej nastąpiło [...]. Nawzajem, germańskie gminy i ich prawa rozwijały się w duchu słowiańskiej narodowości, ale w rozwiniętych pierwiastek germański przeważył. W tych dwóch stosunkach [...] szczególniej widzieć można już, jak wielce słowiańskie i germańskie prawodawstwo na siebie wpływają nawzajem”.

Teza o wzajemnym oddziaływaniu obu systemów prawa łagodziła znacznie doktrynalnie słowiański punkt wyjścia Maciejowskiego. Łączyły się one z nowoczesną – a prekursorską wówczas – koncepcją przedstawienia historii prawa jako części historii kultury. To rozszerzenie zakresu badań tak uzasadniał Maciejowski: „Kościół i szkoła, oświata i obyczaje ludu – pisał – w ścisłym zostają związku z historią prawodawstw, bo wykazują stopień cywilizacji narodu”. I dalej formułował myśl, która i dziś nie straciła na aktualności: „W piśmiennictwie historycznym dzieje polityczne ludów świetną dotąd grały rolę; ale się czas zbliża, gdy historia cywilizacji zajmie głównie uwagę piszących [...]. Wyżej ona jak dotąd stała, wzniesie historyczną sztukę, stawiając badacza w potrzebie zapatrywania się na zdarzenia z innego jak dotąd stanowiska”.

Pamiętnikach dał Maciejowski zarys swojej historiograficznej doktryny słowiańskiej. Jej punktem wyjścia było pojęcie języka słowiańskiego jako jedności, obejmującej wielość osobnych słowiańskich narzeczy. Ze słowiańskiej wspólnoty językowej wypływało pojęcie jednego narodu słowiańskiego, podzielonego na historycznie ukształtowane szczepy, którymi są poszczególne ludy słowiańskie. Ludy te pragnął Maciejowski ożywić duchem jedności i braterstwa słowiańskiego. [...]

Daleki był jednak Maciejowski od postulowania rozpłynięcia się i narodów słowiańskich w rosyjskim morzu, jak mu imputowali nieraz przeciwnicy. Dla współczesnych jego postawa nabierała określonych treści w zestawieniu z rozwijaną przez niego tezą, że przyjęte z Moraw pierwotne chrześcijaństwo w Polsce było obrządku słowiańskiego i z czasem dopiero zostało wyparte przez obrządek łaciński, co łączył z osobą i działalnością św. Wojciecha oraz Ottońską polityką Bolesława Chrobrego. Warto dodać, że tłumaczenie tej części Pamiętników pt. Pierwotne dzieje chrześcijańskiego kościoła u Słowian na języki francuski i rosyjski zostało dokonane w 1840 r. z zalecenia rządu rosyjskiego i przezeń subwencjonowane. Ponieważ wydanie Pamiętników zbiegło się z likwidacją unii kościelnej na ziemiach wschodnich zaboru rosyjskiego, uznano to za torowanie drogi prawosławiu, a Adam Mickiewicz w wykładzie z 12.4.1842 roku w Collège de France określił nawet Maciejowskiego mianem odstępcy. Ostro potępiał go też Edward Dembowski. [...]

Maciejowski pisał bardzo dużo, imponując rozległością zainteresowań. Kolejne jego dzieło: Polska aż do pierwszej potowy XVII wieku pod względem obyczajów i zwyczajów [...] opisana stało się podstawą dla etnografii historycznej. A Piśmiennictwo polskie od czasów najdawniejszych aż do 1830 r. to historia literatury staropolskiej doprowadzona zresztą, wbrew tytułowi, tylko do połowy XVII w. Dał w niej Maciejowski próbę oparcia dziejów literatury polskiej na heglowskiej triadzie. Podzielił mianowicie dzieje literatury na trzy wielkie epoki, które nazwał zwrotami odpowiadającymi tezie, antytezie i syntezie. W dziejach literatury polskiej widział – w duchu romantycznym – przejaw ścierania się rodzimości z cudzoziemszczyzną. Podkreślał i wydobywał elementy swojskie (folklor, zabytki literatury mieszczańskiej). Chociaż oparte na sztucznej konstrukcji syntetyzującej, dzieło to miało dużą wartość informacyjno-materiałową, a obejmowało, oprócz literatury pięknej, także naukową i religijną, historię języka polskiego i oświaty.

Liczne rozprawy, artykuły i recenzje drukował Maciejowski w różnych czasopismach. Z obfitością produkcji nie zawsze szła w parze dbałość o wykończenie. Również niedostateczny był krytycyzm wobec źródeł. Cechowały Maciejowskiego też ekstensywne interpretacje etymologiczne oraz uleganie z góry przyjętym tezom. W szczególności od 1844 r. rozwijał uparcie teorię swewską, według której Swewowie mieli być Słowianami (Suevi – Slavi), którzy osiedli nad Dunajem aż po Ren i stworzyli potężną rzeszę swewską w połączeniu z przybyłymi ze Skandynawii Germanami. Część tych ostatnich przejęła od Słowian nazwę Suevi (Szwabowie). Stąd wywodził Maciejowski wydatny – jego zdaniem – udział pierwiastków słowiańskich w ustroju Europy Zachodniej. Zaliczał do nich ustrój rodowy i organizację gminną w kształtowaniu ustroju średniowiecznej Europy. Teoria swewską spotkała się z ostrą krytyką, która zarzucała jej Autorowi fantastykę i brak podstaw naukowych. Już Joachim Lelewel w liście do Maciejowskiego z sierpnia 1860 r. pisał: „Przerabianie [Swewów] w Słowiany śmieszne mi się wydaje. Czy godzi się takie fantazje tworzyć?”. I choć potem koncepcję tę przyjął i rozwinął Wojciech Kętrzyński, który do Słowian zaliczał także Longobardów, Markomanów, Kwadów itd., choć pogłosy jej spotyka się jeszcze u Tymienieckiego (1951), stanowi ona dziś naukowe curiosum, przykład dowolnej interpretacji filologicznej, postawionej w służbę nienaukowym, apriorycznym założeniom.

W 1849 r. przeszedł Maciejowski na emeryturę, którą otrzymał w pełnym wymiarze dotychczasowych poborów. Zabezpieczony materialnie (otrzymał jeszcze od władz rosyjskich w długoterminową dzierżawę majątek Maże koło Łęczycy), zajmował się wyłącznie pracą naukową. W początku drugiej połowy XIX w. uznawano Maciejowskiego za najwybitniejszego historyka pracującego w Warszawie. [...]

Był jednak jednocześnie Maciejowski postacią kontrowersyjną, do czego w niemałym stopniu przyczyniła się jego konformistyczna postawa wobec caratu po 1831 r. Na emigracji ostrą kampanię przeciw niemu prowadził m.in. ksiądz Piotr Semenenko ze Zgromadzenia XX. Zmartwychwstańców, który też spowodował umieszczenie Pamiętników i drugiego wydania Historii prawodawstw słowiańskich w Index Librorum Prohibitorum (dekret z 1858 roku). Potępione tezy – według relacji klerykalnego „Przeglądu Poznańskiego” – dotyczyły tego, że „słowiański obrządek poprzedził łaciński w Słowiańszczyźnie”, że „cerkiew grecka lepsza była dla Słowian niż kościół zachodni”, że autor miał zaprzeczać Bożemu posłannictwu papieży, zrównując ich z patriarchami greckimi, oraz dowodził, że bywali ustanawiani przez cesarzy, wreszcie, że „jest stronnikiem małżeństw cywilnych, a w następstwie zwolennikiem rozwodów”. Maciejowski zwrócił się do papieża Piu sa IX, prosząc o cofnięcie dekretu i wyjaśniając bezzasadność postawionych mu zarzutów. [...] W swym przekonaniu Maciejowski nie uchybił w niczym katolickiej ortodoksyjności. Jednak jego pismo z Kurii Rzymskiej powędrowało do rąk oskarżyciela, który złożył je ad acta. [...]. Znamienne, że mimo przemożnych wpływów Kościoła katolickiego w społeczeństwie polskim, umieszczenie dzieł Maciejowskiego w Indeksie nie zaważyło na jego pozycji w kraju. Nawet środowiska konserwatywne jakby tego nie dostrzegły.

W 1860 r. został Maciejowski wybrany na członka honorowego Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. W 1873 r. powołano go do pierwszego składu świeżo utworzonej Akademii Umiejętności w Krakowie. Tu jednak założył veto rząd austriacki, któremu nie odpowiadały słowianofilskie koncepcje Maciejowskiego.

