Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915-1945

Spis treści

Wyszukaj


Szukaj w tej publikacji
Szukaj we wszystkich publikacjach

Szukaj
Znaleziono 0 wynik(ów)
Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych

 

dr hab. Waldemar Baraniewski
Wydział Historyczny UW/
Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną ASP

 

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter
Wydział Historyczny UW

 

dr hab. Piotr M. Majewski
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Piotr Salwa
Wydział „Artes Liberales” UW

 

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Wojciech Tygielski – przewodniczący
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Marek Wąsowicz
Wydział Prawa i Administracji UW

 

prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydział Fizyki UW

Szanowni Państwo!
Drodzy Czytelnicy!

W 2016 roku będziemy obchodzić jubileusz dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego. Nasz Uniwersytet nie jest jedynie wyższą szkolą, nie jest tylko pracownią uczonych – to środowisko, którego działania w ciągu dwóch wieków polskiej historii stanowiły istotny wkład do wiedzy, kultury, myśli ludzkiej.

Z okazji jubileuszu powstaje seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, w której opisujemy dzieje i dorobek naszej Uczelni oraz przypominamy sylwetki jej najwybitniejszych profesorów.

W syntetycznej formie przedstawiamy również losy oraz architekturę budynków Uniwersytetu, a także zbiory i kolekcje, które są w naszym posiadaniu oraz nad którymi przyszło nam sprawować pieczę. Nie zabraknie też dokumentów ilustrujących różne sfery społecznego oddziaływania Uczelni, a także świadectw życia codziennego naszej społeczności.

Kolejne tomy ukazywać się będą sukcesywnie, od roku 2016. Mamy nadzieję, że spotkają się z Państwa życzliwym przyjęciem i wzbudzą zainteresowanie.

Gaudeamus igitur!

 

Katarzyna Chałasińska-Macukow
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2005–2012

Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego

 

Warszawa, 19 listopada 2012 r.

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Nauki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki ścisłe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(A–Ł)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(M–Ż)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(A–K)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(L–R)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(S–Ż)

 

Poczet Rektorów Uniwersytetu Warszawskiego

 

Gmachy Uniwersytetu Warszawskiego

 

Uniwersytet Warszawski i fotografia 1839–1921
Ludzie, miejsca, wydarzenia

 

Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie 1817–2017
Miscellanea

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

WARSZAWA 2016

Spis treści

 

  1. TOMASZ KIZWALTER, PIOTR M. MAJEWSKI
    PRZEDMOWA

     
  2. TOMASZ KIZWALTER
    UNIWERSYTETY EUROPEJSKIE W XX WIEKU
  3. Wielka Wojna
  4. „Wiek skrajności”: nazizm
  5. „Wiek skrajności”: stalinizm
  6. Wielka Wojna po raz drugi
  7. Masowość, rewolta, reformy
  8. Wyzwanie amerykańskie, europeizacja, globalizacja
     
  9. PIOTR M. MAJEWSKI
    SPOŁECZNOŚĆ AKADEMICKA 1915–1939
  10. Przestrzeń i czas
  11. Kadra uniwersytecka. Przebieg kariery akademickiej
  12. Obraz społeczny pracowników Uniwersytetu
  13. Studenci – liczba i struktura wiekowa
  14. Pochodzenie geograficzne studentów
  15. Struktura płci studentów
  16. Struktura wyznaniowa i narodowościowa studentów
  17. Struktura społeczna studentów
  18. Studenci: źródła utrzymania, czesne, wydatki, zdrowie
  19. Specyfika studiów na Uniwersytecie Warszawskim
  20. Życie społeczne i towarzyskie studentów, obyczajowość, rozrywki
  21. Kultura polityczna Uniwersytetu Warszawskiego
  22. Załącznik 1: Władze akademickie Uniwersytetu Warszawskiego w latach 1915–1939
  23. Załącznik 2: Topografia głównego kampusu UW, stan z 1938 r.
  24. Załącznik 3: Lokalizacja budynków uniwersyteckich w Warszawie w latach 1915–1939
     
  25. MAREK P. DESZCZYŃSKI
    UNIWERSYTET WARSZAWSKI W II RZECZYPOSPOLITEJ
  26. Odrodzenie i działalność w okresie okupacji niemieckiej oraz wojen o granice i utrwalenie niepodległości (1915–1920)
  27. Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Józefa Piłsudskiego w Warszawie w systemie polskiego szkolnictwa wyższego 1918–1939
  28. Rozwój infrastruktury
     
  29. PIOTR MAJEWSKI
    UNIWERSYTET CZASU WOJNY
  30. Wprowadzenie
  31. Wrzesień 1939 r. i okres tzw. półtolerancji
  32. Uniwersytet w konspiracji
  33. Biblioteka Uniwersytecka
  34. Ostatnie miesiące – powstanie i akcja pruszkowska
  35. Podsumowanie
  36. Aneks 1: Kadra konspiracyjnego UW i jej straty
  37. Aneks 2: Adresy lokali konspiracyjnych i ich gospodarze (wybór)
  38. BIBLIOGRAFIA
  39. NOTY O AUTORACH
  40. INDEKS NAZWISK
  41. SPIS ILUSTRACJI
  42. PRZYPISY

TOMASZ KIZWALTER,
PIOTR M. MAJEWSKI

 

Przedmowa

W latach 1907–1913 ukazały się w Warszawie 4 tomy Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego (1816–1831) autorstwa Józefa Bielińskiego; w latach 1981–1982 wydano dwutomowe Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego: tom obejmujący lata 1807–1915 redagował Stefan Kieniewicz, tom traktujący o okresie 1915–1939 – Andrzej Garlicki. To 2 dotychczasowe próby całościowego przedstawienia historii UW. Każda z nich należała do epoki, w której powstawała: była zależna od aktualnych tendencji historiograficznych, badawczego warsztatu autorów, oczekiwań potencjalnych czytelników, sytuacji politycznej. Wydaje się oczywiste, że po ponad 30 latach od publikacji Dziejów pod redakcją Kieniewicza i Garlickiego warto wydać nową historię Uniwersytetu Warszawskiego. Jubileusz uczelni to dobra po temu okazja, jesteśmy jednak przekonani o potrzebie takiego wydawnictwa niezależnie od względów jubileuszowych. Po pierwsze dlatego, że narracja naszych poprzedników kończy się w 1939 r. – obecnie możemy rozszerzyć ten zakres o kolejne 3 etapy dziejów uczelni: okupację niemiecką, PRL i III Rzeczpospolitą. Po drugie, ponieważ – z całym uznaniem dla tego, co do tej pory dokonano i co w znacznej mierze zachowuje swą wartość – można dziś wyjść poza dotychczasowe ustalenia, przygotowując historię, która w większym stopniu odpowiadać będzie oczekiwaniom współczesnego czytelnika.

Powiedzmy rzecz całkiem banalną: w ciągu ostatnich 30 lat znacznie zmienił się świat, Polska, badania historyczne, wiedza na temat przeszłości uniwersytetów, a także zainteresowania odbiorców prac z dziedziny historii. Biorąc to pod uwagę, zespół autorów przedstawianych teraz Państwu Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego starał się położyć szczególny nacisk na 2 zespoły zagadnień. Podstawą każdej historii uniwersytetu muszą być jego dzieje jako instytucji. Nie zaniedbując tej problematyki, postanowiliśmy jednak możliwie szeroko potraktować historię ludzi – pracowników uczelni i studentów – oraz dzieje stosunków uczelni z władzami politycznymi.

W światowej historiografii mamy do czynienia z długą tradycją badań wielkich procesów i masowych zjawisk. Współcześnie chętnie nadaje się wszakże przeszłości bardziej ludzki wymiar, skupiając się na życiu jednostek i konkretnych zbiorowości. Tego rodzaju podejście ma wiele zalet, dlatego też sądzimy, że trudno pisać dziś historię uczelni, nie poświęcając odpowiednio dużo uwagi związanym z nią osobom, ich poglądom, mentalności, życiu codziennemu. O tyle, o ile to było tylko możliwe, autorzy Dziejów starali się zatem stworzyć plastyczne portrety społeczności pracowników i studentów UW. Ci ostatni zwłaszcza zasługują na to, aby znaleźć się na bardziej eksponowanym miejscu, niż to bywało w starszych pracach, w których na plan pierwszy wysuwały się instytucja, nauka i nauczanie oraz profesura, a o studentach pisano najczęściej wtedy, gdy stawali się wybitnymi absolwentami.

Funkcjonowanie każdej uczelni zależy w jakimś stopniu od sytuacji politycznej. W przypadku Uniwersytetu Warszawskiego aspekt ten jest szczególnie istotny, zważywszy na dramatyzm nowoczesnych dziejów Polski. Kataklizmy wojenne i okupacyjne przerywały tu niejeden raz ciągłość życia; społeczeństwo – a przynajmniej znaczna jego część – znajdowało się często w ostrym konflikcie z władzą, obcą lub podległą obcemu mocarstwu. Rzutowało to w przemożny sposób na historię warszawskiego Uniwersytetu.

Jego początki sięgały Księstwa Warszawskiego, kiedy to powołano w Warszawie Szkołę Prawa i Nauk Administracyjnych oraz Szkołę Lekarską. Uniwersytet utworzono ostatecznie w 1816 r. i stał się on zwieńczeniem edukacyjnego systemu Królestwa Polskiego oraz ważnym ośrodkiem kształcenia polskiej inteligencji. Likwidacja Uniwersytetu po upadku powstania listopadowego – świadectwo przekonania władz Imperium Rosyjskiego, że istnienie uczelni szkodzi ich kontroli nad polskim terytorium – otwierała okres, w którym w Warszawie istniały tylko szkoły półwyższe. W latach 1862–1869 Szkoła Główna, produkt sprzyjającej koniunktury politycznej, choć nienazwana uniwersytetem, pełniła w istocie jego funkcję. Wśród jej studentów byli ludzie, którzy wkrótce mieli stać się czołowymi postaciami polskiego życia umysłowego. Rusyfikacyjne dążenia Petersburga po stłumieniu powstania styczniowego sprawiły, że Szkoła została przekształcona w rosyjskojęzyczny Cesarski Uniwersytet Warszawski. Bywał on często uznawany przez Polaków za ciało obce, nienależące do prawdziwej uniwersyteckiej tradycji Warszawy. Przygotowując naszą publikację, wychodziliśmy jednak z założenia, że błędem byłoby pomijanie lub marginalizowanie tej fazy dziejów UW. Po pierwsze, Cesarski Uniwersytet nie był zupełnie oddzielony od życia polskiego społeczeństwa: przez długi czas większość jego studentów stanowili Polacy, Polacy znajdowali się też – choć w tym przypadku ich udział systematycznie malał – wśród wykładowców. Po drugie, historia rosyjskojęzycznego UW to ważny fragment dziejów rosyjsko-polskich stosunków w tamtym okresie. Po trzecie, Cesarski Uniwersytet zasługuje na uwagę jako jedna z uczelni Imperium – niezaliczająca się do czołówki, lecz mająca swoje osiągnięcia. Ewakuacja rosyjskiego uniwersytetu do Rostowa nad Donem, przeprowadzona w 1915 r., gdy Rosjanie opuszczali „Kraj Przywiślański”, i tamtejsza, blisko 2-letnia działalność pod szyldem „warszawskim” zamykają pierwszy tom Dziejów.

Również w XX stuleciu uczelnia dzieliła dramatyczne losy kraju i jego stolicy. Początek drugiego tomu Dziejów to wrzesień 1915 r., kiedy niemieckie władze okupacyjne reaktywowały Uniwersytet Warszawski z polskim jako językiem wykładowym. Po 3 latach pod rządami niemieckimi podczas I wojny światowej Uniwersytet płynnie wszedł w okres niepodległości i wkrótce stał się największą wyższą uczelnią II Rzeczypospolitej. Aż do wybuchu kolejnej wojny w 1939 r. skupiały się tu niczym w soczewce charakterystyczne dla młodej polskiej państwowości konflikty polityczne i narodowościowe, a także procesy modernizacyjne. Należy odnotować, iż w 1935 r. uczelnia została przemianowana ustawą sejmową na Uniwersytet Józefa Piłsudskiego; nazwy tej nigdy formalnie nie zmieniono, jednak po 1939 r. zaprzestano jej formalnie używać. II wojna światowa i niemiecka okupacja Warszawy przerwały funkcjonowanie uczelni, przynosząc jej ogromne straty ludzkie i materialne. Uznaliśmy, że również ten okres musi zostać omówiony w Dziejach, chociażby ze względu na fakt, iż Uniwersytet kontynuował swoją działalność dydaktyczną, a do pewnego stopnia także naukową, w podziemiu, w ramach tajnego nauczania.

Wreszcie trzeci tom Dziejów obejmuje okres od zakończenia wojny do współczesności. W latach 1945–1989, podobnie jak w 20-leciu międzywojennym, Uniwersytet Warszawski zajmował niezwykle ważne miejsce na mapie skomplikowanych relacji łączących środowiska naukowe, młodzież akademicką i władze państwowe – tym razem podporządkowane rządzącej partii komunistycznej. Rozgrywające się tu wydarzenia miały nierzadko bardzo istotne znaczenie dla sytuacji w całym kraju, by wymienić chociażby brutalnie stłumione studenckie protesty w marcu 1968 r. czy formowanie się opozycji demokratycznej. Oblicze uczelni zmieniało się też, co staramy się ukazać, wraz z dokonującymi się przemianami społecznymi. Dzieje kończy rozdział poświęcony uniwersytetowi w okresie po upadku systemu komunistycznego w 1989 r. Mimo że lata te dzieli od współczesności stosunkowo niewielki dystans, zdecydowaliśmy się uwzględnić je, gdyż doszliśmy do wniosku, iż bez najważniejszych faktów na temat ostatniego ćwierćwiecza historii uczelni obraz jej dziejów byłby dalece niepełny.

Na koniec garść uwag dotyczących strony formalnej. Wszystkie tomy Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego są dziełem zbiorowym, co oznacza również, że poszczególne rozdziały odzwierciedlają wyniki badań i przemyślenia ich autorów, książka nie aspiruje natomiast – poniekąd wbrew jubileuszowemu charakterowi serii wydawniczej – do rangi „oficjalnej” monografii uczelni. W trosce o funkcjonalność publikacji poszczególne tomy Dziejów opatrzyliśmy selektywnymi bibliografiami oraz wykazami źródeł – wspólnymi dla całości danego tomu. Podstawowe informacje na temat wykorzystanych przez siebie materiałów i istotniejsze uwagi o charakterze warsztatowym podaje na ogół każdy z autorów, ich powtarzanie nie miałoby więc tu większego sensu. Przypisy w tekście numerowane są w obrębie poszczególnych rozdziałów, które także pod względem merytorycznym stanowią osobne całości. Przytaczane w przypisach i bibliografiach publikacje w języku rosyjskim zapisane zostały zgodnie z zasadami transkrypcji, natomiast wszystkie cytaty w tekście głównym podajemy w przekładzie na polski.

TOMASZ KIZWALTER

UNIWERSYTETY EUROPEJSKIE W XX WIEKU

 

W ubiegłym stuleciu historia europejskich uniwersytetów przyspieszyła w bezprecedensowy sposób1. To prawda, że już wcześniej następowały bardzo istotne zmiany. W XVIII w. rzecznicy Oświecenia podejmowali reformy tradycyjnych, wywodzących się ze średniowiecza struktur uniwersyteckich i wpływali na umysłowy klimat uczelni. Uniwersytety w XIX w. przekształcały się w nowoczesne instytucje, które próbowały sprostać podwójnemu wyzwaniu nowej epoki: uprawiać naukę, zachowując niezależność umysłu, a zarazem być praktycznie użytecznymi. Koncepcja wyższej szkoły zawodowej, ukształtowana w rewolucyjno-napoleońskiej Francji, oraz idea uniwersytetu badawczego, którą sformułował w Prusach Wilhelm von Humboldt, to dwa podstawowe wzorce wpływające na kierunek rozwoju europejskich uczelni. Dla wielu członków środowisk akademickich ideał Humboldtowski – wizja uniwersytetu prowadzącego niezależne, bezinteresowne badania i uczącego ich prowadzenia – stał się celem, do którego należy dążyć. Potrzeby praktyczne nie dawały jednak o sobie zapomnieć: wizja Humboldta musiała w znacznym stopniu rozmijać się z oczekiwaniami władz państwowych, kół gospodarczych, wreszcie studentów. Wypadkową tych rozbieżnych często dążeń stał się XIX-wieczny rozwój uniwersytetów. Pod koniec stulecia było ich więcej niż na początku, zatrudniały liczniejszą kadrę, miały większe znaczenie jako placówki badawcze; wzrosła też liczba studiującej w nich młodzieży.

Jedno wszakże nie ulegało istotnej zmianie: mimo wzrostu liczby studentów wykształcenie uniwersyteckie pozostawało dobrem elitarnym, domeną warstw wyższych i średnich. Zasadnicze rozszerzenie dostępu do studiów miała przynieść dopiero druga połowa XX w. To przede wszystkim pod tym względem historia uniwersytetów przyspieszyła wtedy biegu. W 1949 r. były w Europie 204 uczelnie uznawane za uniwersytety; w 1984 r. ich liczba wzrosła do 524; w 2005 r. przekroczyła już 10002. W drugiej połowie ubiegłego stulecia liczba studiujących na uniwersytetach wzrosła pięciokrotnie3. W ostatnich kilku dziesięcioleciach studia nabrały zatem masowego charakteru, co z jednej strony było wielkim osiągnięciem, z drugiej – postawiło uczelnie wobec nowych problemów. Zanim jednak do tego doszło, Europa doświadczyć musiała wydarzeń, które przyniosła jej pierwsza połowa stulecia.

Dodajmy w tym miejscu krótkie wyjaśnienie. Dla historyka użyteczne jest uznawanie wieku za epokę o swoistych cechach, która nie musi być ściśle powiązana z podziałami kalendarzowymi. Wyznaczanie granic poszczególnych epok staje się z reguły okazją do sporów między badaczami. W przypadku XIX w. przyjmuje się najczęściej, że jego koniec wyznacza I wojna światowa – spierać się natomiast można, czy powinien to być wybuch, czy też wygaśnięcie działań wojennych. Musimy oczywiście zdawać sobie sprawę z umowności takich chronologicznych podziałów: istotne zmiany nie dokonują się przecież w jednej chwili, wymagają czasu. Niezależnie zatem od tego, czy wojnę światową zaliczymy do XIX, czy też XX w., należy traktować ją jako okres przejściowy. Kataklizm wojenny kończył jedną epokę i otwierał następną, kształtując warunki życia, klimat umysłowy i emocjonalny, struktury ustrojowe, granice państw. Pod tym potężnym wpływem znalazły się również środowiska uniwersyteckie.

Wielka Wojna

3 VIII 1914 r. Rzesza Niemiecka wypowiedziała wojnę Francji. Tego samego dnia Max Planck, rektor Friedrich-Wilhelms-Universität, współtwórca teorii kwantów i przyszły laureat Nagrody Nobla, wygłaszał uroczystą prelekcję z okazji 104. rocznicy założenia uczelni, którą kierował. W zatłoczonej auli Uniwersytetu Berlińskiego panowało ogólne podniecenie: zaczynała się wojna i niejeden ze studentów oraz wykładowców miał przed sobą wyjazd na front. Rektor początkowo trzymał się tematyki naukowej, ale w pewnym momencie przeszedł do sprawy najbardziej aktualnej, przemawiając – jak wspominali świadkowie – zwięźle, ale z przejmującym patosem. Mówił, że Niemców oczekuje walka o honor, a może nawet samą egzystencję narodu. Uroczystość kończyła się w podniosłym nastroju: pożegnano wyjeżdżających na wojnę, a następnie odśpiewano Deutschland, Deutschland über alles4.

1. Max Planck

Podobnie działo się na innych niemieckich uczelniach. Rektorzy i senaty uniwersytetów bawarskich wystosowali apel, który głosił, że „zamilkły muzy” i zaczyna się „święta wojna”. W Tybindze pierwszy semestr rozpoczynającego się roku akademickiego zakończono już i sierpnia. Studenci licznie zgłaszali się na ochotnika do wojska, ochotników nie brakowało też wśród profesorów, nie tylko najmłodszych wiekiem. Alfred Weber, ekonomista z Heidelbergu, wyjechał jako oficer na front w wieku 46 lat. W przypadku profesury zgłoszenie się do wojska nie musiało, rzecz jasna, oznaczać służby frontowej. Pięćdziesięcioletni Max, słynny brat Alfreda, od dawna w stanie spoczynku z powodów zdrowotnych, rozpoczął służbę oficerską w administracji wojskowych szpitali. Według relacji żony, pierwsze miesiące wojny uważał za „punkt szczytowy egzystencji”; wojna, podkreślał, mimo swych potworności jest czymś „wielkim i cudownym”. Kto nie znalazł się, w takiej czy innej roli, w wojsku, ten mógł wspierać wojenny wysiłek jako zaangażowany ideowo wykładowca. Wykłady dla wojskowych i dla cywilów, w głębi kraju i na froncie, ale z jednym celem – aby przyczynić się do zwycięstwa5.

Patriotyczny zapał Niemców nie był wyjątkowy, choć trochę wyróżniał się natężeniem i agresywnymi akcentami. W każdym z przystępujących do wojny państw powszechnie spodziewano się konfliktu krótkiego i oczywiście zwycięskiego. Zwycięstwo miało opromienić chwałą rodzimą armię i doprowadzić do realizacji celów, o których mówili politycy i propagandyści. Uniwersytety wchodziły w okres wojny jako część podporządkowanych państwu struktur opiniotwórczych, a środowiska akademickie na ogół dobrze wypełniały przypisane sobie zadanie: wykładowcy i studenci, umysłowa elita swych społeczeństw, świecili przykładem patriotycznego zaangażowania.

W Wielkiej Brytanii, gdzie silne były tendencje do izolowania się od spraw kontynentu, decyzja o przystąpieniu do wojny również nie wywołała silniejszego sprzeciwu – ani wśród ogółu mieszkańców, ani w kręgach uniwersyteckich. Wybitny angielski filozof i matematyk Bertrand Russell, wykładowca Cambridge, pacyfista, sprzeciwiał się udziałowi Wielkiej Brytanii w wojnie. Pod koniec lipca 1914 r. był na swym uniwersytecie. W Autobiografii pisał później tak: „Czułem, że Anglia powinna pozostać neutralna, i zbierałem podpisy wielu profesorów i fellowów pod oświadczeniem tej treści, które ukazało się w «Manchester Guardian». W dniu wypowiedzenia wojny prawie wszyscy z nich zmienili zdanie”. 3 sierpnia, w przeddzień wypowiedzenia wojny Niemcom przez Wielką Brytanię, wierzący w siłę nastrojów antywojennych Russell pojechał do Londynu. „Wieczór spędziłem na włóczeniu się po ulicach, obserwowaniu pogodnego tłumu i wczuwaniu się w emocje przechodniów. W tym dniu i w następnych odkryłem ku swojemu zdziwieniu, że przeciętnych mężczyzn i kobiety cieszy perspektywa wojny”. Podobnych obserwacji dokonywał także w swym własnym środowisku: „Pierwsze dni wojny zdumiewały mnie w najwyższym stopniu. Moi najlepsi przyjaciele, jak np. Whiteheadowie, byli nastawieni bardzo wojowniczo”6. Russell, który nie zmieniał swego nastawienia do wojny, popadał w środowiskową izolację („[...] zacząłem spostrzegać, że mnie unikają przy stole profesorów w sali jadalnej”)7. W 1916 r. uniwersytet pozbawił go stanowiska wykładowcy; w 1918 r. Russell trafił na pół roku do więzienia za prasowe wypowiedzi, które uznano za obrazę amerykańskiego sojusznika Wielkiej Brytanii8.

Wojna, która okazała się nieporównanie dłuższa i bardziej wyczerpująca, niż wcześniej przypuszczano, uwidoczniła, jak wielka może być praktyczna użyteczność odkryć naukowych i rozwoju techniki. Wielu wybitnych przedstawicieli nauk przyrodniczych odznaczyło się na tym polu, oferując nowe możliwości działania armiom swoich krajów, ale i narażając się na zarzut współodpowiedzialności za frontowe masakry. Chemik Fritz Haber, od 1911 r. dyrektor Kaiser-Wilhelm-Institut für physikalische Chemie und Elektrochemie, honorowy profesor zwyczajny chemii fizycznej na Uniwersytecie Berlińskim, znacznie wspomógł wojenną gospodarkę Niemiec, opracowując jeszcze przed wojną metodę syntezy amoniaku. Po wybuchu wojny podjął badania nad gazami bojowymi i stał się jednym z twórców nowej, budzącej powszechny lęk broni, którą Niemcy zastosowali po raz pierwszy w kwietniu 1915 r. Za syntezę amoniaku Haber otrzymał po zakończeniu działań wojennych Nagrodę Nobla z chemii za 1918 r.; jako twórca gazów bojowych był przez zwycięskich aliantów oskarżany o złamanie konwencji haskiej i uważany za przestępcę wojennego9.

Wojna sprawiła, że zacieśniły się więzi między światem polityki, gospodarką, wojskiem i nauką, a przynajmniej tymi jej dziedzinami, które mogły mieć bezpośrednie znaczenie militarne. Zjawiska te wywarły jednak stosunkowo niewielki wpływ na uniwersytety: prace na rzecz armii prowadzono głównie poza uczelniami, w specjalnych ośrodkach badawczych, przeważnie związanych z przemysłem i administracją państwową. Najlepszym tego przykładem była wojenna aktywność niemieckich Instytutów Cesarza Wilhelma (Kaiser-Wilhelm-Institute). Jeżeli wojna oddziaływała na uniwersytety, to przede wszystkim w sposób dezorganizujący. Było to oczywiste w przypadku terenów, na których toczyły się walki: Rosjanie, wycofując się przed naporem armii niemieckiej, ewakuowali w głąb Imperium pracowników oraz znaczną część studentów i majątku Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego; ale i tam, gdzie nie dotarły działania wojenne, widać było wpływ wojny. Wykładowcy i studenci założyli mundury, tysiące z nich miało nie powrócić z frontu; uczelnie pracowały w trudnych warunkach, a w odczuciu władz i opinii publicznej kwestia ich potrzeb musiała schodzić na daleki plan10. A kiedy wojna dobiegła wreszcie końca, nie oznaczało to wcale zasadniczej poprawy położenia uniwersytetów.

„Wiek skrajności”: nazizm

Epoka, którą otwierała I wojna światowa, bywała później nazywana „wiekiem skrajności” i „wiekiem nienawiści”11. Można te określenia uznać za trafne, można widzieć w nich przesadę – w końcu historia ludzkości nigdy nie była domeną szczęścia – ale nie sposób zaprzeczyć, że wraz z wybuchem Wielkiej Wojny Europa, po kilku dziesięcioleciach wyraźnej stabilizacji, zaczynała wchodzić w nowy, znacznie bardziej burzliwy okres swych dziejów. Traktaty pokojowe z lat 1919–1920 nie stworzyły – i zapewne nie mogły stworzyć – podstaw nowego ładu europejskiego. Trudności gospodarcze sprzyjały nasilaniu się napięć społecznych, radykalne ideologie uwodziły miliony obietnicą szybkiego rozwiązania narastających problemów, załamywała się wiara w demokrację parlamentarną.

Pamiętając, że niełatwo o wiarygodne uogólnienia w skali całego kontynentu, możemy powiedzieć, iż summa summarum nie był to dobry okres dla europejskich uniwersytetów. Nękająca Europę zła koniunktura gospodarcza – w tym zwłaszcza Wielki Kryzys przełomu lat dwudziestych i trzydziestych – sprawiała, że w obliczu różnych palących kwestii sprawy uniwersyteckie uznawano za mniej ważne12. Nawet w tych dość stabilnych politycznie państwach, które zachowywały ustrój parlamentarnej demokracji, jeszcze przed ogólnym załamaniem koniunktury uczelnie przeważnie słabo się rozwijały; w dobie kryzysu mamy do czynienia ze stagnacją albo regresem. Szans rozwoju nie dawały też pojawiające się wtedy tradycjonalistyczne na ogół, autorytarne dyktatury, które miały skłonność do narzucania uczelniom różnych ograniczeń natury politycznej. Zapowiedzią prawdziwej destrukcji życia uniwersyteckiego mogły być poczynania faszystowskiego reżimu we Włoszech, ale na wielką skalę doszło do niej w państwach mających totalitarne aspiracje: nazistowskich Niemczech i stalinowskim Związku Radzieckim.

Zarówno niemieckie cesarstwo, jak imperium carów były państwami, które upadły pod ciężarem wojennych niepowodzeń. Dla niemieckich środowisk akademickich przegrana wojna i upadek monarchii stanowiły bolesne doświadczenie. Nacjonalistyczny zapał, z jakim witano początek działań zbrojnych, przekształcił się w głęboką frustrację. Republika Weimarska, nowe państwo powstałe na gruzach cesarstwa, uważana była na ogół za narzuconą przez zewnętrznych i wewnętrznych wrogów narodu, obcą i szkodliwą strukturę – widziano w niej zerwanie ciągłości niemieckich dziejów. Spotykało się „republikanów z rozsądku”, którzy akceptowali istniejące państwo bez sympatii, z powodów pragmatycznych, ale i oni znajdowali się w mniejszości13. „Od 1919 roku niemieckie uniwersytety mogły się uważać za bastiony wrogów republiki”14.

W przypadku uniwersytetów dobrze sprawdza się teza, że „pod wieloma względami Hitler miał już przygotowany grunt, gdy doszedł do władzy”15. Profesura, w czasach cesarstwa ważny składnik państwowego establishmentu, miała w większości poglądy konserwatywne, na ogół o dość umiarkowanym odcieniu, chociaż wśród młodszego pokolenia pojawiali się radykałowie wzywający do „konserwatywnej rewolucji”. I umiarkowani, i rzecznicy nacjonalistyczno-konserwatywnego radykalizmu odrzucali zarówno zachodnioeuropejski liberalizm, jak marksizm i bolszewicki rewolucjonizm. Liberalny system wartości i demokrację parlamentarną uważano za świadectwa duchowego upadku, triumfu bezdusznego racjonalizmu i postępującej komercjalizacji; marksizm i bolszewizm postrzegano jako zjawiska z jednej strony wrogie liberalizmowi, z drugiej – wyrastające z tych samych co on, materialistycznych i antynarodowych podstaw. Amerykanizujący się Zachód i sowiecki Wschód miały stanowić podwójne zagrożenie dla niemieckiej tożsamości narodowej i niemieckiej kultury, będącej, jak podkreślano, skarbnicą najcenniejszych wartości. Uniwersyteccy konserwatyści mogli uznawać narodowy socjalizm Hitlera za prostacki i wulgarny, lecz w ich poglądach nie było przeważnie nic, co skłaniałoby do przeciwstawienia się mu. Przeciwnie, nazizm zaczął wydawać się niejednemu propozycją do przyjęcia, a w końcu nawet czymś atrakcyjnym – Hitler zapowiadał przecież narodowe odrodzenie Niemiec i marsz ku prawdziwej wielkości narodu16.

Atrakcyjność nazizmu mogła wzrastać w oczach wykładowców, którzy znajdowali się na niższych szczeblach akademickiej hierarchii – w tym zwłaszcza rosnącej liczebnie grupy „docentów prywatnych” (Privatdozenten), mających prawo wykładania, ale bez wynagrodzenia. Kryzys finansowy, w jakim znajdowały się uniwersytety w dobie Weimaru, bardzo ograniczał możliwości służbowego awansu. Niejeden sfrustrowany swym położeniem spodziewał się, że przewrót polityczny szerzej otworzy wrota do kariery17.

Jeszcze łatwiej przychodziło nazistom zdobywanie zwolenników wśród studentów. W okresie cesarstwa na uniwersytetach działały wprawdzie różnorodne organizacje studenckie, ale ton życiu uczelni nadawały przede wszystkim korporacje kultywujące idee nacjonalistyczne; ci, którym nie odpowiadały poglądy i obyczajowość dominujące w tych środowiskach, byli spychani na margines. Na takim podłożu, w atmosferze powojennej frustracji, wobec kryzysu gospodarczego i wielkich trudności ze znalezieniem pracy po studiach, młodzież chętnie zwracała się w stronę narodowego socjalizmu18.

Dojście Hitlera do władzy w zasadniczy sposób zmieniło warunki, w jakich pracowały niemieckie uniwersytety. Uczelnie, podobnie jak inne instytucje i organizacje, zostały poddane procedurom „ujednolicenia” (Gleichschaltung), czyli podporządkowania nowemu reżimowi. W kwietniu 1933 r. władze rozpoczęły czystkę personalną: wielu wykładowców, Żydów i krytyków nazizmu, zostało usuniętych z uniwersytetów. W latach 1933–1936 z uczelni zwolniono ogółem 16,3% wykładowców; dla Berlina wskaźnik ten wynosił 32,4%, Frankfurtu nad Menem – 32,3%, Heidelbergu – 24,3%19. Niektórzy ze zwolnionych mieli paść ofiarą nazistowskich prześladowań; większość, mniej więcej dwie trzecie, wyemigrowała, głównie do USA. Stopniowo usuwano też żydowskich studentów – do 1938 r. kiedy oficjalnie zabroniono Żydom studiowania, pozostała ich już tylko garstka, poddawana ciągłym szykanom. Autonomia uniwersytecka została zniesiona – rektorzy stali się „Führerami” swych uczelni, podległymi Ministerstwu Nauki, Wychowania i Kultury Narodowej Rzeszy; senatom i dziekanom odebrano wiele dotychczasowych uprawnień.

Poczynania nazistowskich władz nie spotkały się z poważniejszym oporem na uczelniach. Protesty były odosobnione, a znaczna część środowisk akademickich czynnie poparła nazistów. Wydarzeniem o symbolicznym charakterze stała się akcja publicznego palenia książek uznanych przez reżim za szkodliwe. 10 V 1933 r. na berlińskim Opernplatz spłonęło 20 tysięcy tomów. Przemawiał wtedy, triumfując, minister propagandy Rzeszy Joseph Goebbels, lecz nie on był inicjatorem owego autodafe, przedsięwzięcia o ogólnokrajowym zasięgu, które objęło prawie wszystkie uniwersytety niemieckie. Zainicjowali je działacze Niemieckiego Związku Studentów, rywalizując w krzewieniu „nowego ducha” z Narodowosocjalistyczną Niemiecką Federacją Studentów. Do akcji przyłączyły się nacjonalistyczne organizacje studenckie. Kiedy uniwersyteckie biblioteki oczyszczano z potępionych przez nazistów książek, członkowie akademickich elit nie protestowali – przeciwnie, większość z nich stała przy ogniskach, manifestując poparcie dla walki z tym, co „nieniemieckie”20.

Po stronie narodowego socjalizmu ostentacyjnie opowiedzieli się niektórzy z najwybitniejszych uczonych. Dwie najbardziej znane z tych postaci to filozof Martin Heidegger i prawnik Carl Schmitt. Heidegger, profesor na uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim, został w kwietniu 1933 r. rektorem tej uczelni. 1 maja wstąpił do NSDAP, 27 maja wygłosił swój rektorski wykład inauguracyjny, w którym przewidywał, że w nowych warunkach politycznych nastąpi gruntowna odnowa uniwersytetów. Z jego inspiracji powstała deklaracja wierności niemieckiej profesury wobec Hitlera i nazistowskiego państwa21. Schmitt, który został członkiem NSDAP tego samego dnia co Heidegger, a jesienią 1933 r. objął katedrę na Uniwersytecie Berlińskim, jeszcze bardziej zaangażował się jako zwolennik nazizmu. Stał się ważnym uczestnikiem życia publicznego III Rzeszy i starał się wypracować możliwie przekonującą legitymację władzy narodowych socjalistów22.

Heideggera i Schmitta łączy to, że po pewnym czasie ich związki z nazistowskim reżimem rozluźniły się. Nie odeszli od nazizmu zupełnie, ale znaleźli się poza głównym nurtem państwowej aktywności Rzeszy, a ich działania ograniczyły się do sfery akademickiej. Miało to oczywiście różne indywidualne przyczyny, warto jednak przy tej okazji podkreślić, że narodowy socjalizm stworzył takie warunki uprawiania nauki, które okazywały się kłopotliwe nawet dla jego przekonanych zwolenników – o ile tylko wykazywali pewną dozę umysłowej niezależności. Jeśli wielu konserwatywnych naukowców, wrogo nastawionych do Republiki Weimarskiej, spodziewało się, że Hitler otworzy przed niemiecką nauką perspektywy jakiegoś odrodzenia, to przynajmniej niektórzy z nich mogli z czasem poczuć się rozczarowani. Nie miało to większego znaczenia praktycznego: zarówno nieludzki charakter systemu, jak jego intelektualny prymitywizm nie budziły szerszych sprzeciwów. Rzeczywiści i potencjalni krytycy wyemigrowali, zostali zmuszeni do milczenia lub nie żyli. Ci, którzy pozostali, kierowali się wiarą w Hitlera, koniunkturalizmem i konformizmem – w różnych proporcjach.

Po latach w Republice Federalnej Niemiec toczyła się dyskusja na temat „nowoczesności” bądź też „nienowoczesności” nazizmu i III Rzeszy23. Debata tego rodzaju nie mogła doprowadzić do żadnej ostatecznej konkluzji, ponieważ wnioski, do jakich dochodzono, zależały od sposobu pojmowania i oceniania „nowoczesności”, to zaś było, jest i z pewnością będzie przedmiotem niedających się rozstrzygnąć kontrowersji. Nie ulega w każdym razie wątpliwości, że pod rządami Hitlera niemiecka nauka znalazła się w stanie głębokiego upadku. Powód pierwszy to eliminacja wielu wybitnych uczonych; drugi, jeszcze ważniejszy – poddanie działalności naukowej państwowo-partyjnej presji, wynikającej z mieszaniny motywów ideologicznych i pragmatycznych.

Dyktatura o totalitarnych ambicjach, usiłująca wcielić w życie projekt rasistowskiego imperium, narzucała nauce ideologiczne, prostackie schematy, a z trzymania się ich czyniła kwestię lojalności wobec wodza, państwa i narodu. Rezultatem tego stała się destrukcja nauki rozumianej jako niezależna aktywność umysłowa. Nie może specjalnie dziwić ruina humanistyki i nauk społecznych, które, ilustrując nacjonalistyczno-rasistowskie tezy, zostały w istocie sprowadzone do roli propagandowego instrumentu nazistów24. Bardziej osobliwe były ideologiczne oddziaływania w dziedzinie nauk ścisłych: próby stworzenia „niemieckiej matematyki”, wolnej od „żydowskiego formalizmu” i „abstrakcyjności”, czy też „niemieckiej fizyki”, odrzucającej teorię względności i mechanikę kwantową, również jako „żydowskie”. Nauki ścisłe i przyrodnicze trudniej ulegały nazistowskiej ideologizacji – tym bardziej że państwowo-partyjny nacisk miał dwoisty charakter, to zaś mogło prowadzić do wewnętrznych sprzeczności w owej polityce naukowej. Z jednej strony starano się bowiem kształtować naukę zgodnie z nacjonalistyczno-rasistowskimi wyobrażeniami, z drugiej – żądano praktycznej użyteczności prowadzonych badań. A kto tylko nie był całkiem zaślepionym fanatykiem, ten prędzej czy później mógł się zorientować, że ideologiczne drogowskazy nie prowadzą do zbyt użytecznych rezultatów. Niemniej trzeba podkreślić, że wśród konsekwentnych zwolenników „niemieckiej fizyki” znaleźli się Philipp Lenard, laureat Nagrody Nobla z 1905 r., i Johannes Stark, noblista z 1919 r. (o tym, że ich poczynania budziły środowiskowe sprzeciwy, może świadczyć uniemożliwienie przez innego noblistę, Maxa von Laue – nagroda w 1914 r. – przyjęcia Starka do Pruskiej Akademii Nauk)25.

Ideę „niemieckiej fizyki” można uznać za kuriozum niemające istotnych konsekwencji praktycznych – poza karierami, jakie w III Rzeszy robili rzecznicy takich pomysłów. Niemiecką naukę łączyły jednak z życiową praktyką związki jak najbardziej poważne, a często przerażające. Wytyczna praktycznej użyteczności miała od początku w znacznej mierze sens militarny, gdy zaś wybuchła wojna światowa, praca dla wojska stała się jednym z dwóch podstawowych zadań. Jednym z dwóch, ponieważ nauka stanowiła też ważny czynnik przy opracowywaniu i realizacji planów ideologicznie uzasadnianego ludobójstwa: szybka zagłada milionów byłaby niemożliwa bez gruntownej wiedzy z zakresu organizacji i zarządzania, zbrodnicze eksperymenty medyczne, które prowadzono po części z myślą o armii, miały też służyć skuteczniejszemu prowadzeniu rasistowskiej polityki.

Oprócz podporządkowania nazistowskiej ideologii i związanego z tym upadku nauki, okres III Rzeszy przyniósł niemieckim uniwersytetom głęboki regres z punktu widzenia rozwoju studiów wyższych, także w kategoriach ilościowych. Programy nauczania uległy ideologizacji, studentów starano się intensywnie indoktrynować, lecz Hitler tak czy owak odnosił się z niechęcią do wykształcenia uniwersyteckiego. Można to po części wywodzić z jego osobistych kompleksów, rzecz miała jednak głębsze podłoże ideologiczne, reżim nazistowski musiał bowiem – mimo skutecznego podporządkowywania sobie środowisk akademickich – widzieć w uniwersyteckiej tradycji czynnik zagrażający jego totalitarnym ambicjom. W III Rzeszy liczba studentów znacznie spadła. Ogółem w niemieckich szkołach wyższych studiowało: w roku akademickim 1931/1932 – 128 tys. osób, w roku 1937/1938 – 57,5 tys., w roku 1943/1944 (po powiększeniu obszaru Wielkich Niemiec) – 85 tys. Jeszcze wyraźniej zaznaczał się ten spadek w przypadku uniwersytetów: 1931 r. – 100 tys. studentów, 1939 r. – 40 716, 1943/1944 r. – 54 085. Miał tu znaczenie niż demograficzny lat trzydziestych, ale ważne były przede wszystkim konsekwencje polityczno-ideologicznych decyzji władz, takich jak ogólne ograniczenie przyjęć na studia oraz wprowadzenie przepisu, że kobiety mogą stanowić co najwyżej 10% ogółu studiujących26.

Wpływ, jaki nazizm wywarł na stan kadry akademickiej, nie wynikał jedynie z czystek personalnych. W nowej sytuacji politycznej możliwe stały się ruchy kadrowe wynikające z nowych, ściśle ideologicznych kryteriów oceny wykładowców. Narodowosocjalistyczna gorliwość stanowiła skuteczne narzędzie służbowego awansu dla ludzi, którzy nie zasługiwali na ten awans jako badacze i nauczyciele akademiccy27. Przyspieszała karierę ludzi zdolnych, lecz hołdujących nazistowskim wyobrażeniom i pozbawionych skrupułów. Nie zapominajmy też o obojętnych ideowo cynikach, sprawnie dostosowujących się do realiów III Rzeszy28.

„Wiek skrajności”: stalinizm

W jakiej mierze stalinowski Związek Radziecki był podobny do hitlerowskich Niemiec? Niekończące się dyskusje na ten temat mają charakter tyleż naukowy, co polityczny i światopoglądowy. Zwolennicy tezy o zasadniczym podobieństwie wskazują na totalitarną naturę obu systemów ustrojowych: i w jednym, i w drugim przypadku rządzący dążyli do pełnego podporządkowania sobie społeczeństwa, narzucenia mu radykalnej ideologii i wprzęgnięcia do realizacji utopijnych wizji – budowy światowego porządku komunistycznego lub rasistowskiego imperium. W obu przypadkach stosowano także podobne metody: masową indoktrynację i terror przeradzający się w ludobójstwo. Krytycy takiej koncepcji, której fundament stanowi pojęcie „totalitaryzmu”, podkreślają, że Związek Radziecki i III Rzeszę wiele różniło: poziom rozwoju cywilizacyjnego, tradycje rodzimej kultury, źródła panującej ideologii. Kwestionują również przydatność „totalitaryzmu” jako głównego narzędzia konceptualizacji dziejów dwóch dyktatur29.

Porównywanie sytuacji niemieckich i sowieckich uniwersytetów może dostarczyć argumentów zarówno rzecznikom koncepcji totalitarnego podobieństwa, jak i jej krytykom – obok podstawowych różnic widzimy tu uderzające podobieństwa. Odmienna była geneza każdego z systemów: Hitler stał na czele ruchu po części społecznie radykalnego, ale do rządów powołały go tradycyjne elity, establishment wywodzący się z czasów cesarstwa; Stalin doszedł do władzy w państwie będącym wytworem rewolucyjnego przewrotu, który obalił dotychczasowe hierarchie społeczne. Hitler, choć po uchwyceniu władzy szybko pokazał swym dotychczasowym protektorom, kto jest panem Niemiec, doszedł do porozumienia z niemieckimi warstwami wyższymi. Naziści zmuszali do emigracji, milczenia w kraju, zamykali do więzień lub zabijali tych członków niemieckich elit intelektualnych, którzy nie odpowiadali ich ideologicznym wyobrażeniom, lecz represjonowani stanowili wyraźną mniejszość. Bolszewicy, zniszczywszy dawne warstwy wyższe, rozbili też środowiska twórcze carskiego imperium. Część przedrewolucyjnej warstwy oświeconej przetrwała w Związku Radzieckim, sowiecka inteligencja była jednak w przeważającej mierze produktem nowej epoki.

„Wybitnego uczonego, czołowego specjalistę w tej czy innej dziedzinie trzeba oszczędzić, nawet jeśli ma reakcyjne poglądy”30. Lenin powtarzał to podobno wielokrotnie Anatolijowi Łunaczarskiemu, który po przewrocie bolszewickim jako ludowy komisarz oświaty miał zarządzać całością życia umysłowego kraju31. To zdanie, brzmiące przecież dość ponuro, sygnalizowało, że w kwestii „czołowych specjalistów” przywódca bolszewików skłonny był działać pragmatycznie (podobnie jak w dziedzinie polityki gospodarczej). Ci z przedstawicieli inteligencji, którzy nie padli ofiarą masowego terroru w okresie wojny domowej i nie wyemigrowali, nie znajdowali się zatem w sytuacji całkiem beznadziejnej. Jeśli ich kwalifikacje okazywały się użyteczne dla nowego reżimu, mogli liczyć – przynajmniej chwilowo – na przyzwoite traktowanie. Im silniejsza pozycja w świecie nauki, tym większe były szanse na życie w dobrych warunkach: światowej sławy fizjolog Iwan Pawłow, noblista z 1904 r., choć poglądy miał z punktu widzenia bolszewików bez wątpienia „reakcyjne”, był hołubiony przez sowieckie władze i dożył w dostatku późnego wieku32. Jednakże ani Lenin, ani inni liderzy bolszewiccy w żadnym razie nie wyrzekali się swych rewolucyjnych celów, to zaś niedobrze wróżyło ludziom uważanym za produkt obalonego systemu. Na korzyść przedrewolucyjnej inteligencji działała natomiast zarówno cywilizacyjna słabość kraju – tradycyjnie zapóźnionego, a wyniszczonego jeszcze przez wojnę – jak i względna słabość bolszewików, którzy potrafili uchwycić władzę, ale sami nie rozporządzali środkami pozwalającymi myśleć o realizacji bardzo ambitnych planów.

Ideolodzy bolszewiccy, myśląc o głębokiej przebudowie społeczeństwa i dojściu do komunizmu, widzieli bowiem w rewolucyjnych przemianach coś, co w bezprecedensowy sposób wyzwoli twórcze siły ludzkości. Przeświadczenie o cywilizacyjnym znaczeniu rewolucji było istotnym składnikiem poglądów Marksa, a w Rosji, wobec tutejszych problemów rozwojowych, miało szczególny ciężar gatunkowy. Trocki, który swe ideologiczne wizje konstruował ze szczególnym rozmachem, z pewnością nie może być uznany za postać reprezentatywną dla całej bolszewickiej elity, ale jego poglądy zasługują na uwagę. W tomie Literatura i rewolucja z 1924 r., pisząc o niezwykłym rozwoju, jaki stanie się możliwy w komunizmie, roztaczał przed czytelnikami oszałamiające perspektywy: „Człowiek, który nauczy się poruszać rzeki i góry, budować pałace na szczycie Mont Blanc i na dnie Atlantyku, zdolny będzie wyposażyć swe życie nie tylko w bogactwo, intensywność i blask, ale również w dynamizm najwyższej próby [...]. Człowiek postawi sobie za cel opanowanie własnych uczuć [...] i w ten sposób wzniesie się na nową płaszczyznę egzystencji, stworzy wyższy typ społeczno-biologiczny, czyli, jeśli można się tak wyrazić, przekształci się w nadczłowieka”33. Trocki wychodził tu znacznie poza horyzont wyobrażeń większości bolszewickich działaczy, lecz nie wydaje się, aby jego eugeniczne fantazje były sprzeczne z ich odczuciami. Idea postępu naukowo-technicznego, pojmowanego jako narzędzie przekształcania życia ludzkiego, była mocno zakorzeniona w leninowskiej mutacji marksizmu. Przed przywódcami nowego państwa stał jednak podstawowy dylemat: czy dążąc do rozwoju, trzymać się ideologii i posługiwać metodami nowymi, zgodnymi z radykalną doktryną, czy też raczej zachowywać się pragmatycznie, iść na kompromis z rzeczywistością i zachować przynajmniej część tego, co „stare”? Dylemat ten pozostawał aktualny aż do końca istnienia Związku Radzieckiego, wpływał także w decydujący sposób na relacje między władzami a uczelniami.

W okresie wojny domowej wśród uniwersyteckiej profesury przeważały nastroje wrogie bolszewikom. Już wkrótce po przewrocie, którego dokonali Lenin i Trocki, na uczelniach rozległy się oficjalne protesty; później większość profesorów liczyła na zwycięstwo przeciwników rewolucji, a gdy ci ponieśli klęskę, wykładowcy uczelni z terenów, które opuszczały wojska „białych”, często wyjeżdżali z kraju wraz z ewakuującymi się oddziałami (i tak większa część kadry dawnego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, przeniesionego w 1915 r. do Rostowa nad Donem, popłynęła w 1920 r. do Konstantynopola)34. W atmosferze rewolucyjnej ekscytacji władze przystąpiły wkrótce do działań mających pozbawić uniwersytety samodzielności i uczynić je narzędziem nowej polityki edukacyjnej. Dekret z października 1918 r. znosił naukowe stopnie magistra i doktora, usuwał z uniwersytetów profesorów, którzy pracowali na tej samej uczelni co najmniej dziesięć lat lub co najmniej piętnaście lat piastowali stanowisko profesorskie, otwierał wreszcie możliwość ubiegania się o zwolnione stanowiska przed każdym, kto, jak pisano, wyrobił sobie reputację jako uczony lub nauczyciel35. Okazało się jednak szybko, że szkolnictwo wyższe niełatwo przekształcić w nowym duchu – „stara” profesura była stale niezbędna, bo wśród zwolenników bolszewizmu brakowało ludzi o odpowiednich kwalifikacjach.

Warunki pracy uniwersytetów miała uregulować ustawa z 2 IX 1921 r. Podporządkowywała ona uczelnie bezpośrednio Ludowemu Komisariatowi Oświaty, który m.in. mianował rektora i zatwierdzał nominacje na stanowiska profesorskie. Podległość LKO nie była wszakże jedynym zewnętrznym czynnikiem wpływającym na działalność uniwersytetów. W praktyce większe znaczenie miewała nierzadko presja lokalnej administracji państwowej – urzędnicy chętnie ingerowali w sprawy uczelni. Istniał wreszcie istotny czynnik wewnętrzny w osobach „rewolucyjnych” studentów. Młodym zapaleńcom wydawało się, że mogą kierować uniwersytetem, a głównym przeciwnikiem była dla nich oczywiście „reakcyjna” profesura (choć nie cieszyło ich także zacieśnianie państwowej kontroli nad uczelniami). Przedrewolucyjni profesorowie, poddawani wszystkim tym naciskom, przez pewien czas utrzymywali swe pozycje36. Zdarzały się sytuacje kryzysowe: jesienią 1922 r. bolszewicy deportowali z kraju pod zarzutem wrogiej aktywności stu kilkudziesięciu twórców i naukowców, w tym znaczną grupę nauczycieli akademickich37. Ogólnie jednak biorąc, do 1928 r. w stosunkach między władzami państwowymi a profesurą panował względny spokój38.

Zmiana tej sytuacji wiązała się z przejmowaniem pełni władzy w Związku Radzieckim przez Stalina i wyraźnym przyspieszeniem działań mających na celu przebudowę całego kraju. Uzyskawszy pod koniec lat 20. kontrolę nad partią komunistyczną, Stalin uczynił z partyjnej biurokracji narzędzie panowania nad społeczeństwem, któremu narzucił ideologię marksistowską w niezbyt wyrafinowanej wersji Lenina, jeszcze przez siebie prostacko skodyfikowanej. Partyjna dyktatura, wspierająca się na wszechobecnej indoktrynacji i ludobójczym terrorze, umożliwiała taki model rozwoju, którego nie można było wprowadzić ani w demokracjach, ani w państwach autorytarnych: przymusową kolektywizację rolnictwa i forsowną industrializację. Koncepcja wspieranego przez państwo uprzemysłowienia zaczęła sobie zdobywać w tamtym czasie popularność w wielu krajach, Stalin nadał jej jednak charakter skrajny i realizował z niezwykłą bezwzględnością39.

Ideologiczna mobilizacja, która w intencji władz partyjno-państwowych miała objąć wszystkie dziedziny życia, i program przyspieszonej modernizacji musiały wywrzeć głęboki wpływ na stan nauki i sytuację uniwersytetów. We wcześniejszym okresie zbrodnicza brutalność bolszewików przeplatała się – z takich czy innych powodów – z pewną elastycznością działania, a totalitarna wizja porządku społecznego nabierała dopiero konkretnych kształtów. Dawało to naukowcom i uczelniom skromny, lecz ważny margines swobody. Pod rządami Stalina niezależna aktywność umysłowa stopniowo obumierała, aż po II wojnie światowej wzmożone naciski ze strony partii, poparte jak zwykle represjami, sprawiły, że w wielu dziedzinach właściwie zupełnie zanikła. Z punktu widzenia partyjnego kierownictwa nie ulegało wątpliwości, że niezależność intelektualna badaczy stanowi czynnik społecznie szkodliwy. Nauka, podobnie jak w III Rzeszy, miała przede wszystkim służyć praktyce – politycznej i techniczno-gospodarczej. Humanistyka musiała wspierać ideologię, czyli w istocie partyjną propagandę; nauki przyrodnicze – mieć wyniki użyteczne dla gospodarki i wojska40. I podobnie jak w III Rzeszy, owo ideologiczno-praktycystyczne skrępowanie dawało rezultaty dziwaczne, czasem całkiem kuriozalne, w ostatecznym rozrachunku nierzadko szkodliwe dla gospodarczych i militarnych możliwości Związku Radzieckiego.

2. Trofim Łysenko

Najbardziej chyba znanym przykładem owych zniekształceń pracy naukowej była osobliwa kariera Trofima Łysenki. W latach 30. ten rzutki agronom zaczął popularyzować tezę, że organizmy żywe wykazują niemal nieograniczoną plastyczność pod wpływem zmian środowiskowych, a to, co twierdzi zachodnia genetyka, jest burżuazyjnym wymysłem. Poglądy Łysenki zyskały sobie uznanie sowieckiego kierownictwa i wróg genetyki stał się czołowym autorytetem nauk biologicznych w Związku Radzieckim. Piastował wysokie stanowiska, spłynęły nań różne zaszczyty (był członkiem Akademii Nauk ZSRR, przewodniczył Akademii Nauk Rolniczych). Jego pozycja nie załamała się po śmierci Stalina; dopiero po zgonie Nikity Chruszczowa władze zezwoliły na otwartą krytykę „łysenkizmu”.

Sprawa Łysenki pokazuje kilka interesujących aspektów sowieckiego życia naukowego. Po pierwsze, miała znaczenie ideologiczne: atak na zachodnią, „burżuazyjną” naukę był, z punktu widzenia Stalina i jego otoczenia, czymś użytecznym propagandowo, a idea plastyczności organizmów dobrze pasowała do komunistycznych marzeń o podboju przyrody41. Po drugie, pomysły Łysenki, ignoranta i szarlatana, trafiały do przekonania sowieckim decydentom, ponieważ obiecywał, że praktyczne zastosowanie jego koncepcji przyniesie ogromne korzyści rolnictwu (okazało się to zupełną iluzją). Kolektywizacja wywołała dramatyczny spadek produkcji rolnej – w tej sytuacji kariera pomysłowego agronoma była w znacznej mierze pochodną palącej potrzeby rozwiązania tego problemu. Po trzecie, Łysenko urodził się w rodzinie chłopskiej, co w latach 30. stanowiło cenny atut. Stalin chciał zniszczyć resztki dawnej inteligencji i „burżuazyjne” nawyki mentalne, stąd promowanie „chłopskich uczonych”42.

Ideologizacja pracy naukowej, podporządkowanie badań praktycznym potrzebom państwa, inżynieria społeczna w sferze nauki i edukacji – wszystkie te zjawiska były wyraźnie widoczne w życiu uniwersytetów. W dobie stalinizmu ideologiczne kanony narzucano wszystkim niemal dziedzinom nauki, choć, z dość oczywistych względów, w nierównym stopniu. Matematykę pozostawiono w spokoju, ingerencje pojawiły się natomiast w fizyce. Oficjalnie potępiono teorię względności i mechanikę kwantową – podobnie jak w III Rzeszy, ale z innych powodów, chodziło bowiem o ich niezgodność z filozoficznymi założeniami leninowskiego marksizmu. Jeszcze silniejsze były ideologiczne naciski w naukach biologicznych, a w tych warunkach otwierało się szerokie pole do rozmaitych urzędowo sankcjonowanych nadużyć. Przypadek Łysenki nie był bynajmniej czymś odosobnionym. Wystarczy wspomnieć o nie mniej spektakularnym casusie Olgi Lepieszynskiej, wpływowej partyjnie lekarki, która ogłosiła, że wytwarza żywe komórki z nieożywionej substancji organicznej, i zyskała oficjalny poklask (w 1950 r. została laureatką Nagrody Stalinowskiej). Obszarem najbardziej intensywnej ideologizacji stały się jednak – co nie powinno zbytnio dziwić – nauki humanistyczne i społeczne43.

Jeszcze w samych początkach władzy bolszewickiej Lenin zabiegał o to, aby na uniwersytetach zajmowano się w odpowiednio dużym wymiarze marksizmem. Przez kilka lat zamiar ten napotykał poważne trudności. „Stara” profesura odnosiła się na ogół niechętnie do nowej ideologii, marksistowskich wykładowców było niewielu, a ci, którzy pozostawali do dyspozycji, nie dawali wcale gwarancji lojalności wobec bolszewików. Marksizm, który przed rewolucją mógł być atrakcyjny jako krytyka istniejącego porządku, po rewolucji, stając się ideologią grupy rządzącej, tracił tę atrakcyjność. Kiedy po śmierci Lenina wprowadzono na uniwersytety jako przedmiot „leninizm”, rzecz zaczęła polegać na nużącym powtarzaniu frazesów44.

W 1928 r. Stalin rozpętał jednak kampanię wymierzoną w „burżuazyjnych specjalistów”. Zapoczątkował ją proces kilkudziesięciu inżynierów i techników z kopalń w Szachtach w Zagłębiu Donieckim, fałszywie oskarżonych o antysowiecki spisek – zapadło wtedy 11 wyroków śmierci. Był to sygnał, że następuje zwrot w polityce wobec dawnych elit umysłowych, a także tradycyjnych instytucji – takich jak uniwersytety. Zaczynał się okres masowych czystek personalnych, pokazowych procesów, terroru na niespotykaną dotąd skalę i nasilenia totalitarnych ambicji władz. Dla uczelni oznaczało to przewrót kadrowy oraz jeszcze silniejsze podporządkowanie państwu i oficjalnej ideologii. Trzeba tu podkreślić, że działania, które podjął Stalin z myślą o umocnieniu swej pozycji, miały istotny kontekst społeczny. Represje wobec politycznych i intelektualnych elit – zarówno „burżuazyjnej” inteligencji, jak uformowanej po bolszewickim zwycięstwie warstwy kierowniczej ZSRR – otwierały drogę awansu „ludziom nowym”, wywodzącym się głównie spośród robotników i uboższego chłopstwa.

Wkrótce po zdobyciu władzy, wobec kłopotów z pełną kontrolą nad uniwersytetami, bolszewicy przystąpili do tworzenia własnych struktur edukacyjnych. Chodziło im, po pierwsze, o przygotowanie marksistowskich wykładowców i propagandystów oraz lojalnych kadr administracyjnych, po drugie, o umożliwienie pracownikom fizycznym przyspieszonego zdobycia średniego wykształcenia, tak aby mogli iść na studia. W 1918 r. powołano do życia Socjalistyczną Akademię Nauk Społecznych, w 1920 r. powstał Uniwersytet Komunistyczny im. Swierdłowa, a w 1921 r. – Instytut Czerwonej Profesury. System „komunistycznych uniwersytetów” i placówek o pokrewnym charakterze, rozwijający się w następnych latach, miał kompensować władzom niezadowalający, z ich punktu widzenia, stopień kontroli nad tradycyjnymi uczelniami. Jednocześnie starano się doprowadzić do zmiany społecznego składu zbiorowości studenckiej na tych uczelniach. Nie dało spodziewanych rezultatów rozwiązanie najprostsze i najbardziej radykalne, czyli dopuszczenie, na mocy dekretu z sierpnia 1918 r., do bezpłatnych studiów wyższych wszystkich, którzy ukończyli 16 lat. Profesura przyjęła to posunięcie z wielką niechęcią, młodzi proletariusze i chłopi garnęli się do studiowania mniej chętnie, niż przypuszczali bolszewiccy działacze, ci zaś, którzy zdecydowali się studiować, często zupełnie nieprzygotowani, słabo sobie radzili i nieraz rezygnowali. Uczelniom polecono więc otwierać „wydziały robotnicze” (raboczyje fakultiety, w skrócie rabfaki), mające zadbać o to, aby robotniczo-chłopscy kandydaci otrzymali w możliwie szybkim tempie wykształcenie na poziomie średnim. Rezultaty tych działań można oceniać z dużą dozą sceptycyzmu, ale tak czy owak na uniwersytetach rosła liczba studentów, których pochodzenie uważano za właściwe. To tym ludziom Stalin, niszcząc istniejące dotąd elity, umożliwiał awans; to oni tworzyli kadry stalinowskiej biurokracji, robili kariery i gotowi byli czcić przywódcę ZSRR jako postać najwybitniejszą w dziejach45.

Kiedy staramy się scharakteryzować sowiecki system kształcenia uniwersyteckiego, nie możemy pominąć czynnika niezmiernie ważnego, choć słabiej uchwytnego niż kwestie instytucjonalne, statystyki społeczne lub dane dotyczące prowadzonych na uczelniach badań. Leszek Kołakowski pisał po latach o „kulturze parweniuszy”, stalinowskich aparatczyków – pospiesznie awansowanych, niedokształconych, o wąskich horyzontach, nienawidzących tego, czego nie mogli zrozumieć46. Kultura ta nadawała ton życiu pod rządami Stalina. Lata 20. były w ZSRR okresem kulturowego fermentu, eksperymentów czasem poronionych, czasem interesujących. W miarę utrwalania się władzy Stalina partia tłumiła tę aktywność, a sowiecka kultura – w oficjalnej retoryce „proletariacka” – nabierała coraz więcej cech konserwatywnych i drobnomieszczańskich. „Kultura parweniuszy” wycisnęła głębokie piętno na życiu sowieckich uczelni, które zachowały nazwę „uniwersytetów”, ale zatraciły to, co w europejskiej tradycji stanowiło o uniwersyteckim charakterze szkoły wyższej.

W 1916 r. w Imperium Rosyjskim było 10 uniwersytetów; w 1925 r. w Związku Radzieckim liczba ich wzrosła do 34. Liczba studentów zwiększyła się w tym czasie z prawie 39 tys. do 52 tys.47 Ten ilościowy wzrost łączył się ściśle z kampanią industrializacyjną i całym programem przekształcenia ZSRR w światową potęgę. Rozwojowe ambicje ekipy stalinowskiej w znacznej mierze określiły też kierunki zmian w sowieckim szkolnictwie wyższym.

Koncepcja uniwersytetu, jaką w początku XIX w. przedstawił Humboldt, była nie tyle pragmatycznym projektem, co odległym – być może w ogóle nieosiągalnym – ideałem. Dążenie do niego decydowało jednak o tożsamości europejskich uniwersytetów. Dla kierownictwa ZSRR ideał bezinteresownego poszukiwania prawdy był bezużyteczny, a pod pewnymi względami nawet wybitnie szkodliwy. Zasada podporządkowania nauki bezpośrednim potrzebom państwa sprawiła, że powstał scentralizowany i hierarchiczny aparat biurokratycznego zarządzania działalnością naukową48. Naukowcy, których pracę uznawano za przydatną dla państwa – w tym zwłaszcza, jak w przypadku fizyków, z militarnego punktu widzenia – zyskiwali wysoką pozycję społeczną (rzecz jasna pod warunkiem pełnej lojalności politycznej). Szkolnictwo wyższe, poddane ścisłej kontroli administracyjnej, rozbudowywano według kryterium praktycznej użyteczności. Na przełomie lat 20. i 30. dały się zresztą słyszeć głosy o bezużyteczności uniwersytetów, oderwanych od „prawdziwego” życia i jego potrzeb; na niektórych uczelniach zaczęto likwidować wydziały uznawane za niepotrzebne, czyli humanistyczne i społeczne49.

Ostatecznie uniwersytety przetrwały, stały się jednak dość skromną częścią potężnej struktury instytucjonalnej. W dziedzinie badań na plan pierwszy wysuwały się placówki Akademii Nauk ZSRR, która zgodnie ze statutem z 1935 r. była najwyższą instytucją naukową kraju; istniała też rozległa sieć instytutów podległych poszczególnym ministerstwom. W dziedzinie nauczania nacisk kładziono na szkolnictwo zawodowe: techniczne, medyczne, ekonomiczne, rolnicze. Pojawiła się też tendencja do przekształcania tych wydziałów uniwersyteckich, które uznawano za związane z techniką i gospodarką, w odrębne uczelnie. Stalinowska polityka wywarła głęboki i trwały wpływ na szkolnictwo wyższe: w 1960 r. było w ZSRR 40 uniwersytetów, a szkół wyższych ogółem – 739; na uniwersytetach studiowało 249 tys. osób, co stanowiło ok. 10% ogółu studentów50.

Po II wojnie światowej sowiecki system organizacji nauki i wyższej edukacji narzucono krajom zajętym przez Armię Czerwoną. Przemiany, jakie nastąpiły w ZSRR po śmierci Stalina, nie wywołały dalej idących przekształceń tego systemu, choć nastąpiło wtedy pewne osłabienie ideologicznego nacisku na naukę.

Wielka Wojna po raz drugi

II wojna światowa przyniosła uniwersytetom europejskim bardzo zróżnicowane doświadczenia. Położenie uczelni w krajach opanowanych przez Niemcy było pochodną ogólnych zasad, jakie regulować miały politykę okupacyjną, te zaś różniły się od siebie znacznie w zależności od obszaru, którego dotyczyły. W Europie Zachodniej – pojawiały się tu oczywiście pewne lokalne odmienności – uniwersytety znalazły się pod ścisłym nadzorem policyjnym, obowiązywała restrykcyjna cenzura, a wszelkie przejawy oporu stawały się powodem represji. Z uczelni zostali usunięci Żydzi, którzy następnie w większości trafili do obozów zagłady.

W Europie Środkowo-Wschodniej i Wschodniej – gdzie niemiecka polityka również miała niejednakowy charakter – ogólny ton działaniom Niemiec nadawała idea utworzenia na tych terenach rasistowskiego imperium. Narzędziem nazistowskiej inżynierii społecznej stało się ludobójstwo i czystki etniczne. Zgodnie z zespołem dokumentów, który otrzymał nazwę Generalplan Ost, większość miejscowej ludności miała zostać fizycznie zlikwidowana lub wysiedlona na wschód od Uralu51. Generalplan Ost opracowywano w pierwszych latach wojny, ale stanowił on rozwinięcie i konkretyzację planów wcześniejszych. Kiedy we wrześniu 1939 r. wojska niemieckie zajęły część terytorium Polski, rozpoczęły się masowe egzekucje Żydów i polskiej inteligencji. Jesienią 1939 i wiosną 1940 r. ofiarą akcji „Inteligencja” padło ponad 100 tys. osób52.

Eksterminacja inteligencji stanowiła kluczowy składnik programu sprowadzenia społeczeństwa polskiego do poziomu niezdolnej do politycznej aktywności, niewykwalifikowanej siły roboczej. Z nazistowskiego punktu widzenia nie mogło zatem być mowy ani o polskich uniwersytetach, ani nawet szkołach średnich. Dla słowiańskich pracowników fizycznych odpowiednia miała być czteroklasowa szkoła powszechna. W memoriale przygotowanym wiosną 1940 r. przez Himmlera i zatwierdzonym przez Hitlera czytamy: „Celem tych szkół powszechnych jest jedynie nauczenie rachowania najwyżej do 500, pisowni nazwisk, nauka, która jest boskim przykazaniem bycia posłusznym Niemcom, a także uczciwym, pilnym oraz rzetelnym. Umiejętność czytania uważam za zbędną”53.

Symbolicznego znaczenia nabrało oficjalne poniekąd zetknięcie się polskiej profesury z niemieckim aparatem bezpieczeństwa. 3 XI 1939 r. rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego Tadeusz Lehr-Spławiński otrzymał od oficera SS polecenie zebrania wykładowców na prelekcję o niemieckim stanowisku wobec uniwersytetów. Profesorowie i asystenci – w zdecydowanej większości pracownicy UJ, ale także przedstawiciele innych uczelni – zgromadzili się 6 XI 1939 r. w jednej z sal Collegium Novum. Przybył tam SS-Sturmbannführer Bruno Müller, prawnik z wykształcenia, jeden z dowódców działającej w Polsce „grupy operacyjnej” SS. Oświadczył, że uczelnia rozpoczęła rok akademicki bez zezwolenia władz, a jej wykładowcy są wrogo nastawieni do nauki niemieckiej. W związku z tym, zakończył, obecni na sali Polacy zostaną wysłani do obozu koncentracyjnego. Podczas akcji, którą nazywano później Sonderaktion Krakau, zatrzymano 183 osoby, w tym 142 wykładowców UJ. 11 aresztowanych wkrótce zwolniono, resztę przewieziono do obozu Sachsenhausen; część po pewnym czasie znalazła się w Dachau. Nacisk europejskiej opinii – w tym m.in. interwencja Mussoliniego – sprawił, że władze niemieckie ostatecznie zdecydowały się uwolnić krakowskich naukowców, wielu z nich jednak zmarło w obozie lub wkrótce po jego opuszczeniu54. Mimo niezwykłej bezwzględności, z jaką Niemcy prowadzili swą politykę, nie udało im się sparaliżować polskiego życia umysłowego, w tym także działalności uniwersytetów. Pod okupacją, mimo terroru i bardzo trudnych warunków materialnych, rozwinęły się struktury tajnego szkolnictwa wyższego.

Poczynania nazistowskiego reżimu znajdowały silne wsparcie w niemieckich środowiskach akademickich. Teodor Schieder, młody wówczas historyk, który miał zrobić imponującą karierę uniwersytecką w Republice Federalnej Niemiec, w swoim opracowaniu z października 1939 r. zalecał czystki etniczne na wielką skalę w „odzyskanych prowincjach wschodnich”, widząc w takich działaniach środek w pełni usprawiedliwiony interesami narodu niemieckiego; niepokoiła go także możliwość „wyłonienia się nowej polskiej warstwy przywódczej”55. Historycy przedstawiali argumenty mające ideowo podbudować ekspansję na wschód, co nasiliło się wraz z atakiem na ZSRR. Hermann Heimpel – po wojnie jedna z najbardziej prominentnych postaci życia akademickiego Republiki Federalnej Niemiec – w książce wydanej w 1941 r. podkreślał, że średniowieczne cesarstwo, którego spadkobiercami są Niemcy, miało „wewnętrzne uzasadnienie w misji miecza na Wschodzie”. Reinhard Wittram widział w Niemcach tych, którzy tworzą podstawy europejskiej jedności56.

Heimpel, profesor we Fryburgu Bryzgowijskim i Lipsku, od 1941 r. pracował na Uniwersytecie Rzeszy w Strasburgu; Wittram otrzymał katedrę na Uniwersytecie Rzeszy w Poznaniu. Reichsuniversitaten to placówki będące szczególnie jaskrawym przejawem wprzęgnięcia instytucji uniwersytetu w poczynania państwowo-partyjnego aparatu III Rzeszy. Pod takim szyldem funkcjonował od 1939 r. niemiecki uniwersytet w Pradze; w 1941 r. powstały podobne uczelnie w Strasburgu i Poznaniu. Uniwersytety Rzeszy, utworzone na terenach świeżo opanowanych przez Niemcy, miały charakter ściśle związany z planami budowy nazistowskiego imperium i narzucenia Europie nowego porządku politycznego. Zakładano, że prowadzone w tych placówkach prace z zakresu gospodarki rolnej, etnografii i antropologii służyć będą rozwojowi niemieckiego osadnictwa, studia historyczne zaś dowodzić wyższości Niemców nad innymi narodami57. Zalążkiem niemieckiego uniwersytetu w Krakowie miał być Institut für Deutsche Ostarbeit, założony w 1940 r.58

Wskazując na zaangażowanie niemieckiej nauki w działania, które III Rzesza podejmowała podczas wojny, musimy pamiętać, że uczelnie nie odgrywały tu zbyt ważnej roli. Naukowcy z Uniwersytetu Berlińskiego uczestniczyli w przygotowywaniu Generalnego Planu Wschodniego, ale reżim wolał tworzyć osobne placówki do wykonywania praktycznych zadań; przedsięwzięcia o bezpośrednim znaczeniu militarnym były rzecz jasna utajnione, pracowały zaś nad nimi wyselekcjonowane zespoły badaczy, znajdujące się pod rygorystycznym nadzorem służb bezpieczeństwa. Zarówno w ZSRR, jak USA i Wielkiej Brytanii prace z dziedziny techniki wojskowej, wykorzystujące najnowsze osiągnięcia nauk ścisłych i przyrodniczych, także prowadzone były w specjalnych ośrodkach pod ścisłą kontrolą polityczną i policyjną.

II wojna światowa w jeszcze większym stopniu niż pierwsza uświadomiła europejskim politykom, elitom intelektualnym i gospodarczym, a także przynajmniej części opinii publicznej, jak ogromne są możliwości praktycznego wykorzystania osiągnięć naukowych. Symbolem najzupełniej wymiernej potęgi nauki stał się amerykański „Projekt Manhattan”, którego produktem była bomba atomowa. Postępująca zmiana społecznego statusu nauki miała wpływać na sytuację uniwersytetów, lecz proces ten nie był ani szybki, ani jednoznaczny w swych konsekwencjach. Tymczasem Europa stanęła wobec ogromu zniszczeń, jakie pozostawiła po sobie wojna.

Problem odbudowy dotyczył również uniwersytetów. Zniszczenia, o które w tym przypadku chodziło, miały różny zakres w różnych krajach, a ich charakter bywał tak materialny, jak intelektualny i moralny. Na Wschodzie odbudowie towarzyszyło narzucanie sowieckich rozwiązań ideowo-organizacyjnych w dziedzinie nauki i szkolnictwa – część ogólnego przewrotu ustrojowego. W Polsce w czasie wojny została wyniszczona większość inteligencji. Warstwa wykształcona padła tu z jednej strony ofiarą nazistów, z drugiej – terroru stalinowskiego, który dosięgnął tysiące Polaków po rozpoczętej 17 IX 1939 r. inwazji ZSRR na wschodnie ziemie Rzeczypospolitej; wielu inteligentów znalazło się na emigracji w Europie Zachodniej i pozostało tam po wojnie. W warunkach polskich trzeba było zatem nie tylko usuwać zniszczenia materialne, ale i odtwarzać warstwę inteligencką. Nauka polska miała wkrótce znaleźć się pod presją stalinizmu. Nie należy jednak zapominać, że nowy reżim podjął szeroko zakrojone działania na rzecz rozwoju uczelni i instytutów badawczych.

Niemcy były po wojnie zrujnowane materialnie, podstawowy problem stanowiła tu jednak spuścizna nazizmu, który w minionych latach znalazł tak wielu zwolenników na uniwersytetach. Kwestia wyższych uczelni wchodziła na gruncie niemieckim w zakres szerszych programów denazyfikacyjnych, z rozmaitą chęcią i umiarkowanym powodzeniem wprowadzanych w życie przez władze okupacyjne. W okupowanych podczas wojny przez Niemcy krajach Zachodu zaczęły się rozliczenia z tymi, którzy kolaborowali z III Rzeszą. Skompromitowani wykładowcy tracili uniwersyteckie stanowiska. We Francji, gdzie starano się uporać z dziedzictwem reżimu Vichy, najważniejsza decyzja dotyczyła sfery grande écoles, elitarnych uczelni usytuowanych poza podstawową siecią uniwersytetów. Wobec poparcia, jakie kolaboranckie władze zyskały w kręgach wyższych urzędników, postanowiono udoskonalić system kształcenia biurokratycznej elity. W październiku 1945 r. Rząd Tymczasowy Republiki utworzył École Nationale d’Administration, której zadaniem miało być odpowiednie przygotowywanie wyższych kadr urzędniczych59.

Masowość, rewolta, reformy

Rok 1945 był ważną cezurą w dziejach europejskich uniwersytetów. Podstawowe znaczenie miała w tym przypadku stabilizacja polityczna w Europie: zakończył się okres wielkich wojen i gwałtownych wstrząsów wewnętrznych, a rywalizacja amerykańsko-sowiecka, choć kilkakrotnie groziła przekształceniem się w światowy konflikt zbrojny, ostatecznie nie wykroczyła poza formę „zimnej wojny”. Wschodnia część kontynentu znalazła się pod kontrolą ZSRR, co przyniosło tym obszarom nieudane próby modernizacji, a w konsekwencji stagnację i kryzysy społeczno-gospodarcze. Część zachodnia, w której utrwalił się ustrój parlamentarnej demokracji, mogła natomiast wejść na drogę szybkiego wzrostu gospodarczego i głębokich przemian cywilizacyjnych. Umożliwiło to uniwersytetom zachodnioeuropejskim rozwój na niespotykaną dotąd skalę. Nie znaczy to jednak, że był to rozwój bezproblemowy i niewzbudzający kontrowersji, a jego obecne rezultaty mogą wszystkich zadowolić.

Walter Rüegg, próbując podsumować powojenne dzieje uniwersytetów w Europie, pisze o wielkim sukcesie, ale dodaje, że nastąpiła wówczas „prowincjonalizacja europejskich uniwersytetów” i „utrata przez nie światowej dominacji w dziedzinie badań i nauczania”. O ile do II wojny światowej można było obserwować przyjmowanie europejskiego modelu uniwersytetu na innych kontynentach, o tyle po wojnie rolę wzorca do naśladowania przejęły uczelnie amerykańskie. Sama Europa Zachodnia znalazła się w tej dziedzinie pod rosnącym wpływem USA60.

W 1945 r. wielu ludzi podejmujących decyzje w sprawach zachodnioeuropejskiego szkolnictwa wyższego uważało, że zadanie, które stoi przed nimi, to przywrócenie uniwersytetów do stanu, w jakim znajdowały się przed wojną. Jednakże od pierwszych lat okresu powojennego pojawiała się też druga, nasilająca się z upływem czasu tendencja: jej rzecznicy sądzili, że uczelnie wymagają poważnych reform. Doświadczenia trzydziestolecia, które zamykał upadek III Rzeszy, skłaniały do szukania możliwie trwałych podstaw nowego, demokratycznego i liberalnego porządku. Uniwersytety, wskazywano, powinny być czynnikiem sprzyjającym korzystnym zmianom społecznym, lecz ich przedwojenny model budził z tego punktu widzenia zastrzeżenia. Padały zatem zarzuty elitarności i izolowania się od „realnego” życia. Uniwersytet jako „wieża z kości słoniowej”, siedlisko uprzywilejowanych i wywyższających się, nie mógł mieć szerszego oddziaływania społecznego, a jednocześnie wcale nie był odporny na zagrożenia, które czyniły iluzją jego intelektualną i moralną niezależność. Przypadek uniwersytetów niemieckich, przez długie lata świecących przykładem Europie i światu, był wystarczająco wymowny.

Reformatorskie postulaty z trudem trafiały do przekonania politykom. W dobie powojennej odbudowy i nasilającej się „zimnej wojny” uznawano na ogół, że jest wiele ważniejszych problemów niż kwestia szkolnictwa wyższego. Pierwsze rządowe decyzje w sprawie reform zaczęły zapadać w połowie lat 50. We Francji, Republice Federalnej Niemiec, później w Wielkiej Brytanii władze starały się wypracować coś, co do tej pory w Europie Zachodniej istniało w najlepszym razie w zalążku: sprecyzowany program działania państwa w dziedzinie wyższej edukacji. Postanawiano wzmacniać uczelnie pod względem materialnym, ulepszać programy studiów, wspierać rozwój badań. Dla rządów istotnym bodźcem stała się chęć skutecznego konkurowania z USA i ZSRR61. Okazało się jednak, że posunięcia te nie uchroniły uczelni przed poważnymi trudnościami. Na plan pierwszy wysunął się tu czynnik, który zmieniał oblicze powojennej Europy – wyż demograficzny.

Od 1950 do 1970 r. liczba ludności Wielkiej Brytanii wzrosła o 13%, Włoch – 17%, RFN – 28%, Szwecji – 29%, Holandii – 35%; liczba ludności Francji zwiększyła się od 1946 r. do końca lat 60. o blisko 30%. Powojenna stabilizacja, poprawa warunków materialnych, w tym socjalna polityka państwa, łatwość znalezienia pracy – wszystko to złożyło się na baby boom, który miał bardzo istotne konsekwencje oświatowe62. Polityczne elity Zachodu, chcąc zbudować solidne fundamenty europejskiego ładu i uniknąć fatalnych zagrożeń, nękających nasz kontynent w pierwszej połowie stulecia, tworzyły instytucje państwa opiekuńczego. Miało ono zapewnić ogółowi swych obywateli świadczenia i usługi, których warstwy niższe były wcześniej pozbawione; dobra koniunktura gospodarcza sprzyjała realizacji tej strategii. Wśród najważniejszych elementów wcielanego wtedy w życie programu znajdowało się upowszechnienie edukacji na poziomie wyższym niż podstawowy. Szkoły średnie, w okresie międzywojennym trudno dostępne dla młodzieży z „ludu”, traciły swój elitarny charakter, a wraz z tym rosła liczba chętnych do studiów wyższych. W większości państw zachodnioeuropejskich absolwenci szkół średnich mieli wolny wstęp na wyższe uczelnie (pewnym wyjątkiem była pod tym względem Wielka Brytania, w której uniwersytetom przysługiwało prawo regulowania przyjęć).

