Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

Spis treści

Wyszukaj


Szukaj w tej publikacji
Szukaj we wszystkich publikacjach

Szukaj
Znaleziono 0 wynik(ów)
Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych

 

dr hab. Waldemar Baraniewski
Wydział Historyczny UW/
Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną ASP

 

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter
Wydział Historyczny UW

 

dr hab. Piotr M. Majewski
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Piotr Salwa
Wydział „Artes Liberales” UW

 

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Wojciech Tygielski – przewodniczący
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Marek Wąsowicz
Wydział Prawa i Administracji UW

 

prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydział Fizyki UW

Szanowni Państwo!
Drodzy Czytelnicy!

W 2016 roku będziemy obchodzić jubileusz dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego. Nasz Uniwersytet nie jest jedynie wyższą szkolą, nie jest tylko pracownią uczonych – to środowisko, którego działania w ciągu dwóch wieków polskiej historii stanowiły istotny wkład do wiedzy, kultury, myśli ludzkiej.

Z okazji jubileuszu powstaje seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, w której opisujemy dzieje i dorobek naszej Uczelni oraz przypominamy sylwetki jej najwybitniejszych profesorów.

W syntetycznej formie przedstawiamy również losy oraz architekturę budynków Uniwersytetu, a także zbiory i kolekcje, które są w naszym posiadaniu oraz nad którymi przyszło nam sprawować pieczę. Nie zabraknie też dokumentów ilustrujących różne sfery społecznego oddziaływania Uczelni, a także świadectw życia codziennego naszej społeczności.

Kolejne tomy ukazywać się będą sukcesywnie, od roku 2016. Mamy nadzieję, że spotkają się z Państwa życzliwym przyjęciem i wzbudzą zainteresowanie.

Gaudeamus igitur!

 

Katarzyna Chałasińska-Macukow
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2005–2012

Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego

 

Warszawa, 19 listopada 2012 r.

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Nauki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki ścisłe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(A–Ł)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(M–Ż)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(A–K)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(L–R)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(S–Ż)

 

Poczet Rektorów Uniwersytetu Warszawskiego

 

Gmachy Uniwersytetu Warszawskiego

 

Uniwersytet Warszawski i fotografia 1839–1921
Ludzie, miejsca, wydarzenia

 

Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie 1817–2017
Miscellanea

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

WARSZAWA 2016

Spis treści

 

  1. TOMASZ KIZWALTER, PIOTR M. MAJEWSKI
    PRZEDMOWA

     
  2. BŁAŻEJ BRZOSTEK
    ŻYCIE SPOŁECZNE UNIWERSYTETU 1945–1989
  3. Wprowadzenie
  4. 1945–1949: „Robimy Uniwersytet”
  5. Zielone pędy
  6. „Gdzie Unrę dają na raty”
  7. Studiowanie
  8. Życie studenckie
  9. Ciągłość i zmiana
  10. „Planowa rekrutacja”
  11. „Urwany lot”
  12. 1950–1955: „To nie przelewki”
  13. Wielka przebudowa
  14. „Szkoła obłudy”
  15. Każdy dzień policzony
  16. Kontakt ze światem
  17. Rewolucja i środowisko
  18. Skromność mieszkania
  19. „Demokratka” i daktylografia
  20. Byt studencki
  21. Domy Akademickie
  22. Kuracje, objazdy i brygady żniwne
  23. Nakazy i opinie
  24. Odwilż
  25. 1956–1968: „Postępująca stabilizacja”?
  26. Destalinizacja na UW
  27. „Wraca nowe”
  28. Życie pracownicze
  29. Studencka „mała stabilizacja”
  30. Kultura studencka
  31. Akademiki
  32. „Mała destabilizacja”
  33. Okna na świat
  34. „Muchy w słoju”
  35. 1968–1980: Moralny niepokój
  36. „My w UW takich nie potrzebujemy”
  37. Zbliżenie do realiów
  38. Doza optymizmu
  39. Studenci: świadomość i byt
  40. Polonez 2000
  41. „Bez znieczulenia”
  42. 1980–1989: Zdarcie zasłony
  43. „To nie jest anarchia”
  44. „Nie będzie nowego Marca!”
  45. Pluralizm ’81
  46. Obecność na Uniwersytecie
  47. Stan wojenny
  48. „Uczelnie są nasze”
  49. Końcówka
     
  50. TADEUSZ P. RUTKOWSKI
    NA STYKU NAUKI I POLITYKI. UNIWERSYTET WARSZAWSKI W PRL 1944–1989
  51. I. W okresie przejściowym (1944–1947)
  52. II. Wobec stalinizacji szkolnictwa i państwa
  53. III. Okres nadziei i rozczarowań (1956–1970)
  54. IV. Okres gierkowski (1971–1980)
  55. V. W okresie rewolucji „Solidarności”
  56. VI. Pod presją (1982–1989)
     
  57. DARIUSZ GAWIN
    MIĘDZY PAŹDZIERNIKIEM A MARCEM. UNIWERSYTET WARSZAWSKI 1956–1968

     
  58. WOJCIECH TYGIELSKI
    W PAŃSTWIE DEMOKRATYCZNYM I SUWERENNYM
  59. Zarys dziejów, czyli Res gestae
  60. W kontekście wielkich przemian
  61. Rektorzy
  62. Cezury i kierunki zmian
  63. Instytucja i jej struktura
  64. Przestrzeń, czyli budynki i ich otoczenie
  65. Struktura organizacyjna
  66. Ludzie
  67. Dydaktyka, badania naukowe, współpraca z zagranicą
  68. Relacje ze światem zewnętrznym
  69. Misja i strategia
  70. Dylematy na przyszłość
     
  71. BIBLIOGRAFIA
  72. WYKAZ SKRÓTÓW
  73. NOTY O AUTORACH
  74. INDEKS NAZWISK
  75. SPIS ILUSTRACJI
  76. PRZYPISY

TOMASZ KIZWALTER,
PIOTR M. MAJEWSKI

 

Przedmowa

W latach 1907–1913 ukazały się w Warszawie 4 tomy Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego (1816–1831) autorstwa Józefa Bielińskiego; w latach 1981–1982 wydano dwutomowe Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego: tom obejmujący lata 1807–1915 redagował Stefan Kieniewicz, tom traktujący o okresie 1915–1939 – Andrzej Garlicki. To 2 dotychczasowe próby całościowego przedstawienia historii UW. Każda z nich należała do epoki, w której powstawała: była zależna od aktualnych tendencji historiograficznych, badawczego warsztatu autorów, oczekiwań potencjalnych czytelników, sytuacji politycznej. Wydaje się oczywiste, że po ponad 30 latach od publikacji Dziejów pod redakcją Kieniewicza i Garlickiego warto wydać nową historię Uniwersytetu Warszawskiego. Jubileusz uczelni to dobra po temu okazja, jesteśmy jednak przekonani o potrzebie takiego wydawnictwa niezależnie od względów jubileuszowych. Po pierwsze dlatego, że narracja naszych poprzedników kończy się w 1939 r. – obecnie możemy rozszerzyć ten zakres o kolejne 3 etapy dziejów uczelni: okupację niemiecką, PRL i III Rzeczpospolitą. Po drugie, ponieważ – z całym uznaniem dla tego, co do tej pory dokonano i co w znacznej mierze zachowuje swą wartość – można dziś wyjść poza dotychczasowe ustalenia, przygotowując historię, która w większym stopniu odpowiadać będzie oczekiwaniom współczesnego czytelnika.

Powiedzmy rzecz całkiem banalną: w ciągu ostatnich 30 lat znacznie zmienił się świat, Polska, badania historyczne, wiedza na temat przeszłości uniwersytetów, a także zainteresowania odbiorców prac z dziedziny historii. Biorąc to pod uwagę, zespół autorów przedstawianych teraz Państwu Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego starał się położyć szczególny nacisk na 2 zespoły zagadnień. Podstawą każdej historii uniwersytetu muszą być jego dzieje jako instytucji. Nie zaniedbując tej problematyki, postanowiliśmy jednak możliwie szeroko potraktować historię ludzi – pracowników uczelni i studentów – oraz dzieje stosunków uczelni z władzami politycznymi.

W światowej historiografii mamy do czynienia z długą tradycją badań wielkich procesów i masowych zjawisk. Współcześnie chętnie nadaje się wszakże przeszłości bardziej ludzki wymiar, skupiając się na życiu jednostek i konkretnych zbiorowości. Tego rodzaju podejście ma wiele zalet, dlatego też sądzimy, że trudno pisać dziś historię uczelni, nie poświęcając odpowiednio dużo uwagi związanym z nią osobom, ich poglądom, mentalności, życiu codziennemu. O tyle, o ile to było tylko możliwe, autorzy Dziejów starali się zatem stworzyć plastyczne portrety społeczności pracowników i studentów UW. Ci ostatni zwłaszcza zasługują na to, aby znaleźć się na bardziej eksponowanym miejscu, niż to bywało w starszych pracach, w których na plan pierwszy wysuwały się instytucja, nauka i nauczanie oraz profesura, a o studentach pisano najczęściej wtedy, gdy stawali się wybitnymi absolwentami.

Funkcjonowanie każdej uczelni zależy w jakimś stopniu od sytuacji politycznej. W przypadku Uniwersytetu Warszawskiego aspekt ten jest szczególnie istotny, zważywszy na dramatyzm nowoczesnych dziejów Polski. Kataklizmy wojenne i okupacyjne przerywały tu niejeden raz ciągłość życia; społeczeństwo – a przynajmniej znaczna jego część – znajdowało się często w ostrym konflikcie z władzą, obcą lub podległą obcemu mocarstwu. Rzutowało to w przemożny sposób na historię warszawskiego Uniwersytetu.

Jego początki sięgały Księstwa Warszawskiego, kiedy to powołano w Warszawie Szkołę Prawa i Nauk Administracyjnych oraz Szkołę Lekarską. Uniwersytet utworzono ostatecznie w 1816 r. i stał się on zwieńczeniem edukacyjnego systemu Królestwa Polskiego oraz ważnym ośrodkiem kształcenia polskiej inteligencji. Likwidacja Uniwersytetu po upadku powstania listopadowego – świadectwo przekonania władz Imperium Rosyjskiego, że istnienie uczelni szkodzi ich kontroli nad polskim terytorium – otwierała okres, w którym w Warszawie istniały tylko szkoły półwyższe. W latach 1862–1869 Szkoła Główna, produkt sprzyjającej koniunktury politycznej, choć nienazwana uniwersytetem, pełniła w istocie jego funkcję. Wśród jej studentów byli ludzie, którzy wkrótce mieli stać się czołowymi postaciami polskiego życia umysłowego. Rusyfikacyjne dążenia Petersburga po stłumieniu powstania styczniowego sprawiły, że Szkoła została przekształcona w rosyjskojęzyczny Cesarski Uniwersytet Warszawski. Bywał on często uznawany przez Polaków za ciało obce, nienależące do prawdziwej uniwersyteckiej tradycji Warszawy. Przygotowując naszą publikację, wychodziliśmy jednak z założenia, że błędem byłoby pomijanie lub marginalizowanie tej fazy dziejów UW. Po pierwsze, Cesarski Uniwersytet nie był zupełnie oddzielony od życia polskiego społeczeństwa: przez długi czas większość jego studentów stanowili Polacy, Polacy znajdowali się też – choć w tym przypadku ich udział systematycznie malał – wśród wykładowców. Po drugie, historia rosyjskojęzycznego UW to ważny fragment dziejów rosyjsko-polskich stosunków w tamtym okresie. Po trzecie, Cesarski Uniwersytet zasługuje na uwagę jako jedna z uczelni Imperium – niezaliczająca się do czołówki, lecz mająca swoje osiągnięcia. Ewakuacja rosyjskiego uniwersytetu do Rostowa nad Donem, przeprowadzona w 1915 r., gdy Rosjanie opuszczali „Kraj Przywiślański”, i tamtejsza, blisko 2-letnia działalność pod szyldem „warszawskim” zamykają pierwszy tom Dziejów.

Również w XX stuleciu uczelnia dzieliła dramatyczne losy kraju i jego stolicy. Początek drugiego tomu Dziejów to wrzesień 1915 r., kiedy niemieckie władze okupacyjne reaktywowały Uniwersytet Warszawski z polskim jako językiem wykładowym. Po 3 latach pod rządami niemieckimi podczas I wojny światowej Uniwersytet płynnie wszedł w okres niepodległości i wkrótce stał się największą wyższą uczelnią II Rzeczypospolitej. Aż do wybuchu kolejnej wojny w 1939 r. skupiały się tu niczym w soczewce charakterystyczne dla młodej polskiej państwowości konflikty polityczne i narodowościowe, a także procesy modernizacyjne. Należy odnotować, iż w 1935 r. uczelnia została przemianowana ustawą sejmową na Uniwersytet Józefa Piłsudskiego; nazwy tej nigdy formalnie nie zmieniono, jednak po 1939 r. zaprzestano jej formalnie używać. II wojna światowa i niemiecka okupacja Warszawy przerwały funkcjonowanie uczelni, przynosząc jej ogromne straty ludzkie i materialne. Uznaliśmy, że również ten okres musi zostać omówiony w Dziejach, chociażby ze względu na fakt, iż Uniwersytet kontynuował swoją działalność dydaktyczną, a do pewnego stopnia także naukową, w podziemiu, w ramach tajnego nauczania.

Wreszcie trzeci tom Dziejów obejmuje okres od zakończenia wojny do współczesności. W latach 1945–1989, podobnie jak w 20-leciu międzywojennym, Uniwersytet Warszawski zajmował niezwykle ważne miejsce na mapie skomplikowanych relacji łączących środowiska naukowe, młodzież akademicką i władze państwowe – tym razem podporządkowane rządzącej partii komunistycznej. Rozgrywające się tu wydarzenia miały nierzadko bardzo istotne znaczenie dla sytuacji w całym kraju, by wymienić chociażby brutalnie stłumione studenckie protesty w marcu 1968 r. czy formowanie się opozycji demokratycznej. Oblicze uczelni zmieniało się też, co staramy się ukazać, wraz z dokonującymi się przemianami społecznymi. Dzieje kończy rozdział poświęcony uniwersytetowi w okresie po upadku systemu komunistycznego w 1989 r. Mimo że lata te dzieli od współczesności stosunkowo niewielki dystans, zdecydowaliśmy się uwzględnić je, gdyż doszliśmy do wniosku, iż bez najważniejszych faktów na temat ostatniego ćwierćwiecza historii uczelni obraz jej dziejów byłby dalece niepełny.

Na koniec garść uwag dotyczących strony formalnej. Wszystkie tomy Dziejów Uniwersytetu Warszawskiego są dziełem zbiorowym, co oznacza również, że poszczególne rozdziały odzwierciedlają wyniki badań i przemyślenia ich autorów, książka nie aspiruje natomiast – poniekąd wbrew jubileuszowemu charakterowi serii wydawniczej – do rangi „oficjalnej” monografii uczelni. W trosce o funkcjonalność publikacji poszczególne tomy Dziejów opatrzyliśmy selektywnymi bibliografiami oraz wykazami źródeł – wspólnymi dla całości danego tomu. Podstawowe informacje na temat wykorzystanych przez siebie materiałów i istotniejsze uwagi o charakterze warsztatowym podaje na ogół każdy z autorów, ich powtarzanie nie miałoby więc tu większego sensu. Przypisy w tekście numerowane są w obrębie poszczególnych rozdziałów, które także pod względem merytorycznym stanowią osobne całości. Przytaczane w przypisach i bibliografiach publikacje w języku rosyjskim zapisane zostały zgodnie z zasadami transkrypcji, natomiast wszystkie cytaty w tekście głównym podajemy w przekładzie na polski.

BŁAŻEJ BRZOSTEK

ŻYCIE SPOŁECZNE UNIWERSYTETU 1945–1989

 

Wprowadzenie

W Gmachu Pomuzealnym, siedzibie Instytutu Historycznego UW, stoją w dwu miejscach stare drewniane krzesła o składanych siedzeniach, tworzące zespolone komplety. Siadają na nich studenci, czekając na przyjęcie w sekretariacie lub którymś z zakładów. Przesiedziało w ten sposób już kilka pokoleń, nie zdając sobie sprawy z metryki tych krzeseł. Ich kinowy charakter nie myli. Są to niewątpliwie siedzenia, o których wspominał Tadeusz Manteuffel, pisząc o tuż powojennym okresie:

Pracownicy, którzy nadal byli zmuszeni do korzystania z pozbawionej umeblowania sali seminarium duchownego [Krakowskie Przedmieście 52/54], zorganizowali wyprawę samochodową do Wrocławia i z jakiegoś nieczynnego kina zabrali wszystkie nadające się do użytku fotele. Część z nich przypadła w udziale Instytutowi Historycznemu, w którego lokalu zachowały się [...] ich pojedyncze egzemplarze1.

Krzesła te, które chłonęły zapewne w Breslau seanse kronik filmowych, obrazujących sukcesy Rzeszy, a potem, już w Warszawie, niekończące się rozmowy studenckie, komentarze polityczne okresu Października (jeden z ówczesnych studentów wspominał krzesła wyglądające „jak w kinie” w kontekście dyskusji korytarzowych 1956 r.2), strajk studencki jesienią 1981 r. (choć raczej na nich nie spano, do tego się nadawały ławki w salach wykładowych), chłoną dziś życie codzienne płynnej nowoczesności. W tymże budynku znajduje się, opróżniona wreszcie z książek (długie lata służyła za magazyn biblioteczny), Sala Kolumnowa o zielonych filarach, piękna, lecz niezbyt funkcjonalna klasycystyczna pamiątka pierwszego okresu istnienia Uniwersytetu. Jej wylana jasnym lastrico posadzka sklejona jest w pewnych miejscach z potrzaskanych kawałków. Czy to ślady zniszczeń z września 1939 r., gdy pociski artyleryjskie zrujnowały południową część gmachu, pokiereszowały ściany i wybiły wszystkie okna? Taka właśnie potrzaskana Sala Kolumnowa była 28 VII 1945 r. scenerią uroczystej promocji doktorów, którzy dyplomy zrobili w podziemiu, w latach okupacji. Na ścianie widniał wciąż napis, pozostawiony przez stacjonujących tam w ostatniej fazie wojny żołnierzy niemieckich: „Wir kapitulieren nie”. W tej samej scenerii odbywały się w następnych tygodniach posiedzenia rady powołanej przez Ministerstwo Oświaty, które występowało „z serią «demokratycznych» wniosków (żeby np. profesorowie mogli być mianowani przez Rząd bez propozycji Wydziałów i Senatu, żeby mogli być wedle uznania Rządu przenoszeni itd.), ale Minister pogodnie przyjmuje opór większości Rady” – jak notował literaturoznawca Wacław Borowy3.

Uczelnia rozstrzygnęła w tym czasie przetarg na remont Gmachu Pomuzealnego. Wybrano ofertę firmy Jerzego Hildta z ul. Poznańskiej 6, która wykonywała prace dla UW przed wojną. Miała połatać fasady, wymurować brakujący fragment, uzupełnić stolarkę, gmach oszklić i pomalować wewnątrz. Ponieważ grubego szkła do świetlików dachowych w Polsce nie było, Hildt sprowadził doskonałe szkło zagraniczne. Remont zakończono w styczniu 1946 r. W dokumentacji znajdują się rzuty kondygnacji wykonane na odwrotach blankietów niemieckiego przedsiębiorstwa handlowego z adresem Litzmannstadt, Adolf-Hitler-Str. 514. Oto świadectwo czasów, w których usuwanie wojennych zniszczeń odbywało się wedle międzywojennych procedur; w których wykorzystywano okupacyjne pozostałości (maszyny do pisania bez polskich czcionek i niemieckie druki) i wciąż istniejące swobody gospodarcze w dziele odtwarzania dawnego świata.

W trakcie remontu, 16 XII 1945 r., miała miejsce inauguracja roku akademickiego. Salę Kolumnową – pisał Borowy –

opatrzono oknami, możliwie oczyszczono, udekorowano festonami z gałęzi świerkowych. Lichą jej akustykę poprawiono przez założenie megafonów, wypożyczonych z Polskiego Radio. Nie wiem, skąd pożyczono krzeseł, ale było ich nad podziw dużo. Nie ze wszystkim dopisała instalacja kaloryferyczna, bo mimo jej działania było chłodno i trzeba było w płaszczach siedzieć; na dobitkę jedna z rur [...] w nocy pękła, powodując zalew na schodach, w sieni i w przyległej sali posiedzeń Senatu, w której się mieli gromadzić professores i zaproszeni dostojnicy. Posadzki, na szczęście, zdołano w porę osuszyć; na głowy tylko od czasu do czasu coś kapało. [Rektor] Pieńkowski wygłosił ogromne przemówienie, bardzo dobre – mimo koniecznych reweransów grzecznościowych. [...] Witał nas potem jeden z wiceprezesów KRaNu (nazwiskiem, podobno, Barcikowski5). Francastel6 złożył gratulacje w imieniu Sorbony (świetny mówca, ale niemiła figura). Wreszcie wstępny wykład („O promieniach kosmicznych”) wygłosił [Czesław] Białobrzeski (ciekawie, ale słabo słyszalnie). Ów Barcikowski reprezentował Bieruta. Z rządu był premier (przyszedł po rozpoczęciu się uroczystości, wymknął się – otoczony tajniakami – przed jej końcem), [Franciszek] Litwin (minister zdrowia) i [Michał] Kaczorowski (minister odbudowy). Nie mogłem być na nabożeństwie u Wizytek, które inaugurację poprzedziło. Podobno bardzo dobre kazanie wygłosił tam ks. [Jan] Czuj7.

1. Inauguracja roku akademickiego na UW, przemawia rektor Stefan Pieńkowski, grudzień 1945 r.

Wkrótce Sala Kolumnowa rozbrzmiewała odgłosami solennych uroczystości i studenckich zabaw. Tu odbył się wielki bal inauguracyjny, zorganizowany przez Bratnią Pomoc Studentów UW 9 II 1946 r. Tu ruszyły w tym czasie tak zwane masowe wykłady, którym Sala służyć będzie przez dekadę. Studenci wypełniający ją w latach 50. słuchali Ireny Szmydtowej, która wzbudzała podziw, recytując długie fragmenty Iliady8; bywali uczestnikami dyskusji Towarzystwa Wiedzy Powszechnej; gromadzili się w zupełnie innej atmosferze, gdy odbywały się tu inauguracje Miesiąca Pogłębiania Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, narady Związku Młodzieży Polskiej, „masówki” w momentach mobilizacji politycznej. Oto 29 III 1952 r. za stołem prezydialnym zasiedli: rektor, przewodniczący organizacji związkowej, dziekan prawa, prodziekani, profesor i asystent, a także ślusarz uniwersytecki i troje studentów – przodowników nauki. Zebrano się, aby potępić „zbrodnię dokonaną przez wojska amerykańskie na Korei i w Chinach za pomocą rozsiewania owadów zarażonych chorobami zakaźnymi”. Przemawiali profesorowie, wśród nich anglistka Margaret Schlauch, niedawna profesor New York University, teraz pracująca na UW. Potępiała działania rządu USA, odróżniając je wszakże od postawy „zdrowej części narodu amerykańskiego”, utrzymywanego, niestety, w nieświadomości za sprawą propagandy rządowej. Przemówienie było „długo i gorąco oklaskiwane”. Uchwalono rezolucję, w której piętnowano „bankrutów politycznych” i „zbrodniarzy”9.

Przy podobnych okazjach tłum nie mógł pomieścić się w podłużnym, pociętym filarami wnętrzu, zatem wystawiano przed budynek głośniki. Echa przemówień i muzyki odbijały się o ściany gmachów i wypełniały dziedziniec uniwersytecki. Echa te pozostały tłem wspomnień z lat stalinizmu – wspomnień ponurych, ale też pełnych nostalgii za młodością, czasami studenckimi, słuchaniem koncertów, zabawami noworocznymi. To w Sali Kolumnowej grała Chopina bułgarska pianistka. Słuchano o rewolucyjnych przemianach w Chinach. Bawili się studenci, przywoływani do porządku, gdy wybrali niewłaściwy politycznie styl tańca: „To nie Meksyk!”10. Na wieczornice zapraszano zagranicznych gości – na przykład Koreańczyków w granatowych uniformach, którzy mieli

całkiem inne poczucie rytmu i po prostu deptali nam po butach. Oni też pewnie poświęcali się, negatywnie oceniali naszą muzykę, a przede wszystkim byli skrępowani i wystraszeni. Poza tym obowiązywało jakieś dziwne pląsanie w takt piosenki Szła dzieweczka do laseczka i robienie węża11.

W Kolumnowej odbywały się inauguracje roku akademickiego. „Jeszcze nigdy nie słyszałem tak pięknego przemówienia i nie siedziałem w tak pięknej sali” – opisał w 1954 r. swe wrażenia z inauguracji i wykładu Tadeusza Krońskiego przyjęty na dziennikarstwo Henryk Grynberg12. Ostatnia inauguracja w Gmachu Pomuzealnym miała miejsce w 1955 r., rok później – już w nastroju niezwykłych zmian politycznych – rozpoczęto rok akademicki w sali im. Mickiewicza oddanego właśnie do użytku Auditorium Maximum. Przejęło ono rolę najważniejszego forum życia publicznego Uniwersytetu. Sala Kolumnowa natomiast zamilkła, szczelnie wypełniona książkami, bo obrócona na magazyn pomocniczy BUW, a potem magazyn biblioteki Instytutu Historycznego.

Gmach Auditorium Maximum pozostawał w pierwszym powojennym dziesięcioleciu ruiną, której fragmenty były zadaszone. Działała tu stołówka pracownicza, a jesienią 1952 r. mieszkało 13 rodzin, tworzących jeden z niezwykłych mikroświatów ówczesnej Warszawy. W roku następnym udało się przesiedlić większość mieszkańców, ale pozostały duże rodziny szofera i laboranta Akademii Medycznej, odbudowy nie można więc było rozpocząć. Między instytucjami krążyły pisma: w tym okresie Uniwersytet nie miał już bezpośredniego wpływu na rekonstrukcję swych gmachów, zależną od ministerstw i centralnych zarządów. Wiosną 1954 r. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego przestało odpowiadać na monity i nie pomagały nawet osobiste interwencje. Gdy roboty wreszcie się rozpoczęły, hamował je brak materiałów budowlanych13.

Wreszcie 1 X 1956 r. do Auditorium Maximum mógł wejść orszak dziekanów w togach, przed którym pedel niósł berło rektorskie, a rektor mógł inaugurować rok w tradycyjnych szatach – formy te, przywrócone po latach stalinizmu, symbolizowały odzyskaną częściowo autonomię uczelni14. Dziewięć dni później ta sama sala zebrała mrowie studentów na wiecu, na który wzywano słowami Brunona Jasieńskiego: „Bójcie się ludzi obojętnych”. Nastrój był rewolucyjny, żądano oddania władzy w ręce rad pracowniczych. Był to pierwszy z całej serii wielkich wieców tego czasu15. 28 XI w tymże Auditorium, choć chyba w mniejszej sali, odbyło się zebranie Związku Młodzieży Demokratycznej, organizacji, która wprowadzić miała w legalne życie polityczne elementy myśli endeckiej. Na jej czele stanął Przemysław Górny16. Dwa miesiące później ZMD już nie istniał, zmuszony do samorozwiązania; przeszedł do podziemia. W marcu 1957 r. odbył się w Auditorium Maximum koncert orkiestry studenckiej Modern Jazz Octett z Budapesztu, który był także wydarzeniem znaczącym, lecz nie z powodu jazzu, już politycznie akceptowalnego (zresztą w repertuarze przeważały, wbrew nazwie, czardasze), a węgierskiego pochodzenia zespołu17. Był to wciąż okres ożywienia studenckiej aktywności politycznej i kulturalnej. Jeszcze w 1961 r. Auditorium Maximum było scenerią burzliwej dyskusji o moralności z udziałem tysiąca słuchaczy, z ostrymi politycznymi wystąpieniami, które wytworzyły – jak niepochlebnie skomentował to tygodnik studencki – „atmosferę wiecu”18.

Wiecować nie należało, Gomułka podkreślił to przecież zaraz po dojściu do władzy. Auditorium Maximum służyło w latach 60. uroczystościom w rodzaju akademii dla uczczenia rocznicy powstania PPR czy święta Ludowego Wojska Polskiego. Na co dzień trwały masowe wykłady. W gmachu działała agencja pocztowa, otwarta w 1956 r., okienko PKO oraz – w podziemiu – kasa, z której wypłacano stypendia. Co miesiąc czekał na nie w ogromnej, wijącej się kolejce studencki tłum. Cięciem w historii gmachu był trzytysięczny wiec 11 III 1968 r., w proteście przeciw „naruszaniu praworządności” przez władze; wiec, na którym owacyjnie powitano Czesława Bobrowskiego, śpiewając Sto lat, niby w reminiscencji Października19.

Po tzw. wydarzeniach marcowych szkolnictwu wyższemu odebrano ustawowo tę częściową autonomię, jaką zyskało w 1956 r. Rektor był mianowanym przedstawicielem władzy zewnętrznej, a Auditorium Maximum – jednym z budynków uczelni, której władze uczyniły z tradycyjnego uniwersyteckiego ceremoniału i tradycyjnej tytulatury osłonę dla praktyk niemających wiele wspólnego z pojęciem autonomii uczelnianej. Auditorium Maximum służyło okolicznościowej reprezentacji i codziennej rutynie. Reprezentacja mogła na chwilę przysłonić zgrzebność materialną, która wyzierała w powszednim życiu. W 1977 r. okna i schody były brudne, w toaletach nie widywano mydła, w podłogach brakowało klepek, po kątach piętrzyły się paki i skrzynie20. W tej scenerii miały się jednak rozegrać wydarzenia przywracające społeczności uczelnianej poczucie podmiotowości.

Od jesieni 1980 r. Auditorium Maximum odgrywało rolę głównego forum dyskusji publicznych odnowionego Uniwersytetu. Jacek Kuroń na spotkaniu ze studentami 21 XII 1980 r. mówił o przeżyciu, jakim jest występowanie w budynku, w którym był po raz ostatni 20 lat wcześniej21. Przez dwa tygodnie marca 1981 r. trwała w tym miejscu sesja w rocznicę wydarzeń 1968 r., ukazująca je w historycznej perspektywie i stanowiąca rozliczenie z nimi. Największym jednak wydarzeniem, które nadało gmachowi szczególne znaczenie na mapie Uniwersytetu, był strajk studencki na przełomie listopada i grudnia 1981 r. Strajk objął większość budynków uczelni. W Auditorium Maximum strajkowało 300 osób, lecz budynek ściągał za dnia znacznie większe tłumy, ponieważ odbywały się tu wykłady, seanse filmowe i teatralne, a także wieczorne msze święte. Stano w kolejkach do telefonów w agencji pocztowej, grano w szachy i brydża, toczono długie nocne dyskusje. W gazetce strajkowej pisano 4 XII, że

obecne wydarzenia i rola, jaką spełnia w nich Auditorium, doprowadziły do tego, że część studentów jest emocjonalnie związana z tą salą. Nareszcie A.Max spełnia rolę, do jakiej zostało przeznaczone22.

Tu właśnie zaczęli spontanicznie gromadzić się studenci dziesięć dni później, po ogłoszeniu stanu wojennego; wystąpił rektor i skłonił ich do porzucenia myśli o strajku, który mógł ściągnąć na uczelnię groźbę pacyfikacji23. Tu także miała miejsce inauguracja roku 1982/1983, jednego z najtrudniejszych w powojennym okresie, naznaczona przez środki specjalne podjęte w związku z ulotkowymi groźbami wysadzenia gmachu, i odbywająca się pod ciężarem sytuacji politycznej.

Gości z zewnątrz właściwie nie było, jeśli nie liczyć jakiejś mało ważnej postaci z niewysokiego szczebla aparatu partyjnego. Ławy Senatu świeciły pustkami. Nielicznie zgromadzeni wysłuchali nijakiego przemówienia rektora o porozumieniu narodowym itp. Wreszcie prof. Andrzej Zahorski wygłosił wykład inauguracyjny poświęcony postaci Stanisława Augusta. Wykład porwał słuchaczy. Prof. Zahorski, zarazem znakomity mówca i znawca przedmiotu, skonstruował swą wypowiedź tak, że słuchacze znaleźli się w sercu aktualnie toczącego się w kraju dramatu – poszukiwania drogi do upragnionej niezależności, w uścisku twardej ręki obcego mocarstwa. Uścisku, którego nie sposób rozerwać własnymi rękami, a który nie wiadomo jak rozluźnić: uległością, sprzeciwem, czy mieszaniną jednego z drugim w niewiadomych proporcjach. Kwestia wyboru drogi, wyboru postawy; wzajemne oskarżania o zaprzepaszczenie sprawy Polski24.

Uczelnia żyła w tych trudnych czasach pod (dziurawym, lecz jednak) parasolem ustawy o szkolnictwie wyższym z 1982 r., będącej jeszcze efektem negocjacji między władzami a „Solidarnością”. Gdy 3 lata później władze zechciały ustawę tę przekreślić, manifestacja protestacyjna zebrała się 22 V 1985 r. w Auditorium Maximum. Dwa tysiące osób słuchało przewodniczącego samorządu studenckiego, który wspominał między innymi strajk z jesieni 1981 r., gdy „uczelnia stała się dla nas drugim domem. Ten dom chcą nam teraz odebrać”25. Walka o ustawę została wówczas przegrana, lecz 4 lata później PRL odszedł do przeszłości. Autonomia akademicka stała się w krótkim czasie oczywistością, tym trudniej definiowalną. W nowych czasach słowa o „drugim domu” mogły brzmieć już tylko zbyt patetycznie. Mówiono raczej o umasowieniu studiów i pozyskiwaniu środków. W latach go. liczba studentów sięgnęła 50 tys., a największy wydział skupiał tylu, ilu ogółem studiowało na UW w latach 50. Wolności gospodarcze, a zwłaszcza wejście Polski do Unii Europejskiej, pozwoliły na renowację i rozbudowę, o jakiej nie mogło być mowy przed 1989 r.

Krzesła ocalono przed wyrzuceniem w czasie remontu Gmachu Pomuzealnego w 2003 r. Kilka lat później gruntownie odnowione zostało Auditorium Maximum. Salę Kolumnową opróżniono z książek w 2011 r. i znów ukazała się posklejana posadzka – stoją na niej uczestnicy licznych bankietów, dla których to długie wnętrze o złej akustyce wydaje się najbardziej odpowiednie. Catering bywa znakomity. W czasie niektórych spotkań przed budynkiem (wewnątrz od ponad dekady już palić nie wolno) stoją panowie wśród zapachu cygar.

1945–1949: „Robimy Uniwersytet”

To zimno, przenikające naprawdę do szpiku kości – pisał Bohdan Korzeniewski – jest najsilniejszym wspomnieniem, jakie zachowałem z tamtego czasu. Broniliśmy się przed nim obaj z profesorem Borowym, włażąc na noc w wory papierowe wypchane gazetami. Zostało mi w oczach, jak Borowy, w worku po pachy, w szaliku otulającym głowę jak chustka, we włóczkowych rękawiczkach z obciętymi końcami palców, notuje przy pełgającej świeczce codzienne wydarzenia26.

Oto co zapisał 21 I 1945 r.:

Ustaliwszy plan pracy na jutro, o 8-ej rozpoczynamy noc. Wszyscy śpią na fotelach z przystawionymi krzesełkami, tylko ja jeden na wyszabrowanym przez pracowników łóżku z materacem (pełnym pcheł). Śpi się w ubraniu i w palcie, z czapką na głowie, z nogami owiniętymi w papier i worki. Stale się podsyca mały piecyk węglowy. Pachnie czadem i wychodkiem, ale i tak odczuwam wielkie szczęście. Pomyśleć tylko, że na tym miejscu mogły się rozpościerać dymiące zgliszcza!27

Borowy spodziewał się je ujrzeć, gdy 20 I jechał do Warszawy, po kilkudniowej nieobecności, w czasie której Niemcy dopełnili dzieła zniszczenia, a następnie opuścili ruiny miasta. Biblioteka jednak stała, choć zabezpieczone wcześniej zbiory były rozrzucone i zdeptane przez niemieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w gmachu. Przez 10 następnych dni Borowy nocował w Bibliotece z niewielką grupą współpracowników, starając się chronić pozostałości zbiorów przed dalszym zniszczeniem.

W okolicy wybuchały pożary, szabrownicy plądrowali ruiny. Budynek sterczał wśród zasypanych śniegiem skorup innych budowli. Magazyn wypełniał wielopiętrowy żelazny ruszt na książki, w którego kratownicach „kłębiły się świszczące, szeleszczące, zionące przeraźliwym zimnem i nigdy nie ustające wiatry”28. Borowy pisał 24 I:

Noc nie przynosi, niestety, pożądanego wypoczynku, bo piec raz po raz wygasa, czad się rozchodzi, myszy coś chrupią. Rano jednak zjawia się pani [Zofia] Ro[thertowa] jako zwiastunka lepszej rzeczywistości, przynosząc dla nas z Muzeum [Narodowego] pożyczony bochenek chleba i trochę konfitur.

Docierały kolejne znajome osoby, tworząc więzy ze światem zewnętrznym, przynosząc wiadomości, pożywienie, świece. Zjawiali się też niepożądani goście. Korzeniewski wywiesił napis: „Gosudarstwiennaja Bibliotieka Warszawskogo Universitieta, który miał powstrzymywać plądrujących magazyny żołnierzy radzieckich. Niektórzy interesowali się zresztą lekturą, a nie tylko żywnością i skręcaniem papierosów z kart książek. Borowy wydał jakieś rosyjskie książki i otrzymał „coś w rodzaju rewersu”. Spotkania bywały jednak potencjalnie groźne. Krążyli maruderzy „strasznie dzicy czasami i zbzikowani w fantastycznych nadziejach łupu”29. Niektórych starał się powstrzymać przedwojenny woźny, wnoszący – wspominał Korzeniewski –

coś z tradycji, których żadne kataklizmy nie mogą zniszczyć. Jeden z dwóch obdartusów był dla niego ciągle „panem profesorem”, drugi „panem doktorem”. Tytułów tych używał z tym poufałym szacunkiem, jakiego nabywa się jedynie krocząc przed rektorem w łańcuchu i z laską30.

Insygnia rektorskiej władzy przepadły, jak większość materialnego dorobku uczelni. Tym większe znaczenie miało odnajdywanie cennych szczątków zbiorów bibliotecznych oraz zawiązywanie się społeczności, która nieistniejący Uniwersytet niosła w sobie.

Dostosowywano się do warunków i starano upodobnić je jakoś do znanego wcześniej świata. Nie było to łatwe, nie tylko z powodów materialnych. Ruiny Warszawy oblepione zostały plakatami ukazującymi akowca jako „zaplutego karła reakcji”. „Wieczór spędzamy na głośnym czytaniu gazet. Mamy ich kilka, ale ton wszystkich jeden. Poziom tak samo” – pisał Borowy. Dla ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym były to zapowiedzi ponure, podobnie jak wieści o terrorze NKWD na „wyzwalanych” terenach. Pod wrażeniem takich relacji ekipa pracująca w Bibliotece starała się „duchowo wykąpać”, czytając na głos Czechowa31.

Rzeczywistość była jednak nader niejednoznaczna. Pojawiający się w ruinach UW ludzie nowego reżimu występowali liberalnie, obiecywali pomoc. Mieli rozmaite życiorysy. Były pracownik BUW (zwolniony przed wojną za palenie papierosów w magazynie) objawił się jako dyrektor Lasów Państwowych, a dawna pani senator OZN jako „błyskająca liberalizmem” urzędniczka Ministerstwa Oświaty. Na osobistych powiązaniach wspierać się musiała odbudowywana instytucja, panował bowiem chaos. Niedoświadczeni urzędnicy „odsyłają jedni do drugich, dużo piszą, a rezultaty praktyczne małe lub żadne” – pisał Borowy 25 I. Cztery dni później kierownictwo BUW objął przedwojenny dyrektor Adam Lewak, a Borowy w okropnych warunkach dojechał do domu w Zalesiu i z ulgą znalazł się w łóżku. Po kilku dniach odwiedził go Bogdan Suchodolski, przywożąc

deputat żywnościowy z Biblioteki: 1/2 puszki tłuszczu („pork sausage”), trochę cukru, trochę marmelady (doskonałej). Już więc sytuacja aprowizacyjna bardzo się tam musiała poprawić. Podobnie i mieszkaniowa: z zimnej czytelni rękopisów przeniosła się cała „załoga” do ciepłej stosunkowo piwnicy32.

Zielone pędy

Świadkowie pierwszego powojennego roku w Warszawie zapisywali niezwykłe wrażenia. Gdy zaświeciło słońce, pojawiało się „niebo więcej niż szafirowe w kwadratach pustych okien”, gdy zapadała wieczorna cisza, była to grobowa cisza ogarniająca ulice „jak wznosząca się trupia woda”. W tej scenerii, w której siły przyrody zdawały się obojętnie ogarniać resztki świata ludzi, przywracanie ludzkiej aktywności należało jak gdyby do przyrodniczego porządku. „Ulice – pisała Zofia Nałkowska – odrastają [...] mnóstwem przyziemnych odremontowanych sklepów niby uschłe drzewa, puszczające zielone pędy od korzeni”33. Tak też odtwarzał się Uniwersytet.

W piwnicy BUW urządzono sypialnie męską i żeńską, wprawdzie „ciemne, cuchnące, pozaciekane”, ale ogrzane, zdolne pomieścić kolejnych powracających34. Był wśród nich przedwojenny rektor Włodzimierz Antoniewicz, który z piwnicy zaczął kierować uczelnią 35. Zasadnicze znaczenie miało uznanie jej egzystencji przez władze polityczne, osadzone na drugim brzegu Wisły. Antoniewicz zabiegał o przepustki dla pracowników, którzy musieli przeprawiać się na Pragę przez zatłoczony most prowizoryczny w potrzebie „ciągłego komunikowania się z Władzami Naczelnymi”36. Na Pradze przebywali delegaci rządu do spraw wyższych uczelni, Tadeusz Butkiewicz i Marian Grabski. Ten pierwszy rezydował w Szpitalu Przemienienia Pańskiego, który w okresie powstania przeniesiono z Pragi na odległy Grochów, do modernistycznego, ukończonego tuż przed wojną, budynku szkolnego przy ul. Boremlowskiej 6/12. Tam właśnie odradzać się zaczął Uniwersytet jako instytucja nauczająca. Gdy zespół Borowego marzł w BUW, „akademia boremlowska” prowadziła od kilku tygodni wykłady z medycyny. Gromadziły one pod koniec 1944 r. ok. 300 słuchaczy. To studenci, zgłaszający się jesienią do szpitala, zabiegali o uruchomienie kursów. Ordynatorzy Butkiewicz, Aleksander Domaszewicz i Jan Mossakowski zdecydowali się otworzyć Wydział Lekarski 1 XI 1944 r. Dziewięć dni później Butkiewicz pojechał do Lublina, aby wyjednać formalną akceptację resortu zdrowia. Natrafił na opór. Urzędnicy skłonni byli przyjąć egzystencję Wydziału jako filii Uniwersytetu Lubelskiego, jednak „po kilku dłuższych konferencjach” uznali zalążek UW. Na początku stycznia 1945 r. Stanisław Biele zaczął wznawiać działanie Wydziału Farmaceutycznego w nadwyrężonych gmachach Weterynarii przy ul. Grochowskiej. Tamże rozpoczął się w następnym miesiącu kurs medycyny. Wtedy także doszło do połączenia „praskiej” Rady Wydziału Lekarskiego z członkami rady dawnej, przebywającymi na lewym brzegu Wisły37.

Równolegle działał delegat Marian Grabski. Nominowany 21 I, uruchomił punkty rejestracyjne w gmachu szkolnym przy ul. Otwockiej 3 na Pradze i w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 8. Ten drugi wkrótce zlikwidował, zjawiało się tam bowiem tylko kilkanaście osób dziennie. Większość szukała kontaktu z uczelnią wprost przy Krakowskim Przedmieściu, a wielu na Pradze. Do 15 III było to kilka tysięcy ludzi – wykładowców, dawnych studentów i chętnych do podjęcia nauki. Grabski przeczytał „moc podań” o zatrudnienie i uznał 65 za godne rozpatrzenia. Część z nich złożyli dawni pracownicy UW oraz innych uczelni i wykładowcy tajnych kompletów; część – nauczyciele gimnazjalni czy osoby, które przedkładały swe prace naukowe. Byli też tacy, którzy zgłaszali się do prac przy odbudowie materialnej UW, jak pewien warszawski inżynier. Profesorom powierzał Grabski misje organizacyjne i zaopatrywał ich w gotówkę z Ministerstwa Oświaty. Wypłacał też sumy na rozruch Uniwersytetu. Nie mogąc założyć konta i używać czeków, nosił pieniądze przy sobie38.

Ministerstwo przyznawało środki, ale brakowało jasności co do intencji rządu. W lutym 1945 r. docierały z jego kręgów opinie o niemożliwości działania UW wśród ruin i przeprowadzce do Wrocławia czy Gdańska (choć oba miasta też były zrujnowane). Minister Oświaty Stanisław Skrzeszewski dywagował na temat stworzenia gdzieś nowej uczelni „na zasadzie starannego doboru personalnego”. Grabski powtarzał jednak, że UW ruszy „zaraz”. Antoniewicz usłyszał zaś od samego Bieruta, że sprawa ta „jest naczelną troską jego i rządu”. Przez szereg tygodni zdawało się, że „troska” polega na braku zgody w elicie władzy co do przyszłości uczelni. Pozyskiwano zapomogi, deputaty i kredyty, lecz nie podjęto decyzji zasadniczej, od której zależało utrzymanie pracowników. Ci jednak, jak ich towarzysze niedoli z warszawskich fabryk, urzędów czy szkół, próbowali odtwarzać spontanicznie zarysy znanej im instytucji. Niepewność zatrudnienia i nikłe płace wywoływały zarazem „żale, kwasy i protesty”, jak zapisał Borowy w marcu39. Warunki życia i pracy były nadzwyczaj trudne.

Ogromnie się daje odczuwać brak obuwia, bielizny i ubrań; bardzo dolega brak pościeli i mebli; mieszkania, przeważnie w suterynach, są pozbawione porządnego oszklenia, zamków i mają dziury od kul w drzwiach. Pracy zaś organizacyjnej jest bardzo dużo; tak, że ilość godzin pracy waha się od 10–12 dziennie. W niedziele i święta pracy nie przerywamy

relacjonował Antoniewicz. Wielu pracowników utraciło wszelki dobytek. „Jedynym majątkiem moim jest zniszczony garnitur wojskowy, który noszę na sobie, i jedna zmiana bielizny” – pisał kierownik Rachuby UW, wróciwszy z niewoli w Niemczech40. Podobny stan przedstawiało wyposażenie miejsc pracy. Pierwsze dokumenty wystawiane przez delegatów rządu i rektora były nieforemnymi świstkami wypisanymi piórem. Następnie pojawiły się jakieś poniemieckie, wymagające dostawiania znaków diakrytycznych, maszyny do pisania. Wkręcano w nie blankiety Sejmu z lat 20., stare druki pocztowe, strony niemieckiego kalendarza na 1944 r. O rozmiarach potrzeb świadczyło wypożyczenie w marcu 1945 r. jednej maszyny do pisania z Uniwersytetu Jagiellońskiego, której jeszcze niemal rok później UW, monitowany, nie był gotów zwrócić41.

Symbolem scalania się Uniwersytetu była w lutym przeprowadzka Antoniewicza z suteren BUW do sąsiedniego, częściowo uprzątniętego i oszklonego Budynku Porektorskiego, w którym urządzono mu mieszkanie i zarazem biuro. Pojawił się tam nieprzerwany ciąg interesantów. Podpisujący się jako „pełniący obowiązki rektora” Antoniewicz nie miał jednak pewności swego statusu. Starano się zyskać w Lublinie deklarację rządu. O tym, że nastawienie ministra oświaty było negatywne, świadczy notatka Borowego z 25 II:

Po południu spędzamy z Włodziem [Antoniewiczem] i [Tadeuszem] Makowieckim kilka godzin na lustrowaniu i przydzielaniu lokali uniwersyteckich. Zastają nas przy tym zajęciu ministrowie Skrzeszewski i [Wincenty] Rzymowski, którzy w asyście swoich zastępców i kilku oficerów przyjechali zobaczyć nasz teren. Rzymowski – uśmiechnięty i uprzejmy: można by powiedzieć „grzeczny jak król” („Legendy o Was krążą w całej Polsce, jako o Robinsonach siedzących na pustej wyspie”), Skrzeszewski – obstarni [podstarzały] docent – oschły i cierpki, demonstrujący stanowczość: przerywa słodki wywód Włodzia o lokalach słowami: „Nie pora o tym mówić, kiedy ważniejsze rzeczy nie zdecydowane”. Bardzo wątpi o tym, czy Uniwersytet będzie można zostawić w Warszawie (ze względu na warunki higieniczne). Stanowczo jednak przeciwstawia się wyznaczaniu mieszkań dla grona nauczycielskiego w lokalach służących nauce (Oxford i Cambridge miałyby się z pyszna pod jego rządami!). Obiecuje przyjść na szczegółową rozmowę w dniach najbliższych (manifestacyjnie, zwracając się do Włodzia, unika wyrazu „Rektor”).

Warunki higieniczne, niewątpliwie przerażające, były raczej pretekstem. Powiadano, że Skrzeszewski reprezentuje opcję budowy „uniwersytetu proletariackiego” w Łodzi. Sądzono, że władze są niechętne wobec kadry odradzającego się UW.

Zrozumiała rzecz, że rząd żywi nieufność do tej uczelni, która pierwsza wprowadziła „ghetto” ławkowe i nie zawsze umiała dostrzec, kiedy bito żydów. A niestety nie zgłosił się nikt z tych ludzi, którzy by mogli przedstawicielom obecnego reżymu się podobać

komentował Borowy (wymieniając Mieczysława Michałowicza i Tadeusza Kotarbińskiego)42. Zgłaszało się zarazem dostatecznie wielu pracowników, aby uczelnia ożyła, stawiając władze wobec faktu samoorganizacji. W lutym Antoniewicz prosił prezydenta Warszawy o pomoc dla kadry (42 pracowników), której należało zapewnić „bodaj jeden posiłek dziennie”. W marcu zwracał się do Ministerstwa Aprowizacji o żywność już dla 90 osób, a do resortu Oświaty o podniesienie zaszeregowań dla utrzymania ludzi stanowiących „niejako kadrę instruktorską dla pracowników nowych, których niewątpliwie Uniwersytet będzie zmuszony w najbliższej przyszłości przyjmować”. Na załączonej liście figurowało 24 urzędników i 51 funkcjonariuszy niższych (woźni, pedle, dozorcy, magazynierzy, laboranci)43. Niektórzy zatrudnieni byli od 1915 r.

Na ich oczach Uniwersytet odrodził się w latach Wielkiej Wojny, działał niemal ćwierć wieku, płonął w 1939 r., bronił się przed rozgrabieniem zbiorów, wreszcie uległ niemal całkowitemu zniszczeniu. Oto pracownica rektoratu, która w 1932 r., po 17 latach pracy, przeszła na emeryturę („z powodu wyjścia za mąż za profesora UW”), w 1945 r., jako wdowa w ciężkiej sytuacji, wznowiła zatrudnienie. Powróciła sekretarka Wydziału Prawa z 27-letnim stażem: będzie pracować w sekretariacie uczelni jeszcze u schyłku lat 50. Niezastąpiony kierownik Biura Osobowego z 30-letnim stażem, który jako jedyny potrafił w jakiejś mierze odtwarzać spalone akta osobowe, kierować będzie sprawami personalnymi UW do końca lat 40. Porównywalny staż miał kwestor („niezrównany pracownik”), 21 lat pracowała sekretarka Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego („pierwszorzędnie pisze na maszynie”). Wśród personelu BUW ocaleli, prócz dyrektora, kustosze i bibliotekarze zaangażowani w ratowanie zbiorów w czasie okupacji44.

Życiorysy pracowników fizycznych, tych na przykład, którzy zgłosili się do odtwarzanej Straży Uniwersyteckiej, są świadectwem zmian społecznych pierwszej połowy stulecia i zarazem trwania UW wbrew kataklizmowi. Oto mężczyzna urodzony w 1895 r. we wsi powiatu grójeckiego, absolwent gimnazjum w rosyjskiej Warszawie, zatrudniony kolejno w biurze Drogi Warszawskiej Fabryczno-Łódzkiej, w firmie Gerlach, Ministerstwie Pracy, u Braci Jabłkowskich, w Zarządzie Miejskim, od 1932 r. zajmował się „bezpieczeństwem terenu” UW. Powrócił na ten teren w 1945 r. jako szef Straży. Inny, urodzony w 1884 r., skończywszy 2 oddziały szkoły elementarnej, był lakiernikiem w fabryce parowozów, służył w rosyjskiej armii, walczył na froncie Wielkiej Wojny, od 1918 r. pracował na UW. Jako dorosły rozstał się ze światem imperiów, w sile wieku pożegnał II Rzeczpospolitą, po sześćdziesiątce witał reżim „ludowy”. Wszyscy pozostali kandydaci do Straży urodzili się przed 1914 r., wychowali na wsiach wschodniej i centralnej Polski, pracowali w gospodarstwach rodziców, po służbie wojskowej usamodzielniali się, zostając szoferami czy pracownikami kolei, a w latach 30. znaleźli sobie miejsce na UW45.

Ludzie wracali w ruiny swych zakładów, zbierali resztki ich wyposażenia. Meblami i aparatami Wydziału Lekarskiego opiekowało się troje jego pracowników (profesor, pani adiunkt i woźny), którzy mieszkali razem przy ul. Mokotowskiej 51/53. Ludzi Uniwersytetu łączyły wtedy szczególne więzi, osłabiające chyba znaczenie dawniejszych hierarchii46. Istniały zresztą hierarchie nowe, nieformalne, wytworzone w okresie okupacji. Wśród odtwarzającej się kadry uczelnianej szczególne znaczenie miały grupy związane etosem uczestnictwa w strukturach państwa podziemnego, w prowadzeniu kompletów, zabezpieczaniu zbiorów uniwersyteckich. Dramatycznym dylematem, wobec jakiego kadra ta została postawiona, był wybór pomiędzy kontynuowaniem nielegalnej działalności w warunkach „ludowego” reżimu a odbudowywaniem uczelni.

Niekwestionowany przywódca tego środowiska Tadeusz Manteuffel oznajmił kategorycznie Aleksandrowi Gieysztorowi, który zamierzał przystąpić do komendy WiN: „Teraz nie będziemy robić żadnej partyzantki, tylko Uniwersytet”47.

Taki przekaz zapisał się w świadomości środowiskowej, choć sam Gieysztor inaczej wspominał rozmowę: tylko grymas wskazywał na dezaprobatę Manteuffla wobec działalności, której nie zamierzał, a zresztą nie mógł Gieysztorowi zabronić48. Hasło „Robimy uniwersytet” było jednak autentyczne jako wyraz zbiorowej woli, oznaczającej także pójście na wiele kompromisów.

Ocalała elita UW zabiegała o uznanie jakiejkolwiek koncepcji odrodzenia się uczelni i znalezienie dla niej miejsca, np. w budynkach wzdłuż Elektrycznej Kolejki Dojazdowej lub w zabudowaniach byłego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach czy koszar lotniczych na Bemowie. Tymczasem w Łodzi, która skupiła wiele stołecznych funkcji, z energią budowano szkołę wyższą, w której nie tylko lokalne środowiska widziały potencjalnie najważniejszy uniwersytet polski. W prasie pojawiły się informacje, że w Warszawie nie będą na razie uruchamiane uczelnie, i wypowiedź wiceministra oświaty Władysława Bieńkowskiego o skupianiu w Łodzi „najlepszych sił” UW49. Podobne stanowisko wyraził Bieńkowski 14 IV na spotkaniu w Budynku Porektorskim. O wadze tego spotkania świadczy fakt mobilizacji profesury, która zjechała w największym możliwym składzie (57 osób). Usłyszała od ministra, że Warszawa „właściwie nie istnieje”, zatem nie może funkcjonować w niej dawny UW, a tylko komisja koordynująca jego odbudowę oraz jednostki służące rekonstrukcji miasta, nieprowadzące w zasadzie działalności dydaktycznej. Większość kadry ma się rozjechać do Lublina, Łodzi czy Poznania i wrócić, „gdy Warszawa będzie odbudowana”. Zebrani wyrazili opór, nie podważając jednak planu powołania „komisji trzech” (czy też „triumwiratu”), która by tymczasowo zarządzała uczelnią. Plan ten oznaczał odsunięcie Antoniewicza na rzecz osób wskazanych przez ministerstwo, a zarazem cieszących się autorytetem: Tadeusza Kotarbińskiego, Stefana Pieńkowskiego i Bogdana Nawroczyńskiego.

Zaraz po spotkaniu grono profesorskie udało się na istotną uroczystość. Rektor zaprosił na inaugurację Kuchni Uniwersyteckiej 50: „Posiłki obiadowe będą się składać z ¾ litra zupy i kawałka chleba. [...] Wobec braku naczyń kuchennych, Zarząd Kuchni uprasza o przyniesienie z sobą naczynia i łyżki (miseczka, menażka, talerz)”. Zapewne utensylia te czekały w teczkach profesorów, gdy dyskutowali z Bieńkowskim. Egzystencja uczelni, stawiana jako zagadnienie społeczne i intelektualne, miała przecież wymiar materialny, zaś stołówka była instytucją niezwykle ważną. Organizowano ją wśród elementarnych trudności51. Problem zastawy stołowej rozwiązano we właściwy dla epoki sposób: wystarano się w Ministerstwie Aprowizacji i Handlu o nakazy jej sprzedaży przez producentów „po cenach urzędowych”. Huta w Skierniewicach wydać miała szklanki, zakłady Kamienna w Skarżysku – garnki, spółka Kobylańskich z Drzewicy – sztućce, a pruszkowska fabryka Daab i Galer – talerze i kubki. Aprowizacja Kuchni opierała się na przydziałach i własnej uprawie. Na terenie Ogrodu Farmakognostycznego za Pałacem Kazimierzowskim pojawiło się poletko ziemniaków. Kierowniczka organizowała konne transporty żywności z kooperatywy przy ul. Targowej i opału z ul. Grochowskiej. Latem zapewniano już śniadania i dwudaniowe obiady „z dodaniem o ile możności mięsa”. Dostęp do stołówki był w ówczesnej Warszawie sprawą nader istotną, więc różne instytucje zwracały się do uczelni o możliwość korzystania z Kuchni. Latem 1945 r. wśród 350 uprawnionych byli pracownicy muzeów Narodowego i Archeologicznego52.

Stołówka funkcjonowała w bardzo trudnych warunkach. Wodę trzeba było dowozić: na dziedzińcu nie istniała studnia, a dostęp do źródeł pod skarpą był niebezpieczny ze względu na miny. W maju stwierdzono w zabudowaniach UW przypadek czerwonki, a w czerwcu tyfusu. Jeszcze w sierpniu nie było prądu. Do budynków próbowali wdzierać się bandyci i złodzieje. Rektor nakazywał, aby pracownicy czuwali stale w hallu BUW. Od wiosny 1945 r. bramy pilnowali pedle. Starano się zabezpieczyć teren, zamurowując dziury w zrujnowanych kamienicach od strony Krakowskiego Przedmieścia. Rektor zabiegał o zgodę na utworzenie straży, wyposażonej w „przepisowe czapki granatowe z orzełkiem”, opaski z napisem „Straż Uniwersytecka”, a przede wszystkim karabiny53. Dochodziło bowiem do incydentów. Oto 26 IV 1945 r. po zmroku osobnik w mundurze sierżanta „dał serię strzałów rewolwerowych do gmachu Porektorskiego, przestrzeliwując okno w lokalu intendenta na piętrze i Obywatela Rektora na II piętrze”54.

Straż miała chronić teren uczelni przed chaosem zewnętrznego świata. Chaos ten przywołuje cechy społeczeństw przednowoczesnych, o których pisali Philippe Ariès czy Robert Muchembled. Elementarne trudności i zagrożenia wywoływały skłonność do skupiania się w niewielkich wspólnotach, wśród bliskich i znajomych, ogrzewania się w ich kręgu, łączenia na zasadzie podobieństwa losu. Skłonność do skupiania się w grupach rozbitków wynikała także z ogólnego chaosu i zagrożenia, jakie opisał Marcin Zaremba55.

Za akt symboliczny uznać można rozebranie betonowego bunkra, jaki Niemcy zostawili przed bramą główną. Zasypano rowy strzeleckie na dziedzińcu, zebrano żelastwo, usunięto spalone drzewa. Reperowano chodniki i dachy ocalałych gmachów, przeszukiwano gruzy Chemii i Mineralogii (znajdując część kolekcji minerałów i dwa platynowe tygle). Gromadzono wszelkie zdatne do użytku przedmioty. W kwietniu na parterze Budynku Porektorskiego uruchomiono, dekorowane obrazami wypożyczonymi z Muzeum Narodowego, ciasne biura Rektoratu, sekretariat studencki, Biuro Osobowe, Rachubę i Kwesturę. Meblowano dziekanaty wydziałów Prawa, Humanistycznego i Teologii Katolickiej, seminaria Polonistyczne i Archeologii Przedhistorycznej. Na piętrach ulokowano „bezdomnych profesorów”. Ustalano obsadę intendentury, magazynu, spraw meldunkowych, maszynopisania i wydawania deputatów, a także noszenia opału i mycia schodów. Podzielono obowiązki pedli. 1 V w Budynku Porektorskim działać zaczął hotelik dla dojeżdżających do Warszawy pracowników: cztery izby wyposażono w „żelazne łóżka, sienniki, zgrzebne poduszki wypchane wiórami, w stoły, krzesła i wieszaki”56.

Na zebraniu profesorów 18 V niektórzy wypowiadali się za szybkim wyborem władz uczelni, inni sprzeciwiali się procedurom, które – uważał Borowy –

będą czystą komedią, bo nikt rozsądny nie wysunie innej kandydatury jak Pieńkowskiego, Nawroczyńskiego i Kotarbińskiego. Co by to za cel miało? [...] Jeszcze gdyby nas do takich wyborów zmuszano! Ale żebyśmy sami łapy wyciągali do legalizowania oczywistego (acz łagodnego) zamachu stanu!!57

Tak się jednak stało. Cztery dni później „komisja trzech” przejęła zarząd Uniwersytetu, co stanowiło w każdym razie potwierdzenie jego istnienia. Wydziały wybierały swe władze. Trwały zabiegi o uzyskanie decyzji ministerstwa o uruchomieniu UW jako całości. Nastąpiło to 17 VII. Zebrani 14 VIII elektorzy wskazali jednogłośnie Pieńkowskiego jako rektora, ale wybór większością (13 na 16) Antoniewicza na prorektora stworzył delikatną sytuację. Chciano uhonorować jego wcześniejsze wysiłki, lecz Antoniewicz po godzinie złożył rezygnację. „Nie wiem, jakie motywy podał, ale dobrze zrobił: jego nazwisko, związane nierozerwalnie z «ghettem ławkowym», zrobiłoby dzisiaj fatalne wrażenie: bo właśnie pisma doniosły o pogromie żydowskim w Krakowie” – komentował Borowy. Mogło chodzić raczej o epizod współpracy Antoniewicza z Niemieckim Instytutem Pracy Wschodniej58. Kilka dni później wybrano na prorektora Nawroczyńskiego. Nastąpiła zatem legalizacja „zamachu stanu”.

Ówczesna koncepcja ministerstwa zakładała ograniczenie funkcji UW na rzecz Łodzi, czego mogło dowodzić zaproponowanie Kotarbińskiemu, członkowi „triumwiratu”, funkcji rektora UŁ. Miało to ułatwić powiązanie ośrodków. W duchu entuzjazmu odbudowy mówiono nawet o uruchomieniu połączeń lotniczych. Tymczasem kursy między Warszawą i Łodzią były gehenną. Studenci prosili premiera w grudniu 1945 r. o przyznanie samochodów, ponieważ przejazdy „trwają od 8 do 10 godzin w zimnym i przepełnionym wagonie. Profesorowie przyjeżdżają na wykłady przemęczeni i zziębnięci, co odbija się bardzo ujemnie na ich zdrowiu”. Była to zapewne jedna z przyczyn zamierania koncepcji ośrodka łódzko-warszawskiego. Trwał zresztą proces słabnięcia pozycji Łodzi. Do 1948 r. wyprowadzały się z niej redakcje wpływowych pism ogólnopolskich i część elit. Ogólny „pęd do Warszawy” – oceni z pozycji klasowych Józef Chałasiński – ukazywał „mieszczańsko-inteligencki snobizm i perspektywy na karierę”, zaś mimo przejściowych fascynacji warszawskie środowiska naukowe okazały się obojętne wobec Łodzi i nie podtrzymywały z nią następnie żywszych kontaktów59.

„Gdzie Unrę dają na raty”

Działający od lata 1945 r. Komitet Budowlany UW, złożony z przedstawicieli uczelni oraz administracji rządowej, starał się szybko przysposobić najmniej zniszczone budynki. Remontowano Gmach Pomuzealny, Szkołę Główną i Seminarium Duchowne przy Krakowskim Przedmieściu 52/54 (dla Teologii Katolickiej i Prawa), Fizykę Doświadczalną przy ul. Hożej 69, gdzie usuwano „przeróbki po niemcach” (używanie małej litery nie było jedynie praktyką prasową). Fizyk Jerzy Pniewski wspominał, że

niejednokrotnie zakres dziennej pracy robotników był ustalany o siódmej rano między mną i majstrem na podstawie tego, co zachowało się w mojej pamięci z okresu przedwojennego. Moje zamieszkanie w jednej z pracowni było nieodzownym tego warunkiem. Zapał, jaki wszyscy pracownicy Hożej wkładali w tę odbudowę, był wręcz zdumiewający60.

Do września 1946 r. pracowano nad gmachem Chemii (ul. Wawelska 17, obecnie Pasteura 1) i Weterynarii (ul. Grochowska 272), z którego usunięto szpital miejski. Remonty nie nadążały za potrzebami. Kierownicy seminariów musieli na własną rękę szukać sobie pomieszczeń, pozyskiwanych po koleżeńsku lub za pośrednictwem kierującej administracją UW Natalii Batowskiej61. Nadzwyczajna sytuacja służyła wytwarzaniu się rozległej i żywiołowej kooperacji. Powiązania osobiste ułatwiały zdobywanie dachu nad głową, pożywienia i pracy. W oparciu o nie odtwarzały się instytucje, szybko formalizujące jednak swe struktury. Rozwijały się systemy dystrybucji, ułatwiające dostęp do dóbr grupom odpowiednio wyodrębnianym i hierarchizowanym.

Archiwalia uniwersyteckie z pierwszych lat powojennych to w dużej części listy uprawnionych do deputatów żywnościowych, odzieżowych lub naftowych. W warunkach straszliwych zniszczeń wprowadzanie reżimu nakazowo-rozdzielczego zdawało się uzasadnione, jednak jego zakres interpretowano w kategoriach politycznych. Borowy narzekał latem 1945 r., że na posiedzeniu komisji rozdziału artykułów wełnianych UW

dyskusje na temat majtek i gaci wlokły się niczym debata parlamentarna. Pomyśleć tylko: trzydzieści „człowieko-godzin”! I to rys znamienny naszego „nowego wspaniałego świata”! Przecież można by ludziom dać wyższe pensje, żeby sobie sami w sklepie kupowali, co im potrzeba, albo – ostatecznie – wydać im kartki uprawniające do zakupu za cenę zniżkową według wyboru! Nie, sześcioro ludzi (w tym 4 wykładowe siły uniwersyteckie) musi na to godzinami czas tracić!62

Warto opisać kilka deputatów, które pracownicy UW mogli wykupić: ceny były tu nieporównywalne z dyktowanymi na rynku, na którym panowała niewyobrażalna drożyzna, uniemożliwiająca wyżywienie się z przeciętnych zarobków. W ramach tzw. deputatu radzieckiego, rozdzielanego w marcu 1945 r., każdy pracownik naukowy otrzymywał półkilogramową konserwę mięsną, kilogram cukru w kostkach, 2 dag herbaty, a na dziecko po pół litra mleka i 60 dag cukierków. Ponadto UW dostał półtora kilograma czekolady, którą podzielono między dziesięć osób wybranych przez ZNP. Deputat wielkanocny dla grona profesorskiego zawierał na osobę 2 kg mąki pszennej, po kilogramie cukru, mięsa i marmolady, pół kilograma masła, tyleż cukierków, 10 dag drożdży i tyleż herbaty, litr wódki, 30 jaj, po kilogramie świec i mydła, 2 litry nafty, 10 paczek zapałek. Na 1–3 V wydawano z kolei po 2 kilogramy białego chleba, pół litra oleju, 2 pudełka zapałek, kilogram cukru i 40 dag marmolady. Rozdzielono też po 30 dag pierniczków i 25 dag cukierków dla pracowników umysłowych63.

Nader istotną sprawą było ustalanie zasad podziału, oddających różnice statusu. Wywoływało to pewne napięcia. We wrześniu 1945 r. działający w Krakowie Komitet Akademicki Profesorów Wyższych Uczelni Warszawskich pisał do ministra oświaty w sprawie przydziałów odzieży i żywności. Były one rozdzielane na podstawie ministerialnej listy profesorów, arbitralnej i zawierającej błędy. Komitet postulował, aby świadczeniami obejmować

wszystkich, tym bardziej, że wszyscy warszawianie po powstaniu znajdują się w jednakowej sytuacji materialnej, wszyscy [podkreślenie w tekście] potrzebują odzieży, bielizny, obuwia, żywności itp., niezależnie od tego, czy kto jest profesorem zwyczajnym, nadzwyczajnym czy docentem. Stanowisko nasze podzielają koledzy wysiedleni z Wilna i Lwowa.

Obecne postępowanie

w dzisiejszych czasach demokratycznych jest wysoce niewskazane, bo wśród pokrzywdzonych kolegów wywołuje wrażenie istnienia uprzywilejowanej elity i jest niesprawiedliwe64.

Na pokrzywdzenie skarżyli się wielokrotnie zatrudnieni w administracji UW. Wskazywali, że pracownicy naukowi i część personelu (klinik Wydziału Lekarskiego i BUW) otrzymują, prócz względnie wysokich uposażeń, także przydziały żywnościowe, podczas gdy pracownicy administracyjni są najsłabiej opłacani i pozbawieni przydziałów. Kwalifikowani urzędnicy Uniwersytetu, którzy „utrzymują w ruchu skomplikowany jego mechanizm”, oraz rzemieślnicy i laboranci są w gorszej sytuacji niż sprzątaczka w klinice czy woźny w Bibliotece. Zapewne w związku z tego rodzaju napięciami Komisja Rozdziału Odzieży UW postanowiła jesienią 1946 r., że dzielić będzie pomiędzy ogół zatrudnionych, nie tylko grono naukowe, z zasadą równego podziału; „gdyby to było niewykonalne (np. w razie przydzielenia danej grupie 5 koszul) można zastosować losowanie, z zastrzeżeniem, że przy następnym losowaniu opuszczeni będą ci, którzy uzyskali przydział przy poprzednim”65. Tego rodzaju zasady równościowe można było wprowadzać wewnątrz uczelni. Otoczenie instytucjonalne działało w inny sposób. Kształtował się system o cechach patronackich. Administracja rządowa przy pomocy nakazów i przydziałów uzależniała od siebie różne podmioty publiczne, które w warunkach skrajnych niedoborów zwracać się musiały o zgodę odpowiednich ministerstw w najbardziej drobiazgowych sprawach. Resorty gospodarcze udzielały UW zezwoleń na nabywanie talerzy lub tkanin, nie tylko w ilościach hurtowych, lecz i w pojedynczych przypadkach. Rektor zwracał się w maju 1945 r. o przydział pończoch i skarpet dla pracowników (po 2 pary), a kilka tygodni później – o przyznanie bonu do warsztatów krawieckich na uszycie ubrania dla konkretnego docenta66.

Po kraju jeździli urzędnicy UW uprawnieni do odbioru koców czy mebli. Rozjazdy wymagały wielodniowych delegacji i starań o samochody. Miejsca wydawania dóbr odległe były od siebie: mydło odbierało się w Pruszkowie, naftę w Ostrowi Mazowieckiej, marmoladę w Krakowie, kawę w Łodzi. Jako swego rodzaju składnicę traktowano ziemie zachodnie, penetrowane nie tylko przez szabrowników, ale i ekipy instytucji. W styczniu 1946 r. rektor zapraszał na spotkanie „w sprawie podziału mebli przywiezionych ze Śląska”. Kierownicy seminariów prosili dziekanów o załatwienie krzeseł i stołów z Wrocławia, dzięki którym mogliby rozpocząć zajęcia, a kierownik Seminarium Papirologii zgłaszał, że w gabinecie nie ma żadnego mebla i przerwy między zajęciami spędza na stojąco. Dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego pisał natomiast jesienią 1945 r., że „dochodzą nas słuchy o dużych ilościach przeróżnych przyrządów, zgromadzonych w Uniwersytecie Wrocławskim, na przykład o tysiącu mikroskopach”, i sugerował przekazanie części Warszawie. Z drugiej strony starano się o sprowadzenie dóbr z ziem utraconych. Komisja Biblioteczna, nadzorująca odtwarzanie BUW, rozważała zabiegi o pozyskanie książek ze Lwowa, jeżeli będzie przewidziana „ewakuacja zakładów uniwersyteckich”. Argument, że należą się one Warszawie, gdyż „najbardziej ucierpiała”, został jednak wykreślony z protokołu67.

Do BUW zwożono partie druków uprzednio ukrytych czy też wywiezionych przez okupanta w głąb Niemiec, sprowadzanych z zagrożonych zbiorów prywatnych, odnajdowanych w antykwariatach czy przekazywanych jako dublety z innych bibliotek. Jednocześnie oddawano właścicielom ich zdeponowane zbiory. Ruch w księgozbiorze odbywał się w warunkach remontu budynku. Latem 1945 r. działała już Czytelnia Profesorska z 10 miejscami, z których studenci mogli korzystać na pisemne polecenie wykładowcy. Po uruchomieniu kaloryferów w części frontowej można było wiosną 1946 r. udostępnić całą czytelnię. W tym czasie BUW miał 51 etatów, nisko jednak szeregowanych. Pracownicy chętnie przenosili się do innych bibliotek, bowiem BUW miał trudności w zdobyciu dla nich różnych przydziałów, a zwłaszcza mieszkań68.

Brak dachu nad głową był dramatycznym problemem odtwarzającej się społeczności. Do rektora płynęły podania osób, które odnalazły się w miejscu pracy, ale nie mogły znaleźć miejsca do życia. Część chroniła się w ruinach uczelni. Do wiosny 1945 r. kilka pracownic mieszkało w suterenach BUW, skąd rektor przeniósł je do kamienicy przy ul. Hożej 74. W grudniu tegoż roku w pomieszczeniach UW mieszkało 66 pracowników z rodzinami: od profesorów po woźnych i woźniców. Sekretarka dziekanatu Wydziału Farmaceutycznego mieszkała w samym dziekanacie; profesor cytologii w laboratorium przy Krakowskim Przedmieściu69.

Obecnie nocuję na terenie Wydziału Weterynaryjnego w małym pokoiku, w którym nie ma możności zainstalowania pieca. W takich warunkach nie mogę sprowadzić żony, jestem więc zdany na żywienie się w małych restauracyjkach na ul. Grochowskiej (stołówki Wydział nie posiada), co wpływa ujemnie na ogólny stan zdrowia, a ponadto naraża mnie na wydatki, niewspółmierne z moimi zarobkami

pisał profesor weterynarii do rektora, ujawniając dość typowe w epoce wyobrażenia o funkcjach małżeństwa. Nadmieniał, że przed wojną mieszkał w domu profesorskim przy ul. Brzozowej70. Jego sytuacja nie należała do dramatycznych, ale wspomnienie warunków przedwojennych wyznaczało dlań pojęcie o normalności, a także o statusie społecznym. Natomiast mieszkanka Budynku Porektorskiego Irena Krzyżanowska napisała wierszyk o codzienności w tym budynku, w którym próby skupienia się i pracy były udaremniane przez pytających:

Gdzie magazyny, gdzie biblioteka,

I gdzie jest Bratniak, i gdzie apteka,

Kiedy rektor przyjedzie,

Kiedy dziekan wyjedzie,

Gdzie się robi doktoraty,

Gdzie Unrę dają na raty,

Dlaczego C. nie ogłosił,

Dlaczego B. nie wywiesił,

Dlaczego się drzwi nie otwiera,

O dosyć! Psia krew,

Cholera!71.

Wielu nie miało jednak tego szczęścia. Jedni ulokowali się w przypadkowych izbach, z których groziło im wyrzucenie, inni nie mogli wrócić do ocalałych mieszkań, bo zostały przez kogoś zajęte. Dojeżdżali z podwarszawskich miejscowości, a nawet z Łodzi, Krakowa czy Sopotu. Szukali pomocy u rektora, którego zadaniem było zarządzanie skąpą powierzchnią administrowaną przez UW i zabieganie u władz o lokale. Nie zmieni się to przez dziesięciolecia. Nadzwyczajna sytuacja, oczywista w zrujnowanym mieście, utrwalona zostanie w redystrybucyjnym systemie PRL. Na biurkach następców Antoniewicza leżeć będą stosy próśb mieszkaniowych. W latach 70. pracownicy opisywać będą trudności współzamieszkiwania z teściami lub brak przestrzeni do pracy. Ci powojenni realnie nie mieli dachu nad głową, byli „doszczętnie spaleni”, opiekowali się ciężko doświadczonymi krewnymi. Oto magazynier BUW, gdy „wrócił z Niemiec”, nie znalazł mieszkania, zniszczonego w powstaniu, a miał pod opieką chorą żonę i córkę, która wskutek bombardowania została inwalidką. Inny pracownik po „powrocie ze wsi” zastał swe mieszkanie zajęte i chronił się w jakimś pokoiku, w którym nocowało 12 osób. „Po 6-letniej bytności w Niemczech – pisał kolejny – powróciłem tydzień temu [...] i nie mając rodziny żadnej w Warszawie (pochodzę z Wileńszczyzny) tułam się, nie mając żadnego miejsca, by móc się chociaż przespać”. Starał się o upatrzony składzik w zrujnowanym Auditorium Maximum. Murarz uniwersytecki prosił o kąt tamże, „w hollu przy stajni”72.

Trwały zabiegi o ocalanie mieszkań służbowych, na których chciały kłaść rękę urzędy kwaterunkowe, o wyjmowanie spod kwaterunku pokojów w mieszkaniach profesorskich, o usuwanie lokatorów z mieszkań przydzielonych uczelni. Chroniąc swych pracowników, UW musiał działać na niekorzyść ludzi równie „spalonych” i sponiewieranych. Przedziwnie łączyła się tu logika biurokratyczna i wilcze prawa rywalizacji. Zajmujący na dziko mieszkania poszukiwali opieki instytucji, z którymi byli związani. Te wchodziły ze sobą w konflikty. Gdy UW wymówił mieszkanie byłemu palaczowi, ten zatrudnił się na kolei, zapewniając sobie status pracownika „zmilitaryzowanego”, co utrudniało pozbawienie go lokalu. Należało to do grupowej, może nawet „plemiennej” logiki życia społecznego lat powojennych, często później wypieranej przez wspomnienie atmosfery samopomocy i solidarności73.

Miejskie Biuro Kwaterunkowe 1 III 1945 r. przekazało Uniwersytetowi administrację solidnego modernistycznego domu przy ul. Bartoszewicza 11, nieznacznie tylko uszkodzonego, lecz wypełnionego przez przypadkowych mieszkańców o różnym statusie, chronionych przez rozmaite instytucje. Najsilniejszą pozycję mieli, jak się zdaje, wojskowi. W wolnych mieszkaniach UW umieścił wiosną profesorów, a także m.in. pracowników BUW i kierowniczkę Kuchni, oraz podjął przewlekłe starania o usunięcie „lokatorów obcych”. Choć dom był, jak na ówczesne warunki, komfortowy, lokowanie w nim starszych profesorów było trudne, ponieważ (jeszcze jesienią 1947 r.) nie działała winda i centralne ogrzewanie. Innym rezerwuarem lokali dla pracowników UW, głównie niżej szeregowanych, była kamienica przy ul. Hożej 74 (podzielona latem 1945 r. między SGGW, Politechnikę i Uniwersytet). W pobliżu, przy ul. Hożej 61 (róg Emilii Plater), nieopodal Fizyki, dzielono duże mieszkania na izby, w których lokowano pracowników uniwersyteckich. Jesienią 1947 r. premier przyznał jeszcze UW kamienice przy ul. Wilczej 13 (około 50 izb dla profesorów) i al. Trzeciego Maja 5 (10 mieszkań dla asystentów)74.

Dom przy ul. Sewerynów był jedynym ocalałym z zasobu spółdzielni profesorskiej UW. Z jej domu przy Nowym Zjeździe 5 zostały „tylko stropy i klatki schodowe”, przy ul. Brzozowej 10 nie było stropów. Brzozowa 12 stała się pogorzeliskiem: „Stąpam po białym i sypkim popiele własnych książek” – pisał Borowy, który odwiedził to miejsce. Jesienią 1947 r. uczony przeprowadził się z Budynku Porektorskiego właśnie na ul. Sewerynów. Dobytek przewieziono mu samochodem uniwersyteckim przy pomocy 4 woźnych („za zł 500 x 4 + zł 1000 + 200 zł + «zagrycha» z wódki, konserw i papierosów”)75. Część pięciopiętrowego domu, w którym zamieszkał, zajmowali tzw. dzicy lokatorzy, ale 14 mieszkań rozdzielonych między profesorów zapewniało luksusowe, jak na ówczesną Warszawę, warunki. Trzyizbowe, o powierzchniach ponad 60 m2, w zasięgu dwuminutowego spaceru od dziedzińca UW, wolne były od reżimu kwaterunkowego.

Studiowanie

Uprzejmie zawiadamiam, że pp. profesorowie zaczynają wykłady w Sali Kolumnowej, a mianowicie w pon. i wt. 15–18 prof. K[azimierz] Kumaniecki z Wydz. Humanistycznego. Proszę o odpowiednie zarządzenia. Jednocześnie proszę o jak najśpieszniejsze polecenie zreparowania telefonu JM Rektora

pisała Natalia Batowska do Intendentury 5 X 1945 r.76 Zorganizować zajęcia było – jak się miało okazać – łatwiej niż rozwiązać problem telefonów. Jeszcze w marcu 1947 r. UW miał przy Krakowskim Przedmieściu tylko 2 aparaty (w Biurze Rektora i dziekanacie Prawa), szwankujące „mimo wielokrotnych reklamacji i zabiegów o ich naprawienie”77.

W istocie zajęcia rozpoczęły się jesienią 1944 r. – bez telefonów, domów akademickich, stypendiów i wszelkich innych, poza wiedzą i dobrą wolą, elementów infrastruktury uniwersyteckiej. To studenci naciskali na otwarcie Wydziału Lekarskiego. To oni, uczestnicząc w kompletach prowadzonych w Częstochowie i Krakowie, Kielcach i Jędrzejowie, Pruszkowie i Grodzisku do wiosny 1945 r., tworzyli Uniwersytet Warszawski. Nadzieje Antoniewicza na rozpoczęcie roku akademickiego w kwietniu zostały przekreślone przez ministerstwo78. Chętni do studiowania zjawiali się jednak na seminariach, będących przedłużeniem tajnych kompletów, czy też stanowiących zajęcia przygotowawcze. Na charakterystyczną atmosferę tego czasu składały się opowieści powracających, przybierające często charakter zdumiewających epopei, w których obrazy getta, obozów, poniewierki i utraty bliskich łączyły się z wiadomościami o losie wspólnych znajomych i zabawnymi często opisami przygód. Zapiski świadków epoki pełne są relacji tego rodzaju. Ich tłem była niezwykła sceneria ruin miasta, w której odradzały się elementy dawniejszego świata, jak seminarium Borowego wznowione 11 IV 1945 r. na prośbę grupy studentów. W salce Budynku Porektorskiego, dekorowanej kopiami obrazów van Gogha i Moneta, omawiano Dożywocie Fredry.

Chodziłam na te ćwiczenia – wspomina Zofia Stefanowska – z poczuciem, że przenoszę się w domenę zupełnego egzotyzmu, całkowicie oderwaną od życia. Wersyfikacja Dożywocia, mój Boże! Byłam człowiekiem zdziczałym przez wojnę, prymitywnym, w dodatku jeszcze powiązanym z konspiracją. Jedynym na tych zebraniach elementem rzeczywistości były dla mnie ręce Borowego, odmrożone zimą i teraz, na wiosnę, z otwartymi na palcach rankami. Odczuwałam niejaką wspólność wobec tego, że i moje ręce podobnie się paskudziły z powodu odmrożenia79.

Ogłoszenie w lipcu decyzji o otwarciu UW spowodowało ożywienie: jesienią 1945 r. zgłosiły się na studia ponad 4 tysiące osób80. Tworzyły społeczność niezwykłą, bardzo zróżnicowaną wewnętrznie. Najstarszych i najmłodszych studentów dzieliło pół wieku różnicy. To zdarzało się w następnych dekadach. Nie zdarzała się jednak podobna konfiguracja doświadczeń. Dwaj najbardziej leciwi studenci urodzili się w 1880 r., dwoje najmłodszych, ledwie szesnastoletnich, w 1929 r. Pomiędzy tymi skrajnościami mieściła się mozaika wspólnot wieku, rodowodu i przeżyć wojennych. Co dziesiąty immatrykulowany urodził się przed I wojną światową. Było wśród nich 36 osób urodzonych w XIX w., przeważnie w latach 1898–1899. Kolejna duża grupa to dzieci I wojny światowej i rówieśnicy II RP, w tym ponad 100 osób z rocznika 1914 i ok. 150 z 1918 r. Pewna studentka Wydziału Farmaceutycznego urodziła się (w Kielcach) 11 XI 1918 r. W sąsiednich grupach wiekowych mieściła się masa przedwojennych studentów UW. Najliczniejsze grupy immatrykulowanych pochodziły z lat następnych; ok. 200 z rocznika 1920, czyli tego, któremu wojna wyrwała lata studenckie i który nazwany zostanie pokoleniem Kolumbów, żołnierzy powstania. Wielu z nich studiowało na podziemnych wydziałach UW, co stanowiło bardzo istotny moment formacyjny. Rzecz jasna, wspólnota wieku nie pokrywała się ze wspólnotą doświadczeń: w ramach rocznika 1920 było wielu takich, którzy z powstaniem nie mieli nic wspólnego. Tego rodzaju podziały naznaczały tkankę życia studenckiego, przekładały się w pewnym stopniu na aktywność w organizacjach politycznych i stosunek do rodzącej się „nowej rzeczywistości”. Ogromne znaczenie miało tu zakorzenienie biograficzne, jakiego nie sposób ukazać bez rozległych badań prozopograficznych. Bogactwa doświadczeń indywidualnych i zbiorowych domyślać się można, spoglądając już na same miejsca urodzenia. Układają się one przede wszystkim w obraz Polski międzywojennej, lecz tworzą także mapę znacznie rozleglejszą, obejmującą ziemie imperium rosyjskiego. Dwadzieścia trzy osoby urodziły się w dawnej rosyjskiej stolicy (15 w Petersburgu, 5 w Piotrogrodzie, a 3 w Leningradzie), 12 w Kijowie, 7 w Moskwie. Spotykamy Briańsk i Czelabińsk, Nikołajewsk i Niżny Nowogród, Nowoczerkask i Nowosybirsk, Piatigorsk i Saratow, Semipałatyńsk i Witebsk. Są to przeważnie roczniki wielkiego zamętu 1917–1921, zaś geografia narodzin ukazuje drogi rodzin polskich z głębi Rosji, a także ogólną przewagę wschodniego pochodzenia studentów, co zresztą nie zdaje się niczym nowym na UW. W Wilnie urodziło się 28 immatrykulowanych, w Krakowie 20, a w Poznaniu 19.

Część z nich wcześniej studiowała. Dla słuchaczy tajnych kompletów, którzy nie zdołali zdać egzaminów przed powstaniem, organizowano je teraz (Jerzy Pniewski, który egzaminował z fizyki, wspominał, że jedna tylko osoba nie uzyskała oceny pozytywnej)81. Inni kandydaci wykazać się mieli maturą. Ponieważ archiwa większości szkół warszawskich przepadły, komisja weryfikująca świadectwa miała kłopoty z ustaleniem wyników. Ministerstwo Oświaty zalecało, by „nie ukrzywdzić młodzieży szkół warszawskich” i nie organizować konkursu matur, nie żądać ocen z poszczególnych przedmiotów i kierować się „ogólnym wynikiem pomyślnym” matury. Kandydaci, którzy utracili świadectwo dojrzałości, mieli przedłożyć zaświadczenie sądu o wszczęciu sprawy o odtworzenie. Problem stanowiły też dzieci wciągnięte na niemieckie listy narodowe: wymagano zaświadczenia o złożeniu deklaracji wierności „Narodowi i demokratycznemu Państwu Polskiemu”, względnie orzeczenia rehabilitującego lub wniosku o takie orzeczenie. Pierwszeństwo zyskać miały natomiast osoby, które brały udział w walkach wyzwoleńczych, konspiracji, były więźniami politycznymi lub powracały z obozów. We wrześniu ministerstwo zarezerwowało 10–15% miejsc do swej dyspozycji, samo określało listy wedle powyższych kryteriów i reagowało ostro w wypadku oporu uczelni82.

Rekrutacja była tyleż skomplikowana, ile żywiołowa. Trudno wręcz pisać o rekrutacji, gdy mowa o odtwarzaniu strzępów dawnej społeczności i przyjmowaniu kandydatów wedle rozmaitych list, priorytetów i poparcia różnych organizacji. Obrazem sytuacji mogą być wyniki egzaminu wstępnego na Wydział Lekarski. Zorganizowany 2 X 1945 r., dotyczyć miał „podstawowych wiadomości z zakresu fizyki, chemii i biologii”. Zgłosiło się 657 chętnych na 150 miejsc. Wynik egzaminu miał być „korygowany” przez „osobiste zasługi kandydatów w okresie wojny i okupacji oraz przez wiek i stracone z powodu wojny lata od chwili uzyskania matury. Dziekanat również starał się w przypadkach, gdzie mu to było wiadome, że kandydat pochodzi ze sfer robotniczych lub włościańskich, przyjąć tych kandydatów, nie krępując się wynikami egzaminu”. Nie było to łatwe, gdyż w życiorysach nie zawsze wskazywano pochodzenie (rzecz niedopuszczalna kilka lat później). Nie dość na tym. Specjalnie traktowano także „repatriantów zza Buga”, starano się zachować „pewną równowagę” między płciami (przyjęto około 45% kobiet), a po wywieszeniu list dokonano dodatkowych przyjęć wskutek interwencji i „wyjaśnień”. Liczba przyjętych wyniosła 23083. Zapewne i ona nie była ostateczna, ponieważ na przełomie 1945 i 1946 r. na UW napływali dawni studenci i chętni do podjęcia nauki wychodzący z obozów czy wracający z emigracji. Ci ludzie po przejściach odnaleźć się musieli na gruzach uczelni, która przywracała jednak życiu pewien rytm. Pierwszy rok powojenny podzielony był, jak dawniejsze, na trymestry. Strzępy przedwojennych książek służyły jako podręczniki. Kilka sal dydaktycznych, zaopatrzonych w tablice i komplety mebli, przypominało realia Uniwersytetu, zwłaszcza gdy wiosną można było zdjąć ciężkie okrycia, w których siedziano na zajęciach zimą.

Atmosfera improwizacji, braki kadry i pomieszczeń sprzyjały mało sformalizowanym relacjom, zaś Uniwersytet nabrał ducha edukacji bardzo liberalnej: studenci chodzili na zajęcia z wielką dowolnością, pojawiali się i znikali. Frekwencja na wielu wykładach była bardzo niska. Rektorat w maju 1946 r. wzywał, aby rozpoczynano zajęcia punktualnie, nie czekając na zapełnienie sali: „Dwu słuchaczów powinno wystarczyć do rozpoczęcia zajęć”84. Jak tłumaczył Borowy, przedwojenny porządek „z dziesiątkami godzin wykładów, ćwiczeń, konwersatoriów itd.” nie odpowiada młodzieży, która

przywykła do systemu szkolnego i kieruje się wskazówkami starszych kolegów, którzy w czasie konspiracji w tym systemie całe studia odbyli. Młodzież ta pyta przede wszystkim, co jest obowiązujące. I dowiaduje się, że ćwiczenia pani Szmydtowej, Wierczyńskiego i językowe. Na te więc chodzi, z innych rzeczy rezygnując – zwłaszcza, że każdy prawie wykład gdzie indziej, odległości duże, a – na dobitkę – nie brak i kolizyj85.

Z drugiej strony plany zajęć były wciąż niepełne, zwłaszcza na kierunkach ścisłych i eksperymentalnych, wymagających specjalistycznych urządzeń. „To skądinąd nader korzystne dla narodu garnięcie się młodzieży do czystej nauki stawia Wydział Matematyczno-Przyrodniczy w niezmiernie ciężkim położeniu” – pisał dziekan jesienią 1945 r.86 Pierwsze laboratoria farmaceutyczne improwizowano w warunkach „niesłychanie prymitywnych” przy ul. Grochowskiej; w lutym 1946 r. uruchomiono pracownię w budynku przy ul. Złotej 7 (użyczonym przez Naczelną Izbę Lekarską). W marcu rozpoczęły się zajęcia laboratoryjne z fizyki (wykłady trwały od kilku tygodni), które prowadzili przypadkowo zebrani naukowcy. Jesienią 1946 r. nie istniała wciąż żadna pracownia chemiczna ani fizyczna dla starszych lat. Skrajna ciasnota była doświadczeniem powszechnym. Przybywanie pracowników i studentów, sprowadzanie pomocy naukowych, zwłaszcza książek, które zalegały w pryzmach, wymagało poszukiwania lokali na wynajem lub użyczenie. Wykłady odbywały się w podziemiu Muzeum Narodowego i w bibliotece Szkoły Głównej Handlowej. Trzy piętra przy ul. Smulikowskiego 4 wynajęto od ZNP dla Instytutu Pedagogicznego. Wydział Humanistyczny miał jesienią 1946 r. jedną salę wykładową. Instytut Orientalistyczny był „tabliczką na drzwiach jednego pokoiku” w Gmachu Pomuzealnym, zajmowanego przez dwóch profesorów i asystenta. Wydział Teologii Ewangelickiej mieścił się w salce przy spalonym zborze przy pl. Małachowskiego, Zakład Geograficzny do 1947 r. – w mieszkaniu geologa Jana Samsonowicza przy ul. Wilczej 2287.

„Manteuffel [...] działał sam, nikogo nie pytając o zgodę. W skrócie można powiedzieć, że zbierał ludzi, książki i klucze od pokoi” – wspominał Aleksander Gieysztor odrodzenie się Instytutu Historycznego88. Profesorowie krzątali się wraz ze studentami wokół praktycznych potrzeb zakładów, organizując zakupy, niekiedy z własnej kieszeni, i korzystając z prężnie odradzającego się życia gospodarczego, które wspominane będzie z nostalgią. Pinezki kupowano w firmie Szostakowskiej przy ul. Dobrej, sznurek u Karczewskiej przy ul. Kopernika, zeszyty i ołówki u Strusińskiego przy ul. Marszałkowskiej, tablice u Doroszki przy ul. Młynarskiej. Książki zamawiano w prywatnych księgarniach, sprowadzających także nowości zagraniczne. Od 1946 r. korzystano z niezłych wyrobów krajowego przemysłu papierniczego (o papeterii i zeszytach tej jakości za kilka lat będzie można pomarzyć). Pracownicy przynosili też własne sprzęty i książki. Tego rodzaju sytuacje wpływały na szczególne więzi między studentami a kadrą, odznaczające się tradycyjnym dystansem, lecz i rodzajem zbratania w trudnościach. Wyrazem tego mogły być gesty solidarności ze strony studentów, gdy zwracali się do premiera o pomoc profesorom kursującym między Warszawą i Łodzią, lub gdy Bratnia Pomoc zapraszała profesorów do swej stołówki, gdyż w niedziele i święta stołówka pracownicza była nieczynna: „Będziemy szczęśliwi, goszcząc naszych Profesorów i wychowawców, dać Im odczuć nasz szacunek, przywiązanie i łączność wynikającą z pracy dla szczęśliwej przyszłości naszego Uniwersytetu”89.

Ten duch braterstwa wspominany będzie z nostalgią. Trzydzieści lat później, w epoce budowy „drugiej Polski”, minister nauki Sylwester Kaliski, ubolewając nad złą atmosferą na uczelniach, zwrócił się do rektorów:

Wielu z was, pamiętających studia z lat 1945–48, wie doskonale, że było to wtedy wspaniałe partnerstwo, istniała jakaś niezwykła, wielka kultura studentów, choć nie mieli tego wychowania co dziś, z jak wielkim taktem, z jakim wielkim szacunkiem odnosili się do swoich profesorów i odwrotnie. Istniała między nimi silna więź, a jednocześnie panowała dyscyplina w pracy i nauce90.

Minister rządu PRL odwoływał się – jako do krainy szczęśliwości – do epoki, w której jego partia nie zniszczyła jeszcze dawnego uniwersytetu z autonomią, Bratnią Pomocą, tradycyjną hierarchią. Krytyka tych zdarzeń nie była z pewnością intencją Kaliskiego. Można mu przypisać pewną idealizację przeszłości, właściwą wspomnieniom własnej młodości. Znamienne jednak, że wskazał na cezurę 1948 r., do której powracać będzie jeszcze chętniej oficjalna historiografia lat 80., poszukująca budujących odwołań do szlachetnej genezy formacji, którą „błędy i wypaczenia” stalinizmu zepchnęły ze słusznej drogi.

Życie studenckie

Nawiązanie ciągłości życia uniwersyteckiego oznaczało odtworzenie instytucji od dziesięcioleci wyrażającej interesy części społeczności studenckiej: Towarzystwa Bratnia Pomoc, czyli Bratniaka. Senat zatwierdził jego statut i zarząd 24 X 1945 r., a Ministerstwo Oświaty 12 VIII roku następnego nadało mu osobowość prawną. W momencie zatwierdzenia Bratniak ogłosił deklarację o „niepodległości i suwerenności Państwa Polskiego wywalczonej w krwawych zmaganiach z zalewem germańskim”, afirmację odbudowy oraz uznanie pracy za miernik wartości jednostki91. Wśród organizatorów były osoby, których droga życiowa, naznaczona przez uczestnictwo w Szarych Szeregach i Armii Krajowej, predestynowała tyleż do aktywizmu, ile do popadnięcia w kłopoty92. Bratniak odtwarzał tradycyjnie męski model działalności studenckiej: w 1946 r. wśród 20 członków Zarządu nie było ani jednej kobiety, 3 znajdowały się tylko wśród 6 zastępców członków. Dwa lata później w dwudziestoczteroosobowym Zarządzie zasiadały dwie kobiety – jedna jako wiceprzewodnicząca, zajmująca się kwestiami „samopomocy”, druga – szefowa tejże sekcji.

Bratniak podtrzymywał tradycję samoorganizacji i autonomii studenckiej, ale unikał zaangażowania politycznego i nawiązywania do przedwojennych zaszłości, które musiały go kojarzyć z „reakcją”. Wykazywać musiał spolegliwość wobec reżimu, organizując zarazem bogate i symbolicznie wyraziste życie publiczne społeczności studenckiej. Przygotowywał inauguracje roku akademickiego, rozpoczynające się w latach 1945–1948 wymarszami na msze w kościele św. Anny. Współorganizował takie wydarzenia jak uroczysta msza 30 V 1946 r., na której odnowiono Śluby Akademickie, czy msza na ingres abpa Hlonda. Urządzał na Cmentarzu Wojskowym obchody rocznic powstania warszawskiego. Na Bratniaka liczyli też studenci chcący brać udział w balach, choinkach i śledziach. Choinka 20 XII 1945 r. zgromadziła ponad 700 osób. Inauguracyjny bal na UW odbył się 9 II 1946 r. w Sali Kolumnowej. W pierwszym powojennym roku zapraszano na większe imprezy w strojach dowolnych, obiecując dobre bufety i orkiestry, ale na balu inaugurującym rok 1946/1947 obowiązywały już stroje wieczorowe. Rozliczne ówczesne imprezy uznać można za objawy dążeń wspólnotowych oraz odreagowania złych doświadczeń i przykrej teraźniejszości. Były też źródłem dochodów, dlatego do ich organizowania paliły się także stowarzyszenia czy koła naukowe. Bratniak prowadził taneczno-wokalne „Sobótki” karnawałowe, sekcje: żywego słowa, teatralną, literacką, muzyczną i chór, organizował koncerty, niektóre w dużych salach warszawskich, a także wysyłał orkiestrę na studenckie wczasy93. Od jesieni 1945 r. wydawał tygodnik „Akademik” – początkowo ścienną gazetkę, następnie kilkunastostronicowe, niewyraźnie odbite pismo w nakładzie 300–700 egzemplarzy. W redakcji pracowało 8 osób, z których 3 otrzymywały wynagrodzenie, ale wszystkie miały prawo do bezpłatnych obiadów. „Akademik” podkreślał swą apolityczność, miał interesujący zespół (m.in. Jerzy Ficowski, Aleksander Ścibor-Rylski, Andrzej Micewski, Miron Białoszewski), publikował rozważania społeczno-ideowe, poezję, felietony i ogłoszenia. Był jednak deficytowy, miał kłopoty z papierem, reklamą i dystrybucją94.

Bratniak obsługiwał powszednie życie studentów. Prowadził sekretariat (niech miarą jego wielkości będzie 7 maszyn do pisania w 1946 r.) oraz przedsiębiorstwa o własnym rozrachunku: stołówkę i firmę transportową. Wydawał bony uprawniające do konsultacji lekarskich, kierował studentów do ambulatoriów, organizował prześwietlenia płuc, rozdzielał odzież, żywność, tran i leki, prowadził pośrednictwo pracy i sprzedawał skrypty. Jego biura mieściły się w trzech pokoikach dawnej królikarni, zwanej też Belwederkiem, w zakątku dziedzińca. Wydawano tam karty żywnościowe, odzieżowe czy macierzyńskie „przez okienko, wychodzące na zewnątrz budynku, a interesanci wyczekiwać muszą nawet w największy mróz, stojąc na dworze”. Rektor przekazał także Bratniakowi pawilonik na dziedzińcu, w którym mieściła się dotąd pracownicza stołówka95. Towarzystwo otworzyło tam 24 XI 1945 r. stołówkę własną: „Z powodu braku stołów i krzeseł studenci jedli stojąc”96.

Pierwszy dochód stołówki pochodził ze sprzedaży przydziałowych ryb. Przydziały (głównie z Zarządu Miejskiego), a także własna hodowla świń (pod koniec 1946 r. 15 sztuk), mięso, warzywa i owoce z podwarszawskiego majątku Zaborów, który Bratniak wziął w dzierżawę97, jak również bufety na zabawach studenckich stały się źródłem dochodu. Stołówka wyrosła szybko na poważną instytucję, utrzymującą personel urzędniczy i techniczny (25 osób) oraz „14 Koleżanek Kelnerek”. Jesienią 1946 r. wydawała średnio 882 posiłki dziennie, fundowała obiady studentom w trudnej sytuacji życiowej, organizowała kolacje świąteczne, wydawała paczki żywnościowe oraz prowiant na turnusy wypoczynkowe i wycieczki. Zyskała obrusy na stołach, koszyczki na pieczywo oraz dostateczną liczbę łyżek i widelców, lecz nie noży (nóż jawił się wciąż jako „zabytek przedwojenny”). Panował w niej ogromny tłok, zwłaszcza w godzinie przerwy w wykładach (12.00–13.00), gdy nad jedzącymi stało wielu czekających na miejsce, „poganiając ich bez żadnego miłosierdzia”. Tłok wynikał też z faktu, że część bywalców uznawała stołówkę „za miejsce odpowiednie do wszelkiego rodzaju spotkań i załatwiania interesów”. Jednocześnie jakość posiłków była przedmiotem „ciągłych pretensji i narzekań Kol. Studentów”, co świadczyło chyba o względnej stabilizacji życia. Kierownictwo wyjaśniało to malejącymi przydziałami. Także ceny obiadów, choć nie miały nic wspólnego z drożyzną w warszawskich restauracjach, stanowiły wyzwanie dla studentów. Jesienią 1946 r. pojedynczy obiad kosztował 30 zł, karnet dziesięciu – 250 zł. Tymczasem miesięczny zarobek „Koleżanki Kelnerki” w stołówce wynosił 500 zł98.

Prymitywne warunki początkowego działania zmieniały się dzięki energii zaangażowanych, a także możliwości dość swobodnego gospodarowania, związanego jednak z systemem przydziałów i dotacji. Osobnym przedsiębiorstwem stała się sekcja samochodowa, której służyły trzy ciężarówki (GAZ, Bedford i GMC). Prezydium Bratniaka poruszało się po Warszawie terenowym willysem99. Rozmachowi działań zupełnie nie odpowiadały warunki lokalowe Bratniaka: kilka klitek i budyneczek przeznaczony do rozbiórki. Jesienią 1946 r. kierownictwo zwróciło się o przydział pozyskanych przez uczelnię ruin dawnego szpitala św. Rocha przy bramie uniwersyteckiej. Rektor wyraził zgodę, ale władze Warszawy zażądały wykazania środków na odbudowę. Bratniak wniósł zatem o zarządzenie obligatoryjnej zbiórki. W latach 1947–1949 każdy student wpłacał 100 zł na budowę Domu Studenta, co uwidaczniano stemplem w indeksie. Powstał komitet odbudowy z honorową przewodniczącą Wisłą Osóbką-Morawską, żoną premiera. Jesienią 1947 r. studenci i profesorowie pracowali przy oczyszczaniu ruiny. W Domu Studenta planowano umieszczenie Akademickiej Spółdzielni Wydawniczej z powielarnią i księgarnią, Akademickiego Banku Spółdzielczego, stołówki, pomieszczeń Bratniaka, sali odczytowej, pokojów kół naukowych, ambulatorium, świetlicy i czytelni, sali konferencyjnej100.

W Towarzystwie pojawiały się niemałe możliwości, przepływała przez nie masa dóbr z pomocy krajowej i zagranicznej. Wytwarzało to rozmaite pokusy. Na początku 1946 r. Uniwersytetem wstrząsnęła sprawa ogromnych nadużyć.

Jeden ze studentów-urzędników „zgubił” sto kilkadziesiąt paczek z UNRRA, zabrał przeszło sto tysięcy złotych i „wyjechał na wieś” – „na odpoczynek”. Wykryła to (łącznie z innymi jeszcze macherkami) Komisja Rewizyjna. Wobec tego prezes – aby „nie kalać honoru akademickiego” – zawiesił w czynnościach Komisję Rewizyjną. Wspólnicy spryciarza, korzystając z tego, wstawili do Kasy kwity na sumy, których brakuje. Z gorliwości jednak napisali ich za dużo

relacjonował Borowy. Wiosną zawieszono wiceprezesów i kierownika Sekcji Stołówkowej oraz intendenta101. Afera była bardzo niekorzystna nie tylko dla „honoru akademickiego”, ale dla wizerunku Bratniaka, atakowanego przez kreatorów tzw. nowej rzeczywistości.

2. Pierwszy powojenny rocznik studentów UW (1945/1946) odgruzowuje Warszawę – grupa z Wydziału Prawa na rogu ulic Marszałkowskiej i Widok

„Pierwsze starcie” nastąpiło, gdy władze represjonowały uczestników manifestacji trzeciomajowych 1946 r., szczególnie burzliwych w Krakowie102. Efektem było wrzenie w ośrodkach uniwersyteckich i apele o strajk powszechny. Bratniak UW oświadczył jednak, że „wezwania do strajku są postępkami wykraczającymi przeciw przepisom akademickim i państwowym, i godzą zarazem w żywotne interesy nasze”103. Mimo to masa studentów UW przyłączyła się do strajku ogólnopolskiego, który zaczął się 20 V 1946 r., a był reakcją na brutalność władz i aresztowania uczestników zajść trzeciomajowych. Strajk trwał 3 dni, a w jego trakcie doszło m.in. do demonstracji pod więzieniem przy ul. Rakowieckiej, w którym znajdowali się studenci104. Tonizowanie sytuacji nie było zadaniem łatwym, a przeróżne demonstracje polityczne tak czy owak szły na konto Bratniaka, na przykład w czasie organizowanej przezeń akcji odgruzowania stolicy, gdy studenci pisali farbą na swych kombinezonach „AK-ademik” i skandowali „Mikołajczyk!”, przejeżdżając na ciężarówkach obok siedziby PSL105. Strajki wywołały ostrą kampanię propagandową przeciw autonomii uczelni, utrzymywanych przecież przez klasę robotniczą, a także pogłoski o zmianach prawnych, mających tę autonomię przekreślić. Rektorzy zebrali się w Warszawie, by dać wyraz swej skłonności do oporu. Władze zdawały sobie z niej sprawę i zrezygnowały (na kilka miesięcy) z radykalnych projektów106.

Jak silna była pozycja środowisk akademickich wobec rządu niech świadczy zestawienie z sytuacją w ówczesnej Rumunii. Jej premier Petru Groza potrafił grozić zebranym rektorom, że pozamyka uczelnie w razie opozycyjnej agitacji: „Zrobię zupełnie bezpłatne nauczanie i odwołam się do robotników, aby przysłali dzieci po czterech klasach podstawówki na uniwersytet. Zrobię uniwersytet ludowy, a tych studentów, którzy podburzają na uniwersytetach, wyślę na spacer albo zrobię dla nich kolonię karną”107. W świetle późniejszych wypadków nie ulega wątpliwości, że podobne wyobrażenia o zaprowadzeniu dobrego porządku miała część twórców systemu w Polsce. Nie mogli ich wypowiadać tak dobitnie, lecz przygotowywali się do akcji w tym kierunku, wykorzystując nikłe liczebnie, lecz silne poparciem aparatu władzy organizacje młodzieżowe.

Jesienią 1946 r. działacze związanego z PPR Akademickiego Związku Walki Młodych „Życie” otrzymali zadanie sporządzenia „list proskrypcyjnych zawierających nazwiska zdecydowanych wrogów demokracji”, aby przyspieszyć usuwanie „faszystów” z uczelni. Listy powstawać miały metodą przeszukiwania „materiałów pisanych” (przedwojennych pism „oenerowskich, endeckich i sanacyjnych”) oraz obserwacji życia akademickiego. Polecano wyławiać na równi „kolaborantów z Niemcami”, członków NSZ, „aktywnych podżegaczy w czasie strajku” oraz ludzi, którzy, głosząc hasła antyustrojowe, „okazują się zdecydowanymi faszystami”. Zastrzegano jednocześnie, co zdaje się sprzeczne z duchem całej akcji, że nie należy „pochopnie oceniać ludzi na podstawie niezadowolenia z istniejącego systemu” lub „biernego udziału w akcjach antypaństwowych”. Działanie „Życia” zmierzać miało do zastąpienia „bezpłodnej wrogości w stosunku do wszystkich studentów właściwą pracą nad odciągnięciem mas studenckich od dotąd bezkarnych faszystów”108. Wyznana tu wrogość AZWM wobec „wszystkich studentów” wynikała z poczucia izolacji w zbiorowości, izolacji wielokrotnie wspominanej w dokumentach organizacji, zresztą zapewne także dla zyskania dodatkowego wsparcia ze strony patronującej jej PPR. Wsparcie stanowiła jednak sama ewolucja sytuacji politycznej.

Aktywna postawa tych, którzy pokładali malejące nadzieje w możliwościach pewnej kontynuacji działań Państwa Podziemnego, jawiącego się jako ciało obce w państwie należącym do „rzeczywistości”, narażała na coraz większe niebezpieczeństwo. Niektórzy decydowali się na działania nielegalne, płacąc za to nieraz najwyższą cenę, jak zaangażowani w organizację Wolność i Niezawisłość. Jesienią 1946 r. aresztowano jej członka Waldemara Baczaka, przewodniczącego Sądu Koleżeńskiego Studentów UW109. Przedstawiciel pokolenia Kolumbów, student prawa podziemnego Uniwersytetu, akowiec, waleczny żołnierz powstania, był doktorantem UW i pracownikiem MSZ. Oskarżony o zdradę, ponieważ nawiązał kontakty z pracownikami ambasady angielskiej, skazany został na karę śmierci i stracony, mimo zabiegów o ułaskawienie, w lutym 1947 r. Jego nazwisko powtarzano odtąd w propagandowych atakach na tych, którzy „broniąc jakoby honoru akademika, okazali się [...] najohydniejszymi zdrajcami narodu, ludźmi na usługach obcego wywiadu.”110.