Aktywność naukowa Maciejowskiego znajdowała wyraz w rozległej korespondencji, jaką w tych latach prowadził z uczonymi slawistami zarówno w krajach słowiańskich, jak i w germańskich. [...] Wiele zagranicznych towarzystw naukowych w Chorwacji, Czechach, Danii, Rosji, Serbii powołało Maciejowskiego do swego grona. [...]. Serbo-chorwackie tłumaczenie Historii prawodawstw opublikowane w Budapeszcie w 1856 r. spotkało się na Półwyspie Bałkańskim z dużym – znacznie większym niż w Polsce – zainteresowaniem [...] i odegrało istotną rolę w kształtowaniu świadomości politycznej Słowian Południowych.

W latach późniejszych słowianofilskie koncepcje Maciejowskiego osłabły. Zależało mu też coraz bardziej na polskiej opinii publicznej, stąd powściągliwe stanowisko wobec Kongresu Ogólnosłowiańskiego w Moskwie (1867), stąd korespondencja z takimi emigrantami, jak Jan Nepomucen Janowski i dr Feliks Michałowski. W listach Maciejowskiego do nich brzmiały nuty patriotyczne. W liście do Janowskiego w 1874 r., z galicyjskiej co prawda Krynicy, więc bez obawy o rosyjską cenzurę, wspominając rok 1831, pisał z patosem: „Boże mój, czy tyle ofiar poniesionych dla Ojczyzny mają przejść bezowocnie? Nie, nigdy! Polska powstanie z upadku! Oddawałem się badaniu nad prawem rzymskim w celu nauczenia się sposobu, jak badać historycznie ojczyste prawo. Badając takowe doszedłem do przekonania, że nasza szlachta niczego się nie nauczyła od przeszłości, o niczym nie zapomniała”. [...] Tak więc zależało Maciejowskiemu na dobrym imieniu wśród rodaków, oburzał się też na tych, którzy, jak Lucjan Tomasz Rycharski, pisali – co sam referował – „żem zagorzały słowianofil, że w Słowiańszczyźnie wszystko dobrym, wszystko swojskim widzę; że Lelewel gorliwym był patriotą Polakiem, a ja panslawistycznej szkoły czeskiej uczonym; że gdy jego zagrzewała miłość Ojczyzny, mnie jedynie prowadzi nauka, nie mająca żadnego związku z obecnym życiem narodu”. Poglądy te oceniał słowami Krasickiego:

Stąd też jeden za drugim owczym bieżąc pędem,

Skoro zełgał najpierwszy, wszyscy łgali rzędem. [...]

Obok tych, względami ideologicznymi kierowanych, opinii, obok drobiazgowych zarzutów, w których celował Walenty Dutkiewicz, pojawiły się głosy krytyki obiektywnej. Pochodziły one głównie z zaboru austriackiego, gdzie kompleks antyrosyjski nie działał tak silnie, jak w Królestwie. Naukową i wyważoną ocenę dziełu Maciejowskiego dał w szczególności Michał Bobrzyński w rozprawie O dawnym prawie polskim, jego nauce i umiejętnym badaniu (1874). [...]

Dzieło Maciejowskiego charakteryzują wartości, które zapewniły mu trwałe miejsce w historii nauki. Można – sądzę – do nich zaliczyć:

1. Wprowadzenie do nauki europejskiej historii praw słowiańskich, a przez to wyprowadzenie polskiej nauki historyczno-prawnej z opłotków na szeroki świat, gdzie nie szczegóły, ale zjawiska ogólne odgrywają podstawową rolę.

2. Zastosowanie do badań ich podejścia porównawczego. Po raz pierwszy zostało ono uwzględnione w tak szerokim zakresie, nie ograniczonym do jednej dziedziny prawa, ale obejmującym całość ustroju i systemu prawnego wszystkich krajów słowiańskich.

3. Uzasadnienie na podstawie konkretnego – choć nie zawsze ścisłego – materiału historycznego ideologii Herdera, która głosiła renesans długo uciskanej przez obcych, pracowitej, łagodnej, pokojowej Słowiańszczyzny w świecie, w którym nastąpił rozwój idei humanitarnych, kształtujących nowe formy życia ludzkości. Było więc to dzieło reprezentatywne dla historiografii romantycznej.

4. Zastosowanie wskazań szkoły historycznej w prawoznawstwie. Szkoła ta – jak podkreślał sam Maciejowski – nie tylko badała więzi przyczynowo-skutkowe, ale starała się również przewidzieć owych skutków konsekwencje. Poprzez poznanie przeszłości miała ona umożliwić prawodawcy kształtowanie prawa opartego na rodzimych podstawach. Konsekwentny historyzm połączony z celami praktycznymi podkreślał świadomą postawę autora, wiążącego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w jeden ciąg procesu dziejowego.

M. Bobrzyński zwracał też uwagę, że Maciejowski pierwszy przeprowadził periodyzację historii prawa polskiego [...] oraz dokonał podziału ojczystego prawa nie na prawo publiczne i prawo prywatne, nieadekwatne do stosunków dawnej Polski, ale na prawo polityczne i prawo sądowe.

Od drugiej połowy lat sześćdziesiątych XIX w. w zainteresowaniach naukowych Maciejowskiego nastąpił pewien zwrot, być może również podyktowany względami na opinię publiczną. Od Słowiańszczyzny wrócił do Polski, ograniczając do jej dziejów zakres swoich studiów i publikacji. A tu oddawał pierwszeństwo problematyce aktualnej i na czoło wysuwał czasy późniejsze, w szczególności dobę Oświecenia i jego konsekwencje dla XIX stulecia. W tym kontekście sytuują się jego zainteresowania dla Zbioru praw sądowych Andrzeja Zamoyskiego. Podejmując badania – częściowo tylko opublikowane – nad Zbiorem praw, wychodził Maciejowski z założenia, że historia prawa winna stanowić wprowadzenie do prawa pozytywnego. Stąd wysoką ocenę Zbioru praw połączył ze zmianą dotychczasowej postawy wobec Kodeksu Napoleona. Uznając jego zalety dla rozwoju kraju w dziedzinie gospodarczej i społecznej, widział w pomyślnej recepcji Kodeksu skutek poprzedniego przeorania gruntu przez projekt Zamoyskiego. [...] Ta zmiana postawy wobec czołowego systemu prawa burżuazyjnego łączyła się ze skierowaniem się Maciejowskiego w stronę problematyki społeczno-gospodarczej. Zaznaczył się w tym wyraźny wpływ pozytywizmu. Ideologia „pracy organicznej” znajdowała wyraz i w tym, że, zajmując się sprawą włościańską czy kwestią żydowską, zwracał szczególną uwagę na dokonane reformy (jak uwłaszczenie) lub ich projekty. I tu więc historia prawa miała służyć współczesności. Znalazło to wyraz – niestety, bez zmiany naukowego warsztatu już anachronicznego w tej dobie – w opublikowanej wówczas Historii włościan [...] w Polsce od czasów najdawniejszych aż do drugiej połowy XIX wieku (1874), nagrodzonej jeszcze w rękopisie przez Towarzystwo Przyjaciół Nauk w Poznaniu, dalej w rozprawie Żydzi w Polsce, na Rusi i Litwie (1878; przekład rosyjski w 1881). [...] Pośmiertnie już wydano przygotowywaną przez Maciejowskiego w ostatnich latach życia Historię miast i mieszczan w krajach dawnego państwa polskiego od czasów najdawniejszych aż do połowy XIX w. (1890).

Zmarł Maciejowski w 1883 roku i pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Fundamenty jego obfitej twórczości naukowej zostały założone w Historii prawodawstw słowiańskich. Była to wczesna – ale jak dotąd jedyna – synteza ustroju i prawa narodów słowiańskich, napisana w myśl założeń szkoły historycznej w prawoznawstwie i w duchu panującego wówczas w historiografii romantyzmu. Jest też pierwszą w skali nauki europejskiej – więc wówczas światowej – próbą zastosowania podejścia porównawczego do poznania całości ustroju i prawa obszernego i zróżnicowanego regionu Europy. W tym zakresie jest pozycją klasyczną, a dla poznania dziejów rozwoju myśli i nauki historycznej nader pouczającą. Stąd też rozgłos międzynarodowy, jakiego nie miała żadna inna historyczna synteza pióra polskiego autora.

Warto podkreślić, że, podejmując badania porównawcze praw słowiańskich, każde z nich ujmował Maciejowski jako pewną całość, związaną z innymi pokrewieństwem łączącym wszystkie ludy słowiańskie, i te całości zestawiał ze sobą. [...]