W rezultacie lata 60. stały się okresem boomu uniwersyteckiego – przynajmniej według kryteriów ilościowych. We Francji w 1950 r. na uniwersytetach studiowało 129 tys. osób, w 1960 r. – 240,7 tys., w 1970 r. – 694,8 tys.; odpowiednie dane dla Włoch: 180,1 tys., 268 tys., 682 tys.; dla Holandii: 18,1 tys., 40,7 tys., 103,4 tys.; dla Wielkiej Brytanii: 81 tys., 129 tys., 258 tys. W RFN w 1960 r. liczba studentów na uniwersytetach wynosiła 247,2 tys., w 1970 r. – 412 tys.; w Hiszpanii odpowiednio 76,4 tys. i 232,1 tys.63 Wyzwaniu, jakie stanowił taki napływ studentów, starano się sprostać, zakładając nowe uczelnie. Wyglądało to rozmaicie w poszczególnych krajach. W Wielkiej Brytanii liczba uniwersytetów rosła od początku lat 50., z wyraźnym przyspieszeniem w latach 60. Podobnie kształtowała się sytuacja w Republice Federalnej Niemiec, z tą istotną różnicą, że tu zakładanie uczelni nasiliło się w pierwszej połowie lat 70. W 1949 r. było w Wielkiej Brytanii 27 uniwersytetów, w 1984 r. – 48; w RFN nastąpił w tym czasie wzrost od 15 do 57. We Włoszech w 1949 r. istniały 24 uniwersytety, w 1984 r. – 49, a większość nowych uczelni utworzono w latach 70. i pierwszej połowie 80. We Francji natomiast, gdzie w 1949 r. było 16 uniwersytetów, do 1968 r. powstały tylko dwie nowe uczelnie, w 1964 i 1965 r., ale w 1984 r. liczba uniwersytetów sięgnęła 81, przeważnie w wyniku podziału tych, które stały się już nadmiernie rozrośnięte64.

Im wolniej rozbudowywano sieć uniwersytecką, tym większe obciążenia spadały na istniejące uczelnie. Uniwersytety przyjmowały coraz więcej studentów, a niektóre z nich rozwijały się do rozmiarów, które jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić. W połowie lat 80. na monachijskim Ludwig-Maximilians-Universität, Freie Universität w Berlinie Zachodnim, czy też madryckim Universidad Complutense studiowało już ponad 60 tys. studentów, a rzymski uniwersytet Sapienza miał ich 120 tys.65 Rozrost ten wywoływał wiele problemów: ogromnymi uczelniami trudno było zarządzać, uczelniana infrastruktura stała się przeciążona, warunki studiowania pogarszały się („Wszędzie panował tłok – w bibliotekach, akademikach, salach wykładowych, stołówkach.. .”66).

Rewolta studencka z końca lat 60. miała, jak każde tego rodzaju zjawisko, wiele przyczyn. W Europie Zachodniej jedną z najważniejszych wydaje się stan, w jakim znajdowały się tamtejsze uniwersytety, przy czym kwestie materialne i praktyczne łączyły się tu ściśle z kulturowo-ideowymi. W połowie lat 60. młodzież studiująca na przepełnionych i często zaniedbanych uczelniach miała poczucie, że zarówno władze uniwersyteckie i większość profesury, jak państwowy establishment obojętnie albo nawet wrogo odnoszą się do jej problemów. Wyraźnie rysowały się kulturowe różnice między starszymi generacjami a częścią środowisk młodzieżowych: młodzi ubierali się w sposób, który dla starszych był ekscentryczny albo skandalicznie niedbały, słuchali muzyki będącej dla ich rodziców lub dziadków prymitywnym hałasem, czasem próbowali narkotyków, a obyczaje seksualne tego powojennego pokolenia stanowiły według „starych” świadectwo moralnego upadku.

3. Herbert Marcuse w 1955 r.

W takiej atmosferze wśród studentów zyskiwały na popularności radykalne idee o dość eklektycznym rodowodzie: marksizm – zwłaszcza w wersji Trockiego – łączył się w nich z freudyzmem, inspirowano się też maoizmem i rozmaitymi „trzecioświatowymi” socjalizmami oraz tradycją anarchistyczną. Wśród ideologów, którzy stali się autorytetami młodych radykałów, na czoło wysuwał się Herbert Marcuse, niemłody już (rocznik 1898) filozof niemiecki, emigrant z 1933 r., następnie wykładowca renomowanych uniwersytetów amerykańskich, rzucający gromy na zmaterializowaną jego zdaniem i bezduszną cywilizację Zachodu.

Za oceanem od połowy lat 60. nasilały się studenckie protesty przeciwko wojnie prowadzonej przez USA w Wietnamie. 2 VI 1967 r. niemieccy studenci demonstrowali w Berlinie Zachodnim przeciwko wizycie szacha Iranu – interweniowała policja, jeden z funkcjonariuszy zastrzelił Benno Ohnesorga, studenta filologii na Wolnym Uniwersytecie. Śmierć Ohnesorga wywołała falę masowych demonstracji w całej Republice Federalnej Niemiec. Wiosną następnego roku manifestacje nabrały gwałtownego charakteru, były kolejne ofiary śmiertelne i setki rannych. Gwałtowny przebieg miały też studenckie wystąpienia we Włoszech. We Francji od jesieni 1967 r. narastał konflikt między młodzieżą z niedawno powstałego kampusu w Nanterre – inwestycja na paryskim przedmieściu miała rozładować tłok na Sorbonie – a władzami uczelni. Od początku 1968 r. narastała tam fala niepokojów, aż w kwietniu kampus został zamknięty. Ruch studencki dał wtedy o sobie znać ze zdwojoną siłą w centrum Paryża. Sorbonę okupowano, a w maju na ulicach miasta pojawiły się barykady; dochodziło do brutalnych starć z policją.

„Paryski maj” 1968 r. stał się symbolem studenckiej rewolty. Jej bezpośrednie rezultaty trudno było uznać za imponujące. Radykalny ruch, przez pewien czas masowy, wygasł dość szybko; część ekstremistów sięgnęła po metody terrorystyczne, wydała wojnę państwu i prędzej czy później została przez nie zneutralizowana. Wydarzenia 1968 r., przez przeciwników „nowej lewicy” uważane często za erupcję bezsensownej przemocy i świadectwo zatrucia destrukcyjną ideologią, z pewnością nie były jednak polityczną efemerydą, która przeminęła bez trwałych śladów. Dziś można w nich widzieć przejaw głębokich zmian społeczno-kulturowych i jeden z punktów zwrotnych w dziejach europejskich uniwersytetów.

W krajach, które doświadczyły studenckiego radykalizmu, lata 70. to okres, w którym przyspieszono zakładanie nowych uniwersytetów. Inwestycje w tej dziedzinie miały poprawić materialną podstawę umasowionego kształcenia. Działaniom tego rodzaju zaczęły towarzyszyć reformy, które w znacznej mierze zmieniły obraz życia uniwersyteckiego w Europie Zachodniej. Uniwersytety demokratyzowały się, w przeszłość odchodził model uczelni zdominowanej przez profesurę. Przestało być rzeczą oczywistą, że interesy uczelnianego środowiska reprezentować mogą jedynie profesorowie. Prawo współdecydowania o sprawach uniwersytetu uzyskiwały teraz ciała złożone z przedstawicieli pracowników różnych kategorii i studentów. Jednocześnie rozrost poszczególnych uczelni i całych systemów kształcenia sprawiał, że biurokratyzowało się uniwersyteckie zarządzanie. Lawinowy przyrost przepisów i zarządzeń mógł budzić niechęć w środowiskach akademickich. Podstawowym problemem, przed którym stanęli teraz administrujący uniwersytetami, stawał się jednak wzrost kosztów funkcjonowania uczelni. Uniwersytecka ekspansja mocno obciążała państwowe budżety67.

4. Demonstracje w Paryżu, maj 1968 r. Pośrodku jeden z przywódców studenckiej rewolty, Daniel Cohn-Bendit, śpiewający Międzynarodówkę

W Wielkiej Brytanii, której premierem w 1979 r. została Margaret Thatcher, dokonano w tej dziedzinie zwrotu budzącego do dziś wielkie kontrowersje. Zwycięstwo wyborcze Thatcher było przejawem ogólnej tendencji ujawniającej się wtedy w krajach Zachodu: zwątpienia w „państwo opiekuńcze” i zastępowania tej koncepcji ideą wolnorynkowego ładu. Postulaty, które przedstawiła konserwatywna ekipa Thatcher, wyróżniały się jednak radykalizmem68. Jeśli idzie o uniwersytety, to punktem wyjścia była tu teza, że znalazły się w kłopotach finansowych, ponieważ marnotrawią przyznawane im przez państwo pieniądze. To, co robią uczelnie, podkreślano, musi być ekonomicznie opłacalne i społecznie użyteczne. W sferze akademickiej powinny zatem obowiązywać zasady przedsiębiorczości: jeśli państwo łoży na szkolnictwo wyższe, to wydatki te należy ograniczać i racjonalizować. Uniwersytety miały odtąd zabiegać o środki – zarówno ze źródeł państwowych, jak prywatnych – a państwo miało kontrolować, czy pieniądze podatników są właściwie wydawane. Pierwszą istotną decyzją brytyjskiego rządu było wprowadzenie w 1981 r. opłat za studia dla cudzoziemców; podsumowanie rządowych działań stanowił Education Reform Act z 1988 r. (nie obejmował Szkocji, która miała odrębne instytucje oświatowe)69.

Uniwersyteckie posunięcia rządu Thatcher miały swych entuzjastów, ale wywołały też gwałtowną krytykę, płynącą z różnych kierunków. Nie może specjalnie dziwić, że krytykowali rząd ludzie związani z opozycyjną Partią Pracy. Zarzutów nie szczędzili jednak również konserwatyści, w tym także przekonani zwolennicy polityki, którą Thatcher prowadziła w innych dziedzinach. Krytyce przyświecało hasło „a university is not a business”. Znany konserwatywny polityk Enoch Powell – który niegdyś został w wieku 25 lat profesorem classics w Sydney – ostrzegał, że zastosowanie wobec uniwersytetu zasady ekonomicznej użyteczności przyniesie jego nieuchronny upadek. Krytycy wskazywali, że nowe reguły finansowania pozornie tylko zbliżają uczelnie do wolnorynkowego ideału, a w istocie ściśle je podporządkowują państwowej biurokracji. Mnożyły się procedury kontrolne i ewaluacyjne. Wykładowcy skarżyli się, że muszą poświęcać coraz więcej czasu na pisanie planów i sprawozdań; protesty wywoływało wprowadzanie „bibliometrycznego profilowania”, pozwalającego „oceniać profesorów bez czytania ich prac” (Shirley R. Letwin), na podstawie liczby cytowań. Co więcej, Education Reform Act znosił tenure, czyli gwarancję stałego zatrudnienia dla profesorów. Rząd przekonywał, że umożliwi to dopływ „świeżej krwi” na uniwersytety, lecz krytycy dowodzili, iż rządowa decyzja podkopuje intelektualną, polityczną i moralną niezależność profesury70.

Ostateczny bilans zmian, jakie w okresie rządów Thatcher wprowadzono w szkolnictwie wyższym, może być przedmiotem sporów, nie ulega jednak wątpliwości, że tendencja do zaszczepiania na uczelniach zasad „przedsiębiorczości” okazała się w Europie silna i w znacznej mierze ukształtowała ten stan rzeczy, z jakim obecnie mamy do czynienia. W obliczu problemów związanych z wielkim rozrostem struktur edukacyjnych idea „biznesowego” zarządzania uniwersytetami ma wielu zwolenników we wpływowych środowiskach. Walter Rüegg, starając się ocenić stan europejskich uczelni w początku XXI w., podkreśla, że taki styl zarządzania nie jest wcale szkodliwy dla kształcenia, którego podstawę stanowią badania, i wskazuje na uniwersytety amerykańskie71.

Wyzwanie amerykańskie, europeizacja, globalizacja

W 1967 r. francuski polityk i publicysta Jean-Jacques Servan-Schreiber opublikował książkę zatytułowaną Le Défi américain. Przekonywał w niej, że Stany Zjednoczone zdecydowanie górują nad Europą pod względem możliwości rozwoju gospodarczego. Publikacja szybko stała się światowym bestsellerem, pobudzającym do dyskusji. Jej temat miał kluczowe znaczenie dla tych, którzy chcieli rywalizować z USA – sojusznikiem, ale i konkurentem. Szkolnictwo wyższe było jedną z dziedzin, w których „amerykańskie wyzwanie” rzucało się w oczy bardzo wyraźnie. Wzrost światowego znaczenia amerykańskich uniwersytetów stanowił oczywiście jeden z aspektów osiągania przez Stany Zjednoczone statusu supermocarstwa. Supermocarstwowość polityczno-militarna miała oparcie w potędze gospodarczej, potencjale naukowym i atrakcyjności wzorców kulturowych.

Uniwersytety amerykańskie, które wyrosły na gruncie zmodyfikowanej przez kolonistów tradycji angielskiej, w XIX w. zaczęły podlegać oddziaływaniu humboldtowskiego modelu uczelni. Założony w 1876 r. w Baltimore Johns Hopkins University był pierwszym w USA uniwersytetem o celach wyraźnie badawczych. W XX w. na gruncie amerykańskim ukształtował się zróżnicowany wewnętrznie system szkolnictwa wyższego, w którym uniwersytety badawcze tworzą czołówkę wyróżniającą się wysokim poziomem nauczania. The Servicemen’s Readjustment Act (potocznie „G.I. Bill”) z 1944 r., na mocy którego państwo pokrywało koszty studiowania weteranom wojennym, otwierał epokę widocznej demokratyzacji studiów. Procesy demokratyzacyjne nabrały jeszcze tempa w latach 60., wraz z nasileniem się kampanii o emancypację rasową i rozwojem ruchu feministycznego. „G.I. Bill” był czymś znamiennym dla epoki, w której państwo podejmowało coraz więcej zadań społecznych, lecz charakterystyczną cechą amerykańskiego systemu edukacji wyższej pozostało znaczenie, jakie dla jego funkcjonowania ma sektor pozarządowy. Elita uniwersytetów badawczych – Harvard University, Princeton University, Stanford University, University of Chicago, Yale University, Columbia University – to uczelnie prywatne. Zdecydowaną większość uczelni państwowych stanowią uniwersytety stanowe, w zasadzie finansowane przez państwo, ale intensywnie zabiegające o dodatkowe fundusze ze źródeł zarówno publicznych, jak prywatnych. „Menedżerski” sposób zarządzania uniwersytetami uważany jest w USA za rzecz oczywistą.

Po II wojnie światowej uczelnie amerykańskie stały się światowymi centrami badawczo-oświatowymi, a uniwersytety europejskie doświadczyły – jak ujął to Rüegg – „prowincjonalizacji”. Przestały być tym, czym były przez długi czas: wzorem dla reszty świata72. W popularnych rankingach wyższych uczelni (szanghajskim czy QS) prym wiodą uniwersytety amerykańskie, z którymi w pewnym stopniu konkurować mogą brytyjskie, w tym zwłaszcza Oksford i Cambridge. Rankingi uczelni bywają nie bez racji ostro krytykowane73, ale dominacja USA nie ulega wątpliwości.

5. Uniwersytet Columbia, Butler Library

W obliczu „amerykańskiego wyzwania” stanęły uniwersytety, których europejskość stopniowo nabierała pogłębionego znaczenia, coraz bardziej wykraczając poza ramy li tylko geograficznej charakterystyki. Trzeba jednak pamiętać, że szkolnictwo wyższe nie przodowało w dziedzinie integracji europejskiej. I choć procesy integracyjne – początkowo dotyczące przede wszystkim gospodarki – musiały wywrzeć wpływ na życie uczelni, to „europeizacja” europejskich uniwersytetów następowała dość powoli i nie bez przeszkód. Poczynania powstałej w 1949 r. Rady Europy miały pod tym względem bardzo ograniczone znaczenie. W traktatach rzymskich z 1957 r., powołujących do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą, sprawy kształcenia wyższego zajmowały odległe miejsce. Spory wokół jednej z kwestii poruszanych w traktatach zaczęły jednak skłaniać do starań o zacieśnienie współpracy w sferze akademickiej. Chodziło o wzajemne uznawanie przez członków EWG dyplomów wyższych uczelni. Trudności związane z ustalaniem kryteriów, jakie powinny w tej dziedzinie obowiązywać, znacznie przyczyniły się do zwołania w 1971 r. konferencji ministrów odpowiedzialnych za edukację i badania w sześciu państwach Wspólnoty. Konferencja powołała komisję mającą zająć się możliwościami rozwoju akademickiej współpracy w ramach EWG. W 1973 r. został opublikowany raport tej komisji, w którym podkreślano, że bez naukowego i edukacyjnego współdziałania nie uda się osiągnąć podstawowego celu traktatów rzymskich, czyli przyspieszenia rozwoju gospodarczego74. Europejska integracja w dziedzinie szkolnictwa wyższego – wychodząca, o czym należy pamiętać, poza ramy EWG, a później Unii Europejskiej – nabrała tempa w latach 80. Powstały wtedy programy mające ułatwić naukową i edukacyjną współpracę – takie jak Erasmus (European Action Scheme for the Mobility of University Students), zainaugurowany w 1987 r., stwarzający organizacyjne podstawy wymiany studentów między krajami Europy. W 1999 r. 29 państw podpisało Deklarację Bolońską. Wyrażano w niej zamiar utworzenia Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. Przyjęty wtedy program – znany jako Proces Boloński – zakładał ujednolicenie podstawowych zasad studiowania, co otwierało perspektywę prawdziwie intensywnej współpracy75.

Jakie będą europejskie uniwersytety w nadchodzących latach? Akademicka integracja Europy, której podstawą stał się Proces Boloński, posuwa się do przodu. Po upadku wschodnioeuropejskiego „realnego socjalizmu” procesami integracyjnymi zostały objęte państwa dawnego bloku sowieckiego. Jeśli jednak przyszłość uczelni na naszym kontynencie ma być w znacznej mierze przyszłością wspólną, to ku czemu właściwie zmierzamy? O zadania uniwersytetu pytano od wieków i będzie się pytać nadal. Pytania te są pochodną naszych podstawowych dylematów życiowych. Jaką wartość ma wiedza? Jak do niej dochodzić? Jeśli ma być użyteczna, to na czym ta użyteczność polega? Czy wiedza może być bezużyteczna i czy użyteczność może obniżyć rangę wiedzy? Szukając odpowiedzi, poddajemy weryfikacji ustalone wzorce kształcenia i wypracowujemy stopniowo nowe. I tylko to z pewnością się nie zmieni.

PIOTR M. MAJEWSKI

SPOŁECZNOŚĆ AKADEMICKA 1915–1939

 

Studium to poświęcone jest pracownikom i studentom Uniwersytetu Warszawskiego w okresie międzywojennym. Chcąc ukazać jak najpełniejszy obraz obu tych środowisk, zdecydowałem się sięgnąć po różne rodzaje źródeł począwszy od akt urzędowych, poprzez druki o charakterze sprawozdawczym wydawane w tamtych latach przez uczelnię, materiały statystyczne, prasę akademicką i ogólnopolską, aż po liczne pamiętniki i wspomnienia. Sądzę, że zestawione ze sobą pozwalają one dość wiernie odtworzyć najważniejsze fakty i zjawiska, nawet jeśli poszczególne z nich (mam tu na myśli przede wszystkim, choć nie tylko, źródła pamiętnikarskie) nieuchronnie naznaczone są piętnem subiektywizmu.

Wśród źródeł urzędowych szczególnie istotne dla mojej pracy okazały się teczki osobowe studentów, przechowywane w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego, które w przeciwieństwie do pozostałych, przeważnie zniszczonych akt kancelarii uniwersyteckiej z lat 1915–1959, przetrwały II wojnę światową stosunkowo kompletne. (Zachowało się ok. 80% tego zasobu). Zapoznanie się ze stu kilkudziesięcioma z nich pozwoliło mi nie tylko lepiej zrozumieć przebieg studiów na różnych wydziałach, lecz także poznać problemy życiowe, z jakimi musiało borykać się wielu słuchaczy. Z tych samych względów niezwykle przydatne okazały się dla mnie wyrywkowo zachowane podania o stypendia, w których studenci szczegółowo opisywali swą sytuację rodzinną i materialną.

Podkreślam znaczenie źródeł o charakterze jednostkowym również ze względu na przyjęte przeze mnie założenia metodologiczne, w myśl których postanowiłem, w miarę możliwości, ilustrować charakterystykę statystyczną społeczności uniwersyteckiej przypadkami konkretnych, znanych z imienia i nazwiska wykładowców i studentów. Podejście takie odpowiada łączeniu analizy ilościowej i jakościowej, znanemu we współczesnych badaniach socjologicznych. Dość często starałem się przy tym oddawać głos świadkom opisywanych wydarzeń. Mam nadzieję, że autentyczność ich języka i odczuć zrekompensuje Czytelnikom trudy przedzierania się przez liczne i niekiedy długie cytaty. Zdaję sobie sprawę, iż relacje te, w większości spisywane wiele lat po II wojnie światowej, mogą być obarczone błędami wynikającymi z zawodności ludzkiej pamięci. Z tego względu traktowałem je z ograniczonym zaufaniem w kwestiach szczegółowych, uznałem natomiast, że wystarczająco wiernie oddają one atmosferę studiów na Uniwersytecie i indywidualne odczucia ich autorów.

W wybranych przypadkach, na ile było to możliwe, próbowałem zasygnalizować, jak potoczyły się późniejsze losy osób związanych z uczelnią w latach międzywojennych. W moim przekonaniu, zwłaszcza historie absolwentów Uniwersytetu stanowią fascynujący przyczynek do dziejów Polski w XX w., godny osobnego opracowania.

Wiele informacji statystycznych i wyliczeń, na które powołuję się w tej pracy, podaję na podstawie bazy danych studentów UW w systemie Uniwersyteckiego Systemu Obsługi Studentów (USOS), z której można skorzystać w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego. Obejmuje ona wszystkich słuchaczy, którzy immatrykulowali się na uczelni w latach 1915–1939 i dostarcza historykowi nieocenionego narzędzia do badań tej zbiorowości pod względem cech takich jak płeć, wiek, czas studiowania itp. Niekompletne pozostają na razie jedynie dane USOS na temat wyznania studentów, co stanowi jedyny właściwie poważny mankament tego źródła.

Mimo różnorodności źródeł do dziejów Uniwersytetu w latach międzywojennych nie zawsze pozwalają one w pełni prześledzić dynamikę badanych zjawisk społecznych w całym tym okresie, ponieważ dotyczą niekiedy tylko pewnego wycinka czasu.  W niektórych przypadkach wnioskuję na ich podstawie na temat całej epoki 1915–1939, zakładając że tego rodzaju uproszczenie nie skrzywi w istotnym stopniu obrazu ówczesnej rzeczywistości.

Na koniec uwaga o charakterze redakcyjnym: chociaż Uniwersytet Warszawski od 1935 r. nosił nazwę Uniwersytetu Józefa Piłsudskiego i w ślad za tym aż do wybuchu II wojny światowej w różnego rodzaju dokumentach pojawiał się pod skrótem UJP, dla uproszczenia posługuję się jedynie jego pierwotną nazwą i wyprowadzonym od niej skrótem UW. Skrótu UJP używam jedynie w nazwach własnych i cytatach.

Przestrzeń i czas

W dwudziestoleciu międzywojennym, podobnie jak dzisiaj, sercem Uniwersytetu Warszawskiego był kompleks zabytkowych gmachów przy Krakowskim Przedmieściu. Od wschodu dochodził on do skarpy wiślanej, zboczem której, ku ul. Browarnej, ciągnęły się w dół należące do uczelni ogrody. Od południa ograniczała go ul. Oboźna, zaś od północy klasztor sióstr Wizytek i znajdująca się na jego tyłach od strony Powiśla niewielka uliczka Gęsta, dziś już nieistniejąca. Granice ówczesnego kampusu (oczywiście nikt nie używał jeszcze wówczas tego określenia) nie w pełni pokrywały się ze współczesnymi. Do Uniwersytetu nie należały pałace Uruskich (Czetwertyńskich) i Tyszkiewiczów przy Krakowskim Przedmieściu, Szpital Św. Rocha wraz z tzw. małym dziedzińcem, ani budynek Domu Kupca przy ul. Oboźnej. Inne było również rozmieszczenie większości wydziałów i kierunków.

1. Brama Uniwersytetu od strony Krakowskiego Przedmieścia

2. Gmach Biblioteki Uniwersyteckiej – na pierwszym planie krata oddzielająca główny dziedziniec od tzw. uliczki prowadzącej od strony Krakowskiego Przedmieścia

Na teren Uniwersytetu wchodziło się od Krakowskiego Przedmieścia przez neobarokową bramę, której zwieńczona orłem krata stanowiła już wówczas jeden z charakterystycznych znaków rozpoznawczych uczelni. Nie było natomiast ogólnodostępnych wejść na kampus z pozostałych stron. (Furty od strony klasztoru sióstr Wizytek oraz od ul. Oboźnej pozostawały przeważnie zamknięte, mógł je otworzyć tylko woźny). Prowadząca od bramy uliczka wiodła na główny dziedziniec, nad którym dominował budynek biblioteki uniwersyteckiej. Kierując się w jego stronę, wchodzący na Uniwersytet po lewej stronie napotykali prostopadły Gmach Medycyny Teoretycznej, gdzie mieściły się niektóre pracownie wydziałów Lekarskiego i Filozoficznego, przejęte po podziale tego ostatniego przez Wydział Matematyczno-Przyrodniczy. Po przeciwnej stronie dziedzińca widzieli podobny budynek, w którym działało Muzeum Zoologiczne, i gdzie przechowywano wypchane lub zakonserwowane w słojach okazy zwierząt (dziś nazywany z tej racji Gmachem Pomuzealnym). Znajdowała się tam również reprezentacyjna Sala Kolumnowa ze zbiorem odlewów gipsowych słynnych rzeźb oraz pomieszczenia paru zakładów przyrodniczych. Po odbudowie tego gmachu, poważnie uszkodzonego jesienią 1935 r. na skutek pożaru, został on na kilka miesięcy przed wybuchem wojny przekazany w połowie Wydziałowi Humanistycznemu, stając się siedzibą Instytutu Historycznego oraz Zakładu Archeologii Klasycznej1.

3. Pożar Budynku Pomuzealnego w październiku 1935 r.

Równolegle do biblioteki, po jej lewej stronie, usytuowany był tzw. Budynek Seminaryjny, który, zgodnie ze swą nazwą, stanowił siedzibę większości seminariów Wydziału Prawa i niektórych seminariów Wydziału Filozoficznego (a następnie Humanistycznego), w tym przede wszystkim pracowni historycznych, połączonych w 1927 r. w Instytut Historyczny. Mieściło się w nim również państwowe Archiwum Oświecenia Publicznego. Aż do połowy lat 30. był on ostatnim większym gmachem uniwersyteckim z tej strony kampusu. Za Budynkiem Seminaryjnym, na granicy z posesją zakonu Wizytek znajdowały się już tylko oficyny, w których mieszkali niektórzy pracownicy uczelni. Przestrzeń pomiędzy tymi budynkami wypełniał akacjowy gaj, który później wycięto pod budowę Gmachu Audytoryjnego (Auditorium Maximum), oddanego do użytku w 1935 r. Jego główna aula mogąca pomieścić ponad 1000 słuchaczy i 4 mniejsze sale wykładowe służyły odtąd przede wszystkim potrzebom wydziałów Prawa i Humanistycznego.

Po prawej stronie biblioteki, w równoległym do niej, wydłużonym tzw. Budynku Porektorskim (określanym tak, ponieważ mieścił niegdyś mieszkanie rektora) tłoczyły się seminaria Wydziału Humanistycznego (filozoficzne, psychologiczne, filologii romańskiej i angielskiej oraz historii sztuki), a do początku lat 30. także seminaria matematyczne Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Jeszcze bardziej na prawo znajdowała się dawna Szkoła Główna, gdzie ulokowano pracownie botaniczne i zoologiczne tegoż wydziału. Dalsze jego zakłady – chemii organicznej i nieorganicznej, mineralogii, geologii i paleontologii – mieściły się w dużym budynku po południowej stronie Pałacu Kazimierzowskiego, dochodzącym swym bokiem do ul. Oboźnej. Nazywano go Gmachem Zakładów Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Natomiast w budynku położonym po północnej stronie pałacu, który określano jako Gmach Pokuratorski, znajdowały się niektóre zakłady Wydziału Farmaceutycznego. Sam Pałac Kazimierzowski, zwany Gmachem Głównym, stanowił siedzibę władz rektorskich i kwestury oraz dziekanów poszczególnych wydziałów, mieściła się w nim również reprezentacyjna aula, do czasu oddania do użytku Auditorium Maximum będąca zarazem największą salą wykładową Uniwersytetu. W Gmachu Głównym prowadzono ponadto seminaria językoznawcze i polonistyczne Wydziału Humanistycznego oraz zajęcia Studium Teologii Prawosławnej i Wydziału Teologii Ewangelickiej do czasu przeprowadzki tego drugiego do Gmachu Porektorskiego2.

4. Nowy Gmach Audytoryjny, styczeń 1936 r.

Położony w centrum miasta, a zarazem stanowiący wydzieloną enklawę, ocieniony drzewami teren Uniwersytetu odznaczał się szczególnym genius loci, którym potrafił oczarować również przyjezdnych. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości zachwycał się nim m.in. profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisław Kutrzeba: „Pozazdrościć może Warszawie uniwersyteckich gmachów niejedna europejska wszechnica bogato wyposażona. Bo doprawdy trudno o lepsze warunki, w których mógłby się uniwersytet pomieścić. Położony on w samem centrum Warszawy, boć wchodzi się do niego z Krakowskiego Przedmieścia więc głównej arteryi miejskiego ruchu, na wprost prawie kościoła św. Krzyża. A to centralne położenie w środku miasta nie niesie za sobą tych niedogodności, jakie mają inne uniwersytety, tak pomieszczone; – uniwersytet mimo to, że leży koło przewalającej się życiem i gwarem tego życia huczącej ulicy, ma jednak zapewnioną ciszę, niezbędną czy o wykład chodzi, czy o pracę w seminariach. Bo Uniwersytet Warszawski – to nie jeden gmach jakiś ogromny, na ulicę setkami okien patrzący; to szereg gmachów rozłożonych wygodnie na znacznym obszarze, «posesyę» tworzącym”3.

5. Fragment głównego kampusu w pobliżu Gmachu Porektorskiego

6. Gmach Zakładów Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego od strony ul. Oboźnej

Niestety, ta często cytowana, pochlebna i zasadniczo aktualna do dziś charakterystyka nie oddawała całej prawdy o sytuacji Uniwersytetu w okresie międzywojennym. I to nie tylko dlatego, że, jak ubolewał pod koniec lat 50. rektor Włodzimierz Antoniewicz, „aby mógł jednak być swoją istotną pięknością chlubą stolicy, [...] musi: zmienić szpetną i tandetną bramę rosyjską, posiąść porządne bruki, uformować i utrzymywać estetyczne zieleńce i ogrody, otoczyć je mocnymi i niebrzydkimi sztachetami, przebudować przestarzałą kanalizację i unowocześnić oświetlenie elektryczne. [...] A na razie wygląd ten nie wiele odbiega od małomiasteczkowych stosunków, czym też odbija niekorzystnie od wszystkich Uniwersytetów w Polsce”4. Znacznie poważniejszym mankamentem była ciasnota. Już w latach 20. kampus przy Krakowskim Przedmieściu nie mógł sprostać rosnącym potrzebom lokalowym uczelni. W Pałacu Kazimierzowskim „zajęcie miejsca na parapecie okna uważało się za wielkie szczęście, często słuchało się wykładów stojąc”5. Większość seminariów i pracowni gnieździła się w niewielkich pokoikach, a niektóre z nich nie miały w ogóle własnych siedzib i jedynie korzystały grzecznościowo z użyczonych im lokali. W opłakanym stanie technicznym znajdowały się budynki. Mimo pewnych inwestycji powyższy stan rzeczy nie zmienił się zasadniczo aż do II wojny światowej. Ostatnie z opublikowanych przed jej wybuchem sprawozdań rektorskich mówiło wręcz o „bezprzykładnym prymitywizmie zakładów naukowych” i „nędzy lokalowej”6. Jeszcze inną bolączkę stanowił nieograniczony dostęp osób postronnych do pomieszczeń uniwersyteckich, czego efektem była plaga kradzieży okryć wierzchnich pozostawianych w szatniach przez słuchaczy7.

7. Gmach Pokuratorski w lutym 1928 r.

Ze względu na ograniczoną pojemność kampusu przy Krakowskim Przedmieściu sporą część placówek Uniwersytetu rozmieszczono w innych częściach miasta. Siedziby niektórych z nich należały do uczelni, inne były przez nią wynajmowane. Zdecydowanie najbliżej głównego kampusu, bo w przylegającym do kościoła Sw. Krzyża gmachu seminarium duchownego na rogu Krakowskiego Przedmieścia i ul. Traugutta mieścił się Wydział Teologii Katolickiej, nazywany Collegium Theologicum. W równie nieodległym Pałacu Staszica przy Nowym Swiecie 72 ulokowano Zakład Antropologii Wydziału Lekarskiego, Zakład Geograficzny Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego oraz wchodzące w skład Wydziału Humanistycznego socjologię, etnografię, etnologię, części filozofii i archeologii. Podążając dalej Nowym Światem dochodziło się do położonych przy tej ulicy pod numerem 19 Zakładów Serologii i Mikrobiologii oraz Higieny Wydziału Lekarskiego, a także (pod numerem 9) do Zakładu Cytologii Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Jeszcze dalej, przy placu Trzech Krzyży 8 znajdowało się Seminarium Pedagogiczne i Zakład Psychologii Wychowawczej Wydziału Humanistycznego. Do Uniwersytetu należał również Ogród Botaniczny przy Alejach Ujazdowskich wraz ze zlokalizowanym na jego terenie Obserwatorium Astronomicznym, skąd – co stanowi pewną ciekawostkę – podawany był sygnał czasu dla Polskiego Radia i instytucji państwowych. W drugiej połowie lat 30. jako jego filię wybudowano wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczno-Astronomiczne na szczycie Pop Iwana (2022 m n.p.m.) w Czarnohorze, które stało się tym samym najbardziej odległą i najwyżej położoną placówką Uniwersytetu Warszawskiego. Budowę obiektu i instalację sprzętu optycznego zakończono w październiku 1937 r., rok później został przekazany do użytku uczelni8.

8. Pałac Kazimierzowski, wrzesień 1927 r.

9. Luneta Obserwatorium Meteorologiczno-Astronomicznego UW na szczycie Pop Iwan, ok. 1938 r.

Na zachód od głównego kampusu, w nieistniejącej już dziś kamienicy przy ul. Królewskiej 10, usytuowanej vis-à-vis gmachu Zachęty, znajdował się należący do Wydziału Humanistycznego Instytut Orientalistyczny, który w 1932 r. połączył seminaria egiptologiczne, sinologiczne, indologiczne i turkologiczne oraz nowo utworzoną bibliotekę islamistyczną. Większość placówek Wydziału Lekarskiego położona była natomiast w południowo-zachodniej części Śródmieścia. Jego główny budynek, tzw. Collegium Anatomicum, znajdował się przy ul. Chałubińskiego 5. Tuż obok, przy ul. Oczki 1 wybudowano w latach 20. gmach Zakładu Medycyny Sądowej z salami prosektoryjnymi i ich zapleczem. Naprzeciwko niego, w kwartale wyznaczonym ulicami Chałubińskiego, Nowogrodzką, Lindleya i Oczki usytuowane były pawilony uniwersyteckiego Szpitala Dzieciątka Jezus. Wraz z gmachem Wydziału Farmaceutycznego, zorganizowanym w odrestaurowanych koszarach przy ul. Oczki 3, gdzie po nadbudowaniu dwóch dodatkowych pięter przeniesiono również Seminarium Matematyczne, Zakład Mechaniki Teoretycznej, a z czasem także Zakład Fizyki Teoretycznej Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego, budynki te – choć niewyodrębnione z tkanki miasta – stanowiły przez swe skupienie w jednym miejscu rodzaj drugiego kampusu uniwersyteckiego.

Do Wydziału Lekarskiego należał także szpital Św. Ducha przy ul. Elektoralnej 12, klinika pediatryczna w narożniku ulic Litewskiej i Marszałkowskiej, położnicza przy ul. Starynkiewicza 3 i psychiatryczna na terenie Szpitala Św. Jana Bożego przy ul. Konwiktorskiej 7. W sumie, pod koniec lat 20. zajęcia dydaktyczne prowadzono na medycynie aż w 23 miejscach, rozrzuconych po wszystkich dzielnicach9. Rozproszone były również obiekty Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Do tych, o których była już mowa wcześniej, dodać należy otwarty w 1921 r. przy ul. Hożej 69 okazały Zakład Fizyki Doświadczalnej, jak również Zakład Fizjologii Zwierząt mieszczący się w Instytucie Radowym przy ul. Wawelskiej 15. Pod koniec lat 30. wzniesiono także nowoczesny, rozległy gmach chemii przy ul. Pasteura 1 na Ochocie, a także przeniesiono tam Zakład Chemii Nieorganicznej z Krakowskiego Przedmieścia. Uroczyste poświęcenie budynku z udziałem prezydenta Mościckiego – który sam był z wykształcenia profesorem chemii – odbyło się w czerwcu 1939 r., wybuch wojny uniemożliwił już jednak uruchomienie tam zajęć dydaktycznych. We względnie komfortowej sytuacji pod względem położenia znajdował się natomiast Wydział Farmaceutyczny, gdyż oprócz gmachu przy ul. Oczki i sal na terenie głównego kampusu przy Krakowskim Przedmieściu, od roku akademickiego 1927/1928 zajmował jeszcze budynek przy ul. Przemysłowej 25 na Solcu, niestety dość zaniedbany. Mieścił się w nim również Zakład Chemii Analitycznej należący do Wydziału Lekarskiego. Jedynym zupełnie nierozczłonkowanym lokalowo kierunkiem Uniwersytetu była weterynaria, której siedzibę stanowił kompleks powojskowych budynków przy ul. Grochowskiej 77 na Pradze.

10. Kaktusy w Ogrodzie Botanicznym UW, 1937 r.

Omawiając umiejscowienie Uniwersytetu na mapie ówczesnej Warszawy wspomnieć trzeba również o kinie Urania położonym w gmachu Muzeum Rolnictwa i Przemysłu przy Krakowskim Przedmieściu, pomiędzy kościołem Sw. Anny a Resursą Obywatelską, wynajmowanym do czasu powstania Auditorium Maximum na wykłady dla szczególnie licznych pierwszych roczników prawa. I tam zresztą brakowało miejsc siedzących, przynajmniej na początku każdego roku akademickiego, gdy większości słuchaczy nie znudziło się jeszcze chodzenie na zajęcia. Co bardziej przedsiębiorczy studenci zaopatrywali się nawet w składane krzesełka rybackie, które za opłatą przechowywał im woźny10.

11. Budynek Wydziału Weterynaryjnego UW przy ul. Grochowskiej

W sumie placówki Uniwersytetu rozrzucone były w ok. 40 budynkach położonych w kilkunastu miejscach stolicy. Zmuszało to studentów niektórych wydziałów do regularnego podróżowania po mieście pomiędzy zajęciami, co z pewnością było dla nich dość uciążliwe, nie mówiąc nawet o tym, iż nie zapewniało im ciszy i skupienia, czym tak zachwycał się przybysz z Krakowa. W najgorszej sytuacji pod tym względem znajdowali się medycy i adepci nauk matematyczno-przyrodniczych. Większość prawników i spora część humanistów mogła natomiast pobierać naukę na terenie głównego kampusu, co najwyżej z koniecznością niedługiego spaceru w stronę Starego Miasta, placu Trzech Krzyży lub placu Piłsudskiego. Na skutek rozproszenia zajęć po całym niemal mieście słuchacze Uniwersytetu, wyróżniający się białymi czapkami z amarantowym paskiem lub różnobarwnymi deklami korporacji stanowili za to stały element pejzażu ówczesnej Warszawy. Ich wzmożona ruchliwość na ulicach była zazwyczaj niezawodnym zwiastunem niepokojów politycznych. „Było rzeczą charakterystyczną w ówczesnej Warszawie, że gdy na Uniwersytecie «coś się działo» (wybuchały jakieś zamieszki, manifestacje itp., co bynajmniej nie należało do rzadkości), z gmachu Muzeum [Rolnictwa i Przemysłu] wylewała się kilkusetosobowa gromada studentów prawa i podążała hurmem na teren uczelni. Wszyscy przechodzący wiedzieli już w czym rzecz: «studenteria się burzy»” – relacjonował po latach jeden ze słuchaczy11.

12. Budynek Wydziału Farmaceutycznego UW przy ul. Przemysłowej w 1928 r.

13. Budynek Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Oczki w latach międzywojennych

Wspomniane czapki – przede wszystkim uniwersyteckie maciejówki – noszone były powszechnie przez studentów. Rzadziej wkładały je studentki, które chętniej używały własnych, indywidualnie dobranych nakryć głowy, kierując się zapewne modą lub względami estetycznymi. Uniwersyteckie maciejówki stanowiły jedyny zewnętrzny wyróżnik przynależności do stanu akademickiego, gdyż w przeciwieństwie do czasów carskich ani studenci Uniwersytetu, ani tym bardziej jego pracownicy nie nosili już mundurów. Wyjątek pod tym względem stanowili jedynie woźni, których w 1937 r. wyposażono w uniformy i rogatywki zaprojektowane przez znawcę barwy i broni Bronisława Gębarzewskiego12. Togi i birety profesorowie wdziewali jedynie w sytuacjach uroczystych, takich jak inauguracja roku akademickiego, promocje doktorskie itp. Na co dzień na uczelni obowiązywał natomiast niepisany dress code, charakterystyczny dla ówczesnej warstwy inteligenckiej w przestrzeni publicznej. Fotografie z okresu międzywojennego pokazują studentów-mężczyzn w marynarkach i koszulach pod krawatem, a w chłodniejszej porze roku w ciemnych płaszczach. Niekiedy pojawiają się na nich mundury podchorążych z Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, którzy pobierali naukę na Wydziale Lekarskim na mocy porozumienia uczelni z władzami wojskowymi, albo młodszych oficerów odkomenderowanych na UW z Wojskowego Instytutu Geograficznego. (Zgodnie z ówczesną normą nawet na co dzień występowali oni w uniformach, budząc swym szykiem zazdrość pozostałych słuchaczy i podziw słuchaczek13). Studentki, których stopniowo przybywa na fotografiach, noszą się zazwyczaj skromnie (marynarskie kołnierzyki sukienek niektórych z nich upodabniają je do pensjonarek), ale tu i ówdzie można dostrzec także elegantki w zarzuconych na ramiona futrzanych szalach i oryginalnych nakryciach głowy.

14. Młodzież akademicka przed kościołem sióstr Wizytek po nabożeństwie z okazji inauguracji roku akademickiego 1932/1933

15. Uczestnicy seminarium historycznego prof. Marcelego Handelsmana (pierwszy od lewej). Pierwszy od prawej doc. Tadeusz Manteuffel, lata 30. XX w.

Pracownicy naukowi Uniwersytetu, poza scenami z zajęć laboratoryjnych, nieodmiennie ubrani są w garnitury, zwykle trzyczęściowe, spod których dość często wystają jeszcze wysokie, dobrze znane z XIX w. kołnierzyki, plastycznie i nie bez powodu zwane Vatermörder – ewidentny przejaw tradycjonalizmu stroju. Do wyjątków należy zdjęcie jednego z profesorów z końca lat 20., przechodzącego Krakowskim Przedmieściem w pumpach, wełnianych podkolanówkach i marynarce, pod którą widoczny jest pulower i koszula z krawatem. Być może zrobiono je w sytuacji nieformalnej, poza czasem zajęć na Uniwersytecie, a być może i tam okazjonalnie pozwalano sobie już na takie ekstrawagancje. Zarówno profesor, jak i bardziej konwencjonalnie ubrany w płaszcz i garnitur, towarzyszący mu docent Wydziału Humanistycznego mają na głowach modne wówczas homburgi, miękkie filcowe kapelusze z lekko podwiniętym rondem i zagłębieniem pośrodku główki. To również dyskretny element wzorowanej na Anglikach sportowej elegancji, która zawitała już wówczas na uczelnię. Na innych fotografiach uchwycono jednak profesorów w czarnych melonikach, a w sytuacjach szczególnie uroczystych widzimy ich w cylindrach. Jak się wydaje, nowe trendy w zakresie ubioru stosunkowo powoli znajdowały uznanie wśród kadry naukowo-dydaktycznej uczelni, którą cechował pod tym względem zauważalny konserwatyzm.

* * *

Jest gorzką ironią losu, że cezury wyznaczające ramy czasowe dziejów Uniwersytetu Warszawskiego w omawianym okresie były skutkami dwóch okupacji niemieckich podczas kolejnych wojen światowych. Uroczyste wznowienia działalności uczelni z udziałem generała-gubernatora Hansa von Beselera nastąpiło 15 XI 1915 r., przestała zaś ona de facto funkcjonować wraz z zajęciem przez Niemców stolicy pod koniec września 1939 r., na mocy decyzji generalnego gubernatora Hansa Franka, choć jeszcze w początkach niemieckich rządów prowadzono pewne czynności urzędowe, m.in. na niektórych wydziałach wydawano dyplomy osobom, które złożyły wszystkie egzaminy przed rozpoczęciem wojny14. Życie uczelni pomiędzy tymi datami toczyło się w rytmie następujących po sobie kolejnych lat akademickich, jednak nie przez cały ten czas uczelnia pracowała normalnym trybem. Uniwersytet zawiesił w praktyce działalność dydaktyczną w roku akademickim 1918/1919, gdy odradzała się polska państwowość i toczyły się walki o granice. Zajęcia zawieszono po raz kolejny latem 1920 r., kiedy w obliczu zagrożenia Warszawy inwazją bolszewicką młodzież akademicka oddała się gremialnie do dyspozycji władz wojskowych; wznowiono je dopiero w styczniu następnego roku, co spowodowało, iż przepadło pełne półrocze zajęć15.

16. Profesor Marceli Handelsman i docent Stanisław Arnold na Krakowskim Przedmieściu w pobliżu Uniwersytetu, wrzesień 1929 r.

Początkowo poszczególne lata akademickie dzieliły się na semestry, a od jesieni 1920 r. na trymestry: jesienny, zimowy i wiosenny. Obejmowały one łącznie 30 tygodni zajęć. Podobnie jak dzisiaj, inauguracja roku akademickiego miała zazwyczaj miejsce na początku października. Uświetniał ją uroczysty przemarsz władz Uniwersytetu w togach i biretach z Pałacu Kazimierzowskiego na mszę świętą w pobliskim kościele ss. Wizytek, który pełnił nieformalnie funkcję świątyni akademickiej. Pod koniec lat 30. program ten rozszerzono o podniesienie flagi państwowej na budynku biblioteki uniwersyteckiej. Pozbawiony pompy charakter miało natomiast rozpoczęcie roku dla nowo przyjętych studentów, którzy po prostu odbierali indeksy z sekretariatu. Podobnie nie organizowano też uroczystych graduacji.

17. Inauguracja roku akademickiego 1938/1939. Senat, władze rektorskie i młodzież wdrodze na mszę św. do kościoła sióstr Wizytek. Pośrodku, w pelerynie z gronostajów, rektor Włodziemierz Antoniewicz

Inaugurowany na początku października trymestr jesienny kończył się już koło połowy grudnia, po czym następowała prawie miesięczna przerwa bożonarodzeniowa, ciągnąca się aż do pierwszej niedzieli po święcie Trzech Króli. W zaczynającym się następnie trymestrze zimowym uczono się nieprzerwanie mniej więcej do połowy marca. Ferie wiosenne, które po nim następowały, trwały z reguły ponad miesiąc, obejmując również święta Wielkanocy. Trymestr wiosenny zaczynał się w drugiej połowie kwietnia i trwał do końca czerwca. W czerwcu i lipcu odbywała się letnia sesja egzaminacyjna; studenci mogli jednak prosić o wyznaczenie daty egzaminu po wakacjach – odbywał się on wtedy w sesji jesiennej we wrześniu lub na początku października. W indywidualnych przypadkach, o ile zgodził się na to profesor, egzaminy mogły mieć miejsce również w trakcie trymestrów.

Zajęcia na Uniwersytecie odbywały się przez 6 dni w tygodniu, od poniedziałku do soboty, od 8.00 do 20.00. Na różnych kierunkach prowadzono je w różnych porach – na naukach przyrodniczych, fizyce, chemii, medycynie, farmacji i weterynarii, gdzie konieczne były ćwiczenia laboratoryjne, przeważnie odbywały się do godziny 18.00; na prawie, kierunkach humanistycznych i teologicznych – również w późnych godzinach popołudniowych i wieczornych. Od poniedziałku do piątku od 9.00 do 19.45 można było korzystać z czytelni publicznej, czasopism i profesorskiej w bibliotece uniwersyteckiej, w soboty kończyły one pracę o godzinę wcześniej. Wypożyczalnia działała w dni powszednie od 9.30 do 13.30, a we wtorki i piątki dodatkowo również od 16.00 do 18.0016.

18. Operacja konia na Wydziale Weterynaryjnym, luty 1928 r.

Większość wykładów i ćwiczeń dydaktycznych odbywała się na Uniwersytecie co 2 godziny zegarowe; nauka trwała najczęściej 90 minut, po czym następowała przerwa, umożliwiająca studentom dotarcie na kolejne zajęcia. W rejonie kampusu przy Krakowskim Przedmieściu, tak jak i dzisiaj, dzwon zegara na budynku biblioteki, odmierzający upływ kwadransów i pełnych godzin, ułatwiał społeczności akademickiej orientację w czasie.

Kadra uniwersytecka. Przebieg kariery akademickiej

Uruchomienie przez niemieckie władze okupacyjne Uniwersytetu Warszawskiego jesienią 1915 r. wymagało stworzenia od podstaw jego kadry naukowej. W pierwszym roku funkcjonowania uczelni liczyła ona zaledwie 36 wykładających (była to funkcja tymczasowa, obejmująca zarówno profesorów, jak i docentów), 6 lektorów, 1 adiunkta-prosektora, i 23 asystentów. Do wiosny 1919 r. liczba wykładających wzrosła do 72, adiunktów do 6, a asystentów do 59. Ubyło natomiast lektorów, których pozostało jedynie 317. Ogółem w latach 1915–1919, uwzględniając zmiany kadrowe, na stanowiskach wykładowców zatrudnionych zostało 87 osób, z których aż 48 (56%) wywodziło się z szeroko rozumianego warszawskiego środowiska naukowego, obejmującego m.in. Towarzystwo Kursów Naukowych i Towarzystwo Naukowe Warszawskie, a także stołecznych lekarzy i nauczycieli szkół średnich. Pozostali wykładowcy oddelegowani zostali przeważnie z ośrodków akademickich Galicji (17 osób ze Lwowa i 11 z Krakowa – łącznie 32%), po kilku pochodziło z uniwersytetów niemieckich, rosyjskich i austriackich18.

Przeprowadzona w ciągu kilku miesięcy po odzyskaniu niepodległości tzw. stabilizacja kadry naukowej Uniwersytetu przyniosła zniesienie stanowiska „wykładającego” i wprowadzenie systemu tytułów naukowych i funkcji, analogicznego jak na uczelniach galicyjskich. Po jej ukończeniu, w semestrze letnim roku akademickiego 1918/1919 liczba samodzielnych pracowników UW wzrosła do 86. Obok 30 profesorów zwyczajnych i 19 nadzwyczajnych (nazywanych zbiorczo profesorami rzeczywistymi), znalazło się wśród nich 12 profesorów honorowych, przeważnie już w wieku emerytalnym, 9 zastępców profesorów i 16 docentów tymczasowych, z których większość musiała w ciągu następnych 2 lat poszukać sobie innych miejsc pracy. W nowym składzie osobowym dominowali uczeni zatrudnieni już wcześniej na Uniwersytecie, którzy w liczbie 58 pomyślnie przeszli weryfikację. Pozostałych 28 osób powołano z innych ośrodków akademickich19. Ponadto na uczelni zatrudnionych było 109 niesamodzielnych pracowników naukowych w tym: 7 lektorów, 13 adiunktów (prosektorów) i 89 asystentów20.

Wprowadzony w ramach stabilizacji system tytułów naukowych i funkcji został zatwierdzony ustawą o szkołach akademickich uchwaloną w lipcu 1920 r. i obowiązywał do wybuchu II wojny światowej, z niewielkimi tylko zmianami wynikającymi z przyjętych później aktów prawnych.

19. Senat Uniwersytetu Warszawskiego podczas inauguracji roku akademickiego 1936/1937

Na szczycie uczelnianej hierarchii znajdowali się profesorowie zwyczajni. Ich nominacji dokonywała głowa państwa na wniosek rady wydziału, przyjęty przez senat akademicki i zatwierdzony przez ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Kandydata na wakującą katedrę rada wydziału wybierała po zasięgnięciu opinii wśród wszystkich profesorów danej dziedziny nauki w kraju. (Procedura ta nie była jednak konieczna w przypadku osób mających już tytuł profesorski). Tylko profesorowie zwyczajni mogli zostać wybrani na stanowiska rektorskie i dziekańskie, co obok wyższego uposażenia i prestiżu stanowiło właściwie jedyną różnicę w stosunku do położenia usytuowanych niżej w hierarchii profesorów nadzwyczajnych. Warunkiem awansu ze stopnia profesora nadzwyczajnego na zwyczajnego było udokumentowanie odpowiednio większego dorobku naukowego. Oba rodzaje etatów były przy tym niejako przypisane do konkretnych katedr: profesorem można było zostać mianowanym tylko wówczas, gdy jedna z nich zostawała zwolniona lub gdy tworzono nową; profesor zwyczajny nie mógł objąć katedry nadzwyczajnej, ani na odwrót. Profesor rzeczywisty był nieusuwalny. Władze państwowe nie mogły go odwołać inaczej niż na wniosek 2/3 składu macierzystej rady wydziału lub senatu akademickiego, w przypadku, gdyby wszczęto przeciw niemu postępowanie dyscyplinarne lub honorowe. Przyjęta w 1933 r. ustawa zapewniła jednak ministrowi wyznań religijnych i oświecenia publicznego możliwość likwidowania katedr, w ten sposób mógł on zatem odwoływać również profesorów. Pensum profesorskie obejmowało 5 godzin wykładu i 2 godziny ćwiczeń lub seminarium tygodniowo. Profesor miał przechodzić na emeryturę po 35 latach pracy lub po ukończeniu 65. roku życia, później wprowadzono jednak możliwość kontynuowania pracy naukowo-dydaktycznej również po przekroczeniu tej granicy wiekowej21.

Ze względu na niedostatek fachowców z tytułami profesorskimi, katedry powierzano niekiedy osobom o niższych kwalifikacjach formalnych, przyznając im stanowiska zastępców profesorów. Ciążyły na nich te same obowiązki dydaktyczne i organizacyjne jak na profesorach, nie przysługiwały im jednak analogiczne prawa. Otrzymywali też niższe uposażenia. Zastępcy profesorów powoływani byli nie w drodze nominacji, lecz poprzez podpisanie z uczelnią umowy, która musiała zostać zatwierdzona przez ministra. Jeszcze mniejsze zobowiązania Uniwersytet podejmował wobec profesorów honorowych, którzy mieli prawo prowadzenia zajęć, lecz na ogół nie pobierali pensji. (W praktyce na stanowisko to przenoszono zwykle profesorów rzeczywistych, gdy osiągnęli wiek emerytalny, a chciano, aby nadal prowadzili wykłady)22. Istniała też kategoria profesorów kontraktowych, czyli takich, którzy nie zaliczali się, jakbyśmy dziś powiedzieli, do minimum kadrowego Uniwersytetu, a jedynie prowadzili tu wykłady na zasadzie umowy-zlecenia.

Bez jakiegokolwiek wynagrodzenia pracowali na uczelni docenci, przy czym docentura nie miała formalnie charakteru stopnia naukowego, lecz jedynie związana była z wykonywaniem veniam legendi, czyli – jak to wówczas dość pokrętnie ujmowano – „prawa do obowiązku bezpłatnego wykładania”. Przyznawała ją rada wydziału po pomyślnym odbyciu procedury habilitacyjnej, na którą składały się: ocena dorobku naukowego kandydata ze szczególnym uwzględnieniem wydanej drukiem rozprawy, odbycie przez niego kolokwium egzaminacyjnego i wygłoszenie na forum rady wykładu na jeden z dwóch przedstawionych jej do wyboru tematów. Docentura była ograniczona do konkretnej uczelni, co oznaczało, że np. docent Uniwersytetu Jagiellońskiego, chcąc wykładać na Uniwersytecie Warszawskim, musiał przenieść tu swe uprawnienia, uzyskawszy zgodę odpowiedniej rady wydziału. Venia legendi wygasała, jeśli docent nie prowadził zajęć dłużej niż przez jeden rok akademicki23. W praktyce, jak wynika z uniwersyteckich statystyk i sprawozdań, docenci UW zatrudniani byli niekiedy jako zastępcy profesorów, zlecano im też odpłatne prowadzenie wykładów, co zapewniało im choćby tymczasowo środki do życia24.

Niższy szczebel hierarchii akademickiej tworzyli pracownicy pomocniczy, do których zaliczali się adiunkci (tj. głównie prosektorzy i demonstratorzy), lektorzy prowadzący zajęcia z języków nowożytnych, a także starsi i młodsi asystenci oraz zastępcy asystentów. Pierwsze dwie kategorie miały status urzędników państwowych i nie oczekiwano od nich kontynuowania kariery naukowej. Asystentura z założenia traktowana była natomiast jako okres przejściowy przed uzyskaniem habilitacji. W związku z tym zastępców asystentów zatrudniano nie dłużej niż na 2 lata, młodszych asystentów na 3 lata, a starszych na 6, z możliwością przedłużenia angażu na kolejne 4 lata, o ile się do tego czasu habilitowali. Młodsi asystenci i zastępcy asystentów nie musieli legitymować się dyplomem ukończenia wyższej uczelni, co sprawiało, że na stanowiska te przyjmowano niekiedy wyróżniających się studentów25.

W praktyce postanowienia ustawy naginano niekiedy do bieżących potrzeb. Adiunktury i asystentury wykorzystywano do zatrudniania naukowców o kwalifikacjach znacznie wyższych od wymaganych, dla których chwilowo nie udało się znaleźć innych stanowisk, a chciano ich zatrzymać na uczelni. W połowie lat 30. można było spotkać docentów pracujących nie tylko jako adiunkci, ale nawet jako młodsi asystenci. Z kolei na stanowiskach starszych asystentów zdarzały się osoby bez dyplomu ukończenia wyższej uczelni26.

Po przeprowadzonej w 1919 r. stabilizacji liczba pracowników naukowych zatrudnionych na Uniwersytecie Warszawskim początkowo istotnie wzrosła, lecz już w połowie lat 20. trend ten uległ zahamowaniu. Rosnące potrzeby dydaktyczne, spowodowane m.in. powoływaniem nowych katedr i wydziałów, musiały zderzyć się z ograniczonymi możliwościami kadrowymi uczelni oraz polityką personalną Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (MWRiOP), na którą wpływ miały z kolei głównie względy budżetowe. Nie wszystkie katedry pozostawały z tego powodu obsadzone, uczelnia nie mogła też zrealizować w pełni swych planów dydaktycznych i badawczych, na co regularnie narzekali rektorzy. Na przełomie lat 20. i 30. na Uniwersytecie Warszawskim pracowało 73 profesorów zwyczajnych, 32 nadzwyczajnych, 12 honorowych, 11 kontraktowych i 9 zastępców profesorów (w tym 6 docentów UW). Docentów było 87, lektorów 17, adiunktów-prosektorów 31, asystentów zaś 227. Wykłady zlecone prowadziło 117 osób, z których 44 były docentami UW27.

Mimo iż kolejna dekada rozpoczęła się w cieniu kryzysu gospodarczego, przyniosła ona zauważalną poprawę sytuacji kadrowej. W roku akademickim 1937/1938, według sprawozdania rektorskiego, na uczelni pracowało już 80 profesorów zwyczajnych, 45 nadzwyczajnych, 19 honorowych, 6 zastępców profesorów, 164 docentów, 24 lektorów, 56 adiunktów i 240 asystentów. (Skład osobowy Uniwersytetu na ten sam rok podaje nieco inne liczby). Wykładów i ćwiczeń zleconych prowadzono w sumie 174, powierzając je częściowo pracownikom naukowym UW, a zwłaszcza docentom. Zatrudniano w ten sposób 67 osób. (Jedna osoba prowadziła niekiedy kilka zajęć). Zanikła natomiast zupełnie funkcja profesora kontraktowego28.

Tabela 1. Kadra naukowo-dydaktyczna UW 1915–1939

Rok akademicki Wykładający Profesorowie honorowi Profesorowie emerytowani i tytularni Profesorowie zwyczajni Profesorowie nadzwyczajni Profesorowie kontraktowi Zastępcy profesorów Prowadzący wykłady zlecone Docenci Adiunkci Asystenci Lektorzy
1915/16 36 1 23 6
1916/17 50 2 41 4
1917/18 53 2 46 4
1918/19 72 6 59 3
1919/20 11 43 19 8 8 18 13 89 7
1920/21 11 53 21 13 3 16 15 117 7
1921/22 10 61 17 13 16 8 20 150 6
1922/23 12 68 24 1 13 43 14 19 183 13
1923/24 13 69 28 1 9 49 30 22 193 11
1924/25 13 69 26 1 6 59 33 23 205 11
1925/26 12 70 26 2 8 59 36 26 212 14
1926/27 11 71 31 4 10 79 57 29 214 14
1927/28 12 70 33 5 9 85 70 26 214 16
1928/29 12 71 34 3 10 109 74 30 230 17
1929/30 12 73 32 11 9 117 87 31 227 17
1930/31 11 74 30 10 9 118 94 33 232 15
1931/32 10 73 32 10 9 112 103 35 220 16
1932/33 9 72 32 8 8 120 115 36 213 20
1933/34 7 6 68 29 9 9 121 123 39 218 22
1934/35 6 8 74 33 6 11 130 134 39 223 23
1935/36 11 b.d. 80 38 b.d. 9 172 148 55 235 23
1936/37 12 11 81 46 b.d. 7 128 147 55 238 22
1937/38 19 15 80 45 b.d. 6 174 164 56 240 24

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936; SUW 1934/1935 i 1935/1936), s. 45; SUW 1936/1937, s. 12–14; SUW 1937/1938, s. 12–14.

Tabela 1. Kadra naukowo-dydaktyczna UW 1915–1939

Rok akademicki Wykładający Profesorowie honorowi Profesorowie emerytowani i tytularni Profesorowie zwyczajni
1915/16 36
1916/17 50
1917/18 53
1918/19 72
1919/20 11 43
1920/21 11 53
1921/22 10 61
1922/23 12 68
1923/24 13 69
1924/25 13 69
1925/26 12 70
1926/27 11 71
1927/28 12 70
1928/29 12 71
1929/30 12 73
1930/31 11 74
1931/32 10 73
1932/33 9 72
1933/34 7 6 68
1934/35 6 8 74
1935/36 11 b.d. 80
1936/37 12 11 81
1937/38 19 15 80

Tabela 1. cd.

Rok akademicki Profesorowie nadzwyczajni Profesorowie kontraktowi Zastępcy profesorów Prowadzący wykłady zlecone
1915/16
1916/17
1917/18
1918/19
1919/20 19 8 8
1920/21 21 13 3
1921/22 17 13 16
1922/23 24 1 13 43
1923/24 28 1 9 49
1924/25 26 1 6 59
1925/26 26 2 8 59
1926/27 31 4 10 79
1927/28 33 5 9 85
1928/29 34 3 10 109
1929/30 32 11 9 117
1930/31 30 10 9 118
1931/32 32 10 9 112
1932/33 32 8 8 120
1933/34 29 9 9 121
1934/35 33 6 11 130
1935/36 38 b.d. 9 172
1936/37 46 b.d. 7 128
1937/38 45 b.d. 6 174

Tabela 1. cd.

Rok akademicki Docenci Adiunkci Asystenci Lektorzy
1915/16 1 23 6
1916/17 2 41 4
1917/18 2 46 4
1918/19 6 59 3
1919/20 18 13 89 7
1920/21 16 15 117 7
1921/22 8 20 150 6
1922/23 14 19 183 13
1923/24 30 22 193 11
1924/25 33 23 205 11
1925/26 36 26 212 14
1926/27 57 29 214 14
1927/28 70 26 214 16
1928/29 74 30 230 17
1929/30 87 31 227 17
1930/31 94 33 232 15
1931/32 103 35 220 16
1932/33 115 36 213 20
1933/34 123 39 218 22
1934/35 134 39 223 23
1935/36 148 55 235 23
1936/37 147 55 238 22
1937/38 164 56 240 24

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936; SUW 1934/1935 i 1935/1936), s. 45; SUW 1936/1937, s. 12–14; SUW 1937/1938, s. 12–14.

Poza kadrą naukowo-dydaktyczną Uniwersytet zatrudniał również personel pomocniczy, na który składali się urzędnicy rektoratu, kwestury i poszczególnych wydziałów, pracownicy biblioteki, a także tzw. funkcjonariusze niżsi, czyli przede wszystkim pielęgniarki w szpitalach uniwersyteckich, laboranci oraz woźni. W początkach lat 20. na uczelni pracowało 37 urzędników, 17 bibliotekarzy i 402 funkcjonariuszy, co dawało łącznie 456 osób. Siły te uważano za niewystarczające w stosunku do rosnących potrzeb29. Do końca tej samej dekady sytuacja uległa pewnej poprawie, ponieważ stan personelu zwiększył się do 475 etatów. W biurach uniwersyteckich zatrudnionych było wówczas 42 urzędników, w bibliotece 25 urzędników i 13 funkcjonariuszy niższych, kolejnych 39 funkcjonariuszy niższych pracowało w administracji, 109 w poszczególnych zakładach, a 247 w klinikach30. Mimo że na rok przed wybuchem II wojny światowej Uniwersytet zatrudniał w sumie 504 urzędników i funkcjonariuszy niższych, w ocenie ówczesnego rektora była to nadal liczba zbyt mała. Uczelnia nieustannie zabiegała o dodatkowe etaty w ministerstwie31.

W połowie lat 30. Uniwersytet Warszawski ze 128 profesorami, 198 docentami i 286 pracownikami pomocniczymi stanowił pod względem liczebności kadry naukowej największą szkołę wyższą w Polsce. Pracowało tu 16% ogółu wszystkich polskich profesorów, 14% docentów i taki sam odsetek sił pomocniczych. Różnice w stosunku do pozostałych uczelni nie były jednak zawrotne, przynajmniej gdy idzie o profesurę. Drugi co do wielkości w kraju Uniwersytet Jagielloński liczył 113 profesorów, 109 docentów i 221 osób na etatach pomocniczych, Uniwersytet Poznański zatrudniał 99 profesorów, 136 docentów i 203 pracowników pomocniczych, Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie odpowiednio 87, 127 i 230, a Uniwersytet Stefana Batorego w Wilnie – 85, 88 i 20332.

Uniwersytet Warszawski charakteryzował się zarazem najmniej korzystnym współczynnikiem liczby słuchaczy przypadających na jednego profesora, który w roku akademickim 1934/1935 wynosił 73 osoby, podczas gdy na UJ było ich 59, na UJK 69, na UP 52, a na USB jedynie 42. (Średnia dla wszystkich szkół wyższych w kraju to 60 studentów). Sytuację stołecznej uczelni poprawiała do pewnego stopnia stosunkowo duża liczba docentów. Uwzględniając zarówno ich, jak i profesorów, na jednego wykładowcę przypadało tu 29 studentów, natomiast na uniwersytecie krakowskim współczynnik ten wynosił 30, na lwowskim 28, na poznańskim 22, a na wileńskim 21. Powyższe wyliczenia dowodzą, iż kadra naukowa UW była relatywnie bardziej obciążona niż na innych uczelniach obowiązkami dydaktycznymi takimi, jak egzaminowanie, ocena prac seminaryjnych itp.

Jak ustaliła Hanna Kolendo, w latach 1919–1929 (po stabilizacji) pracowało na Uniwersytecie Warszawskim ogółem 58 profesorów zwyczajnych, 33 nadzwyczajnych, 14 honorowych i 24 zastępców profesorów. Największa grupa spośród nich rekrutowała się z dawnego zaboru austriackiego: 15 profesorów przybyło z Krakowa, a 12 ze Lwowa. Kolejnych 25 nominatów pochodziło formalnie z Warszawy, część z nich nie była jednak wcześniej trwale związana ze stolicą, lecz przeprowadziła się tu stosunkowo niedawno z innych ośrodków akademickich, m.in. z Rosji. (Pierwsze lata niepodległości charakteryzowały się w ogóle dużymi przepływami kadry naukowej pomiędzy różnymi ośrodkami akademickimi w Polsce, niektórzy wykładowcy zatrudnieni byli więc na Uniwersytecie tylko przejściowo). W latach 20. na uczelni pojawiło się także 7 pierwszych profesorów będących wcześniej jej docentami. (Pierwsza habilitacja odbyła się na UW w czerwcu 1920 r., veniam legendi z zoologii uzyskał wówczas dr Witold J. Stefański). Wśród zastępców profesorów większość stanowiły osoby pochodzące z Warszawy, 8 z nich było docentami macierzystej uczelni33.

W ciągu kolejnego dziesięciolecia kadra naukowa Uniwersytetu powiększyła się o 15 profesorów zwyczajnych, 39 nadzwyczajnych, 6 honorowych i 6 zastępców profesorów. Aż połowę spośród 60 katedr objęli wówczas docenci UW, przy czym 6 z nich przeniosło tu habilitacje z innych uczelni, natomiast 7 było wcześniej studentami Uniwersytetu Warszawskiego i tutaj się doktoryzowało. Ten ostatni fakt świadczył o normalizacji funkcjonowania uczelni, która powoli była już w stanie od początku do końca samodzielnie wykształcić swą kadrę profesorską. Tych spośród profesorów zatrudnionych w latach 30., którzy nie pochodzili z Warszawy, przyciągał na Uniwersytet jego stołeczny charakter i lepsze perspektywy pracy naukowej. W sumie, w latach 1919–1939 nominacje profesorskie otrzymało na UW 195 osób, z czego 30 jako zastępcy. Zdecydowana większość z nich pozostawała na katedrach do chwili osiągnięcia wieku emerytalnego lub, co zdarzyło się w kilkunastu przypadkach, wcześniejszej śmierci34.

W tym samym okresie na Uniwersytecie Warszawskim zatrudniono ogółem 270 docentów, z których 238 (tj. prawie 90%) habilitowało się właśnie tutaj, a pozostali przenieśli się z innych ośrodków. Wśród habilitantów rodzimych 93 osoby pracowały wcześniej na uczelni na stanowiskach asystentów lub adiunktów-prosektorów. Około połowa docentów uzyskała wcześniej na Uniwersytecie doktorat, a niektórzy ukończyli również studia magisterskie35.

20. Profesor Ludwik Krzywicki (po lewej) i prof. Szymon Askenazy (po prawej) jako laureaci Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy, 30 V 1934 r.

Nie dysponujemy niestety danymi na temat łącznej liczby pracowników pomocniczych, którzy zostali zatrudnieni na uczelni w latach 1915–1939, lecz biorąc pod uwagę rotację spowodowaną przejściowym charakterem asystentury, należy przypuszczać, iż było ich około tysiąca.

Uwzględniając wykładających w latach 1915–1919, na Uniwersytecie Warszawskim do wybuchu II wojny światowej zatrudnionych zostało łącznie 499 samodzielnych pracowników naukowych. Była to grupa niejednorodna pod względem przebiegu wcześniejszej kariery zawodowej. Około 70% z nich ukończyło studia przed rokiem 1918. Znajdowało się wśród nich aż 223 absolwentów uczelni rosyjskich, w tym 97 osób, które studiowały na Cesarskim Uniwersytecie w Warszawie. Zgodnie z przyjętym w tamtych czasach modelem, wiele z nich pobierało jednak naukę również na uniwersytetach w innych krajach. Absolwenci uczelni rosyjskich przeważali zwłaszcza wśród lekarzy i prawników, natomiast humaniści kształcili się wcześniej przede wszystkim na uczelniach galicyjskich z polskim językiem wykładowym, których absolwentami było ogółem 142 (29%) późniejszych profesorów i docentów Uniwersytetu Warszawskiego. Ponadto 121 samodzielnych pracowników naukowych uczelni studiowało przed 1918 r. w Niemczech, 57 we Szwajcarii, 24 na uczelniach austro-węgierskich poza Galicją, a 25 we Francji. Absolwenci szkół wyższych z pozostałych państw występowali bardzo nielicznie. Pewną ciekawostkę stanowić może fakt, iż jeden z profesorów Uniwersytetu Warszawskiego, językoznawca Karol Appel w ogóle nie odbył żadnych studiów. Wśród zatrudnionych na UW 142 profesorów i docentów, którzy ukończyli szkoły wyższe już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, zdecydowana większość, bo aż 95, studiowała na uczelni macierzystej. Kolejne 33 osoby uczęszczały do szkół wyższych w Krakowie lub Lwowie, za granicą zaś kształciło się 26 osób36.

W momencie uruchomienia Uniwersytetu w 1915 r. jego kadra naukowa była stosunkowo młoda. Średnia wieku wykładających osiągała wówczas zaledwie 42 lata. Po przeprowadzonej w 1919 r. stabilizacji współczynnik ten wzrósł do 50 lat, przy czym przeciętny wiek profesorów zwyczajnych wynosił 49 lat, nadzwyczajnych 32 lata, zastępców profesorów 42 lata, a docentów tymczasowych 45 lat. Średnia wieku profesorów honorowych osiągnęła 74 lata. W ciągu kolejnych dwóch dekad każda z tych grup wyraźnie „postarzała się”. W 1929 r. przeciętny wiek profesorów zwyczajnych wzrósł do 55 lat, a przez kolejne dziesięciolecie osiągnął 58 lat. W roku wybuchu II wojny światowej najliczniejszą grupą wśród nich (41%) były osoby w wieku 61–65 lat, a więc formalnie zbliżające się już do emerytury. Wymogu przechodzenia na nią po ukończeniu 65. roku życia nie egzekwowano jednak zbyt rygorystycznie, bowiem 10 profesorów zwyczajnych pracowało nadal, mając ponad 66 lat. Średnia wieku profesorów nadzwyczajnych osiągnęła do 1929 r. 47 lat, a przez kolejną dekadę zmniejszyła się do 46 lat. Prawie połowę z nich stanowiły w 1939 r. osoby w wieku 36–45 lat. Żaden profesor nadzwyczajny nie przekroczył wieku emerytalnego. Przeciętny wiek docentów wyniósł w 1929 r. 42 lata, a 10 lat później 44 lata; analogiczny współczynnik dla profesorów honorowych wzrósł w tym okresie do 77, a później obniżył się do 76 lat. Wydziały różniły się przy tym bardzo istotnie pod względem przeciętnego wieku pracowników, bowiem poszczególne gałęzie nauki charakteryzowały się, tak jak i dziś, zróżnicowaną dynamiką karier akademickich37. Pewne wyobrażenie na ten temat daje średnia wieku docentów wykładających na UW. Pod koniec 1937 r. wynosiła ona na Wydziale Prawa 36 lat, na Matematyczno-Przyrodniczym 39 lat, na wydziałach teologicznych 40 lat, na Humanistycznym 42 lata, na Weterynaryjnym 46 lat, a na Lekarskim i Farmaceutycznym po 48 lat38.

Zjawisko starzenia się kadry naukowo-dydaktycznej wynikało z dwóch faktów. Po pierwsze, okrzepnięcie struktury organizacyjnej uczelni w latach 20. zakończyło okres bardzo szybkich awansów na stanowiska profesorskie, wymuszonych wcześniejszym brakiem kadr. Kariera akademicka nowo zatrudnianych na Uniwersytecie osób rozwijała się od tego czasu bardziej rutynowo i na ogół powolniej. Po drugie, profesorowie, którzy rozpoczęli pracę w pierwszych latach po uruchomieniu uczelni, przeważnie pozostawali na niej aż do osiągnięcia wieku emerytalnego (a często nawet dłużej), nowych katedr przybywało zaś bardzo niewiele. Konsekwencją tego była zmniejszająca się w latach 30. rotacja kadry i malejące szanse docentów na szybkie uzyskanie profesury na Uniwersytecie.

21. Jubileusz 50-lecia pracy naukowej prof. Tadeusza Zielińskiego. W pierwszym rzędzie stoją od prawej: prof. Tadeusz Kotarbiński, jubilat, rektor Tadeusz Brzeski, prof. Gustaw Przychocki

Ze względu na fakt, iż kadrę naukową uczelni rekrutowano po 1915 r. zupełnie od podstaw, trudno byłoby wskazać jeden dominujący tu w całym omawianym okresie model kariery akademickiej. W okresie założycielskim na Uniwersytet napływali naukowcy o zróżnicowanych życiorysach, uczelnia zaś oferowała im wówczas możliwość szybkiego awansu profesorskiego. (Zaowocowało to notabene spektakularnymi sukcesami w dziedzinach takich, jak np. fizyka, matematyka, filozofia, językoznawstwo czy archeologia). Kilkudziesięciu profesorów, wśród nich postaci tej rangi co psycholog Stefan Baley, historyk Marceli Handelsman albo filozof Tadeusz Kotarbiński, nie uzyskało nigdy habilitacji, przeskakując niejako ten etap kariery akademickiej. Wraz z upływem lat okres poprzedzający otrzymanie własnej katedry stopniowo wydłużał się, coraz częstsze stawało się natomiast uzyskiwanie na Uniwersytecie Warszawskim kilku kolejnych stopni naukowych. Pewne prawidłowości dotyczące zawodowego curriculum vitae pracowników, które można zaobserwować, dopiero się kształtowały i nie musiały występować w każdym przypadku. Tym bardziej jak zostało już powiedziane, w niektórych dyscyplinach naukowych awansowano szybciej, a w innych wolniej39.

22. Profesor Kazimierz Michałowski podczas oględzin egipskiego sarkofagu, 1937 r.

Szansą rozpoczęcia kariery naukowej była na ogół propozycja pozostania na uczelni w charakterze asystenta, którą profesor składał wyróżniającym się studentom. „Gdy widział, że ten czy ów zapowiadał się nieźle, to wtedy mówił – «No proszę Pana, to znaczy Pan...»” – tak zapamiętał początki swojej pracy naukowej pod kierunkiem Stefana Pieńkowskiego jego ówczesny asystent, fizyk Władysław Kapuściński40. Także na innych wydziałach i kierunkach wejście w świat akademicki następowało na mocy indywidualnej decyzji wykładowcy, nie istniały natomiast zinstytucjonalizowane formy naboru kandydatów w postaci egzaminów na studia doktoranckie. Przez pewną część okresu międzywojennego – przy tym różnie na różnych wydziałach (omawiam to dokładniej w rozdziale poświęconym przebiegowi studiów) – ukończenie Uniwersytetu Warszawskiego pozwalało zresztą uzyskać od razu tytuł doktorski, asystentura zaś służyła przygotowaniu rozprawy habilitacyjnej. Wraz ze stopniowym upowszechnieniem się magisterium kariera akademicka uległa natomiast automatycznemu wydłużeniu o etap studiów doktoranckich. Chcąc kontynuować pracę naukową nowo wypromowany doktor pozostawał wtedy na uczelni najczęściej aż do habilitacji na stanowisku starszego asystenta, rzadziej adiunkta.

23. Karykatura prof. Mieczysława Michałowicza z Wydziału Lekarskiego

Wśród docentów wykładających w 1937 r. na Uniwersytecie Warszawskim mediana wieku uzyskania habilitacji wynosiła 38 lat. W przypadku osób, których kariera naukowa przebiegała już według nowego systemu (studia magisterskie plus doktoranckie), pomiędzy doktoratem a habilitacją upływało zatem przeciętnie około 10 lat. Niektóre jednostki odbiegały jednak bardzo wyraźnie od średniej – matematyk Alfred Tarski habilitował się w wieku zaledwie 24 lat, miało to jednak miejsce w czasach, gdy studia zapewniały jeszcze dyplom doktorski. O dwa lata starszy był w tym samym punkcie kariery akademickiej idący nowym trybem historyk Janusz Pajewski. Na drugim biegunie znajdowało się kilkunastu naukowców, którzy veniam legendi zdobyli już po pięćdziesiątce. Najstarszy z nich, historyk medycyny Ludwik Zembrzuski liczył sobie wtedy aż 59 lat. Wiek uzyskania habilitacji zależał niewątpliwie po części od czynników takich jak wcześniejsza droga zawodowa, sytuacja życiowa, motywacje itp., ale miał też wyraźny związek z uprawianą dziedziną nauk. Najszybciej habilitowano się bowiem na Wydziale Prawa (przeciętnie w wieku 32 lat) i Matematyczno-Przyrodniczym (35 lat); dalsze w kolejności były wydziały teologiczne (37 lat), Humanistyczny (38 lat) i Lekarski (41,5 roku). Na samym końcu plasowały się wydziały Farmaceutyczny i Weterynaryjny, gdzie średnia wieku habilitantów wynosiła 42,5 roku41.

Kolokwium habilitacyjne, ze względu na towarzyszący mu stres, uchodziło za dość nieprzyjemne przeżycie. Nie wszyscy – nawet bardzo wybitni później naukowcy – wspominali po latach z zadowoleniem wykład wygłaszany później przez siebie przed radą wydziału42. Niektórzy z podchodzących do habilitacji dopatrywali się wręcz wymierzonych w siebie spisków, zorganizowanych przez swych wrogów osobistych bądź politycznych. Wśród zwolenników prawicy nie brakowało podejrzeń, iż za wszystkim stała masoneria. Za jej niedoszłą ofiarę uważał się np. jeden z docentów Wydziału Lekarskiego, Zdzisław A. Michalski: „Akcję utrącania mnie przy habilitacji rozpoczął, według mnie, członek Warszawskiej Loży Masońskiej, docent anatomii patologicznej, Wilhelm Czarnocki. [...] Na psa ujadającego wybrano również członka loży – pediatrę Michałowicza. Ten podobno miał prywatną urazę do mnie, gdyż jakoby powtórzono mu, że uważam go jako lekarza za skończonego durnia. Było to istotnie zgodne z moją opinią...”43. Spiskowa teoria dziejów z powodzeniem służyła, jak widać, za wygodne uzasadnienie prywatnych uprzedzeń i animozji, które niekiedy rzeczywiście nie pozostawały zapewne bez wpływu na przebieg głosowań habilitacyjnych. Zdarzało się przy tym, iż rady wydziałów odrzucały niektórych kandydatów44.

