PORTRETY UCZONYCH Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945 (S–Ż)

Spis treści

Wyszukaj


Szukaj w tej publikacji
Szukaj we wszystkich publikacjach

Szukaj
Znaleziono 0 wynik(ów)
PORTRETY UCZONYCH Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945 S–Ż

Zespół Rektorski ds. Wydawnictw Jubileuszowych

 

dr hab. Waldemar Baraniewski
Wydział Historyczny UW/
Wydział Zarządzania Kulturą Wizualną ASP

 

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter
Wydział Historyczny UW

 

dr hab. Piotr M. Majewski
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Piotr Salwa
Wydział „Artes Liberales” UW

 

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Wojciech Tygielski – przewodniczący
Wydział Historyczny UW

 

prof. dr hab. Marek Wąsowicz
Wydział Prawa i Administracji UW

 

prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski
Wydział Fizyki UW

Szanowni Państwo!
Drodzy Czytelnicy!

W 2016 roku będziemy obchodzić jubileusz dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego. Nasz Uniwersytet nie jest jedynie wyższą szkolą, nie jest tylko pracownią uczonych – to środowisko, którego działania w ciągu dwóch wieków polskiej historii stanowiły istotny wkład do wiedzy, kultury, myśli ludzkiej.

Z okazji jubileuszu powstaje seria wydawnicza Monumenta Universitatis Varsoviensis, w której opisujemy dzieje i dorobek naszej Uczelni oraz przypominamy sylwetki jej najwybitniejszych profesorów.

W syntetycznej formie przedstawiamy również losy oraz architekturę budynków Uniwersytetu, a także zbiory i kolekcje, które są w naszym posiadaniu oraz nad którymi przyszło nam sprawować pieczę. Nie zabraknie też dokumentów ilustrujących różne sfery społecznego oddziaływania Uczelni, a także świadectw życia codziennego naszej społeczności.

Kolejne tomy ukazywać się będą sukcesywnie, od roku 2016. Mamy nadzieję, że spotkają się z Państwa życzliwym przyjęciem i wzbudzą zainteresowanie.

Gaudeamus igitur!

 

Katarzyna Chałasińska-Macukow
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2005–2012

Marcin Pałys
Rektor Uniwersytetu Warszawskiego

 

Warszawa, 19 listopada 2012 r.

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

 

Dzieje Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

 

Nauki humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim

 

Nauki ścisłe i przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1816–1915

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(A–Ł)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego 1915–1945

(M–Ż)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(A–K)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(L–R)

 

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945

(S–Ż)

 

Poczet Rektorów Uniwersytetu Warszawskiego

 

Gmachy Uniwersytetu Warszawskiego

 

Uniwersytet Warszawski i fotografia 1839–1921
Ludzie, miejsca, wydarzenia

 

Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie 1817–2017
Miscellanea

PORTRETY UCZONYCH
Profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego po 1945
S–Ż

 

Monumenta Universitatis Varsoviensis 1816–2016

WARSZAWA 2016

Spis treści

 