Oceniając ogólnie jego osobowość, można stwierdzić, że W. A. Maciejowski był człowiekiem niezmordowanej pracowitości, a pracował do późnej starości, w życiu wszystko sobie samemu zawdzięczającym. Wyszedł z biedy, dbał więc o dobra materialne i zabiegał o nie. Troszczył się pilnie o swoją karierę, ale też szczerze pasjonowała go nauka: bez tej pasji nie dokonałby tyle. Wyrażała się też ona w zaciętych, często drobiazgowych sporach naukowych i polemikach.

Konformistyczna, po 1831 r. lojalistyczna wobec caratu postawa Maciejowskiego, niewolna czasem nawet od serwilizmu, dyktowała mu posunięcia, które nie zawsze dawały się uzasadnić z narodowego punktu widzenia. Stąd żywe kontrowersje, jakie budziła jego osoba, które przetrwały aż po dzień dzisiejszy. W imię prawdy należy jednak stwierdzić, że słowianofilstwo Maciejowskiego nie doprowadziło go do panslawizmu w jego panrosyjskiej postaci. Nie stał się nigdy [...] odstępcą, żył i działał przez cale życie w środowisku polskim. Opinia polska – w Królestwie zwłaszcza – krytyczna wobec jego słowianofilskich poglądów uznawała go przecież i lokowała na wyższym lub niższym stopniu panteonu nauki polskiej. [...]

Polihistor, obejmujący swym zasięgiem ogromne zakresy badań, pisał Maciejowski dużo, na pewno za dużo. Stąd wiele rzeczy wyszło z jego warsztatu niedopracowanych. Wiele też w nich powtórzeń, pochopnych uogólnień, nieuzasadnionych hipotez, niesprawdzonych danych. [...] Ostre, krytyczne oceny, których nie poskąpili Maciejowskiemu współcześni, zwłaszcza młodsi od niego, dają się wytłumaczyć nie tylko zrozumiałą drażliwością we wszystkim, co dotykało sprawy narodowej, ale i znanym zjawiskiem, że najostrzejsze są zwykle spięcia między dwiema następującymi bezpośrednio po sobie generacjami, które są dostatecznie zbliżone w czasie, aby wejść ze sobą w bezpośrednią styczność, a dostatecznie zróżnicowane co do metod i idei, by nie móc znaleźć płaszczyzny porozumienia. Dodatkowo zaostrza zwykle te sprzeczności naturalne dążenie do „zmiany warty”, istniejące nie tylko w polityce. Dopiero z dalszej perspektywy dają się lepiej, obiektywniej ocenić i sprawy, i ludzie. [...]

Trudno o jednoznaczną ocenę Maciejowskiego. Nie był, rzecz pewna, człowiekiem większego formatu. Zaciążył nad nim fatalnie czas, w którym przyszło mu żyć, choć nie można abstrahować i od jego cech charakteru. Jak stwierdził w swoim studium Z zagadnień psychologii społecznej Stanisław Ossowski: „w warunkach ucisku typy oportunistyczne mają daleko większe szanse przetrwania niż typy bohaterskie”. Absolutyzm carski preferował ludzi o giętkich kręgosłupach, stwarzał im warunki nie tylko przetrwania, ale i dobrobytu połączonego z dostępem do przywilejów. Maciejowski potrafił to wykorzystać. Jednocześnie jego twórczość naukowa, acz w znacznym stopniu przestarzała, stanowi trwałą pozycję w dziejach historiografii polskiej, więcej – słowiańskiej i europejskiej.

Wybrana literatura

 

Bardach J., Wacław Aleksander Maciejowski i jego współcześni, Wrocław–Warszawa 1971.

Bardach J., Maciejowski W. A. [w:] PSB, t. XIX, Kraków 1974, s. 71–74 (tu pełna bibliografia).

Bardach J., Wacław Aleksander Maciejowski und die slavische Rechtsgeschichte, [w:] W. A. Maciejowski, Slavische Rechtsgeschichte, Vaduz/Liechtenstein 1978, s. 1–17.

SECT-ID LINK

*Tekst stanowi skróconą wersję rozprawy opublikowanej w: J. Bardach, W obiektywie nauki i w lustrze pamięci (o uczonych, pisarzach i politykach XIX i XX wieku), red. W. Sudnik, Warszawa 2004, s. 225–244. Pierwodruk w: Historycy warszawscy ostatnich dwóch stuleci, Warszawa 1986, s. 53–73 (tu także skrócona bibliografia).

Erazm Majewski

Urodzony 2 VI 1858 w Lublinie. Studia przyrodnicze na UW; profesor zwyczajny UW (od 1919).

Przyrodnik i socjolog. Wskazywał analogie między badaniami przyrodniczymi, archeologicznymi i społecznymi. Jego zbiory archeologiczne stały się podstawą Muzeum Archeologicznego w Warszawie.
Redaktor czasopism „Wisła” i „Światowid” (obu od 1899).
Członek honorowy Międzynarodowego Instytutu Socjologicznego w Paryżu; członek Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (1908); współpracownik Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności w Krakowie.
Zmarł 14 XI 1922 w Warszawie.

Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, Warszawa 1885; Koniec świata. Przegląd wypadków, jakie mogą spowodować zagładę ziemi, Warszawa 1887; Nauka o cywilizacji. Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i socjologii, Warszawa 1908; Kapitał, Warszawa 1914; Bankructwo pieniądza papierowego i cywilizacji opartej na wierze w dobroć natury ludzkiej, Warszawa 1920.

Erazm Majewski, „Wiadomości Archeologiczne” 1983, 2, s. 163–190; „Z Otchłani Wieków” 1958, 6, s. 407–408; Majewski E. [w:] PSB, t. XIX, Warszawa 1974, s. 176–178.

WŁODZIMIERZ ANTONIEWICZ

ERAZM MAJEWSKI*

1858–1922

 

Pragnąc oddać cześć św. pamięci prof. E. Majewskiego w organie Państwowego Grona Konserwatorów Zabytków Przedhistorycznych, której to instytucji zmarły był pierwszym prezesem, naszkicujemy jeden tylko fragment z jego tak czynnego życia, wyrażającego stosunek ś.p. E. Majewskiego do archeologii przedhistorycznej, jego na tym polu zasługi i dokonania. Obraz ten wystąpi najplastyczniej i będzie najwierniejszym rzeczywistości odbiciem, skoro nań rzucimy i światła, i cienie, jeśli obok harmonii poszczególnych rysów znajdą się też kontrasty, właściwe żywotnej naturze ludzkiej. Jako tło nieodzowne podamy kilka wyrwanych dat z życiorysu. Ś.p. Erazm Majewski urodził się w Lublinie w roku 1858. Po ukończeniu w Lublinie szkoły początkowej i średniej, udał się na Uniwersytet Warszawski. Poświęcił się następnie przemysłowi chemicznemu w Warszawie, zdobywając w ciągu żmudnego i niestrudzonego żywota dosyć znaczny majątek. Stan dobrobytu pozwolił mu oddać się umiłowanym pracom naukowym, których skala jest nader rozległa, mianowicie w dziedzinie botaniki i w ogóle nauk przyrodniczych, etnografii i etnologii, socjologii, ekonomii oraz archeologii przeddziejowej. Zakres – jak na jedno życie ludzkie – wprost olbrzymi i możliwy do, choćby ogólnego, objęcia jedynie dla umysłu tak uniwersalnego, jaki cechuje ś.p. prof. E. Majewskiego. Uregulowany i wystarczający stan majątkowy umożliwił mu też częste, zwłaszcza w młodszych latach, wędrówki i podróże wzdłuż i wszerz Europy, które rozszerzyły niepomiernie horyzonty umysłowe i upodobania naukowe ś.p. E. Majewskiego, dając mu zarazem możność nawiązania szerokich stosunków z zagranicznym światem intelektualnym, tak ważnych w intensywnej działalności każdego pracownika naukowego. Dostateczne zasoby materialne dały ś.p. E. Majewskiemu także możność stworzenia cennych zbiorów archeologicznych, które u schyłku życia oddał na własność społeczeństwa polskiego. Rzadką zaiste w Polsce postać gorącego rzecznika i pomnożyciela nauki tworzy ś.p. E. Majewski, który, podnosząc w pocie czoła przemysł krajowy i zyskując dzięki niemu dość dużą fortunę, wyzyskał ją umiejętnie dla dobra nauki polskiej i dla zadowolenia własnej, górnolotnej ambicji. Całe życie, od wczesnej młodości aż do nagłego zgonu w 64. roku życia, wypełniła ś.p. E. Majewskiemu ciężka, niezmordowana i młodzieńcza wprost działalność, i właśnie ów wciąż ruchliwy i czynny umysł, jako odpowiednik gorącego temperamentu, jest może najwybitniejszą cechą osobowości ś.p. E. Majewskiego, obok wyrobionego poczucia własnej wartości, obok silnej woli i konsekwencji, z jaką zmierzał twardo i bez wahania do wyznaczonego sobie celu. Wszystkie zaś te znamiona składają się bezspornie na typ nieprzeciętny i wydatnie odróżniający się od osławionego, może niesłusznie i nazbyt pochopnie, typu Polaka współczesnego.