Uzyskanie veniam legendi otwierało drogę do profesury, ale względnie rzadko zdarzało się, by docent otrzymał własną katedrę bezpośrednio po habilitacji. W 1937 r. co piąty z wykładających na Uniwersytecie docentów czekał na nią już 10 lat lub więcej. (Na przykład w przypadku Tarskiego, o którym była mowa wcześniej, od habilitacji minęło wówczas 12 lat, a profesorem został on dopiero w Stanach Zjednoczonych w czasie II wojny światowej)45. W ciągu dwudziestolecia międzywojennego wyraźnie wydłużył się przeciętny czas oczekiwania na profesurę, zwłaszcza zwyczajną. Najczęściej wynosił on – jak się wydaje – kilkanaście lat, choć w latach 30. pojawiła się na Uniwersytecie także grupa trzydziestokilkuletnich profesorów nadzwyczajnych, świeżo po habilitacji46.

Uzyskanie profesury było trudne. Mogło nastąpić tylko albo w wyniku zwolnienia katedry przez jednego z dotychczasowych wykładowców, albo powołania nowej, co zwykle wymagało dodatkowych funduszy i długotrwałych zabiegów władz rektorskich w Ministerstwie. Biorąc pod uwagę, że na awans czekało zwykle wielu docentów, w obu przypadkach wymagało to posiadania przez osobę ubiegającą się o profesurę odpowiednio mocnej pozycji w środowisku uczelnianym. Poza względami merytorycznymi, takimi jak dorobek naukowy czy pożądana z punktu widzenia potrzeb Uniwersytetu specjalizacja, konieczni byli także sojusznicy w radzie wydziału gotowi zapewnić danej kandydaturze większość głosów. Następnie wniosek musiał zostać zatwierdzony przez Senat UW i dopiero stamtąd trafiał do Ministerstwa. O ile starający się o profesurę docent uzyskał wcześniej na Uniwersytecie stopień doktora, liczył – jak się wydaje – przede wszystkim na wsparcie swego dawnego promotora. Historyk Tadeusz Manteuffel wspomina np. o bezskutecznych próbach utworzenia dla niego na Wydziale Humanistycznym katedry historii Francji, podejmowanych w latach 30. przez Marcelego Handelsmana47.

Mechanizm podejmowania decyzji o obsadzie stanowisk profesorskich na Uniwersytecie ukazują dzienniki Wacława Borowego. Jego starania o katedrę historii literatury polskiej wiosną 1938 r. wspierane były przez profesorów Andrzeja Tretiaka i Jana Bystonia, podczas gdy prof. Julian Krzyżanowski proponował na to stanowisko doc. Zygmunta Szweykowskiego. W głosowaniu nad obiema kandydaturami zwyciężył Borowy wynikiem 21 do 5 głosów, o czym poinformowali go telefonicznie jego stronnicy, zanim jeszcze dziekan Wydziału Humanistycznego przesłał mu oficjalne pismo z propozycją podjęcia pracy. Wzmianki Borowego o jego „poważnym zmartwieniu” rezultatem głosowania i obawach Bystronia, by „nie zrobił zwolennikom «psikusa»”, świadczą, iż niejednomyślną decyzję uważano prawdopodobnie za pewną ujmę prestiżową. Z kolei telefon z gratulacjami od Krzyżanowskiego, który odnotowuje Borowy, dowodzi, że nawet w sytuacjach ewidentnego konfliktu interesów starano się zachowywać wobec siebie kurtuazję48.

24. Docent Wacław Borowy odbiera państwową nagrodę literacką z rąk ministra Wojciecha Świętosławskiego, styczeń 1938 r.

Jak dowodzą niektóre przypadki, o otrzymaniu bądź nieotrzymaniu stanowiska profesora na Uniwersytecie nie zawsze jednak przesądzały wyłącznie względy merytoryczne. Docent Tadeusz Manteuffel miał nadzieję, iż w 1935 r. zostanie powołana dla niego katedra historii średniowiecza, ale jak zanotował po latach, przygotowując materiały do wspomnień z okresu międzywojennego: „Okazało się jednak, iż względy, jak myślę, natury kumoterskiej, spowodowały przyznanie jej bizantynistyce. [...] Rozżalony cierpko to wypominałem memu mistrzowi”49. Z kolei cytowany już przeze mnie doc. Michalski, jak zwykle węsząc wszędzie spiski wolnomularskie, utrzymuje, że na Wydziale Lekarskim „katedry były obsadzane [...] nie przez kandydatów najlepszych, lecz najbardziej odpowiednich, oczywiście dla masonerii [...]”50.

Fakt, że przy obsadzaniu stanowisk profesorskich na Uniwersytecie rzeczywiście odgrywały niekiedy względy polityczne i intrygi, choć wcale niekoniecznie masońskie, potwierdza casus Szymona Askenazego. Propozycję powołania tego uznanego historyka i dyplomaty na katedrę historii politycznej i dyplomatycznej Polski nowożytnej na Wydziale Prawa wysunął w 1919 r. prof. Leon Petrażycki, uważany za jednego z najwybitniejszych polskich uczonych tamtych czasów. Została ona jednomyślnie uchwalona przez Radę Wydziału i zatwierdzona przez Senat UW, wkrótce potem jednak prof. Karol Lutostański zażądał uchylenia tej decyzji pod pretekstem uchybień formalnych. (Chociaż sam zapewnił wcześniej ustnie Petrażyckiego, że popiera wniosek, teraz utrzymywał, że skierowanie sprawy do Senatu UW nastąpiło wbrew jego woli. Wskazywał też, że w porządku dziennym posiedzenia Rady Wydziału nie było punktu dotyczącego profesury dla Askenazego). Zarzuty zostały uwzględnione, co doprowadziło do unieważnienia decyzji Senatu i reasumpcji głosowania przez radę, która tym razem odrzuciła wniosek Petrażyckiego. Lutostański, będący inspiratorem i głównym realizatorem intrygi, występował przeciw kandydaturze Askenazego, obłudnie argumentując, iż broni nauki przed zakusami polityków, choć jego własne intencje były właśnie na wskroś polityczne. (Swoją rolę odegrało najprawdopodobniej zarówno żydowskie pochodzenie kandydata, jak i przypisywana mu przynależność do masonerii). Próba kompromisowego rozwiązania tej kompromitującej dla Uniwersytetu afery przez mianowanie Askenazego profesorem honorowym z pensją profesora zwyczajnego została zakulisowo utrącona przez ówczesnego dziekana Wydziału Prawa prof. Zygmunta Cybichowskiego, który celowo przewlekał sprawę i mnożył trudności formalne. Ostatecznie Askenazy dopiero w 1928 r., już za rządów piłsudczyków, został mianowany profesorem honorowym na nowo utworzonym wówczas Wydziale Humanistycznym. Petrażycki, w proteście przeciw postępowaniu swych kolegów prawników, podał się w 1920 r. do dymisji, której wprawdzie nie przyjęto, lecz na Wydziale Prawa aż do jego samobójczej śmierci w 1931 r. traktowano go jak ciało obce51.

25. Profesor Leon Petrażycki, 1925 r.

Polityczne intrygi wokół obsady katedr prowadzono także na innych wydziałach. Na Humanistycznym zwolennicy Piłsudskiego po zamachu majowym starali się zablokować kandydaturę krakowskiego historyka Stanisława Kota, niewątpliwie ze względu na jego niechętny stosunek do Marszałka. Na posiedzeniach Rady Wydziału prof. Tadeusz Wałek-Czarnecki dyskredytował go, zarzucając, iż „wykorzystując swe stosunki w poselstwie polskim w Paryżu [...] skorzystał z tej sposobności, ażeby przewieźć przez granicę polską w bagażu dyplomatycznym kosztowny dywan wschodni i uchylić się przez to od opłaty celnej”, co nieszczególnie wiązało się wszakże z dorobkiem naukowym. W odróżnieniu od sprawy Askenazego, o profesurze Kota przesądziło jednak nie stanowisko gremiów akademickich, lecz veto Ministerstwa, nieżyczącego sobie przeciwnika piłsudczyków na UW52.

Tego rodzaju otwarte konfrontacje wokół nominacji profesorskich należały jednak na Uniwersytecie do wyjątków. Jeżeli nawet dochodziło do konfliktu interesów przy obsadzaniu poszczególnych katedr, jak miało to miejsce w przypadkach Borowego i Manteuffla, żadna ze stron nie dążyła do eskalacji i nagłośnienia sporu, zdając sobie sprawę, że niewiele da się w ten sposób osiągnąć. (Sprawa Askenazego była zresztą aż nadto dobitnym dowodem, że choćby najlepsza kandydatura nie miał szans powodzenia przy braku wystarczającego poparcia w radzie wydziału). Przegranym pozostawała więc gorycz porażki i nadzieje na lepszy obrót sprawy przy kolejnym wakacie na którejś z katedr.

Zwycięzca, o ile jego kandydaturę zatwierdziło MWRiOP, wchodził do uniwersyteckiej elity. Objęcie katedry miało charakter uroczysty. Panował zwyczaj, że po złożeniu przed rektorem stosownego ślubowania, nowo mianowany profesor wygłaszał wykład inauguracyjny, na który oprócz studentów przychodzili rektor, dziekan danego wydziału, liczni profesorowie i docenci, a także różni znajomi nominata (którym zdarzało się później niekiedy podrzemywać, co zauważali prelegenci). Uczonego oficjalnie przedstawiano i witano na Uniwersytecie. Jego pierwsze wystąpienie przed tak niecodzienną publicznością poprzedzone było zwykle starannymi przygotowaniami i próbami, mogło bowiem zaważyć – podobnie jak wcześniej wykład habilitacyjny – na reputacji dobrego lub złego wykładowcy53.

Ze względu na zróżnicowaną specyfikę poszczególnych kierunków uniwersyteckich nie istniał, jak się wydaje, jeden model pracy profesorów. Inaczej wyglądać musiała ona w przypadku chirurga, który zajęcia na UW łączył z operowaniem w klinice, inaczej duchownego wykładającego na którymś z 3 wydziałów teologicznych, a jeszcze inaczej humanisty czy prawnika. Niezależnie od tych różnic, każdy profesor zobowiązany był do prowadzenia zajęć dydaktycznych, egzaminowania i pracy naukowej, a także do uczestnictwa w posiedzeniach rady swego wydziału54. Jego kalendarz wypełniały też na ogół dość ciasno inne obowiązki zawodowe (zebrania różnych komisji i towarzystw naukowych) i towarzysko-reprezentacyjne. „Czasem zastanawiam się, jak i kiedy przy tym trybie życia mogłem przygotowywać wykłady i pisać książki” – zastanawiał się po latach Władysław Tatarkiewicz55.

26. Wykopaliska w Edfu w Egipcie z udziałem Kazimierza Michałowskiego i Jerzego Manteuffla, 1938 r.

Mimo że profesorowie Uniwersytetu byli ludźmi zajętymi, niektórzy znajdowali czas na kultywowanie akademickiego esprit de corps, spotykając się w kawiarni Lourse’a w Hotelu Europejskim przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie, jak wspomina Kazimierz Michałowski, „codziennie, z wyjątkiem niedzieli, przy tradycyjnej «półczarnej» tak żywo biło tętno intelektualne [...] warszawskiego życia uniwersyteckiego”56. Spotkania takie ułatwiały lepsze poznanie się osobom, które na co dzień wykładały na różnych wydziałach, służyły też zapewne uprawianiu uniwersyteckiej polityki. Przy stoliku gromadzili się przede wszystkim profesorowie humaniści o poglądach liberalnych – Stanisław Kętrzyński, Stanisław Wędkiewicz, Tadeusz Wałek-Czarnecki, Stefan Czarnowski czy Marceli Handelsman – ale przysiadali się też zwolennicy innych stronnictw politycznych, jak np. narodowy demokrata Roman Rybarski albo sam Michałowski (wówczas również sympatyzujący raczej z prawicą). Rytuał codziennej kawy u Lourse’a, poza wymiarem towarzyskim, potwierdzał także przynależność profesury do ówczesnej elity społecznej: w dwudziestoleciu międzywojennym w kawiarni tej bywali bowiem dziennikarze, artyści, literaci i właśnie ludzie nauki. Co charakterystyczne, sporadycznie tylko do profesorskiego stolika u Lourse’a zapraszano docentów – spotykali się oni popołudniami raczej we własnym gronie w kawiarni „Italia” przy Nowym Świecie, pomiędzy Alejami Jerozolimskimi a ul. Chmielną57.

Elitarność kawiarnianego kręgu, typowa zresztą dla międzywojennych obyczajów, kiedy kelnerowi zdarzało się bezceremonialnie wyprosić arywistów, usiłujących dosiąść się do stolika zajmowanego przez stałych bywalców, nie przeszkadzała, by w innych sytuacjach profesorowie i niżsi stopniem pracownicy naukowi stykali się na gruncie towarzyskim chętnie i bez poczucia przekraczania granic społecznych. Na długo przed objęciem katedry na UW Borowy blisko przyjaźnił się z Antoniewiczami, Manteuffel bywał regularnie na przyjęciach u Handelsmanów oraz u prof. Michałowicza, z którego młodą żoną zapoznał się na seminarium historycznym swego promotora. (Michałowicz leczył z kolei jako pediatra dzieci Handelsmana). Profesor Oskar Halecki gościł w domu swych wyróżniających się studentów i doktorantów58. Jak się wydaje, zwłaszcza w przypadku relacji mistrz-uczeń skracanie dystansu wobec młodych adeptów nauki poprzez przeniesienie relacji z nimi na grunt towarzyski należało wręcz do dobrego tonu, służyło wprowadzeniu ich na uniwersyteckie i stołeczne salony – zarówno zupełnie dosłownie, jak i w przenośni.

27. Spotkanie rektorów i dziekanów UW w Hotelu Europejskim, 9 VI 1939 r.

Więzi środowiskowe umacniały także pobyty w domu pracy twórczej i odpoczynku w Mądralinie koło Otwocka, ufundowanym przez Stanisława Hiszpańskiego, właściciela renomowanej warszawskiej firmy szewskiej, a ponadto znanego społecznika. Korzystali z nich tak profesorowie, jak i niżsi stopniem pracownicy naukowi, ale wyłącznie płci męskiej, gdyż zgodnie ze swym regulaminem ośrodek był niedostępny dla kobiet (nie mogły one również odwiedzać gości). Jeden z ówczesnych docentów, historyk Janusz Pajewski, wspominając pobyt w Mądralinie w renomowanym profesorskim towarzystwie, składającym się z przedstawicieli różnych nauk, zauważa: „sympatyczny zwyczaj, że pracując i wypoczywając osobno, posiłki jadało się zawsze razem, sprzyjał życiu towarzyskiemu i był okazją do wielu interesujących pogawędek i rozmów przeciągających się nierzadko do późnych godzin nocnych”59.

Czy na podstawie opisanych powyżej, dość przypadkowych mimo wszystko migawek z przedwojennego świata akademickiego, stwierdzić można istnienie na międzywojennym Uniwersytecie specyficznego „środowiska”, z określonym habitusem, poczuciem własnej odrębności i więzami towarzyskimi, odgrywającymi niekiedy kluczową rolę również na gruncie zawodowym? Zapewne tak, choć być może należałoby raczej mówić o luźnej konstelacji różnych środowisk, powiązanych w ten lub inny sposób z uczelnią, niekoniecznie zgodnych ze sobą w większości spraw, jednakowo przynależących do elit ówczesnej Warszawy. Inne było środowisko, w którym obracał się liberalny inteligent żydowskiego pochodzenia, piłsudczyk Handelsman, albo Michałowicz – też piłsudczyk, ale o rodowodzie pepeesowskim, podejrzewany o związki z masonerią, inne, w którym spotykali się endeccy profesorowie Rybarski czy Bohdan Wasiutyński, a jeszcze inne Antoniewicza i Borowego – zachowawcze, ale bez szczególnego zaangażowania politycznego. Mimo różnorodnych konfliktów interesów, napięć i animozji, jakie niewątpliwie występowały pomiędzy tymi środowiskami i należącymi do nich osobami, w pewnych sytuacjach były one w stanie występować zgodnie, stając się „środowiskiem” ponad wszystkimi podziałami. Konsens warszawskich elit był niezbędny do powołania Uniwersytetu w 1915 r., większość profesury solidarnie sprzeciwiała się w 1933 r. narzuconej przez władze państwowe nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, a po 1939 r. środowiskowe więzi pozwoliły na utworzenie podziemnego Uniwersytetu i konspiracyjnych struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Obraz społeczny pracowników Uniwersytetu

Nasza wiedza na temat pochodzenia społecznego kadry naukowo-dydaktycznej Uniwersytetu Warszawskiego ma charakter niepełny. Dane, których reprezentatywność trudno dziś ocenić, dotyczą nieco ponad połowy profesorów i docentów. Wskazywałyby one, iż grupa ta wywodziła się w ok. 2/3 ze środowiska inteligenckiego. Niewiele mówi to jednak o sytuacji majątkowej i pozycji społecznej, gdyż warstwa ta była bardzo zróżnicowana wewnętrznie. Obejmowała zarówno zamożnych lekarzy, prawników itp., jak i niższych rangą urzędników czy prowincjonalnych nauczycieli. Stosunkowo wielu samodzielnych pracowników naukowych wywodziło się ponadto z rodzin ziemiańskich (13,5%). Rzadziej występowały natomiast osoby o rodowodzie chłopskim (9%), a jeszcze mniej licznie potomkowie rodzin drobnomieszczańskich (3%) i robotniczych (3,5%)60. Brak jest jakichkolwiek zbiorczych danych o pochodzeniu społecznym adiunktów i asystentów, należy jednak przypuszczać, iż jego struktura nie odbiegała diametralnie od występującej wśród profesorów i docentów.

Kadrę naukowo-dydaktyczną Uniwersytetu tworzyli w ogromnej większości obywatele polscy. Cudzoziemców zatrudniano niemal wyłącznie jako wykładowców w Studium Teologii Prawosławnej oraz jako nauczycieli języków obcych. Pierwsza z tych grup liczyła w sumie 11 osób i dominowali w niej Ukraińcy spoza granic Rzeczpospolitej. Zaliczali się do nich m.in. kierownik Studium, zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego biskup Dionizy Waledyński oraz Aleksander Łotocki – pełniący funkcję wicepremiera emigracyjnego rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej61. W działalność niepodległościową zaangażowany był także inny Ukrainiec pracujący na Uniwersytecie, językoznawca prof. Roman Smal-Stocki. Zatrudnianie na uczelni osób tych narodowości stanowiło element, realizowanej ze zmienną konsekwencją przez władze II Rzeczypospolitej, polityki prometejskiej, a także – gdy mowa o Studium Teologii Prawosławnej – polityki wyznaniowej państwa, zmierzającej do ścisłego związania kościołów wschodnich z Polską. Wynikało również z braku odpowiednich kadr rodzimych.

W połowie lat 30. na stanowiskach lektorów języków nowożytnych pracowało 14 cudzoziemców. Kilku obcokrajowców prowadziło wówczas ponadto wykłady zlecone na Wydziale Humanistycznym (dr Pierre Francastel i Jean Fabre z Francji, dr Arturo Stanghellini i dr Italo Siciliano z Włoch oraz spolonizowany Węgier, doc. UW Andorján Divéky). Francuz, prof. Henri Mazeaud wykładał gościnnie na Wydziale Prawa62. Większość z nich, jak się wydaje, nie znała biegle polskiego, wykłady prowadzili więc w swych językach ojczystych.

28. Komisja Organizacyjna Studium Teologii Prawosławnej, 1924–1925. Siedzą od lewej: prof. Ignacy Koschembahr-Łyskowski, rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. Franciszek Krzyształowicz, kościelny kurator Studium Teologii Prawosławnej metropolita Kościoła Prawosławnego w Polsce Dionizy Waledyński, prof. Eugeniusz Jarra. Stoją od lewej: prof. Jan Porzeziński, prof. Wacław Makowski, prof. Franciszek Czubalski, prof. Kazimierz Nitsch

Znacznie trudniej jest ustalić, jaki odsetek wśród kadry naukowo-dydaktycznej Uniwersytetu Warszawskiego stanowili przedstawiciele zamieszkujących II Rzeczpospolitą mniejszości narodowych. Problem polega nie tylko na braku odpowiednich danych, ale również na nieprecyzyjności kryteriów i niejednoznacznym charakterze świadomości narodowej. Wątpliwości wzbudzać musi zwłaszcza przypadek osób pochodzenia żydowskiego, całkowicie zasymilowanych do polskości, uważających się za Polaków w sensie kulturowym i państwowym. Klasyfikując je jako „Żydów”, co chętnie czyniła ówczesna prawica nacjonalistyczna, mimowolnie powielamy jej interpretację, wykluczającą te osoby z polskiej wspólnoty narodowej. Poprzestając na stwierdzeniu, że były one Polakami, pomijamy istotny – choć nie zawsze otwarcie ujawniany – element ich tożsamości. Dylematu tego nie da się w sposób jednoznaczny rozstrzygnąć, najbezpieczniej będzie więc przyjąć, iż świadomość narodowa poszczególnych osób, rozpięta pomiędzy polskością a żydowskością, stanowiła w istocie kontinuum bardzo różnych wariantów.

Według paszkwilanckich i ze swej natury wątpliwych nie tylko moralnie wykazów, które rozpowszechniała prasa prawicowa, na stanowiskach naukowo-dydaktycznych zatrudnionych miało być na Uniwersytecie w 1937 r. ponad 60 osób o żydowskich korzeniach, wymienionych z imienia, nazwiska i funkcji, co stanowiło zamierzony element antysemickiej nagonki. Liczba ta była niemal na pewno zawyżona, gdyż kilku wykładowców trafiło na listę ewidentnie z przyczyn politycznych, z dorobionym uzasadnieniem, iż pochodzą z rodzin frankistów, innych zaś wciągnięto na nią ze względu na „źle” brzmiące nazwiska, co później niekiedy prostowano, serdecznie przepraszając „za mimowolnie wyrządzoną krzywdę”63. W pewnym uproszczeniu można jednak przyjąć, że była to górna granica liczby pracowników naukowych Uniwersytetu pochodzenia żydowskiego.

Nie da się zapewne precyzyjnie określić, na ile osoby te czuły się Polakami, a na ile Żydami. Rzadkością były jednak wśród pracowników Uniwersytetu osoby, które podkreślały swe żydowskie pochodzenie, traktując je jako integralny, a niekiedy wręcz dominujący, element własnej tożsamości. Zaliczali się do nich m.in. prof. Mojżesz Schorr, specjalizujący się w filologii semickiej i dziejach starożytnego Bliskiego Wschodu, doc. Majer Bałaban, zajmujący się dziejami Żydów polskich w epoce nowożytnej, czy też wybitny historyk czasów napoleońskich prof. Askenazy. Zabawną rozmowę z ostatnim z nich, dotyczącą stosunku do własnych korzeni, zapamiętał absolwent Wydziału Humanistycznego Janusz Pajewski: „– Panie, co mi tam Radziwiłł czy Lubomirski – podjął Askenazy z rozbawieniem. – Lubomirski może się wykazać genealogią sięgającą XIII wieku, Radziwiłł i to nie, a ja, panie, przodkami na tysiąc lat przed Chrystusem”64.

Jeszcze większą rzadkość stanowili wśród kadry naukowej Uniwersytetu Ukraińcy. Według ściśle poufnego wykazu, którego w maju 1934 r. zażądało od rektora MWRiOP, pracowało ich wówczas na uczelni 8, w tym 5 w Studium Teologii Prawosławnej, stanowiącym, jak zostało już powiedziane, osobny przypadek jako instrument polityki wschodniej II Rzeczypospolitej65. Uwzględniwszy Romana Smal-Stockiego, który również zaliczał się do środowiska emigracyjnego, nietrudno ustalić, iż na uczelni pracowało w istocie tylko 2 Ukraińców, będących obywatelami Polski; wszyscy pozostali pochodzili „zza kordonu”.

Zainteresowanie władz naukowcami pochodzenia ukraińskiego miało związek z narastającymi wśród tej mniejszości tendencjami antypaństwowymi (kilka tygodni później nacjonaliści ukraińscy zamordowali ministra Bronisława Pierackiego) i niewątpliwie nie ułatwiało życia nielicznym Ukraińcom zatrudnionym na Uniwersytecie. Już wcześniej traktowano ich zresztą najczęściej z nieufnością, co doskonale ilustruje argumentacja, jakiej musiał używać prof. Władysław Witwicki rekomendując w 1926 r. Stefana Baleya na katedrę psychologii wychowawczej: „Przeciwko niemu mogłoby w czyichś oczach przemawiać pochodzenie z ojca Rusina. – On jest jednak równocześnie synem matki Polki, ochrzczono go po grecku i wychowano w szkołach średnich ruskich – jako uczony pracował nad podniesieniem kultury wśród Rusinów i pomnażał dorobek naukowy polski. Z najlepszymi z pośród Polaków we Lwowie łączą go węzły przyjaźni osobistej i współpracy naukowej. [...] W jego pracach widać serdeczne wczucie się i zrozumienie naszych poetów, z którymi zżył się od dziecka. Przeciwko polskości nie występował nigdy – zatem z tej strony wszelkie obawy uznać trzeba za płonne [...]”66.

29. Członkowie Państwowej Rady Oświecenia Publicznego, listopad 1936 r. W pierwszym rzędzie pierwszy od lewej prof. Władysław Tatarkiewicz, pierwszy od prawej prof. Juliusz Bursche, prezes Konsystorza Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, w drugim rzędzie, drugi od prawej, prof. Mojżesz Schorr

Drugim z zatrudnionych na Uniwersytecie polskich Ukraińców był prof. Miron Korduba. Po bardzo długich wysiłkach zaangażowano go na Wydziale Humanistycznym jako specjalistę z zakresu historii Ukrainy. Przez cały czas znajdował się pod baczną obserwacją władz państwowych – w jego aktach osobowych zachował się donos, że „bynajmniej nie tai swej niechęci do Polski oraz w sposób nader obelżywy wyrażał się o rządzie”67. Jak pokazują przykłady obu naukowców, o ile na Uniwersytecie chętnie zatrudniano ukraińskich emigrantów z obszarów Związku Radzieckiego, o tyle bycie Ukraińcem polskim zdecydowanie nie ułatwiało kariery akademickiej.

30. Maria Skłodowska-Curie w towarzystwie prezydenta Ignacego Mościckiego (czwarty od prawej) i prof. Stefana Pieńkowskiego (pierwszy od prawej) podczas zwiedzania Instytutu Radowego w Warszawie, 1932 r.

Wśród pracowników uczelni znajdowały się także pojedyncze osoby o korzeniach niemieckich. Jak się jednak wydaje, albo identyfikowały się one w pełni z polskością, jak profesor Wydziału Teologii Ewangelickiej, pastor Edmund Bursche (za odrzucenie niemieckiej tożsamości zapłaci w czasie II wojny światowej śmiercią w obozie koncentracyjnym Mauthausen), albo – jak pastor prof. Rudolf Kesselring z tego samego wydziału – zachowując niemiecką świadomość narodową, wyraźnie czuły się związane z polskością w sensie państwowym i kulturowym68.

Ogólnie rzecz biorąc, w latach 30. liczba pracowników naukowych UW wywodzących się z mniejszości narodowych nie przekraczała najpewniej kilkudziesięciu, przy czym przeważały wśród nich osoby w pełni zasymilowane do polskości. W zestawieniu z ponad 600 osobami zatrudnionym wówczas na uczelni pozwala to określić kadrę naukowo-dydaktyczną jako w ogromnej większości etnicznie polską.

Charakterystyka kadry naukowo-dydaktycznej Uniwersytetu Warszawskiego byłaby niepełna bez uwzględnienia struktury płci. Podobnie jak na wszystkich wyższych uczelniach w Polsce, tak i tu kobiety należały do rzadkości. W latach 1915–1939 jedynie 14 kobiet zostało zatrudnionych jako samodzielne pracownice naukowe UW, stanowiły zatem ok. 3% ogółu tej grupy. Ponadto Marię Skłodowską-Curie mianowano profesorem honorowym, co miało jednak wymiar wyłącznie symboliczny, gdyż wielka Polka nie prowadziła tu żadnych badań ani wykładów. Tylko 2 spośród pracujących na Uniwersytecie kobiet uzyskały przed II wojną światową rzeczywiste stopnie profesorskie: Cezaria Jędrzejewiczowa, obejmując w 1934 r. katedrę etnografii polskiej na Wydziale Humanistycznym, i Irena Maternowska, która 3 lata później otrzymała na Wydziale Weterynaryjnym, nie bez sprzeciwów ze strony niektórych profesorów-mężczyzn, katedrę nauki o środkach spożywczych pochodzenia zwierzęcego. (Pierwsza z nich, niezależnie od swych kompetencji, stanowiła przy tym w gruncie rzeczy przypadek szczególny jako żona urzędującego wówczas ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego). Pozostałych 12 pań było docentkami, z czego 8 na Wydziale Humanistycznym, a 4 na Lekarskim. Taka właśnie „geografia” zatrudnienia kobiet na Uniwersytecie stanowiła wypadkową kilku czynników, na które składały się względna otwartość lub mizoginia poszczególnych rad wydziałowych, determinacja i kwalifikacje zawodowe konkretnych badaczek, a także specyfika różnych środowisk naukowych69.

Nieco lepiej przedstawiała się pozycja kobiet wśród niższych stopniem pracowników naukowych. Na podstawie Składu Uniwersytetu można ustalić, że pod koniec lat 30. pracowało tam 47 asystentek, co odpowiadało 20% ogółu osób tego stopnia. (Odsetek ten był więc wyraźnie wyższy niż w grupie docentów i profesorów.) Najwięcej asystentek, bo aż 24, zatrudniał Wydział Lekarski, dalszych 10 Matematyczno-Przyrodniczy, 9 Humanistyczny, 2 Weterynaryjny; po 1 pracowało na prawie i farmacji70. Kobiety umocniły zatem swą pozycję na wydziałach, na których były już wcześniej obecne jako studentki, a ponadto – by posłużyć się terminologią militarną – zdobyły przyczółki tam, gdzie wcześniej niepodzielnie panowali mężczyźni. „Niekiedy zastanawiałam się, jakimi oczyma On, przedstawiciel starszego pokolenia, patrzył na swoją asystentkę, młodą emancypantkę (zostałam asystentką mając zaledwie 21 lat)” – wspomina swego promotora Wacława Miszewskiego prawniczka, Zofia Gawrońska-Wasilkowska, pierwsza i jedyna przed II wojną światową kobieta wśród pracowników naukowych Wydziału Prawa, próbując zrozumieć motywy, jakimi kierował się proponując jej asystenturę. „Skoro jednak zaaprobował jako swoją współpracownicę kobietę, i to w zawodzie, w którym kobiety były jeszcze rara avis, to widocznie pozbawiony był w tym względzie oporów i przesądów, a może nawet z pewną ciekawością wychodził naprzeciw nowym czasom”71. Najwidoczniej nawet w środowiskach uniwersyteckich konserwatywnie usposobionych względem naukowej pracy kobiet dokonywały się już w latach 30. powolne zmiany.

31. Promocja doktorska Flory Wandy Kluczyckiej (pierwsza z prawej) na Wydziale Farmaceutycznym, 6 II 1931 r.

Tam, gdzie już wcześniej nastąpiła wyraźna feminizacja studentów, jak na Wydziale Humanistycznym, pozycja kobiet wśród asystentek wyglądała, rzecz jasna, korzystniej, a ich obecność wydawała się już zupełnie oczywista72. (Dotyczyło to również lektorów języków obcych, wśród których było 6 pań). W ogólnym rozrachunku kadra naukowa Uniwersytetu aż do wybuchu II wojny światowej pozostawała jednak elitarnym klubem męskim, którego drzwi dopiero lekko uchylały się przed kobietami. Z tego względu do rzadkości należały również pracujące na uczelni małżeństwa. W roku akademickim 1937/1938 par takich naliczyć można było 7, głównie wśród docentów i asystentów tych samych wydziałów. W jednym tylko przypadku – Bolesława i Marii Gutowskich – było to małżeństwo profesorskie, w którym mąż wykładał na Wydziale Weterynaryjnym, a żona w SGGW, prowadząc jednocześnie na Uniwersytecie Warszawskim wykłady zlecone73.

Nie istniał wprawdzie żaden przepis ograniczający pracę naukową kobiet, na ich niekorzyść działały jednak stereotypy kulturowe i negatywne nastawienie do ich aktywności zawodowej w ogóle. W 1926 r. w województwie śląskim wprowadzona została tzw. ustawa celibatowa, pozwalająca zwalniać z pracy zamężne nauczycielki (uchylono ją dopiero w 1938 r.), a otrzymywane przez Uniwersytet Warszawski z MWRiOP polecenia, dotyczące sporządzania wykazów zatrudnionych mężatek, nie pozostawiały wątpliwości, że władze państwowe rozważały wprowadzenie podobnego rozwiązania również w oświacie wyższej74.

Pracę naukową kobiet utrudniała również konieczność godzenia jej z obowiązkami macierzyńskimi, a najczęściej również z dodatkowym zarobkowaniem, bowiem – o czym będzie jeszcze mowa dalej – zarobki asystentki lub docentki na Uniwersytecie z trudem wystarczyłyby na utrzymanie. Nic więc dziwnego, że podejmując decyzję o karierze na uczelni, niektóre kobiety świadomie rezygnowały z posiadania dzieci. Maria Ossowska, jedna z nielicznych przed wojną docentek UW, lojalnie zapowiedziała to swemu mężowi Stanisławowi jeszcze przed ślubem: „Tutaj sytuacje nasze nie są tak bardzo jednakowe. Niedosypianie w nocy, szycie kaftaniczka itp. itp. należą do kobiety. To nie są rzeczy ważne, ale tym gorzej, bo pochłaniają dużo energii i czasu. [...] Nie można pracować jak się źle spało, i ma się głowę ciężką i obolałą od bezsenności. Nie można także dniu przysporzyć godzin, a trudno zmieścić w ramach 24 godzin: pracę zawodową, zarobkową, pracę naukową, momenty wytchnienia. Wszystkie zajęcia kobiece mnożą się wtedy niesłychanie [...]”75.

32. Cezaria Baudouin de Courtenay-Jędrzejewiczowa, jeszcze w todze profesorskiej Uniwersytetu Stefana Batorego. W 1934 r. objęła katedrę etnografii polskiej na Wydziale Humanistycznym UW

Pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego nie byli środowiskiem społecznie jednorodnym. Wynikało to nie tylko z ich zróżnicowanego pochodzenia, które zostało już scharakteryzowane wcześniej, ale również z pozycji zajmowanej trwale lub przejściowo w hierarchii akademickiej, która na ogół w dużym stopniu determinowała status materialny poszczególnych osób. Nakładały się na to podziały związane z rodzajem wykonywanej pracy.

Wyraźnie wyodrębnione grupy stanowili przede wszystkim zatrudnieni na uczelni urzędnicy i funkcjonariusze, którzy z natury rzeczy pełnili rolę usługową wobec studentów i pracowników naukowo-dydaktycznych. Kadra urzędnicza była stosunkowo silnie jak na ówczesne warunki sfeminizowana: w roku akademickim 1937/1938 wśród 95 urzędników uniwersyteckich wszystkich szczebli (uwzględniając pracowników BUW) znajdowało się aż 51 kobiet (54%). Wykonywały one głównie prace biurowe, podczas gdy wszystkie stanowiska kierownicze, takie jak kierownik sekretariatu, audytor, kwestor, kierownik rachuby, intendent, wszyscy referendarze i podreferendarze, zajmowali mężczyźni76. Pracownicy administracji uczelni skupieni w Kole Urzędników (wyraźnie wzorowanym na podobnych organizacjach studenckich) prowadzili we własnym gronie życie towarzyskie, organizując zabawy taneczne i herbatki, co niekiedy zamiast integracji prowadziło do konfliktów77. Mimo iż rektorzy przy okazji inauguracji kolejnych lat akademickich zawsze dziękowali wylewnie urzędnikom za ich pracę na rzecz uczelni78, ci czuli się chyba niedoceniani, skoro po ukazaniu się w 1936 r. kroniki Uniwersytetu opracowanej przez Tadeusza Manteuffla, sekretarz Władysław Wayda dość ostro skrytykował go za nieuwzględnienie w publikacji tej grupy i jej zasług79.

33. Urzędniczki rektoratu,1931–1939

Bardziej krytycznie niż władze uczelni oceniało zatrudnionych na Uniwersytecie urzędników MWRiOP. W 1930 r. zwróciło ono uwagę rektorowi, że tylko połowa z nich legitymowała się wykształceniem odpowiadającym zajmowanym stanowiskom, a jedynie zupełnie nieliczni złożyli wymagane egzaminy urzędnicze80. Nie wiadomo, czy w kolejnych latach problem ten w jakikolwiek sposób rozwiązano. Faktem jest, że na rok przed wybuchem II wojny światowej tylko 4 na 61 urzędników uniwersyteckich (nie licząc pracowników BUW) legitymowało się wykształceniem wyższym81.

Zarobki urzędników i funkcjonariuszy uniwersyteckich były regulowane przez państwo i cechowały się znaczną rozpiętością. Pod koniec lat 30. zasadnicze wynagrodzenie kierownika Biblioteki UW, który zajmował na uczelni najwyższą pozycję w urzędniczej hierarchii służbowej, stanowiło 700 zł, dwaj jego zastępcy (starsi bibliotekarze) zarabiali miesięcznie po 450 zł. Pensje kwestora i sekretarza Uniwersytetu wynosiły 335 zł. Szeregowi urzędnicy otrzymywali, w zależności od grupy uposażenia, od 130 do 210 zł, niżsi funkcjonariusze najczęściej 100–130 zł82. Tuż przed wybuchem II wojny światowej pielęgniarka kierująca ambulatorium na Wydziale Lekarskim zarabiała 250 zł, sekretarka kliniki 200 zł, pielęgniarka instrumentariuszka i technik rentgenolog po 180 zł. Pensja woźnego wynosiła 150 zł, laboranta 80–100 zł, a szatniarki 60 zł83. Najniższe z tych zarobków z wielkim trudem wystarczały na życie, przez co niektórzy z pracowników zmuszeni byli ratować się pożyczkami zaciąganymi u kadry naukowo-dydaktycznej, które później nie zawsze byli w stanie zwrócić. Zadłużenie musiało przybierać dość poważne rozmiary, skoro w 1933 r. rektor Ujejski uznał za stosowne wydać specjalny okólnik kategorycznie zakazujący urzędnikom i funkcjonariuszom zapożyczania się u profesorów, adiunktów i asystentów84.

Poza wysokością wynagrodzeń o środowisku urzędników i funkcjonariuszy wiemy dość niewiele, w dokumentach zachowanych w archiwum uniwersyteckim pojawia się ono głównie w kontekście różnych nadużyć i nieprawidłowości, jest to jednak siłą rzeczy obraz skrzywiony i niepełny85. Skądinąd wiadomo, że niższy personel uczelni aż do września 1937 r., kiedy MWRiOP wyegzekwowało przestrzeganie prawa pracy, był zmuszany do pracy nawet po kilkanaście godzin dziennie, bez jakichkolwiek dni wolnych86. Ze sporadycznych wzmianek w dziennikach Wacława Borowego, który pracował w BUW najpierw jako starszy bibliotekarz, a później jej kierownik, dowiadujemy się natomiast, iż niektórzy profesorowie traktowali personel pomocniczy z wyższością, awanturując się z woźnymi i „babami wypożyczalnianymi”, domagającymi się od nich wypełniania rewersów i oddawania książek w terminie87. Choć Borowy odnotowuje takie postawy z wyraźnym zażenowaniem, jego własne wyobcowanie ze świata personelu bibliotecznego i bardzo intensywne kontakty ze środowiskiem naukowym Uniwersytetu potwierdzają pośrednio, iż obie te grupy nie miały ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Mimo że zasadnicza linia podziału przebiegała wśród pracowników Uniwersytetu pomiędzy personelem urzędniczym a kadrą naukowo-dydaktyczną, również ta ostatnia stanowiła grupę silnie zróżnicowaną wewnętrznie pod względem materialnym, a co za tym idzie społecznym. Czynnikami różnicującymi były zarówno wysokość zarobków, jak i stabilność zatrudnienia, którą osiągało się de facto dopiero w momencie awansu na stanowisko profesorskie, czyli – jak pamiętamy z poprzedniego rozdziału – najczęściej po 40. roku życia. O ile pracownik naukowy nie był niezależny materialnie np. dzięki zamożnej rodzinie, do chwili otrzymania własnej katedry jego kariera upływała pod znakiem niepewności, czy uda mu się zdobyć środki do życia. Dotyczyło to nie tylko rozpoczynających dopiero pracę naukową asystentów, ale także docentów, a więc osób posiadających już na ogół rodziny, zwykle w średnim wieku, których w ówczesnym systemie z założenia nie zatrudniano na uczelni na regularnych etatach. Uniwersytet, co także zostało już powiedziane, starał się w miarę możliwości pomagać obu tym grupom, angażując poszczególne osoby jako zastępców profesorów, na stanowiskach pomocniczych, bądź też zlecając im odpłatnie prowadzenie wykładów, ale ogólna kondycja środowiska asystentów i docentów pozostawała mizerna.

Z takiego stanu rzeczy i jego negatywnych konsekwencji dobrze zdawały sobie sprawę władze Uniwersytetu. Podsumowując rok akademicki 1937/1938 rektor Włodzimierz Antoniewicz mówił: „[...] Niezmiernie doniosłą sprawą jest fatalny przeważnie stan materialny docentów. Zamiast oddawać się pracom naukowym i być rzeczywistą pomocą w pracach pedagogicznych są nasi docenci zmuszeni do żmudnego zdobywania środków utrzymania w sądownictwie i adwokaturze, w wielugodzinnej praktyce lekarskiej, w nauczycielstwie i w robotach przemysłowych. [...] Nie ulega zaś kwestii, że jednym z powodów obecnego już braku docentów w pewnych dyscyplinach jest nędza tych śmiałków, którzy w obecnych ciężkich dla życia codziennego czasach przedkładają możność umiłowanej pracy naukowej nad ułatwione i pokaźne zarobki”. Podobny odpływ „na lepiej uposażone stanowiska państwowe i prywatne, zazwyczaj mające z pracą naukową mało wspólnego” dotykał, zdaniem Antoniewicza, asystentów88.

Pod koniec lat 30. młody człowiek podejmujący jako asystent pracę naukową na Uniwersytecie mógł liczyć na pensję rzędu 150 zł – czyli porównywalną z wynagrodzeniem robotnika niewykwalifikowanego. Gdy po kilku latach awansował na stanowisko starszego asystenta, jego uposażenie wzrastało do 210–260 zł, sporadycznie nawet do 300 zł. O ile nie zarobkował równolegle poza uczelnią, to takim poziomem dochodów musiał zadowolić się w większości przypadków co najmniej do habilitacji. Docentura, jak już zostało powiedziane, nie zapewniała sama w sobie stabilizacji materialnej. Nieliczni szczęśliwcy, których po zdobyciu veniam legendi zatrudniono na Uniwersytecie jako zastępców profesorów, otrzymywali uposażenie w wysokości 50% pensji profesorskiej, czyli ok. 500 zł miesięcznie. Docenci pracujący jako adiunkci zarabiali od 335 do 450 zł. Ci, którzy po habilitacji pozostali na etatach asystenckich, uzyskiwali od 260 do 335 zł. W obu przypadkach stanowisko i uposażenie były zbyt niskie w stosunku do kwalifikacji, ale pozwalały przetrwać na uczelni do czasu uzyskania katedry89. Osoby, którym udało się utrzymać w ten sposób etat, mogły uważać się za uprzywilejowane. W połowie lat 30. stanowiły one jednak tylko 30% środowiska docenckiego90.

Tylko część docentów mogła prowadzić na Uniwersytecie prace zlecone. W roku akademickim 1934/1935 szansę taką dostał co czwarty z nich91. W tym czasie, według stawek ustalonych przez ministerstwo, za prowadzenie wykładu w wymiarze 1 godziny tygodniowo docent otrzymywał 50 zł miesięcznie, a za 1 godzinę ćwiczeń 35 zł. Wypełniając w ten sposób pełne pensum dydaktyczne zarabiał 320 zł. Była to suma prawie czterokrotnie mniejsza niż uposażenie profesorskie i ok. 40% niższa od wynagrodzenia docenta zatrudnionego jako zastępca profesora, choć na obu stanowiskach obowiązywało analogiczne pensum92. Nie było przy tym żadnej gwarancji, iż w następnym roku otrzyma się ponownie prowadzenie zajęć.

Największa grupa docentów (w 1935 r. było ich 59 pośród ogółem 161 pracowników tego stopnia) nie miała żadnej możliwości zarobkowania na Uniwersytecie93, ale chcąc zachować veniam legendi, musiała nieodpłatnie prowadzić tu wykłady. Było to możliwe dzięki znalezieniu gdzie indziej etatu, dającego się pogodzić z dydaktyką i pracą naukową. Możliwości takie istniały jednak jedynie w niektórych dziedzinach nauki i tylko w niektórych zawodach. Bez większego trudu na uczelni wykładać mógł bowiem duchowny, który miał zapewnione zakwaterowanie, wikt i opierunek w parafii bądź zgromadzeniu zakonnym, adwokat zatrudniony w prywatnej kancelarii, czy też lekarz prowadzący własną praktykę. Mógł sobie na to pozwolić również humanista pracujący w archiwum, bibliotece, szkole średniej lub w muzeum, ale już prawnik decydując się na posadę urzędniczą w administracji państwowej, albo chemik, który otrzymał angaż w przemyśle, mieli niewielkie szanse, aby pracować zarobkowo, a jednocześnie kontynuować wykłady na Uniwersytecie.

W każdym przypadku dodatkowe zajęcia pochłaniały czas i energię, kosztem rozwoju własnego i wypoczynku. Zatrudniony w Bibliotece Uniwersyteckiej i usiłujący godzić to z publicystyką i badaniami naukowymi Wacław Borowy zanotował pesymistycznie na początku 1925 r.: „Coraz dotkliwiej czuję, że przy zarobkowem zajęciu 6-godzinnem tylko jedno «zajęcie dodatkowe» mieć można (ja przynajmniej nigdy więcej nie potrafiłem: albom był dziennikarzem, albo naukowcem, albo redaktorem, albo się uczyłem). Przy mojej gimnastyce i przy lekcjach angielszczyzny – artykułopisarstwo cały już «czas» wypełnia i aż się za jego brzegi przelewa (. ..)”94. Podobne rozterki przeżywało zapewne wielu innych docentów i asystentów.

Trudna sytuacja materialna wywoływała zrozumiałą frustrację środowiska docenckiego. Z jego grona wychodziły postulaty, aby każdy pracownik naukowy uczelni państwowej wraz ze zdobyciem habilitacji automatycznie uzyskiwał etat (450 zł) i wszystkie przywileje urzędnika państwowego. Inna propozycja przewidywała, iż docenci zatrudnieni w instytucjach publicznych mogliby korzystać tam ze zwolnienia z połowy obowiązków etatowych, celem prowadzenia wykładów na uczelniach. Niezależnie od tego docenci zabiegali o przyznanie im pierwszeństwa w konkursach na stanowiska państwowe, zniżek na bilety kolejowe, a także zwolnienia ich dzieci z czesnego w państwowych szkołach średnich i wyższych. Za szczególnie palący problem uznawali poprawę warunków mieszkaniowych „nieodpowiadających ani ich stanowisku, ani wymogom pracy badawczej, ani wreszcie warunkom materialnym”. W tym celu domagali się prawa przynależności do spółdzielni profesorskich, lub budowy osobnych domów dla docentów, współfinansowanych z opłat studenckich95.

Rejestr tych postulatów dokumentuje najważniejsze bolączki, z jakimi musieli zmagać się na co dzień pracownicy naukowi Uniwersytetu Warszawskiego przed i po uzyskaniu habilitacji. Do wybuchu II wojny światowej ich sytuacja nie uległa istotniejszej poprawie. Należy przy tym podkreślić, że w drugiej połowie lat 30. i tak była ona wyraźnie lepsza niż wcześniej – w czasach powszechnej pauperyzacji po I wojnie światowej, a następnie w latach wielkiego kryzysu gospodarczego. Położenie docentów, a także asystentów UW w tamtym okresie charakteryzowano jako wprost opłakane96.

Przesadą byłoby jednak stwierdzenie, że wszystkim docentom powodziło się źle. Uznany warszawski lekarz Zdzisław A. Michalski (leczył m.in. prezydenta Mościckiego i jego żonę) żył po habilitacji na bardzo wysokiej stopie: obracał się w kręgach polityków i ziemian, uprawiał żeglarstwo, urządzał rajdy motocyklowe, był w stanie od ręki pożyczyć większą sumę pieniędzy działaczom ONR „Falanga” bez pewności, że ją kiedykolwiek odzyska. Mógł sobie oczywiście na to wszystko pozwolić nie z pensji uniwersyteckiej, ale dzięki prowadzonej równolegle praktyce prywatnej97. Wykładający na Wydziale Humanistycznym i zatrudniony na posadzie państwowej w Archiwum Oświecenia Publicznego doc. Tadeusz Manteuffel prowadził życie skromniejsze, ale stać go było na zakup w 1934 r. używanego samochodu chevrolet, podróże rekreacyjne po Polsce, a okazjonalnie nawet na wakacje w Szwajcarii. Jego sytuację materialną ustabilizowało jednak wydatnie małżeństwo z córką znanego warszawskiego architekta Jana Heuricha. Wniosła ona do wspólnego gospodarstwa nie tylko mieszkanie, ale także jedną czwartą czynszów z należącej do jej rodziny kamienicy przy ul. Chłodnej oraz odsetki od pokaźnych depozytów bankowych. W 1937 r. ze źródeł tych Manteufflowie uzyskali 11.040 zł, podczas gdy z honorariów autorskich i kursów pan domu zarobił 3286 zł. Zachowane zeznanie podatkowe, z którego pochodzą powyższe dane, nie uwzględnia zarobków doc. Manteuffla w archiwum, ale z całą pewnością miesięczny budżet jego rodziny oscylował wokół 1000 zł, był więc, jak na ówczesne realia, wysoki98.

34. Prawo jazdy doc. Tadeusza Manteuffla

Tym uczonym, którzy nie mieli zaplecza w postaci bogatej rodziny, pełną stabilizację materialną zapewniała dopiero profesura, choć i to na dobre dopiero od połowy lat 20., gdy ustabilizowana została sytuacja gospodarcza państwa. W poprzedniej dekadzie pewna część profesorów z trudem wiązała ponoć koniec z końcem, na co wpływ miały drożyzna i pożerająca zarobki hiperinflacja. W szczególnie trudnym położeniu znajdowały się osoby zmuszone przeprowadzić się do Warszawy z innych miast, gdyż często nie było ich tu stać na zakup ani wynajem mieszkania. Przez cały właściwie okres międzywojenny sytuacja mieszkaniowa w stolicy była bowiem ciężka, a co istotniejsze, gorsza niż w pozostałych ośrodkach akademickich. Jeszcze w 1929 r. tytułem tzw. odstępnego za dwuizbowe mieszkanie na peryferiach stolicy trzeba było zapłacić 2 tys. zł, natomiast za lokal czteropokojowy w Śródmieściu niekiedy nawet 20 tys. zł. (Komorne w pierwszym przypadku wynosiło później 60 zł, w drugim zaś 150 zł)99. Wysokie ceny nieruchomości w stolicy skutecznie zniechęcały część ludzi nauki z innych miast do podejmowania pracy na Uniwersytecie Warszawskim. W roku akademickim 1923/1924 ok. 50 profesorów czekało na mieszkanie, „przebywając na razie w ciasnych mieszkaniach prowizorycznych lub dojeżdżając do Warszawy”, a niektóre katedry nie mogły zostać uruchomione właśnie z tego względu100.

Jeszcze na początku lat 30. rektor Mieczysław Michałowicz kreślił ponury obraz kondycji życiowej stanu profesorskiego: „Co to jest profesor? Jest to w obecnych warunkach polskich najczęściej ów niepraktyczny oryginał, który mniej więcej do 45 roku życia głodował nad książkami, zaś w 45 roku życia został profesorem, by głodować dalej. Taki profesor nie ma środków, by kupić sobie mieszkanie i jak dotychczas mieszkał w jednym pokoju umeblowanym z całą rodziną, w składziku przy gabinecie naukowym, w trupiarni, jak się dało”101. Przypadki takie zapewne rzeczywiście zdarzały się, uogólnienie było, jak się jednak wydaje, nazbyt pesymistyczne. Tylko nieliczni profesorowie musieli zmagać się z aż tak poważnymi problemami bytowymi, nietrudno jednak ze słów Michałowicza wywnioskować, że dla pomyślnego przebiegu kariery naukowej i ogólnej jakości życia – co najmniej do uzyskania katedry uniwersyteckiej – znaczenie miało posiadanie własnego mieszkania w Warszawie lub środków pozwalających na jego zakup.

Niezależnie od zróżnicowanej sytuacji materialnej poszczególnych osób, zarobki profesorskie, co najmniej od czasu reformy monetarnej Grabskiego, która położyła kres hiperinflacji, należały do najlepszych w sferze budżetowej. Profesor nadzwyczajny zaszeregowany był do V, zwyczajny zaś do VI grupy uposażenia urzędników państwowych. Pod koniec lat 30. pierwszy z nich otrzymywał 700 zł, a drugi 1000 zł wynagrodzenia zasadniczego, czyli tyle samo co, odpowiednio, pułkownik i generał brygady Wojska Polskiego. Dodatek funkcyjny z tytułu pełnienia godności rektora wynosił 500 zł miesięcznie. Prorektorzy otrzymywali z racji swej funkcji po 300 zł, a dziekani po 250 zł. Z przypadkowo zachowanego dokumentu dotyczącego jednego z profesorów zwyczajnych Wydziału Humanistycznego wynika, że w 1936 r. jego pensja łącznie z dodatkiem służbowym wynosiła 1210 zł. Po odliczeniu 15 zł na obowiązkowo subskrybowaną przez wszystkich urzędników państwowych pożyczkę inwestycyjną i potrąceniu 205,70 zł podatku dochodowego otrzymywał on „na rękę” 989,30 zł102.

Nie wszyscy profesorowie żyli przy tym wyłącznie z „gołej” pensji uniwersyteckiej. Choć ustawa zakazywała im zasadniczo wykonywania zajęcia ubocznego połączonego ze stałym wynagrodzeniem, czyli, jak byśmy dziś powiedzieli, zarobkowania na drugim etacie, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego w trybie indywidualnym, na wniosek rady wydziałowej zatwierdzony przez senat akademicki, mógł wyrazić na to zgodę w drodze wyjątku. Pozwolenie takie udzielane było na ściśle określony czas i wymagało każdorazowego odnawiania, choć niektórzy wykładowcy nie dopełniali tego obowiązku103. Z przywileju pracy dodatkowej korzystała część profesorów UW podejmując wykłady zlecone na innych uczelniach, np. w Szkole Głównej Handlowej lub w Wolnej Wszechnicy Polskiej104. Szczególny przypadek stanowili medycy, którzy mogli bez ograniczeń prowadzić prywatną praktykę, stanowiącą na ogół główne źródło ich dochodu. Znany profesor, cieszący się dobrą renomą i mający zamożną klientelę, zarabiał często miesięcznie nawet 2000 zł, a zdarzali się wybitni specjaliści, których dochody dochodziły do 10 tys. zł105.

Pewne dochody przynosiła także praca naukowa i popularyzatorska, były one jednak siłą rzeczy mało regularne. Honorarium autorskie anglisty, prof. Andrzeja Tretiaka za biografię Byrona wydaną przez Państwowe Wydawnictwa Książek Szkolnych wyniosło w 1934 r. 1000 zł. Ten sam uczony za hasło „Wielka Brytania” do Encyklopedii Świat i Życie otrzymał 2 lata później 300 zł. Jego umowa na przetłumaczenie z angielskiego na polski książki poświęconej postaci Piusa XI wynosiła 44 zł za arkusz druku106. W porównaniu z dodatkowymi dochodami lekarza czy posiadającego kamienicę rentiera nie były to więc kokosy.

Dodatkowe zarobki zapewniały profesorom także różne dodatkowe czynności na Uniwersytecie. Egzaminatorzy pobierali część opłat wnoszonych przez studentów za egzaminy; odpowiednią gratyfikację wypłacano także członkom komisji kwalifikacyjnych na wydziałach, gdzie obowiązywały egzaminy wstępne. Przy dużej liczbie zdających dawało to całkiem pokaźne sumy. Przykładowo, podczas egzaminów wstępnych na Wydział Lekarski każdy z trzech egzaminatorów otrzymywał w 1927 r. po 5 zł od przepytywanego kandydata, co przy blisko 400 chętnych zapewniało wynagrodzenie w wysokości prawie 2000 zł107. Jeszcze wyższe kwoty wchodziły w grę w przypadku egzaminów w regularnym toku studiów na tych kierunkach, gdzie, jak na prawie, podchodziło do nich wielu studentów. W drugiej połowie lat 20. do kieszeni profesora wpływało tam 6 zł od każdego zdającego, co w zależności od roku studiów i charakteru egzaminu dawało mu łącznie od 2400 do nawet 7000 zł. Podwójna opłata obowiązywała za poprawki108. Dziesięć lat później stawki za egzaminy, których wysokość uregulowało w międzyczasie MWRiOP, wahały się, w zależności od przedmiotu, od 4 do 9 zł109. System ten rodził nieco dwuznaczną sytuację, w której egzaminatorzy byli tym lepiej wynagradzani, im więcej „oblewali” studentów. Jak wspomina jeden z ówczesnych słuchaczy, „kursowała wśród studentów plotka, że gdy prof. Jarra jedzie na wakacje do Włoch, to «robi» 500 poprawek, a gdy do Jugosławii – to wystarcza mu tylko 400”110.

Z opłatami pobieranymi od studentów związana jest bodaj najgłośniejsza afera uniwersytecka okresu międzywojennego, prawdziwa cause célèbre uczelni, której warto poświęcić dłuższą dygresję, ponieważ mówi ona sporo zarówno o stosunku profesury do spraw finansowych, jak i o relacjach panujących w jej gronie. Wywołało ją zorganizowanie przez prof. Zygmunta Cybichowskiego w maju 1933 r. dodatkowego, dobrowolnego kolokwium z wykładanych przez siebie na Wydziale Prawa przedmiotów, za udział w którym studenci musieli uiścić 10 zł „opłat seminaryjnych”. Zgodnie z relacją jednego z nich, „chętnych było mnóstwo”, czemu trudno się dziwić, gdyż kolokwium stanowiło w istocie dodatkowy „zerowy” termin egzaminu, a więc zwiększało szanse zaliczenia przedmiotu. Gdy już około połowa zainteresowanych skorzystała z oferty Cybichowskiego, kolokwium zostało decyzją władz wydziałowych wstrzymane, a przeciwko jego organizatorowi wszczęto postępowanie dyscyplinarne, pod zarzutem, że pobieranie od studentów dodatkowych opłat miało charakter bezprawny i mogło spowodować stronniczość egzaminatora. Przeciw Cybichowskiemu wystąpił uniwersytecki rzecznik dyscyplinarny, prof. Karol Lutostański, prywatnie jego kolega z wydziału111.

Cybichowski najpierw sam domagał się wytoczenia sobie postępowania dyscyplinarnego, później jednak zmienił zdanie i, wykorzystując swe doświadczenie prawnicze, odwoływał się od decyzji Rady Wydziału, a następnie senatu uniwersyteckiego, który zawiesił go w prawach profesora112. W międzyczasie zwrócił studentom pobrane opłaty. Sprawa oparła się wkrótce o MWRiOP, które jej rozstrzygnięcie, dla zachowania bezstronności, przekazało Komisji Dyscyplinarnej dla Profesorów SGGW. Ciało to uznało wprawdzie, iż postępowanie Cybichowskiego uwłaczało godności profesora, lecz biorąc pod uwagę jego wcześniejszą pracę, w czerwcu 1935 r. rekomendowało ograniczenie się do udzielenia mu nagany113. Gdy Senat UW odrzucił tę sugestię i podtrzymał decyzję o zawieszeniu, Cybichowski zgłosił wobec niej sprzeciw, a jednocześnie w prywatnych listach poinformował o swej sprawie ministra, przypochlebnie powołując się na swą wierność zmarłemu właśnie wówczas marszałkowi Piłsudskiemu i inne zasługi dla obozu rządzącego114. W efekcie ministerstwo w kwietniu 1936 r. uchyliło uchwałę Senatu, Uniwersytet przewlekał jednak sprawę, oficjalnie informując o tej decyzji zainteresowanego dopiero rok później i to na wyraźne polecenie ministra115. Jednocześnie na uczelni wszczęto przeciw Cybichowskiemu nowe postępowanie dyscyplinarne, tym razem o oszczerstwa i obrazę, a MWRiOP – najwyraźniej chcąc zakończyć wielomiesięczny konflikt – przeniosło skłóconego z Uniwersytetem profesora w stan spoczynku, zwijając jego katedrę i powołując na jej miejsce inną. W myśl swej dotychczasowej strategii Cybichowski zaskarżył i tę decyzję, tym razem do Naczelnego Trybunału Administracyjnego, lecz choć przyznano mu tam rację, nie zdołał już powrócić do pracy akademickiej116.

Wlokąca się przez z górą 4 lata sprawa Cybichowskiego ukazuje, że nawet stosunkowo błaha kwestia mogła urosnąć na Uniwersytecie do rangi wielkiej afery, gdy w grę wchodziły drażliwe sprawy finansowe. Miało to niewątpliwy związek z zakorzenioną w inteligenckim etosie etyką środowiskową, potępiającą czerpanie korzyści materialnych z nauczania i działalności naukowej. Praktyka niekoniecznie szła z nią jednak w parze, a pieniądze liczono niekiedy bardzo skrupulatnie, o czym świadczyć może nie tylko sam czyn Cybichowskiego, ale również jego późniejsze skargi do min. Wacława Jędrzejewicza. Zawieszony w prawach wykładowcy profesor utyskiwał w nich bowiem na dotkliwość kary, jaką stanowiła dla niego utrata ponad 8 tys. zł z tytułu opłat egzaminacyjnych w ciągu 17 miesięcy zawieszenia w prawach profesora, a swemu oskarżycielowi, prof. Lutostańskiemu, przypisywał przy tym – słusznie czy niesłusznie – zamiar przechwycenia tego dochodu117.

35. Profesor Edward Loth

Z potępieniem ze strony środowiska spotkał się również profesor Wydziału Lekarskiego Edward Loth, który w 1934 r. rozesłał do lekarzy w Warszawie i Ciechocinku pismo zachęcające do przepisywania chorym wkładek ortopedycznych jednej z firm, obiecując po 3 zł od każdego skierowanego do siebie pacjenta. Istotą zarzutów było w tym przypadku występowanie przez profesora w roli przedstawiciela handlowego prywatnego przedsiębiorstwa. Uniwersytecka Komisja Dyscyplinarna ukarała go wprawdzie tylko upomnieniem za to, że „wszedł w kolizję z obowiązującą w Polsce etyką lekarską, a przez to obniżył powagę swego stanowiska profesorskiego”, lecz jak skomentował to jeden z jego młodszych kolegów, incydent ten „pozbawił go zupełnie wpływów na wydziale”118. Sprawa Lotha dowodzi, że na Uniwersytecie za nieetyczne uważano podejmowanie przez profesorów prac mających wyraźnie komercyjny, interesowny charakter, a tym samym godzących w wizerunek uczelni jako świątyni nauki.

Zamykając nawias dygresji o sporadycznych, bądź co bądź, nieprawidłowościach związanych z dodatkowym zarobkowaniem, stwierdzić należy, iż niezwykle trudno byłoby dzisiaj oszacować przeciętny dochód uzyskiwany przez profesorów Uniwersytetu ze źródeł innych niż uposażenie zasadnicze. Niewątpliwie jednak już sam etat profesorski gwarantował w ówczesnych realiach stabilizację finansową i większości osób zapewniał pod względem materialnym awans do wyższej klasy średniej. Sytuacje, gdy pensja uniwersytecka nie wystarczała profesorowi na godziwe życie, dotyczyły, jak się wydaje, głównie osób, które nie dysponując własnym mieszkaniem musiały je wynajmować, a przy tym posiadały liczną rodzinę, albo spadały na nie dodatkowe wydatki. Z trudnościami takimi np. zmagał się prof. Korduba, który do Warszawy przeprowadził się ze Lwowa bez rodziny i musiał utrzymywać dwa domy. Najwyraźniej nie posiadając żadnych oszczędności, gdy jego córka wychodziła za mąż, zmuszony był zabiegać w ministerstwie o pożyczkę na posag dla niej119. Z kolei niektórzy renomowani lekarze czy prawnicy, osiągając wysokie dochody dodatkowe, zaliczali się niewątpliwie do elity finansowej ówczesnej Polski i, podobnie jak cytowany już przeze mnie doc. Michalski, utrzymywanie się wyłącznie z uposażenia profesorskiego uważali zapewne za „klepanie biedy”.

Dobra sytuacja materialna profesorów przekładała się, rzecz jasna, na poziom i styl ich życia, choć zapewne pomiędzy poszczególnymi osobami musiały występować spore różnice, wynikające z odmiennego pochodzenia społecznego, uwarunkowań rodzinnych czy cech charakteru. Ze wspomnień Władysława i Teresy Tatarkiewiczów np. wyłania się obraz życia charakterystycznego dla ówczesnej elity społecznej kraju: utrzymywali oni żywe kontakty towarzyskie z przedstawicielami korpusu dyplomatycznego, bywali na eleganckich balach i rautach, a także sami wydawali w swoim reprezentacyjnym mieszkaniu przyjęcia, na które niekiedy zapraszali nawet do 100 osób. Letnie miesiące spędzali w rodzinnym dworze na Podlasiu, często także wspólnie podróżowali po świecie przy okazji służbowych wyjazdów profesora. W wielu takich długich podróżach, m.in. po Włoszech, Ameryce Południowej czy Jugosławii byli gośćmi rezydujących tam, zaprzyjaźnionych polskich dyplomatów. Nie trzeba dodawać, że w prowadzeniu domu Teresie Tatarkiewiczowej na co dzień pomagała służąca, gdyż w tamtejszych realiach było to standardem właściwie we wszystkich rodzinach inteligenckich120. (Jako przykład ze środowiska uniwersyteckiego posłużyć mogą pod tym względem dość skromnie żyjący Ossowscy albo średnio zamożny Borowy)121.

Na stosunkowo wysokiej stopie żyło też wielu innych profesorów Uniwersytetu. Rektor Antoniewicz oprócz mieszkania w Warszawie posiadał dom letni w Milanówku, dysponował także prywatnym samochodem (swej pasji motoryzacyjnej o mało nie przypłacił życiem, powodując w 1938 r., w czasie jednej z podróży po Polsce, wypadek)122. Profesor Oskar Halecki spędzał rokrocznie wraz z żoną urlop we Szwajcarii, bo – jak pisze jego uczeń – „kraj ten oboje bardzo lubili”123. Z kolei Marceli Handelsman wyjeżdżał z rodziną na wakacje do Biarritz we Francji124. Mogli sobie na to pozwolić, mimo że podróże zagraniczne, zwłaszcza rodzinne, były wtedy relatywnie dużo kosztowniejsze niż obecnie, chociażby ze względów na wysokie opłaty paszportowe. (W 1938 r. dwutygodniowe wczasy w Bułgarii dla jednej osoby wraz z tygodniową podróżą w obie strony, zorganizowane przez „Rodzinę Urzędniczą”, a więc w standardzie „budżetowym”, kosztowały dyrektora BUW Wacława Borowego w sumie 573 zł)125.

Jak już zostało kilkakrotnie powiedziane, kondycja materialna pracowników uczelni miała ścisły związek z ich sytuacją mieszkaniową. Na krótko przed wybuchem II wojny światowej wynajęcie w dobrej części Śródmieścia 2 pokoi z kuchnią kosztowało ok. 100–120 zł miesięcznie. Na Mokotowie, Ochocie, Żoliborzu lub na bliskiej Pradze za 120–140 zł można już było wynająć trzypokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką. Za 4 pokoje, w zależności od dzielnicy, powierzchni i standardu, należało zapłacić ponad 200 zł. Dochodziło do tego komorne, które w lewobrzeżnej części miasta wynosiło średnio od 18 zł za mieszkanie jednoizbowe w starym budownictwie, po prawie 90 zł za trzyizbowe w budynkach nowoczesnych. (Na Pradze opłaty te były proporcjonalnie niższe). Zakup własnego dwupokojowego mieszkania spółdzielczego na Żoliborzu stanowił wydatek rzędu 12 tys. zł. Za sześciopokojową willę w tej samej części miasta żądano 26 tys. zł gotówką126.

Chociaż w zestawieniu z uposażeniami profesorskimi przedwojenne ceny mieszkań mogą wydawać się relatywnie dużo korzystniejsze niż obecnie (zakup willi na Żoliborzu stanowił równowartość tylko 2 pensji rocznych!), dla niższych stopniem pracowników naukowych, którzy w ogromnej większości przypadków musieli utrzymywać rodzinę z jednej pensji, nie były one już tak przystępne. Za okazyjnie oferowane „dwuipółpokojowe” mieszkanie z kuchnią, łazienką i piwnicą w budynku Zakładu Ubezpieczeń Społecznych przy ul. Sułkowskiego na Żoliborzu matematyk doc. Alfred Tarski musiał wyłożyć od ręki 3500 zł, a resztę spłacać w długoterminowych ratach. Nie dysponował jednak żadnymi oszczędnościami i transakcję udało mu się sfinalizować jedynie dzięki prywatnej pożyczce127.

Należy przypuszczać, że w podobnej sytuacji znajdowało się również wielu innych uczonych, dlatego część z nich ubiegała się o mieszkanie w domach wybudowanych przez Stowarzyszenie Mieszkaniowe Spółdzielcze Profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. Czynsze wahały się tam, w zależności od metrażu, od 57 do 225 zł; średnia opłata wynosiła 134 zł. Do spółdzielni tej mogli należeć jednak (przynajmniej w teorii) wyłącznie profesorowie, a liczba lokali była ograniczona, więc niektórzy członkowie spółdzielni latami oczekiwali na przydział lokalu128. Powyższe realia rzutowały niewątpliwie na to, gdzie i jak mieszkano, z drugiej strony wybór miejsca zamieszkania świadczył zazwyczaj również o aspiracjach i statusie społecznym poszczególnych osób.

36. Nieistniejący już dom profesorski przy ul. Nowy Zjazd 5

 W roku akademickim 1937/1938 spośród 162 profesorów figurujących w Składzie Uniwersytetu aż 60 mieszkało w Śródmieściu, głównie w jego reprezentacyjnych rejonach. Popularnymi ulicami były zwłaszcza Koszykowa, Marszałkowska i Mokotowska. (Prestiżowymi adresami, takimi jak al. Róż, ul. Szopena czy Lekarska, szczyciło się zwłaszcza wielu medyków). Kolejnych 11 wykładowców zajmowało lokale w budynkach Uniwersytetu na głównym kampusie i w innych częściach miasta, a 50 w domach spółdzielni profesorskiej przy ul. Brzozowej 10 i 12, Nowym Zjeździe 5 i Sewerynów 6. Największy odsetek w obu tych grupach stanowili humaniści i przedstawiciele nauk matematyczno-przyrodniczych, co pośrednio wskazuje na ich relatywnie gorsze położenie materialne niż np. lekarzy, którzy najwyraźniej łatwiej mogli zakupić bądź wynająć odpowiednie mieszkanie na wolnym rynku. Zdecydowanie mniej profesorów UW mieszkało w dzielnicach sąsiadujących ze Śródmieściem: 7 na bliskim Mokotowie, 5 na Ochocie w okolicach pl. Narutowicza, 5 na Żoliborzu w rejonie pl. Wilsona oraz pl. Inwalidów i 8 na Pradze. Tylko pojedyncze osoby mieszkały w okolicach uważanych za gorsze ze względu na ich przekrój społeczny (Powiśle, Stare Miasto, Muranów) lub bardziej odległych od centrum miasta (Sadyba)129.

Nie zawsze zapewne profesorowie mieszkali w dobrych warunkach, bo przecież także w świetnie położonych, reprezentacyjnych kamienicach mogły znajdować się mieszkania gorsze – małe i niedoświetlone, na wysokich kondygnacjach bez windy – czego w ogromnej większości przypadków nie sposób już dziś zweryfikować. Profesor Michałowicz malował tę rzeczywistość w 1931 r. w zdecydowanie czarnych barwach, twierdząc, iż „poza kilku szczęśliwcami, rozporządzającymi kilkoma pokojami – inni mieszczą się w dwóch ciemnych, wilgotnych pokoikach z żoną gruźliczką, inni śpią na kanapie, bo nie ma gdzie wstawić łóżka w owym domu profesorskim itd.”130. Nie był to jednak z pewnością reprezentatywny obraz sytuacji mieszkaniowej profesorów UW, o czym świadczyć może krańcowo odmienny standard domu przy ul. Prezydenckiej, do którego na krótko przed wybuchem II wojny światowej przeprowadził się wraz z rodziną Władysław Tatarkiewicz. Jego żona opisuje go następująco:

„Wnętrza willi, w której zamieszkaliśmy później, były nadzwyczaj starannie wykończone [...]. W każdym pokoju były szafy w ścianie: w sypialnym z siwego orzecha kaukaskiego, zajmujące całą ścianę, na podeście schodów były na pierwszym piętrze szafy na futra obite od wewnątrz blachą i kryte jesionowym fornirem. Obok pokój miał szafę, biurko i szafę na odzież – czeczotowe, a na drugim piętrze (gdzie była też druga łazienka), była cała ściana półek bibliotecznych fornirowanych mahoniem. Tam postawiliśmy trzy nasze szafy biblioteczne, też mahoniowe. Na podeście schodów też były półki na książki. Obok był pokój mansardowy Krzysia [syna – P.M.M.], jedyny bez szafy. Na parterze był salonik jadalny z wyjściem na taras i ogródek. Wszystko miało powierzchnię 100 m2. Na dole była też kuchnia i pokoik służbowy oraz trzecie w.c. Pod całą willą były piwnice, jedne ogrzewane, gdzie można by nawet mieszkać, a inne na warzywa i opał. Dom był idealnie wygodny [...]”131. Na zakup willi Tatarkiewiczowie mogli sobie pozwolić, sprzedawszy niewielką kamienicę czynszową, która wcześniej stanowiła ich dodatkowe źródło dochodu. Oba przedstawione powyżej obrazy należy oczywiście traktować jako przeciwległe bieguny tej samej rzeczywistości społecznej; większość profesorów Uniwersytetu lokowała się pod względem komfortu mieszkania najprawdopodobniej gdzieś pomiędzy nimi.

Na podstawie Składu Uniwersytetu można również odtworzyć, gdzie mieszkali pracownicy naukowi niższych szczebli. Podstawową różnicę w stosunku do profesorów stanowiła w ich przypadku niemożność korzystania z domów spółdzielni przy ul. Brzozowej, Nowym Zjeździe i Sewerynów, choć od tej reguły zdarzały się pojedyncze wyjątki. Jeśli chodzi o docentów i zastępców profesorów, największą grupę wśród nich (aż 72 osoby) stanowili mieszkańcy Śródmieścia. Relatywnie więcej docentów niż profesorów zamieszkiwało jednak w innych dzielnicach: 15 na Mokotowie, 14 na Żoliborzu, 10 na Ochocie, 6 na Powiślu, 4 w rejonie Starego Miasta, 2 na Muranowie i 1 na Pradze. Należy przypuszczać, że w pierwszych trzech osiedlali się przede wszystkim ci pracownicy uczelni, którym, mimo niepewnego finansowo statusu docenta, udało się jakoś ustabilizować materialnie. Wybór taki wpisywał się w zarysowujący się w latach 30. trend stopniowego odpływu ludzi zamożniejszych ze Śródmieścia ku peryferiom. Z kolei Powiśle, Stare Miasto, Muranów i Praga, oferując wyraźnie niższe ceny najmu i komornego (przy wyraźnie gorszym na ogół standardzie mieszkania), przyciągały prawdopodobnie osoby gorzej sytuowane, które np. nie miały stałego zatrudnienia na Uniwersytecie i musiały utrzymać się z zajęć zleconych itp. Siedmiu docentów zakwaterowanych było ponadto w lokalach służbowych (przeważnie w budynkach uniwersyteckich), tylu samo w kościelnych, 1 dojeżdżał z okolic Warszawy, a 8 z innych miast132.

Wpływ sytuacji materialnej na miejsce zamieszkiwania wyraźnie widać również w grupie asystentów. Najpopularniejszą dzielnicą wśród nich pozostawało wprawdzie Śródmieście, gdzie zamieszkiwała prawie połowa z nich, lecz nie można wykluczyć, że część z osób, które pochodziły w Warszawy, wciąż jeszcze mieszkała tam przy rodzinach. Pozostali asystenci zauważalnie częściej niż docenci wybierali, czy też raczej zmuszeni byli wybierać, dzielnice dalsze lub uważane za gorsze. Na Mokotowie mieszkało 11 z nich, na Ochocie 10, na Żoliborzu 8, na Powiślu 16, na Pradze 17, 5 na Muranowie, 4 w rejonie Starego Miasta, a 1 na Woli. Z okolic podmiejskich dojeżdżało do pracy na uczelni 14 asystentów, a 23 kwaterowało w różnych lokalach służbowych, w warunkach najpewniej dalekich od komfortowych133. Jak widać, w grupie tej wyraźnie częściej niż wśród profesorów czy docentów występowały osoby zamieszkujące w tanich i niecieszących się dobrą opinią dzielnicach, albo w miejscowościach podwarszawskich, o czym zapewne również decydowały w głównej mierze względy finansowe.

Skład Uniwersytetu pozwala też ustalić miejsce zamieszkania pracowników administracji i Biblioteki UW. Kilkoro z nich zajmowało lokale należące do uczelni znajdujące się na terenie głównego kampusu lub mieszkania w domach profesorskich. Były to w większości osoby na stanowiskach kierowniczych, co wskazywałoby, że zakwaterowanie takie mogło stanowić formę bonusu, dostępnego dla tych, którzy znajdując się na co dzień blisko władz rektorskich, potrafili go sobie załatwić. Podobnie jak w przypadku pracowników naukowych, prawie połowa urzędników miała adresy śródmiejskie. Większość osób, jak się jednak wydaje, wybierała nieco mniej reprezentacyjne ulice, takie jak np. Złota czy Hoża. Rzuca się także w oczy, że relatywnie wielu szeregowych pracowników administracji uczelnianej mieszkało na ówczesnych peryferiach miasta i w tzw. gorszych okolicach (9 na Powiślu, 8 w rejonie Starego Miasta, 9 na Pradze), a 10 dojeżdżało do pracy z miejscowości podwarszawskich takich jak Włochy, a nawet Wołomin czy Grodzisk. Miało to niewątpliwy związek z ich nienajlepszą sytuacją materialną. Potwierdzają to także przypadki osób figurujących w Składzie Uniwersytetu pod takim samym adresem, które najpewniej wspólnie wynajmowały mieszkanie134.

Tabela 2. Pracownicy UW wg miejsca zamieszkania w roku akademickim 1937/1938

Miejsce zamieszkania Profesorowie Docenci i zastępcy profesorów Asystenci Urzędnicy
Mieszkania służbowe UW i in. 11 13 23 5
Budynki kościelne 6 7 0 0
Domy profesorskie 50 3 1 2
Śródmieście 61 72 117 43
Mokotów 7 15 11 0
Ochota 5 10 10 1
Żoliborz 5 14 8 3
Muranów 3 2 5 3
Sadyba, Bielany 2 0 0 1
Powiśle 1 6 16 9
Stare Miasto 0 4 4 8
Praga 8 1 17 9
Wola 0 0 1 0
Okolice Warszawy 1 1 14 10
Inne miasta 1 6 0 0
Brak danych 1 6 10 0
Razem 162 158 237 95

Źródło: Opracowanie własne na podstawie: Skład Uniwersytetu na rok akademicki 1937/1938, Warszawa 1937.

Porównanie miejsc zamieszkania poszczególnych kategorii pracowników Uniwersytetu Warszawskiego pozwala zaobserwować zależność pomiędzy adresem a pozycją w hierarchii akademickiej, która w większości przypadków przekładała się również na zamożność konkretnych osób. O ile zatem profesorowie zamieszkiwali najczęściej w reprezentacyjnych częściach Śródmieścia, docenci wyraźnie częściej niż oni wybierali Mokotów, Ochotę i Żoliborz, natomiast asystenci i pracownicy administracyjni Powiśle, Pragę i okolice Warszawy. Nie była to jednak tendencja bardzo silna, a na decyzje mieszkaniowe dokonywane przez poszczególne osoby mogły mieć wpływ także inne czynniki, takie jak np. odległość od miejsca pracy (stąd np. relatywnie dużo osób zatrudnionych na Wydziale Weterynaryjnym mieszkało na Pradze, a kilku pracowników Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego w budynku Obserwatorium Astronomicznego przy Ogrodzie Botanicznym), albo okoliczności pozauniwersyteckie, takie jak otrzymanie mieszkania od rodziny, w posagu lub dzięki pełnieniu funkcji duchownych.

Na marginesie zauważyć można, że adresy pracowników Uniwersytetu pozwalają zlokalizować rejony miasta szczególnie wśród nich popularne. Zaliczał się do nich przede wszystkim kwartał Śródmieścia od północy zamknięty Al. Jerozolimskimi, od wschodu Nowym Światem, Wiejską i Al. Ujazdowskimi, a od południa i zachodu Polami Mokotowskimi i stacją filtrów na granicy z Ochotą. Atrakcyjność tej okolicy podnosiło sąsiedztwo budynków uniwersyteckich należących do Wydziału Lekarskiego oraz Matematyczno-Przyrodniczego, które stanowiły miejsce pracy części kadry naukowo-dydaktycznej. Były to także tereny tradycyjnie zamieszkiwane przez zamożne warszawskie mieszczaństwo, z którego wywodziła się pewna część pracowników naukowych. W latach 30. nowa dzielnica akademicka wyrosła wokół pl. Narutowicza na Ochocie, gdzie z kolei znajdowały się Domy Studenckie. Młodą inteligencję przyciągał bliski Mokotów, a także domy Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, gdzie zamieszkanie miało w wielu przypadkach wymiar ideowy, bowiem skupiały się tam osoby o poglądach lewicowych, np. Maria i Stanisław Ossowscy, Zofia Podkowińska czy Zdzisław Zmidrygier-Konopka. (Ceny mieszkań były tam przystępniejsze, a zapisanie się do spółdzielni wymagało przedstawienia rekomendacji dwóch jej członków, co właściwie wykluczało napływ osób przypadkowych)135. Uderzające, że zaledwie jeden pracownik Uniwersytetu mieszkał na robotniczej Woli, a tylko paru na Muranowie, gdzie tradycyjnie przeważała w latach międzywojennych społeczność żydowska. Istniały więc granice, zarówno w wymiarze przestrzennym, jak i społeczno-kulturowym, których wybierając miejsce zamieszkania starano się nie przekraczać, nawet pod presją braku pieniędzy.