Kierownictwo AZWM „Życie” wiosną 1947 r. oceniało, że większość studentów skłania się ku niewłaściwej stronie podziału ideologicznego. W programowym referacie zjazdowym dzielono społeczność na trzy grupy. Pierwsza miała być, jak wykazały „liczne procesy”, trzonem podziemnych organizacji. Druga znalazła swe miejsce w „demokratycznych” organizacjach, bliskich „Życiu”. Trzecią stanowiła olbrzymia większość, niezaangażowana, lecz „tradycyjnie i uczuciowo skłaniająca się ku grupie pierwszej”. Dlatego też w chwilach ostrzejszych tarć znaczna masa „stawała czynnie na pozycjach reakcyjnych, biorąc udział w awanturach”. Sytuację zmieniło rozbicie podziemia i zyskanie przez „demokratyczne” organizacje wpływu na Bratniaki, a także amnestia z lutego 1947 r. Większość studentów miała odtąd akceptować „rzeczywistość”, czy to z pobudek utylitarnych, czy światopoglądowych, czy też przystosowawczych. Ten nowy etap nie oznaczał jednak gaśnięcia walki ideologicznej. Bratniaki wciąż oskarżano o powiązania z „wrogiem”, piętnując zarazem próby czynienia z nich organizacji apolitycznych. Na polu walki ideologicznej nikt nie mógł aspirować do neutralności.

* * *

„Młodzież ciągle zapędzona w gonitwie za mieszkaniem i chlebem, ciągle walcząca o swój byt, o miejsce w szeregach przyszłej inteligencji, jest nerwowa, przemęczona, smutna” – pisała Helena Jodko-Narkiewicz w 1947 r., wskazując na niedostateczne odżywienie i ubranie, mieszkanie „w pokojach bez okien i węgla”111. Warszawa pełna była studentów szukających dachu nad głową. Nierzadko wymizerowani obozami i poniewierką, żyć musieli kątem, w warsztatach, wśród ruin, na dworcach. Wielu żywiło się głównie czarnym chlebem. Zgłaszali się codziennie do wielkiego akademika przy pl. Narutowicza. Nieliczni pomieścili się w domu Fundacji Domów Akademickich (FDA) przy ul. Polnej 50. Choć warunki życia w tych przepełnionych budynkach były trudne, zamieszkanie tam było niemałym szczęściem.

W maju 1946 r. otwarto Dom Akademiczek przy ul. Górnośląskiej 14, a dwa lata później Dziekankę przy Krakowskim Przedmieściu. Funkcjonowanie tych żeńskich akademików poprawiło sytuację części społeczności studenckiej, lecz ukazywało też dość poważne jej problemy. Jak w soczewce oglądać je można w relacji z ostrego konfliktu, do jakiego doszło wiosną 1948 r. w Domu Akademiczek, zamieszkanym przez ok. 420 studentek. Relację spisała kierowniczka, skłócona ze studentkami, i skierowała ją do Ministerstwa Oświaty. Niewątpliwie jednostronna, ukazuje ona jednak pewne cechy życia społecznego epoki. Wedle kierowniczki stosunki w Domu źle się ułożyły wskutek „powojennych warunków”, czyli „wielkiej rozpiętości wieku, nawyków, poziomu umysłowego mieszkanek i wreszcie nadmiernego zagęszczenia zajmowanych przez nie lokali”. Studentki rzucały przez okna śmieci i chlustały wodą, codziennością były „skargi, denuncjacje, kradzieże”. W tych warunkach kierowniczka, osamotniona wobec zbiorowości, starała się nawiązać współpracę ze starszymi mieszkankami, okazały się one jednak pozbawione „poczucia karności”, za to roszczeniowe. Samorząd istniał jedynie formalnie. Jeden z przewlekłych konfliktów wiązał się z używaniem sprzętów elektrycznych, powodujących przeciążenie sieci. Kierowniczka tolerowała „grzejnictwo”, lecz konfiskowała mocne żarówki i „zbędne aparaty”. Było to zapewne podłożem dojrzewania gniewu, który wybuchł z chwilą awarii elektryczności. Studentki najwyraźniej uznały ciemności za element represji. Reakcja była żywiołowa,

rozpoczął się bezpardonowy atak na kuchnię i samodzielne gospodarowanie wszystkich i o każdej porze, połączony ze znikaniem naczyń i sprzętu stanowiącego inwentarz stołówki. Zachowanie studentek było skandaliczne i wulgarne i stanowiło najgorszy przykład dla personelu. Wskutek takiej postawy mieszkanek – Zarząd stołówki wydał polecenie zamykania kuchni w godzinach największego natężenia pracy. W związku z tym rozpoczął się bojkot stołówki i chaos w całym Domu. W ciągu dwóch dni znikły lampy naftowe wydane na korytarze bez względu na niebezpieczeństwo wypadku. Zwoływano zebrania, bardzo nieliczne, ale burzliwe, rozwinięto agitację krzykliwą, niepoważną, śmieszną, w której brał udział element najbardziej niekarny, albo pozostający pod wpływem znanych malkontentek.

Pod tym samym wpływem wysłano delegacje „na wszystkie strony”, w tym jedną do Ministerstwa: jak się zdaje, pismo kierowniczki miało uprzedzić jakieś niekorzystne dla niej decyzje112. Model zachowania mieszkanek, na ile można je odtworzyć z cytowanego dokumentu, zdaje się ukazywać problemy, które narastać będą w następnych latach: autorytarne metody zarządzania i brak autentycznej reprezentacji, wywołujące nieufność i skłonność do osobistych interwencji w tzw. wyższych instancjach – owe „delegacje”, które w 1956 r. chodzić będą wprost do centrum władzy, aby ominąć traktowane z podejrzliwością instytucje pośrednie.

Inny problem objawiał się w funkcjonowaniu Dziekanki, która miała, wedle założeń, zarobić na siebie, zatem dyktowała wysokie opłaty miesięczne – w 1948 r. 6 tys. zł od osoby, co stanowiło wyzwanie dla córek robotników czy niższych urzędników, zarabiających około 8 tys. zł113. W relacjach prasowych Dziekanka była przykładem niewłaściwej polityki społecznej, mimo systemu stypendiów i zniżek dla sierot. Władze miały przecież dążyć do wyrównywania szans. Casus Dziekanki wskazywano jako sprzeczny z propagowanymi „zasadami pierwszeństwa”, czyli promowaniem studentów z uboższych warstw społecznych.

„Zasady pierwszeństwa” odciskały się na systemie stypendialnym, który – choć zasadniczo funkcjonował zgodnie z przedwojennymi przepisami – od 1947 r. korygowany był przez ministerstwo, które oczekiwało powiązania świadczeń z pochodzeniem społecznym studentów. Zakres pomocy uznawano jednak za zbyt niski, aby spowodował istotną zmianę społeczną, a system stypendialny – za silnie związany z realną tkanką społeczną, którą elity władzy, zwłaszcza „pepeerowskie”, uznawały za dziedzictwo dawnej struktury klasowej. Był to bowiem nadal system mało scentralizowany, a znaczna część stypendiów fundowana była przez instytucje samorządowe i osoby prywatne. W 1946 r. typowe stypendium wynosiło 500 zł, tyle też mniej więcej można było sobie miesięcznie dorobić na korepetycjach czy handlu. Z trudem pozwalało to na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych: „Ratuje nas tran, którego wiele z nas otrzymało z Bratniaka po pół litra”114. Studenci liczyć musieli także na paczki z domu, własną zaradność, na przydziały i racjonowanie. Zakres ubóstwa obrazować mogą wykazy przydziałowych spodni z darów zagranicznych, które Bratniak dzielił w 1947 r. na „liche” i „dobre”, podobnie jak mundury z demobilu. Na tzw. karty odzieżowe studenci otrzymywali w sklepach obuwie skórzane, a raczej powinni byli otrzymywać; butów skórzanych brakowało. Sklep przy ul. Marszałkowskiej organizował losowanie: kto wylosował obuwie płócienne, otrzymywał w ramach zadośćuczynienia trzy pary115.

Niedożywienie, strach przed gruźlicą i innymi chorobami zakaźnymi skłaniały do intensywnej organizacji systemu ochrony zdrowia. Jesienią 1945 r. powstała Pomoc Lekarska Młodzieży Akademickiej m.st. Warszawy (PLMA), przez studentów nazwana „Palmą”. Była to instytucja ogólnowarszawska, ale osadzona w strukturach Wydziału Lekarskiego UW: jej sekretariat znajdował się w siedzibie Koła Medyków (ul. Oczki 7), a buchalteria w kwesturze uniwersyteckiej. Kierowana miała być zawsze przez profesora Wydziału Lekarskiego, ale w Zarządzie byli delegaci innych uczelni i przedstawiciele młodzieży, wybierani przez Bratnią Pomoc. „Palma” zapewniała przychodnie i wizyty domowe, leczenie szpitalne i sanatoryjne, zniżki na leki czy okulary, profilaktykę, zapomogi na kuracje. Na początku 1946 r. zatrudniła 35 lekarzy, otworzyła punkty i ambulatoria oraz zawarła umowy ze szpitalami warszawskimi. Były to siły i środki nikłe jak na 10 tys. studentów uprawnionych do świadczeń, jednak zdaje się, że lekarze „Palmy” pracowali ponad miarę wyobrażalną w późniejszych okresach. Fundusze na hospitalizację stale przekraczano, bowiem wśród studentów znajdował się „duży odsetek takich, którzy powrócili z obozów koncentracyjnych wzgl[ędnie] więzień lub brali czynny udział w walkach z okupantem, a w związku z tym stan ich zdrowia wymaga intensywnego i pełnego leczenia”. Zarząd opłacał w całości leczenie studentów, „którzy utracili zęby w obozach, więzieniach”. Studenci w ciężkich warunkach materialnych byli zupełnie zwolnieni z opłat za leki, podobnie jak chorzy na gruźlicę, jaglicę i choroby weneryczne. Poważnym problemem była gruźlica, wymagająca finansowania ponad regulamin świadczeń. Mimo elementarnych braków zorganizowano badania masowe: udało się przebadać wszystkich kandydatów na uczelnie na rok 1946/1947. Chorymi zajmowała się Akademicka Poradnia Przeciwgruźlicza; kierowano ich do sanatoriów w Zakopanem. „Palma” pokrywała też koszty leczenia wypoczynkowego na Dolnym Śląsku116.

Do zbiorowego wypoczynku przywiązywano wielkie znaczenie, nie tylko w związku z polityką władz, które z masowych wczasów uczynić chciały element „rewolucji społecznej”. W pędzie do podróży i przygody zapominano o traumatycznych doświadczenia wojny i trudnej codzienności; wyjazdy służyły także ratowaniu zdrowia. Nowe realia zdawały się ułatwiać tworzenie bazy rekreacyjnej. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych pozostało wiele dobrych pensjonatów. W kwietniu 1946 r. zarząd Bratniaka objechał „zachód” i pozyskał trzy domy (nazwane „Bratniak”, „Zacisze” i „Olimp”) w Bad Schwarzbach, czyli Leśnym Zdroju (od 1946 r. Czerniawie Zdroju) pod Jelenią Górą. Pisano, że wille „w prześlicznej miejscowości” wyposażone są „w pościel, bieliznę, meble, naczynia kuchenne. Tak że student wyjeżdżający zabiera ze sobą wyłącznie rzeczy osobiste. Pokoje są dwuosobowe i jednoosobowe, czystość absolutna. [...] Zimą wspaniałe tereny narciarskie, latem odpoczynek i kuracje lecznicze w zdrojowisku”. W tym czasie remontowano pałac w podwarszawskim majątku Zaborów. Wyposażony w 200 łóżek, oferował „warunki prymitywne, ale wystarczające całkowicie do wypoczynku tem przyjemniejszego, że może być połączony z pracą odpowiedzialną na terenie majątku, czy to przy zbiorach, czy też przy współpracy oświatowo-kulturalnej z okoliczną ludnością”. W roku 1946/1947 wysłano na wczasy 2,5 tys. studentów (w tym 500 bezpłatnie) do pięciu już domów w Czerniawie Zdroju i tyluż w Międzyzdrojach117. Warunki wypoczynku były zwykle bardzo skromne, nieporównywalnie jednak lepsze od egzystencji w zrujnowanej Warszawie.

Ciągłość i zmiana

Życie Uniwersytetu w latach 1946–1948 naznaczone było przez dwie główne, przeciwstawne tendencje: dążenie do odtwarzania stosunków przedwojennych i presję na zasadnicze zmiany. Ta druga tendencja miała zwyciężyć w 1948 r., wraz z uformowaniem się dyktatury typu stalinowskiego, obiecującej przebudowę wszelkich instytucji społecznych. Byłoby jednak nieporozumieniem twierdzenie, że sama w sobie uczelnia wyrażała tendencję pierwszą, starając się trwać jak wyspa, podmywana przez niespokojne fale „nowego”. Nie, uczelnia odrodziła się i rosła w warunkach reżimu, przejawiającego coraz wyraźniejsze dążenia totalitarne, które jej zagrażały, lecz nie mogła rozwijać się jako ciało obce. Na tym polegał dramatyzm sytuacji wszelkich odziedziczonych z przeszłości instytucji społecznych powojennej Polski.

Pchany przez reżim ku „nowemu”, Uniwersytet ciążył w nawykach większości kadry i poglądach większości studentów ku „staremu”, lecz wraz ze zmianami w świadomości zbiorowej, z napływem nowych studentów i nowej kadry, siłą rzeczy ulegał przeobrażeniu. Odbudowując się, korzystał z realnej wciąż autonomii społeczeństwa wytwarzającego instytucje gospodarcze i kulturalne, które mogły być partnerami uczelni. Aby jednak odbudować się naprawdę, musiał liczyć na administrację rządową. Bronił przed tą administracją swej autonomii, stopniowo ograniczanej i likwidowanej, lecz także korzystał z etatystycznych praktyk, powiększając swą bazę materialną.

Odbudowa uczelni była w pierwszym okresie domeną ruchu społecznego, zabiegającego o korzystne decyzje aparatu władzy, lecz spontanicznego, wspieranego przez ogólnopolską aktywność obywatelską. Na odbudowę UW płynęły datki z całego kraju. Akcję ich zbierania organizowały m.in. organizacje młodzieżowe, które w kwietniu 1946 r. uroczyście przekazały rektorowi 50 tys. zł. W tym okresie gesty takie, raczej symboliczne, oraz dobra wola kadry i studentów nie mogły już załagodzić sytuacji – jak pisał rektor jesienią – „katastrofalnej, grożącej załamaniem całego biegu studiów”. Studiujący wypełnili wszelkie rezerwy powierzchni, wszystkie zakamarki na wpół zrujnowanych budynków i wynajęte w mieście sale. Jedynym wyjściem zdawało się pozyskanie nowych nieruchomości i zwiększenie kredytów. Komunalizacja gruntów warszawskich i praktyka przejmowania na cele publiczne budynków prywatnych, w tym pałaców arystokratycznych, dawały Uniwersytetowi nowe możliwości. Rektorat zwrócił się do Państwowej Komisji Lokalowej o przyznanie nieruchomości wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia: Szpitala Świętego Rocha, pałaców Czetwertyńskich i Potockich. Były to ruiny o wielkim potencjale. Argumentowano, że powierzchnia użytkowa UW zmniejszy się z chwilą zburzenia resztek Auditorium Maximum oraz gmachu Biblioteki. Do realizacji tych zamierzeń, zdumiewających zwłaszcza w odniesieniu do BUW, nie doszło, natomiast uczelnia wskazane nieruchomości dostała. W tymże roku rektor zwracał się do Biura Odbudowy Stolicy o przyznanie 20 nieruchomości przy Krakowskim Przedmieściu (na mieszkania dla pracowników, biura i siedziby instytutów), a także terenu przyległego do gmachu Fizyki przy ul. Hożej. Także te oczekiwania zostały spełnione118.

Zarazem jednak uczelnia traciła wpływ na bieg własnej odbudowy. We wrześniu 1946 r. minister odebrał jej kierowanie częścią prac i przekazał je Warszawskiej Dyrekcji Odbudowy. Na placach budowy rysowały się w tym czasie większe trudności, które oddawała uwaga intendenta na temat Pałacu Kazimierzowskiego: „roboty wstępne przy odbudowie, dalej wstyd mi pisać”. Narastające kłopoty były związane ze zmianą klimatu gospodarczego, a zwłaszcza rozprawą z sektorem prywatnym. Rosła zależność od decyzji tzw. kompetentnych czynników. Wymuszało to spolegliwość, sprzyjało kulturze nieformalnych porozumień i „dojść”, a w istocie służyło arbitralności decyzji i dominacji politycznej. W 1948 r. roboty na UW prowadziły wciąż wybierane w przetargach prywatne firmy, działające – jak można sądzić ze starannej dokumentacji – wedle przedwojennych zasad, choć oczywiście w zmienionym otoczeniu gospodarczym. Firma Rżysko i Szreder remontowała gmach Chemii, firma Słapczyński – budynek przy ul. Przemysłowej 25, spółdzielnia Dźwignia – Pałac Kazimierzowski, którego stolarkę powierzono firmie Urbanowicz. W tymże roku kilka umów zerwano, a niektóre prace (Pałac Kazimierzowski, Chemia) przekazano bez przetargu Stołecznemu Przedsiębiorstwu Budowlanemu119. Obiecywano zarazem uczelni wielkie inwestycje. Na początku 1948 r. omawiano z przedstawicielami BOS-u projekt nowej dzielnicy uniwersyteckiej, mającej powstać na Polu Mokotowskim i pomieścić wszelkie władze UW oraz wydziały: Lekarski, Farmaceutyczny, Weterynaryjny i Matematyczno-Przyrodniczy. Przy Krakowskim Przedmieściu pozostałyby wydziały: Humanistyczny, Prawny i Teologiczny, zaś stary BUW zostałby powiększony o dwa sąsiednie budynki. Plan rozbudowy wiązał się z założeniem, że w ciągu 10 lat uczelnia rozrośnie się do 15 tys. studentów, czyli dwukrotności stanu z 1948 r.120

Wśród zabiegów o wsparcie administracji rządowej UW próbował bronić się przed omnipotencją tej administracji. Centralizacja zarządzania uczelniami wynikała tyleż z chęci przyspieszenia odbudowy i promocji kadr, ile z rysującego się projektu politycznego, ogarniającego wszelkie dziedziny życia. Wiosną 1946 r. „duże poruszenie w Uniwersytecie” wywołały informacje o przygotowywaniu dekretu, który zawieszałby autonomię szkół wyższych, podporządkowując je radzie złożonej z nominatów premiera oraz przedstawicieli związków zawodowych i organizacji społecznych. Projekt nie został publicznie przedstawiony; sondowano reakcję środowisk uczelnianych. Zjazd rektorów krytykował ministerialne plany. Borowy zapisał, że „nowa ustawa akademicka już zadecydowana. Skrzeszewski prosił jakoby delegację zjazdu rektorów tylko o to, żeby nie krytykowali. Bagatela!”121. W październiku 1947 r. ogłoszono dekret, który znacznie ograniczał autonomię, poddając uczelnie „władzy naczelnej” ministra oświaty, zyskującego prawo przekształcania ich wewnętrznych struktur (otwierania, zamykania i nazywania wydziałów, katedr i kierunków studiów). Senaty straciły prawo obierania rektora, a wyraźniej zajęły się sprawami budżetowymi. Dekret stanowił, że rektorów szkół akademickich mianuje, na wniosek ministra uzgodniony z Radą Główną ds. Nauki i Szkolnictwa Wyższego, sam prezydent Rzeczypospolitej, przy czym szkoła uprzednio przedstawiała trzech kandydatów, wybranych przez zebranie przedstawicieli profesury. Ta złożona procedura pozostała jednak na papierze, ponieważ sam dekret zawieszał jej stosowanie na 5 lat – de facto rektorów powoływał minister122. Dekret wzmacniał jego władzę, choć powoływał dość mocny organ konsultacyjny w postaci wspomnianej Rady Głównej, która stała się niejako protezą autonomii uniwersyteckiej. Jej członkowie powoływani byli jednak przez prezydenta na wniosek ministra. W szkołach wyższych wprowadzono stanowiska dyrektorów administracyjnych, powoływanych również przez ministra. Regulacje dekretu, jak ocenia Teresa Suleja, nie zburzyły zupełnie liberalnego porządku, a Senat „pozostawał wciąż faktycznym gospodarzem uczelni”123. To jednak, jak się zdaje, perspektywa narzucona przez późniejsze wydarzenia.

* * *

Struktura organizacyjna i w dużej mierze personalna UW w roku 1947/1948 zdawała się tworzyć kontynuację z okresem międzywojennym. Administrację uczelni stanowił Sekretariat z kierownikiem na czele. Działem I Sekretariatu była Kancelaria z przedwojennym referendarzem Cezarym Kunderewiczem i dawnymi podreferendarzami, czworgiem sekretarzy administracyjnych (w tym jedną urzędniczką przedwojenną) i gronem urzędników kontraktowych, w 1938 r. złożonym z 5 osób, a w 1947 r. z 17 (w tym tylko jednej ze stażem przedwojennym). Działem II była Kwestura, którą kierował dawny kwestor Antoni Lachowicz i w której był ten sam kierownik Rachuby Wacław Łapiński. Działem III była Intendentura z dawnym intendentem Aleksandrem Zielińskim i dawnym podreferendarzem. Z przedwojennego grona 3 sekretarzy Intendentury, teraz rozrośniętego do 5 osób, przetrwał jeden urzędnik. Dział IV stanowiły Kancelarie Dziekanatów, w których obsadzie zaszły duże zmiany. Uwagę zwracała pani sekretarz Kancelarii Wydziału Prawa, która pełniła tę funkcję przed wojną (i mieszkała w tym samym miejscu, przy ul. Grójeckiej). Długi staż miały też kierowniczki kancelarii wydziałów Matematyczno-Przyrodniczego i Farmaceutycznego. Cały Sekretariat odpowiadał wielkością przedwojennemu (około 60 pracowników), ale zmieniły się ponad trzy czwarte kadry. Zwiększyła się grupa kobiet, których było w 1938 r. 34, a w 1947 r. 41. Większość ważnych funkcji sprawowali nadal mężczyźni, chociaż w zastępstwie urlopowanego kierownika całością Sekretariatu kierowała Natalia Batowska.

Ciągłość instytucjonalną administracji UW zerwała „reorganizacja” (ówczesne słowo klucz) w roku 1948/1949, odzwierciedlająca ogólne dążenia do centralizacji i „jednoosobowego kierownictwa”. Pojawił się dyrektor administracyjny (Mieczysław Skrzetuski), który liczyć się musiał bardziej z administracją ministerialną niż z rektorem i Senatem. Dyrektorowi podlegały działy administracji uformowane na nowo, w sposób, który ukazywał spadek samodzielności wydziałów i wzrost znaczenia „spraw osobowych”, teraz zwanych „personalnymi”. Powstał centralny Sekretariat, jako dział I administracji, do którego włączono sekretariaty Dziekanatów. Zatrudniał 16 osób, w tym 14 kobiet. Działem II było Biuro Personalne, zatrudniające 6 osób. Działem III – Kwestura, którą kierował Wacław Łapiński (dawniej kierownik Rachuby). W 1938 r. zatrudniała ona 19 osób, a w 1949 r. – 20. Działem IV, Biurem Gospodarczym, czyli dawną Intendenturą, kierował były intendent Zieliński. W Intendenturze pracowało w 1938 r. 10 osób, w Biurze Gospodarczym 16. Działem V był Sekretariat ds. Studenckich, w którym pracowało 11 osób, w tym 10 kobiet (oczywiście, mężczyzna był kierownikiem). W nowej strukturze administracja rozrosła się, zatrudniając 69 osób, przy czym zmniejszyła się grupa kobiet (33), nie sięgając połowy zatrudnionych. Nie tylko z tego powodu reforma nie musiała oznaczać rewolucji w administrowaniu Uniwersytetem. Przez kilka jeszcze lat aktywni w nim będą ludzie o doświadczeniu przedwojennym, nadający pracy pewien klimat i próbujący realizować dawne wyobrażenia o funkcjonowaniu uczelni. Było to jednak coraz trudniejsze. Zmieniała się bowiem zasadniczo atmosfera życia.

W pierwszej połowie 1948 r. Ministerstwo Oświaty zaczęło mobilizować uczelnie do „uporczywej walki o wzmożenie wydajności pracy i jej dyscypliny”. W maju Senat UW wezwał dziekanów do opracowania planów owego „wzmożenia”. Wydział Teologii Katolickiej podkreślił w odpowiedzi konieczność pogłębienia znajomości greki i łaciny wśród studentów, a także poprawy zaopatrzenia w zagraniczne czasopisma naukowe. Nie tego rodzaju „wzmożenie” leżało w intencjach Ministerstwa. Jak zwykle zresztą naciski administracji prowokowały jednostki naukowe do przedstawiania list niezałatwionych problemów. Wydział Weterynaryjny przypominał, że jego gmach zajęty jest wciąż przez Szpital Miejski i zauważał, że jeśli „rygory wymagań” wobec studentów mają być zwiększone, winni oni otrzymać stołówkę i akademik. Wydział Prawa oceniał, że realizacja planów jest trudna z powodu braku „stałego kontaktu ze środowiskami naukowemi za granicą”. Zauważał też, że „wzmożenie” byłoby realne tylko przy ukróceniu swobody uczęszczania na wykłady i wyboru terminu egzaminów, zaś wprowadzenie tego rodzaju „gimnazjalnego” sposobu studiowania doprowadziłoby do „opustoszenia wydziału prawa, gdyż przeważna część uczniów, żyjąca z pracy zarobkowej, musiałaby ten wydział opuścić”124.

Z takich konsekwencji „wzmożenia” zdawały sobie sprawę władze oświatowe, jednak znajdowały odpowiedź, wpisaną w forsowany przez nie radziecki model szkolnictwa wyższego. Kadra uniwersytecka, jak widać, nie brała pod uwagę takiego zakresu jego naśladowania, jaki miał się stać rzeczywistością. Model ten wydawał się do niedawna egzotyczny. Latem 1945 r. znajomi opowiadali Borowemu, po pobycie w Moskwie, o niepospolitych wynikach tamtejszego szkolnictwa wyższego, które cieszyć się miało ogromną sprawnością kształcenia. „Ale też i rygory i zachęty nie byle jakie” – notował Borowy, wymieniając dyscyplinę studiów, nakazowe zmiany kierunku, podział na grupy ze starostami na czele, kontrolę koleżeńską i rywalizację grupową125. Takie rozwiązania przyjmowały pod koniec dekady polskie władze. Wśród rygorów i zachęt znaleźć się miały także masowe stypendia, niemal bezpłatne akademiki, ale również zakaz podejmowania pracy w czasie studiów. Czas ten miał się zresztą skrócić: zakładano przyspieszenie „masowego szkolenia”. Jesienią 1948 r. podzielono studia na trwające 3,5 roku studia zawodowe (I stopnia) i dwuletnie studia akademickie (II stopnia), które dawały tytuł magistra, lecz na które postąpić mogło jedynie 10–15% absolwentów I stopnia, teoretycznie najlepszych i przeznaczonych do pracy naukowej126.

Argumenty przedstawiane przez Wydział Prawa były więc bezprzedmiotowe. Tym bardziej, że płynęły na uczelnię masy „nowych” studentów, mających się różnić przekrojem społecznym, oczekiwaniami i poglądami od tych, którzy dotąd na UW dominowali.

„Planowa rekrutacja”

W 1947 r. ustanowiono tzw. planową rekrutację na studia, co oznaczało potraktowanie szkół wyższych jak węzełków sieci kontrolowanej przez Ministerstwo Oświaty. Stopniowo powiększało ono rejestry grup zwolnionych z egzaminów wstępnych. Byli to żołnierze czasów wojny (za zaświadczeniem władz wojskowych), uczestnicy walki zbrojnej (co poświadczały odpowiednie związki), byli więźniowie polityczni („o ile nie dopuścili się zbrodni albo występku”), ale także „osoby zasłużone w pracy społecznej” i „w odbudowie gospodarczej kraju”, którym zaświadczenia wystawiać miały organizacje młodzieżowe, związki zawodowe i Związek Samopomocy Chłopskiej127. Zwłaszcza dwie ostatnie kategorie miały nader nieostre granice. Wprawdzie zwolnieni z egzaminu nie mogli, wraz z repetentami, stanowić więcej niż 20% przyjętych na pierwszy rok, lecz zdaje się, że nie przestrzegano tego odsetka. Skutki nowego systemu były poważne. Jak pisał jesienią 1947 r. dziekan Wydziału Humanistycznego UW, organizacje wskazane w rozporządzeniu nader często „gorąco polecały swych członków i protegowanych zamiast stwierdzić, jakie były zasługi polityczne, społeczne czy kulturalne kandydatów”128. Lista organizacji, jakie ich rekomendowały, była dłuższa niż w rozporządzeniu, czyniły to bowiem także partie polityczne. Polska Partia Robotnicza przesyłała na UW listy nie tyle rekomendowanych, ile „skierowanych na studia”, co obrazowało zakres jej wpływu. W tym czasie kierownictwo Ministerstwa Oświaty otrzymało zadanie partyjne, aby blokować dostęp na studia „elementom jawnie reakcyjnym”, a wspierać członków partii, ZWM i „aktywniejszych demokratów”129.

W 1948 r. nacisk ten się wzmagał. W maju zwolniono z egzaminów absolwentów wstępnego roku studiów i osoby skierowane przez wojsko. Pierwszeństwo zyskały formalnie dzieci robotników i chłopów oraz inteligencji pracującej, zwłaszcza ze środowisk „mających utrudniony dostęp do kultury”, młodzież autochtoniczna Ziem Odzyskanych, kandydaci wykazujący się co najmniej roczną „pracą społeczną w organizacjach młodzieżowych” lub pracą zawodową związaną z danym kierunkiem studiów. Latem 1948 r. rozszerzono listę o osoby, które służyły w turnusie letnim Służby Polsce, rok później – o absolwentów Oficerskiej Szkoły Prawniczej (na prawo). Wtedy także zawężono kategorię pochodzenia chłopskiego do dzieci chłopów małorolnych i średniorolnych. Dzieci inteligencji pracującej, by zachować priorytet, musiały wykazać się pracą społeczną130.

W 1948 r. wprowadzono egzamin wstępny z „nauki o Polsce współczesnej”, zaś w komisjach rekrutacyjnych pojawił się tzw. czynnik społeczny, czyli aktywiści organizacji i związków zawodowych. Miał to być „oręż w ręku mas ludowych w ich walce o demokratyzację wyższego szkolnictwa”. Bojowy tygodnik „Po Prostu” wskazywał, że oręża tego nie zawsze używano, pojmując egzamin z wiedzy o Polsce jako probierz wiedzy, a nie świadomości. Nie drążono spraw pochodzenia kandydata i środowiska, w jakim kształtowała się jego „świadomość klasowa”. Przedstawiciele organizacji zawodowych i chłopskich nie stawali na wysokości zadania, zaś „tylko delegaci młodzieży dać mogli pełną gwarancję dostatecznej czujności klasowej”. Niestety, w Warszawie zrezygnowano z udziału Związku Akademickiej Młodzieży Polskiej (ZAMP) w komisjach131. Rok później błędu tego nie powtórzono.

W 1948 r. przyjęto na UW 3144 studentów. Połowa legitymowała się pochodzeniem inteligenckim (51,5%), 29,1% robotniczym i 19,4% chłopskim. Kategorie te podlegały manipulacjom, kandydaci dobrze już bowiem znali oczekiwania. Nowo przyjęci wtopili się w społeczność 8173 studentów UW. Struktura tej społeczności zmieniała się. Procent studiujących pochodzenia inteligenckiego spadł z 62,1% w 1946/1947 r. do 58,3% dwa lata później, robotniczego wzrósł z 21,2% do 25,5%, a chłopskiego spadł z 16,7% do 16,2%. Trwała była przewaga kobiet (ok. 54%), nieco większa niż wśród nowo przyjętych na poszczególne lata, co świadczyłoby o silniejszym wykruszaniu się mężczyzn132. Ogólne tendencje władze uznawały za pomyślne, ale wyniki rekrutacji 1948 r. – za niezadowalające. Rok później, po nastaniu hegemonii PZPR, aparat rekrutacyjny został znacznie lepiej „ustawiony”.

Kluczowe znaczenie w pracy komisji zyskali latem 1949 r. członkowie PZPR. Na zebraniach w Komitecie Warszawskim przedstawiono im „partyjne zadania”, niezależnie od spotkania w Ministerstwie Oświaty, na którym informowano o formalnych zasadach rekrutacji. W praktyce zadania miały większe znaczenie niż zasady. W czasie egzaminów przed członkami komisji piętrzyły się dokumenty, przygotowane przez sekretarzy technicznych, na ogół aktywistów ZAMP, których „czujność” władze doceniały. Były to dossiers kandydatów i materiały dodatkowe, w tym dwojakie zestawienia, które nazwać można czarną i białą listą. Czarną tworzyły zastrzeżenia personalne, formułowane niejednokrotnie przez Urząd Bezpieczeństwa, mające zamykać drogę na uczelnię. Pouczano w KW, by nie ujawniać tych zastrzeżeń. W 1948 r. miały się zdarzać wypadki, gdy

ten czy inny członek komisji wyciągał karteczkę i powiadał: „Nie, tego UB nie puszcza”. Tak nie można robić. Nie wolno Wam go puścić, ale nie wolno mówić. Nie wolno Wam również wyciągać demonstracyjnie listy poleconych przez Partię, [...] nie wolno Wam powiedzieć, że: „Przepraszam, nie ma co egzaminować, bo to jest kandydat polecony przez Partię i on przechodzi”133.

Ta lista poleconych była właśnie listą białą. Członkowie partii zadbać mieli, aby obie listy odegrały swoją rolę. Było to łatwiejsze w wypadkach, gdy do PZPR należeli profesorowie prowadzący egzaminy merytoryczne i, związani dyscypliną partyjną, tak nimi kierowali, by jednych oblać, a innych promować. Zwykle jednak to „czynnik społeczny” musiał pilnować rezultatu. Tłumaczono w KW, że „tutaj żadnej instrukcji podać nie można, wszystko będzie zależało od waszego wyrobienia politycznego, od waszego taktu, od waszej zręczności”, że nie należy zachowywać się „w sposób jaskrawy” i doprowadzać do zadrażnień z profesorami, że trzeba pracować „w zgodzie i sympatycznej atmosferze”. Nie zawsze się to udawało. Wielu egzaminatorów nie potrafiło „zdyskwalifikować kandydata dobrze przygotowanego, a będącego na negatywnej liście”. W takich wypadkach rozstrzygano sprawę po egzaminie, układając nazwiska przyjętych. Także i wtedy musiano „paraliżować” próby prowadzenia przez profesorów „akcji niezgodnej z naszymi tendencjami”. Niekiedy „czynnik” starał się zmienić skład komisji w trakcie jej pracy, przy czym władze uczelniane „liczyły się na ogół ze zdaniem i opinią partyjnych pełnomocników”. Gdy na Wydziale Chemii pełnomocnik zażądał usunięcia z komisji profesora, który „nieodpowiednio pytał kandydatów”, władze uczelniane się ugięły. Na ogół „czynnik” wykorzystywał egzamin z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym, który – wskazywano bez ogródek w dokumentach partyjnych – „był podstawowym regulatorem przy kwalifikowaniu kandydatów. Najlepiej bowiem pomagał w utrącaniu kandydatów grupy III i list negatywnych”134.

„Grupa III” była elementem niejawnego, quasi-kastowego podziału, który uczyniono podstawowym sposobem selekcji kandydatów. Czarne i białe listy obejmowały nieznaczny ich odsetek. Ogół podzielono natomiast na trzy grupy. Wyodrębniono: (I) młodzież pochodzenia robotniczego i chłopskiego, (II) innego pochodzenia, lecz aktywną w organizacjach społecznych, zwłaszcza ZMP, i (III) młodzież obcą klasowo. Zaszeregowanie do dwóch pierwszych grup zależało od zaświadczeń i rekomendacji, stanowiących rosnącą dziedzinę aktywności instytucji i starań jednostek. Świadectwo pochodzenia społecznego wystawiała szkoła średnia, świadectwo aktywizmu – odpowiednia organizacja. Zdawano sobie sprawę, że papiery te nie są w pełni wiarygodne, dlatego KW nakazywał wyławianie przeinaczeń. Do pospolitych należało „poprawianie” pochodzenia społecznego, czyli zawodu rodziców. Oto „mechanik pracujący w fabryce okazał się inżynierem”, a rolnik – ogrodnikiem miejskim lub zgoła dawnym ziemianinem, który pozostał na 2 hektarach gruntu. W takich wypadkach objawiać się winna „czujność” partyjnych członków komisji. Kandydat spadał do grupy III, zachowując niewielkie szanse dostania się na studia. Władze partyjne zastrzegały, że nie można „zrezygnować całkowicie z młodzieży obcego pochodzenia”, której uzdolnienia mogą być pożyteczne dla kraju i której ministerstwo gwarantowało 15% miejsc. Gwarancji tej jednak nie przestrzegano: grupa III na wielu wydziałach nie sięgnęła 10%. Nie wynikało to z małej liczby kandydatów do niej zaliczonych. Przeciwnie, skład społeczny kandydatów na wydziały humanistyczne był „niedobry”, ale istniała „pewna rezerwa, którą można manipulować”, natomiast na matematyczno-przyrodnicze był „niepomyślny i nie bardzo jest z czego wybierać”, wobec czego rozważano zredukowanie limitu i stworzenie „lepszego wydziału pod względem politycznym”. Innymi słowy, partyjni decydenci skłonni byli ograniczać przyjęcia na kierunki ścisłe, mimo niewątpliwej i publicznie głoszonej potrzeby ich rozwoju, z powodu niekorzystnego politycznie składu kandydatów135.

Wyniki rekrutacji były osobliwe. Mimo że na żadnym kierunku nie wypełniono limitu miejsc, odrzucano kandydatów, którzy zdali egzamin. Wynikało to z istnienia niejawnej puli osób skierowanych na studia przez Ministerstwo Obrony Narodowej (MON), a także wpisywanych automatycznie absolwentów tzw. roku wstępnego. Na historii było 90 miejsc, zdały 72 osoby, ale przyjęto 63, w tym ponad połowę z kategorii pierwszej (34) oraz 19 z drugiej i tylko 10 z trzeciej. Na polonistyce było 200 miejsc, zdały egzamin 222 osoby, a przyjęto 184, w tym 107 z grupy pierwszej i tylko 26 z trzeciej. Na historię sztuki przyjęto 35 osób na 50 miejsc, w tym tylko 2 z kategorii trzeciej. Ta właśnie kategoria otrzymywała z reguły najwięcej ocen niedostatecznych. Wśród zdających na historię sztuki postawiono 3 oceny niedostateczne w grupie pierwszej i 32 w trzeciej, na filologię angielską odpowiednio 5 i 20136. Zapewne były to przede wszystkim skutki egzaminu z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Stanowił on pierwsze sito. Drugim był sam dobór studentów spomiędzy tych, którzy zdali. Oto na Wydziale Lekarskim było 300 miejsc, zdawało egzamin 658 osób, zdało 582, przyjęto 247. Po dodaniu repetentów, studium przygotowawczego i MON na pierwszym roku znalazło się 347 osób, zatem limit został przekroczony. „Klasowe podejście” wpłynęło decydująco na strukturę roku. Zdało egzamin 246 na 272 kandydujących z grupy I, przyjętych zostało 146, czyli ponad połowa tych, którzy zdali. W grupie II zdawało 136 osób, zdało 118, dostało się 84. Natomiast w grupie III zdawało 150, zdało 118, ale dostało się tylko 17. W ten sposób ukształtowano korzystne proporcje społeczne: grupa I – 59%, II – 34% i III – 7%137. Ogółem przyjęto w 1949 r. 1768 osób spośród 2901 zdających, przy czym w grupach I i II indeksy uzyskała większość tych, którzy zdali egzamin, natomiast w grupie III mniej niż połowa. Pozwoliło to ukształtować proporcje: grupa I – 52,5%, II – 33%, III – 14,5%, i niemal wypełnić ministerialne założenie o puli 15%, a także znacznie podnieść odsetek studentów z legitymacją zetempowską lub partyjną138.

„Urwany lot”

Tytuł, jaki nadała Hanna Świda-Ziemba książce o pokoleniu młodzieży pierwszych lat powojennych139, przypomina się przy lekturze dokumentów pozostałych po kołach naukowych, stowarzyszeniach, sekcjach Bratniaka. Sprawozdania, protokoły i korespondencje z lat 1947–1949 wywołują, mimo ich formalnego charakteru, ściskające serce uczucie utraconych możliwości i rozwianych nadziei.

Dawnym trybem przebiegała większość zajęć, o tematyce określanej przez profesorów, naznaczona przez ich indywidualność, z dość niestabilną publicznością. Nie zmieniły się studenckie bale, śledzie prawników czy historyków, wieczory żywego słowa, dancingi i rewie w świetlicy „Pod Strzechą” i na wczasach w Czerniawie Zdroju. Młodzież bawiła się w noworocznych i karnawałowych salach ozdobionych girlandami z papieru toaletowego, przy improwizowanym menu, w ubraniach niedopasowanych do żadnej konwencji. Mimo powojennego cherlactwa i niskich dotacji ożył Akademicki Związek Sportowy. Zaś Bratnia Pomoc UW, atakowana w kontekście ponurego procesu Baczaka jako „zarażona trądem faszyzmu”, starać się musiała o zapewnienie sobie tolerancji władz. Zabiegała o przychylność premiera, angażując jego żonę do patronowania budowie Domu Studenta. Wykazywała się aktywnością w oficjalnych sytuacjach, wciąż jednak należących do dwoistego porządku „okresu przejściowego”. Obsługiwała pochód pierwszomajowy, ale i zapewniała straż porządkową na procesji Bożego Ciała. Ta dwoistość prowokowała wszakże coraz agresywniejsze żądania „określenia się”. Po sfałszowanych wyborach 1947 r. odrzucano „inteligencki fetysz apolityczności i bezpartyjności”, jak pisała wiceminister oświaty Krassowska. Można już tylko wybrać między „reakcją” a „demokracją”140. Nadchodził więc kres spontanicznego życia studenckiego. Duże i małe, nacechowane politycznie i neutralne, żywotne i wegetujące – wszelkie organizacje dostały się pod koniec lat 40. w kleszcze systemu nieuznającego swobodnej gry sił społecznych.

„Jest imię Polski, ale nie ma Polski... Są ludzie, ale nie można dla nich pracować. Cóż z tego, że jest słońce i kwiecień?” – notowała w swym dzienniku wiosną 1948 r. Elżbieta Walewska, studentka polonistyki UW. Była jedną z tych, których dotyczyły słowa Świdy-Ziemby: wywodząca się z rodziny ziemiańskiej, wyzutej z majątku, mieszkanka akademika Sióstr Urszulanek, uznawana za bardzo dobrą studentkę, stypendystka ministerialna141. „Urwany lot” oznaczał kres nadziei na taką formę Polski, w której mogła publicznie realizować bliskie jej wartości i wzory społeczne. Opisywała grozę w środowisku akademickim: „Słucham opowiadań o aresztowaniach, sądach, wyrokach. Nie pierwszych, nie setnych, nie tysiącznych i ostatnich. To są sprawy codzienne, ciągłe. Wojna? Nie będzie jej. Kto ma ochotę walczyć w trzy lata po zawieszeniu broni? Kto ma siły?”142.

Znaczny zastęp naukowców i studentów usiłował spożytkować te siły w oddaleniu od zagrożeń, wśród pracy organizacyjnej i naukowej, w duchu hasła „Robimy Uniwersytet”. Żywotna była, wyrobiona przez pokolenia wśród polskiej inteligencji, tradycja pracy u podstaw. Profesorowie UW wychowali się pod zaborami, przeżyli dwie wojny. Była to formacja szczególna, zdolna łączyć etos autonomii uniwersytetu ze świadomością, do jak niepewnych spraw świata ona przynależy. Dlatego ich stosunek do zaostrzającego się reżimu końca lat 40. był dwuznaczny, nacechowany oporem kulturowym i zarazem niechęcią do konfliktów, mogących drogo kosztować społeczność akademicką. Owa niechęć mogła przyjmować formy daleko idącego przystosowania, które dziś można ocenić pochopnie. Istniała zarazem, jak się zdaje, w pojęciach elity uniwersyteckiej zasada bon discernement, „dobrego rozsądzenia”, intuicyjnego rozgraniczenia możliwego do przyjęcia kompromisu i wejścia na drogę fałszu. Dynamika zdarzeń wciąż jednak przesuwała mentalne granice zgody i niezgody, także dlatego, że na uczelni objawiać się zaczęli aktywiści „nowej rzeczywistości”, których zapał zdawał się autentyczny, motywacje zaś trudne do zaszufladkowania.

W 1948 r. kadra bojowych „zampowców” była już wyraźnie widoczna, a wraz ze zmianami klimatu politycznego ich znaczenie i poczucie słuszności własnych działań rosło. Zasilali komisje rekrutacyjne, nadając egzaminom wstępnym rys weryfikacji politycznej. Ich doświadczeniem nie był żaden „urwany lot”. Przeciwnie. Zachowają przez dziesięciolecia wspomnienie epoki, w której rozwijali skrzydła; pełen nostalgii wizerunek czystych idei, jakie przyświecały ich pokoleniu, w przeciwieństwie do wyrachowania młodych działaczy następnych dekad. Metafora „urwanego lotu” nie opisuje też losu tzw. młodzieży robotniczo-chłopskiej, którą promowano na studia i przyciągano w pole „nowej rzeczywistości” dzięki systemowi kursów przygotowawczych, stypendiów, akademików. Większość tej młodzieży nie znajdowała innego oparcia w mieście. Co więcej, masa młodych ludzi nie znajdowała też oparcia w świecie, z jakiego wyszła. Od przeżyć wojennych, sieroctwa, tułaczki i nędzy chciała się oderwać, szukając nowego sensu w aktywizmie „rewolucyjnym”. Znajdował on także spełnienie w niszczeniu: w 1948 r. rozpoczęło się bowiem wielkie niszczenie dotychczasowych instytucji społecznych, w tym organizacji, stowarzyszeń i kół studenckich. Akcja niszczycielska przebiegała pod hasłami pozytywnymi (koncentracji sił czy racjonalizacji) i negatywnymi (walki z reakcją czy idealizmem), przy czym znaczna część uczestników przyjmowała te hasła w dobrej wierze. W miarę postępów tej ofensywy kurczyło się pole działalności niezależnej i oddolnej, na którym dotąd mogli działać studenci pojawiający się na UW i znajdujący tu bogaty pejzaż ideowy i instytucjonalny. Pozbawieni go, zdani byli na siebie – na własny potencjał przystosowania i oporu.

* * *

Walne zebranie Członków Akademickiego Koła Miłośników Muzyki Współczesnej SUW, które odbyło się dnia 11 I 1949 r. na UW, biorąc pod uwagę głębokie przemiany społeczno-gospodarcze i możliwości przyłączenia się do centralnie planowanej i realizowanej przez Państwo Ludowe akcji rozbudowy i przebudowy kultury – uchwaliło na mocy par. 29 statutu rozwiązanie swego stowarzyszenia143.

Ta kuriozalna, lecz zarazem oddająca istotę rzeczy formuła znaczyła koniec jednej z nieprzeliczonych drobnych form życia zbiorowego lat 40. Pod koniec dekady podobne organizacje znikały jedne po drugich z pejzażu społecznego Uniwersytetu.

Aby opisać ich kres, nie należy ich uprzednio idealizować. Były one dotknięte zjawiskami, jakie towarzyszą zawsze życiu społecznemu, zaostrzonymi zapewne wśród elementarnych braków materialnych. Bratniakiem targały skandale finansowe. Rozdzielanie zapomóg bywało nieprzejrzyste. Dochód jednego z kół został zdefraudowany przez skarbnika. Niektóre sekcje kół symulowały działalność. Zapał okazywał się często słomiany. Były to jednak ciemniejsze strony życia, które, mimo wszelkich ograniczeń, było życiem autentycznym. Manifestowała się w nim różnorodność postaw, potrzeb i ideałów. Przede wszystkim zaś stowarzyszenia i koła dawały oparcie koleżeńskie, intelektualne i materialne tysiącom studentów. Garnięto się do nich w potrzebie wiedzy, wymiany myśli i pozyskania skryptów, dla zapomóg, paczek i stołówek, lecz przecież także dla skupienia się na świątecznych spotkaniach, słuchania koncertów, dla wspólnej modlitwy.

W 1948 r. istniało na UW 25 kół naukowych, niektóre z nich ogromne: Koło Medyków miało 1150 członków, Prawników – 723, Farmaceutów – 398, a Polonistów – 300. Większość kół dystrybuowała skrypty, niektóre je wydawały. Urządzały własne biblioteki, co w warunkach tuż powojennych było jedną z kluczowych form samopomocy. Koło Matematyczno-Fizyczne sprowadzało zagraniczne książki. Koła związane z naukami eksperymentalnymi posiadały sprzęt laboratoryjny i odczynniki. Do typowych aktywności należały odczyty, dyskusje, repetytoria i kursy przygotowawcze do studiów. Koło Prawników prowadziło „komplety” z łaciny, a Koło Medyków – odczyty w szkołach i fabrykach z zakresu higieny i chorób społecznych. Koło Romanistów tłumaczyło autorów francuskich i chciało wystawić sztukę Musseta. Koło Anglistów organizowało wieczory piosenek anglosaskich. Koło Medyków Weterynaryjnych (230 członków) prowadziło stołówkę. Przygotowywano biuletyny, gazetki, tablice ogłoszeń, prenumerowano czasopisma. Organizowano wycieczki. Znakiem czasów był udział kół w odgruzowywaniu Warszawy. Jedną z najważniejszych dziedzin ich życia było organizowanie opłatków, śledzi i choinek. Bale były istotne jako sposób pozyskiwania funduszy na stypendia czy działalność wydawniczą. Podstawą utrzymania szeregu kół były dotacje, na ogół z Ministerstwa Oświaty, lecz także innych resortów, spółdzielni, od władz lokalnych144.

Ta różnorodność i samorządność kół musiała sprawić, że zebrały się nad nimi czarne chmury. Wiceminister Krassowska nakazała w lutym 1949 r. przegląd ich działalności, ponieważ funkcjonowały często „niewłaściwie”. W ciągu kilku tygodni porzucić miały akcję samopomocową (stypendiowanie i prowadzenie stołówek), pozostawiając ją „właściwym organizacjom studenckim”. Miały natomiast zainteresować się „postępowymi i nowoczesnymi teoriami” oraz „za mało dotąd upowszechnionymi osiągnięciami nauki i kultury radzieckiej”. Kuratorzy winni byli reprezentować „postępową myśl naukową”, więc rektorom zlecono rozpoznanie zakresu koniecznych zmian personalnych145. Opracowywać zaczęto na UW nową ordynację wyborczą kół naukowych. Jej projekt skrytykowany został w kwietniu 1949 r. przez ZAMP, ponieważ zakładał tajne głosowanie. Zyskująca poczucie hegemonii organizacja wyznawała, zgodnie z ogólnym kursem politycznym, zasadę: „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Wybory jawne miały ukazać zakres oporu. W języku ZAMP zostało to sformułowane następująco: „Głosowanie tajne daje większą możliwość czynnikom reakcyjnym wprowadzenia w błąd szerokich mas studenckich i zepchnięcia działalności Kół Naukowych na tory sprzeczne z zadaniami, które stawia przed Kołami obecna rzeczywistość”. Ponadto ZAMP deklarował, że jego listy kandydatów obejmują „pozytywnych i odpowiedzialnych kolegów”, inne zaś listy – „zdecydowanych reakcjonistów”. Konkluzja głosiła, że „lista, która otrzymała największą ilość głosów, powinna obsadzić wszystkie stanowiska władz Kół Naukowych”146. ZAMP nie miał wątpliwości, która lista zdobędzie większość. Nie chodziło jednak o większość, lecz o całość. Żądania zostały uwzględnione i głosowanie miało być jawne, przez podniesienie rąk. Wybory odbywały się wiosną i jesienią 1949 r. Nowe władze kół, niezależnie od tego, w jakim zakresie „pozytywne”, miały jednak przed sobą niewiele miesięcy działania.

Oto historia Akademickiego Koła Krajoznawczego. Zawiązane na początku 1948 r., zdawało się politycznie neutralne. Deklarowało chęć „poznania kraju, jego tradycji, historii, kultury i piękna ojczystej ziemi, pragnąc zaznajomić się bardziej i zżyć z jej stolicą Warszawą”147. Koło wykazywało się aktywnością, choć pod koniec 1948 r. miało tylko 31 członków. Odbywało zebrania i „herbatki”, wycieczki w ruiny Starego Miasta, na budowę Trasy W-Z, do cukrowni Michałów w Lesznie czy radiostacji w Raszynie. Dla zasilenia kasy zorganizowało bal, gromadząc ok. 400 osób. Jesienią 1948 r. jego los był wszakże przesądzony. Jak inne, otrzymało rektorski zakaz zwoływania walnych zebrań i organizowania wyborów do czasu wydania przez Ministerstwo Oświaty ramowego statutu. Takowy się nie pojawiał. Próbą „ucieczki do przodu” było zgłoszenie wiosną 1949 r. akcesu do Federacji Polskich Organizacji Studenckich (FPOS), zapewniającej oficjalną „czapkę”. Wniosek odrzucono, bowiem koło naukowe nie mogło formalnie doń należeć. W tym czasie udało się zorganizować 10 wycieczek, działania słabły jednak w drugiej połowie 1949 r. „Wycieczek do instytucji technicznych i do instytucji użyteczności publicznej ze względu na zarządzenia władz nie można było organizować” – wyjaśniano w sprawozdaniu, ukazując rys stalinizacji, polegający na rozszerzaniu się zakresu tajemnicy i narastaniu nieufności. W tych warunkach koło krajoznawcze nie mogło działać swobodnie. Brak chętnych do udziału w innych imprezach (wycieczce do Gdańska i Malborka) mógł być także efektem tej atmosfery. Koło jednak wpisało do preliminarza na 1950 r. bogaty program wycieczek, szkolenie przewodników, odczyty i wieczornice, powołanie sekcji fotograficznej i kolarskiej. Zamierzenia były ambitne na tle wcześniejszych trudności z zebraniem chętnych, koło usiłowało chyba przede wszystkim zaznaczyć swój aktywizm. Był on przecież gloryfikowany jako postawa społeczna w ówczesnej propagandzie. Nie można było się jednak wybronić w ten sposób. Koło znikło ze sceny na początku 1950 r.148

Podobny był los Koła Kulturalno-Towarzyskiego Studentów Wyższych Uczelni Warszawskich z Województwa Śląsko-Dąbrowskiego. Zatwierdzone wiosną 1947 r., w roku następnym miało ok. 100 członków, w tym 28 na UW. Nawiązywało do koła międzywojennego. Miało ulżyć egzystencji swych członków. Zabiegało u władz województwa śląskiego o przysłanie kilkudziesięciu ton węgla. Organizowało dochodowe zabawy na fundusz stypendialny („Bal Reprezentacyjny” w salonach Gospody Polskiej w Katowicach uświetnić miał zespół jazzowy Polskiego Radia, a także „bufet tani, obficie zaopatrzony”). Oferowało zasiłki jednorazowe (1000–3000 zł). Podania o ich przyznanie obrazują typowe sytuacje studentów AD 1948.

Rodzice nic pomóc mi nie mogą, gdyż są niezamożni. Żadnego stypendium nie posiadam. Nie pracuję, gdyż nie pozwala mi na to układ wykładów przedpołudniowych] i brak czasu. Utrzymuje mnie kolega, u którego mieszkam w Żyrardowie. Mam nadzieję, że Zarząd Koła zrozumie moje naprawdę ciężkie położenie i pomoże mi nieco, chociażby na spłacenie długów, które zaciągnąłem, by regulować składki, śniadania itp. wydatki. W zamian za udzieloną mi pomoc mógłbym poświęcić nieco czasu na potrzeby Koła

– deklarował student Filozofii Chrześcijańskiej. To źródło pomocy miało jednak wyschnąć. Na początku 1949 r. zapowiedziano likwidację kół regionalnych. Zarazem nie można było ich formalnie rozwiązać, gdyż obowiązywał zakaz zwoływania walnych zebrań. Od marca koło nie prowadziło działalności, co stało się podstawą do wniosku kuratora o rozwiązanie. Formalnie istniało do lata 1950 r., gdy odesłało pieczęć do rektoratu149.

Rok wcześniej, w lipcu 1949 r., znalazła się tam pieczęć Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej Iuventus Christiana. Nie poddało się ono bez oporu. Miało tradycję sięgającą 1921 r., a wznowiło działalność jesienią 1946 r. Jego celem było „głębsze poznanie nauki Chrystusa oraz nabywanie wiedzy religijnej” poprzez rozważanie Nowego Testamentu i samokształcenie. Ton zdawały się nadawać kobiety: wśród 20 członków założycieli było ich 13, a komitet organizacyjny składał się z 3 pań (Wacławy Śliwowskiej, Krystyny Janikówny i Barbary Otwinowskiej). Wiosną 1948 r. w sześcioosobowym zarządzie było 2 mężczyzn, prezesem była Maria Kruszewska (Wydział Lekarski). Stowarzyszenie utrzymywało się ze składek i ofiar; mogło liczyć na dofinansowanie Duszpasterstwa Akademickiego. Integrowało się na spotkaniach świątecznych. Oto 5 stycznia 1948 r. w mieszkaniu jednej z członkiń odbyła się choinka stowarzyszenia: czytano Pismo Swięte, kolędowano, każdy otrzymał upominek. „Po kolacji bawiliśmy się w gry towarzyskie. Chociaż zjawiło się tylko około połowy przewidzianych uczestników naszej choinki, jednak potem nabraliśmy dobrego humoru i jeszcze jedna nić współżycia nas połączyła”150. Zebrania (w 1947 r. było ich ponad 50, średnia frekwencja 11 osób) rozpoczynały się komentowaniem wyjątków z Ewangelii. Omawiano publicystykę „Tygodnika Powszechnego” i „Tygodnika Warszawskiego” oraz wydarzenia życia kulturalnego (jak sztuka Jerzego Zawieyskiego Rozdroże miłości). Stawiano zagadnienia stosunku katolika do świata, godzenia powszedniego życia z przykazaniami, naśladowania Chrystusa, czyli problemy właściwe samej wierze. W grudniu 1947 r. dyskutowano o moralności w małżeństwie, zagadnieniach „odwagi cywilnej w potępianiu złego” i wpływie, jakie „na nasze postępowanie wywierają aktualne warunki społeczno-polityczne i jaka w związku z tym powinna być postawa katolików”. Toczono dyskusje o stosunku nauki i wiary, o miejscu kobiet w społeczeństwie, wokół czego objawiła się różnorodność stanowisk, od bardzo konserwatywnego (kobieta w domu) do bardzo otwartego (ciężar wychowania dzieci przejmowany jest przez państwo, więc kobieta może realizować swe własne dążenia). Bez wątpienia uwarunkowania polityczne ciążyły wyraźnie. Jesienią 1948 r., komentując Ewangelię wg św. Mateusza, rozważano problem odrzucania „złej władzy” i powoływano się na obronę chrześcijan w Rzymie przed „pogańskim państwem”. Ktoś utrzymywał, że „katolicy mogą pracować dla wszystkich reżimów”. Kto inny komentował, że „z reżimami pogodzić się można, ale z ideami – nie”. Spotkania kończono odśpiewaniem Wszystkie nasze dzienne sprawy lub modlitwą151.

Jak inne autonomiczne organizacje, Iuventus Christiana trwała wbrew narzuconemu ograniczeniu działalności (zakaz walnych zebrań i wyborów). W lutym 1949 r. prezeska wskazywała kierunki pracy: „pogłębić własny katolicyzm; uczestniczenie we mszach św. w pierwszą niedzielę miesiąca obowiązkowo; punktualność w przychodzeniu na zebrania; urządzanie wspólnych pójść do teatru czy kina”. Na zebraniu Zarządu 25 IV powiadomiono, że kurator ma zamiar złożyć w Senacie wniosek o rozwiązanie Stowarzyszenia, motywując to „małą liczbą członków oraz nikłą działalnością”. Zarząd zdecydował, aby w razie rozwiązania przekazać sztandar do kościoła św. Anny, większość budżetu ofiarować zaś na odbudowę organów w tymże kościele. Na następnym zebraniu rozważano interwencję w Ministerstwie Oświaty, jednak była prezeska przekonywała, że „ze względu na wycofanie się kilku osób z pracy działalność Stowarzyszenia osłabiła się, zatem nie widzi sensu w interwencji o uzyskanie możliwości kontynuowania pracy”. Postanowiono zwrócić się do rektora, by przerwać stan niepewności. Rektor prosił o zawieszenie działalności do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Senat (tzn. likwidacji). Tej odpowiedzi nie przyjęto do wiadomości: „Ponieważ nie znaleziono uzasadnienia niniejszej prośby, zarząd nie przychylił się do niej”. Ten akt nonkonformizmu to ostatni zapis w żółtym zeszycie, wypełnionym spisanymi piórem protokołami152.

W tym czasie koła i stowarzyszenia nie tylko likwidowano, ale też wcielano przymusowo do większych struktur, co dawało władzom możliwość skuteczniejszej kontroli. Los taki spotkał Akademicki Związek Morski. Odrodził się on na UW wiosną 1946 r., wznawiając przedwojenną tradycję. Wśród założycieli dominowali studenci wydziałów Lekarskiego i Farmaceutycznego. W marcu 1947 r. liczył 220 członków, dwa lata później 352. Utrzymywał się z subsydiów UW, uzupełnianych m.in. dochodami z zabaw. W maju 1947 r. inaugurował sezon na przystani Yacht Klubu, spuszczając na Wisłę wyremontowaną łódź. Uruchomił kursy żeglarskie, pozyskał drewno i miejsce na przystań wiślaną. W 1948 r. zbudował 4 łodzie żaglowe. Sytuacja finansowa była jednak zła, opóźniały się subwencje i AZM dysponował ułamkiem zakładanego budżetu. Problemy te wynikały zapewne z powszechnych wówczas „reorganizacji”. Bezpośrednio dosięgły one AZM w roku następnym. Jego kurator Jerzy Loth starał się w marcu 1949 r. oddalić czarne chmury, przekonując rektora, że ma do czynienia ze stowarzyszeniem „bardzo ruchliwym i czynnym”. W tym okresie kuratorzy dowiadywali się, że winni wygaszać działalność kół i stowarzyszeń. Niektórzy próbowali stawić opór, który jednak nie bywał skuteczny. W wyniku decyzji Głównego Urzędu Kultury Fizycznej stowarzyszenia sportowe wchłonięte zostały przez Centralny Akademicki Związek Sportowy. Ostatnie zebranie AZM odbyło się w maju 1949 r.153

„Reorganizacje” instytucji studenckich odbierały społeczności autonomię, manifestującą się chociażby we własnych systemach stypendialnych i zapomogowych, i zdawały ją na zależność od aparatu politycznego i administracyjnego. Aby nadal budować drewniane łodzie i spuszczać je na Wisłę, by realizować publicznie pasje teatralne czy chóralne, trzeba było od 1949 r. wiązać się z oficjalnymi strukturami. Propagowana „jednolitość” przynosić miała same korzyści: ducha jedności, uwolnienie od rywalizacji, opiekę rządu. Niejeden działacz studencki zapewne w to uwierzył.

„Reorganizacje” dotyczyły także organizacji związanych z Kościołem, które włączano do Duszpasterstwa Akademickiego. W ten sposób znikła Caritas Academica. Stowarzyszenie było kontynuacją międzywojennej Pomocy Bliźniemu, a działało od stycznia 1947 r. Miało szerzyć katolicką myśl społeczną i otaczać opieką młodzież „po ciężkich latach okupacji i wyniszczeniu tak dóbr ziemskich jak duchowych”. Opieka ta osiągnęła duży zakres. Choć stowarzyszenie miało (w styczniu 1948 r.) niespełna 200 członków, ogarniało wpływem tysiące. Rozdzielało odzież i obuwie, ręczniki i koce, mydło i proszek do zębów. Przyznawało zasiłki. Stworzyło internat dla studentek przy zakładzie ss. Magdalenek (ul. Żytnia) i całoroczną stołówkę przy Krakowskim Przedmieściu 68. Prowadziło ambulatorium i dystrybuowało leki z pomocy zagranicznej. Pośredniczyło w poszukiwaniu pracy. Organizowało zabawy karnawałowe, jajka wielkanocne, obozy letnie, loterie fantowe. Dotrwało jako samodzielny podmiot do września 1948 r.154

Gdy rozwiązywano koła naukowe, przesądzony był także los Bratniaka. Skupiał on w 1948 r. 6,6 tys. członków, czyli przeważającą większość studentów UW, budował Dom Studenta, rozdzielał setki kilogramów odzieży, bel materiału i skrzyń z obuwiem. Swoboda ruchów wciąż jednak malała. Spadało znaczenie legalnej przedsiębiorczości, rosło – dotacji. Latem utraciły samodzielność gospodarczą stołówka i sekcja transportowa. Dążenie reżimu do „jednolitości” organizacji studenckich przejawiło się w stworzeniu struktury ogólnopolskiej: wspomnianej Federacji Polskich Organizacji Studenckich. Powstała w marcu 1948 r. pod hasłami „jednoczenia wysiłków” dla sprostania „wielkim zadaniom, jakie stawia przed młodą inteligencją państwo ludowe”, skupiła m.in. 56 Bratnich Pomocy, związki sportowe i cztery duże organizacje (Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”, Związek Młodzieży Demokratycznej i AZWM „Życie”), które zresztą latem połączono w Związek Akademicki Młodzieży Polskiej (ZAMP)155.

W 1949 r. Federacja rozpoczęła likwidację Bratniaków przy pomocy części ich działaczy, przyciągniętych obietnicami lub niewidzących innego wyjścia. W grudniu Ministerstwo Oświaty obwieściło, że FPOS, dotąd koordynująca centralnie działalność organizacji studenckich, zstępuje na szczebel uczelni, stanowiąc „reprezentację ogółu studentów”. Także Bratnia Pomoc UW winna była przekazać Federacji „wszystkie agendy i urządzenia”156. Wybory do Rady Uczelnianej FPOS odbyły się 11 XII 1949 r. Po trzech miesiącach przekształciła się ona w komórkę Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), którego działacze opisali Radę jako niezadowalającą pod względem ideologicznym i niestanowiącą „odpowiedniego kolektywu pracy”. Mianowicie jej większość (41 na 60 osób) pochodziła z „inteligencji pracującej”, tylko 8 członków legitymowało się pochodzeniem robotniczym, a 11 – chłopskim; nikła część wykazywała się aktywnością. Mimo to FPOS odebrała Bratniakowi pomieszczenia w Domu Studenta i zorganizowała swe biura, przejmując wydawanie bonów do lekarzy, ewidencje zapomóg czy poświadczanie dokumentów.

Zadania były jednak donioślejsze. Opisywano je w języku różniącym się od używanego przez Bratnią Pomoc; w języku, który potwierdzał, że FPOS nie wyrasta ze społeczności Uniwersytetu, lecz na jego „teren” wchodzi, „przenosząc” decyzje zewnętrznych ciał politycznych i „wprowadzając” swych starostów na wydziały. Akcję tę nazywano też wyborami. Sygnalizowano, że wydziały Humanistyczny i Przyrodniczy były trudne do „właściwego rozpracowania”, natomiast Matematyczno-Przyrodniczy został sprawnie „zrobiony”157. Choć społecznie niezadowalająca, uczelniana FPOS zdołała także, w tydzień po wyborach, zorganizować akademię na cześć siedemdziesiątych urodzin Józefa Stalina.

* * *

Wielce Szanowny Księże Profesorze, Widząc piękną sutannę Księdza Profesora, pozwalam sobie ewentualnie prosić w związku z planowaniem szycia togi rektorskiej, o podanie adresu Swego krawca; może by się podjął tego zamówienia. Przepraszając za sprawiany kłopot łączę wyrazy wysokiego szacunku158.

Kopia tego liściku, datowanego na 11 IV 1949 r., zachowała się wśród dokumentów uniwersyteckich. Autorem był najpewniej rektor, zaś adresatem, jak się zdaje, dziekan Wydziału Teologii Katolickiej ks. Jan Czuj. W sprawie tóg rektor prowadził obszerniejszą korespondencję. Odtworzenie symboli tradycji uniwersyteckiej pozostawało, jak widać, sprawą istotną, choć zdawało się potwierdzać krytykowaną od dawna przez przedstawicieli władz politycznych skłonność do obrony „tzw. autonomii”, jak powiadał Skrzeszewski, czyli feudalnej i korporacyjnej struktury nauki.

Może właśnie w obliczu faktycznej likwidacji niezależności uczelni tradycyjne decorum stawało się tak istotne, podtrzymując, przynajmniej symbolicznie, jej autonomię? W każdym razie rektorat zaangażował się w niełatwe zdanie odtworzenia tóg w tradycyjnych barwach159. Brakowało i materiału, i odpowiedniego wykonawstwa. Zabiegano o przydział z Ministerstwa Przemysłu, szukano krawców. W marcu 1949 r. przesłano z Krakowa adres krawca z ul. Floriańskiej, który „ma dużą praktykę, gdyż wykonywa często togi dla tutejszych profesorów” i podejmie się zamówienia. Prosiłby tylko o „zaznaczenie w piśmie, do niego skierowanym, wzrostu obecnego Rektora i obwodu jego głowy, a nadto zakomunikowanie, czy toga warszawska ma mieć taki sam krój i szczegóły, jak krakowska”. Zbierano też oferty krawców warszawskich. W kwietniu rektorat zwracał się do pracowników z apelem o składki 1–2% poborów przez 5 miesięcy, aby przywrócić rektorowi „tradycyjny strój”. Debatowano równocześnie o zamówieniu portretów rektorów, które ozdobić miały Salę Senatu. Wiosną 1948 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki sporządziło listę malarzy, którym powierzono by wykonanie portretów. Artyści zobowiązali się wykonać je do 1 V 1950 r., lecz malowanie przeciągało się wśród trudności finansowych. Szybciej rozwiązany został problem insygniów rektorskich. Cech Zegarmistrzów i Złotników zadeklarował się, że wykona je w darze. Jesienią 1949 r. potwierdzał w piśmie, na którym widniał znaczek pocztowy z obliczem Bolesława Bieruta, że berło i łańcuch są gotowe160.

Okres mieszania się dawnych i nowych form uczelnianego życia dobiegał jednak kresu. Oto inauguracja roku 1949/1950 była pierwszą, której nie poprzedził organizowany przez Bratniaka wymarsz studentów na mszę świętą. Akord był odmienny: dla uczczenia Międzynarodowego Dnia Walki o Pokój 1 X na dziedzińcu UW zebrać się mieli pracownicy i studenci oraz zaproszeni robotnicy, przodownicy pracy i racjonalizatorzy. Po zagajeniu rektora wysłuchać miano radiowej transmisji przemówienia Ministra Oświaty, a następnie wystąpień przedstawiciela ZAMP i przodownika pracy, a wreszcie odśpiewać tzw. hymn młodzieży Naprzód młodzieży świata. Właściwa inauguracja miała nastąpić 3 X w Sali Kolumnowej. Po odśpiewaniu hymnu państwowego wystąpić miał rektor, odczytane miało zostać radiowe przemówienie ministra, wysłuchane sprawozdanie rektora za poprzedni rok akademicki i przemówienie przedstawiciela FPOS. Po immatrykulacji nowi studenci wysłuchać mieli wykładu inauguracyjnego, a uroczystość zakończyć odśpiewaniem Naprzód młodzieży świata161.

1950–1955: „To nie przelewki”

W marcu 1950 r. na bramie przy Krakowskim Przedmieściu umieszczono napis „Uniwersytet”. Malowano wstawione właśnie ozdobne furtki i wierzeje, murowano portiernię162. Wejście na uczelnię odzyskiwało zbliżony do dawnego kształt wtedy właśnie, gdy Uniwersytet kształt ten miał zatracić. Objawić się musiał „nowy” typ uczelni, której zadania – głosił Józef Chałasiński – nie mieszczą się w dotychczasowej tradycji. Stare „klasowe więzadła” należy zerwać, by otworzyć środowiska naukowe, sądzące, że wystarczyło uwolnić uczelnie od wpływów prawicy („faszyzmu”), a niewiedzące, iż chodzi o wyzwolenie nauki ze służby prywatnej własności i przejście jej w służbę społeczeństwa socjalistycznego, z klasą robotniczą na czele. Chałasiński zdawał się uznawać ideę autonomii nauki za rodzaj struktury ochronnej, jaką wytworzyli sobie naukowcy w świecie kapitalizmu. Przestała być ona zjawiskiem pozytywnym z chwilą triumfu „rewolucji”. Tymczasem nawet postępowi polscy inteligenci należą do „liberalno-mieszczańskiego gatunku”. Kultywując swe zwyczaje i przekonania o kluczowej roli nauki zachodniej, nie biorą pod uwagę „realnej historycznej sytuacji”, czyli epoki imperializmu, w której „walka o postęp musi być zorganizowana jako ruch masowy”. Ruch ten ogarnia uczelnie – twierdził Chałasiński – dzięki PZPR, organizacjom młodzieżowym i związkom zawodowym. Pociągnąć trzeba za nimi naukowców i przeobrazić „rezerwat zabytków”, jakim są uczelnie, w kuźnię socjalistycznej kultury163.

Pogłos tego rodzaju wystąpień brzmieć musiał osobliwie w „rezerwacie zabytków”, jakim był odbudowywany Uniwersytet Warszawski. Jego gmachy zyskać miały nadane przez konserwatorów stylowe cechy. Jednak na 1 V 1950 r. budynki – pisał dyrektor administracyjny UW – „otrzymały po raz pierwszy dekoracje, odpowiadające znaczeniu uczelni na terenie Warszawy”164. Były to propagandowe hasła i emblematy, niewyróżniające się wśród setek haseł i emblematów, jakimi pokryto miasto. Z pewnego punktu widzenia mogły odzwierciedlać znaczenie uczelni jako niezagrożonej części „nowej rzeczywistości”. Z innego jednak ukazywały ją nie tyle jako ważny punkt na mapie stolicy, ile jako „teren” opanowany przez system.

W grudniu 1949 r., na posiedzeniu Rady Głównej, omawiano powstanie instytutów i zespołów katedr, czyli reorganizację uczelni w kierunku pracy kolektywnej. Skrzeszewski krytykował fakt, że dotąd profesor jest „panem i władcą na swej katedrze i może robić i mówić to, co mu się żywnie podoba”. Przecież „powinien być równocześnie politykiem i społecznikiem, powinien świadomie służyć swemu narodowi. [...] Jeżeli utworzymy te zespoły i na czele ich postawimy odpowiednio dobranych profesorów, to wówczas będziemy mogli zorganizować ten proces.”165. Odpowiedni okólnik wydało ministerstwo 17 I 1950 r. Reorganizacja, w połączeniu z narzucaniem przez ministra obsady wielu zajęć, służyła osłabieniu pozycji „starej profesury” (niektórzy jej przedstawiciele rzeczywiście utracą możliwość prowadzenia wykładów i kierowania jednostkami). W marcu ustanowiono tzw. planowe zatrudnienie absolwentów, czyli poddano ich obowiązkowi pracy we wskazanych miejscach. W tymże miesiącu zmieniono system stypendialny w duchu uchwały rządu z grudnia 1949 r., która głosiła, że celem tego systemu jest „przyspieszenie procesu wyrastania ludowej inteligencji z młodzieży pochodzenia robotniczego oraz mało- i średniorolnego”166. Tworzono „natychmiast po otrzymaniu instrukcji” masową organizację studencką na gruzach Bratniaka i „reorganizowano” koła naukowe, czyli wyzuto je z majątku. Równocześnie przebudowano system szkół wyższych, podporządkowując je różnym ministerstwom na wzór systemu istniejącego od 20 lat w ZSRR167. Wiosną 1950 r. oddzielono wskutek tego od UW wydziały Lekarski i Farmaceutyczny. Powołanie osobnej Akademii Medycznej rozważano już zaraz po wojnie; elity UW broniły się przed tym w obawie, że oznacza to rezygnację z odbudowy Uniwersytetu. Teraz ryzyka takiego nie było, choć oddzielenie dwóch wielkich jednostek oznaczało przekreślenie zamierzeń z 1948 r., gdy zakładano podwojenie się ilości studentów w przeciągu dekady i budowę nowego zespołu gmachów168.

Społeczność uczelni pchnięto na „potężne manifestacje” 1 V 1950 r., poprzedzone wielodniowymi „czynami”. Studenci i pracownicy sprzątali w deszczu teren UW. Było to niewątpliwie pożyteczne, ale też stanowić miało „najlepszą odpowiedź wilczym fantastom spod znaku nowej wojny”. Podobna frazeologia towarzyszyła współzawodnictwu pracy, narzucanemu we wszelkiego rodzaju działalności (oto kwestura wyłaniała przodowników akcji usuwania „zaległości z lat dawnych”). W maju wprowadzono przepisy o socjalistycznej dyscyplinie pracy, pół roku później – o dyscyplinie nauki. Pojawiły się nowe, obszerne ankiety personalne, które składać mieli periodycznie pracownicy, a także wszyscy ubiegający się o pracę czy miejsce na studiach. W siedmiostronicowym druku o 36 rubrykach należało wskazać nie tylko pochodzenie, stan majątkowy czy kolejne miejsca pracy, ale i przynależność organizacyjną przed wojną, w czasie okupacji i po wojnie (oraz wskazać osobę mogącą je potwierdzić). Niepokojącą wymowę miało pytanie o posiadanie rodziny za granicą. Przynależności politycznej krewnych poświęcona była osobna rubryka. Zapewne większość wypełniających ankietę odczuwała niejasne obawy, wtedy nawet, gdy wydawało się, że nie mają nic do ukrycia. Od jesieni 1950 r. pracownicy musieli uczestniczyć w szkoleniach ideologicznych, a studenci – w kursach materializmu dialektycznego, zwanego z rosyjska diamatem. W tym czasie dzielono studentów każdego roku na „grupy produkcyjne” po 20–30 osób, kierowane przez starostów. W założeniu były kolektywami wspólnie uczącymi się i wychowującymi. Wydzielano je wedle różnych zasad; nie zawsze było to łatwe. Lata weterynarii pogrupowano wedle stołów prosektoryjnych169.

Wszystkie te zmiany odbywały się wśród lawiny ministerialnych okólników i żądań sprawozdawczych, odpraw i narad, wśród braków papieru i formularzy, trudności z maszynopisaniem i telefonowaniem, paliwem do samochodów i ogrzaniem budynków. U progu 1950 r. jedynym wieczornym oświetleniem terenu UW przy Krakowskim Przedmieściu był blask z okien. Studenci i pracownicy opuszczali sale późno, nierzadko około 22.00, z powodu mnożących się zebrań. Wychodzili na dziedziniec, na którym rysowały się w mrokach kształty ruin i rusztowań. Rektor zaznaczał w piśmie do władz miejskich, że narasta kontrast pomiędzy tempem odbudowy miasta i uczelni. Do końca 1949 r. podniesiono z ruin tylko dwa budynki: obserwatorium astronomiczne i Gmach Poseminaryjny170. Obok tego ostatniego istniała częściowo zadaszona ruina Auditorium Maximum, a w niej stołówka pracownicza i dwie sale wykładowe oraz mieszkania kilkunastu rodzin. W rogach dziedzińca, po obu stronach Pałacu Kazimierzowskiego (latem 1950 r. meblowano tam pierwsze pomieszczenia dziekanatów), były rumowiska. Po prawej, na szczątkach budynku Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego, rozpoczęła się w 1951 r. budowa neoklasycystycznego gmachu Filologii. Po lewej, w miejscu Farmacji, planowano symetryczny gmach dla Pedagogiki. Przy bramie głównej frontowy budynek dawnego Szpitala św. Rocha, odbudowany wysiłkiem Bratniaka, urządzany był przez nową organizację studencką. Pałac Czetwertyńskich odbudowywano dla Instytutu Geograficznego, który wprowadzał się jesienią. W tym czasie Instytutowi Filozofii udostępniano pomieszczenia sąsiedniego Pałacu Potockich 171. Po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia rozpoczęto w kwietniu odgruzowanie terenu po Collegium Theologicum na rogu ul. Traugutta (w gmachu znaleźć się miały audytoria humanistyczne, ale w 1952 r. przyznany został Sekcji Dziennikarskiej)172.

3. Gmach Biblioteki UW udekorowany portretem Bolesława Bieruta, 1. poł. lat 50. XX w.

Idąc Krakowskim Przedmieściem na północ, ku wznoszonemu z ruin Staremu Miastu, mijając kościół Wizytek, na który wychodziły okna nowego mieszkania Włodzimierza Antoniewicza (jak wielu profesorów lokującego się w budynkach UW), a potem hotel Bristol, w którego Gospodzie Ludowej wydawano studentom obiady, docierało się do seminarium duchownego, mieszczącego Wydział Teologii Katolickiej, i do żeńskiego akademika Dziekanka. Budynki te stanowiły tło figury Mickiewicza, przywróconej na cokół 28 I 1950 r. Na uroczystość jej odsłonięcia Senat UW wzywał pracowników i studentów, a wykłady zostały zawieszone. Pod pomnikiem Bolesław Bierut głosił chwałę poety ludowego i rewolucyjnego, a słuchały „nieprzebrane tłumy”, w tym ambasador ZSRR oraz mianowany niedawno marszałkiem Polski Konstanty Rokossowski173. Było to osobliwe powtórzenie odsłonięcia pomnika sprzed pół wieku. Monument odegra jeszcze znaczącą rolę symboliczną w życiu studentów warszawskich: 30 stycznia 1968 r. milicja wyłapywać będzie uczestników demonstracji, składających kwiaty pod pomnikiem Mickiewicza w proteście przeciw zdjęciu Dziadów ze sceny.

Aby dotrzeć do innych obiektów uniwersyteckich, należało wsiąść do trolejbusu lub autobusu, które łączyły Krakowskie Przedmieście z aleją Stalina (Obserwatorium i Ogród Botaniczny), niebezpośrednio z ul. Hożą (Fizyka) i z bardzo już odległym Polem Mokotowskim, na którym Uniwersytet planował zagospodarowanie rozległego terenu, pozyskanego wiosną 1951 r. Rozwijać się tam miały, na południe od przedwojennego budynku Chemii, placówki nauk ścisłych i eksperymentalnych, biologii i geologii174.

Rozproszenie budynków uczelnianych zmuszało studentów niektórych kierunków do intensywnego krążenia po mieście. Geologowie część zajęć mieli (w połowie lat 50.) przy ul. Oboźnej, część przy ul. Hożej, część w budynku Chemii na Ochocie; na wychowanie fizyczne jeździli na ul. Konwiktorską, kursy Studium Wojskowego odbywali na Wawrzyszewie, jadali w stołówce przy Krakowskim Przedmieściu, wielu mieszkało w nowych akademikach na Grochowie175. Tworzyło to wielokilometrowe trasy, pokonywane obciążonymi ponad miarę środkami komunikacji miejskiej. Poruszali się nimi także pedle przewożący dokumenty i wiadomości, w czym tylko częściowo mogła wyręczyć ich uniwersytecka sieć telefoniczna. Uczelnia miała jedną jedyną centralkę, uruchomioną w 1947 r. dla 46 numerów. Trzy lata później istniał wciąż jeden tylko „telefon końcowy”, łączący z numerami spoza UW, a zainstalowany w gabinecie rektora. Ten uznawał, że „w związku z wykonywaniem planu 6-letniego” musi mieć „możność szybkiego, bezpośredniego kontaktowania się z Ministerstwem Szkół Wyższych i Nauki i innymi instytucjami”, co jest niezwykle trudne na jedynej, przeciążonej linii, dającej połączenia z „miastem”176. Uniwersytet zależał zaś bardziej niż kiedykolwiek od „miasta” – od dyspozycji centralnego aparatu władzy.

Miasto rosło, w jego centrum rysował się ciąg potężnych siedzib administracji rządowej. Centralizacja przybierała nieznaną skalę. Także dlatego w Warszawie osiedlali się przedstawiciele elit, którzy zaraz po wojnie zdecydowali się zamieszkać we Wrocławiu czy Szczecinie. W 1948 r. w stolicy wydawano połowę polskich gazet, a w 1951 r. już 70%. W ramach tego systemu rozwój UW nie był zagrożony. Przeciwnie, decydowano o powoływaniu na nim nowych, wielkich jednostek – dziennikarstwa czy geologii – i przenoszono do nich studentów oraz kadrę z innych miast. Tylko w Warszawie można było studiować pedagogikę, filozofię czy psychologię177. Rysował się obraz metropolii, która wciąż symbolizowała odradzanie się narodu, lecz w coraz większym stopniu stawała się, na wzór Moskwy, ośrodkiem „propagandy monumentalnej”, miejscem wykuwania nowego człowieka. Wizja ta porwała niejednego, kto zjawił się w stolicy obstawionej rusztowaniami i spowitej pyłem budowlanym. Inni dostrzegali przede wszystkim sowietyzację:

Coraz więcej [...] widać na ulicach Warszawy „fufajek”, watowanych spodni i uszatych czapek, sowiecki strój narodowy (bardzo zresztą praktyczny i wyrabiany już w Polsce)! Przeciążenie środków transportowych coraz bardziej przypomina też Rosję, jak również wygląd nabitych szarą publicznością poczekalni dworcowych [...], głośniki, portrety Stalina, brudne bufetowe...178.

Przecież jednak w świadomości wielu studentów zapisał się także inny obraz, nienacechowany ani ideologią, ani szarzyzną. Obraz intensywnych – jak gdyby intensywniejszych niż w późniejszych latach – kontaktów międzyludzkich. Wspomnienie wykładów i seminariów otwierających nieznane światy. Doświadczenie penetrowania „ciuchów”, czyli bazaru z odzieżą, pełnego barwnych amerykańskich koszul i malowanych krawatów. Zetempowski uniformizm znajdował przeciwwagę choćby w grupkach studentów Akademii Sztuk Plastycznych pośrodku Krakowskiego Przedmieścia, gdzie otwierały się na wprost siebie bramy dwu uczelni179. Spod ASP ruszał trolejbus, którym dojeżdżała do akademika przy ul. Górnośląskiej studentka polonistyki, pochodząca z niewielkiego miasta.

Naprzeciwko akademika miałyśmy Ogród Ujazdowski, dalej Ogród Botaniczny i Łazienki i często tam bywałyśmy. [...] Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w tych parkach tyle pięknych tulipanów, narcyzów i szlachetnych bzów. Tulipany kwitły także przed Biblioteką Uniwersytecką. Siadywało się tam na ławkach z coraz bardziej znajomymi ludźmi. Świat był piękny!180

Wielka przebudowa

Jeszcze w roku 1948/1949 Uniwersytet istniał w strukturze przedwojennej. Oderwanie wydziałów Lekarskiego i Farmaceutycznego było tylko początkiem przeobrażeń, sprawiających, że w każdy kolejny rok UW wchodził z inną liczbą wydziałów. W 1950 r. pozostało ich sześć, wymienianych w informatorach w dawnym porządku: 1. Wydział Teologii Katolickiej, 2. Wydział Teologii Ewangelickiej, 3. Wydział Prawa, 4. Wydział Humanistyczny, 5. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, 6. Wydział Weterynaryjny. Rok później część wydziałów nosiła nowe nazwy, a prezentowano je w porządku alfabetycznym, który usuwał z czołowego miejsca wydziały teologiczne: 1. Wydział Humanistyczny, 2. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, 3. Wydział Prawa, 4. Wydział Teologii Ewangelickiej, 5. Wydział Teologii Katolickiej, 6. Wydział Weterynaryjny. W wyniku kolejnej reorganizacji oddzielono od UW Weterynarię, ale liczba wydziałów wzrosła do dziewięciu wskutek podziału wydziałów Matematyczno-Przyrodniczego i Humanistycznego. Oto struktura w 1952/1953 r.: 1. Wydział Biologii i Nauk o Ziemi, 2. Wydział Filologiczny, 3. Wydział Filozoficzno-Społeczny, 4. Wydział Geologiczny, 5. Wydział Historyczny, 6. Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, 7. Wydział Prawa, 8. Wydział Teologii Katolickiej, 9. Wydział Teologii Ewangelickiej. W roku następnym wydziałów było 12 (powstały bowiem wydziały Dziennikarski, Ekonomii Politycznej i Pedagogiczny), a w roku 1954/1955 – 11, wskutek wydzielenia Chemii i odłączenia od UW fakultetów teologicznych.

Wszystkim tym reformom towarzyszyły zmiany dziekanów, nie mówiąc już o zamieszaniu w dysponowaniu gmachami i salami. Wzmagało to napięty rytm aktywności, znaczony niebywałą liczbą zebrań i narad. Ministerstwo domagało się omawiania swych rozporządzeń. Pracowały liczne komisje. Zbierały się organizacje partyjne, związkowe i młodzieżowe. Obowiązkom organizacyjnym towarzyszyły ideologiczne. Instruktor ZMP miał przeciętnie pięć zebrań tygodniowo. Członek Zarządu Wydziałowego ZMP na Matematyce-Fizyce – ok. 20 zebrań w miesiącu181. Zbierały się grupy studenckie i całe lata studiów. O wieczornym zebraniu ogłaszano, bywało, w sali wykładowej przed wstąpieniem profesora na katedrę. Kadra naukowa zobowiązana była pojawiać się i na zebraniach studenckich, i na pracowniczych. Ten gorączkowy rytm umniejszył znaczenie tradycyjnych rad wydziałów; tak samo znaczenie rad umniejszyły zmiany prawne.

W grudniu 1951 r. zakończył się okres rozwiązań prowizorycznych, a więc ostatecznie zamknął „okres przejściowy”, w którym ustrój akademicki był jeszcze wynikiem kompromisu. Teraz ustrój ten stał się wersją rozwiązań funkcjonujących od 20 lat w ZSRR. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym likwidowała pozostałości jego autonomii. Radę Główną sprowadzono do funkcji konsultacyjnej. Minister zyskał wszechwładzę – naznaczał rektorów i (na ich wniosek) prorektorów, dziekanów, prodziekanów, kierowników; przekształcał struktury uczelni; ustalał plany rekrutacji i studiów, programy, regulaminy i listy podręczników. Senaty stały się instytucją pomocniczą rektora, rady wydziałów miały tylko konsultować decyzje dziekana. Uczelnie nie mogły decydować o liczbie i rodzajach egzaminów, o wszelkie zmiany musiały występować do ministerstwa; podobnie o terminach egzaminów nie decydowały wydziały czy katedry. Zniesiono kadencyjność stanowisk. Rektor przypominał odtąd – pisze Teresa Suleja – „dyrektora wielkiego kombinatu, czuwającego nad realizacją nadesłanych z centrali planowych zadań”182. Odniesienie do przemysłu jest trafne, bowiem ustanawiano tam analogiczne zasady pionowej podległości ministerstwom, która wyrażała się także w „jednoosobowej odpowiedzialności” kierowników wobec zwierzchności. Liczyło się wykonanie „planu nauczania”, drobiazgowo określonego w instytucjach centralnych. System ten sprzyjać miał mobilizacji do wysiłku. Powstawał sztywny, hierarchiczny układ, naznaczony – jak w innych dziedzinach życia – poczuciem niepewności i zagrożenia. Gdy grupy studentów słały do władz UW, często z poparciem katedr, prośby o zmiany terminów egzaminów, były one zwykle odrzucane, a nawet uznawane przez „czynnik polityczny” za „przejaw wrogiej działalności”, gdyż groziły niewykonaniem planu183.

Na wzór radziecki reorganizowano całą strukturę nauki, oddzielając dydaktykę od pracy badawczej, którą skupiano w Polskiej Akademii Nauk. Uczelnie pełnić miały rolę dydaktyczną. Budziło to obawy na UW, zwłaszcza chyba na wydziałach eksperymentalnych. Podejmowano próby ocalenia dotychczasowego profilu, co było – jak wspominał Jerzy Pniewski – bardzo trudne, ale w wypadku Fizyki powiodło się184. Ustawa wprowadzała też rewolucję w systemie stopni i tytułów naukowych, wprowadzając studia aspiranckie i stopień kandydata nauk, znosząc habilitację, najwyższym stopniem naukowym czyniąc doktorat uprawniający do zdobycia tytułu profesora zwyczajnego. Naukowców starego porządku degradowała, nowych wywyższała185.

W nowym porządku nowe też musiało być decorum, odarte z pozostałości średniowiecznej tradycji uniwersyteckiej. Znikały togi, Gaudeamus, formuły podkreślające autonomię uniwersytetu. Jeszcze w 1948 r. zdarzało się, że administracja ministerialna zwracała się do „Magnificencji”. Już dwa lata później do rektora pisał jak do podwładnego nie tylko minister, ale i zastępcy dyrektorów departamentu (używając najwyżej formuł typu: „Obywatel Rektor zechce...”). Tradycyjna tytulatura zachowała się w korespondencji wewnętrznej, używali jej profesorowie, z rzadka dyrektor administracyjny. Działacze partyjni zwracali się do rektora jako do członka PZPR. „Szanowny Towarzyszu Rektorze” było jedyną formułą grzecznościową w liście asystenta, który (surowo zaznaczając: „nie mogę się dostać do Was z powodu ciągłych zajęć Waszych...”) powiadamiał Jana Wasilkowskiego o terminie zebrania organizacji partyjnej186.

Oficjalny żargon w nikłym stopniu naznaczył pisma polecające, opinie i analizy pisane przez profesurę, w umiarkowanym – dokumenty administracji i komisji UW. Pisano wprawdzie raczej o „szkoleniu” niż o studiowaniu, „roku szkolnym” niż akademickim, o „kursie” niż o roczniku studiów; formułowano uwagi o „niedociągnięciach” i oceny „pracy na odcinku”. Natężenie nowomowy było jednak nieporównanie mniejsze niż choćby w dokumentach warszawskich Rad Narodowych. Natomiast dokumenty uczelnianej PZPR i ZAMP/ZMP powielały stalinowski dyskurs. Pisano w nich o „aktywie profesorskim”, Uniwersytet nazywano „placówką ideologiczną”, „przenoszono” na jego „teren” decyzje zewnętrznych instancji. Mobilizowano aktyw i dążono do jego „ubojowienia”, którego miarą bywał styl wystąpień, zwłaszcza na zebraniach ZMP, inspirowany retoryką bolszewicką. Wskazywano tam „zamaskowanych wrogów”, „dwulicowców, pijaków, chuliganów”, nazywanych też „chwastami”, które „trzeba stale i bezlitośnie tępić”. Przestrzegano, że „wróg nie śpi”, a podsyła do ZMP „najróżniejsze szumowiny i parszywe owce”. Podawano nazwiska wyrzuconych „na zbity pysk” z organizacji187. Ostrość wystąpień miała konsolidować grupę i zastraszać mniej pewny element. Społeczność UW, złożona w większości z „niezorganizowanych”, czyli pozostających poza PZPR i ZMP, jawiła się w tym dyskursie na podobieństwo masy, stawiającej pewien opór, lecz w zasadzie plastycznej.

Jej urabianiu służył natężony rytm masówek i szkoleń, „propaganda wizualna” w postaci haseł, gazetek ściennych („błyskawic”), dekoracji podobnych do umieszczanych w innych zakładach pracy (i podobnie zakurzonych, co stanowiło temat samokrytyk). Megafony, powszechne w urzędach i na ulicach miasta, stawały także na dziedzińcu UW, gdy w Sali Kolumnowej organizowano większą akademię. Latem 1952 r. ZSP zabiegało o umieszczenie na stałe silnego głośnika, przez który „byłyby nadawane audycje słowne (komunikaty) i muzyczne podczas zajęć uniwersyteckich, a w szczególności [...] w okresie egzaminów”. Dyrektor administracyjny wspominał, że zna „zastrzeżenia Ob. Rektora w tym przedmiocie”. Głośnik stanął jednak przy bramie głównej. Jesienią studenci geografii uchwalili na „naradzie produkcyjnej” wniosek o usunięcie go, gdyż „podczas nadawania audycji praca w salach wykładowych i w lektorium jest niemożliwa”188. Nie wiadomo, czy głośnik zabrano. Tak czy owak echa przemówień i śpiewów odbijają się we wspomnieniach dawnych studentów. Pieśni masowe czy popularne piosenki lat stalinizmu są żywą materią pamięci. Tworzą tło przeżycia pokoleniowego.

* * *

W roku 1949/1950 na Uniwersytecie ukształtował się trapezoid władzy. Jego wierzchołkami były: Pałac Kazimierzowski (rektorat), gmach Prawa (PZPR), Budynek Porektorski (organizacja związkowa) oraz Dom Studenta (ZMP i ZSP). Wszystkie te organizacje, podlegające przede wszystkim zewnętrznym dyspozycjom, odzwierciedlały nową strukturę władzy w Polsce. Wbrew założeniom, była ona raczej mętna. Jak centralny aparat podlegał nieprzewidywalnym dyspozycjom Moskwy, tak aparat uniwersytecki zależał od centralnego, powiązany z nim zróżnicowanymi relacjami personalnymi i nieformalnymi, których analiza zasługuje na osobne studia. Rektorat podlegał wprost ministerstwu, ale rektor jako członek PZPR przestrzegać musiał dyscypliny partyjnej. Uczelniana PZPR podporządkowana była formalnie władzom partyjnym dzielnicy, ale zależała przede wszystkim od Komitetu Centralnego. Organizacja związkowa była pomyślana jako „pas transmisyjny” polityki PZPR i jej oddziaływania na szerszą społeczność. Podobną rolę wobec studentów grać miało ZSP, dzielące Dom Studenta z organizacją ZAMP (potem ZMP), która z kolei podlegała kierownictwu PZPR, angażując młodzież do budowy „nowej rzeczywistości”. Niejako obok tej struktury trwały dawne instytucje akademickie, Senat i rady, ale nie miały wielkiego znaczenia.

Znaczenie największe miała niewątpliwie PZPR. Początkowo istniały na UW trzy jej osobne organizacje (pracowników naukowych, studentów i administracji), skupiające w maju 1949 r. 215 członków i 60 kandydatów, w tym 194 (na 7800) studentów. W tymże miesiącu nastąpiło scalenie uczelnianej PZPR, mające służyć sprawności pracy, a także zakończyć „fatalne nieporozumienia” między organizacją studencką PZPR a ZAMP, czyli walkę o wpływy. Zaistniała Podstawowa Organizacja Partyjna (POP), kierowana przez Komitet Uczelniany (KU), złożony z 11 osób: dwóch pracowników naukowych, jednego pracownika administracyjnego i ośmiorga studentów. Podzielona była na 6 studenckich Organizacji Oddziałowych (OOP) przy Wydziałach oraz dwie ogólne organizacje (pracowników naukowych i administracyjnych), w których studenci mieli po jednym przedstawicielu. Przez trzy miesiące po powstaniu POP roztrząsano, czy jej szefem ma być profesor czy student; ostatecznie na I sekretarza wybrano prof. Adama Schaffa, a na jego zastępcę studenta Stanisława Stolpego. „Przesunięto” szereg aktywistów partyjnych do Zarządu Uczelnianego ZAMP, co miało ukrócić wspomniane „nieporozumienia”. Przed organizacją postawiono zadanie przyrostu ilościowego i rozpoczęto intensywny „werbunek”, osiągając pod koniec 1949 r. liczbę 360 członków i kandydatów. Wciąż nie było to wiele. W dodatku oceniano, że działa kilku aktywistów „przy całkowitej bierności reszty członków”, zaś partyjni studenci są często „w ariergardzie, jeśli chodzi o uczenie się”189. Tego rodzaju samokrytyki będą się powtarzać.

Latem 1950 r. Komitet Uczelniany składał się z 13 osób: siedmiorga studentów, czterech profesorów, starszego asystenta i pracownika administracyjnego. Niemal połowę składu (6 osób) stanowiły kobiety, co było zapewne pierwszym takim wypadkiem w historii organizacji politycznych na UW. Jedna tylko osoba, aktualny rektor, wywodziła się z PPS, reszta miała od dwóch do pięciu lat stażu pepeerowskiego. Na czele Komitetu stał prof. Stanisław Ehrlich, prawnik, znawca ustroju ZSRR. Jego zastępcy byli studentami – Anna Śladkowska (IV rok) i Stanisław Stolpe (III rok). Studentka pierwszego roku Helena Denis zajmowała się sprawami personalnymi. Alicji Osiadacz (II rok) powierzono sprawy ZAMP. Sekretarzami Organizacji Oddziałowych, zasiadającymi w KU, byli także studenci: na Wydziale Humanistycznym Feliks Tych (II rok), na Prawie Stefan Zielicz (IV rok), na Matematyczno-Przyrodniczym Wanda Fechner (III rok)190.

Rozważano rozwiązanie odrębnej organizacji profesorskiej i połączenie jej ze studenckimi. Miało to, powiadała Osiadacz, wpłynąć „wychowawczo na profesorów i asystentów, w szczególności zaś na tych, których przynależność partyjna nie przejawia się w życiu codziennym”. Służyłoby też zgłaszaniu na bieżąco studenckich uwag do pracy kadry. Rektor uważał, że za „rozformowaniem” organizacji profesorskiej przemawia także „wybitnie zły skład społeczny profesorów” (tylko jeden był pochodzenia robotniczego); przestrzegał zarazem przed zbytnim radykalizmem (czyli „przed niebezpieczeństwem przenoszenia wzorów radzieckich z innego okresu rozwojowego do naszych warunków”). Towarzysz Sitek dodawał, że w organizacji pracowników naukowych „koncentrował się liberalizm”. „Bojowość studentów nie zaszkodzi tow. profesorom”191.

Na poszczególnych wydziałach „teren” przygotowywany był przez tzw. organizatorów partyjnych (partorgów). Byli to studenci i asystenci, którzy werbowali do PZPR i kierowali grupami aktywistów, wytwarzając nacisk ideologiczny na uczelni. Partorgowie byli pokoleniem trzydziestolatków, a więc Kolumbów, aczkolwiek ich drogi były specyficzne. Przed wojną angażowali się w komunistyczne organizacje młodzieżowe, miewali doświadczenie pobytu w ZSRR (Henryk Holland), studiów w Moskwie, ale także łagru (Jan Kancewicz)192. Cieszyli się stypendiami KC PZPR i rządu. Uniwersytet „liberalny” miał być dla nich terenem obcym, jeśli nie wrogim, lecz ci, którzy studiowali lub odbyli staże na uczelniach ZSRR, zyskiwali bardziej złożony stosunek do tamtejszej rzeczywistości193. Podobnie relacje między PZPR a społecznością uczelni były z pewnością bardziej skomplikowane, niż to wynika z dokumentów. Niewątpliwie jednak założenie polegało na wywieraniu przez partię silnego wpływu na uczelniane kadry. Traktowano je w partyjnych dokumentach, przekazywanych centralnemu aparatowi władzy, jak zasób podlegający presji i modelowaniu, a często oporny i wymagający silnego nacisku.

Oto organizacja partyjna Wydziału Weterynarii raportowała wiosną 1950 r., że jej sytuacja jest „bardzo ciężka”, profesura

skrycie wroga, poza drobnymi wyjątkami tych, którzy chcą z nami współpracować, ale współpraca ta płynie raczej z korzyści osobistych, a [w] pewnych drobnych wypadkach z przemian w poglądach natury politycznej. Stosunki wśród asystentów są niewiele lepsze, gdyż do tej pory profesorowie dobierali sobie asystentów. Pracownicy administracyjni i fizyczni przesiąkli również atmosferą wrogości i u woźnych brak często poczucia klasowego.

Organizacja charakteryzowała poszczególnych wykładowców. „Chętnie współpracuje” – oceniała prodziekana, zaznaczając, że tylko „pozuje na pozytywnego”, a wyznaje poglądy peeselowskie. Nie było jednak mowy o jego usunięciu, zwłaszcza że był „dobrym organizatorem i wykładowcą”. Dziekan także należał do kategorii „chętnie współpracujących”, ale politycznie nie przejawiał „żadnego zainteresowania”. Opinie tego rodzaju organizacja przekazywała Wydziałowi Nauki KC. Jej członków nie powinny były obowiązywać tradycyjne zasady uniwersyteckiego koleżeństwa, lecz dyscypliny partyjnej. W kierowanych do KC charakterystykach OOP dzieliły kadrę naukową na kategorie (wrogów, nieszkodliwych, pozytywnych), sugerując, kogo należy usunąć z pracy i kim zastąpić. Uwzględniano przy tym umiejętności zawodowe i trudność usunięcia fachowców o „wrogich” poglądach. Wobec młodych pracowników opinie stawały się bezwzględne: łatwiej było się ich pozbyć, wskazując na to miejsce postaci „pozytywne”. Charakterystyki pracowników Weterynarii były krótkie, ale treściwe. Odzwierciedlały sposób myślenia partorgów i bieżący kurs polityczny („walkę z kosmopolityzmem”), a także pozycję poszczególnych grup pracowników. Wobec profesury organizacja wstrzymywała się od wniosków o usunięcie, mimo takich charakterystyk jak „reakcjonista, sjonista” czy „wrogi, stary, wspomina dawne czasy, nic nie jest w stanie go przekonać, zapatrywania endeckie”. Docentów, adiunktów i lekarzy oceniano wedle kryteriów politycznych i fachowych, w niektórych wypadkach sugerując usunięcie. Oto docenci: „uświadomiony politycznie, ale o wrogich poglądach, udaje pozytywnego”; „wróg zacięty, otacza się tylko reakcjonistami, stosunek do Organizacji wrogi, możliwy do zastąpienia przez ***”; „wróg klasowy i ideologiczny, najbardziej negatywny, na razie nie widzimy następcy”. Adiunkci: „skryty, w poglądach zamaskowany, negatywny, dobry pracownik naukowy. Na razie nie da się zastąpić”; „wysokie kwalifikacje w chemii, mógłby zastąpić doc[enta] ***, politycznie bierny, do współpracy możliwy”. Lekarze: „sprytny, typ karierowicza, o poglądach nacjonalistycznych, dobry pedagog, na razie nie da się zastąpić. Poglądów swoich nie uzewnętrznia, przez co nie jest szkodliwy”; „wybitnie reakcyjny, słaby moralnie, w pracy również słaby, możliwy do zastąpienia”; „wybitnie wrogi dla Organizacji, szkodliwy, tendencyjnie oblewa zorganizowanych, należałoby natychmiast usunąć, tembardziej, że nie przedstawia kwalifikacji naukowych”; „raczej wrogi, małe kwalifikacje, nieszkodliwy”; „wróg klasowy i ideologiczny, aspołeczny, możliwy do zastąpienia, należy usunąć”. Młodych pracowników, zwłaszcza asystentów, łatwo było usunąć lub dobrać. Z karierą na Wydziale mieli się żegnać ludzie opisani jako: „wroga, obca klasowo, sodalistka, można zastąpić ***”; „narodowiec, endek, niewłaściwy stosunek do studentów, zastąpić ***”; „bardzo wrogi, przebiegły, reakcjonista, zastąpić można abs[olwentem] *** o kwalifikacjach naukowych, towarzysz partyjny”; „wrogi, obcy klasowo, wpływy sodalicji, można zastąpić kimś innym”. „Zorganizowanie” nie musiało poprawiać sytuacji: „członek ZAMP, typ karierowicza, negatywny, można zastąpić”; „zapatrywania kułackie, kiepski członek ZAMP, można zastąpić”; „karierowicz, obcy ideologicznie, przebiegły, aktywny w pracy. Członek ZAMP, należy go stale obserwować”. W bezpieczniejszej sytuacji znajdowały się osoby opisane następująco: „politycznie ślepa, bierna, nieszkodliwa”; „bez oblicza politycznego, nieszkodliwy”; „bojaźliwy, bez pozytywnego oblicza politycznego, nieszkodliwy”. Spać spokojnie mogli zaliczeni do grupy „pozytywnej”, zwłaszcza obdarzeni właściwym pochodzeniem społecznym („pozytywny, wartościowy, zdolny”; „pozytywny, syn drobnego chłopa”; „pozytywny, syn wyrobnika rolnego”)194.

Przynależność do partii nie chroniła przed negatywną charakterystyką. Przeciwnie, wystawiała na pryncypialne ataki w momentach potknięć politycznych czy banalnych rywalizacji personalnych, gdy zainteresowani szukali ideowych pretekstów do uderzenia. Areną takich rozgrywek były zebrania organizacji PZPR – liczne i długie, przeważnie monotonne i „wysiadywane” przez uczestników, ale nieraz przebiegające w napięciu, należały do sfery dyscypliny organizacyjnej. Powiadano, że „zebranie partyjne winno mieć pierwszeństwo przed innymi zebraniami czy zajęciami”195.

Oto 12 VII 1951 r. zebrała się „grupa partyjna naukowców wydziału Prawa”, by omówić książkę jednego ze swych członków, profesora i kierownika katedry, na temat zagadnień prawnych w starożytności. Dyskusja wokół książki, a właściwie wokół „sprawy”, nie miała wiele wspólnego z tradycjami debat naukowych, choć wszyscy wypowiadający się byli utytułowani. „Sprawą” nazywano zjawisko potencjalnie wrogie, wymagające pryncypialności. Wykazało ją zwłaszcza czterech profesorów. Nomina sunt odiosa; oznaczymy ich literami A, B, C i D. Zagajając, A stwierdził, że książka nie odpowiada wymaganiom, jakie stawia się rozprawom „pisanym przez partyjnych profesorów”. Nie jest oparta na metodzie materializmu historycznego, nie uwzględnia „partyjnego podziału filozofii”, a wykorzystuje bezkrytycznie Tatarkiewicza. Nazwisko odsuniętego od wykładów przedstawiciela „idealizmu” musiało tu wybrzmieć. Autor „nie stoi na stanowisku partyjnym, bojowym, a jego postawę charakteryzuje obiektywizm”. Zaniedbuje przywoływanie klasyków: „Szczególnie uderza brak wykorzystania dzieł Stalina”. Mówca B przyznał, że autor wykazał „bardzo dużo pracowitości”, nie uchroniło go to jednak przed „ześlizgiwaniem się na pozycje idealistyczne (np. sprawa przyczyn upadku Aten i Sparty)”. Głos oddano autorowi, który starał się bronić książki, zaznaczając, że „terminologii burżuazyjnej używał tylko wtedy, gdy nie było odpowiednich terminów marksistowskich”. Przerwano mu uwagami, że „nie występuje dość samokrytycznie”. Odparł, że częściowo uznaje zarzuty. Dziś napisałby książkę inaczej. Starał się wykorzystać literaturę radziecką. Brak przywołań klasyków tłumaczył swym „wrogim nastawieniem do cytatologii (przytacza słowa Kautskiego)”. Nie chciał uznać „walki między materializmem a idealizmem” za naczelne zagadnienie swej pracy; pojęcia te nie przystają do opisywanej epoki, ponieważ „skrystalizowany materializm dał dopiero Marks. Mówca prosi towarzyszy, aby mu wyjaśnili, w jaki sposób walka materializmu z idealizmem może stać się osią jego pracy”. W odpowiedzi usłyszał od C, że „nie rozumie, co to jest partyjna samokrytyka”. Szuka usprawiedliwień. Nie naświetlił filozofii starożytnej „z obecnego punktu widzenia”. Natomiast A zarzucił mu także obraźliwy ton; profesor partyjny nie może mówić o „cytatologii” i unikać terminologii marksistowskiej. Zapytano raz jeszcze autora, jak ocenia swą pracę. Przyznał, że widzi w niej „liczne braki”, jednak gdy ją pisał, „wiedza marksizmu-leninizmu nie stała u nas na tak wysokim poziomie, jak to jest obecnie”. Zareplikował B, podkreślając, że nie jakieś sformułowania są kwestionowane, ale cała książka jako dzieło „obiektywistyczne” i przyjmujące obcy porządek myślenia. D uznał natomiast, że autor „przeprowadzał tu swoją obronę, a nie samokrytykę” i że mimo usiłowań wytłumaczenia mu błędności jego stanowiska „znowu zaczął dyskusję”. Ten nie miał już ochoty lub możliwości jej wznawiania. Protokolant zapisał tylko, iż autor stwierdził, „że wydaje mu się, iż rozumie swoje błędy”196.

4. Studenci Wydziału Prawa UW w mundurach ZMP, ok. 1952 r.

Podobne seanse, choć bardziej burzliwe, organizował Związek Młodzieży Polskiej, mający ogarniać najbardziej aktywny element środowiska studenckiego. Mimo wysiłków organizacyjnych, „trzon klasowy” warszawskiego ZMP oceniano jako słaby. Mniejszość członków miała pochodzenie robotnicze. Niezadowalający był także rozwój ilościowy na UW: w 1952 r. do ZMP należało 44% studentów (3442 na 7772), podczas gdy na Uniwersytecie Wrocławskim – połowa, a na warszawskiej Akademii Medycznej – trzy czwarte (w regionalnych szkołach inżynierskich czy ekonomicznych – do 80%). W 1952 r. aktyw liczyć miał na UW ok. 600 osób, przy czym od jesieni roku poprzedniego kadra ta potroiła się, co było efektem kampanii mobilizacyjnej. Tak szybki rozrost oznaczał zarazem, że aktywiści nie byli „należycie ubojowieni”, nie umieli „rozprawić się” z wrogiem oraz wykorzystać „często powtarzanego na zebraniach hasła «uczmy się od Komsomołu»”. Aktyw słabo znał „sytuację w terenie i nastroje mas”. W zarządach wydziałowych ZMP, których było siedem, największą grupą była młodzież pochodzenia inteligenckiego, stanowiąca niemal połowę, dzieci robotników – jedną trzecią, a chłopów – niespełna jedną czwartą. Zastrzegano zresztą, że dane są mało wiarygodne, bowiem oparte na ankietach personalnych, które „nie wykazują aktywistów pochodzenia burżuazyjnego, a i tacy w rzeczywistości są”197.