  1. OD ZESPOŁU REKTORSKIEGO
  2. PRZEDMOWA
     
  3. ANNA SADURSKA 1924–2004 (PIOTR BIELIŃSKI)
  4. JAN SAMSONOWICZ 1888–1959 (MICHAŁ SZULCZEWSKI)
  5. ARTUR SANDAUER 1913–1989 (TOMASZ WROCZYŃSKI)
  6. Pisarz, krytyk literacki, badacz literatury
  7. JAKUB SAWICKI 1899–1979 (ANDRZEJ ZAKRZEWSKI)
  8. ADAM SCHAFF 1913–2006 (JERZY SZACKI)
  9. MARGARET SCHLAUCH 1898–1986 (MAŁGORZATA GRZEGORZEWSKA)
  10. Lekcja historii
  11. MICHAŁ SCZANECKI 1910–1977 (KATARZYNA SÓJKA-ZIELIŃSKA)
  12. MŚCIWÓJ SEMERAU-SIEMIANOWSKI 1885–1953 (RYSZARD W. GRYGLEWSKI)
  13. DAVID SHUGAR 1915–2015 (RYSZARD STOLARSKI)
  14. ROMAN SIKORSKI 1920–1983 (ROMAN DUDA)
  15. GRZEGORZ SINKO 1923–2000 (MAŁGORZATA GRZEGORZEWSKA)
  16. Lekcja przyrody
  17. ALINA SKIRGIEŁŁO 1911–2007 (TOMASZ MAJEWSKI)
  18. STANISŁAW SKORUPKA 1906–1988 (ANDRZEJ MARKOWSKI)
  19. KAZIMIERZ SMULIKOWSKI 1900–1987 (JAN BURCHART)
  20. ANDRZEJ SOŁTAN 1897–1959 (LUDWIK NATANSON)
  21. LEONARD SOSNOWSKI 1911–1986 (MARIAN GRYNBERG)
  22. FRANCISZEK STAFF 1885–1966 (TOMASZ MAJEWSKI)
  23. JERZY STAROŚCIAK 1914–1974 (HUBERT IZDEBSKI)
  24. JULIUSZ STARZYŃSKI 1906–1974 (MARTA LEŚNIAKOWSKA)
  25. WITOLD JAKUB STEFAŃSKI 1891–1973 (TOMASZ MAJEWSKI)
  26. EDWARD STENZ 1897–1956 (ROMAN TEISSEYRE)
  27. ZDZISŁAW STIEBER 1903–1980 (ZBIGNIEW GREŃ)
  28. KAZIMIERZ STOŁYHWO 1880–1966 (AGATA MUSIAŁ)
  29. PIOTR STREBEYKO 1907–2003 (MAŁGORZATA WIERZBICKA)
  30. ABDON STRYSZAK 1908–1995 (TOMASZ MAJEWSKI)
  31. BOGDAN SUCHODOLSKI 1903–1992 (IRENA WOJNAR)
  32. ROMAN SUSZKO 1919–1979 (MIECZYSŁAW OMYŁA)
  33. Wiadomości biograficzne
  34. Poglądy filozoficzne
  35. Twórczość naukowa Romana Suszki
  36. Wpływy
  37. KLEMENS SZANIAWSKI 1925–1990 (JAN WOLEŃSKI, JACEK HOŁÓWKA)
  38. Życie i tworczość
  39. Probabilizm etyczny Klemensa Szaniawskiego
  40. ELIDA MARIA SZAROTA 1904–1994 (KAROL SAUERLAND)
  41. WŁADYSŁAW LUDWIK SZENAJCH 1879–1964 (MARIA DOROTA SCHMIDT-POSPUŁA)
  42. ZOFIA SZMYDTOWA 1893–1977 (EWA SZCZĘSNA)
  43. STEFAN SZULC 1881–1956 (BOŻENA ŁAZOWSKA)
  44. ZDZISŁAW SZYMAŃSKI 1926–1999 (JANUSZ DĄBROWSKI)
  45. STANISŁAW ŚLIWIŃSKI 1887–1959 (MARIA ROGACKA-RZEWNICKA)
  46. ANNA ŚWIDERKÓWNA 1925–2008 (ANNA MĄCZAKOWA)
  47. WOJCIECH ŚWIĘTOSŁAWSKI 1881–1968 (JÓZEF HURWIC)
  48. ALFRED TARSKI 1901–1983 (ROMAN DUDA)
  49. WŁADYSŁAW TATARKIEWICZ 1886–1980 (DOBROCHNA DEMBIŃSKA-SIURY)
  50. RAFAŁ TAUBENSCHLAG 1881–1958 (HENRYK KUPISZEWSKI)
  51. TADEUSZ TOMASZEWSKI 1910–2000 (BARBARA BOKUS)
  52. Ojciec sukcesu polskiej psychologii
  53. WŁADYSŁAW TOMKIEWICZ 1899–1982 (MARIUSZ KARPOWICZ, JERZY KOWALCZYK)
  54. Władysław Tomkiewicz
  55. ADAM URBANEK 1928–2014 (ZOFIA KIELAN-JAWOROWSKA)
  56. JULIAN WALAWSKI 1898–1975 (ANDRZEJ ŚRÓDKA)
  57. MICHAŁ WALICKI 1904–1966 (JAN BIAŁOSTOCKI)
  58. Historyk sztuki powszechnej
  59. JAN WASILKOWSKI 1898–1977 (KRZYSZTOF PIETRZYKOWSKI)
  60. Zasada jedności własności państwowej
  61. ANDRZEJ WIERCIŃSKI 1930–2003 (ANDRZEJ SZYJEWSKI)
  62. LIDIA WINNICZUK 1904–1993 (MARIAN PLEZIA)
  63. WINCENTY LESŁAW WIŚNIEWSKI 1904–1958 (TOMASZ MAJEWSKI)
  64. STEFAN WOŁOSZYN 1911–2004 (TADEUSZ PILCH)
  65. RYSZARD WROCZYŃSKI 1909–1987 (TADEUSZ PILCH, WIESŁAW THEISS)
  66. ANDRZEJ WYCZAŃSKI 1924–2008 (ADAM MANIKOWSKI)
  67. ANDRZEJ ZAHORSKI 1923–1992 (MAŁGORZATA KARPIŃSKA)
  68. Historyk wojskowości, varsavianista, pedagog
  69. ANANIASZ ZAJĄCZKOWSKI 1903–1970 (TADEUSZ MAJDA)
  70. JANUSZ ZAKRZEWSKI 1932–2008 (JACEK CIBOROWSKI)
  71. JAN ZAORSKI 1887–1956 (KRZYSZTOF LIPCZYŃSKI)
  72. WITOLD EUGENIUSZ ZAWADOWSKI 1888–1980 (BARBARA WASIEWICZ)
  73. BRONISŁAW ZAWADZKI 1903–1957 (KAROLINA GRZĄDZIEL)
  74. BENEDYKT ZIENTARA 1928–1983 (HALINA MANIKOWSKA)
  75. WŁODZIMIERZ ZONN 1905–1975 (JÓZEF HURWIC)
  76. JULIUSZ STANISŁAW ZWEIBAUM 1887–1959 (KAROLINA GRZĄDZIEL)
  77. ANTONI SZCZEPAN ZYGMUND 1900–1992 (ROMAN DUDA)
  78. STEFAN ŻÓŁKIEWSKI 1911–1991 (HENRYK MARKIEWICZ)
  79. MACIEJ ŻUROWSKI 1915–2003 (HENRYK CHUDAK)
     
  80. AUTORZY ESEJÓW
  81. SPIS ILUSTRACJI
  82. INDEKS NAZWISK

Od Zespołu Rektorskiego

Seria „Monumenta Universitatis Varsoviensis” obejmuje między innymi trzy tomy esejów biograficznych o wybitnych uczonych – profesorach Uniwersytetu Warszawskiego, którzy wyróżnili się osiągnięciami badawczymi oraz odegrali znaczącą rolę w życiu uczelni. Jest to zbiór tekstów o ludziach wyjątkowych, których działalność naukowa, praca dydaktyczna i organizacyjna pozostały w pamięci szeroko pojmowanego środowiska naukowego.