Studenci – liczba i struktura wiekowa

Uniwersytet Warszawski był największą szkołą wyższą II Rzeczpospolitej pod względem liczby słuchaczy. Po przywróceniu w 1921 r. zajęć, zawieszonych w czasie wojny bolszewickiej, uczyło się tu 7518 studentów. W kolejnych latach ich liczba wahała się od 8145 w roku akademickim 1924/1925 do 9933 w roku 1932/1933, na ogół przekraczając 9 tysięcy. Oznacza to, iż studiował tu mniej więcej co piąty polski student. Dla porównania, druga co do wielkości uczelnia, jaką przez większość lat międzywojennych był Uniwersytet Jagielloński, liczyła w szczytowym okresie 7653 studentów, Uniwersytet Jana Kazimierza – 7358, Uniwersytet Poznański – 5334, zaś Uniwersytet Stefana Batorego – 3923136.

Wykres 1. Liczba studentów UW 1915–1939

Przytoczone powyżej dane, zaczerpnięte z publikacji poświęconej szkolnictwu wyższemu w ówczesnej Polsce, należy traktować jako przybliżone, gdyż liczba studentów zmieniała się w zależności od trymestru, nie wszyscy zapisujący się na Uniwersytet podejmowali też w ogóle studia. Ze sporządzonych na użytek wewnętrzny statystyk wynika, że np. w pierwszym półroczu roku akademickiego 1922/1923 immatrykulowanych zostało na Uniwersytecie Warszawskim 10 156 studentów, lecz aż 500 z nich zostało niemal natychmiast skreślonych z powodu nieuiszczenia czesnego, a dalszych 496 zwróciło się w ciągu pierwszych kilku miesięcy o świadectwa wystąpienia. W efekcie, w drugim półroczu tego samego roku liczba studiujących spadła do 8380, chociaż w międzyczasie na Uniwersytet zapisały się nowe osoby137. Podobna płynność stanu osobowego występowała przez cały okres międzywojenny.

Ogółem w latach 1915–1939 na Uniwersytecie immatrykulowało się 57 436 osób, wśród których było 21 379 kobiet (37%) i 36 057 mężczyzn (63%). Jako pierwszy uczynił to 17 XI 1915 r. Romuald Kalinowski, urodzony w 1890 r. w Warszawie, absolwent tamtejszego IV Rosyjskiego Gimnazjum Rządowego, który wcześniej zdążył już ukończyć uniwersytet w Dorpacie. Tuż po nim zapisany został Józef Rubinraut, dziewiętnastolatek wyznania najprawdopodobniej mojżeszowego, mający za sobą naukę w VII Gimnazjum w Warszawie. Żaden z nich uczelni nie ukończył: pierwszy skreślony został z listy studentów w 1917 r., drugi przerwał studia 5 lat później138.

W sumie w pierwszym roku funkcjonowania uczelni zapisało się na nią 1110 studentów, w 2 kolejnych latach I wojny światowej liczba nowo wstępujących była jeszcze niższa i nie przekraczała tysiąca. Najmniej studentów, bo zaledwie 548, przybyło w 1920 r., kiedy Uniwersytet został faktycznie zamknięty ze względu na wojnę bolszewicką i związaną z nią mobilizację studentów oraz kadry naukowej. Za to w 1921 r. – w pierwszym prawdziwym roku pokoju – immatrykulowała się rekordowa liczba 4331 osób. W późniejszych latach przybywało co roku średnio ok. 2700 nowych studentów. W 1939 r. zdążyło jeszcze wstąpić na Uniwersytet 92139. Ostatnią osobą figurującą w matrykułach sprzed wybuchu II wojny światowej jest Maria Gumowska, absolwentka Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. ks. Adama Jerzego Czartoryskiego w Wilnie, wyznania rzymsko-katolickiego, urodzona w 1914 r. w Słonimiu, która po 1945 r. nie powróciła już na uczelnię140. Ze względu na płeć i wyznanie jej postać symbolizować może zmiany, jakie następowały wśród słuchaczy Uniwersytetu od jesieni 1915 r., gdy na uczelnię zapisali się 2 pierwsi studenci – mężczyźni, z których pierwszy był pochodzenia polskiego, a drugi żydowskiego.

Studenci rozpoczynający naukę na Uniwersytecie różnili się dość istotnie pod względem wieku. Najmłodsi mieli zaledwie 15 lat, przypadki takie zdarzały się jednak coraz rzadziej w miarę krzepnięcia systemu oświatowego odradzającego się państwa polskiego. W 1915 r. na uczelnię zapisało się 4 piętnastolatków, w 1921 r. – 6, lecz w całych latach 30. było już ich łącznie tylko 4. Młodzież taka była najczęściej „produktem” eksternistycznej nauki w domu w początkowych latach edukacji, która pozwalała dostać się do gimnazjum od razu do klasy wyższej, a tym samym spędzić w jego murach mniej lat i wcześniej uzyskać świadectwo dojrzałości. Nie należy chyba z góry zakładać, że musiały to być zawsze jednostki wybitnie uzdolnione. Spośród 4 szesnastolatków, którzy, jak wówczas mówiono, wstąpili na Uniwersytet w 1915 r., ukończył go tylko 1 i to dopiero po 10 latach nauki141.

Tabela 3. Immatrykulacje na UW z podziałem według płci 1915–1939

Rok Liczba immatrykulowanych kobiet Odsetek kobiet wśród immatrykulowanych Liczba immatrykulowanych mężczyzn Odsetek mężczyzn wśród immatrykulowanych Liczba immatrykulacji ogółem
1915 107 9,6% 1003 90,4% 1110
1916 96 12,9% 651 87,1% 747
1917 253 27,9% 654 72,1% 907
1918 751 31% 1668 69% 2419
1919 759 38,4% 1219 61,6% 1978
1920 160 29,2% 388 70,8% 548
1921 1611 37,2% 2720 62,8% 4331
1922 1019 31,6% 2202 68,4% 3221
1923 1042 35,3% 1910 64,7% 2952
1924 998 37,9% 1638 62,1% 2636
1925 998 37,5% 1664 62,5% 2662
1926 1087 36% 1937 64% 3024
1927 1135 37,6% 1889 62,4% 3024
1928 1104 41% 1586 59% 2690
1929 1186 41,8% 1652 58,2% 2838
1930 1384 41,2% 1972 58,8% 3356
1931 1374 43,3% 1799 56,7% 3173
1932 1152 40,6% 1687 59,4% 2839
1933 981 41,8% 1365 58,2% 2346
1934 859 37,6% 1429 62,4% 2288
1935 760 35,2% 1397 64,8% 2157
1936 820 36,9% 1404 63,1% 2224
1937 830 39,3% 1282 60,7% 2112
1938 966 47,2% 1082 52,8% 2048
1939 32 34,8% 60 65,2% 92
Ogółem 21 379 37,2% 36 057 62,8% 57 436

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych USOS.

 

37. Studenci UW w drodze na wykłady, listopad 1931 r.

Siedemnastolatkowie zdarzali się wśród kandydatów na Uniwersytet częściej, stanowiąc do 5% kolejnych roczników. Wśród rozpoczynających studia najliczniej jednak reprezentowana była młodzież w wieku od 18 do 21 lat, czyli taka, która zdawała właśnie w miarę normalnym trybem egzamin dojrzałości. W 1915 r. stanowiła ona blisko 55% immatrykulowanych, w 1921 r. – 61%, zaś w 1931 r. już prawie 76%. Wzrost tego odsetka wskazuje na stopniowe normowanie się sytuacji w kraju po wojennych zawieruchach, dzięki czemu więcej młodzieży miało szansę kontynuować edukację, trafiając na uczelnię bezpośrednio ze szkół średnich142.

Część młodzieży nie mogła zapisać się na Uniwersytecie od razu po uzyskaniu matury, gdyż musiała wpierw zgromadzić odpowiednie środki na opłacenie czesnego, podejmując na pewien czas pracę zarobkową. „[...] Maturę zdałem z wynikiem dobrym w 1931 r. Rok szkolny 1931/1932 przesiedziałem w domu, pracując jak i ile można było, byle dostać się na uniwersytet” – opisywał jeden z kandydatów143. Powodowało to zwiększenie przeciętnego wieku osób rozpoczynających studia. W przypadku mężczyzn pewien wpływ na wiek kandydatów na Uniwersytet miało również – nawet już w czasach pokoju – wcześniejsze odbywanie przez część z nich zasadniczej służby wojskowej. W II Rzeczypospolitej obowiązkiem tym objęci byli wszyscy obywatele płci męskiej, którzy w danym roku kalendarzowym kończyli 21. rok życia. Fakt bycia studentem nie zapewniał automatycznego wyreklamowania z wojska, więc część poborowych decydowała się odsłużyć je bezpośrednio po uzyskaniu świadectwa dojrzałości, aby później nie przerywać nauki w szkole wyższej. Jako tzw. poborowi z cenzusem trafiali do koszar na 12 miesięcy, na uczelnię zaś zapisywali się już jako podchorążowie rezerwy, o rok starsi, niż gdyby uczynili to bezpośrednio po maturze. (Postąpił tak m.in. Władysław Jamontt, późniejszy działacz Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”144). W efekcie, wśród osób wstępujących na Uniwersytet znajdowało się proporcjonalnie więcej kobiet w wieku 18–19 lat niż ich rówieśników-mężczyzn. W 1931 r. w rocznikach tych stanowiły one 50–54% immatrykulowanych. Świeżo upieczeni podchorążowie zasilali z kolei roczniki dwudziestodwu- i dwudziestoczterolatków, w których bardzo wyraźnie przeważali liczbowo nad kobietami145.

Część młodych mężczyzn uzyskiwała odroczenie powołania do wojska do momentu ukończenia 23. roku życia „z tytułu odbywania nauki w wyższych zakładach naukowych”, które warunkowo mogło zostać przedłużone o kolejne 2 lata studentom niektórych kierunków politechnicznych oraz medycyny i weterynarii146. Pozwalało to ukończyć studia w normalnym trybie tylko w przypadku, gdy nauka odbywała się bez opóźnień. W innych sytuacjach studenci zmuszeni byli do jej zawieszenia na czas odbywania służby, co władze akademickie przyjmowały z zasady z wyrozumiałością, udzielając im stosownych urlopów, a także idąc na rękę w sprawie przełożenia terminów egzaminów itp. Dokumentują to liczne akta osobowe, w których część korespondencji z Uniwersytetem prowadzona jest już z jednostek wojskowych147. W każdym przypadku powszechny obowiązek obrony kraju traktowano niezwykle poważnie, o czym przekonał się na własnej skórze student Wydziału Humanistycznego Jan Radożycki, którego na skutek pomyłki w aktach policja – głucha na jakiekolwiek tłumaczenia – doprowadziła siłą z domu studenckiego na komisariat, gdzie dopiero zdołał wytłumaczyć nieporozumienie148.

Normalizacja systemu oświatowego w latach międzywojennych przejawiała się również poprzez spadek liczby studentów najstarszych. O ile w 1915 r. na Uniwersytet zapisało się ok. 5% osób w wieku powyżej 30 lat, o tyle w 1921 r. było ich wśród nowo przyjętych 4,3%, natomiast w 1931 r. – tylko 2,1%149. Niektórzy z nich w momencie immatrykulacji byli już nobliwymi panami, a głównym motywem tak późnego podejmowania przez nich studiów bądź ich wznowienia była chęć podniesienia prestiżu społecznego lub kontynuacji kariery zawodowej. „Ze mną zaś zdawał jakiś pan, z wyglądu starszy od Profesora, i odpowiedzi nie bardzo mu wychodziły” – zapamiętał swój egzamin jeden z przyszłych prawników. „Profesor w pewnej chwili zapytał go, który raz u niego zdaje. Powiedział, że trzeci. Na to Namitkiewicz: «Toż od razu zauważyłem, twarz wybitnie znajoma, że student był dependentem u rejenta i miał możliwość zostania rejentem, ale na przeszkodzie stał brak dyplomu»”150.

Dwaj najbardziej wiekowi studenci spośród przyjętych w 1915 r. przyszli na świat na rok przed powstaniem styczniowym. Jak napisał w swoim curriculum vitae jeden z nich, zapisany na Wydział Prawa Henryk Makowski, jego celem było dokończenie studiów rozpoczętych w młodości na Uniwersytecie Cesarskim w Warszawie, po przerwaniu których w 1887 r. uczęszczał do seminarium duchowego w Kielcach oraz ukończył wyższą szkołę muzyki kościelnej w Ratyzbonie, aby następnie wykładać w kraju liturgikę, liturgię, harmonię i śpiew gregoriański. Celu swego nie zdołał niestety osiągnąć. W ciągu blisko 9 lat spędzonych na Uniwersytecie po 1915 r. udało mu się nie złożyć ani jednego egzaminu (za każdym razem przedkładał zwolnienia lekarskie bądź wnosił o urlop) i w 1924 r. został ostatecznie skreślony z listy studentów151. Rzeczywistość – jak to się często zdarza – nie pozwoliła zrealizować marzeń młodości.

Bywało też jednak inaczej, o czym świadczyć może przypadek Dominika Ruckiego, najstarszego studenta Uniwersytetu Warszawskiego w latach międzywojennych. W momencie immatrykulacji na Kursach Farmacji w 1926 r. liczył on sobie równo 70 lat, a za sobą miał ukończone w 1880 r. studia w Moskwie i bogate doświadczenie w kierowaniu aptekami i laboratoriami chemicznymi w Rosji, na Ukrainie, a od 1920 r. również w Polsce. Choć nie ma o tym mowy w jego życiorysie, należy przypuszczać, iż studia na Uniwersytecie Warszawskim traktował on w kategoriach dokształcania się, względnie nostryfikacji zdobytego w carskiej Rosji tytułu. Ukończył je we wzorowym tempie, uzyskując w ciągu 2 lat polski dyplom magistra farmacji152.

Nie wszyscy studenci kończyli jednak naukę w przewidzianym czasie, dużej części z nich nie udawało się to zresztą w ogóle. W latach 30. w składanych przez siebie sprawozdaniach rocznych kolejni rektorzy Uniwersytetu szacowali, iż dyplom zdobywało tylko 10–14% słuchaczy. Wskaźnik ten wykazywał pewną tendencję rosnącą153. Wyliczano go porównując liczbę wydanych w danym roku dyplomów magisterskich i doktorskich z całkowitą liczbą studentów. Miał on więc charakter orientacyjny: ukazywał wprawdzie odsetek absolwentów w poszczególnych latach na tle ogółu słuchaczy, lecz nic nie mówił o tym, ilu konkretnych immatrykulowanych w rzeczywistości ukończyło studia.

Dzisiaj współczynnik taki można już precyzyjnie wyliczyć korzystając z uniwersyteckiej bazy danych, zawierającej informacje o przebiegu studiów wszystkich, którzy wstąpili na Uniwersytet Warszawski w latach 1915–1939. Jak się okazuje, sytuacja przedstawiała się en masse lepiej, niż wynikałoby to ze sprawozdań rektorskich. (Różnicę tę można wytłumaczyć faktem, iż wielu studentów kończyło studia ze sporym opóźnieniem, odsetek absolwentów kumulował się więc niejako dopiero w dalszych latach). Niemniej jednak w żadnym z roczników dyplomu nie udało się uzyskać więcej niż połowie osób rozpoczynających studia. Stosunkowo najlepiej pod tym względem sytuacja wyglądała wśród immatrykulowanych na Uniwersytecie jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, gdyż uczelnię ukończyło 39–46% tych roczników. Miały one najwięcej czasu na studiowanie, można też zakładać, że relatywnie częściej występowały w nich osoby szczególnie zmotywowane do zdobywania wiedzy. Ponadto w rocznikach tych dominowali mieszkańcy Warszawy (o czym będzie jeszcze mowa dalej), którym pod względem materialnym było łatwiej studiować niż przybyszom z prowincji, chociażby ze względu na możliwość mieszkania przy rodzinie154.

W efekcie napływu na Uniwersytet większej liczby kandydatów, jaki można obserwować po 1918 r., odsetek osób kończących studia wyraźnie natomiast spadł i utrzymywał się w granicach 28–39%. Przeważnie występowała przy tym prawidłowość, że im liczniejszy był rocznik rozpoczynający naukę, tym mniejszy jego procent ją kończył. Dane te dotyczą osób, które immatrykulowały się do 1932 r. W kolejnych latach analogiczny wskaźnik gwałtownie się obniżył i wynosił: 23,5% dla 1933 r., 17% dla 1934 r. i 9,5% dla 1935 r. (Spadek ów wynikał z przedłużania nauki przez część studentów, którzy nie zdążali potem obronić dyplomu w terminie, co również zostanie omówione dalej.) Osoby przyjęte na UW w późniejszych latach nie mogły ukończyć studiów w normalnym trybie przed wybuchem II wojny światowej, nie ma więc sensu uwzględniać ich w tym zestawieniu. Ogółem, spośród wszystkich 57 436 słuchaczy Uniwersytetu, którzy zostali immatrykulowani w latach 1915–1939, dyplomy uzyskało 16 307 osób, tzn. 28,4%. Dalszych 1578 osób (2,7%) ukończyło naukę już po 1945 r. Studia ukończył zatem przeciętnie mniej niż co trzeci z zapisanych na Uniwersytet. Średnio każdego roku mury uczelni opuszczało 678 osób legitymujących się dyplomem jej ukończenia155.

Największy odsetek studentów „wykruszał się” na Uniwersytecie po pierwszym roku nauki. Według obliczeń rektora Stefana Pieńkowskiego dotyczących połowy lat 30., odpadał wówczas co drugi ze słuchaczy prawa, teologii i nauk humanistycznych, co trzeci na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym oraz co czwarty na wydziałach Farmaceutycznym, Lekarskim i Weterynaryjnym. Na drugim roku ubywało kolejnych 30% studentów pierwszych z tych kierunków, 21% drugich i 15% trzecich. Trzeci i czwarty rok charakteryzowały się już wyraźnie mniejszymi stratami: na teologii, prawie i humanistyce wynosiły one odpowiednio 15% i 7,5%, na naukach matematyczno-przyrodniczych – 10,5% i 6%, a na farmacji, medycynie i weterynarii – 9% i 4,5%156.

Jak widać, najtrudniej było przetrwać studentom początkowe lata studiów. Wiązało się to zarówno z odsiewem jednostek niedających sobie rady z nauką, jak i „wykruszaniem się” tych, którzy nie byli w stanie podołać kontynuowaniu edukacji pod względem finansowym. (Wynikałoby z tego, że również w przypadku osób niezamożnych motywacja, aby utrzymać się na Uniwersytecie, rosła w miarę zbliżania się do dyplomu). Z przedstawionych przez Pieńkowskiego liczb płynie też wniosek, iż najwięcej studentów odpadało na kierunkach, na które dostać się mógł niemal każdy, kto posiadał świadectwo dojrzałości, natomiast najmniej tam, gdzie, jak na medycynie, farmacji i weterynarii, obowiązywały egzaminy wstępne. Najwyraźniej, ostra selekcja kandydatów skutecznie eliminowała pewną część osób przypadkowych, a ci, którzy przeszli przez jej sito, byli później lepiej zmotywowani do nauki niż przyjęci bez egzaminu. Z drugiej strony, na medycynę, prawo i farmację zapisywało się więcej osób wywodzących się z zamożnych rodzin, którym na ogół nie groziło ryzyko przerwania studiów z powodu braku funduszy. Jeszcze inne uwarunkowania występowały w przypadku słuchaczy kierunków teologicznych, z których wielu było duchownymi lub klerykami, podlegającymi dyscyplinującemu nadzorowi instytucji kościelnych, a ponadto mającymi zapewnione utrzymanie.

Znajduje to potwierdzenie w danych dotyczących całego okresu 1915–1939. Do wybuchu II wojny światowej Wydział Prawa ukończyło 33% wszystkich zapisanych tam słuchaczy. W przypadku Wydziału Humanistycznego współczynnik ten wynosił 19%, Filozoficznego – 21%, Lekarskiego – 55%, Farmaceutycznego 49%, a Weterynaryjnego – 39%. Wydział Teologii Katolickiej do wybuchu II wojny światowej zdołało absolwować 41%, Wydział Teologii Ewangelickiej – 42%, a Studium Teologii Prawosławnej – 25%. Dużo niższy niż wynikałoby to z szacunków Pieńkowskiego był natomiast ogólny odsetek absolwentów Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego (9%), na którym, poza chemią, również nie było zresztą egzaminów wstępnych157.

Z wysokim odsetkiem studentów, którzy nie kończyli studiów, wiązało się inne negatywne zjawisko w postaci notorycznego ich przedłużania. Fenomen ten miał długą tradycję, sięgającą czasów zaborów i występował wówczas we wszystkich polskich szkołach wyższych. „Opóźnienia w studiach są zjawiskiem powszechnym, występującym poza nielicznymi wyjątkami w znacznych przeważnie rozmiarach” – stwierdza autorka opublikowanego w 1937 r. Atlasu szkolnictwa wyższego, przytaczając na poparcie tej tezy dane dotyczące różnych kierunków158.

Nie inaczej sytuacja wyglądała na Uniwersytecie Warszawskim. Dla immatrykulowanych w 1915 r. mediana czasu nauki poprzedzającej uzyskanie dyplomu wynosiła 8 lat, co oznacza, że tylko nieco więcej niż połowa wszystkich absolwentów ukończyła studia po tylu właśnie latach. Był to jednak rocznik, którego edukację mogły przedłużyć najpierw I wojna światowa, a później wojna z bolszewikami. Ten sam parametr dla przyjętych na Uniwersytet w 1921 r. wynosił 6 lat, zaś dla rocznika, który rozpoczął naukę w 1931 r. – 5 lat. Przyjmując dla uproszczenia, że prawidłowy tok studiów wynosił od 4 do 5 lat (w zależności od wydziału), możemy obliczyć, iż w przepisowym terminie dyplom uzyskało tylko 4% spośród immatrykulowanych w 1915 r., 33% spośród przyjętych na studia w 1921 r. oraz 48% spośród zapisanych dekadę później. W każdym z tych roczników występowało stosunkowo wielu słuchaczy, których śmiało określić można mianem „wiecznych studentów”: aż 31,5% z przyjętych na Uniwersytet w 1915 r. studiowało 10 lat i więcej, wśród tych z 1921 r. było ich 13,2%. Z rocznika immatrykulowanego w 1931 r., po 8 latach nauki, w roku wybuchu II wojny światowej, dyplomu broniło 7% osób159.

Tabela 4. Immatrykulowani i absolwenci poszczególnych wydziałów UW 1915–1939

  Liczba osób immatrykulowanych na danym wydziale w latach 1915–1939 Odsetek osób immatrykulowanych na danym wydziale w stosunku do ogółu studentów UW Liczba immatrykulowanych, którzy ukończyli studia przed 1 IX 1939 r. Odsetek immatrykulowanych, którzy ukończyli studia przed 1 IX 1939 r.
Wydział Teologii Katolickiej 398 0,7% 164 41,2%
Wydział Teologii Protestanckiej 334 0,6% 142 42,5%
Studium Teologii Prawosławnej 589 1% 147 25%
Wydział Prawa 19217 33,5% 6359 33,1%
Wydział Lekarski 5590 9,7% 3052 54,6%
Wydział Filozoficzny 12379 21,6% 2627 21,2%
Wydział Humanistyczny 9802 17,1% 1838 18,8%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 6358 11,1% 665 9,3%
Wydział Farmaceutyczny 1547 2,7% 753 48,7%
Wydział Weterynaryjny 1432 2,5% 560 39,1%
Ogółem 57 646   16 307 28,3%

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych USOS.
Uwaga: Suma osób immatrykulowanych na poszczególnych wydziałach jest wyższa niż łączna liczba studiujących na UW, gdyż niektóre osoby immatrykulowały się na więcej niż jednym wydziale. Dane dla Wydziału Farmaceutycznego obejmują również wcześniejsze Kursy Farmacji.

Poszczególne wydziały Uniwersytetu różniły się dość poważnie między sobą pod względem rzeczywistej długości studiów. Wśród absolwentów prawa z roku akademickiego 1933/1934 było tylko 28% osób, które ukończyły czteroletni kurs bez jakichkolwiek opóźnień, na medycynie trwającej nominalnie 5 lat i 1 trymestr współczynnik ten wynosił 19%, zaś na kierunkach teologicznych – 17%. W przypadku nauk humanistycznych dyplomy obroniło w terminie (tzn. po 4 latach), zaledwie 9,5% słuchaczy. Jeszcze gorsza sytuacja panowała na farmacji (3 lata i 2 trymestry), gdzie uzyskało je w przepisowym czasie tylko 6% absolwentów, i na czteroletnich studiach matematyczno-przyrodniczych (2%). Na Wydziale Weterynaryjnym żaden z 50 dyplomantów w roku akademickim 1933/1934 nie ukończył studiów, które trwałyby obowiązujące 4 lata i 2 trymestry160.

Mimo że w dwudziestoleciu międzywojennym zjawisko przedłużania studiów na Uniwersytecie Warszawskim stopniowo się zmniejszało, sytuacja była wciąż daleka od satysfakcjonującej. Należy przy tym pamiętać, że przedstawione powyżej wyliczenia dotyczą wyłącznie absolwentów, nie uwzględniają natomiast zupełnie słuchaczy, którzy przerwali naukę, spędziwszy wcześniej niekiedy wiele lat w murach uczelni. Zjawisko było więc de facto powszechniejsze, niż wynikałoby to ze statystyk, na co zwracał zresztą uwagę – w wymiarze ogólnopolskim – już w lutym 1939 r. senator Kazimierz Bartel, kilkukrotny premier i profesor Politechniki Lwowskiej, w polemice sejmowej z ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego Wojciechem Świętosławskim161.

Niekwestionowanym rekordzistą Uniwersytetu, gdy chodzi o długie studiowanie, był urodzony w 1896 r. w Warszawie Izaak Ginzberg. Jego losy stanowią skondensowany obraz perypetii życiowych wielu studentów, warto więc prześledzić je w całości. Po uzyskaniu matury w 1914 r. Ginzberg wstąpił w grudniu 1915 r. do sekcji przygotowawczo-lekarskiej Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego, naukę jednak z nieznanych dziś powodów przerwał, po czym w październiku 1917 r. wystąpił o ponowne przyjęcie na medycynę, otrzymując decyzję pozytywną. Nie jest jasne, co działo się z nim przez kolejne 5 lat. Załączony do akt studenckich indeks Ginzberga, wystawiony na rok akademicki 1919/1920 przez uniwersytet w Rostowie nad Donem, dokąd ewakuował się z Warszawy Uniwersytet Cesarski, wskazuje, iż jego posiadacz znalazł się pod koniec I wojny światowej w Rosji, próbując tam kontynuować edukację. Na Uniwersytecie Warszawskim pojawił się ponownie jesienią 1921 r., otrzymując dopuszczenie do dalszych studiów na Wydziale Lekarskim. W latach 1922–1924 złożył egzaminy wchodzące w skład tzw. pierwszego rigorosum, a w listopadzie 1927 r. uzyskał nawet absolutorium. W tym momencie Ginzberga opuściło jednak szczęście. Jak wyjaśniał w późniejszym podaniu do Rady Wydziału, negatywne oceny z kolejnego, drugiego rigorosum, do którego podszedł w 1926 r., były „pewnego rodzaju wstrząsem, który wytrącił mnie z prawidłowego biegu pracy. Na domiar nieszczęścia, w rodzinie mojej [...] zaszły okoliczności zmuszające mnie do natychmiastowej pracy zarobkowej. Praca ta, jak również zmartwienia z powodów rodzinnych i pewnego niepowodzenia w studiach, mocno nadszarpnęły moje zdrowie”. W latach 1929–1930 Ginzberg próbował bez powodzenia zdawać kolejne egzaminy i tylko życzliwe stanowisko Rady Wydziału, do której się odwołał, uchroniło go w 1931 r. od skreślenia z listy studentów. Przez następnych pięć lat Ginzberg mozolnie poprawiał niezdane wcześniejsze egzaminy i stawiał czoła nowym (tylko 2 z 12 zdał bez poprawek, do niektórych podchodził aż trzykrotnie). Wbrew wszystkim tym przeciwnościom uzyskał w styczniu 1936 r. dyplom lekarski, mając lat 40, z których 21 spędził studiując na Uniwersytecie162. Nie wiadomo niestety, czy zdobyte z takim trudem wykształcenie pomogło mu uratować się w czasie Zagłady.

Trudno jest wskazać jedną przyczynę tak częstego „wykruszania się” studentów oraz przeciągania przez nich czasu spędzanego w murach uczelni; w grę wchodził raczej szereg różnych, nakładających się na siebie czynników. Często jednym z nich było ubóstwo, uniemożliwiające utrzymanie się w Warszawie, zmuszające do podejmowania pracy zarobkowej, przerywania nauki, a niekiedy prowadzące do porzucenia studiów. Wśród zachowanych podań o stypendia znaleźć można cały szereg przypadków osób, które ze względu na brak środków do życia musiały na jakiś czas zrezygnować z nauki, często opuszczając wówczas w ogóle stolicę163. Jak jednak zauważa jeden z ówczesnych słuchaczy, „pewna liczba studentów, szczególnie pochodzących z lepiej sytuowanych materialnie kół społeczeństwa, wstępowała na studia dlatego, że «tak wypadało». Ci studenci zwracali na siebie uwagę swobodnym stylem zachowania, szukaniem rozrywek i pewnej rangi społecznej, związanej ze studiowaniem na wyższej uczelni, lecz bardzo lekko rezygnowali ze studiów lub przeskakiwali z wydziału na wydział, w poszukiwaniu sposobów unikania wysiłków związanych ze studiami”164. Do Uniwersytetu Warszawskiego odnieść można wreszcie – jak sądzę – także spostrzeżenia, które przywoływany wcześniej Bartel poczynił na podstawie własnych obserwacji na Politechnice Lwowskiej: niedostateczne przygotowanie większości kandydatów, rozpolitykowanie słuchaczy skutecznie odciągające ich od nauki, a także „przeciążenie młodzieży akademickiej programem naukowym”165. Na ten ostatni czynnik zwracała uwagę również autorka Atlasu szkolnictwa wyższego Halina Wittlinowa166.

Mimo iż pomiędzy wznowieniem funkcjonowania uczelni w 1915 r. a wybuchem II wojny światowej upłynęło zaledwie niecałe ćwierćwiecze, studenci, którzy przewinęli się w tym okresie przez Uniwersytet, należeli do różnych generacji, ukształtowanych przez odmienne okoliczności historyczne. Na podstawie dostępnych źródeł trudno jest przedstawić ich pełną charakterystykę, każdy ich dokładniejszy opis siłą rzeczy prowadzić musiałby zresztą do pewnych uproszczeń. Z pewnością da się jednak wskazać najważniejsze wyróżniające cechy. Pierwszą z generacji stanowili ci studenci, którzy sporą część dorosłego życia przeżyli jeszcze w epoce rozbiorów. Dominowali oni na Uniwersytecie mniej więcej do połowy lat 20. Wielu z nich wzięło udział w walkach o granice powstającego państwa i wojnie z bolszewikami, które stanowiły dla ich pokolenia najważniejsze doświadczenie zbiorowe, niweczące zresztą niektórym bezpowrotnie szanse na dokończenie studiów. Cieszyła ich sama możliwość nauki w języku ojczystym na wyższej uczelni we własnym, niepodległym państwie167. Podziały polityczne w tej generacji, przynajmniej w środowisku etnicznie polskim, były wciąż jeszcze wyraźnie tonizowane przez integrujące doświadczenie zdobywania niepodległości168.

Grupa druga, która przeważała na Uniwersytecie w dekadzie 1925-1935, częściowo mogła jeszcze pamiętać schyłek rozbiorów i Wielką Wojnę, lecz naturalnym punktem odniesienia była już dla niej rzeczywistość pierwszych lat niepodległości. Jak się wydaje, i ona umiała docenić komfort studiowania w czasach pokoju, we względnej stabilizacji, pamiętając wszechobecną wcześniej biedę i niepewność. Grupa ta była początkowo stosunkowo spokojna, zaczęło się to jednak zmieniać pod wpływem wielkiego kryzysu gospodarczego i narastających napięć politycznych w kraju. Zapoczątkowana wówczas radykalizacja uwidoczniła się jednak w pełni dopiero w postawach kolejnej generacji, która przyszła na świat podczas I wojny światowej lub już w wolnej Polsce, i pojawiła się na Uniwersytecie około połowy lat 30. Stanowiła ona produkt postępującej w tym czasie modernizacji społecznej ze wszystkimi jej dobrymi i złymi skutkami: dynamizmem, otwarciem na nowoczesność, ale również sympatiami dla tendencji totalitarnych.

Pochodzenie geograficzne studentów

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne w statystykach sporządzanych przez Uniwersytet Warszawski, według wzoru wprowadzonego przez MWRiOP, studentów dzielono w zależności od miejsca urodzenia na pochodzących z Warszawy, Kongresówki, Wielkopolski, Małopolski, Kresów Wschodnich oraz z zagranicy. Nie jest w pełni jasne, jakie konkretnie obszary zaliczano do poszczególnych kategorii – tym bardziej że dokonywali tego sami studenci, wypełniając odpowiedni formularz. Formalnie rzecz biorąc, np. Białystok i Grodno znajdujące się w czasach carskich poza granicami Kongresówki powinny zostać uznane za „Kresy”, co jednak kłóciło się tak z potocznymi odczuciami, jak i podziałem administracyjnym kraju po odzyskaniu niepodległości. Nie wiadomo też, czy przez Kresy rozumiano tylko terytorium państwa polskiego, czy również tereny położone na wschód od granicy ryskiej, które należały do Rzeczpospolitej przed rozbiorami. Małopolska, utożsamiana z dawną Galicją, obejmowała z kolei również województwa lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie, zaś Wielkopolska, jak należy sądzić, także województwa pomorskie i śląskie.

Główne zaplecze rekrutacyjne Uniwersytetu stanowiła Warszawa, skąd wywodziło się 16 632 (29%) słuchaczy immatrykulowanych w latach 1915–1939. Statystyki uniwersyteckie nie podają niestety, ilu studentów mieszkało w stolicy przed podjęciem studiów, lecz z pewnością było ich więcej niż urodzonych tam, chociażby ze względu na dość liczny napływ do miasta Polaków z Rosji i ziem wschodnich, które po 1921 r. znalazły się poza granicami Rzeczypospolitej. Osoby urodzone w Warszawie występowały szczególnie licznie wśród pierwszego rocznika przyjętego na uczelnię (blisko 51%), co stosunkowo łatwo wytłumaczyć trwającymi wtedy działaniami wojennymi, utrudniającymi kandydatom spoza stolicy podejmowanie studiów poza miejscem zamieszkania. Po odzyskaniu niepodległości i zakończeniu wojny bolszewickiej udział rozpoczynających studia, którzy urodzili się w Warszawie, wyraźnie spadł i oscylował między 25% w 1935 r. a 31% w 1931 r.169. Wahania te miały niewątpliwie związek z aktualną sytuacją gospodarczą kraju: liczba studentów spoza stolicy malała w latach kryzysu, ponieważ ze względu na konieczność samodzielnego utrzymania się w wielkim mieście było im trudniej pozwolić sobie na studia niż warszawiakom mieszkającym przy rodzinach.

W grupie studentów spoza Warszawy najliczniejsi byli urodzeni na terenach Kongresówki. W roku akademickim 1921/1922 stanowili oni 38% ogółu słuchaczy, w późniejszych latach ich odsetek dochodził nawet do 47%. Łącznie z osobami urodzonymi w stolicy, z byłego Królestwa Polskiego wywodziło się zatem w poszczególnych latach akademickich ogółem od 72% do 80% studentów170.

Wśród Kongresowiaków drugą pod względem liczebności grupą po warszawiakach byli w latach 1915–1939 słuchacze urodzeni w Łodzi; w liczbie 2932 stanowili oni 5,1% ogółu immatrykulowanych. Po kilkuset studentów wywodziło się z innych większych miast dawnego Królestwa Polskiego: 774 z Lublina (1,4%), 688 z Częstochowy (1,2%), 617 z Radomia (1,1%), 589 z Piotrkowa (1%), 490 z Płocka (0,9%), 388 z Kielc (0,7%), 376 z Siedlec (0,7%), 368 z Kalisza (0,7%), 333 z Sosnowca (0,6%), a 340 także z Białegostoku (0,6%), który przed 1918 r. znajdował się na ziemiach wcielonych bezpośrednio do Cesarstwa Rosyjskiego. Mniej licznie reprezentowani byli wśród słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego mieszkańcy Włocławka (282), Łomży (262), Skierniewic (176), Zamościa (173), Mławy (168), Łowicza (164), Pułtuska (140), Pabianic (132), Chełma (121), Konina (120), Ciechanowa (118), Będzina (117), Kutna (114), Żyrardowa (114), Zawiercia (113), Suwałk (109) i Zgierza (106). Po kilkadziesiąt osób przybyło wreszcie na studia z pomniejszych miast i miasteczek Kongresówki, takich jak Łuków, Gostynin, Pruszków, Ostrowiec, Dąbrowa Górnicza, Sochaczew, Przasnysz i wiele innych171.

Tabela 5. Pochodzenie terytorialne studentów UW z uwzględnieniem płci w roku akademickim 1932/1933

  Liczba mężczyzn Odsetek mężczyzn Liczba kobiet Odsetek kobiet Liczba słuchaczy ogółem Odsetek słuchaczy ogółem
Warszawa 1643 27,7% 1449 36,5% 3092 31,2%
Kongresówka 2588 43,6% 1480 37,3% 4068 41,1%
Wielkopolska 109 1,8% 43 1,1% 152 1,5%
Małopolska 514 8,7% 249 6,3% 763 7,7%
Kresy Wschodnie 519 8,7% 298 7,5% 817 8,2%
Zagranica 562 9,5% 454 11,4% 1016 10,3%
Ogółem 5935 100% 3973 100% 9908 100%

Źródło: AUW, AcUW/RP 65, wykaz studentów za rok 1932/1933.

Po 1921 r. stosunkowo liczną grupą studentów, sięgającą 10% ogółu immatrykulowanych, były osoby urodzone na Kresach Wschodnich172. Należy przypuszczać, że spora część z nich już przed podjęciem studiów mieszkała w Warszawie, dokąd trafiła – najczęściej mocno spauperyzowana – w następstwie I wojny światowej, rewolucji w Rosji i wojny bolszewickiej. Inni przeprowadzili się do Warszawy ze względu na kariery zawodowe rodziców. Tych, którzy nie tylko urodzili się na Kresach, ale również nadal tam zamieszkiwali, przyciągało prawdopodobnie na Uniwersytet Warszawski jego stołeczne usytuowanie, związany z nim prestiż i nadzieja lepszych perspektyw na pracę w przyszłości. Podobne mechanizmy występowały w przypadku studentów wywodzących się z Małopolski. Wskazuje na to wzrost ich odsetka z około 4% na początku lat 20. do prawie 8% dekadę później173.

Warto zauważyć, iż zarówno w przypadku osób mieszkających na Kresach Wschodnich, jak i w Małopolsce, udanie się na studia do Warszawy było opcją trudniejszą i wymagającą większych nakładów finansowych niż wyjazd na bliżej położone uczelnie: Uniwersytet Stefana Batorego, Uniwersytet Jagielloński czy Uniwersytet Jana Kazimierza. Mimo to, w całym okresie 1915–1939 na Uniwersytet Warszawski zapisało się 263 studentów urodzonych w Wilnie, 431 we Lwowie, 327 w Krakowie, 143 w Grodnie, 140 w Pińsku, 101 w Stanisławowie, 51 w Tarnopolu i 41 w Łucku, by wymienić tylko ważniejsze miasta Polski wschodniej i południowej174.

Wykres 2. Pochodzenie terytorialne studentów UW (rok akademicki 1932/1933)

Co ciekawe, atrakcyjność stolicy niemal zupełnie nie działała natomiast na osoby pochodzące z dawnego zaboru pruskiego, jakkolwiek utworzony w 1919 r. Uniwersytet Poznański nie mógł się poszczycić takimi tradycjami jak uczelnie w Krakowie, Wilnie czy Lwowie. Według statystyk uniwersyteckich z Wielkopolski wywodziło się na początku lat 20. 2,3% studentów, później odsetek ten spadł do 1,5%175. W całym okresie 1915–1939 z Poznania pochodziło zaledwie 45 osób immatrykulowanych na Uniwersytecie Warszawskim, z Bydgoszczy – 17, z Torunia – 14, z Grudziądza – 10, zaś z Katowic – 8. Z pomniejszych miast i miasteczek Wielkopolski i Pomorza na studia do Warszawy wyjechało dosłownie po parę osób176. Wskazuje to na bardzo silnie poczucie odrębności regionalnej wśród mieszkańców dawnego zaboru pruskiego, którzy ponadto prawdopodobnie niekiedy wciąż chętniej wybierali naukę w Berlinie, Wrocławiu lub innych niemieckich ośrodkach akademickich.

Zaskakująco wysoki wydaje się, na pierwszy rzut oka, odsetek studentów Uniwersytetu Warszawskiego urodzonych za granicą. Na początku lat 20. wynosił on blisko 8%, a w ciągu 10 następnych lat wzrósł nawet do ponad 10%. W sporym stopniu był on, jak należy przypuszczać, dziedzictwem rozbiorów, podczas których wielu Polaków los rozrzucił po licznych krajach, w tym zwłaszcza po państwach zaborczych, skąd różnymi drogami trafiali później do ojczyzny. Największą grupę wśród pochodzących z zagranicy słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego stanowiły osoby urodzone w Rosji (nie licząc Kongresówki i Kresów, o których była już mowa wcześniej). Z samych tylko większych miast imperium carskiego wywodziło się ponad 3% studentów, w tym 528 z Kijowa, 306 z Petersburga i 293 z Moskwy177. Do rzadkości nie należeli jednak słuchacze, którzy przyszli na świat w miejscowościach dziś dla nas tak egzotycznych jak Charbin, Archangielsk, Tomsk czy Taszkient.

Obok potomków zesłańców, urzędników, albo wojskowych w służbie carskiej, pochodzenie z Rosji deklarowali także studenci z polskich rodzin osiadłych od wieków na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. Przykładem może być Tadeusz Manteuffel, późniejszy wybitny historyk średniowiecza, profesor i kronikarz Uniwersytetu. Urodzony w 1902 r. w Rzeżycy w Inflantach Polskich (obecnie Rēzkene na Łotwie), już przed wybuchem I wojny światowej rozpoczął naukę w gimnazjum w Warszawie, skąd jednak przed zajęciem miasta przez wojska niemieckie latem 1915 r. ewakuował się wraz z rodziną do Petersburga. Do Polski wrócił dopiero jesienią 1918 r. i uzyskawszy rok później maturę, wstąpił na Wydział Filozoficzny UW178. Młodszy od niego o 11 lat Józef Garliński – też znany historyk, specjalizujący się po latach w dziejach II wojny światowej – już po traktacie ryskim wraz z najbliższymi opuścił, nie bez przygód zresztą, spustoszony majątek w Garlinach na ziemi kijowskiej i przez zieloną granicę przedostał się do Polski179. Losy obu, podobnie jak wielu innych studentów Uniwersytetu Warszawskiego z „zagranicy”, stanowiły przeskok z zanikającego szlacheckiego świata I Rzeczypospolitej ku rodzącej się nowoczesności II Rzeczypospolitej.

Nie wszyscy studenci urodzeni za granicą byli oczywiście Polakami – znajdowali się wśród nich również obywatele innych państw. Na podstawie danych, jakimi dysponujemy dla początku lat 30., możemy wyróżnić wśród nich 3 grupy, liczące wówczas w sumie 59 osób (0,7% wszystkich słuchaczy). Pierwszą z nich, bardzo nieliczną (8 osób), stanowili studenci deklarujący przynależność państwową rosyjską lub ukraińską. Byli oni de facto bezpaństwowymi emigrantami, których rodziny znalazły w Polsce schronienie przed bolszewikami. Podejmowali naukę na Uniwersytecie na takich samych prawach jak Polacy, lecz stanowili wyraźnie odrębne środowisko. Wydawali nawet własne gazety.

Drugą grupę tworzyli studenci narodowości polskiej lub pochodzenia polskiego będący obywatelami innych państw, a także cudzoziemcy, których jeden z rodziców był Polakiem. W roku akademickim 1931/1932 było ich 26, w tym 12 z Łotwy, 5 z Litwy, 6 z Czechosłowacji, 2 z Rumunii i 1 ze Stanów Zjednoczonych180. Nietrudno zauważyć, że pochodzenie studentów o polskich korzeniach dość wiernie odzwierciedlało ówczesną geografię rozmieszczenia mniejszości polskich w krajach ościennych. Niektórzy z nich trafili do Warszawy w wyniku przeprowadzki rodziny, np. George Chitulescu, który z tego względu przeniósł się w 1929 r. z uniwersytetu w Bukareszcie na Wydział Lekarski UW181. Większość jednak zapisywała się na Uniwersytet Warszawski, chcąc uzyskać wyższe wykształcenie w języku ojczystym, co nie było możliwe w państwach, z których pochodzili. Przykładem może być urodzony w Trzyńcu na Śląsku Cieszyńskim Karol Klus, który w 1930 r. przyjechał studiować na Uniwersytecie Warszawskim teologię protestancką, najpewniej z zamiarem późniejszego powrotu do Czechosłowacji i podjęcia pracy jako pastor wśród tamtejszych Polaków182. W innych przypadkach podjęcie nauki wiązało się z decyzją o trwałej reemigracji do Polski. Znajdował się wśród nich m.in. obywatel brytyjski Ryszard Truszkowski, późniejszy docent na Wydziale Lekarskim. Zapisał się on na Uniwersytet Warszawski mając za sobą ukończone studia chemiczne na University College w Londynie. W 1925 r. podjął jako asystent pracę na Wydziale Weterynaryjnym UW, 2 lata później obronił doktorat na Wydziale Przyrodniczym, a w 1930 r. przeniósł się na Wydział Lekarski na stanowisko starszego asystenta, a równocześnie rozpoczął tam studia medyczne, które ukończył w 1935 r., zdobywając trzeci już z kolei dyplom doktorski183. Wiek XX pisał jednak swoje własne scenariusze na przekór ludzkim planom: Klus po 1945 r. trafił nie na Zaolzie, lecz do Kluczborka, na tzw. ziemie odzyskane, gdzie organizował parafię ewangelicką dla ludności autochtonicznej184, natomiast Truszkowski objął w czasie wojny odpowiedzialną funkcję dowódczą w brytyjskich służbach specjalnych, organizując m.in. w czerwcu 1940 r. ewakuację z Francji do Anglii polskiego premiera i naczelnego wodza, gen. Władysława Sikorskiego185.

Poniekąd najciekawszą, a jednocześnie najbardziej zróżnicowaną i barwną grupę stanowili studenci cudzoziemscy, niedeklarujący polskiego jako języka ojczystego, ani bliższych związków rodzinnych z Polską. Na początku lat 30. było wśród nich 5 Anglosasów, 2 Bułgarów, 2 Francuzów, Estończyk, Grek, Ormianin, Rumun, Serb, Węgier, a nawet Chińczyk. Część z nich przybywała na Uniwersytet Warszawski jako stypendyści rządu polskiego, najczęściej aby kontynuować tu studia historyczne bądź polonistyczne. Zaliczali się do nich m.in. Francuzi Jacques Arnaudies i Solange Beaulieux z podyplomowej École Nationale des Langues Orientales Vivantes w Paryżu, których dziś uznalibyśmy raczej za doktorantów niż studentów (Arnaudies tytułował się nawet, zdecydowanie nieco na wyrost, profesorem)186. Stypendystą władz RP był również najbardziej egzotyczny słuchacz UW w dwudziestoleciu międzywojennym, Yu Houo Joei. Po ukończeniu Uniwersytetu Francusko-Chińskiego w Pekinie podjął on studia doktoranckie w Lyonie, skąd przyjechał do Warszawy na rok akademicki 1931/1932. Na Wydziale Humanistycznym uczęszczał na wykłady z literatury polskiej. Później pracował na uczelni jako lektor języka chińskiego187. Z kolei Ernst Bahr, Niemiec z Wolnego Miasta Gdańska studiujący germanistykę, filozofię i historię na tamtejszej politechnice, zapisał się na własną rękę na Wydział Humanistyczny UW, uczęszczając w roku akademickim 1933/1934 m.in. na zajęcia z dziejów nowożytnych, etnografii i literatury staropolskiej, jak również na zajęcia z języka polskiego dla cudzoziemców. Najwyraźniej okazały się one przydatne, gdyż już po wojnie Bahr stał się dość znanym w Niemczech Zachodnich specjalistą od historii Polski, blisko powiązanym ze Związkiem Wypędzonych188.

Odrębną kategorią studentów cudzoziemskich byli słuchacze Studium Teologii Prawosławnej z Bałkanów i Europy Południowo-Wschodniej, przyciągnięci do Warszawy, jak należy przypuszczać, renomą tego wydziału. Podobnie jak w przypadku Ilie Băcioiu z Rumunii, stypendysty tamtejszego patriarchy, studia na Uniwersytecie Warszawskim stanowiły dla nich ważny etap kariery duchownej189.

38. Chiński student UW Yu Houo Joei, późniejszy lektor języka chińskiego, na wycieczce w Krakowie, sierpień 1930 r.

Wspomnieć trzeba wreszcie o obcokrajowcach, którzy wstąpili na uczelnię na skutek zbiegu okoliczności. Przykładem może być jeden ze studentów jugosłowiańskich, który przyjechał do Warszawy do brata, sekretarza tamtejszego poselstwa i w październiku 1934 r. zapisał się na Wydział Farmaceutyczny UW. Po przeniesieniu brata rok później do Belgradu znalazł się w trudnych warunkach materialnych, utrzymując się tłumaczeniami z greki, tureckiego, rumuńskiego i bułgarskiego, dopóki nie otrzymał stypendium Federacji Słowiańskich Farmaceutów w Warszawie. Najwyraźniej jednak jego sytuacja nie uległa trwałej poprawie, gdyż w czerwcu 1937 r. został zawieszony w prawach akademickich w wyniku oskarżenia o przywłaszczenie cudzego mienia. Wkrótce potem otrzymał świadectwo odejścia z Uniwersytetu i zapewne powrócił do swej ojczyzny190.

Podsumowując, można powiedzieć, iż w okresie międzywojennym Uniwersytet Warszawski był ośrodkiem akademickim o znaczeniu przede wszystkim regionalnym. Jego studenci rekrutowali się głównie z terenów dawnej Kongresówki oraz, w mniejszym stopniu, z ziem wschodnich II Rzeczpospolitej. Uczelnia przyciągała również polskich repatriantów z Rosji, a także Polaków pochodzących z innych państw. Gościła też niewielką liczbę studentów cudzoziemskich, przeważnie zainteresowanych kulturą i dziejami Polski.

Struktura płci studentów

Międzywojenny Uniwersytet Warszawski był widownią postępującej emancypacji kobiet, które – w przeciwieństwie do czasów carskich – miały prawo się nań zapisywać już od momentu reaktywacji uczelni przez niemieckie władze okupacyjne w 1915 r. Wśród ogółu immatrykulowanych w latach 1915–1939 znalazło się ich 21 379, czyli 37%191. W ogólnym rozrachunku kobiety stanowiły zatem wciąż jeszcze mniejszość, systematycznie wzrastał jednak, mimo pewnych wahań, ich odsetek wśród osób wstępujących na studia. W 1915 r. wynosił on 9,6%, w 1921 r. – 37%, dekadę później – 43,3%, a w 1938 r., po wcześniejszym wyrównaniu spadku, do jakiego doszło w połowie lat 30. – aż 47,2%192.

Tabela 6. Liczba i odsetek kobiet wśród studentów UW 1915–1939

Rok akademicki Liczba kobiet Odsetek kobiet
1915/16 94 9,0%
1916/17 180 11,1%
1917/18 404 18,2%
1918/19 1084 23,7%
1919/20 1626 35,0%
1920/21 2086 33,6%
1921/22 2480 34,3%
1922/23 2936 34,1%
1923/24 2985 34,9%
1924/25 2947 36,2%
1925/26 3137 36,8%
1926/27 3253 36,0%
1927/28 3353 35,8%
1928/29 3466 37,8%
1929/30 3551 38,9%
1930/31 3620 39,5%
1931/32 3546 41,2%
1932/33 3996 40,2%
1933/34 3771 39,4%
1934/35 3736 39,3%
1935/36 3426 36,8%
1936/37 3728 39,8%
1937/38 3700 40,5%
1938/39 3647 42,3%

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936; AUW, AcUW RP/66; SUW 1934/1935 i 1935/1936, s. 45.
Uwaga: zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy.

Wykres 3. Liczba i odsetek studentek UW 1915–1939

Wykres 4. Struktura płci słuchaczy UW 1915–1939

Odpowiednio do tego wzrastał odsetek studentek w skali całej uczelni, który w roku akademickim 1920/1921 przekroczył 33%, dekadę później 39%, natomiast w ostatnim roku akademickim przed wybuchem II wojny światowej osiągnął 42,3%193. Było to zgodne z trendem, który występował w całym kraju, choć Uniwersytet Warszawski wyraźnie wyprzedzał pod względem stopnia feminizacji wszystkie inne polskie uniwersytety, nie mówiąc nawet o politechnikach. W połowie lat 30. wśród państwowych szkół wyższych większym odsetkiem kobiet mogły wykazać się jedynie warszawska Akademia Szkół Pięknych oraz tamtejsza Akademia Stomatologiczna194.

Na Uniwersytecie Warszawskim, podobnie jak na innych uczelniach w II Rzeczypospolitej, kobiety wybierały na ogół inne kierunki studiów niż mężczyźni. Najrzadziej zapisywały się na fakultety teologiczne, co wynikało z faktu, iż kształciły one przede wszystkim przyszłych duchownych: w latach 1915–1939 jedynie 7 pań studiowało na Studium Teologii Prawosławnej, a 4 na Wydziale Teologii Ewangelickiej. Bardzo niewiele z nich, bo tylko 8% w całym badanym okresie, wstąpiło również na weterynarię. Kobiety stanowiły 20% wszystkich immatrykulowanych na Wydziale Prawa (w pierwszym roku akademickim po otwarciu Uniwersytetu studiowały tam tylko 2 kobiety!) oraz 21% na Wydziale Lekarskim. Na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym panie stanowiły w okresie międzywojennym w sumie 38% słuchaczy, a na Wydziale Farmaceutycznym – 46%. Najbardziej sfeminizowane były: Wydział Filozoficzny, gdzie w latach 1915–1927 odsetek studiujących kobiet osiągnął 52%, oraz będący jego kontynuacją Wydział Humanistyczny, na którym analogiczny współczynnik dochodził do 71%195.

Miało to wpływ na strukturę płci na poszczególnych kierunkach. Na Wydziale Prawa w pierwszych latach niepodległości odsetek pań wzrósł skokowo do 18%, lecz już ok. 1922 r. zaczął spadać, aby dopiero na początku lat 30. ustabilizować się na poziomie ok. 20%. Podobna tendencja występowała na Wydziale Lekarskim, gdzie ten sam wskaźnik zmniejszył się z 34% do 19–22%, a także na Wydziale Farmaceutycznym (wzrost do 65% w połowie lat 20., a następnie stopniowy spadek do 40%). Również na Wydziale Filozoficznym – choć już w roku akademickim 1917/1918 uczyło się tam nieco więcej kobiet niż mężczyzn – po gwałtownym wzroście odsetka studiujących płci pięknej do 66% w roku akademickim 1920/1921, w kolejnych latach spadł on do 54%. Dopiero w połowie lat 30., już po podziale Wydziału Filozoficznego na kierunki matematyczno-przyrodniczy i humanistyczny, współczynnik feminizacji umocnił się tam, dochodząc do 47% na pierwszym z nich i do 78% na drugim196.

Tabela 7. Porównanie struktury płci na poszczególnych wydziałach UW w roku akademickim 1928/1929 i 1937/1938

Jednostka Liczba mężczyzn Odsetek mężczyzn Liczba kobiet Odsetek kobiet
1928/1929 1937/1938 1928/1929 1937/1938 1928/1929 1937/1938 1928/1929 1937/1938
Wydział Teologii Katolickiej 59 57 100% 100% 0 0 0% 0%
Wydział Teologii Ewangelickiej 81 82 97,6% 98,8% 2 1 2,4% 1,2%
Studium Teologii Prawosławnej 174 123 100% 98,4% 1 2 0% 1,6%
Wydział Prawa 2260 1795 85% 78,9% 399 480 15% 21,1%
Wydział Lekarski 848 722 81,1% 76,1% 197 129 18,9% 23,9%
Wydział Humanistyczny 928 928 30,5% 33,5% 2117 1839 69,5% 66,5%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 1014 755 63,7% 49,8% 577 760 26,3% 50,2%
Wydział Farmaceutyczny 92 149 35,9% 54,4% 164 125 64,1% 45,6%
Wydział Weterynaryjny 259 303 96,6% 88,3% 9 40 3,4% 11,7%
Ogółem 5715 4914 62,2% 59,3% 3466 3376 37,8% 40,7%

Źródło: Rocznik polityczny i gospodarczy 1939, Warszawa 1939, s. 513; Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936, s. 310.

Tabela 7. Porównanie struktury płci na poszczególnych wydziałach UW w roku akademickim 1928/1929 i 1937/1938

Jednostka Liczba mężczyzn Odsetek mężczyzn
1928/1929 1937/1938 1928/1929 1937/1938
Wydział Teologii Katolickiej 59 57 100% 100%
Wydział Teologii Ewangelickiej 81 82 97,6% 98,8%
Studium Teologii Prawosławnej 174 123 100% 98,4%
Wydział Prawa 2260 1795 85% 78,9%
Wydział Lekarski 848 722 81,1% 76,1%
Wydział Humanistyczny 928 928 30,5% 33,5%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 1014 755 63,7% 49,8%
Wydział Farmaceutyczny 92 149 35,9% 54,4%
Wydział Weterynaryjny 259 303 96,6% 88,3%
Ogółem 5715 4914 62,2% 59,3%

Tabela 7. cd.

Jednostka Liczba kobiet Odsetek kobiet
1928/1929 1937/1938 1928/1929 1937/1938
Wydział Teologii Katolickiej 0 0 0% 0%
Wydział Teologii Ewangelickiej 2 1 2,4% 1,2%
Studium Teologii Prawosławnej 1 2 0% 1,6%
Wydział Prawa 399 480 15% 21,1%
Wydział Lekarski 197 129 18,9% 23,9%
Wydział Humanistyczny 2117 1839 69,5% 66,5%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 577 760 26,3% 50,2%
Wydział Farmaceutyczny 164 125 64,1% 45,6%
Wydział Weterynaryjny 9 40 3,4% 11,7%
Ogółem 3466 3376 37,8% 40,7%

Źródło: Rocznik polityczny i gospodarczy 1939, Warszawa 1939, s. 513; Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936, s. 310.

Jak można zauważyć, w całym okresie 1915–1939 kobiety znacznie rzadziej niż mężczyźni dostawały się na Uniwersytecie Warszawskim na prawo, medycynę, farmację i weterynarię, znacznie częściej niż oni studiowały natomiast nauki humanistyczne. Z danych, jakimi dysponujemy dla roku akademickiego 1934/1935, wynika, iż było to po części efektem dyskryminacji przy naborze na studia. (Kandydatów na studia medyczne, farmaceutyczne i weterynaryjne obowiązywał egzamin wstępny). Można to stwierdzić na podstawie dysproporcji pomiędzy odsetkiem kandydatów jednej i drugiej płci, którzy zostali przyjęci na poszczególne kierunki. Na farmację dostało się bowiem 62% zdających mężczyzn i tylko 27% kobiet, zaś na medycynę odpowiednio 32% i 26%. Różnice te wydają się zbyt duże, aby można było uznać je za efekt przypadku, wszystko wskazuje na to, że na obu tych wydziałach stosowano po cichu rodzaj niepisanego numerus clausus dla płci pięknej. (Potwierdza to także przebieg egzaminów wstępnych na Wydział Lekarski w latach 20., który omawiam w rozdziale poświęconym charakterowi studiów). Dyskryminacja kobiet nie występowała natomiast przy przyjmowaniu na studia prawnicze. Podobnie zresztą działo się w skali całego kraju, przynajmniej w roku, którego dotyczą zachowane dane197.

O ile więc przewaga mężczyzn na medycynie i farmacji była w pewnym stopniu spowodowana zamierzoną polityką rekrutacyjną Uniwersytetu, o tyle na prawie musiała mieć źródło w zjawiskach szerszych, występujących również poza jego murami. Można przypuszczać, że najważniejszy z nich stanowiła męska dominacja w zawodach, do których drogę tradycyjnie otwierało ukończenie tego wydziału. W 1931 r. w całej służbie publicznej II Rzeczypospolitej zatrudnionych było jedynie około 300 kobiet198, głównie na stanowiskach pomocniczych, jako sekretarki, biuralistki itp. Przez całe dwudziestolecie międzywojenne żadna z nich nie została ministrem (nikomu nie śniło się tym bardziej, aby mogła być „ministrą”), dyrektorem departamentu, wojewodą, ani nawet starostą powiatowym czy notariuszem. Tylko jedna kobieta została mianowana prokuratorem, kilka sędziami w sądach dla nieletnich199. Kandydatki na studia wyższe musiały mieć świadomość tego stanu rzeczy, stąd rzadko wybierały prawo jako kierunek dający niewielkie szanse na znalezienie pracy. Podobny mechanizm działał zresztą niewątpliwie – niezależnie od dyskryminacyjnych praktyk przy naborze na studia – również w przypadku medycyny, ponieważ zawód lekarza także należał wówczas do silnie zmaskulinizowanych: w 1938 r. było w Polsce 2034 lekarek, stanowiły one 16% czynnych zawodowo medyków200.

Mutatis mutandis, na tej samej zasadzie wytłumaczyć można, dlaczego kobiety tak często decydowały się na studiowanie na Uniwersytecie nauk humanistycznych i matematyczno-przyrodniczych – oba kierunki przygotowywały do pracy w oświacie, a zawód nauczyciela był w II Rzeczypospolitej bardzo silnie, jak na ówczesne warunki, sfeminizowany. W połowie lat 30. kobiety stanowiły prawie połowę kadry w szkołach powszechnych i 37,5% w średnich ogólnokształcących201. W tym przypadku na rodzaj wybieranych przez kobiety studiów bardzo istotny wpływ miały zatem korzystne perspektywy późniejszego znalezienia pracy w zawodzie. Na rzecz takiego wyboru przemawiały również pozytywistyczne wzorce kulturowe, kształtujące aspiracje wielu kandydatek na studia na wzór Stasi Bozowskiej, bohaterki Siłaczki Żeromskiego. Ideały takie przyświecały np. Marii Eigerównie, która zdecydowała się porzucić przepych fabrykanckiego domu, aby po studiach przyrodniczych na Uniwersytecie szerzyć oświatę w żydowskim sztetlu w Drohiczynie, co jej samej wydało się później podróżą w czasie w mroki średniowiecza202. Nie bez znaczenia był także obowiązujący wówczas wzorzec aktywności zawodowej kobiet, kładący nacisk na pełnienie służby wobec społeczeństwa kosztem rezygnacji z ambicji osobistych203. Nie ulega jednak wątpliwości, iż większość kobiet podchodziła do nauki na Uniwersytecie bardzo racjonalnie, widząc w niej przede wszystkim szansę zdobycia zawodu pozwalającego na podjęcie pracy zawodowej. Inną rzeczą pozostaje, że wiele z nich rezygnowało później ze swych planów, poświęcając się rodzinie, nie mogąc uzyskać etatu itp.

Nie udało mi się odnaleźć żadnych dokumentów, które stanowiłyby oficjalną podstawę prawną dyskryminacji kobiet podczas rekrutacji na kierunki takie jak medycyna i farmacja. Jak się wydaje, tego rodzaju praktyki miały raczej charakter odruchowy i nie musiały być odgórnie wprowadzane, gdyż wynikały z konsensu zasiadających w komisjach profesorów, którzy oceniali kandydatki na studia bardziej krytycznie niż kandydatów płci męskiej. Źródłem takiej postawy mogło być przekonanie, iż kierunki te, jako zbyt trudne lub odpowiedzialne, nie są przeznaczone dla kobiet, studiuje ich już tam zbyt wiele, albo że w ogóle nie powinny one podejmować nauki w szkołach wyższych. Uprzedzeniom takim dawano wyraz zupełnie otwarcie, na ogół jednak starając się je na różne sposoby zracjonalizować. Przykładem może być sprawozdanie rektora Franciszka Krzyształowicza, profesora Wydziału Lekarskiego UW, za rok akademicki 1924/1925, w którym następująco komentuje on wzrastający odsetek studentek: „Pragnę na chwilkę zatrzymać się na tym fakcie wzmagającej się frekwencji kobiet na Uniwersytecie, co można rozpatrywać z rozmaitych stron. W każdym razie objaw ten nie zdaje się być zdrowym, bo jest to dążność kobiet do pracy najczęściej nieproduktywnej z dużym nakładem pracy i wysiłków w kierunku umysłowym i ekonomicznym. Wysiłek ten dotyczy nie tylko oddzielnych osobników, ale i Państwa, bo studia uniwersyteckie kosztują Państwo b. dużo, muszą zatem dawać maximum wyników. Poddaję to pod rozwagę tych pań, które tą sprawą w szczególności się zajmują i potrafią ocenić, czy ten ruch usamodzielniania kobiet postępuje w odpowiednim kierunku i czy jest w swej większości produktywnym dla życia społecznego”204.

Podobnie uważał inny z rektorów, profesor filologii klasycznej Gustaw Przychocki, który z kolei utyskiwał, iż „kończące studia kobiety z tych czy innych powodów swych dyplomów nie wykorzystują” – a więc, w domyśle, ich kształcenie nie jest decyzją racjonalną205. Choć dziś poglądy takie uznane zostałyby za przejaw seksizmu, w tamtych czasach mieściły się w granicach poprawności politycznej, brak jest bowiem świadectw, by wywołały czyjekolwiek oburzenie. Przekładały się one, rzecz jasna, na traktowanie studentek podczas studiów, o czym będzie mowa w jednym z dalszych rozdziałów.

Struktura miejsca zamieszkania kobiet studiujących na Uniwersytecie Warszawskim była inna niż w przypadku mężczyzn. Przede wszystkim, znacznie większy był wśród nich odsetek osób pochodzących ze stolicy. W 1915 r. studentki urodzone w Warszawie stanowiły 57% wszystkich immatrykulowanych wtedy pań, podczas gdy dla mężczyzn wskaźnik ten wynosił 50%. W 1921 r. było to odpowiednio 36% i 25%, w 1926 r. – 32% i 25,5%, w 1931 r. – 38% i 26%, w 1935 r. – 30% i 22%, a w 1938 r. – 36% i 22%. W całym okresie międzywojennym z Warszawy pochodziło bez mała 35% słuchaczek oraz 25% słuchaczy Uniwersytetu206. Relatywnie mniej kobiet niż mężczyzn wywodziło się natomiast z dawnej Kongresówki, spoza stolicy. W połowie lat 20. osoby urodzone na tych terenach stanowiły 38% wszystkich studiujących na UW kobiet i aż 50% mężczyzn. Odsetki studentów obojga płci z bardziej odległych części kraju były do siebie zbliżone i wynosiły wówczas nieco mniej niż 20%. W ciągu kolejnych 8 lat sytuacja zmieniła się częściowo, do czego przyczynił się liczniejszy napływ słuchaczy spoza Kongresówki. Wciąż jednak z prowincji pochodziło relatywnie mniej kobiet niż mężczyzn, którzy uczyli się na Uniwersytecie207.

Fakty te mówią sporo o różnej mobilności społecznej obu płci i jej odmiennej dynamice. Nietrudno bowiem zauważyć, że od początku lat 30. kobiety urodzone poza stolicą coraz rzadziej zapisywały się na uczelnię, podczas gdy odsetek wywodzących się stamtąd mężczyzn systematycznie rósł, mimo przejściowych wahań. Wynikało to z kilku przyczyn. W realiach międzywojennych, a zwłaszcza w czasach wielkiego kryzysu, który dotarł do Polski na początku lat 30., młodym kobietom z prowincji trudniej było utrzymać się samodzielnie w Warszawie, gdyż – poza korepetycjami – większość prac dorywczych, jakie musieli podejmować studenci, była na ogół typowo męska. Po drugie, rodziny dysponujące ograniczonymi środkami materialnymi wolały inwestować w wykształcenie synów niż córek, wychodząc zapewne z założenia, iż mężczyzna będzie musiał utrzymać w przyszłości rodzinę, natomiast kobieta będzie żyć przy mężu. „Mój ojciec uważał, że kobieta nie potrzebuje kończyć nawet gimnazjum, bo i tak niedługo wyjdzie za mąż i urodzi dzieci” – relacjonuje jedna z ówczesnych studentek, która mogła podjąć naukę na UW wyłącznie dzięki uporowi matki208. Przeciwni studiom córki byli również rodzice Marii Niedźwieckiej (później Ossowskiej), w czym wybitna socjolożka upatrywała później przyczyny dręczącego ją długo kompleksu niższości wobec mężczyzn209. Wiązało się to z patriarchalnym modelem ról genderowych, który na prowincji był bardziej rozpowszechniony niż w stolicy, co uznać można za trzeci z powodów zmniejszania się napływu kandydatek na studia spoza Warszawy.

Studiujące na Uniwersytecie Warszawskim kobiety wyróżniały się na tle swych kolegów relatywnie większą zamożnością środowiska rodzinnego. Na fakt ów zwrócił uwagę pod koniec lat 20. w swym sprawozdaniu rektor Przychocki210, lecz brak jest na ten temat precyzyjnych danych szczegółowych. Można jednak zakładać, że sytuacja na UW nie odbiegała pod tym względem od realiów panujących w całym szkolnictwie wyższym, gdzie aż 80% studentek pozostawało na utrzymaniu rodzin, podczas gdy komfort taki miało jedynie 65% studentów płci męskiej211. Z liczb tych wynika pośrednio, iż wysłanie na Uniwersytet córki było większym luksusem niż kształcenie syna, gdyż częściej wymagało utrzymywania jej aż do końca nauki. Mogły sobie na to pozwolić tylko niektóre rodziny, skutkiem czego na Uniwersytecie studiowało więcej zamożnych kobiet niż mężczyzn. Fakt ten wyjaśnia zarazem, dlaczego studentki UW, częściej niż ich koledzy, pochodziły z Warszawy: w stolicy znajdowało się największe skupisko ludzi na tyle dobrze sytuowanych, aby zapewnić wykształcenie wyższe swoim dzieciom, niezależnie od ich płci. Jednocześnie było to dla nich przedsięwzięcie mniej kosztowne niż w przypadku osób pochodzących z prowincji, gdyż nie wymagało ponoszenia wydatków związanych z zakwaterowaniem i wyżywieniem dziecka w obcym mieście.

Kobietom było trudniej ukończyć Uniwersytet niż mężczyznom. Znacznie częściej niż oni „wykruszały się” w trakcie nauki, co widać było już w pierwszych latach niepodległości, kiedy to na różnych wydziałach najpierw gwałtownie wzrósł, a potem równie szybko zmniejszył się odsetek słuchaczek. Tendencja ta utrzymała się do końca lat 30. W ostatniej dekadzie przed wybuchem wojny studia kończyło każdego roku od 8% do 10,4% studentek, podczas gdy podobny wskaźnik dla mężczyzn wahał się od 9% do i6%212. Potwierdzają to statystyki dostępne w uniwersyteckiej bazie danych: jedynie w roczniku rozpoczynającym naukę w 1916 r. zdarzyło się, że odsetek studentek, którym udało się dotrwać na uczelni do uzyskania dyplomu, był większy, niż miało to miejsce w przypadku ich kolegów. W późniejszych latach dysproporcja ta kształtowała się na niekorzyść płci pięknej i sięgała od kilku do kilkunastu punktów procentowych. W skali całego okresu międzywojennego wynosiła ona 9% – Uniwersytet ukończyło 11 435 wszystkich immatrykulowanych w latach 1915–1939 mężczyzn i 4842 kobiet, co stanowiło odpowiednio 31,7% oraz 22,7%213.

Tabela 8. Absolwenci UW wg płci i roku immatrykulacji 1915–1939

Rok Liczba osób immatrykulowanych w danym roku, które ukończyły studia przed 1 IX 1939 r. Odsetek osób immatrykulowanych w danym roku, które ukończyły studia przed 1 IX 1939 r.
kobiety mężczyźni kobiety mężczyźni
1915 47 467 43,9% 46,6%
1916 49 284 51,0% 43,6%
1917 88 269 34,8% 41,1%
1918 203 544 27,0% 32,6%
1919 208 400 27,4% 32,8%
1920 36 137 22,5% 35,3%
1921 321 930 19,9% 34,2%
1922 232 703 22,8% 31,9%
1923 250 650 24,0% 34,0%
1924 328 644 32,9% 39,3%
1925 328 630 32,9% 37,9%
1926 344 760 31,7% 39,2%
1927 367 781 32,3% 41,3%
1928 396 659 35,6% 41,6%
1929 369 702 31,1% 42,5%
1930 398 786 28,8% 39,9%
1931 314 668 22,8% 37,1%
1932 267 542 23,2% 32,1%
1933 154 398 15,7% 29,1%
1934 102 293 11,9% 20,5%
1935 34 152 4,5% 10,9%
1936 12 37 1,5% 2,6%
1937 9 15 1,1% 1,2%
1938 0 3 0,0% 0,3%
1939 0 0 0,0% 0,0%
Ogółem 4842 11 435 22,7% 31,7%

Źródło: Opracowane własne na podstawie danych USOS.

Kobiety studiowały także przeciętnie dłużej niż mężczyźni, zwłaszcza w pierwszych latach po uruchomieniu Uniwersytetu Warszawskiego przez Niemców w 1915 r. Wśród słuchaczek immatrykulowanych w 1921 r. mediana czasu nauki poprzedzającej uzyskanie dyplomu wynosiła 7 lat i była o 2 lata wyższa niż w przypadku ich kolegów. W trakcie kolejnych 10 lat dysproporcja ta została wprawdzie niemal zupełnie zniwelowana, ale trzeba pamiętać, że część mężczyzn przerywała naukę ze względu na konieczność odbycia zasadniczej służby wojskowej, a zatem nawet kończąc Uniwersytet po tylu latach, co ich koleżanki, studiowali de facto krócej od nich o rok214.

Przyczyn opisanych powyżej zjawisk – większego „wykruszania się” kobiet w czasie studiów i ich dłuższego, niż w przypadku mężczyzn, studiowania – szukać należy w nierównym położeniu obu płci. Kobiety częściej przerywały naukę, gdy pogarszała się sytuacja materialna ich rodzin, ponieważ miały znacznie mniejsze szanse niż ich koledzy na znalezienie dorywczej pracy, pozwalającej samodzielnie sfinansować studia i utrzymać się w Warszawie. Inną przyczyną było zamążpójście, po którym nie zawsze mogły kontynuować naukę, chociażby ze względu na macierzyństwo. Nie każda studentka miała pod tym względem takie szczęście jak Irena Krzyżanowska, która po zawieszeniu w prawach studenckich na Wydziale Prawa już jako mężatka, Krzyżanowska-Sendlerowa, powróciła na Uniwersytet i w 1939 r. ukończyła Wydział Humanistyczny215.

Podsumowując, chociaż Uniwersytet Warszawski był najbardziej sfeminizowaną uczelnią wyższą przedwojennej Polski, a pod koniec lat 30. studiowało na nim niemal tyle samo kobiet, co mężczyzn, sytuacja słuchaczek różniła się w zależności od wydziału. Na niektórych kierunkach stanowiły one większość, na innych wciąż pozostawały zaledwie tolerowaną mniejszością, której liczebność ograniczano poprzez dyskryminacyjne praktyki w trakcie naboru na studia. Przede wszystkim jednak na sytuację studentek Uniwersytetu negatywnie rzutowało ogólne położenie kobiet w ówczesnym społeczeństwie, które, jak trafnie ujmuje to tytuł poświęconej tej problematyce monografii, miały równe z mężczyznami prawa, lecz nierówne szanse.

Struktura wyznaniowa i narodowościowa studentów

Wielonarodowy i wielowyznaniowy charakter przedwojennej Polski przekładał się na strukturę narodowościową słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego. Obok Polaków, którzy od momentu odzyskania niepodległości stanowili zdecydowaną większość słuchaczy, studiowali tu przede wszystkim Żydzi, a ich obecność stanowiła od lat 20. powód coraz bardziej gwałtownych ataków ze strony prawicy. Odsetek pozostałych narodowości był natomiast bardzo niewielki i nie miał w praktyce wpływu na sytuację panującą na uczelni.

Na Uniwersytecie Warszawskim pochodzenie studentów określano na podstawie ich wyznania, uznając za Żydów wszystkich, którzy zadeklarowali religię mojżeszową w wypełnianych przez siebie ankietach personalnych. Formalnie rzecz biorąc, nie stawiano znaku równości pomiędzy wyznaniem a narodowością (w drugiej połowie lat 30. rozróżniano je nawet wyraźnie w kwestionariuszach osobowych216), postępowano tak jednak w praktyce. Była to interpretacja szersza, niż gdyby za kryterium żydowskości przyjęto język lub subiektywną świadomość narodową, wykluczała bowiem z grona Polaków nawet całkowicie zasymilowane osoby wyznania mojżeszowego, o ile nie dokonały wcześniej konwersji na chrześcijaństwo. Wynikało to pozornie z przyczyn praktycznych (kryterium wyznaniowe uznać można w ówczesnych warunkach za najbardziej zobiektywizowane), wpisywało się też jednak w antysemickie tendencje, coraz wyraźniej widoczne w kraju już w latach 20. Władze Uniwersytetu Warszawskiego co najmniej od lat 30. w osobach wyznania mojżeszowego widziały raczej „Żydów” niż „żydów”. Nie traktowały ich też jako takich samych obywateli Rzeczpospolitej jak studentów pozostałych wyznań, ale konsekwentnie wyszczególniały ich jako osobną kategorię w większości zestawień statystycznych. W pracy tej dla uproszczenia, w ślad za ówczesnym uzusem, posługuję się zamiennie pojęciami „osoby wyznania mojżeszowego” i „Żydzi”, choć nie każdy studiujący na Uniwersytecie Żyd musiał wyznawać religię mojżeszową, ani też nie każdy wyznawca tej religii musiał uważać się za Żyda w sensie etnicznym.

Od 30 IV 1923 r. wyznanie odnotowywano oficjalnie w matrykułach przy nazwisku każdego słuchacza. Władze Uniwersytetu dysponowały jednak odpowiednimi danymi również dla lat wcześniejszych, o czym świadczą częściowo zachowane zestawienia studiujących217 oraz statystyki zamieszczone w monografii uczelni przygotowanej w połowie lat 30. przez Tadeusza Manteuffla. Do tego czasu sprawa Żydów studiujących w szkołach wyższych stała się jednym z najgłośniejszych problemów polityki wewnętrznej II Rzeczypospolitej, znajdując przełożenie na obsesyjną wręcz (choć skądinąd przydatną dziś bardzo dla historyka) szczegółowość sprawozdań, obejmujących już nie tylko liczbę i odsetek Żydów w skali całego Uniwersytetu i poszczególnych jego wydziałów, ale także dane na temat uzyskanych przez nich dyplomów i przeprowadzonych nostryfikacji dyplomów218. Dane takie gromadzono też i publikowano dla całej oświaty wyższej w państwie. Przypominało to podszyte niepokojem mierzenie poziomu szkodliwej substancji w krwi chorego albo stopnia zanieczyszczenia środowiska naturalnego.

Z czysto statystycznego punktu widzenia można powiedzieć, że ponownie uruchomiony przez Niemców jesienią 1915 r. Uniwersytet Warszawski był uczelnią bardziej „żydowską” niż „polską” – zapisało się nań wówczas 527 studentów wyznania mojżeszowego, którzy stanowili 50,8% ogółu słuchaczy. Sytuację tę uznać należy jednak za wyjątkową. Jak już zostało powiedziane, nieco ponad połowa pierwszego rocznika studentów pochodziła z Warszawy, co – biorąc pod uwagę, iż w tym czasie odsetek żydowskiej ludności miasta wynosił około 40% – musiało skutkować również pewną nadreprezentacją osób wyznania mojżeszowego wśród kandydatów na studia. Pogłębiał ją fakt, iż przed zajęciem Warszawy przez wojska niemieckie w 1915 r. tamtejsza żydowska młodzież męska w znacznie mniejszym stopniu niż polska zmobilizowana została do armii rosyjskiej, była więc liczniej obecna na miejscu w chwili uruchomienia uczelni. W pierwszych latach po otwarciu Uniwersytet przyciągał też prawdopodobnie Żydów relatywnie silniej niż Polaków, ponieważ wcześniej, w czasach carskich byli oni oficjalnie dyskryminowani przy przyjmowaniu na studia, a obecnie mogli „nadrabiać” lata upośledzenia. Należy wreszcie podkreślić, iż nadreprezentacja osób wyznania mojżeszowego występowała w okresie międzywojennym na niemal wszystkich polskich wyższych uczelniach, a zjawisko to miało szersze uwarunkowania kulturowe w postaci etosu nauki i szeroko rozpowszechnionych wśród Żydów strategii awansu społecznego poprzez edukację.