Przez świadków epoki zapamiętana została jednak węższa grupa aktywu, która dawała im się we znaki, intensywnie „przebudowując” uczelniane życie, a także przyjmując role nadzorców pilności w „uczeniu się”. Na naradach organizacji pojawiały się takie oto obserwacje:

Jeżeli w dniu 21 I 1952 r. na wykładzie z materializmu historycznego na II roku Biologii i Nauk o Ziemi – na 30 osób notowało 3, 6 osób zabawiało się ożywioną rozmową, drugie 6 uczyło się innych przedmiotów z notatek, a jedna z koleżanek tak dalece łączyła teorię z praktyką, że w czasie wykładu jednocześnie czytała „Świat” i czyściła paznokcie – to czy nasza organizacja może milczeć, czy wolno milczeć naszym aktywistom? Nie wolno! Aktywistki naszej organizacji, towarzyszki Donkowska i Hilbricht nie milczały. One właśnie były jednymi z tych osób, które rozmawiały w czasie wykładu i przeglądały inne notatki. Inna z naszych aktywistek, którą przecież cenimy za jej pracę i wyniki w nauce, Wiera Martynowicz, przez pół wykładu rozmawiała i uczyła się z zeszytu fizyki198.

Podobne komentarze pojawiały się na stronach „Trybuny Uniwersyteckiej” jeszcze wiosną 1955 r., gdy wytykano nieprzygotowanie uczestników ćwiczeń i mało ożywione dyskusje na seminariach. Zaczynała się już jednak odwilż, a wraz z nią rosnąca krytyka działania ZMP.

W tejże „Trybunie Uniwersyteckiej” opisywano rok później ponury okres studiów dziennikarskich, na które przyjmowano w 1952 r., biorąc pod uwagę głównie staż zetempowski, funkcje w organizacji i opinie władz. To właśnie „ubojowieni” w liceach aktywiści wnieść mieli szkolny dryl i ideologiczne napięcie.

Biada temu, kto wymówił słowa: bridge, dancing, biada temu, kto zdradzał się, że jakiś film francuski bardziej mu się podobał niż radziecki. [...] Polakierowane paznokcie lub uszminkowane usta stawały się powodem długich reprymend o... moralności socjalistycznej. [...] Żyło się od jednego przeglądu grupy do następnego. Coraz kogoś usuwano z organizacji lub z sekcji, stawiając zarzuty wrogiego stosunku do obecnej rzeczywistości [...]199.

Zarzuty te padały na trwających do późnych godzin posiedzeniach. Roztrząsano „wrogie” poglądy, opuszczenie się w nauce, nałogi, częste chodzenie do kawiarni lub na dancing, zgubienie legitymacji. Aby załatwiać takie sprawy, przerywano nawet wykłady: aktywista wchodził na katedrę i przeprowadzał krótką dyskusję nad zachowaniem studenta200. Wymuszano samookreślenie, samokrytykę, wyjaśnianie spraw prywatnych. Były to doświadczenia formacyjne dla tych, którzy pragnęli włączyć się aktywniej w życie społeczne. Kształtował się ideologiczny pryncypializm, brutalność w rozliczeniach personalnych, skłonności manichejskie. Z zagrożeń, jakie się z tym wiązały, zdawały sobie sprawę wyższe instancje partyjne, na co dowodem jedna z analiz, przygotowanych w apogeum stalinizmu. Wskazywano w niej na konformizm i milczenie uczestników zebrań, na których niesprawiedliwie krytykowano studentów i grożono im wyrzucaniem ze studiów. „Ta atmosfera zastraszenia wynikająca z lekkomyślnego szafowania epitetem wroga i dygnitarskiego tonu aktywu młodzieżowego jest bardzo powszechna i w niemałym stopniu wpływa na niepokojąco niski wzrost organizacji ZMP-owskich”201.

Postawy reżyserów i uczestników tych spektakli były zróżnicowane. Obok dość powszechnej uległości zaznaczało się bowiem, jak powie Jan Józef Lipski, wielkie zaangażowanie emocjonalne, „połączone z objawami bardzo dużego przekonania. Postawa fideistyczna, która głęboko ogarniała środowisko i poszczególnych ludzi”202. Paradoksem totalitaryzmu były przecież jego nonkonformistyczne fundamenty, heroizacja buntu wobec „starego świata”. Aktywiści bywali przekonani o takich właśnie pobudkach swego postępowania, które narażało ich na konflikty z rodziną czy środowiskiem, a nawet na fizyczne ataki, jak bywało w przypadku działaczy ZMP203. Starano się zresztą ćwiczyć młodzież w sztuce starć ideologicznych także na ulicach, gdy wysyłano „brygady” studenckie, aby skandowały na Targówku: „Przez oświatę i kulturę bikiniarzom damy w skórę”. „Rozbawiało to miejscowych bandziorów ubranych w amerykańskie ciuchy, bo wiedzieli, kto zaraz może dostać w skórę” – wspomina absolwent dziennikarstwa204.

W systemie mobilizacyjnym istotne było rozciągnięcie wpływów na tych, którzy nie zawiązali sobie czerwonych krawatów. Jako „roztaczanie wpływów politycznych [...] na młodzież niezorganizowaną” partia określała rolę Zrzeszenia Studentów Polskich205. Wiosną 1950 r. FPOS „natychmiast po otrzymaniu instrukcji” przystąpiła do tworzenia na Uniwersytecie struktur ZSP, jedynej organizacji studenckiej. Odbyły się masowe zebrania, rozwieszono plakaty i wręczano ulotki, odnotowując reakcje studentów (zwłaszcza „wrogie”). ZSP UW powołano 20 V na zebraniu Rady Uczelnianej FPOS. Znamienne, że pojawiła się tylko trzecia część Rady. Nie mogło to powstrzymać machiny. Rozpoczęto akcję werbowania członków do Zrzeszenia, lecz bez wielkiego sukcesu: wpłynęło 215 ankiet członkowskich, z tego dwie trzecie z wydziału Matematyczno-Przyrodniczego (144), ponadto 59 z Humanistycznego i 12 z Prawa. Wśród kandydatów przeważali studenci pochodzenia inteligenckiego (130), ci z rodzin robotniczych stanowili jedną czwartą (55), a chłopskich – jedną dziesiątą. Miało to wynikać z faktu, że wydziały, na których zgłosiło się najwięcej chętnych, miały „niezbyt zadowalający skład socjalny”206. Pewna sprzeczność wewnętrzna, zawarta w tej konstatacji, umknęła najwyraźniej jej autorom.

Sprawy Bratniej Pomocy zamknięto w połowie 1950 r. Zrzeszenie przejęło jej obowiązki, a Warszawska Spółdzielnia Spożywców – stołówki. Likwidowano też podstawy niezależności kół naukowych, których majątek przekazano ZSP. Pod koniec roku Senat upoważnił rektora do odwołania wszystkich kuratorów. Rola kół miała zostać ograniczona do działalności ściśle naukowej. W niezgodzie z tym założeniem odebrano im biblioteki, dając je w depozyt różnym jednostkom UW. Skutek był taki, że wiosną 1951 r. informowano, iż książki „leżą zamknięte pod kluczem, gdyż nie ma rozporządzenia, czyją własność one stanowią”207.

Nowo powstałą organizację starano się możliwie „umasowić”. Jeszcze w październiku 1951 r. należało do Zrzeszenia 0,5 tys. studentów UW, ale cztery miesiące później – 3 tys. Mogło to być wyłącznie rezultatem dość mechanicznej rekrutacji, która stała się zresztą trwałą zasadą, podobnie jak charakterystyczna sprzeczność założeń i praktyk: werbalnie podkreślano zapał i inwencję, a praktykowano raczej dyspozycyjność. Działalność uczelnianych ogniw Zrzeszenia sprowadzała się do „załatwiania instrukcji otrzymywanych po linii swego pionu z jednostek nadrzędnych”. Powracało to jako temat krytyk i samokrytyk, lecz przecież zgodne było z zasadniczą cechą systemu. Jak inne organizacje masowe, ZSP miało kształtować powierzony sobie „teren” i przenosić nań zewnętrzny porządek ideologiczny i symboliczny208.

Studentów traktowano jak część „młodzieży”, pojmowanej jako grupa uniwersalna, połączona jednością ideałów i dążeń życiowych. Żądano porzucenia celów partykularnych, ograniczających horyzont aspiracji do tzw. spraw bytowych. Studenci powołani byli do uczestnictwa w zmienianiu porządku świata. Uczelniane ZSP miało więc objąć opieką kółka naukowe gimnazjów i liceów, nauczać analfabetów (zebrano wiosną 1950 r. grupę 47 osób), wygłaszać referaty popularnonaukowe, organizować „wyjazdy czołówek weterynaryjnych i prawniczych”, gromadzić książki dla Uniwersytetów Niedzielnych209. Zbiórki pieniężne organizowano teraz nie na rzecz środowiska studenckiego, lecz w celach nadrzędnych, nieraz transkontynentalnych, zgodnie z logiką rozbijania istniejących dotąd „barier”, za jakie uznawano podziały środowiskowe, rzekomo sprzyjające egoizmom grupowym. Oto świetlicę Domu Studenta, zbudowanego wysiłkiem Bratniaka, otwarto w Międzynarodowym Dniu Solidarności z Młodzieżą Krajów Kolonialnych (21 II 1950 r.) i na rzecz tej młodzieży zebrano ok. 30 tys. złotych. Szumne otwarcie nie oznaczało zresztą aktywności tego przybytku, skoro dwa lata później ZSP zwracało się do dyrektora administracyjnego UW o wywiezienie zalegających w świetlicy łóżek i materacy, wyposażenie jej w meble i dekoracje210. Był to chyba przypadek dość znamienny dla epoki.

„Szkoła obłudy”

Jesienią 1950 r. Stanisław Ossowski, jako przewodniczący jednej z komisji kwalifikacyjnych Wydziału Humanistycznego, skierował do dziekana uwagi o egzaminach wstępnych na UW, z prośbą o przekazanie ich ministerstwu. Opisywał chaos wynikający z pośpiechu i złej dokumentacji, a także zmieniających się „instrukcji”, o których szef komisji nie zawsze wiedział. Zawarł jednak uwagi istotniejsze:

Ogólny poziom przygotowania umysłowego kandydatów był przeważnie niski, a oceny zarówno z egzaminów ustnych jak pisemnych były wystawiane bardzo łagodnie. W wielu wypadkach główną bazą przygotowania kandydata był „Kalendarz Robotniczy”. Pytania wykraczające poza jego treść trafiały dość pospolicie w próżnię.

Ossowski sądził, że jedna trzecia przyjętych nie da sobie rady na studiach, nawet jeśli się ich całkowicie odciąży od pracy zarobkowej. Tylko jeden na stu przyjętych nie był członkiem organizacji młodzieżowej, co ilustrowało rozpowszechnione przekonanie, że na UW

nie może się dostać młodzież niezrzeszona. Będzie to czynnikiem zwiększającym napływ młodzieży do ZMP. Wydaje się jednak bardzo wątpliwe, aby ta najtańsza droga rekrutacji, zwalniająca młodzież ZMP od wpływów wychowawczych poza ramami organizacji, dała rezultaty pożądane pod względem ideowym i moralnym.

Tu elaborat Ossowskiego stawał się świadectwem opozycji wobec tzw. nowej rzeczywistości. Wybitny socjolog nazwał egzaminy „szkołą obłudy”.

Już w pisemnych wypracowaniach czytało się np., że w krajach kapitalistycznych obecnie dzieci 8-letnie [...] zmuszane są do pracy w fabrykach, że mają zamknięty dostęp do szkół, że szkoły w krajach zachodnich są masowo zamykane itd. Otóż nie należy sądzić, że autorowie tych twierdzeń wierzyli w to, co pisali. Nie: oni tylko byli przekonani na skutek całej aury, jaka się wytworzyła wokół egzaminów, że to im otworzy drogę na Uniwersytet, gdyż nie będą mogli być wówczas oskarżeni o „obcość ideologiczną”. Temu samemu celowi służyły nieraz mniej lub więcej soczyste zwroty w stylu wiecowym pod adresem tych lub innych osób, grup czy instytucyj. Kandydat starał się w ten sposób zrobić odpowiednie wrażenie na Komisji. Szło tylko o to, aby się przy tych deklaracjach nie pomylić w adresach.

Ossowski uważał, że należy zreformować egzaminy, „aby nie mogły dawać premij sprytnym cynikom czy dobrym aktorom i nie odpychały jednostek z charakterem, dla których manifestowanie żarliwości ideologicznej na stopień [podkreślenie autora] jest rzeczą nieznośną”211. Podobne uwagi przedłożyła Maria Ossowska, przewodnicząca komisji Sekcji Dziennikarskiej. Występowała o „przemyślenie” roli młodzieży w komisjach. Pisała oględnie, że rola ta była nader aktywna, a polegała na gromadzeniu informacji o kandydatach i sondowaniu ich poglądów, co wywierało nacisk na prace komisji. „W Uniwersytecie i poza nim szerzyło się przekonanie, że tegoroczne egzaminy wstępne były pod znakiem pajdokracji. Myślę, że ta opinia nie była całkowicie pozbawiona podstaw”212. Dziekan Wydziału Humanistycznego nie włączył tych uwag do sprawozdania dla ministerstwa; pisał o sprawach organizacyjnych, nie o wątpliwościach moralnych czy o pajdokracji213. Przezorność była uzasadniona. Uwagi Ossowskich nie zostałyby wysłuchane; stanowiły natomiast – w atmosferze terroru politycznego – świadectwo osobiste.

Najmłodsza wśród immatrykulowanych w 1950 r., studentka prawa urodzona w Częstochowie w styczniu 1935 r., miała tylko 15 lat, ale i ona ujrzała świat jeszcze za życia marszałka Piłsudskiego. Siedemnaście osób urodziło się zaś w wieku XIX214. Temu i następnym rocznikom studentów nadawały jednak charakter osoby urodzone pod koniec lat 20., które były dziećmi w latach okupacji. Wielu wojna zabrała dzieciństwo, pozostawiając wspomnienia, którymi nie chcieli się dzielić. Wielu wywodziło się ze wsi. Niektórzy trafili na uczelnię wskutek „akcji werbunkowej”, prowadzonej na prowincji przez aktywistów młodzieżowych: w analogiczny sposób ściągano młodych ludzi do pracy w przemyśle.

Centrum władzy żądało promowania na studia „najcenniejszego elementu” i zarazem wyraźnego zwiększania sprawności studiów. Tkwiła tu sprzeczność, którą zauważali w połowie lat 50. autorzy raportu o funkcjonowaniu Instytutu Filozofii: bardzo trudno dobrać studentów zarazem dobrze rokujących i spełniających kryterium „pożądanej struktury klasowej”215. Innymi słowy, uczelnia obniżyć musiała wymagania merytoryczne, aby spełnić polityczne i wydać odpowiednią liczbę dyplomów. Wymagania polityczne były przemożne przy rekrutacji na kierunki zwane „ideologicznymi” – filozofię, nauki społeczne, prawo. Wymagania merytoryczne miały znaczenie zwłaszcza w odniesieniu do kierunków ścisłych, przyrodniczych i eksperymentalnych. „Walka klasowa” na fizyce czy matematyce miała, jak się zdaje, nieporównanie mniejsze natężenie niż na filozofii czy polonistyce. Odzwierciedlały to już tematy egzaminów wstępnych. Oto w 1951 r. kandydaci na matematykę wypowiedzieć się mieli na tematy: „Rozwój społeczeństw a rozwój nauk przyrodniczych”, „Dlaczego wybrałem matematykę jako przedmiot studiów” oraz „Zastosowanie matematyki w praktyce”, a także rozwiązać nierówność, równanie kwadratowe i znaleźć objętość graniastosłupa. Kandydatów na fizykę proszono o omówienie wybranej książki popularnonaukowej i wypowiedź na tematy: „Rozwój społeczeństw a rozwój nauk przyrodniczych” i „Zastosowanie naukowych odkryć fizyki w technice i komunikacji w XIX i XX w.”. Zdający na geologię otrzymali podobny zestaw; wypowiedzieć się też mieli o siłach kształtujących skorupę ziemską. Pytania do kandydatów na biologię były (w czasach Łysenki) wyraźniej nacechowane. Opisać musieli, prócz form ochrony przyrody w Polsce, znaczenie osiągnięć nauk ścisłych „dla postępu społecznego” oraz „znaczenie światopoglądowe nauk przyrodniczych”. Nie miało to jednak wiele wspólnego z ideologizacją egzaminów na kierunki humanistyczne. Kandydaci na historię omawiać musieli „postępowe tradycje nauki i literatury polskiej i ich rolę w kształtowaniu się patriotyzmu ludowego” lub „drogi awansu społecznego w Polsce Ludowej”, a także charakteryzować „stosunki wytwórcze oraz formy walki klasowej w feudalizmie”. Zdający na prawo otrzymywali zadanie wypowiedzenia się na temat struktur władzy w Polsce po II wojnie światowej, o „roli Związku Radzieckiego w obronie pokoju i wolności narodów (podać przykłady)” oraz o „udziale młodzieży w budowie podstaw socjalizmu w Polsce”. Kandydaci na polonistykę opowiadać musieli o postępowych tradycjach literatury, awansie społecznym i współczesnych analizach twórczości Mickiewicza. Na muzykologię – o postępowych tradycjach muzyki. Kandydaci na filologie otrzymywali pytania o formy upowszechnienia kultury i „znaczenie Frontu Narodowego dla wykonania planu 6-letniego i dla utrwalenia pokoju”. Ponadto dla orientalistyki przygotowano pytanie o „znaczenie zwycięstwa rewolucji w Chinach dla wyzwolenia ludów Azji”, dla romanistyki – o antyfaszystowską literaturę francuską, dla anglistyki – o analizę obrazu kapitalizmu w utworach Dickensa, dla filologii rosyjskiej i słowiańskiej – o obraz Rewolucji Październikowej i wojny domowej w literaturze radzieckiej.

Jeśli zasadniczy zestaw pytań nie zmusił kandydata do złożenia deklaracji ideologicznych, rolę taką odgrywał egzamin z wiedzy o świecie współczesnym, a od 1952 r. egzamin z Nauki o Konstytucji (NOK), prowadzone często przez studentów II lub III roku, przedstawicieli „aktywu”. Michał Głowiński, który zdawał na polonistykę w 1951 r., usłyszał od młodego aktywisty pytanie o przyczyny braków mięsa w sklepach. Przypomniał sobie wyjaśnienia ministra Hilarego Minca o „chorobie wzrostu”, co pozwoliło mu wybrnąć. Dostał się wszakże na listę rezerwową216.

W raportach partyjnych surowo oceniano zarówno polityczne, jak merytoryczne przygotowanie młodzieży. Poddawanie jej ocenie pod oboma względami powodowało zresztą mnóstwo sprzeczności, kryjących się też w samych kryteriach oceny. Źle się działo, gdy wypowiedzi kandydatów naszpikowane były „frazesami bądź nagłówkami z gazet”, lecz równie źle, gdy cechowali się oni „słabym poziomem oczytania w prasie”. W toku egzaminów z NOK kandydaci „nie umieli podać argumentów przeciwko wrogiej plotce, uzasadnić słuszność naszej polityki krajowej i zagranicznej”. Przygotowanie członków partii i aktywistów ZMP miało być nieco lepsze, jednak niektórzy z nich liczyli „na pewne ulgi przy egzaminie”. Komisje rekrutacyjne popełniały też błędy polityczne. Na filologii członkowie Komisji „wyszli z fałszywego założenia, że egzamin z NOK jest sprawdzianem wiadomości, a nie sprawdzianem postawy politycznej kandydata”. Partyjni sprawozdawcy uznawali, że egzaminy z matematyki, fizyki czy biologii winny jednak ujawniać „wiadomości”, i podkreślali, że wiadomości te okazywały się nader często nikłe, zwłaszcza wśród absolwentów szkół zawodowych, stanowiących skądinąd „najcenniejszy element pod względem pochodzenia klasowego”217. Element taki należało przyciągać, tymczasem część profesury była wciąż „zapatrzona w kwalifikacje kandydata do danej specjalności, przejawiając ślepotę polityczną na wszystkie inne kwalifikacje, np. na dziennikarstwie przywiązywano zbyt wielką wagę do płynnego wysławiania się, na filozofii do wiadomości z historii filozofii itp.” Nazbyt skupiano się także na interpunkcji, doprowadzając do „politycznie szkodliwej dyskryminacji kandydatów pochodzenia robotniczo-chłopskiego”. Z kolei gdy kandydat wykazał się dużą wiedzą, egzaminator – bywało – „nie chciał patrzeć na negatywne opinie”, bagatelizował pochodzenie społeczne lub wręcz starał się „wpuścić dzieci emigrantów politycznych, absolwentki Nazaretanek, Zmartwychwstanek i Felicjanek, a jednocześnie zamknąć dostęp na wybrany kierunek dzieciom robotniczym”218.

Choć odsiew motywowany politycznie był praktyką zupełnie jawną w czasie egzaminów, ukrywano dane o jego skali i wysyłano odrzuconym standardowe pisma z formułą: „Nieprzyjęty z braku miejsc”. Organizacja partyjna widziała w tym błąd komisji, gdyż bywało, że w prasie pojawiały się notatki, wedle których na danym wydziale jednak wciąż są miejsca. Powodowało to fale odwołań i próby przepchnięcia na studia „elementu niepożądanego”, którego na UW i tak pozostawał nadmiar. Odsetek młodzieży robotniczo-chłopskiej, choć przeważający wśród przyjmowanych (w 1952 r. 53,5%), należał przecież do najniższych wśród uczelni warszawskich219. Znamienne, że przewaga ta była najwyraźniejsza na „wydziałach ideologicznych” (na Prawie zbliżała się do 70%, na Wydziale Filozoficzno-Społecznym wynosiła 63%), podczas gdy o miejsce na anglistyce nie ubiegał się w 1952 r. nikt, kto by deklarował „robotniczo-chłopskie” pochodzenie, a na filologie klasyczną i słowiańską „kierowali się w zasadzie tacy kandydaci, którzy nie mieli widoków dostania się na inne wydziały”220. Wynikałoby z tego, że na uczelni istniały w okresie stalinizmu dość wyraźne enklawy, może tym wyraźniejsze, im silniejszy był generalny nacisk na ujednolicenie społeczności uniwersyteckiej.

Ujednolicenie niewątpliwie postępowało. Szli na uczelnię w masie ludzie „nowi”, cieszący się ułatwieniami z racji chłopskiego lub robotniczego pochodzenia. Mieli pierwszeństwo przy rekrutacji, byli traktowani ulgowo w czasie sesji. Większość zyskiwała oparcie w mieście dzięki miejscom w domach akademickich i stypendiom, co zapewniało im rudymentarne warunki: żelazne łóżko w pokoju dzielonym z podobnymi sobie, obiady w stołówce, pełznący ku śródmieściu tramwaj, w którym stawali się częścią „winogrona”, uwieszonego u drzwi na deszczu i wietrze. Byli jednak w Warszawie. Poważnie na ogół traktowali pozyskiwaną wiedzę; mniej krytycznie niż ich koledzy z inteligenckich domów, wobec których bywali „klasowo” uprzywilejowani, lecz od których dzieliła ich bariera towarzyska. Choć wychowani po katolicku, byli podatni na akceptację ładu, jaki zastawali w mieście. Nie znali ani dawniejszych wzorów życia studenckiego z jego podziałami ideowymi i politycznymi, ani etosu powstania, ani doświadczeń odbudowy Uniwersytetu. Nierzadko zbuntowani przeciwko biedzie i surowości egzystencji chłopskich rodzin, skłonni byli przyjmować opis świata wykładany na zajęciach z diamatu i ufać organizacjom, które obiecywały różnoraką opiekę.

Przekraczając bramę uczelni, młody człowiek stykał się na zajęciach i zebraniach z grupą, którą Hanna Świda-Ziemba nazwała „kreatorami systemu”221. Grupa ta narzucała język opisu świata. Nowi studenci, w masie zupełnie niewyrobieni w zakresie nauk społecznych, poznawali je w wersji właściwej stalinowskiemu marksizmowi. Trzeba było pewnej wiedzy, aby świadomie się do nich odnieść. Wielu intuicyjnie je odrzucało jako sprzeczne ze swojskimi kategoriami kultury, ale nieliczni dawali temu jakiś publiczny upust. Dominował „konformizm niedoskonały”, używając pojęcia Piotra Sztompki, czyli powierzchowne przystosowanie, nieoznaczające przyswojenia ideologicznej treści systemu, ale tworzące, jak pisze Andrzej Walicki, „zbiorowe superego, które sprawiało, że nawet jednostki myślące krytycznie zdolne były wtopić się w atmosferę entuzjazmu”222. Włączenie się do kolektywu miało być jedyną droga uczestnictwa w życiu społecznym. Wywierało ono wrażenie zatraty indywidualności, zarazem jednak jednostka żyła „wielkim życiem publicznym” (Świda-Ziemba) i jej nazwisko, jej twarz mogły się naraz stać przedmiotem uwagi. Gdy zdjęcie studentki polonistyki znalazło się na tablicy przodowników, była „zażenowana i wystraszona” jako osoba nieśmiała. Wręczono jej dyplom i pchnięto w pierwsze szeregi pochodu pierwszomajowego, pod łopoczące sztandary. Tam, jak wspomina, odczuła „patos sytuacji”223.

Wielki spektakl ideologiczny oddziaływał na jednostkowe przekonania, kruszące się wobec domniemanej nadrzędnej słuszności. Kto się jej nie poddawał, narażony był na osamotnienie. Tym większe znaczenie zyskiwały kontakty kameralne: związki i przyjaźnie, „przyjęcia” (dyżury) niektórych profesorów, niezobowiązujące rozmowy. Gdy Michał Głowiński zaczynał w 1951 r. studia polonistyczne,

o Wacławie Borowym było głucho. Nawet trudno by się było domyślić, że jeszcze przed rokiem działał w tych murach uczony tak wielkiej klasy. Pamiętam, że wspominała go w swych pogawędkach ze studentami ówczesna seminaryjna woźna, p. Helena Trefon. Opowiadała mianowicie, że Borowy jej się śni. A także wzdychała: to był profesor!224

Wymazanie nazwiska przedstawiciela „idealistycznej” szkoły badań literackich było znamieniem czasu. Tego rodzaju zapominanie jest w pewnej mierze stałą właściwością życia uniwersyteckiego, pulsującego coraz to nowymi rocznikami kandydatów i absolwentów, jednak początek lat 50. był okresem świadomego zrywania ciągłości.

Środowiska spojone tradycjami rodzinnymi, politycznymi czy religijnymi potrafiły wspierać się wewnętrznie. Zbiorowości migrantów szansy takiej nie miały. Ta rozległa grupa, zaczyn „nowej inteligencji”, poddawała się prawidłowościom konformizmu. Młodzi ludzie wpisani zostali w sztywne programy studiów; stawali przed trudnymi dla nich zadaniami; znajdowali się w fazie aspiracji; stykali z osobami występującymi z pozycji autorytetu – profesurą, asystentami, działaczami. Sprzyjało to uległości. Sprowadzenie problemu do uległości jednak nie wystarczy; w grę wchodził bowiem aktywizm. Był on wymogiem ideologicznym, ale i praktyką przebijania się ku nowej pozycji społecznej225.

Oto student wychowany na wsi podkrakowskiej, rocznik 1929. Ojciec dorabiał u sąsiadów, pięcioro dzieci przeżywało okresy niedojadania. Chłopak chadzał do szkoły na przemian z siostrą w tych samych butach. Po wojnie do wsi docierać zaczęła prasa z wieściami o kursach i szkoleniach dla młodzieży chłopskiej. Próbując się na nie dostać, poznał ludzi z ZWM, zorganizował koło we wsi, uczestniczył w warszawskim zlocie, maszerując w czerwonym krawacie. Wiosną 1947 r. rodzina przeniosła się do Krakowa, gdzie ojciec – tradycyjną drogą zmian społecznych – zatrzymał się u brata dozorcy i znalazł pracę w fabryce obuwia, syna oddając na praktykę do zakładu szewskiego. Chłopak jednak dowiedział się o naborze młodzieży robotniczo-chłopskiej na Uniwersyteckie Studium Przygotowawcze (USP), po którym mógłby dostać się na studia bez egzaminu. W studium, które odbył w latach 1950–1952, miał prawo do bezpłatnego wyżywienia i miejsca w akademiku. Następnie wstąpił na dziennikarstwo, lecz kierunek ten przeniesiono do Warszawy, gdzie trafił, otrzymując stypendium, miejsce w domu studenckim i w stołówce. Gdy, marznąc w lichym ubraniu, zachorował zimą 1953 r. na grypę, przy czym wykryto początki gruźlicy, skierowany został do sanatorium, a potem kontynuował naukę, mieszkając w akademiku przeciwgruźliczym przy ul. Górnośląskiej. Postrzegać to będzie jako elementy opieki. Miał słabe kontakty z kolegami z roku, skupiając wysiłki na nauce i nadrabianiu zaległości. Po zakończeniu studiów otrzymał nakaz pracy w redakcji nowohuckiego pisma „Budujemy Socjalizm”. Pobyt na uczelni wspominać będzie jako pomyślną odmianę losu: „Na studiach nauczyłem się życia samodzielnego, oszczędnego wydawania pieniędzy i szacunku dla wszystkich ludzi...”226.

Wspomnienie to zdaje się znamienne dla istotnej grupy, współtworzącej dynamikę PRL: ludzi „znikąd” (wedle inteligenckich i wielkomiejskich kryteriów) bądź „z ludu” (wedle kryteriów oficjalnych), którzy po 1989 r. często nie umieli odnaleźć obrazu swego losu w historiografii. Nie zaznali goryczy wielokrotnych prób dostania się na studia, nie rozczarowali się „szkolarskim” charakterem zajęć, nie znali lęku przed skutkami zatajenia w ankiecie personalnej danych o krewnych w Londynie. Osadzeni zostali w realiach PRL inaczej niż ich koleżanki i koledzy, wywodzący się z dawnych elit. Ci przychodzili ze znacznym kapitałem społecznym, który jednak w warunkach presji politycznej stawać się mógł wielkim obciążeniem.

Odwołać się tu można do autoanalizy Andrzeja Walickiego, wywodzącego się z tej właśnie grupy, z rodziny o korzeniach szlacheckich. Syn profesora historii sztuki UW, aresztowanego z przyczyn politycznych, Walicki zapisał się do ZMP na rok przed maturą: „Na pewno szło mi o to, aby dostać się na studia”. Dostał się w 1949 r., choć z listy rezerwowej i nie na filozofię, a na polonistykę Uniwersytetu Łódzkiego. Rok później przeniósł się na rusycystykę UW, gdzie został zastępcą asystenta. W owym czasie powierzano takie funkcje nawet studentom niskich lat, rokującym nadzieje naukowe i polityczne227. Te potrafił wzbudzić Walicki, intensywnie pracując nad sobą. Przyznając się po dziesięcioleciach do oportunizmu i wyrachowania, wskazuje szereg innych elementów swej postawy, które rzucają światło na ogólniejsze zjawiska. Przede wszystkim „nowa rzeczywistość” jawiła mu się jako epoka, której kres wydawał się nieprawdopodobny, a której nadejście przekreśliło dotychczasowe pojęcia. Świadomość zakorzenienia w odchodzącym świecie (wytykane pochodzenie społeczne i los ojca) tworzyła rodzaj kompleksu niższości, a także wywoływała niedookreślone poczucie winy. Stawało się ono wyraźne, gdy Walicki spostrzegał u siebie „spontaniczną nienawiść” do systemu, zwłaszcza przy lekturze jego tekstów kanonicznych (Krótkiego kursu...) Sądził, że powinien ten odruch za wszelką cenę przezwyciężać, nie tylko z lęku przed otoczeniem, lecz z powodu nadrzędnej słuszności doktryny, obiektywizowanej przez fakty polityczne i masowe zjawiska społeczne. Było to opisywane przez wielu świadków epoki poczucie dziejowej konieczności, reprezentowanej wprawdzie przez nachalną działalność organizacyjną i propagandową, lecz w istocie należącej do porządku wyższych idei. Wejście w ten porządek kompensowało poczucie winy, obdarzało nawet przekonaniem o wyższości wobec tych, którzy go jeszcze nie pojęli, na przykład wobec przyjaciela z kręgu inteligencji katolickiej. Walicki przypisywał mu ograniczenie i „zakamieniałość”, znamionującą grupy schodzące ze sceny. Zarazem chęć ochrony pewnej dozy wolności wewnętrznej kazała mu poszukiwać na polu doktryny mniej sztampowych interpretacji tekstów omawianych na studiach. Skutki były fatalne. Jakiś referat Walickiego o Gogolu stał się pretekstem do ataku ze strony dwóch „wściekłych aktywistek”, kierujących grupą studencką. Rozpoczęły się dojmujące zebrania ZMP oraz codzienne „podszczuwanie” przeciwko niemu, wywołujące poczucie osamotnienia. Przeprowadzano „rozmowy” nie tylko z nim, ale i z jego żoną. W tej atmosferze doszło do kryzysu małżeńskiego, a następnie rozejścia się; Walicki zachorował nerwowo i trafił do sanatorium228.

Twarze „wściekłych” zostały przez świadków epoki dobrze zapamiętane. Grupa ta nie była wielka. W połowie 1950 r. partia miała na Uniwersytecie 221 członków, w większości biernych. Wśród 7 tys. studentów było 1367 „zampowców”, w tym około 350 aktywistów229. Aby wytworzyć atmosferę przymusu ideologicznego wystarczyłby jednak mniej liczny zastęp. Znaczenie miała bowiem siła polityczna, jaką działacze reprezentowali, a jaka dawała im poczucie słuszności. Grupa „kreatorów” zaznaczyła się więc wyraziście, aczkolwiek przypisywano jej różne cechy. Jedni zapamiętali istotną rolę kobiet; inni – osób pochodzenia żydowskiego. W obu wypadkach istotne było chyba znamię nowości: władcza rola działaczek i osób o pochodzeniu żydowskim wyłamywała się z dawniejszych wyobrażeń o ich bierności. Miała cechy emancypacji.

Prawdziwi aktywiści stanowili niewielką grupę, lecz ideologiczny sztafaż, hasła, czerwone krawaty tworzyły wrażenie zupełnej dominacji nad społecznością studencką, która w tych warunkach zlewała się w masę, nie tyle z powodu podobnych do siebie, zgrzebnych ubrań, lecz niemożności ukazywania wyraźnych znamion różnic ideowych czy środowiskowych. Nie istniały koła i stowarzyszenia, które kilka lat wcześniej różnice te wyrażały. Formowanie jakiejkolwiek grupy celowej, która by istniała poza oficjalnymi strukturami, traktowane było z wielką podejrzliwością i narażało na represje. Siłą rzeczy wzrosło znaczenie związków prywatnych i towarzyskich, wąskich kręgów połączonych zaufaniem, niekiedy przeradzających się w coś, co policja polityczna traktowała już jako tajną organizację. Jak w innych instytucjach, na UW pojawiały się „wrogie ulotki” i napisy na ścianach, ktoś zrywał gazetki ścienne, dochodziły słuchy o działaniu tajnych kółek korporanckich. Sprawy inwigilacji środowisk akademickich i rozbijania „wrogich” grup są z pewnością materiałem na osobną książkę, wymagającą rozległych kwerend w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej230.

Siłą społeczną, która także na UW tworzyła przestrzeń wolności od oficjalnej ideologii, był Kościół katolicki, zdolny w jakiejś mierze rywalizować publicznie z państwem i dawać odłamowi studentów szansę na wyrażenie odrębności. Na Uniwersytecie nie pojawiały się ogłoszenia o rekolekcjach studenckich, ale – jak to formułował aktyw partyjny – kler potrafił znaleźć sobie wśród pracowników administracyjnych i młodzieży „gorliwych agitatorów”. Oto na rekolekcjach u św. Anny zebrało się 23 III 1952 r. ponad tysiąc studentów, w tym ok. 600 z UW. Wysłuchali „z dużą uwagą”, jak podawał partyjny informator, kazania prymasa Wyszyńskiego, zawierającego krytykę propagandy antykościelnej i wezwanie do „uzbrojenia się w prawdziwą wiedzę”. Po rekolekcjach pół tysiąca uczestników zgotowało prymasowi owacje przed kościołem, „wręczając mu kwiaty i robiąc zdjęcia”. 28 III zebrało się znowu około tysiąca osób, informator oceniał, że 80% z UW, ale zaznaczył, że wielu było „studentów w kapeluszach i studentek w chusteczkach lub beretach”, zatem nie w czapkach studenckich, co utrudniało identyfikację. W kazaniu ks. Piwiński z Częstochowy mówił, że studenci „duszą się w obecnej atmosferze i błagają o świeży powiew czystego powietrza”. Podobny tłum zebrał się 30 III: „Podczas całej mszy nastrój był podniosły. Młodzież śpiewała religijne pieśni. Około 80–90% przystąpiło do komunii”. Prymas mówił o zagrożeniu Kościoła ze strony „państw zdegenerowanych, państw-morderców, państw-potworów”, o braku wzmianki o Bogu w nowej konstytucji Polski. Zaintonował na zakończenie My chcemy Boga, co zostało podchwycone „przez wszystkich. Odśpiewano 8 czy 9 zwrotek tej pieśni. Młodzież następnie odmawiała głośno litanię na intencję kościoła i ojczyzny”231.

Podobnie obserwowano udział studentów w innych uroczystościach religijnych, na przykład w procesjach Bożego Ciała. W procesji sunącej 12 VI 1952 r. chodnikami Krakowskiego Przedmieścia (władze nie zezwalały na tamowanie ruchu kołowego), z punktem kulminacyjnym przed kościołem św. Anny, gdzie przez głośniki przemówił prymas, wśród 40 tys. uczestników zidentyfikowano prowadzoną przez rektora tegoż kościoła ks. Władysława Padacza grupę 200 studentek („w tym w czapkach UW 35, pozostałe szły z odkrytymi głowami”) i 30 studentów232. Interesowano się także innymi formami niezależnego od władzy życia studenckiego.

W ostatnim karnawale [1952 r.] szczególnym powodzeniem cieszyły się śledziówki. Symboliczne posypywanie głowy popiołem poprzedzone było zabawami, które kończyły się punktualnie o godz. 12-tej. Klimat ich daleko nie licował z atmosferą, jaka winna cechować zabawy naszej młodzieży233.

W podobnym tonie komentowano pewne zachowania w czasie egzaminów wstępnych, czyli „manifestacyjne ukazywanie” krzyżyków czy medalików („zwłaszcza u dziewcząt”), czy odmawianie modlitwy przed egzaminem. W dodatku niektórzy młodzi ludzie powoływali się w egzaminacyjnych wypracowaniach na artykuł 70. nowej konstytucji, który gwarantował wolność sumienia234. Także i to zaliczone zostało w partyjno-zetempowskiej analizie do niepokojących zjawisk.

Każdy dzień policzony

Na początku 1950 r. dyrektor administracyjny UW zarządził, aby podlegli mu pracownicy, korzystający w czasie pracy ze stołówki, przedłużali swe obowiązki o pół godziny. Zastrzegł, aby nie „przesiadywać w stołówce poza czasem niezbędnym na spożycie posiłku”. W tym czasie zaostrzano kontrolę punktualności. Dotąd zatrudnieni w administracji wpisywali się przed godz. 8.15 do księgi wyłożonej w sekretariacie rektora; teraz już o 8.00 wyznaczony pracownik miał przedstawiać Dziennik Obecności szefowi kadr UW, a pół godziny później składać raport o spóźnionych i nieobecnych. Zapowiadano ustanowienie przepustek dla pracowników „udających się do miasta celem załatwiania spraw służbowych”. Wprowadzono surowe zasady zwolnień lekarskich: „Woźna seminaryjna zachorowała, ale lekarz (w myśl nowych przepisów) nie zwolnił jej, bo ma tylko temperaturę 37,8!” (Borowy). Przestrzegano, aby nie zwalniać pracowników w dniach zwyczajowo wolnych, teraz objętych szczególną kontrolą dyscypliny pracy. Gdy sprzątaczka Fizyki wyprosiła u dyrektora instytutu zwolnienie 24 XII 1955 r., chcąc dojechać na święta do rodziny w Szczecinie, biuro personalne wpisało nieobecność do akt, mimo interwencji dyrektora235.

W ramach „walki o plan” ministerstwo starało się też ograniczać wszelkie luzy, czyli zamieniać przerwy międzysemestralne w repetycje i kolokwia236, a także przedłużać rok akademicki. Budziło to niezadowolenie profesury, niekiedy wyrażane otwarcie, mimo groźnych tonów pism ministerialnych. W marcu 1952 r. dziekan Wydziału Filozoficzno-Społecznego przekazywał do rektoratu stanowisko kadry, która uznawała, że jej warunki pracy bardzo się pogorszyły wskutek wzrostu obowiązków organizacyjnych i sprawozdawczych, a także nowego układu roku akademickiego, w którym znikły okresy wolne od zajęć. Co więcej, pracownicy niepokoili się planami na rok następny: egzaminy miały odbywać się w sierpniu, a zajęcia ruszyć już we wrześniu. Likwidowałoby to dwumiesięczną przerwę letnią 237. Do tego nie doszło; zapis o rozpoczynaniu „roku szkolnego” 1 IX (dla studentów I roku) wycofano z regulaminu studiów238. Natomiast zdaje się, że rektor przeszkodził wysłaniu pisma profesorów do ministerstwa. Skrytykował je, wskazując na niemożliwość odciążenia pracowników od obowiązków organizacyjnych i wytykał skłonność profesury do kumulowania zajęć i traktowania pracy na UW jako „zajęcia ubocznego”239.

Jak ujął to minister w jednym z przemówień: „Pracujemy w ramach Planu Sześcioletniego. Każdy człowiek i każdy dzień jego pracy jest policzony i włączony do cyfr planu. To nie przelewki”240. Na początku roku akademickiego mobilizowano kadrę nauczającą, aby nie opóźniała rozpoczęcia zajęć. Trwały zebrania, na których „kierownicy sekcji” pouczali nowych studentów o dyscyplinie studiów, a przedstawiciele ZMP i ZSP – o formach prac grupowych. Ministerstwo przesyłało harmonogramy powstania grup studenckich i wyboru opiekunów, przydziału stypendiów i zakwaterowań. Żądało opracowania rozkładów zajęć pozbawionych „okienek”, zapewniających jak najszybszą rotację słuchaczy w salach i uwzględniających czas konieczny na przemieszczanie się studentów między budynkami. Przebudowa UW na „uniwersytet socjalistyczny” oznaczać miała przecież „złamanie liberalistycznych dowolności studiowania”, prowadzących do przedłużania studiów, dużego „odpadu” i słabych wyników241.

Studia, zwane wówczas „masowym szkoleniem”, nie były doświadczeniem łatwym. Drobiazgowość nauczania wynikała, jak się zdaje, z dominującej pozytywistycznej koncepcji nauki, wzmacnianej przez swoisty eskapizm kadry uniwersyteckiej, która uciekała od ideologii w świat szczegółu. Przeładowane i sztywne siatki wymuszały uczestniczenie w zajęciach od rana do wieczora. Należy jednak umieścić to doświadczenie w perspektywie ówczesnej codzienności. Jak wspominał Tadeusz Białecki, który doświadczył pracy w porcie i w bazie budowlanej, nim go przyjęto na historię, „dyscyplina studiów” była reżimem względnie łagodnym242.

Jesienią 1950 r. wpisano z nagła w siatki zajęć wykłady diamatu. Wielkie trudności lokalowe spowodowały konieczność wynajęcia na potrzeby tych zajęć kina Atlantic. W drugim semestrze dołożono kurs ekonomii politycznej. W tym czasie wprowadzano też zajęcia z wychowania fizycznego, skądinąd od dawna postulowane, oraz Studium Wojskowe dla mężczyzn. Na naradach pojawiły się daremne protesty przeciwko dezorganizowaniu studiów243. Zajęcia wojskowe zajmowały jeden spośród sześciu dni nauki, zatem trzeba było przeformować siatki, zagęszczając je ponad wszelkie wyobrażenie. Innego rodzaju problemem była obsada nowych zajęć. Studium Wojskowe będzie przez dekady przedmiotem anegdot z powodu wyrobienia i sposobu bycia części kadry. Poziom kursów diamatu bywał także nieznośny dla bardziej wymagających słuchaczy.

Ćwiczenia należały na ogół do partyjnych studentów, z reguły z innych wydziałów, gorliwych aktywistów. [...] Niektórzy z młodocianych preceptorów byli nieukami, gdzieś coś usłyszeli, ale o niczym pojęcia nie mieli, nawet o marksizmie. Zapamiętałem pewnego jegomościa, studenta, a może już absolwenta prawa, który z pełnym przekonaniem [...] nauczał, że reakcyjny filozof angielski, David Hume, polemizował z towarzyszem Leninem

pisze Michał Głowiński244. Z problemu tego zdawali sobie sprawę organizatorzy kursów. W 1952/1953 r. powołano Katedrę Podstaw Marksizmu-Leninizmu, która nadać miała zajęciom rytm i poziom. Mimo swego znaczenia politycznego, nie posiadała lokalu i zatrudniała jednego tylko etatowego pracownika, lecz organizowała pracę sześciu wykładowców i licznych asystentów, przygotowujących się w grupach do zajęć. Nie byli oni jednak w stanie natchnąć studentów. Ci, jak przyznawała POP, traktowali diamat jako zło konieczne, „w czasie wykładów czytali książki, pisali listy lub robili na drutach”. Ożywienie zapanowało w okresie odwilży, lecz nie takie, jakie wyobrażali sobie organizatorzy. Prowadzącemu zajęcia dla geologów, wspomina Krzysztof Wrocławski, „zadawano coraz śmielsze i kłopotliwsze pytania, a jego odpowiedzi były coraz mniej pewne i jednoznaczne”. Ostra krytyka tych kursów w „Po Prostu” jesienią 1954 r. była jednym z sygnałów zamykania się epoki, nienazywanej jeszcze „okresem błędów i wypaczeń”245.

W latach wcześniejszych reżim, w jakim funkcjonował Uniwersytet, nie dawał wielu możliwości dyskusji nad stanem rzeczy. Fora UW zaprzątnięte były więc przede wszystkim organizacją, starając się zaspokoić żądania w ramach dostępnych zasobów, które były niedostateczne tak w zakresie kubatury pomieszczeń, jak obsługi administracyjnej. Zdarzało się jednak, że na naradach stawiano problem przystosowania studentów. Wiosną 1951 r. pracownicy Wydziału Nauk Przyrodniczych ubolewali, że elementarne braki wiedzy szkolnej wymuszają powtarzanie materiału. Program jest i tak napięty do ostatnich granic, co nie ułatwia przyswajania wiedzy, a powoduje „wypadki zemdlenia studentów na wykładach i innych zajęciach” oraz przyczynia się do „zachorzeń sercowych i gruźliczych”. Konstatowano, że należy sprowadzić maksymalną liczbę godzin do 38 tygodniowo. Sytuację pogorszyło wprowadzenie tzw. dyscypliny studiów, likwidującej luzy, z jakich korzystali dawniej studenci, gdy opuszczali niektóre wykłady, przygotowując się do sesji. Teraz prosili o zwolnienia lub samowolnie przestawali pojawiać się na zajęciach. Zjawisko miało taki zakres, że dziekanat Nauk Przyrodniczych, mimo surowych pouczeń ministerstwa, „świadomie nie wyciągał konsekwencyj dyscyplinarnych [...], uważając, że mimo to istota dyscypliny studiów została zachowana”246.

Dyscyplina ta, obowiązująca formalnie od jesieni 1950 r., obejmowała obecność na zajęciach i przystępowanie w terminie do kolokwiów i egzaminów247. Podnieść miała sprawność kształcenia i wspomagać realizację Planu Sześcioletniego. Starosta grupy wypełniał raporty dzienne, w których każdy student odnotowaną miał każdą opuszczoną godzinę i spóźnienie. Na tej podstawie sporządzano „Dziennik kontroli obecności”. Uwzględniano zwolnienia lekarskie i zaświadczenia z miejsc pracy, a listy nieusprawiedliwionych przekazywano wydziałowej Komisji Dyscyplinarnej, która winna była zbierać się co tydzień. Sypały się nagany, ostrzeżenia o wstrzymaniu stypendium, wnioski o skreślenie z listy studentów. Okolicznościami łagodzącymi były dobra opinia i wyniki w nauce. Decydowano poprzez głosowanie. Na dużych wydziałach rozpatrywanie spraw miało charakter taśmowy: 19 I 1951 r. komisja Wydziału Prawa rozpatrzyła 51 spraw na pięciogodzinnym posiedzeniu248.

Lektura długich list ukaranych (w tym późniejszych luminarzy polskiej kultury) i uzasadnień decyzji komisji ukazuje powszedni wymiar stalinizmu: nacisk na jednostkę, bezduszność instytucji wobec okoliczności życiowych, niemożność pogodzenia rozmaitych wymagań. Wiosną 1951 r. studentka polonistyki otrzymała naganę, gdyż „chorowała dłużej niż miała zaświadcz[enie]”; inna, ponieważ „pracuje, trudno pogodzić pracę ze studiami”, inna dlatego, że „opuściła z powodu choroby matki”, inna „ze względu na konieczność zarobienia na życie”. W roku 1950/1951 komisja skreśliła z listy studentów Wydziału Humanistycznego 29 osób249. Rozpatrywano nieobecności rzędu jednej godziny. Pewien student filozofii „opuścił 1 godzinę wykładu, którą Komisja usprawiedliwiła. Opuszczenie było spowodowane spóźnieniem wskutek trudności w otrzymaniu śniadania w stołówce, co spowodowało, że nie mógł na czas dojechać na wykład z ul. Spasowskiego”. Inny opuścił w ciągu niespełna miesiąca siedem godzin: część usprawiedliwił wizytą u lekarza, komisja rozpatrywała więc problem godziny wykładu i dwóch godzin ćwiczeń. Przy okazji wyszło na jaw, że student „jest krwiodawcą i że tej funkcji podjął się bez wiedzy Dziekana. Sprawa ta zostanie ponownie rozpatrzona, w tej chwili student *** zdaniem Komisji, bez wiedzy Ob. Dziekana nie może udzielać krwi”250.

Nadzorowanie dyscypliny studiów było obciążeniem dla przepracowanego aktywu i grona profesorskiego. W jakim zakresie były one w stanie kontrolować sytuację? Na Wydziale Prawa utrzymywała się, mimo sprawdzania list, niska frekwencja na niektórych wykładach. Opiekunowie grup zobowiązani więc zostali do „niespodziewanych kontroli obecności”. Jak w innych sferach, tak i w tej swą rolę odgrywał jednak, tak niepożądany przez kreatorów systemu, „czynnik ludzki”. Student prawa Marek Nowakowski wspominał, że „starościna naszego roku, ładna Nina, choć gorliwa zetempówka, czuła do mnie pewną słabość i nawet podpisywała za mnie listę obecności na wykładach”. Wydaje się, że aktyw i administracja nie tylko z takich powodów uchylały się od obowiązków. Ich nadmiar był powodem najbardziej oczywistym. Dziekanat Wydziału Historycznego postulował wiosną 1952 r., aby „spóźnienia, nieuwaga w czasie zajęć itp.” rozpatrywane były przez grupy studenckie. Dopiero opuszczenia dwóch i więcej dni czy niedotrzymanie rygorów egzaminacyjnych przekazywane być miały Komisji Dyscyplinarnej251.

Trudno przypuszczać, aby te rygory, jakkolwiek w praktyce nieraz rozmiękczone, przyjmowane były z entuzjazmem przez studentów. W sprawozdaniu dla ministerstwa donoszono wprawdzie, że młodzież „zrozumiała” wychowawcze znaczenie kar, a nawet uważa, że decyzje Komisji Dyscyplinarnej zdawały się „w niektórych wypadkach może zbyt pobłażliwe”252, ale nie były to wyniki szerokiej i szczerej konsultacji. Zniesienie dyscypliny studiów stanie się jednym z haseł odwilży.

Jak pisze Michał Głowiński, dyscyplina studiów „miała skutki fatalne nie tylko dla studentów, także dla wykładowców”, których

zwalniała z zabiegania o słuchaczy, bo było wiadomo, że na wykład przyjść muszą, a zatem mówienie do pustych ławek i czterech ścian nie grozi. Miało to duży wpływ na charakter wykładów. O literaturze Oświecenia mówił człowiek [...] pełen cnót różnych i zasług wszelakich, ale i on ułatwił sobie zadanie, bo czytał swój podręcznik dla dziewiątej klasy liceum; nie przeszkadzało mu nawet to, że od pewnego momentu można go było [tzn. podręcznik, BB] bez trudu kupić w księgarni po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia253.

Był to jeden z przykładów, jak mawiano, „ześlizgiwania się na bezdroża szkolarstwa”. Miało ono różne przyczyny, wśród nich wskazane przez Głowińskiego. Dodać możemy skutki personalne mianowań ministerialnych, obawy przed wychyleniem się poza treści już uznane, narzucony program, którego ideologiczne przesłanie część kadry przekazywała bez przekonania, a tylko nieliczni mieli możliwość lub śmiałość ignorowania go, także poziom słuchaczy, których przecież – w ramach „walki o wyniki” – należało popychać ku pozytywnym ocenom. Sam minister powiadał, że owa walka „uległa kampanijno-biurokratycznym wypaczeniom”, że główne zadanie widziano „w podciągnięciu zagrożonych «dwójkami» do poziomu «trójkowiczów»”, a „niektórzy profesorowie, chcąc w najlepszej wierze ułatwić młodzieży opanowanie materiału, spłycają swe wykłady”254.

Sesje egzaminacyjne stały się przecież „bitwami”. Niezależnie od propagandowego spektaklu, jaki je otaczał, stanowiły one momenty istotne dla władz uniwersyteckich, zobowiązanych dostarczać odpowiednie kontyngenty absolwentów. Dlatego ich wynikom Senat UW poświęcał osobne posiedzenia, na których rektor nazywał sesję problemem „akcyjnym”. Znajdował się pod presją ministerstwa, które potrafiło bardzo surowo krytykować niedostateczną „sprawność szkolenia”255. Masowa mobilizacja miała być, jak i w innych dziedzinach życia, sposobem na radykalną poprawę wyników, stąd sesje przebiegały wśród głośnej retoryki i zbiorowych zobowiązań. Oto studenci i pracownicy Wydziału Filozoficznego „podjęli walkę o przodownictwo” sesji wiosennej 1954 r. W myśl hasła „Moja grupa przodującym kolektywem”, postawili następujące zadania: 1) „W odpowiedziach swoich na egzaminie studenci wydadzą walkę formułkowości i szkolarstwu. Studenci wykażą opanowanie przedmiotu przez jego dogłębne zrozumienie, nie zaś przez formalnie poprawne wykute formuły”; 2) „Na egzaminie studenci ujawnią samodzielność myślenia, twórcze podejście do przedmiotu, demonstrując w ten sposób walkę z dogmatyzmem”; 3) „Zdający studenci winni ujawnić oblicze partyjnych filozofów, w pełni świadomych politycznie, ludzi umiejących nie tylko referować teorię, ale nią władać”; 4) „Studenci podbudują głęboko swoje odpowiedzi wiadomościami zaczerpniętymi bezpośrednio z lektury klasyków”; 5) Studenci starać się będą co najmniej o oceny dobre; 6) „Egzaminatorzy naszego wydziału zobowiązują się wykorzystać egzamin [...] dla głębszej analizy możliwości naukowych studentów, umiejętności władania teorią marksizmu itp. Spostrzeżenia te będą ujęte sprawozdawczo”; 7) Egzaminujący dopełnią wzorowo formalnej strony egzaminu; 8) „Studenci i egzaminatorzy uczynią wszystko, aby egzamin przebiegał w spokojnej, poważnej i pogodnej atmosferze, bez paniki i giełdziarstwa, w przyjaznych stosunkach między egzaminatorami i studentami”256.

Były to cele pryncypialnie postawione i zarazem nader ogólne, co upodabniało je do niezliczonych zobowiązań podejmowanych w zakładach pracy. Bliźniaczo podobna do towarzyszącej wyrabianiu norm w przemyśle była także otoczka propagandowa. Podawano odsetki studentów przystępujących do egzaminów, zbliżające się do frekwencji w ówczesnych wyborach (95% w sesji zimowej 1955 r.), lecz oceniane jako niezadowalające. Wskazywano wydziały o wysokiej i niskiej frekwencji (w 1955 r. najwięcej absencji wykazał Filologiczny – 10%, najmniej Pedagogiczny – 2,3%) oraz przeciętne ocen257. Ogłaszano nazwiska „przodowników sesji”, publikując ich fotografie i cukierkowe charakterystyki („Jurek Szymański potrafi się uczyć. Przeciętna z trzech lat 4,8”), dopełniając je opisami świętowania zdanego egzaminu w akademiku przy winie i herbatnikach258.

Kontakt ze światem

„Był to czas zamknięcia Polski, w przenośni i dosłownie, czas odgrodzenia jej mieszkańców od świata zewnętrznego w stopniu nieznanym wcześniej ani później” – pisze Dariusz Stola o pierwszej połowie lat 50.259 Był to zarazem w Polsce okres spektakularnej ruchliwości wewnętrznej. Podobnie sprawy przedstawiały się na Uniwersytecie. Przeżywał on lata przekształceń strukturalnych i zmian profilu społecznego studentów, a zarazem odcięcia od naturalnego swego zaplecza i ntelektualnego – od kontaktów z zagranicą.

Restrykcje objęły import książek. Wedle instrukcji Skrzeszewskiego z czerwca 1949 r., uczelnia miała ustalać całoroczny plan zakupów, przekazywany do Państwowych Zakładów Wydawnictw Szkolnych, podległych Ministerstwu Oświaty. Do importu uprawnione był także Klub Międzynarodowej Prasy i Książki oraz wydawnictwa: Czytelnik, Książka i Wiedza oraz PIW. Uzasadnieniem centralizacji były nakazy dyscypliny budżetowej. Uniwersytet stawiał opór, próbując ocalić własne kanały sprowadzania wydawnictw „z ZSRR, z Paryża, British Council, z Hagi i z USA”. Biblioteka nawiązała te stosunki

po długich próbach. Dziś ma już zapewnionych dostawców i kredyt u księgarzy. Firmy wymienione w okólniku [...] będą musiały dopiero stworzyć swój aparat handlu zagranicznego i wyrobić sobie kredyty i stosunki. Działając centralnie, dla wielkich dostaw, nie będą mogły [...] pilnować należycie interesów Uniwersytetu. Tymczasem dla badań z zakresu medycyny, chemii, fizyki czy innych nauk przyrodniczo-matematycznych, książki, a przede wszystkim czasopisma tracą swą wartość aktualną częstokroć już po kilku tygodniach.

Takie argumenty nie mogły jednak wpłynąć na cofnięcie decyzji, służących tyleż dyscyplinie budżetowej, ile kontroli nad życiem intelektualnym. Uniwersytet mógł tylko usiłować poszerzać nieco pole aktywności, np. starając się o zezwolenie na sprowadzanie książek radzieckich przez księgarnię TPPR260.

Jakie były skutki nowego systemu? Obrazują je sprawozdania Komisji ds. Importu Książek i Czasopism Naukowych UW. Od 1 IX 1949 r. do 30 VI 1950 r. zamówiła ona 3486 książek, a otrzymała 575, oraz 1122 czasopisma, a otrzymała 621. Czasopism była przynajmniej nieco więcej niż połowa, książek 16,5%. Zresztą nadchodziły „bardzo nieregularnie i ze znacznym opóźnieniem”. Miało być gorzej. W drugiej połowie 1950 r. otrzymano 212 książek na 1715 zamówionych i 565 czasopism na 1138, czyli mniej niż połowę periodyków i 12% książek261. Reprezentowały one naukę krajów bloku wschodniego. Niemożność wyjazdu za Żelazną Kurtynę uniemożliwiała import prywatny. W katalogach bibliotek UW powstawała luka. Biblioteka Instytutu Matematycznego zaopatrywana była niemal wyłącznie z nabytków w księgarniach warszawskich, „a więc przeważnie podręczników polskich i rosyjskich”. W bibliotece Chemii ostatnie nowości światowe z zakresu chemii organicznej pojawiły się u progu lat 50.262

W 1952 r. Wydział Nauki KC informował kierownictwo partii o „żalach naukowców jakoby odcinano ich od zagranicznej nauki”, m.in. uniemożliwiając im opłacanie składek w towarzystwach naukowych i prenumeratę czasopism. Obie sprawy wymagały deliberacji w centralnych instytucjach władzy. Chodziło tyleż o sprawy polityczne, co i o cenne dewizy. Niektórzy naukowcy otrzymywali w końcu zezwolenia na wymianę walut, ale dopiero wtedy, gdy Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiedziało się „o obliczu politycznym towarzystw lub czasopism”263. Na decyzje czekano długo. Należały one do dojmującej sfery Nieprzewidywalnego.

Odcięcie od Zachodu odbijało się także na dostępie do aparatury. W latach 40. była pozyskiwana różnymi drogami, w tym przywożona prywatnie, sprowadzana przez UNRRA i inne organizacje międzynarodowe. Uniwersytet otrzymywał oscylografy firm Philips, Hausman, Taylor i Du Mont, spektrografy Zeiss i Huet, czy aparaty rentgenowskie Hilger. Po 1950 r. przeważał w zakupach sprzęt radziecki lub czechosłowacki, nieraz wysokiej jakości (np. wyroby optyczne Meopta), lecz niemogący wypełnić luki technologicznej. Luka ta powiększała się zwłaszcza od 1953 r., nie bez związku z (tak pożądanymi społecznie) decyzjami o zwiększeniu nakładów na konsumpcję. To z nimi właśnie wiązać mieli jesienią 1953 r. pracownicy Geologii swe obawy, że wstrzymane zostaną ważne dla nich inwestycje. Obawy się potwierdziły. Nastąpił spadek dotacji, które wystarczały z trudem jedynie na bieżącą obsługę zajęć264.

Podobnie jak w sferze importu książek, uczelni odjęta została samodzielność w zakresie zapraszania gości zagranicznych. To ministerstwo określało, jacy naukowcy „przebywać będą w Uniwersytecie Warszawskim”. Zapewne te decyzje były uprzednio konsultowane z UW, moc decyzyjna leżała jednak w gmachu przy alei I Armii Wojska Polskiego. Uczelnię odwiedzali w ramach umów kulturalnych naukowcy węgierscy, wschodnioniemieccy czy czechosłowaccy. Oto w kwietniu 1953 r. gościć mieli dyrektor instytutu dziennikarstwa uniwersytetu w Lipsku oraz 4 naukowców węgierskich (prawnik, językoznawca, literaturoznawca i glacjolog)265. Niezależnie od tego, jak owocne mogły być te kontakty w poszczególnych wypadkach (a sama możliwość kontaktu miała swą wartość), były one – ogólnie biorąc – rzadkie.

* * *

Wielką rzadkością byli studenci z zagranicy. Ich odsetek na uczelniach polskich należał w połowie lat 50. do najniższych w Europie i zapewne na świecie. Średnia światowa wynosiła 1,8%. W Europie Zachodniej najwyższy wskaźnik notowano w Szwajcarii (27%), w Wielkiej Brytanii i Francji około 10%, we Włoszech i Grecji około 1,3%, w Hiszpanii 2,8%. Najwyższy wśród krajów bloku radzieckiego wskaźnik miała Czechosłowacja: 2%, podczas gdy np. Albania 1,6%, Rumunia 0,7%, a Polska o,4%266. W 1950 r. studiowało w Polsce 127 cudzoziemców, najwięcej Bułgarów (36) i Węgrów (28) oraz Polaków – obywateli Francji (14). W Warszawie studiowało 58 osób, w tym na UW – 15 (5 Albańczyków, 3 Chińczyków, po dwóch Jugosłowian i Węgrów, Bułgar, Ekwadorczyk i Francuz)267. Dwa lata później liczba studentów cudzoziemców w Polsce była ponad dwukrotnie wyższa (282), co wynikało przede wszystkim z przybycia grup Albańczyków, Czechów i Koreańczyków268. Największymi skupiskami cudzoziemców były w 1952 r.: Politechnika Warszawska (69) i Akademia Górniczo-Hutnicza (57). UW zajmował trzecie miejsce (52), nieporównywalne z innymi uniwersytetami (na Jagiellońskim kształciło się 7, na Wrocławskim 6 cudzoziemców). Wśród owych 52 osób niemal połowę stanowili jednak Koreańczycy (20) i Chińczycy (5), którzy przechodzili kurs języka polskiego, by następnie przenieść się na różne uczelnie. Pozostali to: 10 Albańczyków, 4 Polaków z Francji, 3 Węgrów, po dwóch Bułgarów, Jugosłowian i obywateli ZSRR, po jednym Ekwadorczyku i Francuzie, Szwajcarka oraz obywatel USA. W roku 1953 ilość cudzoziemców na UW spadła do 45, choć w skali kraju wzrosła do 439, w tym ponad jedna trzecia pochodziła z Korei269.

Przyjezdnym starano się zapewnić lepsze od przeciętnych warunki. Otrzymywali stypendia co najmniej 300 zł miesięcznie (zależnie od umów i lat studiów nawet do 1000 zł). Mieszkali za darmo w akademikach, umieszczani w nieprzeładowanych pokojach, z jednym-dwoma polskimi studentami, dobranymi przez organizacje młodzieżowe i PZPR (co nie zawsze chroniło przed „oddziaływaniami klerykalnymi”). Żywili się w stołówkach, a ZSP starał się zaopatrywać ich dodatkowo w masło i kiełbasę, aby osłonić nieco przed okropnymi niedoborami270. Organizowano dla nich kursy języka polskiego, seanse filmowe, turnusy wczasowe, jednak działalność tę oceniano wciąż jako niedostateczną, ubolewając, że stypendyści słabo znają Polskę, że nie widzieli „Nowej Huty, Krakowa czy Oświęcimia”. Studenci węgierscy na UW twierdzili, że po dwóch latach czują się równie wyobcowani, jak w pierwszych dniach pobytu. Zarazem jednak Węgrzy mieli się pozytywnie wyróżniać wynikami w nauce, osiągając średnie zbliżone do 4,5. Największe kłopoty pod tym względem mieli Albańczycy, bliscy dostatecznej, choć równie językowo odlegli od Polaków. Silniej różnili się jednak od nich kulturowo, z czym wiązały się konflikty w akademiku przy pl. Narutowicza, którego kierownictwo zirytowane było ignorowaniem przez Albańczyków zarządzeń. Mieli też wywierać „gorszący wpływ” na mieszkańców poprzez „częste śpiewy i głośne granie na instrumentach muzycznych w godzinach wieczorowych i nocnych”, a także zaczepiać dziewczęta271. Na ogół lubiano natomiast Koreańczyków, mniej Chińczyków, którzy bywali „przesadnie wymagający”. Natomiast z punktu widzenia organizatorów życia studenckiego postawa polityczna studentów albańskich, chińskich i koreańskich była bez zarzutu, tworzyli oni „jednolite kolektywy”, prowadzące systematyczną pracę wewnętrzną. Natomiast „najbardziej niezdyscyplinowany i niesumienny w nauce element” stanowili studenci polskiego pochodzenia z Francji. Starano się ich ściągać na studia do Polski; ambasada w Paryżu zapewniała w 1950 r. że studenci przekazywali wiadomości o „doskonałych warunkach”, jakie zastali. Na UW studiowało ich w 1952 r. dziewięcioro (jedna osoba na Wydziale Prawa, cztery w Sekcji Dziennikarskiej, jedna na geologii, dwie na filologii romańskiej, jedna na historii). Jeśli nawet nie skarżyli się na warunki, to nie wykazywali ochoty na poddanie się rygorom. Ignorowali zebrania i dyscyplinę studiów, woleli wakacje we Francji od przydziałowych wczasów w Polsce272.

Starania oficjalnych organizacji o integrowanie cudzoziemców z polskim otoczeniem miały swoje granice. Chodziło bowiem o łączenie się na zasadach kolektywu, nie zaś spontaniczne, nieraz daleko idące interakcje między studentami, które stanowiły raczej problem. Gdy bowiem student z Ameryki Południowej, o którym pisano, że „prowadził niemoralny tryb życia, nie uczył się”, zapragnął ożenić się z koleżanką z roku, z którą miał dziecko, ZSP sygnalizowało, że zjawisko „żenienia się studentów zagranicznych z naszymi obywatelkami” niepokojąco się nasila i prosiło władze partyjne „o wyjaśnienie, jakie powinniśmy zająć stanowisko w podobnych wypadkach”273. Nie znamy, niestety, tego wyjaśnienia.

Gdy w Polsce przebywało ponad czterystu cudzoziemskich studentów, liczba Polaków studiujących AD 1953 na szerokim świecie, ale wyłączając ZSRR, wynosiła 81 osób (na Węgrzech 30, w Czechosłowacji 20, w Bułgarii 13, w NRD 9, w Chinach 9). Wyłączając ZSRR, ponieważ tam właśnie przebywała wielka liczba polskich studentów, zresztą bez wzajemności, bowiem przyjazdy studentów radzieckich na uczelnie polskie były rzadkością. W 1953 r. w ZSRR studiowało 1404 stypendystów z PRL274. Niestety, nie wiemy, ilu spośród nich rekrutowało się z UW. Studia, szkolenia i staże badawcze w ZSRR miały w założeniu formować najbardziej świadomą grupę „nowej inteligencji”, jednak zarówno sprawozdania komisji wizytujących studentów polskich w ZSRR, jak wspomnienia tych, którzy stamtąd wrócili, ukazywały dwuznaczne skutki pobytów275. Miały one pewne znaczenie także dla przemiany poglądów warszawskich twórców „nowej rzeczywistości”. Leszek Kołakowski wyniósł z trzymiesięcznego szkolenia w Moskwie przekonanie, że tamtejsi filozofowie są „gromadą nieuków”. „Kiedy w 1954 roku Woroszylski wrócił z Moskwy po studiach, już był na «nie»” – wspominał Witold Wirpsza276.

5. III Światowy Kongres Studentów, Warszawa, wrzesień 1953 r.

„Na nie” był w tymże roku radziecki filozof Sudakow, zaproszony na Uniwersytet Warszawski i opuszczający go w przekonaniu, że trafił do siedliska reakcji. W gmachu mieszczącym Zakład Marksizmu-Leninizmu widywał księży w sutannach277. Sudakow należał do ok. 60 profesorów z ZSRR, zaproszonych na polskie uczelnie w pierwszej powojennej dekadzie jako wykładowcy i konsultanci. Wykłady radzieckich gości cieszyły się szczególną oprawą, odbywały się w najlepszych salach, a rektor wzywał na nie profesurę. Kierunek wschodni zastąpił więc w zasadzie wszelkie inne, a inteligencja odcięta została od swego do niedawna naturalnego zaplecza. Jeszcze w latach 1946–1950 ok. 230 osób (naukowców i studentów) pojechało do Francji. W 1950 r. nastąpiło zerwanie umowy kulturalnej i zamknięcie Instytutu Francuskiego, z następnych lat nie ma już śladów wyjazdów. Kontakty wznawiano począwszy od 1954 r.278 Wedle Jana Kotta efekty tego kilkuletniego zastąpienia relacji z Zachodem pobieraniem nauk na Wschodzie były przeciwne do zamierzonych. Jeśli bowiem powracający z Francji przed 1950 r. zdawali się często umocnieni w swych komunistycznych przekonaniach, ci wracający w następnych latach z ZSRR bywali z komunizmu „wyleczeni na zawsze”279.

Rewolucja i środowisko

Problemem, który przenika większość rozważań historycznych, jest zakres wiarygodności dokumentarnej warstwy rzeczywistości. Okres stalinizmu stawia tu spore wymagania. Zdaje się, że charakteryzował go szczególnie wielki rozziew między wizjami realiów: oficjalną i nieoficjalną, publiczną i prywatną, a także między wizjami poszczególnych zbiorowych aktorów. Problem ten ciąży na większości podejmowanych tu rozważań. Cóż bowiem powiedzieć można na podstawie dokumentów np. o akcji szkoleń ideologicznych dla pracowników UW? Organizował je związek zawodowy od roku 1950/1951, osiągając początkowo niewielkie sukcesy frekwencyjne. Jednak już w roku następnym istniało (przynajmniej na papierze) 15 grup pracowników naukowych i 14 – administracyjnych. Wedle sprawozdań obserwowano wśród słuchaczy „pozytywne przemiany”, niewątpliwy element scenariusza. Oto na zebraniu w sprawie projektu konstytucji PRL stawiło się 13 II 1952 r. ponad 250 pracowników administracyjnych. Dziesięcioro zabrało głos, opowiadając m.in. o swym awansie społecznym280. Co dokładnie mówili, nie wiemy. Zważywszy na niewielkie grono aktywnych uczestników, skala „pozytywnych przemian” wydaje się ograniczona. Aby je wzmocnić, zorganizowano także, wśród mobilizacyjnej retoryki, akcję „samokształcenia ideologicznego”. Choć przedsięwzięcie firmował ZNP, odprawy dla organizatorów zwoływano w lokalu PZPR. Zwolnienie z kursu uzyskać mogli ci, którzy już przeszli odpowiednie szkolenie „z postępem dobrym”, chociaż i oni – wskazywano – odnieśliby korzyść, przystępując do samokształcenia. Jego zasadniczą część stanowić miała samodzielna lektura tekstów (w ustalonej kolejności i terminach) oraz pomocnicze seminaria, wykłady i konsultacje. Kurs niższy zasadzał się na materiałach Wszechnicy Radiowej, wyższy na lekturze Krótkiego kursu historii WKP(b), publikowanego właśnie w wielkich nakładach, elementach pedagogiki Kairowa, omawianiu aktualności politycznych. Wykładano teorię marksizmu (m.in. „Sprzeczności wewnętrzne kapitalizmu”), historię ruchu robotniczego („Walka proletariatu z burżuazją w okresie I Międzynarodówki”), dzieje ZSRR („kraj budującego się komunizmu, na czele obozu pokoju i postępu”) i sprawy polskie, np. konstytucję PRL281. Sztafaż ideologiczny był standardowy, znaczna część uczestników z pewnością wykraczała ponad „standard” wiedzą i horyzontami; można się domyślać widowiska, które byłoby ilustracją tez o powierzchownym przystosowaniu i o stosowaniu ketmanu – lecz jest to może kolejna łatwo się nasuwająca klisza?

Na kierunkach ścisłych i eksperymentalnych chroniono się przed agresywną ideologizacją w świecie praw fizyki, równań matematycznych, doświadczeń w laboratoriach. Geografowie czy geolodzy mieli swoje zajęcia praktyczne i wyprawy terenowe. Lingwiści mieli swe struktury gramatyczne i przyjemności tłumaczeń, choć wdzierały się w ich naukę promowane agresywnie teorie akademika Marra, a po ich nagłym obaleniu – tezy Stalina o językoznawstwie. Kanonicznym elementem wykładów musiały się stać powtarzane z jego broszurki prawdy o przynależności języka do bazy lub nadbudowy. Na biologii podobne znaczenie zyskały odkrycia Łysenki i Miczurina, jak się zdaje, trudniejsze do wtopienia w rzetelne wykłady. Te elementy wykładów służyły właśnie jako probierz ideologicznej czystości w oczach aktywistów młodzieżowych i partyjnych. Służyły także torowaniu sobie drogi kariery przez pozbawionych skrupułów przedstawicieli środowiska naukowego. Historycy czy historycy sztuki znajdowali w ramach politycznych paradygmatów możliwości gruntownych badań dziedzictwa artystycznego odrodzenia czy struktur wsi pańszczyźnianej, zmuszeni jednak co najmniej do przyjmowania w milczeniu marksistowskich interpretacji sensu dziejów, obrazowanych w podręcznikach do historii starożytnej Siergiejewa i Maszkina, tak jak pedagodzy musieli uznać za podstawową wykładnię swej nauki podręcznik Kairowa, a psychologowie – Tiepłowa. W szczególnej sytuacji byli przedstawiciele filozofii, znajdującej się w centrum zainteresowania politycznego. Na Wydziale Filozoficznym konflikty ideologiczne miały stosunkowo ostry przebieg, zaś organizacja studiów – „rewolucyjny” charakter, zbudowana na zasadzie grup zetempowskich. Zarazem wydane w masowych nakładach tłumaczenie słownika Rozentala i Judina, politgramoty radzieckiej filozofii, było nie do przyjęcia nie tylko dla piętnowanych zwolenników „idealizmu”, lecz także dla ambitnych marksistów. Przyczynili się oni wszak do powstania „Biblioteki Klasyków Filozofii”, w której ramach wydano dzieła Hobbesa czy Kanta, a która nie mogła mieć odpowiednika w ZSRR. Przedstawiciele socjologii stracili zaś w dużej mierze możliwość kształcenia kadr w swej specjalności. Ostatnią rekrutację na studia socjologiczne przeprowadzono w 1948 r., po czym zastąpiło je trzyletnie Studium Nauk Społecznych, które nie dawało tytułu magistra. Paradoks polegał na tym, jak pisze Jerzy Szacki, że spotkało to dyscyplinę, której przedstawiciele „w największym bodaj w humanistyce polskiej procencie sympatyzowali z ideami lewicy”282. Podejmowano jednak pewne próby badań empirycznych, którym patronował Julian Hochfeld. SNS łączyło socjologię, filozofię, pedagogikę i psychologię. Jak wspominał jego absolwent, sztywny układ zajęć robił wrażenie szkolne. Wśród wykładowców byli jednak Witold Kula, Stefan Ossowski czy Edward Lipiński283. Na tym właśnie polegała jedna ze sprzeczności tej ponurej epoki: studenci UW, jak by nie byli dyscyplinowani, mieli na wielu kierunkach szansę zetknięcia się z uczonymi niezwykłej miary, niekiedy na skalę stulecia, by wymienić Tadeusza Kotarbińskiego, Tadeusza Manteuffla, Kazimierza Michałowskiego, Jerzego Pniewskiego, Wacława Sierpińskiego.

W zestawieniu z doświadczeniami ówczesnych uczelni czeskich czy rumuńskich akcje polityczne podejmowane na UW zdają się umiarkowane, choć bywały szokujące dla świadków. Nie wyrzucano z pracy całych zespołów, jak na uniwersytetach w Pradze czy Bukareszcie. W tym pierwszym przypadku do czystki wśród profesury doszło po puczu komunistycznym w 1948 r., a przeprowadzona była ona pod naciskiem organizacji młodzieżowych284. W drugim przypadku władze uznały uczelnię za podporę dawnego „faszystowskiego” reżimu i dokonały brutalnej selekcji kadry, wskutek której np. na Wydziale Filozofii ostało się w 1948/1949 r. tylko 3,5% obsady z 1944 r., na Prawie 35%, zaś na łagodnie potraktowanej Matematyce-Fizyce 60%. Wkrótce nastąpiły kolejne czystki. W 1950 r. na Wydziale Prawa spośród zatrudnionych w 1944 r. 75 osób pracowało tylko 5285. Reżim rumuński obszedł się nader łaskawie z tymi spośród odsuniętych, którym udało się zatrudnić w Akademii Nauk; wielu ich kolegów zostało zamęczonych w więzieniach w Syhocie i Aiud oraz na budowie kanału Dunaj-Morze Czarne. Ogromna trauma wywołana przez te wydarzenia kształtowała w następnych dekadach konformizm świata naukowego Rumunii.

Niczego porównywalnego nie zaznały w okresie stalinizmu polskie kadry naukowe. John Connelly, próbując wyjaśnić względnie łagodny – na tle przeżyć naukowców czeskich i wschodnioniemieckich – charakter tego okresu w Polsce, wskazuje szereg zjawisk. Pierwszym byłaby, wedle niego, „przednowoczesna” struktura polskiej nauki. Nie została ona zorganizowana przez państwo w XIX w., pozostając przede wszystkim domeną silnie powiązanych środowisk, które wytworzyły tradycję oporu wobec władzy. Właśnie pojęcie środowisko Connelly uznaje za kluczowe, a pozbawione semantycznego odpowiednika w Niemczech i Czechach. Drugim kluczowym zbiorem zjawisk byłby charakter okupacji lat 1939–1945, ogrom strat wojennych i znaczenie odbudowy, powodujące silną integrację ludzi nauki i tworzące, mimo wszystko, pozytywną – oraz pozytywistyczną – aurę, wpływającą także na postępowanie władz. Postępowanie to zdawałoby się również miarkowane przez fakt, że środowisko było zintegrowane wokół wartości współdziałania z okresu Państwa Podziemnego. Wreszcie, sądzi Connelly, partia komunistyczna miała niesłychanie nikłe poparcie wśród polskich studentów i ludzi nauki, dlatego musiała szukać pośredników w kontaktach ze środowiskiem. Rolę tę pełnili pojedynczy naukowcy o lewicowych poglądach, „progresiści” torujący drogę partyjnym wpływom, jednak niewchodzący w ostrą konfrontację z otoczeniem. Amerykański badacz wskazuje także na znaczenie religijnego tła kulturowego, wyraźnego w polskim świecie akademickim286.

Łatwo skonstatować, że tego rodzaju okoliczności mogłyby wywołać zupełnie przeciwstawne efekty, jak to się stało w Rumunii: „reakcyjny” charakter świata akademickiego i nikłe w nim wpływy partii komunistycznej mogłyby pchnąć władze do brutalnej rozprawy w momencie utrwalenia się stalinowskiego typu dyktatury. W Rumunii przyjęto już w 1948 r. kopiowaną z radzieckiej ustawę o szkolnictwie wyższym, która starła ślady autonomii i wywróciła cały model nauczania i kariery naukowej. W Polsce zwlekano z tym jeszcze przez 3 lata, które – wobec dynamiki stalinizacji w bloku – były całą epoką. Wchodzenie w tego rodzaju rozważania byłoby oczywiście wchodzeniem w specyfikę „polskiego komunizmu”, co nie należy do tematu tej pracy. Zasugerować można jedynie, że sytuacja szkolnictwa wyższego, nawet jeśli Connelly idealizuje zwartość i oporność środowiska, zdaje się potwierdzać szczególną niekonsekwencję, płytkość czy też powolność ustanawiania totalitaryzmu w Polsce.

Oczywiście, sprawa przedstawia się inaczej przy lekturze wydartych z tego szerszego kontekstu enuncjacji polskich ministrów i organizatorów nauki, działaczy partyjnych i zetempowskich, a także wspomnień i świadectw osób, które poddane były indoktrynacji lub represjom. Środowisko, jeśli pod tym pojęciem rozumieć ludzi związanych pewnym habitusem, wyobrażeniami społeczno-politycznymi i sieciami solidarności, jawiło się organizatorom „nowego życia” jako układ, który należy skruszyć. Środki trudno porównać ze stosowanymi w Rumunii czy NRD, lecz cele określano podobnie. Podobny narzucano też sztafaż, choć liczba haseł propagandowych czy portretów Stalina wyraźnie różniła się pomiędzy krajami i najpewniej pomiędzy uczelniami, tak jak liczba godzin spędzanych na przymusowych zebraniach czy szkoleniach. Hasła, zebrania i szkolenia wryły się jednak w każdym wypadku w pamięć o epoce, choć wspomnienie mogło być – w wypadku polskim – pozbawione śladów wielkiej traumy. Oto Stefan Kieniewicz mówił, że jako dziekana nękała go wprawdzie plaga „posiedzonek”, ale że, bezpartyjny, wolny był od obciążeń politycznych, które brał na siebie Rafał Gerber („pośrednik”, jak chce Connelly); że wprawdzie musiał „paradować” w pochodzie pierwszomajowym 1954 r., ale „w czasie nieuniknionych postojów naszej kolumny robiłem na stojąco wziętą z sobą przezornie korektę”287. Oczywiście, relacji tej można przeciwstawić wiele innych. Należy też zauważyć, że profesura cieszyła się pewnym immunitetem, jakiego nie mieli młodzi pracownicy czy personel biblioteczny. Sytuacja historyków była zapewne szczególna, bliska cechom środowiska, o jakim pisze Connelly. Dyktatura rozbijała społeczne struktury porozumienia i współpracy, a środowiskowy opór wobec tych tendencji oznaczał skłonność do zamykania się w grupie i zmniejszał wiedzę o losach i przeżyciach drugich.

6. Studenci Wydziału Prawa UW, członkowie AZS, na pochodzie pierwszomajowym, 1 V 1952 r.

* * *

Część przynajmniej polskich „kreatorów systemu” zdawała sobie sprawę, że ataki na elity uniwersyteckie mogą mieć niepożądane skutki. „Aparat uczelni – administracyjny, sprzężony z naukowym – nie może być z całą mocą krytykowany i kontrolowany przez ZMP [...], gdyż każde uderzenie w ten aparat bije jednocześnie w autorytet profesorów” – pisano w notatce z 1950 r.288 Z punktu widzenia profesury roszczenia studentów w czerwonych krawatach do kierowania życiem społeczności były trudne do zniesienia. Jednak niełatwo było się im przeciwstawić, nie tylko z powodu stojącej za nimi machiny politycznej. Także dlatego, że postawy młodych aktywistów bywały trudne do jednoznacznej oceny.

Radykalizm młodzieży nie był zjawiskiem nowym. Pracownicy UW pamiętali jego międzywojenne przejawy. Zetempowcy nie okładali nikogo laskami, nie próbowali okupować uczelni. Nie musieli. Terror wzięło na siebie państwo; o aresztowaniach i torturach krążyły budzące grozę opowieści. Trudno było jednak powiązać z nimi energiczne studentki, zdające się żywym obrazem „pochodu młodości”, organizujące narady, zloty, wyjazdy na wykopki. Ten zapał doceniał niekiedy Borowy, konserwatysta i katolik. Nowy obyczaj pożegnalnych przemówień aktywistek na ostatnich zajęciach semestru uznał za „dodatni wpływ forsownej kultury organizacyjnej!”289. Sam uczony przecież z trudem mieścił się w kręgu tej kultury, jako przedstawiciel przedwojennej profesury, ideowo zróżnicowanej, pamiętającej o dawnych konfliktach środowiskowych, ale naznaczonej przez wspólny habitus, skłonnej bronić resztek autonomii, nieufnej wobec władz zewnętrznych.

Stałe reorganizacje, tworzące nowe katedry i obsady zajęć, miały niewątpliwie osłabiać spoistość tej grupy. Ministerstwo naznaczało własnych kandydatów na katedry i wprowadzało upatrzone osoby do kadry. Jak by wynikało z zapisków Borowego, który jako kierownik seminarium zmagał się z tego rodzaju praktyką, możliwe tu było (przynajmniej w 1949/1950 r.) stawianie oporu. Dziekan przekazywał żądania ministerialne, a odbierał protesty i propozycje Borowego. Ten nie godził się na dwie naznaczone mu do ćwiczeń osoby i tworzył własną listę obsady. Przez wiele tygodni trwały przetargi, w których ministerstwo ustąpiło w jednym przypadku, Borowy także w jednym (i wkrótce „zameldował” mu się nowy asystent). Ministerstwo forsowało nieustępliwie pewną kandydatkę, która jednak, świadoma swej sytuacji, zrezygnowała sama. Byłoby to dowodem na znaczenie opinii środowiska. Zatrudniony zaś na polecenie ministerialne przedstawiciel „nowego” literaturoznawstwa Stefan Żółkiewski, który wcześniej brutalnie zwalczał piórem Borowego, utrzymywał z nim poprawne stosunki i w odróżnieniu od „pryszczatych” asystentów nie przyłączał się do ataków na kolegów, choć kierował de facto sprawami personalnymi katedr polonistycznych. Atak, z którym liczył się Borowy, znając zajście na seminarium filozoficznym Władysława Tatarkiewicza, przypuścić jednak mogli studenci290.

W pierwszej połowie 1950 r. atmosfera zagęszczała się. Studentka filozofii Krystyna Zwolińska zauważała,

że zarówno wykłady Tatarkiewicza, Kotarbińskiego, jak i Ossowskiego były z ogromną skrupulatnością notowane przez naszych kolegów z „lewicy”. Robiło to wrażenie, że każdy z nich wypełniał przydzielone mu przez jakąś „górę” zadanie, mające służyć do przygwożdżenia burżuazyjnego charakteru filozofii kwitnącej dotąd na UW291.

Napięcie panowało na seminarium Ossowskiego, który pozwalał sobie nawet na sceptycyzm wobec językoznawczych odkryć „pana Stalina”292. Terenem natarcia „studentów, członków PZPR”, jak o sobie mówili, stało się seminarium Tatarkiewicza. Grono to, pryncypialne i emocjonalne, wyczuwało obecność przeciwnika, czyli studentów wyznających „idealistyczne” poglądy i bliskich Kościołowi. Podejrzewało profesora o sprzyjanie tym drugim i starało się doprowadzić do odsłonięcia ich „właściwego oblicza”. Mimo wstrzemięźliwości niemarksistów doszło do sporu o charakter dobra: bezwzględny czy klasowo uwarunkowany. „Z początku próbowaliśmy prowadzić dyskusje” – wspomina Bronisław Dembowski, późniejszy biskup. „Wy, Dembowski, mówicie jak burżuj!” – usłyszał od Henryka Hollanda, partorga Sekcji Filozoficznej293. To Holland oświadczył na seminarium 27 III 1950 r., że studenci zamierzają odczytać list do Tatarkiewicza. Ten oponował, lecz zarzucono mu niedopuszczanie marksistów do głosu. List został odczytany przez Leszka Kołakowskiego. Odwołując się do „walki” pomiędzy etyką materialistyczną a idealistyczną etyką burżuazyjną, oskarżano w nim reprezentantów tej drugiej o przekroczenie „dopuszczalnej granicy w atakowaniu naukowego światopoglądu proletariackiego”. Przytoczono wypowiedzi uznane za atak ideologiczny (m.in. krytykę tez o klasowości zasad etycznych) i oskarżono Tatarkiewicza o ucinanie „słusznych” i podsycanie wrogich wystąpień na seminarium utrzymywanym wszakże „ciężką pracą polskiej klasy robotniczej”. Zarazem autorzy listu określali siebie jako „gorących zwolenników swobody myślenia”294. Tatarkiewicz przekazał list dziekanowi z uwagą, że marksiści dominowali na seminarium, otrzymując różne ułatwienia (Kołakowskiego sam zaprosił, dwoje innych przyjął, choć nie spełniali wymagań), zaś „inni uczestnicy niezmiernie rzadko zgłaszali się do głosu”. Prosił, aby dziekan osądził, czy sposób wystosowania listu odpowiada „dobrym obyczajom akademickim”295. Te obyczaje traktowano jednak jako przeżytki liberalnej tradycji. List – z pewnością przekazany instancjom partyjnym i do ministerstwa – stanowić mógł tylko pretekst do odsunięcia Tatarkiewicza od nauczania. Cztery miesiące później wezwany został z urlopu przez Krassowską, która oświadczyła mu, że pozostanie profesorem UW, lecz bez prawa prowadzenia zajęć. W tym czasie podobnie postąpiono w Warszawie z Ossowskimi, w Krakowie z Romanem Ingardenem, w Toruniu z Henrykiem Elzenbergiem296.

Seanse krytyki i samokrytyki organizowano na dużą skalę, zwłaszcza w formie tzw. narad produkcyjnych, które od początku 1950 r. obowiązane były robić wszystkie wydziały. Sama nazwa sugerowała przekształcenie Uniwersytetu w zakład wytwórczy. Dawano do zrozumienia, że dyskusje mają zmieniać stan świadomości i pchać ku wykonaniu zadań. Oto pierwsza narada Wydziału Matematyczno-Przyrodnicznego (25 III 1950 r.) miała „doprowadzić do usprawnienia i przyśpieszenia studiów w celu najszybszego uzupełnienia kadr wysoko kwalifikowanymi fachowcami chemikami”297. Byłoby to możliwe dzięki ujawnieniu „braków”, wykazywanych w referatach, wygłaszanych przez zampowców. Padały „zarzuty zarówno w stosunku do studentów, zakładów i asystentów włącznie z podawaniem nazwisk”298. Dlatego naradom towarzyszył niepokój. Zarazem, jak wynika z zapisków Borowego, który doświadczył tego rodzaju spektakli, objawić się na nich mógł opór, co zresztą spełniało oczekiwania „aktywu”, nadając dynamikę jego działaniom. Zapiski te potwierdzają także, że wśród kreatorów „nowej rzeczywistości” byli wybitni studenci; że narada mogła spełnić swe zadanie jako przegląd działalności dydaktycznej, lecz była przede wszystkim sposobem konformizacji, gdy profesorowie „dostrajać” się musieli do narzuconego języka dyskusji.

„Dwie przyjazne grupy studentów przestrzegają mię przed «atakiem», który ma być do mnie przypuszczony na «naradzie produkcyjnej»” – notował Borowy 19 IV 1950 r. Jego opis narady pierwszego roku polonistyki, która odbyła się następnego dnia, wart jest przytoczenia:

Dobrze wyreżyserowane widowisko, cokolwiek przydługie (od 17 do 22)! Znakomita przewodnicząca. Dwie studentki (spośród najzdolniejszych) czytają referaty: jeden z własnymi obserwacjami, drugi – streszczający wyniki ankiety (urządzonej przez Zrzeszenie Kół Naukowych wśród słuchaczy I r., z odpowiedziami bezimiennymi). Poszczególne motywy, bardzo umiarkowanie sformułowane w tych referatach, rozwijane są bardziej con fuoco przez mówców spośród wielkiego tłumu (cała wielka sala audytorium humanistycznego I wypełniona). Krytyka dotyczy spraw technicznych, organizacyjnych (np. niewygodnego rozkładu godzin), ale także i metody pracy (wychodzi na jaw np., że jakieś „ćwiczenia” z jęz. polskiego są prowadzone metodą... wykładową, a zakresy pewnych obowiązujących ćwiczeń, też językowych, zachodzą na siebie tak wybitnie, że nie widać różnicy). W ćwiczeniach prof. W[acława] B[orowego] krytykuje się nadmiar materiału z literatur obcych; w wykładach – brak powiązań społecznych i brak wyjaśniania „praw rządzących literaturą”. Ton na ogół poważny, ale staje się gwałtownym, kiedy ktoś występuje z krytyką rozdziału stypendiów i oświadcza, że nie widzi racji, dla której metoda marksistowska miałaby panować wyłącznie. Odzywa się jeszcze i kilka innych głosów „opozycyjnych”, m.in. w obronie moich wykładów. Boję się, żeby ci opozycjoniści nie mieli kłopotów. Pod koniec zebrania przemawiają profesorowie, ja najdłużej, dostrajając się do typu retoryki panującej na zebraniu. Zresztą muszę mówić nie tylko jako profesor, ale i jako Kierownik Seminarium, więc i o kwestiach organizacyjnych, bibliotecznych i in. Dla uniknięcia nieporozumień oświadczam, że nie jestem marksistą, ale sądzę, że i marksistom opis literatury ze stanowiska mojego (człowieka, który „nie zna praw rządzących literaturą”) może się przydać (tak jak mnie się przydają nieraz prace marksistów, nie naszych co prawda, ale radzieckich). Nie podejmuję pytań, które właściwie były adresowane do czynników decydujących o obsadzaniu katedr. Żółkiewski wygłasza mowę krótką, pojednawczą, rozwija kilka motywów wprowadzonych przeze mnie (o badaczach radzieckich), dziękuje za zarzuty, które jemu postawiono (że używa zbyt długich okresów i zbyt wielu wyrazów obcych), i obiecuje, że się będzie starał w przyszłości na nie nie zasłużyć. Wracam do domu wyczerpany, z głową obolałą299.

Dwa tygodnie później Borowy był świadkiem narady bardziej pryncypialnej, którą „niebacznie sprowokował [Jerzy] Pelc”, objąwszy nowe zajęcia i chcąc poznać oczekiwania studentów. Wykorzystała to grupa aktywistów i zebranie

nabrało charakteru procesu, w którym Pelca oskarżano o mnożenie dyskusyj zbytnim formalizmem logicznym, o zamykanie się w ciasnym materiale literackim i, naturalnie, o zamykanie dostępu metodzie marksistowskiej. Przemawiali ciągle w kółko ci sami mówcy (przewodniczący był oczywistym niedołęgą), ale (kobiety zwłaszcza) z wielką furią.

Do ataku przyłączył się asystent, jeden z naznaczonych przez ministerstwo (przyszły istotny krytyk literacki), „ani się krępując koleżeństwem, ani dając dowód wielkiej znajomości rzeczy, o które chodziło”. Atmosferę zmienili jednak [Zofia] Szmydtowa i Żółkiewski: „Ich przemówienia miały zabarwienie komiczne i rozładowały ponury nastrój”300. To charakterystyczny motyw: profesura, także „zaangażowana”, starała się zmniejszać napięcie. Gdy na naradzie Fizyki studentka skrytykowała w referacie jednego z wykładowców, budząc dyskusję, Leopold Infeld reagował: „Trzeba sprawę stawiać prosto. Są studenci, którzy chcą, by wykład był wolniejszy, by był plan wykładu, ale są inni, którzy wcale tego nie uważają. Niewłaściwą rzeczą byłoby robić jakąś wielką sprawę”. Podobnie na naradzie Chemii adiunkci „prostowali wypowiedź referenta”, broniąc pewnych praktyk i wspierając się wzajemnie301. Zarazem jednak bojowo nastawiona część młodej kadry potrafiła wytworzyć wokół „idealistów” atmosferę bardzo nieprzyjemną. Tak to zapamiętał słuchacz wykładów na Wydziale Filozoficznym, późniejszy fotografik Aleksander Jałosiński: „nie mieli litości nad starymi profesorami, wyśmiewali ich, wykpiwali. To było straszne widowisko”302.

* * *

Środowisko starało się niewątpliwie ocalić elementy dawnego habitusu, co wśród ruin i pauperyzacji z jednej strony, a ideologicznej i organizatorskiej presji z drugiej było trudne. W latach 50. miało jednak wciąż swoje znaczenie powojenne odnalezienie siebie nawzajem, wbrew „utracie świata”. Dlatego tak istotne były towarzyskie spotkania, jak te grupy polonistów w kawiarni Mazovia przy ul. Ordynackiej. Gdy w maju 1950 r. nagle skrócono godziny pracy kawiarni, mogli się o 21.00 przenieść do któregoś z mieszkań profesorskich w pobliskim domu przy ul. Sewerynów. Życie towarzyskie powiązane było z naukowym, niezależnie od szkoleń i „posiedzonek” realizowano przecież pasje badawcze i dokonywano odkryć. Fizycy Marian Danysz i Jerzy Pniewski spotykali się w kawiarni Niespodzianka na MDM, niedaleko budynku swego Instytutu, i tam rozważali zagadnienia cząstek elementarnych, dochodząc do odkrycia hiperjąder303.

Być może w klubie pracowniczym UW, zwanym potem klubem profesorskim, nie doszło do rewelacji tej miary, lecz służył on od schyłku stalinizmu jako miejsce intensywnego życia towarzyskiego. W odróżnieniu od Mazovii czy Niespodzianki, jego założona funkcja była jednak ideologiczna, a potrzeba jego uruchomienia opisana została jesienią 1952 r. jako „zadanie o pierwszorzędnym i zasadniczym znaczeniu”. Otrzymał on pomieszczenie na parterze Pałacu Kazimierzowskiego (dzisiejszą Salę Brudzińskiego)304. Inżynier z pracowni Biegańskiego, „nie formalizując sprawy”, sporządził projekty wnętrza i stylowych mebli. W grudniu 1952 r. kupiono jednak meble standardowe, a także pianino, dywan i urządzenia bufetu, choć plany były ambitniejsze, a spis koniecznych ruchomości zawierał, obok odkurzacza elektrycznego i ekspresu do kawy, popiersia „tow. tow. Bieruta i Stalina (kolor biały)”305. Ostatecznie Klub Pracowników Naukowych UW im. 1 Maja otwarto zapewne w drugiej połowie 1953 r. Rok później miał już „swoich stałych bywalców”, zainteresowanych nie tylko kawą, ciastkami, winem i prasą, lecz i koncertami „umuzykalniającymi”, odczytami naukowymi i politycznymi, a może zwłaszcza piątkowymi audycjami telewizyjnymi. Mimo narzekań na przeciążenie kierowniczki, awarie telewizora i okresy martwoty, Klub stał się ośrodkiem spotkań i dyskusji, coraz bardziej zróżnicowanych w rytm narastania zmian nazwanych odwilżą. Można w nim było słuchać wrażeń z podróży do Wietnamu, z wiedeńskiego kongresu filozoficznego, z pobytu w Berlinie – wrażeń ze świata, których łaknęło środowisko uczelniane306. Niezależnie od tego klub był jednym z tych nielicznych miejsc, w których pracownik UW mógł odetchnąć od obowiązków, zapomnieć o codziennych kłopotach z zaopatrzeniem domu i o swej często fatalnej sytuacji mieszkaniowej.

Skromność mieszkania

„Zaskoczyła mnie skromność mieszkania: niemowlę w koszyku, posłanie na podłodze, jakiś stołek i mnóstwo książek”. Tak studentka polonistyki wspominała odwiedziny w domu wykładowczyni literatury staropolskiej307. Opisane warunki nie należały do najtrudniejszych. Napotkać można było wśród kadry UW znacznie gorsze; w każdym razie sprawozdania miały ponurą wymowę, choć bywały zapewne przejaskrawione, służąc zabiegom uczelni o kolejne pule mieszkań. W kontekście warunków warszawskich realia życia pracowników UW były bliskie średniej. W skali jednostkowej pozostawały dojmujące; nadawały ton codzienności: zapach ubraniom, barwę cerze, atmosferę rozmowom i pracy.

Oto jakie opowieści wymieniać mogli pracownicy Zakładu Chemii Nieorganicznej. Asystent mieszkał na Mokotowie w dwóch pokoikach bez kuchni, z ojcem, siostrą i macochą, oddzielony od żony, która była sublokatorką na Powiślu (po urodzeniu dziecka przeniosła się do rodziców aż na Dolny Śląsk). Aspirant zajmował z żoną pokój o powierzchni 7 m2 przy ul. Targowej, z ustępem w podwórzu, ciemny i wilgotny. Cierpiał na gruźlicę. Zaraziła się tą chorobą (od ojca) także asystentka, mieszkająca z mężem u rodziców. Laborant zajmował z żoną i trzema synami wilgotną, 15-metrową izbę suteryny przy ul. Mokotowskiej; dzieci chorowały na krzywicę. Sytuację woźnego Zakładu, mieszkańca Okęcia, opisano w ten sposób:

Mieszka jako sublokator w kuchni. Sypia na jednym łóżku z drugim sublokatorem (z braku miejsca drugiego łóżka nie można ustawić). Żona mieszka jako sublokatorka przy ul. Wawelskiej [...] w jednej izbie z właścicielką mieszkania, staruszką – emerytką. Spodziewa się dziecka308.

Wielu pracowników UW mieszkało na samej uczelni. Jesienią 1949 r. w gmachach uniwersyteckich pobierano opłaty od 128 głównych najemców. Według zestawień z 1951 r. w obrębie zabudowań Krakowskiego Przedmieścia, w pokojach przeznaczonych na cele naukowe, mieszkało 76 osób, większość od 1945 r. Byli to przeważnie pracownicy fizyczni (woźni, ślusarze, portier, kucharka, sprzątaczka, szofer, malarz), a także dwóch laborantów, urzędnik, intendent, adiunkt (zajmował 2 izby w Seminarium Filozofii) i profesor (Witold Jabłoński mieszkał nadal w Seminarium Literatury Polskiej). Były to lokale o przeróżnym standardzie; niektóre przypominały mieszkania, inne dziuple. Gdy mieszkanka Auditorium Maximum chciała odstąpić swe lokum innej pracownicy UW (sama przenosiła się do Radości), Oddział Gospodarczy nie wyraził zgody, ponieważ lokal jest „kabiną po aparacie projekcyjnym”. Pewien woźny zajmował z trzema osobami jedną izbę o powierzchni 15 m2, kucharka mieszkała w pokoiku 8,4 m2, a sprzątaczka na niespełna 6 m2. Profesor natomiast z jedną osobą zajmował dwa pokoje o powierzchni 35 m2, ale asystent z trzema – izbę o powierzchni 21,4 m2. Poza Krakowskim Przedmieściem pracownicy UW mieszkali m.in. w budynku Chemii (18 osób) i Fizyki (16). Jesienią 1952 r. oceniano, że przeniesienie lokatorów budynków uniwersyteckich wymagałoby pozyskania 142 izb, liczby astronomicznej w zestawieniu z pulami dostępnymi w ZNP czy ministerstwach309.

Nawet bardzo skromne mieszkania na terenie UW miały zalety, przede wszystkim uwalniały od okropnych dojazdów i dawały przyjazne na ogół otoczenie społeczne. W pobliżu znajdowało się dużo sklepów zaopatrzonych lepiej niż na peryferiach, przychodnia pracownicza, placówki kultury. Istniały też niewątpliwe powody do narzekań. Jeden z nich stanowiły psy, trzymane na wybiegu Akademii Medycznej.

Jęki i wycia okaleczonych zwierząt, na których robi się ustawiczne doświadczenia, rozlegają się po całych dniach, zwiększają się wieczorami i nocami, nie pozwalając zasnąć dzieciom i przyczyniając się w ten sposób do znacznego podrażnienia ich systemu nerwowego, uniemożliwiając należyty wypoczynek pracownikom, nie mówiąc już o wykonywaniu jakiejkolwiek pracy umysłowej w tych warunkach.

Sprawa stała się przedmiotem korespondencji między rektorami i oparła o redakcję „Expressu Wieczornego”. Innym utrapieniem były niechlujne śmietniki, wokół których roiły się muchy, przyciągane odpadkami Akademii, w tym truchłami psów, szczurów czy żab. W obu sprawach mieszkańcy (i telefonistki z Centrali UW) długotrwale monitowali rektorat i zapowiadali interwencję u władz miejskich310.

Czymże były jednak takie problemy wobec losu pracowników, którzy nie posiadali mieszkań lub których schronienia z trudem mieściły się w tym pojęciu? Przygotowana jesienią 1951 r. lista pilnie potrzebujących odzwierciedlała prawidłowości sytuacji mieszkaniowej w Warszawie. Ogólnie biorąc, najcięższe warunki mieli pracownicy fizyczni, im zaś wyższa pozycja społeczna, tym mniej było wymagających pomocy. Kilkoro profesorów znajdowało się w trudnej sytuacji z powodu zamieszkiwania „daleko do pracy” czy też „małego metrażu”. Większość wskazanych na 47-osobowej liście stanowili urzędnicy i pracownicy fizyczni. Siedmioosobowa rodzina woźnego zajmowała izdebkę wielkości 7,5 m2. Woźna mieszkała z córką, zięciem, wnukiem i kuzynką w izbie o powierzchni 11 m2 w drewnianej ruderze. Urzędniczka dzieliła z pięciorgiem osób izbę o powierzchni 18 m2. W pomieszczeniu mniejszym o połowę egzystowała kelnerka stołówki uczelnianej z mężem i dzieckiem oraz współlokatorem chorym na gruźlicę. Powtarzały się informacje o wilgotnych suterenach i spróchniałych drewniakach. Rok później wskazywano już 70 pracowników w trudnych warunkach, przy czym jedna trzecia podań zalegała od lat 1946–1947311.

Na tym tle wyróżniały się nieliczne osoby ze środowiska profesury przedwojennej. Profesorska spółdzielnia mieszkaniowa312 miała wprawdzie nikłe możliwości i niczego nie budowała, ale administrowała budynkiem przy ul. Sewerynów 6. Nie było to zadanie wdzięczne. Dom wymagał inwestycji, problem stanowili tzw. dzicy lokatorzy, którzy zajmowali 12 z 30 mieszkań i których spółdzielnia nie była w stanie usunąć. W 1952 r. UW oświadczał, że jeśli nie uzyska wreszcie pomocy władz, rozwiąże spółdzielnię i przekaże dom kwaterunkowi. Społeczność domu była rozbita na dwie grupy – profesorską i tzw. dzikich („Nazwiska oznaczone zieloną kreską – dzicy”, oto dopisek na liście mieszkańców, sporządzonej na UW). Zachodziła pomiędzy nimi radykalna różnica warunków życia. „Dzicy” egzystowali stłoczeni w mieszkaniach podzielonych zaraz po wojnie na mniejsze, natomiast warunki „profesorskie” były, jak na realia warszawskie, znakomite. Opiszmy pobieżnie tę dziwną społeczność. W suterenie dzielili lokal o powierzchni 32 m2 stolarz pracujący na miejscu oraz pracownik zakładów optycznych z żoną, a sąsiednią klitkę wielkości 11 m2 zajmował pracownik spółdzielni szczotkarskiej z żoną i dzieckiem. Na parterze w mieszkaniu o powierzchni 52 m2 zameldowanych było 7 osób: matka i dwóch synów (jeden zatrudniony w spółdzielni chemicznej na Pradze, drugi „chwilowo bez zajęcia”), synowa (robotnica w firmie Bacutil), dziecko i dwie sublokatorki, zatrudnione w przedsiębiorstwie budowlanym i spółdzielni inwalidów. Ich sąsiadami (na 12 m2) była woźna z synem pracującym w FSO i jego dzieckiem oraz sublokatorka, pracownica żłobka. Obok znajdowała się klitka (9 m2), którą zajmowały dwie kobiety. Na parterze lokowali się także, używając wspólnych kuchni i łazienek, urzędnicy, pomoc domowa, młody człowiek „bez zajęcia przy rodzicach”, ale i administratorka spółdzielni profesorskiej. Na piętrze – budowlańcy z rodzinami, pracownice sklepu i apteki, dentysta, pracownica radia z matką. Ponad tą mozaiką ludzką znajdowały się mieszkania pracowników UW. Dwa najmniejsze miały po 52 m2, pozostałe 62–75 m2, a mieszkały w nich po 2–3 osoby, z reguły małżeństwa profesorskie, niekiedy z dzieckiem lub pomocą domową313. Enklawa przy ul. Sewerynów pozwalała zachować elementy stylu życia i związków towarzyskich przeniesione z dawniejszej Warszawy; niektórzy jej mieszkańcy sąsiadowali ze sobą także przed wojną, w domach przy ul. Brzozowej.

Charakter enklawy miał także pobliski dom przy ul. Bartoszewicza. Administrujący nim Uniwersytet wikłał się w konflikty, charakterystyczne dla ówczesnej Warszawy. Odbijały się w nich relacje władzy i wpływu. W domu znajdowali się niezwiązani z UW lokatorzy. Ich wyprowadzanie się winno było oznaczać przekazywanie pokojów administratorowi. Jednakowoż milicjant, który opuszczał dom latem 1950 r., wprowadził na swoje miejsce innego funkcjonariusza i, jak się zdaje, jego konkubinę. Komenda Główna MO zignorowała protest rektora. Główna najemczyni mieszkania żaliła się zaś rektorowi na milicjantów, na mieszkającą obok nauczycielkę śpiewu, do której przychodzą uczniowie, i na wiele innych problemów („a i tak nie opisuję wszystkiego”)314.

Takie oto sprawy opierały się o rektorat. Zabiegi o ich rozwiązywanie toczyły się równolegle ze staraniami o pule mieszkań zastępczych i pracowniczych. Były to pule minimalne. Powiększać się zaczęły w połowie dekady, z czym wiązał się charakterystyczny proces. W pierwszym okresie powojennym część pracowników lokowała się w budynkach uczelnianych, część skazana była na uciążliwe dojazdy z okolic podwarszawskich. Pod koniec lat 40. postępował proces osiedlania się pracowników w Śródmieściu: sprowadzali się spod Warszawy, opuszczali teren UW. Kolejnym etapem przemian było rozsiewanie kadry w znacznej odległości od miejsca pracy, lecz w granicach rozbudowującego się miasta. We wczesnej fazie tego procesu pojawił się opór. Oto w grudniu 1950 r. UW pozyskał osiem mieszkań na osiedlu Koło (ul. Zawiszy), połączonym nitką tramwaju z odległym Śródmieściem. Trafić tam mieli młodsi pracownicy, mieszkający w akademiku przy pl. Narutowicza. Zaprotestowali, wskazując na odległość osiedla, nagłość powiadomienia i konieczność przeprowadzki w zimie „z niemowlętami oraz osobami poważnie chorymi” i księgozbiorami315. Opór był skuteczny; kilkanaście lat później wymienieni na liście przydziałów mieszkali nadal w DA lub przenieśli się bliżej uczelni. Zatrudniani jednak w połowie lat 50. asystenci na ogół nie mieli większego wyboru. Niektórzy otrzymywali miejsca w pokojach ze wspólnymi kuchniami w Domu Młodego Naukowca przy ul. Polnej 50. W 1955 r. UW przysługiwały tam 43 miejsca. W tymże roku przekazano uczelni pulę mieszkań w drewnianym osiedlu na Jelonkach, opuszczonych przez budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Pozwoliło to odetchnąć części pracowników, sytuacja była jednak wciąż bardzo zła. Można było natomiast mówić o niej publicznie. Wiosną 1956 r. informowano w uczelnianym czasopiśmie o sytuacjach mieszkaniowych pracowników. Pisano, że „w piwnicach wyrosło już jedno pokolenie, czyż można dopuścić, żeby teraz w Polsce Ludowej w takich warunkach wyrastało drugie?”316.