* * *

Archeologią przedhistoryczną zainteresował się E. Majewski w latach dziewięćdziesiątych ub. stulecia, z właściwą sobie werwą i gorliwym zapałem. Do studium tego przedmiotu przeszedł z dziedziny z jednej strony geologii, z drugiej zaś etnologii, odczuwając dotkliwy brak znajomości rozwoju człowieka przedhistorycznego, pojawiającego się całkiem wyraźnie w epoce dyluwialnej, i który w konsekwencji przekazał po tylu tysiącach lat w dziedzictwie tradycji jaskrawe przejawy kultur dawno minionych starożytnym formom życia materialnego i duchowego ludu współczesnego. Przejście zatem do nowego zakresu badań dokonało się u E. Majewskiego w sposób konsekwentny i zdecydowany. Dołączył się do tego silny bodziec w kierunku kolekcjonowania zabytków przeddziejowych, jakim było poznanie zasobnych zbiorów wykopalisk za granicą, często zawdzięczających swe powstanie bogatym i świadomym znaczenia prehistorii mecenasom. Takim twórcą przyszłego Muzeum Narodowego Archeologicznego w Polsce zapragnął być E. Majewski, co ujawnił w szeregu artykułów, które miały propagować tę potrzebną u nas i zaniedbaną ideę [...]. Poza tym mnogość rozlicznych wyrobów krzemiennych masowo występujących na wydmach piaszczystych pow. stopnickiego, także w majątku wuja E. Majewskiego, p. F. Zembrowskiego, przyczyniły się do natychmiastowego zajęcia się poszukiwaniami archeologicznymi w pow. stopnickim, zarówno samodzielnie, jako też z pomocą chętnych amatorów i nawet płatnych eksploratorów. Jako owoc pierwszych badań prehistorycznych E. Majewskiego pojawiła się w roku 1895 monografia stanowisk wydmowych we wsi Ossówka w pow. stopnickim, dorównująca pod względem zewnętrznym wzorowym publikacjom G. Ossowskiego [...].

Chwila pojawienia się E. Majewskiego w rzędzie archeologów polskich była jedną z najcięższych chwili dla prehistorii polskiej, zwłaszcza na obszarze b. Kongresówki. Okres ożywionych i znakomitych, jak na owe czasy, badań terenowych i opisów materiałów naukowych, dokonanych przez hr. J. Zawiszę, A. Pawińskiego i J. Przyborowskiego (1870–1885), przebrzmiewały już z wolna w Warszawie. Tak wspaniale zaś rozwijająca się ta gałąź nauki w Krakowie za czasów A. H. Kirkora, J. N. Sadowskiego, dr. I. Kopernickiego i nade wszystko G. Ossowskiego, z chwilą przymusowego wyjazdu tego ostatniego badacza z Małopolski, podupadła znacznie i dopiero w kilka lat później została podniesiona na należyty jej poziom przez dr. Wł. Demetrykiewicza. W Wielkopolsce działali jeszcze może najwydatniej wówczas Wł. Jażdżewski, dr K. Koehler i dr B. Erzepki, w Wilnie zaś pracowali na tej niwie niemal samotrzeć W. Szukiewicz, T. Dowgird i M. E. Brensztejn. Temu ubóstwu personalnemu odpowiadał też niedostatek poruszonych problematów naukowych, skutkiem czego przeważna część zagadnień prawie z wszystkich epok przeddziejowych z terytorium Polski leżała odłogiem. Pola tedy do pracy było dużo, wszystkiego nie mógł ogarnąć jeden umysł, należało zacząć pracę od ciężkiego trudu gromadzenia i publikowania surowych materiałów, trzeba było zająć się tylko badaniem specjalnie pewnej najbardziej zagrożonej i najmniej znanej na ograniczonym terenie kategorii zabytków; wszystko to zrozumiał E. Majewski, przystępując do nowej pracy, i poświęcił się poszukiwaniom zabytków z epoki kamiennej, występujących na wydmach stopnickich, pragnąc nawiązać do świetnej tradycji swoich w Polsce poprzedników, zwłaszcza do wyników badań J. Przyborowskiego. Do tego skłaniały go też wzmożone za granicą, zwłaszcza w Francji, studia nad epoką kamienną i możność czerpania wzorów dla analogicznych i pogłębionych prac z zakresu pradziejów Polski. Orientował się też E. Majewski w konieczności wydawania opracowań monograficznych grup kulturalnych danych epok czy też całostek terytorialnych, czy wreszcie poszczególnych znalezisk i wykopalisk i właściwie, poza jedną ogólniejszą pracą archeologiczną [...] i kilku archeologiczno-historycznymi [...], wszystkie jego rozprawy i artykuły z zakresu prehistorii wykazują ściśle monograficzny charakter w powyższym ujęciu. Inna rzecz, iż nie wszystkie prace E. Majewskiego stały na poziomie nauki europejskiej, nie wszystkie są wolne od poważnych braków metodologicznych i rzeczowych.