W pierwszych latach funkcjonowania Uniwersytetu Warszawskiego liczba słuchaczy wyznania mojżeszowego systematycznie rosła, dochodząc w roku akademickim 1919/1920 do 1337 osób. W tym samym czasie ich udział względny stopniał jednakże do 28,8%, co było efektem coraz liczniejszego napływu na uczelnię studentów chrześcijańskich (polskich). Po zakończeniu wojny bolszewickiej, w roku akademickim 1920/1921, liczba żydowskich studentów wzrosła skokowo do 2417, czemu towarzyszyła zwyżka o 10 punktów procentowych. Później, mimo że bezwzględna liczba słuchaczy wyznania mojżeszowego zwiększała się aż do 2659 w roku 1922/1923, odpowiadające jej wartości względne spadały, osiągając poziom niecałych 31%. W kolejnych latach, z wyjątkiem roku akademickiego 1932/1933, systematycznie zmniejszała się zarówno liczba żydowskich studentów, jak też ich odsetek w skali Uniwersytetu. W ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej było ich już tylko 1231, co odpowiadało 14,3% ogółu słuchaczy219. Immatrykulowanych zostało wtedy na uczelni zaledwie 342 Żydów – stanowili oni 13,6% wśród nowo przyjętych osób220.

Tabela 9. Liczba i odsetek słuchaczy UW pochodzenia żydowskiego 1915–1939

Rok akademicki Liczba studentów pochodzenia żydowskiego Odsetek studentów pochodzenia żydowskiego
1915/16 527 50,7%
1916/17 774 47,7%
1917/18 1018 45,9%
1918/19 1506 33,0%
1919/20 1337 28,7%
1920/21 2417 38,9%
1921/22 2405 33,2%
1922/23 2659 30,9%
1923/24 2655 31,0%
1924/25 2207 27,1%
1925/26 2170 25,4%
1926/27 2145 23,7%
1927/28 2184 23,3%
1928/29 2182 23,8%
1929/30 2187 24,0%
1930/31 2177 23,8%
1931/32 1968 22,9%
1932/33 2552 25,7%
1933/34 2184 22,8%
1934/35 2009 21,1%
1935/36 1818 19,5%
1936/37 1594 17,0%
1937/38 1427 15,6%
1938/39 1231 14,3%

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936; AUW, AcUW RP/66; SUW 1934/1935 i 1935/1936, s. 45.
Uwaga: zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy.

Przedstawione powyżej zmiany wpisywały się w trendy charakterystyczne dla całej oświaty wyższej na ziemiach polskich, gdzie najpierw w latach 1910/1911–1921/1922 doszło do wzrostu odsetka Żydów na uczelniach z 18,2% do 24,6%, a następnie do jego gwałtownego spadku do 13,2% w roku akademickim 1935/1936. Nawet w połowie lat 30. Uniwersytet Warszawski pozostawał jednak największym skupiskiem studentów wyznania mojżeszowego w całym kraju i drugą po wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego uczelnią państwową z ich największą liczbą względną, dystansując pod tym ostatnim względem Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie oraz Uniwersytet Jagielloński221.

Wykres 5. Liczba i odsetek studentów UW pochodzenia żydowskiego 1915–1939

Wykres 6. Struktura wyznaniowa słuchaczy UW 1915–1939

Niemniej jednak, pomiędzy 1915 a 1939 r. odsetek studentów wyznania mojżeszowego na Uniwersytecie Warszawskim zmniejszył się ponad trzykrotnie, a ich liczba w przededniu wybuchu II wojny światowej była ponad dwukrotnie niższa niż w pierwszej połowie lat 20. Żydzi, z pozycji równorzędnej Polakom grupy słuchaczy, zepchnięci zostali na uczelni do roli niezbyt pokaźnej mniejszości. Była ona wiąż relatywnie liczniejsza niż odsetek Żydów w skali całego państwa, który wynosił wówczas około 10%, ale konfrontowanie obu tych współczynników, co chętnie czyniono, aby uzasadnić potrzebę odgórnego ograniczenia liczby Żydów na Uniwersytecie, wydaje się metodologicznie błędne. Jeżeli już, to odsetek osób wyznania mojżeszowego studiujących na UW należałoby porównywać raczej z liczebnością mniejszości żydowskiej w Warszawie (ok. 30% w 1939 r.) i byłej Kongresówce, skąd, jak zostało wcześniej powiedziane, pochodziło w sumie około trzech czwartych wszystkich słuchaczy. Przyjmując taką perspektywę nietrudno zauważyć, że pod koniec lat 30. Żydzi nie tylko nie byli na Uniwersytecie Warszawskim nadreprezentowani, ale wręcz studiowało ich tam wyraźnie mniej, niż wynikałoby z potencjału ludnościowego mniejszości żydowskiej na terenach będących głównym zapleczem rekrutacyjnym uczelni.

Powyższy stan rzeczy był pochodną całokształtu stosunków polsko-żydowskich w dwudziestoleciu międzywojennym, na który składały się również postawa władz Uniwersytetu Warszawskiego i polskiej większości jego studentów, włącznie z rozgrywającymi się na jego terenie antysemickimi ekscesami. O czynnikach tych będzie jeszcze mowa w dalszej części tego tekstu. W tym miejscu ograniczę się jedynie do omówienia kwestii, czy na uczelni ograniczano w sposób odgórny liczbę słuchaczy pochodzenia żydowskiego.

Żądania wprowadzenia takiej regulacji, zwanej potocznie numerus clausus, stanowiły przez cały okres międzywojenny bardzo ważny punkt programu zarówno polskiej prawicy narodowej, jak i powiązanych z nią, niezwykle prężnych i wpływowych organizacji studenckich, działających również na Uniwersytecie Warszawskim. Wiosną 1923 r. postulat stosownej nowelizacji ustawy o szkołach wyższych z 1920 r. trafił pod obrady Sejmu, gdzie został zaakceptowany przez parlamentarną Komisję Oświatową. Chociaż projekt nie został ostatecznie poddany pod głosowanie ze względu na protesty części środowiska naukowego, lewicy parlamentarnej i Ligi Narodów, ówczesny minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Stanisław Głąbiński wystosował do władz poszczególnych uczelni okólnik, w którym wyraził awansem zgodę na wprowadzanie numerus clausus na mocy decyzji rad wydziałowych. Zgodnie z przedstawioną przez niego wykładnią, ustanawianie takich limitów w pełni dopuszczała obowiązująca ustawa z 1920 r., co było jawną nadinterpretacją, gdyż w rzeczywistości mówiła ona jedynie o możliwości ograniczenia liczby studentów, ale bez stosowania klucza narodowościowego bądź wyznaniowego222.

Ankieta przeprowadzona wcześniej przez sejmową Komisję Oświatową wśród wszystkich szkół wyższych w kraju wykazała, iż zdecydowana większość wydziałów, bo ok. 3/4, rzeczywiście opowiadała się – bezwarunkowo lub warunkowo – za przyjęciem numerus clausus. Na Uniwersytecie Warszawskim rozkład sił był jednak inny, ponieważ regulację taką poparła w pełni jedynie rada Wydziału Teologii Katolickiej, zaś rada Wydziału Lekarskiego uznała, iż poszczególne wydziały mogą przyjmować limity wynikające z odsetka mniejszości żydowskiej w skali całego państwa, lecz nie muszą. Wydziały Teologii Ewangelickiej, Prawa oraz Filozoficzny sprzeciwiły się zasadzie numerus clausus223. Wprawdzie po zamachu majowym MWRiOP wydało w 1927 r. okólnik cofający radom wydziałów prawo ustanawiania takiej zasady224, temat pozostał jednak aktualny, gdyż od początku lat 30. prawica nacjonalistyczna prowadziła praktycznie nieustającą krucjatę w sprawie ograniczenia liczby Żydów na wyższych uczelniach, albo wręcz ich całkowitego stamtąd usunięcia (numerus nullus). Jakkolwiek wydawałoby się to nam dziś zaskakujące i moralnie naganne, przekonanie, iż na uniwersytetach studiuje zbyt wielu słuchaczy tej narodowości, było nieobce nawet ideowym przeciwnikom endecji. Piłsudczyk Bartel, potępiając antysemickie ekscesy jako barbarzyńskie, mówił w 1939 r. w Senacie RP o niezdrowym „przeroście ilościowym Żydów w handlu, przemyśle, rzemiośle i wolnych zawodach”, sugerując, iż rozwiązanie tego problemu przyniosą odpowiednie ograniczenia na wyższych uczelniach225. Również prof. Ludwik Hirszfeld, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, sam pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, wypowiadając się po wojnie na temat numerus clausus, wyrażał się z pewnym zrozumieniem o żądaniu jego wprowadzenia na wydziałach lekarskich ze względu na konieczność zapewnienia odpowiedniej liczby lekarzy dla wsi, gdzie rzekomo nie chcieli podejmować praktyki medycy pochodzenia żydowskiego226.

39. Teczka osobowa Emanuela Ringelbluma z adnotacją „nieprzyjęty z powodu numerus clausus”

Nie są znane uchwały któregokolwiek z wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego ani z lat 20., ani z 30., kiedy uczelnia dosłownie kipiała od antysemickich awantur, które formalnie wprowadzałyby numerus clausus dla osób wyznania mojżeszowego. Faktu takiego nie potwierdzają również żadne inne dokumenty, publikacje prasowe ani wspomnienia. Wzmianki o numerus clausus pojawiają się wprawdzie w niektórych dokumentach, ale wszystko wskazuje na to, iż pojęcia tego użyto w innym znaczeniu. Adnotacja „nieprzyjęty z powodu numerus clausus” znajduje się np. w aktach osobowych Emanuela Ringelbluma, który w 1920 r. bezskutecznie próbował zapisać się na Wydział Lekarski. (W efekcie późniejszy twórca podziemnego archiwum getta warszawskiego wstąpił w 1922 r. na Wydział Filozoficzny, który ukończył 5 lat później, zdobywając zawód historyka)227. Podobny passus pojawia się w sprawozdaniu rektora Antoniewicza za rok akademicki 1936/1937, w którym pisze on o „coraz częściej wprowadzanej selekcji konkursów i tzw. numerus clausus na niektórych wydziałach”228, a także w okolicznościowej publikacji Manteuffla z 1936 r. poświęconej historii Uniwersytetu229. Obowiązywanie takiej zasady na wydziałach: Lekarskim, Farmaceutycznym, Weterynaryjnym i Prawa potwierdzały też władze państwowe z zastrzeżeniem, iż nie jest ona wymierzona w studentów żadnego z wyznań. Istnieje wprawdzie hipoteza, że poufne postanowienie w sprawie ograniczenia liczby przyjmowanych na wyższe uczelnie Żydów przyjęto 5 X 1937 r. na tej samej konferencji rektorów, na której zadecydowano o wprowadzeniu getta ławkowego, ale nie ma na to właściwie żadnych dowodów, a ponadto nic nie wskazuje, aby weszło ono w życie na Uniwersytecie Warszawskim230.

Za całkowicie pewne można więc uznać, że na żadnym z wydziałów UW nigdy nie uchwalono numerus clausus dla kandydatów wyznania mojżeszowego, co oczywiście nie wyklucza, że zasada taka funkcjonowała w stosunku do nich w sposób niepisany. Adnotacje i wzmianki o numerus clausus należy raczej interpretować jako synonim wprowadzenia limitu miejsc na niektórych kierunkach, stosowanego – przynajmniej w teorii – nie tylko wobec Żydów. W praktyce natomiast limity te uderzały przede wszystkim właśnie w nich, ponieważ na studia przyjmowano proporcjonalnie mniej osób wyznania mojżeszowego niż chrześcijan, co opisuję szczegółowo w rozdziale poświęconym przebiegowi studiów medycznych.

Dla części okresu międzywojennego jesteśmy w stanie w pewnym przybliżeniu określić, jaką część studentów wyznania mojżeszowego stanowili Żydzi zasymilowani, statystyki uniwersyteckie uwzględniały bowiem również język ojczysty słuchaczy. Osoby tej religii deklarujące jako mowę ojczystą polski uznać można za spolonizowane, choć nie jest to wyróżnik pewny, gdyż jakaś część z nich mogła dorastać w polskim środowisku językowym, lecz nie uważać się za Polaków. W każdym razie była to jednak grupa najściślej związana z polskością. Co bardzo ciekawe, statystyki rozróżniały dalej hebrajski i „żargon żydowski”, jak określano jidysz, mimo że pierwszym z nich ówcześni Żydzi polscy na co dzień się w ogóle nie posługiwali. Wskazywanie tego języka przez część osób wyznania mojżeszowego miało więc niewątpliwie walor deklaracji, że czują się Żydami w sensie etnicznym oraz – co szło z tym najczęściej w parze – sympatyzują z syjonizmem. Postawy nacjonalistyczne występowały wśród studentów żydowskich już w czasie I wojny światowej i łączyły się z wyraźną niechęcią wobec Żydów zasymilowanych, uważanych za „odszczepieńców”. Były one równoznaczne ze świadomym dystansowaniem się wobec polskości231.

Przykłady pogłębiania się tego procesu widać w kolejnych latach. Od końca lat 20. do Żydowskiego Stowarzyszenia Medyków UW przyjmowano już tylko osoby deklarujące narodowość żydowską; studenci wyznania mojżeszowego narodowości polskiej – najwyraźniej uznawani za nie-Żydów – zostali z niego wykluczeni232. Ulotka Wzajemnej Pomocy Studentów Żydów z mniej więcej tego samego okresu potępia pozostawanie Żydów poza tą organizacją jako „piętno odstępstwa, odszczepienie od żydostwa, zdradę wobec społeczeństwa żydowskiego”233. W skali całego Uniwersytetu liczebność Żydów świadomych narodowo wzrosła w latach 30. z 4% do 6,5% słuchaczy234, a więc więcej niż o połowę. Do jej przedstawicieli należał między innymi Icko Jezernicki, późniejszy premier Izraela – Icchak Szamir, który mając za sobą naukę w hebrajskiej szkole powszechnej i takim samym gimnazjum, zapisał się w 1933 r. na Wydział Prawa UW, lecz już 2 lata później zwrócił się o świadectwo wystąpienia i wyemigrował do Palestyny235.

W ciągu lat 20. trzykrotnie wzrósł, z 3% do 9%, również odsetek studentów UW deklarujących jako swój język ojczysty jidysz, których z kolei uznać można za osoby niezasymilowane narodowo w środowisku polskim. Znaczenie przedstawionych powyżej przemian widać w pełni dopiero na tle ogólnej dynamiki liczby słuchaczy żydowskich. Okazuje się bowiem, że w latach 1921–1933 dokonał się wśród nich prawdziwy przewrót tożsamościowy: o ile na początku tego okresu 3 na 4 słuchaczy wyznania mojżeszowego podawało polski jako swą mowę ojczystą, o tyle na koniec – już tylko 1 na 4. W tym samym czasie liczba studentów, których językiem ojczystym był polski, spadła w skali całego Uniwersytetu z 89% do 77%236.

40. Indeks i studencka legitymacja tramwajowa Icko Jezernickiego – późniejszego premiera Izraela Icchaka Szamira

Nie dysponujemy niestety równie szczegółowymi danymi dla lat późniejszych; ze składanych przez rektorów sprawozdań wiadomo jedynie, iż odsetek osób deklarujących polski jako język ojczysty zaczął wówczas stopniowo wzrastać i w roku akademickim 1938/1939 przekroczył 90%237. Wydaje się jednak bardzo prawdopodobne, że wcześniejszy trend dysymilacyjny utrzymał się i także po 1933 r. wśród studentów wyznania mojżeszowego dominowała już na Uniwersytecie młodzież nieidentyfikująca się z polskością, często wręcz świadomie niechcąca się do niej asymilować238. Żydzi byli zatem spychani na Uniwersytecie coraz bardziej do roli mniejszości, ale ci, którzy mieli szansę studiować, coraz rzadziej czuli się częścią narodu polskiego.

Przyczyn opisanego powyżej zjawiska należy szukać tak w polityce państwa i zachowaniu społeczności polskiej względem mniejszości żydowskiej, jak i w postawach samej tej mniejszości, która w dużej części zachowywała odrębność kulturową i językową, żyjąc własnym życiem, często niemal bez kontaktów z Polakami. „Było sporo przemysłowców, lekarzy, adwokatów, dziennikarzy Żydów. Częściowo byli oni nosicielami kultury polskiej, częściowo była ona im obca lub obojętna” – pisał wkrótce po II wojnie światowej prof. Hirszfeld. „[...] Wielu Żydów nawet ze sfer inteligenckich, nie miało kontaktów ze sferami polskimi ani osobistych przyjaciół Polaków. Sfery niższe często nie umiały nawet mówić po polsku”239. Młodzież żydowska, która wybierała się na Uniwersytet, musiała wprawdzie władać językiem polskim w stopniu co najmniej dobrym, ale nie musiało to iść w parze z poczuciem związków z Polakami. Tym bardziej iż antysemickie ekscesy tu i na innych wyższych uczelniach dodatkowo zniechęcały do asymilacji. Trudno bowiem przypuszczać, aby coraz głośniejsze żądania ustanowienia numerus clausus, a później nawet numerus nullus, zaczepki, nagminnie okazywana pogarda, wreszcie wprowadzenie getta ławkowego i przemoc fizyczna ze strony prawicowych bojówek mogły mieć inny skutek. Polska większość zbyt dobitnie dawała Żydom do zrozumienia, że nie uważa ich za Polaków i nie życzy sobie, aby się nimi stali.

Na tle ogółu słuchaczy osoby wyznania mojżeszowego wyróżniały się wybieranymi przez siebie kierunkami studiów, co nie tylko wynikało z ich indywidualnych zainteresowań czy strategii edukacyjnych, ale odzwierciedlało również zmieniającą się topografię utrudnień i przeszkód stawianych im na poszczególnych wydziałach. W pierwszym roku akademickim nowo otwartego Uniwersytetu przytłaczająca większość Żydów, bo aż 70%, zapisała się na medycynę, 16% na nauki matematyczno-przyrodnicze, prawie 11% na prawo, a zaledwie 2,6% na filozofię. W ciągu następnych 5 lat sytuacja zmieniła się jednak dość wyraźnie i w roku akademickim 1920/1921 największa część słuchaczy wyznania mojżeszowego studiowała już na Wydziale Prawa (43,4%), kolejne 28,5% na Filozoficznym, 26,8% zaś na Lekarskim. Lata 20. przyniosły dalszy spadek odsetka Żydów, którzy byli słuchaczami medycyny – studiował tam tylko co dziesiąty z nich, a sytuacja taka utrzymała się aż do wybuchu II wojny światowej. Coraz mniej Żydów wybierało także prawo: w roku akademickim 1927/1928 studiował tam co trzeci słuchacz narodowości żydowskiej, zaś w roku 1938/1939 jedynie co siódmy. Coraz więcej studentów wyznania mojżeszowego wybierało natomiast Wydział Filozoficzny (55,5% w roku akademickim 1926/1927), a po jego podziale w 1927 r. – sukcesyjne wydziały Matematyczno-Przyrodniczy i Humanistyczny. Na pierwszy z nich w inauguracyjnym roku akademickim 1927/1928 uczęszczało 18,3% wszystkich żydowskich studentów UW, na drugim uczyło się 35,6% z nich. Do 1939 r. współczynniki te wzrosły do odpowiednio 21,2% i 51,1%.

Nauki matematyczno-przyrodnicze i humanistyczne były wybierane zdecydowanie częściej przez kobiety niż mężczyzn wyznania mojżeszowego. W roku akademickim 1933/1934 bez mała co druga ze wszystkich żydowskich słuchaczek Uniwersytetu studiowała na Wydziale Humanistycznym, a dalszych 18% na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. W tym czasie na oba te wydziały uczęszczało w sumie 21,5% żydowskich studentów płci męskiej, podczas gdy aż 61% z nich uczyło się na Wydziale Prawa. Zauważalnie więcej żydowskich mężczyzn niż kobiet było też słuchaczami medycyny240. Brak jest niestety odpowiednich zestawień, aby zbadać rozwój sytuacji w drugiej połowie lat 30., lecz wydaje się prawdopodobne, iż powyższe różnice miały charakter trwały241.

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne bardzo niewielki odsetek Żydów, nieprzekraczający łącznie 2,5%, był przyjmowany na weterynarię i farmację. Nie zapisywali się oni też w ogóle na żaden z 3 uniwersyteckich wydziałów teologicznych, gdyż miały one charakter wybitnie konfesyjny, przygotowując przyszłych duchownych katolickich, ewangelickich i prawosławnych242.

Tabela 10. Porównanie struktury wyznaniowej poszczególnych wydziałów UW w roku akademickim 1928/1929 i 1938/1939

Jednostka Liczba studentów chrześcijańskich Odsetek studentów chrześcijańskich Liczba studentów Żydów Odsetek studentów Żydów
1928/1929 1938/1939 1928/1929 1938/1939 1928/1929 1938/1939 1928/1929 1938/1939
Wydział Teologii Katolickiej 59 58 100% 100% 0 0 0% 0%
Wydział Teologii Ewangelickiej 83 60 100% 100% 0 0 0% 0%
Studium Teologii Prawosławnej 175 102 100% 100% 0 0 0% 0%
Wydział Prawa 1850 2135 69,6% 92% 809 180 30,4% 8%
Wydział Lekarski 818 899 78,3% 87,5% 227 129 21,7% 12,5%
Wydział Humanistyczny 2308 2267 75,8% 78% 737 629 24,2% 22%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 1226 1252 77% 82,5% 365 261 23% 17,5%
Wydział Farmaceutyczny 225 240 87,9% 93% 31 18 12,1% 7%
Wydział Weterynaryjny 255 389 95,1% 96,5% 13 14 4,9% 3,5%
Ogółem 6951 7402 76,1% 85,25% 2182 1231 23,9% 14,5%

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936, s. 310; AUW, AcUW RP/66.
Uwaga: zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy.

Tabela 10. Porównanie struktury wyznaniowej poszczególnych wydziałów UW w roku akademickim 1928/1929 i 1938/1939

Jednostka Liczba studentów chrześcijańskich Odsetek studentów chrześcijańskich
1928/1929 1938/1939 1928/1929 1938/1939
Wydział Teologii Katolickiej 59 58 100% 100%
Wydział Teologii Ewangelickiej 83 60 100% 100%
Studium Teologii Prawosławnej 175 102 100% 100%
Wydział Prawa 1850 2135 69,6% 92%
Wydział Lekarski 818 899 78,3% 87,5%
Wydział Humanistyczny 2308 2267 75,8% 78%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 1226 1252 77% 82,5%
Wydział Farmaceutyczny 225 240 87,9% 93%
Wydział Weterynaryjny 255 389 95,1% 96,5%
Ogółem 6951 7402 76,1% 85,25%

Tabela 10. cd.

Jednostka Liczba studentów Żydów Odsetek studentów Żydów
1928/1929 1938/1939 1928/1929 1938/1939
Wydział Teologii Katolickiej 0 0 0% 0%
Wydział Teologii Ewangelickiej 0 0 0% 0%
Studium Teologii Prawosławnej 0 0 0% 0%
Wydział Prawa 809 180 30,4% 8%
Wydział Lekarski 227 129 21,7% 12,5%
Wydział Humanistyczny 737 629 24,2% 22%
Wydział Matematyczno-Przyrodniczy 365 261 23% 17,5%
Wydział Farmaceutyczny 31 18 12,1% 7%
Wydział Weterynaryjny 13 14 4,9% 3,5%
Ogółem 2182 1231 23,9% 14,5%

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35. Kronika, Warszawa 1936, s. 310; AUW, AcUW RP/66.
Uwaga: zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy.

Gwałtownie rosnącą od końca lat 20. popularność wydziałów Matematyczno-Przyrodniczego i Humanistycznego wśród osób wyznania mojżeszowego tłumaczyć należy kilkoma zjawiskami. Po pierwsze, część osób wybierała je, aby z czasem przenieść się stamtąd na bardziej oblegane kierunki, w tym zwłaszcza medycynę. Po drugie, miały one najbardziej otwarty charakter wobec mniejszości narodowych. Po trzecie, panowało niepozbawione słuszności przekonanie, iż na medycynę, farmację czy prawo znacznie trudniej jest się Żydom dostać, a po ich ukończeniu znaleźć zatrudnienie. Pisała o tym (z pewną mimo wszystko przesadą) liberalna prasa żydowska, datując początki tej sytuacji już na lata 20.: „Praktyczne wydziały jak medycyna i farmacja już wtedy były zamknięte na siedem spustów, szło się więc z prądem na pseudo-praktyczny wydział prawa. Jednakże w ostatnich latach dokonała się ciekawa ewolucja. Młodzież wstępuje na wyższą uczelnię «tak sobie», «dla matrykuły»... [...] Na medycynę, farmację i chemię nikt nawet nie próbował się dostać”243. To ostatnie twierdzenie było akurat nieprawdziwe, gdyż w latach 30. Żydzi stanowili wciąż bardzo dużą grupę wśród kandydatów na Wydział Lekarski. Faktem jest natomiast, iż byli oni dyskryminowani przy rekrutacji na medycynę, co analizuję w jednym z kolejnych rozdziałów, poświęconym specyfice studiów na Uniwersytecie.

W tym kontekście interpretować należy również odmienne wybory kierunku studiów dokonywane przez kobiety i przez mężczyzn narodowości żydowskiej. Pierwsze z nich miały niewątpliwie świadomość, że obok pochodzenia na ich niekorzyść działa dodatkowo płeć, nie dająca większych perspektyw na znalezienie pracy po studiach medycznych lub prawniczych. Trudno jest natomiast stwierdzić, w jakim stopniu na wybór rodzaju studiów przez młodzież wyznania mojżeszowego miały wpływ antysemickie ekscesy do jakich dochodziło od końca lat 20. zwłaszcza na wydziałach Prawa i Lekarskim.

Wybory, jakich dokonywali lub do jakich zmuszeni byli kandydaci na studia narodowości żydowskiej, przekładały się bezpośrednio na strukturę etniczną poszczególnych wydziałów i jej dynamikę. I tak na Wydziale Prawa w pierwszym roku po otwarciu Uniwersytetu studiowało 26% studentów wyznania mojżeszowego, w roku akademickim 1920/1921 – 39%, 10 lat później – 30%, zaś w ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej – zaledwie 8%. Na medycynie odsetek Żydów zmniejszał się z 69% w roku akademickim 1915/1916, przez 45% w 1920/1921, 23% w 1930/1931 aż do 13% w roku 1939. Na Wydziale Filozoficznym w roku inauguracji Uniwersytetu było 18% słuchaczy żydowskich. Do roku akademickiego 1926/1927 wskaźnik ten wzrósł wprawdzie do 25%, jednak trend nie utrzymał się na żadnym z dwóch kierunków, które powstały po jego podziale w 1927 r. Pomiędzy tym rokiem a ostatnim rokiem pokoju odsetek studentów wyznania mojżeszowego na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym skurczył się z 24% do 17%, zaś na Wydziale Humanistycznym z 24% do 21%. Żydowskich studentów ubywało także na wydziałach Farmaceutycznym i Weterynaryjnym. W momencie powołania pierwszego z tych kierunków, w roku 1918/1919 Żydzi stanowili 16% jego słuchaczy, 20 lat później – już tylko 7%. W przypadku drugiego odsetek ten zmniejszył się w podobnym okresie z 44% do 3%. Jak już zostało powiedziane, studentów narodowości żydowskiej nie odnotowywano przez całe dwudziestolecie międzywojenne na żadnym z 3 uniwersyteckich wydziałów teologicznych244.

Poza Żydami na Uniwersytecie studiowało bardzo niewielu przedstawicieli innych mniejszości narodowych zamieszkujących II Rzeczpospolitą. Najliczniejszą z nich, Ukraińców, reprezentowało w szczytowym momencie, na początku lat 30., zaledwie 90 słuchaczy. Zapisywali się w większości na Studium Teologii Prawosławnej, z czego wnosić należy, iż pochodzili najczęściej z Wołynia i południowej Lubelszczyzny, gdzie narodowość ukraińska nie szła zazwyczaj w parze z wyznaniem grekokatolickim. Mniej więcej tyle samo było na uczelni polskich Niemców, z których około połowa studiowała z kolei na Wydziale Teologii Protestanckiej, a spora część germanistykę na Wydziale Filozoficznym (a później Humanistycznym). Jeszcze liczniej występowali studenci, którzy jako język ojczysty deklarowali rosyjski. Ich maksymalną liczbę (172 osoby) odnotowano w roku 1922/1923, później utrzymywała się ona najczęściej na poziomie 110–130 osób. Byli to głównie Rosjanie posiadający polskie obywatelstwo. Również wśród nich stosunkowo pokaźną grupę, w latach 30. sięgającą 30% ogółu, stanowili studenci Studium Teologii Prawosławnej. Oprócz nich na początku tejże dekady na Uniwersytecie pojawiło się również nieco ponad 20 osób, które jako swój język ojczysty deklarowało białoruski.

W sumie, nie licząc obcokrajowców, o których była mowa we wcześniejszym podrozdziale, odsetek studentów narodowości innej niż polska i żydowska nie przekraczał na Uniwersytecie Warszawskim 4%. Jak można zauważyć z przedstawionych powyżej liczb, uczelnia przyciągała spośród nich przede wszystkim osoby zainteresowane karierą duchowną245.

Struktura społeczna studentów

Jak można się zorientować z przedstawionych wcześniej danych dotyczących pochodzenia geograficznego studentów, bardzo zróżnicowana była struktura ich miejsca zamieszkania. Uwzględniając Warszawę, z której wywodził się prawie co trzeci z nich, 42% wszystkich immatrykulowanych przyszło na świat w dużych miastach, liczących więcej niż 100 tys. mieszkańców. Dalszych 17% urodziło się w miejscowościach jak na warunki II Rzeczpospolitej średnich, o wielkości od 10 tys. do 100 tys. osób. Kolejne 41% stanowili studenci z małych miasteczek i ze wsi, przy czym odsetek tych ostatnich szacować można na kilkanaście procent246.

Biorąc pod uwagę niski stopień urbanizacji ówczesnej Polski, nietrudno zauważyć, iż na Uniwersytecie Warszawskim wyraźnie nadreprezentowana była młodzież miejska. Osoby urodzone w dużych miastach występowały wśród studentów czterokrotnie liczniej niż wynikałoby to ze struktury ludnościowej kraju. Nadreprezentacja tych, którzy pochodzili z miast średniej wielkości, była prawie dwukrotna. Natomiast mieszkańcy wsi i małych miasteczek zdarzali się wśród immatrykulowanych 2 razy rzadziej niż w całej populacji247. W pewnym uproszczeniu można na tej podstawie stwierdzić, że osoby mieszkające na wsi trafiały na Uniwersytet, statystycznie rzecz ujmując, ośmiokrotnie rzadziej niż mieszkańcy wielkich miast.

Powyższe obserwacje znajdują potwierdzenie w wycinkowych danych na temat pochodzenia społecznego studentów, które dotyczą roku akademickiego 1934/1935. Największą grupę stanowiły wówczas dzieci szeroko rozumianej inteligencji: pracowników umysłowych (21,8%), urzędników administracji państwowej i samorządowej (12,7%), profesorów i nauczycieli (4,4%), duchownych (1%), osób zatrudnionych w wolnych zawodach (7,5%), a także oficerów (1,1%). Stanowiły one w sumie niemal połowę wszystkich słuchaczy. Ojcami 6,9% studentów byli wielcy przedsiębiorcy, zaś 15,7% drobni przedsiębiorcy, 2,3% – właściciele ziemscy posiadający majątek większy niż 50 ha, 5,4% – rolnicy gospodarujący na gruntach o powierzchni 5–50 ha, 3,7% – małorolni i robotnicy rolni, zaś 6,7% osób pochodziło z rodzin robotniczych. Rodzicami prawie 9% słuchaczy byli ponadto emeryci, inwalidzi i renciści, jak można przypuszczać, najczęściej należący wcześniej do grupy pracowników państwowych248.

Tabela 11. Studenci UW w roku akademickim 1934/1935 wg zawodu i stanowiska ojca

Zawód i stanowisko ojca Liczba studentów Odsetek studentów
Rolnictwo Powyżej 50 ha 213 2,3%
15–50 ha 184 2%
5–15 ha 319 3,4%
Mniej niż 5 ha 287 3,1%
Pracownicy umysłowi 192 2%
Robotnicy rolni 60 0,6%
Przemysł, handel, komunikacja Przedsiębiorcy więksi 644 6,9%
Przedsiębiorcy mniejsi 1472 15,7%
Pracownicy umysłowi 1864 19,8%
Robotnicy 628 6,7%
Służba publiczna i wolne zawody Urzędnicy państwowi i samorządowi 1198 12,7%
Profesorowie i nauczyciele szkół publicznych 331 3,5%
Profesorowie i nauczyciele szkół prywatnych 80 0,9%
Duchowni 99 1%
Wolne zawody 703 7,5%
Oficerowie 102 1,1%
Niżsi funkcjonariusze i pracownicy fizyczni administracji państwowej i samorządowej 125 1,3%
Podoficerowie 47 0,5%
Pozostałe Służba domowa 14 0,1%
Emeryci, inwalidzi, renciści 840 8,9%
Ogółem 9402 100%

Źródło: H. Wittlinowa, Atlas szkolnictwa wyższego, Warszawa 1937, s. 52.

W oczywisty, choć bardziej skomplikowany niż wydawałoby się dziś sposób przekładało się to na zamożność i pozycję społeczną słuchaczy. Halina Wittlinowa, która dobrze znała ówczesne realia, ponieważ sama studiowała w latach 20. na Uniwersytecie Warszawskim, uzyskując tu tytuł doktorski, w swym opracowaniu na temat szkolnictwa wyższego, z którego zaczerpnięto przytaczane powyżej dane, dokonała stratyfikacji studentów, dzieląc ich, według zawodu i stanowiska ojca, na 4 podstawowe grupy. Podział ten wydaje się niezwykle przydatny dla zrozumienia stosunków panujących na Uniwersytecie, gdyż – niezależnie od wartości samych danych statystycznych – ukazuje, na jakie warstwy dzieliła się społeczność studencka w oczach sobie współczesnych.

Na szczycie ówczesnej hierarchii społecznej znajdowała się grupa określana jako „właściciele więksi”, którą dziś nazwać można by mianem ówczesnej klasy wyższej. Zaliczały się do niej dzieci ziemian i najzamożniejszych przedsiębiorców, stanowiące 10% słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego. Była to warstwa najbardziej uprzywilejowana pod względem materialnym, co niewątpliwie przekładało się również na warunki studiowania, późniejsze perspektywy życiowe itp. Jednoznaczne ulokowanie na drabinie społecznej grupy kolejnej, „pracowników umysłowych” – których dzieci stanowiły aż 58% słuchaczy – sprawia pewien problem, gdyż obejmowała ona zarówno osoby bardzo dobrze sytuowane, np. lekarzy, adwokatów i wyższych wojskowych, jak i mniej zamożnych urzędników (w tym emerytowanych) lub nauczycieli. Warstwę tę charakteryzował jednak stosunkowo wysoki prestiż, co pozwala usytuować ją jako całość na drugim miejscu hierarchii społecznej. Grupę trzecią, „właścicieli mniejszych”, stanowili „właściciele i dzierżawcy gospodarstw rolnych od 5 do 50 ha, mniejsi przedsiębiorcy w przemyśle, rzemieślnicy samodzielni, mniejsi przedsiębiorcy handlowi, samodzielni szoferzy, furmani”, czyli niższa klasa średnia. Wywodziło się z niej 20% słuchaczy. Na ostatnim miejscu plasowało się 12% studentów z rodzin „robotników i małorolnych”, do których autorka zaliczyła także rzemieślników najemnych, niższych funkcjonariuszy administracji państwowej i samorządowej, służbę domową i wyrobników249.

Wykres 7. Struktura społeczna studentów UW według zawodu ojca (1934/1935)

Pochodzenie słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego odbiegało bardzo istotnie od struktury zawodowej ludności kraju, podobnie zresztą jak miało to miejsce na wszystkich innych wyższych uczelniach w ówczesnej Polsce. Świadczył o tym przede wszystkim niezwykle wysoki odsetek studentów z rodzin inteligenckich. W porównaniu do odsetka pracowników umysłowych wśród ogółu czynnych zawodowo obywateli, który wynosił na początku lat 30. mniej niż 5%, nadreprezentacja tej grupy społecznej była na Uniwersytecie więcej niż dwunastokrotna. Słuchacze pochodzenia chłopskiego i robotniczego trafiali natomiast na studia dużo rzadziej niż wynikałoby to z liczebności tych warstw, co z jednej strony wynikało z ich niezamożności, z drugiej jednak było efektem braku odpowiednich wzorców i aspiracji250.

W porównaniu z innymi wyższymi uczelniami w Polsce na Uniwersytecie Warszawskim studiowało relatywnie nieco więcej osób wywodzących się z rodzin pracowników umysłowych, przedstawicieli wolnych zawodów, drobnych przedsiębiorców i robotników przemysłowych, zauważalnie mniej niż gdzie indziej było natomiast dzieci chłopów małorolnych. Różnice te stanowiły pochodną wielkomiejskiego charakteru Warszawy, gdzie liczniej niż gdzie indziej reprezentowane były niektóre grupy społeczne, a wysokie koszty utrzymania ograniczały napływ na studia najmniej zamożnych osób ze wsi251.

Pochodzenie społeczne determinowało w pewnym stopniu wybór kierunku studiów. Choć największy odsetek młodzieży chłopskiej studiował na prawie, o wiele częściej niż przedstawiciele innych grup społecznych zapisywała się ona na kierunki teologiczne, w tym zwłaszcza na Wydział Teologii Katolickiej, gdzie w roku akademickim 1934/1935 stanowiła prawie połowę wszystkich słuchaczy. Nietrudno wywnioskować, że wiązało się to z charakterystyczną dla tej grupy społecznej strategią awansu społecznego, wyrażającą się ludowym przysłowiem, iż „kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”. Podobnie interpretować należy wysoki odsetek osób pochodzenia chłopskiego (w tym również z rodzin małorolnych) wśród studentów weterynarii – wykształcenie takie pozwalało bowiem znaleźć na wsi zatrudnienie młodym ludziom, którzy nie mogli liczyć na samodzielne gospodarstwo po rodzicach.

Odmienne w pewnej mierze strategie edukacyjne widać w przypadku młodzieży robotniczej i takiej, której ojcowie byli drobnymi przedsiębiorcami lub emerytami. Mniej więcej co trzeci student wywodzący się z tych warstw uczył się na Wydziale Humanistycznym, a co piąty na Matematyczno-Przyrodniczym. Zauważalnie mniej popularne były wśród nich natomiast studia prawnicze, a jeszcze mniej lekarskie. Powyższa tendencja wynikała najprawdopodobniej z faktu, że ukończenie kierunków humanistycznych lub matematyczno-przyrodniczych dawało stosunkowo duże szanse zdobycia posady nauczycielskiej, a zapisanie się na prawo lub medycynę wymagało zdania egzaminu wstępnego lub co najmniej udokumentowania znajomości łaciny, której często nie mieli absolwenci gorszych szkół średnich. Dwa ostatnie wydziały uchodziły ponadto za najbardziej kosztowne.

Najliczniej reprezentowana na Uniwersytecie Warszawskim młodzież z rodzin pracowników umysłowych wybierała najczęściej prawo lub studia humanistyczne, w dalszej kolejności nauki matematyczno-przyrodnicze i medycynę. Potomkowie „właścicieli większych” najchętniej studiowali z kolei prawo (niemal co drugi student z rodzin ziemiańskich i więcej niż co trzeci z rodzin przemysłowców). Na Wydziale Prawa uczyła się też 1/3 osób, których ojcowie wykonywali wolne zawody, grupa ta zdecydowanie częściej niż pozostałe wybierała jednak studia medyczne i farmację. Należy przypuszczać, że byli to w dużej mierze potomkowie rodzin lekarskich i właścicieli aptek, którzy zamierzali kontynuować rodzinne tradycje252.

W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, iż takie wydziały, jak medycyna, farmacja i prawo miały na Uniwersytecie charakter bardziej elitarny pod względem społecznym, podczas gdy kierunki teologiczne, humanistyczne, matematyczno-przyrodnicze i weterynaria były wybierane częściej przez osoby mniej zamożne, wywodzące się z warstw niższych. Przekładało się to rzecz jasna na strukturę społeczną poszczególnych wydziałów, którą obrazuje tabela 12.

Tabela 12. Pochodzenie społeczne studentów poszczególnych wydziałów UW w roku akademickim 1934/1935 wg zawodu ojca

  Wydział Teologii Katolickiej Wydział Teologii Ewangelickiej Studium Teologii Prawosławnej Wydział Prawa Wydział Lekarski Wydział Farmaceutyczny Wydział Humanistyczny Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Wydział Weterynaryjny
Chłopi 49,2% 25,7% 22,9% 7,7% 6,3% 8,4% 7,7% 6,4% 16,9%
Robotnicy rolni 0,9% 0,6% 0,9% 0,7% 0,7% 1,1%
Ziemianie 3,3% 4% 3,4% 1,7% 1,0% 1,8% 1,2% 3,1%
Robotnicy 11,5% 13,9% 1,8% 6,9% 4,4% 6,7% 9,1% 11,4% 8,5%
Drobni przedsiębiorcy 9,9% 16,6% 12,3% 17,8% 15,6% 18,8% 13,1%
Pracownicy umysłowi 27,9% 41,6% 67,0% 40,4% 43,9% 34,7% 42,5% 41,4% 40,3%
Wolne zawody 3,7% 8,2% 13,7% 15,5% 5,7% 5,4% 4,0%
Emeryci 8,2% 4,0% 3,7% 7,9% 9,3% 6,0% 10,1% 9,4% 8,7%
Wielcy przedsiębiorcy 1,0% 8,1% 7,4% 9,8% 6,8% 5,2% 4,2%

Źródło: M. Pleskaczyńska, Struktura społeczna młodzieży UW w okresie międzywojennym (na podstawie danych z roku akademickiego 1934/1935), „Roczniki Uniwersytetu Warszawskiego” 2/1971, s. 48.

Tabela 12. Pochodzenie społeczne studentów poszczególnych wydziałów UW w roku akademickim 1934/1935 wg zawodu ojca

  Wydział Teologii Katolickiej Wydział Teologii Ewangelickiej Studium Teologii Prawosławnej Wydział Prawa Wydział Lekarski
Chłopi 49,2% 25,7% 22,9% 7,7% 6,3%
Robotnicy rolni 0,9% 0,6% 0,9%
Ziemianie 3,3% 4% 3,4% 1,7%
Robotnicy 11,5% 13,9% 1,8% 6,9% 4,4%
Drobni przedsiębiorcy 9,9% 16,6% 12,3%
Pracownicy umysłowi 27,9% 41,6% 67,0% 40,4% 43,9%
Wolne zawody 3,7% 8,2% 13,7%
Emeryci 8,2% 4,0% 3,7% 7,9% 9,3%
Wielcy przedsiębiorcy 1,0% 8,1% 7,4%

Tabela 12. cd.

  Wydział Farmaceutyczny Wydział Humanistyczny Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Wydział Weterynaryjny
Chłopi 8,4% 7,7% 6,4% 16,9%
Robotnicy rolni 0,7% 0,7% 1,1%
Ziemianie 1,0% 1,8% 1,2% 3,1%
Robotnicy 6,7% 9,1% 11,4% 8,5%
Drobni przedsiębiorcy 17,8% 15,6% 18,8% 13,1%
Pracownicy umysłowi 34,7% 42,5% 41,4% 40,3%
Wolne zawody 15,5% 5,7% 5,4% 4,0%
Emeryci 6,0% 10,1% 9,4% 8,7%
Wielcy przedsiębiorcy 9,8% 6,8% 5,2% 4,2%

Źródło: M. Pleskaczyńska, Struktura społeczna młodzieży UW w okresie międzywojennym (na podstawie danych z roku akademickiego 1934/1935), „Roczniki Uniwersytetu Warszawskiego” 2/1971, s. 48.

Wypadkowa miejsca zamieszkania oraz pochodzenia społecznego decydowała oczywiście nie tylko o samym podjęciu nauki na Uniwersytecie na tym bądź innym wydziale, lecz także o późniejszym przebiegu studiów, warunkach życia w Warszawie, kręgu towarzyskim, w jakim dana osoba się obracała, jej aspiracjach i rozrywkach, a często również o szansach na ukończenie uczelni i perspektywach pracy zawodowej. Różnice społeczne nieuchronnie uwidaczniały się nie tylko w ubiorze, ale także w sposobie bycia i wysławiania się, w ogładzie towarzyskiej – krótko mówiąc, w wyniesionym z domu i własnego środowiska kapitale kulturowym. Jak to się zwykle dzieje, osobom niezamożnym obok pieniędzy często brakowało pewności siebie. Dało się to dostrzec już pierwszego dnia zajęć. „Był to tłum dość zróżnicowany” – wspominał słuchaczy pierwszego roku Wydziału Prawa Ryszard Matuszewski. – „Składała się nań zarówno młodzież z gimnazjów warszawskich, swobodna i pewna siebie, jak nieco, zwłaszcza na początku, zagubieni przybysze ze szkół na prowincji; eleganckie panny i wymuskani młodzieńcy kwitli na tle rzeszy wyglądającej raczej szaro i ubogo”253.

W tłumie studentów Uniwersytetu Warszawskiego wprawny obserwator dostrzec mógł przedstawicieli wszystkich warstw społecznych – choć nie w takich proporcjach, jak w skali całego kraju. Zdarzali się wśród nich ziemianie – potomkowie znanych rodów arystokratycznych, jak np. Szeptyccy, Sobańscy, czy Radziwiłłowie. W ich przypadku pochodzenie z prowincji nie wiązało się, rzecz jasna, z jakimkolwiek upośledzeniem społecznym. Nawet jeśli rodziny niektórych z nich utraciły już wówczas część swych majątków i osiadły w miastach, bez większego trudu były w stanie wykształcić dzieci na Uniwersytecie. Inną kwestią pozostaje, że dzieci te nie zawsze wykazywały wystarczającą determinację, aby studia ukończyć. Antoni Sobański, znany bon-vivant, a przy tym – jak pisał o nim Witold Gombrowicz – „wybitnie inteligentny, Europejczyk, duża kultura, doskonałe maniery, osobowość zwracająca na siebie uwagę” – pisujący później do „Wiadomości Literackich”254, porzucił naukę po 9 trymestrach na Wydziale Filozoficznym, co nie przeszkodziło mu jednak brylować na warszawskich salonach artystycznych i intelektualnych255. Jeszcze szybciej zrezygnował ze studiów późniejszy senator Krzysztof Radziwiłł, chociaż deklarował, iż zamierza „kształcić się w dziedzinie polonistyki celem poświęcenia się karierze naukowej”256. Niezależnie od indywidualnych przyczyn, jak np. konieczność objęcia odziedziczonego majątku, która, jak się wydaje, przeszkodziła w studiach Radziwiłłowi, arystokraci nie mieli aż takiej motywacji do nauki, ponieważ i bez ukończenia Uniwersytetu cieszyli się wystarczającym prestiżem i na ogół nie musieli podejmować pracy zarobkowej. Inaczej już jednak przedstawiała się sytuacja zbiedniałych potomków najlepszych nawet rodów. Przykładem może być Jerzy Giedroyc, który w czasie studiów na Wydziale Prawa musiał zarabiać nie tylko na potrzeby własne, ale również pomagać rodzicom w utrzymaniu domu257.

Studenci z rodzin arystokratycznych byli łatwo rozpoznawalni z racji swych nazwisk. Zapewne z reguły im to pomagało, niekiedy jednak mogło też nieco komplikować życie. Kiedy Andrzej Szeptycki próbował na przykład zdobyć zaliczenie wykładu, podsuwając profesorowi przez jednego z kolegów indeks do podpisu, został natychmiast zdemaskowany. „Nazwisko studenta było znane, arystokracja w najlepszym wydaniu, rodzony stryj – arcybiskup grecko-katolicki, metropolita, drugi stryj – zastępca naczelnego wodza w 1919 roku” – relacjonuje świadek tego zdarzenia. – „Student zainteresował profesora, który spojrzawszy na zgłaszającego się po indeks powiedział: «Coś się pan tak zmienił?» Przyłapany na mistyfikacji nielegalny zastępca podszedł przepraszając i tłumacząc, że trymestr się kończy, że właścicielowi coś niespodziewanie akurat wypadło, że bywa na wykładach i że nadal będzie na nie chodzić... Profesor odsunął jednak indeks i uśmiechnąwszy się z wyrozumiałą ironią powiedział: «Ale ja i po świętach podpiszę indeks panu Szeptyckiemu». A potem, rozejrzawszy się po sali, po której przeleciał szmer zainteresowania, powiedział pogodnie wśród ogólnej wesołości: «nie chciało się panu hrabiemu»”258. Uszczypliwość, na jaką pozwolił sobie wykładowca, nie służyła, rzecz jasna, zdyscyplinowaniu słuchaczy, ale wyłącznie zamanifestowaniu lekkiego dystansu wobec arystokratów, co zostało zresztą właściwie odczytane na sali. Dla Szeptyckiego, podobnie jak dla wielu innych ziemian, nieodległa przyszłość nie była już natomiast tak beztroska: jako oficer rezerwy Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. wyruszył na front, dostał się do niewoli radzieckiej i został zamordowany w Katyniu.

W uprzywilejowanej sytuacji znajdowali się również studenci wywodzący się z rodzin bogatych przemysłowców. Marię Eigerównę, której ojciec był znanym warszawskim fabrykantem i właścicielem kilku cementowni, rodzina wysłała na krótko przed wybuchem I wojny światowej na kilka miesięcy do prywatnego gimnazjum do Lozanny, celem uzyskania matury, skąd odebrała ją potem angielska miss, pełniąca rolę prywatnej guwernantki. Niezgoda na dobrobyt, jaki ją otaczał również podczas studiów na Uniwersytecie w latach 1917–1920, stała się w końcu dla Eigerówny prawdziwą obsesją. Jak sama wspomina: „Doszłam do wniosku, że skoro wciąż jeszcze pozostaję w domu i skoro do chwili zdobycia dyplomu będę nadal korzystać z dobrobytu opartego na krzywdzie i wyzysku, muszę przynajmniej w pewnej mierze upodobnić się do ludzi pracy. Robotnicy pracują osiem godzin, a więc i ja powinnam uczyć się osiem godzin dziennie. [...] Z zegarkiem w ręku przestrzegałam, bym mniej niż osiem godzin nie spędzała na wykładach i przy książce. Wszystkie pauzy i przerwy rzetelnie odliczałam, podobnie jak zwykł czynić to fabrykant w stosunku do robotników”259. Nie skończyło się, niestety, na tych nieszkodliwych dziwactwach i Eigerówna, mimo dalszych studiów w Berlinie, chętnie sfinansowanych przez papę zaniepokojonego jej radykalnymi sympatiami politycznymi, trafiła ostatecznie do Komunistycznej Partii Polski, gdzie już pod nazwiskiem Maria Kamińska stała się zawodową funkcjonariuszką partyjną, za co przesiedziała nawet kilka lat w więzieniu. Był to przypadek zapewne najbardziej konsekwentnego odrzucenia „burżuazyjnego pochodzenia”, ale wcale nie odosobniony. W jednych ze wspomnień z połowy lat 30. pojawia się opis demonstracji studenckiej, podczas której synowie ziemian i fabrykantów nieśli transparent „Pamiętaj, że wielki przemysł i ziemiaństwo to nasz wspólny wróg”260. Gombrowicz, który sam również zmagał się z kompleksem dobrego urodzenia, tłumaczył go instynktownym, młodzieńczym buntem przeciw „nierzeczywitości” swego uprzywilejowania społecznego, zapewniającego „życie ułatwione, nie znające istotnej walki ani o byt, ani o jego wartości”261.

Większość studentów wywodzących się z dobrze sytuowanych rodzin nie przeżywała jednak z tego powodu większych rozterek, lecz korzystała z dobrodziejstw zamożności. Tak teczki osobowe, jak i nieliczne wspomnienia niewiele mówią o ich sytuacji materialnej podczas studiów. Opłacane przez rodziców regularnie czesne i pieniądze przesyłane na utrzymanie się w Warszawie, bądź możliwość mieszkania przy rodzinie w przypadku osób pochodzących ze stolicy, pozwalały skupić się na nauce, zaangażować w działalność polityczną, albo prowadzić intensywne życie towarzyskie. Komfort taki miał na przykład studiujący na Wydziale Prawa Kazimierz Brandys, który wspominając lata studenckie, kwestie materialne kwituje jedynie wzmianką, iż ojciec pozwalał mu od czasu do czasu dorobić sobie w prowadzonej przez siebie firmie262. Jedyną niedogodnością mogła być w takich przypadkach co najwyżej całkowita zależność finansowa od rodziny i wynikająca z tego konieczność podporządkowania się jej decyzjom. „Zawaliłem egzaminy na drugi rok prawa – pisze Brandys – ojciec nie mógł mi tego wybaczyć, wysłał mnie na wakacje pod kuratelą Mariana. [...] Wróciłem po tych wakacjach z nadszarpniętą wiarą w siebie, z utraconą pewnością ruchów – jakbym wypadł z zawiasów – i w następnym roku przelazłem ciężko przez wiosenne egzaminy, zmordowany nocnym kuciem skryptów”263. Było to doświadczenie niewątpliwie „upupiające”, ale nie zagrażało podstawom egzystencji ani życiowym planom wchodzącego w dorosłość młodego człowieka.

Większych trosk materialnych nie mieli też słuchacze pochodzący z rodzin urzędniczych, jak np. przywódca „Falangi” Bolesław Piasecki, czy profesorskich, jak inny działacz radykalnej prawicy narodowej Wojciech Wasiutyński, albo córka wybitnego znawcy nowożytnych dziejów Polski i dyplomaty, Regina Askenazy. W aktach osobowych tych i wielu innych osób z tej grupy społecznej nie ma śladów problemów finansowych w postaci podań o zwolnienie z czesnego, przyznanie stypendium itp.264. Sprawy takie nie pojawiają się także ani w aktach, ani w lapidarnych zapiskach sporządzanych podczas studiów przez Witolda Gombrowicza, pochodzącego z rodziny ziemiańskiej, która na krótko przed I wojną światową przeprowadziła się do Warszawy, wtapiając się w środowisko zamożnego mieszczaństwa. Obok faktu odmrożenia nosa, nazwisk pojedynczych wykładowców Wydziału Prawa i dziewczyn, z którymi flirtował, późniejszy autor Ferdydurke odnotowywał w nich głównie wakacje spędzane w rodzinnym dworze w Małoszycach, majątkach prowadzonych przez swych braci lub w willi zaprzyjaźnionych fabrykantów w Sopocie. (Po latach przypomniał sobie jeszcze z czasu studiów tenisa, szachy, gawędy z przyjaciółmi i, przede wszystkim, błogie lenistwo)265. Oczywiście również w obrębie grupy dobrze sytuowanych rodzin pracowników umysłowych, urzędników czy oficerów występowały różnice zamożności i nie zawsze studenci pochodzący z takich rodzin żyli na wysokiej stopie. Brak pieniędzy nie stanowił jednak w tej grupie istotnej przeszkody utrudniającej ukończenie Uniwersytetu.

Sytuacja komplikowała się natomiast, gdy nawet względnie zamożni rodzice wpadali w kłopoty finansowe, co przydarzało się ojcu Józefa Garlińskiego, który po 1920 r. otworzył praktykę adwokacką w Ostrowie Wielkopolskim. „Ojciec znów zaczął przesyłać pieniądze nieregularnie. Byłem w ciągłych trudnościach finansowych [...]” – wspomina Garliński i dodaje nieco dalej: „Tylko w Grudziądzu [tzn. w czasie służby wojskowej – P.M.M.] nie odczuwałem braku pieniędzy. W latach szkolnych było różnie, teraz w Warszawie, na studiach, bardzo podobnie. Musiałem płacić za uniwersytet, bo zwolnienie z opłat, nawet gdybym szedł na samym czele, nie mogło mnie objąć. Musiałem gdzieś mieszkać, jeść, ubierać się, jeździć tramwajami, a regularność nadchodzących od ojca przesyłek pieniężnych była bardzo wątpliwa”266. Podobny problem dotknął późniejszego publicystę Karola Zbyszewskiego, gdy jego ojciec, urzędnik Ministerstwa Skarbu, stracił w 1928 r. posadę. Cała rodzina znalazła się wówczas na utrzymaniu jego starszego brata, dyplomaty przebywającego wówczas na placówce w Paryżu, a on sam, chcąc pozostać na Uniwersytecie, musiał ubiegać się o stypendia267.

41. Indeks studenta Wydziału Prawa Witolda Gombrowicza

Dla mniej zamożnej inteligencji, na przykład emerytowanych nauczycieli czy urzędników, wysłanie na Uniwersytet do stolicy choćby jednego dziecka okupione było często licznymi wyrzeczeniami, a i to nie zapewniało niekiedy środków wystarczających na opłacenie stancji i wyżywienia. Przykładem mogą być losy późniejszego poety i literata Jana Śpiewaka, którego rodzina, mimo prawniczego wykształcenia ojca, z trudem wiązała w Równem koniec z końcem. O swoich pierwszych miesiącach na Uniwersytecie Warszawskim pisał on: „Na razie żyję w warunkach luksusowych, jakich się nawet nie spodziewałem. Jestem dobrze, modnie ubrany. Matka pomyślała o wszystkim, wyprawiła do Warszawy jak panicza, kosztem domu i dużego wysiłku ojca. Skoro mam mieszkać razem z synem zamożnych ludzi, nie mogę gorzej od niego wyglądać. Muszę żyć oszczędnie i dlatego posyła mi paczki żywnościowe. Pieniądze mógłbym lekkomyślnie wydać, a tak jest pewność, że nie będę głodował”268.

Jeszcze cięższe było na ogół położenie studentów pochodzących z rodzin „właścicieli mniejszych” oraz „robotników i małorolnych”. Typową sytuację takich osób dobrze charakteryzuje jedno z zachowanych podań o stypendium: „Jestem synem oficjalisty rolnego. Ojciec mój zarabia około 120 złotych miesięcznie, a ta skromna pensja wystarcza zaledwie na skromne wyżywienie rodziny na wsi, wobec tego z domu nie otrzymuję żadnych zasiłków”269. Wśród 46 studentów Wydziału Weterynaryjnego, którzy w 1938 r. złożyli podania o pomoc materialną, dominowały dzieci chłopów i robotników, niekiedy bezrobotnych, kilka osób pochodziło z rodzin niższych urzędników i funkcjonariuszy państwowych (głównie pracowników PKP), 2 osoby miały ojców organistów, a jedna – kupca. W sumie aż 25 z nich zaliczało się do grupy „robotników i małorolnych”, a 15 do „właścicieli mniejszych”. Pozostałych 6 osób miało pochodzenie inteligenckie, przy czym ojcowie aż 5 z nich byli już emerytami270.

Poza niskimi dochodami na niekorzyść słuchaczy wywodzących się z niższych warstw społecznych działała często również wielodzietność ich rodzin. W opisywanej powyżej grupie 46 studentów weterynarii aż 19 osób miało troje rodzeństwa lub więcej. Tylko jedna z nich zaliczała się do inteligencji, wszyscy pozostali pochodzili z grup „właścicieli mniejszych” lub „robotników i małorolnych”271. W trudnym położeniu byli zwłaszcza ci studenci, którzy byli najstarszymi dziećmi w rodzinie, gdyż oczekiwano od nich, że jak najszybciej się usamodzielnią i odciążą domowy budżet. Jak wyjaśniał jeden z nich: „rodzice nie mogą mi dać żadnych zapomóg, ponieważ sami są niezamożni. Ojciec mój utrzymuje ze swego skromnego rzemiosła dziesięcioro dzieci, których pragnąłby wykształcić i zapewnić im przyszłość. Ja jestem w domu najstarszym, nie mogę żądać od ojca zapomóg, które odbiłyby się z konieczności na moim młodszym rodzeństwie”272. Samodzielności oczekiwano zwłaszcza od młodych mężczyzn, co stanowiło odwrotną stronę ich uprzywilejowanej pozycji na rynku pracy: „W poprzednich latach otrzymywałem pomoc z domu nieznaczną, w tym roku jednakże zdany jestem wyłącznie na własne siły” – objaśniał swą sytuację student prawa. „Albowiem w tym roku siostra moja skończyła gimnazjum i wstąpiła na U.J.P. w Warszawie na wydział matematyczno-przyrodniczy. Otóż, o ile tylko matka będzie miała pieniądze, to będzie pomagała siostrze”273.

Położenie studentów z warstw najuboższych pogarszało się dramatycznie, gdy rodzina traciła dotychczasowe źródła utrzymania na skutek śmierci jednego lub obojga rodziców, ich choroby, niedołężności lub utraty pracy. Obficie ilustrują to zachowane podania o zapomogi i zwolnienia z czesnego z Wydziału Weterynaryjnego z 1938 r., a także wnioski o stypendia Fundacji im. Młockich. „Jestem w b. ciężkich warunkach mat.[erialnych], gdyż ub. roku utraciłem ojca, a matka otrzymując 107 zł miesięcznie emerytury i mając 4 dzieci nie może mnie utrzymać” – pisał student z Mołodeczna. Ojciec innego słuchacza, według załączonego zaświadczenia, „[...] lat 73 mający, zamieszkały w Łasku [...], z zawodu dorożkarz, posiada oficynę drewnianą o 1 izbie, w której mieszka, oraz % ha ziemi własnej i dorożkę jednokonną. Prócz tego uprawia 1 ha ziemi wydzierżawionej. Dochód z ziemi i dorożkarstwa wystarcza mu zaledwie na skromne utrzymanie, skutkiem czego [...] nie jest w stanie zapłacić czesnego za syna”. W opłakanej sytuacji znajdowali się też niektórzy studenci mieszkający w Warszawie. „Mam ojca chorego (sparaliżowanego) od lat 17, który jest na utrzymaniu rodziny, matka zaś zarabia 20 zł miesięcznie pracując u swojej siostry, dlatego też nie mogę zupełnie liczyć na jakąkolwiek pomoc pieniężną ze strony rodziny. Nie mogę także zajmować się jakąkolwiek pracą zarobkową, gdyż studia na wydziale weterynaryjnym pochłaniają bardzo dużo czasu” – motywował swoją prośbę jeden ze słuchaczy, wyjaśniając dalej, iż poprzedni rok studiów ukończył tylko dzięki stypendium państwowemu, które pozwoliło mu zamieszkać w Domu Akademickim na Ochocie. Podobne dramaty osobiste znaleźć można również w wielu innych podaniach274.

W jaki sposób niezamożność rodziny przekładała się w praktyce na sytuację studiujących, ilustrują perypetie późniejszego premiera Izraela Menachema Begina, który studiował na Wydziale Prawa w latach 1931–1935. Kolejne lata nauki były dla niego ciągłą walką o przetrwanie, gdyż jego ojciec, były sekretarz gminy żydowskiej w Brześciu nad Bugiem pozostawał bez pracy i utrzymywał się wraz z całą rodziną, jak stwierdza załączone świadectwo niezamożności, „z dorywczych zasiłków”. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów Begin zwrócił się więc o odroczenie czesnego za pierwszy rok, lecz uwzględniono je tylko połowicznie. Podobnie stało się na drugim roku, co wobec nieuiszczenia w terminie reszty należności doprowadziło do skreślenia Begina z listy studentów. Ponownie wpisany na nią pod koniec 1933 r., także w kolejnych latach zmuszony był ubiegać się o odroczenia czesnego i zwolnienia z opłat egzaminacyjnych. Jego zobowiązania wobec skarbu państwa sięgnęły ostatecznie 284,20 zł, które zobowiązał się spłacać do 31 VIII 1944 r. Kiedy pod koniec 1937 r. Beginowi – wówczas już absolwentowi UW – zdarzyło się nie wnieść jednej z rat, kwestura uniwersytecka zagroziła skierowaniem sprawy na drogę sądową. Później zgodziła się jednak życzliwie rozłożyć zaległą kwotę na niewielkie raty pięciozłotowe, wychodząc najwyraźniej z założenia, że lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu, a ostatecznie prolongowała również spłatę kolejnej transzy należności275. Ze względu na wybuch wojny Begin – jak bardzo wielu innych słuchaczy – nie zdążył już uregulować swych zobowiązań wobec uczelni.

Jak widać, nawet ukończenie Uniwersytetu nie zawsze uwalniało od problemów finansowych związanych ze studiowaniem. Niekiedy zdarzało się wręcz, że zaciągnięte podczas studiów długi wpychały młodych ludzi w nędzę. Pod koniec lat 30. rozgoryczona absolwentka Wydziału Humanistycznego pisała z żalem pod adresem władz uczelni, iż nie przestrzegły studentów przed „zaciąganiem pożyczek na studia, które nie mogą zapewnić im nawet najskromniejszego bytowania w przyszłości, jeśli nie mają własnych kapitałów, kamienic, silnych i bezczelnych łokci”. Jej zadłużenie wobec skarbu państwa z tytułu zaległego czesnego wynosiło w tym czasie 4170 zł, po kilku latach bezrobocia została eksmitowana z mieszkania wraz z niedołężną matką, a uzyskany w końcu etat w bibliotece (160 zł) z trudem pozwalał jej utrzymać się przy życiu. Spłata astronomicznie wysokiego, z jej punktu widzenia, długu znajdowała się zupełnie poza zasięgiem jej możliwości276.

Mimo iż przedstawione powyżej przypadki dokumentują, jak trudno było utrzymać się na uczelni studentom niezamożnym, ukazują one również inną, poniekąd paradoksalną prawdę na temat ówczesnej rzeczywistości społecznej: nawet ubogie osoby pochodzące z prowincji mogły wstąpić na Uniwersytet i przeżyć w Warszawie, o ile tylko były odpowiednio zdolne lub zdeterminowane, aby się uczyć. Doskonałym tego przykładem może być biografia Stefana Wesołowskiego, wybitnego później chirurga urologa. Pochodził on z północnego Mazowsza, z ubogiej rodziny chłopskiej. Jego ojciec, nie będąc w stanie opłacić edukacji syna w gimnazjum państwowym w Płońsku, zmuszony został przenieść go do przyklasztornej szkoły z internatem w odległym Dubnie na Wołyniu, gdzie koszty utrzymania były dużo niższe. Stamtąd z bardzo dobrym wynikiem Wesołowski dostał się w 1927 r. na Wydział Lekarski UW, na którym mógł studiować dzięki stypendium lokalnego sejmiku powiatowego (600 zł rocznie), pożyczkom zaciąganym w różnych instytucjach i niewielkiej pomocy ze strony rodziny. Wkrótce stał się jednym z najbardziej aktywnych działaczy Koła Medyków, a także współautorem i współorganizatorem słynnych wówczas na całą Warszawę zabaw taneczno-satyrycznych277. Podobnie jak Begin, Wesołowski ukończył studia z pokaźnymi długami, a ponieważ dopiero 3 lata później otrzymał pierwszą płatną posadę, miał kłopoty z ich spłatą. W podaniu o rozłożeniu na mniejsze raty odroczonych opłat akademickich wyliczał, iż oprócz Uniwersytetu musi stopniowo regulować zobowiązania wobec Koła Medyków, Bratniej Pomocy i Towarzystwa Lekarskiego278.

42. Minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego prof. Wojciech Świętosławski podczas odczytu radiowego „O pomoc społeczną dla młodzieży akademickiej”, 30 I 1936 r.

Bieda nie przeszkodziła również w uzyskaniu dyplomu ani Beginowi, ani Śpiewakowi, o których była mowa wcześniej, choć nie ma wątpliwości, iż znacznie więcej studentów biednych niż bogatych nie kończyło studiów. Studiowanie na przekór biedzie wymagało z pewnością bardzo wielu wyrzeczeń, sporej obrotności i pewnej dozy życiowego szczęścia. Zmuszało również najczęściej do podejmowania równoległej ze studiami pracy zarobkowej, a niekiedy wręcz wiązało się z niedojadaniem i upokarzającą koniecznością ciągłego zabiegania o pomoc materialną, zwolnienia z opłat, doraźne pożyczki itp. Z drugiej strony, znacznie mniejsza niż dzisiaj ogólna zamożność przedwojennego społeczeństwa sprawiała, że bieda nie stygmatyzowała studentów i nie wypychała ich poza nawias społeczności akademickiej.

Przeciwnie, zauważyć można dość powszechne zrozumienie i życzliwość, z jakimi, nie tylko na Uniwersytecie, podchodzono do mizernej kondycji finansowej wielu słuchaczy. Tym, którzy nie wykazywali odpowiedniej empatii, studenci potrafili zresztą dać się solidnie we znaki. Jeden z pamiętnikarzy opisuje, że gdy bogaty właściciel jednej z najlepszych kawiarni odmówił wsparcia organizacji akademickich, „o godzinie otwarcia zakładu zjawiła się grupa studentów i zajęła miejsca przy wszystkich stolikach. [...] Każdy ze studentów zamówił szklankę wody sodowej i przez trzy godziny siedział przy tej wodzie, potem zaś pojawiła się zmiana. Po dwóch dniach takiej legalnej okupacji – policja nie miała nic do powiedzenia, jako że prawa nie naruszano, a wodę sodową pić wolno – właściciel lokalu «pękł» i klnąc zapłacił żądaną przez organizację studencką sumę, którą uważał za haracz”279. Historia ta wydarzyła się wprawdzie w Krakowie, ale musiała mieć szeroki rezonans również w stolicy, skoro ówczesny słuchacz Uniwersytetu Warszawskiego przytoczył ją, naturalnie z pełną aprobatą, po kilkudziesięciu latach. Jak widać, w fakcie, że student jest biedny, nie widziano niczego wyjątkowego, ani nie traktowano tego w kategoriach ujmy na jego honorze.

Studenci: źródła utrzymania, czesne, wydatki, zdrowie

Informacje na temat źródeł utrzymania słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego są w pewnej mierze sprzeczne. Według danych z roku akademickiego 1934/1935, które przytacza Atlas szkolnictwa wyższego, większość studentów utrzymywała się głównie ze środków otrzymywanych od rodzin. W sytuacji takiej znajdowało się aż 60% z nich. Uniwersytet zajmował pierwsze miejsce w kraju pod względem odsetka słuchaczy utrzymujących się na własną rękę, który osiągał tu 32%, podczas gdy średnia krajowa wynosiła 26%. Jak uważa autorka Atlasu Halina Wittlinowa, miało to związek ze stosunkowo największymi możliwościami zarobkowania, jakie oferowała stolica. Ponadto 8% studentów UW korzystało z różnego rodzaju stypendiów, co również stanowiło wyróżnik na tle ogółu oświaty wyższej. (W skali całej Polski otrzymywało je wówczas 5,5% słuchaczy). Pozycję tę Uniwersytet zawdzięczał przede wszystkim bardzo dużej liczbie stypendiów dla studentów medycyny przyznawanych przez różnego rodzaju instytucje samopomocowe – korzystał z nich niemal co trzeci słuchacz Wydziału Lekarskiego, podczas gdy na innych uniwersytetach odsetek stypendystów nie przekraczał 10%280.

Odmienny obraz wyłania się z publikacji z drugiej połowy lat 20., według której aż 73% studentów wszystkich szkół wyższych zmuszonych było utrzymywać się samodzielnie, 25% otrzymywało jakąkolwiek pomoc z domu (z czego mniej więcej połowie nie wystarczała ona na życie), a tylko 2% korzystało ze stypendiów281. Ponieważ trudno jest zakładać, że sytuacja panująca na Uniwersytecie Warszawskim była całkowitą odwrotnością realiów ogólnokrajowych, jak również że w ciągu kilku zaledwie lat, przypadających na czasy wielkiego kryzysu gospodarczego, nastąpiła tak diametralna poprawa warunków studiowania, wydaje się pewne, iż któreś z tych źródeł (albo w jakimś stopniu oba) podają dane nieprawdziwe. Mogło to wynikać z deklaratywnego charakteru informacji na temat źródeł utrzymania, które pochodziły z ankiet przeprowadzanych wśród studentów, zaniżających prawdopodobnie wielkość pomocy otrzymywanej od rodziny.

W przeciwieństwie do autorów wcześniejszej monografii dziejów Uniwersytetu Warszawskiego w dwudziestoleciu międzywojennym, którzy podzielali pogląd o konieczności samodzielnego utrzymywania się przez większość studentów282, uważam za bliższy prawdy wniosek Wittlinowej, że podstawowe źródło utrzymania słuchaczy stanowiła pomoc ze strony rodziny. Świadczą o tym np. dane z roku akademickiego 1931/1932, opublikowane przez Bratnią Pomoc. Wynika z nich, iż wsparcie materialne z domu otrzymywało 56% studentek i 40% studentów, przy czym kobiety dostawały najczęściej więcej pieniędzy niż mężczyźni283. (Potwierdza to obserwację, że wykształcenie córki było droższe niż syna, o czym pisałem w rozdziale poświęconym strukturze płci). Liczby te odnoszą się wprawdzie wyłącznie do studentów chrześcijańskich, nie ma jednak powodów, aby sądzić, że sytuacja słuchaczy wyznania mojżeszowego była diametralnie inna. Do podobnych wniosków prowadzą informacje, które znaleźć można w kwestionariuszach wypełnianych przez najuboższych studentów Wydziału Weterynaryjnego, ubiegających się o zwolnienie z czesnego lub stypendia socjalne. Na ogólną liczbę 46 takich osób, tylko 14 nie przysyłano z domu jakichkolwiek pieniędzy, jeden student otrzymywał pomoc w postaci paczek żywnościowych, a 9 mieszkających w Warszawie lub mających tu krewnych mogło nieodpłatnie korzystać z mieszkania i (niekiedy) z wyżywienia. Pozostałe 23 osoby dostawały co miesiąc od rodziny średnio około 30 zł284.

Należy przypuszczać, że skoro nawet około 2/3 najuboższych otrzymywało pewną pomoc od rodziny, w tym połowa z nich w postaci gotówki, tym bardziej wśród zamożniejszych studentów przeważać musieli ci, których utrzymywali rodzice lub krewni. Zarówno przykład słuchaczy weterynarii, jak i dane zebrane przez Bratnią Pomoc, pokazują zarazem, że często łączono ze sobą różne źródła utrzymania. Duża część studentów musiała zarobkować, ponieważ środki otrzymywane od rodziny były niewystarczające, aby przeżyć w stolicy. Inni, choć utrzymywali ich rodzice, dorabiali, aby zdobyć pieniądze na własne wydatki, a tym samym odciążyć domowy budżet. Jeszcze inni uzupełniali częściowo swe dochody różnymi pożyczkami lub zapomogami, o których będzie mowa dalej.

Warto podkreślić, iż w sytuacji śmierci rodziców lub ich niedołężności wsparcia materialnego często udzielało studiującym starsze rodzeństwo, a niekiedy również dalsi krewni. Naukę Jana Radożyckiego na Uniwersytecie finansował na przykład jego wuj, ksiądz Jan Stawarczyk, który pracował tu naukowo na Wydziale Teologii Katolickiej285. W takich sytuacjach sponsorzy rościli sobie zwykle prawo do kontrolowania postępów w nauce, albo nawet prowadzenia się swoich podopiecznych. Radożycki pilnie studiował, aby nie zawieść wuja dobrodzieja, ale prowadzący życie artysty poeta Artur Rzeczyca po jakimś czasie zraził sobie i rodziców, i resztę krewnych, którzy przestali przesyłać pieniądze286. Solidarność rodzinna działała oczywiście w obie strony i do rzadkości nie należały również sytuacje, gdy po śmierci jednego lub obojga rodziców to student Uniwersytetu zmuszony był przejąć rolę głównego żywiciela rodziny, utrzymując młodsze rodzeństwo287.

Z informacji zebranych przez Bratnią Pomoc wynika, iż na początku lat 30. zarobkowało 59% studentek i 53% studentów chrześcijańskich. Mniej więcej co czwarta z kobiet zarabiała miesięcznie nie więcej niż 50 zł, 28% od 50 do 100 zł, kolejne 30% od 100 do 200 zł, natomiast 15% ponad 200 zł. Struktura zarobków mężczyzn wyglądała inaczej: dochód poniżej 50 zł deklarowało tylko 5% z nich, 23% uzyskiwało od 50 do 100 zł, 44% od 100 do 200 zł, 20% od 200 do 250 zł, a 8% powyżej 250 zł288. (Dla porównania, pensja robotnika niewykwalifikowanego wynosiła wówczas ok. 100–200 zł, starszy asystent zarabiał na Uniwersytecie 250 zł). Jak widać, rozpiętość dochodów była bardzo duża. Studentki podejmowały nieco częściej pracę niż studenci, ale zarabiały od nich zdecydowanie gorzej, w znacznie większym stopniu zależały więc od pomocy finansowej ze strony rodziny.

Najczęstszą formą zarobkowania studentów były korepetycje. Z informacji zamieszczanych we wnioskach o pomoc wynika, iż pod koniec lat 30. wynagrodzenie za godzinę zajęć wynosiło ok. 1 zł, a jedna osoba mogła w ten sposób zarobić miesięcznie najczęściej 30–40 zł289. Pojawiająca się regularnie w ofertach pracy informacja o wyznaniu korepetytora („Student-chrześcijanin...”) wskazuje, że rodziny chrześcijańskie niechętnie zatrudniały w takim charakterze żydowskich słuchaczy Uniwersytetu, a reguła ta działała prawdopodobnie także vice versa. Zdarzało się, że korepetycji udzielano w zamian za stancję, a nawet za obiady290.

Prosty rachunek wykazuje, że osoba wynajmująca w Warszawie mieszkanie, bez żadnego wsparcia ze strony rodziny, miała wielkie trudności, aby utrzymać się z korepetycji. Chcąc zarobić 40 zł, musiała udzielać 10 lekcji tygodniowo (co wymagało przecież dodatkowo pewnego przygotowania się i dojazdu do klienta), a kwota ta z trudem wystarczała nawet na bardzo nędzną wegetację. W dużo lepszej sytuacji znajdowali się studenci mieszkający w Warszawie przy rodzinach, którzy dzięki zarobkom z korepetycji mogli dokładać się do domowych wydatków. Jak wyjaśniała jedna ze studentek weterynarii: „Mieszkam przy rodzicach i mam od nich życie, ale gdy zarabiam korepetycjami, wówczas daję im około 30 zł miesięcznie”291. W przypadku osób lepiej sytuowanych dawanie lekcji mogło stanowić natomiast źródło dochodów, niezależne od rodzicielskiego kieszonkowego. „Zostawszy studentem, chciałem uniezależnić się od pomocy Rodziców przynajmniej w zakresie wydatków osobistych” – wspomina z kolei Tadeusz Manteuffel, który w czasie studiów udzielał tygodniowo do 10 godzin korepetycji292.

Ciężko było jednak pogodzić z nauką dużą liczbę korepetycji, a tylko taka mogła zapewnić zarobek pozwalający myśleć o samodzielnym utrzymaniu się. „Mieszkając poza miastem i daleko od stacji [...] i mając dużą ilość godzin pracy na Uniwersytecie, nie mogę wziąć ponad jedną korepetycję (30 zł miesięcznie)” – pisała studentka sekcji przyrodniczej Wydziału Filozoficznego w podaniu o stypendium293. Podobne problemy miało wielu innych słuchaczy, którzy występując o stypendia próbowali uciec z zaklętego kręgu pracy zarobkowej przeszkadzającej w nauce.

Specyficzną formę korepetycji stanowiły tzw. kondycje, czyli pomoc w nauce dzieciom na prowincji. Wiązały się one z koniecznością opuszczenia Warszawy, niektórzy studenci decydowali się jednak na nie, ponieważ rodziny oferowały preceptorom swych latorośli, oprócz wynagrodzenia, zazwyczaj wyżywienie i zakwaterowanie – niekiedy w komfortowych warunkach, np. we dworze ziemiańskim. Dla wielu osób były więc kondycje okazją do podreperowania zdrowia i odzyskania sił. „Wskutek wyczerpania fizycznego w roku 1923/1924 przerwałam studia na Uniwersytecie, uzyskałam urlop i wyjechałam na wieś na kondycję” – informowała Fundację im. Młockich studentka Wydziału Filozoficznego294. Co ciekawe, w przypadku niektórych kierunków (głównie prawa) możliwe było pogodzenie takiej posady z formalnym kontynuowaniem nauki na Uniwersytecie. „W zeszłym roku nie mogłem spełnić mojej potrzeby kształcenia się, bo haniebne warunki mieszkaniowe (mieszkałem w suterenie) i materialne wygnały mnie na wieś na kondycję. Tam oczywiście uczyłem się ze skryptów i podręczników i egzamin złożyłem. Ale nauka ograniczona do tego, aby tylko zdać egzamin, mnie nie zadowala” – opisywał swe położenie pewien student Wydziału Prawa295.

Mimo że korepetycji udzielało bardzo wielu słuchaczy Uniwersytetu (a może właśnie dlatego), zdobycie posady korepetytora nie było wcale łatwe, szczególnie dla osób pochodzących spoza Warszawy, które nie dysponowały tu odpowiednią siecią kontaktów towarzyskich, znajomości szkolnych i rodzinnych. Aplikując o stypendium inny student prawa, weteran walk o niepodległość i powstań śląskich, wyznawał: „przed paru jednak dniami utraciłem dwie korepetycje, nie znam tutejszych stosunków, nie posiadam znajomych, niedawno bowiem przyjechałem do Warszawy, co nie pozwala mi przypuszczać, abym wkrótce zdobył nowe środki utrzymania”296. Minusem korepetycji był również ich sezonowy charakter: w większości przypadków zarobki kończyły się wraz z początkiem wakacji, choć sporadycznie zdarzały się przypadki, że zamożne rodziny angażowały studentów jako preceptorów dla dzieci również w miesiącach letnich, zabierając ich nawet ze sobą na wypoczynek. Ofertę taką otrzymał np. jeden z niemieckich studentów, uczący swego języka ojczystego synów przemysłowca i wielokrotnego ministra Czesława Klarnera297.

Nie zawsze też korepetycje były miłym doświadczeniem. „Powodziło mi się coraz gorzej. Z domu otrzymywałem grosze, musiałem zarabiać korepetycjami” – wspomina Jan Śpiewak. „Te «korki» były obrzydliwe, poniżające, a przy tym trudne do zdobycia, trzeba było szukać protekcji, aby móc zarobić parę złotych. Ubrylantynowane mamy patrzyły na mnie podejrzliwie, nieraz siedziały na lekcjach, kontrolowały, jak uczę i czego uczę. Tłuste łapska błyszczały od złota. Uparcie wbijałem bęcwałom do głowy zasady gramatyki, wyjaśniałem, tłumaczyłem literaturę polską. Mamy dopiekały, jak mogły. Pokojówki patrzyły z politowaniem na korepetytora, który ze spoconym łbem, zadyszany wpadał, aby się nie spóźnić i gnał dalej na drugi koniec miasta. Wykłady uniwersyteckie, «korki», nieustanny pośpiech, przeskakiwanie z tramwaju do tramwaju męczyło, wracałem do pokoju, aby trochę odpocząć”298.