Przy wyborze uczonych do tomów biograficznych brano pod uwagę różne kryteria, w tym: znaczący wkład w naukę, członkostwo w prestiżowych organizacjach polskich i międzynarodowych, obecność biogramów w encyklopediach oraz wcześniejsze publikacje poświęcone życiu i działalności tych osób.

Ostateczna lista nazwisk jest wynikiem długich i szczegółowych dyskusji członków Zespołu Rektorskiego ds. Wydawnictw Jubileuszowych, z udziałem wielu osób spoza tego grona oraz przy uwzględnieniu wniosków wpływających ze wszystkich wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego (także tych, których już nie ma w obecnej strukturze uczelni). Lista obejmuje postacie z całego okresu istnienia Uniwersytetu Warszawskiego, od momentu jego powstania w 1816 roku. Ograniczona jest do osób nieżyjących i zapewne będzie w przyszłości uzupełniana.

Naszym zamierzeniem nie było stworzenie zbioru zwięzłych biogramów typu słownikowego. Chodziło o teksty eseistyczne, pisane często przez bliskich współpracowników danego uczonego, przybliżające czytelnikom jego osobowość, wkład w życie uczelni oraz najważniejsze dokonania intelektualno-naukowe. Przy każdym eseju zamieszczono także standardowy biogram encyklopedyczny.

W związku z tym, że już wcześniej w różnych wydawnictwach publikowano teksty o znakomitych profesorach Uniwersytetu Warszawskiego, a ich autorami nierzadko byli ludzie równie wybitni (jak w przypadku eseju Witolda Doroszewskiego o Janie Baudouinie de Courtenay, Aleksandra Gieysztora – o Marcelim Handelsmanie czy Jerzego Pniewskiego – o Stefanie Pieńkowskim), niektóre z tych tekstów postanowiliśmy przedrukować. Pozostałe szkice przygotowali autorzy wybrani przez nasz Zespół.

Kolejne tomy Portretów uczonych obejmują XIX wiek, okres międzywojenny oraz czasy po II wojnie światowej. W obrębie poszczególnych tomów nazwiska następują w porządku alfabetycznym, nie chronologicznym.

W osobnym tomie znalazły się sylwetki wszystkich rektorów naszej uczelni. Osiągnięcia naukowe wielu innych znaczących postaci zostały omówione również na kartach pozostałych publikacji serii „Monumenta Universitatis Varsoviensis” poświęconych historii Uniwersytetu Warszawskiego oraz dziejom poszczególnych dyscyplin naukowych.

 

Zespół Rektorski
ds. Wydawnictw Jubileuszowych

Przedmowa

Trzeci tom Portretów Uczonych, Profesorów Uniwersytetu Warszawskiego, podzielony na trzy woluminy, poświęcony jest wybitnym postaciom, których najbardziej znacząca działalność naukowa i dydaktyczna przypadła na lata powojenne.

Mowa będzie zatem o osobach, które po zniszczeniach wojennych stopniowo, ale konsekwentnie, odtwarzały Uniwersytet i które przyczyniły się do budowania jego społecznej pozycji oraz naukowej rangi, a w niektórych dziedzinach – nawet świetności, zarówno w okresie Polski Ludowej, jak i po roku 1989. W grupie tej znalazło się 185 przedstawicieli wszystkich dyscyplin, które w okresie powojennym były reprezentowane na Uniwersytecie, choćby tylko przez pewien czas; były to nauki humanistyczne, społeczne, ścisłe, przyrodnicze, ale także medyczne i weterynaryjne.

Przedstawiane tu grono cechuje duże zróżnicowanie. Cezura II wojny światowej, choć oczywista w dziejach narodu i społeczeństwa, nie zawsze okazywała się jednoznaczna i rozstrzygająca w przypadku chronologii losów jednostkowych. Niektórzy bohaterowie prezentowanych tu esejów urodzili się jeszcze w XIX wieku, zdobyli wyższe wykształcenie w czasie lub tuż po I wojnie światowej, rozpoczynali i kontynuowali zawodowe kariery w latach II Rzeczypospolitej, by już po II wojnie odgrywać rolę środowiskowych autorytetów. Niektórzy decydowali się na emigrację – zrywając więzi z Uniwersytetem, ale zarazem odnosząc niekwestionowane naukowe sukcesy i utrzymując kontakty z krajem; byli jednak i tacy, którzy właśnie wtedy, po wojnie, z zagranicy do kraju przyjechali. Skomplikowanie ludzkich losów spowodowało, że decyzja o przypisaniu konkretnej postaci do tomu II lub III musiała mieć charakter arbitralny. Najliczniej na kartach naszego tomu są reprezentowani uczeni, którzy urodzili się pomiędzy wielkimi wojnami, zostali ukształtowani w dwudziestoleciu i z takim zapleczem moralnym oraz intelektualnym funkcjonowali w powojennej rzeczywistości. Pojawiają się tu także osoby, których całe świadome życie, łącznie z intelektualną formacją, upłynęło w czasach PRL-u oraz w okresie po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności.

Podobnie jak w poprzednich tomach, przy wyborze portretowanych kierowaliśmy się wskazaniami uniwersyteckiej społeczności oraz propozycjami, które otrzymaliśmy od władz poszczególnych wydziałów. Trzeba jednak podkreślić, że w stosunku do poprzednich tomów znacznie więcej kłopotów sprawiło nam ustalenie listy osób, których biogramy ostatecznie postanowiliśmy opublikować, gdyż w przypadku okresu powojennego, a tym bardziej ostatnich dziesięcioleci, odczuwamy niekiedy brak czasowego dystansu, który potwierdziłby miejsce konkretnej postaci w naukowym panteonie. Ponadto w czasach tzw. socjalizmu realnego, który przyniósł oczywiste ograniczenia w sferze wolności uniwersyteckich i badań naukowych, do świata akademickiego brutalnie wkroczyła polityka, zacierając częściowo skalę wartości i naruszając środowiskowe hierarchie. Dotyczyło to zwłaszcza dyscyplin humanistycznych i społecznych.