„Demokratka” i daktylografia

Rektorat dysponował od 1948 r. masywnym chevroletem fleetmasterem, limuzyną kojarzoną z establishmentem, a z przekąsem nazywaną potocznie „demokratką”. To okazałe auto, gdy wiozło rektora ulicami Warszawy, mogło robić wrażenie wysokiej pozycji uczelni w strukturach państwowych. Było to jednak, pod względem materialnym, złudzenie. W tym okresie przed każdym centralnym urzędem stały sznury służbowych pobied z nudzącymi się kierowcami. Tymczasem „szewroleta” była jedynym samochodem osobowym użytkowanym przez Uniwersytet317, mający poza tym do dyspozycji dwie ciężarówki z dostaw UNRRA: rozklekotanego dodge’a i potężnego chevroleta C 60, który był „wykorzystywany wyłącznie prawie przez Studium Wojskowe”. Gdy auto osobowe się zepsuło, uczelnia musiała – latem 1953 r. – prosić ministerstwo o użyczenie samochodu dla prorektora, który miał jechać na przysięgę Studium Wojskowego w odległej miejscowości. „Demokratka” była zarazem atrybutem władzy wewnątrz Uniwersytetu. Dyrektor administracyjny zabiegał w ministerstwie o przyznanie mu samochodu służbowego, gdyż rektorski otrzymywał tylko „w wyniku jakiejś szczególnej uprzejmości”. Zapewne wskutek tych starań w 1954 r. przyznano uczelni czwarty, używany pojazd „z parku samochodowego administracji państwowej”. Odtąd jeden samochód przydzielony był Wydziałowi Geologii i jeden Obserwatorium, dla wszelkich innych potrzeb pozostawały dwa. Przypomnieć można, że jeszcze w 1948 r. park UW składał się z sześciu pojazdów, a sam Bratniak dysponował czterema318.

Uniwersytet rozrastał się i odbudowywał, lecz jego życie codzienne naznaczone było przez niedobory uderzające nie tylko na tle sytuacji międzywojennej, dobrze pamiętanej przez większość kadry, ale i na tle „okresu przejściowego”. Stosunki między jednostkami naukowymi a Oddziałem Gospodarczym były napięte. Kierownicy zakładów narzekali na brak przyborów biurowych, formularzy i papieru, na brud, chłód i ciemności, a kierownik Oddziału Zieliński (przedwojenny intendent UW319) wyjaśniał, że osiągane rezultaty są dowodem „więcej niż ofiarnego” stosunku personelu do swych zadań w sytuacji, w której budżet „przedstawia się więcej niż tragicznie”. Były to wyjaśnienia odległe od obowiązującego schematu, który nakazywał minimalizować trudności materialne. Finanse miały zresztą przedstawiać się jeszcze gorzej, skoro na 1951 r. zapowiadano zmniejszenie budżetu UW o jedną trzecią. Oczekiwanie od personelu większej ofiarności musiało wzmagać fluktuację kadr, której nie powstrzymywały apele mobilizacyjne. Ta ogólna przypadłość gospodarki stalinizmu, dezorganizująca działanie fabryk i transportu, odbijała się na obsłudze UW. Na przestrzeni 1951 r. zmienili się niemal wszyscy urzędnicy Oddział Gospodarczego320.

Uniwersytet uzależniony został od ociężałych centralnych zarządów, w których grafikach nie należał do instytucji najwyższej rangi. Do pierwszych lat XXI w. zachowały się na UW mocne, lecz nad wyraz toporne „meble typowe”, dostarczane przez Centralę Przemysłu Drzewnego. Zdobyć inne było trudno, a specyficzne potrzeby katedr oznaczały przewlekłe oczekiwanie. Dyrektor administracyjny odpowiadał na skargi w sprawie okropnej jakości mydła, przydzielanego przez Centralę Handlową Przemysłu Chemicznego, wyjaśniając, że uczelnia nie ma na nią żadnego wpływu. Gdy UW próbował zamówić zegary ścienne (nie bez związku z kampanią dyscypliny i z faktem, że wielu studentów nie posiadało zegarków), odpowiednia centrala wyznaczyła odległy o ponad rok termin dostawy, co oznaczało przepadnięcie kredytu. Pręty czy siatki zamawiać należało przez Ministerstwo Szkół Wyższych, przy czym wielu nie można było uzyskać z powodu kłopotów Centralnego Zarządu Metali Nieżelaznych. Stałym zjawiskiem był brak części zamiennych do aparatury naukowej czy choćby do zamków drzwiowych, skądinąd ważnych w atmosferze obsesji tajemnicy służbowej. Łatwiej było zakupić nowy niż naprawić uszkodzony, co nie służyło tak podkreślanej „dyscyplinie budżetowej”321.

Zapanował niesłychany formalizm w sprawach najdrobniejszych zakupów i napraw, które wymagały pism do Oddziału Gospodarczego. Wypisywano prośby o przydział proszku do zmiękczania wody lub pinezek, albo też o „przysłanie pracownika, który by wkręcił żarówkę w lokalu zakładu”. Pojedyncze ścierki czy buteleczki tuszu do stempli (którego w tych warunkach musiano zużywać mnóstwo) wymagały form pisemnych. Sprzeczna wewnętrznie praktyka oszczędności i skrajnej formalizacji sprawiała, że rozwiązywanie drobnych spraw było niezwykle przewlekłe. Instytuty monitowały Oddział o dorabianie kluczy, instalację tablic, naprawy rezerwuarów. Nieliczny personel nie był w stanie temu sprostać. Na oszklenie szafy bibliotecznej czekano kilka miesięcy. Utrzymywała się atmosfera „prac wstrzymanych”. Pomnażało to korespondencję pełną zarzutów i wyjaśnień, krążącą między wydziałami, biurami gospodarczymi, rektoratem i PZPR. Jesienią 1951 r. dyrektor administracyjny oceniał, że „niepodobieństwem” jest dłuższe prowadzenie drobiazgowej korespondencji, deklarując chęć zastąpienia jej załatwianiem spraw „bezpośrednio, odręcznie bądź telefonicznie”322.

W tym czasie pracownicy nękani byli „najdalej posuniętą akcją oszczędnościową”. Zakazano używania grzejników i kuchenek elektrycznych, co u progu zimy było wiadomością nader przykrą, oraz nakazano zmniejszenie liczby żarówek i wymianę ich na słabsze. Brzmiało to ponuro w sytuacji skracającego się dnia i zwiększonych obowiązków wieczornych. Liczne zebrania zaczynały się po zajęciach dydaktycznych, czyli po godz. 20.00 (co, jak przyznawano, „wpływa bardzo niekorzystnie na poziom pracy społecznej, przemęcza studentów i przedłuża czas pracy woźnych”). Trwała kampania oszczędzania papieru, zapoczątkowana okólnikiem Prezydium Rady Ministrów, w którym ta wysoka instytucja zalecała adresowanie przesyłek „pismem ścieśnionym”, aby adresy łatwiej było zaklejać dla wtórnego wykorzystania kopert. Rektor UW dodawał, że koperty winny być „uważnie odklejane, a nie rozdzierane, tak aby mogły być ponownie użyte”323.

Forum ekspresji rozmaitych oczekiwań i skarg, związanych z administracją, stały się od 1950 r. „narady produkcyjne”, poświęcane na wydziałach nie tylko kwestiom dydaktycznym i ideologicznym, ale też nieporządkom w salach czy zbitemu szkłu w pracowni. Pojawiały się szerokie zestawy tematów, jak na naradzie Kwestury i dziekanatów na rok przed śmiercią Stalina. Wnioski z niej stanowiły zbiór 23 punktów, nie tworzących żadnej hierarchii, a spisanych chyba dla zaczernienia papieru, służącego za dowód aktywizmu. Mieszały się tu wszelkie materie. Należy oto odbywać periodyczne narady; opracować system statystyki i sprawozdawczości; zmienić godziny przyjęć w dziekanatach; wpłynąć na „wykształcenie właściwego stosunku młodzieży do pracowników Uniwersytetu”; zaapelować do organizacji młodzieżowych, „aby studenci czytali ogłoszenia”; dbać o systematyczne mycie podłóg; okólniki powielać centralnie, zaś akta studentów uporządkować; przeprowadzić szkolenie pracowników „w zakresie sprawozdawczości i planowania”; związać komisje stypendialne z pracą kwestury; na naradach „podkreślić kierowniczą i odpowiedzialną rolę sekretarki Dziekanatu w stosunku do personelu biurowego Dziekanatów”; rozbudować pomieszczenia; ustawić bariery w sekretariatach, by chronić akta przed „wglądem interesantów”; zabezpieczyć gotówkę przy wypłatach stypendium, „które odbywają się w holach”; dobierać takich pracowników Kwestury, którzy posiadać będą „praktyczną znajomość księgowości i rachunkowości”324. Ten zbiór mniej i bardziej błahych postulatów oddawał w pewnym stopniu podziały i napięcia w administracji UW. Część z nich odnosiła się do jej kontaktów z kadrą naukową, nierespektującą godzin przyjęć, i z napierającymi na dziekanaty masami studentów. Były to problemy znane w każdej epoce, ale epoka stalinowska powodowała szczególne obciążenie administracji, zwłaszcza przez system sprawozdawczości.

* * *

Gdybyśmy spróbowali wyodrębnić dźwięk, towarzyszący zmianom na UW, byłby to narastający stukot maszyn do pisania. Jeden z mniej groźnych odgłosów stalinizmu – monotonny odgłos biurokratyzacji. „Okólników gromadzi się w ciągu tygodnia teraz tyle, że nie mogę ich wyczytać ani w zakładzie, ani w domu w Warszawie; dziś dopiero na świeżo uruchomionej werandzie tu się w nich zatapiam” – pisał Borowy w Zalesiu wiosną 1950 r.325 Ministerialne okólniki przepisywano w dziekanatach, krążyły ich przebitkowe kopie, docierały z centralnej administracji rozmazane odbitki na chropawym papierze. „Przestawienie Uczelni typu liberalnego w Uczelnię typu socjalistycznego nie może pozostać bez zasadniczego wpływu na zakres zadań stojących przed personelem administracyjnym” – pisał w 1953 r. dyrektor administracyjny, wspierając politycznym argumentem wniosek o zwiększenie ilości etatów. „Kadry decydują o wszystkim” – przywoływał stalinowską maksymę326.

W praktyce „socjalistyczny typ” uczelni oznaczał rosnące zobowiązania sprawozdawcze wobec administracji centralnej, wyzwalające łańcuchy sprawozdań wewnętrznych: cząstkowych i zbiorczych, miesięcznych, semestralnych i rocznych. Rosło obciążenie urzędników, pracowników naukowych oraz – maszyn do pisania. Szczególne znaczenie miały maszyny o szerokim wałku, zdatne do wypełniania płacht sprawozdawczych. Maszyny takie pożyczano sobie pomiędzy wydziałami, co sprawiało, że płachty sporządzać trzeba było poza godzinami urzędowymi327. Radzono też sobie, rysując tabele ołówkiem i wypełniając je piórem. Dla formatu A4 nie było jednak rozwiązań zastępczych: maszyny o małym wałku terkotały w godzinach i poza godzinami pracy, psując się i podlegając sporom. „Maszyny do pisania, posłane do naprawy, poginęły po drodze, bo je komuś innemu poprzydzielano” – narzekano w Instytucie Geograficznym328. Występował też deficyt umiejętności daktylograficznych. W 1951 r. postulowano, aby „każdy pracownik nauczył się pisać na maszynie”. W roku następnym zorganizowano odpowiedni kurs329. Wyniki musiały być mierne, skoro apelowano następnie o zatrudnianie zawodowych maszynistek i rozważano stworzenie centralnej „hali maszyn” przy Krakowskim Przedmieściu. Wskutek niskich płac występował jednak niedobór chętnych do pracy330.

Żądania sprawozdawcze mnożyły się również dlatego, że stanowiły element relacji władzy. Sprawozdań żądały nie tylko instytucje formalnie zwierzchnie, lecz także PZPR i ZMP. Na Wydziale Przyrodniczym zestawiali je po godzinach dziekan i prodziekan z urzędniczkami. Umęczona kierowniczka dziekanatu Prawa (pracownica UW od lat 20.) twierdziła, że winno się zatrudnić osobnego urzędnika „znającego się na sprawozdawczości”. Pochodną zmęczenia i słabości danych była niska wiarygodność sprawozdań, które „przeważnie nie są dokładne i nie dają się sprawdzić”, jak uogólniła Komisja ds. Usprawnienia Administracji UW w lutym 1952 r. Zapewne także dlatego, że naukowcy nie mieli serca do zestawiania tabel. Senat jednogłośnie uchwalił w styczniu tegoż roku wezwanie do „zmiany stosunku wielu pracowników naukowych do zagadnienia sprawozdawczości, stanowiącej niezbędną podstawę wszelkiej działalności planowej”. Jednakowoż niezbędny był wzrost kompetencji. W 1953 r. dyrektor administracyjny twierdził, że wśród 141 pracowników administracyjnych „zaledwie kilku [...] potrafi samodzielnie redagować poważniejsze pisma urzędowe”. Sugerował, że aby stan ten poprawić, konieczna jest podwyżka płac331. Nie był to sposób znajdujący uznanie ideologicznych nadzorców procesu przemian. Istotniejszy niż bodźce materialne był bowiem, w świetle propagowanych wzorów osobowych, moralny imperatyw działania.

Pierwsza połowa lat 50. była na uczelni okresem ogromnych braków materialnych, odbijających się dotkliwie na codziennym życiu, i zarazem niezwykłej materialnej ekspansji, widocznej w postaci rosnących ścian odbudowywanych pałaców, meblowanych sal, w zmieniającej się wciąż geografii katedr i instytutów. Przybywały kolejne pomieszczenia, lecz jednocześnie rozrastały się wydziały, powstawały nowe, rywalizując o powierzchnię. Oto co działo się latem 1952 r. Muzykologia przejmowała lokum po Zakładzie Historii Literatury w Budynku Porektorskim i poddasze BUW. Zwalniała lokale przy ul. Hożej 74, przekazywane Geofizyce i Etnografii. Studium Zaoczne Prawa przejmowało dawne mieszkanie profesorskie w Porektorskim, używane dotąd przez Rusycystykę. Zakład Ekonomii Politycznej dostał lokal w Pałacu Kazimierzowskim po Zakładzie Języka Polskiego, zwalniając pokoje w Gmachu Poseminaryjnym, które przekazano Wydziałowi Prawa, pod warunkiem, że użyczy pokoje Filologii Romańskiej i Historii Sztuki. ZNP dostał lokal zwolniony przez Instytut Fonetyczny w Budynku Porektorskim, ale pod warunkiem, że użyczać go będzie Towarzystwu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tego rodzaju łamigłówki rozwiązywała Komisja ds. Przydziałów Pomieszczeń, którą kierował prorektor Manteuffel. Sytuację zaostrzała dodatkowo presja na tzw. dyscyplinę studiów i organizacja niezliczonych zebrań, które wypełniały deficytowe metry kwadratowe. Zajęcia odbywały się w ciasnych salkach seminaryjnych, przeludnionych audytoriach, w niewentylowanych pracowniach eksperymentalnych. Zakład Muzykologii miał do dyspozycji jedną salę, musiał więc blokować czytelnię, w której odbywały się zajęcia (choć pozbawiona była „koniecznego do normalnej pracy fortepianu”). Podobną sytuację lokalową miał Instytut Historii Sztuki, dziesięciokrotnie większy: w jedynej sali od rana do wieczora odbywały się zajęcia, czytelnia była zablokowana, studenci przygotowywali się na schodach i korytarzu332.

Tym większy niepokój wzbudziło zahamowanie odbudowy UW. Zimnowojenne decyzje strategiczne bardzo obciążyły gospodarkę polską w połowie 1951 r. Rosły nakłady na przemysł ciężki i zbrojeniowy. Skrajna centralizacja wywoływała zaś, wbrew założeniom, rozprzężenie i ucieczkę od odpowiedzialności. Odbudowa uczelni kredytowana była przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego, kierowana przez Zarząd Inwestycji Szkół Wyższych, a wykonywana przez państwowe zjednoczenia podległe Ministerstwu Budownictwa. Decyzje zapadały ponad forami uniwersyteckimi, które mogły tylko monitować decydentów, wywołując krążenie korespondencji. Było to zjawisko tak charakterystyczne dla życia w systemie, że stało się jednym z dopuszczalnych tematów satyry w rodzaju komedii filmowej Rybkowskiego i Fethkego Sprawa do załatwienia.

Gdy roboty kamieniarskie przy Pałacu Kazimierzowskim zostały nagle przerwane w 1951 r., ponieważ Ministerstwo Budownictwa „oddelegowało” wszystkich kamieniarzy „na inny odcinek pracy”, Uniwersytet mógł jedynie rozpocząć kampanię interwencji. Z perspektywy wielkich instytucji, sterujących odbudową Warszawy, problemy UW zależały od dyspozycji ogólniejszych. Z dnia na dzień „przerzucano” między budowami ludzi i materiał (brakowało jednego i drugiego), i decydowano o „skreśleniach” przesądzających los całych osiedli. Wykańczanie budynków UW odbywało się w ramach tych przesunięć, chociaż wiele zależało od umiejętności kierowników budów w zakresie „organizowania” i „dogadywania się”. Było to dość trudne w budynkach zabytkowych, wymagających specjalistycznych sił. Prace przewlekały się. Pałac Kazimierzowski miał być ukończony w 1952 r., ale dwa lata później roboty wciąż trwały. Odbudowę Teologicum przerwano pod koniec 1951 r. Brak materiałów i robotników zatrzymał budowę Geologii na Polu Mokotowskim. W gmachu Chemii nie zrobiono elewacji. Instytut Geograficzny oddano do użytku bez głównego wejścia i hallu. Na Polonistykę zmniejszono kredyt, więc nie położono dachówki, choć były już wstawione okna i instalacje. Budowa Domu Studenta objęła tylko budynek frontowy. Utrzymywała się atmosfera prowizorki. Na dziedzińcu wiosną 1953 r. chodziło się po deskach przerzuconych nad bajorami333.

Wielka liczba osób musiała wkładać ogromny wysiłek w rozwiązywanie problemów wynikających z niesłychanie rozrosłej struktury władzy i zależności. Wysiłek ten odkupiony bywał jednak niepowtarzalną satysfakcją z powstających obiektów, projektowanych ze smakiem i tworzących swoistą atmosferę zabytkowych gmachów uniwersyteckich. Wiosną 1954 r. otwarto reprezentacyjne sale Pałacu Kazimierzowskiego, gabinet i sekretariat Rektora, wyposażone w jesionowe meble o złocistym odcieniu, projektowane przez Czesława Bogusza. Wykańczano bramę uniwersytecką od wizytek, w której osadzano wierzeje wykonane „w bardzo bogatej robocie stolarskiej”. Pewne specjalistyczne prace wykonywały wciąż firmy prywatne (Gontarczyk – zdobienia balustrad schodów Pałacu Kazimierzowskiego), a w Pracowniach Konserwacji Zabytków skupiono doświadczonych rzemieślników, którym tyle zawdzięczała wskrzeszana stara Warszawa334.

Wraz z przyrastaniem substancji materialnej uwydatniał się jednak problem jej utrzymania. W 1954 r., gdy inaugurowano prestiżowe wnętrza, braki obsługi technicznej oceniano na 100 etatów, nie licząc personelu szatni i sprzątaczek (na jedną przypadało około 750 m2 podłóg, a norma dla urzędów centralnych wynosiła 300 m2). Dyrektor administracyjny sugerował, że brak personelu spowoduje szybkie niszczenie nowych obiektów. Publicznie chętniej wskazywano na obyczaje studentów: „Sale wyglądają jak pobojowisko, ewent[ualnie] śmietnik. Na zwracane uwagi odpowiadają zwykle woźnym: «od tego panie są, żeby po nas sprzątać». Ubikacje również wyglądają jak po najeździe tatarskim”. Na ławkach wyryte są „ohydne wyrazy” i wizerunki znanych z Wyścigu Pokoju kolarzy.

Palenie papierosów w salach powinno być kategorycznie zabronione, gdyż w salach tych jest istne śmietnisko: mnóstwo starych gazet, rozmaitych odpadków po śniadaniach, różnych papierów służących bardzo często jako popielniczki. [...] Zachowanie studentów na korytarzach też pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej ożywione dyskusje toczą się przeważnie pod drzwiami sal, gdzie odbywają się ćwiczenia, także studenci nawołują się z jednego końca korytarza w drugi.

Ożywienie korytarzowe miewało zresztą specyficzny kontekst: niedogrzanie gmachów. W nowej siedzibie Polonistyki, imponującej w 1953 r. jasnymi tynkami wśród szarawego dziedzińca, studenci rozgrzewali się na korytarzach, grając „w różne hałaśliwe gry”, a słuchając wykładów, dygotali owinięci „we wszystką ciepłą odzież”335.

Byt studencki

Brak dobrych ubrań i butów, skąpy wikt stołówkowy, niedogrzane pomieszczenia, zagrożenie gruźlicą – nie tworzyły w historii życia studenckiego sytuacji nowej. Przeciwnie, niedostatek był odziedziczony, a tym bardziej widoczny, im więcej studiowało młodzieży „robotniczo-chłopskiej”. Jej rodzinne warunki egzystencji były przeważnie trudne od pokoleń. Bieda początku lat 50. miała jednak charakter szczególny ze względu na swe komponenty. Komponent pierwszy, wyżej wspomniany, miał charakter historyczny. Drugi stanowiły zniszczenia wojenne, nie tylko widoczne w postaci ruin, braku pomieszczeń i urządzeń, lecz także oznaczające utratę prywatnego dobytku i dezintegrację lub śmierć rodzin. Wielu studentów nie miało żadnego społecznego oparcia, nie mogło liczyć na paczki ani na gościnę. Sytuacja ta określała ich wybory, w tym włączanie się do tzw. masowych organizacji. Trzeci komponent ówczesnej biedy tworzył system polityczno-gospodarczy. W życiu studenckim ograniczył on radykalnie możliwości legalnej aktywności pomocowej i zarobkowej, uzależniając ogół od scentralizowanych organizacji i „jednolitego” systemu stypendialnego. Studenci utracili większość czasu wolnego i nie mogli się zatrudniać bez zgody władz uczelnianych. Uniwersytet od 1949 r. nie korzystał z pomocy zagranicznej. Nie pojawiały się już buty ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża czy odzież z misji kwakrów. Ustała, wraz z likwidacją Bratniaka, pomoc żywnościowa. Dodatkowe znaczenie zyskiwało wsparcie rodziny oraz – niepożądana ideologicznie – aktywność organizacji kościelnych.

Od końca 1949 r. likwidowano dotychczasowe stypendia i zasiłki, mające różnych dysponentów i rozmaitą wysokość, zastępując je systemem jednolitym i scentralizowanym. Wywołało to wśród studentów „dezorientację” (jak w nowomowie nazywano wzburzenie), wynikającą z cofnięcia stypendiów żywnościowych i obniżki niektórych świadczeń. „Moment ten natychmiast został wykorzystany przez reakcję dla siania wrogiej propagandy”. Odpowiedziano zebraniami i listami do Bieruta „z podziękowaniem za stałą troskę o warunki materialne młodzieży studiującej”. Na początku 1950 r. Sejm przyjął ustawę o stypendiach państwowych, która wprowadziła zasadę „jednolitości”. Ustanowiono stypendia zwyczajne 210–270 zł (wartości nominalne po tzw. wymianie pieniędzy jesienią tegoż roku), uzupełniane mieszkaniowymi (do 90 zł) i dyplomowymi na zakończenie studiów (330 zł). Istniały także stypendia Towarzystwa Przygotowawczych Studiów Uniwersyteckich (150 zł) i jednorazowe zasiłki (300 zł). Kryteriami decydującymi o przydzielaniu świadczeń stały się: pochodzenie społeczne, postępy w nauce i warunki materialne. Wiosną 1950 r. komisje stypendialne UW pozytywnie rozpatrzyły 1434 (na 1692) podania: studentom pochodzenia inteligenckiego przyznano 582 stypendia, robotniczego i chłopskiego 782, „innym” 70336. Dodać trzeba, że na stypendia państwowe nie mieli szansy studenci wydziałów teologicznych.

Ten prosty system zmodyfikowano w 1953 r., dzieląc stypendystów na grupy I–III, w zależności od „wagi danego kierunku studiów dla gospodarki narodowej” i od roku studiów. Gospodarka była jednak częścią polityki. W grupie pierwszej, o najniższych stypendiach, umieszczono więc wszelkie filologie prócz rosyjskiej, która znalazła się w grupie drugiej. Do pierwszej zaliczono nauki społeczne i historię sztuki, do drugiej – filozofię i historię. Ogólnie biorąc, kierunki uniwersyteckie znalazły się w dwóch niżej szeregowanych grupach, w trzeciej tylko chemia, poza nią kierunki przygotowujące do pracy w przemysłach ciężkich i strategicznych (lotnictwo) oraz najbardziej uprzywilejowane górnictwo. Najniższe możliwe pełne stypendium otrzymać mógł student I grupy na pierwszym roku (260 zł), najwyższe – student III grupy z dodatkiem górniczym na piątym roku (620 zł). Student filologii angielskiej mógł otrzymać na pierwszym roku stypendium częściowe w wysokości 175 zł, jego kolega z filologii rosyjskiej – 200 zł. Student muzykologii miał szanse na piątym roku otrzymać stypendium 375 zł, a student wydziału górniczego – 620 zł. Skądinąd te najwyższe stawki nie zbliżały się do przeciętnej płacy (netto 911 zł w 1953 r.), ocenianej powszechnie jako głodowa. Najniższe stypendia częściowe nie starczały na opłacenie stołówki. Te zwykłe pozwalały na stołówkowe wyżywienie, opłacenie akademika i przejazdów komunikacyjnych. Zakup garderoby, środków higieny, pójście do fryzjera czy oddanie butów do szewca stanowiły wyzwanie. W tych warunkach zima była trudnym doświadczeniem. Jakie by nie były wady tego systemu, zapewniał on jednak rekordowy w historii zakres pomocy. W połowie lat 50. stypendia otrzymywało 70% studentów w Polsce. Na UW wskaźnik ten wiosną 1955 r. wynosił 68%337.

Malutka grupa „przodujących” dostawała stypendia naukowe 750 zł (na UW w roku 1954/1955 otrzymało je 18 osób). Kandydatów zgłaszały koła naukowe, dokumenty przekazywały rektorowi dziekanaty, załączając opinie profesorów i własne. Większość tych opinii zawierała informacje o sukcesach naukowych (ocenach i średnich), choć pojawiały się wzmianki o działaniu w ZMP lub PZPR. W uzasadnieniach wniosków wybijano także argumenty socjalne i polityczne. Pisano o pozostawaniu kandydata na utrzymaniu matki, o egzystencji dużej rodziny w małym gospodarstwie chłopskim, skromnych poborach rodziców – listonosza czy telefonistki. Student IV roku filozofii zasługiwał na stypendium naukowe jako organizator grupy partyjnej. Inny kandydat z Wydziału Filozoficznego, notabene przyszły członek Biura Politycznego KC PZPR, choć w jego indeksie widniała ocena dostateczna z logiki, miał otrzymać stypendium naukowe, gdyż

pracował niezmiernie aktywnie w Zarządzie Dzielnicowym ZMP i zaskarbił sobie uznanie kolegów-studentów. Obowiązki te były wielce pracochłonne. Mimo to wykazał dużo hartu i zapału w nauce, czym zdobył uznanie grona nauczającego, oraz uzyskał wyróżniające postępy w zakresie studiów nad socjaldemokratyzmem i burżuazyjną socjologią338.

Brak tego rodzaju zalet utrudniał zdobycie stypendium naukowego nawet wybijającym się osobom. Oto Wydział Pedagogiczny wnosił o przyznanie takiego stypendium dwóm studentom psychologii. Pierwszego rekomendowano jako sierotę o skromnym źródle utrzymania, materiał na naukowca. Drugi przedstawiony został jako bardzo zdolny, 0 szerokich zainteresowaniach i doskonałych wynikach, odznaczający się samodzielnością myśli, inicjatywą i pomysłowością. Żył on także w trudnych warunkach, utrzymując się ze zwykłego stypendium i nikłego zarobku w sądzie dla nieletnich, w którym był kuratorem. Jednakowoż grupa ZMP-owska zarzucała mu „indywidualizm w pracy i stosunkach z grupą”. Tylko pierwszy kandydat otrzymał stypendium339.

* * *

Codzienną sytuację studentów, podobnie zresztą jak przeciętnych obywateli, naznaczał nie tylko niedobór gotówki, ale i towarów w sklepach. Ci, którzy przyjechali studiować w Warszawie jesienią 1951 r., musieli się odnaleźć w chaosie znękanego brakami żywności miasta. Kolejki ustawiały się nad ranem, albo i wieczorem dnia poprzedniego. Partyjne służby notowały „wrogie wypowiedzi” obywateli, którzy krążyli po mieście z pojemnymi torbami, by „złapać” większą ilość masła czy cukru340. Na administrację UW spadły obowiązki wydawania pracownikom i części studentów (żyjących z dala od domu) tzw. bonów mięsno-tłuszczowych wedle skomplikowanego systemu, powodującego niejasności i krążenie pism między uczelnią a administracją centralną. Zniesieniu reglamentacji w styczniu 1953 r. towarzyszyła natomiast radykalna podwyżka cen. Odnotowano złe nastroje wśród studentów, narzekania na zniesienie kartek na mięso (dających jakie takie nadzieje na zaopatrzenie) i na drożyznę w barach mlecznych. Aktywiści partyjni i młodzieżowi mieli trudności z „wyjaśnianiem” sytuacji masom. Jedni wcielali się w role „entuzjastów”, przekonując o dobroczynnej roli „zmiany cen”, drudzy byli wyraźnie nieprzekonani do swej misji. Obie grupy – oceniano w KW PZPR – robią „złą pracę polityczną”, ale szczególnie niekorzystny efekt wywołują na zebraniach wysiłki „entuzjastów”341.

Bardzo dolegliwym problemem był niedobór podręczników i opracowań, co sprawiało, że studenci czerpali wiedzę głównie z wykładów. Pogorszyła sytuację likwidacja samodzielności kół naukowych, które dawniej wypożyczały, a nawet drukowały skrypty. Ich brak spowodował rozwój czarnego rynku podręczników i skok cen342. Czarny rynek dawał zarazem studentom możliwość zarobkowania. Legalnych sposobów było niewiele, zatem pośrednictwo w sprzedaży książek, starych butów, ubrań czy zegarków stanowiło dla niektórych główne źródło przychodu. Pomiędzy akademikami a bazarem z ciuchami na Pradze zawiązały się trwałe stosunki. Inną metodą było wchodzenie w rolę konika: spekulowanie wejściówkami na zabawy czy biletami kinowymi. O tym, że dzięki zaradności można się było nieźle utrzymać, świadczy przykład studenta historii, który w połowie dekady zarabiał przepisywaniem prac dyplomowych oraz wywoływaniem zdjęć w ciemni urządzonej w pokoju akademika. Samo przepisywanie przynosiło mu, bywało, 1900 zł miesięcznie, równowartość niezłej pensji343. Trudno to uznać za typowe, zwłaszcza że wymagało umiejętności i sporego wkładu kapitałowego. Nie zaradność, a raczej pewnego rodzaju dryg służył tym, którzy specjalizowali się w wygranych karcianych. Brydż stał się w akademikach nie tylko sposobem zabicia czasu, lecz dla wytrawnych graczy prawdziwym fachem. Niektórzy z nich prowadzili także nieformalne kasy pożyczkowe. Znaczna część studentów była stale zadłużona. Wynikało to zapewne z niezbyt racjonalnego gospodarowania pieniędzmi, które część młodych ludzi dostawała do ręki po raz pierwszy w życiu. Zwłaszcza męskie społeczności akademików bywały skłonne do tracenia gotówki na zabawy i hazard. O jakąkolwiek „planowość” było zresztą trudno. Zaopatrzenie sklepów wydawało się nie podlegać żadnej logice, a te przy akademikach uchodziły za wyjątkowo marne. Przy pl. Narutowicza trudno było kupić chleb i masło, pod dostatkiem było zaś nalewek i win owocowych344. Skądinąd trudno przypuścić, aby ten fakt powodował wzburzenie w akademiku.

Od problemów z zaopatrzeniem ocalić miało studentów wyżywienie stołówkowe. W tej sferze zarysowało się jednak szybko zasadnicze niepowodzenie. W styczniu 1950 r. stołówki uczelniane zostały odebrane Bratniakom i przekazane spółdzielniom (w Warszawie – WSS). W raportach ZMP podkreślano wprawdzie „słuszność” posunięcia, które „uwolniło studentów od prac gospodarczych, zlikwidowało nadużycia w Bratnich Pomocach” (z pewnością, skoro likwidowano same Pomoce), lecz trudno było wskazać inny skutek pozytywny. Obiady zdrożały i pogorszyły się, ponieważ część środków pochłaniała rozbudowana biurokracja spółdzielni. Zmieniła się atmosfera. Donoszono, że „stołówka Medyków przy ul. Oczki 7 jest brudna jak nigdy przedtem. Tylko bliskość do uczelni zmusza studentów do jedzenia w niej”. W akademiku przy pl. Narutowicza śniadań starczało dla jednej trzeciej mieszkańców, w porze obiadowej ustawiały się gigantyczne kolejki; brakowało krzeseł; personel stołówki był uszczuplony, urządzenia kuchni zepsute; niedobre, malutkie ziemniaki obierano ręcznie. Komisja Stołówkowa zaprzątnięta była w 1951 r. konfliktem pomiędzy byłą a obecną kierowniczką, związanym z jakimiś protekcjami w WSS i zabranymi gdzieś fartuchami. W stołówce przy Krakowskim Przedmieściu trzeba było stać w kolejce godzinę. Z kuchni, przystosowanej do gotowania 1300 obiadów dziennie, wydawano ich 1500. Trudno się dziwić, że personel z trudem to wytrzymywał i panowała wielka „płynność kadr”. Z powodu przeciążenia zrezygnowano z przygotowywania kawy i deserów. Po tzw. karty obiadowe zgłosiło się w 1954 r. 3,5 tys. osób, ponad połowę trzeba było odprawić345.

Satysfakcja tych, którzy kartę zdobyli, pozostawała dość ograniczona. Oceniano, że posiłki nie odpowiadają najskromniejszym wymaganiom dietetycznym, co wśród stołowników zostało zapamiętane jako wrażenie niedojadania. Andrzej Walicki wspomina „obiadki w studenckiej stołówce zaspokajające głód tylko przy opchnięciu się chlebem”. Anna Chałubińska-Szurczak zapamiętała je jako tanie, lecz „raczej niejadalne”. Dodajmy: nie dla wszystkich były tanie. W 1952 r. niektórzy studenci prosili o możliwość kupowania na kolację tylko chleba i kawy, bo nie byli w stanie opłacić pełnego wyżywienia346.

Stołówki stały się jednym z symboli studenckiego losu w warunkach dyktatury. Ukazywały rozziew między propagandą a praktyką; nie zapewniały posiłków wszystkim potrzebującym; nie karmiły wystarczająco tych, którzy zdołali się do nich dostać. W 1952 r. władze partyjne zwracały uwagę na (ideologiczną w ich pojęciu) konkurencję stołówek kościelnych, „w których atrakcją jest to, że nie zabiera się młodzieży bonów tłuszczowych i mięsnych”347. Pięć lat po wywłaszczeniu Bratniaków sam minister oceniał, że „sytuacja na odcinku stołówek studenckich jest bardzo zła” i że „zbiurokratyzowaliśmy całą sprawę”. Wbrew głoszonym wcześniej korzyściom z „uwolnienia” studentów od spraw gospodarczych, zalecał, aby związać ich z pracą spółdzielni („Jest to sprawa wychowawcza”), wprowadzić w stołówkach dyżury studenckie i opiekunów z ramienia rektora, organizować „wymianę doświadczeń pomiędzy stołówkami”, udostępniać stołówki na potrzeby imprez i zabaw, „związać ze szkołą”. Nie rozważano jeszcze odebrania ich spółdzielniom spożywców. Od 1951 r. starano się natomiast uprzystępnić studentom bary i restauracje. Po wytrzebieniu „prywatnej inicjatywy” wysiłki tego rodzaju spoczywały jednak na barkach tych samych decydentów, którzy nie radzili sobie ze stołówkami. Efekty nie były spektakularne, może poza pamiętnym faktem wydawania studenckich obiadów w restauracji hotelu Bristol. Od 1953 r. trwały także zabiegi o utworzenie w rejonie UW baru mlecznego, uwieńczone powołaniem do życia baru Uniwersyteckiego, który egzystować będzie przy Krakowskim Przedmieściu do 2009 r., obdarzany przez dziesięciolecia mianem „Karalucha”348.

Domy Akademickie

W 1951 r. krążyła wśród studentów warszawskich pogłoska, że ci z zamiejscowych, dla których zabrakło miejsc w akademikach, zostaną relegowani. Objawiała ona napięcie występujące w tej grupie. Poszukiwanie kąta do spania było jednym z głównych zmartwień. Pojawiali się oszuści, wyłudzający pieniądze w zamian za fikcyjne obietnice kwater. Niektórym przybyszom udało się znaleźć lokum poza miastem lub miejsce w bursie utrzymywanej przez Kościół. W raporcie partyjnym podkreślano, że bursy takie są „tanio i dobrze prowadzone”, a oferuje się w nich chętnie miejsca ZMP-owcom, co miało świadczyć o dywersyjnym charakterze tej działalności349. Do 1954 r. władze ją tolerowały, zapewne dlatego, że ogólna sytuacja była drastyczna. Odnotowano przypadki nocowania studentów na dworcach. Próbowano rozładować ścisk, organizując kwatery w Zalesiu, Otwocku, Świdrze czy Skierniewicach350. Przyjęta w 1951 r. na polonistykę Anna Chałubińska-Szurczak wspomina, że nie mając miejsca w akademiku, zyskała dzięki „łańcuszkowi krewnych i znajomych” lokum w wygodnym mieszkaniu przy ul. Hożej, w którym wypełniła tzw. nadmetraż, zawsze kłopotliwy dla właścicieli, bo grożący dokwaterowaniem przypadkowych osób.

Niestety, za to trzeba było płacić w naturze, to znaczy przywozić ze wsi mięso, ponieważ był to okres szczególnie dużych „niedoborów mięsnych”. Uważałam, że było to uwłaczające zajęcie dla mojego Ojca, kojarzyło mi się ze scenami z filmu Zakazane piosenki. Dopiero później domyśliłam się, że było to naprawdę niebezpieczne. Ojciec [...] był stale inwigilowany przez UB i mógł zostać uznany za spekulanta351.

W Polsce domy akademickie dawały miejsce jednej piątej studentów, a w Warszawie w 1952 r. (przy ogromnym zagęszczeniu) ponad jednej trzeciej. Domy te spotkał los znamienny dla epoki. Oderwane zostały od swego otoczenia społecznego i podporządkowane centralnej instytucji: powstałemu w 1951 r. Zarządowi Ośrodków Akademickich (ZOA), posiadającemu lokalne ekspozytury. O zasiedlaniu akademików decydowało ministerstwo, a uczelnie powiązane były z nimi poprzez organizacje młodzieżowe. W 1952 r. ZSP UW powołało „gospodarza” domów, który miał nadzorować personel, opiekować się inwentarzem i utrzymywać kontakt z administracją uczelni. Wyznaczono studenta pierwszego roku prawa, kierownika Wydziału Finansowo-Gospodarczego uczelnianego ZSP352. Nie wydaje się, aby jego wysiłki mogły zmienić realia życia w akademikach.

Warszawskiej ekspozyturze ZOA podlegało latem 1952 r. 19 akademików (7,3 tys. miejsc). Uniwersytet wykorzystywał sześć: dwa męskie (pl. Narutowicza i ul. Grójecka 39) i cztery żeńskie (Dziekanka, ul. Górnośląska 14, Tamka 4, ul. Lipińska 6–7). Studenci UW na ogół współzamieszkiwali ze studentami innych uczelni. W tymże roku kierownik ekspozytury został usunięty ze stanowiska. Władze partyjne zarzucały mu wiele, począwszy od „wrogich wypowiedzi” (m.in. żartu, że „perfumy w ZSRR nazywają się oddechem tow. Stalina”), poprzez nadużywanie alkoholu i „amoralne zachcianki” wobec podwładnej, aż po wydanie nakazu zamknięcia stołówki przy pl. Narutowicza na Boże Narodzenie (powinna była, rzecz jasna, pozostawać otwarta)353. Niezależnie od tego typowego dla epoki wykazu win, dokumenty związane ze sprawą ukazywały opłakany stan akademików, który trudno zresztą przypisać wadom osobistym kierownika ekspozytury ZOA. Do przepełnionych już budynków kierowano strumienie ludzi, wyrażając satysfakcję, że skład społeczny DA jest już w 72% robotniczo-chłopski. Obowiązująca norma zagęszczenia (4,5 m2 na osobę) mogła tylko wywołać śmiech. W domu przy pl. Narutowicza, przeznaczonym dla 1800 osób, mieszkały w 1950 r. 3 tysiące ludzi. Studenci spali w Sali Balowej. Do jednego z pokojów o powierzchni 49 m2, w którym stało 19 łóżek, skierowano kolejnego lokatora i wtedy nastąpił kryzys: dwudzieste łóżko nie mieściło się354.

Ogromny ten akademik, wybudowany w dwudziestoleciu, nie ucierpiał w latach wojny i pozostał obleganym skupiskiem studenckim. Jego rozbudowany samorząd zostawił po sobie sprawozdanie za 1950 r., przygotowane zgodnie z regułami nowomowy. Pierwszym z deklarowanych celów samorządu była „walka o jak najlepsze wyniki nauki”, następnie troska o warunki bytowe i wreszcie prowadzenie „pracy polityczno-wyjaśniającej i wychowawczej”. Samorząd mobilizował, rozwijał współzawodnictwo, ukazywał wzory osobowe. Prowadził konkurs czystości pokojów (z przechodnią nagrodą w postaci radia), chór, zespoły recytatorski i muzyczny. Organizował akademie i wieczorki. Dbał o „propagandę wzrokową” – gazetki, hasła i afisze. Zawiesił „oślą deskę” z nazwiskami i karykaturami winowajców („stały się postrachem dla tych, którzy nie szanują mienia społecznego”). Zdolny był także do samokrytyki: praca propagandowa była niewystarczająca, nie „dobijano się” o pomoc partii; zaniedbywano uświadomienie. Warunki jednak nie były łatwe: „Wrogowi naszemu zależy, abyśmy osiągali jak najgorsze wyniki w nauce, dlatego stara się rozpowszechnić wśród mieszkańców karty, szerzyć pijaństwo, popychać do kradzieży i odciągać od nauki, a tym samym osłabiać wśród studentów realizację Planu 6-letniego”. Autor sprawozdania trzymał się konwencji, lecz wysoko postawiony czytelnik z ZMP naniósł na nie bezlitosne uwagi: „truizm”, „banały”, „więź wzmacnia się robotą, a nie zebraniami”, „bzdura, to niewiele pomaga” (o mieszaniu w pokojach „niezorganizowanych ze zorganizowanymi”), „obiektywna bzdurność” (o twierdzeniu, że brak świetlicy utrudnia pracę), „co z nimi zrobiono?” (o aktywiście, który „przetrzymywał w swym pokoju do godz. 23.00 koleżankę” oraz o innym, który „skumał się z kierowniczką stołówki, bronił jej interesów, a nie mieszkańców”), „tylko tak się bije chuliganów?” (o usunięciu z akademika awanturników), a wreszcie: „to jest śmieszne, jak na USP” (o samorządzie, który „ograniczył dowolne chodzenie po piętrze w tym czasie, kiedy wszyscy się uczą”)355. Ostatni dopisek ujawniał opinię o studiach przygotowawczych, odległą od oficjalnej.

Notatki partyjne z 1952 r. ukazywały chaos w gmachu przy pl. Narutowicza. Oto ZOA starał się usunąć z akademika grupę emigrantów z Jugosławii, jakąś Chinkę i pracowników Urzędu Bezpieczeństwa. Wskutek protestów UB i ambasady Chin cofnięto odnośne decyzje, ale Jugosłowianie musieli się wynieść. Do „dzikich” zaliczano grupę pracowników UW (10 rodzin), którzy odrzucili wspomniane przydziały mieszkań w odległych częściach Warszawy, oraz dawnych pracowników FDA czy Palmy, którzy zamieszkali tu zaraz po wojnie. Nie potrafiono pozbyć się „dzikich”, nie chciano usuwać „swoich”. Sami pracownicy ZOA zajmowali przy pl. Narutowicza 33 pokoje356. Wątpliwe jednak, by obecność obcych lokatorów naznaczała życie w tym ogromnym DA w tym stopniu, w jakim naznaczała je w akademiku żeńskim przy Tamce. Panować tam musiała atmosfera ula. „Dzicy lokatorzy” okupowali 46 pokojów przeciętnej wielkości 20 m2. Gnieździły się w nich wielodzietne rodziny robotnicze, pracownicy oczyszczania miasta, szpitala i radia, milicji i prywatnej inicjatywy. Niemowlęta i emeryci, urzędnicy, wartownik, bieliźniarka i kucharz. W notatkach dotyczących akademików brak jednak śladów antagonizmu między studentami a „dzikimi lokatorami”. Znajduje się natomiast sugestie, że napięcia budziły praktyki Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które zagarniało przestrzeń na swe biura i mieszkania dla pracowników357.

Życie w akademikach odbijało cechy epoki. Rozgrywało się niejako na odrębnych scenach. W sprawozdaniach ukazywano wielki spektakl ideologiczny, formujący świadomy kolektyw z amorficznej masy przybyszów. Był to spektakl zebrań, na które zwoływali „piętrowi” i „piętrowe” (odpowiedniki radzieckich etażnych), spektakl zobowiązań, krytyk i samokrytyk. Część aktorów na tej scenie niewątpliwie przyjmowała swe role z zaangażowaniem, przeżywała też autentyczne rozczarowania, gdy stykała się z cynikami, wykorzystującymi funkcje dla własnych interesów. W wizji ideologicznej spoza kotar wychylał się „wróg”, odpowiedzialny za zło akademikowej egzystencji. Było to w istocie karykaturalne wyobrażenie drugiej, a może głównej jej sceny. Objawiała się na niej społeczność DA ze swymi nawykami i pragnieniami.

Za drzwiami pokojów, otwartymi przez kontrolerkę ZMP wysłaną do żeńskiego domu przy ul. Górnośląskiej, odbywały się imprezy. „Kiedy w dniu 19 I [1951 r.] zainteresowałam się kilkoma takimi pokojami, do których weszli koledzy o godz. 13.00 (a była godz. 22.00) okazało się, że obchodzili tam jakieś imieniny. Wprawdzie alkoholu nie mogliśmy znaleźć, ale goście byli podchmieleni”358. W żeńskim domu przy Tamce odnotowano inne zjawiska: niektóre pokoje „obwieszone są różnego rodzaju dewocjonałami”(!)359. Po akademikach krążyły także komisje interesujące się czystością podłóg i umywalek, i ogłaszające numery „brudnych” pokojów. Studentki z Tamki skarżyły się, że tak właśnie zakwalifikowano ich pokój, mimo wszelkich starań. Komisji nie spodobał się nieporządek wśród garnków. A gdzież mogły je schować, skoro mają jedną tylko szafę, pełną ubrań i zapasów?360 Oto problemy, jakimi żyły mikrospołeczności akademikowe.

Interesujący wgląd w tę egzystencję dają wspomnienia Anny Chałubińskiej-Szurczak, studentki polonistyki. Wraz z koleżanką wywalczyła ona w 1952 r. miejsce przy ul. Górnośląskiej: dawne pomieszczenie gospodarcze („i byłyśmy szczęśliwe”). Wkrótce uformował się krąg przyjaciółek pochodzących z małych miasteczek, którym udawało się w następnych latach zyskiwać wspólne zakwaterowanie przy Tamce, w Dziekance i przy ul. Karolkowej.

Miałyśmy podobne pochodzenie, nie najlepsze, bo „inteligencja pracująca”, zbliżoną sytuację materialną, podobne światoodczucie, wrażliwość, zasady moralne [...]. Mając potrzebę bycia razem, realizowałyśmy w praktyce lansowaną wówczas ideę kolektywu. Przez dwa lata składałyśmy się na jedzenie i kolejna dyżurna ze wspólnej kasy coś tam kupowała, gotowała i sprzątała. Posiłki nie były skomplikowane: chleb, masło, herbata. Jajecznica robiona przez dyżurną na cztery, pięć osób w akademickiej kuchence robiła na pozostałych koleżankach spore wrażenie. [...] Po świętach przywoziłyśmy z domu wędliny i ciasta, każda dla wszystkich. Zapasy te kładło się do tekturowego kartonu i wieszało na sznurku za oknem. [...] Ideę wspólnoty rozwinęłyśmy do tego stopnia, że zakupiłyśmy kreton w wyraziste kwiatki, uszyłyśmy sobie osobiście identyczne sukienki i nawet usiłowałyśmy je nosić.

Aby zrealizować zasadę sprawiedliwości, koleżanki zamieniały się też co miesiąc miejscami na swych piętrowych łóżkach, „na przemian: góra-dół, przy oknie – przy drzwiach”. Nie chadzały do lokali („wystarczały nam bary mleczne”) ani na zabawy, nie bywały zapraszane do domów warszawian ani wprowadzane w ich życie towarzyskie (wyjątki – koleżanka z Wawra i student „bardzo serdeczny, ciepły, koleżeński”, który zaprosił je na domową zabawę). Chłopcy bywali rzadko w ich pokoju. „Gdyby któryś przyszedł do jednej, miałby do czynienia z czterema. Chłopcy także tę surowość obyczajów akceptowali. Gdy Teresa umalowała sobie kiedyś usta, byli wstrząśnięci i zniesmaczeni”361.

Relacja ta wskazuje, że świat wykreowany w propagandzie nie musiał być sprzeczny ze spontanicznymi dążeniami do życia we wspólnocie. Wyrastały one niewątpliwie z doświadczenia „utraty świata”, jak Pierre Bourdieu nazwał rozbicie dawnego habitusu. Skala tego zjawiska była w społeczeństwie polskim ogromna. Dodać można, że samo doświadczenie studenta, trafiającego do obcego miasta i anonimowego DA, ma w sobie wiele z „utraty świata”. Wspólnotowy model wymuszały w pewnym stopniu warunki egzystencji, przede wszystkim ścisk, który zresztą nie zawsze różnił się od realiów „cywilnego” życia w przepełnionych mieszkaniach. Akademiki, podobnie jak mieszkania, stanowiły zarazem sferę propagandowej obietnicy lepszego świata.

Budowie nowych akademików starano się, także z powodu szczupłych środków z budżetu, nadać charakter akcji społecznej. ZSP zorganizowało ochotnicze brygady studenckie. Nie był to ruch imponujący. Na pierwszy turnus w lipcu 1951 r. zgłosiło się 150 osób (w tym 24 kobiety); wyłoniono dwa zespoły murarskie i jeden ciesielski, resztę skierowano do prostych prac. Zapewne części uczestników zależało głównie na łóżku i wikcie w okresie wakacyjnym. Napotkali jednak typowe dla epoki elementarne braki. Nie wszyscy dostali obiady, śpiący przykrywali się własnymi ubraniami, gdyż nie wydano im koców. Grupa 23 osób porzuciła pracę, co ZMP nazwało złowróżbnie „zorganizowaną akcją”, wysuwając (zapewne słuszne) przypuszczenie, że studenci znaleźli sobie gdzieś lepszą pracę. Problem stanowiły też nienajlepsze stosunki między studentami a robotnikami. Aktywiści ZMP starali się je ocieplić we właściwy sobie sposób. Zorganizowali „prasówki”, które stały się okazją do „dyskutowania z robotnikami na tematy bieżące”362. Ogólnie biorąc, udział studentów przy budowie akademików był raczej niewielki.

Co znamienne, mimo okropnej sytuacji kwaterunkowej władze zdecydowały się w 1954 r. na odebranie instytucjom religijnym prawa do prowadzenia akademików. W sierpniu wojsko i milicja wtargnęły do Szarego Domu Urszulanek na Powiślu, w którym mieszkało kilkadziesiąt studentek. Kierowniczkę wywieziono na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, sale przeszukano, wymuszono decyzję o zamknięciu akademika. Szary Dom, wzniesiony w latach 30., a odbudowany w 1945 r., był w latach stalinizmu silnie związaną społecznością, bardzo żywą organizacyjnie i kulturalnie. Na prelekcje zapraszano katolickich intelektualistów (w latach 1951–1952 m.in. Antoniego Gołubiewa, Jerzego Zawieyskiego, Jerzego Turowicza), organizowano bale i ostatki, na rekolekcje przybywał sam prymas Wyszyński. W czerwcu 1952 r. żegnano 75 absolwentek, w tym 49 z Uniwersytetu, największą grupę z polonistyki, ale także z dziennikarstwa i prawa – osobliwy musiał być kontrast życia w Szarym Domu z atmosferą tych „czerwonych” wydziałów363.

Gdy dotychczasowe mieszkanki domu Urszulanek wciskano do zatłoczonych już pokojów innych akademików, męska społeczność studencka UW odczuwała pewną ulgę: w 1954 r. oddano wreszcie do użytku nowe obiekty – dwa akademiki przy ul. Kickiego na Grochowie. W roku następnym studenci obu płci wprowadzali się zaś do drewnianych domów na Jelonkach, opuszczonych przez budowniczych Pałacu Kultury i Nauki.

Słynne akademiki „na Kicu” dla 1300 studentów szorstko witały swych pierwszych mieszkańców. Jak wspomina Krzysztof Wrocławski, przyjęty na geologię,

ściany budynku były jeszcze wilgotne, a w pierwszym tygodniu po zasiedleniu toalety nie były czynne i korzystaliśmy z latryn ekipy budowlanej. [...] Dzielnica Grochów, część Pragi, nie była do studentów nastawiona nadto życzliwie, co także odczuliśmy na własnej skórze, kiedy głęboką nocą obudził nas krzyk jednego z współmieszkańców bitego pod oknami przez chłopaków z Grochowa. Wylegliśmy przed domy i odbyła się wtedy regularna wojna na kamienie, zakończona oblężeniem pobliskiej świetlicy, do której schronili się grochowiacy364.

W roku następnym warunki się poprawiły: zainstalowano gaz, otwarto kiosk i sklepik, inaugurowano radiowęzeł i tzw. pokoje cichej nauki. Jeden z akademików przeznaczono wówczas dla studentek, przeniesionych z Dziekanki. „Narzeczeńskie pary będą miały do siebie dwa kroki, wystarczy wyjrzeć przez okno” – zapowiadała „Trybuna Uniwersytecka”365. Sprawy nie ograniczyły się, rzecz jasna, do wyglądania przez okno. Obyczaje przy ul. Kickiego stały się przedmiotem troski wychowawców młodzieży. Natomiast z punktu widzenia mieszkańców prawdziwy problem stanowiły dojazdy do obiektów UW po drugiej stronie Wisły. Autobus 102 i tramwaje były zatłoczone ponad wszelkie wyobrażenie. Pojawiły się nawet propozycje, aby – jak tuż po wojnie – puścić w ruch ciężarówki, które by woziły studentów na zajęcia366.

Na przeciwległym krańcu stolicy organizowano jesienią 1955 r. życie na Jelonkach. Pokazowe osiedle robotnicze stać się miało wzorowym osiedlem akademickim Przyjaźń. Mieszkańcy mogli ulec urokowi drewnianych domów z gankami i opowieści o planowanych atrakcjach. Pierwsza zima była jednak surową lekcją. Dwa tysiące studentów marzło w niedogrzanych z powodu wadliwej kotłowni budynkach wśród zasypanych śniegiem pustkowi. Życie urozmaicać miał radiowęzeł, lecz jedynie koncert życzeń i transmisje sportowe cieszyły się zainteresowaniem. Zebrania Dyskusyjnego Klubu Filmowego przeistoczyły się – znak odwilży – w seanse krytyk osiedlowej władzy, stosującej „dryl” i wtrącającej się w prywatne życie. Ingerencje te związane były z koedukacyjnym charakterem osiedla i pewnymi swobodnymi zachowaniami. Innym problemem były też spięcia z młodzieżą dzielnicy Górce367. Niewątpliwie Przyjaźń załagodziła jednak sytuację w domach studenckich, a także poprawiła warunki życia pracowników UW, który otrzymali tam mieszkania. Uniwersytet skorzystał również bardziej bezpośrednio z „daru ZSRR”, zajmując pomieszczenia w Pałacu Kultury i Nauki: przez wiele lat piętra VI–IX wynajęte były dla Matematyki, Dziennikarstwa i Muzykologii.

Kuracje, objazdy i brygady żniwne

Jesienną i zimową Warszawę roku 1951/1952 sportretował Kazimierz Brandys w swej socrealistycznej powieści Obywatele. Droga jej bohaterów jest, oczywiście, drogą ku światłu i słońcu, którą pokonać muszą wśród przeciwności, aby wiosną i latem ujrzeć swe osiągnięcia w błyszczącym pejzażu nowego miasta i nowego świata. Brandys potrafił jednak, nie naruszając konwencji, oddać atmosferę błotnistych ulic i obwieszonych tramwajów ponurej Warszawy. Większość roku akademickiego studenci spędzali w takim właśnie mieście, pełnym wciąż ruin, słabo izolującym od przykrego klimatu, w przepełnionych i zarazem niedogrzanych akademikach i salach uczelni. Przewlekłe choroby były w tych warunkach częste, a niedojadanie i złe ubranie sprzyjały szerzeniu się tej, której najbardziej się bano: gruźlicy. W 1953 r. badania kontrolne w akademikach warszawskich ujawniły około 250 osób w różnym stopniu dotkniętych gruźlicą. Nie było mowy o odizolowaniu ich wszystkich: półprewentorium na Bielanach, przeznaczone dla mieszkańców akademików, pomieścić mogło najwyżej 60 osób, zapewniając im, oprócz czystszego powietrza i lepszych warunków lokalowych, bezpłatne wyżywienie368. Władze zdawały sobie sprawę, m.in. dzięki raportom ZMP, że w akademikach mieszkają prątkujący i że stan zdrowia śpiących tam bez zezwolenia (oceniano ich liczbę w Warszawie na pół tysiąca) jest nieznany369. Zaangażowanie lekarzy, którzy w tych latach, pracując ponad siły, próbowali opanowywać sytuację pozostało w dobrej pamięci. Jednak środki, jakimi dysponowali, były niewspółmierne do potrzeb.

Oto w jakich warunkach działała uniwersytecka przychodnia dla studentów, której opieką objętych było dziesięć tysięcy osób (prócz studentów UW, ci z ASP, część z Akademii Medycznej i mieszkańcy dwóch akademików). Zajmowała ona w 1952 r. dwa „zawilgotniałe w wysokim stopniu” pokoje na parterze Domu Studenta – bez instalacji gazowej i wodociągowej! – w których działał gabinet internistyczny, dentystyczny i zabiegowy. „Pokój zabiegowy mieści się w gabinecie dentystycznym, zabiegi wykonuje pielęgniarka w kącie za szafą z lekami, albo na stole rejestracyjnym. W czasie nieobecności internisty przenosi się do gabinetu lekarskiego”. Internista przyjmował dziennie ponad pół setki pacjentów, dentyści przeprowadzali tyleż zabiegów. Pomoc dentystyczna pracowała dwanaście godzin na dobę. Dwie pielęgniarki wykonywały do stu zabiegów dziennie. Wyposażenie było elementarne. Internistki miały do dyspozycji dwa stoły i krzesła; dentyści – fotel, maszynę elektryczną, stolik metalowy i stołek, sterylizator i drobne instrumentarium370. Można sobie tylko wyobrazić atmosferę w tych pokoikach. Trzeba zarazem wziąć pod uwagę, że był to okres niewygasłej wiary w moralne powołanie oraz w etos pracy, wiary rozbudzonej pod wpływem strasznych doświadczeń, a swoiście podtrzymywanej w propagandowym świecie przedstawień, który wywierał pewien wpływ na bieżące życie. W sferze materialnej było to życie trudne. Warunki w przychodni uniwersyteckiej tylko to potwierdzały.

Chorych wysyłano na kuracje do górskich sanatoriów, wyrywając ich z niezdrowego powietrza sal akademikowych. Zdawało się to jednym z osiągnięć „nowej rzeczywistości”. Zdrowi zabiegali zaś o miejsca na zimowych wczasach studenckich w Czarniawie Zdroju czy obozach narciarskich w Karpaczu. Nic nie wiadomo o społeczno-politycznej selekcji wśród chorych; zdrowi podlegali jej niewątpliwie. Złożone podania były rozpatrywane pod tym względem, pierwszeństwo przyznawano młodzieży o robotniczym i chłopskim pochodzeniu, za błąd polityczny uznając wysłanie na wczasy „syna pułkownika policji państwowej”. Syn winien był odpowiadać za niewłaściwą przynależność ojca. Kwalifikacji dokonywało uniwersyteckie ZSP, decyzje zaś miały charakter warunkowy: o możliwości wyjazdu rozstrzygało pomyślne zakończenie przez studenta sesji. Przyjęci przechodzili badania lekarskie, dostawali skierowanie na wczasy i zwrot kosztów podróży koleją. Wczasy były darmowe, należało jedynie wnieść opłatę manipulacyjną 15 zł. Zrzeszenie pomagać miało w wypożyczeniach sprzętu narciarskiego. Sugerowało też uczestnikom zabranie instrumentów muzycznych. Czekała ich wielka przygoda: Zakopane, Szklarska Poręba, Karpacz. Choć skierowaniami do atrakcyjnych miejsc rządziły, prócz oficjalnych wymogów, różne wpływy i protekcje, wczasowy aspekt „rewolucji” zdawał się zyskiwać szeroką aprobatę. Latem, po dobrze zakończonej sesji, studenci mogli mieć nadzieję na Łagów, Warmię i Mazury, nadmorskie plaże371.

Na wczasy jeździli wybrani. Doświadczeniem powszechnym na wielu kierunkach studiów były natomiast praktyki terenowe, należące do stałego, bronionego przed oszczędnościami programu. Wiele czasu na kursach i praktykach terenowych spędzali geolodzy. Jak wspomina Krzysztof Wrocławski, trzytygodniowy obóz na pierwszym roku, służący także selekcji studentów, nazywany był potocznie „dożynkami”. W 1955 r. w Chęcinach studentki ulokowano w byłym klasztorze, studentów w byłym więzieniu, by za dnia zabierać ich w grupach na ćwiczenia terenowe i odkrywki, z których wracając na obiad, studenci śpiewali na ciężarówce: „Panie szofer gazu, panie szofer gazu, panie szofer gazu-gazu!”. Wieczorami, mimo zmęczenia, kwitło życie towarzyskie na spacerach, a także w lokalnej knajpie372. Historycy sztuki jeździli na instruktywne wycieczki szlakami fasad, sklepień i ołtarzy, jak w maju 1955 r., gdy prowadzeni przez adiunkta i asystentkę objechali Kielce, Chęciny, Jędrzejów, Pińczów, Chmielnik, Szydłów, Kurozwęki, Staszów, Bogoryję, Klimontów, Koprzywnicę, Sandomierz, Opatów, Łagów, Górno i Bodzentyn373. Podobnymi szlakami podążali historycy, uzasadniając tę potrzebę wobec rektoratu, który zapewne uznawał ją za zbyt kosztowną. Trasy były bowiem długie. Objazd drugiego roku historii rozciągał się w 1955 r. na 1700 kilometrów374. Były to ważne doświadczenia. Studenci wraz z profesorami i asystentami mieścili się na drewnianych ławach pod plandeką ciężarówki, razem z nimi lokowali się w zgrzebnych wnętrzach schronisk, wraz z nimi szukali posiłku w zapadłych miasteczkach. Był to rys atmosfery Uniwersytetu. Wbrew wstrząsom społecznym i politycznym kultywowano tradycyjny dystans między kadrą a studentami. Zarazem, nie usuwając tego dystansu, wspólne pokonywanie przeciwności materialnych ocieplało charakter relacji.

Prace terenowe geologów czy objazdy historyków sztuki były przeżyciami towarzyskimi, kształtując studenckie więzi i przyczyniając się do krystalizacji relacji męsko-damskich. Tę funkcję spełniały niewątpliwie także innego typu wyjazdy, charakterystyczne dla epoki, mianowicie „wyjazdy w teren” i „brygady żniwno-omłotowe”. W takich akcjach występował różny stopień przymusu; niekiedy szukano chętnych, często wyznaczano po prostu grupy i sadzano na ciężarówki. „W teren” pchały studentów ZSP i ZMP w ramach akcji łączności miasta ze wsią, których elementem musiała być pomoc przy zbiorach jabłek czy wykopkach w spółdzielniach i PGR-ach. Pomoc ta bywała uzupełniona misją indoktrynacji rolników indywidualnych. Grupy studenckie przekonywać ich miały o dobrodziejstwach kolektywizacji, krążąc od domu do domu. „Gospodyni przyjęła nas dyplomatycznie i przyjaźnie, udając, że nie wie, o co chodzi. Poczęstowała wodą, a może nawet mlekiem, wyraziła jakiś komplement, pogadaliśmy sobie na tematy bezpieczne i wyszliśmy, nawet słowem nie wspominając o jakichś spółdzielniach produkcyjnych” – zapamiętała uczestniczka akcji. Trudno ocenić, w jakiej mierze wspomnienie to jest reprezentatywne. Niewątpliwie takie wydaje się natomiast wspomnienie o wieczornych śpiewach przy gitarze375.

Do „brygad żniwno-omłotowych” formalnie szukano ochotników, choć znając ówczesne realia można wątpić w dobrowolność udziału. W 1953 r. oczekiwano na 10.000 uczestników; zebrano niespełna 8000, w tym 1500 z Warszawy. Niezadowalający wynik tłumaczono słabością agitacji, a także „dość silnym oporem wroga”. Wśród brygad pracujących w PGR w województwie szczecińskim przodowali studenci warszawskiej Akademii Medycznej, wykonując 250% normy i otrzymując w nagrodę „piękny wieniec z kłosów”, wyróżnili się także studenci SGGW i Politechniki. Natomiast ci z Wydziału Dziennikarskiego UW nie wykonali norm i „mówiono o nich w PGR, że «przybyli odpoczywać». W święta nie chcieli iść do pracy i były próby strajku, który został stłumiony przez aktyw ZMP z UW. Nie prowadzili oni żadnej pracy politycznej, nawet z okazji 22 lipca nie zorganizowali akademii”. Chodziło zaś przecież o to, aby studenci stali się „agitatorami w wyjaśnianiu polityki naszej Partii i Rządu”. Tymczasem nie wykazywali postulowanej „aktywności w całokształcie życia politycznego i kulturalnego wsi”. Zapewne ów całokształt jawił im się odmiennie niż to wynikało z przedwyjazdowych „nastawień”. Zresztą wielu nie dostało obiecanych roboczych ubrań i butów. Niekiedy studenckie brygady wydawały się po prostu zbędne i wykonywały nieistotne prace, a PGR-y próbowały się ich pozbyć. Organizatorzy z ZMP zwracali uwagę na brak gazet i radia („w szeregu gospodarstwach studenci 26 VII nie wiedzieli o tym, ze w Indochinach został zawarty rozejm”), a także apteczek i możliwości umycia się, oraz na marne jedzenie. Donoszono o braku jarzyn, chlebie z margaryną i marmoladą na śniadania i kolacje, niesmacznych potrawach i „antysanitarnych warunkach” ich przyrządzania. W gospodarstwie Mieszkowo podawano „cuchnące, stare mięso, oprócz tego dawano gorzką, czarną kawę na śniadanie, na kolację chleb z marmeladą”. Niekiedy studenci porzucali pracę w proteście przeciwko jakości wyżywienia376.

Nieplanowanym dzieckiem brygady żniwnej, pracującej we wrześniu 1953 r. w Gawliku koło Rucianego, był Studencki Teatr Satyryków. Jak wspominał Henryk Malecha:

Zjawiliśmy się: studenci z polonistyki, muzykologii i psychologii. Wieczorami rej wodził Henio [Olesiak] zwany „gitarą” – śpiewał piosenki, akompaniując sobie na tym instrumencie, a my wykonywaliśmy refreny. Podczas tego wieczoru wyłoniła się zdecydowana grupa towarzyska, która po zakończeniu turnusu postanowiła spędzić jeszcze kilka dni na jeziorach. Wystąpiliśmy też na wieczorze pożegnalnym jednego z turnusów wypoczynkowych PTTK w Rucianem. Przedstawiliśmy się jako grupa studentów wracających ze Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Bukareszcie. Wczasowicze przyjęli nas dobrze.

Po powrocie do Warszawy zawiązano dalsze kontakty. Grupa się powiększała, zyskując patronat ZSP. Wiosną 1954 r. w świetlicy Domu Studenta ćwiczono pierwszą składankę To idzie młodość. Ukształtowała się grupa twórców, w większości urodzonych w latach 1930–1933 (Andrzej Jarecki, Witold Dąbrowski, Jarosław Abramow-Newerly, Andrzej Drawicz, Jerzy Markuszewski), która zostawić miała trwały ślad w kulturze polskiej377.

Nakazy i opinie

„Wszyscy praktykanci stwierdzali, że nie posiadają zamiłowań pedagogicznych, jednak praktykę potraktowali poważnie, licząc się z możliwością otrzymania przydziału pracy do szkoły” – zapisano w jednym ze sprawozdań ze studenckich praktyk zawodowych378. Uwaga była znamienna: chciany czy niechciany, zawód nauczyciela przeznaczony był absolwentom większości kierunków uniwersyteckich. Przeznaczony przez państwo.

Nim wprowadzono w 1950 r. planowy przydział pracy, absolwenci sami się o nią starali. Mogli korzystać z pośrednictwa Bratniaka lub tablic ogłoszeń na UW. Można było się z nich dowiedzieć wiosną 1946 r., że Krajowa Rada Narodowa poszukuje absolwentów prawa lub ekonomii. W 1947 r. gimnazjum i liceum w Zawierciu zapytywało, „czy Obywatele nie byliby skłonni podać do wiadomości kandydatów do zawodu nauczycielskiego” wiadomości o etatach z pensjami 10 tys. zł miesięcznie. Liceum pedagogiczne w Bytowie zachęcało tzw. dodatkiem zachodnim do uposażenia, dobrymi mieszkaniami, możliwością „uzyskania mebli poniemieckich”. W 1948 r. inne liceum zapewniało, że „Kozienice są miejscowością o zdrowym klimacie, położoną wśród lasów sosnowych i jezior”379. Ten rodzaj zabiegów, współtworzących powojenny rynek pracy, ustać miał dzięki planowej działalności aparatu państwa, eliminującej przypadkowość, dającej absolwentom poczucie bezpieczeństwa, ale oznaczającej oddanie ich do dyspozycji administracji.

Od wiosny 1950 r., gdy przyjęto ustawę o planowym zatrudnieniu, student zyskać miał pewność, że czeka na niego miejsce pracy. Natomiast podejmowanie pracy w czasie studiów zostało uzależnione od zgody władz uczelnianych. Tworzyło to tendencję do wyłuskiwania przez uczelnie wybitnych studentów i chronienia ich przed wysłaniem w nieznane. Było też elementem kontroli politycznej. Gdy redakcje czasopism ZMP-owskich zwracały się o zgodę na zatrudnienie studentów, wątpliwe, aby robiono trudności. Zatrudnienie się w czasie studiów zmniejszało obawę przed apodyktyczną decyzją Komisji Przydziału Pracy, w ręce której dostawał się absolwent. Określała ona jego los wedle rozdzielnika, przysłanego z Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego (PKPG), kierując go do pracy nauczycielskiej, przemysłu, administracji terenowej. Komisja podzielona była na sekcje wydziałowe, skupiające przedstawicieli kadry UW, delegatów ministerstw i instytucji, PZPR i organizacji młodzieżowych. Krótko rozmawiali oni z absolwentem i wypuszczali go w świat z druczkiem „Nakaz pracy nr...”, który określać miał jego najbliższe lata, lub – jak się nieraz okazywało – dalsze życie. „Czułam się jak niewolnica na targu”, wspominała zetknięcie z komisją w 1955 r. absolwentka polonistyki. Zamierzano ją skierować do izolowanej wioski, w ostatniej jednak chwili urzędniczka z Ministerstwa Finansów oświadczyła: „Ja biorę tę panią”. Trafiła do Technikum Finansów w obcym jej Kaliszu. Pracowała w nim do emerytury380.

Po pięcioletnim zasiadaniu w komisji przydziału pracy profesor prawa podkreślał w czasach odwilży niechęć absolwentów do nakazów pracy. Nie doceniają dzisiejszych czasów – oceniał, przywołując „wręcz tragiczną” sytuację absolwentów przed wojną. Proponowano im zwykle dwuletnią aplikację bezpłatną. „A obecnie? Absolwent wchodzi na salę, gdzie odbywa się przydział pracy, i zaraz otrzymuje ofertę pracy płatnej (po przesłuchaniu co do stosunków osobistych i życzeń co do rodzaju pracy). Chyba trudno powiedzieć, że jest gorzej, a nie lepiej”. Nastroje pod salą są jednak jak najgorsze. Dominuje „korytarzowe szeptanie”381. Na polonistyce czy historii lękano się zwłaszcza „zsyłki” do szkoły czy wiejskiej biblioteki. „Prowadzono – wspomina Głowiński – spotęgowaną agitację, by samemu zgłaszać się do pracy w miejscach odległych i zabitych deskami”. Bywało w tym zresztą niemało hipokryzji. Zasłynął przewodniczący polonistycznego koła ZMP, który nawoływał w 1955 r. do przyjmowania etatów nauczycieli wiejskich, po czym wyjechał do Chin jako kierownik polskiego lektoratu na uniwersytecie pekińskim382.

W komisji Wydziału Historycznego „wytworzył się nastrój «giełdy pracy», zarówno studenci, jak i przedstawiciele resortów uważali komisję za zło konieczne i jedni szukali najlepiej płatnych posad w Warszawie, drudzy odrzucali sobie absolwentów «jak piłki»” – oceniały władze partyjne w 1951 r. Komisje skarżyły się zaś na absolwentów przeświadczonych „o wszechpotędze wpływów ubocznych” i uznających protekcję za „argument jedyny i decydujący”. Gdy komisja „nie godziła się na ustępstwa”, absolwenci odwoływali się do prasy, ściągając nawet na obrady korespondentkę „Trybuny Ludu”. Komisje narzekały też na swą zewnątrzuniwersytecką obsadę. Na zebraniach zjawiali się coraz to inni przedstawiciele ministerstwa, a składane przez nich obietnice (zwłaszcza przydziału mieszkań) okazywały się nierzadko bez pokrycia. Ze swej strony Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego widziało problemy przede wszystkim w postawach komisji, skłonnych do kierowania się „osobistymi życzeniami” studentów, oraz do „autonomizmu” wobec władz uczelni383.

Odstępstw od scenariusza nie można było uniknąć. Bardzo sztywny system przydziałów pracy, tworzony w murach „mincówki”, pompatycznego gmachu PKPG przy pl. Trzech Krzyży, pękał bowiem pod własnym ciężarem. Słane stamtąd rozdzielniki etatów, podstawa decyzji komisji, bywały nieadekwatne, spóźnione lub zbyt skąpe, co powodowało nawet zezwalanie grupom studentów na samodzielne szukanie pracy. Niekiedy instytucje zrzekały się przydziałów, zostawiając kandydatów na lodzie. Ten bałagan pomagał w wymykaniu się systemowi. Część absolwentów zwalniana była z obowiązku pracy (ostateczną decyzję podejmował minister) lub zyskiwała miejsce, na jakim jej zależało. Kilku młodych dziennikarzy mógł wziąć pod swe skrzydła warszawski periodyk sportowy (podpisali deklaracje, że nie oczekują na mieszkanie). Koleżanka mogła załatwić w Wałbrzychu atrakcyjne miejsca dla kilku osób. Gdy absolwentowi komisja dała pracę w Żarach, po „wielu prośbach, różnych argumentach i targach” udało mu się wywalczyć pozostanie w stolicy; pomogła specjalizacja – dziennikarstwo radiowe384. Komisje musiały brać pod uwagę stan zdrowia lub „stan poważny” (ciąża), a także małżeństwo. Pospieszna decyzja o ślubie lub zorganizowanie sobie ponurych zaświadczeń lekarskich bywały więc metodą uniknięcia „zsyłki”. W 1955 r. na 33 skierowania z Wydziału Historycznego tylko dwa były zgodne z rozdzielnikiem: reszta absolwentów miała już małżonka w Warszawie lub dzieci. Ponadto kierowniczka komisji zwracała uwagę na zły stan zdrowia młodzieży („gruźlica, choroby serca, żołądka, nerwów, wady wymowy itp.”), który sprawił, że czwartą część absolwentów skierowano do prac „mniej wyczerpujących nerwowo niż szkoła”, udzielono też odroczeń i zwolnień385. Na względy mogli również liczyć w latach odwilży wybitnie uzdolnieni studenci.

Dotyczyło to przede wszystkim młodzieży czynnej w ruchu młodych literatów, zwłaszcza członków zespołu Teatru Satyryków, dalej młodych poetów i dziennikarzy związanych z redakcjami niektórych pism, paru zamiłowanych dialektologów, kilku dziewcząt zwerbowanych do pracy nad książką dziecięcą w [...] wydawnictwach.

Ta wartościowa, jak podkreślała przewodnicząca komisji Wydziału Filologicznego, młodzież „jeśli nie na Komisji, to w wyższej instancji uzyskiwała [...] spełnienie swych życzeń, ale działo się to poza rozdzielnikiem”386.

Komisje wykazywały, ku niezadowoleniu ministerstwa, pewną spolegliwość, zwracając uwagę na „zamiłowania” absolwentów czy ich związki z Warszawą. Bywały jednak bezwzględne, przekreślając realizowane już plany zawodowe. Wobec osób już zatrudnionych mogły zastosować formułę „pozostawienia w miejscu pracy”, ale równie dobrze spowodować zwolnienie387. Dochodziło do sytuacji dramatycznych. Oto zatrudniona w Bibliotece Narodowej kobieta otrzymała nakaz pracy w szkole na Kielecczyźnie. Komisja Wydziału Historycznego uznała, że zainteresowanie pracą biblioteczną „nie znalazło praktycznego wyrazu w toku jej studiów, a wielkie zapotrzebowanie w szkolnictwie poza Warszawą wymaga skierowania absolwentów w pełni dyspozycyjnych do resortu Oświaty”. Długa dyskusja z zainteresowaną, której przedstawiano „społeczne obowiązki, jakie ciążą na każdym absolwencie Uniwersytetu, nie dała rezultatu”. Absolwentka zwróciła się do Komisji Odwoławczej. Przekonywała ją 5 IV 1952 r., że musi pozostać w Warszawie, aby pracować nad magisterium. Zostało jednak „wyjaśnione”, że praca jest nieznacznie zaawansowana (co zainteresowana tłumaczyła koniecznością zarobkowania), że absolwentki nic z Warszawą nie wiąże (mimo zatrudnienia i obiecanego mieszkania); że Kielce mają dobre połączenia ze stolicą i Krakowem, że trzyletni przydział „pozwoli w praktyce sprawdzić jej zamiłowania”, że zaletą nauczycielskiego zawodu są długie wakacje, a stosunek państwa do nauczycieli dokształcających się jest życzliwy. Choć argumenty „odwołujące się do rozsądku i poczucia społecznego” nie dotarły do świadomości absolwentki, komisja podtrzymała poprzednią decyzję i powiadomiła o tym Bibliotekę Narodową, a nieszczęsną pouczyła o niemożności dalszego odwoływania się i skutkach karnych nieprzyjęcia nakazu388.

Komisje stawały się także forum typowego dla stalinizmu opresyjnego „omawiania osób”, analizowania ich postaw i uwikłań rodzinnych. Korzystne oceny – „aktywny w pracy społecznej, dobry student” i osoba „pracowita (lojalna), raczej pozytywna” – kwalifikowały do pracy nauczycielskiej. Bywało, że przedstawiano wątpliwości co do „szczerości obecnej postawy” lub obserwowano, że absolwent „przeżywa okres przestawiania się ideologicznego”. Przeciwwskazaniem do pracy w szkole mógł być „słaby system nerwowy” i cechy osobowości, ale też obciążenia polityczne. W przypadku kobiety, której mąż został aresztowany, podkreślano, że „z mężem nie żyje od 1947”, co miało uwalniać ją od podejrzeń. Jedna z absolwentek historii sztuki wzbudziła czujność przedstawiciela Ministerstwa Kultury i Sztuki, który wyciągał różne „szczegóły biograficzne jej rodziny”, m.in. współpracę brata z ONR Falanga. Wypisano jednak nakaz pracy do Państwowego Instytutu Sztuki. Inny absolwent był niegdyś członkiem Konfederacji Narodu i pracował w „Tygodniku Powszechnym”, ale podkreślano, że przeszedł ewolucję polityczną, co uzasadnia przydzielenie go do resortu Kultury i Sztuki. Przedstawiciel tego ministerstwa uznał jednak, że absolwent nie nadaje się „ze względu na obcość ideol[ogiczną]” i zrezygnował z przydziału. Wobec człowieka opisanego jako „klerykał, publicysta katolicki” komisja wystąpiła o zwolnienie z nakazu pracy. Wielu marzyło o takim rozstrzygnięciu, jednak w tym wypadku oznaczało ono, że absolwent ma pozostać w enklawie katolickiej publicystyki, pozbawiony szans na pracę w instytucjach publicznych, co mogło się skończyć bezrobociem politycznym. „Obecnie obciążone konto polityczne daje często lepszą posadę, bo człowieka niepewnego nie chce się wysyłać na wieś, więc dostaje on lepiej płatną pracę w Warszawie” – konstatowano wszakże w apogeum stalinizmu387.

„Omawianie osób” opierało się przede wszystkim na przygotowanych przez ZMP czy opiekunów roku charakterystykach. Uniwersytecki obieg dokumentów obciążony był opiniami personalnymi. Należały one do kluczowych dokumentów reżimu stalinowskiego; torowały drogę jednostce pnącej się w górę lub podążały za nią i ściągały w dół. Uczelnia, wielki ich wytwórca, ponosiła więc współodpowiedzialność za dalszy los absolwenta. Jeśli zmieniał on pracę, zobowiązany był złożyć ankietę, którą dział kadr starał się potwierdzić, wysyłając zapytania do jego Alma Mater. Standardowe zapytanie było poufnym pisemkiem, w którym zaznaczano, że chodzi o opinię „pod względem zawodowym, społeczno-politycznym i moralno-etycznym”. Mimo klauzul pilności uniwersyteckie młyny mieliły powoli i czas oczekiwania mierzyło się nieraz w miesiącach390.

Przeważająca większość opinii tego rodzaju (wśród przejrzanych z lat 1954–1955, okresu spadającego napięcia ideologicznego) miała charakter formalny i dość zdawkowy. Jak się zdaje, autorom – zwłaszcza dziekanom lub kierownikom katedr – przyświecała zwykle zasada primum non nocere. Pisali o pilności w nauce, wynikach, życzliwości wobec kolegów. Odnotowywali, czy student był „zorganizowany”, dodając formułki w rodzaju: „Na roku cieszyła się opinią uspołecznionej studentki”; „Pracował na odcinku łączności miasta ze wsią”; „Pracowała przy redagowaniu gazetek ściennych”. Pojawiały się jednak bardziej złożone oceny: „Stosunek do obecnej rzeczywistości jest pozytywny, światopogląd – niemarksistowski”; „pozytywna, ale jeszcze niedostatecznie wyrobiona”; „była raczej słabą studentką i ZMP-owcem, jednak dość koleżeńska i pracowita”391. Niektórzy dziekani unikali oceniania postaw politycznych czy moralnych, wyręczając się opinią ZMP lub sugerując zwrócenie się do partii. Witold Doroszewski, opisawszy pochlebnie postępy naukowe absolwenta polonistyki, zbył inne kwestie: „Co do postawy społeczno-politycznej ob. ***, to, o ile wiem, jest on członkiem PZPR”. Niektórzy skłonni byli trzymać się zasad prawdomówności, nie ukrywając, że absolwent był miernym studentem lub popełniał nadużycia. To w realiach epoki mogło mieć różne skutki. Słabe postępy lub „niezorganizowanie” tłumaczono złym stanem zdrowia, trudnymi warunkami życia lub zgoła wiekiem: „Niezorganizowany, w życiu społecznym grupy nie brał żywszego udziału, co spowodowane było prawdopodobnie tym, iż ob. *** był znacznie starszym od kolegów swego roku (urodzony w 1927 r.)”. Ta opinia potwierdzała zresztą wyrównanie wiekowe ogółu. Biografie polityczne zajmowały czasem w opiniach więcej miejsca niż naukowe. Gdy Politechnika prosiła o charakterystykę pewnego studenta matematyki, dziekan opisał go jako wykazującego „szczere zainteresowanie matematyką”, lecz nacisk położył na sprawy inne:

Członek organizacji ZMP od 1949 r., b. aktywnie pracuje politycznie i społecznie od początku swych studiów (praca na terenie Hoteli Robotniczych, w ekipie łączności miasta ze wsią, w kampanii przedwyborczej do Sejmu PRL, obecnie zaś na terenie Dzielnicowego Komitetu Frontu Narodowego na Grochowie)392.

Charakterystyki, które mogły zaszkodzić, wychodziły zwykle spod piór działaczy zetempowskich lub partyjnych. Oto opinia o absolwentce Prawa, przygotowana dla centralnego urzędu przez szefa wydziałowej PZPR. Scharakteryzował on osobę jako studentkę o dobrych wynikach, lecz „słabej opinii” w ZMP. Organizacja nie miała do niej zaufania. Mimo to absolwentka wystarała się o pracę w Instytucie Polsko-Radzieckim (który najwyraźniej nie wystąpił o opinię lub ją zlekceważył), gdzie także przyjęto ją w poczet kandydatów PZPR. „Zaznaczyć należy, że do Partii przyjmowali ją i rekomendowali ludzie nieznający jej z pracy uniwersyteckiej, oraz że nie zwrócono się po opinię na Uniwersytet Warszawski, która była bezwzględnie ujemna”. Dzięki jednak dobrej opinii z Instytutu kobieta podjęła studia drugiego stopnia na UW. Wtedy naruszanie dyscypliny studiów i lekceważenie pracy społecznej potwierdziło, że „do Partii przyjęta została znacznie przedwcześnie”. Był to rodzaj wewnątrzpartyjnej polemiki, wywołanej najpewniej rozdrażnieniem działaczy uczelnianych, z których opinią się nie liczono w IPR. Mogły tu mieć znaczenie także zatargi osobiste. Znamienne, że surową ocenę dopięto do zupełnie rzeczowej informacji dziekana393. Poważniejsze skutki mogła mieć opinia o byłym studencie historii sztuki, sporządzona dla szkoły aktorskiej w Krakowie, do której student ten starał się o przyjęcie. Szkołę interesowały zwłaszcza okoliczności usunięcia go z ZMP w 1953 r. Kierownik IHS donosił, że rzeczony „wykazywał wyjątkowo lekceważący stosunek do studiów”, a opiekun roku i koledzy „niejednokrotnie mieli okazję stwierdzić w rozmowach prywatnych i na zebraniach” jego „całkowicie niewłaściwą i aspołeczną postawę”. Przyczyną zaś usunięcia z ZMP było zatajenie faktu, „że ojciec przebywa za granicą”, oraz dwulicowość i zły wpływ na otoczenie394.

Opinie były nieznane zainteresowanym i tym bardziej niepokojące. Dlatego ważnym znakiem zmian politycznych, jakie zachodziły w 1956 r., była decyzja koła ZMP polonistyki o ujawnieniu opinii kończącym studia z możliwością ustosunkowania się. Sytuację opisał w dzienniku Andrzej Krzysztof Wróblewski, ukazując zarówno koleżeńskie układanie się relacji w kole, jak poważne znaczenie przywiązywane do opinii, nie tylko dlatego, że mogły określić przyszłość. Ukazywały obraz własny w opinii kolektywu395.

Odwilż

„Stosunek niektórych Obywateli Dziekanów do przekroczeń dyscypliny studiów jest bardziej liberalny, niż w roku ubiegłym” – w lutym 1954 r. ministerstwo udzieliło pismem okólnym reprymendy szkołom wyższym, z których docierały sygnały „znacznego rozluźnienia”396. Można to uznać za jeden z pierwszych sygnałów uczelnianej odwilży avant la lettre. Wynikała ona w tym stadium z zacinania się nader sztywnego mechanizmu, narzuconego szkolnictwu, i prób reakcji na spadającą w warunkach nadmiernego przymusu jakość kształcenia. W następnych miesiącach pojawiały się kolejne sygnały zmian atmosfery. Latem „w księdze dezyderatów UW pojawiło się masę podpisanych głosów studenckich na temat zakazu udostępniania czasopism 20-lecia: że «nowe średniowiecze», «wiedza dla wybranych» etc.”397 Były to tylko początki procesu, który rozwinąć się miał w roku następnym, a był znamieniem częściowego fiaska ofensywy ideologicznej ZMP na uczelniach. Sam Związek zdradzał oznaki kryzysu, a wielu ambitniejszych studentów, w tym jego członków, nie mogło znaleźć już w sferze oficjalnej żadnych odpowiedzi na nurtujące ich problemy, przede wszystkim ogromny rozziew między propagandowymi obietnicami a rzeczywistością. Jednym z charakterystycznych odruchów było właśnie poszukiwanie wiedzy o niedawnej przeszłości. Jak wspominał po latach Jacek Kuroń, miejscem takich intensywnych starań była w 1955 r. Biblioteka UW. „W korytarzach, gdzie wychodziliśmy na papierosa, trwały nieustanne burzliwe dyskusje. Uzgadnialiśmy kierunki poszukiwań, relacjonowaliśmy lektury, wskazywaliśmy, gdzie, co można znaleźć”398.

Z podobnych potrzeb zapewne wynikło na początku roku spotkanie w klubie pracowniczym, na którym słuchano wspomnień przedwojennych studentów UW. W atmosferze początków odwilży charakterystyczne były próby publicznego wyodrębnienia się mniejszych grup i wspólnot z rzeczywistości, poddawanej dotąd rygorystycznemu ujednoliceniu. Terenem wyodrębniania się ich były między innymi coraz liczniejsze spotkania publiczne, na których poruszano, początkowo ostrożnie, różne tematy objęte tabu. Rolę taką odgrywał Studencki Klub Dyskusyjny, który zbierał się właśnie w klubie pracowniczym. Znaczne emocje wywołały na początku 1955 r. dwie dyskusje, poświęcone „miłości w życiu studenckim”. Trudność, ale i atrakcyjność tematu wynikała z podwójnej grubości zasłony, jaką był okryty: zasłony pruderii tradycyjnej i zarazem nowej, narzuconej przez system blokujący możliwości ekspresji. Teraz właśnie w imię „rewolucyjnej” otwartości obyczajowej decydowano się rozmawiać na temat studenckiej miłości, a najbardziej zaangażowani czynili to zarówno w imię walki z przeżytkami kultury mieszczańskiej, jak z oficjalnymi „biurokratami myśli”, których niedługo młodzi buntownicy nazywać będą „prawicą”. Sala klubowa była „wypełniona po brzegi”. Co więcej, panowała (zdaniem korespondenta pisma uczelnianego) „atmosfera szczerości, wzajemnego zrozumienia, dużego taktu”, w której ujawniły się dwa zasadnicze stanowiska: marksistowskie oraz katolickie399. Był to niejako powrót do późnych lat 40., gdy otwarte manifestowanie tych stanowisk było jeszcze możliwe. Powrót ten przynosił wielu uczestnikom poczucie ulgi, a innym – otwarcie nieznanych perspektyw. Dyskutujący spotykali się bowiem na placu wymiecionym przez kilka lat z większości publicznie dostrzegalnych cech zróżnicowania społecznego i politycznego. Przy braku szerokiego spektrum poglądów ta nowa krystalizacja opinii miała charakter dość kontrastowy. Długotrwała konfiskata publicznego języka opisu świata czyniła próby jego indywidualnego opisania raczej nieudolnymi, ale zarazem świeżymi. Był to okres poszukiwania odniesień i zapomnianych pojęć, co uwidaczniało się w przywołanych już lekturach przedwojennych gazet, ale i tworzenia nowych w wykreowanej niewątpliwie przez ZMP atmosferze „marszu młodości”. Dostępny przekaz gazetowy, choć coraz bardziej złożony, był wciąż ostrożny, operując przede wszystkim budującymi lub służącymi przestrodze opowiastkami. Oto w okresie klubowej debaty o miłości można było czytać uświadamiające historyjki w rodzaju tej o Lenie, która „chodziła” z Waldkiem i przytulała się do niego na parkowej ławeczce „ukrytej w cieniu”. Skutkiem była ciąża. Niestety, Waldek, który miał „utartą opinię cynika i lekkoducha”, ulotnił się. Dziewczyna rzuciła studia: „Nie chce widzieć nikogo spośród dawnych przyjaciół, nie chce wrócić do tych, wobec których miała się jakoby – «zhańbić»”400.

7. V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie – pochód młodzieży na Marszałkowskiej, 1955 r.

Pod wpływem coraz większej śmiałości debat, a zwłaszcza publikacji tygodnika „Po Prostu”, rozszerzała się skłonność do naruszania tabu moralno-politycznego. Jej spontaniczną manifestacją było zachowanie młodzieży w Warszawie, ogarniętej latem 1955 r. zarazem wielką organizacją i wielkim rozprzężeniem Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów401. Zdarzenie, podobnie jak zrywająca z socrealizmem Ogólnopolska Wystawa Młodej Plastyki w Arsenale, pozostawiło ślad w świadomości. Sam przyjazd do Warszawy 30 tys. gości zagranicznych, których na stałe przebywała w mieście garstka, wywołał wielkie wrażenie i rozmaite konsekwencje społeczno-obyczajowe. W drugiej połowie 1955 r. klimat życia publicznego zdawał się zmieniać z miesiąca na miesiąc. „Trybuna Uniwersytecka” wydrukowała w grudniu 1955 r. wiersz studenta polonistyki Romualda Kłosiewicza Miłość, zawierający takie oto strofy:

Moja miłość jest socjalistyczna,

Historyczno-deterministyczna,

A jaka przy tym partyjna – Partyjno-prostolinijna.

Dla mnie miłość nie ma tajemnic,

Znam tajniki miłosnego szału.

Coś niejasne? – wszystko rozciemni Sto dwudziesty tom Kapitału!

Podobnych wierszy drukowano w tym okresie więcej. Niezależnie od ich wartości artystycznej i głębi przesłania, były one odbierane jako świadectwa postępujących zmian, naruszających symboliczną spójność przekazu ideologicznego. Uniwersytet Warszawski znajdował się w ich centrum, bowiem proces odwilży najintensywniej zachodził blisko centrum władzy – zbudowana w latach stalinizmu monocentryczna struktura państwa funkcjonowała nadal. W Warszawie znajdowało się „Po Prostu”, do którego pisano z całego kraju w nadziei, że periodyk ma potężne wpływy402; w Warszawie działał STS, którego występy przyciągały rosnącą uwagę. Także dlatego, jak wspomni Karol Modzelewski, Uniwersytet „odbierał sygnały zmieniającej się atmosfery jak czuły barometr”403.

1956–1968: „Postępująca stabilizacja”?

„Sprawa jest niemal anegdotyczna”, powiadał w Sejmie Julian Hochfeld wiosną 1956 r. Profesor UW, poseł, dawny działacz socjalistyczny, przyjął ton nieznany do niedawna na tej sali. Parlament był fikcyjny, lecz teraz można w nim było mówić swobodniej i o rzeczach ważnych. Anegdotyczna była zaś dla Hochfelda sprawa odbudowy Uniwersytetu, którą nazwał też „wielkim skandalem”: niedokończone gmachy, złe warunki pracy, wstyd wobec gości, których prowadza się „brudnymi zakamarkami, wśród śmietników i gruzów, po błocie i prowizorycznych schodach drewnianych”. Przeciwstawiał niestarannie i ospale odbudowywany kompleks UW luksusowym budynkom Rady Państwa404. Było to charakterystyczne dla odwilży. Ogromne niezadowolenie społeczne skupiało się na przywilejach aparatu władzy. Około 1955 r. dopuszczano publiczną krytykę apanaży administracji, zwłaszcza służbowych limuzyn, zestawianych z przepełnionymi tramwajami, oraz okazałych siedzib instytucji – „biurowców”, jak je zaczynano nazywać – tworzących kontrast z opłakanymi warunkami mieszkaniowymi.

Chociaż rzeczywiste centrum władzy znajdowało się w Domu Partii, w dopuszczalnych granicach mieściła się raczej krytyka biurokracji państwowej. O niej więc, a nie o ideologicznym i partyjnym dyktacie, wspominał poseł Hochfeld. Surowo ocenił stan szkolnictwa wyższego, poddanego dyspozycjom ministerstwa, które zresztą też nie miało wpływu na decyzje centrum gospodarczego: PKPG, komisji płac i etatów. Wszechmocne te instytucje odpowiadać miały za spadek poziomu życia tzw. pomocniczych pracowników nauki. Wskaźnik ich płacy wynosił w stosunku do 1949 r. 170, lecz wskaźnik cen żywności osiągnął 213, co utrwalało niedostatek, mierzony dochodzącym do 75% udziałem wydatków na żywność w budżecie domowym młodego naukowca.

Przyjrzyjmy się – mówił Hochfeld – temu budżetowi; wkalkulowano weń koszt wyżywienia raczej marnego, głównie stołówkowego, koszt miesięcznego biletu tramwajowego, koszt mieszkania w wysokości 30 zł (gdy – nawiasem mówiąc – są osoby, które za prywatnie podnajmowany kąt muszą płacić po 250 zł), koszt prania, bielizny, papierosów i zapałek, składek, drobnych zakupów i reperacji, koszt zniżkowego biletu do kina i teatru, koszt prasy. I to wszystko – oczywiście na jedną samotną osobę. A razem wynosi to 1053 zł 60 gr, podczas gdy uposażenie asystenta wynosi 880 zł. Uposażenie zatem nie pokrywa najbardziej skromnego budżetu wydatków, który właściwie nie przewiduje ani potrzeby ubrania się, drogiej potrzeby – ani zakupu książek, czy – mój Boże! – wypicia raz na tydzień filiżanki czarnej kawy, ani żadnych innych ekstrawagancji. Jeśli zaś młodemu człowiekowi przyszedłby do głowy niewczesny pomysł ożenku i na przykład spłodzenia potomstwa, wówczas biada mu!405.

W ten sposób można było publicznie mówić o sprawach nauki wiosną 1956 r., nie wskazując wszakże innych odpowiedzialnych niż anonimowa „biurokracja”. Pisano coraz ostrzej w „Po Prostu” czy „Trybunie Uniwersyteckiej”. Ożywiały się gabloty z informacjami, jakie dostrzegał po lewej stronie wchodzący przez główną bramę UW. Po prawej, w cieniu drzew tak starych, że „korzeniami swymi rozsadzają płyty chodników”406, widział oznakę kryzysu, o jakim opowiadał Hochfeld: ślepy mur, odgradzający martwy dziedziniec Domu Studenta ze skorupami oficyn pozbawionych dachów. Niemal dekadę wcześniej Bratniak rozpoczął odbudowę dawnego szpitala św. Rocha. Następnie jego ufundowaną w dużej mierze ze składek gotową część frontową przejęły organizacje studenckie „nowej rzeczywistości”. Działacze ZMP i ZSP oglądali z okien zrujnowane oficyny. W głębi, pomiędzy nimi a Gmachem Pomuzealnym, mieściła się w parterowym budyneczku inna emblematyczna instytucja: stołówka studencka. Prowadzona przez „Społem”, kojarzyła się z lichymi obiadami, wyszczerbioną zastawą i ogromnymi kolejkami. Podobnie jak w przypadku sąsiednich ruin, i tutaj „nikt nic nie mógł”. Działanie zależało od zewnętrznych dyspozycji ministerstw i sieci dystrybucji, kredytów i „mocy przerobowych”. To, że 11 lat wcześniej studenci jedli pierwsze posiłki wśród ruin, trzymając talerze w rękach, przestawało być punktem odniesienia. Pozostawała nim raczej względna samorządność pierwszych lat powojennych i ówczesne nadzieje, w ogromnej mierze zaprzepaszczone. Przywoływanie doświadczeń pionierów odbudowy, chroniących się zimą 1945 r. w gmachu BUW, nie mogło zastąpić analizy obecnego stanu Biblioteki. Za jej szlachetną, porośniętą dzikim winem fasadą kryły się ogromne problemy z pomieszczeniem księgozbioru i fatalne warunki pracy. Spoza sąsiednich gmachów wyzierały nieotynkowane kształty odbudowywanego Auditorium Maximum. Obok znajdowało się pustkowie, czekające na budowę Pedagogiki, symetrycznego wobec już istniejącego, stylizowanego na klasycyzm budynku Polonistyki. W róg dziedzińca wkomponowano domek stołówki pracowniczej podparty szkarpami, o wysokim, czerwonym dachu.

W owym czasie teren uniwersytecki zwrócony był w sensie społecznym na zachód (Krakowskie Przedmieście) i południe (ulice Sewerynów i Bartoszewicza, mieszkania profesorskie). Jeśli studenci zapuszczali się na stronę wschodnią, pod skarpę, na której wznosiły się gmachy uczelniane, to nie w celach ściśle naukowych. Do muru otaczającego ogród uniwersytecki były tam poprzylepiane „jaskółcze gniazda”, jak nazwał Stanisław Niewiadomski bieda-domki, które cechowały

blaszane rury kominów i różnokolorowe drzwi poznoszone tu z całego Powiśla. Z krzywych, wybrzuszonych ścian zerkały na intruzów dziesiątki okienek o dziwacznych kształtach i najrozmaitszych rozmiarach. Te autentyczne ludzkie mieszkania [...] połatane były i ogacone od zewnątrz czym się dało: deskami, papą, workami, posklejane gliną, wapnem, kitem407.

8. Wydział Neofilologii UW przy ul. Browarnej

Skupiska podobnych siedzib ciągnęły się, pośród gęstych chwastów, ku ulicom Browarnej i Lipowej. Posiadacze gołębi „bujali” tu swoje stada. Na łączkach biwakowano i pito. „Wymykałem się [...] z co bardziej nudnych ćwiczeń czy wykładów i szedłem na skarpę za Pałacem Kazimierzowskim. Patrzyłem stamtąd na ulice i domy Powiśla” – napisze Marek Nowakowski, wspominając stalinizm na UW, gdy świadomość duchowego „zaplecza”, jakim była dlań autentyczna, ludowa Warszawa, pozwalała mu znosić obmierzłe rygory publicznego życia408. Na początku lat 60. wzniesione zostanie osiedle przy ul. Browarnej, w którym mieszkania otrzyma wielu pracowników UW, zaś w miejscu dzikiej osady powstanie park z betonowym oczkiem wodnym409. Kilka lat później na rogu ul. Lipowej zostanie zbudowany gmach Neofilologii. Zarysuje się stała trasa studentów i pracowników w dół i w górę skarpy.

Z Krakowskiego Przedmieścia można było dotrzeć komunikacją publiczną do innych obiektów uniwersyteckich: do Pałacu Kultury, na ul. Hożą, w Aleje Ujazdowskie, na Pole Mokotowskie. W tym ostatnim miejscu powstać miał „mokotowski trójkąt nauki”, rodzaj miasteczka uczelnianego, rozłożonego wokół budowanego gmachu Geologii, pomiędzy ulicami Grójecką, Żwirki i Wigury, Wawelską i Nowoopaczewską (dziś Bitwy Warszawskiej). Znaleźć się tam miały wydziały matematyczno-przyrodnicze i filia BUW. Kompleks naszkicowano w duchu umiarkowanego socrealizmu: kamieniem obłożone gmachy o wewnętrznych dziedzińcach, tarasy ze schodami, wysokie kandelabry. Wizja nie ziściła się. Z „trójkąta nauki” władze urbanistyczne zrezygnowały w 1958 r. Powstać miały do połowy następnej dekady funkcjonalne budynki Chemii Jądrowej i Fizyki, pozostałe plany były niejasne, ku wyczuwalnej irytacji rektoratu410. Do końca lat 50. udało się natomiast w pełni ukształtować staroświecki zespół przy Krakowskim Przedmieściu. Znikły z niego ostatnie ruiny. Paradoks polegał na tym, że dramatyczna i trudna dekada, pełna zagrożeń dla samej istoty Uniwersytetu, była dekadą przywrócenia do życia tego właśnie zespołu, którego ozdobą był Pałac Kazimierzowski o stylizowanych salach, ozdobionych portretami rektorów; zespołu symbolizującego uczelnianą tradycję i autonomię. Chodząc wśród tych gmachów, kanadyjska dziennikarka uległa w 1961 r. wrażeniu, że tu właśnie odbija się cywilizacja kraju. Nasunęło jej się zdanie: „Polska, ostatni bastion Zachodu”411.

Destalinizacja na UW

„Bardzo żałuję, że moje studia przypadły na taki martwy i bezpłodny okres w historii UW” – pisała wiosną 1956 r. uczestniczka ankiety dla studentów ostatniego roku Wydziału Filologicznego. Większość surowo oceniła poziom zajęć oraz ich upolitycznienie. Zrobili to, choć ankieta nie była anonimowa: do arkusza odpowiedzi załączano opinie o studencie, przygotowane przez organizatora grupy i opiekuna roku. Były na ogół krótkie i pozytywne. Powtarzało się w nich stwierdzenie o wyłączeniu się studenta się z „działalności społecznej” na wyższych latach, czyli w okresie osłabienia naporu ideologicznego. W tej atmosferze mogły się manifestować stanowcze oceny. „Obecne studia w znikomym stopniu przyczyniają się do rozwoju intelektualnego” – oceniała studentka. „Naprawdę źle przemyślane”, pisał jej kolega. Inna osoba twierdziła (w języku prasy), że cechowało je „szkodliwe szkolarstwo”. Krytykowano dyscyplinę studiów, zmuszającą do „ogromnych, a mało efektywnych wysiłków” i sprzyjającą wybiciu się „średniactwa”. Jeden ze studentów pisał, że pierwsze dwa lata studiów były „koszmarne”, a cechowało je

staranne niszczenie wszelkich indywidualnych zainteresowań, przedmioty tzw. ideologiczne na poziomie więcej niż prymitywnym, instytucja opiekunów roku i grup działająca na zasadzie „dam klasowych” (w podwójnym znaczeniu tego przymiotnika) itd. itd., rzeczy powszechnie znane412.

Podobne rzeczy głoszono publicznie, zatem wpisy w ankiecie nie były już aktem wielkiej odwagi. Wiosną 1956 r. można było czytać w „Trybunie Uniwersyteckiej” o „antyinteligenckim systemie studiów”, małej wiarygodności ZMP, braku publikacji zagranicznych, złym systemie stypendialnym, ogólnym ubóstwie413. W pochodzie pierwszomajowym grupa studentów UW niosła „nieuzgodniony” transparent „Precz z dyscypliną wykładów”, zaś przed trybuną honorową skandować zaczęła: „Czy wyniknie coś dobrego z mianowania Żółkiewskiego?”414. Fala krytyki narastała od 1954 r., częściowo wskutek odgórnie reżyserowanej liberalizacji, częściowo spontanicznie, dzięki postępującej dekompozycji systemu władzy.

Momentem przełomowym był na UW 25 III 1956 r., gdy „tajny referat” Chruszczowa omówiony został na zebraniu aktywu zetempowskiego. „Na sali kompletna cisza” – zapisał Andrzej Krzysztof Wróblewski, przewodniczący koła ZMP polonistyki. Potem nastąpiła chaotyczna i ostra dyskusja. Aktywiści mieli bowiem „informować młodzież” o treści referatu, którego tekstu nie otrzymali. Sala wyłoniła delegację, która miała się udać do KC z żądaniem pełnego ujawnienia referatu. Ten sposób postępowania był charakterystyczny dla odwilży jako wyraz nieufności wobec struktur pośrednich między „masami” a centrum władzy. Centrum należało bezpośrednio informować i wywierać na nie nacisk. Sama procedura wyłaniania delegacji świadczyła zaś o łaknieniu „autentycznych wyborów”, przez co rozumiano wybory niekontrolowane. Spontaniczne wskazanie kandydatów i głosowanie dawało poczucie autonomii. „Jak swobodnie się oddycha! Jak inne jest to zebranie od czytanego z kartki!” – entuzjazmował się Wróblewski, sam wybrany do delegacji, obok wiceprzewodniczącego ZMP Bonawentury Chojnackiego i studenta romanistyki Jacquesa Birnberga. Następnego dnia w KU PZPR próbowano ich tonizować, ale poczucie posiadania mandatu społecznego dodawało „wybrańcom” pewności siebie. Po południu przyjęci zostali w Domu Partii przez sekretarza KC Władysława Matwina, który, wyczerpany przyjmowaniem wielu podobnych delegacji, paląc wawele pod portretem Stalina, stawiał czoła oczekiwaniom, by „wszystko było jawne”. Kilkanaście dni później, 12 IV, odpowiadać na nie musiał w murach UW. Na spotkaniu stawić się mieli aktywiści PZPR i ZMP, ale termin był publiczną tajemnicą i zebrał się tłum. Przez wiele godzin żądano „praworządności” i atakowano centralny aparat władzy. Matwin tracił panowanie nad sobą, co tylko zagrzewało publiczność, „kopiącą” sekretarza do północy415.

Tego rodzaju zdarzenia wywracały porządek rzeczy. Dawały poczucie podmiotowości, zwłaszcza aktywnej grupie, która określała się jako „młodzież rewolucyjna”. Byli to przeważnie działacze ZMP, dążący do budowy na jego gruzach nowej organizacji, nie traktowanej jako agent władz centralnych, lecz siła autentyczna, przywracająca sens ideowemu zaangażowaniu na rzecz przemiany świata. W maju 1956 r. tego rodzaju grupa zdominowała ZMP-owską reprezentację UW, wybraną na krajową naradę aktywu studenckiego, która zdecydować miała o przyszłości organizacji. Dynamika zdarzeń wymykała się jednak planowaniu.

Uniwersyteccy delegaci – wspomina jeden z nich, Karol Modzelewski – okazali się grupą zwartą, złożoną z ludzi zbuntowanych i zdeterminowanych, którzy bez trudu przejęli lokal, pieczątkę i firmę rozpadającego się Zarządu Uczelnianego ZMP. Zyskaliśmy w ten sposób oficjalną platformę dla prowadzenia działalności w naszym własnym mniemaniu rewolucyjnej416.

Jej celem było budowanie niezakłamanej postaci socjalizmu, rozumianego przede wszystkim jako samorządność załóg zakładów pracy. Zgodnie z marksistowskimi założeniami, „rewolucjoniści” przywiązywali kluczowe znaczenie do świadomości i aktywności klasy robotniczej, z którą starali się nawiązać kontakty, zwłaszcza po doświadczeniu czerwcowej rewolty poznańskiej. Przedstawiciele uczelnianego ZMP (Krzysztof Pomian, Andrzej Garlicki, Jacek Kuroń i Bogdan Jankowski) spotkali się latem z Lechosławem Goździkiem, wybranym wbrew woli zwierzchnich władz partyjnych szefem organizacji PZPR fabryki samochodów na Żeraniu. Następnie Modzelewski został stałym emisariuszem, aby na co dzień „animować dyskusje z młodzieżą robotniczą”. Temperatura tych dyskusji rosła.

„Rewolucjoniści” określali stalinowską część aparatu mianem „prawicy” i przygotowywali się do politycznej konfrontacji. Jej narzędzia należały do znanego arsenału ZMP, lecz zyskiwały walor autentyczności. Podstawowym było wielkie zebranie, na którym ujawniały się zasadnicze stanowiska, „rewolucjoniści” zaś liczyć mieli swe siły i prowadzić do przełomu ideowego wśród „mas”. Zebrania takie przyjmowały w październiku 1956 r. postać wieców, na których objawiali się liderzy, szukający kontaktu z tłumem. Dla trenowanych przez lata na oficjalnych masówkach uczestników były to zjawiska niebywałe. Zdawały się otwierać epokę wolności. Oto na zetempowskim wiecu studenckim 9 X obecni byli przedstawiciele warszawskich załóg robotniczych, w tym Goździk. Żądano jawności w życiu publicznym, zmian w kodeksie karnym, ograniczenia cenzury. Zapowiadano powołanie Uniwersytetu Robotniczego, który tworzyłby więź inteligencji z masami pracującymi417. Równocześnie swą rolę odgrywały gazetki ścienne, już nie osławione „błyskawice”, lecz pełne bieżących komentarzy gabloty, które gromadziły tłumy – jak te u bramy UW. Pojawiały się w nich wezwania do solidarności z Węgrami. Studenci masowo uczestniczyli w zbiórkach pieniędzy, darów i krwi dla powstańców. Wyrażać się w tym miała solidarność ludów walczących o wyzwolenie narodowe i społeczne. Wpajane przez lata hasła zdawały się nagle ożywać i kierować przeciw obracającej nimi dotąd „prawicy”.