Już w pierwszej swej monografii zabytków z Ossówki zdradza Majewski niedocenianie topograficznego rozłożenia poszczególnych skupin zabytków na wydmach opisanych. Wspomina o kilku wydmach w okolicy Ossówki, ale nie podaje, z którego stanowiska pochodzą schematycznie zestawione typy wyrobów krzemiennych i innych wykazujących – jak sam zauważył – przynależność do kilku innych okresów przeddziejowych, mianowicie do końcowych okresów paleolitu, do wczesnego i późniejszego neolitu oraz do epoki brązu. Być może, iż, po dokładnym zaznaczeniu miejsc pochodzenia poszczególnych typów, dałoby się zauważyć, obok mieszanych, także stanowiska czyste, zawierające zabytki z pojedynczych okresów epoki kamiennej, w każdym razie z wyłączeniem szelskiego, aszelskiego i mustierskiego, o których nieopatrznie autor też wspomina. Takie obserwacje ułatwiłyby niewątpliwie odnoszenie danych wyrobów krzemiennych do odpowiednich przemysłów paleolitycznych, epipaleolitycznych i wczesno- oraz późnoneolitycznych, usunęłyby – być może – trudność, z którą Majewski wciąż się borykał bez uzyskania trwalszych rezultatów. Chroma też opis typów narzędzi krzemiennych, niezbyt umiejętnie wydzielanych oraz ich właściwości morfologicznych, z których sobie współcześnie za granicą coraz lepiej zdawano sprawę. Inną jeszcze właściwością publikacji archeologicznych E. Majewskiego, którą już można zauważyć w pracy o Ossówce, jest dziwna rozlewność i częste operowanie ogólnikami, niedającymi konkretnego sądu o danym problemacie poruszonym, tudzież podkreślanie efektownych – zdaniem autora – momentów, obliczonych specjalnie na wrażenie, jakie ujęty przez Majewskiego materiał polski zrobi na badaczach obcych. Wypływem tego było zaś pominięcie drobnych obserwacji nie tak niespodzianych i brak opracowania szczegółów istotnych wszystkich zabytków, występujących na stanowiskach wydmowych, co oczywiście odbić się niekorzystnie musiało na rezultatach prac Majewskiego, zwłaszcza większych i ważniejszych. E. Majewski był samoukiem w dziedzinie prehistorii. Dając się ponosić wrodzonemu temperamentowi, nie posiadł, drogą żmudnych i drobiazgowych studiów, metodyki pracy terenowej ani teoretycznej, nie zgłębił wartości analizy form i typologii, nie dotarł do ujęcia i zrozumienia potrzeby i sposobów wyzyskania metody porównawczej, tak niezmiernie ważnej w archeologii. Majewski właściwie nieumiejętnie opisywał zabytki, nie usiłując najczęściej uchwycić najbardziej charakterystycznych cech danego okazu, a chętnie wzorując się na opisach w literaturze zagranicznej, nierzadko operował zapożyczonymi pojęciami na oznaczenie zgoła innych form i pojęć w ogóle. Wspomnę też o niedbałości w cytowaniu literatury w pracach Majewskiego. Otóż albo przytacza tylko nazwisko autora, albo tylko materiał obcy bez podania źródła, albo też nierzadko zestawia literaturę zaczerpniętą z jakiejś zagranicznej pracy, której nb. nie wyszczególnia [...]. Są to wady, które popełniają, niestety, liczni pracownicy bezustannie w celu popisania się łatwą erudycją, która oczywiście może znaleźć uznanie jedynie u laików i czy prędzej, czy później zostanie odpowiednio ocenioną. Wpływ literatury zagranicznej, ale w znacznie mniejszym stopniu nowych metod badawczych i wyników badań systematycznych, na prace E. Majewskiego jest nader widoczny [...]. Umiejętnie trawestuje rezultaty zagranicznych dociekań naukowych i podciąga pod nie, nie zawsze szczęśliwie, materiały z ziem Polski. Powiedziałbym, że niewiele sam się uczy z studiów obcych, pod względem metodologicznym i rzeczowym nieraz doskonałych. Być może stoi to w ścisłym związku z uważaniem przez E. Majewskiego archeologii przedhistorycznej za naukę „bodaj jedną z najłatwiejszych. Przy lada podręczniku jednym i drugim sama prawie przychodzi, a reszta zależy już tylko od dobrej woli i osobistych zalet pracownika” [...]. Tak błędne z gruntu przekonanie wyznawał E. Majewski aż do końca życia i ono było pewnie powodem, iż właściwie nigdy Majewski nie ogarnął przez wytrwałe studia żadnej części prehistorii systematycznie i dokładnie, w sposób odpowiadający pojęciu fachowości, na której opierać się mogą jedynie twórcze usiłowania. To również, zapewne, było powodem, iż E. Majewski nie udoskonalił wcale swej metody badań terenowych, polegającej niemal wyłącznie na wyjęciu z ziemi (przez siebie samego albo przez współpracowników) wykopalisk, które by mogły powiększyć rosnące wciąż kolekcje zabytków przeddziejowych. Z tego powodu naturalnie typ zbieracza stale przeważa w postaci E. Majewskiego nad typem badacza, zapatrzonego w problematy, rozszerzające i rozświetlające horyzonty naukowe, i pod tym kątem widzenia traktującego wykopaliska i zabytki, a nie dla ich przedmiotowej wartości i osobliwości. I co jest faktem ciekawym i dziwnym, to to, że E. Majewski – wnosząc z drobnych wzmianek, rozrzuconych bezładnie w różnych artykułach – zdawał sobie sprawę z jedynie właściwych sposobów badania np. stanowisk wydmowych, ze znaczenia i możliwości uchwycenia na wydmach piaszczystych stratygrafii, z potrzeby śledzenia zamkniętych, mniej lub więcej, gniazd zabytków, w odróżnieniu od siebie, z konieczności ścisłych obserwacji terenowych, a mimo to wszystko w praktyce zaniedbał tych desideratów, zupełnie je lekceważył, ze szkodą dla gromadzonych z dużym trudem i kosztem materiałów naukowych i dla własnych prac, które na nich oparł. Jest to zagadka – przynajmniej dla mnie – która jest chyba wypływem nieścisłości i pewnego rodzaju nieporządku myślenia w połączeniu z osobliwym temperamentem oraz gorączkową chęcią dojścia za wszelką cenę do oryginalnych wyników w zagadnieniach, oby jak najrychlej i najefektowniej, pod względem ilościowym, a mniej jakościowym, opracowywanych i wydawanych, zgodnie ze zwodniczą w nauce zasadą bis dat, qui cito dat.

Te właściwości, które spotykamy po raz pierwszy w monografii Ossówki, natrafiamy też w monografii powiatu stopnickiego [...]. Jest to dzieło podjęte na wielką skalę i, niestety, niedokończone. Nie dorównywa ono np. monografii Prus Królewskich G. Ossowskiego, zwłaszcza pod względem metody i szlachetnego sposobu opracowania – jeśli w ogóle da się oba te dzieła zestawiać z sobą. Monografia pow. stopnickiego jest mimo swe braki cennym nabytkiem dla literatury archeologicznej polskiej, ponieważ autor przed dwudziestu laty zwrócił w niej znów uwagę archeologów polskich na niedoceniane od czasów J. Przyborowskiego, a tak cenne i ważne zabytki zwłaszcza krzemienne z epoki kamiennej, starszej i młodszej, tak bogato występujące w Polsce na stanowiskach otwartych. Monografię tę podzielił E. Majewski na dwie części, wzajemnie się dopełniające. Część I objęła wykaz materiału podstawowego, tj. wszystkich zabytków, w porządku zbadanych miejscowości. W cz. II podał obszerniej, nie zawsze krótkie i treściwe, opisy owych zabytków w okazach najbardziej dla powiatu stopnickiego typowych, z usystematyzowaniem materiału podług rodzaju przedmiotów i epok. Obie części poprzedził krótki opis geograficzny i geologiczny okolicy, pogląd na rozmieszczenie miejscowości, w których znaleziono okazy archeologiczne. Miał je zaś zakończyć ogólny pogląd na charakter archeologiczny Stopnickiego [...]. Opracowanie monografii poprzedziły drobne opisy poszukiwań terenowych, prowadzonych w Stopnickiem przez E. Majewskiego i jego pomocników [...]. Przyniosły one sporą ilość ciekawych i ważnych wiadomości o zabytkach, odnoszących się do kilku okresów przeddziejowych z mało znanego zakątka Polski. Ale i te notatki i spostrzeżenia nie wynoszą się ponad poziom współczesnych opisów wykopalisk, dokonanych przez amatorów, a drukowanych razem z publikacjami Majewskiego w stworzonym przezeń roczniku „Światowit”. Wiadomości, podane przez Majewskiego, nie dorównują w żadnym razie pracom ówczesnych dr. Wł. Demetrykiewicza ani nawet W. Szukiewicza, które cechuje subtelna sumienność, prostota, niesilenie się na ryzykowne i nieodpowiedzialne uogólnienia, na które nie dozwalał jeszcze współczesny im stan wiedzy. Monografia pow. stopnickiego cierpi od początku do końca na tym, że jest oparta na niemetodycznie i nieumiejętnie zebranym materiale. Przykrą doprawdy rzeczą jest stwierdzenie faktu, iż E. Majewski nie przeprowadził ani jednego systematycznego wykopaliska jakiejś całości zabytkowej, czy to osady, czy cmentarzyska. Ograniczał się jedynie do zaczęcia robót albo zaopiekowania się nimi przez krótki czas, nie pozwalając nawet na splanowanie czy poczynienie obserwacji w terenie. Sam mówi o tym w § 13 monografii pow. stopnickiego: „zgromadzenie niezwykle obfitego materiału naukowego, w krótkim stosunkowo g-letnim okresie czasu, nie było zadaniem zbyt łatwem dla jednego eksploratora. Nigdybym tego nie dokazał i nie osiągnął plonu tej miary i wartości, pracując sam jeden nad poszukiwaniami. Tajemnicę powodzenia stanowi okoliczność, że wraz ze mną pracowała rzesza małoletnich pomocników z ludu, a przedewszystkiem, że miałem dzielnego i wytrwałego współpracownika na miejscu w osobie p. Fr. Zembrowskiego”. W Ossówce i Beszowie „średnio przez kilkanaście dni rocznie pracowało przez lat siedem po kilkunastu chłopców i dziewczynek. Cóż w tej sumie znaczyć może praca własna? Nie siliłem się nawet spożytkować jej w tym mało produkcyjnym kierunku, mając dość do czynienia w zakresie, w którym nie mogłem się wyręczyć pomocą obcą”. Niestety, owoce tyloletniej pracy zbiorowej, uciążliwej i kosztownej, okazują się w większości wypadków bez głębszej wartości naukowej, z powodu przemieszania zawartości poszczególnych gniazd i zespołów zabytków na rozlicznych stanowiskach, niewyróżnianych dokładniej i objętych wspólną nazwą miejscowości. W § 15 tejże monografii Stopnickiego czytamy ze zdumieniem: „opisywanie znalezisk oddzielnymi «gniazdami» byłoby drogą długą i powolną, a w pewnej mierze nawet zbytkowną... Dotychczas obierałem do opisów miejscowości i przedmioty, przedstawiające największe między sobą różnice”. I dlatego praca o Stopnickiem nie zaczyna należytych, kompletnych i sumiennych monografii stanowisk przedhistorycznych na wydmach polskich, które to opisy są najważniejszą potrzebą do chwili obecnej, jako jedynie słuszna podstawa do nierzadko zbyt pochopnych i nieumotywowanych hipotez o kulturach i okresach epoki kamiennej w Polsce.