W znacznie lepszej sytuacji znajdowali się ci, którym udało się zdobyć pracę stałą, choć ta z kolei jeszcze trudniej dawała się zazwyczaj pogodzić z nauką. Przyznawał to z perspektywy lat Giedroyc: „Zresztą w pierwszym okresie studiów mało chodziłem na Uniwersytet, gdyż musiałem pracować zarobkowo. Pracowałem w biurze ogłoszeń PAT na Krakowskim Przedmieściu, gdzie wypisywałem ogłoszenia komorników i inne nudziarstwa. Zarabiałem za to zupełnie nieźle; starczało i na moje wydatki, i na pomoc dla domu”299. Funkcjonować tak można było jednak na Wydziale Prawa, gdzie na ogół nie egzekwowano obecności studentów na zajęciach; na Wydziale Lekarskim albo na weterynarii byłoby to już niemożliwe. Jak pisał jeden z niedoszłych medyków, tłumacząc, dlaczego przeniósł się na Wydział Prawa: „Skazany [po śmierci ojca – P.M.M.] na wiele godzin codziennej pracy zarobkowej, nie mógłbym dalej kontynuować mych kosztownych studiów medycznych, absorbujących cały dzień ze względu na obowiązkowe laborki i kliniki”300.

Studenci chwytali się różnych zajęć, znajdując zatrudnienie jako biuraliści, urzędnicy, magazynierzy, egzekutorzy, taksatorzy, kelnerzy lub bufetowe301. Jeden z prawników najpierw pracował na 3 zmiany jako robotnik sezonowy w fabryce konserw i przetworów owocowych, a następnie na wyścigach konnych jako „blokier, goniec i kontroler stajenny”302. Część osób próbowała godzić studia na Uniwersytecie z pracą nauczyciela; była to, oprócz korepetycji i kondycji, jedna z niewielu posad, na których kobiety mogły dorabiać na równi z mężczyznami303. Medycy wyjeżdżali w wakacje do uzdrowisk i sanatoriów, gdzie do ich formalnych obowiązków należała nie tylko rehabilitacja, lecz również obtańcowywanie kuracjuszek304. Niektórzy z przyszłych prawników relacjonowali dla prasy procesy sądowe305. Jako korektor w „Gazecie Warszawskiej”, i to już od pierwszego roku studiów, dorabiał sobie Wojciech Wasiutyński, chociaż jako syn profesora Uniwersytetu nie musiał martwić się o utrzymanie. (Być może zatem głównym motywem zatrudnienia się była w jego przypadku chęć wejścia w dorosły świat polityki?)306. Późniejszy poeta i tłumacz Seweryn Pollak został zaangażowany jako sekretarz literacki przez spadkobiercę wielkiej fortuny przemysłowej Marka Eigera (prywatnie brata komunistki Marii Kamińskiej), pisującego pod pseudonimem Stefan Napierski307. Najbardziej bodaj oryginalny sposób dorabiania znalazł sobie Stefan Otwinowski, przyszły dramatopisarz i publicysta, który „bardzo lubił tańczyć, tańczył znakomicie, a nawet w początkach [...] studiów wykorzystywał tę umiejętność w celach zarobkowych, angażując się w warszawskich lokalach jako fordanser”308. O żadnym z tych zajęć nie wiemy niestety, na ile było dochodowe i czy nie powodowało kolizji z nauką. Przeważnie były to jednak prace „dorywcze, mało opłacalne, a co najgorsze – niestałe”, jak charakteryzował je jeden z ówczesnych studentów309.

Niełatwo też było zdobyć zatrudnienie. Pośrednictwem w poszukiwaniu pracy zajmowała się, bardzo zresztą profesjonalnie, Bratnia Pomoc, ale na początku lat 30. popyt na rynku pracy tak dalece przewyższał podaż, iż zainteresowani ustawiali się w kolejce na 20 godzin przed otwarciem biura. W tym czasie organizacja dysponowała rocznie 1455 ofertami; w każdym trymestrze na listę oczekujących zapisywało się ok. 300 studentów310. Jeszcze trudniejsze było poszukiwanie pracy na własną rękę, co opisywał w podaniu o stypendium inny ze słuchaczy: „Obszedłem już wszystkie biura, ogłaszałem się trzykrotnie w «Kurierze Warszawskim», reflektowałem już nawet na posadę stróża nocnego, wszystko jednak bez skutku, pracy w porze wiecz[ornej] lub nocnej otrzymać nie mogłem”311.

Skoro już mowa o pracy nocnej, o ile wierzyć historii przytaczanej przez wiceministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego księdza Bronisława Żongołłowicza, zdarzało się ponoć, iż studentki Uniwersytetu Warszawskiego dorabiały sobie w charakterze luksusowych prostytutek, obsługujących najwyższych dygnitarzy państwowych. Jedna z nich, wyjątkowo piękna słuchaczka farmacji miała jednorazowo zarobić, jak dosadnie ujął to pamiętnikarz, „pod Beckiem”, ówczesnym szefem polskiej dyplomacji, aż 100 zł, które zresztą zaraz szlachetnie podarowała pewnemu niezamożnemu koledze312. Jeśli i historia, i stawka były prawdziwe, oznaczałoby to, że dochody przyszłej farmaceutki przewyższały prawdopodobnie zarobki wielu profesorów. Nie był to jednak, pod żadnym chyba względem, przypadek reprezentatywny dla ówczesnej społeczności akademickiej.

Jedna tylko w pełni wiarygodna relacja dokumentuje fakt zarobienia przez studenta Uniwersytetu większej sumy pieniędzy. Udało się to Józefowi Garlińskiemu, który podjąwszy się zredagowania dla wojska okolicznościowej publikacji, otrzymał nie tylko 150 zł tytułem korekty technicznej, ale również 25% zysków od wpływów z pozyskanych przez siebie ogłoszeń. W ten sposób, korzystając po części z renomy, jaką cieszyła się armia, zarobił w krótkim czasie ponad 1000 zł – kwotę dla niego wówczas zupełnie astronomiczną313. Był to jednakże dochód jednorazowy, gdyż podobna okazja zarobku już się nie powtórzyła.

Trudno jest precyzyjnie ustalić, jakie wydatki pociągały za sobą studia na Uniwersytecie Warszawskim, ponieważ ich wielkość i struktura zależały w dużej mierze od warstwy społecznej, z której wywodził się dany student, i miejsca jego zamieszkania. Większość relacji pochodzących od lepiej sytuowanych słuchaczy Uniwersytetu milczy na temat spraw finansowych, z czego wywnioskować można, iż koszty związane ze studiowaniem nie stanowiły problemu absorbującego ich uwagę, w każdym razie nie na tyle, aby wspominać je po latach. W przypadku studentów (nie tylko tych zamożnych), zamieszkałych w stolicy przy rodzinie, wydatki na zakwaterowanie i wyżywienie były proporcjonalne do statusu materialnego ich domów, ale ich precyzyjne wyliczenie przekraczałoby zakres tej pracy. Całkiem sporo można natomiast powiedzieć o wydatkach słuchaczy najbiedniejszych, zwłaszcza pochodzących spoza Warszawy, i na tej podstawie oszacować, ile wynosiło minimum egzystencjalne niezbędne, aby utrzymać się podczas studiów na Uniwersytecie.

Mimo iż Uniwersytet Warszawski był uczelnią państwową, nauka na nim miała charakter płatny. Wszyscy studenci, oprócz wpisowego i czesnego, musieli wnosić opłaty za korzystanie z pracowni i biblioteki, za udział w seminariach, a także za egzaminy. Wysokość tych stawek ustalało początkowo corocznie dla wszystkich państwowych szkół wyższych w kraju MWRiOP. Wnoszone przez słuchaczy opłaty odnotowywano w indeksach i na specjalnych formularzach prowadzonych przez kwesturę. Nieuiszczenie ich na czas skutkowało skreśleniem z listy studentów. Wysokość czesnego rosła systematycznie od początku lat 20., co częściowo było skutkiem panującej wówczas hiperinflacji: w roku akademickim 1920/1921 opłata ta wynosiła 450 marek polskich, podczas gdy 2 lata później już 10 000 marek. Towarzyszył temu równie skokowy wzrost pozostałych należności. Wraz z reformą skarbową i wprowadzeniem złotego w 1924 r. nastąpiła ukryta podwyżka. Wysokość czesnego ustalono wówczas na 50 zł rocznie, łączna suma opłat wahała się jednak – w zależności od liczby seminariów, zajęć w pracowniach, egzaminów, a tym samym wydziału i roku studiów – od 90 do 150 zł314.

Opłaty akademickie uiszczano w 2 ratach półrocznych. Najtańsze były studia prawnicze i humanistyczne, najdroższe zaś medyczne. Przykładowo, Józef Goldberg, w latach stalinowskich okryty ponurą sławą dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, znany później lepiej pod przybranym nazwiskiem jako Jacek Różański, który studiował na Wydziale Prawa w latach 1925–1929, za 2 pierwsze lata nauki zapłacić musiał po 91 zł, za trzeci rok 102 zł, zaś za czwarty 104 zł. Ponadto 21,20 zł kosztowała go poprawka z prawa rzymskiego na pierwszym roku, zaś 14,40 zł poprawka z prawa narodów na roku drugim, które niestety, nie wyrobiły w nim przywiązania do praworządności315. Studiujący nieco później na Uniwersytecie inny student wyznania mojżeszowego, Dawid Berencwajg, który w 1940 r. został zamordowany przez NKWD w Charkowie jako lekarz podporucznik rezerwy Wojska Polskiego, musiał corocznie uiszczać za naukę na Wydziale Lekarskim 149–151 zł316.

W lipcu 1932 r. MWRiOP wprowadziło radykalną podwyżkę czesnego i całkowicie zmieniło system jego obliczania. Słuchaczy wszystkich wydziałów obowiązywały odtąd jednakowe opłaty roczne, różniły się one natomiast w zależności od roku studiów. Najwyższą stawkę, w wysokości 270 zł, ustalono dla studentów pierwszego roku; na drugim roku wynosiła ona 250 zł, na trzecim 220 zł, zaś na czwartym i dalszych – 200 zł. Podobnie jak we wcześniejszych latach, czesne regulowano najczęściej w 2 ratach. Słuchaczom przysługiwało prawo wystąpienia o zmniejszenie tych opłat, przy czym i pod tym względem system świadomie faworyzował studentów lat wyższych, gdyż ewentualna ulga miała charakter progresywny, wynosząc 5% ogółu opłat na pierwszym roku i rosnąc o 5% każdego kolejnego roku nauki (aż do czwartego włącznie). Kolejna reforma nastąpiła w 1936 r. Zrównała ona opłatę roczną dla wszystkich lat studiów, ustalając jej wysokość na wszystkich uniwersytetach na 200 zł. Za egzaminy płaciło się od 4 do 9 zł, ponadto 15 zł kosztował egzamin magisterski. Przy ubieganiu się o przyjęcie na Uniwersytet należało uiścić opłatę manipulacyjną w wysokości 10 zł, a także 10 zł za egzamin wstępny z każdego przedmiotu, po przyjęciu zaś 30 zł wpisowego. Najlepsi studenci mieli prawo ubiegać się o zwolnienie z połowy opłat. Osoby niezamożne mogły też wystąpić o odroczenie całości lub części opłat akademickich na okres nie dłuższy niż 10 lat od momentu zakończenia nauki317. W takim przypadku podpisywali umowę ze skarbem państwa, reprezentowanym przez władze Uniwersytetu, zobowiązując się do zwrotu odroczonych płatności w określonym terminie.

Z przywileju odroczenia opłat akademickich w połowie lat 30. korzystało 4286 osób, czyli prawie co drugi studiujący na UW. (Do wybuchu wojny liczba ta zmniejszyła się niemal dwukrotnie i wynosiła 2234 osoby, równocześnie jednak, o czym będzie jeszcze mowa dalej, istotnie wzrosła grupa słuchaczy pobierających stypendia)318. Jednym z beneficjantów odroczenia opłat był studiujący na Wydziale Prawa w latach 1932–1936 Jan Kott, późniejszy krytyk literacki i teatralny, tłumacz i eseista, po wojnie najpierw gorliwy marksista, a później dysydent, profesor Uniwersytetu w latach 1952–1969. W ciągu 3 kolejnych lat nauki, począwszy od drugiego roku studiów, uzyskiwał on odroczenia płatności połowy czesnego, w czym nie przeszkodziło mu zatrzymanie przez policję podczas rozdawania komunistycznych ulotek na manifestacji pierwszomajowej i związane z tym postępowanie dyscyplinarne na uczelni. Jego dług wobec Skarbu Państwa sięgnął ostatecznie 335 zł, którą to kwotę Kott miał spłacić do 31 VIII 1945 r. (Niezależnie od odroczenia czesnego otrzymał on również w roku akademickim 1935/1936 stypendium państwowe w wysokości 600 zł rocznie, co pokazuje notabene, jak łagodny wobec swych przeciwników był przedwojenny polski autorytaryzm, w każdym razie na gruncie uniwersyteckim)319.

Nie ulega wątpliwości, że czesne i inne opłaty były bardzo poważnym obciążeniem dla studentów niezamożnych, a zwłaszcza dla wywodzących się ze wsi, gdzie na skutek wielkiego kryzysu gospodarczego i tzw. nożyc cenowych wiele rodzin nie było w stanie zgromadzić wystarczającej ilości gotówki, aby opłacić dziecku choćby tylko pierwszą ratę. Być może właśnie ze względu na podwyżkę liczba studentów Uniwersytetu w roku akademickim 1933/1934 spadła o blisko 400 w stosunku do roku poprzedniego i już do wybuchu wojny nie wróciła do wcześniejszego poziomu320. Z drugiej strony, z ówczesnych wyliczeń wynika, iż nawet po podwyżce opłat akademickich w 1932 r. ani Uniwersytet, ani skarb państwa na oświacie wyższej nie zarabiały; przeciwnie, do nauki każdego studenta budżet musiał dopłacić co roku ok. 1000 zł321. Skoro zresztą po podwyżce uczelnia nie miała problemu z naborem kandydatów, a na niektórych kierunkach musiała wręcz organizować egzaminy wstępne, zdrowy rozsądek wskazuje, iż opłaty nie przekraczały en masse możliwości finansowych ówczesnego społeczeństwa. Dla porównania, w dobrej warszawskiej szkole średniej, jaką było gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, czesne na początku lat 30. wynosiło 1000 zł rocznie322. W renomowanym Zakładzie Jezuitów w Chyrowie rok nauki (wraz z internatem) w drugiej połowie lat 20. kosztował 1500 zł. Nawet za podrzędne gimnazjum prowadzone na Podkarpaciu przez ojców Saletynów trzeba było zapłacić rocznie 300 zł, kwota ta obejmowała jednak wyżywienie i internat323.

Bardzo poważny wydatek związany ze studiami stanowiło zakwaterowanie. Musiała go ponosić zdecydowana większość osób przybyłych z prowincji, którzy stanowili mniej więcej 2/3 ogółu studentów. Tylko nieliczni z nich mogli bowiem liczyć na gościnę u krewnych. Niemal wszyscy słuchacze Uniwersytetu pochodzący z Warszawy mieszkali natomiast przy swych rodzinach. Jedyny przypadek wyprowadzki z domu rodzinnego w stolicy do domu akademickiego, o jakim wspomina znany mi materiał źródłowy, spowodowany był nadzwyczajną biedą324. Również niektóre osoby zamieszkałe w okolicach Warszawy pozostawały w domach rodzinnych, dojeżdżając stamtąd na zajęcia. Było to jednak czasochłonne i uciążliwe. Studentowi mieszkającemu w Skierniewicach codzienna podróż na Uniwersytet i z powrotem zajmowała około 5 godzin. Inny, dojeżdżający z Brwinowa, skarżył się, iż „chciałby się przenieść do Warszawy, bo z Brwinowa na Grochów [gdzie mieścił się Wydział Weterynaryjny – P.M.M.] jest b. daleko i zła komunikacja, nadto bilet kosztuje drogo i duża strata czasu”325.

43. Dom Akademicki przy ul. Grójeckiej w dniu oddania do użytku, 1930 r.

Studenci wynajmowali przeważnie pokoje na mieście, gdyż miejsc w akademikach i tzw. ogniskach było przez większą część dwudziestolecia międzywojennego zdecydowanie zbyt mało. W 1927 r. do dyspozycji słuchaczy wszystkich szkół wyższych w całej stolicy było zaledwie 800 łóżek. Uniwersytet wykorzystywał ok. 450 z nich. Sytuacja poprawiła się wyraźnie dopiero na początku lat 30., gdy na Ochocie ukończono budowę głównego gmachu Kolonii Akademickiej im. Bolesława Chrobrego, mogącego pomieścić 1650 osób w 759 pokojach. Jak utrzymywała zarządzająca nimi początkowo Bratnia Pomoc, zapotrzebowanie na mieszkania ze strony słuchaczy UW zostało wówczas całkowicie pokryte, co dotyczyło jednakże wyłącznie osób wyznania chrześcijańskiego326.

W listopadzie 1933 r. władze państwowe przejęły Kolonię z rąk Bratniej Pomocy, ustanawiając tam zarząd komisaryczny, a następnie przekazały ją specjalnie powołanej Fundacji Domy Akademickie w Warszawie. Przeprowadzona wtedy kontrola wykazała, iż w kompleksie na Ochocie 200–300 miejsc noclegowych stało pustych, a kilkuset lokatorów kwalifikowało się do eksmisji. Po likwidacji tych i innych patologii, o których będzie jeszcze mowa dalej, budynek był w pełni obłożony. W roku akademickim 1937/1938 musiano nawet odrzucić z braku miejsc aż 300 podań studenckich. W latach 1936–1937 Fundacja przejęła akademiki przy ul. Polnej 50, dom Auxilium Academicum przy Tamce 4 i 2 domki dotychczasowego półsanatorium przy ul. Lipińskiej na Bielanach, zyskując łącznie 409 nowych miejsc327. Według sprawozdania rektorskiego, w przedostatnim roku akademickim przed wybuchem wojny w domach akademickich mieszkało w sumie 765 chrześcijańskich studentów Uniwersytetu, z tego 498 mężczyzn w Kolonii na Ochocie, 40 przy ul. Polnej i 25 na Bielanach. Kobiety w liczbie 202 zajmowały budynek przy Tamce328. Ponadto ok. 300 słuchaczy wyznania mojżeszowego, których zupełnie pominięto w powyższym zestawieniu, mieszkało w Domu Akademickim Studentów Żydów na rogu ulic Namiestnikowskiej i Brukowej (dziś Sierakowskiego i Okrzei) na Pradze329.

44. Dom akademicki dla młodzieży żydowskiej przy ul. Namiestnikowskiej na Pradze, 1932 r.

Dla przybyszy z prowincji poszukiwanie zakwaterowania było najczęściej pierwszym zderzeniem z wielkomiejskim światem stolicy, a zarazem testem życiowej zaradności. „Pierwsze kłopoty, jakie pojawiły się po przyjeździe do Warszawy, to była sprawa mieszkania” – wspomina Stefan Wesołowski. „Należało znaleźć je wcześniej. Zacząłem uciążliwe poszukiwania – bez skutku. Pamiętam, jak na Wspólnej zaproponowano mi wspaniały pokój za zawrotną dla mojej kieszeni sumę siedemdziesięciu złotych. Znużony całodziennym poszukiwaniem trafiłem wreszcie na ulicę Brzeską na Pradze, w okolicy Dworca Wschodniego, do pani, której mąż był maszynistą kolejowym”. Mieszkający tam już sublokator zaproponował mu podział komornego, dzięki czemu mieszkanie kosztowało go ostatecznie 30 zł miesięcznie330.

45. Walne zebranie Bratniej Pomocy Studentów UW, luty 1932 r.

Stawka taka należała do przeciętnych. Jak wynika z informacji podawanych przez studentów w podaniach o zapomogi, pod koniec lat 30. minimalny koszt stancji wynosił około 15–25 zł miesięcznie, przy czym za cenę tę oferowano noclegi w gorszych, peryferyjnych dzielnicach, najczęściej w kilkuosobowych izbach331. „Studenci znajdujący się w szczególnie trudnej sytuacji materialnej gnieździli się w wieloosobowych pokojach, tak zastawionych łóżkami, że pozostawało wolne jedynie bardzo wąskie przejście. Właściwie były to prywatne domy noclegowe” – wspomina jeden ze ówczesnych słuchaczy332. Z publikacji poświęconej zwalczaniu gruźlicy dowiadujemy się natomiast, „że studenci mieszkają grupami w pokojach ciemnych, pozbawionych wody, z ustępami w podwórzu, że pranie bielizny jest luksusem, że mieszkają kątem i często razem z chorymi”333.

W lepszych częściach miasta i w bardziej komfortowych warunkach ceny musiały być odpowiednio wyższe. Na tym tle zdecydowanie konkurencyjnie wypadało zakwaterowanie w domach studenckich. Za pokój jednoosobowy w Kolonii Akademickiej na Ochocie trzeba było zapłacić na początku lat 30. 60 zł, za miejsce w dwuosobowym 30–35 zł, w trójce – 25 zł, zaś w pokojach sześcio- i siedmioosobowych – 12,50 zł. Ceny w pozostałych akademikach były na ogół zbliżone334. W drugiej połowie lat 30., po przejęciu Kolonii przez Fundację, opłaty dość istotnie obniżono i wynosiły: 38 zł za pokój jednoosobowy, 26 zł za miejsce w dwuosobowym, 22 zł – w trzyosobowym, 15 zł – w czteroosobowym i 10 zł w salach wieloosobowych335.

46. Pływalnia w Domu Akademickim przy ul. Grójeckiej, 1931 r.

Domy studenckie miały na dodatek wyższy standard niż większość sublokatorskich pokojów wynajmowanych prywatnie. „W Kolonii czynna jest stołownia, sklepy żywnościowe, ambulatorium, basen pływacki w sezonie zimowym prowadzony pod kierunkiem AZS, boisko do gier sportowych, korty tenisowe, sala gimnastyczna, czytelnia pism, biblioteka, pralnia, zakład szewski i krawiecki, zakład fryzjerski” – zachwalał informator dla studentów. Warunkiem otrzymania miejsca w akademiku było jednak uzyskanie tzw. kwalifikacji mieszkaniowej ze strony Bratniej Pomocy336. W atmosferze panującego na Uniwersytecie rozpolitykowania i przy całkowitym zdominowaniu Bratniaka przez prawicę narodową oznaczało to, że o zakwaterowaniu tam nie mógł nawet marzyć student wyznania mojżeszowego, a często również Polak o „niewłaściwych” przekonaniach politycznych, tzn. należący do konkurencyjnej organizacji samopomocowej337. Członkowie Bratniej Pomocy mogli natomiast ubiegać się również o tzw. stypendium mieszkaniowe, czyli dofinansowanie zakwaterowania w domach studenckich. W roku akademickim 1931/1932 przyznano je 119 osobom. Wysokość dopłat wahała się od 10 do 30 zł, najczęściej było to 10–15 zł338.

47. Mieszkanki Domu Akademiczek przy ul. Górnośląskiej 14, 1936 r.

Po przejęciu domów studenckich przez Fundację to ona decydowała o przyznawaniu miejsc noclegowych, co uwolniło tę procedurę od wpływów polityki. (Żydzi nadal nie mieli jednak prawa korzystać z akademików). Jednocześnie wprowadzony został system stypendiów mieszkaniowych, pozwalających osobom niezamożnym sfinansować w całości lub częściowo zakwaterowanie w Kolonii Akademickiej. Ich liczba z 513 w roku 1933/1934 wzrosła do 1050 w ostatnim roku przed wybuchem wojny. Dla studentów pierwszego roku powołano też specjalną bursę, do której nabór prowadzono za pośrednictwem szkół średnich na prowincji, wyławiając uzdolnioną, lecz szczególnie ubogą młodzież. Kilkudziesięciu zakwalifikowanym do takiego stypendium osobom każdego roku Fundacja finansowała zakwaterowanie w domu studenckim, wikt i opierunek, a ponadto wypłacała co miesiąc 20 zł na własne wydatki339.

Na marginesie spraw noclegowych warto nadmienić, iż domy akademickie pod rządami Bratniej Pomocy tworzyły specyficzny półświatek, co było efektem przebywania pod jednym dachem wielu młodych ludzi, często po raz pierwszy w życiu uwolnionych spod ciężaru rodzicielskiej kurateli. Kwitł znany również z późniejszych czasów proceder nocowania kolegów, którzy „nie mieli gdzie się zatrzymać z braku pieniędzy i często gościli nielegalnie («na waleta», czyli nie płacąc za pokój) w domu akademickim, m.in. i u mnie” – wspomina Jan Radożycki. „Działo się tak mimo zakazu ze strony policji, gdyż oczywiście nie byli zameldowani. Policja od czasu do czasu organizowała na nich «obławy» w domu akademickim i ci, co wpadli w jej ręce, byli karani”340. Fakt ten potwierdza Władysław Siła-Nowicki, zwracając jednak uwagę również na inny aspekt zjawiska: „W akademikach panowały dość swobodne stosunki obyczajowe, ale osoby płci odmiennej, przychodzące z reguły w niedwuznacznych celach, można było wprowadzać tylko do pewnej godziny. [...] Kiedy jednak odwiedzałem kolegów, zawsze widywałem sporo damskich główek, wychylających się przez okna i niewątpliwie przebywających tam od dnia poprzedniego”341. O ekscesach mających miejsce w Kolonii na Ochocie krążyły wręcz w Warszawie legendy: „Za rządów «Bratniaka» na korytarzach odbywały się zawody motocyklowe, w pokojach pozostawały na noc wesołe panienki, budżet był stale deficytowy, bo wielu mieszkańców nie płaciło, obiady wydawano o dziwacznych godzinach”342. Specjalna komisja powołana przez władze uniwersyteckie stwierdziła później, iż Kolonia była terenem nieustającej agitacji politycznej, zamieszkiwało w niej ponad 100 osób nieuprawnionych, wśród nich „męty społeczne, poszukiwane niejednokrotnie przez policję kryminalną; kobiety miały nieograniczone prawo wstępu na teren i chętnie widziane przez mieszkańców swobodnie plądrowały po całym gmachu, brały udział w urządzanych libacjach, pozostawały na noc, a nawet mieszkały przez czas dłuższy, wędrując od pokoju do pokoju; stąd skandale towarzyskie zakończone niejedną tragedią, częste awantury prostytutek i szerzenie się chorób wenerycznych”343.

48. Studenci w jednym z pokojów w Domu Akademickim przy ul. Grójeckiej, lata 30. XX w.

Porządki panujące w akademikach nie podobały się – choć z różnych względów – zarówno Kościołowi katolickiemu, jak i władzom sanacyjnym. Kardynał Hlond narzekał, że „domy akademickie stały się «burdelami» – dosłownie, że o tym wie od zakonnic, komunikujących mu o studentkach, zarażonych syfilisem, a zamieszkałych w domach akademickich”344. Czynniki państwowe były z kolei zaniepokojone brakiem kontroli nad akademikami, w których „źle się administruje, przyjmuje studentów agitatorów, nierobów, uniezależnia się od władzy szkolnej, w wypadku ekscesów nie dopuszcza do domu władzy bezpieczeństwa”345. Przesądziło to ostatecznie o odebraniu Kolonii Bratniej Pomocy. (Przy okazji przemianowano ją na Domy Studenckie im. Prezydenta Narutowicza, co stanowiło dodatkowe upokorzenie dla nacjonalistycznej prawicy, jak wiadomo, nienawidzącej tego patrona).

Źle prowadzić mogli się oczywiście również studenci mieszkający na stancjach, ale prywatni właściciele mieszkań na ogół skuteczniej czuwali nad przestrzeganiem porządku i moralności niż administratorzy domów akademickich. Jan Śpiewak wspomina konsekwencje, jakie również on musiał ponosić na skutek swawoli swego sublokatora: „Wspólnie z nim wynajmowałem pokoje jeszcze ze dwa lata. Długo nie zagrzewaliśmy miejsca. Dwa, trzy miesiące i... dalej. Pędził nas z miejsca na miejsce niepokój, pędziła burzliwa natura kolegi, uwikłany w miłostki narażał się wszystkim gospodyniom, które często zazdrosnym okiem patrzyły na jego erotyczne wyczyny”346. Studenci urządzali także niekiedy na stancjach różnego rodzaju facecje, np. wzorem swych XIX-wiecznych poprzedników, opisanych w Lalce przez Bolesława Prusa, strasząc pozostałych lokatorów ludzkimi szkieletami. Sprawy takie mogły jednak łatwo znaleźć finał w sądzie, zwłaszcza gdy dowcipnisie zalegali z czynszem347. Jak widać, nawet w materii tak delikatnej jak moralność niewidzialna ręka rynku działała sprawniej od najbardziej restrykcyjnych regulacji administracyjnych.

Drugim kluczowym wydatkiem związanym ze studiowaniem w Warszawie było wyżywienie. Większość słuchaczy Uniwersytetu pochodzących z prowincji, którzy w przeciwieństwie do swych kolegów ze stolicy nie mogli liczyć na posiłki w domu, stołowała się w jadłodajniach prowadzonych przez organizacje samopomocowe lub dotowanych z myślą o studentach. Informator z początku lat 30. wydany przez Centralę Bratnich Pomocy wymienia 7 takich lokali, w większości umiejscowionych w domach akademickich. Jeden z nich znajdował się również na terenie głównego kampusu, w Gmachu Pomuzealnym. Ceny obiadów wahały się w nich od 65 groszy do 1,50 zł, serwowano także śniadania i kolacje348. Niezamożni studenci mogli ubiegać się przy tym o specjalne bony, uprawniające do otrzymywania obiadów bezpłatnie lub za połowę ceny. Na początku lat 30. z pierwszych z nich korzystało codziennie 244, z drugich zaś 116 słuchaczy349. Później, gdy Fundacja Domy Akademickie przejęła zarząd nad Kolonią na Ochocie, rozwinięto tam również na szeroką skalę pomoc żywieniową, wydając każdego dnia około 1800 posiłków. Dzięki ich dotowaniu kolacja i śniadanie mogły kosztować 40 groszy, zupa 20 groszy, a drugie danie 50 groszy. Najubożsi studenci mogli otrzymać bony na darmowe posiłki. Liczba osób otrzymujących je wzrosła z 83 w roku 1933/1934 do 570 w ostatnim roku akademickim przed wybuchem II wojny światowej350.

Miejsc, gdzie mogli się żywić studenci, było jednak znacznie więcej. Obok lepszych jadłodajni, np. prowadzonej przez Siostry Służebniczki na Sewerynowie, gdzie obiad kosztował średnio 1,80–2 zł i dokąd zachodziła również profesura351, istniał cały szereg tanich garkuchni, zorientowanych na uboższych studentów. Jedną z nich wspomina Śpiewak: „[...] Dostaję ulgowe kartki na obiad, biegam co dzień na drugi kraniec miasta, aż na Leszno. Mała knajpka nosi, nie wiadomo czemu, nazwę «Cyganeria». Właściciele, Ignac i ruda Ignacowa, są poczciwi, traktują nas, studentów, familiarnie. Obiadki są nędzne, ale kosztują pięćdziesiąt groszy. Za złotówkę można zjeść wszędzie normalny, dobry obiad z trzech dań. Na to nie mam pieniędzy”352. Studenckie garkuchnie nie były z pewnością wzorem zdrowego żywienia, na co zwracali uwagę ówcześni lekarze, ubolewając: „Wiemy o tym, że znaczna część młodzieży akademickiej odżywia się byle czym i że to, nawet najskromniejsze pożywienie jest przyrządzane w sposób nieliczący się z wymaganiami higieny: wiemy, że jarzyny są w przedziwnej pogardzie u pań, wydających «obiady domowe» na «prawdziwym maśle» [. ..]”353.

Na podstawie przytaczanych powyżej cen można wyliczyć, że średni koszt pełnego wyżywienia, obejmującego 3 posiłki dziennie, nie przekraczał miesięcznie 50 zł. W rzeczywistości wielu studentów oszczędzało jednak na jedzeniu jeszcze bardziej niż czynił to Jan Śpiewak. W wielokrotnie przywoływanych już przeze mnie kwestionariuszach, słuchacze weterynarii, o ile w ogóle wyszczególniali taką pozycję, szacowali swoje wydatki na jedzenie na 20–45 zł. Spora część z nich korzystała z bonów na ulgowe lub darmowe obiady (10–15 w miesiącu) przyznawanych przez Bratnią Pomoc, bądź otrzymywała niewielkie paczki żywnościowe z domu. Większość wiodła jednak, jak eufemistycznie określił to jeden z nich, „życie dostosowane do zarobków”354. Jak mogło ono wyglądać w praktyce, ilustruje podanie studenta Wydziału Humanistycznego do Fundacji im. Młockich: „Żyję z drobnych pożyczek zaciąganych u kolegów, żyję, to znaczy, że zjadam 2 lub w najlepszym razie 3 obiady w tygodniu i pewną ilość śniadań i kolacji złożonych z herbaty i chleba”. Jego kolega kilka lat wcześniej informował pod koniec listopada, iż od początku roku akademickiego żywi się wyłącznie chlebem i wodą355.

Należy przypuszczać, że niewiele tylko lepszy był jadłospis wszystkich tych osób, które na wyżywienie mogły przeznaczyć ok. 15–20 zł miesięcznie, a nie miały prawa korzystania z kuchni. Samodzielnie przygotowując posiłki można było skromnie wyżywić się nawet za tak niewielką kwotę. (W 1938 r. kilogram chleba kosztował w Warszawie średnio 31 groszy, litr mleka – 26 groszy, kilogram mięsa wieprzowego – 1,47 zł, kilogram masła 3,54 zł356). Radzili sobie tak na przykład niektórzy niezamożni studenci w Kolonii Akademickiej na Ochocie. „W korytarzowej kuchence gotowali rano zupę, kupowali chleb i sami organizowali trzy dzienne posiłki”357. Inni, jak Jan Radożycki, przygotowywali wspólnie tylko śniadania: „Śniadanie jadałem wspólnie z kolegą [...], który mieszkał w wieloosobowej sali i rano szedł po mleko, ser i masło i przygotowywał stół, a ja pokrywałem koszty za nas obu. Był to pewien sposób pomocy biedniejszemu koledze, który nie przyjąłby jej w innej formie”358. Niezależnie od tego, jak dzielono koszty zakupu produktów spożywczych, wspólne przyrządzanie posiłków stanowiło formę oszczędniejszego żywienia się niż gotowanie samodzielne.

O ile jednak samodzielne gotowanie było możliwe w niektórych domach akademickich, o tyle dość rzadko zdarzało się na stancjach. Gospodynie niechętnym okiem patrzyły na kręcących się przy garnkach studentów, nawet jeśli lokal wynajmowano formalnie z prawem używalności kuchni. Ich opory umacniała nienajlepsza reputacja studenterii, rozpowszechniana po mieście stugębną plotką: „Pani Halasińska kochana, pani pozwala temu sublikatorowi w swojem naczyniu parkotać? A czy pani wie, co on tam paprze? Taki, któren na doktora terminuje, różne świństwa potrafi pitrasić. Skąd pani, nieszczęśliwa kobito wisz, że on tam trupa nie gotuje, żeby się potem na niem kształcić?”. Tak się zresztą istotnie zdarzało; bohater felietonu Wiecha, skąd zaczerpnięty został powyższy cytat, trafił przed sąd, gdyż preparował w kuchni ludzką czaszkę359.

49. Studencka legitymacja kolejowa Reginy Askenazy

Oprócz opłat akademickich, zakwaterowania i wyżywienia studia na Uniwersytecie wiązały się z szeregiem pomniejszych wydatków. Większość studentów musiała korzystać z komunikacji miejskiej, której bilet miesięczny kosztował w Warszawie pod koniec lat 30. od 10 do kilkunastu złotych360. Relatywnie drogie były również bilety kolejowe, a uzyskanie zniżki studenckiej wymagało każdorazowego wystąpienia o nią z podaniem do rektora. (Większość studentów z prowincji wyjeżdżała z tych względów do domów rodzinnych rzadko, na ogół tylko na ferie bożonarodzeniowe, wielkanocne i na wakacje letnie). Pewne nakłady finansowe konieczne były wreszcie na uzupełnienie i wymianę garderoby, zakup książek i pomocy naukowych itp. Z bardzo wyrywkowych danych na ten temat wynika, że mniej zamożni studenci przeznaczali na oba powyższe cele nie więcej niż 10–20 zł361.

Jaką więc minimalną kwotą trzeba było dysponować, aby studiować na Uniwersytecie Warszawskim? Na przełomie lat 20. i 30. Bratnia Pomoc obliczała ją na 210 zł miesięcznie, na co składały się następujące wydatki: mieszkanie (30 zł), wyżywienie (100 zł), podręczniki i nauka (25 zł), ubranie (40 zł) oraz inne (15 zł)362. Kwoty te, podawane w oskarżycielskim kontekście niedostatecznej troski państwa o studentów, wydają się jednak mocno zawyżone i mówią nie tyle o minimum egzystencjalnym, ile o życiu na całkiem dobrym poziomie. W każdym razie studenci Uniwersytetu ubiegający się w 1938 r. o pomoc materialną określali swe wydatki miesięczne na 50 do 120 zł. Średnio wynosiły one 78 zł363. Duża rozpiętość danych wynikała nie tylko ze zróżnicowanych możliwości i potrzeb, jakie występowały nawet wśród osób najuboższych, ale prawdopodobnie także z nieuwzględnienia w bilansie wydatków przez część petentów opłat akademickich, których dokonywano w trybie półrocznym. Przyjmując, że te ostatnie wynosiły wówczas około 250 zł rocznie, czyli 25 zł w przeliczeniu na każdy miesiąc nauki, zakwaterowanie kosztowało średnio 30 zł, wyżywienie 45 zł, bilet miesięczny 10 zł, a pozostałe wydatki kolejne 10 zł, otrzymujemy sumę 120 zł364. Kwota taka pozwalała przeżyć w stolicy na dość skromnym, lecz godnym poziomie. Podobnie wyliczyć można, że dla rodziny mieszkającej w Warszawie wysłanie dziecka na Uniwersytet wiązało się z dodatkowym miesięcznym wydatkiem rzędu 45 zł miesięcznie, do którego dochodziły, rzecz jasna, koszty jego wyżywienia i mieszkania w ramach wspólnego gospodarstwa domowego.

Zestawienie wyliczonych powyżej minimalnych wydatków związanych z nauką na Uniwersytecie (120 zł) z dochodami z korepetycji (średnio 30 zł) i przeciętnym wsparciem finansowym, które najubożsi słuchacze otrzymywali od swoich rodzin (również ok. 30 zł), wskazuje na istnienie poważnej dziury w wielu studenckich budżetach. W jej łataniu pomagały różnego rodzaju pożyczki, w tym przede wszystkim tzw. honorówki (przyznawane przez organizacje samopomocowe na słowo honoru, bez poręczenia, które należało spłacić w ciągu trzech tygodni). Ich popularność była ogromna, zwłaszcza w latach kryzysu. W roku akademickim 1931/1932 Bratnia Pomoc udzieliła pożyczek ponad 2100 studentom, co oznacza, że korzystał z nich mniej więcej co trzeci chrześcijański słuchacz uczelni. (Brak jest danych o sytuacji studentów żydowskich, ale mało prawdopodobne wydaje się, by była ona wyraźnie lepsza)365.

Podobną rolę spełniały różnego rodzaju zwrotne lub bezzwrotne zapomogi, zasiłki rektorskie, stypendia państwowe, samorządowe i przyznawane przez prywatne fundacje. W przedostatnim roku akademickim przed wybuchem wojny korzystało z nich łącznie 2978 studentów UW. Najkorzystniejsze z nich były Państwowe Stypendia Akademickie wynoszące 600 zł rocznie, przyznano ich jednak tylko 456. Na pozostałą liczbę składały się zasiłki i pożyczki z funduszu rektorskiego o przeciętnej wysokości 50 zł, jednorazowe pożyczki państwowe, których wartość wahała się od 40 do 75 zł, 37 stypendiów pochodzących z fundacji działających przy Uniwersytecie (średnio 517 zł), a także 152 stypendia ufundowane przez inne organizacje i instytucje366. Gdy i te świadczenia nie pokrywały różnicy pomiędzy kosztami studiów w Warszawie a dochodami studentów, jedynym sposobem utrzymania się na Uniwersytecie pozostawało ograniczanie przez nich wydatków na stancję, jedzenie i ubranie, czyli w praktyce – biedowanie.

Ciężkie warunki materialne, z którymi musiało zmagać się wielu studentów – często jeszcze przed podjęciem nauki na Uniwersytecie – nie pozostawały bez wpływu na ich stan zdrowia. Wyniki obowiązkowych badań kandydatów na studia z roku akademickiego 1936/1937 wskazują, że w pełni zdrowych było jedynie 68% z nich. Najlepiej pod tym względem sytuacja przedstawiała się wśród osób wybierających wydziały teologii prawosławnej (100% zdrowych) i katolickiej (83%), najgorzej wśród zdających na Wydział Humanistyczny (56%) i Matematyczno-Przyrodniczy (66%). Powyższe zróżnicowanie odzwierciedlało niewątpliwie niejednakową kondycję kandydatów na poszczególne kierunki studiów i miało przede wszystkim związek z płcią i pochodzeniem społecznym, a w mniejszym stopniu także z narodowością badanych. Najzdrowszą kategorią kandydatów byli mężczyźni chrześcijanie (78% całkowicie zdrowych), za nimi plasowali się mężczyźni wyznania mojżeszowego (75%), jeszcze dalej kobiety chrześcijanki (55%), na samym zaś końcu kobiety wyznania mojżeszowego (50%). Przeciętny stan zdrowia był więc wyraźnie gorszy na tych wydziałach, które chętnie wybierały kobiety, lepszy natomiast na zmaskulinizowanych. Mógł on być także skutkiem uwarunkowań społecznych, gdyż – jak pamiętamy – na wydziały Matematyczno-Przyrodniczy i Humanistyczny zapisywała się częściej niż np. na prawo lub medycynę młodzież niezamożna. Dochodziły do tego specyficzne uwarunkowania dotyczące tylko niektórych kategorii kandydatów: na teologię prawosławną wstępowali np. zazwyczaj synowie popów, dobrze odżywieni dzięki uprzywilejowanej pozycji społecznej swych ojców; kandydaci na teologię katolicką uczęszczali zaś zwykle wcześniej do seminariów duchownych, gdzie mieli możliwość podreperować stan zdrowia367.

Najpoważniejszy problem zdrowotny wśród studentów Uniwersytetu stanowiła gruźlica, będąca wówczas główną przyczyną zgonów w Polsce. (Umierał na nią co piąty obywatel, 90% populacji miało kontakt z jej prątkami)368. W formie czynnej, wymagającej leczenia lub obserwacji, występowała ona u blisko 2% kandydatów na studia w roku akademickim 1937/1938, jednak zmiany gruźlicze w płucach wykryto wówczas w sumie aż u 18% osób369. Okres studiów, kiedy wielu słuchaczy żyło w fatalnych warunkach materialnych, nie poprawiał tej statystyki. Pod koniec lat 20. gruźlicę zaobserwowano u co trzeciego lokatora warszawskich domów studenckich. W kolejnych kilku latach odsetek ten wprawdzie radykalnie się zmniejszył, ale stało się tak przede wszystkim na skutek planowego ograniczania liczby chorych w akademikach. Przez 8 miesięcy 1935 r. w Warszawie zarejestrowano łącznie 808 studentów szkół wyższych cierpiących na gruźlicę lub nią zagrożonych, z których 327 wymagało hospitalizacji. W okresie tym 36 osób ukończyło naukę, 79 trafiło do sanatoriów, 73 umieszczono w prewentorium na Bielanach, 10 zaś zmarło. Jednocześnie każdego roku wykrywano wśród studentów od kilku do kilkunastu przypadków gruźlicy prątkującej, grożącej zakażeniem. Wywiady środowiskowe przeprowadzone wśród chorych dokumentowały, iż zdecydowana większość z nich mieszkała w niezadowalających warunkach370.

Oprócz gruźlicy kandydaci na Uniwersytet cierpieli stosunkowo często na dolegliwości serca i układu krążenia (15%), schorzenia zębów i jamy ustnej (30%), wady wzroku (18%), choroby skóry (9%), wykazywali wątłą budowę ciała i wady postawy (14%). Ponadto u 13% z nich, przeważnie u kobiet, wykryto zaburzenia hormonalne. Choć nawet sprawozdanie rektorskie, skąd pochodzą powyższe dane, stanowczo wyklucza, by „stan zdrowia nowo wstępujących polepszał się na dalszych latach studiów”, należy odnotować, iż studenci Uniwersytetu mieli do dyspozycji profesjonalną i, co zapewne ważniejsze, dofinansowywaną przez państwo opiekę medyczną. Koncentrowała się ona wprawdzie przede wszystkim na zwalczaniu gruźlicy i chorób wenerycznych, ale zapewniała też dostęp do lekarzy pierwszego kontaktu i specjalistów. Za umówioną wizytę u lekarza w przychodni student musiał wnieść opłatę w wysokości 0,50 zł, za wizytę u dentysty 1 zł, za konsultacje u specjalisty 1,50 zł. Wezwanie lekarza do domu kosztowało 2 zł, dzień pobytu w szpitalu wyceniono na 1 zł, w sanatorium zaś na 3 zł. Całkowicie bezpłatne były wizyty w poradni przeciwgruźliczej, w przeciwwenerycznej opłata wynosiła 0,50 zł. Słuchacz pokrywał ponadto tylko połowę kosztów lekarstw, zdjęć rentgenowskich, analiz, okularów itp. – resztę dopłacało państwo. Był to więc system, jak na ówczesne warunki, bardzo opiekuńczy371.

Specyfika studiów na Uniwersytecie Warszawskim

W chwili otwarcia Uniwersytetu Warszawskiego przez władze niemieckie w 1915 r. składał się on z zaledwie 3 wydziałów: Prawa i Nauk Państwowych, Filozoficznego oraz Matematyczno-Przyrodniczego z wyodrębnionym oddziałem przygotowawczo-lekarskim. Do wybuchu II wojny światowej poprzez tworzenie nowych struktur organizacyjnych i podział istniejących uczelnia rozrosła się do 9 jednostek, wśród których znajdowały się: Wydział Teologii Katolickiej, Wydział Teologii Ewangelickiej, Studium Teologii Prawosławnej, Wydział Prawa, Lekarski, Humanistyczny, Matematyczno-Przyrodniczy, Farmaceutyczny i Weterynaryjny372. Poszczególne wydziały miały, co zrozumiałe, zróżnicowane programy nauczania, różniły się też bardzo istotnie pod względem wielkości, co było wypadkową polityki władz państwowych, możliwości i potrzeb Uniwersytetu oraz zainteresowań i strategii edukacyjnych osób zainteresowanych pobieraniem nauki. W rozdziale tym przedstawione zostaną zasady, na jakich prowadzona była działalność dydaktyczna na największych wydziałach: Prawa, Lekarskim oraz Filozoficznym, a po podziale tego ostatniego – na Humanistycznym i Matematyczno-Przyrodniczym.

W pierwszych latach funkcjonowania uczelni obowiązywał system nauczania wzorowany na austriackim. Oznaczało to, że mógł na nią wstąpić każdy kandydat legitymujący się egzaminem dojrzałości, przy czym przez pewien czas istniała pod tym względem luka pozwalająca przyjmować na Wydział Teologii Katolickiej również osoby duchowne bez matury373. Podczas studiów nie weryfikowano corocznie wiedzy słuchaczy według odgórnie przyjętego programu, lecz pozostawiano im pełną swobodę wyboru rodzaju wykładów, ćwiczeń i egzaminów. Jedyny wymóg formalny stanowiła konieczność zaliczenia 12 godzin lekcyjnych zajęć tygodniowo, którego wypełnienie potwierdzać miały w indeksie podpisy wykładowców, uzyskiwane najpierw w chwili zapisywania się na dany przedmiot, a następnie na zakończenie semestru. Nie kontrolowano natomiast na ogół frekwencji w trakcie poszczególnych zajęć, z czego skwapliwie korzystało wielu słuchaczy, programowo nie chodząc na wykłady. (Powyższy system rozliczania zajęć utrzymał się na niektórych wydziałach, z całym dobrodziejstwem inwentarza, aż do 1939 r., co z nostalgią bądź dezaprobatą wspominają zgodnie niemal wszyscy pamiętnikarze). Kończąc naukę na Uniwersytecie każdy jego absolwent uzyskiwał absolutorium, po czym mógł ubiegać się o tytuł doktora lub, w przypadku niektórych kierunków, o dyplom nauczycielski374.

50. Sala wykładowa Wydziału Farmaceutycznego, lata 30. XX w.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zasady studiowania uległy wyraźnemu zaostrzeniu. Przede wszystkim, na poszczególnych wydziałach w latach 20. stopniowo wprowadzano obowiązkowe egzaminy po każdym roku nauki, od zdania których zależało przejście na rok następny. Po drugie, już w 1920 r. ustanowiono dla osób kończących studia stopień magistra. W ciągu 4 lat reformą tą objęto kolejne wydziały UW – każdy jednak w innym czasie, co powodowało spore zamieszanie. Ponadto kilkakrotnie przedłużano okres przejściowy, pozwalając absolwować wyższe uczelnie z tytułem doktora osobom, które rozpoczęły studia przed wejściem w życie ustawy. Ostatni taki termin wyznaczono na koniec 1933 r. dla słuchaczy medycyny, później było to już możliwe wyłącznie za indywidualną zgodą MWRiOP. Studenci, którzy zapisali się na Uniwersytet Warszawski po reformie, celem uzyskania stopnia doktorskiego musieli natomiast najpierw ukończyć studia magisterskie, a następnie przez co najmniej 2 kolejne lata kontynuować naukę i dopiero wtedy przedstawić rozprawę doktorską375. Było to dla nich mniej korzystne również z przyczyn finansowych. „Warunki materialne lekarzy wówczas się zmieniły” – wspomina jeden z absolwentów Wydziału Lekarskiego – „Gdy na medycynę wstępowałem, kończący studia otrzymywał tytuł «Dr med.» i zaraz mógł nieźle zarabiać. Tymczasem, gdy ja zbliżałem się do końca, miałem otrzymać tytuł lekarza, po czym obowiązywał rok praktyki w szpitalu nie mniejszym niż 100 łóżek. A koniunktura gospodarcza była wówczas pod psem”376. Od nowych zasad uczyniono jednak istotny wyjątek, pozwalając uzyskać tytuł doktora wszech nauk lekarskich osobom studiującym nowym trybem medycynę, o ile złożą odpowiednie egzaminy do 31 XII 1927 r.377 Biorąc pod uwagę nagminne przeciąganie przez studentów nauki ponad przepisowe terminy, przez sporą cześć okresu międzywojennego na Uniwersytecie studiowały więc obok siebie osoby kończące studia z tytułem magistra i takie, które po takim samym lub zbliżonym toku studiów zostawały doktorami.

Tabela 13. Liczba studentów na poszczególnych wydziałach UW 1915–1939

Rok akademicki Wydział Teologii Katolickiej Wydział Teologii Ewangelickiej Studium Teologii Prawosławnej Wydział Prawa Wydział Lekarski Wydział Filozoficzny Wydział Farmaceutyczny Wydział Weterynaryjny UW ogółem
Wydział Humanistyczny Wydział Matematyczno–Przyrodniczy  
1915/16 216 538 77 208 1039
1916/17 543 771 307 1621
1917/18 867 941 412 2220
1918/19 39 1755 1422 1096 253 4565
1919/20 38 1697 1168 1361 291 34 4651
1920/21 22 2 2668 1454 1826 204 23 6209
1921/22 49 30 2418 1710 2781 175 71 7234
1922/23 67 42 3049 1692 3478 184 104 8617
1923/24 68 36 3080 1522 3557 195 96 8555
1924/25 68 35 2592 1381 3704 212 153 8145
1925/26 68 46 66 2465 1236 4232 240 184 8537
1926/27 55 58 127 2467 1113 4715 279 233 9047
1927/28 62 76 177 2589 1076 3179 1697 254 261 9371
1928/29 59 83 175 2659 1045 3045 1591 256 268 9181
1929/30 63 87 139 2875 1039 2917 1431 243 327 9121
1930/31 49 92 126 3147 969 2835 1359 241 340 9158
1931/32 43 82 83 2844 941 2752 1306 236 320 8607
1932/33 55 95 96 3501 1087 3026 1484 245 344 9933
1933/34 53 98 105 3166 1098 2875 1432 288 447 9562
1934/35 61 101 109 2984 1129 2856 1530 297 449 9516
1935/36 64 102 123 3075 1138 2481 1563 294 482 9322
1936/37 59 88 115 2860 1081 2818 1674 259 424 9378
1937/38 55 82 112 2646 1003 2883 1620 276 459 9136
1938/39 58 60 102 2315 1028 2896 1513 258 403 8633

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35, Kronika, Warszawa 1936; AUW, AcUW RP/66; SUW 1934/1935 i 1935/1936, s. 45.
Uwaga: Zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy. Dane dotyczące Wydziału Farmaceutycznego obejmują także Kursy Farmacji.

Tabela 13. Liczba studentów na poszczególnych wydziałach UW 1915–1939

Rok akademicki Wydział Teologii Katolickiej Wydział Teologii Ewangelickiej Studium Teologii Prawosławnej Wydział Prawa Wydział Lekarski
1915/16 216 538
1916/17 543 771
1917/18 867 941
1918/19 39 1755 1422
1919/20 38 1697 1168
1920/21 22 2 2668 1454
1921/22 49 30 2418 1710
1922/23 67 42 3049 1692
1923/24 68 36 3080 1522
1924/25 68 35 2592 1381
1925/26 68 46 66 2465 1236
1926/27 55 58 127 2467 1113
1927/28 62 76 177 2589 1076
1928/29 59 83 175 2659 1045
1929/30 63 87 139 2875 1039
1930/31 49 92 126 3147 969
1931/32 43 82 83 2844 941
1932/33 55 95 96 3501 1087
1933/34 53 98 105 3166 1098
1934/35 61 101 109 2984 1129
1935/36 64 102 123 3075 1138
1936/37 59 88 115 2860 1081
1937/38 55 82 112 2646 1003
1938/39 58 60 102 2315 1028

Tabela 13. cd.

Rok akademicki Wydział Filozoficzny Wydział Farmaceutyczny Wydział Weterynaryjny UW ogółem
Wydział Humanistyczny Wydział Matematyczno–Przyrodniczy
1915/16 77 208 1039
1916/17 307 1621
1917/18 412 2220
1918/19 1096 253 4565
1919/20 1361 291 34 4651
1920/21 1826 204 23 6209
1921/22 2781 175 71 7234
1922/23 3478 184 104 8617
1923/24 3557 195 96 8555
1924/25 3704 212 153 8145
1925/26 4232 240 184 8537
1926/27 4715 279 233 9047
1927/28 3179 1697 254 261 9371
1928/29 3045 1591 256 268 9181
1929/30 2917 1431 243 327 9121
1930/31 2835 1359 241 340 9158
1931/32 2752 1306 236 320 8607
1932/33 3026 1484 245 344 9933
1933/34 2875 1432 288 447 9562
1934/35 2856 1530 297 449 9516
1935/36 2481 1563 294 482 9322
1936/37 2818 1674 259 424 9378
1937/38 2883 1620 276 459 9136
1938/39 2896 1513 258 403 8633

Źródło: T. Manteuffel, Uniwersytet Warszawski w latach 1915/16–1934/35, Kronika, Warszawa 1936; AUW, AcUW RP/66; SUW 1934/1935 i 1935/1936, s. 45.
Uwaga: Zestawienie uwzględnia również tzw. wolnych słuchaczy. Dane dotyczące Wydziału Farmaceutycznego obejmują także Kursy Farmacji.

Wykres 8. Struktura wielkości wydziałów UW (rok akademicki 1937/1938)

Zmiany przepisów znajdowały odzwierciedlenie w statystyce wydawanych przez Uniwersytet dyplomów magisterskich i doktorskich. W pierwszej połowie lat 20. liczba jednych i drugich była mniej więcej zbliżona i wynosiła każdego roku akademickiego ok. 300–400. Wraz z upowszechnianiem się nowego systemu studiów liczba absolwentów z tytułem magistra zaczęła gwałtownie rosnąć, by od roku akademickiego 1932/1933 utrzymywać się powyżej 1100. (Wyjątek stanowił ostatni rok przed wybuchem wojny, kiedy mury Uniwersytetu opuściło 1065 magistrów). W tym samym okresie liczba promocji doktorskich spadła do kilkudziesięciu rocznie378.

Przyczyniło się to, rzecz jasna, do umocnienia prestiżu doktoratu. Już wcześniej, gdy był on pierwszym tytułem akademickim, Stanisław Ossowski, dyskutując na temat konieczności jego uzyskania ze swą przyszłą żoną Marią, choć nieco przewrotnie kontestował wówczas potrzebę doktoryzowania się, przyznawał, że sens słów zależy dla słuchacza „nie tylko od ich brzmienia, ale od tego, kto je wypowiada”379. Głos doktora miał w społeczeństwie inną wagę niż osoby bez tego tytułu, zwłaszcza gdy dyskusja miała charakter intelektualny. Kilkanaście lat później znany już wówczas publicysta Karol Zbyszewski, którego rozprawa Niemcewicz od przodu i tyłu została odrzucona przez Wydział Humanistyczny UW, wykpiwał we wstępie do jej książkowego wydania niedoszłe benefity: „Nie będę figurował w książce telefonicznej jako «dr Zbyszewski» i fryzjer z przeciwka nie będzie mi mówił «Szanowanie panu doktorowi!». To są te przywileje stanu doktorskiego, o których mamrocze po łacinie Jego Magnificencja rektor przy promocji”380. Było to jednak robienie dobrej miny do złej gry, bo gdyby Zbyszewskiemu rzeczywiście obojętne było posiadanie tytułu doktorskiego, w ogóle nie próbowałby go uzyskać, a książkę opublikowałby bez ambicji naukowych.

Przez większość okresu międzywojennego największą jednostką organizacyjną UW był Wydział Prawa. Jego studenci stanowili w kolejnych latach od 21% do 43% ogółu słuchaczy, przy czym najczęściej odsetek ten wahał się w granicach 29–36%. W niektórych latach ich liczba przekraczała 3000381. W latach 1915–1939 na prawie immatrykulowało się łącznie 19 217 studentów, czyli mniej więcej co trzeci ze wszystkich zapisanych na Uniwersytet Warszawski zamierzał zostać prawnikiem382. Tendencja taka nie była specyfiką wyłącznie warszawską, lecz występowała również w skali całego państwa. (W roku akademickim 1934/1935 przyszli prawnicy stanowili 30% ogółu słuchaczy wszystkich szkół wyższych w Polsce)383.

Popularność studiów prawniczych wynikała, jak można sądzić, przede wszystkim z przekonania, iż zapewnią one w przyszłości dobrą pozycję na rynku pracy, otwierając drogę do stanowisk nie tylko w adwokaturze i wymiarze sprawiedliwości, ale także w administracji państwowej i samorządowej. Jakaś część młodych ludzi wybierała przy tym prawo z braku konkretnie sprecyzowanych zainteresowań. Jerzy Giedroyc, który ukończył ten kierunek na Uniwersytecie Warszawskim, napisał o sobie po latach: „Ponieważ do końca nie byłem zdecydowany, co ze sobą zrobić po maturze, jak to się zwykle dzieje w takich przypadkach, zapisałem się na prawo”384. Podobne sytuacje musiały zdarzać się często, skoro oficjalne sprawozdanie dziekana Wydziała Prawa za rok akademicki 1927/1928 stwierdzało: „[...] O ile na kursach II, III i IV ilość studentów wynosi stale 400 do 500, na kursie I przewyższa ona 1200, a więc jest trzykroć wyższa. Fakt ten ma przyczyny oczywiste: tłumaczy go [...] nieoględny pęd młodzieży na Wydział Prawa, pęd nie liczący się zupełnie z powołaniem kandydatów do tej dziedziny wiedzy [...]”385.

Z powodu dużej liczby chętnych prawo było jednym z tych kierunków, na które (począwszy od roku akademickiego 1932/1933) dokonywano odsiewu kandydatów386. Jeden z nich, kiedy przyszedł złożyć dokumenty w dziekanacie, usłyszał od progu: „To jest nasz najpopularniejszy wydział. Kto nie wie, co studiować, zgłasza się na prawo. Mamy rocznie około dwóch tysięcy zgłoszeń, a możemy przyjąć tylko tysiąc. Dlatego obowiązuje ostry konkurs matur”387. Było w tym sporo przesady, ponieważ z danych, jakimi dysponujemy dla roku akademickiego 1934/1935, wynika, iż przyjęto wówczas 799 spośród 925 kandydatów, tzn. aż 86%. Była to liczba o prawie 10 punktów procentowych wyższa niż średnia dla całego Uniwersytetu i 2,5 razy większa niż analogiczny współczynnik dla Wydziału Lekarskiego388. Nie ma dowodów, by w innych latach obowiązywały kryteria ostrzejsze.

W praktyce selekcji kandydatów dokonywano sprawdzając, czy spełniają wymogi formalne, i odrzucano przede wszystkim tych, którzy nie mogli udokumentować znajomości łaciny, czyli absolwentów niektórych gimnazjów realnych, liceów matematyczno-przyrodniczych i szkół handlowych. Poza tymi wyjątkami nie słyszało się, „aby czyjaś zdana matura została odrzucona, a delikwent nie został przyjęty”389. Często przymykano oko również na brak zaliczonej łaciny, dając kandydatowi szansę na uzupełnienie tego przedmiotu w trakcie pierwszego roku studiów, co musiał potwierdzić egzaminem złożonym przed kuratorium okręgu szkolnego390.

Program studiów prawniczych został stopniowo uregulowany rozporządzeniami MWRiOP w latach 1918–1921. Wprowadzono nimi system egzaminów rocznych, od których zależała promocja na kolejny rok. Przepisowa nauka na Wydziale Prawa miała odtąd trwać 4 lata391. Przez niemal wszystkie relacje ówczesnych studentów tego wydziału narzekania na morderczy charakter tych egzaminów przeplatają się ze wspomnieniami powszechnej absencji na zajęciach w trakcie roku akademickiego. Z upływem czasu niektórzy słuchacze krytykowali ten system jako nieefektywny. Do wniosków takich doszedł m.in. Wojciech Wasiutyński, skądinąd syn wykładowcy Wydziału Prawa: „Profesorowie wydziału prawa reprezentowali wysoki poziom naukowy, ale system nauki był zły. Ze szkoły średniej z jej rygorami i stałym kontaktem z uczącymi, przechodziło się nagle do wielkiej sali z kilkuset studentami i zmieniającymi się na katedrze wykładowcami. Wystarczyło przyjść dwa razy – na początku i na końcu trymestru – żeby wziąć podpis profesora; poza tym można go było nawet nie słuchać. Wykłady wydawane były przez Bratniak w formie powielanych skryptów. Obowiązkowych seminariów nie było. Wyłącznie ustny egzamin z całego roku, ze wszystkich przedmiotów, zdawało się jednego dnia. Wynik zależał nie tylko od stanu wiedzy zdającego, ale od wielu innych okoliczności. Znałem ludzi inteligentnych i pilnych, którzy «oblewali» egzaminy z powodu zdenerwowania, i innych, którzy się prawie nie uczyli («kasztany kwitną, trzeba się zabrać do egzaminów» – mawiał jeden z nich), a zdawali”392. Jerzy Giedroyc wspomina natomiast: „Dwa miesiące przed każdą sesją egzaminacyjną brałem urlop, trochę udawałem, że choruję, i kułem do egzaminów, a że miałem szczęście, jakoś zdawałem je na tróje”393.

Nie bez racji jeszcze inny ówczesny student określił istniejący wówczas system jako „iście diaboliczny”, wspominając stres towarzyszący zaliczeniu roku: „[...] Po kilkumiesięcznym wkuwaniu tekstów, komentarzy, kodeksów przychodziło się na godzinę, powiedzmy dziesiątą, i proszę bardzo: tu prawo międzynarodowe, a tam, naprzeciwko, prawo administracyjne. Tu statystyka, a w tamtym pokoju procedura karna. Jeszcze w innym pokoju elegancki, z bródką, prof. Wacław Makowski, współautor wchodzącego właśnie w życie nowego kodeksu karnego [...]. Gdy więc zdałeś już prawo karne i wypadałeś nieco zziajany na korytarz, z miejsca otaczał cię tłum rozgorączkowanych, zaczerwienionych, nieco nieprzytomnych kolegów i koleżanek, by zarzucić cię pytaniami: «Jak?», «Co pytał?», «W jakim humorze?», «Ciężko było?», «Co dostałeś?», «Jakie było pierwsze pytanie?», «Stary, żyjesz?». Ledwie zaspokoiłeś ich ciekawość, już cię czekały następne drzwi i następny egzamin, powiedzmy, z historii ustroju dawnej Polski. Ale idąc tam wiedziałeś – o, nieszczęsny, że to przecież jeszcze nie koniec! [...] Nic dziwnego, że po czterech, pięciu czy sześciu godzinach takiego magla wychodziłeś z uniwerku na wyraźnie chwiejnych nogach i. z kompletną pustką w głowie”394.

Niska frekwencja na zajęciach i charakter egzaminów na Wydziale Prawa były w istocie zjawiskami współzależnymi: studenci nie chodzili na wykłady, mając świadomość, iż nie dowiedzą się z nich na ogół niczego, co nie zostałoby napisane przez wykładowców w podręcznikach lub w skryptach opracowanych przez starszych kolegów. Normę tę utrwalali profesorowie, tolerując opuszczanie zajęć przez studentów. (Jeden z nielicznych wyjątków stanowił prof. Józef Rafacz, który dzięki dobrej pamięci wzrokowej potrafił wyłuskać na egzaminie osoby, które nie pojawiały się na jego zajęciach395). Wykładowcy domagali się za to często powtarzania później na egzaminach słowo w słowo treści swoich publikacji. Szczególnie znany pod tym względem był prof. Eugeniusz Jarra, który organizował nawet dla chętnych specyficzne egzaminy zerowe, polegające na recytowaniu z pamięci całych partii swego podręcznika przed audytorium pełnym studentów. Obraz taki mocno utkwił w pamięci jednemu z ówczesnych słuchaczy: „Kiedy padło z katedry jedno z tych sakramentalnych pytań, na które jedynie ścisła i właściwa odpowiedź zawarta była w podręcznikowych formułkach, Jurek, a po nim Janek [koledzy autora – P.M.M.] w nagle zaległej ciszy zaczęli, zdanie po zdaniu, stronica po stronicy, recytować wykuty na pamięć tekst. Trudno zapomnieć ten moment: Jurek recytuje śmiało i pewnie, a twarz Jarry rozjaśnia się i rozpływa w błogim uśmiechu. Mija minuta, druga, trzecia. I nagle wśród skupionej ciszy zaczynają szeleścić kartki. Wszyscy szukają właściwej stronicy, by sprawdzić, czy ścisłość recytowanego z podręcznika tekstu jest zupełna. Po kwadransie bezbłędnej recytacji profesor łaskawie przerywa, by stwierdzić, że tak oto wygląda odpowiedź wzorowa”396.

51. Podanie Bolesława Piaseckiego o przełożenie terminu egzaminów z powodu pobytu w areszcie śledczym i osadzenia w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej

52. Profesor Eugeniusz Jarra, 1928 r.

Seminaria miały na Wydziale Prawa charakter nieobowiązkowy, więc uczęszczali na nie tylko nieliczni studenci autentycznie zainteresowani nauką. W zgodnej opinii wielu osób wspominających lata swych studiów, to właśnie ten rodzaj zajęć był najbardziej rozwijający intelektualnie. Omawiano tam referaty i przygotowywane przez seminarzystów prace doktorskie. Niektórzy profesorowie analizowali ze studentami rzeczywiste bądź hipotetyczne casusy prawne. Wacław Makowski wraz ze swym asystentem Stanisławem Batawią pewnego razu zainscenizowali nawet w tym celu między sobą szarpaninę zakończoną spoliczkowaniem, z której następnie kazali pisać zszokowanym studentom, będącym jej świadkami, zeznania. (Okazały się one, czego dowieść miał eksperyment, całkowicie sprzeczne)397. Na 2 lata przed wybuchem II wojny światowej program studiów prawnych częściowo zreformowano, wprowadzając obowiązkowe seminaria i ćwiczenia, które, jak oczekiwał rektor, „niewątpliwie pogłębią wśród młodych prawników metody pracy naukowej i dadzą im możność zetknięcia się z praktycznymi zajęciami w różnych specjalnościach ich przyszłej kariery prawniczej”398. Praktycznych skutków tej zmiany nie zdążono już jednak zaobserwować.

Student prawa nie zaliczał roku, jeśli otrzymał ocenę niedostateczną z więcej niż jednego przedmiotu. W przypadku, gdy trafiła mu się tylko jedna dwójka, uzyskiwał zaliczenie warunkowe, co oznaczało, iż musiał zdać egzamin w uzgodnionym z profesorem terminie poprawkowym. Konieczność zdawania wszystkich egzaminów jednego dnia i ich pamięciowy charakter powodowały, że pewna część studentów w ogóle do nich nie podchodziła. Według danych z połowy lat 20., postępowało tak aż ok. 40% słuchaczy pierwszego i zbliżony odsetek ostatniego roku studiów. Na drugim i trzecim roku zdarzało się to maksymalnie kilkunastu procentom studentów. Wśród tych, którzy do egzaminów podeszli, oblewała je na pierwszym roku niemal połowa, a na kolejnych latach od kilku do ponad 20%399. Na tym tle zupełnie ulgowo przedstawiała się kwestia ukończenia studiów, ponieważ tytuł magistra otrzymywało się na Wydziale Prawa bez konieczności zdawania jakichkolwiek dodatkowych egzaminów, wyłącznie na podstawie absolutorium, potwierdzającego zaliczenie 4 lat nauki400.

Drugim, poniekąd klasycznym kierunkiem uniwersyteckim była medycyna. W latach 1915–1939 na Wydziale Lekarskim UW immatrykulowanych zostało łącznie 5590 osób, co stanowiło niemalże 10% wszystkich przyjętych w tym okresie na studia401. Przez pierwsze 3 lata po wznowieniu działalności przez Uniwersytet była to jego najliczniejsza jednostka organizacyjna; studiowało tu 42–52% ogółu studentów. Później odsetek ten zaczął gwałtownie spadać, aby począwszy od roku akademickiego 1926/1927 ustabilizować się na poziomie n-12%402. Regres ów wymuszony został głównie przez brak środków materialnych, pozwalających zapewnić odpowiednią infrastrukturę dydaktyczną. W sprawozdaniu za rok 1925/1926 dziekan Wydziału Lekarskiego informował o chronicznym niedofinansowaniu ze strony władz państwowych, warunkach pracy i nauki znacznie gorszych niż za czasów państw zaborczych i wynikającym z tego ograniczeniu liczby przyjmowanych studentów, „jakie okazało się konieczne już od kilku lat ze względu na niemożność pomieszczenia liczby ich większej w naszych pracowniach szczupłych i nie mających widoków na rozszerzenie”403.

W tych okolicznościach, wobec dużej liczby osób chcących studiować medycynę na UW, Wydział Lekarski wprowadził w 1925 r. konkurs matur. Oprócz wymaganej znajomości łaciny, „dla lepszego poznania kandydata, oraz dla wyrobienia sobie właściwego sądu o jego wartości i jego zdolnościach uwzględniano także stopnie maturalne z poszczególnych przedmiotów, jak nauk przyrodniczych, języków obcych itd.” Metodą tą z 400 kandydatów przyjęto 117, w tym 100 w pierwszej turze, pozostałych zaś decyzją Rady Wydziału, po uwzględnieniu odwołań, uzupełnieniu brakujących dokumentów itp. Jak można obliczyć, naukę mógł zatem podjąć tylko mniej więcej co trzeci ubiegający się o miejsce na Wydziale Lekarskim. (Poza powyższą procedurą kwalifikacyjną, jak co roku, na mocy specjalnego porozumienia z Ministerstwem Spraw Wojskowych, przyjęto 30 elewów Wojskowej Służby Sanitarnej). „W praktyce z tym wszystkim przecież duże bywały trudności” – czytamy na temat konkursu matur w sprawozdaniu dziekańskim – w związku z czym począwszy od roku akademickiego 1926/1927, za zgodą MWRiOP, wprowadzono regularne egzaminy wstępne, mające na celu „wykazanie stopnia wykształcenia ogólnego przy pomocy testów, na wzór amerykański”404. Warto poświęcić im nieco więcej uwagi, gdyż ich przebieg ukazuje bardzo istotne zjawiska występujące wówczas na Uniwersytecie.

53. Profesorowie kliniki chirurgicznej UW, 1919–1936

W ramach egzaminów wstępnych kandydaci na Wydział Lekarski musieli przygotować streszczenie wysłuchanego wykładu oraz napisać tzw. pracę dowolną na jeden z dwóch danych do wyboru tematów. W 1931 r. wykład dotyczył np. „Roli filtracji przy wydzielaniu moczu”, a praca pisemna mogła dotyczyć zagadnień tak od siebie odległych, jak „Wpływ alkoholu na człowieka” i „Książka”. Oprócz tego brano pod uwagę średnią ocen ze świadectwa maturalnego, początkowo uwzględniając wszystkie przedmioty (łącznie z gimnastyką i śpiewem), a dopiero od pewnego czasu wiodące (matematykę, język polski i obcy, przyrodę, historię i geografię). Pod koniec lat 30. zrezygnowano z rozprawek na tematy „dowolne”, zastępując je testem, w którym kandydaci musieli odpowiedzieć na szereg „pytań natury ogólnej”, a także przetłumaczyć na polski krótkie wypowiedzi pisemne z języków obcych. Jako odrębne zadanie dodano także omówienie na piśmie filmu naukowego o tematyce medycznej405. Za przystąpienie do egzaminu każdy z kandydatów musiał uiścić opłatę w wysokości 20 zł (dane z 1927 r.), z której pokrywano koszty sekretariatu i opłacano honoraria trzech egzaminatorów406.

W 1931 r. podania o przyjęcie na Wydział Lekarski złożyło 545 osób, zaś do egzaminów wstępnych przystąpiło ich 537. Przyjęto 120 osób, czyli mniej więcej co piątego kandydata. Podobnie jak w latach poprzednich, dodatkowych 60 studentów stanowili podchorążowie Wojskowej Służby Sanitarnej, których nabór przeprowadzała we własnym zakresie armia. Zbliżone realia – od 3 do 5 kandydatów na jedno miejsce – występowały podczas egzaminów wstępnych w całym okresie 1926–1939. Wielu z kandydatów, którym nie udało się dostać na medycynę, próbowało szczęścia za rok, a niekiedy nawet przez kilka kolejnych lat z rzędu. Przy tak dużej liczbie kandydatów rekrutacji towarzyszyły różne negatywne zjawiska, jak podrzucanie wypracowań napisanych przez osoby trzecie, czy organizowanie „nielegalnych”, tzn. nieautoryzowanych przez Uniwersytet kursów przygotowawczych, które miały zapewnić przyjęcie na studia407. Zdarzały się też afery kryminalne, na przykład wyłudzanie pieniędzy na rzekome przekupienie egzaminatorów. (Fakt, iż znajdowali się chętni, aby zapłacić za to kilka tysięcy złotych, świadczy nota bene o wysokiej wartości rynkowej studiów medycznych na UW)408.

Niezależnie od tego profesorowie, a zwłaszcza dziekani Wydziału Lekarskiego byli przedmiotem zmasowanych zabiegów o protekcję, co opisał jeden z nich, nieprzypadkowo chyba posługując się terminologią militarną: „Dziekan był oblegany w Uniwersytecie, w domu i na ulicy przez procesje wstawiających się za kandydatami, był zasypywany listami i musiał chcąc nie chcąc stawić wszystkiemu czoło – sytuacja niezwykle trudna psychologicznie, bo w tej nawale atakujących prośbami byli przyjaciele i krewni, wojsko i cywile, czcigodni starcy, rozmaite panie i podlotki. Taka ofensywa trwająca kilka tygodni mogła zmusić do poddania się na słabszych odcinkach frontu nawet najmężniejszego dziekana”409.

Czy system egzaminów wstępnych był sprawiedliwy? Przede wszystkim nie służyły one sprawdzeniu wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych niezbędnej, aby studiować medycynę, lecz zbadaniu ogólnej inteligencji kandydatów i ich umiejętności poprawnego formułowania wypowiedzi na piśmie. Jak stwierdzały same władze Wydziału Lekarskiego w piśmie do MWRiOP, miały one na celu „bardziej zapoznanie się z właściwościami danego umysłu i stopniem inteligencji, niż sprawdzenie określonej sumy mniej lub bardziej specjalnych wiadomości”410. Charakter zadań egzaminacyjnych wyraźnie faworyzował kandydatów o predyspozycjach lub dobrym wykształceniu humanistycznym, wysławiających się bezbłędnie po polsku, co obniżało szanse tych, którym brakowało takich kompetencji, nawet jeśli wyróżnialiby się wyjątkowymi zdolnościami w zakresie nauk przyrodniczych.

Funkcjonowanie tak pomyślanego systemu rekrutacyjnego można przeanalizować na przykładzie lat, dla których dysponujemy odpowiednio szczegółowymi danymi. Wyjątkowo ciekawy jest pod tym względem zwłaszcza 1927 r., gdyż z przeprowadzonego wtedy naboru zachowały się arkusze z indywidualną punktacją poszczególnych kandydatów. Podania o przyjęcie na medycynę złożyło wówczas 381 osób, wśród których było 302 mężczyzn (81%) i 79 kobiet (19%). Kandydaci wyznań chrześcijańskich stanowili 51%, zaś Żydzi 49%. Na studia zakwalifikowanych zostało łącznie 115 osób, w tym kilka po złożeniu odwołań do rady wydziału. Znalazło się między nimi 94 mężczyzn (82%) i 21 kobiet (18%); 83 osoby były Polakami (72%), a 32 Żydami (28%). Dodatkowo przyjęto 30 podchorążych – wyłącznie mężczyzn narodowości polskiej – co zmieniało oczywiście proporcje płci i wyznania wśród przyjętych na studia; grupa ta, jako rekrutowana poza Uniwersytetem, została jednak przeze mnie pominięta w dalszej analizie.

Łatwo zauważyć, że Żydów było prawie dwukrotnie mniej wśród przyjętych na Wydział Lekarski niż wśród kandydatów. Dysproporcja ta staje się jeszcze bardziej wyrazista, gdy obliczymy, jakie szanse zakwalifikowania na medycynę mieli kandydaci obu narodowości. Okazuje się otóż, że o ile dla Polaków szanse wynosiły 42%, o tyle dla Żydów dwuipółkrotnie mniej – bo jedynie 17%. Taki sam wskaźnik pozwala ustalić, iż podczas rekrutacji dyskryminowano również kobiety: przyjęto na studia 26% z nich, podczas gdy mężczyzn dostało się 31%. Jak to się często zdarza, efekty obu dyskryminacji sumowały się, czego skutkiem była następująca hierarchia szans powodzenia podczas egzaminów: mężczyzna narodowości polskiej – 43%, kobieta narodowości polskiej – 40%, mężczyzna narodowości żydowskiej – 19%, kobieta narodowości żydowskiej – 11%. Ujmując to nieco inaczej, Polakom płci męskiej było 2 razy łatwiej dostać się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego niż Żydom i 4 razy łatwiej niż Żydówkom, które stanowiły tym samym najbardziej upośledzoną kategorię kandydatów. Polki miały natomiast tylko nieznacznie mniejsze szanse przyjęcia niż ich rodacy płci męskiej411. Prowadzi to do wniosku, że na medycynę starano się przede wszystkim nie dopuścić zbyt wielu Żydów (niezależnie od płci), uprzedzenia wobec kobiet odgrywały natomiast mniejszą rolę i ujawniały się głównie wobec kandydatek wyznania mojżeszowego.

Nieproporcjonalnie dużego odsiewu osób narodowości żydowskiej na egzaminach wstępnych nie da się wytłumaczyć ich gorszym przygotowaniem merytorycznym. Wskazują na to wyniki ze świadectwa maturalnego, które wpisywano w arkuszach przy nazwisku każdego z kandydatów. Po przeliczeniu wynika z nich, że ubiegający się o przyjęcie na medycynę Żydzi legitymowali się statystycznie wyższą średnią punktów (3,73) niż Polacy (3,68). Podobnie zresztą rzecz się miała z kobietami (3,84), które jeszcze wyraźniej wyprzedzały mężczyzn (3,67). Zdecydowanie najwyższą średnią punktów ze świadectwa wykazywały się przy tym kandydatki narodowości żydowskiej (3,84), nieco niższą Polki (3,83), jeszcze niższą mężczyźni – Żydzi (3,7), zaś najsłabszą mężczyźni – Polacy (3,0), którzy, jak na ironię, byli przyjmowani na studia najliczniej412. Z rozbieżności pomiędzy ocenami maturalnymi a wynikami egzaminów zdawano sobie sprawę na Wydziale Lekarskim, tłumaczono ją jednak nierównym poziomem szkół średnich i „bałamutnym” charakterem ocen wystawianych przez niektóre z nich413.

Nie sposób dziś dokładnie odtworzyć, jak w praktyce odbywało się faworyzowanie Polaków i dyskryminowanie Żydów. Należy jednak przypuszczać, że miało ono w dużej mierze charakter systemowy, opierając się przede wszystkim na trybie egzaminów wstępnych, które – jak już zostało powiedziane – obok ogólnej inteligencji sprawdzały przede wszystkim biegłość posługiwania się poprawną polszczyzną. Przy tak dużej liczbie kandydatów umożliwiały one odsiew osób popełniających nawet drobne błędy językowe. W cytowanym już piśmie do MWRiOP władze Wydziału Lekarskiego przedstawiały cały ich katalog, donosząc, iż „obok fatalnej częstokroć budowy zdań i używania germanizmów czy rusycyzmów uderzają przede wszystkim karygodne błędy ortograficzne”414. Sprawdzian był więc de facto zakamuflowanym egzaminem z języka państwowego. Uderzało to zwłaszcza, choć nie tylko, w Żydów. Osoby słabo zasymilowane do polskości nie miały właściwie żadnych szans, aby przejść przez sito tak prowadzonej rekrutacji. Oprócz tego podpisane imieniem i nazwiskiem sprawdziany pozwalały bez trudu ustalić, kto jest ich autorem. Otwierało to pole do subiektywnych decyzji oceniających prace, którzy mogli kierować się własnymi uprzedzeniami i preferencjami, podzielanymi zapewne przez większość kolegów. (Inaczej trudno jest wytłumaczyć, dlaczego np. kandydatki pochodzenia żydowskiego osiągały dużo gorsze wyniki niż mężczyźni tej samej narodowości).