„Rewolucjoniści” zdawali się nie przyjmować do wiadomości istnienia autentycznej prawicy, lub może postrzegali ją, jak dotychczas, w kategoriach przeżytków dawnego świata. W każdym razie najważniejszym wrogiem byli dla nich staliniści, gdy dotychczasowy propagandowy „wróg” nie wydawał się bardzo istotny. Nastąpiły jednak pamiętne publiczne spory Jacka Kuronia ze studentem prawa Przemysławem Górnym, który owego „wroga” reprezentował z wielką odwagą. „Nigdy nie miał knebla na ustach i walił bez ogródek, co myślał, wszystkim bez wyjątku” – wspominał Marek Nowakowski, dodając, że Górny „miał pewnego rodzaju wariackie papiery” i „najbardziej zatwardziali politrucy pierzchali jak zające, żeby nie słuchać obrazoburcy”418. Reprezentował on tradycję, która miała być na zawsze starta z powierzchni życia: tradycję endecką. Pewien odłam studentów był z nią emocjonalnie związany, zaś pojawienie się kierowanego przez Górnego Związku Młodzieży Demokratycznej, który miał koło na UW, ułatwiło krystalizację poglądów. Związek, jak sama nazwa wskazywała, poszukiwał modus vivendi, nie mogąc wyrażać ostro antykomunistycznych nastawień, i musiał przyjąć parasol Stronnictwa Demokratycznego. Historia ZMD trwała jednak tylko kilkanaście tygodni, do wymuszonego rozwiązania na początku 1957 r. Część działaczy podjęła decyzję o zejściu do podziemia, tworząc Ligę Narodowo-Demokratyczną (ta nazwa lepiej już przylegała do treści ideowej), która prowadziła pracę intelektualną, opartą zwłaszcza na interpretacji pism Konecznego, do początku lat 60., gdy została rozbita przez policję polityczną, a jej przywódcy skazani w niejawnym procesie pośród ciszy „małej stabilizacji”419.

Rewolucyjny Związek Młodzieży, ugrupowanie „rewolucjonistów”, miał żywot dłuższy niż ZMD, jednak nie tak bardzo, jak by to mogła sugerować jego ideologia, bliska oficjalnie wyznawanej wizji świata, oraz wielkość, zupełnie nieporównywalna z ZMD. Rozrósł się on do ogólnokrajowej organizacji, grupującej około 20 000 osób. Jego emanacja uczelniana, Polityczny Ośrodek Lewicy Akademickiej, została zlikwidowana wiosną 1957 r., zaś z całym RZM władze poradziły sobie, wtapiając go w nowo powstały Związek Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), wewnątrz którego szybko stracił kontury420.

* * *

Nim wszystko to nastąpiło, odbyła się 1 X 1956 r. inauguracja roku akademickiego, niezwykła na tle wcześniejszych. Nie dlatego, że miała miejsce w oddanym niedawno do użytku Auditorium Maximum. Wbrew rewolucyjnym nastrojom przybrała postać nader konserwatywną, ale konserwatyzm ten był znakiem emancypacji. Była pierwszą po wojnie, którą otwierał rektor odziany w gronostaje, wkraczając do sali za pedlem dzierżącym złote berło, w orszaku złożonym z dziekanów w togach z kołnierzami o tradycyjnych barwach wydziałowych. W sali zawieszono, jak przed wojną, napis: Quod felix faustum fortunatum – que sit. Temat inauguracyjnego wykładu Stanisława Śliwińskiego „Praworządność i zabezpieczenie praw obywateli w polskim procesie karnym” miał specyficzne znaczenie, trwały bowiem procesy uczestników Poznańskiego Czerwca421.

Tradycyjny ceremoniał wyrażał autonomię uniwersytecką, odzyskaną właśnie częściowo dzięki zmianie ustawy o szkolnictwie wyższym. Nowelizacja z 10 IX 1956 r. rozbiła stalinowski model zarządzania uczelniami. Przywrócono wybieralność i kadencyjność rektorów. Statut nadawał minister, ale na wniosek Senatu, który – jak rady wydziałów – stawał się ciałem współrządzącym. Zmian organizacyjnych mógł dokonywać minister tylko po zaopiniowaniu przez Radę Główną, a niektóre mógł wprowadzać rektor. Stał się on przełożonym dyrektora administracyjnego: powoływał go i odwoływał. Stracił natomiast prawo przyjmowania na uczelnię osób bez matury. Jednocześnie zreformowano system przyjęć na studia, wyzwalając egzaminy spod ścisłego nadzoru ministerialnego: poszczególne wydziały przygotowywały tematy egzaminacyjne, co natychmiast ograniczyło ich upolitycznienie.

Studia na UW rozpoczęło 1596 studentów pierwszego roku (865 kobiet i 731 mężczyzn). Wśród nich 1371 dostało się w ramach egzaminu wstępnego (na 3404 kandydatów). Wśród przyjętych dominowała grupa o pochodzeniu inteligenckim (66,5%), pochodzenie robotnicze deklarowało 20,2%, chłopskie – 12,4%, „inne” – 0,9%. Niewielka część tych ludzi mogła zachować z najwcześniejszego dzieciństwa jakieś obrazy międzywojennej Polski (234 osoby urodziły się w 1935 r. lub wcześniej), większość sięgała świadomą pamięcią lat wojny (944 osoby z roczników 1936–1938 i 418 z rocznika 1939 i późniejszych)422. Były to ostatnie roczniki naznaczone zarówno piętnem wojennym, jak aktywnym przeżyciem stalinizmu; pierwsze zaś, które wchodziły na Uniwersytet uwolniony od radzieckiego modelu nadzoru i sterowania. Na Uniwersytet, który intensywnie przeżywał odzyskaną swobodę, starając się reorganizować, przywracać ciągłość zduszonych kierunków (socjologię uruchomiono w 1957 r.), weryfikować hierarchię autorytetów. Jak się zdaje, właśnie bogate doświadczenie osobiste kadry i studentów oraz poczucie gwałtownie powiększających się możliwości wyzwoliły energię zbiorową, jaka przez kilka lat jeszcze miała procentować i nadawać oblicze uczelni.

Rewolucyjna atmosfera Października była w istocie spełnieniem się zetempowskiej wizji zaangażowania na rzecz przemiany świata. Od chwili, gdy Gomułka rzucił tłumowi pod Pałacem Kultury: „Dość wiecowania!”, temperatura akcji politycznej obniżała się, a nadzieje aktywistów październikowych rozwiewały. Korzystano natomiast w pełni z „wolności od”. Już na początku 1957 r. niektórzy obawiali się, że skupienie na jazzie, balach i „szałowych klipsach” jest niepokojącą oznaką zastoju423. Studenci zaznaczali jednak swą obecność w przestrzeni publicznej nie tylko w taki sposób. Ambasador Francji obserwował ich zachowania w pochodzie pierwszomajowym 1957 r., rozpoczętym poranną szarpaniną milicji ze studentami, którym nie pozwolono nieść hasła: „Nie chcemy być absolwentami bez pracy”. Udało się natomiast ponieść, wśród oficjalnych sloganów, inne niepokorne żądania, m.in. „tablicę z napisem przeciwko cenzurze”. Świąteczny dzień kończył się jednak w atmosferze odprężenia: rodzinnych spacerów i picia kawy pod parasolami424.

Jesienią 1957 r. oczywisty zdawał się już kres nadziei na emancypację polityczną. Zamknięcie „Po Prostu” wywołało bardzo gwałtowne zamieszki 2–5 X, z takimi epizodami jak wybijanie okien w gmachu KC PZPR, budowanie barykady na ul. Marszałkowskiej, próby linczu, a nawet strzelaniny. Zginęło dwóch demonstrantów, 79 trafiło na pogotowie; rannych zostało 95 milicjantów. Zatrzymano ponad pół tysiąca osób425. W pobliżu obiektów UW nie notowano jednak incydentów, a ministerstwo nie oczekiwało wprowadzenia żadnych rygorów w sytuacji „absolutnego spokoju w Uczelni”. Natomiast uniwersytecka PZPR wystosowała odezwę, w której uznała, że „pożałowania godnych zajść można było uniknąć poprzez szczerą rozmowę i dyskusję polityczną ze studentami, bez zastosowania wobec nich przemocy”. Odezwa miała charakter łagodzący, bez śladu nowomowy426. Uczelnie poinformowano tylko o garstce aresztowanych studentów: 23 z Politechniki, 3 z SGGW i 12 z UW. Ta ostatnia grupka składała się z czterech studentów prawa, po dwóch z historii, filologii i geologii, po jednym z matematyki-fizyki i pedagogiki. Tylko wobec dwóch z nich sformułowano akt oskarżenia (napaść na funkcjonariusza), a skazano (na 3 lata więzienia) jednego, z filologii, który miał nogą od krzesła uderzać w hełm milicjanta. Grupa skazanych studentów warszawskich liczyła 7 osób427. Jak na gwałtowność zajść oraz cechy systemu politycznego PRL były to konsekwencje niezwykle łagodne. Kontekst wydarzeń zdawał się jednak poważny. Oznaczały one kres nadziei na emancypację polityczną.

Korzystano jednak w środowiskach studenckich z realnej emancypacji kulturowej. Otworzył się kilkuletni okres rozwoju klubów, teatrów i kabaretów. Stanowiły one enklawę oddziałującą na szersze grupy społeczne, a świadczącą o witalności młodszych pokoleń, w okresie stalinizmu kanalizowanej przez opresyjny system. Wysyp talentów, jaki nastąpił w studenckim życiu kulturalnym, był spektakularny. Wymienić wystarczy osobowości związane z klubem Hybrydy: Wojciecha Młynarskiego, Jonasza Koftę, Edwarda Stachurę, Michała Urbaniaka czy Tomasza Stańkę. Młoda kultura Polski popaździernikowej miała kilka ważnych znamion. Jej twórcami byli w dużej mierze ludzie, jak wyżej wymienieni, urodzeni po 1939 r. Cechowało ją sprzężenie z Zachodem, chłonięcie jego filozofii, muzyki, literatury, kinematografii, połączone z rodzajem ironicznego dystansu wobec rzeczywistości, właściwego pokoleniu, które wychowało się w cieniu wojny i stalinizmu. Odkrywając Sagankę i Bardotkę, neorealizm i egzystencjalizm, pokolenie to korzystało z liberalizacji polityki kulturalnej. W 1957 r. „wszyscy” czytali Witaj smutku. Powieść była „największym bestsellerem. Niemal literaturą polityczną. Sprawdzianem ideologicznej ewolucji czytelnika”428. Wiązał się z tym ogromny snobizm na przesiadywanie w kawiarniach i bywanie w klubach. Na mapie studenckiej Warszawy pojawiła się sieć znaczących punktów, określających wieczorne „trasy”. Hybrydy przy Mokotowskiej, Stodoła pod Pałacem Kultury, Manekin i Fukier przy Rynku Starego Miasta, pałacyk Zuga przy ul. Świerczewskiego, w którym działał STS. „Dziewczyny modnie uczesane, chłopcy w czarnych golfach. Pełno dymu od papierosów” – opisywał to ostatnie miejsce Budrewicz429.

Czy był to obraz typowych aspiracji studenckich? Z pewnością nie. Raczej tych elitarnych, nierzadko trudnych do zaspokojenia z powodów materialnych (kluby), jednak publicznie widocznych i kształtujących wyobrażenia o dostępnym zakresie swobody. Miały one wzbudzić zresztą pewne resentymenty, wygrywane przez aparat władzy dekadę później, w epoce stygmatyzacji „bananowej młodzieży”. Egzystencjalne mody i wtajemniczenia klubowo-prywatkowe, kształtujące rozmaite kręgi studenckie, były zarazem odbiciem powszechniejszego wśród młodego pokolenia marzenia o większej wolności – przede wszystkim kulturowej i ekonomicznej – której reprezentacją był mityczny Zachód. Z wielkim zainteresowaniem czytano relacje z podróży, którymi w latach 1956–1957 wypełniła się prasa. Czytelnik mógł się przekonać, że i wśród młodych są tacy, którym udało się sięgnąć mitycznego Paryża. „Po drodze była Norymberga i Stuttgart” . neony, banany itd.” – pisał autor studenckiego reportażyku. Sam zaś Paryż? Na bulwarze Saint-Michel

studenci i studentki zawzięcie flirtują i – co jest charakterystyczne dla Francji – całują się długo i namiętnie, nie zwracając uwagi na tłumy przechodniów (ci zresztą również odnoszą się obojętnie do takich zjawisk, a wyjątek stanowią tylko niektórzy cudzoziemcy z zazdrością niekiedy obserwujący takie pary).

Wokół placu Pigalle są natomiast strip-teasy, które można także „bezpłatnie oglądać na zdjęciach w witrynach kabaretów”430. Redakcja pisma studenckiego wiedziała, czym przyciągnąć czytelników.

Pojawiły się także możliwości zobaczenia tamtego świata naprawdę. Wiosną 1957 r. ZSP informowało o akcji „wymiany z zagranicą”. Selekcjonowano kandydatów, którzy musieli być członkami Zrzeszenia, mieć dobre stopnie, znać język obcy oraz cieszyć się „zaufaniem i sympatią koleżanek i kolegów”. Malkontenci twierdzili, że przesądza zaufanie i sympatia w konkretnym kręgu. Tym niemniej oferta wydawała się znaczna, zwłaszcza w zakresie wyjazdów do państw bloku (do NRD pojechać mogło 500 osób, do Francji 10 razy mniej431), choć dla przeciętnego studenta dość kosztowna (wyjazd do państw bloku wschodniego odpowiadał wartości najwyższego stypendium miesięcznego, 500–750 zł, zaś na Zachód zbliżał się do średniej pensji, ok. 1200 zł). Zdeterminowani byliby jednak skłonni zapożyczyć się, by odbyć mityczną podróż. Już kilka miesięcy później władze, obserwując „masowy pęd studentów do wyjazdów zagranicznych”, zarządziły surowszy dobór kandydatów, tzn. uzyskanie (wedle logiki nowomowy) ich „reprezentatywności” naukowej i moralnej. Odtąd wyjeżdżać mogli studenci figurujący na listach uzgadnianych między ZSP a ministerstwami szkolnictwa wyższego i spraw zagranicznych, zaś składane na 2 miesiące przed wyjazdem dokumenty zawierać musiały m.in. szczegółowe plany zużycia paliwa i żywności oraz dewiz432. Wciąż jeszcze zdawało się jednak, że otwarcie na świat jest trwałą „zdobyczą”.

„Wraca nowe”

Uczelnia otwierała się. W 1957 r. przyjęto pożyczki i dotacje z Zachodu, co dwa lata wcześniej trudno byłoby sobie wyobrazić. Fundacja Forda przekazała 80 tys. dolarów na książki, czasopisma i drobną aparaturę. Taż fundacja, obok British Council, Fundacji Rockefellera, uniwersytetów amerykańskich, rządu francuskiego czy Rady Miejskiej Paryża, wystąpiła jako dawca stypendiów dla pracowników UW. Sama ufundowała 14 stypendiów do USA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Francji433. Były to w świecie nauki fakty o wielkim znaczeniu, pozwalające na odnowienie i nawiązanie kontaktów, dostęp do laboratoriów i książek, lecz także zobaczenie po latach Paryża czy też ujrzenie po raz pierwszy mitycznego Zachodu. W latach 1957–1958 panowała gorączka wyjazdowa, a nawiązane wtedy kontakty procentowały w następnych dziesięcioleciach, gdy pobyty humanistów w paryskiej École Pratique czy fizyków w CERN nabrały cech powtarzalności.

Uniwersytet zdawał się wracać do świata europejskich uczelni. Manifestacyjnym tego potwierdzeniem były uroczystości jego 150-lecia wiosną 1958 r. Pół roku wcześniej rektor zwrócił się do profesury, aby zaopatrzyła się w togi, w których wystąpi na jubileuszu. Szyć je miała doświadczona spółdzielnia krakowska, która wykonała już była togi dziekańskie i rektorskie dla UW. Zamówienia należało składać w organizacji związkowej, wpłacając zaliczkę 600 zł (pełen koszt 1850 zł) i podając swe wymiary i typ togi. Rękawiczki w odpowiednich kolorach rekomendowano zamawiać w pracowni Terlikowskiego przy ul. Hożej434. W czasie uroczystości największe wrażenie zrobiły wszakże szaty przedstawicieli uczelni zagranicznych.

Rewia średniowiecznych i XVI-wiecznych strojów. Niektóre togi i birety fantastycznie piękne. [...] Przepyszne twarze profesorów zagranicznych. Najpiękniejsze stroje przedstawiały uniwersytety: Hamburg, Praga, Genewa, Wiedeń. Wielu rektorów cudzoziemskich. Rektor z Istambułu był w todze białej ze złotowzorzystymi szlakami. Helsinki – plisowany cylinder i opończa purpurowa w rodzaju płaszcza kawalerów maltańskich. [...] Z państw „obozu socjalistycznego” tylko Polska, Niemcy (NRD – Berlin, Jena, Lipsk, Halle, Getynga) i Czesi byli w togach. Rosja, Bułgaria, Rumunia, Jugosławia, Chiny i Mongolia wystąpiły w marynarkach

notowała Maria Dąbrowska435. Jedną z „przepysznych twarzy” był John Kenneth Galbraith, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda. Opisał on orszak rektorski, prowadzony oczywiście przez reprezentanta Sorbony – ceremoniał wywodzi się z tradycji paryskiego fakultetu medycyny – podkreślając wspaniałość uroczystości. Zauważył jednak, że nie wszyscy czuli się w niej na miejscu. Przedstawiciel uczelni mongolskiej wyraźnie speszył się, idąc obok Galbraitha i szybko odsunął: nie chciał być sfotografowany obok uczonego z Ameryki436. Scena była symboliczna; oddawała w pewnym stopniu niezmazane różnice dwóch światów i przypominać mogła, że – wbrew dekoracjom – Uniwersytet Warszawski znajduje się na wschód od Żelaznej Kurtyny.

Trwały jednak prace nad projektem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, pisanej „w duchu Października”. Przyjęta 5 XI 1958 r., już w okresie „odchodzenia od zdobyczy”, była próbą pogodzenia dążeń środowisk naukowych do autonomii i dążeń aparatu władzy do omnipotencji. Zniosła system kandydacki. Na nowo określiła priorytety szkolnictwa: na pierwszym miejscu badania naukowe, na drugim kształcenie pracowników nauki, na trzecim dopiero „kształcenie i wychowywanie kadr”. Wzmocniła Radę Główną, której większość miała odtąd pochodzić z wyboru. Statut uczelni uchwalał Senat. Zachowano wybieralność rektorów, aczkolwiek minister zyskał prawo sprzeciwu, mógł także odwołać rektora, jeśli ten nie wywiązywał się z obowiązków (należało do nich zapewnienie uczelni „socjalistycznego ducha”) oraz uchylać decyzje władz uczelnianych, jeśli „naruszały interes publiczny”. Zniesiono wzorowany na radzieckim system stopni, przywracając doktorat i habilitację, nadawane przez rady wydziałów. Zarazem akcentowano funkcję wychowawczą szkół wyższych oraz ich aktywne uczestnictwo w budowie socjalizmu437.

Czy przepisy te, jak uznaje Karol Modzelewski, „zagwarantowały polskim uczelniom wyższym autonomię”?438 Dawały raczej jej przesłanki. Normy prawne niewiele przecież w PRL gwarantowały, a ich przestrzeganie zależało od praktyki sprawowania władzy. Mowy nie było o wycofaniu się partii z nadzorowania życia uczelnianego, choć nadzór ten oddano w ręce ludzi Uniwersytetu. Przez kilka lat po 1956 r. napięcie pomiędzy lojalnością wobec środowiska a realizacją dyrektyw aparatu było niewielkie. Za Jerzym Holzerem napisać można o „swoistej partyjnej autonomii” UW w tym okresie439. Samo pojęcie autonomii szkolnictwa z trudem mieściło się w oficjalnym dyskursie. Już w okresie debaty nad ustawą w 1957 r. przestrzegano przed składaniem autonomii „nadmiernego hołdu” i sugerowano eufemistycznie, że spowoduje ona „nieracjonalny rozwój kontaktów z nauką obcą”, czyli z Zachodem (Kazimierz Kąkol), oraz że broniąc autonomii, „łatwo można popaść w atmosferę prywatnych interesów, a może i cechów wytwórczej uczoności hierarchii feudalizmu akademickiego” (Jan Legowicz)440. Były to poglądy zbieżne z tendencją przeważającą w centrum władzy. Już w momencie uchwalania ustawy było widoczne, że dalekie jest ono od uznania niezależnej roli inteligencji w życiu społecznym.

W kawiarniach mawiano, że „wraca nowe”. Wracało między innymi w wypowiedziach minister Krassowskiej. Głosiła ona w 1958 r., że uczelnie czynić winny ze studentów „chętnych budowniczych” socjalizmu i zalecała (a nie nakazywała, ponieważ uniemożliwiała to nowa ustawa) wprowadzanie dyscypliny studiów, dzielenie studentów na grupy, przywracanie – tam, gdzie zostały zniesione – funkcji opiekunów grup i lat, wszelako „wypełniając je odpowiednio nową treścią”. Tworząc grupy należy mieszać studentów, by zapobiegać „jednostronności klasowej”, nie rozbijając jednak „istniejących więzów, wynikłych z łączności terenowej, zażyłości towarzyskiej itd.”441 Porównanie tych stwierdzeń z wypowiedziami Krassowskiej sprzed dekady ukazuje ogromną różnicę tonu i stylu, lecz zasadniczą ciągłość sposobu myślenia. W roku następnym władze partyjne zaleciły wprowadzenie na wszystkich kierunkach studiów kursu filozofii marksistowskiej i ekonomii politycznej. Znamienne, że proces ten jednak bardzo się przeciągał, wśród oporów środowiska, wspominającego „złe doświadczenia”, i dopełnił się dopiero w 1963 r.442 Nie oznacza to, aby te zajęcia przypominały kursy ideologiczne z okresu stalinizmu, podobnie jak cała atmosfera studenckiego życia odległa była od mobilizacji i kolektywizmu „okresu minionego”. Oto w 1963 r., z powodu niedoboru podręczników, „studenci często pracowali kolektywnie, przygotowywali się do ćwiczeń grupowo, co nie zawsze sprzyja przyswajaniu sobie rzetelnej wiedzy” – donosił opiekun roku z rusycystyki443. Niczego podobnego nie napisałby za dawnych lat, gdy grupowość i kolektywizm były fetyszami. Sama jednak funkcja opiekuna roku, należąca do wynalazków z lat stalinizmu, porzuconych w 1956 r., po kilku latach była przywracana pod presją ministerstwa. Rady wydziałów, powołujące opiekunów lat i grup, robiły to jednak z oporami lub dość formalnie, argumentując, że nie chcą studentów „prowadzić za rękę”. Wynikało to zapewne także z niezadowolenia opiekunów, którym nie wliczano nowych obowiązków do pensum. Uniwersytet sugerował przy okazji ministerstwu, że skutecznym „środkiem wychowawczym” są raczej wycieczki studentów i kadry, połączone z seminariami, zatem pożądane byłoby zwiększenie kredytów na taką działalność444. W ten sposób odbywał się swoisty przetarg między UW a zewnętrzną administracją.

Równolegle jednak usztywniały się relacje polityczne. Komitet Warszawski piętnował w 1960 r. rewizjonizm objawiający się na Uniwersytecie, zwłaszcza na Wydziale Filozofii445. Dwa lata później omawiano na plenum KC „niesłuszne tendencje” w środowiskach naukowych, polegające na uchylaniu się od bojowej marksistowskiej polemiki, a nawet – zwłaszcza w naukach społecznych – uleganie „burżuazyjnej socjologii”. Przykładem miały być badania Stefana Nowaka nad studentami warszawskimi. Wywołało to publiczną debatę na temat domniemanej „ankietomanii”, czyli przywiązania socjologów do badań empirycznych. Powrócono do krytyki „uniwersytetu liberalnego”, kojarzonego ze zbyt ogólnym nauczaniem i wybujałym indywidualizmem profesorów. W referacie programowym na wspomnianym Plenum powrócono także do teorii Stalina (pomijając nazwisko jej twórcy): „Walka ideologiczna między kapitalizmem i socjalizmem nie słabnie i nie zanika, lecz zaostrza się i przyjmuje nowe formy”. Mogły jednak zabrzmieć na tym forum także inne głosy. Rektor UW protestował przeciw uogólnieniom na temat bezideowości studentów, podważał przekonania o zasadniczej roli „grup, opiekunów i rygorów w domach studenckich. Nie dowiemy się nic o młodzieży w ten sposób”. Tadeusz Kotarbiński wyjaśniał w pięknym językowo wystąpieniu, że ludzie nauki ulegają rzeczowej perswazji, nie lubią natomiast presji, co podchwycił Adam Schaff, robiąc aluzję do „spraw, któreśmy przeżyli”. Schaff sugerował jednak, że środowisko naukowe nie jest wzorem dbałości o swobodę dyskusji oraz że istnieją w nim „najrozmaitsze kliki i ugrupowania, które – gdyby ich nie trzymać na uwięzi – zadusiłyby jedne drugie”446. W tym czasie orkiestrowano kampanię prasową przeciwko „feudałom w nauce” oraz krytykowano domniemane pięknoduchostwo kadr uczelnianych i wynikającą z niego słabą sprawność kształcenia. „Opluto nas więc z dołu i z góry, od góry do dołu, moralnie i zawodowo” – notował Witold Kula447.

Życie pracownicze

W marcu 1959 r. komórka związkowa na Wydziale Prawa wystąpiła z propozycją urządzenia na zapleczu Pałacu Kazimierzowskiego kawiarni na wolnym powietrzu. Działałaby ona wiosną i wczesną jesienią, wyposażona w mebelki kupione ze środków UW, funduszu Klubu Pracowników i pozyskane z uczelnianej „graciarni”, w instalację głośnikową, saturator, maszynki do lodów. Byłaby, jak pisano, miejscem pracowniczych garden party, muzyki i tańców. ZNP nie wykluczał obecności studentów. Każdy klient byłby ważny: urządzenie kawiarenki powiększałoby wpływy do kasy związkowej448. Nic nie wskazuje na to, by projekt został zrealizowany, ale sam fakt jego zaistnienia świadczył o zasadniczej różnicy atmosfery na Uniwersytecie w stosunku do nieodległych czasów, w których zabraniano pracownikom „przesiadywania w stołówce”.

Warszawska „kawomania” rzucała się w oczy przybyszom, którzy mogli dostrzec w niej oznakę ciągłości tradycji miasta. W 1956 r. kawiarnie były ośrodkami debat politycznych (zwłaszcza nieodległy od UW Nowy Świat), a pozostały areną życia towarzyskiego inteligencji, czy też „namiastką sfery publicznej”, jak o kawiarniach w NRD pisze Stefan Wolle. W Warszawie kawa zawierała wszakże więcej kofeiny449. Podawaną w Klubie Pracowników UW zachwalano jeszcze przed Październikiem jako najlepszą w mieście. W każdym razie była jedyną publicznie dostępną na terenie UW, na którym – poza stołówkami dla studentów i pracowników – nie było żadnych bufetów ani kawiarenek. Klub Pracowników przyciągał w okresie odwilży także coraz swobodniejszymi debatami. Tworzył scenę codziennych kontaktów w niezobowiązującej atmosferze. „Stoły przykryte szkłem, miękkie foteliki, najnowsze czasopisma, dyskretna muzyka. Pod oknem olbrzymi aparat telewizyjny, radio i adapter”. Formalnie dostępny był dla pracowników, lecz w informatorze uniwersyteckim dawano do zrozumienia, że studenci nie zostaną wyproszeni450.

Klub był miejscem integracji społeczności naukowej UW, ale dla ogółu zatrudnionych znaczenie życiowo istotne miała stołówka pracownicza. Manewry wokół cen wydawanych w niej obiadów obrazują problemy socjalne zbiorowości. Pewna jej część żyła w głębokim niedostatku. Gdy jesienią 1958 r. zdecydowano się, wskutek ogólnego wzrostu kosztów, podnieść cenę obiadu z 6 do 8,50 zł, osoby najniżej uposażone zachowały prawo do zakupu po dawnej cenie. Chodziło głównie o woźne i sprzątaczki, zarabiające poniżej 600 zł miesięcznie. Była to mniej niż połowa średniej krajowej, uchodzącej za bardzo skromną. Cztery lata później doszło do kolejnej podwyżki. Obiad kosztował odtąd 10 zł, czyli równowartość dwóch kaw w Klubie Profesorskim. Cena ta stanowiła problem dla nisko szeregowanych pracowników, z których wielu nie zbliżało się do „tych polskich dwu tysięcy”, mających być w utworze Osieckiej symbolem szarego życia. W połowie lat 60. młodsi pracownicy naukowi znali ten właśnie los. Typowe wynagrodzenie kierowniczki sekretariatu wydziałowego zbliżało się do 3 tys. zł, wyższe kadry naukowe czerpały (często z 2 etatów) dochody przekraczające 5 tys. zł. Pedel albo sprzątaczka na UW zarabiali około 900 zł i te głodowe stawki utrzymywały się do końca dekady451. Komórki związkowe starały się interweniować na rzecz biedujących pracowników, na ogół z niewielkim skutkiem, nie miały bowiem wpływu na siatki płac.

Organizacja ZNP, w okresie stalinizmu przede wszystkim „pas transmisyjny” polityki PZPR, odciążona została po 1956 r. od obowiązku mobilizowania pracowników, w większym zaś stopniu zajmować się mogła ich problemami socjalnymi, organizowaniem wypoczynku i turystyki, rozwiązywaniem konfliktów. W 1957 r. otworzyła kurs samochodowy i kino związkowe, które co tydzień wyświetlało w Sali im. Mickiewicza (stare na ogół) filmy fabularne452. Rozdzielała też miejsca wczasowe w Domu Młodego Naukowca w Maciejowcu, w ośrodkach ZNP i Funduszu Wczasów Pracowniczych. Na lato 1957 r. można było się ubiegać o miejsca w akademiku Politechniki Gdańskiej we Wrzeszczu (z niską opłatą 10 zł za dobę, ale bez wyżywienia), domek campingowy lub pokój w schronisku na Mazurach, albo wziąć udział w trzydniowej wycieczce szlakiem jezior mazurskich (Ruciane, stanica Kamień, statkiem po Śniardwach, Mikołajki – plaża, kajaki i dancing). ZNP organizował też wycieczki piesze, m.in. po Polach Grunwaldzkich, wokół Spały, Kazimierza, Nieborowa i Łowicza, Łańcuta i Rzeszowa453.

Tematem elektryzującym pozostawały przede wszystkim podróże zagraniczne. Możliwości otwarte w 1957 r. napotykały na „ograniczenia dewizowe”. O wycieczki stale pytano, zabiegano o miejsca na listach, choć ceny nie były niskie. Latem 1962 r. za dwutygodniową wycieczkę autokarem na Węgry płacono od osoby 2400 zł, równowartość miesięcznego zarobku adiunkta, a wziąć trzeba pod uwagę, że adiunkt rzadko miewał oszczędności. Podobne były ceny organizowanych we współpracy z Orbisem turnusów w Rumunii. Aby poradzić sobie z problemem dewiz, podpisywano umowy z uczelniami państw bloku; dzięki wymianie z Uniwersytetem im. Humboldta można było pojechać nad jezioro w Egsdorf, a współpraca z uniwersytetem w Budapeszcie pozwalała na spędzenie wakacji nad Balatonem. Ilość miejsc była jednak niewielka, po kilkanaście w danym ośrodku454.

Znamieniem czasów popaździernikowych było rozwijanie się zupełnie nowych aspiracji, zwłaszcza wśród kadry naukowej. Otworzył się przed nią „świat” znacznie szerszy niż nadbalatońskie ośrodki wczasowe. „Niemal każdy młody fizyk-teoretyk po doktoracie ma okazję odbycia rocznego lub dwuletniego stażu w dobrym ośrodku zagranicznym, a i wyjazdy na szkoły letnie i kursy, na które wysyła się zwykle doktorantów, nie należą do rzadkości” – pisali w 1965 r. fizycy Andrzej Trautman (UW) i Ryszard Gajewski (Politechnika) w ankiecie tygodnika „Polityka”455. Podróż zagraniczna straciła wiele ze swego czarodziejskiego wymiaru. W 1960 r. wyjechało na badania 1219 pracowników nauki PRL, w tym 754 do państw socjalistycznych. Jednocześnie około 300 osób pozostawało w obcych krajach, kontynuując prace, około 700 przebywało na szkoleniach, a 166 lektorów na kursach językowych. Celem około 40% wyjazdów były ZSRR i NRD. Ważnym zjawiskiem były też porozumienia z nowymi państwami Azji i Afryki: kilku wykładowców pojechało na Uniwersytet w Bagdadzie, nauczyciele do szkół w Ghanie i Mali456.

Staże zagraniczne i stypendia wyjazdowe otwierały nowe perspektywy intelektualne i towarzyskie, procentujące kolejnymi zaproszeniami, przyjaźniami i, co nie mniej ważne, zmianą stylu życia. Jak wspomina Marcin Kula, samochody osobowe pojawiły się najwcześniej w rodzinach socjologów z UW, tych, którzy otrzymali stypendium Forda i pojechali do USA. Wyjazd kształtował aspiracje, lecz także możliwości, gdyż ze stypendium można było wiele odłożyć, w czym Polacy zyskiwali wymuszoną wprawę. Nieco później auta kupili sobie historycy, jeżdżący raczej do Francji i RFN. Na początku lat 60. apetyt motoryzacyjny był na UW wyraźny. Wspomniany kurs samochodowy ukończyły w 1962 r. 22 osoby457. Niektórzy pracownicy poruszali się po Warszawie lat 60. autami budzącymi zazdrość: Bogdan Suchodolski „pięknym oplem”, Adam Schaff peugeotem, Jerzy Holzer volkswagenem, którego kupił na stypendium w Moguncji. W alejkach uniwersyteckich miłośnik kierownicy Andrzej Jezierski ćwiczył Marcina Kulę w prowadzeniu. Samochód nie tylko uwalniał od wiecznie zatłoczonej komunikacji publicznej i pozwalał kształtować sobie czas wolny czy wakacje, lecz mógł także stać się atrybutem związków towarzysko-intelektualnych, jak w wypadku Ossowskich, których auto prowadzili uczniowie458. Był przedłużeniem świata domowego, który łączył się nierzadko ściśle z życiem naukowym. Należało to do tradycji, wzmocnionej w latach tuż powojennych, gdy wiele osób mieszkało w miejscu pracy i wiele użyczało swoje mieszkanie dla potrzeb zakładu, i w latach stalinizmu, gdy, jak u Ossowskich właśnie, seminaria odbywały się prywatnie, ponieważ nie było dla nich miejsca publicznego.

Wspominając zaś o Ossowskich i ich mieszkaniu żoliborskim, wspomnieć należy o spółdzielczości. Odrodziła się ona po 1956 r., co oznaczało też ożywienie spółdzielni profesorskiej UW, której udało się przystąpić do odbudowy domu przy ul. Brzozowej. Powstała także potężna Nauczycielska Spółdzielnia Mieszkaniowa, w której pracownicy UW otrzymywali lokale w atrakcyjnych osiedlach, jak Radna pod skarpą uniwersytecką. Od końca lat 60. Uniwersytet pozyskiwał pule mieszkań z wielkiej spółdzielni Energetyka. Dysponował też stale własną bazą lokalową, umieszczając pracowników w Domu Młodego Doktoranta przy ul. Polnej, w kamienicach przy ul. Wilczej i Hożej (i w administrowanych przez Politechnikę przy ul. Rakowieckiej i Nowowiejskiej) oraz w domu w Milanówku. Znaczna pula pojawiła się na osiedlu Przyjaźń. Tam, niczym na odległej wyspie, mieszkało wielu młodych pracowników UW. W porównaniu z okresem stalinizmu, gdy przydziały mieszkań były nikłe, początek lat 60. zdawał się pomyślny. Stworzono Zakładowy Fundusz Mieszkaniowy o puli 600 tys. zł (w 1962 r.), który udzielał pożyczek pracownikom ubiegającym się o mieszkania spółdzielcze.

Rysowały się rejony zamieszkiwania, odzwierciedlające podziały społeczne na uczelni oraz zaszłości pierwszej powojennej dekady. W latach „małej stabilizacji” elita UW osadzona była w niewielkiej na ogół odległości od budynków uniwersyteckich, w kamienicach Śródmieścia. W 1964 r. rektor mieszkał pod skarpą, przy ul. Konopczyńskiego, w odległości spaceru od Pałacu Kazimierzowskiego, podobnie jak dwoje prorektorów (ulice Kredytowa i Foksal), trzeci zaś przy ul. Wilczej 13 (w kamienicy przyznanej UW po wojnie). Liczne adresy były w środowisku profesorskim pamiątkami tego właśnie okresu (ulice Hoża, Wilcza, Wiejska), jeśli nie starszym dziedzictwem rodzin inteligenckich. Skupiskiem profesury był dom spółdzielczy przy ul. Sewerynów 6, pojawił się odtworzony przy ul. Brzozowej 12, znikła zaś z list pracowników uczelni większość adresów z ul. Bartoszewicza. Domy profesorskie stanowiły enklawy dawnego typu społeczności uczelnianej, związanej w większości od czasów międzywojennych. Nie wszyscy byli entuzjastami tak silnego osadzenia w światku uniwersyteckim, a opowieści o toksycznych relacjach sąsiedzkich przy ul. Brzozowej stały się środowiskowymi anegdotami459.

Wielu pracowników zajmowało wciąż mieszkania w zespole gmachów UW, od okropnych suteren Szkoły Głównej (zamieszkiwanych do 1964 r.) po przyzwoite lokale w skrzydłach pałaców Czetwertyńskich i Potockich. Mieszkania znajdowały się także m.in. w budynkach Obserwatorium i Ogrodu Botanicznego w Al. Ujazdowskich. Żyli tam lokatorzy chciani i niechciani. W Obserwatorium mieszkał wybitny astronom Włodzimierz Zonn, ale także rodzina niezwiązanego z UW inżyniera, który skomplikowanymi kolejami losu urządził się i następnie rozszerzał mieszkanie, uszczuplając domenę UW. Trwał proces sądowy. Podobny konflikt rozgrywał się w sąsiednim Ogrodzie Botanicznym, którego kierowniczka walczyła o odzyskanie pomieszczeń nasieniarni460. Innego rodzaju aura otaczała pobliską elegancką dzielnicę, która częściowo ocalała z wojny i rozbudowana została w latach 50. Rewiry alej Róż i Wyzwolenia, al. I Armii Wojska Polskiego (Szucha) i al. Przyjaciół zasiedlili w dużej mierze przedstawiciele establishmentu epoki stalinizmu, w tym pracownicy naukowi, jak były rektor UW, dziekan Wydziału Filozofii, niedawni ideolodzy diamatu czy „nowego literaturoznawstwa”. Przemiany ideowe i pokoleniowe uczyniły jednak z tej dzielnicy także zbiór adresów ludzi dotkniętych „rewizjonistyczną gruźlicą”.

Przybywało stale pracowników zajmujących niewielkie, ale zapewniające pewien komfort mieszkania w nowych osiedlach, tworzących archipelagi wokół śródmieścia. Miało to swoje złe strony, gdyż Warszawa była miastem o wyjątkowo niewydolnej komunikacji i sieci zaopatrzenia. Ludziom, którzy w wielu wypadkach pierwszy raz w życiu zyskiwali własne, suche i jasne lokum, dawało ono jednak więcej niż „małą stabilizację”. Zarazem tego rodzaju pozytywne zmiany wiązały się z nowymi napięciami. Pule mieszkań nie wystarczały, by zaspokoić potrzeby. Organizacja związkowa i władze UW były adresatami skarg na wieloletnie oczekiwania w ruderach lub izbach dzielonych z dokuczliwymi współlokatorami. W sferze przydziałów mieszkań istniała „szara strefa” osobistych powiązań i wpływów, która podgrzewała resentymenty. Młodsi i mniej ustosunkowani liczyć mogli na ciasne i odległe mieszkania pracownicze na Osiedlu Przyjaźń czy w budynkach akademików przy ul. Kickiego. Ten ostatni adres należał zresztą do wyjątków na mapie zamieszkiwania pracowników naukowych: trudno na niej znaleźć inne prawobrzeżne lokalizacje. Po „tamtej” stronie Wisły mieszkali raczej pracownicy fizyczni; przy ul. Brzeskiej na przykład – woźne uniwersyteckie.

Warto wspomnieć jeszcze o sprawie Osiedla Przyjaźń, gdyż ukazuje ona pewne problemy mieszkaniowe tzw. młodej kadry. Otóż wraz z inauguracją akademików w 1955 r. w każdym z urokliwych domów przeznaczono frontowe pokoje o oknach wychodzących na ganek dla asystentów. Mieli pełnić „rolę wychowawczą” wobec studentów. Sąsiedztwo okazało się nieznośne. Dwa lata później grupa asystentów pisała w liście do ministra, że wszelka „wychowawcza rola” jest fikcją, że młodzież nie uznaje autorytetów, że

ma tu zbyt dużą swobodę i pozbawiona jest jakiejkolwiek skutecznej kontroli. Skutki tego widać na każdym kroku. Rośnie rozprzężenie i chuligaństwo, kwitnie pijaństwo, rozwydrzenie seksualnie, nierząd, a może nawet i prostytucja. [...] Tłumaczenie, że przyczyną tych wypadków są chuligani z Woli, jest bezpodstawne, gdyż w większości ujawnionych wypadków brali udział studenci. Ponadto chuligani z Woli są zbratani z częścią naszej młodzieży461.

Asystenci oceniali, że studenci wykazują „zadziwiającą solidarność i poczucie wspólnoty” w ukrywania przewinień, wśród których do błahych należą nocne łomoty i śpiewy. Miało to wzmóc się w roku 1956/1957, z pewnością nie bez związku z „październikową” emancypacją. Asystenci czuli się upokorzeni. Twierdzili, że ich rola sprowadza się do otwierania drzwi wejściowych studentom wracającym w nocy. Dochodziło do konfliktów, jednego z asystentów pobito. Żądali więc przeniesienia ich z domów studenckich, motywując to także rozmiarami pokoików, w których „nie ma miejsca nawet na zwykłą szafę”. Założenie rodziny było w tych warunkach trudne; nieliczni zdecydowali się wprowadzić małżonków do swych klitek, co wywołało zresztą „zły wpływ wychowawczy na młodzież, która chcąc naśladować asystentów sprowadza sobie do pokojów osoby płci innej”462. W następnych latach asystentów i innych pracowników naukowych lokowano więc w osobnych domkach. Można to uznać za sygnał „małej stabilizacji”. Małej niewątpliwie także dlatego, że te mieszkania służbowe, tworzące atmosferę tymczasowości, służyły swym lokatorom przez długie lata.

Studencka „mała stabilizacja”

„Naszym sojusznikiem w pracy ze studentami jest postępująca stabilizacja życia politycznego i gospodarczego kraju” – głosił partyjny referat w 1960 r.463 W tymże roku na UW przyjęto 2,7 tys. studentów. Połowa z nich urodziła się po wybuchu II wojny światowej (22 we wrześniu 1939 r., a 6 w Warszawie pod bombami, przed poddaniem miasta). Wśród immatrykulowanych znalazło się także kilkoro urodzonych w XIX w. Czworo najmłodszych reprezentowało rocznik 1944464. Dwa-trzy lata później rocznik ten stał się typowy wśród wstępujących na studia. Ci ludzie wojny nie pamiętali. W latach stalinizmu byli małymi dziećmi. Październik spędzili w podstawówkach. Byli jednak pokoleniem wojny w tym sensie, że naznaczyła ona los ich rodziców. Gdy dorastali, stawała się także przedmiotem rozgrywek politycznych. Po 1956 r. patriotyzm był na nowo definiowany w świecie publicznym, dając poczucie wyzwolenia z klatki dogmatów stalinowskich, lecz stając się zarazem narzędziem legitymizacji reżimu.

„Jak trwałą rzeczą jest zakłamanie młodzieży”, rozważał Witold Kula pod wrażeniem przebiegu egzaminów wstępnych AD 1960, podczas których ujawnił się zakres konformizmu kandydatów, recytujących poprawne politycznie formułki465. A przecież ci młodzi ludzie nie otrzymywali już zadań wymagających znajomości politgramoty, lecz raczej stawiani byli w sytuacji gombrowiczowskiej dziatwy: „Jan Kochanowski jako najwybitniejszy poeta polskiego Odrodzenia”, „Ideowoartystyczne wartości wybranego utworu Adama Mickiewicza”, „Problemy społeczne w twórczości Stefana Żeromskiego” – tego rodzaju tematy wybierali kandydaci na filologię polską. Egzaminy na historię także dotyczyły z reguły dziejów ojczystych. Inaczej sprawy przedstawiały się w przypadku socjologii, filozofii czy psychologii, zatem kierunków, które nie były przedmiotem edukacji szkolnej: tam stawiano także pytania wymagające pewnego samookreślenia („Dlaczego wybieram te studia?”). Narodowo-patriotyczna tematyka była niewątpliwie elementem odreagowania stalinizmu, ale miała też związek z tendencjami życia politycznego. „Chwała polskiego oręża” stała się przecież tematem rozległej publicystyki, uwikłanej w propagandową wizję zmagań polsko-niemieckich i walkę z „prześmiewcami”, wykorzystującymi tematykę wojenną dla krytycznej rozprawy z „losem polskim”. Wstępujący na studia u progu lat 60. mieli zwykle za sobą seans kinowy superprodukcji Krzyżacy, będącej odpowiedzią na obrazoburcze filmy Wajdy i Munka. Zaznali edukacji politycznej, która łączyła idealizację polskiej przeszłości z afirmacją socjalizmu jako systemu spełniającego aspiracje narodu.

Widmo wojny nie zanikło także w innym sensie. Gdy rocznik 1944 szedł na studia, lękano się – w okresie kryzysu kubańskiego – konfliktu nuklearnego. W miastach wykupywano żywność. Możliwości rozwoju, ale i zniszczenia, jakie ukazywały loty w kosmos i próby z nowymi rodzajami broni, zdawały się tworzyć ponad głowami pokolenia zarysy nieznanego świata. Ów rozziew między banalną codziennością, wypełnioną drobnymi staraniami i marzeniami, a rysującymi się perspektywami przekraczania znanych ludzkości granic rysował się w dialogach Pelagii i Bazylego, bohaterów Niewinnych czarodziejów Wajdy (1960). Zaś bohaterowie dramatu Tadeusza Różewicza Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja (1962) rozważali: „Jakoś się wreszcie ułożyło... Chyba mamy prawo wiedzieć, co nas czeka”.

Poczucie stabilizacji odnotowywane było, nim jeszcze Różewicz nadał mu nośność. Bez wątpienia nie wszyscy odbierali ją równie pozytywnie, jak cytowani działacze PZPR. Stabilizacja uznawana bywała za znamię apatii, zwłaszcza wśród ludzi, którzy aktywnie przeżywali Październik. Dziennikarz „Polityki” Andrzej Krzysztof Wróblewski postrzegał „mieszkanko z kapciami” jako symbol bierności: horyzont się zawęził, „trzeba zarabiać”466. Z satysfakcją zjawisko to opisywał natomiast płk Zbigniew Załuski, porte-parole partyjnych nacjonalistów. „Pokolenie wielkiej kpiny przestało szydzić. Porobili dyplomy i poszli do pracy, pożenili się i zajęli dziećmi. Pokolenie dojrzało, zajęło się codziennością. Zbiera pieniądze na skuter i spółdzielcze mieszkanie”467. Opinie te sugerowały przesunięcie się zainteresowań ze spraw obywatelskich na prywatne. O czym pułkownik nie wspomniał: atmosfera ta wynikała także z kostnienia systemu politycznego. Jednak pewne uspokojenie się powierzchni życia było jedną z potrzeb społecznych. Po dwudziestoleciu, na które złożyła się wojna i okupacja, terror i odbudowa, stalinizacja i destalinizacja – skuter i mieszkanie oznaczały uśmiech losu. Zarazem pojawiały się charakterystyczne napięcia, związane z płytkością rynku pracy, poczuciem ograniczonych szans, kontrastowanym z błyskawicznymi karierami studentów sprzed dekady.

Kanadyjska reporterka polskiego pochodzenia, przyjechawszy do Warszawy w grudniu 1961 r., poznała w kawiarni studentkę prawa, która umówiła ją z grupką znajomych. Studenci początkowo z rezerwą przyjęli pomysł wywiadu dla zachodniego pisma, a na pytania polityczne odpowiadali w kawiarni zdawkowo. Rozruszał ich temat studiowania. Postrzegali je jako drogę do lepszej pracy i przeciwstawiali „łatwiejszy” pod tym względem okres sprzed kilku lat obecnym wymaganiom: „Teraz trzeba pracować dużo, aby uzyskać lepsze posady”. Narzekali na niskie stypendia, ale podkreślali, że domy akademickie są tanie, podobnie jak (niedobre) stołówkowe posiłki. Wakacje można spędzić w górach lub nad morzem. Sądzili (nie mając osobistych doświadczeń), że poziom studiów podniósł się w porównaniu z okresem sprzed 1956 r. Chłopcy byli admiratorami Oskara Langego. Reporterka miała wrażenie, że ich kontakty z wykładowcami są bliższe niż znane jej z Sorbony. Przeszkadzała im zarazem tendencyjność zajęć, zwłaszcza z socjologii i nauk politycznych. Większość robiła wrażenie wierzących. Gdy ktoś stwierdził, że religie są przeżytkami, dziewczyny protestowały, uważając, że upadek dobrych obyczajów wynika z nieobecności duchownych w edukacji (w tym czasie usuwano religię ze szkół). Lekceważenie norm i chuligaństwo jawiły się im jako ważny problem. Ogólne wrażenie przyjezdnej: ci studenci przypominali jednak swych kolegów z Zachodu. Jej dawny znajomy z Sorbony, przekonany komunista, który w 1952 r. przyjechał do Warszawy i podjął pracę na którejś uczelni, skomentował:

Studenci, których pani spotkała, sądzą, że wszystko im się należy: bezpłatne studia, rozmaite ułatwienia, możliwość awansu zawodowego, teraz i w przyszłości. Nie mają pojęcia, jak trudno było kiedyś synowi chłopskiemu zdać maturę i otrzymać dyplom uniwersytecki” . Zamiast dziękować, krytykują wszystko z zupełną, nieraz irytującą beztroską468.

Były to, jak się zdaje, osądy dość typowe dla ówczesnego establishmentu.

Na kongresie ZSP w marcu 1960 r. wypowiedział się na ten temat Gomułka w sposób, który brzmieć będzie ponuro osiem lat później. Mówił o „moralnym długu”, zaciągniętym przez studentów kształconych na koszt (odpowiednie sumy wyliczał) „klasy robotniczej i narodu”. Uświadomienie sobie tego faktu winno wynikać z zaznajomienia się na studiach z podstawami marksizmu-leninizmu. Szef partii wątpił w sensowność spontanicznego kształtowania się zainteresowań młodych ludzi. Należy „zmienić” ich zapatrywania, zrobić z nich uczestników rewolucji naukowo-technicznej, wysuwającej na czoło nauki ścisłe. Jedną z przyczyn zacofania Polski był przecież „kult dla humanistyki, dla sztuki, dla zawodów niezwiązanych bezpośrednio z produkcją”. Tymczasem szkolnictwo wyższe wciąż jest od niej oddalone i cechuje się niską sprawnością. Dojrzała konieczność reformy469. Dwa lata później na plenum KC PZPR krytykowano w podobnym duchu postawy studentów. Wielu nie umie lub nie chce włączyć się w nurt budownictwa socjalizmu. Witold Jarosiński powiadał, że wciąż spotyka się na uczelniach typ „smutnych brodaczy”, pozujących na egzystencjalistów470.

Politycy PRL nie mieli zamiaru prowadzić walki z brodami, jaką podejmą ich rumuńscy towarzysze, jednak niewątpliwie ten symbol nonkonformizmu pasował do kreślonej przez nich sylwetki przeciwnika. Nie był to „wróg”, jakim straszono dekadę wcześniej, lecz raczej młody człowiek, któremu przewróciło się w głowie w warunkach względnego dostatku i pod wpływem miazmatów kultury zachodniej. Tego rodzaju wypowiedzi oddawały zarówno potrzeby polityczne, jak ogólniejsze niezrozumienie międzypokoleniowe: „wojnę domową”. Studentom zarzucano zarazem bierność i „apolityczność”, jak czynił to na łamach „Itd” Jerzy Putrament. Oznaczało to jednak nie apel o nonkonformizm, lecz o udział w oficjalnych strukturach. Pisarz uznawał za fakt pozytywny, że studenci nie znają przedwojennych emocji walki politycznej (z pewnych względów nie wspomniał o własnym w niej udziale), lecz potępiał właściwy im „snobizm na swobodę obyczajów”. Hałaśliwi mieszkańcy sąsiedniego domu studenckiego zakłócali sen autorowi Rzeczywistości471.

* * *

Uniwersytet lat 60. to arena wystąpień „komandosów”, to środowisko Kuronia i Modzelewskiego, to forum krytyki politycznej, formułowanej przez Kołakowskiego czy Pomiana. Uniwersytet kojarzy się z masowym udziałem studentów w zajściach marca 1968 r. Wydarzenia te i zjawiska, szczegółowo analizowane przez Andrzeja Friszkego, sytuują uczelnię na mentalnej mapie historii PRL472. Zarazem wiele źródeł obrazuje inny charakter uczelnianego życia w okresie rządów Gomułki, naznaczonego raczej przez „małą stabilizację”, jeśli przez to rozumieć zanurzenie w codzienności, obojętność wobec polityki, unikanie życia publicznego innego niż seanse kinowe czy potańcówki. Niewątpliwie taka dwoistość obrazu jest immanentną cechą życia społecznego, a może zwłaszcza studenckiego. Wydaje się zarazem, że w latach 60. była ona szczególnie wyraźna. Po dwóch dekadach wielkiego zamętu egzystencjalnego lata te przyniosły mieszkańcom Polski uspokojenie, widoczne także w aspiracjach studentów, układających się we wspomniany prywatno-kameralny wzór. Ci młodzi ludzie żyli w przeważającej większości lepiej niż ich rodzice; nie zaznali ani ich strachów, ani materialnej nędzy. Zarazem nie byli podatni na zapał ideologiczny i tym różnili się od swych nieco starszych kolegów.

Zjawiska te objawiły się w szerokich badaniach socjologicznych, prowadzonych w 1958 r. wśród studentów warszawskich przez zespół pod kierunkiem Stefana Nowaka. Wprawdzie połowa pytanych deklarowała zainteresowanie działalnością społeczną, lecz traktowaną raczej w charakterze pracy organicznej niż jakiejś ideowej przebudowy. Za marksistów uznało siebie bez wahania 2%, „raczej” marksistami było 11%, nie potrafiło tego określić 17%, raczej nie było 34% i zdecydowanie nie także 34% (brakujący procent to brak odpowiedzi). Oto miara fiaska operacji ideologicznej, jaką próbowano przeprowadzić na młodym pokoleniu. Zaznaczmy, że na tym tle UW wydawał się stosunkowo mocnym zapleczem poglądów marksistowskich (22% pozytywnych odpowiedzi). Ogólnie biorąc, dla studentów marksizm stanowił pewien punkt odniesienia, ale o mniejszym znaczeniu niż tradycyjne kategorie tożsamości: rodzina i ojczyzna. Z nimi właśnie wiązano na ogół zadania tzw. działalności społecznej. Pytania o poparcie dla „jakiejś formy socjalizmu” musiały być traktowane jako wyraźniej polityczne, co zapewne wpłynęło na odpowiedzi, lecz nie w taki sposób, aby zamazać ich wymowę. Oto 68% studentów warszawskich deklarowało to poparcie, ale 19% przyznało, że nie ma zdania, zaś 11% wyrażało stanowisko negatywne. Za najbliższy socjalizmowi kraj uznawali studenci Jugosławię, na drugim miejscu ZSRR, ale z mniejszą o połowę ilością wskazań, następnie Polskę, Szwecję i Chiny. Sąsiednie kraje „bratnie” nie wydawały się inspirujące, ukazując cechy „okresu minionego”. Aż 71% pytanych studentów miało raczej negatywny stosunek do pierwszej dekady powojennej Polski. Państwo, sądzili, nie powinno ograniczać swobód obywatelskich, chyba że w sytuacjach wyjątkowych. Zarazem zmiany „październikowe” przyjmowane były dość letnio: nastąpiła wskutek nich „pewna poprawa” sytuacji społeczno-gospodarczej. Co znamienne, owa większość uznawała sensowność gospodarki uspołecznionej i nie chciała dopuścić do rynkowej rywalizacji, chyba że w handlu detalicznym. Popularnością cieszyła się nadal „październikowa” idea samorządu pracowniczego473.

Wszystko to zdaje się świadczyć, że większość warszawskiej młodzieży studenckiej chciała żyć niejako obok systemu, unikając zaangażowania i niespecjalnie wierząc w rozmaite publiczne obietnice. Pragnęła przede wszystkim zaspokojenia dość ograniczonych aspiracji osobistych. W badaniach przeprowadzonych w 1960 r. wśród studentów pierwszego roku różnych polskich uczelni mniej niż trzecia część pytanych wskazywała myśl o zawodzie jako pobudkę decyzji o kierunku studiów. Niski odsetek deklarujących zainteresowanie korzyściami materialnymi, jakie mogłyby wyniknąć z wykształcenia (poniżej 8%), świadczył zapewne tyleż o realiach gospodarczych, ile przeświadczeniu o niestosowności tego rodzaju deklaracji. Na zainteresowanie przedmiotem jako główną motywację wyboru studiów wskazywali zwłaszcza historycy, poloniści i matematycy, natomiast np. chemicy częściej na potrzeby rynku pracy. Większość podkreślała swe trudności materialne, ale niewielka część przyznawała, że podejmuje prace dorywcze (13,3%), zaś znikoma (około 1%), że pracuje stale. Warto odnotować także złą ocenę własnego stanu zdrowia: tylko 1 na 10 studentów uznawał, że jest w dobrej kondycji. Jedna czwarta twierdziła, że problemy ze zdrowiem nie pozwalają jej na lepsze wyniki w nauce. Zarazem jedna trzecia uważała, że główną przeszkodą są w tym zakresie „przebałaganienia”, czyli gadanie, karty, kawiarnia. Jedna czwarta deklarowała systematyczną pracę. Wśród rozrywek dominowały łatwe i tanie (dla 60% kino, telewizja i radio), ale deklarowano też chodzenie do teatru i lekturę. Natomiast nikły procent uznał za stosowne twierdzić, że w czasie wolnym realizuje się działając w organizacjach młodzieżowych (3%), a znacznie liczniejsi byli ci, którzy wyznali, że najchętniej wtedy śpią (7,5%) lub piją wódkę i grają w karty (5,6%)474. Większość studentów nie widziała więc potrzeby deklarowania aktywizmu politycznego czy ideowego.

Nie zauważyłam [...] tego, co w połowie lat sześćdziesiątych działo się w łonie PZPR. Nie dostrzegałam wewnętrznych podziałów, rozłamów i fermentów w tej partii. Owszem, obijały mi się o uszy nazwiska Michnika, Kuronia, Modzelewskiego, [...] ale nigdy nie próbowałam dociekać, o co im właściwie chodzi i na czym miałyby czy powinny polegać te pezetpeerowskie reformy

wspomina Jolanta Wachowicz-Makowska, od 1961 r. studentka socjologii UW475. Zapewne perspektywa tej absolwentki liceum Nazaretanek była specyficzna, lecz zarazem ujawniała pewne ogólne prawidłowości. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby dziesięć lat wcześniej udało się w tym stopniu odseparować od życia politycznego. Zjawisko było szersze, a obserwacje socjologów potwierdzały, że zwłaszcza wśród studentek zaszła znacząca zmiana. Przybywało ich na UW (odsetek kobiet wśród przyjętych zwiększył się z 54,2% w 1956 r. do 60,6% 6 lat później), ale cechowała je bierność polityczna i zainteresowanie nauką, a nie „działalnością”. Miały wyższe średnie ocen niż koledzy, natomiast bardzo rzadko robiły kariery w ZSP czy ZMS476. Wpisywało się to w szersze zjawisko powrotu do bardziej tradycyjnego wyboru ról społecznych, obserwowane w Polsce lat 60., a także znacznego pasywizmu politycznego młodego pokolenia.

Opiekun roku na Wydziale Ekonomii pisał w 1964 r., że choć formalnie ZSP obejmuje 90% roku, a ZMS około jednej trzeciej, nie wyczuwa się żadnego tętna, a postawa większości jest „biernie-pozytywna”. Co więcej, był zdania, że studentów cechuje brak „ciekawości życia” oraz „dynamizmu”, co przypisywał niedostatecznej stymulacji ze strony kadry nauczającej477. Wrażenie to mogło być przede wszystkim skutkiem bariery pomiędzy opiekunem a studentami, ale wydaje się znamienne, tym bardziej, że dotyczyło wydziału uchodzącego za dość aktywny politycznie.

W okresie popaździernikowym ZSP deklarował neutralność, uznając, że „nie może być areną tarć światopoglądowych”, a w jego szeregach łączą się „wierzący i ateiści, komuniści i niewyznający tej ideologii”. Skupił się na działalności pomocowej i kulturalnej. Patronował spółdzielni Plastuś, prowadził zespół taneczny, chór, kluby filmowy i literacki. Organizował własne biblioteki wydziałowe, które miały ułatwić korzystanie ze skryptów (mijała dekada od chwili, gdy odebrał księgozbiory kołom naukowym i utrudnił owo korzystanie). Przeważająca większość członków ZSP zachowywała się pasywnie. Dotyczyło to, wbrew nazwie, także aktywu. Prezydium wymieniało wśród swych sukcesów liczne narady i zebrania, przyznając, że na ogół słaby był ich „element dyskusyjny”. Jesienią 1964 r. na plenum Rady Uczelnianej nie uzyskano quorum, a zebranym nie chciało się dyskutować o działalności prezydium. Rada narzekała na bierność, na istnienie „jakiejś próżni” (antycypując tezę Stefana Nowaka o próżni społecznej!), na to, że ludzi trzeba „za kołnierz ciągać” na spotkania, a interesują ich głównie sprawy materialne. „Moje kontakty z ZSP zawsze łączą się z pieniędzmi. Ja płacę składki, oni dają mi pracę w Plastusiu” – potwierdzał w 1965 r. student III roku478.

Zrzeszenie skupiało w 1966 r. 11 tys. członków, przy czym od i960 r. podwoiło swe zastępy. Wynikało to z mechanicznie prowadzonej rekrutacji: nowy student niemal automatycznie otrzymywał legitymację ZSP. Znacznie mniej liczny był Związek Młodzieży Socjalistycznej (około 2200 studentów), lecz rósł szybciej: miał ponad 4 razy więcej członków niż w 1960 r. Warto przypomnieć, że w apogeum stalinizmu ZMP liczyło około 3400 członków (44% studentów). Jak twierdzono w tygodniku „Itd” w 1961 r., w odróżnieniu od masowego ZMP, obecny związek jest organizacją „indywidualistów”479. Było to mało przekonujące i nie odzwierciedlało aspiracji władz, które dążyły do umasowienia organizacji. Równie dynamicznie rozwijały się, choć najpewniej z innych powodów, Akademickie Zespoły Sportowe: 415 zapisanych w 1960 r. i 1648 sześć lat później. Przyrósł także zastęp członków PTTK, z 320 do 510. Trudno było to powiedzieć o pozostałych organizacjach. Związek Młodzieży Wiejskiej skurczył się z 200 do 170 członków. Liczba zapisanych do Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oscylowała między 20 a 25, Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ wzrosła z 34 do 55, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej wahała się między 25 a 50, podobnie jak Koła Kielczan i Dyskusyjnego Klubu Filmowego (nic ponadto nie wiązało chyba tych organizacji). Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej miało w 1966 r. 70 członków, co świadczyło przede wszystkim o braku presji (w 1950 r. na samym Wydziale Weterynarii było o 100 więcej)480. Nie było już, istniejących w 1957 r., Katolickiego Klubu Akademików i Akademickiego Klubu Ateistów. Od tamtego czasu zmieniło się znacznie więcej. Z jednej strony wystygło studenckie życie polityczne, z drugiej – władze starały się odzyskać kontrolę nad młodzieżą. Skutkiem był właśnie wzrost bazy członkowskiej organizacji młodzieżowych, który nie oznaczał wzrostu aktywizmu. Jego wzorem mogły być raczej działania Komandosów.

Wybory do organizacji wydziałowych ZSP wnosiły nieco ożywienia, gdy pojawiały się hasła w rodzaju „Bufet pełen z masłem bułek zapewni ci Antek Sułek” (Filozofia) lub „Co tam spór radziecko-chiński, kiedy w radzie jest Baczyński” (Ekonomia)481. Właśnie na poziomie mniejszych struktur społecznych organizacje dawały poczucie pewnego autentyzmu, głównie dzięki zaangażowaniu konkretnych osób, cenionych w środowisku, czy też potrafiących różne sprawy „załatwić”. Wśród studentów powszechne było jednak przekonanie, że organizacje nie wyrażają ich interesów, opanowane przez wąską grupę działaczy, niekiedy „wiecznych studentów”; że użyteczne bywają jako rozdawcy zapomóg, skierowań na wczasy czy prac w Plastusiu. We wszystkich tych dziedzinach dostrzegano zresztą objawy klientelizmu. „Ja nie lubiłem tego ZSP” – wspomina Marcin Kula, student historii od 1960 r. Organizacja była pożyteczna, dawała bowiem „czapkę” różnym inicjatywom, które w innym wypadku byłoby trudniej zrealizować. Miała jednak „kumplowski” charakter, pełna działaczy zainteresowanych zrobieniem kariery, a dysponujących niemałymi możliwościami, np. w zakresie studenckich wyjazdów zagranicznych. Atrakcyjne wycieczki organizowano na zasadzie „dobierania”.

Robili jakąś wycieczkę, w której ja też miałem brać jednak udział, i poszedłem do takiego szefa chyba wydziałowego (ominę jego nazwisko), i mówię mu, że tak nie można dobierać uczestników, że to nie wolno tak, że się po cichu dobiera w ramach organizacji, która jest jednak dla wszystkich. Jaka była jego reakcja? – „Słuchaj, kogo chcesz wsadzić?”482.

W połowie lat 60. na UW działała znaczna ilość organizacji i kół, ale był to cień aktywności, jaką znał Uniwersytet lat 40. i czasów Października. W 1964 r. aktywnych było 18 kół naukowych, o 5 mniej niż w 1948 r., a wielokrotnie mniej pod względem ilości członków. Wystarczy wspomnieć, że samo Koło Medyków skupiało pod koniec lat 40. ponad 1000 osób, gdy wszystkie koła AD 1964 około 800. Największe z nich, Koło Młodych Prawników, miało 83 członków (w 1948 r. – 723), a np. koło Penitencjarne (uznawane za bardzo aktywne) – 80, Polonistów – 77 (w 1948 r. – 300), Anglistów – 60 (w 1948 r. – 146), Historyków – 50 (w 1948 r. – 241), Historyków Sztuki – 48, Geologów – 56 i Geografów – 46 (Koło Geografów i Geologów miało w 1948 r. 150 członków) 483. Rola kół i stowarzyszeń studenckich była zupełnie inna niż kilkanaście lat wcześniej. Nie stanowiły one dla swych członków tak istotnego oparcia, przede wszystkim z powodu utraty funkcji samopomocowej. Miały natomiast znaczenie dla rozwijania zainteresowań, niejednokrotnie dawały możliwość wyjazdu krajoznawczego, a nawet zagranicznego. Ten ostatni aspekt był niewątpliwie kluczowy w działaniu ogólnokrajowego Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ. W latach 1967–1969 wstrząsały nim konflikty, związane z wymuszoną reorganizacją, spowodowaną ucieczką za granicę szefa stowarzyszenia i sprawą tzw. przekroczeń dewizowych jednego z działaczy na UW. Kołu uniwersyteckiemu zarzucano „elitaryzm”, czyli – czytając między wierszami – powstanie układu, który miał korzystać z możliwości stworzonych stowarzyszeniu484. Nihil novi sub sole, lecz sprawa wydaje się dość znamienna dla atmosfery społecznej lat 60. Ukazuje chyba próby torowania sobie drogi do sukcesu w rzeczywistości, która niewiele obiecywała.

* * *

Symbolem studenckich aspiracji był „człowiek kulturalny”, korzystający z możliwości, jakie daje wielkie miasto, zaś negatywnym punktem odniesienia „półinteligent”. Studentka historii na UW pochodzenia robotniczego przyznawała, że sam fakt pójścia na uczelnię służy poznaniu własnych możliwości oraz stołecznego życia. Nie miała wyobrażeń o przyszłej pracy, nie chciała być pedagogiem ani naukowcem. Pragnęła „pozostać w Warszawie, albo mieszkać w innym większym mieście”. Nie było to podejście odpowiadające intencjom władz, które obwarowały stolicę surowymi przepisami meldunkowymi i oczekiwały konkretnych efektów kształcenia. Jednostkowe aspiracje miały charakter mniej określony, naznaczone przeważnie przez wzorzec „kulturalnego życia”. Wśród ankietowanych studentów znajdowali się jednak również rygoryści, dokładnie wiedzący, czego chcą, i przekonani o zbyt miękkim stosunku uczelni do ich kolegów: „Na ćwiczeniach asystenci powinni dawać prace domowe i egzekwować je. Studenci mają przeważnie naturę leniwą, należy ich zmuszać do nauki” – pisał student matematyki485.

Ten autorytarny punkt widzenia odpowiadał często studentom pochodzenia chłopskiego, którzy podchodzili do studiowania z ponadprzeciętną motywacją i osiągali niezłe wyniki, nadreprezentowani wśród studenckiej elity486. Studia postrzegali jako drogę do awansu społecznego, czy to wspierani przez rodziców, czy chcący o nich zapomnieć. Był to typ studenta skłonnego do uporczywego „rycia” w czterech ścianach akademika, nielubiącego, aby przeszkadzali mu rozrywkowi koledzy, i nierzadko ściągającego na siebie drwinę, podszytą lekceważeniem dla wiejskiego pochodzenia487. Bywało to doświadczeniem bolesnym.

Rani mnie w niczym nieusprawiedliwiony i nieuzasadniony, barbarzyński wprost stosunek środowiska miejskiego do studentów pochodzących ze wsi. Mam na myśli oczywiście stosunek studentów pochodzących z miast, którzy wprost na miarę hitlerowskiego rasizmu odnoszą się do tych, których rodzice żywią i bronią tych głupkowatych „inteligentów” miejskich. [...] Najlepsza propozycja to co najmniej dwuletni staż pracy na roli, dla tych, którzy ludzi pochodzących ze wsi uważają za coś gorszego od siebie

mówił student w 1960 r.488 Na różnych zebraniach formułowano żądania, by chłopów, żyjących rzekomo kosztem miasta, zmusić do wydajniejszej pracy. Rozmaite niedobory, dręczące ludność zurbanizowaną – począwszy od braków mięsa, a skończywszy na brakach miejsc w akademikach – wiązano z domniemaną chytrością chłopów i ich dążeniami do osadzenia dzieci w mieście. To drugie było prawdą, aczkolwiek nie musiało oznaczać aspiracji związanych ze studiami. Odsetek młodzieży wiejskiego pochodzenia wśród studentów spadał, co wynikało z pewnością nie tylko z ogólnych zmian demograficznych (około 1965 r. zaludnienie miast i wsi PRL zrównało się). W 1953 r. odsetek ten wynosił na uczelniach podlegających Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego 25,4%, a 3 lata później 22,1%, co tłumaczono zmianą kryteriów przyjmowania na studia: osłabło znaczenie pochodzenia społecznego, a wzrosło – egzaminu. Wśród studentów przyjętych na UW w 1956 r. 14,6% pochodziło z rodzin chłopskich, znacznie poniżej średniej. W 1962 r. odsetek wynosił 10,8%, a 5 lat później (mimo preferencji, zwanych „punktami za pochodzenie”) – 8,8%. Nie było ani jednego studenta pochodzenia chłopskiego na pierwszym roku historii sztuki czy muzykologii; na geografii wskaźnik wyniósł 3,8%, na historii, socjologii i filologiach około 7%, ale na naukach politycznych 19,3%. Inny rodzaj danych obrazował, być może, przyczyny stygmatyzacji, na jaką skarżył się cytowany wyżej student. W latach 1959–1960 tylko około 2% kandydatów na UW skończyło średnie szkoły wiejskie, co było wskaźnikiem znacznie niższym od notowanego na UMCS (6,7%) czy KUL (4,6%), ale wyższym niż na UJ (1,6%), Uniwersytecie Wrocławskim (1,1%) i UAM (0,4%). Zarazem jednak UW miał najwyższy w Polsce wskaźnik kandydatów, którzy skończyli licea wielkomiejskie (ponad 60%, gdy na UJ 44%, na UAM 37,3%). Można przypuszczać, że dystynkcje społeczne w środowisku studentów warszawskich występowały silniej niż gdzie indziej489.

9. Egzamin wstępny Mirosława Wierzchowskiego na studia magisterskie w Instytucie Historycznym UW, lata 60. XX w. Wśród egzaminatorów: Juliusz Łukasiewicz, Aleksander Gieysztor, Ludwik Bazylow, Antoni Mączak

Jak obserwował w 1964 r. opiekun drugiego roku ekonomii Andrzej Jezierski, warunki materialne studentów były bardzo zróżnicowane.

Istnieje grupa osób, która dzięki sytuacji materialnej rodziców posiada bardzo wysoki standard konsumpcji. Wyjazdy zagraniczne, oddzielny pokój, a nawet użytkowany samochód rodziców są w tym środowisku rzeczą normalną, w kontraście do tej grupy wcale licznej pozostaje młodzież z prowincji, mieszkająca w domach akademickich po 5 osób w pokojach obliczanych i przeznaczonych dla trzech mieszkańców. Trudno na drugim roku poznać, czy ktoś jest dzieckiem chłopa, robotnika, czy inteligenta, ale łatwo poznać, czy ktoś ma rodziców zamożnych, czy ubogich. Jedynaczka majstra fabrycznego z Warszawy ma dużo wyższy standard życia niż syn średniej „rangi” urzędnika z prowincji. Przy tych wszystkich różnicach trzeba podkreślić, że poziom materialny nie znajduje odbicia w stosunkach koleżeńskich. Fakt lepszych czy gorszych warunków nauki odbija się za to wyraźnie na wynikach nauczania. Sieroty i półsieroty, dzieci rencistów, utrzymujące się jedynie lub prawie jedynie ze środków pomocy udzielanych studentowi przez państwo, dorabiają sobie korepetycjami, pracą w spółdzielniach studenckich i pracą w lecie490.

* * *

System stypendiów, niskich, lecz masowo przyznawanych, dających już na pierwszym roku oparcie masie studentów-migrantów, zreformowano w 1956 r. Zmniejszono zakres pomocy. Ilość stypendystów spadła w skali kraju do 54% studentów (na UW było ich 3827 na 6044 studiujących w czerwcu 1958 r.). Przysługiwały począwszy od drugiego roku studiów (340–440 zł). W 1959 r. wrócono do stypendiowania I roku, choć najniższą stawką (300 zł), na wyższych latach otrzymywało się 450–550 zł, naukowego – 850 zł, zasiłki – 500 zł, a także bony stołówkowe i mieszkaniowe (90–575 zł). Największą zmianą było pojawienie się w latach 1959–1960 stypendiów fundowanych. Wypłacały je Rady Narodowe, przedsiębiorstwa i inne instytucje, podpisując ze studentami indywidualne umowy i zobowiązując się do ich zatrudnienia. Zwane wśród studentów „fundami”, były one efektem inicjatywy społecznej z okresu dyskusji popaździernikowych. Cieszyły się znacznym zainteresowaniem i wkrótce stanowiły niemal połowę wszystkich stypendiów. Wydawały się rozsądnym systemem nawiązywania relacji pomiędzy studentami a pracodawcami; pierwszym zabezpieczały byt na studiach i dawały jasną perspektywę pracy, drugim pozwalały w większym stopniu kształtować sobie kadrę. „Fundy” były nieco wyższe od stypendiów państwowych i wypłacane przez okrągły rok, bez przerwy wakacyjnej. Stopniowo zyskiwały sobie jednak gorszą sławę. Więź z pracodawcą była teoretyczna, pośrednikiem zostawał przeciążony sekretariat. Krążyły formularze, a nie istotne wiadomości. Dlatego warunki pracy lub profil absolwentów często nie odpowiadały oczekiwaniom. Prasa studencka wypełniła się opowieściami o losie ludzi rzuconych w miejsca obce i nieprzyjazne, do pracy odległej od wyobrażeń, bez obiecanego mieszkania. Niektóre wydziały dość bezceremonialnie rozdzielały „fundy”, ignorując preferencje studentów, co przypominało praktyki dawniejszych nakazów pracy. Komitet Uczelniany ZMS wydał nawet w 1961 r. odezwę, w której występował o „stworzenie gwarancji zabezpieczających przestrzeganie zasady dobrowolności przy rozdziale stypendiów fundowanych”. Sprawa wywołała też interwencję „Trybuny Ludu”. Jednocześnie władze uznawać zaczęły system stypendium fundowanych za zbyt mało operatywny, gdy nadchodziły roczniki wyżu, niepokojące w bilansach siły roboczej. Dlatego powrócono do idei nakazów pracy. Był to kolejny syndrom usztywniania się polityki reżimu Gomułki, która zdawała się osuwać w koleiny „okresu minionego”, czy też była po prostu, jak żartowano, „okresem neominionym”. W 1964 r. wprowadzono ustawowo tzw. planowe zatrudnianie i „skierowania do pracy” dla absolwentów prawa, matematyki, fizyki, geografii, chemii, ekonomii politycznej, anglistyki i rusycystyki. Oznaczało to ograniczenie znaczenia „fund”, które ratować zaczęły przede wszystkim studentów w szczególnie trudnej sytuacji materialnej491.

Temat biedowania studenckiego trafił, jak wiele podobnych, na szpalty prasy w latach 1956–1957. Pisano o bolesnym oczekiwaniu na wypłatę stypendium; gotowaniu w akademiku zup chlebowych z kostką maggi, lęku przed gruźlicą, zapominaniu o problemach przy „sikaczu” i brydżu492. Jak liczne ówczesne reportaże, układające się w „czarne serie”, także te oddawały tyleż stan rzeczy, ile stan ducha. Zarazem prowadzono analizy i sondy społeczne, które zdawały się potwierdzać ich pesymistyczną wymowę.

Metodą sumowania koniecznych wydatków miesięcznych ZSP oceniło w 1956 r. minimalny budżet studencki na 456,50 zł, w tym 305 zł na żywność. Całe życie towarzyskie studenta odpowiadało w tym zestawieniu cenie 2 słoików dżemu. W minimum nie wliczano zakupu ubrań i innych dóbr trwałych (poza przyborami papierniczymi), podręczników i książek. Wbrew założeniom, stypendia nie zaspokajały minimum i większość studentów musiała polegać na pomocy rodziny lub dorabiać. Tylko dzięki temu średnie dochody studenckie odpowiadały w 1957 r. szacowanemu wówczas minimum (510 zł). Przeciętnie 62% wydatków przeznaczano na żywność, a 4% na pomoce naukowe. Egzystencję studencką, pisano, „charakteryzuje ustawiczne łatanie dziur, niedojadanie, odmawianie sobie pieniędzy nawet na najkonieczniejsze potrzeby”493. Trudno się dziwić, że 60% chorych studentów warszawskich nie wykupywało lekarstw, że w stołówkach znano kategorię „sępów”, starających się wieczorem zdobyć niewykorzystane porcje, że istniał proceder podrabiania bonów obiadowych. Deklarowane rozchody studenckie na UW (526 zł) tylko nieznacznie przewyższały jesienią 1957 r. wspomniany minimalny budżet; najniższe w Warszawie deklarowali studenci SGGW (473 zł), a najwyższe AWF (574 zł). Około 70% studentów przyznawało, że korzysta z pomocy rodziny, otrzymując średnio około 50 zł miesięcznie i 2 razy tyle w naturze. Przeciętny dochód z prac dorywczych oceniano na 33 zł, co odpowiadało miesięcznym wydatkom palaczy na tytoń494. Niewątpliwie rzeczywiste znaczenie tych dochodów było większe, a możliwość ich legalnego organizowania zdawała się pozytywną nowością.

W styczniu 1957 r. zawiązano na UW Studencką Spółdzielnię Usługową, która podzieliła się na sekcje: Plastuś, Tragarz i Korepetycje (4 lata później stanie się, pod nazwą Plastuś, częścią podporządkowanej ZSP spółdzielni Universitas). Natychmiast pojawiła się masa zgłoszeń. Prace przy malowaniu pokojowym, sprzątaniu czy przenoszeniu mebli były odtąd doświadczeniem dość powszechnym, zwłaszcza wśród studentów pozbawionych rodzinnego wsparcia. Bardziej popłatne były korepetycje, przynoszące około 320 zł miesięcznie, niemal równowartość stypendium495. Była to jednak praca bardziej wymagająca i trudniejsza do uzyskania. W latach 60. działalność Plastusia między innymi z tego powodu podlegała krytyce. Student narzekał, że spółdzielnia potrąca mu 35% zarobku, nie dając poczucia przejrzystości działania. „Jak tylko znajdą się korepetycje, to dostają je znajomi. Ja na ogół wiórkuję podłogi i myję okna. Co się dzieje z ponad 1/3 moich zarobków – nie wiem”496. Dorabiający woleli kontrolować swe dochody, poszukiwali więc sami klientów do korepetycji lub zakładali nieformalne spółdzielnie. W prasie pojawiały się ogłoszenia: „Korepetycji udzielają studenci. Wszystkie przedmioty ogólnokształcące. Młodzież, dorośli”; „Studenci udzielają korepetycji, zakres szkoły średniej”497.

Istniały inne nieformalne metody zarobkowania. Były to wciąż karty: „Jeden [...] dorobił się na kartach ubrania, co zresztą z dumą podkreśla”498. Znajdowano „jeleni”, których – pisał świadek – wytrawni gracze

najpierw uczą [...], potem ogrywają. Część adeptów po przedbiegach odpada, przegrywając, jak na przykład mój przyjaciel Jurek S. garnitur i zegarek, który otrzymał od dziadka po ukończeniu szkoły podstawowej. Pozostałych zabawa porywa. Stają się oni w przyszłości tymi, którzy naciągają pierwszorocznych. [...] W 1963 roku jeden ze studentów bardzo się zdenerwował i poszedł do dziekana swojego wydziału. Przegrał bowiem z kolegami garnitur oraz 1000 zł. Odbyło się posiedzenie Komisji Dyscyplinarnej. Garnitur wrócił do właściciela.

Ten jednak spłacał następnie w ratach jego równowartość: inaczej

podlegałby moralnemu i fizycznemu naciskowi ze strony otoczenia. Co więcej, musiałby kupić żelazny kuferek zamykany na szyfrową kłódkę, ażeby uniemożliwić kolegom odebranie przedmiotów wartości przegranego garnituru. Rzadkie są wypadki niewypłacalności. Kazimierz B. – dziś doktor filozofii – spłacał swemu koledze 24 tysiące złotych. Już spłacił499.

Datą znaczącą był piąty każdego miesiąca, gdy studenci ściągali do podziemi Auditorium Maximum, aby po odstaniu paru kwadransów w kolejce otrzymać z kasy „górnika” i kilka „Kościuszków” (banknot 500 zł i monety 10-złotowe). Otwierał się wtedy krótki okres lepszego życia, którego atrybutami mogły być papierosy caro, kiełbasa szynkowa, kawa w Harendzie, bilety do teatru. Stypendium rozchodziło się szybko. Za posiłki na przyszły miesiąc trzeba było oddać trzy „czerwońce” (300 zł). Następowały starania o prace dorywcze w rodzaju wiórkowania podłóg czy noszenia mebli. Koniec miesiąca kojarzył się już z paleniem sportów i pożyczaniem pieniędzy, a także typowym uzupełnianiem stołówkowych posiłków: chlebem, dżemem i herbatą500.

Sytuacja „na odcinku stołówek” nie poprawiła się tak, jak na to liczono w 1957 r., gdy odwracano częściowo stalinowską „reorganizację”, polegającą na odebraniu stołówek Bratniakowi i przekazaniu ich WSS „Społem”. Teraz ponownie związano je z uczelniami, powołując do życia przedsiębiorstwo Stołówki i Bufety Studenckie (jako Gospodarstwo Pomocnicze przy SGPiS). Gotowano jednak wciąż tak, jak na to pozwalały sztywne stawki żywieniowe i prowizoryczne lokalizacje w suterenach akademików. W 1959 r. uniwersyteccy lustratorzy pisali, że w stołówce przy ul. Kickiego „żywność jest nikła i gatunkowo niedobra”; przy ul. Anielewicza w pomieszczeniu o „lichym oświetleniu dziennym, z betonową posadzką, bez wentylacji” obiera się ręcznie góry ziemniaków, przy ul. Madalińskiego należy przynajmniej wyposażyć stołówkę w noże, „aby młode pokolenie inteligencji polskiej nie rozdzielało mięsa za pomocą widelców i palców”. W tym czasie dostateczna była tylko liczba bonów stołówkowych. Starczało ich do 1964 r., gdy nastąpił napływ „wyżu” na studia501.

Uniwersytet prowadził wówczas pięć stołówek. Największa, „Stołówka nr 1” przy Krakowskim Przedmieściu (od końca lat 50. działająca na piętrze tylnej części dawnego Szpitala św. Rocha) wydawała dziennie około 1,5 tys. obiadów. Kojarzyła się z kolejkami na schodach, rozkradaniem noży (na ich odkupienie ogłoszono nieskuteczną zbiórkę wśród studentów), oraz fałszowaniem numerków obiadowych. Przerabiano „czwórki” (symbol stołówki przy ul. Kickiego) na „jedynki”, aby oszczędzić sobie podróży na Grochów. Student był bowiem przypisany do określonej stołówki. Ta przy ul. Kickiego obsługiwała mieszkańców akademików; była obciążona przy śniadaniach i kolacjach (około 800 zestawów dziennie), choć na ogół wolna od kolejek. Kradzieże miały w niej jednak szczególne rozmiary: „wyniesiono” niemal wszystkie widelce. Na Jelonkach kilkadziesiąt stołów, przy których spożywano 1800 obiadów dziennie, sprzątała jedna osoba. Łatwo wyobrazić sobie efekty. Stołówka jednak funkcjonowała. Tę w akademiku przy ul. Anielewicza zamknął w 1965 r. sanepid z powodu niedostosowania pomieszczeń. Przy ul. Madalińskiego problem ginięcia zastawy próbowano zmniejszyć, wprowadzając karę 10 zł za każde znalezione w pokoju akademikowym naczynie ze stołówki; zaczęto je więc znajdować w łazienkach i na korytarzach. Solniczek nie odnajdowano wcale.

Stawka dziennego wyżywienia studenta, określona administracyjnie, wynosiła w 1960 r. 16,5 zł, a w 1966 r. – 18,5 zł. Student płacił 8–10 zł, resztę pokrywało ministerstwo i uczelnie. Stawki nie można było przekroczyć, miała odpowiadać budżetom studenckim i możliwościom ministerstwa, dopłacającego do wyżywienia połowy studentów PRL. Obiady uchodziły za „cienkie”, nie tylko z powodu niskiej stawki. Nawet gdyby została ona znacznie podniesiona, nie spowodowałoby to poprawy zaopatrzenia. Kierowniczka stołówki (niemal zawsze była to kobieta) nie miała prawa dokonywać zakupów na rynku i zdana była na to, co przywieziono z centralnych magazynów. Zwłaszcza mięso, wędliny i mleko bywały w niedostatecznej ilości i jakości, lecz kierowniczce nie zależało na konflikcie z zaopatrzeniowcem. Na ogół się „dogadywali”, zapewniając jaki taki towar. Praktyki dostaw były ilustracją działania systemu gospodarczego PRL, podobnie jak metody zwalczania jego patologii: kontrole, komisje, narady, książki skarg i zażaleń502.

Problem stołówek wiązał się z nader ograniczoną ofertą publiczną. Na UW nie istniał, poza Klubem Profesorskim, żaden bufet. Studenci chodzili do barów mlecznych, na śledzia z chlebem do Harendy (3 zł w 1965 r.), do baru garmażeryjnego przy ul. Świętokrzyskiej, do Dziekanki, w której wydawano obiady abonamentowe: „Duża przestronna sala, przy stolikach brodate postacie, dziewczyny w stylu «mini-jupe» [...]” (1966). Po wypłatach stypendium wydawano więcej na kawę, ciastka, alkohol: ożywiały się studenckie „trasy” miejskie. W pobliżu bramy uniwersyteckiej znajdował się „Staropol”, czyli bar Staropolski, w którym panował – jak relacjonował Emil Morgiewicz – „zapach gotowanej golonki, przemieszany z pijackim odorem, którym zieją wychodzący wozacy”. Przesiadywali tam także aktorzy z Teatru Polskiego. Działała czarna giełda. Wśród bywalców byli studenci, dla których lokal ten był jednym z punktów na szlaku Krakowskiego Przedmieścia. Inne ważne punkty to sąsiedni sklep, w którym można było wypić piwo (zwany potocznie „Pod Chrystuskiem” i „Pod Palcem”, bo na jego wejście zdawała się wskazywać figura spod kościoła św. Krzyża), budka z piwem na skwerze obok pomnika Kopernika (zwana „przy Uczonym”; wiedziano, że piwo bywa wzmacniane nielegalnie dolewaną wódką), a dalej w stronę pl. Zamkowego – Dziekanka, zaś przy Rynku Starego Miasta – zadymiona winiarnia Fukier oraz Manekin w wymalowanej fantazyjnie piwnicy503. Bezalkoholowe trasy wiodły między barami mlecznymi (zwłaszcza Uniwersyteckim w pobliżu bramy głównej i dwoma przy Nowym Świecie) i cukierniami (od Pomianowskiego do Bliklego) ku kawiarni Alhambra w Al. Ujazdowskich, w której podawano słodką, parzoną w piasku kawę, i atrakcyjnej herbaciarni Gong przy tejże ulicy504. Inne jeszcze trasy związane były ze studenckimi klubami, które od 1956 r. były znakami kulturalnej emancypacji studentów.

Kultura studencka

„Myśmy zrobili Październik, a wy kręcicie nogą w Hybrydach” – taką uwagę zapamiętała z jednego ze spotkań towarzyskich u schyłku lat 60. Anda Rottenberg505. Wypowiedź symboliczna, oddająca zarówno głębokie rozczarowanie nieco starszego pokolenia, jak pomyślny, mimo wszystko, los nieco młodszego.

Klub Hybrydy otwarto 1 II 1957 r. w neorenesansowym domu przy ul. Mokotowskiej 48, który 100 lat wcześniej należał do Józefa I. Kraszewskiego. Nazwa nawiązywała do tytułu jednej z jego niezliczonych powieści. Pomysłodawcami byli działacze studenccy Andrzej Pniewski i Józef Waczków. W maju otwarto muzyczny Hot Club, do którego Jan Borkowski ściągał zespoły jazzowe, promując całą serię wybitnych muzyków. Ekipa Hybryd współorganizowała międzynarodowy festiwal Jazz 1958, który przybrał formę cykliczną jako Jazz Jamboree, czyniąc z Warszawy istotny punkt na mapie jazzowej Europy. Obok znakomitości muzycznych, w Hybrydach rozwinęła się plejada twórców kabaretowych, piosenkarzy, tekściarzy i poetów506. Wytworzyły się kręgi bywalców, niektóre z nich wyraźnie elitarne. Krzysztof Mroziewicz wspomina o nocnym „klubie klubu” dla wybranych. „Szklaneczka czy kieliszek w dobrym towarzystwie – tak wyglądało to «pijaństwo» studenckie” – dodaje507. Nie wszyscy są tego zdania. „Wprawdzie pijanych i awanturujących się studentów wyrzucano za drzwi, ale podchmieleni zostawali i nadawali ton imprezom” – wspomina dawna studentka socjologii atmosferę Hybryd508. Klub zajmował trzy kondygnacje budynku drogiego w utrzymaniu, więc szukał dochodów, intensyfikując działalność rozrywkową. Powstała sala bilardowa, sprowadzono szafy grające, trzy razy w tygodniu odbywały się imprezy taneczne, oblegane przez publiczność, która gromadziła się na chodniku i dobijała do wejścia. Studentów wpuszczano za okazaniem legitymacji, ale od bywalców i piękności nie żądano dokumentów. Wokół Hybryd kształtować się zaczęła aura ekskluzywizmu i lepszego życia. Najatrakcyjniejsze dziewczyny „wyjęte”, jak mawiali studenci, z potańcówek w akademikach pokazywały się tam u boku młodzieńców dysponujących gotówką i obcokrajowców. W prasie pojawiały się nieprzychylne teksty o skupisku złotej młodzieży. „We wszystkich warszawskich sklepach z obuwiem nie widziałam tylu długich «kozaków» co tutaj jednego wieczoru” – opisywała reporterka „Sztandaru Młodych”. Przed Hybrydami w dni imprez trudno było zaparkować, co w Warszawie stanowiło wciąż wydarzenie. Równie duże wrażenie robił na publiczności zarówno widok podjeżdżających (i zawsze wpuszczanych) cudzoziemców, jak fakt, że autami dysponowali także studenci. „Są w stolicy synowie takich tatusiów, którzy fundują kluczyki na karnawałowe popołudnie, niech tam chłopak zada szyku” – pisała reporterka w 1967 r.509 Rok później tego rodzaju opisy wejdą do repertuaru „marcowej” propagandy.

Instytucji o statusie Hybryd, czyli tzw. klubów środowiskowych podlegających radom okręgowym ZSP, było w Polsce 6 (także gdański Żak, Odnowa w Poznaniu, Pałacyk we Wrocławiu, Kontrasty w Szczecinie, Pod Jaszczurami w Krakowie). Istniała także sieć 77 klubów uczelnianych, z tego 23 w Warszawie. Były to w pustoszejącej wieczorami stolicy ogniska życia, mające swe elity i rój ciekawych, cisnących się do wejść, co pokazał Andrzej Wajda w filmie Polowanie na muchy (1969). Uniwersytet prowadził klub w Domu Studenta przy Krakowskim Przedmieściu, Ubab w żeńskim domu przy ul. Kickiego, kluby w akademikach przy ulicach Anielewicza i Madalińskiego. Nie mogły one rywalizować z politechnicznymi klubami Stodoła i Architekci. Wszystkie one działały pod patronatem ZSP, który tyleż chronił względną swobodę zabawy i twórczości, ile podporządkowywał kluby kadrze działaczy coraz mniej mających wspólnego z żywiołowym, „popaździernikowym” życiem studenckim. Kluby wywoływały raczej kontrowersje obyczajowe niż polityczne. Sposób tańczenia i rodzaj muzyki nie prowokowały już ataków ideologicznych, jakie pamiętano z pierwszej połowy lat 50.

Złą sławę zyskał pierwszy klub prowadzony przez UW (zapewne od 1956 r.) przy Krakowskim Przedmieściu 8. W lokalu dawnej kawiarni Teatralnej utworzono stołówkę studencką, która wieczorami przekształcała się w miejsce klubowe, zwane „Kawiarnią”. ZSP organizował tam spotkania okolicznościowe, regularnie odbywały się tańce. W 1957 r. wpuszczano wszystkich, należało tylko zapłacić 10 zł, i ten brak selekcji prowadzić miał do opisywanych w prasie incydentów510. „Kawiarnia” dała się we znaki mieszkańcom kamienicy, którzy w grudniu 1958 r. napisali skargę do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, zapewne z przesadą, właściwą tego typu interwencjom. Twierdzili, że „dalsze zamieszkiwanie na posesji [...] stało się zupełnie niemożliwe”, ponieważ lokal studencki jest wieczorami skupiskiem pijanych,

którzy dopuszczają się jak najbardziej jaskrawych i niemoralnych ekscesów. Publiczne załatwianie czynności fizjologicznych i to wobec przechodzących lokatorek domu, niemoralne sceny na oświetlonym podwóreczku i klatce schodowej są na porządku dziennym. Na całej posesji rozlegają się ustawiczne wrzaski i wyzwiska, a cała nieruchomość, tj. podwórko, klatka schodowa i korytarze pełne są ekskrementów, śladów wymiotów i innych nieczystości. [...] Na skutek używania klubu do późnych godzin nocnych brama wejściowa w ogóle nie jest zamykana, tak że lokatorzy nie tylko zmuszeni są do znoszenia ustawicznych awantur i antysanitarnych warunków, ale pozbawieni są najelementarniejszego bezpieczeństwa. Przed kilkoma dniami dokonane zostało włamanie do firmy „Roman Pomianowski – Pracownia Wyrobów Cukierniczych”, mieszczącej się w głębi posesji [...]. Ten gorszący stan rzeczy trwa już od szeregu miesięcy i mimo że Klub studencki znajduje się tuż obok Uniwersytetu, żadna organizacja studencka ani władze uniwersyteckie nie interesują się organizacją i działalnością klubu, która jest tak rażąca [i] demoralizująca, że budzi powszechne zgorszenie i potępienie511.

Lokal zniknął wkrótce z Krakowskiego Przedmieścia; pojawił się w tym miejscu wspomniany już „Staropol” (ciekawe, czy ulżył lokatorom). W pobliskim gmachu Szpitala św. Rocha otwarto natomiast 8 X 1961 r. Klub Studencki UW.

Klub stał się terenem działalności bardzo intensywnej, sądząc przynajmniej ze sprawozdań: wieczorów muzycznych, występów Teatru Poezji, Teatrzyku 2x1 i Kabaretu z Jamnikiem, spotkań z reżyserami, działaczami i publicystami, dyskusji o „bardziej awangardowych sztukach teatralnych”, kursów tańca i zabaw. Zorganizowano Salon Debiutów, czyli galerię, w której prezentowali swe prace młodzi plastycy (Ministerstwo Kultury kupowało niektóre dla dekoracji akademików). Jedenaście wystaw (od marca 1962 r. do lutego 1963 r.) obejrzało około 4 tys. osób, co wskazywało na ruch umiarkowany, a łączna publiczność stu wieczorków w Klubie liczyła około 15 tys. Trudno ocenić, jakie było wzięcie poszczególnych imprez. Wiadomo, że zrezygnowano po pierwszym spotkaniu z debat o sztuce, „ponieważ studenci UW nie wykazali najmniejszego zainteresowania tego typu dyskusją”512. Tysięczny tłum przyciągnęła natomiast debata o moralności, zorganizowana przez studentów dziennikarstwa, a związana z wiadomością o gwałcie zbiorowym podczas prywatki. Spotkanie trzeba było przenieść do wielkiej sali Auditorium Maximum. W piśmie studenckim skrytykowano „atmosferę wiecu”, jaka się wytworzyła, oraz nieprawomyślne wypowiedzi polityczne niektórych oratorów513. Był początek 1961 r.: mnożyły się sygnały zaostrzenia kursu politycznego. Ten proces, a także zapewne przemiany strukturalne wśród młodzieży akademickiej, wpływały hamująco na tak ożywiony do niedawna ruch półzależnej kultury studenckiej.

W połowie dekady Jerzy Działek, opisując w paryskiej „Kulturze” realia PRL, twierdził, że studenckie kluby i kabarety

straciły na barwach, na żywiołowości, na ostrości politycznej. Pojawili się organizatorzy z urzędu, a za nimi niezbędna biurokracja, cenzura i drętwa mowa. Kabaretowe premiery przestały być wydarzeniem i stały się jeszcze jednym miejscem „gdzie się bywa”

natomiast do klubów przychodzi się „potańczyć, pograć w bilard, w szachy czy brydża, pójść do baru na wino – i to prawie wszystko”514. Wciąż niemało, dodajmy, w zestawieniu z realiami większości „bratnich stolic”, na tle których Warszawa wyróżniać się miała – twierdzili niemal jednomyślnie bywalcy z Zachodu – spontanicznym i otwartym życiem studenckim. O kryzysie klubów pisano jednak nie tylko w organie Jerzego Giedroycia, ale i w prasie warszawskiej. Narzekano na ich „zrównanie w szarzyźnie” lub staczanie się w kierunku „tancbud”, oferujących „parę godzin twista, cienką kawę i niskiej klasy napoje wyskokowe”, czyli tanie wino („alpagę”) i piwo. „Potem ktoś kogoś zgarnie na chatę, gdzie czeka jeszcze dwóch kolesiów – i w porządku”. Sugerowanymi przyczynami kryzysu miała być bezideowość młodzieży, brak pomysłu i problemy materialne. Te były niewątpliwe, skoro jeden z najprężniejszych klubów, przy ul. Anielewicza, posiadał tylko stary fortepian, podarunek od szkoły muzycznej515. Swoje znaczenie miała też naturalna wymiana pokoleń. „To przecież stypa. Hybryd już nie ma. Jedni zostali zawodowcami, inni założyli rodziny, pokończyli studia, rozproszyli się” – stwierdził Wojciech Młynarski, gdy klub obchodził dziesięciolecie516. W 1968 r. Hybrydy przeszły pod zarząd Rady Uczelnianej ZSP UW, stając się klubem uniwersyteckim, co zresztą nie przywróciło im dawnej sławy.

W kulturze studenckiej duże znaczenia miały, obok klubów, radiowęzły. Był to fenomen: w 1964 r. istniało w Polsce 116 studenckich studiów radiowych i ośrodków retransmisji, w których pracowały 2 tys. osób. Program docierał do 60 tys. mieszkańców akademików. Rozwinęły się spektakularnie w drugiej połowie lat 50., zyskując niekiedy poważną aparaturę i – w epoce raczkowania telewizji – poważne znaczenie wśród mieszkańców domów studenckich. W związku z tym około 1960 r. kontrolę nad radiowęzłami obejmował ZSP, co stawało się w wielu wypadkach wygodną „czapką”, pozwalającą na działanie ambitnych zespołów, lecz wywoływało też konflikty. Na Politechnice Krakowskiej rozwiązano radiowęzeł „Nowinki” pod zarzutem niewłaściwej postawy politycznej. W akademikach UW przy ul. Kickiego ograniczono zaś swobodę emisji za krytykę wyboru delegacji ZSP do Francji517. Nie był to jedyny tego rodzaju spór, związany z działaniem „Kickiego Radia”. W 1963 r. w jego audycji ostro oceniono nocne naloty Rady Mieszkanek na pokoje żeńskiego akademika, w których – szukając waletujących – zapalano światło, budzono studentki, żądano legitymacji. Rada Uczelniana ZSP uznała to za niedopuszczalną krytykę, co także zostało odpowiednio skomentowane w programie. Tego rodzaju odgryzanie się sprowokowało „działaczy wyższych szczebli” ZSP do groźby zamknięcia „Kickiego Radia”. W realiach 1963 r. cały ten spór można było wciąż opisać w studenckim tygodniku w duchu zrozumienia dla prowadzących rozgłośnię, a także skomentować w znamienny dla „małej stabilizacji” sposób. Wszystko bowiem rozeszło się po kościach: „Rewolta umarła naturalnie – zobojętniała”518.

Akademiki

Po Październiku uczelnie zyskały swobodę zarządzania akademikami, kwaterując studentów we własnym zakresie. Nie było to zadanie wdzięczne. W rozbudowie akademików zarysowała się stagnacja, zaś ich powierzchnia była stale uszczuplana przez „dzikich lokatorów”, którzy w skali kraju okupowali 700 pokojów. Innym problemem było fizyczne zaniedbanie budynków, w znacznej mierze wynikające z symbolicznych stawek opłat. Do 1960 r. wynosiły one około 10 zł miesięcznie, gdy szacowany koszt utrzymania był dwudziestokrotnie wyższy. Następnie stawki podniesiono radykalnie (choć nadal nie równoważyły kosztów eksploatacji), do 120–180 zł w zależności od standardu pokoju, przy czym w 1961 r. około 95% mieszkańców akademików korzystało z bonu (stypendium) w wysokości 120 zł. Sądzono, że zmiana stawek uświadomi studentom rzeczywiste koszty utrzymania i wpłynie na ich stosunek do mienia społecznego519. Były to chyba mało realistyczne oczekiwania, zwłaszcza z powodu warunków życia w DS-ach. Przyjmowana „wzorcowa” powierzchnia 6 m2 na studenta należała do teorii, nie była respektowana także „minimalna” 4,5 m2, definiowana jako miejsce do spania, ale nie do nauki (lecz przecież uczono się w łóżkach). Pod koniec lat 50. uniwersytety zapewniały przeciętnie 4,3 m2. Czy dla mieszkańca akademika było istotne, że dysponował powierzchnią dwukrotnie większą niż jego kolega dekadę wcześniej?

Co jednak znamienne, we wspomnieniach z życia akademikowego jego materialne trudności są tematem marginalnym. Niewątpliwie młodzi ludzie żyli sprawami bardziej ekscytującymi. Niemała część mieszkańców wyszła zresztą z domów, w których ciasnota czy brak ciepłej wody były oczywistością. Mimo akademikowego ścisku studenci przygarniali wciąż „waletów”, których wyłowić usiłowały różne komisje. Mimo ciasnoty zabiegali o prawo przyjmowania gości w pokojach, a nie tylko w hallach. Mimo ciasnoty spędzali znaczną część życia w domu studenckim, przygotowując się do zajęć, lub też dlatego, że działy się tam ciekawsze rzeczy.

Oto męski akademik przy ul. Kickiego w pierwszej połowie lat 60., zwany „Domem Chłopa”, na zewnątrz i w środku zgrzebny, wypełniony ludźmi ubranymi w podobne swetry i kraciaste koszule, dzielącymi się na tych, którzy otrzymują lub nie otrzymują paczek z domu, dorabiają lub nie, mają dziewczynę lub nie. Gromadzą się na co dzień w stołówce, w soboty na wieczorkach tanecznych, na których gra czasem orkiestra New Orleans Stompers, a rządki studentów podpierają ściany. W pokojach bez końca się gada i uczy. I gra w karty – w niektórych grupkach jest to stały rytm życia („wchodzę!”, „filuję...”), a karciarze stanowią rozpoznawalną społeczność. Inną tworzą esperantyści. Inną kulturyści. Inną jeszcze członkowie neopogańskiego Klanu Ausran, z których jeden, student filologii klasycznej, popisuje się w stołówce znajomością języka praindoeuropejskiego. Wśród masy mieszkańców są ci rozpoznawalni, o których się gada – młodzi poeci, wieczni studenci, „waletujący” i wciąż zmieniający pokoje, pojedynczy cudzoziemcy, czarnoskóry z Afryki, bumelujący repatriant z ZSRR, nazywany „Azjatą”. I gada się oczywiście o mieszkankach przeciwległego domu akademickiego, o sporcie, o japońskich ciężarowcach, którzy przyjechali do Warszawy. Natomiast bardzo rzadko o sprawach politycznych520. „Nie pamiętam jakichś szczególnych sporów światopoglądowych, raczej tańce i romanse. Chodziło się do kina, teatru i kabaretów”, powiada Anda Rottenberg z perspektywy żeńskiego „Kica”521.

Uniwersytet prowadził w 1965 r. pięć akademików, skupiających niespełna trzecią część studentów UW, około 2400, zajmujących 1876 normowanych miejsc. Korzystał ponadto z pul w domach SGPiS i Politechniki oraz 420 miejsc męskich na Jelonkach. Były to więc skupiska dość rozrzucone i może także dlatego nie stały się ogniskami i symbolami działań zbiorowych. Poza epizodami z jesieni 1957 r. wokół politechnicznego Domu Akademickiego, żadne wystąpienia studenckie nie brały w nich swego początku. Ich mieszkańcy byli w stanie rozwijać niepokorną aktywność kulturalną, której symbolem było przez pewien czas „Kickie Radio”, a także tworzyć mikrośrodowiska, trafiające w zakres zainteresowania policji politycznej. Jednak akademiki warszawskie nie zapisały się w historii lat 60. w sposób porównywalny nie tylko z francuskimi, lecz praskimi czy bukareszteńskimi.

Gdy mieszkańcy warszawskich domów studenckich z rzadka mobilizowali się, to przede wszystkim w obronie swych uprawnień. Próby ograniczenia odwiedzin wywołały jesienią 1962 r. protest w „Kicu”; argumentowano w liście zbiorowym do rektora, że wizyty przyczyniają się do poprawy atmosfery i wyników naukowych. Dodać należy, że przyjmowanie gości płci odmiennej możliwe było tylko w hallu, pod surowymi spojrzeniami woźnych, które wypraszały wszystkich o 23.00. Było to przedmiotem zgryźliwych komentarzy prasy studenckiej522. Tematem częściej powracającym niż dokuczliwość nadzoru (która nie mogła wywołać fermentów porównywalnych z tymi, jakie przeżywały akademiki francuskie; nikt w Warszawie nie wspominał o możliwości zniesienia segregacji płciowej), był brak miejsc.

Przez dekadę po 1956 r. zasób akademików UW nie powiększał się. Życie płynęło w nich pod znakiem niedoborów i prowizorek. Świadczył o nich już wygląd zewnętrzny budynków. Te przy ul. Kickiego, Anielewicza i Madalińskiego, oddane do użytku w latach 1952–1956, w połowie następnej dekady wciąż nie miały elewacji i straszyły gołą cegłą. Nie było to jednak ani sytuacją w Warszawie rzadką, ani największym zmartwieniem mieszkańców. Nie była nim także zła, „zbierana ze wszystkich możliwych budów” armatura łazienkowa, ani wady instalacji, sprawiające, że studenci wyższych pięter „rano prawie nigdy nie oglądają wody bieżącej”523. Głównym problemem pozostawało przeludnienie. We wszystkich akademikach przekraczano normy, a mimo to rokrocznie odprawiano znaczną część wnioskujących o zakwaterowanie. W 1962 r. brakowało pół tysiąca miejsc. ZMS wystosował apel do mieszkańców Warszawy o przyjmowanie studentów na kwatery524.

Akademik zapewniał stabilizację w okresie studiów. Wielu nie mogło jej zaznać, nie zyskawszy miejsca i musząc radzić sobie na płytkim rynku mieszkaniowym Warszawy. Na początku roku 1964/1965, który przyniósł szczególne trudności, w prasie pojawiały się drobne ogłoszenia w rodzaju: „Studentka poszukuje pokoju u kulturalnych osób. Możliwość udzielania korepetycji”; „Studentka za mieszkanie w Warszawie zajmie się dzieckiem przez 8 godzin dziennie od rana”; „Student poszukuje pokoju płatnego miesięcznie”; „Studentka pracująca poszukuje pilnie pokoiku przy kulturalnej rodzinie”525. Studenci tłoczyli się także wokół książki ofert kwaterunkowych, dostępnej w pokoiku ZSP przy Krakowskim Przedmieściu. Większość ofert obejmowała okolice podwarszawskie, znacznie tańsze niż pokoje w mieście. Te ostatnie, choć drogie, oferowały zresztą często spartańskie warunki. W 1966 r. o odrapany pokój na Solcu ze starym tapczanem i bez szafy rywalizowało kilkoro studentów, podbijając cenę do 800 zł za miesiąc. Za lokum w przerobionej łazience żądano 500 zł526.

Wszystko, co zostanie poniżej napisane o trudnościach życia akademikowego, należy umieścić w tej właśnie perspektywie. Jaki by nie był, DS stanowił upragniony port dla studenta spoza Warszawy, choć prymitywizm warunków w domach UW wywoływał pewne napięcia, w tym poczucie deprywacji wobec studentów Politechniki, dla których wznoszono w pierwszej połowie lat 60. „superkomfortowy” akademik Riviera527. Tymczasem w akademiku męskim przy ul. Kickiego, w którym zgodnie z normą należałoby lokować najwyżej 512 osób, w 1964 r. mieszkały 634. Połowę z ośmiu pokojów cichej nauki zamieniono na pokoje studenckie, ale zarazem dziewięć pokojów zajmowanych było przez dzikich lokatorów. Budynek wykonano byle jak; codziennością były awarie elektryczne, zapychanie się rur, zaciekanie sufitów i brak ciepłej wody. Niektóre prysznice nieczynne były od lat. Sytuacja ta wynikała nie tylko z nieudolności obsługi. W 1970 r. podawano, że armatura jest stale niszczona „na skutek stawania nogami na deskach sedesowych i na pokrywach” i wnioskowano o przebudowę ustępów na „kucane”528.

W grudniu 1963 r. mieszkańcy Jelonek529 zgłaszali na zebraniu swe doléances, z których wyłaniał się obraz wszechobecnych braków. Niektóre w nikłym stopniu zależały od administracji i samorządu, jak kursy miejskiego autobusu. Na przystanku ustawiały się długie kolejki. Z czekaniem kojarzyła się jednak także stołówka i klub telewizyjny (szukano kluczy, a trwał mecz!). Administracji brakowało „ludzkiego podejścia”, umiała musztrować studentów, ale nie opieszałe ekipy remontowe. Łazienki były w opłakanym stanie, okna nieszczelne, odśnieżanie złe, oświetlenie słabe, śmietniki przepełnione i cuchnące. Administracja z kolei wskazywała na wandalizm studentów. W listopadzie 1964 r. radiowęzeł transmitował do późnej nocy zebranie sprawozdawczo-wyborcze, pełne wzajemnych oskarżeń530. Należało ono do namiastek demokracji, jakie znali obywatele PRL z życia spółdzielni czy komitetów osiedlowych, a jakie sportretuje Marek Piwowski w filmie Rejs.