Niemożność rozróżniania wyrobów krzemiennych z poszczególnych stanowisk utrudniła E. Majewskiemu podział tych wyrobów na grupy chronologiczne, których możliwość przypuszczał wyraźnie zarówno w ramach paleolitu, jako też neolitu [...]. Nie zgruntował zaś na tyle morfologii wyrobów krzemiennych, aby, na tym kryterium się wsparłszy, wprowadzić ład chronologiczny. Przytaczanie zaś analogii co do form i rodzajów zabytków stopnickich z okazami staropaleolitycznymi obcymi wykazuje najlepiej powierzchowność wiedzy autora w tym zakresie. Jedyną wartość posiada rozczłonkowanie zabytków stopnickich na szereg typów i opis, zresztą ogólnikowy, cech poszczególnych typów, dokonany na dokładnej, niemal dosłownej zasadzie odnośnej, a rzadko cytowanej, literatury archeologicznej francuskiej. Poza tym nadmienić trzeba smutne przemieszanie wśród cennych i ciekawych ilustracji materiału stopnickiego wizerunków zabytków obcych i niestopnickich, wynikłe – przypuszczam – raczej z nieporządku redakcyjnego, aniżeli przez świadome i celowe podstawienie1. W każdym bądź razie pojawienie się monografii pow. stopnickiego nie pozostało bez dużego pożytku w ubogiej literaturze archeologicznej polskiej, a dzięki jej popularnemu tonowi, wiadomości tam zawarte dotarły do szerszych warstw miłośników prehistorii, zwracając ich uwagę na drobne i pomijane, a tak cenne i ważne wyroby krzemienne i zachęcając do ich zachowywania dla dobra nauki.

Bardzo efektowną, ale również pozbawioną znaczniejszej wartości naukowej pracą jest rozprawa kompilacyjna pt. Linja falista pozioma jako motyw zdobniczy w ceramice przedhistorycznej [...]. Wykazuje w niej Majewski pracowite zebranie rozproszonego materiału i na tym polega jej cenność, ale owo studium niedomaga również na brak metodycznego postawienia problematu zasadniczego, skutkiem czego wyniki są trudne do przyjęcia i zbyt jednostronne. Konkluzją bowiem tej pracy jest uogólnienie, że „tak więc ornament grodziskowy słowiański nie jest zapożyczony, musimy go uważać za bezpośrednią puściznę po przodkach słowian – po tej bezimiennej ludności przedhistorycznej, której część na tern samem miejscu t. j. w Europie środkowej, stała się z biegiem wieków ludem prasłowiańskim. Jaki jest stosunek ornamentu słowiańskiego doby grodziskowej do neolitycznego sznurkowego i rytego z obszaru Europy środkowo-północnej, to mogą wyświetlić dopiero dalsze badania. Biorąc jednak pod uwagę wszystko, co wyżej powiedziano, możebny tu jest stosunek bardziej bezpośredniego pokrewieństwa, niż to dotychczas przejmowało”. Niepodobna dziś dyskutować z takim stanowiskiem, jednak nie sposób nie wyrazić wątpliwości co do celowości i co do charakteru ściśle naukowego, a więc, opartego na wyrobionej metodzie, studium pomienionego.

Do ciekawszych i poprawniejszych rozpraw E. Majewskiego zaliczyłbym szkic o „nowoodkrytym ornamencie sznurkowym falistym w ceramice neolit, połudn. okolic Królestwa Pol.” [...], oraz bezsprzecznie najlepsze prace: „o kurhanach ze szkieletami barwionemi świata nadczarnomorskiego” [...] oraz „o charakterze starszych kurhanów grupy jackowickiej” [...]. W pierwszej robótce są wprawdzie ryzykowne próby ustalenia chronologii naczyń z ornamentyką sznurową, ale skoro się weźmie stan zagadnienia starszeństwa ceramik neolitycznych w Niemczech w roku 1904 pod uwagę, trudno robić z tej kwestii zarzut Majewskiemu. W następnych dwu przytoczonych rozprawach, które łączą się w jedno większe studium, poddaje Majewski słusznej krytyce charakterystykę i podział kurhanów ze szkieletami barwionymi południowej Rosji, zaproponowany przez A. Spicyna (nie przytoczywszy zresztą należycie odnośnych prac tego archeologa rosyjskiego) i proponuje własne uwagi w tym względzie, stwarzając, jako jeden z pierwszych, na podstawie analizy form grobowych zabytków i porównań, należyte ramy chronologiczne dla tej grupy. Wskazał też umiejętnie na stosunki i związki, które z końcem neolitu i z początkiem epoki brązu – do jakiego to okresu słusznie zalicza kurhany jackowickie – istniały i łączyły wschodnie Węgry, kraje bałkańskie, nadczarnomorskie, Kaukaz i krąg trojański oraz egejski, wysnuwając tylko zbyt pośpiesznie, na podstawie rozmieszczenia zausznic spiralnych, wniosek, „że wszędzie, gdzie (one) zostały znalezione, są one śladem jednego szczepu, dowodem jego jedności etnicznej”.

Wrodzony E. Majewskiemu temperament, z jakim odnosił się też do spraw i zagadnień naukowych, czasem tak ponosił go w słowie żywym i pisanym, iż niekiedy poglądy krytyczne i umotywowanie tonęły wprost w subiektywnych wrażeniach i zarzutach, których siła argumentów nie stała w prostym stosunku do zrównoważonego oporu poddawanej dyskusji sprawy. Takim niemal wybuchowym zjawiskiem jest np. krytyka Majewskiego hipotezy G. Kossinny o germańskim pochodzeniu indoeuropejczyków [...]. W wielu punktach, a głównie w prostowanych szczegółach, ma Majewski zupełną rację – atoli, obok ziarn prawy, przewala się znaczny balast sądów, których nieścisłość jest konsekwencją nieprzepracowania należytego omawianych problematów i co więcej nieporozumień, które wynikły z niedokładnej znajomości odnośnych zjawisk archeologicznych, na podstawie których zbudował Kossinna, w założeniu słuszną, w szczegółach zaś i niektórych uogólnieniach poplątaną i niedociągniętą do istotnego stanu rzeczy, wzmiankowaną hipotezę i metodę tzw. etnologiczną.

Ten prawie żywiołowy stosunek Majewskiego do nowych teorii, ale w znaczeniu znów niezastosowania potrzebnego krytycyzmu, daje się np. stwierdzić w zajętym stanowisku w kwestii istnienia i wyglądu człowieka trzeciorzędowego [...], którego pojawienie się w miocenie, na podstawie znalezisk w Ameryce i wywodów prof. Ameghino, uznał Majewski skwapliwie za wiarygodne, bez uwagi na uzasadniony sceptycyzm, panujący w sferach pierwszorzędnych antropologów europejskich.

Jeszcze o jednej pracy, która jest wynikiem zamiłowania E. Majewskiego do oryginalnych i nowych odkryć, bez zastosowania dokładnego i wszechstronnego do nich aparatu krytycznego – wspomnę już mimochodem, mianowicie o monografii toporków kamiennych z okolic górnego Bugu i Styru [...]. Toporki te, zrobione ze zlepieńca sarmackiego, uważa Majewski za neolityczne, choć są one zupełnie obce temuż okresowi epoki kamiennej zarówno z powodu zgoła odmiennej techniki ich wyrobu, jak niemniej też dziwnego kształtu. Jakkolwiek nie ma bezsprzecznych podstaw do uważania tych osobliwych wyrobów za falsyfikaty współczesne, to jednak na podstawie ich różnorakich, ale specyficznych form, nietrudno je uważać za naśladownictwa toporów żelaznych, wykonane prawdopodobnie w średniowieczu.

Osobny dział zainteresowań E. Majewskiego stanowiło śledzenie początków i pochodzenia Słowian oraz ich pierwotnych siedzib [...]. Majewski był zwolennikiem autochtonizmu Słowian i dzielnie ciętym piórem tezy tej bronił na podstawie wiadomości przeważnie historycznych i językowych, w mniejszym stopniu wciągając do swoich spostrzeżeń w tej dziedzinie materiały archeologiczne. Artykuły te i rozprawki Majewskiego posiadały dużą wartość dydaktyczną i uświadamiały szeroki ogół o zagadnieniach w tym zakresie i o rezultatach dociekań uczonych słowiańskich. Oczywiście są one umiejętną i zręczną kompilacją, nie przynoszącą do stanu badań nowych i oryginalnych sprawdzianów.