Dlatego formalna przynależność do akademii i stowarzyszeń naukowych (TNW, PAU, PAN) nie mogła być kryterium jedynym ani też jednoznacznie rozstrzygającym. Uwzględniliśmy zatem również opinie współczesnych dotyczące roli środowiskowej poszczególnych postaci. Staraliśmy się także, co nie było łatwe, abstrahować od polityki, ograniczając nasze oceny do sfery badań i szeroko rozumianej dydaktyki. Wybór nie był prosty, wymagał wielu konsultacji i powodował dyskusje w naszym Zespole, gdzie nie zawsze panowała jednomyślność. Mamy świadomość, że niektóre spośród podjętych decyzji mogą zostać uznane za dyskusyjne.

Teksty zamieszczone w prezentowanym tomie mają różny charakter. Część z nich powstała specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa, niektóre są przedrukami wcześniejszych publikacji. Przy ich wyborze kierowaliśmy się chęcią ukazania relacji środowiskowych i oddania głosu osobom (często już nieżyjącym), które piszą o swych nauczycielach i mistrzach. Staraliśmy się honorować autorskie ujęcie tematu, stąd teksty zarówno o charakterze eseistycznym, jak i bardziej naukowe, wzbogacone odnośnikami i przypisami. Są eseje o charakterze wspomnieniowym, jak też przybierające formę rozbudowanego biogramu. Uznaliśmy, że taka różnorodność – ułatwiając lekturę – będzie raczej zaletą niż wadą. Celem naszej publikacji nie jest bowiem tworzenie kompendium informacji o konkretnych osobach, lecz przybliżenie zainteresowanym czytelnikom postaci i osobowości najwybitniejszych przedstawicieli naszego środowiska uniwersyteckiego.

W tekstach stanowiących przedruk dawnych publikacji zachowaliśmy stosowane wówczas formy gramatyczne oraz pisownię, ograniczając interwencje redaktorskie do minimum. Niektóre z tych tekstów przedstawiamy w formie skróconej, choćby po to, by móc oddać głos kilku autorom.

Mamy nadzieję, że kolejny tom Portretów uczonych spotka się z zainteresowaniem czytelników i spełni ich oczekiwania.

 

Waldemar Baraniewski
Wojciech Tygielski
Andrzej Kajetan Wróblewski

Anna Sadurska

Urodzona 1 IX 1924 w Warszawie. Studia na UW, doktorat (1951), habilitacja (1962). Adiunkt w Zakładzie Archeologii Klasycznej, następnie kierownik Katedry (potem Zakładu) Archeologii Śródziemnomorskiej UW. Profesor (1972).

Filolog i archeolog klasyczny. Badania nad sztuką starożytną i jej recepcją w kulturze polskiej. Pracownik Działu Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego w Warszawie (1949–1951). Uczestniczka wykopalisk na Krymie (Mirmekeion), w Egipcie (Tell Atrib) i Syrii (Palmyra).
Członek TNW (1982), Polskiego Towarzystwa Filologicznego, Deutsches Archäologisches Institut, Association Internationale d’Archéologie Classique. Członek, a następnie przewodnicząca i honorowa przewodnicząca Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej PAN.
Redaktor serii „Studia Antiqua” i „Corpus Signorum Imperii Romani”.
Zmarła 3 III 2004 w Warszawie.

W cieniu Panteonu: O sztuce starożytnego Rzymu, Warszawa 1965; Palmyra – narzeczona pustyni: dzieje i sztuka, Warszawa 1968; Sztuka ziemi wydarta: archeologia klasyczna 1949–1970: najnowsze odkrycia i metody badań, Warszawa 1972; Archeologia starożytnego Rzymu, t. I-II, Warszawa 1975–1980.

T. Mikocki, Profesor Anna Sadurska, „Archeologia” 2005, t. LVI.

PIOTR BIELIŃSKI

ANNA SADURSKA

1924–2004

 

Profesor Anna Sadurska, wybitna badaczka starożytności antycznej, była związana z Uniwersytetem Warszawskim przez 40 lat jako wykładowca akademicki. Warszawianka z urodzenia, studia uniwersyteckie mogła podjąć dopiero po zakończeniu wojny i jej pierwszym wyborem była filologia klasyczna. Jednak już podczas studiów zainteresowania Sadurskiej rozszerzyły się na archeologię klasyczną, której nauczał wówczas prof. Kazimierz Michałowski. Chociaż jej związki z filologią klasyczną pozostały na zawsze bardzo żywe, to wraz z upływem czasu w jej życiu naukowym wzrastała rola archeologii, by w końcu stać się jej główną specjalnością.