Dane z kolejnych lat są wprawdzie zbyt mało dokładne, aby zbadać przebieg rekrutacji równie wnikliwie jak dla 1927 r., lecz nie pozostawiają żadnych wątpliwości, iż dyskryminacja kandydatów pochodzenia żydowskiego przy naborze na medycynę miała nadal miejsce. W okresie 1929–1934 odsetek Żydów wśród przyjętych na ten kierunek był zawsze co najmniej dwukrotnie niższy niż wśród przystępujących do egzaminów wstępnych415. Prowadzi to do wniosku, że co najmniej od 1927 r. na Wydziale Lekarskim obowiązywał w praktyce niepisany numerus clausus dla osób pochodzenia żydowskiego, którego skwapliwie przestrzegały kolejne władze dziekańskie.

Jak już zostało powiedziane w jednym z poprzednich rozdziałów, kandydaci, którzy nie zakwalifikowali się na medycynę, zapisywali się niekiedy na inne wydziały Uniwersytetu, albo nawet na inną z uczelni krajowych bądź zagranicznych. Część z nich chciała zapewne uniknąć w ten sposób zmarnowania roku, inni planowali przenieść się później na Wydział Lekarski. Do liczby tej należy doliczyć osoby, które nie podchodziły nawet do egzaminów wstępnych na UW, udając się od razu na studia za granicę, z zamiarem przeniesienia się za jakiś czas do Warszawy, a także studentów innych uczelni, zmuszonych do przeprowadzki do stolicy przez różne okoliczności życiowe.

Gdy chodzi o osoby pochodzenia żydowskiego, na podstawie uniwersyteckiej bazy danych możemy ustalić, iż mniej więcej 1/4 z kandydatów, których nie przyjęto na medycynę, jeszcze w tym samym roku wstąpiła na UW na inne kierunki. Dwóm z nich, którzy uzyskali wyjątkowo wysokie oceny z egzaminu wstępnego, a nie legitymowali się znajomością łaciny, pozwolono studiować na Wydziale Lekarskim pod warunkiem uzupełnienia tego przedmiotu. Najwięcej, bo aż 24 osoby, trafiły na Wydział Prawa, 3 na Matematyczno-Przyrodniczy i dalsze 3 na Filozoficzny. Kolejnych 13 kandydatów z 1927 r. zapisało się na Uniwersytet Warszawski w następnych latach, z czego 5 udało się dostać na Wydział Lekarski (jednemu z nich dopiero po 7 latach!). Tylko jedna z osób przyjętych na inne kierunki przeniosła się natomiast z czasem na medycynę, co podważa obiegową opinię o powszechności takich praktyk416.

Z informacji, jakie w niektórych latach podawano, dowiadujemy się, iż ogólna liczba przyjmowanych na wyższe lata medycyny wahała się od kilkunastu do ponad 40 osób, przenoszących się głównie z innych uniwersytetów krajowych, co stanowiło bardzo poważne obciążenie dla pękającego już i tak w szwach Wydziału Lekarskiego. „Choć bardzo wielu petentom musi się odmówić, to przecież corocznie Dziekan jest zmuszony przyjąć pewną ich liczbę, w efekcie czego wyższe lata mają zbyt wielu studentów [...]” – czytamy w sprawozdaniu za rok akademicki 1936/1937417.

Również w tym przypadku dysponujemy tylko fragmentarycznymi danymi na temat mechanizmów podejmowania decyzji. W 1930 r. podania o przyjęcie bez egzaminów na wyższe lata medycyny Uniwersytetu Warszawskiego złożyło 47 osób, z których 21 studiowało na innych uczelniach w Polsce, 23 za granicą (co charakterystyczne, znajdowali się wśród nich wyłącznie Żydzi), 2 osoby były absolwentami innych wydziałów UW, a jedna próbowała dostać się na pierwszy rok, nie będąc słuchaczką żadnego uniwersytetu. W grupie tej było w sumie 31 Żydów, tzn. około 2/3. Zakwalifikowano 19 osób, w tym 7 warunkowo, uzależniając ostateczną decyzję od przedstawienia przez nich ocen z dotychczasowych studiów, bądź od konsultacji z wybranymi profesorami wydziału. Wśród przyjętych było 6 Polaków i tylu samo Żydów, wśród przyjętych warunkowo – kolejnych 6 Polaków i 1 Żyd418.

Trzy lata później złożono 66 podań. O przyjęcie na wyższe lata medycyny ubiegało się 20 studentów uczelni polskich (dwoje Żydów), 33 zagranicznych (30 Żydów), a także 13 słuchaczy (3 Żydów) innych wydziałów UW lub Państwowego Instytutu Dentystycznego w Warszawie. Pozytywnie rozpatrzono 11 wniosków, z których 3 zostały złożone przez osoby wyznania mojżeszowego419. Zarówno w 1930, jak i 1933 r. Polacy mieli znacznie większe szanse niż Żydzi, aby przenieść się na medycynę. Uderzające jest również, iż konsekwentnie odrzucono przytłaczającą większość podań osób studiujących na uczelniach zagranicznych, co nosiło znamiona niepisanej zasady i uderzało przede wszystkim właśnie w Żydów. Interesujące wydaje się także, że chętniej przyjmowano na medycynę osoby przenoszące się z innych uczelni polskich niż z innych wydziałów rodzimego Uniwersytetu. Wśród tych ostatnich dominowali absolwenci Wydziału Weterynaryjnego, dużo rzadziej zdarzali się studenci innych kierunków.

W sytuacji, gdy pochodzenie stało się poważną przeszkodą, aby zostać przyjętym na Wydział Lekarski, część Żydów próbowała obejść istniejące restrykcje, zdobywając wykształcenie medyczne za granicą, a następnie nostryfikując uzyskany dyplom na Uniwersytecie Warszawskim. Liczba ubiegających się o to zaczęła wyraźnie wzrastać od początku lat 30., co wiązało się zapewne ze stopniowym powrotem do kraju osób, które wyjechały kilka lat wcześniej studiować medycynę w innych państwach. W roku akademickim 1925/1926 na Wydziale Lekarskim przeprowadzono 18 nostryfikacji, 4 lata później 20, a w roku 1932/1933 w toku znajdowało się już 41 spraw, z których 9 sfinalizowano. W ostatnim roku akademickim przed wybuchem wojny dyplomy lekarskie nostryfikowało 25 osób. We wszystkich tych latach przytłaczająca większość wniosków została złożona przez osoby pochodzenia żydowskiego420.

Już w latach 20. władze Wydziału Lekarskiego UW doskonale zdawały sobie sprawę, jakie były przyczyny popularności nostryfikacji wśród Żydów i zabiegały o odgórne ich zakazanie przez władze państwowe. W tym też celu Rada Wydziału przyjęła specjalną uchwałę, którą 23 IX 1925 r. przekazała MWRiOP, wydziałom lekarskim pozostałych uniwersytetów w kraju, a także opublikowała w prasie. Głosiła ona:

„Sprawa nostryfikacji dyplomów zagranicznych na Wydziałach Lekarskich staje się ważnym zagadnieniem społecznym, wobec ilości zgłoszeń i przynależności ich do elementów nie zawsze pożądanych dla społeczeństwa. [...] Wydziały Lekarskie naszych uczelni, wprowadzając «numerus clausus», powodowały się w swych decyzjach nie tylko pojemnością swoich zakładów, lecz i nie w mniejszej mierze pojemnością terenu przyszłej pracy swych wychowańców. Znaczne liczby nostryfikantów, otrzymując prawo praktyki w Kraju, niweczą wyliczenia, na których oparte są kalkulacje «numerus clausus» na Wydziałach Lekarskich i mogą spowodować w przyszłości obniżenie niezbędnego poziomu dobrobytu lekarzy, zamieniając ich w najniebezpieczniejszy pod względem społecznym proletariat inteligentów. [...] Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego uznaje, że w danym momencie zapotrzebowanie lekarzy w kraju jest w całości pokryte, pomimo ich mniejszego odsetka w stosunku do liczby ludności w porównaniu z krajami zachodnimi o wyższej kulturze, co jednak objaśnia się małym stanem dobrobytu i niedostatecznym uświadomieniem potrzeb sanitarnych u nas [...]. Wydział Lekarski uznając, że liczba lekarzy kończących obecnie i mogących kończyć w przyszłości corocznie Wydziały Lekarskie polskich uniwersytetów może w zupełności sprostać zapotrzebowaniu lekarzy w Kraju, uważa za niezbędne w obawie nadprodukcji fachowców w tej gałęzi pracy, zaprzestać przyjmowania do nostryfikacji dyplomów uczelni zagranicznych, ograniczając je tylko do tych wyjątkowych przypadków, w których znaczne zasługi naukowe kandydata zagranicznego mogą zapewnić Krajowi realne korzyści”421.

Powyższego stanowiska, w pełni podtrzymanego później przez Radę Wydziału Lekarskiego w dyskusji, jaka się wywiązała z innymi ośrodkami akademickimi422, nie należy z pewnością oceniać w oderwaniu od ówczesnych realiów społecznych i politycznych. Nawet jeżeli sformułowania „numerus clausus” profesorowie używali formalnie w sensie ograniczenia liczebności nostryfikantów niezależnie od ich wyznania, obostrzenie takie w praktyce uderzało przede wszystkim w Żydów, którzy stanowili w tej grupie większość. Trudno w tej sytuacji przypuszczać, by autorzy uchwały nie podzielali poglądu o nadmiernej liczbie osób pochodzenia żydowskiego w środowisku lekarskim i nie dążyli do ograniczenia ich dalszego napływu na rynek usług medycznych, odbywającego się z pominięciem studiów w kraju. Uchwała ukazuje ponadto, że interes narodowy utożsamiano w praktyce z własnym interesem zawodowym, obawiając się pogorszenia sytuacji materialnej lekarzy polskich w następstwie umocnienia się konkurencji ze strony żydowskich kolegów po fachu. Autorów uchwały niezbyt interesowała natomiast społeczna ani etyczna strona problemu: kraj był, według nich, zacofany pod względem dostępności służby zdrowia i należało się z tym pogodzić. Chociaż Wydziałowi Lekarskiemu nie udało się doprowadzić do formalnego zakazania nostryfikacji dyplomów zagranicznych, nie ma wątpliwości, że nastawienie do Żydów nie zmieniło się wśród tamtejszej profesury na lepsze423. Na rok przed wybuchem II wojny światowej Rada Wydziału Lekarskiego uchwaliła zresztą wstrzymanie nostryfikacji aż do 1942 r.424

54. Studenci w laboratorium Zakładu Chemii Organicznej, lata 30. XX w.

Studia na Wydziale Lekarskim należały z pewnością do najtrudniejszych na Uniwersytecie. Po unormowaniu ich trybu przez MWRiOP w latach 1918–1920 miały trwać przepisowo 5 lat i 1 trymestr. Początkowo dzieliły się na dwie części – ogólną i specjalistyczną – z których każda kończyła się grupą egzaminów, zwaną odpowiednio pierwszym lub drugim rigorosum. Do pierwszej z nich można było podejść po ukończeniu pierwszych 2 lat studiów i należało zdać wchodzące w jej skład egzaminy w ciągu roku. Uczęszczanie na wykłady z części specjalistycznej było możliwe dopiero po zaliczeniu pierwszego rigorosum. Drugie rigorosum miało już w dużej części charakter praktyczny. Od jesieni 1920 r. wprowadzono egzaminy po każdym z 4 pierwszych lat studiów, od których wyniku zależała możliwość kontynuowania nauki. Powtarzanie roku więcej niż 2 razy powodowało skreślenie z listy słuchaczy. W 1928 r. weszła w życie kolejna reforma studiów lekarskich, która ustaliła ich ścisły program, a egzaminy podzieliła na 7 grup. Trzy pierwsze z nich należało złożyć przed uzyskaniem absolutorium. Po zdaniu kolejnych 4 grup student otrzymywał dyplom lekarski i mógł kontynuować naukę celem uzyskania stopnia doktora medycyny425.

Egzaminy medyczne były bardzo trudne. Poszczególnych grup przedmiotów nie zdawało od 15% do 29% studentów. W roku akademickim 1936/1937 ocenę niedostateczną otrzymał w sumie niemal co czwarty podchodzący do egzaminu. Zdecydowana większość z nich miała prawo do poprawki, ale dla 81 osób (6,5% spośród tych, którzy nie zaliczyli) oznaczało to wykreślenie z listy studentów426.

Szczególną trudność psychologiczną stanowił na studiach medycznych publiczny charakter niektórych egzaminów. „[...] Profesor zasiadał z asystentami, a dookoła na krzesłach kilku egzaminowanych, za nimi zaś cała masa kolegów, a nawet ukończonych lekarzy, którzy przychodzili specjalnie na egzamin, gdyż był on jakby przeglądem wykładów profesora, wnosząc zawsze coś nowego i ciekawego”427. Nowinki te zwykle nie wychodziły na dobre studentom, którzy przygotowując się do egzaminów, usiłowali przewidzieć, o co zostaną zapytani. Jeden z nich skrupulatnie zbierał nawet przez wiele lat pytania zadawane przez poszczególnych profesorów wraz z prawidłowymi odpowiedziami, a następnie wydał je ponoć w formie skryptu zatytułowanego Katechizm428.

55. Sekcja zwłok podczas zajęć prof. Ludwika Paszkiewicza, luty 1928 r.

Jak chyba w każdych czasach i na każdej uczelni, tak i na Wydziale Lekarskim UW o sukcesie na egzaminie niejednokrotnie decydowała nie tylko wiedza, ale i łut szczęścia. Jednemu z adeptów medycyny udało się np. zręcznie zmienić kierunek rozmowy z egzaminującym go z fizyki prof. Pieńkowskim z praw Newtona na teorię Einsteina, o której przeczytał popularyzatorski artykułu w „Wiadomościach Literackich”, dzięki czemu otrzymał czwórkę429. Ten sam student, mimo iż uczył się, jak twierdzi, bardzo systematycznie, musiał natomiast podchodzić aż trzykrotnie do egzaminu z chorób wewnętrznych u prof. Michałowicza, ponieważ został przez niego przyuważony podczas sesji egzaminacyjnej z kajakiem: „Przyjrzał mi się uważnie. Przyzwyczajony do zmęczonych nauką, bladych studentów w przedegzaminacyjnej tremie niezbyt przyjaźnie spojrzał na mnie. Wyczułem, że nie jest zachwycony widokiem opalonego, rześkiego studenta w mundurze, który przed egzaminem myśli o kajaku”430.

W przeciwieństwie do Wydziału Prawa, na medycynie dużo poważniej podchodzono do regularnego uczęszczania przez studentów na zajęcia. Zwłaszcza na ćwiczeniach o charakterze praktycznym regularnie kontrolowano obecność, która w efekcie przekraczała zazwyczaj 90%. Na wykładach frekwencja przedstawiała się zauważalnie gorzej, wahając się od 30 do 70%431. Jak należy przypuszczać, wiele zależało pod tym względem zarówno od rygoryzmu danego wykładowcy, jak i atrakcyjności prowadzonych przez niego zajęć. Z relacji ówczesnych studentów wynika, iż do najbardziej lubianych należały wykłady prof. Edwarda Lotha, charakteryzowanego po latach jako „wspaniały wykładowca, pełen humoru, ilustrujący wykłady kolorowymi rycinami, które powstawały spod jego cudownych palców za pomocą kredek. A wszystko to okraszone frywolnymi dowcipami”. Na ostatni wykład w roku Loth miał zwyczaj zapraszać nagie modelki, aby w ten sposób zapoznawać słuchaczy z anatomią ludzkiego ciała. W tym przypadku frekwencja przekraczała 100%, ponieważ tłumnie pojawiali się na sali również studenci innych wydziałów432. Na przyszłych medykach wrażenie robiły wykłady z fizyki prowadzone gościnnie na ich wydziale przez prof. Pieńkowskiego „[...] Cieszyły się ogromną popularnością, gdyż wszystko się działo jak w latarni czarodziejskiej. Profesor prowadził wykład, a zgodnie z treścią jego słów zapalały się cudowne ogniki, gasło światło, pojawiały się na tablicy wzory itd.”433. Tak samo zresztą wykłady Pieńkowskiego na fizyce – równie doskonale wyreżyserowane i połączone z demonstracjami odpowiednich doświadczeń – uważane były za jedne z najlepszych na całym Uniwersytecie. Obok studentów nauk matematyczno-przyrodniczych, którzy przychodzili na nie często po kilka razy z rzędu, przyciągały tłumnie słuchaczy również innych wydziałów434.

56. Profesor Stefan Pieńkowski w karykaturze

Trzecim z filarów Uniwersytetu Warszawskiego był Wydział Filozoficzny. Łączył on szereg różnych kierunków: od matematyki, fizyki i chemii po psychologię, historię, archeologię, etnografię, filologie i, oczywiście, samą filozofię. Między innymi ze względu na swą heterogeniczność 1 IX 1927 r. został podzielony na Wydziały Humanistyczny i Matematyczno-Przyrodniczy, które odpowiednio do swych profili przejęły poszczególne zakłady i seminaria. W latach 1915–1939 na wszystkich tych 3 wydziałach immatrykulowało się łącznie 28 539 osób, co odpowiadało bez mała połowie wszystkich słuchaczy UW. Z liczby tej na Wydział Filozoficzny w całym tym okresie przypadało 12 379 studentów (21,6%), na Wydział Humanistyczny 9802 (17,1%), zaś na Matematyczno-Przyrodniczy 6358 (11,1%)435.

Na Wydział Filozoficzny, a później na Humanistyczny przyjmowano każdego, kto mógł się wylegitymować świadectwem dojrzałości. Na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym było nieco inaczej, gdyż w sekcji przyrodniczej początkowo stosowano konkurs matur, począwszy zaś od roku akademickiego 1936/1937 wprowadzono dodatkowo egzamin wstępny na chemię436.

W pierwszych latach funkcjonowania uczelni Wydział Filozoficzny ustępował wielkością wydziałom Prawa i Lekarskiemu, ale już w roku akademickim 1921/1922 przewyższył je pod względem liczby studentów, stając się największą jednostką Uniwersytetu. W ostatnim roku przed podziałem było na niego zapisanych ponad 4700 osób, tzn. co drugi ze wszystkich słuchaczy UW. Większość z nich przejął następnie Wydział Humanistyczny, na którym w poszczególnych latach uczyło się ok. 2500–3000 osób, co odpowiadało 27–34% ogółu studentów. Był on zatem tylko nieznacznie mniejszy niż Wydział Prawa, stanowiący wówczas najpopularniejszy kierunek studiów. Liczba słuchaczy Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego nie przekroczyła natomiast nigdy 1700; oznacza to, iż uczęszczało tam 15–18% wszystkich studentów Uniwersytetu Warszawskiego437.

Podobnie jak na innych wydziałach, na Wydziale Filozoficznym początkowo obowiązywał austriacki regulamin studiów. Ustawa o szkołach akademickich z lipca 1920 r. nie przyniosła pod tym względem żadnej zmiany, ponieważ przez kilka lat brakowało do niej rozporządzeń wykonawczych. Oznaczało to, iż samo studium zachowało tu w dużej mierze charakter wolny, zaś momentem zasadniczej weryfikacji wiedzy słuchaczy był dopiero egzamin doktorski. Jak wspomina Tadeusz Manteuffel, ówczesny „doktorat polegał na przedstawieniu rozprawy, ocenianej przez promotora i koreferenta oraz złożeniu dwóch rigorosów. Tak zwane duże, dwugodzinne, odbywało się wobec promotora, koreferenta pracy oraz przedstawicieli przedmiotu pobocznego. Małe, jednogodzinne, było poświęcone dwóm gałęziom filozofii, wybranym przez zdającego spośród trzech możliwych, a więc historii filozofii, logiki i psychologii”438.

57. Czytelnia Biblioteki Uniwersyteckiej, 1935 r.

Już w 1920 r. wydane zostało natomiast rozporządzenie ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, drobiazgowo określające przebieg egzaminów państwowych na nauczyciela szkół średnich, które dotyczyło studentów Wydziału Filozoficznego zainteresowanych pracą w oświacie. Egzaminy te miały się składać z części naukowej oraz pedagogicznej. Do pierwszej z nich można było przystąpić po ukończeniu w przepisowym trybie 3 lat studiów. Obejmowała ona wypracowanie domowe na zadany temat (często będące pracą seminaryjną lub laboratoryjną), wypracowanie klauzurowe, pisane z pamięci w ciągu 5 godzin, oraz egzamin ustny z jednego z 12 przedmiotów głównych oraz łaciny lub jednego z 6 przedmiotów dodatkowych. Warunkiem dopuszczenia do części pedagogicznej było zaliczenie egzaminu naukowego, a także ukończenie studium pedagogicznego lub odbycie dwuletniej praktyki w szkole. W ramach części pedagogicznej należało złożyć egzaminy z języka polskiego, filozofii, pedagogiki oraz dydaktyki przedmiotów głównego i dodatkowego, a także poprowadzić lekcję próbną przed komisją439.

Studia magisterskie uruchomiono dopiero pod koniec istnienia Wydziału Filozoficznego (pierwsze egzaminy tego stopnia przeprowadzono na jesieni 1926 r.), a upowszechniły się one już na jego wydziałach sukcesyjnych, które powołały do ich koordynacji wspólną komisję440. Egzaminy magisterskie należało składać w toku ostatnich lat studiów, a nie jak obecnie, w ramach obrony pracy dyplomowej. Służyły więc one przede wszystkim sprawdzeniu wiedzy z przedmiotów wiodących danego kierunku studiów i odpowiadały dzisiejszym egzaminom semestralnym lub rocznym. Przykładowo, Henryk Jabłoński, po wojnie prominentny działacz PZPR i wieloletni przewodniczący Rady Państwa, który studiował historię na Wydziale Humanistycznym w latach 1927–1931, zanim pod koniec czerwca 1931 r. przedstawił pracę dyplomową poświęconą postaci Aleksandra Waszkowskiego, ostatniego naczelnika Warszawy w powstaniu styczniowym, już 2 lata wcześniej zdał egzaminy z głównych zasad nauk filozoficznych oraz dziejów średniowiecza polskich i powszechnych, następnie w 1930 r. egzamin z metodologii badań historycznych i nauk pomocniczych historii Polski, w ostatnich zaś miesiącach studiów – egzaminy z dziejów starożytnych oraz dziejów nowożytnych i nowoczesnych polskich i powszechnych. W dniu obrony pracy dyplomowej musiał jeszcze zdać u swego promotora prof. Wacława Tokarza egzamin końcowy z „pogłębionej znajomości dziejów politycznych Polski ze szczególnym uwzględnieniem epoki powstania styczniowego”441.

Reforma była początkowo mocno krytykowana przez część profesury. Germanista Zygmunt Łempicki punktował: „Egzaminy magisterskie w podwójnym sensie zagrażają bytowi obecnej nauki uniwersyteckiej. Dla uczniów stają się jedynym celem ich studiów uniwersyteckich. Całkowicie paraliżują pracę naukową, a nie dają wyników, zamieniając się w mechaniczne «wkuwanie się» z najgorszych podręczników. Nie są świadectwem kontroli wiedzy i nie przyczyniają się do większego nabycia wiedzy pozytywnej przez uczniów. Są czysto pamięciowym sposobem ogłuszania się uczniów przed egzaminami i prowadzą wyłącznie do ubiegania się o świadectwa. Natomiast niszczą dotychczasowy system, w którym przewagę dawano przygotowaniu do badań naukowych i wykształceniu pogłębionemu umysłów młodzieży”442. Tego rodzaju głosy, przypominające nieco dzisiejszą krytykę licencjatu, nie przekonały jednak władz państwowych do przywrócenia dawnego trybu studiów.

Egzaminy magisterskie nie były czystą formalnością. W roku akademickim 1927/1928 nie zdał ich na Wydziale Humanistycznym co piąty z przystępujących. Najgorzej wypadły egzaminy z filologii niemieckiej i orientalistyki, gdyż nie przeszła ich ponad połowa studentów; ponad 30% uzyskało negatywną ocenę z pedagogiki i historii sztuki. Na tym tle za stosunkowo liberalne kierunki mogły uchodzić filologie angielska, słowiańskie i klasyczna, z których egzamin magisterski oblało tylko ok. 10% zdających443.

Taki system studiów był daleki od doskonałości, już chociażby ze względu na swój pogmatwany charakter. Został on ujednolicony dopiero na początku lat 30. Uprawnienia pedagogiczne można było odtąd uzyskać po ukończeniu osobnego, jednorocznego studium i złożeniu odpowiedniego egzaminu państwowego444. Prawdziwy był do pewnego stopnia pogląd wyrażony przez Łempickiego, iż studia magisterskie, skoncentrowane na ogół na uzyskaniu uprawnień nauczycielskich, pozostawiały zbyt mało miejsca na swobodny rozwój intelektualny i poznanie warsztatu danej dziedziny nauki. Z drugiej strony, ich program odpowiadał realnemu zapotrzebowaniu na wykwalifikowanych nauczycieli szkół średnich i tym samym zapewniał pracę absolwentom. Z pewnością nie każdy adept chemii, geografii, czy historii zdradzał poza tym ambicje i miał odpowiednie kwalifikacje, aby samodzielnie prowadzić prace badawcze z prawdziwego zdarzenia. Po kilku latach nawet dawny krytyk reformy przyznawał: „System magisterski [...] raczej zwycięsko przeszedł próbę życia. Do jego zalet nade wszystko zaliczam oddzielenie grupy ludzi idących dalej w nauce, od tych, którzy przez fakt uzyskania doktoratu rzekomo weszli na drogę naukową. Doktoraty nowego typu okazały się doskonałą szkołą dla młodych uczonych, a znaczna ich liczba świadczy bezsprzecznie o dużym, rosnącym bezinteresownym zajmowaniu się nauką”445.

Tak więc wraz z wprowadzeniem studiów magisterskich doktorat stał się przepustką do dalszej kariery akademickiej. Był on sprawą kosztowną. Absolwent Uniwersytetu, który zamierzał się o niego ubiegać, musiał złożyć podanie o przyjęcie na studia doktoranckie, a następnie opłacać w czasie ich trwania (przepisowo nie mniej niż przez 2 lata) czesne równe stawce obowiązującej na czwartym roku studiów magisterskich. Dodatkowy ciężar stanowiły koszty związane z otwarciem przewodu, recenzjami rozprawy i dopuszczeniem do egzaminów. „Największym wydatkiem była jednak konieczność przedstawienia uczelni 100 egzemplarzy drukowanej rozprawy – co stanowiło warunek konieczny dopuszczenia do promocji [...]” – relacjonuje jeden z ówczesnych doktorantów Wydziału Prawa. „Ostatnią, wcale nie najmniejszą grupę wydatków stanowiły koszty promocji, w które wchodziły opłacenie sali, jej oświetlenia, woźnych uniwersyteckich («za berła i sztandar»). Koszty te można było zmniejszyć, organizując promocję zbiorową, co pozwalało na sfinansowanie niektórych wydatków metodą składkową. Natomiast w całkowicie indywidualnych rejonach pozostawały koszty grupy ostatniej: ubioru delikwenta. Należało wystąpić we fraku z wszystkimi akcesoriami lub w długiej sukni typu wizytowego, również z wszelkimi dodatkami. Mężczyźni uciekali się przy tym zwykle do pomocy wypożyczalni strojów, które w owych latach korzystały nieraz z garderób teatralnych. Końcowy rachunek przeciętnie wyrażał się sumą około 2000 zł, czyli mniej więcej równowartości średniego dziesięciomiesięcznego wynagrodzenia młodego człowieka”446. Nic więc dziwnego, że nie wszyscy chętni byli w stanie udźwignąć koszty doktoryzowania się i wykruszali się wkrótce po zapisaniu na studia doktoranckie.

Doktorat traktowano bardzo formalistycznie, o czym przekonał się wzmiankowany już przeze mnie Karol Zbyszewski, kiedy w 1938 r. Rada Wydziału Humanistycznego odrzuciła jego pracę poświęconą Niemcewiczowi. Została ona uznana za niespełniającą wymogi dysertacji naukowej, gdyż autor zamieścił w niej np. fikcyjne dialogi, a język rozprawy – choć niezwykle żywy i barwny – daleki był od standardów panujących w świecie nauki. (Próbkę jego dosadności stanowić może charakterystyka Szczęsnego Potockiego: „gustował tylko w prostytutkach; poślubił kolejno Józefinę z Mniszchów i Greczynkę Wittową – obie puszczały się z każdym, kto miał na nie ochotę”)447. Niedoszły doktor odpłacił się Uniwersytetowi, zamieszczając, we wstępie do wydanej rok później drukiem pracy, jadowitą krytykę poziomu literackiego powstających tam publikacji naukowych. „Skromnie twierdzę, że mam dość wiadomości na napisanie pół tuzina rozpraw doktorskich” – pisał. „Nasłuchałem się ich dużo, wiem, jak powinny wyglądać: meeeee – meeee – muuuu... coś pośredniego między sprostowaniem urzędowym a obwieszczeniem o licytacji. Pedantyczna dokładność, rozwlekłość, oschłość, zagmatwany styl, zupełne lekceważenie czytelnika – oto zasadnicze cechy. W rezultacie najgorliwsza narzeczona zasypia nad dziełem ukochanego doktusia”448.

Jak się wydaje, Wydział Filozoficzny, a następnie wydziały Humanistyczny i Matematyczno-Przyrodniczy na tle pozostałych kierunków uniwersyteckich oferowały swym studentom – również na poziomie magisterskim – największe możliwości indywidualnego rozwoju. Ze wspomnień Kazimierza Kuratowskiego wyłania się obraz seminarium matematycznego, na którym wybitni przedstawiciele tej nauki: Stefan Mazurkiewicz, Zygmunt Janiszewski czy Wacław Sierpiński, traktowali studentów bardziej jako partnerów do dyskusji niż uczniów. Ostatni z nich miał nawet zwyczaj odczytywać im na zajęciach swą korespondencję fachową z najwybitniejszymi matematykami tamtych czasów449. Mazurkiewicz z kolei w dużej mierze improwizował swe wykłady, w najlepszym tego słowa znaczeniu: „rozpoczynał dowód i gdzieś tam w jakimś momencie zwracał uwagę na to, że to nie tak – «a to proszę państwa, to ja to przemyślę» – bez żadnego wstydu, bez żadnych zahamowań – «ja to przemyślę, dowód podam na następny raz»”450.

58. Indeks studenta Wydziału Humanistycznego Aleksandra Gieysztora; nad zdjęciem widoczny stempel „miejsce w ławkach parzystych”

Indywidualnemu rozwojowi sprzyjała także atmosfera Zakładu Fizyki Doświadczalnej, który powstał w dużej mierze dzięki determinacji prof. Pieńkowskiego, a następnie został przez niego ukształtowany jako elitarne środowisko naukowe. „Seminarium Pieńkowskiego było niesłychanie fascynujące. To seminarium było dla nas szkołą nauki” – wspomina jeden z jego uczniów. „[...] Referowało się tylko prace oryginalne. Dla Pieńkowskiego nie istniała sprawa języków. Mówił np. «Pan zreferuje sprawę czasu życia wzbudzonych atomów». Literaturę trzeba było sobie szukać w «Physical Review», «Physikalische Zeitschrift», «Journal de Physique». Referowało się prace oryginalne i od razu na seminarium była dyskusja jak pomiędzy ludźmi, którzy rzeczywiście sami to robią”451. Żona profesora relacjonowała natomiast po latach, że „znał [on] każdego ze swych uczniów, wiedział o warunkach prywatnych swych pupilów, starał się zawsze znaleźć sposób przyjścia im z pomocą”452. Obejmowała ona nie tylko sferę rozwoju zawodowego, jak np. organizowanie, dzięki osobistym kontaktom, niezwykle rzadkich wówczas zagranicznych staży naukowych, ale niekiedy również wsparcie materialne: dyskretne przekazywanie niezamożnym uczniom własnej odzieży, czy zatrudnianie ich na etatach palaczy w gmachu fizyki na Hożej, aby zapewnić im w ten sposób dach nad głową i źródło utrzymania453. Zaangażowanie Pieńkowskiego przynosiło wymierne efekty. Praktycznie każda praca dyplomowa powstająca w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej była publikowana w prestiżowych czasopismach krajowych lub zagranicznych454.

Wysoki poziom miały również studia historyczne, nieodbiegające zbytnio pod względem charakteru od współczesnych. Reprezentatywnym przykładem ich nowoczesności mogą być ćwiczenia z historii średniowiecza prowadzone przez dr Wandę Moszczeńską. Pod ich sylabusem podpisałaby się zapewne większość współczesnych mediewistów: „W związku z badanymi tekstami zapoznali się słuchacze z 1) zasadami krytyki zewnętrznej: autorstwo, czas i miejsce powstania, ustalanie tekstu, stąd umiejętność wydania i korzystania z wydawnictw źródłowych, 2) wymaganiami hermeneutyki: dobre zrozumienie przekazu, wiarogodność, sprawdzanie i ustalanie wiadomości przez analizę wewnętrzną i porównanie z innymi źródłami; 3) z naukami pomocniczymi: szczegółowiej chronologia (zasady datowania, technika rozwiązywania dat); filologia (właściwości łaciny średniowiecznej). Ponieważ chodziło o uzyskanie maximum aktywności ze strony słuchaczy, wykonali oni szereg prac, z których sprawozdania bądź składali na posiedzeniach, bądź przedstawiali do przejrzenia”455. Młody asystent Witold Kula, po zajęciach z ekonomii prowadzonych przez siebie pod koniec lat 30., organizował wśród słuchaczy anonimową ankietę, w której mogli oceniać go jako wykładowcę456.

Tak jak wykłady prof. Lotha na medycynie czy Pieńkowskiego na fizyce, tak na Wydziale Humanistycznym tłumy słuchaczy, również z innych kierunków, przyciągały wykłady Władysława Tatarkiewicza i Tadeusza Kotarbińskiego z filozofii oraz Władysława Witwickiego z psychologii. „[...] Cieszyły się nieprawdopodobną frekwencją studentów, którzy przychodzili zainteresowani tematem i urzeczeni pięknem jego przedstawiania”457. Tego rodzaju interdyscyplinarna wymiana poszerzała niewątpliwie horyzonty intelektualne słuchaczy i dawała im poczucie studiowania na Uniwersytecie jako całości, a nie tylko na jego poszczególnych wydziałach.

Zarówno na Wydziale Humanistycznym, jak i Matematyczno-Przyrodniczym nauka opierała się przynajmniej w niektórych przypadkach na relacji uczeń-mistrz. Miało to miejsce zwłaszcza, gdy student wyróżniał się pod względem intelektualnym, a profesor widział w nim materiał na przyszłego naukowca458. Osobista relacja, zwłaszcza w humanistyce, nie pozostawała niekiedy bez wpływu na światopogląd ucznia. Tadeusz Manteuffel wspomina swego promotora: „Z prof. Handelsmanem stykałem się również na gruncie prywatnym, zapraszał mnie bowiem często do domu i inicjował długie rozmowy na przeróżne tematy. Stosunek ten nabrał charakteru kontaktów przyjacielskich. Nie ukrywam, że wpływ prof. Handelsmana zaważył nie tylko na moim rozwoju naukowym, ale również na ewolucji, jakiej uległ w tym czasie mój światopogląd”459.

59. Studenci w pracowni biologicznej Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego w budynku Szkoły Głównej, 1935 r.

Podobną drogę przebył inny wybitny historyk Stefan Kieniewicz, który po paru dekadach „mówił o sobie jako o apolitycznym inteligencie, liberalnym demokracie. Wspomniał, że liberalizmu nauczył go profesor Handelsman. Był uczestnikiem jego seminarium. Wśród uczniów profesora Handelsmana znajdowali się młodzi naukowcy o sympatiach zarówno profaszystowskich, jak prokomunistycznych; profesor najmniejszym odcieniem nie dawał odczuć różnicy w swoim stosunku do jednych i drugich”460. Ten ostatni passus wskazuje, że etos nauki stojącej ponad podziałami politycznymi nakazywał przynajmniej niektórym profesorom zachowywać neutralność i kurtuazję wobec wszystkich swych studentów, niezależnie od wyznawanych przez nich poglądów. Ulubionym uczniem Tatarkiewicza, który skądinąd nie pochwalał antysemityzmu i ekscesów radykalnej prawicy na Uniwersytecie, był na przykład Jan Mosdorf – prezes Młodzieży Wszechpolskiej i jeden z przywódców ONR; napisał pod jego kierunkiem pracę magisterską poświęconą poglądom etycznym Zygmunta Balickiego461. Na tej samej zasadzie pod kierunkiem sympatyzującego z prawicą Wacława Tokarza prace pisali studenci komuniści i socjaliści, jak np. Rafał Gerber czy Henryk Jabłoński462. Po partnersku traktował swoich studentów także inny historyk, Oskar Halecki, „bez odcienia wyższości, zawsze mentorskiej, pełen zrozumienia dla odmiennych poglądów, nieraz przecież niedowarzonych i naiwnych”463.

Jak się wydaje, relacje mistrz-uczeń nie występowały natomiast zbyt powszechnie na innych wydziałach, na przykład na prawie. Wynikało to zapewne w głównej mierze z odmiennego, bardziej masowego charakteru studiów, jak i innego modelu nauczania. Wśród bardzo licznych relacji na ich temat udało mi się znaleźć tylko jedną, która ukazuje profesora w roli tutora, traktującego studentów w sposób partnerski i zindywidualizowany. Pochodzi ona od Jerzego Giedroycia, który wspominał po latach: „Wśród profesorów Wydziału Prawa był wtedy Petrażycki, moja miłość, tym większa, że zwalczano go bardzo na Uniwersytecie; jego konkurentem był Jarra, potworny profesor, którego podręczniki trzeba było wykuwać na pamięć. Petrażycki za to był znakomity. [...] Prac Petrażyckiego nie znałem; zetknąłem się z nimi znacznie później. Ale byłem z nim w stosunkach osobistych: przychodziłem do jego mieszkania na rozmowy i asystowałem przy dyskusjach, które się u niego odbywały; mogłem siedzieć w kącie i słuchać. Był to jedyny profesor prawa, z którym miałem bezpośredni kontakt. Pozostałych spotykałem tylko na egzaminach”464. Inni wykładowcy dostrzegali z wysokości swych katedr co najwyżej wyróżniających się studenckich przywódców politycznych, o ile, jak należy przypuszczać, reprezentowali oni odpowiadający im światopogląd. Wspominany przez Giedroycia z taką niechęcią Jarra wyróżniał na przykład Bolesława Piaseckiego, któremu pozwalał nawet odprowadzać się z Uniwersytetu do domu465. Trudno jednak w tym przypadku mówić o relacji uczeń-mistrz, była to raczej wzajemna fascynacja polityczna.

60. Odręczny życiorys Jerzego Giedroycia z 1924 r. w aktach studenckich

Byli także profesorowie manifestujący swą wyższość wobec studentów, a nawet młodszych pracowników naukowych. Zapamiętani tak zostali prawnicy Ignacy Koschembahr-Łyskowski oraz Józef Rafacz. Pierwszy z nich „miał wygląd dostojnego starca, jakby senatora rzymskiego”, ale „w czasie egzaminów potrafił traktować studentów w sposób ordynarny, wręcz karczemny”; drugi wprowadził na swym seminarium sztywny ceremoniał i narzucał swym uczniom dziwaczne ograniczenia dotyczące pracy naukowej i publikowania dorobku badawczego466. Były to jednak, jak pokazuje wiele innych relacji, wyjątki. Nawet jeśli stosunkowo niewielu wykładowców traktowało studentów po partnersku, jednych i drugich z pewnością nie dzieliła przepaść, ani w wymiarze społecznym, ani psychologicznym. Słuchaczce archeologii Janinie Rosenównie zdarzyło się nawet w złości tupnąć nogą na swego promotora, profesora Antoniewicza, kiedy ten odmówił zabrania na objazd naukowy jej najlepszej koleżanki. „– Nikt nigdy na mnie nie tupał – powiedział z godnością Profesor i trzasnął trzymaną książką o pulpit. – A na mnie też nikt nie trzaskał książkami” – odcięła się studentka. Antoniewicz nie żywił jednak do niej za to urazy467. Stosunek większości profesury do studentów przybierał niekiedy nieco patriarchalny odcień, ale w gruncie rzeczy cechowała go życzliwość i wyrozumiałość – pod pewnymi względami wręcz przesadna, o czym będę jeszcze pisał w rozdziale poświęconym kulturze politycznej Uniwersytetu.

Niektórzy profesorowie traktowali studentów jak uczniaków, ale na ich usprawiedliwienie trzeba dodać, że i ci ostatni zachowywali się często tak, jakby wciąż jeszcze znajdowali się w gimnazjum. Była już mowa o nagminnym opuszczaniu wykładów, na których duża część słuchaczy pojawiała się jedynie na początku i na końcu trymestru, aby otrzymać odpowiednie wpisy w indeksie. Dochodziło do tego ściąganie, a ściślej rzecz biorąc, korzystanie z podpowiedzi, w których udzielaniu wyspecjalizowali się woźni, przysłuchujący się od lat egzaminom na prawie i ćwiczeniom laboratoryjnym na medycynie468. Jeden z prawników wspomina: „Byłem świadkiem, jak podczas przerwy w egzaminie, otoczony przez studentów [woźny – P.M.M.], prowadził dla nich prawdziwy kurs przygotowawczy według schematu: «Jak on pana zapyta... to pan jemu odpowie...»”. Woźny ów, chodząca encyklopedia prawa, popadł ponoć później niestety w alkoholizm, przepijając napiwki, chętnie dawane przez studentów za pomoc w egzaminach469. Skala procederu pozwala skądinąd sądzić, że młodzież akademicka nie traktowała w czasach międzywojennych ściągania jako czynności szczególnie nagannej moralnie. Sztubacka solidarność brała też najwyraźniej górę nad kalkulacjami natury pragmatycznej (kolega, który nieuczciwie uzyskuje lepszą ocenę, pośrednio pogarsza moje własne notowania), które znamy dziś z krajów anglosaskich.

Niezależnie od wybranego kierunku studiów większość słuchaczy Uniwersytetu Warszawskiego wierzyła zapewne, że jego ukończenie pozwoli im znaleźć dobrą posadę, co nierzadko miało przypieczętować okupiony wielkim nakładem sił i licznymi wyrzeczeniami awans społeczny. Na absolwentów wyższych uczelni nie zawsze czekały jednak etaty w wyuczonym zawodzie. Przestrzegali przed tym niektórzy wykładowcy, wywołując niedowierzanie i szok u swych słuchaczy470. W latach 30. w zwiększenie konkurencyjności absolwentów na rynku pracy zaangażowało się państwo, organizując praktyki zawodowe dla studentów. Odbywały się one w ministerstwach lub podległych im instytucjach, takich jak np. urzędy, szkoły czy szpitale. Ich oferta była jednak stosunkowo wąska. W roku akademickim 1932/1933 uczącym się na Uniwersytecie Warszawskim prawnikom przyznano jedynie 5 praktyk wakacyjnych, medykom i farmaceutom – 95, weterynarzom zaś – 13. W kolejnych latach liczba miejsc wzrosła: w roku akademickim 1937/1938 studentom prawa przydzielono 39 praktyk, przyszłym lekarzom i farmaceutom – 94, weterynarzom – 76, a słuchaczom kierunków przyrodniczych i humanistycznych – 94. Wiele złożonych podań zostało jednak rozpatrzonych negatywnie, a z drugiej strony – czego przyczynę trudno dziś ustalić – osoby, które zakwalifikowały się na praktykę, dość często jej później nie podejmowały471.

Studenci UW mogli ubiegać się ponadto o wakacyjne praktyki zagraniczne. W roku akademickim 1937/1938 przyznano ich 51, z czego najwięcej, bo aż 16, pochodziło z Węgier472. Można powątpiewać, jaka była w tym wypadku ich użyteczność, biorąc pod uwagę barierę językową, której nie próbowano nawet niwelować jakimikolwiek kursami. Jak się wydaje, wymiana międzynarodowa prowadzona była zresztą w sposób nie zawsze przemyślany. Ryszard Matuszewski, który jako student prawa pojechał na Węgry na taką praktykę, trafił do wielkiej stadniny koni w prowincjonalnym Mezőhegyes, gdyż Węgrzy potrzebowali akurat weterynarzy. Zupełnie bezużyteczny, nudził się tam setnie przez miesiąc, po czym urządził sobie kilkutygodniowy wypad do jugosłowiańskiego Dubrownika (wspominał go później jako najwspanialszą podróż swego życia), a jego nieobecność nie została nawet zauważona przez gospodarzy473. Zdarzały się też jednak praktyki zagraniczne, które przynosiły wymierne korzyści zawodowe, gdy np. student medycyny trafiał do pracy w szpitalu w kraju, gdzie był w stanie porozumieć się przynajmniej w podstawowym zakresie474.

61. Polscy studenci zwiedzają Budapeszt w ramach praktyk wakacyjnych na Węgrzech, lipiec 1936 r.

W ogólnym rozrachunku, duża część absolwentów UW w dwudziestoleciu międzywojennym (zwłaszcza w dobie wielkiego kryzysu) wchodziła na rynek pracy bez pewności, czy znajdzie zatrudnienie. Brak jest wprawdzie danych, które pozwalałyby zbadać poziom bezrobocia w tej konkretnie grupie, ale w skali całego kraju w 1931 r. bez pracy pozostawało 12% (78 tys.) pracowników umysłowych, przy czym w samej Warszawie, stanowiącej dla uczelni naturalne zaplecze pracodawcze, współczynnik ten był wyższy i wynosił ponad 16% (16,4 tys.)475. Nawet jeśli druga połowa lat 30. przyniosła pewną poprawę, słabe perspektywy pracy dla absolwentów przyjmowano z wyraźnym niepokojem, wskazując na niebezpieczeństwo radykalizacji pauperyzujących się rzesz młodych inteligentów. Nie było to, jak się wydaje, przekonanie pozbawione podstaw, biorąc pod uwagę, że lata wielkiego kryzysu przyniosły na uczelni natychmiastową erupcję zamieszek o podłożu antysemickim: najwyraźniej, mając świadomość pogarszania się koniunktury gospodarczej, polscy studenci zwrócili się przeciwko swym żydowskim kolegom, widząc w nich niebezpieczną konkurencję na rynku pracy.

* * *

Omawiając charakter studiów na Uniwersytecie Warszawskim w dwudziestoleciu międzywojennym wspomnieć należy na koniec również o kilku istotnych różnicach w stosunku do modelu edukacji istniejącego obecnie. Pierwszą z nich był brak obowiązkowej dla wszystkich studentów nauki języków nowożytnych. Na Wydziale Humanistycznym funkcjonowały wprawdzie już na przełomie lat 20. i 30. lektoraty 15 języków obcych (później przybyło jeszcze kolejnych 10), uczęszczali na nie jednak obligatoryjnie tylko studenci kierunków filologicznych, a inni rzadko korzystali z takiej możliwości476. Od słuchaczy oczekiwano znajomości języków obcych wyniesionej ze szkoły średniej, o czym świadczy chociażby sprawdzanie jej na egzaminach wstępnych na medycynę, Uniwersytet nie rozwijał jednak tej wiedzy, ani jej nie utrwalał. W pierwszych latach niepodległości większość studentów musiała jeszcze znać rosyjski lub niemiecki jako języki urzędowe państw zaborczych, ale później, gdy na uczelnię przychodziły kolejne roczniki kształcące się już w wolnej Polsce, wszystko zależało od domu i poziomu gimnazjum. System taki stawiał w uprzywilejowanym położeniu słuchaczy wywodzących się z rodzin zamożniejszych lub inteligenckich, gdzie naukę języków obcych traktowano jako część należytego wychowania. Wśród ogółu studentów przeciętna znajomość języków nowożytnych pozostawiała natomiast, jak zauważali oni sami, bardzo wiele do życzenia477.

Kto studiując na Uniwersytecie chciał uczyć się języków nowożytnych, zdany był zatem przede wszystkim na własne siły. Niektórzy zapisywali się w tym celu do Instytutu Francuskiego, który mieścił się wówczas w Pałacu Staszica. Oferował on raczej możliwość pogłębienia znajomości języka niż jego nauki od podstaw i był placówką jak na ówczesne standardy bardzo nowoczesną. „Biblioteka Instytutu Francuskiego była wspaniała i bardzo łatwo dostępna. Nie było tam wypisywania żadnych kart zamówień: brało się samemu książki z półek, potem oddawało je bibliotekarce, której obowiązkiem było włożenie książki z powrotem na odpowiednie miejsce. [...] Wykłady z francuskiej literatury, historii, historii sztuki oraz francuskiego prawa prowadzili znakomici specjaliści [...]”. Francuski i niemiecki były wówczas uważane za najważniejsze języki obce, ich też najczęściej uczono w szkołach średnich. „Ale – wspomina ten sam pamiętnikarz – świadomość, że angielski staje się językiem najbardziej uniwersalnym, zaczynała powoli do nas przenikać. Łatwym i niedrogim sposobem nauki angielskiego były w Warszawie – tak jak i dziś – kursy u Metodystów na placu Zbawiciela”478. Już na początku lat 20. studenci Uniwersytetu uczyli się tego języka także na zajęciach prowadzonych przez YMCA479. Mniej popularna była nauka włoskiego, którą oferował Instytut Kultury Włoskiej. Naukę języków organizowały także niektóre stowarzyszenia studenckie, np. Żydowskie Stowarzyszenie Medyków. Najbardziej rozpowszechnioną formę uzupełniania czy też pogłębiania znajomości języków obcych stanowiły jednak prywatne lekcje u mieszkających w Warszawie cudzoziemców480.

Do specyfiki studiów w okresie międzywojennym, nie tylko zresztą na Uniwersytecie Warszawskim, należał również brak obowiązkowych zajęć wychowania fizycznego dla ogółu studentów, co wpisywało się w ogólnie niski poziom kultury fizycznej w ówczesnej Polsce. Konsekwencją tego była nienajlepsza kondycja zdrowotna słuchaczy, która zaniepokoiła władze wojskowe, usiłujące poprawić pod koniec lat 30. stan obronności kraju. Postulowały one wprowadzenie tygodniowo co najmniej 2 godziny ćwiczeń, początkowo przynajmniej na pierwszym roku studiów, czego nie zdążono już jednak zrealizować przed wybuchem wojny481. Pod koniec lat 30. obowiązkowe zajęcia z wychowania fizycznego, najpierw w wymiarze 1, a później 2 godzin tygodniowo na ostatnim roku studiów wprowadzono jedynie dla słuchaczy przygotowujących się do egzaminów nauczycielskich. W roku akademickim 1937/1938 uczestniczyły w nich 373 osoby. Trenowano gimnastykę, lekkoatletykę, gry zespołowe, boks i pływanie. Ćwiczenia odbywały się w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, w salach Domu Medyków i budynku YMCA, a także w pływalni Oficerskiego Yacht-Klubu i innych obiektach wojskowych, ponieważ Uniwersytet nie posiadał własnej infrastruktury sportowej482.

Zainteresowanie Ministerstwa Spraw Wojskowych stanem zdrowia studentów miało ścisły związek z reaktywowaniem Legii Akademickiej, istniejącej w latach 1918–1919 jako formacja ochotnicza, w ramach której zamierzano prowadzić szkolenie wojskowe na wyższych uczelniach. Zgodnie z wytycznymi wydanymi w styczniu 1938 r. przez ministra Tadeusza Kasprzyckiego oraz ustawą o powszechnym obowiązku służby wojskowej z kwietnia tego samego roku, do Legii mieli należeć docelowo wszyscy słuchacze obojga płci. Na początek obowiązkowym przysposobieniem wojskowym objęto jednak tylko 876 studentów pierwszych dwóch lat, którzy nie odbyli jeszcze zasadniczej służby wojskowej, a także wybranych rezerwistów spośród studentów lat starszych. W ramach Legii Akademickiej na uczelniach prowadzone miały być zajęcia, kursy i obozy. W roku akademickim 1937/1938 na trzytygodniowe przeszkolenie w Centralnym Obozie Wyszkoleniowym w Lidzbarku powołano 241 słuchaczy Uniwersytetu, którzy byli tam przygotowywani do roli oficerów rezerwy. Dalszych 21 trafiło do tzw. obozów społecznych, gdzie zapoznawali się przede wszystkim z zasadami ratownictwa, a także obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej. (Ćwiczenia z tej ostatniej były od kwietnia 1938 r. na Uniwersytecie obowiązkowe dla wszystkich słuchaczy pod rygorem niewydania dyplomu)483.

62. Centralny obóz wyszkolenia Legii Akademickiej w Lidzbarku, sierpień 1938 r.

Wkrótce potem armia zwróciła się do rektorów wyższych uczelni o zapewnienie w programie zajęć w okresie wiosenno-letnim odpowiedniej liczby dni na potrzeby przysposobienia wojskowego; na Uniwersytecie Warszawskim miały się one odbywać w soboty i dni przedświąteczne, tak aby każdy student mógł co drugi tydzień uczestniczyć w szkoleniach. Ostatecznie w roku akademickim 1937/1938 przeprowadzono jednak tylko 4 zajęcia (1–3 V i 4 VI) i, „mimo że młodzież na ogół odnosiła się do Legii Akademickiej, poza nielicznymi jednostkami, z zapałem, a nawet entuzjazmem, obowiązkowość w przychodzeniu na zbiórki stała na stopniu niezadawalającym, a już obowiązku usprawiedliwienia swych nieobecności nie bardzo respektowano”. (Absencja rosła z ćwiczeń na ćwiczenia z 17% do 58%)484. W praktyce, w przeciwieństwie do zajęć przysposobienia wojskowego w okresie PRL, Legia Akademicka nie zdążyła trwalej wpisać się w życie Uniwersytetu Warszawskiego, ponieważ działała zbyt krótko.

Jak widać z przedstawionych powyżej przypadków wydziałów Prawa, Lekarskiego, Humanistycznego i Matematyczno-Przyrodniczego, warunki studiowania na Uniwersytecie Warszawskim były w okresie międzywojennym bardzo zróżnicowane. W zależności od wydziału, kierunku, a także czasu i konkretnych wykładowców studia mogły być mniej lub bardziej rozwijające intelektualnie, mieć charakter pamięciowy bądź ukierunkowany na samodzielne myślenie, masowy albo zindywidualizowany. Słuchaczy w jednym przypadku traktowano po partnersku i z wyszukaną uprzejmością, a w innym odpytywano i besztano jak uczniaków. W tej sytuacji trudno jest właściwie mówić o jednolitej dla całej uczelni specyfice studiów, co najwyżej da się wskazać pewne tendencje przeważające na Uniwersytecie lub charakterystyczne dla jego ówczesnej atmosfery.

Życie społeczne i towarzyskie studentów, obyczajowość, rozrywki

W środowisku studenckim, tak jak w każdej większej zbiorowości, występowały rozmaite zależności i linie podziałów, wyznaczające skomplikowaną mapę relacji społecznych. Co za tym idzie, dzieliło się ono według szeregu różnych kryteriów na wiele mniejszych i większych grup i grupek. Najsilniejsze i najbardziej rzucające się w oczy były na Uniwersytecie Warszawskim podziały narodowościowe. Przejawiały się one przede wszystkim bardzo wyraźnym separowaniem się studentów chrześcijan od słuchaczy pochodzenia żydowskiego, co konsekwentnie propagowała prawica nacjonalistyczna. „Odcięliśmy się od Żydów, stworzyliśmy czysto aryjską «rzeczpospolitą akademicką»” – wspominał z dumą po latach jeden z liderów narodowej demokracji Tadeusz Bielecki, studiujący na UW w latach 1927–1929485. Uwieńczeniem tych dążeń, wspieranych od początku lat 30. gwałtownymi rozruchami, było formalne wprowadzenie 5 X 1937 r. tzw. getta ławkowego, czyli obowiązkowego podziału miejsc w salach wykładowych na parzyste, przeznaczone dla studentów chrześcijańskich, nieparzyste – dla studentów wyznania mojżeszowego oraz nienumerowane, w których można było zasiadać dowolnie486. Fakt ten, jak również inne przykłady dyskryminacji Żydów, omawiam szerzej w rozdziale poświęconym kulturze politycznej uczelni, tu chciałbym jedynie zaznaczyć, iż segregacja wyznaniowa, nawet przed wprowadzeniem getta ławkowego, miała na Uniwersytecie charakter powszechny i zinstytucjonalizowany.

63. Obchody 20. rocznicy powstania Towarzystwa Bratniej Pomocy Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, styczeń 1936 r. Przemawia rektor Stefan Pieńkowski, za stołem prezydialnym od prawej profesorowie UW: Władysław Tatarkiewicz, Bronisław Koskowski i ks. Antoni Szlagowski

Żydów z założenia nie przyjmowano do większości organizacji studenckich, czego formalną podstawę stanowił obowiązujący w nich tzw. paragraf aryjski. Dotyczyło to w pierwszym rzędzie Bratniej Pomocy – największej z działających na Uniwersytecie organizacji, skupiającej niemal wszystkich słuchaczy chrześcijańskich, której regulamin wykluczał nie tylko członkostwo osób wyznania mojżeszowego, ale także tych, którzy je porzucili, oraz innych bezwyznaniowców487. „Byłam Żydówką, więc nie miałam prawa należeć do Bratniaka” – relacjonowała po latach Irena Krzywicka. „Odzwyczaiwszy się w szkole od antysemityzmu, nie mogłam z początku pojąć, dlaczego moi koledzy, z którymi co dzień spędzałam po kilka godzin na wykładach i seminariach, poza zajęciami odpowiadali mi półgębkiem, rozmawiali ze sobą ponad moją głową. Do Koła Polonistów nie chciano mnie przyjąć”488. Paragraf aryjski miał bardzo poważne konsekwencje praktyczne: nie mogąc należeć do Bratniej Pomocy, Żydzi tracili prawo zakwaterowania w prowadzonych przez nią domach akademickich, korzystania z darmowych lub dotowanych posiłków, które rozdzielała, nie mogli też uczestniczyć w głównym nurcie studenckiego życia kulturalnego, imprezach sportowych itp., ani nawet nosić czapek, będących zewnętrznym wyróżnikiem słuchaczy UW. Dyskryminowano ich bez skrupułów przy wymaganym przez MWRiOP opiniowaniu przez Bratnią Pomoc podań o odroczenie czesnego i stypendia państwowe. W roku akademickim 1931/1932 organizacja ta rekomendowała odrzucenie 4,2% spośród 701 wniosków złożonych przez Polaków i 42% spośród 442 wniosków żydowskich. (Wzajemna proporcja 1:10 obu tych wskaźników nakazuje sądzić, iż przyjęto ją a priori)489. Bratnia Pomoc wraz ze swymi rozległymi agendami była więc de facto narzędziem polskiego egoizmu narodowego i antysemityzmu, o czym zresztą jej kierownictwo mówiło z prawdziwą dumą, nazywając Żydów „olbrzymim, ropiejącym wrzodem”490.

64. Wieczerza wigilijna w Bratniej Pomocy, 24 XII 1936 r., fot. K. Jankowski

Żydzi nie mogli ubiegać się ponadto o niektóre stypendia prywatne, gdyż część fundacji, np. im. Młockich, na mocy swych statutów udzielała wsparcia wyłącznie studentom chrześcijańskim. Nie przyjmowano ich także do wszystkich tych organizacji quasi-politycznych i ideowych, które znajdowały się pod wpływem prawicy, czyli np. do zdecydowanej większości działających na Uniwersytecie korporacji studenckich. Już w 1923 r. wprowadziły one w stosunku do Żydów „domniemanie niehonorowości”, wyłączając ich tym samym symbolicznie ze społeczności akademickiej. (Wniosek w tej sprawie złożył na ogólnopolskim zjeździe korporantów student Wydziału Prawa UW, znany później adwokat i poseł na Sejm Stronnictwa Narodowego Zbigniew Stypułkowski)491. Żaden będący przy zdrowych zmysłach Żyd nie wstąpiłby zapewne do prawicowych organizacji politycznych takich jak Obóz Wielkiej Polski czy ONR ze względu na ich wojujący antysemityzm, jednak i tam obowiązywał paragraf aryjski. Z czasem analogiczny zapis wprowadzono również w większości kół naukowych, o czym tryumfalnie informowała prasa akademicka. (W Kole Prawników paragraf aryjski ustanowiono już na początku lat 20.)492. W ostatnim roku akademickim przed wybuchem wojny osób pochodzenia żydowskiego postanowiono nie przyjmować do Sodalicji Mariańskiej Akademików, natomiast w Bratniej Pomocy i niektórych kołach naukowych uchwalono wymóg udowodnienia przez kandydatów aryjskiego pochodzenia do trzeciego pokoleń wstecz. Jednocześnie wykluczono z nich osoby „obcujące i przyjaźniące się z Żydami”493.

Już wcześniej zresztą w środowisku studentów chrześcijańskich podejrzliwość budziło nawet publiczne pokazanie się w towarzystwie Żydów. Jan Radożycki, który, mimo endeckich poglądów, mieszkając w domu akademickim na Ochocie przyjął wizytę syna cadyka ze swej rodzinnej miejscowości, musiał się z tego gęsto tłumaczyć przed kolegami: „«To ty utrzymujesz przyjacielskie stosunki z Żydami?»” – pytali go z wyraźnym wyrzutem494. Pod koniec lat 30., gdy antysemickie nastroje sięgały zenitu, radykalna prawica rozprowadzała na Uniwersytecie ulotki, piętnujące z imienia i nazwiska polskie studentki, które wyszły za Żydów, i inne osoby utrzymujące z nimi kontakty towarzyskie495. Nic więc dziwnego, że we wspomnieniach zdecydowanej większości ówczesnych studentów, którzy sami nie byli pochodzenia żydowskiego, brak jest jakichkolwiek wzmianek o kolegach wyznania mojżeszowego. Żydzi pojawiają się na ich kartach na ogół jako odległa część uniwersyteckiego świata lub jako bezimienne ofiary rozruchów.

Separatyzm – choć pozbawiony tak agresywnego charakteru jak polski – występował zresztą również wśród Żydów. O ile nie wywodzili się oni z w pełni zasymilowanych rodzin, które całkowicie zerwały z religią mojżeszową, dokonując już we wcześniejszych pokoleniach konwersji na chrześcijaństwo (jak np. Brandysowie), to trzymali się na ogół we własnym środowisku i nie wchodzili z Polakami w jakiekolwiek kontakty. W przeanalizowanej przez Marcina Kulę korespondencji prowadzonej przez pewną warszawską rodzinę żydowską, której jeden z synów studiował na Uniwersytecie, a drugi na Politechnice, nie pojawiają się żadne wzmianki o relacjach ze studentami chrześcijańskimi. Przez kilkanaście lat cała ta rodzina funkcjonowała w świecie zupełnie odrębnym od polskiego, prowadząc życie towarzyskie, zawodowe itp. wyłącznie wśród swoich współwyznawców496.

Zarówno wykluczanie Żydów z większości sfer życia akademickiego, jak również zamykanie się przez nich we własnym środowisku spowodowało, iż rozwinęli oni na Uniwersytecie równolegle do Polaków szereg zupełnie odrębnych aktywności. Powołali Wzajemną Pomoc Studentów Żydów UW, dysponowali własnymi jadłodajniami i domem studenckim, tworzyli swoje organizacje ideowe i polityczne, korporacje oraz koła naukowe497. Inicjatywy te, choć całkowicie zrozumiałe, gdyż pozbawione w praktyce jakiejkolwiek alternatywy, utrwalały na terenie uczelni segregację rasową, jaka istniała poza jej murami, i którą starała się umocnić polska prawica nacjonalistyczna. Polscy i żydowscy studenci uczęszczali na ten sam Uniwersytet, słuchali tych samych wykładów, lecz funkcjonowali w dwóch różnych, coraz bardziej wzajemnie zamykających się na siebie światach. Niewielkimi enklawami ponadnarodowych kontaktów pozostały jedynie organizacje lewicowe (w tym przede wszystkim komunistyczne), sympatyzujące z nimi często środowiska artystyczne, a także niektóre kręgi naukowe.

Podziały dotyczyły zresztą nie tylko Żydów i Polaków. Także o wiele mniej liczni na Uniwersytecie Ukraińcy tworzyli hermetyczne środowisko, dysponujące własną organizacją samopomocową Ukraińska Studencka Hromada, a także korporacją Zaporoża, powiązaną nota bene, o czym wówczas jednak nie wiedziano, z polskim wywiadem wojskowym498. Na ogół nie wchodzili w bliższe relacje z Polakami, oczywiście ze wzajemnością. Doświadczył tego Giedroyc, gdy zaczął uczęszczać na jedno z seminariów na Wydziale Humanistycznym: „[...] Zacząłem wtedy studiować historię ukraińską u prof. Korduby, co było dla mnie wielkim przeżyciem, bo poza mną byli tam sami Ukraińcy, którzy patrzyli na mnie ze zdumieniem, jak gdybym był żelaznym wilkiem”499.

W dużej mierze odrębne od reszty słuchaczy życie towarzyskie i społeczne prowadzili także studiujący na Uniwersytecie Warszawskim Niemcy, chociaż z pojedynczych dostępnych relacji pamiętnikarskich wynika, iż polska większość słuchaczy oraz wykładowcy odnosili się do nich z życzliwością i kurtuazją500. (Stosunek do nich różnił się zatem wyraźnie od podejścia Polaków do Żydów, a prawdopodobnie także do Ukraińców). Od 1926 r. niemieccy studenci UW skupieni byli w korporacji o nazwie Verein Deutscher Hochschüler in Warschau. Stawiała sobie ona za cel zapobieżenie polonizacji swych członków, a po 1933 r. coraz wyraźniej propagowała wśród nich światopogląd nazistowski. Nie bez sukcesów: jeden z jej członków, germanista Karl Grundmann, który pod koniec lat 30. objął stanowisko asystenta na Wydziale Humanistycznym, w czasie wojny został radcą urzędu propagandy we władzach Generalnego Gubernatorstwa, zajmując się udowadnianiem niemieckości Warszawy501. Inny Niemiec, absolwent Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego UW Alexander Mann, jako porucznik Wojska Polskiego trafił w 1939 r. do niewoli radzieckiej i został zamordowany w Katyniu502.

Nieco trudniej jest dziś odtworzyć pozostałe linie podziałów występujące wśród studentów i ustalić ich hierarchię. Bardzo mało wiadomo o słuchaczach wyznania mojżeszowego; w świetle panujących w ówczesnej Polsce konfliktów i separatyzmów narodowych, o których była mowa powyżej, naturalne wydaje się jednak, iż przyjaźnie i znajomości były zawiązywane przede wszystkim we własnym środowisku etnicznym – Polacy trzymali się z Polakami, Żydzi z Żydami, Ukraińcy zaś z Ukraińcami. Druga, dość oczywista uwaga dotyczy związków pomiędzy zamożnością, a zaangażowaniem w życie społeczne: aby udzielać się organizacyjnie lub towarzysko potrzebne były odpowiednie nadwyżki sił i czasu, a tymi nie zawsze dysponowali słuchacze, zmuszeni utrzymywać się podczas studiów z własnej pracy zarobkowej. Trudno się dziwić, że młody człowiek, z trudem łączący studia z trzyzmianową pracą w fabryce, nie należał do żadnych organizacji studenckich503. Tego rodzaju przypadków było z pewnością więcej, choć da się również wskazać słuchaczy, którzy – jak wspominani już przeze mnie Wesołowski czy Śpiewak – mimo braku pieniędzy prowadzili intensywne życie towarzyskie.

Bardzo istotną rolę w życiu towarzyskim odgrywało miejsce pochodzenia, a zwłaszcza to, czy dany student wywodził się ze stolicy, czy spoza niej. Fakt ten w oczywisty sposób rzutował na sytuację w czasie studiów na Uniwersytecie: w przeciwieństwie do warszawiaków przybysze z prowincji musieli odnaleźć się w nieznanym sobie na ogół nowym otoczeniu i zazwyczaj od podstaw wybudować sieć kontaktów społecznych. Jej zalążkiem często stawały się znajomości nawiązane przy okazji poszukiwania zakwaterowania i później podczas wspólnego wynajmowania stancji bądź mieszkania w domach studenckich. Przeradzały się one niekiedy w wieloletnie przyjaźnie504.

Zarówno warszawiacy, jak i studenci z prowincji dość często pozostawali podczas studiów w kręgu znajomości nawiązanych jeszcze w gimnazjum, rozszerzanych ewentualnie stopniowo o dalsze osoby. Grupę taką tworzyli na przykład absolwenci stołecznego gimnazjum im. Jana Zamoyskiego o radykalnie prawicowych sympatiach, skupieni wokół przywódcy ONR „Falanga” Bolesława Piaseckiego505. Jeden z nich, Jerzy Tymiński, wspomina wsparcie, jakiego udzielali sobie nawzajem podczas studiów na Wydziale Prawa: „Ja np. odziedziczyłem wszystkie skrypty po Wojtku Kwasieborskim, moim starszym koledze z gimnazjum, on otrzymał je od Bolesława Niklewicza, ja z kolei przekazałem te zasłużone pomoce naukowe Andrzejowi Niklewiczowi. [...] Pokreślone, z różnymi glosami na marginesach, pomięte wyglądały jak obraz nędzy i rozpaczy. A przecież takie właśnie cenione były bardziej niż skrypty nowe, chociażby dlatego, że na zasadzie podkreśleń, wykrzykników i uwag poprzednich użytkowników od razu było wiadomo, co trzeba uważnie czytać – a co tylko pobieżnie przerzucić”506. Zbliżone, choć zdecydowanie luźniejsze relacje łączyły absolwentów gimnazjum im. Adama Mickiewicza, przy czym ich środowisko miało z kolei pierwotnie orientację piłsudczykowską, a z czasem coraz wyraźniej lewicową507.

Tego rodzaju nieformalne grupki tworzyli też studenci pochodzący z gimnazjów pozawarszawskich, np. z Kalisza, Torunia czy nawet odległego Łucka508. Istniały również koła prowincjonalne o charakterze sformalizowanym, tworzące wspólnie ogólnopolskie zrzeszenie i stawiające sobie za cel „kontynuowanie przyjaźni z ławy szkolnej, niesienie wzajemnej pomocy materialnej i naukowej, utrzymywanie bliskiego kontaktu z macierzystymi regionami”509. Jak pisze Wojciech Wasiutyński (skądinąd sam pochodzący z Warszawy): „Koła prowincjonalne grupowały studentów wedle miejsca pochodzenia albo ściślej wedle gimnazjum, jakie kończyli na prowincji. W latach dwudziestych były one bazą ludowców i lewicy sanacyjnej, tzw. «niezamożnej młodzieży akademickiej», potem przeszły pod kierownictwo Młodzieży Wszechpolskiej”510. Inny pamiętnikarz charakteryzuje je jako „milczącą większość”, skoncentrowaną na prowadzeniu samopomocy we własnym gronie, niechętną radykalnym rozwiązaniom, lecz mogącą przesądzić swymi głosami o układzie sił w Bratniaku, a przez to atrakcyjną dla różnych działających na Uniwersytecie organizacji511.

Uderzające jest, że ilekroć we wspomnieniach na temat przedwojennych studiów na Uniwersytecie mowa jest o przyjaźniach i życiu towarzyskim, bardzo często okazuje się, iż miały one – w mniejszym lub większym stopniu – zabarwienie polityczne. Wynikało to z niebywałego upolitycznienia życia uczelni. Organizacje, takie jak Obóz Wielkiej Polski i Młodzież Wszechpolska, piłsudczykowski Legion Młodych, liberalny Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej, lewicowy Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej czy jego komunistyczny odłam Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” zapewniały studentom nie tylko możliwość ekspresji politycznej, ale stanowiły dla nich również atrakcyjną płaszczyznę kontaktów towarzyskich. W ich kręgach bawiono się na „herbatkach tańcujących”, zawierano przyjaźnie, podkochiwano się w sobie, a niekiedy nawet zawierano małżeństwa512. Ponieważ zaś organizacje te, a przede wszystkim prawica narodowa, kontrolowały zdecydowaną większość pozostałych sfer życia społecznego na Uniwersytecie Warszawskim – Bratnią Pomoc, korporacje, koła naukowe – polityka wpływała na relacje o charakterze prywatnym, stając się drugim, obok narodowości, najważniejszym kryterium podziałów wśród studentów. „Miałam bardzo dużo przyjaciół na studiach. Była to młodzież w większości lewicowa” – relacjonuje studentka psychologii, sama związana z komunistycznym „Życiem”513. Z pewnością zdecydowanie częstszym zjawiskiem była przyjaźń łącząca osoby pochodzące z nawet bardzo odległych od siebie miejscowości niż nawet powierzchowna znajomość pomiędzy obwiepolakiem, jak potocznie nazywano członków OWP, a lewicującym aktywistą ZPMD.

Omawiając różne płaszczyzny życia społecznego na Uniwersytecie nie można pominąć wspomnianych powyżej korporacji studenckich i kół naukowych. Pierwszych z nich na początku lat 30. działało w Warszawie aż 27, w tym 13 na UW514. W środowisku polskim miały one przeważnie profil konserwatywnie lub radykalnie prawicowy i skupiały wyłącznie mężczyzn. (Kobiet z zasady do nich nie przyjmowano, istniały natomiast nieliczne odrębne korporacje żeńskie). Osobne korporacje, o czym była już mowa, grupowały słuchaczy mniejszości narodowych.

Korporacje w największym bodaj stopniu spośród wszystkich działających na uczelni organizacji dawały swym członkom poczucie przynależności do elitarnego kręgu towarzyskiego, odgrodzonego od zewnętrznego świata murem własnych rytuałów i zasad. Świadomie dążyły do wytworzenia w swych szeregach esprit de corps, czemu służyć miał przede wszystkim rozbudowany kodeks honorowy, spisany i wydany drukiem w połowie lat 30. z inicjatywy tego środowiska515. W korporacjach pielęgnowano też więzi koleżeńskie, starając się, by nie zanikały wraz z ukończeniem Uniwersytetu. W tym celu podtrzymywano kontakty z korporantami, którzy opuścili już mury uczelni516. W ramach korporacji prowadzono działalność samokształceniową i niekończące się debaty polityczne, ale także chętnie bawiono się. „Korporacja dawała okazję do picia, «dziewczynek» i arogancji, ale ujmowała je w pewne karby. Kto się publicznie upił lub zrobił awanturę, musiał się wyrzec picia na semestr lub nawet rok. Uczono też punktualności, grzeczności, szacunku dla starszych kolegów i «filistrów». Nieprzyjemną stroną korporacji był snobizm” – charakteryzował ją po latach Wojciech Wasiutyński517. Na zewnątrz korporanci wyróżniali się, nosząc zamiast białych czapek z amarantowym otokiem Bratniej Pomocy kolorowe nakrycia głowy, zwane deklami.

Życie towarzyskie, które prowadzono w ramach korporacji, było bardzo intensywne. Każdego tygodnia 2 lub 3 wieczory spędzano w gronie kompanów na tzw. kwaterze. Nic więc dziwnego, że niektórzy studenci z braku czasu rezygnowali z przynależności do takich organizacji518. Kolidowała ona nie tylko z nauką, ale – co było w wielu przypadkach jeszcze istotniejsze – z pracą zarobkową, którą musiało podejmować wielu słuchaczy. Z tego też względu na działalność w korporacjach mogła pozwolić sobie najczęściej tylko młodzież odpowiednio zamożna, niemusząca walczyć o utrzymanie się w Warszawie.

65. Doroczny komers korporacji „Aquillonia” w Warszawie, listopad 1938 r. Wśród siedzących trzeci od lewej gen. Władysław Anders, dalej, ku prawej: prof. Edward Loth, ks. prof. Antoni Szlagowski, prezes korporacji G. Gaczeński, gen. Władysław Bortnowski, płk Leon Strzelecki i prof. Władysław Tatarkiewicz

Korporacje akademickie, jak wszystkie organizacje aspirujące do miana elitarnych, były z założenia nieliczne. Należało do nich około 5% studentów519. Przez największą z nich, Aquilonię, w latach 1915–1939 przewinęło się łącznie 175 osób. Przeciętnie liczyła ona 50 członków520. Nowych adeptów przyjmowano do nich na ogół z rekomendacji już wypróbowanych działaczy; propozycję wstąpienia składano osobom, o których wiedziano, iż mają zbliżone sympatie polityczne, zapewne kierując się także takimi kryteriami, jak aktywność organizacyjna, inteligencja czy dobre pochodzenie. Nie bez znaczenia był także status społeczny, ponieważ w korporacjach dominowała młodzież zamożniejsza, podkreślająca swą wyższość wobec reszty studenckiej braci521. Ciekawe świadectwo na temat okoliczności przystąpienia do korporacji pozostawił Jerzy Giedroyc: „Podział na endeków i nieendeków, choć bardzo ważny, nie wykluczał jednak stosunków towarzyskich czy koleżeńskich. Toteż na pierwszym roku studiów, zresztą zupełnie przypadkowo, dzięki kilku kolegom szkolnym, wstąpiłem do korporacji «Patria», która była całkiem endecka: jej pierwszym prezesem czy założycielem był Janusz Rabski. Nie tylko mi to nie przeszkadzało, ale stosunkowo szybko zostałem «barwiarzem», a nawet prezesem korporacji”522. Giedroyc, mający wówczas poglądy konserwatywno-piłsudczykowskie, wystąpił jednak z Patrii, gdy przyjęła deklarację programową Młodzieży Wszechpolskiej, później zaś jako redaktor „Buntu Młodych” znalazł się w ostrym konflikcie z prawicą narodową, a nawet przegrał wytoczony mu przez nią proces. W ogólnym rozrachunku to ona sprawowała bowiem rząd dusz w działających na Uniwersytecie korporacjach akademickich523.

Zupełnie inny charakter niż korporacje miały koła naukowe, których na rok przed wybuchem wojny działało na Uniwersytecie aż 32524. „Działalność kół idzie w dwóch kierunkach: ściśle naukowym oraz naukowo-wychowawczym. Koła organizują z jednej strony dyskusje, konferencje i wycieczki naukowe, zakładają biblioteki i sale czytelniane, wydają skrypty i książki, ogłaszają konkursy na prace naukowe, udzielają praktyk itp. Z drugiej koła stawiają sobie za cel wszczepić w swych członków umiłowanie nauki, jak i sztukę zorganizowanego i wydajnego działania” – objaśniał informator dla studentów z 1932 r.525

Do zdecydowanej większości kół naukowych – poza Polonistami, Historykami, Historykami Sztuki oraz Kołem Socjologii Pozytywnej – od przełomu lat 20. i 30. nie przyjmowano Żydów, w związku z czym zmuszeni byli tworzyć swe własne: np. Stowarzyszenie Medyków Żydów czy Koło Prawników Żydów. W sumie w 1938 r. działało 5 żydowskich kół naukowych. Nie wiadomo, jak rzecz miała się w praktyce w przypadku Ukraińców, żadnych przeszkód nie stwarzano natomiast nigdzie Niemcom; jeden z nich, Oskar Kossmann był nawet przez pewien czas przewodniczącym Koła Geografów. Poza tym koła naukowe były przynajmniej w teorii apolityczne, a zatem otwarte dla wszystkich studiujących. Niektóre z nich, jak na przykład koła Etnografów czy Geografów, były niewielkie i stanowiły zarazem dość zwarte grupy towarzyskie526. Inne miały charakter masowy, dzieliły się na szereg mniejszych środowisk, a ich działalność obejmowała również sfery samopomocy, wypoczynku itp. Do Koła Medyków, które miało taki właśnie charakter, w roku akademickim 1934/1935 należało 826 osób, co stanowiło 97% wszystkich studentów Wydziału Lekarskiego wyznań chrześcijańskich527. Choć siłą rzeczy w poszczególnych kołach dominowali słuchacze kierunków odpowiadających ich profilowi, zapisywali się do nich niekiedy także studenci innych wydziałów. W ten właśnie sposób z Kołem Polonistów związali się uczęszczający na prawo Ryszard Matuszewski i Jan Kott. Relacja pierwszego z nich ukazuje, że zaważyły o tym nie tylko zainteresowania naukowe: „Któregoś dnia [Kott – P.M.M.] zaproponował mi, abyśmy się zapisali do uniwersyteckiego Koła Polonistów, ponieważ – jak podkreślił – jest to najbardziej lewicowe koło na uniwersytecie. Zgodziłem się od razu, ale na pewno nie tylko dlatego, że nęciła mnie owa «lewicowość». Wyrażała się w tym, zresztą i u Janka chyba też, tęsknota do środowiska, gdzie zajmowano się sprawami, które nas w istocie znacznie bardziej interesowały niż wiedza prawnicza”. Bezkrytyczny zachwyt większości członków Koła Polonistów nad ZSRR i ich wrogość wobec Polski zniechęciły Matuszewskiego do tego środowiska, Kott natomiast uległ fascynacji komunizmem, która przetrwała powojenne lata stalinizmu i zakończyła się u niego dopiero wraz z fiaskiem popaździernikowej Odwilży w 1956 r.528

Podczas gdy Koło Polonistów miało charakter zdecydowanie lewicowy, za bastion prawicy nacjonalistycznej uważane było Koło Prawników529. Jak oznajmiał informator dla studentów, pod jej wpływem znajdowała się również zdecydowana większość pozostałych kół, przy czym od połowy lat 30. w co najmniej 5 rządzili oenerowcy530. W praktyce zatem zapisana w statutach apolityczność akademickich organizacji naukowych była w dużej mierze fikcją. Nie musiało to koniecznie oznaczać, że należeli do nich wyłącznie zwolennicy dominującej w danym środowisku ideologii. Tak jak wśród Polonistów trafiali się odosobnieni zwolennicy prawicy, tak też na przykład do Koła Prawników mógł należeć słuchacz o poglądach liberalnych lub lewicowych, o ile nie był Żydem lub bezwyznaniowcem i nie karano go sądownie za działalność komunistyczną, gdyż te przypadki wykluczał statut. Nie mógł też, co oczywiste, przyznawać się zbyt głośno do swoich poglądów, gdyż groziłby mu za to ostracyzm towarzyski, podobny do tego, jaki spotkał w Kole Polonistów Alfreda Łaszowskiego, gdy zaczął nagle głosić hasła antysemickie531.

Życie towarzyskie studentów nie ograniczało się oczywiście wyłącznie do politykowania, bardzo istotną rolę odgrywały w nim również rozrywki. Z perspektywy ówczesnego starszego pokolenia bywały one krytykowane jako bezwartościowe, a samą młodzież przedstawiano w związku z tym jako pozbawioną w większości jakichkolwiek ambicji intelektualnych. Ubolewał nad tym w 1939 r. w przemówieniu senackim Kazimierz Bartel i choć opierał się na swych doświadczeniach z Politechniki Lwowskiej, jego zarzuty odnosiły się do całej społeczności studenckiej: „Co się tyczy młodzieży i jej środowisk, to zainteresowania 80% młodzieży bez względu na płeć idą prawie wyłącznie w kierunku sportu, a następnie aktorek, względnie aktorów filmowych i ich przeżyć. (Wesołość). Znam cały szereg dziewcząt, a także chłopców, których głównym zajęciem intelektualnym jest zbieranie fotosów artystów i artystek, które można nabyć, kupując wyroby czekoladowe pewnych firm w odpowiednich opakowaniach. Na dalszym miejscu idzie zainteresowanie zabawami, w pierwszym rzędzie tanecznymi, lekką literaturą itp. Zainteresowania intelektualne wśród młodzieży są dziś rzadkością i spotkać je można przede wszystkim u Żydów, albo u fizycznie ułomnych, którzy nie mogą uprawiać sportów. (Wesołość)”532.