W ten sposób przebiegliśmy w krótkim przeglądzie działalność literacką E. Majewskiego w dziedzinie archeologii przedhistorycznej. Była ona nader ożywiona, poruszała rozliczne i zawsze aktualne tematy z właściwą Majewskiemu lekkością i entuzjazmem. I można dojść do przekonania, iż E. Majewski posiadał wybitny talent popularyzatorski, w najszlachetniejszym tego pojęcia znaczeniu. Jego swobodny i barwny język, łatwość tłumaczenia kwestii trudnych i zawiłych, dalej chęć nauczania i pragnienie zyskania zrozumienia i uznania, poza tym zdolności narracyjne, przy rozległych horyzontach myślowych, i wszechstronność zamiłowań naukowych i wiedzy – to wszystko znamiona niecodziennego umysłu i przejawy niepospolitego talentu popularyzatora. Tym się też tłumaczy owa duża ilość przystępnych i porywających odezw do społeczeństwa w sprawach naukowych, muzealnych i dotyczących ochrony zabytków. To spowodowało również ustawiczne dążenie do zainteresowania szerokich warstw tym wszystkim, co sam umiłował i co go w danej chwili szczególnie zajmowało [...].

Dużą i rzetelną zasługą E. Majewskiego było założenie i wydawanie przez z górą lat dwanaście rocznika „Światowita”, poświęconego archeologii słowiańskiej (t. I w roku 1899, ostatni XI w roku 1913). Po długiej przerwie, po zamilknięciu w roku 1884 „Wiadomości Archeologicznych”, powołał Majewski własnym sumptem do życia i działania nowe czasopismo archeologiczne, które od razu skupiło wokół siebie wszystkich miłośników prehistorii i pracowników na tej niwie, którzy oddawali opisy wykopalisk chętnie do rozporządzenia redakcji „Światowita”. Wydatnie zwiększał materiały redakcyjne sam wydawca, który rzeczywiście z wielką umiejętnością i zamiłowaniem postawił „Światowita” na poziomie prawdziwie europejskim. Zarówno dział rozpraw, jak korespondencji i drobnych wiadomości tudzież przegląd literatury i zestawienia bibliograficzne cechuje sumienny i pieczołowity dobór i dążenie do wzbudzenia szczerego zainteresowania u szerszych kręgów czytelników. A sztuka to i praca niemała, oceni ją należycie każdy, kto się bliżej zetknął z trudnościami prowadzenia redakcji czasopism naukowych w Polsce. Pełną wyrazu dbałość wykazuje też dział ilustracyjny i strona typograficzna, która jest istotnie wzorowa. Rzecz prosta, iż w szeregu tomów daje się zauważyć nierównomierność pod względem wydawniczym i zawartości faktycznej, i to głównie w tomach, których Majewski wskutek choroby sam wydać nie był w stanie i powierzył to innym. Zebranie tylu współpracowników, częściowe ich urobienie i wykształcenie przez redaktora i zyskanie dla prehistorii szeregu ciekawych i ważnych materiałów oraz drobnych przyczynków naukowych, tudzież wytworzenie w ciężkich chwilach rozwoju nauki naszej w Warszawie tak nieodzownej do skutecznego i ofiarnego działania atmosfery naukowej – to niespożyta zasługa E. Majewskiego, to pomnik jego dokonania, aere perennius...

W większym jeszcze stopniu promieniującym dookoła ogniskiem prehistorii w Warszawie mogło być, i częściowo w rzeczy samej było, Muzeum Archeologiczne, stworzone w roku 1892 i ofiarnie rozwijane przez E. Majewskiego. Potrzeba takiej instytucji – ze względów natury li tylko politycznej – zrazu prywatnej, która stać się wszakże miała w sprzyjających warunkach własnością publiczną, była wielka i nawet paląca. Najlepszym tego dowodem jest fakt, iż zbiory, założone przez Majewskiego, rosły szybko dzięki chętnej ofiarności osób posiadających wykopaliska w prywatnym posiadaniu. W roku 1908 zbiory te zostały oddane do użytku publicznego przez wystawienie w gmachu „Zachęty Sztuk Pięknych”. W roku 1916 zostało Muzeum Majewskiego przeniesione do lokalu Muzeum Narodowego Miejskiego, przy ul. Podwale 15, gdzie urządzili je wzorowo J. Kostrzewski i L. Kozłowski. Tam pozostawało ono, nieotwarte dla publiczności, aż do roku 1921, kiedy to właściciel, po zerwaniu z błahych powodów pertraktacji z Ministerium WRiOP o oddanie Muzeum na własność Państwa Polskiego2, zdecydował się zbiory swe ofiarować Towarzystwu Naukowemu Warszawskiemu. Jest to hojny dar, bo to liczba ofiarowanych TNW wraz z urządzeniem muzealnych eksponatów wynosiła ponad 32 000 okazów. Z polecenia Zarządu TNW przeniesiono zbiory E. Majewskiego do sali pocerkiewnej w Pałacu Staszica, nieprzygotowanej, niestety, na pomieszczenie Muzeum, które z powodu niezaopatrzenia lokalu zostało narażone na powolne niszczenie się. Również, z powodu trudności finansowych, nie dotrzymało TNW zobowiązań wobec ofiarodawcy i nie uprzystępniło ani za życia E. Majewskiego, ani dotychczas cennych tych i tak potrzebnych zbiorów publiczności i specjalistom.

Muzeum E. Majewskiego stało się, z natury swej istoty, środowiskiem pracy badawczej w zakresie archeologii przeddziejowej w Warszawie. W nim oddawali się studiom naukowym w tej dziedzinie i za fundusze Majewskiego czynili poszukiwania terenowe z pożytkiem dla Muzeum i dla siebie samych młodzi archeologowie, jak L. Kozłowski, S. Krukowski i L. Sawicki, którzy, rozwijając swoją wiedzę i zamiłowanie w kierunku badań epoki kamiennej, wyprzedzili potem mistrza tak pod względem udoskonalonej metody badawczej, jak i pod względem rzeczowym. Ale nie może ulegać kwestii, że wyszli oni z kręgu zainteresowań naukowych i spod kierowniczej zrazu dłoni E. Majewskiego w początkach swych studiów fachowych i ten fakt pozostanie na zawsze jego trwałą zasługą. Były też trudne do ominięcia tarcia między młodymi współpracownikami a E. Majewskim, który niekiedy miał chęć opracowania ciekawszych i osobliwszych plonów żmudnych ich wykopalisk, tak, jak to np. stało się z opublikowaniem przez E. Majewskiego bez skrupułów najciekawszego zabytku, zdobytego przez ś.p. M. Himnera w Popudni na Ukrainie, mianowicie miniatury neolitycznej zagrody na palach (100–102). W tym przede wszystkim wyrażał się trudny do zrozumienia swego rodzaju egoizm i drażliwa ambicja E. Majewskiego, które nie sprzyjały zgoła utworzeniu na dłuższą metę trwałej organizacji powiększającego się równomiernie i samorzutnie grona archeologów w Warszawie.

W ostatnich piętnastu latach nie zajmował się już E. Majewski żywiej archeologią przedhistoryczną. Pociągnęły jego impet i upodobania studia socjologiczne i ekonomiczne. Stracił wreszcie, wciąż luźniejszy w miarę rozrastania się prehistorii, kontakt z tą umiejętnością. Rzucił się z porywem w odmęt koncepcji filozoficznych, wyzyskując dla nich również swój zasób przestarzałych już nieco wiadomości o życiu ludzi w prawieku [...]. Nadeszły lata wojny światowej, która wpłynęła też na pewną zmianę oblicza duchowego i przedmiotu baczniejszych obserwacji i spostrzeżeń E. Majewskiego. Świetlanym wreszcie wynikiem krwawych zmagań państw i ludów w Europie stało się zmartwychwstanie państwowe Polski. Wraz z nim wskrzeszono w Warszawie, zdławione ciężką łapą zaborcy, zakłady naukowe – Uniwersytet. I oto w roku 1919 ofiarowała Rada Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego powalonemu ciężką niemocą E. Majewskiemu zaszczytną pierwszą katedrę archeologii przedhistorycznej, a Państwowe Grono Konserwatorów Zabytków Przedhistorycznych powołało go na pierwszego prezesa. Stało się to niewątpliwie dla oddania wdzięcznego wyrazu zasługom E. Majewskiego na niwie prehistorii polskiej, bezinteresownie, wyłącznie dla okazania dużego ich uznania, bo bez nadziei otrzymania odeń w zamian znojów kierownika zakładu uniwersyteckiego oraz pracy wykładowcy i czynnego kierownika organizacji archeologii przeddziejowej w Polsce. Doczekał się więc E. Majewski dowodów niemałej wdzięczności od społeczeństwa polskiego za oddanie swych sił i majątku na cele nauki ojczystej, za entuzjazm i ciężki trud bojownika w obronie ideałów naukowych, za rezultaty wytężonej i nieustannej pracy, którą brutalnie przerwała nielitosna śmierć, w ciągłym dążeniu do prawdy z przeświadczeniem, że „kto własnym umysłem szukał prawdy i porządku świata i potykał się o przeszkody, które nam ułomność nasza napiętrzyła, kto śledził walkę umysłów z niewiadomem, ten wie, co sądzić o «ostatniem słowie nauki», na które chętnie powołują się umysły lękliwe i skrępowane dogmatem. Ostatniego słowa niema w nauce, bo ludzkość nie spoczywa w pracy”. [...]