Życie akademikowe zdawało się skupiać jak w kropli wody problemy społeczeństwa polskiego, nazwane po latach przez Stefana Nowaka „próżnią społeczną”. Był to rozziew między poczuciem przynależności do wspólnoty wielkiej (narodu) i do kręgu rodzinno-towarzyskiego, przy niezwykłej słabości wszelkich pośrednich instytucji (społeczności lokalnych, stowarzyszeń, zrzeszeń)531. Analogiczny charakter miała rzeczywistość DS-ów, oglądana w zwierciadle raportów uniwersyteckich komisji lustracyjnych z 1959 r. Własność publiczna była w domach przy ul. Kickiego „natychmiast zabierana”: sztućce ze stołówki, krzesła i tygodniki trafiały do pokojów. Pokoje cichej nauki przedstawiały „opłakany widok: stół, krzesło lub dwa, papiery na podłodze. W jednym pokoju zastaliśmy materace, na których studentki siedziały ucząc się, zawinięte w koce. Wrażenie ogólne bardzo przykre”. Inne przestrzenie wspólne miały podobną aurę: mroczne korytarze (kradziono żarówki), umywalnie z wiecznie stojącą wodą, toalety w stanie permanentnej awarii. Ogrzewanie było słabe, okna nieszczelne, temperatura wody na ogół „tak niska, że nie można mówić o dokładnym myciu”. Grzano wodę na palnikach kuchennych, stojąc w kolejkach z przyniesionymi z pokojów naczyniami. Poza takimi momentami życie zdawało się uciekać z przestrzeni wspólnych w świat pokojów. Były one nadmiernie zaludnione i przesycone dymem tytoniowym (tym bardziej, że zakładano kocami szpary w oknach), ale tworzyły „maleńkie kółeczka towarzyskie”, które cechowało „duże zżycie” i zarazem małe zainteresowanie światem zewnętrznym, zarówno akademikowym, jak „wielkim”. Studentki pierwszego roku, obserwowała komisja,

czas wolny od wykładów i ćwiczeń spędzają w swych pokojach. Trochę czytają, rozmawiają. I to wszystko. Rzadko bywają w teatrze czy kinie. Nie zwiedzają wystaw. Nie zapoznają się z Warszawą. Gazet i czasopism nie czytają. Zainteresowanie sprawami społecznymi, kulturalnymi czy politycznymi nikłe. [...] Jakiś ubogi poziom życia. Monotonia godzin wolnych od zajęć.

Obserwacje takie pochodziły zwłaszcza z domu żeńskiego, lecz i w męskim zauważono, obok niskiego poziomu higieny, „bierność studentów w sprawach społecznych i kulturalnych”. Na ogół nie mieli pojęcia o działaniach Rad Mieszkańców, a jeśli coś ich interesowało, to przywileje ich członków: „Mają osobne fory w stołówce. Nie podlegają regulaminowi domu studenta co do pory odwiedzin, patrzy się na nich przez palce na mieszkanie w domu studenta mimo niezdanych egzaminów”. Wnioski komisji były autorytarne: zreorganizować rady, zredukować odwiedziny jako czynnik chaosu, żądać od nowych mieszkańców „odpowiedniej wyprawki (serwetka, talerz, nóż, widelec, łyżka itp.)”, zamknąć klub mieszczący się w akademiku żeńskim. Można było napić się w nim kawy i lemoniady (podobno wnoszono wódkę), pograć w brydża, z rzadka wysłuchać odczytu. Członkowie komisji, którzy do niego zajrzeli, zobaczyli zadymione pomieszczenie, w którym grano w karty i robiono gorsze rzeczy, „np. studentka siedziała na kolanach studenta”532.

„Jestem daleki od tzw. pruderii”, zastrzegał opiekun studentek z ramienia Wydziału Pedagogicznego, ale twierdził, że dom żeński nastręcza wiele problemów z powodu „zbyt mocno się objawiającego pociągu [mieszkanek] do kolegów lub innych chłopców”533. Zdarzać się miało „nocowanie” kolegów, powodujące nieraz konflikty w pokojach. Odnotowano też znacznie bardziej bulwersujące, choć marginalne zjawiska. Oto akademik przyciągał panów w pewnym wieku, niekiedy oczekujących wieczorami w samochodach. Komisja odnotowała, że jedna z mieszkanek DS „przechwala się przed koleżankami, że otrzymuje za noc 500 zł”. Portierki opowiadały, że inna zastrzega, „aby po 10-ym nie wpuszczały do niej gości, bo już wtedy nie mają pieniędzy”534. Podobne wątki pojawiały się w reportażach prasowych, kształtujących publiczny obraz akademików. Elementem tego obrazu było także pijaństwo. Jego zakres mogli ocenić harcerze, zbierający butelki na Fundusz Odbudowy Szkół, którzy regularnie odwiedzali ul. Kickiego i nie bywali rozczarowani535.

Obserwacje komisji uczelnianych, zapewne przede wszystkim z powodu ich instytucjonalnego i społecznego usytuowania, różniły się od rozpoznań Stanisława Wąsowicza, który w latach 1960–1962 przygotowywał pracę magisterską o męskim akademiku przy ul. Kickiego. Nie nasuwa ona porównań z teorią próżni społecznej. Przeciwnie, autor określił dom studencki jako „monolit społeczny”, zbudowany na solidarności typu egalitarnego, cechującej się ukrywaniem różnic (przede wszystkim materialnych) i stygmatyzacją odmienności. Studenci powtarzali, że „portkami dziewczyny nie kupisz” i pogardzali „ciułactwem”. Staranniej ubrany mógł usłyszeć, że „oddziabnął się jak dozorca” lub „wystroił się jak ułan”. Deklarowano zainteresowanie raczej sposobem tańczenia partnerki niż jej modnymi pantoflami. Na sobotnie potańcówki większość przychodziła „w swetrach, farmerkach, zdarza się, że nawet w trampkach”. Tego rodzaju styl wynikał niewątpliwie z problemów materialnych, ale mógł mieć cechy etosu plebejskiego, właściwego męskiej społeczności pozostającej na obrzeżu miasta. Cechowała ją standardowość warunków egzystencji: żelazne łóżka, po dwie półki i fragment stołu do dyspozycji, telewizor „w zadymionym podziemiu”. Istniała wszakże grupa studentów lepiej sytuowanych, silniej związanych z miastem, do którego lokali i teatrów chadzali, niewyróżniających się na co dzień, ale w niedziele i na imprezy zakładających garnitury536.

„Mała destabilizacja”537

W połowie lat 60. pokolenie wyżu demograficznego napierało na zakłady pracy, fundusze socjalne i mieszkaniowe, na studia i akademiki. Względna stabilizacja materialna uczelni, osiągnięta około 1960 r., załamywała się. Objawy ostrego niedoboru występować zaczęły w roku akademickim 1962/1963, a spodziewano się większych kłopotów. Kurczyła się przestrzeń życiowa statystycznego mieszkańca akademika. W Olsztynie sięgnęła jesienią 1962 r. 1,8 m2, na niektórych uczelniach Krakowa poniżej 3 m2, na UW 3,1 m2. Likwidowano pokoje cichej nauki, świetlice, izolatki, pokoje sanitarne, wypełniając je łóżkami. Mimo to dla studentów UW brakowało pół tysiąca miejsc. Z kraju płynęły złe wiadomości. Niektóre pokoje akademików krakowskich zamieszkiwało ponad 20 osób. W Katowicach, Poznaniu i Krakowie milicja informowała o studentach nocujących na dworcach. Starano się organizować kwatery prywatne, w Gliwicach i Szczecinie przysposobić budynki hoteli robotniczych, w Toruniu szwalnię, w Warszawie reaktywować akademiki przy Tamce i Elekcyjnej. Równie poważna sytuacja zapanowała w sferze żywienia. W Polsce istniało 107 stołówek studenckich, w większości przeciążonych i prowizorycznie ulokowanych (zwykle w suterenach). W zasadzie nie otwierano nowych (w 1962 r. jedną). Studentów zaś przybywało, dotacje nie zmieniały się, ceny żywności rosły. Znikły „dostawy zagraniczne”, które poprawiały sytuację po Październiku: mleko w proszku, ryż, kakao, konserwy mięsne. Szacowano, że na początku lat 60. w posiłkach stołówkowych niedobory mleka, warzyw, owoców i tłuszczów sięgały połowy normy dietetycznej. Nawet jednak na takie posiłki brakowało bonów538.

Od 1963 r. władze PRL starały się opanować „małą destabilizację”: zwiększyć inwestycje przemysłowe, chłonące siłę roboczą, i budownictwo mieszkaniowe, głównie sposobem jego potanienia, a także pohamować napływ na uczelnie. W 1964 r. liczba kandydatów na studia wzrosła w porównaniu do roku poprzedniego o 40%. Napór zwiększał się szybciej niż limity przyjęć. Szkoły wyższe zabiegały w ministerstwie o ich podnoszenie. W 1960 r. o przyjęcie na UW starało się 4371 kandydatów, 4 lata później 8000, przyjęto odpowiednio 2029 i 2438, współczynnik przyjętych spadł więc z 46% do 31%. Wzrost masy odrzuconych wywoływał niezadowolenie, sprzyjał szukaniu „dojść” i zarazem oskarżeniom o nieuczciwość komisji539.

Aby ułatwić utrzymanie limitów, zaostrzyć selekcję, a zarazem dostosować ją do przesłanek ideologicznych, wprowadzono w 1965 r. system punktowy, budzący emocje zwłaszcza z powodu osławionych „punktów za pochodzenie”. Oceny z egzaminu wstępnego były przeliczane na punkty (piątce odpowiadało 5 pkt., ocenie dobrej 4, dostatecznej 3, dostatecznej z minusem 1,5; za plusy 0,5), przy czym doliczano punkty kandydatom o pochodzeniu robotniczym i chłopskim (1–3 pkt.) oraz takim, którzy uzyskali dobre wyniki w nauce w ostatnich dwóch klasach szkoły średniej (do 3 pkt.), i takim, którzy konsekwentnie ubiegali się o przyjęcie i mieli udokumentowany staż pracy (2 pkt.)540. Zdolny uczeń szkoły średniej pochodzenia inteligenckiego miał więc szansę zyskania takiej samej liczby punktów dodatkowych, jak jego kolega z rodziny robotniczej; miał zaś większe szanse zyskać wysoką ocenę z egzaminu wstępnego. System punktowy nie powodował więc takiej dyskryminacji, o jakiej mawiano, i lekko tylko pohamował tendencję spadkową w zakresie przyjmowania na studia dzieci robotników i chłopów. W 1965 r. przyjęto ich na różnych uczelniach od 2 do 7% więcej niż rok wcześniej (na UW o 7%). System punktowy był bardziej przejrzysty i mniej dyskryminujący niż stosowany w pierwszej połowie lat 50. Jego promotorom zależało także na „uspokojeniu opinii publicznej”, która wysuwała „szereg zarzutów pod adresem komisji przyjęć i egzaminatorów na wyższych uczelniach, winiąc ich – nie zawsze bezpodstawnie – o uleganie naciskom różnorakiej protekcji”541. Naciski niewątpliwie występowały, świadcząc nie tylko o rozwiniętym duchu klientelizmu, ale i o względnej autonomii uczelni. Jeśli nie mylił się w 1965 r. Jan Szczepański, wysocy dostojnicy nie mieli pewności, że ich dzieci zostaną przyjęte:

Córka wicepremiera Jaroszewicza zdaje na UW na socjologię. Jaroszewicz prosił [Zygmunta] Ratuszniaka, Ratuszniak mnie, a ja Rudzińską Annę, która siedziała w więzieniu za współpracę z „Kulturą”, żeby ją przyjąć. Przy czym, jak mówił Ratuszniak, Jaroszewicz gorzko się użalał na to, że ich dzieci są najbardziej pokrzywdzone. Żaden z sowietologów, których spotkałem w Anglii, nie uwierzyłby w to542.

Trudno ocenić, czy wspomniane „uspokojenie” rzeczywiście nastąpiło. „Punkty za pochodzenie” zapamiętane zostały jako symbol instytucjonalnej nierówności. Stawały się także sprawą strategiczną dla znacznej liczby odrzuconych, którzy składali odwołania w poczuciu pokrzywdzenia względem kolegów o „właściwszym” pochodzeniu lub niesłusznego zaszeregowania. Wciąż szukali „różnorakiej protekcji”, zarówno żywych, jak umarłych: „Ojciec mój pochodzi z robotniczej rodziny, a jego przodkiem był znany rewolucjonista z roku 1905” – argumentowała odrzucona kandydatka na Studium Języków Obcych w 1968 r. Choć zdała egzamin, nie została przyjęta, zabrakło punktów „za pochodzenie”. Odwołanie było skuteczne, podobnie jak wielu innych, którzy powoływali się na zasługi rodzin, plebejski rodowód, trudności materialne. Inżynier, ojciec kandydatki na to samo Studium, pisał w odwołaniu:

Pozwalam sobie również zwrócić uwagę Jego Magnificencji na fakt, iż to, że mogę poświęcić się dziełu odbudowy Warszawy od momentu odzyskania Niepodległości – zawdzięczam memu ojcu i matce, którzy jako małorolni chłopi mnie jednemu z 4-ch rodzeństwa dali zawód (1 brat jest robotnikiem kolejowym, 2-gi monterem, siostra pracownicą fizyczną, druga pozostała na gospodarstwie małorolnym w powiecie rawskim).

Protestowano przeciwko zaliczeniu rodziców do inteligencji lub prywatnej inicjatywy. Kandydatka opisywała sytuację ojca, który dawniej pracował jako szewc w spółdzielni cholewkarzy. Po jej rozwiązaniu nie mógł znaleźć pracy, „bowiem miasteczko nie posiada żadnego zakładu przemysłowego”, i został skierowany na kurs czeladniczy, „dający uprawnienia do prowadzenia warsztatu usługowego naprawy obuwia. W warsztacie tym ojciec pracuje sam”. Oznaczało to utratę szans córki na dodatkowe punkty. System wywoływał szereg decyzji arbitralnych, nieliczących się z lokalnymi realiami, a postrzeganych jako krzywdzące543. Stał się tematem publicznych polemik, jak cykl artykułów i listów od czytelników w „Życiu Warszawy” z jesieni 1969 r. Surowo krytykowano dodatkowe punkty jako niesprawiedliwe. System przywilejów punktowych skrytykował m.in. Jan Szczepański, twierdząc, że zakłada on wyraźne podziały klasowe, „co przecież po uspołecznieniu środków produkcji nie jest już faktem”544.

* * *

Sławetne przemówienie Leszka Kołakowskiego, wygłoszone 21 X 1966 r. w sali nr 17 Instytutu Historycznego UW, które spowodowało szereg reperkusji politycznych, było ostatecznym pożegnaniem ze złudzeniami październikowymi. Atmosfera w życiu intelektualnym psuła się od lat, perspektywy gospodarcze pozostawały niepewne, praca naukowa były znaczona tyleż ingerencjami politycznymi, co zastojem materialnym. Skutkowało to wyhamowaniem rozwoju kadr naukowych i utrzymywaniem się niskiej sprawności kształcenia. Wydział Prawa UW informował rektora wiosną 1966 r., że sprawności tej nie może podnieść bez poprawy infrastruktury, druku skryptów, rozbudowy pomieszczeń, zmuszających teraz studentów do ciśnięcia się w okropnych warunkach, i rozwoju kadry. Na egzaminatora przypadało nawet 700 studentów rocznie. Studenci w większości umieszczeni na Jelonkach tracili ogromnie dużo czasu na dojazdy. Wielu dojeżdżało spod Warszawy. Bardzo wielu pracowało, omijając zresztą surowe rygory zezwoleń (w 1965/1966 r. żaden ze studentów pierwszego roku nie otrzymał zezwolenia, z pozostałych lat – 27 osób). Tymczasem wśród studentów trzeciego roku już około jednej piątej zawarło związki małżeńskie545. Los młodych ludzi, kończących uczelnie w drugiej połowie lat 60., był na ogół nieporównanie lepszy niż ich rodziców. Zarazem jednak był gorszy, niż mogli się spodziewać. Jak pisał w 1968 r. Jan Szczepański, „młodzież po studiach ma przed sobą tylko perspektywę ciężkiej pracy, ciężkiego i długiego dorabiania się mieszkania spółdzielczego, krótkich urlopów i niskich płac”546.

Zniesienie nakazów pracy w 1956 r., w połączeniu z mnożącymi się wiadomościami o bezrobociu, wytworzyło atmosferę niepewności, może w sposób naturalny towarzyszącą zwiększonej wówczas dozie wolności. Zarządzający gospodarką planową w sposób równie naturalny dążyli do wprowadzania usztywnień, które wiązałyby absolwentów „z produkcją” i przyszłym miejscem pracy. Służyć temu miały przepisy o wstępnych stażach pracy z 1958 r. i stypendia fundowane. Nowa sytuacja wymuszała aktywność uczelni i organizacji studenckich, które starały się ułatwiać absolwentom znalezienie ofert. W 1959 r. powołano na UW Biuro Pośrednictwa Pracy. Cztery lata później wprowadzono system skierowań do pracy, ale nie objął on takich kierunków jak polonistyka czy historia, związanych przede wszystkim ze szkolnictwem. Znaczna część absolwentów starać się więc musiała sama o etaty, w czym próbował pośredniczyć ZSP. W okresie naporu wyżu demograficznego utrzymywał się pesymizm, który wyraził opiekun piątego roku historii Andrzej Garlicki latem 1964 r., pisząc, że „rynek pracy jest właściwie nasycony”547.

Nie oznaczało to widma bezrobocia. Pracę udawało się znaleźć, ale nie była ona oceniana jako wartość sama w sobie, lecz w powiązaniu z warunkami mieszkaniowymi i otoczeniem społecznym. Do stałych tematów należała trudna sytuacja młodych nauczycieli w miasteczkach, „gdzie kliki, wódka, posądzenia, brak szans na przetrzymanie”. Oto rusycysta zatrudniony w szkole zetknął się jako magister z niechęcią. Grono pedagogiczne nie miało wyższego wykształcenia. Powierzono mu zajęcia z prac ręcznych i wychowania fizycznego, biorąc jego niezadowolenie za zadzieranie nosa. Reporter, który pojechał jego śladem, opisał ciemne ulice miasteczka i restaurację „w oparach alkoholu i dymu”548.

Najistotniejsze znaczenie miały dla absolwentów sprawy mieszkaniowe, drażliwy element rzeczywistości PRL. Nadzieja na mieszkanie determinowała często wybór miejsca pracy, nawet za cenę przeprowadzki o setki kilometrów. Młodym pracownikom oferowano na ogół pokoje służbowe, często dzielone z innymi osobami, utrudniające zawiązanie życia rodzinnego. Dlatego zasadnicze znaczenie miewał zakładowy fundusz budowlany. Absolwenci UW byli pod tym względem na ogół upośledzeni względem techników czy inżynierów, zatrudniających się w przedsiębiorstwach dysponujących pulą mieszkań. Dla wielu jedyną nadzieją było zapisanie się do spółdzielni, wymagające wpłaty co najmniej kilkutysięcznej kwoty – i oczekiwania na zbudowanie bloków549.

* * *

Ktoś mnie po powrocie zapytał jakie jest moje dominujące wrażenie z pobytu w Polsce – pisała emigrantka, która odwiedziła ojczyznę. – Odpowiedziałam jednym, świetnie tu pasującym słowem angielskim – Frustration. (Nasi rodacy upodobali sobie to słowo i przyjęli je do języka w spolonizowanej wersji – frustracja). [...] Wszystko trzeba zdobywać, wydreptywać, wypraszać, wystawać godzinami; trzeba wypełniać setki formularzy, podań i po raz nie wiem który odsłaniać wszystkie tajniki swojej przeszłości, i czekać, czekać... Jest to taka sama ekonomia wysiłku jak wbieganie pod górę ruchomymi schodami, które zjeżdżają w dół550.

Frustrację młodszej kadry naukowej i technicznej obrazowały badania socjologiczne. Pracownicy przemysłu narzekali na chaos w gospodarce i niekompetencję zwierzchników, zwłaszcza tych „wysuniętych” politycznie w poprzedniej dekadzie551. Młodzi pracownicy nauki nisko oceniali warunki w swych instytutach i katedrach. Połowa z nich wykonywała zawodowe czynności we własnym domu, co w przypadku humanistów mogło być skłonnością naturalną (jeśli mieli tam przestrzeń i spokój), ale na ogół wynikało z braku miejsca w pracy. Przeważająca większość miała tam do dyspozycji tylko szufladę lub półkę, co zresztą było losem także około 15% docentów. Połowa docentów i większość profesorów dysponowała jednak własnym pokojem. Ogółem cieszyła się nim jedna piąta pracowników naukowych uczelni PRL, natomiast warunki jednej trzeciej oceniano jako złe552. Były one niewątpliwie znacznie lepsze niż kilkanaście lat wcześniej, problem polegał jednak na bardzo ograniczonej perspektywie dalszej poprawy.

Dziesięć lat po sejmowym przemówieniu Hochfelda, który krytykował zastój w odbudowie UW, rozmiar nawarstwionych problemów zdawał się równie wielki. Wprawdzie na terenie uczelni nie widać już było ruin, lecz w jej murach panowały wszelkiego rodzaju niedobory. Zbudowano oficyny Domu Studenta, w których umieszczono stołówkę studencką i przychodnię, ale instytucje te były wciąż ponad miarę obciążone i niedoinwestowane. Podwórze tegoż gmachu (wtedy nie nazywane jeszcze Małym Dziedzińcem) jawiło się jako składowisko skrzyń, starych ławek, kubłów na śmieci i żelastwa (zalegały tam dwa wraki samochodów: czyżby dodge’a i chevroleta?). Parter części frontowej wypełniały stosy połamanych mebli, wśród których oczekujący na pracę w Plastusiu grali w karty553. Oto symboliczny obraz rozprzężenia. Jego praktyczne skutki odczuwał Uniwersytet jako całość. Wszelkie znaczące inwestycje uzależnione były od kredytów ministerialnych, niewystarczających, a nader często niepewnych. Ogromnie trudne było zrealizowanie takich przedsięwzięć jak budowa niewielkiego baraku magazynowego na dziedzińcu Pałacu Potockich. Uniwersytet zabiegał o to od 1962 r., lecz ministerstwo ignorowało pisma lub oddalało sprawę do następnego planu pięcioletniego554. Podobnie przedstawiała się sytuacja Studium Wojskowego. Umieszczone było w rozsypujących się barakach przy ul. Szwoleżerów, których nie warto było remontować, ponieważ Studium musiało opuścić teren przeznaczony pod zakład energetyczny. Nie miało jednak dokąd się wynieść – sprawa ciągnęła się latami555.

Jaki mógł być los inwestycji nieporównywalnie większych, takich jak nowy gmach BUW? W sędziwym budynku, przygotowanym na 800 tys. woluminów, zgromadzono ich już dwukrotnie więcej. Czytelnia profesorska, mająca służyć kilkuset osobom, oferowała 11 miejsc. Obsługa biblioteki była zaś dziesięciokrotnie większa od przewidywanej pod koniec XIX w. Adaptowano poddasza, podesty schodów, usytuowano miejsca pracy na żelaznym ruszcie, część magazynów i pracowni przeniesiono do budynków Seminaryjnego, Pomuzealnego i Pałacu Potockich. Lokalizację nowego gmachu planowano w rogu pl. Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego), przy ul. Niecałej, ale finansowanie nie było przesądzone. Sprawa budowy BUW powracała od ponad 30 lat. Nawet pesymiści nie mogli przypuszczać, że na rozpoczęcie prac, zresztą w innym miejscu, przyjdzie czekać kolejne 30556.

Udało się natomiast rozbudować zespół Chemii przy ul. Pasteura, wznieść dwa duże akademiki przy al. Żwirki i Wigury (do 1967 r.; każdy dla 870 osób), rozpocząć budowę Matematyki-Fizyki na Polu Mokotowskim oraz Neofilologii przy ul. Browarnej (oddanego do użytku w 1971 r.). Ten ostatni był przykładem inwestycji „okrojonej”, typowej dla epoki. Pierwotnie na sporej działce powstać miał także akademik, dom profesorski, stołówka i teren sportowy. Wszystkie te obiekty skreślono z planu, rezygnując tym samym z opuszczenia akademików przy ul. Kickiego, które UW zamierzał oddać miastu. Po dekadzie użytkowania były one w złym stanie, podobnie zresztą jak większość obiektów UW. Prowizoryczne lokalizacje, wadliwe instalacje, zepsute sanitariaty: do takich realiów przyzwyczajano się, ale też opłacano je codziennymi irytacjami i konfliktami z obsługą. Grupa Remontowo-Budowlana UW liczyła teoretycznie w 1963 r. sto etatów, lecz jej płynność była ogromna (od stycznia do sierpnia odeszło 45 pracowników, a pojawiło się 58), co odpowiadało zjawiskom znanym z całokształtu gospodarki PRL557. Brakowi sił ludzkich towarzyszył permanentny niedobór materiałów. Uniwersytet był dość znacznym graczem na mapie warszawskich instytucji, wydzierających sobie nawzajem deficytowe pule. Zarząd budowy akademików przy al. Żwirki i Wigury prosił więc rektorat o „wyjednanie przydziału” płytek podłogowych558. Nawet jeśli uczelnia wykazywała skuteczność w tego typu zabiegach, określały one bardzo niski pułap ogólnych możliwości, o tyle dotkliwszy dla znacznej części społeczności akademickiej, o ile większa była jej znajomość świata.

Okna na świat

Otwarcie na świat okazało się znacznie skromniejsze niż spodziewano się w 1956 r. Przyczyniła się do tego tyleż sytuacja polityczna, ile ekonomiczna. W gospodarce PRL dewizy podlegały surowym dyspozycjom. Zakup biletu lotniczego do Kairu dla studentki arabistyki wymagał zgody ministerstwa559. Współpracę uczelni starano się kanalizować w ramach tzw. wymiany bezdewizowej, przede wszystkim z państwami bloku. Stała się ona podstawową formą studenckich wyjazdów zagranicznych. Grupy, np. po 10 studentów polskich i bułgarskich, zwiedzały oba kraje pod opieką docentów, lokując się w akademikach, żywiąc w stołówkach, otrzymując kieszonkowe. Miejsc było mało, wokół list kandydatów toczyły się rozmaite zabiegi. Równie atrakcyjne, a związane wyraźniej z profilem studiów, były kilkutygodniowe kursy językowe studentów neofilologii. Co roku kilkadziesiąt osób z UW (70 w 1967 r.) uczestniczyło w miesięcznych praktykach w placówkach naukowych, laboratoriach, przy odkrywkach. Geografowie bywali nad Balatonem, archeolodzy w Bułgarii, fizycy w Czechosłowacji. Śladem tego rodzaju pobytów pozostały sprawozdania, ukazujące pewne doświadczenia obywatela PRL rzuconego w atrakcyjną, ale i trudną rzeczywistość.

Student filologii romańskiej doświadczył w Dijon latem 1964 r. „uderzającej obojętności władz francuskich” wobec swych problemów materialnych. Jego kolega, który był na uniwersytecie w Poitiers, narzekał na trudy podróży koleją (dwie noce i dzień w przedziale drugiej klasy), które okupiły jednak warunki na miejscu, „pokoje l-osobowe z ciepłą wodą o każdej porze, na korytarzu telefon, prysznic na kilka pokojów, wspaniałe warunki. Kuchnia doskonała”. Podobne wrażenia z akademika spisała studentka romanistyki, która przebywała w Tours, dodając wszakże, że sama praktyka ją rozczarowała, zaś stosunek pracowników do niej był „zawodowo obojętny, podobnie jak w Polsce”. Inny student odnotował jednak, że w tym akademiku nie było żadnych „urządzeń kulturalnych” w rodzaju świetlicy, a jedynym miejscem zetknięć z młodzieżą francuską pozostawała stołówka. Kontakty takie najwyraźniej nie stanowiły problemu politycznego. Student czwartego roku ekonomii, który praktykował w Lublanie, podkreślał korzyści, jakie wyniósł z poznania zdecentralizowanego modelu gospodarczego Jugosławii560. To także miało swoją wymowę w realiach kostniejącego reżimu Gomułki. Praktyki pozwalały poznać codzienność obcych miast, uczestniczyć w wycieczkach, życiu kulturalnym i towarzyskim, co bywało ważniejsze niż efekty merytoryczne. Oto io studentów Katedry Bibliotekoznawstwa przebywało we wrześniu 1964 r. na praskim Uniwersytecie Karola. Zwiedzali i hospitowali biblioteki, wszakże nie włączono ich do pracy z powodu braku czasu i trudności językowych. Byli jednak na wycieczkach, przedstawieniach w Národním divadle, słuchali koncertów organowych. Podkreślali serdeczność gospodarzy i dobre warunki pobytu, choć niektórzy skarżyli się na „podstawowe braki wyposażenia” akademika, zaś kuchnia czeska „nie znajdowała wśród nas entuzjastów”. Studenci fizyki doceniali natomiast znaczenie kontaktu z rzadką aparaturą i nabieranie nowych umiejętności, a także serdeczność miejscowych kolegów, z którymi porozumiewali się w polsko-czeskim wolapiku, ale też po rosyjsku lub po angielsku, ponieważ „fizycy na ogół znają angielski, nawet w Czechosłowacji”561.

Fizycy bowiem należeli do pracowników naukowych, dla których kontakty ze światem były warunkiem sensowności prac. Oni też wyraziście artykułowali swoje niezadowolenie ze stanu rzeczy. A ponieważ należeli do najczęściej wyjeżdżających – na staże w CERN czy zagraniczne konferencje – odczuwali wyraźnie w połowie lat 6o. psucie się atmosfery otaczającej kontakty międzynarodowe. Opisywali to we wspomnianej ankiecie „Polityki” Trautman i Gajewski, zwracając uwagę, że powodem są nie tyle „trudności dewizowe”, ile zagadnienia kontroli i władzy. Wszelkie kontakty naukowe rządzący starali się kanalizować w ministerstwach i w ramach oficjalnych umów. Rezultatem były

niedorzeczności zbliżone do tych, które wynikają przy zabawie w głuchy telefon. Ludzie jeżdżą za granicę i tracą czas, bo nikt ich nie oczekiwał, nikt nie wie, czym się zajmują, nie zorganizowano żadnych spotkań, dyskusji itp. Podobnie i do nas przyjeżdżają fizycy zagraniczni – biedne ofiary oficjalnej wymiany. Ich wizyty zapowiadane są zwykle w dniu ich przyjazdu, nie ma mowy o zorganizowaniu rozsądnego programu spotkań, wykładów, seminariów.

Wynikało to z ograniczenia wpływu samych uczelni na grafiki wymiany zagranicznej. Sytuację ratowały zadzierzgnięte wcześniej znajomości i kontakty indywidualne, które jednak „od pewnego czasu [...] natrafiają na mur niechęci i podejrzliwości”. Wnioski wyjazdowe przepuszczano „przez sita niezliczonych komisji, mimo że chodzi tu o wyjazdy, do których strona polska nie dopłaca ani grosza w złotówkach i ani centa w dolarach”, a których organizowanie wymagało „wielu miesięcy szarpiących nerwy, nieraz wręcz upokarzających starań”. Trudno było nawet o urlopy bezpłatne, które naukowcy chcieli przeznaczyć na pobyty w ośrodkach zagranicznych: „Odmawia się im na to zgody, motywując tę decyzję tym, że ich obowiązkiem jest praca w kraju”. Coraz trudniej było też gościć zagranicznego naukowca. Dłuższe, praktykowane powszechnie na Zachodzie pobyty studyjne fizyków z obcych uczelni należały do sfery marzeń.

Nawet jednak zorganizowanie krótkiej, kilkudniowej wizyty zagranicznego fizyka w celu przeprowadzenia konsultacji może być gehenną. Przy pełnym budżecie wizyty rzędu, powiedzmy, 1500 zł, potrzebna jest akceptacja dosłownie najwyższych czynników państwowych. Wszystko to razem nie trwa nigdy krócej niż dwa miesiące, a nierzadko znacznie dłużej. [...] Warto podkreślić, że utrudnienia takie występują nie tylko przy kontaktach z Zachodem, ale również z naszymi najbliższymi sąsiadami562.

Wyjazdy zagraniczne pozwalały przynajmniej na zaopatrzenie się, w ramach skromnych środków, w nowszą literaturę naukową. Korzystano ze znajomości międzynarodowych i liczono na paczki. W ten sposób wzbogacano też księgozbiory UW, choć napływ ten nie mógł mieć decydującego znaczenia. W szufladkach katalogowych pojawiać się zaczęły w latach 1956–1957 publikacje zachodnie. W tamtym okresie mogło się zresztą wydawać, że oficjalne mechanizmy sprowadzania książek i czasopism, choć silnie scentralizowane, dają nadzieję na trwałe sprzężenie ze światem. Katedry uniwersyteckie otrzymywały „Biuletyn Nowości”, wydawany przez PAN-owski Ośrodek Rozpowszechniania Wydawnictw Naukowych (ORWN), i za pośrednictwem Akademii zamawiały wydawnictwa, płacąc w złotówkach563. System ten kruszyć się zaczął z powodu wspominanych niedoborów dewiz. Z punktu widzenia władz uczelnie zamawiały zbyt wiele, naruszając skąpe zasoby. Od 1963 r. książki sprowadzać mogły już tylko biblioteki główne, takie jak BUW, i tylko w dewizach, których niewielkie pule otrzymywały z ministerstwa. Dał się odczuć wyraźny spadek napływu obcej literatury, także dlatego, że ORWN nie wywiązywał się z zamówień. Nawoływano do decentralizacji, wspierając się argumentem, że wielkie trudności dotyczą nie tylko importu nowości zachodnich, ale też radzieckich564. Niewiele dało się w tej sprawie wskórać, podobnie jak w tylu innych: była to dominanta atmosfery społecznej lat 60.

* * *

„Historia w niewielkim dotąd stopniu została «zmechanizowana». Stąd postulat posiadania własnego kserografu czy też maszyn do liczenia nie jest na razie palący” – twierdził przedstawiciel tej dyscypliny. Uprawianie nauk eksperymentalnych wymagało natomiast aparatury często nieskończenie rzadszej i droższej niż kserografy. Także niedostatki powierzchni dydaktycznej były dla chemików czy fizyków bardziej dotkliwe niż dla humanistów. Tendencje autarkiczne w gospodarce utrudniały prowadzenie badań i wywoływały napięcia, chociaż impulsem tzw. wydarzeń marcowych nie był, jak wiadomo, niedostatek aparatury. W wielu dziedzinach, zwłaszcza politechnicznych i bezpośrednio związanych z przemysłem, na niedostatek ten zresztą się nie skarżono. Natomiast naukowcy uniwersyteccy mieli powody do frustracji. Pracownik jednej z katedr chemicznych podkreślał, że od 15 lat nie otrzymała ona aparatury wyprodukowanej w krajach kapitalistycznych. Ogólnie biorąc, zatrudnieni na uczelniach przekonani byli, że ich warunki pracy są znacznie gorsze niż w instytutach naukowych. Jednocześnie docent pracujący w Instytucie Nenckiego PAN oceniał, że „wiele niezwykle cennych aparatów stoi nieczynnych lub jest naprawiane, nie zawsze skutecznie, przez krajowych samouków”. Brak części zamiennych wyzwalał zasoby indywidualnej kreatywności, uruchamiał znajomości, sprzyjał współdziałaniu, lecz był bez wątpienia nieznośnym obciążeniem. Przy większości zamówień dotyczących aparatury zagranicznej naukowcy stykali się ze „ścianą” czy „murem” – te przenośnie należały do typowych. Placówki badawcze korzystać musiały z pośrednictwa wielkich central handlowych, Elektrimu czy Varimexu, dla których nie były najważniejszymi graczami. Nawet posiadając odpowiednie pule dewiz, miały trudności z pozyskaniem urządzeń. Pule te zresztą kurczyły się. Pozyskaną aparaturę zagraniczną trudno było z kolei utrzymywać w odpowiednim stanie z powodu braku serwisu. Niemożność zdobycia drobnych podzespołów sprawiała, że kosztowne urządzenia zasypiały długim snem w kątach pracowni. Oznaczało to marnotrawstwo, znane doskonale tzw. kierownikom gospodarki, którzy w tej sytuacji zmierzali do unikania importu. Powstawało błędne koło, którego skutkiem była rosnąca luka technologiczna; jej rozmiary oceniali ze smutkiem naukowcy, wizytujący zachodnie uczelnie565.

Rozwijały się natomiast kontakty międzyludzkie w środowiskach studenckich, ponieważ w latach 60. nastąpił wyraźny wzrost ilości cudzoziemców studiujących w Polsce. To względne otwarcie wiązało się przede wszystkim ze współpracą między państwami socjalistycznymi, a także ze skutkami dekolonizacji. Kraje bloku zaczęły przyjmować kontyngenty studentów z tzw. krajów rozwijających się. O ile więc wzrost ilości stypendystów w latach 50. nie był spektakularny (w 1952 r. przebywało ich w Polsce około 280, pod koniec dekady dwa razy więcej), to następne lata przyniosły skok: w 1965/1966 r. było około 1800 osób. Wtedy to aktywność stypendialna PRL wzbudziła pewne zainteresowanie dyplomacji francuskiej, zwłaszcza w związku z przyjazdami studentów z państw Maghrebu. W raporcie ambasady opisano niezłe warunki, jakie oferuje się stypendystom (m.in. darmowe miejsca w akademikach i bezpłatną pomoc medyczną) oraz podkreślono, że polskie władze odnoszą się z optymizmem do przyciągania cudzoziemców, nie spodziewając się aktów przemocy podobnych do rejestrowanych w Pradze, Sofii i Moskwie566.

W roku 1968/1969 w Polsce przebywało 2370 stypendystów zagranicznych, w tym 1124 z krajów rozwijających się (największa grupa z Syrii, 145 osób) i 1087 z państw bloku. Nikłą resztówkę stanowili przybysze z państw „innych” (największą grupę tworzyło tu 59 Greków) oraz 89 przedstawicieli Polonii. Polska pozostawała krajem słabo znanym na zachodzie Europy: przebywał w niej jeden student z Belgii, po trzech z Francji i Wielkiej Brytanii, czterech z Włoch. Stawała się natomiast jednym z miejsc formowania się przyszłych elit państw afrykańskich czy bliskowschodnich. Obecność cudzoziemców wpisała się w pejzaż dużych ośrodków akademickich. U progu 1969 r. w samej Warszawie przebywało 210 stypendystów z Afryki, znacznie więcej niż wszystkich studentów zagranicznych w Polsce AD 1950. Ogółem w stolicy schyłku epoki gomułkowskiej studiowały 322 osoby z krajów socjalistycznych, 362 z rozwijających się i 94 z „innych”. Nie było wcale Albańczyków ani Koreańczyków, którzy rzucali się w oczy kilkanaście lat wcześniej. Znaczną grupę stanowili stypendyści z Wietnamu, pojawili się także obywatele ZSRR. Na UW studiowało 136 przybyszów z krajów socjalistycznych (największe grupy: 46 z Wietnamu, 30 z ZSRR, 19 z Bułgarii), 74 z krajów rozwijających się (15 z Azji i 42 z Afryki), 17 z Ameryki Łacińskiej oraz 33 z „innych” krajów, w tym 16 Polonusów, cztery osoby z Japonii, po trzy z Grecji i Portugalii, po dwie z Hiszpanii i USA, po jednej z Finlandii, Włoch i Wielkiej Brytanii567.

10. Obchody wietnamskiego święta Tet przez studentów UW z Wietnamu

Większość stypendystów odbywała kurs językowy w łódzkim Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców, gdzie w połowie lat 60. stykało się kilkaset osób 50 narodowości, w przeważającej większości mężczyzn (kobiety stanowiły około 7%), wybierających się na politechniki568. Ten rodzaj kształcenia dominował wśród przybyszów, zwłaszcza z krajów rozwijających się. Następnie lokowali się darmowo w akademikach danych ośrodków, otrzymując stypendium tysiączłotowe, starczające na skromne utrzymanie (stażyści i doktoranci cieszyli się stypendium 2400 zł, odpowiadającym przeciętnej polskiej płacy). Były to warunki, które wielu przybyszom z młodych państw afrykańskich czy bliskowschodnich jawiły się jako szczęśliwa odmiana losu, mimo trudności przystosowawczych. Jak wynikało z postulatów Komitetu Studentów Zagranicznych UW, doskwierał im klimat, warunki w akademikach i jedzenie. Prosili w 1961 r. o kołdry i zorganizowanie im „specjalnej stołówki”569.

Wspomniany Komitet był reprezentacją cudzoziemskich studentów. Przewodniczył mu w 1961/1962 r. Chińczyk, jego zastępcami byli obywatel radziecki (ciekawe, czy narastający konflikt między ZSRR i Chinami wpływał na wzajemne stosunki) i Brazylijczyk; sekretarzem Wietnamczyk, członkami prezydium Irakijczyk, Rumun, Grek i student z Togo570. Widać tu pewien parytet polityczny i kulturowy, ale ograniczony: we władzach Komitetu zasiadali wyłącznie mężczyźni. Komitet deklarował ożywioną działalność; organizował wycieczki (na Wybrzeże czy w Góry Świętokrzyskie), do fabryk i państwowych gospodarstw rolnych. Urządzał wieczory taneczne i spotkania dyskusyjne, rozdzielał bilety na występy Śląska i Mazowsza, organizował akcję zapraszania studentów do polskich domów na święta (w grudniu 1963 r. zaproszono wszystkich; nie wspominano o problemach ideologicznych, jakie mogły z tego wyniknąć). „Mimo podejmowanych wysiłków – konstatował wszakże ZSP – nie potrafiliśmy osiągnąć trwałego wciągnięcia studentów zagranicznych w nurt naszego życia. Studenci ci pozostają w dalszym ciągu w różny sposób odizolowani”571. Trudno ocenić, czy uwaga ta dotyczyła życia codziennego, czy tzw. ram organizacyjnych, które interesowały Zrzeszenie.

Dla studentów polskich cudzoziemcy stanowili niewątpliwie wielką atrakcję, zwłaszcza ci nieliczni z Zachodu, a także z ciepłego Południa. Urok odległych krain, połączony z nadzieją na wyjazd czy korzyści materialne, wytwarzał wokół przybyszów niezwykłą aurę. Sugerowano, że w akademikach mają specjalny status, także erotyczny572. Z opiniami stypendystów z krajów kapitalistycznych szczególnie się liczono, publikując je od czasu do czasu w prasie, nieraz zresztą bez lukru. Studentka slawistyki z Clermont-Ferrand, indagowana w 1966 r., nie mogła znieść stołówkowego menu, jadała więc na mieście (także bez przyjemności). Bardziej podobał jej się Kraków niż Warszawa. Oceniała, że polskie kobiety są mniej eleganckie niż Francuzki. Studiuje się natomiast bardziej serio niż w jej ojczyźnie. Studentka z Finlandii uważała, że Warszawa jest brudna, ale tania i atrakcyjna w sferze teatrów, koncertów i kin. Ekwadorczykowi, studentowi psychologii, Polska wydała się szara. Zwracał uwagę na patriotyzm polskich znajomych, nie redukujący ich poczucia niższości względem Zachodu; zauważał też, że, choć akceptują socjalizm, zwracają wielką uwagę na pozycję społeczną. Podobne uwagi wygłaszała studentka z Anglii: dostrzegała kult samochodu i bogactwa, powiązany ze słabą znajomością świata. Zarazem uważała, że polska inteligencja ma szerszą wiedzę niż porównywalne grupy na Zachodzie. Stypendystka z Wenezueli, studiująca socjologię, ceniła dostęp do kultury w Warszawie, ale odpychała ją biurokracja, kolejki i obsługa w sklepach. Powiadała, że Polakom humor poprawia się, gdy sobie wypiją. Natomiast przybyszka z Kenii, jak wielu studentów z Trzeciego Świata, podkreślała egalitaryzm panujący w PRL i brak bezrobocia, lecz cierpiała z powodu nieprzyjemnego stosunku do ciemnoskórych. Ten motyw powtarzał się w relacjach Afrykańczyków, obok krytyki polskiej „nieświadomości” i „bezideowości”. Na ulicach słyszeli: „idzie brudas”, „idź się kąpać”573.

„Muchy w słoju”

Przebieg tak zwanych wydarzeń marcowych został szczegółowo opisany w podstawowych pracach Jerzego Eislera i Andrzeja Friszkego574. Rozmaitym aspektom tych wydarzeń poświęcono niemałą literaturę naukową i wspomnieniową. Obrazuje ona między innymi rolę Uniwersytetu Warszawskiego jako instytucji i jako środowiska. Marzec stanowił dla niego moment przełomowy w powojennej historii.

W oświadczeniu złożonym na posiedzeniu Rady Wydziału Historycznego 2 IV 1968 r. Tadeusz Manteuffel stwierdził, że za dramatyczne wydarzenia „wielką odpowiedzialność ponosi Uniwersytet”. Reprezentant starej kadry, która przeprowadziła uczelnię przez odbudowę i stalinizm, uznawał fiasko jej starań o ochronę młodzieży przed brutalnością państwa. Uznawał zarazem, że odpowiedzialności za środowisko sprzeniewierzył się rektorat. Zwolnienie z pracy sześciorga profesorów – minister usunął 25 III Bronisława Baczkę, Zygmunta Baumana, Włodzimierza Brusa, Marię Hirszowicz, Leszka Kołakowskiego i Stefana Morawskiego – uznał za powrócenie do praktyk z czasów sanacji, ocenianych surowo na zajęciach z historii. „Nie wydaje mi się możliwe, aby to, co potępiało się w naszej przeszłości, mogło być przez nas aprobowane w milczeniu. Ocena moralna postępowania ludzkiego nie może być relatywna. Gdybyśmy ten relatywizm przyjmowali, wychowywalibyśmy cyników”575.

Ta i podobne wypowiedzi oraz oświadczenia Rady Wydziału Historycznego przeciw zastosowaniu „brutalnej siły” na terenie Uniwersytetu, dezinformacji i tworzeniu „nienaturalnych podziałów w społeczeństwie polskim”576, a także rad Wydziałów Filozoficznego i Historycznego przeciw zwolnieniu profesorów, były świadectwami solidarności. Inne jej świadectwa dawano prywatnie, w marcu i następnych miesiącach oraz latach, wobec usuwanych studentów i pracowników. Czy był to obraz dominujących postaw w społeczności uczelnianej? Niewątpliwie cechą atmosfery Marca było ogromne, niedoświadczane od kilkunastu lat zastraszenie. Zwłaszcza młode pokolenie, które nie pamiętało wojny i miało mgliste wspomnienie stalinizmu, a na Uniwersytecie czuło się w latach 60. „u siebie”, przeżyło niezapomnianą lekcję. Wśród kadry odrodzić się zaś musiały typowe, tyle razy przeżywane dylematy: moralny sprzeciw czy ratowanie substancji? Zasadnicze znaczenie miała w tym wypadku zwartość poszczególnych środowisk; wydaje się, że Marzec miał i taki wpływ na Uniwersytet, że uczynił go bardziej niż dotąd archipelagiem wydziałów, które przeszły przez wydarzenia w rozmaity sposób. Niemałe znaczenie miała grupa, która z satysfakcją przyjęła pogrążenie starszych doświadczeniem i stopniem kolegów, uznając je także za rodzaj sprawiedliwości dziejowej, ponieważ przyjmowała interpretację, w ramach której Marzec stanowił rozliczenie z dawnymi stalinistami. Tak czy owak publicznie brzmiący przekaz, jaki płynął w następnych miesiącach z Uniwersytetu, był przekazem jego władz, podkreślających lojalność wobec reżimu. Niektórzy ich przedstawiciele uderzali w wysokie tony. Przewodniczący uczelnianego ZNP, a wykładowca nauk politycznych, mówił na konferencji jesienią 1968 r. o „potężnym ruchu myśli i czynu, jaki ogarnął nasz kraj”, o manifestacji jedności oraz entuzjazmie. Rektor Turski zaś na tej konferencji, bardziej rzeczowo, głosił konieczność wzrostu wydajności pracy na UW, weryfikacji programów nauczania i akcentowania „wychowawczej” roli uczelni577.

Paternalistyczny ton należał do cech języka oficjalnego, w którym mnożyły się mocne twierdzenia o wychowaniu młodzieży. Zjawisko to, rozwijające się zresztą już wcześniej, było zapewne tym bardziej uderzające, że minęło niewiele lat od okresu, w którym rolę młodzieży, powołanej do zmieniania świata, eksponowano, powierzając jej, przynajmniej formalnie, współkierownictwo szkół. Ruch Października był także w dużej mierze oddolnym ruchem studenckim. Tymczasem w drugiej połowie lat 60. dominował język „wychowywania”. Odzwierciedlała to zjawisko także hierarchia instytucjonalna. Komitet Uczelniany PZPR w 1967 r. nie miał w swym składzie żadnego studenta. Szefem KU był docent, sekretarzami dwóch doktorów, w skład egzekutywy wchodził ponadto jeszcze jeden profesor, jeden doktor i dwóch magistrów. Było to więc siedmiu mężczyzn. Dwie kobiety, przypisane do Komitetu Uczelnianego, były etatowymi pracownicami obsługi. Wewnątrz uniwersyteckiej PZPR odtworzyły się więc dość tradycyjne relacje. Odpowiadało to, jak się zdaje, trendowi ogólnemu. W tej sytuacji Marzec wzmocnił tylko bardzo konserwatywne stanowisko wobec młodzieży, pełne zniecierpliwienia wobec jej emancypacji. „Autostopy! Bradiażenie, brud i zawszenie. Niech robią wycieczki piesze, na przykład z Krakowa do Zakopanego, to zdrowo” – rzucił Gomułka na zebraniu redaktorów prasy w kwietniu 1968 r.578 W następnych latach prowadzono kampanie wokół „niebieskich ptaków” oraz „urodzonych w niedzielę”, czyli młodych ludzi uchylających się od pracy i tzw. obowiązków społecznych. W prasie pojawiało się określenie „pasożyci”, analogiczne do używanego w podobnych kampaniach w ZSRR. Studentów pchnięto na przymusowe praktyki robotnicze. Jak się zdaje, ten autorytaryzm znajdował niemałą akceptację społeczną.

„Studenci szemrzą jak muchy w słoju, nie mogą dotrzeć do opinii publicznej”, zapisał Jan Szczepański w Marcu579. Izolacja ta polegała, jak się zdaje, nie tylko na braku dostępu do środków przekazu, ale też na wąskim stosunkowo społecznym kręgu, z jakim związani byli studenci, pomimo całego umasowienia studiów. Odsetek osób z wyższym wykształceniem był wciąż nikły, w 1968 r. wynosił 1,8% populacji, co oznaczało jednak niemal dwukrotny jego wzrost od 1955 r. Ogólna ilość studentów, która na początku lat 50. sięgnęła 100 tys., pod koniec następnej dekady przekroczyła 200 tys. W Warszawie i Krakowie koncentracja inteligencji była najznaczniejsza; udział osób z wyższym wykształceniem wśród ogółu zatrudnionych w sektorze „uspołecznionym” zbliżał się do 10%. Tu także, podobnie jak w innych dużych ośrodkach, akcje studenckie wywoływały wyraźne echa, przede wszystkim wśród inteligencji, lecz również o charakterze pokoleniowym. Wśród zatrzymanych w marcu i na początku kwietnia 1968 r. uczestników zamieszek ilość robotników była nieco większa niż studentów. Oczywiście, udział w protestach miał różne motywy i z pewnością wielu uczniów szkół zawodowych czy młodych robotników przyłączyło się do nich po prostu i tylko „dla draki” (jak w 1957 r., gdy protestowano na ulicach przeciwko zamknięciu „Po Prostu”). Niewątpliwie odgrywało jednak pewną rolę niezadowolenie ze sklerotycznego charakteru władzy, z autorytarnego stylu „starych”.

W tym kontekście można się zastanawiać, czy słuszność ma Jerzy Eisler, gdy pisze, że polskich czy czechosłowackich ruchów młodzieżowych 1968 r. nic nie łączyło z rewoltami studenckimi na Zachodzie580. Oczywiście, inny był układ odniesienia, zarówno instytucjonalny, jak gospodarczy, zupełnie inny zakres swobody słowa i zrzeszeń – lecz pewne pytania i problemy wydają się jednak zbliżone. Młodzież po obu stronach Żelaznej Kurtyny wzrastała bowiem w epoce, którą Tony Judt nazywa „powojniem”, ukształtowanej w znacznym stopniu przez zbiorowe przeżycia grozy i wyrzeczeń. Nieporównywalność stopnia tych doświadczeń nie musi oznaczać, że nie odciskały się równie silnie na różnych zbiorowościach. Urodzeni po 1945 r. wchodzili w rzeczywistość ukształtowaną przez rodziców i dziadków o zupełnie odmiennym doświadczeniu, pragnących ochronić młodsze pokolenie przed powtórką dramatu. W 1968 r. opuszczał uczelnie pierwszy rocznik urodzony już po wojnie, kształtowany w „małej stabilizacji”. W przeprowadzonej wówczas wśród studentów uczelni warszawskich ankiecie blisko 80% uznało, że ich życie jest łatwiejsze niż rodziców, przede wszystkim pod względem warunków materialnych i możliwości kształcenia. Mniej niż 5% uznało swój los za trudniejszy581. Tworzyło to charakterystyczną barierę doświadczeń i kształtowało nowe aspiracje, zwłaszcza w sferze konsumpcji i kultury, niezbyt zrozumiałe dla starszych, choć znajdujące pewną łączność z inteligenckimi oczekiwaniami wolnościowymi. Wszystko to mogło jednak raczej wywoływać zjawisko „much w słoju”.

Z drugiej strony, czy „muchami” nie byli wśród studentów ci, których władze uznały za inspiratorów i rozprawiły się z nimi, wsadzając do więzień, tam próbując zmiękczać na różne sposoby, a przed sądem natrafiając nierzadko na ich niezłomne zachowania? Uniwersyteckie teczki archiwalne puchną od podań o przywrócenie na studia, formułowanych w zgodzie z kanonem propagandy marcowej. W jakim stopniu to już skutek „wychowywania cyników”, o jakim mówił Manteuffel, lęku czy też autentycznych przemian postaw, trudno rozsądzić. Wydarzenia były wielkim wstrząsem, który wyzwolił z pewnością pokłady konformizmu.

Musiałbym być zaślepionym człowiekiem, by nie docenić szansy stworzonej dla mojego pokolenia przez władzę ludową, by nie rozumieć, jak wielki dług zaciągnąłem wobec społeczeństwa i własnych rodziców. [...] Dlatego właśnie zajmowałem jasne i wyraźne stanowisko potępiające agresję Izraela na kraje arabskie, dlatego nie podpisałem tzw. „protestu” w sprawie Dziadów, dlatego nie uczestniczyłem w ostatnich nielegalnych wiecach i manifestacjach, na co – na życzenie Jego Magnificencji – mogę przedstawić liczne dowody i świadectwa kompetentnych osób.

Na podaniu adnotacja czerwonym długopisem: „Przyjąć”582.

Wskutek przyjęcia chwiejnej postawy w wypadkach marcowych ubiegłego roku brałem udział w strajku i wiecach na Uniwersytecie. Udział ten był całkowicie i wyłącznie bierny. Stanowisko takie opóźniło wykrystalizowanie się właściwej postawy politycznej i prawidłowej oceny zagadnienia

– deklarował student proszący o przyjęcie na IV rok socjologii. Po rozwiązaniu wydziału pracował w Zakładach Transportowych Budownictwa Warszawa, był tam stażystą – badał fluktuację załogi. Przedłożył pozytywną opinię z miejsca pracy. Decyzją rektora i ministra przywrócony został na studia583. Były student Wydziału Ekonomii Politycznej, który spędził wiele miesięcy na budowie kopalni siarki Grzybów jako ekonomista, podkreślał w podaniu, że „blisko roczny bezpośredni kontakt ze środowiskiem robotniczym i produkcyjnym pozwolił mi głęboko przeanalizować moje miejsce i obowiązki w społeczeństwie”584. Były też pisma, których autorzy bezpośrednio odwoływali się do ówczesnej kampanii antysemickiej i nacjonalistycznej. „Rekapitulując, zapewniam Obywatela Redaktora, że będąc rdzennym Polakiem bez żadnej przymieszki obcej krwi, pragnę uczyć się nie tylko dla swojego pożytku, ale także dla spożytkowania wiedzy dla mojej Ojczyzny, tak zresztą, jak rozumieli to i robili moi przodkowie” – pisał wydalony student Matematyki-Fizyki585. „Nie ma również nic wspólnego ze Syonizmem, ponieważ jesteśmy rodziną czysto polską i nigdy nie stykaliśmy się z Żydami” – przekonywała rektora matka innego ubiegającego się o ponowne przyjęcie586.

* * *

Zarządzeniem ministerstwa szkolnictwa wyższego z 27 VI 1968 r. nastąpiła reorganizacja wewnętrzna Uniwersytetu. Uderzono w wydziały, które w okresie stalinizmu stanowić miały kuźnię kadr naukowych, a okazały się rozsadnikami niepokornych. Powołano Wydział Nauk Społecznych, mieszczący w sobie dotychczasowe wydziały Filozoficzny i Ekonomii Politycznej obok instytutów Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, traktowanych jako przeciwwaga dla niepewnych politycznie środowisk socjologów i filozofów. Środowiska te zostały zresztą zdecymowane, a promocji doznali naukowcy, którzy pomyślnie zdali egzamin z partyjnej lojalności w Marcu. Zyskali oni przewagę w strukturze całego WNS. Dziekanem był wprawdzie Szaniawski, reprezentujący tradycję uniwersytecką, ale jednym z jego zastępców został szef organizacji partyjnej UW w Marcu Andrzej Jezierski, który nie dał się poznać jako obrońca społeczności przed represjami. Drugim zaś zastępcą – wynagrodzony za udział w „kampanii antysyjonistycznej” etatem na uczelni i kierownictwem Instytutu Dziennikarstwa – Kazimierz Kąkol.

Trudno zarazem ocenić, że Marzec miał porównywalny wpływ na działanie różnych jednostek i środowisk naukowych Uniwersytetu. Jedne naznaczył na dziesiątki lat, inne skonsolidował wobec zagrożenia. Uczelnia, która rozrosła się znacznie w ciągu poprzednich dwóch dekad, stanowiła przecież archipelag wydziałów i katedr, które często niewiele o sobie wiedziały i bardzo różniły się od siebie, zarówno w specyfice pracy, jak w układach personalnych. Z tego ostatniego powodu także wpływy władz zewnętrznych i administracji miały rozmaity zasięg. Dlatego wspomnienia z Marca, jak i innych kluczowych momentów w historii UW, często nie przystają do siebie, jak gdyby relacjonujący pracowali lub studiowali na zupełnie różnych uniwersytetach. Ogólnie biorąc, od schyłku lat 60. uczelnia żyła jednak pod wpływem trwałego doświadczenia Marca i trwałego (niezależnie od przełomu politycznego 1970 r.), „pomarcowego” układu sił na poziomie rektoratu.

1968–1980: Moralny niepokój

Rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. dr Zygmunt Rybicki zakłada purpurową togę z aksamitu z pelerynką z gronostajów. Gronostajem obszyte są także rękawy i poły togi. Purpurowy biret. Tego samego koloru rękawiczki. Na szyi łańcuch ze srebrnych ogniw zdobionych pośrodku zielonymi agatami. Złoty pierścień z wyrytym w krwawniku orłem uniwersyteckim na prawej dłoni. Berło – srebrne, sześciokątna głowa zdobiona kamieniami osadzona na długim trzonie587.

Przywrócenie tradycyjnego decorum uroczystości rozpoczęcia roku akademickiego było jesienią 1956 r. manifestacją autonomii Uniwersytetu. Dziesięć lat później, gdy nadzieje i złudzenia Października należały do przeszłości, przedstawiciele Izby Rzemieślniczej wręczyli rektorowi Turskiemu nowe insygnia, wykonane jako sztuka mistrzowska przez warszawską spółdzielnię rękodzielniczą588. Rozporządzenie rządu z 1966 r. określało zaś sposób, w jaki odbywać się miały promocje doktorskie: z orszakiem, w togach i biretach, z palcami kładzionymi na berle. Togi, berło, łacińskie inskrypcje były powrotem tradycji, symbolicznym nawiązaniem do zachodniego rodowodu polskich uniwersytetów. Jednak, jak często w świecie symboli, nabrać mogły przewrotnego znaczenia, przesłaniać istotę rzeczy. Rok akademicki 1967/1968 był pierwszym na UW, który odmierzany był dźwiękiem kuranta, wygrywającego Gaudeamus na zegarze biblioteki589. Był to kolejny symbol tradycji uniwersyteckiej, żyjącej w murach przy Krakowskim Przedmieściu. Gdy w tymże roku została ona najbrutalniej zdeptana, Gaudeamus wciąż brzmiało. Jesienią 1968 r. Karol Estreicher notował w Krakowie: „W stalinowskich czasach tóg używać nie wolno było, obecnie należy. Wszyscy przypinają do tóg ordery, wstęgi, odznaki”590.

11. Rektor Stanisław Turski przyjmuje wiceprezydenta USA Richarda Nixona – Nixon ogląda berło rektorskie, sierpień 1959 r.

Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym z grudnia 1968 r. odebrała uczelniom tę formalną autonomię, jaką dotąd posiadały. Zniesiono wybieralność władz akademickich. Rektorzy stawali się znów nominatami ministerstwa, czyli władz politycznych. Mogli nimi zostawać pracownicy bez habilitacji. Minister zyskał także inne uprawnienia, przypominające te z lat stalinizmu. Mógł wpisywać na listy studentów osoby bez matury. Mianował dyrektorów administracyjnych. Przekształcał struktury uczelni. Mógł przenosić pracowników między jednostkami bez ich zgody. Kwalifikacje moralne i ideowe stały się pierwszą przesłanką dla zatrudnienia nauczyciela akademickiego. Ułatwiono awans na docenta bez habilitacji, a nawet bez doktoratu. Minister (lub rektor) mógł relegować studenta bez żadnego postępowania. Przedstawicieli organizacji politycznych uczyniono pełnoprawnymi członkami ciał kolegialnych591.

Ustawa była ramą formalną dla praktyk, które od wielu miesięcy określały rzeczywistość Uniwersytetu. Minister usunął był przecież ze studiów szereg osób, depcząc zasady postępowań dyscyplinarnych. Rozwiązano wydziały, na których dochodziło do najaktywniejszych protestów. Wyrzucano z pracy naukowców. W roku 1968/1969 rozszerzono na wszystkie kierunki studiów „peenpe” (PNP – Podstawy Nauk Politycznych), przedmiot funkcjonujący od połowy lat 60. Student przyswoić sobie musiał zwykle 60 godzin czegoś, co miało być wykładem, ale z braku odpowiednich kadr przybierało nierzadko charakter „prasówki”. Do powszechnie obowiązujących przedmiotów „ideologicznych” należały też ekonomia polityczna i filozofia (120 godzin), których obsada była zresztą równie trudna, co nie przyczyniało się do utrwalenia prestiżu zajęć592. Uruchomiono mechanizm rywalizacji personalnych i awansów, które miały zwiększyć konformizm środowisk uniwersyteckich i dyspozycyjność władz uczelni. Czytelnym znakiem tej polityki było mianowanie rektorem w 1969 r. człowieka, który był „znany z nadzwyczajnej gorliwości w spełnianiu życzeń partii i bezpieki”593. Atmosfera na UW nie przypominała w tym czasie choćby tej panującej około 1966 r., gdy zarówno elity naukowe, jak studenckie miały poczucie pewnej autonomii, „bycia u siebie”, pozwalającego na względną śmiałość wystąpień. Pod koniec dekady w życiu uczelni objawiały się dwie zasadnicze tendencje: pragnienie przetrwania złych czasów i ochrony, ile się da, z potencjału naukowego UW, oraz pragnienie wybicia się dzięki nowym możliwościom awansu zawodowego i oparciu w zewnętrznym aparacie władzy. Tendencje te wpływały na podziały w środowiskach uczelnianych, które objawiły się z nową siłą w drugiej połowie lat 70. Skutki pacyfikacji UW w 1968 r. odbijały się znacznie dłużej na funkcjonowaniu poszczególnych wydziałów, ich potencjale intelektualnym, niewątpliwie także – choć to trudno wymierne – na efektach kształcenia. Był to przecież uniwersytet bez Baumana, Brusa, Hirszowicz, Kołakowskiego, Kotta, Morawskiego. Mimo rozwoju kadry i przemian pokoleniowych były to stale puste miejsca.

Gdy broniłam doktoratu późną jesienią roku 1969 – wspomina Ewa Bieńkowska – ten uniwersytet nie był moim uniwersytetem. [...] Lampka wina w kawiarni uniwersyteckiej, przyjęcie w domu dla przyjaciół i po wszystkim. Trzeba było czasu, bym bez uczucia niewygody stwierdzała: „ukończyłam Uniwersytet Warszawski”594.

„My w UW takich nie potrzebujemy”

„Marcowe” zwolnienia trwały miesiącami i latami. Grupy młodszych z reguły pracowników, asystentów i adiunktów pozbyto się, nie przedłużając umów, szukając pretekstów dyscyplinarnych, albo też przesuwając do nowo powstałej Filii UW w Białymstoku (co stawało się praktyką w stosunku do osób sprawiających kłopoty). Warianty postępowania były rozmaite, ale wiązało je kilka zjawisk: 1) postawa rektora, który reprezentował w tych wypadkach interesy aparatu władzy; 2) niejasne, zakulisowe poczynania w samym środowisku, odbierane jako podgryzanie osób politycznie niepewnych; 3) objawy solidarności i interwencje na rzecz zagrożonych zwolnieniem, wpisujące się zresztą w schemat niejawnego, gabinetowego załatwiania spraw na uczelni. Wszystko to współtworzyło zatrutą atmosferę na Uniwersytecie, pozbawionym forum otwartego wyrażania opinii. Nie musiało się to przekładać na sytuację w poszczególnych jednostkach, kierowanych przecież często przez osoby obdarzone autorytetem i potrafiące stworzyć nisze, w których życie akademickie układało się na zasadach koleżeństwa i zaufania. Jednak pion uczelnianej władzy, skupionej w kolegium rektorskim i komitecie PZPR, które sterowały administracją centralną i dziekanatami, był raczej odwzorowaniem praktyk systemu PRL-owskiego niż europejskich tradycji akademickich.

Oto latem 1968 r. adiunktowi filologii polskiej bez żadnych wyjaśnień nie przedłużono umowy o pracę. Adiunkt „zapisał się” na rozmowę z prorektorem. Rybicki nie krył, że chodzi o sprawy polityczne, jednak niezbyt jasne – mowa była o jakichś „intrygach” zainteresowanego. Ten stanowczo przeczył, prorektor zapowiedział więc konsultację z Wydziałem Nauki KC PZPR. Tam żadnych zarzutów nie potwierdzono. W tym czasie dziekan polonistyki proponował w liście do prorektora przedłużenie umowy adiunktowi, ale zaznaczał chwiejność jego postawy politycznej. Jemu samemu powiedział: „Kłopoty twoje zawdzięczasz swym kolegom, nowo mianowanym docentom”. Dawał zarazem do zrozumienia, że sprawa zakończy się pozytywnie. Gdy jednak u progu semestru zimowego adiunkt zjawił się w swej katedrze, dowiedział się od sekretarki, że już nie pracuje. Nie nastąpiło żadne wyjaśnienie. Przez następne trzy lata nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia, wykonując tylko prace dorywcze. Dopiero w 1971 r. udało mu się zatrudnić w PAN. Cała sprawa, w formie, w jakiej opisał ją po dekadzie bohater zdarzeń, wydaje się charakterystyczna dla klimatu niejasności i niepewności, panującego na „pomarcowej” uczelni595.

Pani adiunkt z Wydziału Ekonomii Politycznej znalazła się na nieformalnej czarnej liście zapewne wtedy, gdy złożyła legitymację PZPR pod wpływem zajść marcowych. Została wówczas pozbawiona funkcji opiekuna roku, lecz nie było mowy o wypowiedzeniu. Wydział został jednak rozwiązany, a pracownicy utrzymywani byli w niepewności. Do zainteresowanej dotarły słowa rektora, wedle którego „my w UW takich nie potrzebujemy”. Przez kilka miesięcy nie mogła znaleźć żadnej pracy, ale w tym czasie kilka osób, w tym istotni działacze partyjni UW, starało się wpłynąć na rektora – skutecznie o tyle, że umowę przedłużono, lecz w Filii białostockiej UW.

Zwolnienia polityczne nie musiały mieć w tym okresie „marcowego” kontekstu, ale były w każdym wypadku miernikiem spolegliwości władz uczelnianych wobec (ustnych często) dyspozycji centrum władzy. Oto pewien adiunkt z Wydziału Filologii Polskiej i Słowiańskiej pełnił funkcję dyrektora polskiej placówki kulturalnej w NRD. Został z nagła odwołany wskutek donosu stypendystki z ZSRR, która poinformowała ambasadę o niewłaściwych treściach jednego z jego wykładów (chodziło „najprawdopodobniej o pewne sformułowania dotyczące wzorów osobowych w literaturze radzieckiej” i „zróżnicowania pojęcia socjalizmu w dobie obecnej”). Po powrocie do Warszawy zwolniony dyrektor dowiedział się od dziekana swego wydziału, że także na Uniwersytecie nie ma dla niego miejsca. Latem 1970 r. nie przedłużono mu zatrudnienia. Przez ponad rok zarabiał jako taksówkarz.

Los zwalnianych pracowników UW nie był porównywalny z ponurymi doświadczeniami czeskich i słowackich inteligentów ery „normalizacji”, niemniej był dotkliwy. Trzydziestolatkowie z dziećmi na utrzymaniu znajdowali się w próżni, opatrzeni nieformalnym wilczym biletem, zamykającym drzwi wszelkich instytucji. Sytuacja uległa poprawie w 1971 r., gdy zmieniły się odgórne „nastawienia” i przyjmować zaczęły „marcowych” bezrobotnych instytuty PAN, wydawnictwa czy archiwa, jednak często na stanowiska niezgodne z ich kwalifikacjami. W dokumentach PZPR pozostały ślady interwencji z lat 70. w podobnych sprawach i rozstrzygnięć kierownictwa Wydziału Nauki KC596.

Miejscem pracy dla wielu z tych, których władze UW nie chciały widzieć na miejscu, stała się wspomniana Filia w Białymstoku, utworzona latem 1968 r. Jej powstanie związane było z ówczesną „deglomeracją” Warszawy, czyli pewnym rozproszeniem skupionych w niej funkcji na rzecz regionów słabiej rozwiniętych, lecz przede wszystkim z polityką ministerialną, polegającą na tworzeniu Wyższych Szkół Nauczycielskich (WSN), powiązanych organizacyjnie z uniwersytetami597. Polityka ministerstwa dość szybko się zresztą zmieniła, już w 1969 r. powołano kilka samodzielnych WSN-ów i odtąd stawiano pod znakiem zapytania także powiązanie szkoły białostockiej z UW. Ten znak zapytania utrzymywać się będzie przez ćwierćwiecze.

Filia UW pomyślana była także jako rezerwuar etatów dla młodej kadry uniwersyteckiej, dla której nie było miejsca w Warszawie598. Nabrało to swoistego znaczenia. W 1974 r. pracę w Filii otrzymał historyk Stefan Meller, który od czasów „marcowych” nie miał szans na wartościowe zatrudnienie w stolicy. Ucieszył się z tej możliwości, ponieważ słyszał, „że tam zjeżdża się fajne towarzystwo”. Byli to w dużej części „ludzie po przejściach”, tworzący coś, co Meller określił po latach jako „potężny ośrodek intelektualnej opozycji”. Podkreślał też satysfakcję, jaką dawało współtworzenie od podstaw poważnej placówki, ściągającej niemało ambitnej młodzieży z regionu. Jak dla wielu, praca w Białymstoku wiązała się dla Mellera z koniecznością ciągłych dojazdów z Warszawy, umilonych jednak przez naukowe „klany towarzyskie”, grające w pociągach w karty i w szachy, a także przez „bardzo malownicze” aspekty lokalnego życia. Podróżni wyciągali jajka na twardo, częstowali nalewkami, wciągali w rozmowy o sytuacji w kraju599. Meller opisywał te doświadczenia jako wartościowy skutek politycznej banicji, jakiej podlegał w Warszawie; jako zbliżenie do polskich realiów ułatwione przez praktyki reżimu.

12. Inauguracja roku akademickiego 1977/1978 w filii UW w Białymstoku

Zbliżenie do realiów

Dość ciekawa i zróżnicowana była reakcja przechodniów na nasz widok; jedni użalali się nad nami mówiąc, nie męczcie się, byle tylko było zaliczenie, inni dodawali, że [...] doszliśmy do tego, że studenci muszą iść do łopaty jak u Mao Tse-Tunga. [...] W większości jednak podchodzono do nas życzliwie, pytano, jak tam praca, jak studia. Taka dyskusja dodawała ochoty. Utkwił mi w pamięci jeden incydent: podczas kopania rowu podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział: „Te synek, co tak galopujesz z tą łopatą, biednym dałbyś zarobić, a nie sam łapał forsę”. Nie odezwałem się, ale przez dłuższą chwilę czułem się, jakbym zrobił coś złego600.

W uchwałach piątego zjazdu PZPR, który odbył się latem 1968 r., znalazł się zapis o „uczestnictwie w pracy fizycznej” jako warunku prawidłowego wychowania młodzieży studenckiej. Była to reakcja na bunt Marca, choć nie całkiem zgodna z propagowanym wówczas hasłem „Studenci do nauki!”. Mieli oni bowiem uczestniczyć w praktykach robotniczych, które stały się – mocą zarządzenia ministra z marca 1969 r. – częścią programu studiów i wymagały zaliczenia jak inne przedmioty. Poświęcić musieli na nie łącznie co najmniej osiem tygodni. W zarządzeniu pisano o zbliżeniu studentów do realiów życia, wkładzie w rozwój gospodarczy kraju i przygotowaniu do własnej pracy zawodowej. W ślad za decyzjami administracyjnymi odbyła się kampania prasowa. Praca w charakterze robotnika niewykwalifikowanego miała nauczyć dyscypliny, empatii i odpowiedzialności601.

Tak zrodziły się „espeery”, czyli Studenckie Praktyki Robotnicze (SPR). W pierwszym cyklu, latem 1969 r., wzięło w nich udział w skali kraju 47 tys. studentów, zaszeregowanych w hufcach. To zbiorowe doświadczenie badali socjologowie z Międzyuczelnianego Zakładu Badań nad Szkolnictwem Wyższym.

Do najczęściej powtarzających się zajęć należały: w rolnictwie – pomoc przy zbieraniu zboża z pola, pielenie chwastów, selekcja warzyw, zbieranie ziół; w leśnictwie – korowanie drzew, pielenie szkółek, zbieranie runa leśnego; w przemyśle spożywczym – selekcja owoców i ich czyszczenie, mycie owoców i warzyw, mycie naczyń, napełnianie słoików, pasteryzowanie słoików z wyrobami owocowymi; w budownictwie i innych gałęziach gospodarki – kopanie rowów, wykopy pod instalacje, oczyszczanie placów ze złomu, układanie drogi, betonowanie, zwożenie i układanie surowych cegieł, składanie prefabrykatów, malowanie przeciwkorozyjne czy sprzątanie po malarzach.

Studenci zapoznawali się głównie z takimi narzędziami pracy jak widły, łopata, motyka czy kilof. W rzadkich przypadkach stawiano ich przy prasie do produkcji cegieł, automacie do zszywania kartonów czy sadzano na traktorze. Prace były na ogół monotonne, ale zdarzały się także bardzo ciężkie. Studentom kazano dźwigać ogromne worki czy pchać ciężkie wózki. Większość nie wiedziała zresztą, co ich czeka, a następnie wyrażała „rozczarowanie i rozgoryczenie”, podobnie jak dyrekcje niektórych przedsiębiorstw, które nie miały żadnego pożytku z przydzielonych ludzi. Inne jeszcze problemy wiązały się z działaniem samych hufców. Ich kadrą zostać mieli pracownicy naukowi. Ci na ogół nie palili się do nowych obowiązków, w różny sposób się od nich uwalniali i komendantami hufców zostawali studenci starszych lat. W sierpniu 1969 r. na przebadanych przez socjologów 68 obozów tylko 34 miały pełną obsadę (opiekuna i komendanta). W połowie kierownictwo było jednoosobowe („w dwóch hufcach funkcję komendanta pełniły osoby wybierane przez studentów, gdyż wyznaczeni przez uczelnię nie przybyli”). Komendantami byli z reguły mężczyźni, także w hufcach żeńskich: „Mieli więc zupełnie dodatkowe kłopoty, związane z przestrzeganiem dyscypliny i utrzymywaniem odpowiedniej atmosfery na obozie”. Wynikało to niewątpliwie z niechętnego nastawienia części uczestników wobec praktyk, które zabierały wakacje. Ci z rodzin wiejskich sądzili zaś, że „espeery” winny obowiązywać tylko ich kolegów z miasta. Ogółem jednej czwartej studentów, objętych obowiązkiem praktyk, udało się od nich w różny sposób wymigać602. Z drugiej strony, o czym socjologiczne materiały i protokoły wizytacji mówią najmniej, praktyki były przygodą, a zgrupowani umieli sobie radzić z monotonią pracy, nawiązując relacje towarzyskie i emocjonalne, bawiąc się (nierzadko w lokalnych knajpach czy na organizowanych potańcówkach) i zdobywając rozmaite, nie zawsze zgodne z intencjami organizatorów akcji, doświadczenia.

Udział w praktykach miał bowiem znaczenie formacyjne. Jedna trzecia uczestników, którzy nigdy nie pracowali fizycznie, deklarowała, że praktyka zbliżyła ich do „poznania klasy robotniczej lub chłopstwa”603. Wśród elementów owego poznania trzy miały wymiar szczególny. Oto studenci przekonywali się o stereotypach, jakie wśród pracowników fizycznych dotyczą inteligencji. Uczestnik praktyk 1970 r. w warszawskim Przedsiębiorstwie Instalacji Elektrycznych słuchał robotników, którzy rozzłoszczeni trudnościami w pracy narzekali na tych, którzy „narozrabiali w marcu”604. Drugim elementem były właśnie owe trudności: wady organizacji, marnotrawstwo, fatalne warunki higieniczne, braki narzędzi, materiałów, transportu, przekreślające sens wysiłku robotniczego. Trzecim, będącym w dużym stopniu pochodną poprzedniego, było morale załóg – temat najbardziej chyba dojmujący dla części praktykantów. Doświadczenie pracy na budowie rozwiewało złudzenia: „Można tam poznać smak angielskiej soboty i szewskiego poniedziałku, dni bez majstrów, robotników i kierowców”.

Praktyki wprowadzają w czyn powiedzenie „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy”, a więc kompletne dno. Robotnicy obijali się, czy więc my mamy robić inaczej? Zresztą robota była bezsensowna, np. posprzątałam jedno piętro, a w następnym dniu przyszli robotnicy poprawić usterki i od nowa trzeba było iść sprzątać. Tak więc chodziłyśmy z piętra na piętro i po pięć razy sprzątałyśmy te same pomieszczenia. [...] Organizacja i bezpieczeństwo pracy były bardzo złe. Nieraz musiałyśmy czekać, ażeby dostać proszek do prania, nieraz trzeba było czekać pół dnia, ażeby otrzymać kwas (myłyśmy posadzki kwasem). Brak było na początku rękawic gumowych, nie miałyśmy butów ochronnych, tylko kuse fartuchy.

Socjologowie odnotowali też następujące wrażenia: „Poznajemy [robotnice] od najgorszej strony i to w pełni”. „Mam o tym wszystkim najgorszą opinię. Przy okazji nauczyłem się nowego języka – «łaciny»”. „Nigdy nie byłem w takim środowisku. Pracują, gdy wiedzą, że można na tym zarobić, gdy jednak stawka jest niska, starają się jak najmniej pracować”. „Można poznać sposób bycia ludu, wyrażania się, metody okradania Ludowej Ojczyzny przez klasę robotniczą”605.

Praktyki bywały więc szkołą życia. Studenci prawa UW, pracujący w leśnictwie Regity pod Poznaniem, mieli, na 42 osoby obojga płci, 3 miski do mycia się i 2 wiadra do noszenia wody z odległej studni. Do rąk dostali siekiery i tępe maczety, którymi karczowali las. Atmosfera w hufcu była zła. Komendantowi – donosił wizytator z uczelni – brakowało „autorytetu, taktu, kultury osobistej oraz zdolności do organizowania praktycznego życia”. Było to zapewne obiektywnie trudne, zważywszy na warunki. W wyniku interwencji obiecano zwiększenie ilości misek i wiader oraz znalezienie ostrych maczet. Studenci pracujący w Dwikozach pod Sandomierzem mieli niezłe kwatery, lecz wykonywali ciężkie prace, którym nie zawsze byli w stanie sprostać, co odbijało się na dniówkach. Pracująca w skwarze lub na deszczu grupa naprawiała drewniane skrzynie. W tejże miejscowości hufiec żeński pracował w Zakładach Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego. Studentki ulokowano w kilkunastoosobowych salach, przydzielając po jednej miednicy do mycia na salę. Pracowały na dwie zmiany, wykonując czynności bardzo monotonne, przy taśmie, jak prześwietlanie butelek z winem dla sprawdzenia ich czystości. Budujący drogę wokół powstającej bazy PKS w Sandomierzu zmagali się natomiast z jedyną zdezelowaną betoniarką, która psuła się codziennie. W czasie jej przestojów nudzili się na zalanym słońcem pustkowiu, pozbawieni „napojów chłodzących”. Kierownik budowy uważał jednak, że rozprzężeniu winni są sami studenci, niewykazujący zapału do pracy. Z kolei na budowie fabryki płyt pilśniowych w Karlinie studenci stanowić mieli, jak oceniał wizytator, grupę aktywną, „która ciągle domagała się pracy, ostro krytykowała braki organizacyjne i dostrzeżone przejawy marnotrawstwa”, przy czym jej stosunki z robotnikami „układały się jak najlepiej, o czym może świadczyć ich udział w imprezach sportowo-rozrywkowych, organizowanych przez hufiec”. Studenci mogli się przekonać, jak wyglądają realia przedsiębiorstwa: rwący się front robót, braki urządzeń, trzydniowe oczekiwania na dostawy elementarnych materiałów (piasku i trylinki), dowiedzieli się, co to „angielska sobota” i „szewski poniedziałek”606. Wielu uczestników „espeerów” rzeczywiście zbliżyło się do życia i poznało codzienność klasy robotniczej schyłku rządów Gomułki. „Nigdy nie podejrzewaliśmy – pisał jeden z nich – że są u nas takie zakłady i takie warunki w nich panują, że ludzie muszą się tak męczyć, aby zarobić na swoje utrzymanie”607.

Doza optymizmu

Koniec lat 60. był nie tylko okresem głębokiego kryzysu moralnego, lecz i gospodarczego PRL. Napięcia materialne odczuwane były w gospodarstwach domowych, fabrykach, usługach publicznych i na uczelniach. Bunt robotniczy grudnia 1970 r. spowodował przełom polityczny i korektę projektu rozwojowego. Pojawiła się doza optymizmu, podtrzymywana przez kilka lat w atmosferze widocznej poprawy materialnej.

W 1971 r. sprawą „warszawskiego ośrodka szkolnictwa wyższego i nauki” zajmowano się na poziomie rządowym. Premier powołał komisję, mającą przygotować program rozwoju stołecznych uczelni i instytutów do 1975 r. Na jej czele stanął wicepremier Wincenty Kraśko, a w składzie znaleźli się rektorzy szkół wyższych608. W tym samym czasie powołano na UW komisję dla przygotowania programu rozwoju Uniwersytetu do 1980 r., złożoną z prorektorów ostatnich kadencji. Nastroje na zebraniu 10 XII 1971 r. oddaje brudnopis protokołu, w którym pojawiają się stwierdzenia o „złym stanie rzeczy” i braku „ludzkich warunków pracy” (Witold Czachórski), o „rozpaczliwej” sytuacji (Teodor Kopcewicz), obawy przed „zwycięstwem nauk technicznych” w rywalizacji o środki, ale i nadzieje pokładane w programie VI Zjazdu PZPR609. Z zebranych wówczas dezyderatów poszczególnych jednostek wyzierają podstawowe oczekiwania środowisk uniwersyteckich. Podzielić je można w zasadzie na dwie grupy. Pierwszą były sprawy finansowania, wyposażenia i sytuacji lokalowej. Tylko dyrektor Instytutu Filozofii deklarował, że dotychczasowe środki materialne są wystarczające. Inni pisali o braku miejsca, kadr i urządzeń. Dziekan Chemii uważał, że konieczne są w nadchodzącym dziesięcioleciu nakłady rzędu miliona dolarów na rozwój wydziału. Prawo i Administracja sugerowało, że porzucić należy widoczną „od szeregu lat” praktykę zaspokajania przede wszystkim potrzeb nauk eksperymentalnych610. Druga grupa problemów, stawianych w pismach wydziałów dość stanowczo, odnosiła się do zewnętrznych kontaktów Uniwersytetu, czyli jego izolacji od nauki światowej. Prawnicy podkreślali konieczność „popierania wyjazdów za granicę”, filologowie obcy domagali się uznania za zasadę długich staży zagranicznych, filologowie klasyczni zwracali uwagę na konieczność „troski” o uczestnictwo w zagranicznych imprezach naukowych, fizycy oczekiwali „jak najściślejszych kontaktów z fizyką światową”, opisując bieżącą sytuację jako „niezwykle dokuczliwą”. Instytut Socjologii natomiast postulował nawiązanie stałej współpracy z zagranicznym odpowiednikiem (ale spośród uczelni krajów socjalistycznych)611.

Dokumentacja komisji uczelnianej obrazowała rzeczywiście „rozpaczliwy” w wielu dziedzinach stan rzeczy. Pod koniec lat 60. UW otrzymywał budżet pokrywający 17% deklarowanych potrzeb, zaś przydział dewiz nie przekraczał 3% potrzeb (co odbijało się na kontaktach ze światem boleśniej niż ograniczenia polityczne). Opracowane przez teoretyków wskaźniki zagęszczenia w budynkach uczelnianych nie miały nic wspólnego z rzeczywistością UW. Oto uznawano, że na wydziałach eksperymentalnych „powierzchnia dydaktyczno-naukowa oraz laboratoryjna na jednego studenta i pracownika naukowego” wynosić powinna 18 m2, a na humanistycznych 9 m2. Tymczasem wskaźnik ten wynosił w 1970 r. na Wydziale Fizyki 1,15 m2, na Wydziale Biologii 4,85 m2, na Wydziale Prawa 1,9 m2, zaś średnia na UW 4,5 m2. Nawet jeśli postulowane wskaźniki były nieosiągalne w polskich warunkach, te realne uznawano za dowód ogromnego zaniedbania. Oceniano zarazem, że niespełna 30% budynków UW, przede wszystkim te zbudowane po wojnie, odpowiada funkcjom. Około 40% gmachów miało charakter zabytkowy i znajdowało się w większości w bardzo złym stanie, podobnie jak budynki pozyskane w latach 60. od różnych instytucji. Wbrew planom konsolidacji, rozwijanym od epoki międzywojennej, siedziby uniwersyteckie były coraz bardziej rozproszone612. Jedna z najnowszych lokalizacji, część Wydziału Biologii przy ul. Smyczkowej na południowym skraju miasta, odległa była od innych pomieszczeń Biologii (na Ochocie) o 9 km, a od rektoratu o 18 km w linii prostej613. Tymczasem do głównych postulatów kadry naukowej należało skupianie zabudowy.

Zatwierdzone przez rząd w 1971 r. limity inwestycyjne dla UW zdawały się rysować pomyślniejszą perspektywę, czyli rozpoczęcie inwestycji od lat spadających z planów. W pierwszej połowie dekady rozrosnąć się miało skupisko nauk ścisłych na Polu Mokotowskim i powstać miał dom studencki na Powiślu. Uczelnia liczyła na dopisanie do planu drugiego akademika (mieściłyby razem 1200 studentów) i dużej stołówki, co by pozwoliło pozbyć się DS-ów przy ul. Kickiego (których funkcjonowanie uznawano już za „niemożliwe”), a także na rozbudowę filologii przy ul. Browarnej i wzniesienie plombowego budynku przy ul. Karowej dla Wydziału Nauk Społecznych. Przymierzano się także do kosztownej i trudnej budowy cyklotronu. W drugiej połowie lat 70. powstać miała wreszcie nowa Biblioteka UW (wciąż zakładano, że przy ul. Niecałej)614. W najczarniejszych wizjach elit uczelnianych nie mieściło się wyobrażenie, że niemal żadne z tych zamierzeń nie zostanie zrealizowane w ciągu następnego ćwierćwiecza615.

* * *

Uniwersytet przeżywał w pierwszej połowie lat 70. szybki przyrost kadr i studentów. Zatrudnienie zwiększyło się o połowę, w tym nauczycieli akademickich o 38%, naukowo-technicznych o 69%, bibliotecznych o 47%. W 1975 r. UW skupiał niemal jedną czwartą polskich nauczycieli akademickich i około 40% profesorów zwyczajnych. Zatrudniał 726 adiunktów, 279 docentów i 219 profesorów. Warto odnotować, że 82 adiunktów urodziło się w 1945 r. i później, najmłodszy w 1950 r., był zatem rówieśnikiem asystenta Kruszewskiego z Barw ochronnych Zanussiego (1976), który – jak podkreśla jego mentor-przeciwnik, cyniczny docent Szelestowski – nie ma pojęcia o zaszłościach stalinizmu. Pięciu najmłodszych profesorów urodziło się po 1935 r., natomiast 40 osób z tego grona (i 9 docentów) przed 1910 r. Spotykali się zatem w społeczności pracowniczej ludzie, którzy wykształcili się i rozpoczęli pracę w II Rzeczypospolitej, z takimi, którzy maturę zdali w okresie małej stabilizacji. Tworzyło to nadzwyczajną rozpiętość doświadczeń i aspiracji. Uczelnia skupiała 18% studentów PRL. Planowaną ilość przyjętych znacznie przekraczano. W 1975 r. zamiast planowanych 4,7 tys. przyjęto na pierwszy rok 6,7 tys. ludzi – cały uniwersytet lat 50.! Znaczna część przyjętych należała do rocznika 1956. Pewna studentka historii urodziła się w Warszawie w dniu wielkiego wiecu na Placu Defilad, 24 X 1956 r.616

W nowym projekcie rozwojowym PRL, który współtworzyli naukowcy spoza politycznego establishmentu, przywiązywano znaczenie do zmiany modelu awansu społecznego. Dążono do ustanowienia pewnej merytokracji, oczywiście odpowiadającej założeniom systemu, o którego reformie nie było mowy. W uchwałach VI Zjazdu PZPR znalazły się, obok typowego passusu na temat konieczności zwiększenia procentu młodzieży robotniczej i chłopskiej na uczelniach617, zapowiedzi promowania „najzdolniejszych ze wszystkich środowisk”. W ślad za tym szły rozporządzenia z lat 1972–1973, dotyczące typowania przez szkoły prymusów i kierowania ich do najbliższych uczelni bez egzaminów wstępnych. Prymusami byliby ci, którzy – prócz bardzo dobrych wyników – prezentowali „właściwą postawę ideową i moralną” i byli „aktywni społecznie”. Gdyby zdarzyło się tak, że o miejsca ubiegałoby się wielu kandydatów, pierwszeństwo mieliby ci z rodzin robotniczych i chłopskich. Wydaje się jednak, że tak się nie zdarzało. Projekt napotkał na trudności, przede wszystkim w samych szkołach (w 1972 r. mniej niż połowa wytypowała prymusów), a dyrektorzy twierdzili, że rady pedagogiczne nie znajdowały kandydatów. Można się domyślić, że nieskuteczność akcji wynikała z rozmaitych konfliktów i nacisków. Zapewne z tego wynikało także promowanie pewnej ilości uczniów o średnich ocen poniżej dobrej (w 1972 r. 3,1%). Selekcja społeczna prymusów była rzeczywiście bardziej „demokratyczna” niż przyjęcia na studia (więcej młodzieży robotniczej i chłopskiej)618. W odczuciu społecznym pozostawała jednak bardzo niedemokratyczna, gdyż „właściwa postawa ideowa” okazywała się nader często głównym przymiotem domniemanych prymusów. Dlatego zniesienie tych rozporządzeń będzie jednym z żądań studenckich w epoce „Solidarności”, podobnie jak likwidacja tzw. puli rektorskiej.

Rektorzy uczelni posiadali prawo przyjmowania własną decyzją pewnej puli kandydatów. Pule powstawały w gąszczu interesów i prywatnych interwencji, wśród których popychano różne osoby, odwołując się zwykle do zasług osobistych rodziców. Do rektoratu UW i Wydziału Nauki KC PZPR płynęły listy, w których członkowie partii podawali numery legitymacji i obrazowali swą ofiarną pracę dla kraju. Profesorowie pisali do rektora w imieniu znajomych, którzy pozostawali „na odpowiedzialnych odcinkach pracy” i dawali powody do „pełnego zaufania politycznego”, co miało uzasadniać włączenie ich dzieci do puli. Zastępca prokuratora generalnego zwracał się do Rybickiego, aby przyjął córkę wysokiego urzędnika, oddanego pracownika prokuratury wojskowej w pierwszej połowie lat 50. Stary komunista pisał do „Towarzysza Jaremy” (Maciszewskiego, zastępcy szefa Wydziału Nauki), że bardzo mu zależy, by córka znajomych komunistów, wywodzących się z „robociarzy warszawskich”, została przyjęta na romanistykę619. Zbadanie dróg tego rodzaju interwencji i ich skuteczności mogłoby się stać tematem ciekawego projektu badawczego z historii społecznej PRL. Tu skomentować wypadnie, że masa interwencji była niewątpliwie jedną z przyczyn rokrocznego przekraczania limitów przyjęć na studia: w pierwszej połowie lat 70. decydowano się na to dość łatwo, panował bowiem optymizm rozwojowy.

13. Nadanie doktoratu honoris causa prof. Lwu Andriejewiczowi Arcymowiczowi, sekretarzowi Wydziału Fizyki Ogólnej i Astronomii Akademii Nauk ZSRR, kierownikowi Katedry Fizyki Atomowej na Uniwersytecie Moskiewskim. Doktorat wręcza rektor UW prof. Zygmunt Rybicki, obok niego prof. Jerzy Pniewski, 1972 r.

Perspektywy UW zdawały się wówczas niezłe, przynajmniej pod względem materialnym. Wiosną 1972 r. wprowadzono pierwszą podwyżkę płac dla nauczycieli akademickich, a w ciągu czterech lat uposażenia wzrosnąć miały o 40%620. W pierwszej połowie dekady nastąpił w PRL ponad pięciokrotny wzrost nakładów na badania naukowe. W 1975 r. UW otrzymał na aparaturę 2,5 raza więcej środków niż w 1971 r.621 Nie dawało to zresztą możliwości zbudowania imponującego wyposażenia622, tak jak tzw. pula dewizowa na import książek i czasopism nie stwarzała szansy na zaspokojenie aspiracji. Pula ta była w 1975 r. dwukrotnie wyższa niż w 1970 r., osiągając 100 tys. złotych dewizowych, co oznaczało nominalnie powrót do poziomu 1965 r., lecz realnie – regres, ponieważ ceny publikacji na świecie znacznie wzrosły, podobnie jak potrzeby UW, mierzone chociażby wielkością kadry623.

Atmosfera otwarcia na świat w kontaktach gospodarczych, umowach kooperacyjnych, imporcie urządzeń z Zachodu, tworzyła tyleż nadziei, ile frustracji. Widoczne było marnotrawstwo i znaczenie nieformalnych układów. Raził utrzymujący się dystans technologiczny. Latem 1975 r., w dobie ekspansji informatycznej na Zachodzie, UW był nader skromnie wyposażony w „maszyny matematyczne”, jak nazywano komputery624. Baza ta została zbudowana wysiłkiem ambitnych naukowców i konstruktorów, ale trudno było ją rozwijać w ramach dostępnych środków i ograniczeń międzynarodowych transferów technologii (system COCOM). Pewne szanse dawała kooperacja z instytutami badawczymi PAN, które zdobywały znacznie lepsze wyposażenie, niekiedy imponujące. Zmienił się także sposób podziału środków na badania. Pochodziły już nie tylko z dotacji, lecz także z nowego systemu finansowania nauki, który miał sprząc ją z rozwojem gospodarczym i zracjonalizować. Wprowadzono tzw. programy rządowe, węzłowe i międzyresortowe, do których angażowano uczelnie na zasadach ofert. W połowie dekady UW koordynował prace nad 4 programami międzyresortowymi z zakresu fizyki teoretycznej i doświadczalnej, socjologii i zarządzania625.

14. Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW: minikomputer PDP 11 stanowiący wyposażenie nowej końcówki SA CYFRONET eksploatowanej w Ośrodku Obliczeniowym Instytutu Informatyki

* * *

Lata détente sprzyjały międzynarodowym projektom, kongresom i wymianom naukowym, w których uczestniczył także Uniwersytet Warszawski. Rektorat prowadził rozległą, wielojęzyczną korespondencję, organizował lampki wina i kawy, przyjęcia w Bazyliszku czy podwarszawskiej Szczerbówce dla zachodnich i wschodnich uczonych. Rosła mobilność pracowników, którzy uczestniczyli w konferencjach, projektach badawczych czy stażach zagranicznych, co miewało jednak i taki skutek, że naukowcy „wybierali wolność”: w latach 1973–1974 nie wrócił z Kanady pewien profesor chemii UW, a ze Zjednoczonej Republiki Arabskiej pewien filolog626. Nie były to jednak wypadki na tyle częste, by prowokować władze polityczne do ograniczenia wyjazdów. Kontakty z naukowcami czy placówkami dyplomatycznymi państw kapitalistycznych, dość gęste i kordialne, bywały jednak kwalifikowane przez policję polityczną jako „działalność dywersyjna”. W ten sposób opisywano projekcje filmowe w placówkach państw NATO, na które zapraszano studentów, wypożyczanie płyt czy taśm uczelniom i klubom młodzieżowym, czy też finansowanie przez ambasadę RFN wyposażenia laboratorium językowego na UW627.

15. Zajęcia z języka polskiego dla cudzoziemców prowadzone w Instytucie Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców „Polonicum”

Na kontaktach zagranicznych bardziej niż inwigilacja i nieufność stale ciążyły rozpaczliwe braki twardej waluty, sprawiające, że UW skupiać się musiał na wymianie bezdewizowej, zwężającej sieć kontaktów. Nie ułatwiała ich także baza materialna UW. W połowie lat 70. brak miejsc zakwaterowania ograniczał napływ zagranicznych doktorantów i stażystów: przebywało ich na miejscu około 250, a zainteresowanie było podobno większe. W tej sferze dekada gierkowska przyniosła zresztą poważny wzrost, gdyż owych stażystów i doktorantów było u schyłku poprzedniego dziesięciolecia o połowę mniej. Świadectwem rozwoju kontaktów ze światem było też rosnące zainteresowanie zajęciami „Polonicum”, inaugurowanymi w 1956 r., które rozrosły się w ciągu 20 lat do całego zespołu kursów letnich języka polskiego dla zagranicznych studentów i wykładowców (200 osób w 1975 r.), osobno dla Włochów i Kanadyjczyków, a w ciągu roku akademickiego dla polonistów z NRD i dla stażystów628.

Otwarcie na świat nie przyniosło natomiast wzrostu ilości studentów cudzoziemskich. Pod koniec rządów Gomułki studiowało ich w Warszawie 778, a w połowie lat 70. – 692. Na UW zapisanych było w grudniu 1969 r. 243, a pięć lat później – 219. Struktura tej grupy nieco się zmieniła. W obu okresach studiowało na UW po 136 przybyszów z krajów socjalistycznych (najwięcej z Wietnamu, ZSRR i Bułgarii), lecz zmalała ilość studentów z tzw. krajów rozwijających się (było ich 74 w 1969 r. i 27 w 1974 r.), natomiast wzrosła – Polonusów (odpowiednio 16 i 48), co akurat mogło być oznaką otwarcia politycznego. Mała grupka reprezentowała w 1974 r. „kraje inne” (dwie osoby z Francji, pięć z Japonii i jedna z Izraela); pięć lat wcześniej była dwukrotnie większa629. W skali kraju liczba studentów-cudzoziemców była stabilna w latach 70. (około 3 tys. osób). Mniej więcej połowa przyjeżdżała z krajów socjalistycznych, pozostali z tzw. rozwijających się. Przybysze z „rozwiniętych krajów kapitalistycznych”, niebędący Polonusami, stanowili nikłą garstkę: 48 osób w kraju w 1974 r. i tylko 29 w 1978 r.630.

16. Wizyta delegacji ze Stanów Zjednoczonych na UW – spotkanie w Pałacu Kazimierzowskim z udziałem prorektora Stanisława Orłowskiego i dr. Włodzimierza Cimoszewicza, 23 XI 1978 r.

O ile najważniejszym kręgiem aspiracji naukowych i materialnych polskiej społeczności akademickiej był Zachód, o tyle PRL zajmowała całkowicie peryferyjne miejsce w świadomości młodych elit Zachodu. Miała natomiast znaczenie jako miejsce kształcenia przybyszów z krajów „bratnich” i z Trzeciego Świata, w tym przyszłych elit krajów postkolonialnych. Grupa tych ostatnich, jak wynika z danych cytowanych wyżej, znacznie zmalała na UW, jednak to właśnie wokół niej rodziły się pewne napięcia. Przybysze z państw arabskich przynosili ze swych ojczyzn ostre konflikty polityczne. Syryjczycy czy Irakijczycy podzieleni byli na „postępowych” (na ogół komunistów) i tych popieranych przez ambasady własnych państw. W Polsce działała podziemna iracka partia komunistyczna, której kierownictwo znajdowało się w Pradze czeskiej. Część studentów arabskich sympatyzowała z ekstremistami palestyńskimi. Władze polskie, tłumiące objawy różnic politycznych we własnym społeczeństwie, musiały tolerować tego typu zróżnicowania wśród studentów obcych. Musiały się też liczyć z innymi zjawiskami: na wpół fikcyjnym, przedłużanym w nieskończoność studiowaniem, z przemytem i handlem, oraz znacznymi niekiedy, jak na polskie warunki, zasobami twardych walut wśród młodych ludzi, którzy – jak donoszono w partyjnym raporcie z 1973 r. – prowadzili „hulaszczy tryb życia”631. Można przypuszczać, że z biegiem lat tego rodzaju zjawiska zyskiwały na znaczeniu, w rytm pogarszania się warunków życia i narastania chaosu gospodarczego w PRL.

17. Spotkanie polsko-libijskie na temat Zielonej Książeczki na UW, lata 70. XX w.

Pogłębiający się kryzys schyłku dekady powodował spadek atrakcyjności Polski jako miejsca do studiowania. Warunki bytowe stypendystów stawały się „przedmiotem uwag” ze strony placówek dyplomatycznych. Nie chodziło najpewniej o wysokość stypendiów (w 1978 r. 1600 zł dla studentów i do 3200 zł dla studiów podyplomowych), lecz organizację i aprowizację. Zarazem władze projektowały pospiesznie rozwój płatnych w dewizach studiów dla cudzoziemców, co przynieść by miało w latach 80. po kilka milionów dolarów rocznie. Nie przewidywano jednak prowadzenia zajęć w językach kongresowych632. Zapewne nie tylko trudności z wyuczeniem przybyszów polszczyzny były powodem fiaska tego projektu, kreślonego w atmosferze gorączkowego szukania dewiz do pustoszejącej kasy państwa.

Studenci: świadomość i byt

Studentki w spodniach, z nieodłącznymi papierosami i swobodnym słownictwem, drażniły mieszkańców wsi i miasteczek, w których odbywały się „espeery”. Długie włosy i kwieciste koszule młodych mężczyzn wydawały się u progu lat 70. równie uderzające jak szerokie nogawki i bardzo długie płaszcze, tworzące modę maksi. Starsze pokolenia skłonne były widzieć w tym oznaki złego obyczaju i przesadnej fascynacji „światem”, który niepokojąco się emancypował. W prasie straszono narkotyzującymi się „dziećmi-kwiatami”, czy też „dziećmi-chwastami”, jak chciał jeden z publicystów. Także zamieszki na uczelniach polskich w 1968 r. miały ukazywać rozwydrzenie „części młodzieży”. W istocie emancypacja à la PRL była ograniczona, przejawiała się raczej w zewnętrznych formach bycia niż głębszych zmianach postaw. Wynikało to z charakteru podłoża społecznego w kraju na dorobku, dopiero urbanizującym się, czy z nieporównanie mniejszego w porównaniu ze światem Zachodu rozwoju mass mediów. Opór polityczno-kulturowy, jaki objawił się w Marcu, został przez władze zduszony, co tylko utrwaliło skłonności do eskapizmu. Pod koniec lat 60. większość studentów szukała spełnienia w kręgu rodzinnym i przyjacielskim, a nie na arenie publicznej; wykazywała nikłe zainteresowanie polityką; łaknęła raczej związków emocjonalnych niż sukcesu; raczej bezpieczeństwa niż konkurencji.

Model „człowieka kulturalnego” wydawał się wciąż przemożny, model „człowieka zaangażowanego” – marginalny. Wiązał się z tym rodzaj bierności, który tyleż służył interesom reżimu („studenci do nauki!”), ile im szkodził, ponieważ młoda generacja pozostawała dość obojętna na jego propagandę i wysiłki organizacyjne. Wedle badań ogólnopolskich z 1970 r. studenci czytali „Przekrój” (stałą lekturę deklarowała jedna trzecia pytanych), „Kulturę” (25%), „Itd” (21,3%), „Dookoła Świata” (13,9%) i „Politykę” (12%). Wyraźnie nie pociągała ich „Trybuna Ludu” (codzienną lekturę deklarowało 5,6% respondentów), znacznie bardziej „Życie Warszawy” (niemal 40%), a także „Express Wieczorny” (13%) i „Sztandar Młodych” (11%). Trudno zrozumieć, dlaczego na sporządzonej przez socjologów liście nie było „Przeglądu Sportowego”. Niemal połowa pytanych nie udzieliła zresztą odpowiedzi. Wśród studentów UW grupa deklarująca w 1970 r. désinteressement wobec spraw politycznych była niewielka (7,4%), ale około 20% nie potrafiło dobrze rozwinąć skrótu nazwy państwa (oddając ją przeważnie jako „Polska Republika Ludowa”). Dla tych, których polityka obchodziła, na czoło wśród jej zagadnień wysuwały się sprawy niemieckie (60,2%), statystycznie dwukrotnie bardziej absorbujące niż wewnętrzne. Działalność Sejmu nie interesowała w zasadzie nikogo (mniej niż 1% odpowiedzi). Prawie 40% wiedziało, na czym polega „intensywny i selektywny rozwój gospodarki” (rozważania na ten temat wypełniały dzienniki telewizyjne), ale tylko jedna piąta potrafiła coś powiedzieć o polityce PZPR wobec nauki, ogłoszonej na niedawnym Plenum KC. Jedna trzecia badanych na UW interesowała się polityką mieszkaniową (co łatwo wyjaśnić), podobna część – tzw. modelem konsumpcyjnym, czyli dylematem „inwestować czy spożywać?”, który miał pod koniec epoki gomułkowskiej ważkie znaczenie polityczne. Inne wyniki badań nie wskazywały na to, aby studentów pociągał „konsumpcyjny styl życia”, tak piętnowany w propagandzie. Myśleli raczej o materialnym zabezpieczeniu przyszłej rodziny, pozyskaniu i urządzeniu mieszkania, zapewnieniu sobie elementarnego komfortu i tzw. dostępu do kultury633.

18. Mecz piłkarski archeologia śródziemnomorska – archeologia pradziejowa, na zdjęciu drużyna archeologii śródziemnomorskiej

W 1974 r. przeprowadzono badania studenckiego „uczestnictwa w kulturze”, z których wynikało, że studenci myśleli na ogół o przyszłości w kategoriach małej grupy (szczęście rodzinne, grono przyjaciół, zdobycie szacunku), z czym wiązali poczucie własnej użyteczności. Przewaga tej orientacji szczególnie wyraźna była wśród studentek. Mężczyźni skłonni byli podkreślać także znaczenie „fachowości”, a wśród najwyżej cenionych wartości wskazywali niezależność poglądów, gdy kobiety raczej „zainteresowania kulturalne”, które ogólnie przeważały wśród deklaracji własnych zainteresowań. Nikła grupa wskazała tu sprawy społeczne i polityczne (2,9%). Wymieniano: hobby (5,5%), turystykę (7,4%), sztuki plastyczne (7,8%), teatr (13,4%), muzykę (16,4%), kino i filmy (17%), literaturę (18,6%). Zdecydowanie dominował sport – 27,9% wskazań – było to jednak na ogół zainteresowanie bierne, oznaczające śledzenie wyników w gazetach i skupianie się przy telewizorze. W 1974 r. oglądanie meczów polskiej reprezentacji piłkarskiej nie było zresztą stratą czasu. Gdy pytano studentów, na co by przeznaczyli dodatkowy czas wolny, częściej deklarowali spacer (19,6%) niż uprawianie sportu (16,8%). Większość przeznaczyłaby ten czas na czytanie książek, kino czy teatr oraz na życie towarzyskie634.

Socjolożka Irena Majchrzak komentowała w połowie lat 70., że studentów polskich cechuje dążenie do „małej stabilizacji, do przeciętności, do umiarkowanej konsumpcji”. Odpowiadał temu pewien immobilizm: wielką rzadkością była zmiana kierunku studiów, a tym bardziej uczelni. Ponad 97% badanych studentów III roku w Warszawie i Łodzi trwało w 1975/1976 r. w tej samej jednostce, w której zaczynali studia. Przeważająca większość (90%) była zadowolona z wybranego kierunku, ale tylko połowę pytanych pasjonowała dziedzina, którą studiowali. Większość deklarowała także, że nie chciałaby w przyszłości zmieniać ani miejsca i rodzaju pracy, ani miejsca zamieszkania, ani też grona przyjaciół. Inaczej mówiąc, pragnęli bezpieczeństwa i bliskich relacji. Chcieli, aby ludzie byli „przede wszystkim autentyczni”. Deklarowali niechęć do póz i masek. Cenili wyżej walory moralne niż intelektualne. Poszukiwali szczerości i życzliwości. Jak pisała Majchrzak, idealna wizja ładu społecznego, jaka wyłaniała się z tych opinii, to wspólnota będąca rozszerzeniem rodziny635.

Ład realny rządził się, oczywiście, innymi regułami, co odbijało się na wynikach badań dotyczących wzorów osobowych. Studenci wskazywali przeważnie na inteligencję, patriotyzm, odwagę, pracowitość i silny charakter, bardzo rzadko na takie przymioty jak tolerancja i szacunek wobec innych636. Wynikałoby z tego, że wzorcem była raczej osoba torująca sobie drogę w nieprzyjaznym świecie niż żyjąca w harmonii z innymi. W tym okresie Stefan Nowak konkretyzował swą ogólną diagnozę społeczną, wedle której w życiu polskim między małymi grupami solidarności (kręgami bliskich) a symboliczną wspólnotą narodową otwierała się „próżnia społeczna”. Objawiała się ona w znacznej nieufności międzyludzkiej, słabości więzi typu stowarzyszeniowego i wyobcowaniu oficjalnych instytucji. Z badań przeprowadzonych w 1977 r. wynikało, że wśród studentów małe było zainteresowanie aktywnością zorganizowaną, znaczny zaś dystans wobec działań i instytucji formalnych oraz skupienie na kręgu koleżeńskim. Jak się zdaje, w świecie studenckim wzajemna nieufność, tak charakterystyczna dla zewnętrznej rzeczywistości, przezwyciężana była dzięki solidarności koleżeńskiej. Solidarność ta miewała zresztą dwuznaczny charakter, skoro aż 60% badanych uznało, że odmówienie koledze ściągawki na egzaminie zasługuje na potępienie (6% było zdecydowanie przeciwnego zdania), motywując to właśnie względami koleżeńskimi. Studenci bardzo rzadko (1%) rozważali tę sprawę w kategoriach etycznych (uczciwości-nieuczciwości), a 6% deklarowało, że „wszystkie chwyty dozwolone”637. Było to, oczywiście, refleksem odwiecznego uczniowskiego nastawienia wobec obowiązków, lecz chyba także efektem oceny warunków studiowania. Te same badania wykazały bowiem znaczne niezadowolenie ze sztywnych i przeciążonych programów oraz mało partnerskiego nastawienia kadry. Można było w nich dostrzec także gorycz obserwacji brutalnego życia powszedniego i zawodowego, które czekało absolwentów638. Wątki te znalazły się w kręgu obrazowania ówczesnego reportażu, powieści czy kinematografii, by wskazać film Kung-fu Janusza Kijowskiego (1979).