66. Mecz piłki wodnej z udziałem drużyn Akademickiego Związku Sportowego w Warszawie i Klubu Wojskowego Legia, Stadion Wojska Polskiego im. marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, 7 VI 1938 r.

W opiniach Bartla było sporo przesady wynikającej z ponadczasowego przekonania osób starszych o mierności młodszych generacji, jednak wspomnienia ówczesnych studentów i inne źródła potwierdzają, iż młodzież rzeczywiście poszukiwała rozrywek uważanych w tamtych czasach za mało rozwijające intelektualnie. Nie natrafiłem wprawdzie na żadną wzmiankę o zbieraniu fotosów aktorek i aktorów, ale biorąc pod uwagę ogromną wówczas popularność filmu (w 1938 r. w liczącej niecałe 1,2 mln mieszkańców Warszawie sprzedano 14,9 mln biletów kinowych!), można być pewnym, że i wśród studentów cieszył się on dużym zainteresowaniem. Tym bardziej iż przeciętna cena biletu wynosiła około 1 zł, była to więc rozrywka dostępna również dla mniej zamożnych słuchaczy533. Dla uczciwości należy dodać, że bardziej wyrobieni kulturalnie studenci chodzili także do teatrów, wybierając zresztą często repertuar ambitny. „Byłem w ciągłych trudnościach finansowych, ale na teatr zawsze wygrzebywałem kilka złotych” – wspomina jeden z nich534. Bratnia Pomoc rozprowadzała zresztą wśród słuchaczy UW bezpłatne i ulgowe (w cenie od 50 groszy do 3 zł) bilety teatralne, których w roku akademickim 1931/1932 wydano odpowiednio 2440 i 5861, co stanowić może pewien miernik popularności tej formy rozrywki535.

Jest również prawdą, że studenci interesowali się sportem, choć w sposób czynny uprawiało go wciąż bardzo niewielu z nich. Grywano w tenisa, hokeja, a także piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę, uprawiano lekkoatletykę, boks, pływanie, strzelectwo, szermierkę, łyżwiarstwo. Latem organizowano spływy kajakowe, zimą wyjazdy narciarskie i górskie wędrówki po Tatrach i Karpatach Wschodnich. Kulturę fizyczną propagował Akademicki Związek Sportowy, w ramach którego trenowano większość wymienionych powyżej dyscyplin – na stosunkowo niewielką skalę, za to z myślą o medalach. Sport zawodniczy pozostawał jednak rozrywką elitarną. AZS prowadził wprawdzie także kursy nauki pływania (w roku akademickim 1932/1933 wzięło w nich udział 140 studentów), ale w zestawieniu z blisko 10 tys. słuchaczy Uniwersytetu była to wciąż garstka zapaleńców536.

67. Wycieczka Koła Przyrodników UW do Czarnohory i w Gorgany. Przed schroniskiem pod Doboszanką – T. Wiśniewski, W. Sommer, H. Sawicka-Krasnodębska, H. Sandner, P. Meinhardt, 9 VI 1934 r.

Popularyzacją sportu amatorskiego jako formy aktywnego wypoczynku zajmowały się również organizacje studenckie, takie jak Sekcja Wychowania Fizycznego przy Kole Medyków. W połowie lat 30. na organizowane przez nią nadmorskie obozy wypoczynkowo-sportowe w Cetniewie wyjeżdżało latem blisko 500 osób, na letnich obozach w podzakopiańskim Kościelisku wypoczywało 173 studentów, zimą w kursach narciarskich w Tatrach i Bieszczadach uczestniczyło ich w sumie 327; frekwencja na warszawskich kortach tenisowych Koła w latach 1925–1932 wahała się od 900 do 1420 osób rocznie537. Nie były to liczby małe, biorąc pod uwagę, że w tym czasie na medycynie studiowało nieco ponad 1100 osób.

Trzecia z wymienionych wcześniej rozrywek – szeroko rozumiane życie towarzyskie – w relacjach pamiętnikarskich jawi się jako rozrywka wśród studentów najpopularniejsza. Bawiono się na różne sposoby i w różnym gronie. Słuchacze Uniwersytetu chętnie przesiadywali w kawiarniach, tocząc tam dyskusje o polityce, sztuce i zapewne wielu innych sprawach, których po latach, gdy spisywali wspomnienia, już nie potrafili sobie przypomnieć. Z czasów swoich studiów na Uniwersytecie, które przypadły na lata I wojny światowej, późniejszy polityk sanacyjny Tadeusz Katelbach zapamiętał: „Około 11 w nocy szło się do Udziałowej na pół czarnej lub rzadziej do sąsiadującego z Udziałową Cristalu, aby wymienić sobie wojenno-polityczne ploteczki dnia i posłuchać muzyczki, która wygrywała repertuar pieśni legionowych i popularnych operetek, zwłaszcza modną w tym czasie «Czardaszkę»”538. Podobnie było w czasach pokoju, co z kolei odnotował Jan Śpiewak, wspominając spotkania w gronie literacko-artystycznej bohemy, w kręgu której się obracał: „Można było nie dojadać, ale wieczorem – musieliśmy być w «Ziemiańskiej». Ciągnęła nas tam atmosfera towarzyskich dyskusji, nieraz ostrych sprzeczek, a przeważnie szermierki słownej”539.

68. Uczestnicy seminarium historycznego prof. Marcelego Handelsmana podczas pobytu wakacyjnego w Zaleszczykach. Po prawej, oparty o stół, doc. Tadeusz Manteuffel, 1929 r.

Z pewnością nie stroniono od alkoholu. „Abstynentów nie znałem” – wspomina jeden ze studentów prawa, dodając do razu – „Z tym jednak zastrzeżeniem, że upijanie się po prostu i natychmiast eliminowało studenta z pewnych kręgów towarzyskich, koleżeńskich, organizacyjnych. W każdym razie litrówkami się wódki nie piło”540. Zwłaszcza w męskim gronie, charakterystycznym przede wszystkim dla korporacji, za kołnierz wszakże nie wylewano. Jerzy Giedroyc, porównując studentów polskich z łotewskimi, których kiedyś spotkał, doszedł wprawdzie do wniosku, że „w życiu korporacyjnym [na Uniwersytecie – P.M.M.] nie konsumowano dużo alkoholu”, ale ocena ta była prawdopodobnie dość względna. Wojciech Wasiutyński był bardziej samokrytyczny: „W pierwszych latach studiów, zanim wchłonęła mnie bez reszty polityka, piłem za dużo. Spotykaliśmy się prawie co dzień w południe przed Bratniakiem na uniwersytecie i szli prawie zawsze do baru. Każdego tygodnia była albo kwatera piwna albo czyjeś imieniny. Na imieninach grało się w karty (niewysoko). Ja wolałem pokera od brydża”541. Niektóre wydarzenia, jak na przykład świętowanie ukończenia studiów, stawały się okazją do ostrych libacji. Ich obraz dają barwne wpisy studentów do albumu Koła Medyków, które in extenso zamieścił w swych wspomnieniach Stefan Wesołowski: „[...] Muszę stwierdzić, że to setne kompany: szpagatówkę chleją jak wodę, serdele wcinają aż miło, aż za serce chwyta. [...] Ojej! Pijatyka ku czci magistra prawa Świecińskiego dnia 7/XII 32, jeszcze nie czułem się taki wlany, jak dziś. Holender jasny, ledwo trzymam się na nogach! [...] Wlani wszyscy jak «najęci»: Kol. Świeciński z majestatycznym uśmiechem opowiada kawały z dziedziny prawa. Stefan z rozwichrzoną czupryną zalany od stóp do głowy z wykrzywioną pod wpływem alkoholu gębą recytuje i wygłasza tzw. dobre mowy alkoholowe. [...] Kazik obejmuje i wtula się w piersi przybyłego Teodora w przekonaniu, że to ciocia jego «żony»”542. Upić się do nieprzytomności i dosłownie leżeć w rynsztoku zdarzało się nawet studentom wybitnie uzdolnionym, pochodzącym z dobrych, mieszczańskich domów543.

Charakterystycznym rysem ówczesnego życia studenckiego były jednak przede wszystkim różnego rodzaju imprezy zorganizowane. Koło Prawników prowadziło co wtorek spotkania towarzyskie, „gdzie przy muzyce, za niewielką opłatą można było potańczyć, zagrać w brydża, zjeść kanapkę lub ciastko, wypić kawę lub herbatę”. W okresie karnawału w oficerskim kasynie garnizonowym przy al. Szucha odbywał się natomiast bal młodych prawników, na który zapraszano profesorów wraz z małżonkami544. Potańcówki organizowali także Poloniści, wynajmując w tym celu lokal – stosownie do swego profilu ideowego – w bardziej proletariackim otoczeniu, zapewnianym przez budynek Związku Kolejarzy przy ul. Czerwonego Krzyża na Powiślu. Jak wspomina Matuszewski, czołowi intelektualiści, tacy jak np. Stefan Żółkiewski, „przychodzili wprawdzie na owe niepoważne harce, ale woleli czas ich wykorzystać na kontynuowanie debat [. ], jako że na reformowanie świata czy też tylko nauk humanistycznych czasu nigdy nie było dość. Nie wszyscy jednak polonistyczni głowacze byli tak jednostronni. Byli tacy, co czasem ochoczo puszczali się w tany, jak Sewer Pollak, którego wprawdzie kontrolowała z loży, wodząc za nim surowym wzrokiem, jego chuda czarna żona Wanda Grodzieńska, ale widać było, że tego raczej łagodnego intelektualistę wyraźnie znosi w stronę co ładniejszych koleżanek”545.

Prawdziwym przedsiębiorstwem rozrywkowym była Sekcja Towarzyska Koła Medyków, do której pod koniec lat 20. należało 55 osób. Podobnie jak prawnicy prowadziła ona raz w tygodniu, w niedziele w godzinach od 16 do 22, świetlicę, w której spotykano się, aby pograć w szachy lub warcaby, potańczyć lub po prostu porozmawiać. Na przełomie lat 20. i 30. korzystało z niej od kilkudziesięciu do nawet 300 studentów, co świadczy o dużej intensywności toczącego się w jej ścianach życia towarzyskiego. Przede wszystkim jednak Koło Medyków słynęło z organizowanego w karnawale balu, który należał do największych imprez towarzyskich stolicy. Ogromną popularnością cieszyły się także Szopki Medyków, wzorowane na występach warszawskich kabaretów Morskie Oko i Qui Pro Quo. Za pomocą kukiełek parodiowano w nich profesorów Uniwersytetu oraz znane osobistości z życia publicznego kraju, czemu towarzyszyły humorystyczne kuplety. Zachęceni popularnością szopek studenci Wydziału Lekarskiego poszerzyli z czasem swą ofertę o kolejne imprezy, takie jak Śledź Medyków, opłatek i choinka, fuksówka, święcone, Józefinki i Rewia Medyczna546.

Program artystyczny tych imprez nie był chyba zbyt wysokich lotów. Wacław Borowy skomentował jedną z nich w swym dzienniku: „Widowisko nędzne nad wyraz. Lichy jeden wyjec przyśpiewuje banalnym laleczkom mizerne piosenki, przeplatając je grobowo smętnem w niedowcipności gadaniem”547. Podobały się jednak studenterii i nadawały jej życiu towarzyskiemu szczególny koloryt. Oddaje go wpis z ówczesnej kroniki na temat balu kostiumowego z okazji Choinki w 1933 r., który przytacza Stefan Wesołowski, główny animator Sekcji Towarzyskiej Koła Medyków: „Zjawiła się na sali cała galeria cudacznie wystrojonych «typów» i «typków», które chlubnie wystawiały na pokaz stroje z «Polskiego» i z różnych innych instytucji [...]. Zjawił się więc cały korowód odalisek, heter, gejsz, paziów, Żydów, szlachciców, Rzymian itp., którzy budzili szczery zachwyt i odurzenie wśród białogłów i czerni (czytaj krepa fraków i smokingów). Niemałą atrakcję stanowiły następujące postaci: Żyd, Neron i Frankenstein. [...] Żyda «odstawiał» [...] p. S. WES [Wesołowski – P.M.M.]. Figura to niezbyt imponująca pod względem wyglądu zewnętrznego, tym niemniej imponowała wszystkim robieniem niesłychanego rumoru i ilością wypitego miodu. [...] Neron, prócz 200 kg żywej wagi, miał jeszcze tę zaletę, że absolutnie nie posługiwał się łaciną [...]”. Repertuar musiał nosić pewne podteksty antysemickie, skoro Wesołowski odnotował aplauz prasy prawicowej i niesmak żydowskiego „Naszego Przeglądu” („Szowinistyczne zapędy młodych żydożerców...”), uczestnikom zabawy to jednak najwyraźniej nie przeszkadzało548.

Przygotowane przez siebie przedstawienia medycy wystawiali również gościnnie w zaprzyjaźnionych instytucjach stołecznych, takich jak Towarzystwo Higieniczne czy Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, a także jeździli z nimi w po kraju, występując w szpitalach, sanatoriach, domach zdrojowych itp. Ponieważ wstęp na imprezy był płatny, tak intensywna działalność rozrywkowa zapewniała regularne, choć bardzo nierówne dochody. Tournée po Polsce w lipcu 1933 r. przyniosło 2340 zł, dochody z Balu Medyków w latach 1925–1931 wahały się od 2800 do blisko 9000 zł (w zależności od aktualnej koniunktury gospodarczej); w roku akademickim 1929/1930 czysty zysk Sekcji Towarzyskiej zamknął się niebagatelną kwotą 6070 zł. Środki te gromadzono przede wszystkim z przeznaczeniem na budowany wówczas Dom Medyka, który został oddany do użytku w 1936 r. Częściowo służyły też one prawdopodobnie dofinansowaniu wyjazdów turystycznych i wycieczek naukowych koła549.

Zarówno przytaczane powyżej relacje, jak i innych świadectwa dokumentują, iż jedną z najbardziej lubianych rozrywek studenckich były w latach międzywojennych imprezy taneczne. „Eleganckie bale korporacyjne miały bardzo starannie przygotowywanego mazura, naturalnie tańczono też kujawiaka i oczywiście inne tańce współczesne, trochę polki i oberka, no i walca figurowego, z wodzirejem” – wspomina z wyraźną nostalgią jeden z ówczesnych słuchaczy Uniwersytetu. – „Szczególną reputacją cieszyły się bale korporacji Arkonia, najstarszej w Warszawie, w Resursie Obywatelskiej, korporacji Jagiellonia w Resursie Kupieckiej, bal towarzystwa Latarni (opieki nad niewidomymi), gdzie «cała Warszawa» spotykała się w Hotelu Europejskim”550. W stwierdzeniu „cała Warszawa” nie ma wiele przesady. Na jednym z takich balów studiującemu wówczas historię Januszowi Pajewskiemu zdarzyło się, iż jego partnerkę poprosił do tańca były prezydent Stanisław Wojciechowski551. Niektórzy studenci oddawali się balowaniu z taką intensywnością, że zwłaszcza w okresie karnawału nie pozostawało im już zbyt wiele siły na naukę. Jedna ze studentek wspomina, iż opuszczała tyle zajęć, że któregoś razu asystentka profesora przysłała po nią rano do domu kolegę z ostrzeżeniem przed kolejną nieobecnością, która poskutkuje brakiem zaliczenia; w efekcie na wykład musiała popędzić w sukni balowej i pantofelkach, maskując swój nietypowy strój starym fartuchem552.

Jak już zostało wspomniane, na bale zapraszano profesorów. Niektórzy z nich chętnie przyjmowali zaproszenia, gdyż odpowiadała im taka forma rozrywki. „Już gdy wchodziłem, otaczała mnie młodzież. [...] Wiedzieli, że lubię tańczyć, i dbali o to, bym nigdy nie był sam” – zapamiętał Ludwik Hirszfeld553. Inni, jeśli nawet uważali udział w balach za jeszcze jeden obowiązek reprezentacyjny, nie uchylali się od niego. „W uroczystym polonezie otwierał bal, w pierwszej parze, Magnificencja Rektor Uniwersytetu z panią generałową, żoną Komendanta Centrum Wyszkolenia Sanitarnego. W drugiej parze gen. bryg. dr med. Jan Kołłątaj-Srzednicki z panią rektorową, a za nimi inni dostojni goście z żonami – profesorowie, generałowie i wyżsi oficerowie [...]”554.

Bawiono się nie tylko na balach. W latach 30. popularne stały się wśród studentów potańcówki w prywatnych mieszkaniach, głównie w środowisku zamożniejszej, inteligenckiej młodzieży pochodzącej z Warszawy. (Lokatorom stancji trudno byłoby urządzić tańce w wynajmowanym pokoju, podobnie jak studentowi z rodziny robotniczej, zamieszkującemu z bliskimi w wieloosobowej izbie, często bez elementarnych wygód). Wieczory taneczne organizowali zwykle rodzice dorastających i dorosłych panien, w czym nietrudno dopatrzyć się lepiej lub gorzej skrywanych intencji matrymonialnych. Z tego też względu dbano, aby młodzieży męskiej było więcej niż dziewcząt555. Na prywatnych potańcówkach, nie nazywanych jeszcze wówczas prywatkami, obowiązywał znacznie lżejszy i bardziej nowoczesny repertuar niż na balach. Przy dźwiękach gramofonu tańczono fokstrota, slow-foksa, charlestona, walce angielskie i tanga. Zabawa odbywała się zazwyczaj pod czujnym okiem rodziców, brały w niej wszak udział „dobrze ułożone panienki z dobrych domów”, jak określił to Ryszard Matuszewski, jeden z uczestników takich spotkań556. W małych środowiskach, jakie stanowili np. archeolodzy lub geografowie, również na takie imprezy zapraszano niekiedy wykładowców557.

Nie zawsze zapewne owe potańcówki miały grzeczny charakter, zwłaszcza jeśli „element rodzicielski, ciotczny itd. w ogóle był wyeliminowany”. Na krótko przed wojną mogło się już tak zdarzyć nawet w wyższych klasach gimnazjalnych, a więc z pewnością również wśród studentów. Gombrowicz, który brał udział w jednej z takich imprez, z rozbawieniem opisuje jej przebieg:

„Z początku było nudnawo, nieśmiaławo, jakieś tam pogaduszki, rzadkie śmiechy, już kombinowałem jak by tu prysnąć. gdy wtem otworzyły się drzwi do sąsiedniego pokoju w którym bufet był i wszyscy powoli skupili się wokół stołu, na którym stały alkohole. Z tego co nastąpiło pozostało mi wrażenie ostrego crescenda, gwałtownie wzrastającego brzęczenia... do rozmiarów szumu... ta młodzież rzuciła się na wódkę, w ciągu pięciu minut byliśmy pod gazem, nigdy nie widziałem żeby tyle osób upiło się razem, od razu, jakby na komendę. ja oczywiście też, i potem już dobrze nie pamiętam co się działo, zdaje mi się że jeździłem na motocyklu i wyłaziłem na drzewo”558.

Studenci wybierali się również na dancingi do nocnych lokali, czego barwny obraz utrwalił Matuszewski: „Ciągnęło nas bowiem oczywiście nocne życie stolicy, choć nie bardzo było nas na nie stać; nocne warszawskie dancingi były drogie. Ale mieliśmy na to typowe, studenckie sposoby. Pamiętam kilka wypraw do modnej «Adrii» przy ul. Moniuszki. Wstęp do tego lokalu, gdzie bywali na ogół ludzie dobrze nadziani forsą, a także ówcześni dygnitarze, był bezpłatny. Płaciło się słono za konsumpcję. [...] Ale któżby studentowi takiemu jak ja, który przychodził do «Adrii» z panienką, żeby pokręcić się po parkiecie w takt dobrej muzyki jazzowej, kazał zajmować miejsce przy stoliku lub cisnąć się do baru? Oddawało się palta do szatni i szło się tańczyć, a kiedy orkiestra robiła przerwę, był w sąsiedniej salce drugi, mniejszy parkiet. W ten sposób udawało nam się, jeżeli mieliliśmy na to ochotę, przetańczyć w eleganckim lokalu nawet kilka godzin. Przytuleni do siebie, rozmarzeni muzyką, wirowaliśmy wśród wyfraczonych gorsów i pań w wytwornych toaletach, by nad ranem wymknąć się z lokalu nie wydawszy nic poza drobnymi na szatnię”559.

Popularność wśród studentów tańca jako rozrywki towarzyskiej w niepośledniej mierze wynikała z faktu, iż bale, potańcówki czy wyjścia do lokali rozrywkowych stanowiły najbardziej naturalną i akceptowaną społecznie sposobność nawiązania bliższych kontaktów z płcią odmienną – przynajmniej w środowisku inteligenckim, które nadawało ton na Uniwersytecie. Relacje te, wpisujące się ściśle w panoramę ówczesnego życia społecznego, towarzyskiego i obyczajowego, wymagają nieco bliższego omówienia.

Jakkolwiek stosunki damsko-męskie są przedstawiane we wspomnieniach ówczesnych słuchaczy Uniwersytetu na ogół dość dyskretnie, nie oznacza to, iż zajmowały one w ich życiu miejsce nieistotne. Studia, w trakcie których mężczyźni i kobiety spędzali ze sobą stosunkowo dużo czasu, sprzyjały nawiązywaniu znajomości, także tych bliższych, intymnych. „Tak systematycznie uczęszczaliśmy na te wykłady, siadając zawsze na tej samej ławce, że w końcu zaczęliśmy traktować się jak starzy znajomi” – pisze Władysław Broniewski o jednej z poznanych na Uniwersytecie koleżanek. – „Jakiś maleńki rodzaj flirtu, nie traktowany jednak jako taki ani przeze mnie, ani przez nią”560.

Choć niewielu ówczesnych studentów przyznaje to wprost, w cenie u obojga płci była atrakcyjność fizyczna. Studiująca w drugiej połowie lat 20. na Wydziale Humanistycznym Janina Rosenówna z właściwą wielu kobietom złośliwością tak opisywała swe otoczenie: „[...] Rodzaj męski na archeologii przedstawiał się rozpaczliwie. Nic tylko siąść i płakać – «Tylko na Politechnice są chłopcy do rzeczy» – wzdychałam smętnie – ale na Politechnice jest mnóstwo matematyki, więc to nie dla mnie i tak daleko do niej. Lecz sprawiedliwie trzeba przyznać, że i uczęszczające [na archeologię – P.M.M.] dziewczęta i te zamężne też urodą nie grzeszyły. Może studia ówczesne stanowiły rekompensatę za te braki”561. Z kilku innych równie szczerych pod tym względem wspomnień wynika, iż studenci jednej i drugiej płci chętnie wchodzili w mniej lub bardziej trwałe relacje o charakterze uczuciowym.

„Muszę sobie znaleźć towarzyszkę. Ona mi uprzyjemni trochę życie. Chociażby się mi podobała tylko tydzień, to i to warto. Znajdę potem drugą, o ile mi się tamta sprzykrzy” – zapisał w swym dzienniku z rozbrajającą szczerością student medycyny Pesach Rajman, pomiędzy marzeniami o żydowskim państwie w Palestynie a rozważaniami o sytuacji na frontach trwającej już wówczas piąty rok Wielkiej Wojny. Zamiar ten udało mu się urzeczywistnić kilka tygodni później, kiedy zapoznał się z niejaką panną Bronką, niebędącą raczej słuchaczką UW. Chociaż podczas spaceru nad Wisłą niemiłosiernie zanudzał swą wybrankę opowieściami o okrętach podwodnych, zdołał ją nawet, jak skrupulatnie odnotował, dwa razy pocałować, nie bez pewnych oporów z jej strony, ponieważ, „jak koza uciekała mu spod rąk”. Dalsze perspektywy tej obiecującej znajomości były jednak wątpliwe, gdyż mało praktyczny Rajman na następną randkę umówił się dopiero na 1 maja, tzn. za przeszło 8 miesięcy, „w dniu miłości, w dniu święta międzynarodowego, gdy wszyscy proletariusze świata marzą o zbawieniu narodów”562.

69. Irena Krzywicka, lata 20. XX w.

Mniej więcej w tym samym czasie, na początku lat 20., o względy studiującej na Wydziale Filozoficznym Ireny Goldberżanki (później Krzywickiej) niestrudzenie zabiegało aż 3 kolegów, spośród których dopiero po dłuższym czasie wybrała późniejszego męża, jak sama przyznaje, bez wielkiej miłości ze swej strony. Do tego dochodziło kilku odleglejszych lub bardziej przelotnych adoratorów, z których jeden, student prawa, zostałby dziś niewątpliwie uznany za prześladującego swą ofiarę stalkera. „Chodził za mną jak cień na uniwersytet, z uniwersytetu po sprawunki, raz nawet polazł za mną na jakiś pogrzeb. Nigdy nie podszedł ani nie powiedział słowa” – pisze Krzywicka. Drugi adorator zachowywał się podobnie, trzeci zaproponował jej małżeństwo już po pierwszym walcu przetańczonym na jednej z „herbatek” i nie chciał pogodzić się z odmową; czwarty uczynił ten sam krok, a gdy dziewczyna oświadczyła mu, iż jest Żydówką, wykrzyknął: „To niemożliwe, niemożliwe” i uciekł563.

Typ cichego, choć natrętnego wielbiciela musiał występować dość często wśród studentów, przynajmniej w pierwszych latach po reaktywacji Uniwersytetu, ponieważ także studiująca wtedy Maria Eigerówna wspomina chłopaka, który długo się kręcił wokół niej, a gdy zaczęła go wreszcie unikać, zasypywał ją tasiemcowymi listami564. Nawet Broniewski, skądinąd bardzo daleki od hołdowania miłości platonicznej, wkrótce po zapisaniu się na uczelnię jesienią 1918 r. zakochał się w zupełnie nieznanej sobie dziewczynie, co opisywał nader samokrytycznie w pamiętniku: „Jakże ja sam sobie wydaję się śmiesznym, gdy łażąc bez celu, bezwiednie skręcam tam, gdzie ona mieszka. [...] Kocham kobietę, której nie znam i nie wiem nawet, jak się nazywa, którą zaledwie kilka razy widziałem przelotnie na ulicy. Kiedyś wiosną śledziłem ją spotkawszy wieczorem na Daniłłowiczowskiej; szła z bratem do teatru. Poszedłem za nimi. Wyśledziłem, gdzie siedzi, i wszystkie antrakty spędziłem na niemym wpatrywaniu się na nią. [...] Po przedstawieniu tropiłem ją aż do jej mieszkania na Hożej 66”565.

Zachowania takie miały zapewne różne źródła. Jedni studenci, tak jak Broniewski, tworzyli w ten sposób na własny użytek mit miłości romantycznej, fizycznej zaś szukali w innych miejscach; inni po prostu nie potrafili przezwyciężyć wrodzonej nieśmiałości. W przypadku jeszcze innych młodych ludzi wynikały one – tak samo chyba zresztą jak oświadczyny po pierwszym tańcu czy niezgrabne zaloty Rajmana – z braku odpowiedniego obycia w kontaktach towarzyskich z płcią przeciwną, który doskwierał wielu absolwentom męskich szkół średnich. Jak się jednak wydaje, wraz z przemianami obyczajowymi i rozpowszechnianiem się w międzywojennej Polsce szkół koedukacyjnych zahamowania tego rodzaju stawały się zjawiskiem rzadszym, a relacje pomiędzy młodymi mężczyznami a kobietami wyzwolone zostały z nienaturalnych konwenansów, „odpadły całe tony afektacji, przesad, zmanierowania, tej jakiejś konwulsyjności, jaka cechowała starsze pokolenie”566. I w latach 30. zdarzały się jednak wśród studentów Uniwersytetu samobójstwa i zabójstwa z miłości, o czym jak zawsze chętnie informowała prasa567.

Wspomnienia studentów płci męskiej z lat 30. ukazują już nieco bardziej bezpośredni model relacji damsko-męskich, choć też daleki jeszcze od standardów współczesnych. Matuszewski, który jako jeden z nielicznych porusza tę kwestię w miarę otwarcie, pisze: „Interesowały mnie już oczywiście dziewczyny i tajemniczy świat seksu, choć słowo to nie było jeszcze wtedy w użyciu i w ogóle sprawa granicy pomiędzy strefą miłosnych uczuć a strefą zmysłów nie przedstawiała się jasno, budziła pewien niepokój i rodziła problemy, których nie dawało się rozstrzygnąć ani przy pomocy wskazań kościoła czy rad matczynych, ani przy pomocy literatury, ani nawet drogą własnego doświadczenia, które było jednak tylko splotem przypadków. Były to więc niekiedy przyjaźnie z domieszką flirtu czy erotycznych zbliżeń, ale nie mniej często sprowadzające się do zwykłego koleżeństwa, miłych kontaktów towarzyskich, uczestnictwa w studenckich zebraniach czy potańcówkach”. Dalej następuje charakterystyka 3 dziewczyn, z którymi autor spotykał się w czasie studiów. Z jego niedopowiedzeń i zawoalowanych sugestii wynikać może, iż żadna z tych znajomości nie przerodziła się w relację erotyczną, gdyż wszystkie trzy panienki, pochodzące z tzw. dobrych domów, bacznie pilnowały się, aby nie naruszyć obowiązujących wówczas zasad568.

Normy obyczajowe były zaś bardzo restrykcyjne, przynajmniej w środowiskach mieszczańskich i inteligenckich, z których wywodzili się w zdecydowanej większości autorzy dostępnych nam relacji. Młodzi ludzie, nawet od dawna sobie znajomi, zwracali się do siebie na ogół per „pani”, „pan”. (Maria Niedźwiecka i Stanisław Ossowski form tych używali wobec siebie po kilku latach wspólnie spędzonych studiów. Na „ty” przechodzili bardzo powoli i nieśmiało dopiero w intymnej korespondencji, gdy byli już właściwie parą)569. Na początku lat 20. nie uchodziło, aby panna odwiedzała mężczyznę spoza swej rodziny w jego domu. Dekadę później student mógł już zabrać swoją dziewczynę na wspólny wyjazd na kajaki lub w Tatry, ale w charakterze przyzwoitek musieli im towarzyszyć koledzy lub koleżanki. Nie mogło być przy tym oczywiście mowy o spaniu razem w namiocie czy jednym pokoju, mimo iż obydwoje zainteresowani byli już pełnoletni570. Brak odpowiednich źródeł nie pozwala niestety powiedzieć, czy podobne zasady obowiązywały wśród studentów wywodzących się z niższych warstw społecznych, ale wydaje się to prawdopodobne, ponieważ wstępując na uczelnię ich przedstawiciele przejmowali na ogół wzorce obowiązujące wśród inteligencji.

70. Młodzi pracownicy naukowi Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego na biwaku na Hali Gąsienicowej w Tatrach. Od lewej: H. Sandner, T. Sandner, M. Gieysztor, lipiec 1937 r.

Rygorystyczne normy obyczajowe nie oznaczały bynajmniej, iż w każdym wypadku ich przestrzegano. Z przytaczanych już przeze mnie wcześniej w innym kontekście relacji pamiętamy, że w domach akademickich, mimo surowych zakazów, nagminnie nocowały osoby płci przeciwnej, jedną z rozrywek korporantów były wypady na „dziewczynki”, mieszkanki żeńskich akademików chorowały podobno na syfilis, a jedna ze studentek dorabiała sobie jako luksusowa prostytutka. O podejmowaniu przez młodzież współżycia seksualnego świadczą także wyniki obowiązkowych badań lekarskich słuchaczy Uniwersytetu z końca lat 30. O ile w 1937 r. chorobę weneryczną wykryto tylko u jednego kandydata na studia, o tyle wśród osób już immatrykulowanych wstydliwe przypadłości były na tyle częste, że zwalczanie ich uznano za drugi, po walce z gruźlicą, zasadniczy kierunek działań przychodni akademickiej571. Według danych wcześniejszych o kilka lat (z jesieni 1929 r.), wykryto je lub podejrzewano u około 3% wszystkich mieszkańców domów studenckich. Wskaźnik ten jest zaskakująco niski, być może dlatego, iż nie wszyscy lokatorzy poddali się badaniom572. Jak można sądzić, zapadanie na choroby weneryczne wynikało przede wszystkim z korzystania przez studentów z usług prostytutek (tak zapewne należy rozumieć owe „dziewczynki”).

71. Student Legii Akademickiej z dziewczyną sierpień 1938 r.

Wzmianki o przykładnym prowadzeniu się „dobrze ułożonych panienek z dobrych domów” każą natomiast przypuszczać, że studentki na ogół znacznie ostrożniej niż ich koledzy decydowały się na kontakty seksualne. Regułę tę potwierdzają pojedyncze wyjątki, znane ze wspomnień. Jednym z nich była Irena Goldberżanka, która zaplanowała sobie, iż dziewictwo utraci ze spotkanym w Zakopanem profesorem Gustawem Przychockim (urzekł ją klasyczny kształt jego czaszki), było w tym jednak chyba więcej młodzieńczych fantazji erotycznych niż autentycznej swobody seksualnej. Plan spalił zresztą na panewce, ponieważ wybranek, nie mając najmniejszego pojęcia o jej zamiarach, nie wykazał się odpowiednią inicjatywą. Spotkanie w kawiarni z obcym, starszym mężczyzną wystarczyło jednak, aby zaczęto plotkować o niej i o Przychockim, iż są kochankami573. Za to studiująca na Wydziale Lekarskim Irena Grasberżanka, wedle własnych, nieco ekshibicjonistycznych wspomnień, swój „pierwszy raz” rzeczywiście przeżyła w Tatrach, z kolegą ze studiów (późniejszym mężem), ukrywając wspólny wyjazd w góry przed rodziną. Wyjście romansu na jaw naraziło ją na pretensje ze strony ojca, który zapowiedział: „Nie pozwolę, aby Irka zachowywała się jak ladacznica”574. Oba te przykłady pokazują, iż studentki decydujące się na współżycie ryzykowały nie tylko zajście w niechcianą ciążę, która mogła przekreślić ich plany życiowe, ale także konflikt z rodziną i utratę reputacji – równie groźną, zwłaszcza gdyby kochanek nie kwapił się do małżeństwa. „[...] W tamtych czasach szanujące się kobiety nie żyły z mężczyznami bez ślubu” – podsumowuje swe perypetie Grasberżanka575.

Tymczasem studenckie małżeństwa stanowiły wówczas rzadkość. Na podstawie zmian nazwiska w matrykułach można np. wyliczyć, że spośród 1186 kobiet immatrykulowanych na uczelni w 1929 r. w latach studiów na zamążpójście zdecydowało się zaledwie 31 słuchaczek, czyli mniej niż 3% ogółu576. Brak jest niestety analogicznych danych na temat studentów, należy jednak sądzić, że było ich jeszcze mniej. Dla wielu mężczyzn studia były czasem, kiedy mogli się wyszaleć, wyżyć w działalności organizacyjnej i politycznej (a niekiedy również w ulicznych burdach), zanim życie zmusiło ich do ustatkowania się. „Dwa różne życia, dwa rodzaje obowiązków, w korporacji akademickiej i w związku małżeńskim, stanowiły nadmierny ciężar dla młodych barków. Student żonaty tracił zazwyczaj swą młodzieńczą niefrasobliwość, swe przemiłe, beztroskie szaławilstwo; tracił niewątpliwie swój «fason»” – podsumował z wyraźną aprobatą dla kawalerskiego stanu jeden z profesorów prawa, dodając dalej, że małżeństwo nie sprzyjało również nauce577.

Przede wszystkim jednak, od mężczyzn, którzy decydowali się założyć rodzinę, oczekiwano samodzielności finansowej, a o tę było trudno w trakcie nauki. Gdy studiujący na trzecim roku prawa Jan Garliński, zakochany w przebywającej w Polsce Angielce, napisał do jej ojca list, w którym prosił o rękę córki, otrzymał grzeczną, lecz stanowczą odpowiedź, iż gentelman nie powinien składać kobiecie propozycji matrymonialnych, dopóki nie jest w stanie zapewnić swej narzeczonej utrzymania. Odmowę przyjął z pokorą: „Pełnoletniość dawała nam formalne prawo decydowania o naszym losie, lecz nasza młodość nie była na tyle arogancka, by zlekceważyć oczywiste realia. Miałem przed sobą studia, materialnie zależałem od ojca, nie mogłem od razu zapewnić przyszłej żonie jakiegokolwiek normalnego życia [...]”. Ze ślubem musiał się wstrzymać do ukończenia studiów578. Podobnie uważały, rzecz jasna, kobiety, nawet jeśli skrycie marzyły o miłości romantycznej. Studentka prawa Teodora Żukowska kilka razy odrzucała oświadczyny swego kolegi, bowiem „zawrzeć małżeństwo i założyć dom można było dopiero wtedy, gdy miało się ukończone studia i zapewnioną pozycję życiową”579. Mając niewątpliwie świadomość takiego stanu rzeczy, Ryszard Matuszewski i Eugeniusz Łazowski, z których wspomnień czerpałem już wcześniej informacje o studenckim życiu i obyczajach, wstrzymywali się z oświadczynami do zakończenia nauki i znalezienia pracy.

Na ożenek w czasie studiów mogli sobie pozwolić jedynie ci młodzi mężczyźni, których rodziny mogły, a ponadto miały ochotę pomagać im materialnie na nowej drodze życia. Zdarzało się tak jednak raczej rzadko. Niezwykle zamożni rodzice Hilarego Koprowskiego, późniejszego twórcy szczepionki przeciw polio, który pod koniec lat 30. ożenił się w tajemnicy przed nimi, będąc na trzecim roku medycyny, przyjęli wprawdzie ten fakt do wiadomości, ale nie pomogli nowożeńcom usamodzielnić się pod względem mieszkaniowym, w związku z czym każde z nich mieszkało po ślubie osobno, w swoim dotychczasowym domu rodzinnym. Podobnie zresztą bywało i po ukończeniu studiów, czego dowodem może być przypadek Ireny Goldberżanki i Jerzego Krzywickiego, którzy przez pierwsze 3 lata po ślubie zamieszkiwali osobno, gdyż nie mieli pieniędzy na własne lokum, a dobrze sytuowany ojciec pana młodego, skądinąd wybitny socjolog i wykładowca uniwersytecki, nie widział powodu, aby zapewnić im własny dach nad głową580. Trudno się dziwić, że w takich realiach studenci rzadko zawierali związki małżeńskie. Jeśli mimo to ich koleżanki wychodziły za mąż, to wybierały najczęściej mężczyzn od siebie starszych, zdolnych utrzymać rodzinę. Już na studiach mężatkami zostały np. Irena Krzyżanowska-Sendlerowa oraz wybitna później znawczyni kultury Celtów Janina Rosen-Przeworska, która – co stanowiło bardzo rzadki wyjątek – kontynuowała naukę również po urodzeniu dziecka. Jej dwie koleżanki z zakładu archeologii przedhistorycznej, mimo posiadania absolutorium, po ślubie nie powróciły na uczelnię581. Pozwala to przypuszczać, że dla części ówczesnych kobiet małżeństwo było wciąż ważniejszą zdobyczą życiową niż dyplom Uniwersytetu Warszawskiego.

Kultura polityczna Uniwersytetu Warszawskiego

Obraz społeczności akademickiej Uniwersytetu lat 1915–1939 byłby niepełny bez uwzględnienia postaw, wartości i wzorów zachowań, które określa się na ogół zbiorczo mianem kultury politycznej. Omówienie zacząć należy od jej najbardziej zewnętrznego komponentu, czyli obowiązujących na uczelni norm zachowania, potocznie nazywanych wówczas po prostu „kulturą”. Jak to się jednak często zdarza w przypadku zjawisk oczywistych dla ich uczestników, niełatwo jest znaleźć odpowiednie źródła do ich szczegółowej analizy. Polscy studenci i wykładowcy Uniwersytetu, którzy pozostawili po sobie wspomnienia, pomijają na ogół ten aspekt życia akademickiego, zapewne właśnie dlatego, iż był dla nich zupełnie oczywisty. Dopiero ze wspomnień niemieckiego słuchacza UW, pochodzącego z Łodzi Oskara Kossmanna możemy się dowiedzieć, jaka była specyfika obyczajów warszawskiego środowiska inteligenckiego, z którym zapoznał się właśnie na uczelni:

„[...] Warszawiakowi zależy w szczególnym stopniu na szlachetności swego towarzystwa, na formach grzecznościowych, na demonstrowaniu możliwie najwyższego statusu społecznego w swoim codziennym otoczeniu. Nie jest przypadkiem, że warszawiak przez «kulturę» rozumie w pierwszej kolejności doskonałe pod względem formy dżentelmeńskie zachowanie (das formvollendete Kavaliersverhalten) i określa jako «kulturalnego» tego, kto wie, jak zrobić wrażenie przyjmując gości i żegnając się z nimi, kto potrafi okazać należny szacunek starszym, zachowuje się dwornie wobec dam, co jednakże nie wiąże się z żadnym wysiłkiem duchowym, gdyż dotyczy jedynie błyszczącej, zewnętrznej powłoki. Wewnętrzna postawa pozostaje od tego niezależna. Obecnie przybiera to w Warszawie formę salonu towarzyskiego, który nieprzypadkowo stanowi promieniejące centrum każdego lepszego mieszkania”582.

Powierzchowność dobrego wychowania nie była zapewne specyfiką wyłącznie warszawską, ani nawet polską, choć być może w Warszawie bardziej niż gdzie indziej rzucał się w oczy kontrast między ogromną kurtuazją a faktycznymi postawami. Nietrudno przy tym zauważyć, że oba zjawiska zaobserwowane przez Kossmanna na uczelni – przywiązanie do form grzecznościowych i potrzeba podkreślania własnej pozycji społecznej – stanowiły dziedzictwo kultury szlacheckiej i ziemiańskiej, która w II Rzeczpospolitej została w dużej mierze przejęta przez inteligencję. Uniwersytet Warszawski stanowił z natury rzeczy ważny element transmisji wzorów kulturowych w tej warstwie społecznej, przyczyniając się, jak można zakładać, do ich przejmowania również przez tych studentów, którzy sami wywodzili się np. z rodzin drobnomieszczańskich, chłopskich bądź robotniczych.

Dla zrozumienia kultury politycznej Uniwersytetu Warszawskiego w okresie międzywojennym ważniejsze niż „kultura” w sensie, w jakim wzmiankowana została ona powyżej, wydaje się jednak słowo „polityka”. O jej znaczeniu decydowała przede wszystkim niezwykła bujność życia publicznego uczelni. Rozumieć należy przez nią nie tylko czynną rolę, jaką wielu profesorów i studentów odgrywało w polityce na poziomie ogólnopaństwowym – by wymienić chociażby prominentnych działaczy Stronnictwa Narodowego takich jak Tadeusz Bielecki, Roman Rybarski czy Bohdan Wasiutyński, polityków BBWR jak Wacław Makowski i Jan Kochanowski, czy też przywódców radykalnej prawicy na czele z Jerzym Kurcyuszem, Janem Mosdorfem i Bolesławem Piaseckim – ale przede wszystkim mnogość różnego rodzaju organizacji, które działały wśród studentów583.

Według danych rektorskich, 1 IX 1938 r. zarejestrowanych było przy Uniwersytecie 69 stowarzyszeń, w tym 32 naukowe, 6 samopomocowych, 19 kulturalno-towarzyskich (głównie kół regionalnych), 8 ideowo-wychowawczych (tzn. korporacji), 2 sportowe i 2 przyjaciół narodów584. Zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym organizacje stricte polityczne nie mogły działać na uczelniach, ale zakaz ten pozostawał martwą literą. Jak już zostało powiedziane w poprzednim rozdziale, upolityczniony charakter miały w większości zarówno korporacje, jak i koła naukowe, a stowarzyszenia samopomocowe stanowiły wręcz ekspozytury ugrupowań politycznych – co dotyczyło przede wszystkim największego z nich, Bratniej Pomocy, przekształconej przez prawicę nacjonalistyczną we własny systemem klientalny. Dodać należy, że Uniwersytet Warszawski był jednym z głównych bastionów Obozu Wielkiej Polski, a następnie matecznikiem Obozu Narodowo-Radykalnego; swoje przyczółki próbowali tu zająć i utrzymać także piłsudczycy, ludowcy i komuniści585.

72. Poczty sztandarowe organizacji studenckich w drodze do Grobu Nieznanego Żołnierza podczas obchodów 20 rocznicy powstania Towarzystwa Bratniej Pomocy Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, styczeń 1936 r.

Nie będzie więc z pewnością nadużyciem stwierdzenie, iż charakterystycznym rysem życia Uniwersytetu Warszawskiego w okresie 1915–1939 było rozpolitykowanie. Stanowiło ono w pewnej mierze naturalną reakcję na odzyskanie niepodległości i powstałą wówczas możliwość nieskrępowanej działalności politycznej. Nawet po zamachu majowym Uniwersytet zapewniał bardzo duży zakres swobody, przypominając wentyl bezpieczeństwa, którym uchodziły gromadzące się wśród młodzieży niezadowolenie i frustracja. Jedną z przyczyn rozpolitykowania, być może najważniejszą, było ponadto przekonanie wielu studentów o swym wyjątkowym posłannictwie społecznym. Uważał tak na przykład Tadeusz Katelbach, który opisał to następująco we swych wspomnieniach: „Trudno to wyrazić, by nie wpaść w tani patos lub przesadę, ale dla nas uniwersytet w czasach 1915–1918 nie był tylko sobie zwykłą uczelnią. Studia i życie organizacyjne, zagadnienia czysto intelektualne i polityczne, wszystko to razem zlewało się w jakąś jedną całość. Skutek był taki, że w murach odrodzonej Alma Mater Varsoviensis czuliśmy się jak w szkole, przygotowującej nas przede wszystkim do przyszłej służby publicznej”586. Również w latach późniejszych, aż do wybuchu II wojny światowej wielu słuchaczy traktowało Uniwersytet jako naturalną odskocznię do dalszej działalności politycznej, a siebie samych uważało za awangardę narodu. Utwierdzały ich w tym partie, przedstawiając studentów jako przyszłych przywódców mas587.

73. Studenci rozdający ulotki przed bramą Uniwersytetu, luty 1932 r.

Utożsamianie studentów z elitą polityczną narodu (i ich utożsamianie się z nią przez nich samych) wynikało w dużej mierze ze strukturalnej słabości międzywojennej Polski. Zauważył to po latach nie kto inny, jak Wojciech Wasiutyński, który jako student UW na przełomie lat 20. i 30. sam bardzo aktywnie uczestniczył w uniwersyteckim życiu politycznym: „W krajach nieuprzemysłowionych, a w okresie międzywojennym Polska wciąż jeszcze do nich należała, studenci – z braku rozwiniętej klasy średniej – grają wielką rolę polityczną”. Zaraz dodaje on jednak, iż „młodzież polska nie była jednak podobna do dzisiejszej młodzieży studenckiej z krajów Trzeciego Świata. Nie była masą buzującą, którą co pewien czas organizacje rewolucyjne podrywają do demonstracji”588. Z zastrzeżeniem tym trudno się zgodzić. Mimo iż Wasiutyński się od tego odżegnywał, studenci UW, w tym także on sam, niezwykle chętnie wylegali na ulice, aby uprawiać tam politykę. Określenie „masa buzująca” wydaje się w stosunku do nich nad wyraz trafne. Jedyną różnicą w tej mierze w stosunku do krajów rozwijających się, gdzie studenckie rozruchy miały w XX w. charakter na ogół lewicowy, była w przedwojennej Polsce ich przeważnie prawicowa orientacja.

74. Wiec studencki na terenie Uniwersytetu, marzec 1931 r.

Przejawem rozpolitykowania studentów było przy tym nie tylko samo angażowanie się w działalność polityczną, lecz również jej formy, przypominające niekiedy te znane ze szlacheckich sejmików. Warto przytoczyć w tym kontekście inną obserwację Wasiutyńskiego: „Nad życiem wewnętrznym korporacji akademickich ciążyło właściwe Polakom gadulstwo. Studenci, którzy nie mogli liczyć na dopuszczenie do mównicy na wielkim zebraniu, wyżywali swoją chęć gadania na posiedzeniach koła korporacyjnego. Im błahsza sprawa, tym więcej i tym dłużej o niej mówiono, bo każdy miał swoje zdanie”589. Opinia ta w mniejszym lub większym stopniu odzwierciedla realia panujące we wszystkich organizacjach działających jawnie na terenie Uniwersytetu, w których bez końca debatowano, głosowano, powoływano komisje, zwoływano walne zebrania, uchwalano rezolucje, wykluczano się nawzajem, oskarżano i broniono się przed sądami koleżeńskimi. Niekiedy oczywiście dyskusje dotyczyły spraw ważnych dla społeczności studenckiej, jak chociażby wyboru władz Bratniej Pomocy, ale przeważnie większość pary szła w gwizdek.

Podobnie jak niegdyś brać szlachecka, studenci byli również niezwykle przeczuleni na punkcie swego honoru. Gdy jeden z profesorów Wydziału Prawa zwrócił podczas wykładu uwagę chłopakowi, by przestał nieustannie spoglądać na zegarek, poczuli się tym urażeni wszyscy słuchacze. Na zwołanym naprędce wiecu uchwalona została rezolucja o wysłaniu do wykładowcy deputacji z żądaniem przeprosin. Inny student, wyproszony z sali wykładowej przez profesora za gadanie, następnego dnia przysłał mu sekundantów. W obu przypadkach skończyło się na polubownym załatwieniu sprawy, ale w innych sytuacjach dochodziło w takich okolicznościach do eskalacji konfliktu590. Asystent Wydziału Filozoficznego, który ośmielił się upomnieć studentkę, iż nie wolno wprowadzać osób postronnych do pracowni botanicznej, został za tę obrazę wyzwany na pojedynek przez towarzyszącego jej kolegę; tym samym zagroził mu ojciec dziewczyny, pułkownik Wojska Polskiego. Kiedy pracownik naukowy odmówił udzielenia satysfakcji studentowi, ów zapowiedział, iż nie pozostaje mu nic innego, jak przy pierwszej okazji spoliczkować go publicznie. Nie wiadomo, czy do tego ostatecznie doszło, znamienne jest natomiast, że profesor, któremu polecono zbadać sprawę, uznał, iż studentka miała prawo poczuć się obrażona zwróceniem jej uwagi przez asystenta, a jej towarzysz – dochodzić satysfakcji honorowej591.

W sposób szczególny kultywowano zasady „postępowania honorowego” w korporacjach. Wydany z ich inicjatywy przez Juliusza Sas-Wisłockiego kodeks absolutyzował zasadę obrony czci własnej, obligując, pod sankcją utraty praw honorowych, każdego korporanta (a postulatywnie także każdego męskiego członka społeczności akademickiej „pochodzenia niewątpliwie aryjskiego”) do domagania się „zadośćuczynienia honorowego” w przypadku, gdyby poczuł się obrażony. Choć pozwalał on uniknąć walki osobom, które nie chciały występować przeciw prawu lub nauce Kościoła katolickiego, dopuszczał też możliwość pojedynku na broń białą lub pistolety „aż do zupełnej niezdolności pojedynkowej jednego z walczących”592. Nie ma powodu, aby wątpić w prawdziwość ironicznej relacji Witolda Gombrowicza, który wspominał, przytaczając zresztą przykład własnego brata Jerzego, że na Uniwersytecie manii pojedynków „oddawało się spore grono studentów, należycie w niej wyspecjalizowanych i obznajomionych gruntownie z kodeksem honorowym Boziewicza, dzięki czemu żaden zatarg nie mógł się obyć bez ich współudziału w charakterze sekundantów, arbitrów lub ekspertów”593.

Czemu się zresztą dziwić? Również wśród profesorów UW wciąż jeszcze zdarzało się, że zatargi próbowano rozstrzygać na drodze pojedynku. W 1923 r. historyk Wacław Tokarz (pułkownik Wojska Polskiego) przysłał sekundantów matematykowi Wacławowi Sierpińskiemu za to, że ten skrytykował opublikowanie w kierowanym przez niego Wojskowym Instytucie Naukowo-Wydawniczym, słabej, zdaniem Sierpińskiego, pracy pod tytułem Analiza Matematyczna594. Zatarg honorowy miał też 4 lata później prof. Antoniewicz z dyrektorem Państwowego Muzeum Archeologicznego Romanem Jakimowiczem595. W obu przypadkach przelewano na szczęście jedynie atrament, oponenci uniknęli natomiast stanięcia na ubitej ziemi. Rację ma zapewne Gombrowicz, pisząc (zarówno w kontekście obyczajów panujących na Uniwersytecie, jak i poza jego murami), że „te honorowe zabiegi coraz bardziej groteskowe przybierały kształty” i pełniły funkcję „sportu dla amatorów”, specyficznej zabawy towarzyskiej, w której nie chodziło już o fizyczne pomszczenie doznanej zniewagi, lecz o archaiczny rytuał, pielęgnowany przez część społeczeństwa596. Niewątpliwie bowiem fakt wyzywania adwersarza na pojedynek był wyraźną pozostałością po kulturze szlacheckiej, o której trwaniu na uczelni pisałem na początku tego rozdziału.

Panujące na Uniwersytecie przewrażliwienie na punkcie honoru umacniało wśród działaczy studenckich postawy nieprzejednane i konfrontacyjne. Zarówno wobec władz uczelni, jak i państwowych zachowywali się oni butnie i arogancko. Kiedy w listopadzie 1931 r. zajścia antysemickie wywołane na Uniwersytecie przez prawicę nacjonalistyczną rozprzestrzeniły się na część Śródmieścia, ówczesny prezes Młodzieży Wszechpolskiej i równocześnie prezes zarządu Bratniej Pomocy Jerzy Kurcyusz trzykrotnie proponował rektorowi Janowi Łukasiewiczowi, że rozruchy może uspokoić, lecz jednocześnie cynicznie żądał w zamian zgody na demonstrację polityczną na dziedzińcu Uniwersytetu, co prowadziłoby do oczywistej eskalacji kryzysu. Kilka miesięcy wcześniej inny prominentny działacz Bratniaka Michał Słomiński pozwolił sobie zagrozić Bronisławowi Zongołłowiczowi, sekretarzowi stanu w MWRiOP, iż ewentualne zamknięcie Uniwersytetu w wypadku zamieszek studenckich może pociągnąć za sobą „zamachy na osoby wysoko postawione”. Zongołłowicz nie bez racji referował więc ministrowi Januszowi Jędrzejowiczowi pesymistyczny obraz sytuacji na uczelni: „[...] Masa studencka coraz bardziej staje się ciemna, hałaśliwa, brutalna i hultajska. [...] Masa studencka i jej związki, stowarzyszenia, korporacje, wyrosły spontanicznie, niewspółmiernie do sił kształtujących. Pojęcie związków legalnych i nielegalnych nie istnieje w tej masie. Ogromna większość studentów nie uczy się. Poziom straszliwy. «Autonomia» nieróbstwa, burd, zaburzeń. Dalej będzie gorzej”597. Ta ostatnia diagnoza, której nie można oczywiście rozciągać na słuchaczy pozostających poza wpływami radykalnej prawicy, okazała się, niestety, prorocza.

Większość studentów Uniwersytetu, których miał na myśli Zongołłowicz, poczułaby się niewątpliwie oburzona jego opinią, przede wszystkim dlatego, iż w ich własnym mniemaniu wszystko, co czynili, służyć miało ojczyźnie. „Dla nas Polska jest rzeczą świętą. Zmiażdżymy wszystkich, którzy stoją nam na przeszkodzie” – zapowiadało wydawane przez wszechpolaków z Bratniej Pomocy czasopismo „Alma Mater”, uzasadniając, dlaczego należy walczyć o całkowite usunięcie Żydów z wyższych uczelni598. „Świadomi dziejowej odpowiedzialności – my młode pokolenie polskie [...] – przystępujemy do codziennego trudu pomnażania sił Polski, by była gotowa na czas, przystępujemy do pracy i walki o wielkość swego narodu i państwa” – wtórował mu w czerwcu 1938 r. „Akademik”, organ Związku Młodej Polski, młodzieżowej przybudówki Obozu Zjednoczenia Narodowego599. Nie ma powodu, aby wątpić w szczerość tych i podobnych deklaracji, ani by kwestionować patriotyzm środowiska akademickiego. Nawet ideowy przeciwnik prawicy, jakim był Ludwik Krzywicki, przyznawał: „A tłum zwyczajny młodzieży endeckiej, ciemny jak tłumy szlachty przybywające na pole elekcyjne na Woli, tym bardziej był przeświadczony o swej prawości. Rdzeń ten młodej endecji [...] był zbiorem ciasnych, wąskich, brutalnych, ale bądź co bądź szczerych ideowców”600.

Patriotyzm był więc z pewnością ważnym elementem kultury politycznej Uniwersytetu Warszawskiego, a wielu pracowników naukowych uczelni i jej studentów dowiodło go czynem, walcząc na ochotnika w wojnach o niepodległość i granice w latach 1918–1920, nie uchylając się od służby wojskowej w czasie pokoju, czy też biorąc później udział w II wojnie światowej. „Nie miałem wątpliwości, że powinienem to uczynić” – po latach skomentował krótko swoją decyzję o wstąpieniu do wojska w 1920 r. student Tadeusz Manteuffel, sympatyzujący wówczas z obozem narodowym. (Udział w wojnie bolszewickiej kosztował go utratę prawej ręki)601. Podobnie odczuwała zapewne większość słuchaczy i kadry naukowo-dydaktycznej, niezależnie od dzielących ich poglądów politycznych. Nieliczni, którzy jak Gombrowicz (wtedy jeszcze szesnastolatek) nie zgłosili się do wojska ze strachu lub pod wpływem obaw rodziców, doświadczali wstydu publicznych upokorzeń (panienki pytające na ulicach „Dlaczego kawaler nie w mundurze?”) i goryczy wewnętrznej alienacji („Miałem uczucie, że jestem sam, sam przeciwko wszystkim, że trzeba się zamknąć w sobie i nikomu nie dawać dostępu”)602.

Od patriotyzmu dystansowali się jedynie komuniści, choć i ich postawy były w tej mierze do pewnego stopnia niekonsekwentne, albo zmieniały się zależnie od okoliczności. Przykładem może być Władysław Broniewski, który mając za sobą służbę w Legionach, w październiku 1918 r. zapisał się na Wydział Filozoficzny UW, niedługo potem znów przywdział mundur, aby walczyć z bolszewikami i na uczelnię powrócił dopiero 3 lata później, po zakończeniu wojny, też zresztą na krótko, gdyż zaraz pochłonęła go działalność rewolucyjna603. Część studentów-komunistów maskowała się natomiast, udając jedynie patriotyczne zaangażowanie. Opisuje to Maria Kamińska, wspominając wznowienie nauki na Uniwersytecie w 1921 r.: „Bratniak żądał od każdego zaświadczenia: gdzieś był, coś robił w dniach trwogi. Bez tego nie było możliwości kontynuowania studiów. [...] Większość jednakże kolegów i koleżanek spośród naszego lewicowego grona zaopatrzyła się już uprzednio w różne papierki stwierdzające – wbrew prawdzie – ich współdziałanie z organizacjami pomocy frontowi”604. Niezależnie od specyficznej, komunistycznej optyki, relacja ta ukazuje, że patriotyzm był na tyle ważnym elementem uniwersyteckiego esprit de corps, iż nawet komuniści nie odważali się go otwarcie zakwestionować. Próba rozbicia przez lewicę antykomunistycznego wiecu studenckiego zorganizowanego w kwietniu 1926 r. w budynku filharmonii przy ul. Jasnej zakończyła się wielką bijatyką, której rezultaty całkowicie potwierdziły dominację prawicy w środowisku uniwersyteckim605.

Komuniści działali oczywiście na Uniwersytecie Warszawskim również w latach późniejszych, i to nie tylko wśród studentów, ale także w szeregach kadry naukowej. (Archeolog doc. Ludwik Sawicki był nawet, jak się wydaje, funkcjonariuszem Komunistycznej Partii Polski aktywnie zaangażowanym w działalność antypaństwową606). Przezornie jednak nie obnosili się publicznie z takimi elementami swojego programu, jak np. utworzenie polskiej republiki radzieckiej, dyskutując o tym jedynie – jak wspomina cytowany już przeze mnie w jednym z wcześniejszych rozdziałów Matuszewski – wyłącznie we własnym gronie. Otwarte wystąpienie z takimi tezami naraziłoby ich niewątpliwie na wykluczenie społeczne, razy ze strony radykalnej prawicy, a także represje władz uniwersyteckich i państwowych. „Identyfikacja komunizmu z ZSRR była jednak czynnikiem powstrzymującym jego oddziaływanie. W ogromnej większości młodzież uniwersytecką w Warszawie cechował patriotyzm i niechęć do obcych agentur. W stolicy nadal żywa była pamięć walk o niepodległość i bitwy, jaką stoczyła armia polska w sierpniu 1920 r. na przedmieściach miasta” – podkreśla jeden z ówczesnych studentów607.

75. Komers korporacji akademickiej „Arkonia” z udziałem marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, będący wyrazem zbliżenia między obozem sanacyjnym a radykalną prawicą, 18 V 1937 r.

Żarliwy patriotyzm prawicowego mainstreamu na Uniwersytecie miał charakter jednoznacznie nacjonalistyczny – rząd dusz sprawowała tu niemal niepodzielnie endecja i wyrosłe z jej pnia organizacje takie jak Obóz Wielkiej Polski, Młodzież Wszechpolska czy później ONR (niekiedy wzajemnie ostro skonfliktowane). Sympatyzowała z nimi większość kadry naukowo-dydaktycznej uczelni, przede wszystkim lokując swe sympatie po stronie bardziej zachowawczych „starych”608. Ugrupowania narodowe obejmowały swoimi wpływami, jak obliczano, około 70–90% społeczności studenckiej w Polsce i niezależnie od pojawiających się pomiędzy nimi gwałtownych sporów, nadawały oblicze ideowe całemu Uniwersytetowi609. Jak głosiła jedna z ulotek Stronnictwa Narodowego skierowanych do studentów: „[...] wchodzicie w życie dojrzałe jako mniej lub więcej zdeklarowani narodowcy. Jedni z Was mieli już okazję zetknięcia się osobistego z naszą organizacją, inni podlegali (czasem nawet nieświadomie) wpływom naszej akcji”610. Nawet jeśli było w tym trochę przesady, piłsudczycy, ludowcy, demokraci, socjaliści i komuniści znajdowali się na uczelni w zdecydowanej mniejszości, mimo iż pierwsi z nich po 1926 r. korzystali z wydatnego wsparcia władz państwowych. Co więcej, w drugiej połowie lat 30. część piłsudczyków w dużej mierze przejęła nacjonalistyczny program swych dotychczasowych przeciwników politycznych, zasilając młodzieżową przybudówkę Obozu Zjednoczenia Narodowego, w której kluczowe stanowiska zajęli na Uniwersytecie Warszawskim oenerowcy. Symbolicznym wyrazem zbliżenia pomiędzy nimi a radykalną prawicą narodową stał się na gruncie akademickim udział marszałka Śmigłego-Rydza w komersie korporacji Arkonia 18 V 1937 r.611

Ostrze panującego na Uniwersytecie nacjonalizmu zwracało się przede wszystkim przeciwko Żydom, czego zarówno źródłem, jak i efektem był panujący w polskiej społeczności akademickiej antysemityzm. Miał on swe źródło w procesach i zjawiskach występujących również poza murami uczelni, tu jednak przybierał formy szczególnie drastyczne, stanowiąc z pewnością istotny i mało chlubny element kultury politycznej przedwojennego Uniwersytetu. O niektórych przejawach antysemityzmu wspominałem już we wcześniejszych rozdziałach tej pracy, w tym miejscu chciałbym pokusić się natomiast o kilka obserwacji pozwalających dookreślić charakter i skalę tego zjawiska.

Zacząć trzeba od tego, że na Uniwersytecie Warszawskim, podobnie zresztą jak w całym ówczesnym społeczeństwie, ludzi dzielono na Żydów i nie-Żydów tak samo naturalnie i odruchowo, jak na mężczyzn i kobiety. Co charakterystyczne, pochodzenia innego niż żydowskie nie dociekano i nie ekscytowano się nim. Gdy w czasie dyskusji o wprowadzeniu paragrafu aryjskiego w Kole Medyków jego przewodniczący Wiktor Szyryński złożył dymisję z uzasadnieniem, że jako polski Tatar także nie jest Aryjczykiem, wywołało to powszechną konsternację612.

Żydów identyfikowano tym łatwiej, iż wielu studentów wyznania mojżeszowego, oprócz wyznawania tej religii, wyróżniało się obyczajami, charakterystycznymi imionami i nazwiskami, czasami rysami twarzy, językiem lub specyficzną wymową w języku polskim. Podział na Żydów i Polaków sam w sobie nie byłby jeszcze niczym nadzwyczajnym (wielu Żydów miało przecież poczucie własnej odrębności), gdyby osób tej narodowości nie uważano jednocześnie za gorszych od Polaków, a żydowskiego pochodzenia za kompromitujące. Kwintesencję takich przekonań w skondensowanej formie stanowić może karykatura opublikowana w 1931 r. w jednym z prawicowych pisemek akademickich, zatytułowana „Paso-żyd”, przedstawiająca rozgniatanego pod butem Żyda-insekta613. Pomijając jej radykalne, eliminacyjne wręcz przesłanie, ujawnia ona przede wszystkim bezmiar pogardy dla osób wyznania mojżeszowego, manifestowanej przez polskie środowiska studenckie, w których rząd dusz sprawowała prawica nacjonalistyczna. Zresztą nie tylko ona dawała temu wyraz. Kazimierz Brandys wspomina, że na zebraniach piłsudczykowskiego Legionu Młodych, do którego wówczas należał, „przemówienia często nie różniły się treścią od haseł oenerowskiej «Falangi». Kiedy pewien mówca, występując przeciw antysemickim nastrojom w organizacji, powiedział: «Moja matka jest z pochodzenia Żydówką» – rozległ się szyderczy śmiech”614.

76. Antysemicka karykatura z gazetki studenckiej „Głos Akademicki”, 1931 r.

Jak już zostało powiedziane wcześniej, na Uniwersytecie Warszawskim przez całe dwudziestolecie międzywojenne za kryterium, według którego definiowano żydowskie pochodzenie studentów, formalnie uznawano wyznanie mojżeszowe, ale jednocześnie coraz wyraźniej traktowano Żydów jako mniejszość narodową, a nie religijną. (Podobna tendencja występowała zresztą także wśród samych Żydów). Polska prawica nacjonalistyczna szła często jeszcze dalej, postrzegając Żydów jako wrogą rasę, przedstawiającą stałe zagrożenie dla polskości. Próbkę takiego podejścia stanowić może publikacja z marca 1923 r. domagająca się wprowadzenia dla Żydów numerus clausus, zamieszczona w ogólnopolskim czasopiśmie „Akademik”, a więc pochodząca ze środowiska uniwersyteckiego i dotycząca jego problemów: „Pośród wrogów naszego narodu niewątpliwie najgroźniejszym jest – żyd. Od wieków osiadły na naszej ziemi, stał się pijawką, zarazą, rakiem, który toczy nasze polityczne ciało. [...] Żmije, ścigane po całym świecie, mordowane w średniowieczu przez wszystkie ludy, do naszego kraju się zbiegły i tu znalazły «kraj mlekiem i miodem płynący». [...] Kwestia żydowska nie zawsze występuje z całą jaskrawością i żydzi są mistrzami w wszelkiej symulacji. [...] Żydzi zasymilowani są dla społeczeństwa trucizną deprawacji, są szermierzami rozpusty, zohydzają literaturę, zaogniają kwestię społeczną z jednej strony jako kapitaliści – wyzyskiwacze, z drugiej jako czerwoni obrońcy ludu. Żydzi zasymilowani są szpiegami, którzy wciskają się do wszelkich naczelnych stanowisk, aby tam pracować «pro Judea»”615.

Tego rodzaju publikacja, która nota bene mogłaby z powodzeniem ukazać się w Niemczech na łamach nazistowskiego „Der Stürmer”, stanowiła zwiastun poglądów, jakie na dobre rozpowszechniły się na polskiej prawicy – w tym również na Uniwersytecie Warszawskim – w drugiej połowie lat 30. W przeciwieństwie do III Rzeszy nie stworzyła ona wprawdzie wewnętrznie spójnej ideologii rasistowskiej, ale definiowała żydowskość w kategoriach nie tylko religii, lecz także, z czasem coraz wyraźniej, krwi. Autor cytowanego już przeze mnie wcześniej Akademickiego kodeksu honorowego (1934) stwierdzał w komentarzu do jednego z jego paragrafów: „Akademickie prawo zwyczajowe już dawno wykluczyło żydów ze społeczności honorowej. Kryterjum rasowe niniejszego kodeksu, choć nieznane dotychczasowym polskim kodeksom honorowym nie jest zatem czemś nowem. [...] Zakaz powyższy nie obejmował bezwyznaniowych, oficerów Wojsk Polskich i kawalerów orderów Rz.P. Praktyka poszła jednak znacznie dalej, przenosząc pojęcie żyda z płaszczyzny wyznaniowej na płaszczyznę narodową, a raczej rasową i czyniąc wyjątek jedynie dla oficerów Wojsk Polskich oraz wyjątki indywidualne”616.

Było to zgodne z kierunkiem ewolucji ówczesnego polskiego nacjonalizmu, którego mainstream w praktyce coraz wyraźniej wzorował się pod tym względem na hitleryzmie, nawet jeśli w teorii się od niego odżegnywał, przede wszystkim ze względu na niechętną rasizmowi postawę Kościoła katolickiego617. Jedną z konsekwencji takiego właśnie podejścia było doszukiwanie się żydowskich przodków u przeciwników politycznych, do czego chętnie uciekano się również w ramach walk frakcyjnych w obozie narodowym. Posiadanie żydowskiej babki zarzucano m.in. Wojciechowi Wasiutyńskiemu, który procesował się nawet w tej sprawie z kilkoma redakcjami, w tym m.in. z „Wiadomościami Literackimi”, ochoczo wykorzystującymi ów temat dla ośmieszania prawicowych antysemitów. Prawica traktowała jednak kwestię pochodzenia śmiertelnie poważnie618.

Dociekaniom na temat autentycznych bądź urojonych żydowskich przodków innych osób z upodobaniem oddawano się na Uniwersytecie także w relacjach prywatnych bądź służbowych. Wykładowca Wydziału Lekarskiego, a prywatnie zdeklarowany sympatyk endecji, doc. Michalski w spisanych po wojnie wspomnieniach chętnie informuje czytelników o pochodzeniu opisywanych przez siebie kolegów i ich rodzin („Handelsman – spolszczony Żyd”, „klinika Rzętkowskiego była nieprawdopodobnie zażydzona”, „zdolny Żyd Marceli Landsberg” itp.)619. Tego rodzaju znaną i dziś obsesję przejawiał również studiujący w drugiej połowie lat 20. na Wydziale Filozoficznym UW Alfred Łaszowski, skądinąd obiecujący, początkujący poeta i krytyk literacki, który uległ odurzeniu antysemityzmem, a swoich dotychczasowych przyjaciół, Irenę Skwarównę i Jana Kotta, zaczął nazywać „Chają Skwarą” i „Jojne Kottem”620. (Zasłynął później szerzej żądaniem kary śmierci dla Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Ireny Krzywickiej i Antoniego Słonimskiego, za co wyrzucono go z PEN-Clubu). Antysemityzm nie tylko antagonizował więc na Uniwersytecie stosunki pomiędzy Polakami a Żydami, lecz także zatruwał relacje w środowisku etnicznie polskim.

Mimo że tendencje antysemickie nasiliły się na Uniwersytecie wraz z początkiem lat 30., błędem byłoby przypuszczać, iż wcześniej stosunek Polaków do Żydów był poprawny albo przynajmniej obojętny. Antyżydowskie nastroje występowały na uczelni jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, co dokumentują zapiski żydowskiego studenta Pesacha Rajmana z 1917 r. Opisuje on reakcję Polaków na protesty słuchaczy wyznania mojżeszowego, spowodowane niedopuszczeniem ich do udziału w konferencji stowarzyszeń akademickich, nie ukrywa przy tym własnej wściekłości: „Powstał taki hałas po tych słowach, że to było coś strasznego. Polacy krzyczeli «Precz!», «Wyrzucić ich!» Żydzi oklaskiwali swego mówcę, któremu okropny szum podobny do rozszalałej burzy przerywał słowa. Jak jeden mój kolega określił trafnie, był to ryk pijanych chłopów. Wiele Polaków gwizdało, inni krzyczeli «Do Palestyny!», słowem było coś strasznego, nie do opisania. [...] Zauważyłem, że nie było ani jednego Polaka, który byłby łagodnie względem Żydów usposobiony. [...] Jedno mnie dziwi, jak wobec takich gwałtów polskich można dalej twierdzić, że «Jestem Polakiem». Człowiek z godnością osobistą, z rozumem powinien by był się wstydzić nazwać się Polakiem, tj. chamem brutalnym. Jak jeszcze można znosić tę chamówkę wobec takich zajść na Politechnice, gdzie, podobno, Polacy mówili, że jesteśmy nieproszonymi gośćmi”621.

Ponad rok później (6 XI 1918 r.) studiujący wówczas na Uniwersytecie Władysław Broniewski zanotował w swoim Pamiętniku po podobnym wiecu: „Co za bydło! Hurrapatriotyzm połączony ze zwierzęcym antysemityzmem – oto treść uczuć nurtujących przeciętnego obywatela akademickiego”622. Kolejna erupcja nienawiści do Żydów nastąpiła na uczelni w 1922 r., na fali histerii środowisk nacjonalistycznych, wywołanej wyborem Gabriela Narutowicza na prezydenta państwa. (Za jego kandydaturą głosowali m.in. parlamentarzyści mniejszości żydowskiej). Studiująca na Wydziale Filozoficznym Maria Niedźwiecka, która w tym czasie powróciła do kraju z dłuższego pobytu we Francji, opisywała w listach do narzeczonego, Stanisława Ossowskiego, który wciąż jeszcze przebywał za granicą, przeszkadzające jej normalnie pracować na Uniwersytecie „zaognienie polityczne [...], ten nastrój i ograniczenie wszelkich zainteresowań do spraw politycznych i sprawy żydowskiej [...]. Sprawa żydowska postawiona na ostrzu noża i biedny Łukasiewicz ma ciężki rektorat wobec ciągłych manifestacji uniwersyteckich przeciwko Żydom i wobec żądań studentów, by ograniczyć ich dostęp do uniwersytetu do 11%”623. Antysemityzm, który nasilił się na uczelni w latach 30., nie stanowił więc w istocie żadnego novum, nabrał jedynie nowego rozmachu.

Antysemityzm przybierał na Uniwersytecie zróżnicowane formy. Najłagodniejszą i najpowszechniejszą z nich były uprzedzenia wyniesione z domów rodzinnych i środowisk socjalizacji, za którymi nie szedł jednak w parze czynny udział w rozruchach i innych wystąpieniach. Osoby im ulegające postrzegały żydowskich kolegów jako obcych, często zapewne również jako niebezpieczną konkurencję na uczelni, a w przyszłości na rynku pracy, ale nie angażowały się w politykę, albo przynajmniej, z przyczyn takich jak strach, wrodzona bierność, skrupuły moralne, brak czasu itp., nie uczestniczyły czynnie w ekscesach organizowanych przez radykalną prawicę. Można je porównać, oczywiście toutes proportions gardées, do świadków (bystanders), o których mówimy w kontekście Zagłady Żydów podczas II wojny światowej. Ich postawy przybierały szereg różnych odcieni: od odruchów współczucia dla prześladowanych Żydów, przez obojętność wobec ich losu, aż po skrywane lub uzewnętrzniane zadowolenie. Zawsze jednak były równoznaczne z faktycznym przyzwoleniem na antysemickie awantury prawicy.

Maria Rutkowska, mimo iż na studiach była ściśle związana z OWP, a następnie z ONR, a więc niewątpliwie akceptowała antysemicki program tych organizacji, była poruszona brutalnymi napaściami na żydowskich studentów, a po latach umiała zdobyć się na krytyczną autorefleksję: „walka tocząca się wokół sprawy «numerus clausus» [...] miała akcenty dla mnie bardzo przykre. Widziałam raz jeden w gmachu Wydziału Medycznego przy ulicy Oczki bójkę na schodach: tędzy bojówkarze spychali stopień po stopniu broniących się przeciwko temu czarnowłosych żydowskich studentów. Pamiętam, że wyszłam stamtąd oburzona. Tłumaczono mi potem, że bójki wynikają z gorącości młodych temperamentów i że przecież do bójek nikt nikogo nie zachęca”624.

W przeciwieństwie do niej, większość przedwojennych studentów albo w ogóle nie wspomina antysemickich ekscesów, albo czyni to zdawkowo i bez emocji, podkreślając swój dystans wobec opisywanych wydarzeń. „Utarczki czynne na terenie Uniwersytetu zastały mnie właściwie «zdziwionego» tym, co się dzieje” – wzmiankuje jeden z prawników625. Z kolei jego kolega trzymał się od nich z daleka, ponieważ doradzono mu, „aby izolować się od wszystkich ruchów politycznych”626. Nie była to przestroga pozbawiona sensu, wziąwszy pod uwagę, iż prawicowe bojówki bez skrupułów nie tylko atakowały na uczelni Żydów, lecz także terroryzowały Polaków. Studentka, która po wprowadzeniu getta ławkowego (przypadkowo zresztą) usiadła po stronie wyznaczonej dla Żydów, usłyszała od jednego ze swoich kolegów: „Koleżanka ma piękny nosek [...]. Szkoda byłaby, gdyby uległ zmasakrowaniu.”627.

Jeszcze inni studenci UW, nawet z perspektywy kilku dziesięcioleci, wykazują wciąż pewne zrozumienie dla antysemickich rozruchów. „Dla mnie osobiście antyżydowskie ekscesy na wyższych uczelniach były zawsze odrażające. Nie brałem nigdy w nich udziału” – zapewnia Władysław Siła-Nowicki. Wcześniej racjonalizuje jednak panujące na Uniwersytecie nastroje, powołując się na nadreprezentację Żydów wśród wykształconych warstw społeczeństwa: „Oczywiście rozróżnianie uprawnień do wstępu do szkół średnich, a szczególnie do wyższych, dla różnych ze względu na narodowość grup ludności godziło w zasadniczy sposób w demokrację. Ale. ale życie ma swoje prawa. [...] Nie powiem więc, że słuszne, ale zrozumiałe były w tej sytuacji żądania wprowadzenia numerus clausus”. Nieco dalej określa on przemoc wobec Żydów mianem „dziecinnej zabawy” w porównaniu z tym, co przynieść im miała okupacja niemiecka. Swoje słowa ubarwia anegdotą o Żydzie, któremu w czasie wojny śni się piękny sen, „co nas polskie studenty biły...”, bagatelizując w ten sposób wagę całego problemu628. Jak wykazała ankieta przeprowadzona wśród studentów przez „Gazetę Polską” w kwietniu 1937 r., polscy studenci, podobnie jak Siła-Nowicki, najczęściej nie pochwalali antyżydowskich burd radykalnej prawicy, ale podzielali pogląd o nadmiarze Żydów na wyższych uczelniach629. Zastrzeżenia nie dotyczyły więc celu, jakim było pozbycie się z Uniwersytetu osób pochodzenia żydowskiego, a jedynie sposobu jego osiągnięcia. W praktyce przeciw pałkarskim metodom protestowano jednak niezwykle rzadko, co pozwala sądzić, że milcząco akceptowano je jako nieuchronne.

77. Zamieszki na terenie Uniwersytetu, październik 1933 r.

Skądinąd nawet studenci, o których aktywnym udziale w antyżydowskich rozruchach wiemy z innych źródeł, po latach woleli przemilczeć ten fakt. Jan Barański, relegowany z Uniwersytetu za przewodzenie okupacji Auditorium Maximum w 1937 r., w napisanych po wojnie wspomnieniach odżegnuje się od rasizmu i nienawiści do Żydów, zapewniając, iż „żądania studenckie oparte były [...] nie na żadnych, ani rasistowskich, ani też antyżydowskich zasadach, ale na celach ekonomicznych dla zachowania równowagi etnicznej w Polskim życiu narodowym, zgodnym z tradycjami polskiego liberalizmu i tolerancji”630. Nie powinien nas jednak zmylić brak relacji pamiętnikarskich, których autorzy jednoznacznie przyznawaliby się do antysemickich poglądów. Większość uczestników ówczesnych ekscesów na Uniwersytecie, spisując po wojnie swe wspomnienia, musiała doskonale zdawać sobie sprawę, iż po Zagładzie publiczne deklarowanie antysemityzmu stało się moralnie naganne, a tym samym kompromitujące. Stąd też występowania postaw takich możemy się tylko domyślać po przemilczaniu stosunku do Żydów, pomniejszaniu znaczenia rozruchów, albo uzasadnianiu ich, jak w przypadku Barańskiego i Siły-Nowickiego. Wnikliwsi obserwatorzy tamtych wydarzeń nie mieli jednak wątpliwości, że antyżydowskie rozruchy milcząco popierała nie tylko większość studentów, ale także duża część kadry naukowej i personelu uniwersyteckiego. Ludwik Krzywicki, obserwujący ówczesne wydarzenia nieco z boku jako kontraktowy wykładowca UW, zauważa: „Profesorowie, którzy mieli odwagę wystąpić publicznie w prasie lub podczas wykładów, mogli być pewni, że w razie napaści ze strony młodzieży nie zawsze znajdą sympatyczne poparcie ze strony pozostałych kolegów – jedni z nich sympatyzowali z awanturującą się młodzieżą, [drudzy – P.M.M.] woleli zachować się biernie, gdyż po co im... wtykać palce pomiędzy drzwi. A w końcu część służby w zakładach uniwersyteckich i prawie cały ogół urzędników raczej współczuł z młodzieżą, zwłaszcza tam, gdzie przeważały kobiety, a szczególnie panienki jako sekretarki, urzędniczki itd.631” Podobnego zdania na temat postawy większości swych kolegów byli profesorowie Czarnowski, Kotarbiński i Szymanowski632.

78. Policja rozpędza zamieszki studenckie na Krakowskim Przedmieściu za pomocą gazu łzawiącego i wody z motopompy, marzec 1931 r.

Także wiele innych faktów potwierdza, że kadra naukowo-dydaktyczna Uniwersytetu Warszawskiego – z pewnymi wyjątkami, o których będzie mowa dalej – zachowywała obojętność wobec losu Żydów i, nazywając rzeczy po imieniu, wyznawała w sporej części poglądy antysemickie, nawet jeśli w większości nie akceptowała brutalnych metod