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Erazm Majewski jako prehistoryk, „Wiadomości Archeologiczne” 1923, s. 1–10. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.

1Por. L. Sawicki, „Wiadomości Archeologiczne” 1922, VIII, s. 64–67, przyp. I.

2Por. W sprawie Muzeum prof. Er. Majewskiego w Warszawie, „Wiadomości Archeologiczne” V, s. 228–237.

Paweł Iljicz Mitrofanow

Urodzony 21 VI 1857 w guberni archangielskiej. Studia przyrodnicze na Uniwersytecie Moskiewskim (m.in. u Anatolija Bogdanowa), na którym uzyskał asystenturę; magisterium na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim (1888); pracownik UW (od 1886); doktorat tamże (1892); profesor nadzwyczajny (1889); profesor w Rostowie nad Donem (od 1915).

Wybitny zoolog i embriolog, badacz teratogenii i nieprawidłowości w rozwoju płodu. Profesor anatomii porównawczej i zoologii Cesarskiego UW, kierownik Gabinetu Zootomicznego. Zasłużył się jako mistrz wielu polskich uczonych (m.in. Kazimierza Białaszewicza, Jana Sosnowskiego, Kazimierza Stołyhwy i Jana Tura).
Zmarł 29 XII 1920 w Rostowie nad Donem.

Über die Intercellularbrücken und Lucken im Epithel, 1885; O prirodie pierifiericzeskich nierwnjch okonczanij, 1888; Issliedowanija nad razwitijem pozwonocznych żiwotnych, 1892; Teratogeneticzeskije nabliudienija, 1899.

Tridcatilietije uczenoj i uczebnoj diejatiel’nosti P. I. Mitrofanova 8 maja 1912 g., Warszawa 1912.

CELESTYNA ORLIKOWSKA

PAWEŁ ILJICZ MITROFANOW*

1857–1920

 

Działalność i osobowość Pawła Mitrofanowa, rosyjskiego biologa, jednego z najwybitniejszych profesorów Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, można przedstawić rzeczowo jedynie na tle stosunków panujących w tej uczelni.

Cesarski Uniwersytet Warszawski był – od chwili, gdy zastąpił rozwijającą się chlubnie Szkołę Główną Warszawską – obiektem zrozumiałej niechęci i cichego bojkotu społeczeństwa. Tej polskiej uczelni wyższej carskie władze pozwoliły istnieć zaledwie 8 lat (1861–1869), i to w tragicznym okresie powstania styczniowego. Jednak tych 8 lat działalności uczelni z językiem wykładowym polskim pozostawiło niezatarty ślad na życiu kulturalnym kraju, a zwłaszcza zaboru rosyjskiego.

Z biegiem czasu wzrastały rusyfikatorskie tendencje w łonie senatu Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, gdyż nacisk odgórny stawał się coraz silniejszy. Jednocześnie od ósmego dziesiątka XIX wieku wśród polskiej młodzieży rosło zarzewie buntu, który po wielu zamieszkach (często tragicznych dla uczestników) znalazł swe ujście w dobie rewolucji w bezprzykładnym Strajku Szkolnym z roku 1905, a potem przekształcił się w zdecydowany bojkot. Nawet rosyjscy studenci powzięli uchwałę powrotu do ojczyzny. Uniwersytet został otwarty z dużymi trudnościami dopiero po trzech latach. Społeczeństwo polskie nadal traktowało go jako „zło konieczne”, w miarę możności studiując na Zachodzie lub w Rosji. Świadczą o tym najlepiej oficjalne sprawozdania statystyczne Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, które niestety nie podają narodowości studentów. Można jednak uzyskać przybliżone dane na ten temat chociażby ze statystyki wyznaniowej. Studentów wyznania rzymskokatolickiego i mojżeszowego (z reguły Polaków) w roku 1902 było 80,5%, a w 1912 tylko 18,5%.

Sądzę, że te suche liczby są wymowniejsze od opisów ówczesnych nastrojów społeczeństwa polskiego. Zacytuję więc jedynie wypowiedź socjalistycznego pisma „Myśl Niepodległa”, obrazującą stosunki po 1905 roku: „Publiczność, przechodząc około uniwersytetu rosyjskiego, starała się nie patrzyć nawet w jego stronę... Między życiem umysłowym polskim a uniwersytetem rosyjskim nie wytworzyły się żadne stosunki”1.

Należy wspomnieć, że na Oddziale Przyrodniczym Wydziału Fizyko-Matematycznego stosunki – w porównaniu z wydziałem Prawnym i Historyczno-Filologicznym – układały się wyjątkowo pomyślnie. Dłuższy czas pozostawali na katedrach uczeni polscy ze swymi siłami pomocniczymi. Tematyka wykładów – w tych czasach – na tym wydziale nie dawała okazji do walk światopoglądowych i politycznych, dobór rosyjskich profesorów zasadniczo okazał się szczęśliwy. Przeważnie, szczególnie w XIX wieku, przyjeżdżali z Rosji początkujący uczeni w stopniu najwyżej magistrów. Zgodnie z ówczesną ustawą uniwersytecką był to trzeci z rzędu stopień naukowy, poprzedzały go stopnie: rzeczywistego studenta (dejstvitelnogo studenta) i kandydata. Część Rosjan po uzyskaniu doktoratu wracała do ojczyzny. Jednak większość aklimatyzowała się w tych niepomyślnych warunkach i trzeba stwierdzić, że pobyt w upośledzonym pod różnymi względami Uniwersytecie jakby sprzyjał ich naukowej karierze. Sądzę, że wpływ polskich uczonych, z Henrykiem Hoyerem (seniorem) i Augustem Wrześniowskim na czele, działał jak ferment na młodych biologów rosyjskich; liczni zdobyli dobre imię w nauce światowej. Wystarczy wymienić Władimira Bielajewa, Nikołaja Nasonowa, Dmitrija Iwanowskiego i Pawła Mitrofanowa. Temu ostatniemu należy przyznać największą zasługę w kształceniu licznej rzeszy przyszłych polskich kadr naukowych.

Mitrofanow urodził się w roku 1857, w roku 1877 ukończył ze złotym medalem archangielskie gimnazjum; uczęszczał na Oddział Przyrodniczy Wydziału Fizyko-Matematycznego w Moskwie. Zdobył stopień kandydata za pracę wykonaną pod kierownictwem najwybitniejszego w tej dobie zoologa rosyjskiego prof. Anatolija Bogdanowa. Jego dysertacja kandydacka (K anatomii pauka Argyroneta aquatica, 1880) została nagrodzona złotym medalem. Mitrofanow nie ograniczył się do jednej specjalności, gdyż jeszcze jako student poświęcił się histológii w pracowni prof. Aleksandra Babuchina. W roku 1882 został mianowany jego asystentem przy Katedrze Anatomii Porównawczej, Embriologii i Histológii. Jednocześnie doskonalił się w dokonywaniu sekcji zwierząt kręgowych w Pracowni Zootomicznej przy Ogrodzie Zoologicznym. Tam miał okazję do studiów z zakresu anatomii porównawczej na egzotycznych zwierzętach, niedostępnych w uniwersyteckich laboratoriach.

Poza już wymienionymi profesorami Mitrofanow wspomina z wielką wdzięcznością jeszcze kilku uczonych, którym – jak pisze – również zawdzięcza swą naukową karierę. Wymienia Klimenta Timiriazewa, Aleksandra Kowalewskiego i anatoma Michaiła A. Tichomirowa.

Mitrofanow nadmienia, że jego dziewiąta praca naukowa (Über die Intercellularbrücken und Lücken im Epithel, 1885) spotkała się z „dość gorącym sprzeciwem profesora Babuchina”. Może to właśnie spowodowało, że w roku 1886 Mitrofanow przeniósł się do Warszawy. Z