Wiosną 1977 r. odbyły się ogólnopolskie badania ankietowe „Student 1977”. Dały one dość znamienne wyniki. Studenci, proszeni o ocenę różnych aspektów swego doświadczenia (w szkolnej skali ocen), najwyższą notę wystawili stosunkom towarzyskim (3,8), zbliżoną – poziomowi wykładów (3,7), niższe – stosunkowi kadry do studentów (3,5), programowi studiów i dostępności literatury (3,3). Najgorzej ocenili działalność Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP) i stosunek administracji do studentów (3,2). Potwierdzało to diagnozy, wskazujące na atrofię sfery publicznej i wycofywanie się w krąg spraw prywatnych. Badanie ukazywało także znaczny pesymizm, związany z perspektywami zawodowymi. Wśród studentów warszawskich ponad połowa poczuwała się do związku z przyszłą grupą zawodową, choć 60% uważało, że oprócz specjalności, powinno się posiadać „szeroką kulturę humanistyczną”. Raczej niepochlebnie oceniali jednak studia ze względu na przygotowanie zawodowe. Tylko 27% uważało swój kierunek za dający dobre perspektywy, a 12% sądziło, że łatwo znajdzie interesującą pracę. Warto też podkreślić, że kobiety częściej uważały swe studia za atrakcyjne, one też miały wyniki nieco lepsze niż mężczyźni639.

Jako główne wady „procesu dydaktycznego” studenci wskazywali szkolny sposób prowadzenia zajęć, polegających często na odczytywaniu skryptów (w badaniach ogólnopolskich studenci przypisywali tę cechę jednej trzeciej wykładów) i pozbawionych dyskusji. Młodszą kadrę dydaktyczną oceniali jako eksponującą zbyt często swą pozycję, oschłą czy arogancką. Główny problem związany był jednak nie z kadrą, a z programami studiów. Na przesadne obciążenia studentów wskazywali zarówno sami zainteresowani, jak rozmaite uczelniane czy pozauczelniane fora, oceniające jakość edukacji. Zdecydowana większość (73%) ankietowanych w połowie dekady polskich studentów uważała, że program jest przeciążony. Opinie te przeważały na wszystkich kierunkach i uczelniach. Wskazywano przy tym na obciążenie programów przedmiotami spoza kierunku, co oznaczało przede wszystkim niezadowolenie z „peenpe” i innych tzw. przedmiotów społeczno-politycznych640.

Jak się zdaje, w tej sferze ścierały się przez całą dekadę dwie tendencje. Pierwsza była pochodną ustroju szkolnictwa wyższego po 1968 r. i polegała na odgórnym sterowaniu i zostawianiu jednostkom minimum samodzielności. Ministerstwo narzucało kolejnym wydziałom programy studiów, jedynie „mniejsze kierunki” opracowywały je same, przesyłając do akceptacji. Przeładowanie i sztywność tych programów wyjaśniano więc na uczelni znikomym jej wpływem na decyzje ministerialne, jakkolwiek rektorat przyznawał, że UW nie wykorzystuje tych niewielkich możliwości, jakie ma, aby modernizować swój program. Przesuwano najwyżej niektóre zajęcia między semestrami lub wykład zamieniano na seminarium641. Druga tendencja, oddolna i przeciwstawna, polegała na rosnącej presji na bardziej partnerski, otwarty i interdyscyplinarny charakter nauczania. Tendencja ta, będąca najpewniej pochodną ogólnych zmian społecznych i chłonięcia pewnych wzorów ze świata, objawiała się także w SZSP. Przeprowadził on w 1979 r. „powszechny przegląd stanu dydaktyki na UW”, który przyniósł wnioski bardzo krytyczne. Ankietowani studenci uznawali program niektórych kierunków za niemożliwy do przyswojenia (na chemii, socjologii, prawie, polonistyce, bibliotekoznawstwie), wytykając zarazem braki w programach (np. na pedagogice mało współczesnej socjologii, na polonistyce mało filozofii czy literatury współczesnej). Jak widać, nie odpowiadało im zamknięcie w wąskich granicach specjalności. Zainteresowaniem cieszył się indywidualny tok kształcenia. Zarazem jednak odczuwali niedostatek zajęć specjalizacyjnych. Jedna czwarta negatywnie oceniała praktyki zawodowe. Uznawali wiele zajęć za stereotypowe, porównując je do lekcji w szkole. Narzekali na brak wolnego wyboru i rzadką możliwość podejmowania dyskusji642. Aby wskazać dobre wzory SZSP zorganizował plebiscyt studencki na najlepszego dydaktyka 1978/1979 r. w kilku kategoriach643.

* * *

W reportażach ze schyłku lat 70. powracały obrazy „bananowej młodzieży”. Samego określenia raczej nie używano, kontekst był jednak podobny jak dekadę wcześniej: kryzys i niezadowolenie z objawów rozwarstwienia. Niewątpliwie ogólny wzrost możliwości zarobkowych w dekadzie przekładał się także na „biznes”, „boki” i „lewiznę”, jak nazywali studenci swoje doraźne zarobkowanie. Ci, o których mawiano, że są „na szpanie”, czyli mają ponadprzeciętne możliwości, nie żyli jednak z korepetycji. Wielu utrzymywanych było przez rodziców, inni zdobywali „cekiny” i „forsajty” (czyli „szmal”) w sposoby, których poznanie wymagałoby dłuższych badań. W każdym razie autentyczne spodnie czy kurtki Levi’s, włoskie kożuszki, żółte lub czerwone sztyblety z zakładów prywatnych (najlepiej od Śliwki przy ul. Marszałkowskiej), elektroniczne zegarki, papierosy Gauloises – były materialnym wyrazem pozycji, podobnie jak bywanie w pierwszych warszawskich pizzeriach i w klubach, wśród których szczególne znaczenie miał Maksim644. W 1977 r. na miejscu tego lokalu przy ul. Kniewskiego (dziś Złotej), znanego jako miejsce związane z półświatkiem, otwarto nową wersję klubu Hybrydy, prowadzonego przez uniwersytecki SZSP. Mimo zapowiedzi zasadniczej zmiany genius loci, duch Maksima był jednak stale obecny.

„Moralny niepokój” tego okresu wiązał się między innymi z niejasną a kojarzoną ze znacznymi przepływami środków sferą tzw. działalności organizacyjnej w życiu studenckim. Sfera ta była tym bardziej drażniąca (i zapewne diabolizowana), że przeciętne realia bytowania warszawskich studentów były zgrzebne. Do akademików nie zaglądała „druga Polska”. Po staremu żyło się „na Kicu”, do którego upodobniły się już akademiki wzniesione „na Żwirkach”. Na Jelonkach, mimo pewnych inwestycji (w 1977 r. zamontowano kuchenki gazowe zamiast węglowych i założono natryski), warunki egzystencji były tak złe (przede wszystkim w zimnych porach roku), że w 1978 r. doszło do spotkania mieszkańców z szefem Komitetu Warszawskiego PZPR Karkoszką i prezydentem stolicy Majewskim. Prosili oni studentów, aby „przetrwali” jeszcze dwie zimy, obiecując całkowitą przebudowę osiedla. Przyszła jednak „zima stulecia”, której przetrwanie było trudniejsze niż wszystkich dotychczasowych, a w wielkie inwestycje raczej nie wierzono645.

Zamieszkanie w akademiku było jednak marzeniem bardzo wielu studentów, dla których brakowało miejsc i którzy zdani byli na „waletowanie” lub drogie kwatery prywatne. Podobne deficyty dotyczyły bonów stołówkowych. „Przelotowość” uniwersyteckiej stołówki poprawiła się dzięki postawieniu pod koniec lat 70. dużego pawilonu na Powiślu, lecz był on dostępny w zasadzie dla osób odbywających zajęcia przy Krakowskim Przedmieściu. Poza zatłoczonymi barami mlecznymi nie było właściwie dostępnej dla studentów alternatywy, wyjąwszy nieliczne bufety, w których można było zjeść kanapkę czy wypić herbatę646. Między innymi dlatego znaczna część żywiła się marnie: wedle rozpoznań z 1977 r. czwarta część studentów w PRL na ogół nie jadała trzech posiłków dziennie, co oczywiście mogło być równie dobrze efektem stylu życia647.

U progu lat 70. oceniano, że rodzina z dochodem na głowę poniżej 1200 zł z trudem może utrzymać jedno studiujące dziecko, i to jeśli uczelnia jest w mieście rodzinnym. Tymczasem jedna piąta studentów w PRL pochodziła z rodzin, w których dochód nie przekraczał 600 zł (i tylko 4,5% z takich o dochodzie powyżej 2000 zł)648. Zasadnicze znaczenie miały więc stypendia. Studenci z najbiedniejszych rodzin mieli prawo do pełnego zakresu pomocy, czyli stypendium (zwykle 600 zł649) wraz z bonem mieszkaniowym i stołówkowym, co stanowiło razem około 1100 zł miesięcznie i pozwalało na samodzielne przetrwanie. Scenerią takiego życia były brudnawe, pociągnięte farbą olejną wnętrza akademików i dusznych stołówek, ubarwione jednak rozmaitością kontaktów międzyludzkich, stanowiących dla większości studentów podstawową wartość. W 1971 r. system stypendialny obejmował około 43% ogółu polskich studentów, czyli zakres pomocy zmniejszał się (10 lat wcześniej wskaźnik wynosił 50%, 20 lat wcześniej ponad 70%), co powodowało niezadowolenie, widoczne w badaniach opinii studenckiej. Oczekiwano rozszerzenia systemu i wzrostu świadczeń. Wiązało się to z doświadczeniem drożyzny, czyli utrzymującej się od kilku lat stagnacji płac i wzrostów cen. W 1974 r. podniesiono świadczenia (przeciętne stypendium zwyczajne wynosiło około 800 zł) i ustanowiono dopłaty do kwater studenckich (do 300 zł). Wprowadzono również system motywacyjny, różnicując nieco stypendia w zależności od średniej ocen i ustanawiając premie rektorskie dla najlepszych. Wpisane to było w szerszy program społeczny, znany publiczności pod hasłem „Polak potrafi!”, a na uczelniach także pod postacią nagród dla najlepszych „Primus inter pares”.

W epoce wielkiej ekspansji i propagandy sukcesu traciły wciąż znaczenie stypendia fundowane, które, choć wysokie, uznawane były za najgorsze i brane z konieczności (co stanowiło element nierówności socjalnej), gdyż przesądzały o miejscu pracy650. Młodzi ludzie widzieli przed sobą bogatsze niż dawniej możliwości. Zmieniało się to dość szybko u schyłku dekady, znaczonego drastycznymi już objawami kryzysu, wśród których nominalnym wzrostom płac towarzyszyły zjawiska inflacyjne i ukryte podwyżki cen. W 1978 r. przeciętne stypendium sięgnęło już 1300 zł. Dwa lata później do świadczenia miał prawo tylko student, w którego rodzinie dochód na osobę nie przekraczał 2800 zł. Wysokość dochodów miała jednak coraz mniej wspólnego z realną siłą nabywczą. Tymczasem stypendia coraz bardziej różnicowano, najniższe były symboliczne (200 zł), władze szkół wyższych zyskały też prawo obniżenia świadczeń, jeśli dochód rodziny nie odpowiadał „rzeczywistej sytuacji materialnej studenta”651. Nominalne płace rosły, więc zakres pomocy spadał; w skali kraju mniej niż 40% studentów pobierało stypendia, na uniwersytetach niewiele ponad jedna trzecia. W tej atmosferze coraz wyraźniej rysowała się wspomniana grupa lepiej ustawionych życiowo, którzy epatowali dżinsami i japońskimi zegarkami.

Warszawa stanowiła największy w Polsce rynek usług, zatem i na UW możliwości „korkowania”, czyli korepetycji lub przygotowywania do matury były stosunkowo duże, umykając zresztą statystykom; można jednak je rozpoznać np. na podstawie rubryk drobnych ogłoszeń. Na początku lat 70. jedna trzecia polskich studentów deklarowała podejmowanie prac zarobkowych, głównie dorywczych, o dochodzie nieprzekraczającym zwykle 400 zł miesięcznie. Jednocześnie tylko jedna piąta pracujących twierdziła, że praca nie przeszkadza im w studiowaniu. Jedna czwarta ogółu studentów dysponowała miesięcznie sumą do 200 zł na swobodne wydatki, ale niespełna 3% wydać mogło ponad 1600 zł. Ta wąska grupa najlepiej sytuowanych bardzo się wyróżniała na tle przeciętnej i pozwalała na demagogiczne opinie, „spotykane nawet w wypowiedziach publicznych, iż studentom «za dobrze się powodzi»” – komentowały socjolożki. Zarazem, ku ich zdziwieniu, większość studentów (55%) uznawała swą sytuację materialną za dobrą (5% za bardzo dobrą), choć 33% za złą i 7% bardzo złą652.

Głównym legalnym sposobem zarobkowania studenckiego w Warszawie pozostawało pobieranie prac w związanej z ZSP (potem SZSP) spółdzielni Universitas, pod koniec lat 60. prowadzącej 16 punktów i zakładów usługowych653. Warto przytoczyć garść opublikowanych wówczas opinii studentów, którzy korzystali z tej formy zatrudnienia. Studentka prawa, która pracowała przez pół roku przy pakowaniu i liczeniu formularzy, powiadała, że nauczyła się robić paczki, „co bardzo się w życiu przydaje”. Pieniądze wydawała na osobiste rzeczy, głównie ubranie.

Dla nikogo nie jest tajemnicą – komentowała – że najlepszą pracę można dostać po znajomości. Ja borykam się zawsze z trudnościami w otrzymaniu jakiegoś zajęcia, być może dlatego, że jestem dziewczyną. Kierownictwo mojego punktu nie idzie mi na rękę. Wręcz przeciwnie, spotykam się z lekceważącym traktowaniem. Teraz nareszcie po raz pierwszy od dwóch tygodni udało mi się dostać pracę – będę myła okna.

Jej kolega z wydziału przyznawał, że praca bywa ciekawa, ponieważ daje kontakty z ludźmi, ale w zasadzie nie można jej wybrać. „Jestem studentem Prawa, a więc co najwyżej mogę zetknąć się z przyszłym miejscem pracy myjąc np. okna w sądzie”. Student drugiego roku socjologii założył już rodzinę i musiał dorobić w Plastusiu, bez satysfakcji, bo były to głównie zajęcia tragarskie (raz tylko trafiła mu się ankieta, prowadzona przez władze miejskie). Bez tych dochodów nie mógłby jednak studiować. Studentka polonistyki mówiła, że pracę trzeba „wystać”, dziewczyny dostają znacznie mniej ofert, chyba że po znajomości. Podobnego zdania była jej koleżanka. Zarobione pieniądze wydawała „na ubranie, na wino, na jedzenie”. Student czwartego roku prawa, gdy chciał pozyskać pracę, wstawał o 5 rano i czekał zwykle około trzech godzin. Narzekał, że członkowie spółdzielni dostają od ręki lepsze zajęcia654.

* * *

„Brak mi zaufania do organizacji”, „Nie chcę wkręcać się do kliki”, „Nie mam możliwości dostać się do elitarnego kręgu działaczy”, „Brak przekonania o celowości działania”, „Nie znoszę bałaganu”, „Biurokracja”, „Każdy kto pracuje społecznie robi to dla korzyści” – tego rodzaju negatywne motywacje związane z organizacjami studenckimi przedstawiali ankietowani w 1972 r.655 W tymże roku podobny obraz ukazał sondaż wśród studentów prawa UW. „Dlaczego preferuje się na siłę tzw. studentów-działaczy, np. sprawa stypendiów naukowych. Czy to są stypendia dla przeciętnych studentów, ale działaczy, czy dla b. dobrych studentów? Niewątpliwie sytuacja jest nienormalna” – pisał student pochodzenia chłopskiego. Inny, z warszawskiej rodziny inteligenckiej (członek ZSP i ZMS), także wspominał o przywilejach dla „działaczy”. Student pochodzenia robotniczego opisywał ZMS jako organizację „zamkniętą”, posługującą się „teorią i sloganami”656.

Tymczasem trwały przygotowania do zarządzonego przez władze partyjne tzw. zjednoczenia ruchu młodzieżowego. Powiadano, że „obecny etap” rozwoju kraju stawia przed młodzieżą „zadanie pełnej mobilizacji” i twórczego wykorzystania potencjału. Należy tworzyć wzorzec „ludowego inteligenta”, czemu służyć ma wyższa sprawność kształcenia, lepsze przygotowanie do zawodu, wzrost świadomości i „dyscypliny społecznej”. Efekty działań akademickiego ruchu młodzieżowego uznawano za niedostateczne. Znaczna część studentów „przejawia postawę niezaangażowaną i nikłą wiedzę polityczną”. Istnienie trzech organizacji młodzieżowych służy niekorzystnej rywalizacji, a co gorsza – działaniu „różnych sił politycznych, nie zawsze zainteresowanych w rozwoju budownictwa socjalistycznego w Polsce”. Należy stworzyć jedną organizację, której celem byłoby „socjalistyczne wychowanie”, działającą pod kierownictwem PZPR657. Dyskurs, jaki towarzyszył akcji zjednoczeniowej, wyraźnie nawiązywał do schematów myślowych z okresu stalinizmu. Odbierany był też przez część studentów jako zamach na resztki ich niezależności. Opór pojawił się na VIII Kongresie ZSP wiosną 1973 r. Był nieskuteczny, ale stanowił – jak się miało okazać – dość istotny etap formowania się studenckiej myśli samorządowej658. Policja polityczna określała inicjatorów oporu jako „elementy pomarcowe”, a za największe ich skupisko uznała Wydział Matematyki i Mechaniki UW. Wskutek „nastrojów antyzjednoczeniowych” na UW wstąpiło do nowej organizacji 40% studentów (gdy średnio w Polsce 75%). Wedle tego samego źródła w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich, jaki powstał w efekcie zjednoczenia, działacze dotychczasowego ZSP majoryzowali tych z ZMS i ZMW, co miało się przekładać na mało ideologiczny, raczej „socjalno-bytowy” charakter nowej organizacji, do której studenci mieli „coraz bardziej konsumpcyjny stosunek”659.

Można to uznać za składnik atmosfery epoki. SZSP próbował powiązać atrakcyjność towarzyską i materialną z przekazem ideologicznym, co objawiało się wyraźnie w postaci licznych obozów i szkoleń dla aktywistów. „Rola młodzieży w świetle VII Zjazdu PZPR”, „Praca ideowo-polityczna w środowisku akademickim Warszawy”, „Rola SZSP w kształtowaniu socjalistycznych wzorców osobowych” – oto tematy obozów Rady Uczelnianej SZSP w Augustowie, Ząbie czy Dusznikach Zdroju660. Niewątpliwie referaty nie były największą atrakcją tych wielodniowych wyjazdów. Ich uczestników postrzegano raczej jako dobrze odżywionych beneficjentów niż walczących o lepszy świat idealistów. Tacy jednak znajdowali się niewątpliwie wśród młodych marksistów na UW, na co dowodem fenomen Chaty Socjologa w bieszczadzkim Otrycie, gdzie odbywały się także SZSP-owskie obozy. Założył ją asystent socjologii Henryk Kliszko pod hasłem powrotu do korzeni myśli marksistowskiej i sprzeciwu wobec oportunizmu tzw. działaczy. Chata zbudowana została w 1973 r.

W sali kominkowej stało metalowe popiersie Lenina, a na maszcie nad Chatą powiewał czerwony sztandar (który wciągaliśmy śpiewając latynoską pieśń rewolucyjną) – wspomina Wojciech Sady. – W tamtych czasach większość młodych Poszukiwaczy Wartości i Zmieniaczy Świata dała się zaliczyć do trzech grup. Pierwszą stanowili katolicy, zwykle z duszpasterstw akademickich (nikt jeszcze nie słyszał wtedy o Ruchu Odnowy w Duchu Świętym). Drugą – szybko zanikający – komuniści. Trzecią niedobitki ruchów kontrkultury, wśród których rodził się wówczas quasi-religijny ruch Nowej Ery. Osobliwością Chaty Socjologa było to, że żyli tam razem komuniści i niedobitki hipisów, adeptów jogi czy parateatralnych praktyk Teatru Laboratorium. Katolicy, którzy pojawiali się w Chacie, natychmiast stamtąd uciekali. A nam – tym od Nowej Ery i od komunizmu – jakoś dobrze było razem661.

Znamienne, że to środowisko młodych marksistów funkcjonowało już w sposób zbliżony do subkultury.

* * *

Do 1977 r. (gdy przywrócono do życia Hybrydy) uczelniany SZSP prowadził cztery kluby: Proximę, Ubab, Zaśmaks w akademiku przy ul. Zamenhofa (potem jako Fux) i Sigmę przy Krakowskim Przedmieściu. Wszystkie razem mogły pomieścić 700 osób (na 20 tys. studentów UW), były ulokowane w prowizorycznie adaptowanych pomieszczeniach i miały szczątkowe wyposażenie, zwłaszcza w zakresie sprzętu muzycznego, nagłaśniającego i barowego (dobrem rzadkim był ekspres do kawy czy lodówka). W klubie Zaśmaks – pisano w 1976 r. – „poza meblami nie ma nic”662. Dość kosztownie wyposażone Hybrydy miały zmienić ten obraz. Inaugurowano tam kluby: literacki i filmowy, galerię fotograficzną, afiliowano kilka zespołów jazzowych, organizowano „wydziałowe imprezy open”. Jednak zasadnicza aktywność klubu kojarzyła się raczej z podejrzaną tradycją Maksima. „Działalność dyskotekowa” ściągała śródmiejskie towarzystwo (studenci nie stanowili większości bywalców), zaś morale pracowników i służby porządkowej budziło wątpliwości. W Hybrydach, podobnie jak w innych klubach, uczelniany SZSP nie dostrzegał natomiast „przykładów wnikania ludzi o odmiennych poglądach politycznych” (tzn. związanych z coraz jawniejszą opozycją). Wiązało się to z ogólną apolitycznością klubowej rozrywki. Aktywiści uniwersyteccy nie mogli przyznać, że to stan pożądany (jakkolwiek takim w dużej mierze był), sugerowali więc objęcie części imprez patronatem Sigmy. Klub ten, mieszczący się w ciasnych piwnicach Domu Studenta, miał szczególny charakter. Odbywały się w nim imprezy za zaproszeniami, w tym Bale Aktywu Uczelnianego, i spotkania uniwersyteckiej „awangardy politycznej”, której poglądy kształtować miał powstały w 1978 r. Ośrodek Pracy Politycznej Sigma, który odegra pewną rolę w latach 1980–1981. Działał tam także „teatr polityczny” (przygotowano m.in. rekonstrukcję historyczną jednego ze zjazdów partii bolszewickiej), organizowano seminaria i wykłady663. Jak w innych klubach, tak w Sigmie skupiały się grupki zapaleńców-amatorów, działały sekcje plastyczna i filmowa, ćwiczono śpiewanie piosenek i prezentowano fragmenty młodej prozy. Nie powstało jednak nic, co by wytworzyło wokół któregoś z tych klubów aurę podobną do tej, jaką pamiętano sprzed lat. Hybrydy zaś łączyła z dawnym klubem jedynie nazwa. Niewątpliwie wpływał na to klimat społeczny i polityczny, sprzyjający pozbawionym skrupułów „działaczom”.

Polonez 2000

W latach 70. na środku dziedzińca UW przy Krakowskim Przedmieściu uformował się parking, obrazujący wzrost możliwości materialnych kadry uniwersyteckiej, a także relacje władzy na uczelni. Jeszcze bardziej wyraźne stało się to w 1979 r., gdy z powodu narastającej uciążliwości motoryzacji ograniczono prawo wjazdu na teren UW. Do przepustek zostali uprawnieni, prócz członków Senatu, dziekanów, dyrektorów i kierowników oraz najwyższej administracji, także „członkowie kierownictwa uczelnianych organizacji politycznych i społecznych”664. W tym czasie z rektoratu wychodziły pisma do Polmozbytu z prośbami o sprzedanie profesorowi A czy docentowi B, członkom partyjnych elit uczelni, samochodów na talon „poza ustaloną kolejnością”665. Był to okres wydłużających się kolejek i rozwijających się strategii rywalizacji o dobra. Rozpychano się łokciami w kolejkach po mieszkanie, samochód, miejsce w przedszkolu. Siłą rzeczy interes indywidualny coraz wyraźniej przeważał nad zbiorowym, co wiązało się z postępującą erozją ideologii reżimu. Rzeczywistość naznaczona była przez działania pragmatyczne, zaś sfera symboliczna – przez poszukiwania legitymizacji, raczej już tradycyjnej niż rewolucyjnej.

Establishment partyjny UW miał profesorski charakter, odtwarzając wewnątrz swych struktur tradycyjną hierarchię instytucjonalną. W 1979 r. wśród 17 członków KU PZPR było dwoje profesorów, dwóch docentów, dwoje doktorów, dwóch magistrów i dwóch studentów. W gronie tym były dwie kobiety. Wszystkie funkcje organizacyjne sprawowali pracownicy naukowi. W uczelnianej korespondencji, także pomiędzy wysoko postawionymi partyjnymi, królowały stare formuły grzecznościowe i statusowe. W 1979 r. partyjny dziekan Wydziału Nauk Społecznych zwracał się w pismach do swego towarzysza, rektora Rybickiego, per „Wasza Magnificencjo”. Rektorat dbał o podkreślanie własnej pozycji, ignorując PRL-owską tytulaturę, która pojawiała się w pismach napływających z zewnątrz. Gdy wicedyrektor departamentu ministerialnego napisał do Rybickiego jako do „Towarzysza”, by informować się o sprawach „Waszej uczelni”, sekretarz rektora odpowiedział mu w imieniu „Jego Magnificencji” jako „Obywatelowi Magistrowi”666. W cieplejszych pismach do pracowników Rybicki używał formuły „Pan/Pani”, w dyscyplinujących „Obywatel” („nie dopełnił Obywatel ciążących na nim obowiązków...”)667. Miał skłonność do ostrego traktowania pracowników, choć Joanna Mantel-Niećko napisze, że w swoisty sposób „lubił tych nielicznych sprzeciwiających się jego fantazyjnym niekiedy zarządzeniom udzielnego władcy”668.

Rektor kierował uczelnią w sposób autorytarny, opierając się na kolegium rektorskim, złożonym (w 1979 r.) z 12 osób, w tym 4 funkcyjnych PZPR, przewodniczącego RU SZSP i szefowej uczelnianego ZNP. Rybicki zdawał się uznawać dyspozycyjność wobec zewnętrznych władz politycznych za gwarancję swej pozycji na UW i zarazem rozwoju Uniwersytetu. Sytuacja komplikowała się jednak od połowy lat 70. Uczelnia stawała się znów jednym z ośrodków antysystemowego ruchu intelektualnego, zaś jej materialny rozwój stanął pod znakiem zapytania.

19. Rektor Zygmunt Rybicki podejmuje delegację kolumbijską w Pałacu Kazimierzowskim, 27 X 1978 r.

Od 1975 r. nękały UW „ograniczenia budżetowe”, objaw problemów gospodarczych, których zakres ukrywany był przed opinią publiczną. Formalnie obowiązywały wciąż śmiałe plany: Uniwersytet rozbudowywać się miał w obrębie stref: 1) śródmiejskiej, skupiającej nauki „podejmujące problematykę człowieka w społeczeństwie”, 2) ochockiej, skupiającej nauki przyrodnicze, i 3) nowej, na Siekierkach, grupującej nauki „podejmujące problem człowieka w procesie produkcji” (organizacja i kierowanie, informatyka, numeryka, mechanika)669. Zgrupowanie naukowe na Siekierkach było ambitnym zamierzeniem, którego w odniesieniu do UW nie zrealizowano. Zbudowano wśród rozległych pól, gospodarstw i bieda-domków znakomite centrum astronomiczne PAN, otwarte w 1978 r. O projektach rozwoju zgrupowania wciąż informowano, ale należało to już raczej do propagandy sukcesu. Odsuwały się przecież inwestycje uznawane za niezbędne od dziesięcioleci.

Budynki uniwersyteckie, coraz bardziej zatłoczone, upodabniały się do siebie w zewnętrznej szarości i wewnętrznym bałaganie. „Szafy, szafy, szafy...” – pisano w protokole lustracji z 1977 r. o korytarzach, zmieniających się w składowisko starych mebli i zapomnianych skrzyń. Do typowych widoków należały wyrwane gniazdka elektryczne, sterczące kable i naderwane zasłony w oknach. W toaletach rzadko spotykało się papier higieniczny i mydło. O hallu Instytutu Geograficznego napisano: „Wielkie i zakurzone popiersie [Wacława] Nałkowskiego, stojące w rzędzie zakurzonych i obskurnych szaf, na tle brudnych okien”670. Był to tylko wizualny sztafaż warunków pracy, które pogarszały się stale w istotniejszym sensie.

20. Wydział Geografii UW – studenci przed salą im. W. Nałkowskiego

Nawet w stosunkowo tłustych latach 1971–1975 zrealizowano tylko trzecią część planowanego przyrostu tzw. powierzchni dydaktyczno-naukowej Uniwersytetu (9,5 tys. m2 zamiast 27 tys. m2), a choć władze miejskie przyznały dodatkowo 6,5 tys. m2 powierzchni, ogólny jej przyrost był niższy niż w ostatniej, kryzysowej pięciolatce Gomułki (22,5 tys. m2). Następował zaś bardzo szybki przyrost ilości studentów i kadry. W 1975 r. na studenta przypadało 8,7 m2, gdy pięć lat wcześniej 9,1 m2. W filii białostockiej sytuacja była znacznie trudniejsza i nie przewidywano poprawy (na koniec dekady planowano 4,8 m2). Szczególnie złe były tam warunki w akademikach, które i w Warszawie się nie polepszyły. Nie było nadziei na rozpoczęcie odkładanej od lat budowy domów studenckich na Powiślu. Udało się tam ustawić tylko prowizoryczny pawilon stołówki. W sprawie BUW podjęto decyzje na papierze, przenosząc lokalizację na Powiśle, nie zyskując jednak żadnych wiążących deklaracji władz. W Bibliotece na jedno miejsce przypadało 112 studentów (w Jagiellońskiej 19, w bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego 37, na UMCS 49), części zbiorów nie można było udostępniać z powodu warunków składowania, a przyrost zasobu był najniższy wśród bibliotek uniwersyteckich w Polsce. BUW trzeszczał w szwach, podobnie jak cała uczelnia. Wpłynęło to na decyzję o ograniczeniu od 1977 r. przyjęć na studia, także podyplomowe i doktoranckie671.

21. Program rozwoju UW „Perspektywa rok 2000” – rozmieszczenie obiektów

Wdrożone inwestycje przewlekały się zaś wśród konfliktów z wykonawcami i problemów finansowych. Uniwersytet, zdany od 1974 r. na biuro Bepron, obciążone wszelkimi dużymi budowami szkół wyższych w PRL, próbował wyzwolić się z tej współpracy, naznaczonej opóźnieniami i brakami dokumentacji, lecz ministerstwo nie zgadzało się na powierzenie inwestycji innym biurom. Znamienna była sprawa cyklotronu ciężkich jonów (ośrodka eksperymentalnych badań atomowych), wznoszonego przy ul. Banacha w atmosferze przestojów i nieporozumień z Bepronem. Uczelnia poszukiwała zewnętrznego finansowania, ciągnąc prace (ze środków na kapitalne remonty) do załamania się inwestycji pod koniec dekady672. Znacznie łatwiejsza budowa prefabrykowanych budynków typu Lipsk także przewlekała się. Ich zespół powstawał od 1975 r. przy ul. Smyczkowej, na odległym i marnie skomunikowanym terenie, co oznaczało dalsze rozproszenie Uniwersytetu. Dla współczesnych nie stanowiły problemu azbestowe izolacje, lecz raczej biurowy charakter tych budynków, niesprzyjający pracy dydaktycznej. Miały one jeden niezaprzeczalny walor: znaczną powierzchnię użytkową. Nie wystarczył on jednak, aby przekonać pracowników Prawa, którzy protestowali przeciw rektorskiej decyzji przeniesienia ich na ul. Smyczkową. W czasie obrad Rady Wydziału jesienią 1978 r. podkreślano negatywne stanowisko organizacji partyjnej. Profesorowie argumentowali, że choć ciasnota w obecnym budynku jest wielka, „łatwo stracić, a trudno odzyskać lokalizację centralną”, cała sprawa zaś „na tyle obrosła emocjami, że niemożliwa jest dyskusja rzeczowa”. W głosowaniu na 50 obecnych tylko dwie osoby poparły przenosiny (osiem się wstrzymało). Rektor zignorował to stanowisko i ogłosił, że przeprowadzka nastąpi, ale że projekty budynków „zostały ulepszone”. O sposobie sprawowania władzy na UW i stosunkach rektoratu z profesurą świadczyć mogą rozważania na zebraniu tejże Rady Wydziału w styczniu 1979 r. o „pominięciu dróg formalnych” i (w razie nieskutecznej interwencji w ministerstwie) odwołaniu się do samego Edwarda Gierka673.

W tym wypadku pracownicy starali się wywalczyć korzystną dla siebie decyzję ponad głową rektora. Na co dzień jednak rektorat był raczej pośrednikiem w rozlicznych – i mnożących się wśród galopującego kryzysu – zabiegach indywidualnych i zbiorowych. Z Pałacu Kazimierzowskiego płynęła rzeka próśb do ministrów, prezesów spółdzielni i dyrektorów telekomunikacji o przyspieszenie przydziału mieszkań, „ułatwienie” wyjazdu, podłączenie telefonów. Rybicki pisał do przedsiębiorstwa Transbud o pomoc przy transporcie dla inwestycji uniwersyteckich, obiecując talony na benzynę, które otrzymać miał w CPN; do Ministerstwa Finansów, prosząc o kwotę tysiąca dolarów na opłacenie autokaru PKS, mającego zabrać uniwersytecki chór na tournée po Włoszech; do szefów związków spółdzielni budownictwa mieszkaniowego zwracał się ze specjalną rewerencją, dziękując „Wielce Szanownym Obywatelom” za „pomoc okazaną staraniom” i prosił o przyjęcie wyrazów „wysokiego szacunku”674. Wszystkie te sprawy, począwszy od służących interesom poszczególnych osób po kwestie niewątpliwie mające cel publiczny, legitymizowały w pewien sposób działalność rektoratu, wiązały z nim rzeszę pracowników, a były to przecież lata zaostrzania się podziałów środowiskowych na uczelni.

Narastający kryzys gospodarczy wzmacniał, wśród rozbudzonych wcześniej aspiracji i rozpoczętych inwestycji, skłonności do szukania „pleców”, „chodów”, „dojść”. Dostęp do osób pełniących istotne funkcje partyjne czy rządowe rozstrzygał niejednokrotnie o zagranicznych wyjazdach czy dotacjach675. Była to rzeczywistość rozczarowująca, ale podsuwająca też sugestywne obrazy możliwej kariery i powodzenia materialnego. Krążyły pogłoski i podejrzenia, niekiedy wypływające w postaci interwencyjnych tekstów prasowych. Latem 1979 r. poruszenie wzbudził artykuł o egzaminach wstępnych, zamieszczony w „Itd”. Podawano w nim, jakoby sekretarz jednej z komisji rekrutacyjnych Filii UW w Białymstoku przyznawał, że każdy w komisji ma swego protegowanego, i opisywał kulisy egzaminu, czyli dostarczanie ściąg przez przedstawicieli SZSP czy wręczanie łapówek. Redakcja, monitowana przez rektorat, wyjaśniała, że doszło do nieporozumienia i przypisano członkowi komisji opinie innej osoby, nieodnoszące się do konkretnej uczelni. Rektor UW przekazał tę deklarację ministrowi676. Rewelacje „Itd” były jednak potwierdzeniem prawdy znanej każdemu, czyli przemożnego znaczenia „dojść”. Nie musiały one mieć charakteru wprost korupcyjnego. Oddawały przede wszystkim rzeczywistość powszechnej kolejki do różnych dóbr i związanego z nią klientelizmu677.

Gdy nie było nadziei na budowę BUW i akademików, liczyły się gesty. Jesienią 1979 r. wicepremier Tadeusz Wrzaszczyk przyznał uczelni poloneza 2000, najbardziej imponujący wyrób krajowego przemysłu motoryzacyjnego. Samochód wozić miał rektora. Ten zaznaczał w podziękowaniu, że decyzja jest „jeszcze jednym przejawem niezwykłej życzliwości Towarzysza Premiera wobec naszej Uczelni”678. Pół roku później, wśród pogarszających się stale nastrojów, Rybicki pojawił się na spotkaniu integracyjnym w Górach Świętokrzyskich dla stażystów zatrudnionych na UW. Wspomniał tam o polonezie jako „największym luksusie” na Uniwersytecie: elity nie żyją bowiem tak wygodnie, jak to sobie mogą wyobrażać stażyści679.

* * *

Pracuję w UW już szósty rok, obecnie na stanowisku adiunkta. Przez pięć lat jako stażysta, doktorant, a następnie zatrudniony na rok [jako] pracownik inżynieryjno-techniczny nie miałem prawa do ubiegania się o zastępcze mieszkanie na „Jelonkach” lub o mieszkanie spółdzielcze przez UW. Od czterech lat jestem członkiem własnościowej spółdzielni mieszkaniowej w Bydgoszczy, ale nie mogę przenieść wkładu do Warszawy, bo nie mam stałego zameldowania. Moje podanie w sprawie zameldowania stałego w Warszawie było dwukrotnie odrzucane przez DRN Mokotów. [...] Ożeniłem się w rok po zakończeniu studiów. Ja zarabiałem 2200 zł miesięcznie, a żona dopiero zaczynała pracę. Wynajęcie pokoju w Warszawie kosztuje ponad tysiąc złotych, poza tym musieliśmy uzbierać na wkład mieszkaniowy, a nasi rodzice nie mogli nam pomóc. Wobec tego żona przez 1,5 roku mieszkała u swoich rodziców pod Toruniem, a ja w hotelu doktoranta. Potem wynajęliśmy pokój w Warszawie. Po opłaceniu z góry okazało się, że nie będziemy tam mogli być zameldowani nawet okresowo z uwagi na brak „metrażu”. Żona musiała zameldować się fikcyjnie w innym miejscu, żeby móc podjąć pracę w Warszawie. Po sześciu miesiącach odwiedził nas dzielnicowy i nałożył na nas mandat za mieszkanie bez zameldowania, po czym musieliśmy szukać nowego mieszkania. Właściciele niechętnie zgadzają się na zameldowanie okresowe sublokatorów z obawy przed ingerencją urzędu finansowego. Sublokator czuje więc skrępowanie mieszkaniem u obcych ludzi, czuje się jak przestępca, bo nie jest zameldowany i nie jest pewny, czy za kilka miesięcy będzie mieszkał jeszcze w tym samym miejscu. W następnym wynajętym pokoju mieszkaliśmy już dłużej, ale kiedy żona po trzech latach małżeństwa zaszła w ciążę, musieliśmy się oczywiście wyprowadzić. Nie stać nas było na wynajęcie kawalerki za 2,5 tys., więc przed porodem żona wróciła do rodziców. Liczyliśmy, że po obronie pracy doktorskiej i ustabilizowaniu się mojej pozycji zawodowej sprawy mieszkaniowe ułożą się lepiej. Kiedy zostałem pracownikiem etatowym i nabyłem prawo do starania się o pokój na „Jelonkach”, złożyłem oczywiście odpowiednie podanie w komisji mieszkaniowej, a także podanie o mieszkanie spółdzielcze. Po półrocznym czekaniu i zorientowaniu się w sytuacji, widzę, że na pokój lub jakieś mieszkanie zastępcze będę musiał poczekać jeszcze około półtora roku. Okres czekania na mieszkanie spółdzielcze jest na razie trudny do ustalenia. W grudniu 1975 r. ukazało się w „Życiu Warszawy” moje ogłoszenie w sprawie wynajęcia kawalerki. Najtańsza oferta wynosiła 2,5 tys. na miesiąc. Z braku zameldowania nie możemy liczyć na żłobek, a więc żona nie mogłaby na razie pracować. Zostawić dziecka u rodziców nie możemy i nie chcemy. W tej sytuacji byłoby mi trudno utrzymać rodzinę. Na razie więc żona z dzieckiem mieszka u swoich rodziców, a ja w wynajętym pokoju 7 m2680.

Połowa lat 70. była statystycznie najlepszym okresem budownictwa mieszkaniowego w PRL, zaś absolutny rekord ilości oddanych mieszkań odnotowano w 1978 r. Rekordowe zdawały się zarazem frustracje mieszkaniowe. Wynikało to w ogromnej mierze z załamywania się nadziei, rozbudzonych w latach poprzednich681. Na UW przyjmowało to postać skarg i interwencji w sprawach odwlekających się terminów przyznawania mieszkań. Spółdzielnie miały ogromne zaległości, a mieszkania były stale przejmowane przez różne instytucje. Lektorka języka angielskiego opisywała, że pierwsze obiecane jej mieszkanie spółdzielcze zostało przejęte przez MO, a następne, przy Stawkach, także nie zostało przydzielone, ponieważ pulę przekazano w 1975 r. innym zakładom pracy. W tymże roku uczelnia otrzymała o jedną trzecią mniej mieszkań, niż zakładano, nie mając żadnych rotacyjnych – a kadra, jak wspomniano, szybko się rozwijała. Oczekiwanie zaś, że zakład pracy tak znaczny jak Uniwersytet zapewni mieszkanie z puli spółdzielczej lub choćby rotacyjnej, należało do oczywistości. Miało zresztą podstawę formalną. W 1973 r., czyli w okresie wiary ekipy gierkowskiej w sukces, rząd przyjął uchwałę, nakładającą na pracodawców obowiązek przydzielenia nowemu pracownikowi mieszkania w przeciągu roku, jeśli ukończył studia z wyróżnieniem. UW zatrudniał głównie takie osoby, ale nie mógł wypełnić tych zobowiązań682.

Znaczną część aktywności władz uczelni pochłaniały zabiegi w zarządach spółdzielni, u władz miejskich i dzielnicowych. Pomiędzy pracownikami UW, rektoratem i instytucjami sektora budownictwa krążyły w 1978 r. pisma ze skargami na opóźnienia i mglistymi obietnicami wpisania danych pracowników „do rejestru spraw przewidzianych do załatwienia w 1980 r.” Przyrastały kolejki. W sferze formalnej kluczowe znaczenie miało w uniwersyteckiej kolejce mieszkaniowej „spunktowanie”, jak mawiano, czyli obliczenie ilości punktów wyznaczającej miejsce. Na ilość tę składał się staż w spółdzielni, obecne warunki rodzinne i mieszkaniowe, staż i osiągnięcia w pracy. Punktowała organizacja związkowa, która na pytania rektoratu w odnośnych sprawach udzielała informacji w rodzaju:

[...] dr *** ma obecnie 51,5 punktów, co plasuje go w okolicach 50-go miejsca na wykazie osób ubiegających się o M-4. Sytuacja jego, aczkolwiek bardzo trudna, jest podobna do sytuacji bardzo wielu innych starających się o mieszkanie. Dr *** jest również na liście mieszkań na Jelonkach w okolicach 10-go miejsca (co oznacza, że praktycznie może liczyć na otrzymanie pokoju w końcu bieżącego roku)681.

Były to reakcje na zabiegi pracowników, rektor miał bowiem prawo przyznawania punktów dodatkowych i zasięgał wiadomości o poszczególnych osobach. Argumentami podawanymi we wnioskach do rektora były zwykle „działalność społeczna” na uczelni i pełnienie „funkcji”. Oto młody asystent nauk politycznych powoływał się na odznakę „Primus inter pares”, otrzymaną na studiach, na swoje średnie ocen oraz na członkostwo w egzekutywie KU PZPR. Zakres pojęć „działalność społeczna” i „funkcja” bywał zresztą przedmiotem sporów.

Wyczekiwanie na przydział było jednym z zasadniczych doświadczeń młodszych pracowników, którzy gnieździli się wciąż z małżonkami i dziećmi u rodziców lub wynajmowali mieszkania, co pożerało zwykle całe miesięczne wynagrodzenie jednej z osób. Wynajęcie mieszkania z wygodami w Warszawie kosztowało w połowie dekady 3000 zł miesięcznie, czyli pełną pensję młodszego pracownika naukowego. Pewna pracownica UW wynajmowała lokum bez ciepłej wody, łazienki i centralnego ogrzewania za 1500 zł plus świadczenia i opał. Uniwersytet, jak i inne duże zakłady pracy, wyszarpywał co pewien czas pule mieszkań od władz miejskich, a także budynki osiedlowe w stanie surowym (dwa na Ursynowie), które miały być wykańczane przy udziale lokatorów684. Od 1977 r. przydzielano także pracownikom UW domki jednorodzinne na Zaciszu, które wydawać się mogły bardzo atrakcyjne zarówno na tle mieszkań w degradującym się szybko śródmieściu, jak archipelagów blokowisk. Alternatywą dla życia wśród „stęchłych śródmiejskich murów” („smród ohydnego zsypu i zaszczanej klatki schodowej z ciemną żarówką i windą bez żarówki, bo stale ktoś ją wykręca”685), pozwalającego jednak na stosunkowo łatwy dostęp do usług, były bowiem głównie peryferyjne osiedla spółdzielni Energetyka i Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, połączone z centrum rwącymi się nitkami publicznej komunikacji i bardzo źle zaopatrzone. Pracownicy uczelni zasiedlali ogromne bloki o nieotynkowanych ścianach z szarych pustaków. Młodzi adiunkci pchali wózki dziecięce i nosili siatki z zakupami wśród wertepów ulic Bernardyńskiej czy Gwiaździstej, walczyli o poprawki w mieszkaniach, w których odklejał się lenteks i nie domykały „szwedzkie okna”.

Za kilka lat będzie się jednak zdawać, że ów schyłek lat 70. był jeszcze zupełnie znośny.

„Bez znieczulenia”

W stolicy deszcze i zimno, a wieczorami ciemno jak podczas nalotów: światła wygaszone, bo kryzys energetyczny, huta „Katowice” wysysa z kraju elektryczność, telewizja zapowiada częściowe wyłączanie prądu nawet w zakładach pracy(!) – ktoś się widać pomylił w układaniu „bilansu energii”. Przed sklepami ogony, w autobusach tłok, pijaków [...] słania się po ulicach zastęp, za to samochodów prywatnych coraz więcej, w sklepach pełno po najdroższe towary, w sklepach dewizowych i „komercyjnych” też [...]. W Warszawie i Warszawce pulsuje energiczna łapczywość konsumpcyjna, pieniądze są, nawet i spore, ale z towarem gorzej, zwłaszcza z jedzeniem [...]. Socjalizm umie rozbudzać masowe apetyty, to jego propagandowa specjalność, tyle że z zaspokajaniem gorzej, widać nie można mieć dwóch rzeczy naraz.

Tak opisywał atmosferę Warszawy jesieni 1978 r. Stefan Kisielewski686.

W kinach wyświetlano właśnie film Andrzeja Wajdy Bez znieczulenia, historię upadku błyskotliwego dziennikarza Jerzego Michałowskiego, którego małżeństwo się rozpada, a niejasne odwrócenie koniunktury polityczno-personalnej załamuje jego karierę zawodową. Jednym z wątków filmu były sprawy uniwersyteckie: Michałowski zostaje odsunięty od prowadzenia seminarium. Grupa studentów pragnie pisać petycję w jego obronie, lecz dziennikarz ich powstrzymuje („powinniście być ostrożniejsi”). Przeciwstawienie świeżej, niepokornej młodzieży skorumpowanym lub zniechęconym elitom było jednym z charakterystycznych obrazów tzw. kina moralnego niepokoju. Należało, być może, do jego neosocrealistycznej konwencji, o jakiej pisze Maria Kornatowska687. W Indeksie Janusza Kijowskiego (1977) młody buntownik Moneta – nie mogąc się pogodzić z nieuczciwością uczelnianych elit – popada w konflikty i zostaje wydalony ze studiów. Sugestywny wizerunek środowisk uniwersyteckich przedstawił Zanussi w Barwach ochronnych (1976), wykorzystując ten właśnie schemat: szczera młodzież (z symboliczną sceną kąpieli nago w rzece), „wahający się inteligent” w postaci młodego asystenta, który – niczym postaci socrealistyczne – rwie się ku światłu, ale ciągnięty jest w mrok przez cynicznego docenta. Tło stanowią konformistyczni i interesowni naukowcy średniego pokolenia, zawdzięczający awanse intrygom i układom, powtarzający frazesy, raczej kombinatorzy niż inteligenci. Najbardziej znaczącą postacią jest wśród nich opasły prorektor. Przyjeżdża na studencką konferencję służbową wołgą, gdyż – wyznaje żona – małym fiatem jakoś nie wypada. Dużego fiata musieli zaś zamienić na małego, ponieważ „budują się”. Tego rodzaju tematy przeważają przy obiedzie, do którego nakryto kadrze pod portykiem pałacyku, podczas gdy studenci jedzą w marnej stołówce. W tak zarysowanym świecie aspiracje materialne muszą mieć egoistyczny charakter, zastępując jakiekolwiek poczucie misji społecznej.

„Obecnie Polsce najbardziej potrzebni są ludzie, którzy nie będą kraść i będą robić to, co do nich należy” – pisała studentka biologii w ankiecie z 1977 r., przeprowadzonej przez Irenę Nowakową na UW, Politechnice i Akademii Medycznej. Niemal połowa z jej uczestników nie potrafiła wskazać żadnych wzorów osobowych; znaczna część (15%) twierdziła, że takie „nie istnieją”: „Jeżeli tacy ludzie byli, to w XIX wieku” – sądził student fizyki. Tendencja ta była najwyraźniejsza na kierunkach ścisłych. Część respondentów uznawała samo pojęcie wzoru osobowego za bezsensowne: „Czy chodzi o jakiś nowy kult jednostki?”; „Pytanie bez sensu. Tworzymy sami własne życie. Może mi odpowiadać pan X, ale nie jest on dla mnie wzorem. Tym bardziej nie mogę mówić o wzorach dla innych” – twierdzili studenci fizyki. „Dostarczanie wzorów społecznych jest czymś na wzór scholastycznego moralizatorstwa, jest zawsze zakamuflowanym fałszem” – pisała studentka polonistyki. Pewna część pytanych wyrażała ubolewanie, że we współczesnym świecie wzory osobowe zanikły czy straciły na znaczeniu, „zostały ośmieszone przez propagandę” (studentka biologii); „Wydaje mi się, że w okresie powojennym zatarły się prawdziwe ideały, a przedwojenne wzory są dla nas już odległe, nie mogą się zaadaptować w nowych warunkach” (studentka chemii) 688. Połowa uczestników ankiety (ponad 500 osób) podała wszakże nazwiska postaci, które uznawała za wzory osobowe. Socjologowie pogrupowali je wedle kategorii; największa tworzona była przez „naukowców” (26%), następnie „polityków, działaczy politycznych, dyplomatów” (22%), „artystów, literatów, ludzi sztuki” (16,9%), „wojskowych” (11,2%), „pedagogów” (4,3%), „duchownych” (4,1%), „robotników, przodowników pracy” (2,3%), „sportowców” (2,1%). Już w tym ogólnym zestawieniu dało się dostrzec dystans wobec propagandowych „wzorów osobowych socjalizmu”. Ciekawsza była jednak hierarchia wskazanych postaci. Oto wśród „polityków, działaczy politycznych, dyplomatów” jako wzór najczęściej wskazywany był Józef Piłsudski (65 głosów), następnie Władysław Sikorski (32), Edward Gierek (24), Stefan Starzyński (13), Gabriel Narutowicz (9), Ignacy Mościcki (5), Władysław Anders (3), Roman Dmowski (3), Janek Krasicki (3), Eugeniusz Kwiatkowski (3)689. Wśród 10 postaci 8 należało więc do epoki II RP i zachodniego obozu politycznego lat wojny. Dwie osoby wskazały zaś jako wzór osobowy Adama Michnika. Wśród wojskowych całkowicie dystansował pozostałych Karol Świerczewski (23)690. Wśród naukowców wskazywano najczęściej Tadeusza Kotarbińskiego i Marię Skłodowska-Curie oraz Władysława Tatarkiewicza. Pierwszą dziesiątkę w ogólnej hierarchii stanowili: Piłsudski (65), Janusz Korczak (32), Sikorski (32), Kotarbiński (26), Gierek (24), Tatarkiewicz (24), Świerczewski (23), Paderewski (20), Stefan Wyszyński (20) i Maksymilian Kolbe (19)691.

Wyniki tych badań zdawały się wskazywać na poważny kryzys legitymizacji systemu społeczno-politycznego PRL, mimo wysokiej pozycji Gierka692. Wśród elit władzy istniała świadomość tego problemu, ujawniająca się w nasilonej około 1978 r. (także w związku z sześćdziesięcioleciem odzyskania niepodległości) propagandzie historycznej, mającej włączać w krąg oficjalnej symboliki wiele postaci międzywojennej polityki. Poszukiwanie nowej legitymizacji zdawało się palące po zamieszkach robotniczych 1976 r. i pojawieniu się jawnego, opozycyjnego ruchu politycznego, którego oddziaływanie na młodzież studencką mogło być znaczne w warunkach coraz poważniejszego kryzysu.

Wyraźne pogarszanie się nastrojów w warszawskich środowiskach studenckich dostrzegały władze partyjne już na początku 1975 r. Wyrażać się ono miało zwłaszcza „w postaci pytań i wypowiedzi na zajęciach prowadzonych z nauk politycznych”. Na UW zjawisko narastało w lutym i marcu. „Na wielu wydziałach, a zwłaszcza na tych, które skupiają większość młodzieży pochodzącej z Warszawy, pojawiła się fala pytań i burzliwych dyskusji na tematy aktualnej sytuacji w kraju [...]”. Stawiano takie oto pytania: „Dlaczego obywatel przemawiający do przypadkowego tłumu na temat pokoju jest zabierany przez milicjanta? – Jak to się ma do wolności słowa?”; „Czym tłumaczyć wprowadzenie podatku majątkowego, który ma przecież charakter jednorazowej daniny i łączy się z sytuacjami wojennymi czy szczególnie kryzysowymi?”. „W związku z ograniczeniem wyjazdów do krajów Zachodnich raz na 3 lata studenci wyrażali opinię, że jest to krok niesłuszny, ograniczający możliwości podróży, które do tej pory były łatwo dostępne”. „Studenci określają nastroje w społeczeństwie jako pesymistyczne i frustracyjne. Twierdzą, że w kraju panuje inflacja, która w bieżącym roku ma sięgnąć 20%, a oficjalnie nic się o tym nie mówi w środkach masowego przekazu. Podwyżki cen – jawne i ukryte – wprowadzają nastrój zniechęcenia”693.

W następnych miesiącach na klimat społeczny UW wpływała sprawa zmian w Konstytucji PRL, a rok 1976 znaczony był narastającymi objawami wyżej opisanych nastrojów, z wyładowaniem w postaci tzw. wydarzeń czerwcowych i powstania Komitetu Obrony Robotników. Jesienią rektorat zaprosił czołowych publicystów politycznych do poprowadzenia na UW zajęć PNP, mających zgodnie z oficjalną wykładnią, lecz możliwie najinteligentniej prezentować bieżące zagadnienia. Wśród zaproszonych byli reprezentanci różnych opcji ideowych obozu władzy: Mieczysław Rakowski, Igor Łopatyński, Jan Główczyk, Edmund Męclewski, Ryszard Wojna, Bohdan Roliński. Szczególnie instruktywne miały się okazać zajęcia Rolińskiego na Wydziale Chemii, gdyż

umożliwiły słuchaczom zadawanie pytań na aktualne kwestie społeczno-polityczne, związane z sytuacją w kraju (pytano m.in. o postawę milicji wobec robotników w Radomiu, cenzurę prasy, dystrybucję sum otrzymanych z RFN tytułem odszkodowań, o problem inwestycji, manewru gospodarczego, zadłużenie PRL itd.)694.

Podobne pytania padały w czasie organizowanych w tym czasie spotkań Uczelnianej Szkoły Aktywu SZSP. Na spotkanie ze Stanisławem Rajkiewiczem 25 X przyszło 70 osób; pytano o bilans płatniczy PRL (w tym czasie Radio Wolna Europa informowało o groźnym rozmiarze długu). Stanisława Mikę indagowano 19 XI o propagandę i jej wpływ na jednostkę. Gdy 3 XII pojawił się Rakowski, czekało ponad sto osób i zadano tyle pytań, że zaproszono szefa „Polityki” jeszcze raz: 17 XII zebrało się 130 słuchaczy. Rakowski odnotował, że

ci młodzi ludzie są sfrustrowani i przede wszystkim stanowczo buntują się przeciwko modelowi wychowawczemu, który opiera się na kłamstwach i półprawdach. Dyskusja była bardzo gwałtowna i niezwykle ostra. Na sali był też jakiś członek KOR-u wraz ze swoją gwardią. [...] Byłem zmuszony odpowiadać dość obcesowo, ponieważ wiedziałem, że są na tej sali także panowie z bezpieki [...]695.

Uczelniany SZSP eufemistycznie powiadomił rektora, że z powodu „zróżnicowanej inspiracji pytań” i napływu rozmaitej publiczności decyduje „o zrezygnowaniu z wizualnego propagowania kolejnych spotkań”696.

* * *

Od połowy lat siedemdziesiątych Uniwersytet był znowu „czułym barometrem” sytuacji w kraju, by przywołać raz jeszcze określenie Karola Modzelewskiego. Objawiły się grupy aktywnie reagujące na bieżące wydarzenia. Za szczególnie „czułe” uchodziły środowiska matematyków i fizyków oraz socjologów i historyków, zwłaszcza odłamy studentów i młodej kadry dydaktycznej. Od jesieni 1976 r. pulsowały konflikty między różnego szczebla władzami uczelnianymi a poszczególnymi pracownikami i grupkami studentów. Nikt nie miał wielkich złudzeń co do autonomii uczelni, lecz niektórzy starali się na terenie UW działać w taki sposób, jak gdyby ta autonomia istniała. Już nie tylko próbowano nadawać swobodny ton dyskusjom na zajęciach PNP, lecz i organizować akcje petycyjne, przejmować inicjatywę w organizacjach SZSP (w Instytucie Historycznym697), występować publicznie w obronie szykanowanych pracowników. Szykan było zaś coraz więcej.

Znamienny konflikt trwał już od 1975 r. w Instytucie Problemów Społecznych i Resocjalizacji UW. Placówkę tę powołano dwa lata wcześniej, jeszcze na fali „odnowy” politycznej, dla rozwijania nowatorskiej diagnostyki społecznej, wymagającej integracji różnych nauk (socjologii, nauk ekonomicznych, kryminologii etc.) Ambicją zespołu kierowanego przez Adama Podgóreckiego było stworzenie grupy eksperckiej, współuczestniczącej w tworzeniu strategii rozwojowych Polski. Jednak w 1975 r. instytutowa organizacja partyjna podważyła program badań nad patologią instytucji w PRL i spowodowała zatrzymanie go przez kolegium rektorskie. Sprawa była pretekstem do pozbycia się grupy naukowców, których w ramach „reorganizacji” rektorat starał się rozsiać po różnych jednostkach uczelni i stopniowo usunąć z pracy. W tle znajdowała się także kampania przeciw zmianom w Konstytucji, w której aktywni byli pracownicy IPSiR-u. „Reorganizacji” opierała się Rada Naukowa oraz organizacja związkowa. Opór złamano w czerwcu 1976 r., „w atmosferze szykanowania i zastraszania”, jak pisać będą protagoniści konfliktu. Nie dopuszczono do zebrania pracowniczego lub związkowego i usunięto w trybie administracyjnym przewodniczącą Rady Oddziałowej ZNP, w atmosferze „publicznych napaści i szykan”. Dziewięć osób przesunięto do innych jednostek i zatrudniono na czas określony, co pozwalało na nieprzedłużenie umów w danym momencie. Klimat tych rozgrywek współtworzyły takie fakty jak otwieranie korespondencji przychodzącej na adres Instytutu do doktora Q i podsuwanie rektorowi znalezionego tam pisemka emigracji londyńskiej, nagłe odbieranie Q zajęć usługowych z wyjaśnieniem, że nastąpiło to „na skutek ustnego polecenia władz zwierzchnich”, blokowanie przez rektorat jego wyjazdów zagranicznych698.

22. Czytelnia Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW

Wydarzenia w IPSiR-ze nałożyły się na turbulencję społeczno-polityczną lata 1976 r. i wkrótce naznaczone zostały przez kampanię antykorowską. Niech ilustracją będzie sprawa magistra X, pracownika inżynieryjno-technicznego IPSiR-u i wiceprzewodniczącego Rady Oddziałowej ZNP. Został on współpracownikiem KOR-u, więc jesienią 1976 r. otrzymał wypowiedzenie, ale skutecznie odwołał się, gdyż jako funkcyjnego związkowego nie wolno go było zwolnić. Władze UW anulowały decyzję, ale wkrótce Prezydium Rady Zakładowej ZNP pozbawiło go funkcji, co potwierdziło 10 XII Plenum tejże Rady. Warto przywołać fragmenty protokołu dyskusji na tym forum, oddają one bowiem wiele z ówczesnej atmosfery. Oto profesor A przedstawił wniosek o „zdjęcie” X, ponieważ ten „na spotkaniu z Prezydium RZ poinformował nas o swej działalności politycznej, która nie godzi się z postawą aktywisty związkowego i pracownika Uczelni”. Mianowicie podpisał był list w sprawie zmiany Konstytucji i apel KOR, a z tego rodzaju akcjami „nie możemy się zgodzić, służą one bowiem nie dobru sprawy, lecz są wykorzystywane przez wrogie nam ośrodki zagraniczne”. W wypowiedzi A powtarzała się pierwsza osoba liczby mnogiej: metoda symptomatyczna dla nowomowy, przeciwstawiająca jednostkę owemu „my”, tworzącemu sugestię jednomyślności. Wypowiedź była zresztą zbudowana z ogólnie obowiązujących fraz. Odpowiadając, X przyjmował konsekwentnie pierwszą osobę liczby pojedynczej, wykładając racje indywidualne: „Potrafiłem podać przykłady świadczące o powszechnym stosowaniu bestialskich metod i uznałem za swój obywatelski obowiązek zaprotestowanie przeciwko temu”. Przedstawił się jako zwolennik demokracji parlamentarnej i pluralizmu, w zarzucanych mu kontaktach z robotnikami nie widział niczego złego. Podkreślał, że nie należy karać za poglądy. Następni mówcy nie byli tego zdania. Doktor B przywołał zapis w Statucie ZNP, wedle którego związek kieruje się w działaniu linią polityczną PZPR, co zdawało się wiązać z nią poglądy funkcyjnych związkowych. Doktor C przekonywał, że „każdy z nas może wskazać na przykłady naruszenia praworządności przez funkcjonariuszy państwowych. Ale czy z pewnych – nawet prawdziwych – faktów można wyciągać wnioski ogólne?”. Skonstatował też, że „kol. X sam postawił się poza nawiasem organizacji związkowej, mówiąc, że związki zawodowe nie spełniają swoich zadań”. Doktor D zaś: „Kol. X powiedział, że zarzuca mu się tylko poglądy, a nie czyny. Uważam jednak, że głoszenie takich poglądów jest już czynem”. Z innych wypowiedzi wynikało, że ich autorzy obawiają się przede wszystkim skutków, jakie mogą na uczelnię ściągnąć tego rodzaju „czyny”. W słowach doktora E pobrzmiewały, jak się zdaje, echa doświadczeń „marcowych”: „Nie jesteśmy tu po to, żeby szerzyć ferment wśród młodzieży. Widziałem już, do czego to może doprowadzić, i nigdy do tego nie dopuszczę”. Docent F tłumaczył, że organizacja związkowa „ma obowiązek działać konstruktywnie, przy pomocy dialogu z partią, a nie w sposób nieodpowiedzialny”. Docent G odrzucał natomiast założenie, że X jest szykanowany z powodu poglądów, a umieszczał jego sprawę „na szerszym tle”, za jakie uznał konflikty w IPSiR-ze, które zmusiły rektora do „uzdrowienia sytuacji” i „pewnych sankcji”, w ramach których, jak powiadał G, „przesunięto kol. X”. Był to znamienny eufemizm, gdyż G, podobnie jak inni zabierający głos, musiał sobie zdawać sprawę, że Plenum decyduje w istocie o wyrzuceniu młodego człowieka z pracy. Ponownie wypowiedział się X, podkreślając, że Rada Zakładowa nie spełnia swej właściwej roli w jego sprawie – opinia ta zresztą, wedle doktora C, umieszczała X „poza nawiasem organizacji związkowej”. Po wyjściu zainteresowanego kilka osób próbowało go bronić, wskazując, że jednak chodzi o poglądy, a nie działania, i że X jest bardzo dobrym działaczem związkowym. Nie mogło to jednak zmienić biegu spraw, choć na 21 obecnych 8 wstrzymało się od głosu. Pozostali poparli wniosek o odwołanie X z funkcji wiceprzewodniczącego Rady Oddziałowej699. Sześć dni później nastąpiło wypowiedzenie umowy o pracę. X przestał być pracownikiem uczelni 28 II 1977 r. Formalnym i fikcyjnym uzasadnieniem była „reorganizacja” IPSiR.

Tu zaznaczyć trzeba, że cytowanie wypowiedzi uczestników dyskusji nie może zastąpić analizy ich postaw, niezbędnej dla poznania mechanizmów funkcjonowania społeczności akademickiej, a poniekąd funkcjonowania ówczesnego społeczeństwa. Motywacje kształtujące te postawy były bowiem zróżnicowane, na co zdaje się wskazywać także wiedza o późniejszej działalności doktorów B czy C w związkowym podziemiu lat stanu wojennego. W 1977 r. trudno było sobie, oczywiście, wyobrazić, że sytuacja PRL rozwinie się w takim kierunku. Zaznaczała się jednak polaryzacja postaw, stanowiąca wyzwanie tak dla środowisk uczelnianych, jak i nadzorującego je aparatu władzy.

Zarówno uczelnie, jak i instancja warszawska muszą mieć dokładne imienne rozeznanie: 1) Kto jest z nami, tzn. na kogo można liczyć w każdej sytuacji, 2) kto się nie angażuje po żadnej ze stron – przy czym, na ile to nieangażowanie jest rzeczywiste, a na ile tylko deklaratywne, przy jednoczesnym sprzyjaniu „opozycji”, 3) kto jest zdeklarowanie „anty”.

W stosunku do trzeciej grupy należy

prowadzić politykę ograniczania jej aktywności zawodowej i politycznej wszystkimi dostępnymi środkami i metodami, jakimi dysponują administracyjne i partyjne władze uczelni

– oto treści rękopiśmiennej notatki, powstałej w Komitecie Warszawskim PZPR wiosną 1977 r.700 Te, jak je nazwano, „działania ograniczające” stosowane były na szeroką skalę zarówno przez zewnętrzne wobec Uniwersytetu władze polityczne, jak przez sam rektorat.

Do owych „działań” należało przenoszenie pracowników, zmiany reguł ich zatrudnienia i represyjne zwolnienia. Niektórych raptownie przenoszono do Filii białostockiej; powodem mógł być podpis pod którymś z listów zbiorowych. Z powodu podpisania petycji w obronie represjonowanych uczestników wydarzeń w Radomiu pani adiunkt z Wydziału Matematyki została w roku akademickim 1976/1977 przeniesiona do Filii, a następnie zwolniona z powodu braku „należytego oddziaływania na postawy studentów zgodnie z obowiązkami wynikającymi ze ślubowania akademickiego”. Próba obrony przez ZNP była nieskuteczna, lecz warta odnotowania701. Nad Y, inną pracownicą Filii, przeniesioną tam zresztą w okolicznościach „pomarcowych”, groźba zwolnienia zawisła z powodu opozycyjnej działalności jej syna, studenta matematyki. Z rektoratu dotarła sugestia wiążąca przedłużenie zatrudnienia z przykróceniem tej działalności. Sugestii towarzyszyła dojmująca zmiana atmosfery w relacjach Y z administracją. Kwestura zmieniła nagle sposób naliczania wynagrodzenia, pracownicy zaczęli się odnosić do Y w dziwny, dwuznaczny sposób, a zwierzchnik (prorektor Filii) w sposób bardzo niegrzeczny. Były to, jak sądziła, skutki negatywnych opinii rozpuszczanych przez uczelnianych „działaczy”. W relacji, jaką Y złożyła komisji Szaniawskiego jesienią 1980 r., opisała zgęszczoną atmosferę niepewności, obmowy, „rozróbek” personalnych – pochodnych nacisków politycznych z zewnątrz i gier toczonych wewnątrz struktur uniwersyteckich702.

Na skutki „działań ograniczających” narażeni byli zwłaszcza młodsi pracownicy, zatrudnieni na mniej korzystnych umowach. Oto asystentowi na Wydziale Historycznym, związanemu z KOR-em i podziemiem wydawniczym, nie przedłużono zatrudnienia pod pretekstem zwłoki z obroną doktoratu. Choć odbyła się ona kilkanaście dni przed terminem, rektor odmówił podpisania nowej umowy o pracę, odrzucając wniosek Rady Wydziału. Typowym „działaniem” wobec osób, których trudniej było się pozbyć, zwłaszcza profesury, było uniemożliwianie podróży zagranicznych, czy to na poziomie rektoratu, czy MSW (tzw. zastrzeżenia wyjazdów)703. Było to, oczywiście, dotkliwe dla badaczy przywykłych do uczestniczenia w międzynarodowym życiu naukowym, ale i odbijało się na wizerunku uczelni, choć rektor przecież bardzo dbał o podkreślanie jej światowego znaczenia i kamuflował w kontaktach międzynarodowych brak jej autonomii704.

Tymczasem krystalizacja postaw opozycyjnych następowała wśród studentów, w każdym razie tej aktywnej mniejszości, która decydowała się na próby publicznego wyrażania swych poglądów lub na aktywność niejawną. Były to grupy i grupki, kształtujące się na wydziałach, lecz często powiązane doświadczeniem szkolnym czy harcerskim (wielkie znaczenie miała tu słynna warszawska Czarna Jedynka) i uczestnictwem w różnych pozauczelnianych formach życia kulturalnego i ideowego, zwłaszcza oazowego i KIK-owskiego. Rodzaj nowego konserwatyzmu, jaki emanował z części środowisk studenckich, uchwycił wówczas Kazimierz Brandys:

To już najnowsza formacja, inna niż festiwalowe pokolenie 1955, które tańczyło w Kazimierzu u Berensa. Tamci, ze swoimi piwniczkami i koleżeńską poligamią, to było życie w zabawie. Ci wcześnie się żenią; jedną ręką pchają wózek z dzieckiem, a drugą kartkują podręcznik matematyki. Monogamiści, brodaci ojcowie w sandałach i dżinsach. Mówię do M.: patrz, zabawa się skończyła, oni chcą żyć w powadze. I liczę na palcach odmiany pokoleń. Ideologia. Zabawa. Powaga705.

* * *

W marcu 1977 r. studenci UW zareagowali na apel KOR o akcję petycyjną w sprawie powołania komisji sejmowej do badania represji wobec uczestników zajść czerwcowych. List podpisało 730 studentów, a do Sejmu zanieśli go Jan Ajzner i Paweł Nassalski. Dyrekcja Instytutu Socjologii odbyła z nimi dość miękką, jak się zdaje, rozmowę. W „marcowym” duchu zareagował natomiast Rybicki, zapowiadając na posiedzeniu Senatu kary dla sygnatariuszy, łącznie z relegacjami.

Rozumiemy tę decyzję – pisały Urszula Doroszewska i Irena Słodkowska, studentki socjologii – jako praktyczne zawieszenie praw obywatelskich studentów Uniwersytetu decyzją jego Rektora. Fakt ten głęboko nas niepokoi, jest bowiem sprzeczny z art. 81 Konstytucji PRL zapewniającym wszystkim obywatelom równe prawa we wszystkich dziedzinach życia państwowego i politycznego. Prócz tego decyzja Rektora stwarza na Uniwersytecie stan napięcia i zagrożenia, który uniemożliwia rzetelną dyskusję nad problemami nurtującymi środowisko studenckie. Dyskusja taka była do tej pory możliwa, choć ograniczona kilkoma zakazami. Groźba represji wyklucza dyskusję w ogóle – co więcej, może mieć nieobliczalne konsekwencje społeczne706.

Tak rozumianą dyskusją nie były raczej „rozmowy” podjęte z sygnatariuszami listu do Sejmu. Odcyfrowywano najpierw podpisy, udało się to w 490 przypadkach, w tym 170 członków SZSP, z którymi właśnie prowadzono rozmowy. Około 25 osób uchyliło się od nich. Starano się, by rozmowy miały charakter nieformalny i „koleżeński”. Uczestniczył w tym aktyw młodzieżowy i organizacja partyjna707.

W następnych tygodniach część społeczności UW podminowana była sprawą śmierci Stanisława Pyjasa, która wywołała akcje społeczne w czasie juwenaliów w Krakowie i powołanie w tym mieście Studenckiego Komitetu Solidarności. Idea stworzenia analogicznego komitetu pojawiła się w Warszawie; jego deklarację podpisano 17 X 1977 r.708 W kolportowanym na UW memoriale Ludwik Dorn, Sergiusz Kowalski i Piotr Łukasiewicz opisali SZSP jako organizację wymuszającą deklaracje ideowe i polityczne (co zresztą należało do jej formalnych zadań, skoro wedle statutu wiodącą siłą polityczną była PZPR), centralistyczną i kierowaną przez wąską, dość stabilną elitę działaczy709. Wszystko to miało skłaniać do utworzenia struktury wyrażającej w sposób autentyczny aspiracje studentów. Oznaczało to próbę instytucjonalizacji studenckiej kontrelity. Uczelniany aparat zareagował powieleniem broszurki z odpowiedziami na poszczególne punkty memoriału „Dorna i s-ki”, jak dopisano ręcznie na egzemplarzu spoczywającym dziś w archiwum UW. Miał to być najpewniej materiał pomocniczy dla aktywu ZSMP. Zawierał znane stanowisko w sprawie „tzw. «opozycji»” (podwójny cudzysłów, służący jak najwyraźniejszemu odgrodzeniu się od niebezpiecznego pojęcia, należałby do typowych cech nowomowy, jak je przedstawia Michał Głowiński710), jako niereprezentatywnej i wspieranej przez renegatów z Zachodu. Grupkami pozbawionymi jakiejkolwiek legitymizacji miałyby być też SKS-y. Nie mogą być one alternatywą wobec legalnej organizacji studenckiej, która przecież została demokratycznie wybrana (przeciw zjednoczeniu głosowało na kongresie w 1973 r. zaledwie kilka osób), zaś jej wsparcie dla socjalizmu jest naturalne, skoro społeczeństwo ustrój ten popiera. Zresztą nikt w SZSP nie cierpi z powodu swego światopoglądu. Nie ma napięć na tle wyznaniowym. Co roku odbywają się wybory. Aktyw podlega rotacji. Zaś „koledzy od lat prezentujący swoje odmienne od powszechnych poglądy polityczne kończą z powodzeniem studia, nikt nie przeszkadza im w tym, w kołach naukowych nie spotykane jest sprawdzanie czyichkolwiek poglądów politycznych, działają w nich wszyscy chętni”. Jakich to praw należy bronić przed administracją uczelni? Petycja na UW miała 730 sygnatariuszy, ale w Polsce jest 480 tys. studentów. Podpisy zbierało kilkanaście osób. Jakież to spotkały ich represje?711 Posługujący się przygotowanymi tezami i retorycznymi pytaniami aktywiści niewielki chyba użytek mogli uczynić z tej broni. Pogróżki rektora pod adresem sygnatariuszy były znane dostatecznie szeroko.

Władze UW zdecydowane były na prowadzenie twardej „akcji ograniczającej” zarówno w stosunku do kadry, jak studentów, choć zdaje się, że nie miały poczucia stabilnego oparcia w centralnym aparacie władzy, którego działania były coraz bardziej chaotyczne. Znamienna wydaje się tu notatka Mieczysława Rakowskiego ze spotkania z Rybickim w sierpniu 1977 r., po ogłoszonej przez władze amnestii:

Byłem zaskoczony otwartością, z jaką krytykował kierownictwo partii, łącznie z Gierkiem. [...] Nie ukrywał także swojego niezadowolenia nie tyle może z powodu wypuszczenia KOR-owców, ile sposobu załatwienia tej sprawy. „Bo – mówił – w miesiącach poprzedzających obecną sytuację na odcinku partia-opozycja, aparat KC zagonił wielu działaczy, aktyw, profesorów i dziennikarzy do obszczekiwania opozycji. Niektórzy robili to z przekonania, inni z konieczności, ale w sumie wszyscy się umoczyli. No a teraz okazuje się, że zostali za dorożką. Słyszę od profesorów, że następnym razem kierownictwo partii nie ma co na nich liczyć”712.

Nie wydaje się jednak, aby podobne frustracje powodowały jakąś trwałą zmianę postaw wśród tych, o których w cytowanym wyżej dokumencie partyjnym pisano, że są „z nami”. W każdym razie kierownictwo polityczne uczelni trzymało się do lata 1980 r. wyznaczonego kursu. Trwały represyjne zmiany umów o pracę, studentów przyłapanych na rozpowszechnianiu „bibuły” wyrzucano z akademików713. Rektor występował w ostrym i autorytarnym stylu, jak na spotkaniu w Instytucie Historycznym wiosną 1978 r., zwołanym wskutek wzburzenia studentów represyjnym zwolnieniem z pracy cenionego asystenta. W tym wypadku postawa Rybickiego spotkała się z twardą reakcją – w pewnym momencie niemal połowa zebranych opuściła salę714.

Tego rodzaju zachowanie wobec władzy rektorskiej możliwe było zapewne dlatego, że opozycyjnie nastrojona część studentów miała poczucie oparcia w instytucjach pozasystemowych. Rozwijały się one w tym okresie spektakularnie, odbierając światu oficjalnemu główną przesłankę jego trwałości i mocy – bezalternatywność. Działał KOR, działał już warszawski SKS, od jesieni 1977 r. prowadził swoje zajęcia Uniwersytet Latający, który przybrał kilka miesięcy później nazwę Towarzystwa Kursów Naukowych, nawiązującą do analogicznej instytucji działającej pod władzą rosyjską na początku XX w. Dość szybko TKN stanowić zaczął jedno z głównych zagadnień dla warszawskich władz partyjnych, które przystąpiły – przy pomocy organizacji młodzieżowej – do „akcji konfrontacji ideologicznej”. Historia zorganizowanego zakłócania wykładów TKN, prowadząca do konfrontacji już zupełnie fizycznej w mieszkaniu Jacka Kuronia 21 marca 1979 r., została szczegółowo opisana715. Tu podkreślić trzeba echo, jakim odbiła się w środowiskach uczelnianych, i fatalny efekt, jaki pobicie Macieja Kuronia i Henryka Wujca miało dla wizerunku SZSP. Władze stołeczne organizacji zdawały sobie z tego sprawę i odpowiedzialnością za eskalację konfliktu obciążały przede wszystkim centralną Federację Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej, która „konfrontację” podjęła rzekomo bez uzgodnienia z władzami partyjnymi, oraz działaczy uczelnianych z Akademii Wychowania Fizycznego716. Studenci AWF odznaczyli się wśród bijących, choć znaleźli się między nimi także studenci UW. Sama Federacja ze swej strony utrzymywała, że to związani z nią aktywiści młodzieżowi, którzy pragnęli jedynie podjąć „polemiczną dyskusję” zostali na wykładzie pobici, w dodatku „ze szczególną zajadłością”, przez jego organizatorów, w tym zwłaszcza Kuroniów i Wujca717.

Władze policyjne i partyjne, jak pisze Andrzej Friszke, pozytywnie oceniły całokształt wydarzeń, które doprowadziły do znacznego osłabienia akcji wykładowej TKN718. Podobnie odniósł się do nich z trybuny VIII Zjazdu PZPR w lutym 1980 r. sam rektor Uniwersytetu Warszawskiego. „Z uznaniem oceniamy – głosił – postawy młodych aktywistów, którzy podjęli ryzyko konfrontacji w polemikach z wytrawnymi politykierami. Oparli się próbom prowokacji, wykazali rangę argumentów za prawdą, za socjalizmem”. I dodawał: „Nasze racje zwyciężają, a trudne sytuacje, których nie chcemy przecież wywoływać, hartują młodych działaczy, uczą logiki walki klasowej, odkrywają obce penetracje, przekupstwa, zdradę godności narodowej”719.

* * *

Na początku 1980 r., gdy kraj „żył” przygotowaniami do VIII Zjazdu, mającego podsumować dekadę rządów Gierka, Rada Zakładowa ZNP UW przygotowała analizę warunków egzystencji społeczności uniwersyteckiej. Dokument miał zainteresować uczelniane i (najpewniej) wyższe władze. Jego ton był minorowy. „W odczuciu wielu młodych pracowników praca w Uniwersytecie Warszawskim staje się w coraz większym stopniu «luksusem», na który mogą sobie pozwolić osoby znajdujące oparcie w zamożnych rodzinach lub dostatecznie «obrotne», by zapewnić sobie źródła dodatkowych dochodów” – oceniała Rada. Pracownicy inżynieryjno-techniczni i administracyjni UW zarabiali 3200–4400 zł, obsługa około 2300 zł miesięcznie720, gdy w „wytycznych” Zjazdu widniała zakładana na 1980 r. średnia krajowa 5300 zł. Przekroczyć ją mogli profesorowie, docenci i adiunkci. Ogół młodej kadry był w trudnej sytuacji (szacowano, że jedna piąta otrzymuje wynagrodzenia na poziomie minimum socjalnego). Pracownicy mogli liczyć na stypendia doktorskie i habilitacyjne, nie było jednak żadnych środków na zakup książek i pomocy naukowych. Fundusz nagród przeznaczany był w części na nowe etaty i opłacanie godzin nadliczbowych. Sprawy płac wywoływały wiele zadrażnień, zwłaszcza z powodu różnic w wynagrodzeniach, ustalanych bez konsultacji ze związkiem. Ogólnie biorąc, napięcia między pracownikami naukowymi i administracją miały współtworzyć złą atmosferę. Rada sygnalizowała „niekorzystne [...] zjawiska w postawach, systemach wartości i zachowaniach pracowników naukowych”. Ci z kolei uznawali, że administracja jest nieudolna. Narzekali na warunki pracy: ciasnotę, braki aparatury, jakość inwestycji. Nowy gmach Fizyki był źle zbudowany. Jesienią 1979 r. zepsuło się tam ogrzewanie i pracowano w warunkach zagrażających zdrowiu. Wentylacja w budynku Biologii nie działała od chwili zamontowania. Bezustanne awarie i remonty wyłączały pomieszczenia z użytku. Stan urządzeń sanitarnych był poniżej krytyki, brud panował także w Przychodni UW (choć zapewne nie to było powodem uchylania się pracowników od badań okresowych). Problemem egzystencjalnym były sprawy mieszkaniowe: na listach osób oczekujących na mieszkanie spółdzielcze znajdowało się pół tysiąca nazwisk. Ostatnie mieszkania tego rodzaju rozdzielono w 1977 r. Młodsi pracownicy mieli też wiele do powiedzenia na temat ciasnoty w uczelnianym przedszkolu i trudności z uzyskaniem wczasów. Pracownik z trzyosobową rodziną mógł otrzymać wczasy raz na 6 lat721.

Żadne z tych stwierdzeń nie zostało powtórzone z trybuny zjazdowej przez rektora Rybickiego. Ogłosił on, że w latach 70. doszło, dzięki kierownictwu partii, do wszechstronnego rozwoju bazy dydaktycznej, badawczej i socjalnej. Odwołał się do spotkania na UW z Gierkiem w 1978 r., na którym złożono zapewnienie, że „ludzie nauki są w swej masie związani w sposób racjonalny i uczuciowy z socjalistycznym rozwojem kraju” oraz „oceniają z uznaniem wysiłki partii i państwa w pokonywaniu barier naszego rozwoju”. Rybicki uznał zarazem konieczność pewnej samokrytyki: „Za mało stawialiśmy konsekwentnych wymagań, byliśmy zbyt pobłażliwi w egzekwowaniu obowiązków i obywatelskiej odpowiedzialności. Wśród części młodej inteligencji ujawniać się zaczęły nastroje konsumpcyjne, pomniejszane było niekiedy znaczenie ideowych motywów działania”. W tym kontekście przywołał heroiczny mit początków władzy ludowej i „ZMP-owskiego entuzjazmu”. Zastrzegł jednak, że nie należy przeciwstawiać temu postaw dzisiejszej młodzieży, w masie swej patriotycznej i zaangażowanej. Postawy tego rodzaju mają tym większe znaczenie, że w całej dekadzie „powtarzane były próby organizowania wrogich oddziaływań na naszą młodzież”722.

Takie oto zdania wypowiadał rektor Uniwersytetu Warszawskiego na forum publicznym w lutym 1980 r. Członek władz partyjnych Józef Tejchma ocenił w swym dzienniku to wystąpienie jako „kompromitujące”723. Notatki z niepublicznych spotkań w tym okresie nie potwierdzają ogłaszanej przez Rybickiego ufności działaczy w zwycięstwo ich sprawy. Wprawdzie nikt nie mógł przypuścić, że pół roku po przemówieniu Rybickiego porządek, który reprezentował, runie, lecz rozprzężenie było już tak wielkie, że uczelniane fora miały powody do obaw. Dowodem rękopiśmienna notatka ze spotkania kierownictwa SZSP UW 18 VI 1980 r. Uczestników niepokoiła „tendencja likwidatorska” w ich organizacji. „Dziś argumentują demagogicznie przeciwko SZSP, jutro mogą to uczynić wobec PZPR czy żądając zmiany Konstytucji” – mówił jeden z uczestników. Wspominano o takich działaniach zbiorowych jak petycja w sprawie rozwiązania SZSP, pod którą zbierano podpisy w akademikach, i próby budowania alternatywnych struktur w ramach kół naukowych, czy „opanowanie” gazetki i klubu turystycznego na Wydziale Matematyki. Tymczasem własną siłę przebicia oceniali zebrani jako zbyt małą: w SZSP brak „trybunów ludowych”, działacze obciążani są przez zwierzchnictwo partyjne odpowiedzialnością za niedostatki studenckiego życia, od awantur w klubach po „wrogą działalność”, a zarazem pozbawieni wpływu na decyzje władz uczelni. Nadzieję pokładali w możliwościach wpływu na nowo przyjmowanych studentów w czasie obozów integracyjnych tzw. Akcji Lato. W tym kontekście uczestnik zebrania uznawał, że znacznie poważniejsze niż działania uczelnianej opozycji są „uwarunkowania zewnętrzne”, czyli pogłębiający się kryzys: „Trzeba się liczyć z tym, że młodzież po powrocie z domów rodzinnych poza Warszawą będzie bogatsza o doświadczenia i wiedzę o sytuacji gospodarczej, trudniejszej na prowincji niż w stolicy”. Wyraził w tym kontekście „wiele nadziei” na poprawę, związaną z „krokami władzy”724. Niewątpliwie nadzieje tego rodzaju (choć słabo ufundowane, jak wiadomo dziś chociażby z dzienników M.F. Rakowskiego, ukazujących degrengoladę centrum władzy) podtrzymywane były w kręgu uniwersyteckiego establishmentu jeszcze latem 1980 r. Nikt nie spodziewał się bowiem zdarzeń, jakie miały nastąpić.

1980–1989: Zdarcie zasłony

Lata 80. rozpoczynały się i zamykały w Polsce pod znakiem burzliwych przemian, których częścią były ruchy studenckie, występujące na ulice z transparentami i organizujące strajki. Znaczna część tych, którzy ruszyli w 1980 r., urodziła się w pierwszych latach rządów Gomułki, niektórzy w 1956 r. Byli jeszcze w szkołach podstawowych, gdy rozgrywał się Marzec. Gdy rozpoczynali studia w połowie lat 70., ciemna zasłona kładła się wciąż na uczelniach. Marzec rządził w dużej mierze ruchami kadrowymi na UW, naznaczył mentalność tej części elity instytucjonalnej, która się pożywiła dzięki kampanii czystek, i świadomość tych pracowników, dla których pozostawał niemożliwą do publicznego nazwania traumą. Późnym latem 1980 r. nastąpiło zdarcie zasłony. Kilka miesięcy później, w czasie łódzkiego strajku studentów, jedno z haseł głosiło: „Nie będzie nowego Marca!”725. Kilka lat później studenci nieśli na transparencie napis: „Urodziliśmy się w 1968 roku”. Marcin Meller, przedstawiciel tego pokolenia, zastanawiał się nad sensownością tego hasła, ubolewając, że w istocie niewiele ono znaczy, bowiem owych dwudziestolatków nie wiąże żadne doświadczenie formacyjne, które byłoby podobne do tego, jakie naznaczyło „pokolenie 1968”726. Pokolenie imponujące młodszym przemierzoną przez nie drogą od protestów i procesów końca lat 60., poprzez KOR i Latający Uniwersytet, do współtworzenia „karnawału Solidarności”. Gdy ogłoszono stan wojenny, pokolenie Mellera było w szkołach podstawowych. Marzec oznaczał dla wielu raczej moment chwały niż klęski. Dodajmy, że po latach urodzeni około 1968 r. zyskają miano „pokolenia 1989”, teraz jako ludzie, którym młodsi zazdrościć mogą sukcesu osobistego, osiągniętego w ostatniej dekadzie XX w., erze „transformacji”727.

Tego rodzaju pokoleniowe zmiany perspektyw naznaczały zawsze życie społeczne Uniwersytetu. Zdaje się jednak, że występujący na scenie lat 80., niezależnie od wszelkich różnic, mieli wspólne doświadczenie symboliczne. Było ono niejako kumulacją doświadczeń „polskich miesięcy”. Urodzeni około 1956 r. wchodzili na Uniwersytet w okresie załamywania się gierkowskiej stabilizacji i byli świadkami rozgrywek wokół KOR-owskiego zaangażowania niektórych pracowników i studentów, represji przeciw nim, brutalnych ataków na TKN, wreszcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II. Ten ciąg doświadczeń kształtował postawy pewnej grupy, liczebnie niezbyt znaczącej wśród mas studentów, lecz opiniotwórczej i zdolnej do efektywnego działania latem 1980 r. Istotne jest chyba i to, że dla pokolenia rodziców tych ludzi wielkim przełomem życiowym był rok 1956, zatem ci młodzi przeżywali swą „rewolucję” mniej więcej w tym samym wieku. Przeżycie zbiorowe rodziców miało, oczywiście, bardzo różną skalę i w rozmaity sposób kierunkowało myślenie dwóch pokoleń. Znamienne, że formy działania publicznego wybierane w latach 1980–1981 niewiele miały wspólnego z wiecowo-rewolucyjną aurą Października, choć rok 1956 przywoływany był chętnie w ówczesnej publicystyce jako jedno ze zdarzeń zacieranych przez lata w świecie oficjalnego przekazu.

23. Inauguracja roku akademickiego 1981/1982 na UW, przemawia rektor Henryk Samsonowicz, październik 1981 r.

Dla rodziców buntowników końca lat 80. przeżycie pokoleniowe stanowił Marzec, choć znaczenie społeczne tego „polskiego miesiąca” było, jak się zdaje, zasadniczo inne niż Października, zapewne węższe, dla wielu niejednoznaczne, ale też wyraźniej osadzone w świecie uniwersyteckim. Znamienne, że ci aktywni „urodzeni w 1968 r.” doświadczenia rodziców nie zamierzali powtarzać. O ile wstrząs Marca polegał na zderzeniu studentów z państwem, które jednak uważali dotąd za swoje, o tyle buntownicy 1988 r. zdawali się nie mieć złudzeń co do charakteru systemu, więc nie próbowali zmieniać go od środka. Zachowywali się tak, jak gdyby nie bali się ani milicji, ani sekretarzy. Chętnie wychodzili na ulice, także po to, aby organizować ośmieszające władze happeningi.

Lata 80. były na UW dekadą nieporównywalną z poprzednimi. Rok 1980 zdarł bowiem zasłonę konformizmu. Uczelnia żyła w atmosferze wolności „szesnastu miesięcy”, sama wybierając sobie władze. Szczególne znaczenie miał wybór Henryka Samsonowicza na rektora, dokonany we wrześniu 1980 r. przez Senat i ponowiony w czerwcu roku następnego przez zgromadzenie elektorskie. Uczelnia zyskała uosobienie swej podmiotowości. Inauguracja roku akademickiego 1981/1982 należała, obok pierwszej z 1945 r. i tej z jesieni 1956 r., do najważniejszych tego rodzaju wydarzeń w powojennej historii uczelni. Symbolizowała nadzieje na trwałość zmian w Polsce. Po raz pierwszy po wojnie wziął w niej udział prymas, a rząd reprezentował wicepremier (M.F. Rakowski). Nadzieje te przecięte zostały w nocy 13 XII. Po wstrząsie i grozie zimy, a nawet po usunięciu przez władze Samsonowicza wiosną 1982 r., powrót do sytuacji z lat 70. był jednak niemożliwy – nie tylko dlatego, że władze zdecydowały się na przyjęcie niezwykle liberalnej, jak na reżimy wschodnioeuropejskie, ustawy o szkolnictwie wyższym (choć bardzo okrojonej specjalnymi przepisami stanu wojennego), ale przede wszystkim z powodu silnego doświadczenia samoorganizacji i samowiedzy, jakie pozostało z „szesnastu miesięcy”. Sprawiało to, że władze nie były w stanie zyskać trwałego wpływu na uczelnie, co przyczyniło się do decyzji o przekreśleniu ustawy w 1985 r., mimo stanowczych protestów środowisk naukowych i studenckich.

W połowie dekady zdawało się, że zwycięża apatia. Z badań socjologicznych wśród studentów warszawskich wyłaniał się obraz eskapizmu i pogrążenia we własnych, codziennych sprawach. Rzeczywistość powszednia jawiła się jako beznadziejnie szara, definiowana słowem „kryzys”728. Dawały znać o sobie obawy o przyszłość, skłaniające do emigracji. W latach 80. opuściło Polskę około miliona ludzi. Prowadziło to między innymi do jałowienia życia gospodarczego i naukowego, gdyż wyjeżdżali ludzie dobrze wykształceni. Wystarczy wspomnieć, że w latach 1979–1985 (ale zwłaszcza po 1981 r.) nie wróciło do kraju z wyjazdów służbowych 1863 pracowników nauki, w tym 1121 nauczycieli akademickich, najwięcej z wyższych szkół technicznych (483), z uniwersytetów 347 osób, w tym 116 z UW. „Wybierano wolność” zwłaszcza w czasie podróży do USA i RFN729. Wśród inteligencji panowała wręcz atmosfera wyjazdowa, odzwierciedlona w notatkach Marcina Kuli. Pisał on wiosną 1982 r.:

Kolega myśli o emigracji. Ma stypendium doktoranckie 5 tys. miesięcznie. Jest żonaty, nie ma żadnych szans na sensowną pracę po doktoracie, żadnych szans na mieszkanie [...]. Wynajmuje obskurną kawalerkę za 4 tys. I ostateczny argument: „Wiesz, ten kraj stał się taki niemiły!”730.

Innym rodzajem „wyboru wolności” było trwanie w podziemnych strukturach wydawniczych, związkowych i stowarzyszeniowych, które zakorzeniły się w szkołach wyższych. Po 1985 r. działalność ta, wskutek ponownego ograniczenia samorządności uczelnianej, zyskała dodatkowy sens i, wbrew wspomnianej apatii, rozwijała się dynamicznie pod koniec dekady. Podziemie kreowało własnych liderów i własny etos, któremu władze nie były w stanie już nic przeciwstawić, a finansowane przez nie organizacje studenckie miały ograniczone wpływy społeczne. Trwał bowiem w świadomości obraz Sierpnia jako momentu przewartościowania, wyzwolenia nowego języka opisu świata, o podłożu godnościowym i wspólnotowym, przebudzenia się ze „śpiączki” i ujawnienia „prawdy”. Świat oficjalny był bardziej niż kiedykolwiek traktowany w kategoriach konwencji odległej od życia. Nie istniała już w zasadzie oficjalna kultura studencka, tak widoczna jeszcze dziesięć lat wcześniej. Młoda kontrkultura wdarła się w obieg publiczny, wpływając na formy opozycyjnej aktywności studenckiej schyłku dekady i zabarwiając ją na pomarańczowo.

„To nie jest anarchia”

Jesienią 1980 r. dokonano nowego podziału gablotek z ogłoszeniami na murze za bramą główną Uniwersytetu (zwanym „ścianą płaczu”, bo tu kandydaci szukali rokrocznie swych nazwisk na listach przyjętych). Wielu pracowników UW pamiętało, jakie znaczenie miały te gablotki jesienią 1956 r. Po ćwierćwieczu ożywiły się ponownie. Na trzech pojawił się napis „NSZZ”. Siedemnaście zachowała Rada Uczelniana SZSP. Po jednej miały koła ZSL i SD, a także ZNP i naukowe Koło Penitencjarne. Pięć pozostało bez formalnego przydziału731. Nie odzwierciedlało to zmian, jakie się dokonywały. Nie mieściły się one w żadnych gablotkach. Na samym Krakowskim Przedmieściu przechodnie zatrzymywali się przed rozklejonymi ogłoszeniami, informującymi o powstającym samorządzie studenckim i otwartych spotkaniach na uczelni. Jesienią 1980 r. Uniwersytet zaistniał w nowy sposób na mapie warszawskich instytucji.

W klubach filmowych wyświetlano rzeczy odłożone w poprzednich latach na półkę, jak Indeks Kijowskiego. Na publicznych zebraniach przemawiały osoby, których pojawienie się na uczelni jeszcze niedawno wywołałoby skandal. Jacek Kuroń przemawiał 21 XII 1980 r. w Auditorium Maximum. Studenci nie zadali mu, co znamienne, żadnych pytań związanych z problemami ich grupy, nauki czy uczelni. Kuroń odpowiadał natomiast na pytania, czy Polska była „w ostatnich latach” krajem socjalistycznym; o aktualną sytuację KOR-u, lecz także o wewnętrzne podziały w PZPR i o szansę zmiany „ekipy” w ZSRR w razie śmierci Breżniewa. Tego rodzaju publiczne dyskusje były czymś niesłychanym w państwach bloku. Część pytań do Kuronia świadczyła zarazem, że propaganda ostatnich lat zasiała ziarno w umysłach, a także o „nastawieniu” części uczestników przez partię lub SZSP: czy Kuroń jest patriotą polskim? jakie były przyczyny poparcia ludzi lewicy dla stalinizmu? skąd czerpie środki utrzymania? czy ma kontakty z zachodnioniemieckimi mediami? Ze studentami Filii UW w Białymstoku spotkał się 2 XII Adam Michnik. Jak zapisał informator z SB, część obecnych była rozczarowana wystąpieniem, spodziewając się jakiejś aktywniejszej negacji ustroju. Padły pytania o TKN: Michnik twierdził, że nie jest już nękane i działa teraz na uniwersytetach732.

Ogólnokrajowa rewolucja „Solidarności” wyzwoliła żywiołowe akcje samoorganizacji społecznej, które już we wrześniu 1980 r. przybrały na UW postać równoległych procesów: 1) formowania autentycznego związku zawodowego pracowników, 2) niezależnej reprezentacji studentów, czyli samorządu; 3) autonomicznej organizacji studenckiej, 4) dążenia do reformy studiów. Wszystkie te procesy rozpoczynały się oddolnie i w rozproszeniu, lecz wiązały szybko w ogólnouczelniane ruchy, które łączyło przede wszystkim żądanie autonomii szkolnictwa wyższego. Dzięki niej zaistnieć miała prawdziwa społeczność uniwersytecka, odtwarzająca z kolei w swych strukturach wewnętrznych zasady autonomii – podstawowych grup (pracowników i studentów) i jednostek organizacyjnych. Uderzającą cechą sytuacji zbiorowej, jaka objawiła się późnym latem 1980 r., była gotowość do sformułowania dojrzałego programu. Wynikała ona niewątpliwie ze skumulowanych doświadczeń poprzednich dziesięcioleci, ale zwłaszcza chyba lat ostatnich: przede wszystkim zaangażowania wielu pracowników i studentów w ruchy opozycyjne, a także narastającego wyobcowania struktur oficjalnych.

Oto we wrześniu 1980 r. objawił się twór o długiej nazwie: skrót brzmiał NSZZPNTiO, mawiano więc o „jamniku” lub „dziewięciozgłoskowcu”. Jak wspomina Jerzy Holzer,

4 września przedstawiciele kilku warszawskich zakładów pracy postanowili utworzyć niezależny związek zawodowy Mazowsze. Nie było wówczas jeszcze decyzji o tworzeniu związku ogólnopolskiego. W Warszawie zaczęliśmy więc montować [...] Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty. Aspiracje były ogólnopolskie, ale w praktyce inicjatywa nie wyszła poza Warszawę. Na Uniwersytecie Warszawskim byłem jednym z organizatorów. Uczestniczyłem 10 września w warszawskiej konferencji, która formalnie utworzyła „Dziewięcioliterowca”, i wszedłem do jego zarządu733.

Po kilku dniach NSZZPNTiO zmienił się w ogniwo „Solidarności”.

Także 10 IX ogłoszono listę oczekiwań powstającego samorządu studenckiego. Sama idea takiego samorządu stanowiła novum: Uniwersytet znał tradycje bratniaków, organizacji samopomocowych, lecz samorząd miał być instytucją współrządzącą – demokratycznie wyłanianą reprezentacją ogółu studentów, mającą przedstawicieli w Senacie i radach wydziałów. Żądano zarazem, aby w ciałach tych nie zasiadali dłużej z urzędu „członkowie organizacji politycznych”. Samorząd studencki, nie deklarujący żadnych ideologicznych celów, przejąłby od SZSP opiekę nad kołami naukowymi i innymi organizacjami studenckimi, a także prowadzenie funduszy stypendialnych i zapomogowych. Miałby wpływ na decyzje o karach wobec studentów, w tym prawo veta wobec decyzji dziekana o relegowaniu. Władze uczelni straciłyby władztwo nad studentami, stając się ich partnerem w społeczności uniwersyteckiej. Nie byłoby dłużej tzw. puli rektorskiej, pozwalającej nadawać wybranym osobom status studenta. Wydanie studentowi paszportu nie byłoby zależne od stanowiska rektoratu. Uczelniana poligrafia zostałaby udostępniona wszystkim legalnie działającym organizacjom, a pisma studenckie nie byłyby cenzurowane. Programy nauczania opracowywałyby poszczególne wydziały734.

Następnego dnia, 11 IX, Rada Naukowa Instytutu Historycznego w dobitnej uchwale wyrażała analogiczny zbiór postulatów, rozbrzmiewających wówczas na całej uczelni. Podkreślała m.in. konieczność zapewnienia rotacji władz różnego szczebla, samostanowienia programowego jednostek (co się z tym wiązało, odwołania narzuconego miesiąc wcześniej programu studiów historycznych), zbadania spraw zwolnień z pracy, ale też wybudowania „nowoczesnego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w pobliżu Krakowskiego Przedmieścia w ciągu najbliższych 5 lat”. Te rozmaite sprawy wiązały się ze sobą, ponieważ nabrzmiewały w warunkach złego ustroju UW, który był pochodną ustroju PRL – uchwała historyków odnosiła się przecież także do podstaw ładu państwowego, wskazując na konieczność zmian ustawodawczych, ograniczenia cenzury, otwartej dyskusji nad „całością systemu wychowawczego”735.

W październiku na większości wydziałów istniały powołane spontanicznie struktury samorządu studenckiego, zgodnie z wyznawaną od początku zasadą, że tak właśnie, oddolnie, winny kształtować się instytucje społeczne. Było to najistotniejszą może cechą działań zbiorowych tego okresu, skutkiem przeświadczenia o fasadowym charakterze dotychczasowych instytucji (których symbolem był SZSP, powołany z nakazu władz partyjnych), ale także wynikiem doświadczeń nielegalnych instytucji lat 70. Centrum samorządowej samoorganizacji stanowiła Konstytuanta, która pracowała jesienią nad regulaminem. Określał on samorząd jako demokratyczną reprezentację studentów, współgospodarza uczelni mającego prawo do korzystania z wszelkich jej dóbr materialnych i niezależnego od zewnętrznych struktur. W grudniu odbyły się pierwsze wybory w jednostkach UW i domach studenckich. 11 XII zebrał się po raz pierwszy Zarząd Samorządu Studentów (ZSS), złożony z sześciu osób, w tym czterech mężczyzn. Przewodniczącym został Marcin Frybes z Matematyki736.

We wrześniu 1980 r. zawiązał się także komitet założycielski Niezależnego Związku Studentów, bo takiej nazwy używało początkowo Zrzeszenie (NZS). Wystąpiono o spotkanie z rektorem; Rybicki zwlekał, ale 23 IX przyjął przedstawicieli organizacji w Sali Złotej. Wskutek pertraktacji NZS, choć przecież „nielegalne”, otrzymało lokum w barakach Studium Wojskowego przy al. Żwirki i Wigury, maszynę do pisania i, co chyba najważniejsze, dostęp do uniwersyteckich powielaczy737. Trudno byłoby to sobie wyobrazić kilka tygodni wcześniej. Jednak dynamika „rewolucji” polegała na niezwykle szybkiej przemianie wyobrażeń. W NZS przemiana ta była funkcją samego rozrostu organizacji: do 8 X wstąpiło do niej około tysiąca studentów i liczba ta z dnia na dzień wzrastała738. O owej przemianie wyobrażeń świadczyć może kolportowany miesiąc później przez Zrzeszenie artykuł, w którym twierdzono:

Poza członkami, postępowym programem i entuzjazmem nie mamy NIC! Nie mamy pieniędzy, papieru, możliwości drukowania, pomieszczeń itd. NZS, który liczy obecnie ponad 1500 członków na UW, nie posiada ani jednego własnego pomieszczenia na Krakowskim Przedmieściu. Nasze punkty informacyjne działają w korytarzach. Nasz bogaty „partner” [SZSP] działa w nieco odmiennych warunkach. I choć wiele mówi o solidarności studenckiej, nie bardzo się kwapi do dzielenia się z nami czymkolwiek. (Choć muszę zaznaczyć tutaj, że istnieją pewne drobne wyjątki. Np. na moim wydziale koledzy z klubu „Pakt”, działającego pod patronatem SZSP, pozwolili nam korzystać ze swojej szafki)739.

Podział mienia, jakie SZSP dzierżył na mocy ciągłości z organizacjami, które mienie to zawłaszczyły ponad 30 lat wcześniej, należał do spraw najważniejszych. Dyskutowano nad tym na niełatwych spotkaniach przedstawicieli starego i nowego porządku. Oto 7 XI 1980 r. rozmawiali ludzie Samorządu (m.in. Frybes), NZS (Robert Czarnota, Zbigniew Rykowski) i SZSP (m.in. Marian Redwan i Jan Garlicki). Praktycznym problemem, jaki się pojawił, była księgowa obsługa Samorządu. Jego przedstawiciele powoływali się na zapewnienie rektora, że włączy ich finanse do kwestury. SZSP stawiał opór, nie godząc się, aby księgowe na jego etatach prowadziły sprawy Samorządu. Frybes argumentował, że przecież „SZSP część bagażu odpadnie” (tj. rola tej organizacji zostanie zredukowana), czego Redwan nie przyjmował do wiadomości. Kontrowersja ta sprowokowała dyskusję wokół źródeł finansowania SZSP. Mocna pozycja jedynej dotąd oficjalnej organizacji studenckiej wynikała z jej finansowania z budżetu centralnego. Samorząd zaś miał być finansowany z budżetu ministerstwa, ale za pośrednictwem uczelni. Roztrząsanie tych spraw miało znaczenie symboliczne – ukazywało stopień zakorzenienia danej organizacji w świecie akademickim – lecz głównie praktyczne, chodziło bowiem o zakres wpływów i pozycję materialną. Podważano więc stosowność afiliacji spółdzielni studenckiej przy SZSP i sugerowano referendum wewnątrz spółdzielni w sprawie jej usamodzielnienia się. „To jest anarchia” – zareagował Garlicki, na co Rykowski: „To nie jest anarchia. To jest spółdzielczość”. Dalej przedstawiciel NZS wyraził oczekiwanie, że SZSP w jakiś sposób podzieli się środkami, oczekując zarazem „rozliczenia się z działalności finansowej i działalności bojówkarskiej”. Odnosiło się to do niesławnych akcji przeciwko Uniwersytetowi Latającemu. Redwan unikał podejmowania tej sprawy, powtarzając, że jest ona „w tej chwili na szczeblu Komitetu Warszawskiego [PZPR] i tam jest badana”. Czarnota: „Jest więc poza waszym wpływem, tak?”. Redwan: „Nie, materiały są po prostu na etapie KW”. Przedstawiciel SZSP wyjaśniał, że po zbadaniu w wyższych instancjach problem powróci na forum uczelniane związku, na którym nastąpią „moralne” rozliczenia. Sprawa miałaby się więc zamknąć wewnątrz SZSP i ograniczyć tylko do przypadków przemocy wobec słuchaczy kursów, a nie szerszego wymiaru tych akcji, podczas gdy NZS oczekiwał rozliczenia się z tych praktyk wobec społeczności studenckiej. Uchylanie się od tego osłabiało dodatkowo oficjalną legitymizację SZSP, który chciał być wyrazicielem dążeń tej społeczności. Postawieni w trudnej sytuacji przedstawiciele tej organizacji, broniąc zarazem jej majątku i znaczenia politycznego, jak i propagandowej fasady stworzonej w poprzednich latach, starali się przynajmniej nie dopuścić do nadania NZS wyższego statusu, protestując przeciwko jego sądowej rejestracji. Wniosek rejestracyjny leżał od 20 X w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. SZSP oczekiwał zaś, że rejestracja nastąpi „u ministra” (tj. decyzją ministra nauki, szkolnictwa wyższego i techniki), co oznaczałoby równy status prawny obu organizacji, ale i możliwość rozwiązania każdej z nich decyzją administracyjną740.

Sześć dni po tym spotkaniu oczekiwaniom SZSP stało się zadość, bowiem sąd odrzucił wniosek NZS. Zrzeszenie zwróciło się więc do ministra o natychmiastową rejestrację, a wobec zwłoki ogłosiło 26 XI 1980 r. ograniczony strajk okupacyjny. Na bramie UW zawisły plakaty oraz flagi narodowe. Rektor Samsonowicz zgodził się na zajęcie przez strajkujących Pałacu Kazimierzowskiego i zadeklarował pomoc w aprowizacji. Strajk prowadziło 200 osób i tylko one oraz osoby dopuszczone mogły wchodzić do Pałacu. Pilnowała tego sekcja porządkowa z biało-czerwonymi opaskami. W hallu rozłożono materace i ustawiono stół dla prezydium strajku, w jednej z sal na piętrze zwołano konferencję prasową, na której pojawili się korespondenci mediów zachodnich, ale i radzieckiej agencji TASS. Oprócz informacyjnej i porządkowej, działały sekcje medyczna i aprowizacyjna. Ta ostatnia była w stanie nieźle zaopatrzyć bufet samoobsługowy. „Wędlina, masło i cukier!” – donosił tygodnik „Itd”, wymieniając dobra niełatwo już dostępne w Warszawie. Dla strajkujących grali i śpiewali Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski. Przyjechał do nich Michnik. Goszczono delegatów innych uczelni. W hallu unosił się gęsty dym papierosowy. Akcja trwała trzy dni; 28 XI w Pałacu Kazimierzowskim pojawił się minister, odmówił jednak negocjacji bezpośrednio ze strajkującymi. W trudnych rozmowach, prowadzonych w jednej z sal pierwszego piętra, uczestniczyli ich przedstawiciele, rektor, delegaci „Solidarności” i SZSP. Nie przyniosły one rozstrzygnięcia, mimo to NZS ogłosił – odpowiadając na apel „Solidarności” – zawieszenie strajku. Jego uczestnicy odśpiewali hymn741.

Batalia o rejestrację trwać miała do 17 II 1981 r., przyczyniając się do cementowania organizacji. Jej koła pączkowały na wydziałach. Jesienią 1980 r. wieszano tablice informacyjne, które pokrywały się z ogłoszeniami o spotkaniach i akcjach, takich jak zabiegi o przywrócenie na studia relegowanych czy zbiórka pieniędzy na gdański pomnik Grudnia 1970. Szczególnie duże koła NZS pojawiły się na historii, zarządzaniu, geologii, naukach ekonomicznych, fizyce, romanistyce. Zapraszano na prelekcje i spotkania z dziennikarzami czy działaczami społecznymi. Na dziennikarstwie słuchano z taśm gdańskich rozmów z Sierpnia. Na romanistyce założono klub filmowy. Na matematyce – wypożyczalnię książek, podobnie jak w Instytucie Problemów Społecznych i Resocjalizacji, gdzie zgromadzono wydawnictwa bezdebitowe i specjalistyczne („Jest katalog”). Tamże NZS dzielił pokój z SZSP, co chyba należało do wyjątków. W innych jednostkach Zrzeszenie zabiegało o pomieszczenia742 . Na początku 1981 r. rektorat zadeklarował, że przestrzeń zagospodarowana dotąd przez SZSP zostanie podzielona pomiędzy organizacje. Wkrótce do Domu Studenta wprowadził się zarząd Samorządu oraz NZS – jego Komisja Uczelniana, agencja prasowa i biblioteka. Zrzeszenie posiadało też pokój w budynku przy ul. Oboźnej, gdzie działała oficyna wydawnicza „SOWa” (drukująca w powielarni UW takie pozycje jak Traktat o gnidach Piotra Wierzbickiego czy utwory zebrane Janusza Szpotańskiego) i prowadziło „kiosk wydawnictw niezależnych” w budynku Prawa.