Bezpośrednio po studiach, w 1949 roku, rozpoczęła pracę w Dziale Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego w Warszawie. Zajmowała się tam, tak jak i wszyscy pracownicy Działu w tych czasach, przede wszystkim dokumentowaniem i inwentaryzacją starożytnych zabytków, które jakoś przetrwały wojnę. Młoda filolożka znalazła się wtedy w gronie zdominowanym przez archeologów, wychowanków prof. Michałowskiego, zainteresowanych podobnie jak ona antykiem. Wśród nich szczególną pozycję zajmowała późniejsza prof. Maria Ludwika Bernhard, wybitna znawczyni greckiego malarstwa wazowego, przez wiele lat zaprzyjaźniona z Sadurską. Z tego okresu pochodzi też wiele innych przyjaźni zawodowych naszej bohaterki. Praca w muzeum przeniosła ją ze świata literatury antycznej w świat antycznej epigrafiki, bo jest rzeczą jasną, że najbardziej w tej pracy interesowały ją zabytki, na których znajdowały się starożytne inskrypcje – przy ich interpretacji jej przygotowanie filologiczne bardzo się przydawało. Najwięcej czasu poświęcała początkowo inskrypcjom łacińskim, jako że zawsze bardziej fascynowała ją cywilizacja i kultura rzymska niż grecka. Dotyczy to zresztą nie tylko filologii, lecz także archeologii. Niektóre z zabytków, z którymi się w owym czasie zetknęła w warszawskim Muzeum Narodowym, głównie epigraficznych, stało się następnie podstawą kilku jej prac naukowych – w tym rozprawy doktorskiej, opublikowanej później w języku francuskim. W roku, w którym ją obroniła na UW, a więc w 1951, odeszła z Muzeum Narodowego, by rozpocząć pracę jako adiunkt w ówczesnym Zakładzie Archeologii Klasycznej UW. Wspomniana placówka parokrotnie zmieniała później nazwę, a czasem i miejsce w strukturze macierzystego Wydziału, by w końcu stać się częścią Instytutu Archeologii UW. Niezależnie od różnego typu zawirowań o charakterze administracyjnym Sadurska była już od tej pory na stałe związana z nauczaniem archeologii klasycznej na naszej uczelni. Tutaj też habilitowała się w 1962 roku, w 1973 została profesorem nadzwyczajnym, a w 1980 – profesorem zwyczajnym. Od razu trzeba też zaznaczyć, że nauczanie szybko ją wciągnęło i od tej pory dydaktyka akademicka w różnych odmianach stała się jedną z jej pasji, podobnie jak i działalność popularyzatorska.

Początek kariery uniwersyteckiej nie pociągnął za sobą zerwania współpracy naukowej młodej dr Sadurskiej z Działem Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego. Nie licząc opublikowanej dysertacji doktorskiej, regularnie ukazywały się jej publikacje poświęcone zabytkom epigrafiki greckiej i rzymskiej ze zbiorów MN. Naturalnym jednak skutkiem podjęcia pracy w placówce archeologicznej było zwiększające się zaangażowanie w studia nad archeologią klasyczną. Jako archeolog była przedstawicielem tradycyjnej wizji archeologii klasycznej, a więc szkoły skupiającej się na studiach nad sztuką grecko-rzymską. W konkretnym przypadku naszej bohaterki, chodziło, jak już wspominałem, o sztukę rzymską, a dokładniej o rzeźbę i malarstwo rzymskie, mozaiki, a nawet gemmo-gliptykę, a w o wiele mniejszym stopniu o rzymską architekturę. W swoich badaniach traktowała tradycyjne studia nad kwestiami stylu w sztuce antycznej bardziej jako narzędzie do poznania gustów estetycznych epoki niż jako cel sam w sobie. W tak nakreślonych ramach Sadurska koncentrowała się początkowo na przykładach rzymskiej sztuki sepulkralnej, z którymi miała do czynienia w Muzeum Narodowym w Warszawie. W badaniach tych pociągał ją także ich aspekt epigraficzny. Należy dodać, że problematyka sztuki sepulkralnej czasów imperium rzymskiego interesowała uczoną także na późniejszych etapach jej kariery naukowej. Śledząc uważnie kolejne etapy rozwoju naukowego prof. Sadurskiej, można zauważyć, jak z pierwotnych zainteresowań badawczych pączkują następne, z których później „wyrastają” jeszcze inne. Jednocześnie jednak widać w całym obszarze pasji badawczych bohaterki tego szkicu biograficznego pewną zasadniczą spójność zainteresowań i częste powroty do wątków już wcześniej będących przedmiotem studiów. Po sztuce sepulkralnej w kręgu zainteresowań Sadurskiej pojawia się ikonografia sztuki rzymskiej. Na gruncie tych zainteresowań powstała jej praca habilitacyjna i znów punktem wyjścia były zbiory starożytne Muzeum Narodowego, w których znalazła się jedna z tak zwanych tabliczek iliackich, od dawna uważana za zaginioną. Ta książka Sadurskiej do dziś jest cytowana, a za nią pojawiła się później seria artykułów, poświęconych funkcji propagandowej rzymskiej sztuki oficjalnej doby Wczesnego Cesarstwa. Dokładniej badaczce chodziło o rolę, jaką odgrywała sztuka w propagandzie dynastii julijsko-klaudyjskiej i dynastii Flawiuszy. Jakby w konsekwencji tych prac pojawił się w działalności naukowej Sadurskiej kolejny wątek badawczy w postaci studiów nad rzymską rzeźbą portretową. W tym przypadku splotły się wyniki jej studiów nad różnymi formami portretowania członków rodzin cesarskich z pragnieniem publikowania zabytków sztuki antycznej, znajdujących się w polskich zbiorach muzealnych, które wyniosła ze współpracy z Muzeum Narodowym. Rezultatem tych prac był tom zawierający publikację portretów rzymskich z polskich kolekcji wydany w ramach prestiżowej serii Corpus Signorum Imperii Romani (1972), który należy uważać za jedno z ważniejszych osiągnięć Sadurskiej. Dzieło to nie mogłoby powstać, gdyby nie było poprzedzone badaniami nad stanem i zawartością polskich kolekcji sztuki antycznej tak mocno przetrzebionych przez wojnę. Z tego narodziło się jeszcze jedno pole aktywności badawczej, a mianowicie studia nad dziejami polskiego antykwarstwa i zbieractwa antyków na ziemiach polskich. Nurt ten wydawał się Sadurskiej wyjątkowo ważny nie tylko ze względów naukowych, lecz także społecznych, gdyż ukazywał, jak ważną rolę odgrywała antykomania w polskiej kulturze XVIII wieku i kształtowaniu ówczesnych gustów estetycznych. Do studiów nad rzymskim portretem w polskich zbiorach powróciła zresztą później, jeszcze raz wydając wraz z gronem współpracowników (w 20 lat po pierwszym) dwuczęściowy drugi polski tom Corpus Signorum Imperii Romani.