Stosunki między nowymi organizacjami a SZSP były w dużej mierze warunkowane przez obawę tej drugiej przed utratą wpływów i bazy materialnej. Obrona stanu posiadania utrwalała zarazem wyobrażenie o elicie SZSP jako establishmencie instrumentalnie tylko zainteresowanym życiem studenckim. Wywoływało to niezadowolenie w samej organizacji, podobnie jak oporne rozliczenia z ponurymi praktykami poprzednich lat, zwłaszcza napadami na wykłady TKN. Tego rodzaju napięcia związane były z ewolucją całego, by tak to ująć, obozu władzy na uczelni. Tracił on kontrolę nad instytucjami (rektoratem, Senatem, radami), a także monopol informacyjny i pole do zakulisowych działań, tak charakterystycznych dla realiów poprzednich lat. Odbierała mu je rodząca się autonomia uczelni, nie zapisana w ustawach, lecz zdobywana dzięki samoorganizacji społecznej. Partia, ZNP i SZSP musiały się zmierzyć z problemem legitymizacji swego istnienia – publicznie, w warunkach ostrych dyskusji i rozliczeń. Skutkowało to, na poziomie ogólnopolskim, dramatycznymi naradami i zjazdami, na których zmieniano formuły działania i przywództwo polityczne. Część działaczy ZNP, od lat starająca się nadawać społeczny sens pracom w organizacji uzależnionej od PZPR, doprowadziła w październiku do uchwalenia nowego statutu, nadającego ZNP autonomię. Na plenum SZSP w Uniejowie we wrześniu 1980 r. pojawiła się ostra krytyka władz i poparcie dla protestu robotniczego. Oskarżano kierownictwa o uległość wobec partii. Pojawiły się nawoływania do zmiany formuły organizacji, czyli cofnięcia decyzji z 1973 r. o „zjednoczeniu”743.

„Nie będzie nowego Marca!”

Przełom 1980 r. oznaczał na uczelniach zamknięcie okresu otwartego wydarzeniami Marca. Tamto doświadczenie żyło przez dekadę życiem podziemnym, kształtując wciąż postawy i utrzymując potencjał rozliczeń, które naraz stały się możliwe do przeprowadzenia. Jak łatwo się domyślić, wywoływało to dwoiste reakcje, w tym znaczny opór beneficjentów dotychczasowego porządku. Tracili oni jednak oparcie instytucjonalne. „Marcowy rektor” ustąpił z funkcji we wrześniu. Opinia części społeczności o nim wybrzmi kilka miesięcy później, gdy walne zebranie „Solidarności” UW ogłosi „ostry sprzeciw” wobec przyznawania mu kolejnych funkcji rządowych. Zostanie opisany jako człowiek, który doprowadził do „rozbicia środowiska akademickiego” i ze „szczególną konsekwencją i brutalnością niszczył istniejące na terenie uczelni pozostałości struktur demokratycznych”744.

Zadośćuczynienie pokrzywdzonym wówczas pracownikom było jedną z głównych potrzeb społecznych. W październiku 1980 r. powołano komisję Senatu ds. „niewłaściwych decyzji personalnych władz UW podjętych w latach 1968–1980”. Kierował nią Klemens Szaniawski. Komisja potępiła 12 XI decyzje o „marcowym” usunięciu z pracy profesorów, a w następnych tygodniach rozpatrywała dziesiątki spraw z lat następnych. Rozliczenie się z Marcem polegało także na opisaniu i upamiętnieniu. Już jesienią 1980 r. wydrukowano w powielarni UW tysiąc egzemplarzy broszury Andrzeja Friszkego – pierwszej monografii Marca. Długo przygotowywano obchody rocznicowe, którym nadano znaczny rozmach. W lutym 1981 r. uczelniana „Solidarność” odniosła się do zdarzeń określonych jako jeden z „najhaniebniejszych epizodów historii PRL po 1956 roku”, „akcja niszczycielska”, która „restaurowała atmosferę lęku i zagrożenia dobrze znaną z okresu terroru stalinowskiego”745. Od 8 do 22 III 1981 r. trwała w Auditorium Maximum sesja rocznicowa, na której głos zabierali m.in. Kazimierz Dejmek, Jacek Kuroń i Adam Michnik, Jan Lityński i Seweryn Blumsztajn, Andrzej Drawicz i Jerzy Jedlicki, Jan Józef Lipski i Jerzy Szacki. Na dziedzińcu odsłonięto tablicę pamiątkową. Wokół tych akcji upamiętnienia występowały zresztą wciąż rozmaite napięcia. Oto „Solidarność” odrzuciła propozycję I sekretarza KU PZPR, aby przedstawiciel partii zabrał głos w czasie uroczystości. Antoni Mączak wspominał z kolei, że większość partyjnych nie miała ochoty brać w niej udziału. Z drugiej strony w samej Komisji Zakładowej „Solidarności” spierano się na temat treści tablicy, składu referentów na sesji, braku konsultacji Komisji z kołami wydziałowymi746. Podobne napięcia były zjawiskiem dość oczywistym w atmosferze wolności słowa i manifestowania się podziałów politycznych, jaka nastała na uczelni. W atmosferze tej pojawić się musiały także gorzkie rozliczenia i kłopotliwe samooceny. Dotyczyły one nie tylko polityki władz partyjnych i rektorskich, lecz i postaw środowiska naukowego w latach 70. Publicznie wyrażono diagnozy, które stawiano wcześniej w wąskich gronach, na podziemnych spotkaniach, lub – w formie zawoalowanej – w filmach „moralnego niepokoju”.

„Wśród pracowników nauki szerzy się plagiatowanie prac, nieuctwo i nieróbstwo. Nastąpiła groźna w skutkach dewaluacja stopni i tytułów naukowych, spowodowana masowym ich nadawaniem osobom nie posiadającym kwalifikacji etycznych lub zawodowych” – przemawiał na forum Zgromadzenia Ogólnego PAN były prezes tej instytucji, urodzony jeszcze w XIX w. Janusz Groszkowski747. „Jako Uniwersytet nie spełniliśmy swej roli” – mówił Sylwester Zawadzki na posiedzeniu Rady Wydziału Prawa. „Uniwersytet Warszawski stał się uczelnią peryferyjną”. Przełom spowodował oceny własnego środowiska, trudne, bo zmuszające do omawiania słabości i oportunizmu. Prawnicy podzielili się na wspomnianym posiedzeniu na trzy zasadnicze grupy. Pierwsza podkreślała dodatni bilans Wydziału i jego środowiska: oto w latach 70. starało się ono przeciwstawiać tendencjom do zamknięcia, wykazywało otwartość i inspirowało zmiany, co nie było jednak „wykorzystywane przez kierownictwo państwowe”. Druga uznawała, że bilans ten jest w zasadzie bilansem epoki, zaś „nasza Uczelnia dzieliła [...] los całej polskiej inteligencji”. Trzecia wreszcie grupa sprzeciwiała się neutralnym ocenom, przypominając o publicznym poparciu „ze strony wielu prawników” dla zmian w Konstytucji, a także o zatracie „pryncypiów moralno-politycznych i ustrojowych”748. Nie rzucano przy tym nazwiskami, a przynajmniej nie zapisano ich w protokole zebrania, jednak niewątpliwie atmosfera rozliczeń, także personalnych, dawała się odczuć. Były to rozliczenia z całą epoką, z samymi sobą, lecz także z „drugimi”.

Na liście osób zwolnionych z pracy w latach 70., która w październiku 1980 r. stała się przedmiotem badań komisji Szaniawskiego, widniało 19 nazwisk. Na przełomie roku 16 osób przywracano na wniosek komisji do pracy749. Spraw było więcej. Zgłaszali się ludzie zwolnieni lub nieprzyjęci do pracy z najróżniejszych powodów, w tym zupełnie merytorycznych. Komisja wchodzić musiała w różne środowiskowe zaszłości, zastanawiać się nad trudnościami charakterów i nikłymi osiągnięciami naukowymi. Składano pisma z oskarżeniami o długoletnie zwalczanie w środowisku, opisy wasalnych relacji i układów, z pewnością nie zawsze związanych ze sprawami politycznymi. Ubiegano się także po prostu o zatrudnienie na UW. Komisja zmuszona była oddalać tego rodzaju sprawy, co powodowało rozgoryczenie i wpisywało się w atmosferę konfliktów, właściwą dla 1981 r. Z jednej strony bowiem rok ten został zapamiętany jako okres „normalniejących relacji międzyludzkich” (Joanna Mantel-Niećko)750. Z drugiej, poza najbardziej czytelnymi napięciami politycznymi, wzbierały rozmaite animozje. Otwarcie się sfery publicznej oznaczało między innymi wyjście na jaw konfliktów, które duszono przez lata za zamkniętymi drzwiami. Oto na Wydziale Neofilologii wybuchł bardzo ostry spór o nową strukturę władz wydziałowych. Padały publiczne zarzuty wobec dziekana, oskarżanego o bezwarunkową lojalność wobec władz. Dziekan odwoływał się do Rektora, uznając się za publicznie obrażanego. Podobne sytuacje zdarzały się w innych jednostkach, nie bez związku z powrotami na UW osób zwolnionych z powodów politycznych przed 1980 r. Stawały one teraz twarzą w twarz z byłymi kolegami, którzy pomagali w ich usuwaniu z pracy751.

Dyskusje wokół nowych regulaminów, nowej pozycji studentów na UW, stosunku do wydarzeń zewnętrznych (rady wydziałów zaczęły przecież odnosić się publicznie do zdarzeń o skali ogólnopolskiej, takich jak walka o rejestrację rolniczej „Solidarności” czy kryzys bydgoski w marcu 1981 r.), relacji między uczelnianymi organizacjami PZPR i związków zawodowych – wszystko to wywoływało różnice zdań i często silne emocje. Ich podłożem było w dużej mierze poczucie niepewności i niestabilności sytuacji w kraju.

Atmosfera swobody opinii, uwalniająca od niedawnych kamuflaży, od charakterystycznego cedzenia i schematycznego dobierania słów w publicznym świecie sprzed Sierpnia, działała odurzająco i wywoływała bóle głowy. Nieuchronnym jej składnikiem była zebraniowa logorea oraz powódź oświadczeń, listów, osobistych stanowisk i zbiorowych komunikatów. Tak Jerzy Wocial pisał o kierownictwie uczelnianej „Solidarności” wiosną 1981 r.: „Nie pracuje nam się razem dobrze, jesteśmy rozdrażnieni, często miewamy poczucie, że nie wywiązujemy się z obowiązków w zakresie spraw nam powierzonych. Coraz rzadziej zdarza nam się dojść do wspólnych ustaleń w jakiejkolwiek sprawie”752. Skutkiem ogólnego zmęczenia było także wycofywanie się z aktywności w NSZZ i trudności jej Komisji Zakładowej z zebraniem kworum, co paraliżowało decyzje753. Te wewnętrzne kłopoty były niewątpliwie pochodną ogólnego pogarszania się warunków życia i napięć w relacjach między zbiorowymi aktorami na scenie uczelnianej i między uczelnią a strukturami państwa. W dużym stopniu podtrzymywało to potencjał mobilizacji w obronie wolności, lecz zarazem „zużywało” uczestników i utrudniało korzystanie na co dzień z tego potencjału.

Jednym z podstawowych dążeń aktywnej części społeczności uniwersyteckiej było przygotowanie formalnych podstaw autonomii, a zwłaszcza usunięcie prawnych pozostałości Marca. Cały 1981 r. upływał pod znakiem sporów wokół ustawy o szkolnictwie wyższym. Oczekiwano kontroli społecznej nad przygotowywanym projektem; sprzeciwiano się zamysłom nowelizacji, żądając zupełnie nowego prawa754. Stare zresztą w zasadzie nie funkcjonowało. Ramy instytucjonalne były „rozpychane”, zarówno w działaniu sił społecznych, jak w rozporządzeniach ministerstwa i uczelni. Rektorat prowadził politykę „decentralizacji uprawnień”, oznaczającą przyznawanie jednostkom większej swobody755. Należało to do podstawowych oczekiwań społeczności uniwersyteckiej. Samodzielność jednostek pozwalałaby na przygotowywanie programów studiów i panowanie nad polityką kadrową. Doświadczenia poprzednich lat polegały na narzucaniu programów i arbitralnych decyzjach personalnych, a rektorat występował wówczas jako przedłużenie zewnętrznego aparatu władzy. Obecnie mowy nie było o ręcznym sterowaniu przez KW PZPR lub urzędników ministerialnych, oczekiwano jednak – rzecz jasna – gwarancji instytucjonalnych. W wypadku zwolnienia zainteresowany miał być powiadomiony zawczasu i mieć możliwość wglądu w akta756.

Podobne oczekiwania związane były ze sposobem rekrutacji na studia. Postulaty grup pracowników i studentów UW były zbliżone: odrzucenie „kierowania” rekrutacją, przywiązanie jej do wydziałów i zniesienie punktów preferencyjnych. Już jesienią 1980 r. doprowadzono do likwidacji tzw. puli rektorskiej i przyjmowania „prymusów” bez egzaminu. NZS i Samorząd oczekiwały także liberalizacji zasad studiowania. Studenci powinni mieć wolny wybór części zajęć i egzaminatorów. Zniknąć winna z indeksów pieczątka „Dopuszczony do sesji”, aby można było zdawać egzaminy niezależnie od zaliczeń. Zmianie ulec musi „blok polityczny” (ekonomia, filozofia, PNP), aby przestał służyć indoktrynacji: trzeba co najmniej zmienić podręczniki i zapraszać wykładowców spoza uczelni. Uwolnić też należy studentów od konieczności uczestnictwa w „imprezach masowych”, aby zaliczyć WF – miałyby zostać zastąpione spływami kajakowymi lub rajdami pieszymi757.

Władze zewnętrzne tygodniami unikały zajęcia stanowiska w większości tych spraw, podobnie jak w sprawie rejestracji NZS. Przełom nastąpił wskutek długotrwałego strajku uczelni łódzkich, z którymi solidaryzowały się inne ośrodki. W porozumieniu z 18 II 1981 r. zawartym między Komisją Międzyresortową pod przewodnictwem ministra nauki a Międzyuczelnianą Komisją Porozumiewawczą deklarowano (mniej lub bardziej wyraźnie) autonomię szkolnictwa wyższego, wybieralność władz uczelnianych, samodzielność programową jednostek, a także m.in. zniesienie zajęć ideologicznych, zakaz działalności SB na uczelniach, zniesienie praktyk robotniczych, likwidację preferencji za pochodzenie społeczne, skrócenie szkolenia wojskowego.

Głosy na temat wartości tego aktu były rozmaite. Jeden z członków NSZZ Wydziału Prawa UW sądził, że należałoby raczej mówić o „nieporozumieniu łódzkim”, dokumencie zawierającym „mętne sformułowania”, a za jedyny sukces strajku uznał rejestrację NZS758. Jednak Porozumienie Łódzkie stało się dla uczestników debat o reformie szkolnictwa ważnym punktem odniesienia, często przywoływanym, gdy np. dyskutowano na wydziałach o nowych regulaminach i programach studiów. Objawiały się tam opory wobec uznania nadmiernej autonomii studentów, a Porozumienie bywało podważane – jak się zdaje, z dwóch zasadniczych punktów widzenia. Jeden z nich można nazwać „partyjnym”; najwyższe władze PZPR skrytykowały wszak Porozumienie, m.in. w punkcie odnoszącym się do zniesienia praktyk robotniczych759. Drugi nazwać można „konserwatywnym”. Jak się zdaje, część profesury nie mogła się pogodzić z emancypacją studentów, ich uroszczeniami do wyboru terminów zaliczeń i egzaminatorów. Głosy tego rodzaju pojawiały się, zwłaszcza ze strony pracowników starszej daty, np. w czasie obrad Rady Wydziału Prawa. Jeden z profesorów określał Porozumienie jako narzucone kadrze naukowej. Wybór przez studenta egzaminatora, twierdził, spowoduje ogólne obniżenie poziomu760. Ten punkt widzenia wyrażało wielu pracowników naukowych, podczas gdy zarówno NZS, jak SZSP oczekiwały znoszenia ograniczeń, przynajmniej dla najlepszych studentów, i przyjęcia formuły egzaminu jako umowy między wykładowcą a studentem (taka formuła przyjęta już została w Instytucie Historycznym). W dyskusjach nad nowym regulaminem studiów, prowadzonych jesienią 1981 r., przeważała opcja na rzecz rozszerzania możliwości studiów indywidualnych oraz uznania całego roku akademickiego za okres zaliczeniowy, co przekreślało sztywny schemat semestru i sesji, utrzymujący się, w złagodzonych formach, od lat stalinizmu761.

Pluralizm ’81

Życie społeczne „szesnastu miesięcy” mieniło się poglądami i inicjatywami. Wynikało to już z faktu pojawienia się nowych aktorów instytucjonalnych. Na wydziałach UW działały, obok dotychczasowych organizacji, samorządy studenckie, koła „Solidarności” i NZS. Nadały one energię życiu zbiorowemu. Spektakularne były zwłaszcza akcje NZS, które – jak strajk rejestracyjny z listopada 1980 r. – kształtowały wzory postępowania i wzory osobowe oraz decorum publiczne. Były one naznaczone przez etos działalności nielegalnej lat 70., lecz także przez wzory spontanicznie wykreowane przez „Solidarność” i zarazem przez odwołania do tradycji czasów dawniejszych, zwłaszcza międzywojennych. Nawiązania do przeszłości były tu niezwykle ważne. „Studenci historii ostoją tradycji” – głosił transparent trzymany w czasie demonstracji 11 XI 1981 r. przez młodych ludzi w studenckich czapkach762. Odwołania do historii i tradycji nie były jednak specyficzne dla tego kierunku studiów. Podkreślano je także w dyskusjach i publikacjach wydziałów ścisłych. Dyskutowano o „białych plamach” dziejów najnowszych. Podkład ideowy tych dyskusji miał charakter na ogół dość konserwatywny. Poszukiwano trwałych wartości, niezafałszowanego patriotyzmu, eksponując barwy narodowe, a nawet orły z koronami. Tendencje te były najwyraźniejsze w NZS, w którym objawiał się wpływ środowisk tradycjonalistycznych i piłsudczykowskich, przywiązujących szczególną wagę do symboliki. Używano przedwojennej nazwy uczelni z imieniem Marszałka. Poruszano też sprawy należące do absolutnego tabu politycznego – w tym mord katyński. Ku historii dawniejszej pchała ogólna delegitymizacja krajobrazu politycznego i gospodarczego teraźniejszości. Ku tej niedawnej pchały potrzeby rozliczeń, zwłaszcza wydarzeń lat 1968 i 1970, lecz także rozliczeń z zafałszowaniami dotyczącymi ewolucji systemu władzy w PRL.

Było to odbiciem zjawisk, dostrzeganych od kilku lat w młodym pokoleniu polskiej inteligencji. W 1981 r. powtórzono ankietę socjologiczną wśród studentów warszawskich, przeprowadzoną niespełna dekadę wcześniej. Pytano między innymi o postaci najwyżej cenione. W 1972 r. odpowiedzi ukazały brak „bohatera naszych czasów” – studenci wskazywali członków rodziny czy swego chłopaka/dziewczynę, także nauczycieli i postaci nieznane publicznie. Wśród znanych na pierwszych miejscach pojawiali się politycy, Edward Gierek (12%) i Willy Brandt (10%). Ogólnie biorąc, studenci w 70% wymieniali ludzi „zwykłych”, a w 30% „sławnych”. W 1981 r. objawiły się zupełnie odwrotne proporcje: 72% wskazań dotyczyło „sławnych”. Na czele znaleźli się Jan Paweł II (49%), Lech Wałęsa (36%) i Wojciech Jaruzelski (12%). O ile w 1972 r. studenci zdawali się cenić postaci, z którymi łączyły ich osobiste relacje i poszukiwać przede wszystkim bezpieczeństwa i życzliwości, to w 1981 r. deklarowali podziw i szacunek dla ludzi mocnych, kreujących rzeczywistość i zdawali się cenić przede wszystkim odwagę763. Niewątpliwie przemiana ta nastąpiła pod wpływem otwarcia się sfery publicznej w okresie „Solidarności” i zmagań o wpływy i wartości, jakich młodzi ludzie byli świadkami. Zdaje się zarazem – co by wynikało z przytaczanych wcześniej rezultatów innych badań z lat 70. – że zaistniało także bardziej płynne przejście w postawach, związane zapewne z następstwem pokoleń. Ludzie wyrastający w atmosferze względnej pomyślności materialnej okresu gierkowskiego i zarazem dewaluacji publicznych haseł bywali skłonni do poszukiwania wzorów spoza wszelkiego oficjalnego rejestru. Niektórzy znajdowali je w tradycji rodzinnej (ziemiańskiej, kresowej, powstańczej), inni w ruchach oazowych, w harcerstwie czy w KIK. Kształtowało się środowisko młodej inteligencji, uaktywnione politycznie w okresie rozwoju ruchów opozycyjnych po 1976 r., które nadało pewną dominantę ruchowi studenckiemu czasów „Solidarności”. Znamienne, że nie wytworzył on kultury wielkiego wiecu, tak charakterystycznej zwłaszcza dla „rewolucyjnego” roku 1956, lecz raczej republikański odruch samoorganizacji. Ujawniały się lub rodziły wciąż nowe środowiska. Jak w 1956 r., zaczęło się spontanicznie odtwarzać spektrum polityczne, i to zarówno w postaci wachlarza organizacji, jak wewnętrznych podziałów w partii i „Solidarności”. Ogłoszono odrodzenie się Związku Młodzieży Demokratycznej (afiliowanego przy SD), Związku Młodzieży Wiejskiej, deklarację powstania Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej i katolickiego Polskiego Związku Akademickiego. Pojawiały się mniej i bardziej efemeryczne inicjatywy, jak Stowarzyszenie Feministek, które ogłosiło swe istnienie w grudniu 1980 r., stawiając sobie za cel aktywizację kobiet, zmianę urlopów macierzyńskich na rodzicielskie, zyskanie możliwości indywidualnego toku studiów dla studentek w ciąży czy nadanie statusu prawnego „związkom niezamężnym”764. Ożywiły się grupy mniejszości narodowych wśród studentów, m.in. Zrzeszenie Studentów Litewskich czy Białoruskie Zrzeszenie Studentów, wydające periodyk „Apošnija Paviedamlenni BAS”. Krążyły wydawane w uniwersyteckiej powielarni pisma: „Gazeta KU PZPR”, „Informacja Bieżąca Uniwersytetu Warszawskiego” (NSZZ), „Biuletyn Agencji Przekazu Informacji NZS”, organ RU SZSP o znaczącym tytule „Nowsze Drogi” (odwołującym się do najważniejszego periodyku teoretycznego PZPR „Nowe Drogi”), „Głos Wolny Wolność Ubezpieczający”, czyli grube pismo opiniotwórcze wydawane przez Samorząd, wspomniane „Wspólne Rozmowy” czy pisma wydziałowe, jak „Gazeta Reżimowa” rady SZSP Wydziału Prawa i Administracji.

Autoironiczny tytuł tej ostatniej gazetki ukazywał problemy, z jakimi mierzyć się musiały oficjalne organizacje, poszukujące jakiegoś nowego tonu czy nowego imaginarium, mogącego je legitymizować. Poczucie społecznej legitymizacji było, jak się zdaje, zawsze w SZSP niepełne – o kryzysie organizacji mówiono na długo przed Sierpniem. Następnie przyjął on ostrą postać, przypominał implozję ZMP około 1955 r. Pojawiały się żądania rozwiązania SZSP. Zarówno jego establishment, jak „doły” zdawały sobie sprawę z konieczności znalezienia jakiejś nowej formuły, czy to w celu instrumentalnym, czy w dążeniu do rzeczywistej „odnowy”. Miało to także znamiona wewnętrznej walki o wpływy. Sprzyjało zarazem pewnemu usamodzielnieniu się SZSP, który zaczynał akcentować niezadowolenie z polityki władz PRL. W jego oświadczeniach pojawiały się surowe krytyki ich arogancji, używania przemocy, „świadomej dezinformacji”, choć także „nieodpowiedzialności” niektórych ogniw „Solidarności”765. Ten właśnie sposób legitymizacji uniwersyteckich organizacji ancien régime’u zdaje się bardzo znamienny. Poszukiwały one roli (czy wizerunku) umiarkowanych pośredników między zewnętrznym aparatem władzy a zrewoltowanymi środowiskami uczelnianymi.

24. „Trudny wybór” – ogłoszenia na Wydziale Prawa i Administracji UW

Przy SZSP afiliowany był wspomniany Ośrodek Pracy Politycznej Sigma, skupiający przede wszystkim młodych socjologów (kierował nim Jacek Raciborski, ur. 1955), wyznających „światopogląd marksistowski” i dążących do odnowy pojęć i metod działania oficjalnych organizacji. Środowisko to miało związek z ruchem uniwersyteckich marksistów, skupionych wokół Chaty Socjologa. Sigma wydawała periodyk „Wspólne Rozmowy”. „W Sierpniu «duch dziejów» przeniósł się do gdańskiej stoczni” – pisano w nim. Przedstawiano „Solidarność” jako autentyczny ruch robotniczy, z którym marksiści winni znaleźć wspólny język, reformując zarazem struktury własnych organizacji. Myśliciele z Sigmy opowiadali się za gospodarką planową, wolny rynek utożsamiając z „anarchią gospodarczą”, przestrzegali przez uzależnieniem ekonomicznym od Zachodu, potępiali imperializm, głosili hasła dyktatury proletariatu, łącząc je jednak z pochwałami demokracji, rozumianej jako „najszersza aktywność polityczna” w sytuacji jawności i swobody opinii. Jej wyrazem miało być wydrukowanie we „Wspólnych Rozmowach” artykułu Janusza Korwin-Mikkego, zawierającego potępienie etatyzmu, trwającego, zdaniem tego autora, od 1926 r., i projekt likwidacji gospodarki państwowej w drodze powszechnego uwłaszczenia766.

25. Wręczanie legitymacji PZPR w Sali Złotej Pałacu Kazimierzowskiego, 1981 r.

Publicystyka Sigmy odzwierciedlała tendencje rozwijające się w uczelnianej PZPR. Miały one charakter odśrodkowy, z czym wiązało się składanie legitymacji, choć większa fala takich decyzji nastąpi dopiero po ogłoszeniu stanu wojennego – w efekcie organizacja partyjna UW, licząca w czerwcu 1981 r. 1293 członków i kandydatów, w listopadzie 1983 r. liczyć ich będzie 828 (w międzyczasie skreślono na własną prośbę 256 osób)767. Jak wspominał Antoni Mączak (który zresztą wystąpił z PZPR już latem 1981 r.), „myśmy byli dalej przekonani, że jeśli wszyscy przyzwoici ludzie wystąpią z uniwersyteckiego PZPR-u, to będzie bardzo niedobrze”768. Oznaczało to zarazem, że poszczególne grupy członków definiowały swych własnych „onych” w partii. Zjawisko narastało wraz ze zbliżaniem się nadzwyczajnego zjazdu, który budził nadzieje niektórych środowisk na rozsadzenie dotychczasowych struktur PZPR i zwycięstwo jakiegoś „liberalnego” nurtu. W tym kierunku organizowały się tzw. struktury poziome. Jak opowiadał Mączak, wiosną 1981 r. na plenum organizacji padały głosy, które „mogły były z powodzeniem znaleźć się w protokole zebrania uniwersyteckiej «Solidarności»”, ale dodawał: „Nie czułem się dobrze ani tu, ani tam”769. Wydaje się, że ten rodzaj emocji bywa niedoceniany w analizach „karnawału solidarności”.

Wybrane wiosną 1981 r. władze organizacji partyjnej z Andrzejem Kołakowskim na czele, składające się wyłącznie z pracowników niesamodzielnych, więc stosunkowo młode, będą po wprowadzeniu stanu wojennego oskarżane właśnie o powiązania ze „strukturami poziomymi” i „zbijanie kapitału politycznego” na gestach wobec „Solidarności” (w Egzekutywie KU znajdowało się zresztą dwóch jej członków). Organizacja zostanie rozwiązana w lutym 1982 r., a jako materiał ilustrujący jej błędy posłużą oświadczenia uczelnianej PZPR z okresu „szesnastu miesięcy”, pozbawione pryncypializmu i krytykujące propagandę rządową. Były one niewątpliwie tyleż wyrazem poglądów przeważających w Komitecie Uczelnianym, ile trudnej sytuacji uczelnianej PZPR, konfrontującej się z autentycznym życiem samorządowym, w którym jej pozycja była słaba. W Senacie wybranym w 1981 r. tylko 13 spośród 77 senatorów miało legitymację partyjną, co dawało odsetek znacznie niższy od „upartyjnienia” pracowników samodzielnych UW. Wśród 17 dziekanów 4 należało do PZPR, a 7 (Biologii, Chemii, Filozofii i Socjologii, Fizyki, Matematyki, Polonistyki, Psychologii i dyrektorkę IPSiR) identyfikowano z poglądami opozycyjnymi. Większość senatorów studenckich należała do NZS. Wybrany w czerwcu rektor, choć należał do partii, nie był przez nikogo identyfikowany z interesami tej organizacji. Minęły czasy, w których Uniwersytetem zarządzało kolegium rektorskie, kontrolowane przez funkcyjnych PZPR.

Obecność na Uniwersytecie

„Naszą ideą jest przeobrażenie Powiśla w dzielnicę Uniwersytecką, będącą odpowiednikiem Quartier Latin w Paryżu” – głosił naczelny architekt stolicy w grudniu 1980 r. Było to oderwane od rzeczywistości. Nie dlatego, że betonowa siedziba neofilologii i stołówka w prowizorycznym pawilonie nasuwać mogły wszelkie skojarzenia poza tymi z Dzielnicą Łacińską, ale przede wszystkim dlatego, że zakres kryzysu gospodarczego przekraczał wszelkie wyobrażenia. Co prawda sam przełom polityczny na UW wzbudził nadzieje, zawsze towarzyszące zmianom i możliwości nowego podziału środków: podniesiono więc natychmiast sprawy niezałatwione od dekad, w tym budowy nowej siedziby BUW. Zarazem – zgodnie z duchem żądań rozlegających się w całym kraju – pojawiły się oczekiwania, że uczelnia pozyska jakieś obiekty kojarzące się dotąd ze skompromitowanymi instytucjami władzy. Najaktywniejszy w ich formułowaniu był NZS. Jesienią 1980 r. proponował przejęcie przez UW siedziby Centralnej Rady Związków Zawodowych przy ul. Kopernika (dla Wydziału Pedagogiki), a także budynku opuszczonego przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej przy ul. Kredytowej (na klub studencki pod patronatem Zrzeszenia)770. Starania nie przyniosły rezultatów. Jak zresztą wynikało z raportu przygotowanego wiosną 1981 r., utrzymanie istniejącej substancji przekraczało siły Uniwersytetu. Zespół jego zabytkowych gmachów był w opłakanym stanie. Odpadały tynki, zapadały się tarasy, osuwały mury oporowe771.

Te szarawe budynki o skrzypiących posadzkach i korytarzach zastawionych starymi szafami i kulawymi krzesłami zyskiwały od jesieni 1980 r. nowy i niezwykły charakter, pokryte setkami ulotek i plakatów. Rywalizowały ze sobą tablice ogłoszeniowe starych i nowych organizacji. Zupełnie jawnie rozprowadzano druki, do niedawna stanowiące powód do policyjnych represji. Ta swoboda, ogarniająca wszelkie warstwy życia uczelni – zaznaczająca się i w przebiegu zajęć, zwłaszcza tzw. ideologicznych, i w programach studiów, które zmieniano (np. na historii) w kierunku większej wolności wyboru zajęć – pozostała ważnym doświadczeniem ówczesnych studentów i pracowników. Jej przejawem było też zniesienie praktyk robotniczych – latem 1981 r. „espeery” po raz pierwszy od 13 lat nie odbyły się.

Wydaje się zarazem, że przetrwaniu pogarszających się warunków życia i niewesołych perspektyw zawodowych bardzo pomagało angażowanie się w proces nazywany oficjalnie „odnową”, a po latach – „karnawałem Solidarności”. Realia bardzo dalekie były jednak od karnawału, zaś większość studentów nie podejmowała aktywności na rzecz zmian. Nawet zresztą masa członkowska NZS objawiała cechy znane z dotychczasowego życia organizacyjnego, w tym zjawisko „martwych dusz”. Oto w lutym 1981 r. na Walne Zebranie organizacji na Wydziale Prawa i Administracji stawiło się 70 spośród domniemanych 300 członków koła, w dodatku wśród obecnych „część należała do SZSP, część była niezrzeszona (zebranie było otwarte)”. Większość członków pozostawiała wszelkie działanie niewielkiej grupce aktywistów772.

Tymczasem codzienna aktywność rzeszy studenckiej musiała przyjąć formy znane raczej z pierwszej powojennej dekady, gdy obawiano się każdej kolejnej zimy i liczono na „paczki”. W 1981 r. UNRRA niewątpliwie byłaby potrzebna; różne akcje pomocy zagranicznej i dary rozdzielane przez Kościół miały nieporównanie mniejszą skalę. Trudności codziennego zaopatrzenia przypominały uderzająco te z okresu stalinizmu: studenci liczyć musieli na dość cienkie posiłki w zatłoczonych stołówkach, nie mieli na ogół czasu na „wystanie” odpowiednich dóbr. Pojawiło się po niemal 30 latach racjonowanie żywności. Akademiki nie były tak przepełnione, jak w epoce stalinizmu, ale warunki bytowania w nich stały się chyba równie złe.

26. Wydział Prawa i Administracji UW: posiedzenie zarządu organizacji studenckiej

Członkowie komisji, które lustrowały akademiki pod koniec lat 50., nie uwierzyliby, gdyby im przepowiedziano, jaki będzie stan tych przybytków dwie dekady później. Mimo wszystko w tamtej epoce dominowało przekonanie o „postępie”, który miał się, wolniej lub szybciej, zaznaczać w życiu zbiorowym. Rzeczywiście, w międzyczasie Uniwersytet wzbogacił się o nowe obiekty (akademiki przy al. Żwirki i Wigury i ul. Smyczkowej, Hotel Asystencki przy ul. Radomskiej), zaś z danych ogólnych (na 31 III 1981 r.) mogło wynikać, że sytuacja nie jest zła, ponieważ 3476 miejsc zajmowało 2984 studentów. Była to jednak fikcja, gdyż w znacznej ilości pokojów mieszkały małżeństwa studenckie, a liczne pomieszczenia zamknięte były ze względów sanitarnych, z powodu awarii lub remontów. W istocie stan oceniano jako katastrofalny, choć wziąć trzeba pod uwagę, że w 1981 r. język opisu był znacznie ostrzejszy niż w poprzednich dekadach, podbudowany charakterystyczną dla epoki retoryką godnościową.

W państwie, którego siłą przewodnią jest klasa robotnicza, zaś główną zasadą sojusz robotniczo-chłopski, gdzie dąży się do polepszenia warunków życia, niwelowania różnic społecznych, akademiki są rażącym przykładem niesprawiedliwości. Ok. 70% ich mieszkańców stanowią studenci o pochodzeniu chłopskim i robotniczym o maksymalnym dochodzie 3500 zł na jednego członka rodziny. [...] Tym ludziom państwo, miasto stołeczne, Uniwersytet Warszawski nie są w stanie zapewnić godziwych warunków zamieszkania.

27. Studenci III roku Instytutu Nauk Politycznych UW Janusz Frątczak i Andrzej Michalski podczas nauki w akademiku przy ul. Żwirki i Wigury

W akademikach przy ul. Kickiego nie remontowano instalacji od momentu zbudowania, czyli od ćwierćwiecza. Jedna piąta pryszniców nie nadawała się do użytku, połowa okien się nie domykała, dach przeciekał, rozwijał się grzyb. W jakiś sposób obliczono, że w 98% pomieszczeń są pluskwy. We wszystkich kuchniach biegały prusaki. Robactwo dokuczało także studentom akademików przy al. Żwirki i Wigury. Te liczące sobie zaledwie 13 lat budynki nadawały się do generalnego remontu. Bez przerwy psuły się windy i zsypy. Studenci marzli, bo źle działały kaloryfery, a niemal wszystkie okna były uszkodzone. Dogrzewanie powodowało przeciążenie sieci elektrycznej, podobnie jak w DS przy ul. Zamenhofa. Tam także od miesięcy nie było ciepłej wody. Dla podkreślenia trudności życia akademikowego, autorzy raportu dodawali, że „mieszkańcy DS-ów są głównymi pacjentami poradni zdrowia psychicznego i uczestnikami różnych terapii grupowych – co roku notujemy także parę przypadków czasowego umieszczania mieszkańców DS-ów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych”773. Tak koszmarny opis Domów Studenckich wynikał najpewniej w dużej mierze z możliwości publicznego wyrażenia wieloletnich frustracji, lecz także z poczucia pogrążania się w nieznającym dna kryzysie.

Z lękiem myślano o zimie. Wobec widma braku opału rozważano zamknięcie akademików. Koło Wydziałowe NZS Biologii proponowało zakwaterowanie ich mieszkańców u studentów i pracowników UW. „Solidarność” rozpoczęła akcję organizowania kwater, co było jednym z wyrazów ówczesnych dążeń wspólnotowych, podobnie jak apel NZS do górników o wydobywanie węgla w wolne soboty dla Ogrodu Botanicznego UW. Rząd rozważał natomiast zamknięcie całej uczelni na zimę, przeciwko czemu NZS stanowczo protestowało. Nieogrzewane budynki, znajdujące się już w „katastrofalnym stanie technicznym”, mogłyby się potem nie nadawać do użytku. Ważniejsze były jednak przygotowania do debaty sejmowej nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym: Zrzeszenie obawiało się, że nieobecność pracowników i studentów na uczelni osłabi nacisk na władze774.

Pojęcie „obecności na uczelni” zyskało po Sierpniu nowy sens. Obecność ta pozostawała, rzecz jasna, zbiorem obowiązków, symbolizowanych przez listy podpisywane na zajęciach. Gmachy uniwersyteckie – zwłaszcza Pałac Kazimierzowski, Dom Studenta, Auditorium Maximum – stały się jednak w znaczeniu mentalnym obiektami wyrażającymi autonomię i samorządność uniwersytecką, nieugruntowaną i zagrożoną, wymagającą aktywnej obrony. Wiązała się z tym zupełnie nowa rola i pozycja społeczna rektora, uosabiającego majestat uczelni już nie tylko przy pomocy purpurowej togi i łańcucha z zielonymi agatami. Wyrażenie „obecność rektora” miało nowe znaczenie. Podobnie – „obecność studentów”, wyrażenie mogące oznaczać teraz masowy udział w życiu publicznym uczelni, a więc w życiu politycznym kraju. Znaczenie tego wyrażenia manifestowało się w czasie wielkiego strajku, do jakiego doszło na UW u progu zimy 1981 r. Była to największa i ostatnia akcja samoorganizacji społecznej na uczelni przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Gotowość strajkową ogłosiła „Solidarność” uczelni w październiku, podobnie jak w wielu szkołach wyższych i zakładach pracy – w związku ze sprawą Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu, której kierownictwo uniemożliwiło demokratyczne wybory rektora. Wokół tej sprawy, traktowanej jako probierz intencji władz, nastąpiła znaczna mobilizacja. Miała ona jednakże swoje granice, jak wynika z frekwencji na nadzwyczajnym zebraniu uczelnianej „Solidarności” 21 X, na którym ogłoszono gotowość strajkową: na 340 delegatów zjawiło się 202, czyli 60% ogółu775. Trzy tygodnie później, 12 XI, studenci poszczególnych wydziałów ogłosili strajk na wezwanie samorządu uniwersyteckiego, zaś 19 XI „Solidarność” – ograniczony strajk pracowników („będą odbywać się tylko zajęcia uzgodnione ze strajkującymi studentami”). „Nie można dopuścić do jednej rzeczy – żeby studenci czuli się sami” – mówił Samsonowicz na zebraniu Senatu 20 XI. Senat zwrócił się do pracowników o współdziałanie ze studentami, czyli organizowanie na ich prośbę zajęć i pozostawanie na noc w gmachach. Następnego dnia oceniano, że udział w akcji bierze 2,5 tys. studentów (najmniej, cztery osoby, na muzykologii, najwięcej, 193, na prawie). Była to szósta część studentów uczelni, ilość wystarczająco spektakularna, aby strajk był publicznie widoczny, obrazująca jednak ograniczenia potencjału protestu. Schyłek 1981 r. był okresem wielkiego zmęczenia społecznego, także na uczelni, i obaw przed zaostrzeniem sytuacji w kraju.

„Podchodzą, pytają, dają różne rady, często przez kraty podają paczki, głównie z jedzeniem. [...] Bywa też inaczej – niektórzy mówią do nas podniesionym agresywnym głosem. Słowa nie podlegają wtedy specjalnej selekcji” – relacjonowano sytuację przy zamkniętej bramie głównej. Otwierano ją na cztery godziny dziennie, a straż strajkowa sprawdzać miała przepustki, wystawiane dla członków Uczelnianego Komitetu Strajkowego (ale narzekano na chaos i wnikanie przypadkowych osób). Brama pokryta była plakatami, podobnie jak sąsiednie frontowe gmachy. W oknach Domu Studenta pojawiły się też głośniki. Mieścił się tam sztab strajku, lecz także biura SZSP. Dochodziło do incydentów przy bramie, którą działacze SZSP starali się forsować, aby wejść do swych pokojów; dostawali się także przez okna wprost z ulicy776.

Strajkujący zajęli gmachy wydziałów mieszczących się na dziedzińcu, śpiąc w korytarzach i na stołach w salach dydaktycznych. Zajęli też budynki przy ul. Stawki czy Hożej. Sercem strajku było Auditorium Maximum, w którym koncentrowało się życie społeczne. Strajkowało tam około 300 osób, przewijało się wielokrotnie więcej. Urządzano tu wystawy fotograficzne i nocne śpiewania. Grano w szachy, Monopoly czy brydża. Przychodzono, aby zatelefonować (przy automatach w urzędzie pocztowym ustawiały się długie kolejki), a wieczorami – na mszę świętą, codziennie o 19.00 w sali D. Światła gaszono późną nocą, rozmowy trwały do piątej nad ranem. W biuletynie strajkowym pisano, że pojawił się emocjonalny związek studentów z miejscem: „Nareszcie A. Max spełnia rolę, do jakiej zostało przeznaczone”777. Wydaje się, że strajk rozwinął tego rodzaju związki z innymi budynkami uczelni, które pozostały w pamięci wielu jako przestrzenie strajkowej wspólnoty.

Na większości wydziałów czas upływa stereotypowo. W dzień śpią, w nocy jedzą, warty grają w karty. Wszystko to w przerwach między wykładami. Na Geologii kwitnie hazard: ruletka, poker na wodę, totalizator ligi piłki szmacianki. [...] Uniwersytet strajkuje, a wykładów, spotkań, dyskusji na tematy „poważne” mnóstwo. Od początku strajku ambicją każdego wydziału jest zorganizowanie zajęć zapełniających nadmiar wolnego czasu. Robimy to sami dla siebie, czyli samorządnie i autonomicznie. Efekt: ok. 40 wykładów dziennie na całej uczelni778.

Toczyło się życie kulturalne. Maja Komorowska recytowała wiersze ks. Twardowskiego. Występował Wojciech Siemion. Artur Sandauer opowiadał o genezie antysemityzmu, Michał Boni – o etyce strajkowej. Wyświetlano filmy – np. Barierę Jerzego Skolimowskiego, czy amerykańskie, pożyczone z ambasady. Na biologii organizowano „slajdowiska” (np. „Ptaki wszystkich stron świata”). Krążyły czasopisma strajkowe – „Głos Myszarni” biologów, „Satyrajk” matematyków czy „Hebda News” historyków.

Posiłki, złożone najczęściej z chleba, dżemu i pasztetu podlaskiego o niezapomnianym smaku, dostarczanych przez „Solidarność” Regionu Mazowsze, przygotowywano – przynajmniej w teorii – wspólnie. W rzeczywistości zajmowały się tym przede wszystkim nasze koleżanki, wykazując przy tym daleko posuniętą wytrwałość i sprawność

wspomina Jarosław Czubaty, uczestnik strajku w Instytucie Historycznym779. Dzienne utrzymanie całego strajku kosztowało 40–60 tys. zł. Pokrywano je z kredytu, udzielonego przez „Solidarność” Mazowsza, dotacji z zakładów pracy (Huty Warszawa, MZK czy zakładów w Ursusie) i wpłat z ogniw związkowych. Pół tysiąca bochenków chleba kupowano codziennie przy ul. Lubelskiej, mleczarnie produkowały dla strajkujących po 360 litrów mleka po godzinach, obiady dostarczano z wolskich barów, gotowały też za darmo siostry zakonne przy ul. Sewerynów z darów rolników i z kościoła św. Anny. Kuchnie działały również w poszczególnych budynkach. Na anglistyce smażono placki ziemniaczane i naleśniki z dżemem. Na polonistyce znajdował się wspólny kocioł z zupą.

Wielodniowy strajk przynosił, mimo całego bogactwa form aktywności, zmęczenie. Przebywano na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, w dymie papierosowym i uciążliwych na ogół warunkach sanitarnych. Nie było pryszniców (z wyjątkiem psychologii na Stawkach, gdzie przebywała setka osób), choć ratunkiem mogła być łaźnia Messalka przy Krakowskim Przedmieściu. W zimnym sezonie szerzyły się infekcje i służba medyczna odsyłała studentów do domów. Po 20 dniach strajku metody urozmaicenia codzienności zaczęły się wyczerpywać, zaznaczyły się też trudności z aprowizacją. „Mnożą się coraz głupsze pomysły” – pisano w biuletynie strajkowym 4 XII780. Trzy dni później przeprowadzono na UW referendum w sprawie dalszego trwania protestu, w którym przeważyły głosy za jego zawieszeniem (982 do 746), przy czym bardzo różnie głosowano na różnych wydziałach. Stanowczo przeciwko zawieszeniu strajku wystąpiły polonistyka i geologia, stanowczo za – fizyka, matematyka, iberystyka781. Były to ostatnie dni „wolności”. Strajk miał jednak swe życie po życiu, przynajmniej w Instytucie Historycznym. W obliczu zawieszenia działalności Samorządu po 13 grudnia, dyrektor IH powierzył funkcję starostów lat właśnie członkom Komitetu Strajkowego lub osobom przez nich wskazanym782.

Stan wojenny

Szczegółową relację o sytuacji na uczelni po ogłoszeniu stanu wojennego opublikowała przed laty orientalistka Joanna Mantel-Niećko (1933–2009). Wypada tu przede wszystkim odesłać czytelnika do tej bogatej relacji783. Spisywana była na bieżąco, z perspektywy dziekan Neofilologii, uczestniczki kluczowych wydarzeń na Uniwersytecie, organizatorki akcji pomocy represjonowanym, osoby identyfikującej się ze „środowiskiem”, jak nazywała opozycyjną wobec władz część elit UW. Odwołując się do tamtego tekstu, warto wskazać kilka zjawisk charakteryzujących ówczesną sytuację uczelni.

Oto zasypany śniegiem, głuchy dziedziniec przy Krakowskim Przedmieściu, na którym 14 XII pojawiają się pracownicy i studenci, jedni zmierzając ku Pałacowi Kazimierzowskiemu, drudzy raczej ku Auditorium Maximum. Rektorat kojarzy się z autonomią instytucjonalną, uosobioną w tym momencie przez Henryka Samsonowicza, którego los jest nieznany; Auditorium Maximum – z podmiotowością społeczności studenckiej. Dziekani gromadzący się w Pałacu przyjmują z ogromną ulgą, jak to opisała Mantel-Niećko, pojawienie się rektora. Ten zapowiada, że „nic w działalności UW nie zmieniamy”, co w danej sytuacji może brzmieć paradoksalnie. Następnie udaje się do Auditorium Maximum, apelując do studentów o rozejście się i porzucenie myśli o strajku, który pchnąłby władze do pacyfikacji uczelni. Apel zostaje wysłuchany, podobnie jak rektorski zakaz wywieszania wszelkich ulotek i ogłoszeń. „Dla nas – pisała Mantel-Niećko – znaczyło to odarcie Uniwersytetu z tej zewnętrznej, barwnej otoczki, w której żyliśmy przez 16 miesięcy, aby nie stała się ona pretekstem do drażnienia władz; idzie bowiem o sprawy znacznie ważniejsze”784.

Do spraw tych należało przede wszystkim ocalenie wybieralnych władz uczelni, czyli podmiotowości Uniwersytetu, uchronienie przed represjami pracowników i studentów, zatroszczenie się o internowanych i aresztowanych. Tę ostatnią akcję, co znamienne, zainicjowały kobiety – Mantel-Niećko z Marią Stanowską z prawa i Beatą Chmiel z polonistyki. Stworzyły one, dzięki pomocy studentów z zawieszonego samorządu, zrąb „osobówki”, jak nazwano kartotekę represjonowanych służącą akcjom pomocy prawnej i rozwijaną, jak się miało okazać, do końca lat 80.785 W pierwszych dniach stanu wojennego los internowanych i aresztowanych był przedmiotem najdalej idących obaw, jeśli nie trwogi. Podobne emocje dotyczyły ogólnych intencji władz. Rozeznać się w nich musiał rektor, którego nie pozbawiono stanowiska, lecz uczyniono niejako zakładnikiem sytuacji. Dowiedział się od władz wojskowych, że jest osobiście odpowiedzialny za spokój na uczelni. Spokój ten zresztą zdawał się całkowity: zajęcia ani obrony nie odbywały się, studenci nie mieli wstępu na tereny UW. Mogło to jednak oznaczać ciszę przed burzą, ponieważ kadra naukowa straciła rozeznanie w nastrojach studenckich. Nie wiedziano, co dzieje się w akademikach, obawiano się determinacji strajkowej. Duże znaczenie miały więc spotkania z działaczami NZS i Samorządu, którzy potajemnie wnikali na uczelnię, pośrednicząc w kontaktach środowiskowych, oraz zastępcza forma samorządu w postaci Porozumienia Senatorów Studenckich. Jak się zdaje, zarysowało się wówczas, być może najsilniejsze od pierwszych lat powojennych, poczucie wspólnoty losu, przynajmniej wśród wyraźnej, elitarnej grupy pracowników i studentów. Rysowała się zarazem groźba trwałej polaryzacji postaw wewnątrz społeczności.

Wszelkie organy kolegialne zostały zawieszone, podobnie jak organizacje społeczne i samorząd studencki. Władzę na uczelni sprawował rektor i wojskowy zarząd komisaryczny, złożony z oficerów Studium Wojskowego UW. Zajęcia dydaktyczne nie odbywały się i wciąż odkładano ich wznowienie (które nastąpiło wreszcie 8 II 1982 r.). Obu stronom, tj. uczelni i władzom, zależało na przywróceniu „normalności”, ale odmiennie ją definiowały. W intencjach władz była to raczej „normalizacja”, czyli nadanie życiu zewnętrznego porządku i uruchomienie gospodarki; mieściło się w tym działanie szkół wyższych. Uczelnie były jednak zarazem poważnym zagrożeniem dla „normalizacji”, dlatego przedstawiciele władz terroryzowali swych rozmówców groźbą zamknięcia UW na rok, jeśli ci nie zagwarantują spokojnego wznowienia zajęć. Zamknięcie oznaczałoby między innymi wzięcie dwóch roczników młodych ludzi do wojska (pobór stanowił stale w PRL potencjalną represję wobec niepokornych studentów). Ze strony uczelni warunkiem wznowienia zajęć była zgoda władz na jawne działania na rzecz pozbawionych wolności, zachowanie ciał przedstawicielskich i opracowanych przez nie programów studiów oraz odstąpienie od „weryfikacji” pracowników. Władze nie były najwyraźniej zdecydowane co do sposobu postępowania z uczelnią; to ułatwiło porozumienie i wznowienie zajęć786.

Trwały starania o kontakt z internowanymi i zabiegi o ich zwalnianie, które przybrały szybko postać poręczeń, składanych przez przedstawicieli UW. Internowano 56 osób, w tym 27 pracowników (6 kobiet), 3 doktorantów i 24 studentów (3 kobiety), w tym jedna osoba (Janusz Onyszkiewicz) przetrzymywana była ponad rok, a dwie niemal rok (Jacek Czaputowicz i Grzegorz Rossa); większość zwalniano około połowy 1982 r.787

W obozach internowani wytworzyli własne normy postępowania. Uznano m.in. że równie naganne jak podpisywanie deklaracji lojalności („lojalki”) jest przyjmowanie poręczenia, w którym poręczający deklaruje praworządność postępowania internowanych po zwolnieniu. W środowisku UW w związku z poręczeniami powstały problemy moralne. [...] Dzieliliśmy się na tych, którzy uważali, że poręczenia można i trzeba dawać, ale nie informując o tym zainteresowanego, i na tych, którzy, przeciwnie, uważali, że nie wolno poręczać za człowieka dorosłego bez jego wiedzy i zgody. [...] O ile znane mi są wypadki odmowy przyjęcia poręczenia przez internowanego, którego pytano o zgodę, o tyle nic mi nie wiadomo o pretensjach zwolnionych za poręczeniem udzielonym bez zgody internowanego [...]

– pisała Mantel-Niećko788.

Intencje władz pozostawały niejasne, trwał bowiem rodzaj kontredansa: to pozwalano na odwiedzanie internowanych, to uniemożliwiano je; zapowiadano „weryfikację”, ale jej nie rozpoczynano; pracownicy UW dowiadywali się (z ust ministerialnego urzędnika), że uczelnia stanowi „gniazdo opozycji i kontrrewolucji”, ale władze nie rozprawiały się wciąż z tym „gniazdem”789. Niektórzy widzieli w tym element scenariusza dezorientacji i osłabiania środowiska naukowego, inni sądzili, że wewnątrz obozu władzy brak zgodności poglądów. Przedłużała się atmosfera niepokojącego zawieszenia.

Ponieważ uczelniany komitet partyjny nie chciał przyjąć roli współuczestnika akcji represyjnej (I sekretarz Kołakowski mówił w grudniu, że „celem działania Komitetu jest niedopuszczenie, by różnice poglądów zamieniły się w odwet [...]”), rozpoczęto przesłuchania jego członków przed specjalnym zespołem Komitetu Dzielnicowego Śródmieście PZPR. Nie były one zbyt owocne, ponieważ owi członkowie odnosili się do swej działalności „z elementami euforii i bez cienia krytycyzmu”. Nie chcieli dokonać pryncypialnej partyjnej samooceny790. Opinia zespołu przesądziła o rozwiązaniu organizacji uniwersyteckiej 18 II 1982 r. Na powstanie nowej czekano wiele tygodni. Wreszcie 14 VI wybrano 25-osobowy Komitet Uczelniany i jego Egzekutywę złożoną z siedmiu mężczyzn. Na czele KU stanął weteran działalności partyjnej Andrzej Jezierski, który tę samą funkcję pełnił w marcu 1968 r. Mógł tylko uosabiać wizję powtórzenia się tamtego scenariusza. Nowy Komitet został, jak odnotowały władze partyjne, przyjęty przez środowiska uczelniane z największą niechęcią. Podobnie jak kilka tygodni wcześniej – nowy rektor791.

Samsonowicza i zespół prorektorski odwołano 8 IV, naznaczając na rektora Kazimierza Albina Dobrowolskiego. Oburzenie na przyjęcie przezeń funkcji wyrażało się początkowo w nazywaniu go „nominatem”. Stopniowo udało mu się pozyskać jeśli nie przychylność, to neutralność środowiska dzięki (jak to formułowano w analizach partyjnych) polityce „porozumienia z każdym, kto nie jest wrogiem socjalizmu” lub po prostu wrażeniu rzeczywistej dobrej woli Dobrowolskiego (nie wystarczy mu to skądinąd do demokratycznego już wyboru na rektora w 1984 r.). Tygodnie po odwołaniu Samsonowicza znaczone były otwartymi protestami (złożyła je na piśmie większość dziekanów i rad wydziałów, Senat i część studentów) oraz „milczącymi strajkami” – pracownicy i studenci o godz. 12.00 przerywali zajęcia na kwadrans i wychodzili na korytarze. Te akcje nie ściągnęły zresztą na społeczność żadnych represji792.

W ramach kontredansa władze doprowadziły do uchwalenia przez Sejm 4 V 1982 r. ustawy o szkolnictwie wyższym, której zrąb powstał przed 13 XII i która przywracała wolności akademickie (nie tylko te odebrane w 1968 r., ale i w 1947 r.), stanowiąc ewenement w bloku socjalistycznym. Szkoły wyższe definiowała jako samorządne społeczności, wybierające sobie władze, kształtujące samodzielnie swe struktury i programy nauczania. Dawała prawo organizacji samorządu studenckiego jako wybieralnej reprezentacji ogółu, mającej przedstawicieli w organach kolegialnych z prawem równego głosu. Określała sądzenie członków społeczności przez niezawisłe sądy koleżeńskie i samorządowe. Ustanawiała wolność zakładania organizacji studenckich i kół, zwoływania na uczelniach zgromadzeń i manifestacji – za powiadomieniem rektora, który mógł rozwiązać zgromadzenia w wypadku sprzeczności z prawem, ale nie mógł zakazać ich zwołania793.

Choć ministrowi przyznano w ustawie prawo veta wobec wyboru rektorów, była ona tak liberalna, że w istocie trudna do pogodzenia z praktykami autorytarnego reżimu. Obowiązywała zresztą w zakresie zredukowanym przepisami stanu wojennego, a po jego zniesieniu – ustawą o tzw. szczególnych regulacjach, obowiązującą w latach 1983–1985, która bardzo wzmacniała rolę ministra (mógł zawieszać organy kolegialne uczelni, odwoływać rektorów i dziekanów, powoływać własnych, zawieszać pracowników na czas nieokreślony i zmieniać ich umowy o pracę, a także relegować studentów). Niezależnie od tego, rozporządzenia ministerialne zawężały często wolności zapisane w ustawie, co prowadziło do napięć, zwłaszcza między samorządem a ministerstwem. Wreszcie – ogłoszeniu ustawy towarzyszyły posunięcia zupełnie sprzeczne z jej duchem, jak żądanie przeglądu kadry dydaktycznej pod kątem politycznym. Część dziekanów na piśmie odmówiła żądanych opinii o pracownikach, część jednostek sporządziła je, nadając im wszakże raczej merytoryczny charakter. Nikt nie został zwolniony794.

Ustawa dała jednak prawne ramy autonomii i miała duże znaczenie psychologiczne. Opozycja na uczelni szukać zaczęła legalnych metod działania, co skądinąd nie było sprzeczne z oczekiwaniami części przynajmniej aparatu władzy. Dlatego właśnie powołaną 10 V przez Senat specjalną komisję, mającą zajmować się sprawami internowanych i aresztowanych, część środowisk uczelnianych, zwłaszcza studenckich, odebrała jako krok w stronę „kolaboracji”. W najmniejszym stopniu nie było to intencją wnioskującej o powołanie komisji Hanny Świdy-Ziemby. Na czele komisji stanęła Jadwiga Puzynina, a Świda-Ziemba i Mantel-Niećko weszły w jej skład. Trzy dni później wszystkie trzy zostały internowane, co było reakcją władz na manifestację 13 V w miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego, ale zostało też odczytane jako prowokacja sterowana przez Komitet Warszawski, wrogi wobec Uniwersytetu. Nieczytelność stanowiła cechę charakterystyczną rozgrywek między uczelnią a reżimem. Czytelna była jednak reakcja UW, czyli uchwała Senatu i osobiste poręczenie rektora. Po paru dniach internowane zwolniono i wróciły na swe funkcje795.

Bardziej dramatyczny przebieg miał następny wielki konflikt. W drugą rocznicę rejestracji „Solidarności” zebrała się na dziedzińcu uniwersyteckim manifestacja licząca około tysiąca osób.

Represją za manifestację miało być zwolnienie dwóch pracowników administracji, którzy – jak to zaznaczono – zostali zauważeni wśród tłumu: urzędnika archiwum Mieczysława Holzera, który wystąpił z PZPR po usunięciu rektora Samsonowicza, oraz pracownika fizycznego Macieja Jankowskiego, członka Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i przedstawiciela pracowników fizycznych UW w Senacie. Ostatecznie udzielono im nagany796.

Sprawa miała jednak znacznie szersze konsekwencje. Ponieważ tego dnia część zajęć nie odbywała się zgodnie z normalnym trybem, władze oskarżyły kierownictwa wydziałów Psychologii i Socjologii o złamanie prawa; pierwszy z tych wydziałów został nawet przejściowo zawieszony, a dziekan zmuszony do złożenia funkcji. Mantel-Niećko opisuje tę sprawę jako moment załamania się solidarnej dotąd postawy grona dziekańskiego, które nie zdobyło się na jednoznaczne stanowisko. W grę wchodziło tu, jak się zdaje, poczucie daremności działań, które groziły przekreśleniem „normalizacji”, uznawanej już – zwłaszcza po wprowadzeniu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym – za rzeczywistą wartość. Niewątpliwie tego rodzaju rozumowania obawiała się część opozycyjnych elit. Zarazem obraz zajść w Warszawie 10 i 11 XI oraz milicyjne polowanie na studentów (zwłaszcza z UW) na ulicach, połączone z aktami brutalności, zdawał się podtrzymywać ostry podział polityczny. W propagandzie telewizyjnej Uniwersytet przedstawiony został jako rozsadnik anarchii. Kilkadziesiąt osób zatrzymano, niektóre pobito i ostrzyżono797.

„Uczelnie są nasze”

Sytuacja Uniwersytetu zdawała się paradoksalna. Z jednej strony był „gniazdem opozycji”, narażonym na wrogie działania aparatu władzy. Obawa przed prowokacjami ze strony aparatu była składową atmosfery. Działania te w istocie występowały, lecz żadne z nich nie doprowadziło do skutków, jakich się obawiano, przede wszystkim „weryfikacji”, masowych zwolnień, reorganizacji uczelni. Z drugiej strony Uniwersytet objęty był od maja 1982 r. przepisami, które nadawały całej sferze szkolnictwa wyższego charakter enklawy. Była to, nawet w reżimie stanu wojennego, poważna podstawa dla samoorganizacji, której wyrazem stał się przyjęty przez Senat w grudniu 1982 r. statut UW, przygotowany w duchu autonomii. Do życia wrócił samorząd studencki, choć w okrojonej postaci, jako Uczelniane Przedstawicielstwo Studentów (UPS). Reprezentanci studentów stanowili 15–20% kolegialnych władz uczelni, uczestnicząc w kształtowaniu polityki UW i podziale środków. Rozmowy z rektoratem były upubliczniane, działał sąd koleżeński i rada kół naukowych z wybieranym zarządem. Autonomia studentów była faktem instytucjonalnym. Była też, co nie mniej ważne, zjawiskiem mentalnym: zarząd UPS nie wahał się wydawać ostrych oświadczeń przeciw represjom wobec studentów i interweniować w sprawach aresztowanych. Nie istniały jednak inne organizacje społeczne, których funkcjonowanie byłoby naturalną obudową uczelnianej autonomii.

„Solidarność” została zdelegalizowana, zaś w ramach zasady „jeden związek w jednym zakładzie pracy” władze przeprowadziły utworzenie na UW wiosną 1983 r. nowego ZNP, który nie stanowił kontynuacji tego sprzed 13 XII. Do tego „neozwiązku” należało około 900 osób, lecz niemal połowę z nich stanowili emeryci. Nie istniało NZS, które zostało zdelegalizowane, zaś jego działacze zdecydowali się w pierwszej fazie stanu wojennego na wtopienie się w struktury podziemnej „Solidarności”. Na powierzchni pozostał SZSP, próbujący legitymizować swą działalność poprzez „schodzenie do korzeni”, czyli do pierwszego powojennego okresu, który stawał się w propagandzie rodzajem mitycznego dobrego początku Polski Ludowej. Oto wiosną 1982 r. afiliowano przy uniwersyteckim SZSP twór o nazwie Ruch Socjalistycznej Młodzieży Akademickiej „Życie”, nawiązujący do tuż powojennej organizacji o podobnej nazwie798. Nie wydaje się, aby odegrał on jakąkolwiek rolę. Jesienią tegoż roku na krajowym kongresie dokonano „odnowy” SZSP, wracając do dawnej nazwy – Związek Studentów Polskich. Nie okazało się to fortunne, ponieważ skrót ZSP zaczął być wymawiany przez niechętnych jako „zsyp”, co chyba nie zdarzało się przed 1973 r. (z racji odmiennego postrzegania ówczesnego ZSP, ale i mniejszego rozpowszechnienia zsypów w domach mieszkalnych). W latach osiemdziesiątych skojarzenie miało fatalną wymowę, także z powodu ogólnej sytuacji sanitarnej. Nowy ZSP deklarował tymczasem zwrot ku troskom codzienności i dystansowanie się od polityki. Był jednak nikłym cieniem dawnej organizacji: skupiał w skali kraju 10% studentów, na UW w 1983 r. około 700 osób799. Rolę organizacji ideologicznej odgrywać miał natomiast nowo powstały Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP). Czymże był jednak ten związek w porównaniu z ZMP, którego tradycję miał dziedziczyć? Na UW należało do niego w 1983 r. około 50 studentów, mniej niż do ZMW „Wici” (70). Obie te organizacje były zresztą mało widoczne na innych uczelniach, rozwijały się raczej w szkołach i poza dużymi miastami800. Jako „całkowicie niewidoczną” oceniano w dokumentach partyjnych działalność ZHP. Odnotujmy również, że koło SD na UW liczyło w 1984 r. około stu osób, a ZSL połowę mniej.

Znoszenie rygorów „wojennych” oznaczało wzrost znaczenia struktur cywilnych, w tym partii, której odbudowa w środowisku akademickim zdawała się niełatwa. Komitet Centralny oceniał, że uniwersytecką PZPR cechuje „zanik gotowości do działania” i bierność większości członków. W czerwcu 1983 r. do PZPR należało w skali kraju zaledwie 903 studentów (członków i kandydatów), ponad połowa w Warszawie (474), z tego 141 na UW. Większość partyjnych studentów zapisana była na IV-V rok studiów (od 1980 r. do partii wstąpiło na UW tylko szesnaścioro). Cała organizacja na UW liczyła jesienią 1983 r. 828 osób, co stanowiło 4,7% społeczności (i zaznaczał się spadek, bo wiosną roku następnego podawano 776 członków). Bardzo znamienny był poziom upartyjnienia801 poszczególnych grup: najwyższy wśród profesury (37,8%), a najniższy wśród studentów (1,1%), poprzez docentów (24,1%), starszych wykładowców i wykładowców (23,3%), adiunktów (21%), starszych asystentów i asystentów (16,1%), doktorantów (12,7%), lektorów, nauczycieli przedmiotów i bibliotekarzy dyplomowanych (11,9%), stażystów (9,6%), pracowników niebędących nauczycielami akademickimi (5,3%). Przynależność do PZPR układała się więc przede wszystkim wedle hierarchii wieku, stopnia naukowego i funkcji, a siła organizacji opierała się raczej na pozycjach w strukturach władzy uczelnianej niż żywotności aktywu. Zresztą 45% członków zalegało ze składkami. Warto jednak podkreślić, że ponad jedna trzecia profesorów posiadała wciąż legitymacje PZPR, choć instancje zwierzchnie narzekały, że wielu cenionych naukowców odmawia kandydowania do władz POP. Na uczelni istniało 26 POP, w niektórych egzekutywach byli pojedynczy studenci, na czele przeważnie mężczyźni (proporcja 21:5), zawsze naukowcy (choć tylko POP Historii kierował profesor). Ponadto partia pokładała pewne nadzieje w niektórych radach naukowych (Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Rusycystyki, Pedagogiki, Prawa i Geografii)802.

Aktorami na uniwersyteckiej scenie były więc z jednej strony zdominowane przez środowisko organy kolegialne oraz samorząd studencki, wyrażające autonomię uczelnianą, a z drugiej strony bardzo nadwyrężone, lecz silne wciąż siłą władzy centralnej organizacje oficjalne. Relacje między tymi aktorami, a także pobudki ich działań nie były, oczywiście, tak proste i jednoznaczne, jak by z tego podziału wynikało. Obecność trzeciego aktora uwyraźniała się stopniowo: było to podziemie. W 1982 r. miało ono jedną nazwę – „Solidarność” – i jeden symbol, opornik, za którego noszenie studenci i pracownicy trafiali na komisariaty. W 1983 r. sytuacja wydawała się bardziej złożona, gdyż zwiększyła się rozmaitość form działania umownego podziemia, w tym półjawnych. Odtwarzać się zaczęły struktury NZS. Ważnym impulsem były spontaniczne akcje, jakie nastąpiły po śmierci Grzegorza Przemyka (plakatowe, zbiorowego milczenia itp.), a zwłaszcza manifestacyjny pogrzeb licealisty 14 V 1983 r. Była to okazja do „policzenia się” młodzieży studenckiej. Na Wydziale Prawa pojawiło się Stowarzyszenie Bratniej Pomocy „Bratniak”, które jesienią 1982 r. starano się zalegalizować w rektoracie, uzyskując nawet wstępną zgodę803. Byłby to też swego rodzaju ruch zstępowania do korzeni życia akademickiego. Ostatecznie Bratniak zaistniał w postaci jednego z klubów turystycznych PTTK, o czym dalej. Wedle władz podziemie kontrolowało autonomiczne organizacje uczelniane, zwłaszcza samorząd, co miało się stać jedną z głównych przesłanek rewizji ustawy o szkolnictwie wyższym.

O kołach naukowych na UW powiadano z ubolewaniem w materiale KC PZPR, że nie wykazują poważniejszych oznak życia804. Oznaki życia stawały się jednak problemem politycznym, gdy przejawiało je międzywydziałowe koło „Wiedza”, zarejestrowane latem 1983 r. Samo istnienie kół międzywydziałowych było z punktu widzenia władz zjawiskiem niepożądanym, wspierały one bowiem poziome porozumienia studentów i sądzono, że mogą być nośnikiem wpływów opozycji. Starano się więc doprowadzić do zmian prawnych, które by zamykały koła w granicach wydziałów, co też nastąpiło wraz z wprowadzeniem nowej ustawy w 1985 r. Koło „Wiedza”, skupiające studentów Prawa, Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Filozofii i Historii, opisywane było przez tajną policję jako potencjalna kontynuacja TKN, z powodów personalnych (z kołem związane były rzeczywiście osoby aktywne dawniej w KOR i na Latającym Uniwersytecie, jak Jacek Czaputowicz, Krystyna Kersten, Tadeusz Kowalik, Jan Strzelecki) oraz merytorycznych. „Wiedza” organizowała bowiem seminaria, na które – wedle SB – przychodziło po 50–100 osób i na których rozwijano „negatywne treści polityczne” (rozważania o współpracy PPR z Gestapo w czasie okupacji czy o fałszowaniu wyborów 1947 r.) W gablocie Koła na „ścianie płaczu” umieszczano zaś

materiały tak agresywne, jak w najlepszych czasach „Solidarności”. Atakuje się w nich już nie tylko władzę, ale też zamieszczono pod pozorem „aforyzmy Gogola o Rosjanach”, wybór wypowiedzi jednoznacznie obelżywych pod adresem narodu rosyjskiego w ogóle. [...] Inne materiały są w takim samym duchu, ośmieszenie PZPR itd. Podobne ogłoszenia „Wiedzy” spotkać można w gablotach na poszczególnych wydziałach805.

Od dawna już nie obowiązywała niepisana umowa z okresu stanu wojennego, aby nie prowokować władz plakatami czy ulotkami. Przed tablicą samorządu studenckiego na dziedzińcu „gromadziły się tłumy”, gdy wiosną 1983 r. wywieszono tam informacje o bulwersującej sprawie usunięcia ze studiów Macieja Kuronia806. Dawna tablica „Solidarności” w hallu Biblioteki UW była wciąż miejscem rozpoznawalnym, służącym jako pole symbolicznej komunikacji, zwłaszcza po zamordowaniu ks. Popiełuszki jesienią 1984 r., gdy pokrywała się kwiatami i rozmaitymi maszynopisami. Stale pojawiały się ogłoszenia podziemnego NZS. „Rozklejanie ulotek – wspomina Tomasz Ziemiński – odbywało się głównie na terenie uczelni i akademikach. Najlepszą do tego porą była 7.00 rano, gdy sprzątaczki zaczynały sprzątać od najwyższego piętra. Wtedy należało porozklejać ulotki na tych posprzątanych już piętrach”807. Służba Bezpieczeństwa donosiła periodycznie o takich ulotkach, które obrazować miały m.in. „ofensywę wojujących kół klerykalnych”, gdy zapraszano na spotkania z duchownymi czy też na wykład Macieja Giertycha „na temat kto jest wrogiem narodu polskiego”808. Łatwo się zorientować, że odcienie ideowe tych spotkań były bardzo różne, choć policja umieszczała je w jednym zbiorze.

Pełna wolność wypowiedzi panowała wciąż w miejscach ustępnych, w których mazano na ścianach najrozmaitsze przekazy, także takie, jakich nie kolportowano na ulotkach (i jakie w epoce przedinternetowej trudno było przekazać w inny sposób). Napisy w toaletach uniwersyteckich (głównie w BUW) analizował w latach 80. Wojciech Marchlewski. Zwracał uwagę na przewagę ilościową napisów politycznych nad erotycznymi, co miało być cechą szczególną epoki, a także na stałe występowanie inskrypcji antysemickich, związanych z politycznymi. W kolekcji Marchlewskiego z lat 1982–1984 znalazło się wiele haseł pro- i antysolidarnościowych (od „Niech żyje Solidarność Amen!” po „Faszyści z Solidarności”), także takie odnoszące się do istotnych postaci życia publicznego („Jaruzelski to ślepy okularnik kobra jadowita”, „Kto uważa że Urban to huj niech postawi krzyżyk swój +++++++++”) i wymierzone przeciw milicji („MOrdercy pod sąd”). Osobną kategorię tworzyły hasła antyradzieckie i nacjonalistyczne w rodzaju „Niepomścić Katyń to nie być Polakiem”. Inskrypcje toaletowe odzwierciedlały językową subkulturę, z rubasznym humorem i rymem, który sprawiał, że krążyły w różnych wersjach niekiedy przez dziesiątki lat, odpowiadając potrzebom poszczególnych grup (młodych mężczyzn, którzy pisali „Lepiej hujem ścinać sosnę niż do wojska iść na wiosnę”) i aktualizując się, jak wierszyk „Na Breżniewa czarną trumnę, / Piłsudskiego czoło dumne, / Na co zechcesz srać na świecie, / Lecz nie na deskę w klozecie”, odmiana inskrypcji spotykanej już w latach stalinizmu809. W toaletach UW można było także spotkać napisy w rodzaju „Rakowski – żydowski faszysta”, „Kuroń to sługa międzynarodowego syjonizmu”, „Bij Żyda” (dopisano „Siwaka i Kociołka”)810. Jak się zdaje, objawiało się tu znacznie szersze spektrum poglądów niż te dopuszczane po obu stronach barykady, ale też samo istnienie barykady mogło zostać poddane w wątpliwość. Istniała bowiem ogromna grupa takich, którzy nie chcieli zwracać na nią uwagi, interesując się „deską”, czyli znośnym życiem codziennym.

Socjolog Wiesław Wiśniewski oceniał, że w tym okresie przeważająca większość studentów warszawskich odnosiła się obojętnie do polityki. Za zaangażowaną uznawał jedną piątą, przy czym dzielić się ona miała na dwie porównywalne grupy (po 10% ogółu): opozycyjną, którą oceniał jako aktywną, ambitną i rozwiniętą intelektualnie, oraz prorządową, o niewielkim prestiżu, działającą rutynowo w organizacjach811. Podział ten zdaje się bardzo schematyczny, zarazem chyba oddając pewne rysy sytuacji. Ogromna większość masy studenckiej, zupełnie bierna w sferze publicznej, nie pozostawiła wyraźnego śladu w narracjach o epoce. Znajdowała się w szarym polu niewiadomego. Wydaje się, że potencjał mobilizacyjny grupy „opozycyjnej” był większy niż „prorządowej”, ponieważ miała ona bardziej wyrazistych i przekonanych liderów, a także poczucie słuszności, jakiego zapewne brakowało większości członków „organizacji”. Jednak także grupa „opozycyjna” nie mogła być pewna zakresu mobilizacji w razie poważniejszych konfliktów.

W pochodzie pierwszomajowym 1983 r. w dużych ośrodkach akademickich wzięło udział 10–20% pracowników uczelni, w skali całego kraju 10 tys. studentów; w Warszawie – tylko 459 (jak to obliczono?). Nieporównanie tłumniejsze były kontrmanifestacje812. W dokumentach policyjnych i partyjnych przedstawiano uczelnianą opozycję jako bardzo aktywną i zdolną do skutecznej mobilizacji, co wynikało jednak chyba tyleż z obserwacji, ile przeświadczeń autorów tych dokumentów lub prób instrumentalizacji doniesień. Pisano, że organy kolegialne UW nie są skłonne do karania pracowników angażujących się „działania kontestacyjne”, że kampania wyborów uzupełniających do Senatu (przełom 1983 i 1984 r.) odbywała się „na różnych tajnych i półtajnych spotkaniach”, a wybrani zostali zdeklarowani opozycjoniści. Wśród 112 senatorów zasiadło 60 byłych członków „Solidarności” i tylko 17 członków PZPR, zaś w kolegium elektorskim znalazła się niemal cała „uniwersytecka ekstrema”, a elektorat studencki zdominowany został przez NZS i Bratniaka813.

Władze PZPR wyróżniały kilka zasadniczych orientacji w opornym środowisku uniwersyteckim: 1) „skrajną opozycję”, niezbyt liczną, lecz wpływową; 2) „grupy zdezorientowane”, obawiające się „anarchizacji życia uniwersyteckiego”, ale niemające zaufania do władz; 3) środowiska bez określonego programu politycznego, lecz przywiązane do etosu inteligenckiego, skłonne zatem „dawać posłuch awanturnikom politycznym”; 4) „zwolenników status quo”, kwestionujących zarówno działania władz, jak opozycji; 5) zwolenników „tzw. uniwersyteckich metod działania”, uznających interes UW za nadrzędny, domagających się uwolnienia uczelni spod wpływów politycznych, chcących oceniać jej działanie wyłącznie wedle kryteriów moralnych i naukowych814. Oparcie na uczelni stanowiła głównie organizacja partyjna, co do której zdolności mobilizacyjnych władze nie miały złudzeń. Strona przeciwna podkreślała natomiast siłę aparatu władzy. Wedle opinii formułowanych w podziemiu, środowiska uniwersyteckie dzieliły się w 1983 r. na 1) „ludzi władzy”, 2) „ludzi bez twarzy”, czyli konformistów, którzy przeszli długotrwały trening przystosowania i 3) konsekwentnie opornych. Ta trzecia grupa miała przyjmować trzy zasadnicze postawy: 1) totalną odmowę współpracy z reżimem; 2) przybranie „barw ochronnych” i działanie poza sferą publiczną uczelni i 3) starania o realizację pewnych wartości w toku normalnej pracy. Wedle tej samej analizy skuteczność opozycyjnej działalności uzależniona była od wytworzenia odpowiedniego klimatu na uczelni „przez ludzi mających znaczenie opiniotwórcze”, a także od starań o pozyskanie „części konformistów, a także niektórych przedstawicieli reżimu”. Totalna odmowa nie wpływa bowiem na politykę władz, które zawsze zdolne są znaleźć wystarczające zaplecze815. Dodajmy, że Mantel-Niećko uznawała za ważny element tego zaplecza administrację centralną UW, kontrolowaną przez partię i współdziałającą w różnych represyjnych posunięciach, w rodzaju próby usunięcia z pracy działacza podziemnej „Solidarności”816.

Jako próbę sił postrzegano zbliżające się wybory rektora UW, dokonywane przez kolegia elektorskie. Służba Bezpieczeństwa spodziewała się „trudności z wyborem właściwych kandydatów” na 18 uczelniach, w tym na UW. Przewidywano, że największe szanse na wybór ma Klemens Szaniawski, już w 1980 r. proponowany na funkcję rektorską przez część młodzieży akademickiej. Z dossier SB wynikało, że jego długoletnia działalność była „antypaństwowa i antykomunistyczna”817. Jak wynikało z rozpoznań policyjnych, elity UW spodziewały się unieważnienia wyborów przez władze, skłonne były jednak bronić swej decyzji jako wyrazu autonomii, do której miały „bardzo subiektywne i wręcz emocjonalne podejście”. Zarazem odnotowano wśród dawnych działaczy „Solidarności” pogląd, wedle którego rektorem powinien być jeden z „bezpartyjnych ugodowców”, a prorektorami członkowie PZPR o „minimalnym stopniu działania w sferze organizacyjnej uczelni”818. Byłaby to polityka asekuracyjna. Wybrano jednak Szaniawskiego, który otrzymał 7 V 1984 r. 204 głosy, gdy urzędujący rektor Dobrowolski 66 (obu skreśliło 6 osób). Władze uznały to za „prowokację polityczną”, minister unieważnił wybór. Komitet Uczelniany PZPR uznał to za „uzasadnione i niezbędne”, ogłaszając, że Szaniawski nie spełniał „wymagań stawianych rektorowi socjalistycznej uczelni”, i krytykując brak odpowiedzialności części kolegów z UW. Podobne stanowisko ogłosił uniwersytecki ZNP819.

Wedle władz partyjnych Uniwersytet znalazł się w „krytycznym punkcie”. Wiosną 1984 r. w gmachu KC rozważano nawet „reorganizację” UW, czyli jego podział na uczelnię humanistyczną oraz matematyczno-przyrodniczą, co by umożliwiło rozwiązania wszystkich umów o pracę. Następnie odtworzono by kadrę wedle kryteriów ustalonych przez władze zewnętrzne i ewentualnie ponownie scalono Uniwersytet. Mniej radykalne działanie polegałoby na objęciu uczelni kontrolami NIK i ministerstwa, ograniczeniu do minimum jej kontaktów zagranicznych, a także powołaniu Zespołu Specjalnego (PZPR-MSW), który by na bieżąco koordynował działania wobec UW820. Jesienią sytuacja zaostrzyła się, gdy po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki doszło na uczelni do ogólnego poruszenia. Na jej terenie Maciej Jankowski i Jerzy Wocial ustawili krzyż, przy którym pełniono symboliczną wartę; SB donosiła, że uczestniczyli w niej były i niedoszły rektor – Samsonowicz i Szaniawski. W budynkach pojawiły się żałobne dekoracje. Senat wysłał przedstawicieli na pogrzeb. Zarząd samorządu studenckiego wydał zaś dramatyczne oświadczenie, w którym pisano: „Jesteśmy tu u siebie. Mamy prawo do własnych przekonań, do własnej wizji Ojczyzny, mamy prawo i obowiązek występowania w obronie podstawowych wartości życia społecznego i praw człowieka”821.

Władze uznały, że sytuacja na UW „uległa wyraźnemu pogorszeniu”, a Rakowski komentował, że „partyjni są słabi i w defensywie”. Dostrzegał zarazem, że centrum władzy znalazło się „pod naciskiem aparatu partyjnego i alarmujących informacji MSW”822. Efektem było przyspieszenie prac nad zmianą systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Nie zakładano tak drastycznych posunięć jak rozważane wcześniej rozbicie UW, lecz raczej stopniowe uzależnienie środowisk naukowych. W 1985 r. planowano w KC zwiększenie finansowania nauki (do 2% dochodu narodowego w perspektywie 1990 r.) i podniesienie płac. Asystenci otrzymywać mieliby uposażenie odpowiadające płacy nauczyciela po 12 latach pracy, profesorowie trzykrotnie wyższe, a „wypełniający przykładnie obowiązki dydaktyczne i wychowawcze” mieliby szansę na bardzo wysokie dodatki miesięczne. Byłaby to jednak metoda marchewki i kija, gdyż zakładano ograniczenie podmiotowości uczelni, w tym zniesienie kolegiów wyborczych (rektorów wybierałyby Senaty spośród kandydatów ministra lub z nim uzgodnionych), a pracownicy zyskaliby status funkcjonariuszy państwowych, co by ich obligowało do składania ślubowania, którego złamanie mogłoby skutkować usunięciem z pracy. Celem strategicznym – wskazywano expressis verbis – byłaby redukcja o 30–50% stanu osobowego uczelni i doprowadzenie do jego upartyjnienia na poziomie 60%823.

Zarysowanie się takiego scenariusza było przyczyną nieustających obaw w środowiskach akademickich. Tym większe wzburzenie powodowały słuchy o nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym, pojawiające się w 1984 r. Już latem tegoż roku grupa profesorów UW starała się przekonać Rakowskiego, uchodzącego za liberała, do zaniechania zmian w ustawie. Służby policyjne uznawały te zabiegi za próbę odwrócenia tendencji „niekorzystnych dla sił antysocjalistycznych w nauce”824. Sam Rakowski stwierdził jednak w grudniu 1984 r. na spotkaniu z rektorami, że należy ukrócić swobody akademickie825. Wśród założeń ustawy znalazło się osłabienie znaczenia Senatów i rad, a wzmocnienie pozycji ministra, mającego prawo odrzucać decyzje Senatu, mianować rektorów i prorektorów, akceptować lub nie wybór dziekanów. Samorząd byłby odtąd wyznaczany w połowie przez organizacje młodzieżowe i studenckie. Rektor lub minister zyskać miał prawo relegowania studenta bez orzeczenia komisji dyscyplinarnej826.

Na początku 1985 r. wzbierać zaczęła fala protestów, osiągając kulminację w maju. Organizowano zebrania i wiece, podpisywano apele, koordynowano stanowiska. Podziemna „Solidarność” szkół wyższych uznała, że represyjność projektu „przewyższa nawet pogromową ustawę z 1969 r., wprowadzoną po wydarzeniach marcowych, i kagańcową ustawę Jędrzejewicza z 1932 roku, wprowadzoną po przewrocie majowym”827. W danej sytuacji większe znaczenie miały, jak się zdaje, wypowiedzi organizacji legalnych, zwłaszcza samorządów, rad i Senatów. Stanowczość ich sformułowań, trudna do wyobrażenia przed 1980 r., świadczyła o trwałej zmianie w relacjach społeczeństwo-władza. W uchwale samorządu UW z 14 I 1985 r. pisano, że „grozi nam zepchnięcie do roli ubezwłasnowolnionych przedmiotów w procesie przekazywania umiejętności czysto zawodowych, a zamiast edukacji obywatelskiej mamy być poddawani indoktrynacji zgodnej z bieżącą polityką władz”828. Samorząd protestował przeciw zapowiedziom wzmocnienia władzy ministra, faktycznego zniesienia wybieralności władz uczelnianych, zatrudniania pracowników na kilkuletnich kontraktach, a nie umowach stałych. Przeprowadzano referenda wśród studentów, dotyczące nowelizacji. Wśród biorących udział w referendum studentów prawa Filii UW na przełomie lutego i marca 1985 r. niemal wszyscy odrzucili założenia nowelizacji. Na UW referendum obejmujące studentów dziennych odbyło się w lutym, wzięła w nim udział około połowa studentów (6811 na 12 187), ponad 90% opowiedziało się przeciw. Takie było także stanowisko Senatu UW w uchwale z 29 V, głoszącej, że nowelizacja zmierza do „pozbawienia podmiotowości środowisk akademickich”829.

Tydzień wcześniej, 22 V, odbyła się w Auditorium Maximum manifestacja, na którą napłynęło około 2 tys. studentów i pracowników. Nie wszyscy zmieścili się w sali. Wystąpił szef samorządu Wojciech Maziarski, który puścił między zebranych kopię wspomnianego listu do Sejmu. Podkreślał, że zgromadzenie ma ukazać, „że jesteśmy razem, że jest nas dużo i że jesteśmy mocni”. Wspominał strajk na UW w 1981 r., tworząc rodzaj mitologii założycielskiej ruchu społecznego, jak zwykle w tego rodzaju wypadkach opierającej się na wizji pierwotnej jedności („Nie było między nami podziałów, wszyscy tworzyli jedną wspólnotę akademicką”) i odwołaniu do elementarnych więzi społecznych („W czasie strajku uczelnia stała się dla nas drugim domem. Ten dom chcą nam teraz odebrać. [...] uczelni będziemy bronić tak, jak się broni własnego domu i rodziny”). Odwołał się także do autonomii społeczeństwa, kończąc swe wystąpienie wezwaniem: „Róbmy swoje!”. W przemówieniu Macieja Gellera, fizyka, senatora UW, lecz przede wszystkim szefa uczelnianej „Solidarności”, wyłożona została historia ograniczeń swobód akademickich od 1945 r. „Postawa krytyczna nazywana jest antypaństwową. To nieporozumienie. Myślenie krytyczne jest nieodłączną cechą mózgu ludzkiego, który jest największym rewizjonistą świata” – mówił Geller. Zaś Maziarski kończył manifestację w ten sposób: „Wyjdźmy teraz na dziedziniec Uniwersytetu, żeby w milczeniu pokazać innym, że jesteśmy razem, jest nas dużo i jesteśmy mocni”. Zdjęto transparent, wiszący za plecami przemawiających – „Uczelnie są nasze” – i przeniesiono go przed bibliotekę, gdzie stano przez chwilę830.

To, że uczelniany ZMW „Wici” wydał oświadczenie, w którym odciął się od manifestacji jako „antagonizującej środowisko studenckie”, nie było zapewne faktem bardzo istotnym, zważywszy, że do organizacji tej należało kilkadziesiąt osób. Jednak sformułowanie, wedle którego nowelizacja „z pewnością przyczyni się do prawidłowego funkcjonowania szkół wyższych w socjalistycznym państwie”, stanowiło deklarację polityczną, odwracającą znaczenie hasła „Uczelnie są nasze”831. W istocie bowiem wszystkie powiązane z władzami organizacje na UW wykazały się lojalnością, czy to unikając popierania akcji protestacyjnych (ZNP i ZSP), czy krytykując je, jak malutki ZSMP (mający oparcie głównie na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych), który deklarował, że trzeba „usocjalistycznić uczelnię”. Wśród profesury zaznaczyły się także konserwatywne opory wobec żywiołowych akcji studenckich. Jeden z profesorów biologii powiadał, że „istotniejszy jest głos pracowników niż studentów, gdyż ci przychodzą do uczelni i po paru latach odchodzą”832. Innymi słowy, pracownicy oczekiwaliby raczej stabilności, nawet oznaczającej spolegliwość wobec władz zewnętrznych. Dodać tu można, że ta postawa – akceptacja omnipotencji partii i ministerstwa – była stale reprezentowana wśród kadry uczelnianej, związana z nadziejami na uzyskanie w ten sposób czy to jakichś korzyści dla wspólnoty akademickiej, czy to korzyści własnych. Był to czynnik sprzyjający poczynaniom władz. Warto też powtórzyć, że w referendum ogłoszonym na UW w okresie napięcia wokół nowelizacji wzięła udział połowa studentów. Była to, jak się zdaje, maksymalna zdolność mobilizacyjna elit środowiskowych. Znaczna lub niedostateczna – w zależności od przyjętej perspektywy.

Latem 1985 r. stawało się jasne, że mimo masowych akcji i spektakularnych aktów, takich jak list protestacyjny uczonych z 14 krajów (w tym 19 noblistów), czy solidaryzowanie się rad pracowniczych niektórych wielkich zakładów przemysłowych (m.in. Huty Warszawa) z żądaniami studentów, władze nie są skłonne ustąpić. W tej sytuacji retoryka obrońców przegranej sprawy przybierać zaczęła tony godnościowe, brzmiące w odezwie samorządu UW do nowo przyjętych studentów, w której odwoływano się do „ogólnospołecznej solidarności i wierności ideałom Sierpnia”, która „pomoże nam przetrwać w godności”. Po przyjęciu nowej ustawy 25 VII samorządy studenckie wielu uczelni ogłosiły oświadczenie, wedle którego odebrano środowisku akademickiemu „wszystkie najistotniejsze prawa”, narzucając kryteria ideologiczne przy zatrudnianiu i nadawaniu tytułów, zniesiono demokratyczne wybory władz uczelni, odsunięto młodszych pracowników i studentów od udziału w radach, zlikwidowano niezależny samorząd, rozszerzono uprawnienia ministra (od rozwiązywania wydziałów, poprzez ustalanie programów po usuwanie pracowników i relegowanie), zobowiązano do „upokarzających deklaracji lojalności wobec władz partyjno-państwowych” (ślubowania), partii dano wpływ na dobór pracowników i wychowywanie studentów, a MO i SB możliwość wkraczania na teren szkół. Także w tym dokumencie znalazło się odwołanie do „ideałów Sierpnia 1980”, zapowiedź bojkotu „fasadowych ciał” i wyborów do Sejmu833.

Ograniczenie swobód akademickich sprawiło, że napięcia, które widoczne były stale w legalnych instytucjach uniwersyteckich, służąc partii i policji za argument dla tego ograniczenia, przenieść się musiały w inne rejony życia społecznego i przybrać nowe formy. Inaczej mówiąc, w drugiej połowie lat 80. coraz większe znaczenie miały otwarte akcje sprzeciwu, rozgrywające się na ulicach, a także działalność podziemna, torująca sobie drogi na uczelnie. Samorząd UW został bardzo ograniczony – regulamin przygotowany we wrześniu 1986 r. przez komisję o składzie zdominowanym przez „organizacje” dawał studentom w zasadzie rolę opiniodawczą – zaś jego aktywniejsi działacze zeszli do podziemia. Ich punkt widzenia odzwierciedlało krążące po uniwersytecie bezdebitowe czasopismo „Refleksy”834. Próbowano w nim przyciągać uwagę nowo przyjmowanych studentów, skłaniając ich do aktywności i rozsadzania ram uczelnianego życia. Przedstawiano im smutną wizję studenta-ideału z wyobrażeń rządzących:

Zdyscyplinowany, zaliczający wszystko w terminie (chyba bez względu na ocenę). Piszący pracę magisterską na czas bez względu na jej poziom. Uczęszczający pilnie na dyskoteki i obozy ZSP (najlepiej członek takiej organizacji). Stroniący od imprez organizowanych przez kogo innego, szczególnie przez niewygodne koła naukowe i kluby nie podlegające ZSP. Stawiający interes państwa wyżej od prawdy. Po studiach trafiający do szkoły jako nauczyciel i – jak można się dalej domyślać – dokonujący życia w fotelu przed telewizorem (rzecz jasna członek PZPR i neozwiązków) obywatel podporządkowujący się bez wahania wszelkim nakazom „z góry” bez względu na ich treść i nie biorący udziału w tym, co się wokół niego naprawdę dzieje835.

W tym czasie istotnie wyrazista grupa młodych studentów, urodzonych około 1966 r., demonstrowała zainteresowanie tym, co się wokół nich naprawdę dzieje. Odradzał się bowiem NZS, którego akcje naznaczą schyłek lat 80. Niemałe znaczenie miał, jak się zdaje, fakt, że ci ludzie wchodzili do liceów w okresie „szesnastu miesięcy” i socjalizowali się w warunkach ostrej walki politycznej. Powstawały ciągi towarzysko-licealne, jeśli można się odwołać do opisywanych przez socjologów „ciągów rodzinno-sąsiedzkich”, cechujących migracje ze wsi do miast. Zaangażowane w akcje ulotkowe czy kolportaż „bibuły” grupy uczniów przenosiły tę działalność na Uniwersytet, współtworząc nowe sieci społeczne, obejmujące warszawskie i pozawarszawskie uczelnie. Podobne ciągi towarzysko-licealne były, jak się zdaje, utrwaloną prawidłowością, jednak zyskiwały w różnych epokach różne zabarwienie ideowe. W latach stalinizmu wielu spośród najaktywniejszych uczniów, których nonkonformizm kanalizowany był przez ZMP, tworzyło takie „czerwone” ciągi, opanowujące młodzieżowe organizacje na wydziałach uniwersyteckich. Pod koniec istnienia PRL program ideowy władz nie miał już żadnej mocy aktywizującej młodych ludzi (miał ją najwyżej dostęp do środków, jakimi władze dysponowały) i na placu pozostawał rzeczywiście absolwent „dokonujący życia w fotelu przed telewizorem”. Nie mogło być mowy o żadnej porywającej, lub choćby optymistycznej perspektywie, roztoczonej przez władze w warunkach gospodarczej degrengolady. Studiowanie zaś wymagało zawsze perspektywy i nadziei; tę dawały ograniczonej grupie aktywne, a nawet spektakularne działania w opozycji. Doświadczenie powszednie od lat było szare i skłaniało do zamykania się w prywatnym świecie.

Końcówka

„Dla mnie najważniejsze w tym okresie było zdanie na studia wyższe, wyjście za mąż, ukończenie studiów, urodzenie dziecka, adaptacja strychu na mieszkanie” – mówiła była studentka UW o swoich doświadczeniach lat 80.836 Należała do grupy, w której świadomości okres ten nie utrwalił się w kategoriach politycznych, lecz osobistych, jako rama własnego losu. Ta skądinąd zupełnie naturalna perspektywa postrzegania świata stawała się w kontekście epoki albo lekceważoną przez elitarny krąg studentów-opozycjonistów formą konformizmu, albo wspieraną w propagandzie formą rozsądku. W oficjalnym tygodniku studenckim „Itd”, uchodzącym skądinąd za dość odważny, drukowano wypowiedzi, wedle których protesty zbiorowe nie mają sensu, podobnie jak upieranie się przy samorządności. Studenci mają własne problemy, głównie materialne, i rozwiązują je na własną rękę837. Pogodzić ich z rzeczywistością miała również inna metoda tegoż tygodnika, także dość odważna, mianowicie publikowanie soft-pornograficznych fotografii z pretekstowymi podpisami w rodzaju „Sesja wymaga niezłej gimnastyki...”.

Realia kryzysu wymagały rzeczywiście swoistej gimnastyki, która współtworzyła monotonną i beznadziejną atmosferę życia społecznego. Atomizacja i zmęczenie rzadko znajdują odbicie w relacjach ówczesnych działaczy studenckiej opozycji, zjawiska te tworzyły jednak sztafaż codzienności.

G. pyta swoich studentów, dlaczego ich rok jest tak mało zżyty; dlaczego nigdy nie zrobią jakiejś wspólnej imprezy towarzyskiej? Odpowiadają, że każdy martwi się o własną przyszłość. Chcący założyć rodziny zdobywają sprzęty i pieniądze. Wielu kombinuje, jak by tu pojechać na Zachód, by zarobić

– notował Marcin Kula wiosną 1983 r.838 Tego rodzaju problemy przekładały się na obserwowany w tym czasie spadek ilości studentów w Warszawie, spadek odsetka młodzieży pochodzenia chłopskiego na studiach, a także spadek średnich ocen, czyli malejące zaangażowanie w naukę. Odbijało to powszednie trudności życiowe, depresję wywołaną wydarzeniami stanu wojennego, brak interesujących perspektyw zawodowych839. Nad kończącymi studia krążyło widmo bezrobocia. Od 1981 r. notowano trudności z zapewnieniem miejsc pracy absolwentom. W 1982 r. UW opuścić miało 2,5 tys. osób. Połowa objęta była tzw. planowym zatrudnieniem, ale na drugą połowę czekało tylko około 700 ofert pracy. Uczelniany pełnomocnik ds. zatrudnienia radził, aby „brać taką pracę, jaka jest”840. Nie była to obietnica szczególnej pomyślności, tym bardziej, że pracodawcy rzadko oferowali mieszkanie.

Jeśli w 1978 r. narzekano na pogarszające się warunki egzystencji, to z perspektywy 1983 r. tamte czasy uchodzić mogły za słoneczne. W badaniach nad minimum socjalnym studentów odbijała się nieznana dotąd w PRL w takim zakresie inflacja (minimum skoczyło z 2,1 tys. zł w 1978 r. do 10,3 tys. zł 5 lat później), ale najpoważniejszą oznaką spadku poziomu studenckiego życia był wzrost wydatków na żywność (z około 50% minimum do ponad 75%), cofający niejako do lat 50. Podobny regres dotyczył codziennego zaopatrzenia. Problemy te wpływały na działanie nowego systemu stypendialnego, wprowadzonego we wrześniu 1982 r. wedle założeń przygotowywanych jeszcze przed 13 XII. Studenci mieli być traktowani bardziej podmiotowo: zniesiono świadczenia rzeczowe, czyli „stypendium stołówkowe” i dopłaty do akademików, zostawiając w rękach studentów więcej pieniędzy. Fatalna sytuacja zaopatrzeniowa zmniejszała jednak pozytywne skutki tej zmiany. Wysokość stypendiów uzależniono od informacji o dochodach w rodzinie studenta, co skończyć miało z dotychczasową urawniłowką, oznaczało też wzrost odsetka pobierających stypendia (65% studentów warszawskich). Znaczna część tych stypendiów była jednak śmiesznie niska, kilkusetzłotowa, a najwyższe sięgały 7 tys. zł, czyli wyraźnie poniżej zakładanego minimum socjalnego. Z drugiej strony stypendia podlegały indeksacji – studenci byli pierwszą grupą społeczną, którą objęła taka zasada841.

W 1983 r. mieszkańców akademików uderzyła ostra podwyżka opłat – ze śmiesznego w stosunku do kosztów eksploatacji poziomu 120 zł do 2 tys. zł842. Wywołało to wrzenie. Nie sądzono, aby podwyżka spowodowała poprawę jakości życia w domach studenckich, opanowanych przez karaluchy, nękanych wyłączeniami prądu i rzadko znających ciepłą wodę. Większość tych problemów dotyczyła zresztą „cywilnego” świata blokowisk Warszawy i drogo opłacanych prywatnych kwater studenckich. Od tej przykrej codzienności część młodych ludzi uciekała w świat alternatywny – subkultury, ostrą muzykę, alkohol. Życie zamykało się w oklejanych plakatami pokojach akademików, przy muzyce rockowej z krążących kaset nagrywanych na koncertach. Kultura muzyczna zyskała w tej dekadzie niezrównane znaczenie. Studenci bywali na festiwalach w Jarocinie (choć nie należeli do trzonu publiczności) czy w Brodnicy843. Podobne znaczenie miały wakacyjne wyprawy, odrywające od zdegradowanego życia miejskiego. Wedle badań ankietowych, na co najmniej cztery wyjazdy turystyczne udało się w 1983 r. 62% warszawskich studentów. Na samym UW działało 21 klubów turystycznych844. Warto tu wspomnieć o jednym z nich, aby wskazać możliwą wieloznaczność tego rodzaju aktywności. Klub Turystyczny Bratniak, osadzony w strukturze PTTK, założyli studenci prawa, którzy nie mieli nadziei na legalne otwarcie własnej organizacji samopomocowej. Klub prowadził lekko tylko maskowaną działalność polityczną. Jak wspomina ówczesny student Tomasz Ziemiński:

Zapisałem się na wycieczkę do Gdańska organizowaną przez Bratniaka. Po powrocie powiesiliśmy na gazetce ściennej zdjęcia z naszej eskapady, na jednym z fotografii staliśmy w asyście „słynnego elektryka”. [...] W rocznicę śmierci Popiełuszki w ramach PTTK-u Bratniak wynająłem autokar i pod pozorem wycieczki na bagna Biebrzańskie pojechaliśmy do Suchowoli na parafię, z której pochodził ksiądz Jerzy. Wzięliśmy ze sobą transparenty i uczestniczyliśmy w mszy rocznicowej. [...] Pod pozorem wycieczki turystycznej jeździliśmy na obchody [...] 50. rocznicy śmierci Józefa Piłsudskiego845.

Jak się zdaje, „pogrudniowa” kultura studencka była bardziej niż kiedykolwiek zanurzona w alternatywnym i półopozycyjnym świecie mniejszych i większych środowisk i grup towarzyskich. Jej publiczne oblicze było blade. Wprawdzie wskrzeszono (w znacznej mierze dzięki wspomnianemu działaczowi SZSP Marianowi Redwanowi) festiwal studencki FAMA w Świnoujściu (1982), a juwenalia były okazją do wielkich koncertów, lecz widoczna na co dzień aktywność była cieniem tej sprzed lat. W klubie Ubab – pisano – oprócz koncertów zespołu rockowego największą atrakcję stanowiły pod koniec 1982 r. pokazy filmu karate oraz barek, w którym można było kupić „masło bez kartek, Coca-Colę za 25 zł oraz równie tani dżem”846. Z ucieczką w prywatność związane też było zagaśnięcie studenckich miejsc spotkań, tak ważnych choćby w latach 60. Zewnętrzna ich skorupa niezbyt się zresztą od tamtych czasów zmieniła. Znikł, zamknięty w 1980 r. z powodu stanu śmierci technicznej, hotel Bristol, którego kawiarnię wspominano jako miejsce dość snobistycznych spotkań elity studenckiej. Nie zastąpił go pod tym względem hotel Victoria, kojarzący się najwyżej z „forsiastymi” studentami zagranicznymi, którzy zapraszali tam dziewczyny. Obcokrajowców było zresztą w roku 1983/1984 zaledwie 135 w społeczności 21,5 tys. studentów UW (gdy pod koniec epoki gomułkowskiej – 243)847.

Przeciętni studenci chadzali, jak 20 lat wcześniej, do baru mlecznego Uniwersyteckiego, zwanego „Karaluchem”, rzadziej do Harendy czy restauracji Staropolskiej:

Tu się chodzi, kiedy ma się pieniądze. I czas, obsługa bowiem jest niezwykle ślamazarna. Pod koniec miesiąca zamówienie dla jednego studenta wygląda następująco: 2 zupy pieczarkowe (bardzo obfite, po 15 zł sztuka) i dwie herbaty. Jest tu aparat telefoniczny, przy którym nigdy nie ma kolejek.

Znacznie większe znaczenie społeczne miała trasa ku budynkowi neofilologii i stołówce, w dół skarpy, przez rozległy skwer, który stanowił także miejsce życia towarzyskiego848. Studenci zaglądali także do klubu w Pałacu Kazimierzowskim, choć przeznaczony był on formalnie tylko dla pracowników: pod koniec dekady podawano tam „wspaniałe kanapki z pastą jajeczną”, jak wspomina Marek Węcowski. Miejscem o ściśle studenckim i politycznym charakterze było sklepione podziemie sąsiedniego budynku Prawa, w którym mieścił się Bratniak. Węcowski opisuje inne swego rodzaju „eksterytorialne miejsca” na UW, związane z życiem studenckiej opozycji. Miejscem takim było pierwsze piętro Instytutu Geograficznego: stały tam na korytarzu stare szafy biurowe z drewnianymi roletami. Nic się najwyraźniej nie zmieniło od lustracji z 1977 r., gdy pisano o „zakurzonych i obskurnych szafach” – nic oprócz kontekstu społecznego. Teraz szafy miały szczególniejszą rolę do odegrania; część była otwarta, NZS założył więc własne kłódki, składując tam swoje materiały. Farby i transparenty przechowywano też w budyneczku gospodarczym za Gmachem Pomuzealnym, w którym pracował Maciej Jankowski, jedna z najważniejszych postaci uczelnianej „ Solidarności”, oraz w pomieszczeniach samorządu w Domu Studenta849.

Pod koniec dekady działalność wskrzeszonego NZS była coraz bardziej widoczna, była też jednak zakamuflowana, w dużym stopniu pod przykryciem samorządu studenckiego, który sam w sobie miał ograniczone możliwości działania. Aktywność opozycyjna wzbierała od 1986 r., niewątpliwie pobudzona przez wspomnianą falę nowo przyjmowanych studentów, którzy mieli już doświadczenia aktywności nielegalnej. Wspierana była przez działaczy podziemnej „Solidarności”. Krążyły czasopisma, by wymienić „Kurier Akademicki”, „Międzyuczelniany Informator Środowiskowy”, „Nurt”, „Refleksy”, „Serwis Informacyjny – Centrum Informacji Akademickiej”. Od wiosny 1988 r. tę bibułę rozprowadzano na uczelni już zupełnie jawnie, dzięki życzliwej neutralności rektora Białkowskiego, który w warunkach braku rzeczywistej autonomii realizował w praktyce autonomiczną politykę uniwersytecką. Byłoby to trudne do wyobrażenia w innych państwach bloku, może poza Węgrami, lecz PRL była już wówczas ważnym terenem pierestrojki, co odbijało się na możliwościach działania opozycji.

28. Wiec protestacyjny przeciwko podwyżkom cen, 19 II 1988 r.

Podziemne struktury NZS powstawać zaczęły w 1983 r., ale do pierwszych działań publicznych doszło trzy lata później. Pierwszą „kadrówkę”, czyli manifestację uliczną, zorganizowano 1 VII 1986 r.: „Polegało to na tym, że spotkaliśmy się w 20 osób, przemaszerowaliśmy kilkaset metrów niosąc flagę z napisem «Solidarność» i wznosząc okrzyki nawołujące do bojkotowania zbliżających się wyborów. Po przejściu 250 metrów rozbiegliśmy się po bramach”850. Pół roku później odbył się nieformalny zjazd Zrzeszenia, a latem 1987 r. jego członkowie uczestniczyli w pielgrzymce Jana Pawła II. Od listopada tegoż roku NZS prowadził w nielegalnej prasie akcję „ratujmy BUW”, która była niejako przedłużeniem zabiegów z 1981 r., bowiem okropna sytuacja Biblioteki wcale się nie zmieniła.

29. Demonstracja w sprawie ratowania zbiorów BUW, 1988 r.

Działania intensyfikowały się niezwykle od początku 1988 r. Pierwsza masowa akcja NZS od czasów stanu wojennego miała miejsce 19 II, gdy półtora tysiąca osób zebrało się na dziedzińcu UW w proteście przeciwko podwyżkom cen. Około 2 tys. stawiło się 8 III na wiecu w dwudziestą rocznicę zajść na uczelni. Ujawnił się też wtedy Komitet Założycielski NZS UW, złożony z 10 osób, urodzonych głównie w latach 1965–1966 i studiujących w większości na historii. „To nasze ujawnienie było wystawieniem się na represje ze strony władz. Było parę rewizji, kilka osób zatrzymano na 48 godzin, ale nic poważniejszego nas nie spotkało” – wspomina Robert Pastryk851. Zmiana klimatu politycznego w kraju była wyraźnie wyczuwalna i skłaniała do prób legalizacji; był to w istocie okres zrzucania mentalnych ograniczeń z lat stanu wojennego. W 1988 r. wniosek o rejestrację NZS został dwukrotnie odrzucony przez władze warszawskie i w deklaracji szefa resortu spraw wewnętrznych. Akcje zrzeszenia nie były jednak uzależnione od jego rejestracji; przeciwnie, ich ostrość wskazywała, że NZS nie liczy się z żadnymi PRL-owskimi instytucjami. Dynamika tych akcji związana była z wrzeniem w zakładach pracy, jakie objawiło się wiosną 1988 r. W maju przeprowadzono studenckie strajki okupacyjne w solidarności z protestami robotników Nowej Huty i Stoczni Gdańskiej. Na początku nowego roku akademickiego, w październiku, odbywały się wiece i pikiety, związane m.in. z bojkotem studium wojskowego, a 11 X ujawnił się zarząd NZS i Akademickie Biuro Interwencyjne.

W tym okresie dużą siłę oddziaływania miały happeningowe akcje młodzieżowe, zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie istniało nie tylko najbardziej aktywne środowisko NZS-owskie, lecz także specyficzny, młodzieżowy ruch kontrkulturowy, którego symbolem była Pomarańczowa Alternatywa852. Jak wspomina Tomasz Ziemiński, wzory te zostały szybko przyswojone w Warszawie, ponieważ akcje „organizowane w formie zabawy” przyciągały powszechne zainteresowanie. „Pierwszy happening organizowany we współpracy z NZS-em był w obronie podupadłej biblioteki. [...] Ta forma przekazu zaczęła być coraz bardziej popularna. Powstały zawodowe grupy happeningowe”853. Z kolei Marek Węcowski podkreśla, że znaczna grupa młodzieży, do której i on się zaliczał, uznawała tego rodzaju występy za „niepoważne”. Znamienne wszakże, że właśnie akcja współorganizowana przez Pomarańczową Alternatywę i NZS była pierwszą akcją studencką, w jakiej przyszło mu uczestniczyć – jeszcze jako uczniowi liceum (co byłoby ilustracją wspomnianych „ciągów”) i to w bardzo specyficznej sytuacji. Było to święto MO 7 X 1988 r., które postanowiono uczcić happeningiem pod pomnikiem Feliksa Dzierżyńskiego. Ponieważ jednak czołówkę NZS-owskich działaczy aresztowano w przeddzień, w umówionym miejscu zjawili się tylko Węcowski i Andrzej Papierz.

30. Strajk studencki, 5 V 1988 r.

A przygotowany był taki wielki czerwony chiński smok, który miał ośmieszać milicję, krążąc dookoła monumentu Dzierżyńskiego. Okazało się, że jesteśmy tylko we dwóch do tego wielkiego smoka, więc jeden do ogona, drugi do głowy. A ponieważ nie mogliśmy się pomieścić w korytarzu (jakiś lokal konspiracyjny ówczesnego zresztą korespondenta „Reutera” przy pl. Dzierżyńskiego ówczesnym), bardzo wąskie schody, nie można się było porządnie ustawić w tym smoku, więc wyszło na to, że ja musiałem być tą głową, a Papierz ogonem, co spowodowało, że jak nas aresztowano, to milicjanci byli przekonani, że jesteśmy niezwykle ważni w organizacji854