Zakres zainteresowań badawczych prof. Sadurskiej niejako z natury rzeczy czynił z niej, jak to jest określane w środowiskowym żargonie archeologów, archeologa „gabinetowego”. Termin ten oznacza badacza, który większość swych badań prowadzi, wykorzystując zabytki znajdujące się już od dawna w różnego rodzaju zbiorach czy kolekcjach. Oczekują one na naukowe opracowanie bądź też – w przypadku relatywnie dobrze znanych – wymagają przewartościowania ich dotychczasowych interpretacji. „Gabinetowiec” swe badania najczęściej prowadzi w muzealnych magazynach i bibliotekach, a nie w terenie. Przeciwstawieniem „gabinetowca” ma być archeolog „polowiec”, zajmujący się przede wszystkim badaniami terenowymi, najczęściej wykopaliskowymi i opracowujący przede wszystkim wyniki tych badań. Granica między tymi „specjalnościami” dziś nie jest już tak ostra jak w przeszłości, choć nadal rozróżnienie to do pewnego stopnia funkcjonuje. W przypadku Sadurskiej do jej strony „gabinetowej” należy jednak dopisać także kilka kart czysto „polowych”, które wywarły znaczący wpływ na jej naukowy życiorys. Zacząć trzeba od tego, że bardzo pociągały ją ruiny antycznych miast i znajdowane w nich zabytki, ale trzeba też stwierdzić, że techniki wykopaliskowe i inne elementy warsztatu polowego niespecjalnie ją pasjonowały. Jej pierwszy kontakt z archeologią polową zbiegł się w czasie z rozpoczęciem pierwszych po wojnie prac wykopaliskowych polskich archeologów śródziemnomorskich pod kierunkiem prof. Michałowskiego. Było to w 1956 roku. Obiekt badań stanowiła jedna z dzielnic antycznego miasta Mirmekeion na Krymie, założonego przez kolonistów z Miletu. Sadurska była członkiem tej misji jako archeolog-epigrafik i to właśnie w roli epigrafika jej wkład w prace misji okazał się najistotniejszy. Zajęła się bowiem nową w polskiej tradycji naukowej gałęzią epigrafiki antycznej, a mianowicie epigrafiką ceramiczną, co w tym konkretnym przypadku oznaczało odciskane stemplami inskrypcje na amforach i dachówkach. Pochodzący z wykopalisk w Mirmekeion zespół tego rodzaju zabytków został przez nią opublikowany, co dało początek rozwojowi tego typu studiów w Polsce na podstawie materiałów z kolejnych polskich wykopalisk w basenie Morza Śródziemnego. Następnym przystankiem na wykopaliskowej drodze Sadurskiej były polskie badania w Tell Atrib, w Egipcie, w samym końcu lat 50., gdzie znów jako archeolog-epigrafik wzięła udział w dwóch kolejnych sezonach badawczych. Egiptu jednak specjalnie nie polubiła, a prawdziwą „archeologiczną” miłością jej życia okazała się dopiero syryjska Palmyra. Była członkiem kierowanej przez prof. Michałowskiego pierwszej polskiej misji wykopaliskowej w Palmyrze w 1959 roku, a potem wracała tam jeszcze pięciokrotnie, ostatnie trzy razy już jako kierownik polskiej misji archeologicznej. Zauroczenie Palmyrą, pomijając już czar samego miejsca, brało się w znacznym stopniu z faktu, że w ruinach miasta Sadurska znalazła to, czego naprawdę szukała w archeologii. Choć nie było ono w 100 procentach grecko-rzymskie, wpływ „klasycznego” antyku na lokalną tradycję orientalną był tu bardzo mocny. W mieście znajdowała się i architektura sakralna, i grobowce, inskrypcje i rzeźby, mozaiki i dekorowane lampki, czyli raj dla archeologa klasycznego. Pochodzące głównie z grobów liczne przykłady rzeźby palmyreńskiej od razu przykuły jej uwagę i stały się później przedmiotem głębszych studiów. Ich owocem, oprócz kilku artykułów, była też napisana wspólnie z wybitnym syryjskim archeologiem, dr. Adnanem Bounni, praca: Les sculptures funéraires de Palmyre, za którą w 1994 roku została uhonorowana w Wenecji zaszczytną nagrodą międzynarodową Premio europeo di archeologia. Swego rodzaju uwieńczeniem kariery „polowej” prof. Sadurskiej były kierowane przez nią wykopaliska w grobowcu rodzinnym palmyreńskiego dostojnika Alaine, które doprowadziły do odkrycia ważnego zespołu rzeźb grobowych. Publikacja wyników tych badań jest niewątpliwie jednym z najważniejszych osiągnięć naukowych w dorobku Sadurskiej. Ubocznym efektem i zarazem miarą jej palmyreńskich fascynacji była napisana przez nią popularnonaukowa książka Palmyra – narzeczona pustyni (1968). Publikacja miała licznych czytelników i przez wiele lat była też podstawową lekturą wstępną młodych ludzi zainteresowanych grecko-rzymskim Bliskim Wschodem. Trzeba też dodać, że jedną z konsekwencji badań Sadurskiej nad rzeźbą palmyreńską stało się opracowanie przez nią rzeźb rzymskich odkrytych przez polskich archeologów w czasie wykopalisk w obozie legionowym w Novae w dzisiejszej Bułgarii. Jak widać, wszystkie aspekty działalności naukowej badaczki ściśle się ze sobą przeplatały, tworząc dość spójną konstrukcję, w której nowe pola zainteresowań nie wypierały starych, a tylko je wzbogacały.

Wyniki swoich badań Sadurska publikowała regularnie, a teksty, które uważała za szczególnie ważne, od razu w językach obcych i często w uznanych międzynarodowych periodykach archeologicznych. Brała też udział w licznych kongresach. Sprawiało to, że zarówno w polskim, jak i międzynarodowym środowisku badaczy antyku miała uznaną wysoką pozycję. Dowodem na to było członkostwo tak poważnych organizacji naukowych jak Deutsches Archäologisches Institut czy Association Internationale d’Archéologie Classique. Profesor Sadurska cieszyła się wielkim autorytetem także w środowisku starożytników w kraju. Była członkiem Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej PAN od chwili jego powołania, później została jego Przewodniczącym, a wreszcie – Honorowym Przewodniczącym. Pozostawała aktywnym członkiem Polskiego Towarzystwa Filologicznego i członkiem wielu komitetów redakcyjnych czasopism naukowych. Umiała zręcznie, z delikatnością i poczuciem humoru rozstrzygać i łagodzić środowiskowe spory. Zachowując konsekwencję, starała się, by przy tym zbytnio nie ranić podrażnionych ambicji oponentów, choć od czasu do czasu zdarzały się jej gafy w relacjach z uczonymi starszego pokolenia. W jej życiu uniwersyteckim bardzo ważny był dzień, w którym, po przejściu na emeryturę prof. Michałowskiego, zostało jej powierzone kierownictwo Katedry Archeologii Śródziemnomorskiej UW, a więc wychowanie następnych pokoleń archeologów śródziemnomorskich. Starała się zawsze walczyć o autonomię tej specjalności na Uniwersytecie i broniła jej interesów jak tylko umiała, zabiegając jednocześnie o utrzymanie jedności środowiska, co wcale nie było łatwym zadaniem. Gdy w połowie lat 70. powstał Instytut Archeologii, była w nim, aż do emerytury, Kierownikiem Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej.

Wspominałem już o roli, jaką w życiu Sadurskiej odgrywała dydaktyka akademicka i popularyzacja nauki. Można by powiedzieć, że tę drugą uważała za przedłużenie tej pierwszej. Była to popularyzacja prowadzona na różnych poziomach i w wielu kierunkach, ale mająca jeden cel – przybliżanie wiedzy o antyku, a zarazem swoistą obronę wartości i znaczenia znajomości cywilizacji antycznej we współczesnym świecie. W tym ostatnim przypadku chodziło jej m.in. o obronę utrzymania nauczania łaciny w liceach i na uniwersyteckich studiach humanistycznych. W jej aktywności mieściły się zarówno artykuły w popularnonaukowych czasopismach, przybliżające nauczycielom i uczniom szkół średnich najnowsze, niekoniecznie tylko polskie, odkrycia naukowe z dziedziny badań nad antykiem, jak i skierowane do szerszej publiczności artykuły prasowe czy audycje radiowe. W czasach, gdy dostęp do informacji o wydarzeniach naukowych za granicą był ograniczony, starała się, choćby przez sprawozdania z kongresów międzynarodowych, w których brała udział, wprowadzać te informacje do szerszego obiegu w kraju. Najważniejsze z tego punktu widzenia były jednak trzy książki adresowane do bardziej wyrobionego na tym polu kręgu czytelniczego – z pewnym naciskiem na czytelnika młodszego. Wszystkie trzy (o jednej z nich już wcześniej wspominałem) dotyczyły archeologii klasycznej. Zarówno W cieniu Panteonu, jak i Sztuka ziemi wydarta były świetnymi lekturami, z których korzystali niekiedy także studenci. Najwyższy szczebel tej „drabiny” dydaktyczno-popularyzatorskiej skonstruowanej przez Sadurską reprezentuje napisany przez nią dwutomowy podręcznik akademicki Archeologia starożytnego Rzymu, będący pierwszą tego rodzaju publikacją w polskim piśmiennictwie naukowym. Przez podręczniki wkraczamy w kolejną sferę akademickiej aktywności Sadurskiej, czyli do szczególnie lubianej przez nią dydaktyki. Była bardzo dobrym wykładowcą, konstruującym logicznie swe wykłady, z dużym talentem do prezentowania ujęć syntetycznych. Śledząc uważnie literaturę naukową, starała się, by w jej kursowych wykładach zawsze znalazło się miejsce dla najnowszych odkryć czy ustaleń. Sprawiało to, że prowadzone przez nią zajęcia cieszyły się zawsze dobrą opinią u studentów. Tym spośród nich, którzy wybrali jako swą specjalność archeologię klasyczną, poświęcała bardzo dużo czasu, udostępniając swe prywatne zbiory biblioteczne, ułatwiając kontakty z badaczami zagranicznymi i dostęp do zagranicznych bibliotek, co przy mizerii krajowych zasobów bibliotecznych w tej dziedzinie było bardzo ważne. Wychowała ponad 100 magistrów. Z gronem swych uczniów starała się utrzymywać kontakt nawet po uzyskaniu przez nich dyplomów, zapraszając do stałego udziału w seminariach magisterskich i doktoranckich czy studiach podyplomowych. Było w tym widać dążenie do utrzymania międzypokoleniowych więzów środowiskowych i zachętę do stałego poszerzania granic wiedzy młodszych kolegów. Wciągała ich do udziału w jej własnych projektach badawczych i współautorstwa różnych tekstów. Z grona tego wywodzi się wielu wypromowanych przez nią doktorów, z których trójka uzyskała później tytuły profesorskie. Jej zainteresowanie uczniami nie ograniczało się tylko do kwestii czysto zawodowych, służyła radą i pomocą także w wypadku różnych problemów życiowych. Lubiła wiedzieć, co się u każdego z nich dzieje, popadając czasami nawet w nadopiekuńczość. Trzeba dodać, że prof. Sadurska prowadziła na naszej uczelni wykłady i seminaria nie tylko dla archeologów, lecz także dla historyków sztuki i filologów klasycznych. Jej działalność dydaktyczna nie ograniczała się zresztą tylko do Uniwersytetu, lecz obejmowała także Akademię Teologii Katolickiej (dzisiejszy Uniwersytet im. kardynała S. Wyszyńskiego) i Uniwersytet Łódzki. Na wykłady była zapraszana przez prawie wszystkie polskie uczelnie, na których w tej czy innej formie studenci mieli kontakt z kulturą antyczną, a także przez wiele uczelni zagranicznych.

Była osobą pogodną i życzliwie nastawioną do świata, co symbolizował jej słynny uśmiech, za którym skrywała niekiedy momenty zaambarasowania. Miała przy tym duży dystans do siebie samej i swojej działalności naukowej, a jeśli czasami instynkt na tym polu ją zawiódł, to uwagi przyjaciół (nawet złośliwe) przyjmowała z pogodą. Kiedyś co prawda poniosły ją nerwy, gdy jeden z tygodników dla kobiet, który – jako przykładowi kobiety archeologa – poświęcił jej dłuższy, okraszony zdjęciami artykuł, nadał mu tytuł: Kobieta, która kopie. Sadurska, co nieczęste w świecie akademickim, umiała świetnie godzić swe obowiązki rodzinne z pracą naukową i lubianym przez nią życiem towarzyskim. Rodzina zawsze odgrywała w jej życiu bardzo ważną rolę i niekiedy była nawet włączana w jej życie naukowe, uczestnicząc w pracach misji wykopaliskowych. Szczególnie dumna była z syna, dziś znanego profesora prawa, którego różne sukcesy stanowiły żelazny punkt środowiskowych spotkań towarzyskich. Oprócz męża, znanego prawnika, i dwojga dzieci, za ważnego członka rodziny był uważany także każdy kolejny pies.

Jako student, a później współpracownik w Katedrze Archeologii Śródziemnomorskiej UW, miałem okazję stykać się z prof. Sadurską przez wiele lat. Nasze kontakty były dość nietypowe, gdyż mając odmienne zainteresowania i podejście do archeologii, nie pasowałem do jej wizji archeologii śródziemnomorskiej, a właściwie powinienem napisać – archeologii klasycznej. Moje zainteresowania traktowała z pewną pobłażliwością, jako dziecięcą chorobę, z której kiedyś powinienem wyrosnąć, aż ostatecznie się z nimi pogodziła. Chociaż nigdy nie zostałem uczniem prof. Sadurskiej, w różnych trudnych momentach zawsze mogłem liczyć na jej życzliwość i radę. Potrafiła wtedy znaleźć właściwe, dobre, szczere słowa. Gdy wspominam początki mojej pracy na uczelni, nie mogłem nawet podejrzewać, że pod koniec jej życia nasze stosunki staną się tak bliskie, ciepłe i serdeczne.

Jan Samsonowicz

Urodzony 14 IX 1888 w Klimkiewiczowie (obecnie Ostrowiec Świętokrzyski). Studia (do 1914) na Uniwersytecie w Sankt Petersburgu. Asystent w Zakładzie Geologii i Paleontologii UW (1916–1919) oraz wykładowca i profesor Wolnej Wszechnicy Polskiej (1918–1925). Pracownik Państwowego Instytutu Geologicznego (1919–1935). Habilitacja z geologii i paleontologii na UW (1926). Profesor i kierownik Zakładu Paleontologii UJK we Lwowie (1935). Podczas okupacji uczestnik tajnego nauczania. Od 1945 profesor UW (1945). Pierwszy redaktor „Acta Geologia Polonica” (od 1950).

Geolog, stratygraf i paleontolog, prowadził badania regionalne, zajmował się także kartografią geologiczną, poszukiwaniem surowców mineralnych i hydrogeologią. Odkrywca m.in. rud żelaza w Rudkach, fosforytów w Rachowie i węgla kamiennego na Wołyniu.
Członek Lwowskiego Towarzystwa Naukowego, TNW (1936), PAU (1939), PAN (1952, 1956).
Zmarł 3 XI 1959 w Warszawie.

Cechsztyn, trias i lias na północnym zboczu Łysogór, Warszawa 1929; Objaśnienie arkusza opatów ogólnej mapy geologicznej Polski w skali 1 : 100 000, Warszawa 1934; Dewon Wołynia 1950; Cambrian paleogeography and the base of the Cambrian System in Poland, Mexico 1956.

W. R. Brociek, Prof Jan Samsonowicz. Życie i działalność 1888–1959, Muzeum Historyczno-Archeologiczne w Ostrowcu Świętokrzyskim 2008.

MICHAŁ SZULCZEWSKI

JAN SAMSONOWICZ

1888–1959

 

Profesora Jana Samsonowicza właściwie nie znałem, słuchałem tylko jego wykładów z „geologii historycznej”, ale egzaminu u niego już nie zdawaliśmy; egzaminowali nas adiunkci, byłem bowiem na ostatnim roku studiów geologicznych, dla którego profesor wykładał. Był drobny, siwiuteńki, wydawał się kruchy i mówił cicho, wspomagając się mikrofonem. To był ostatni rok jego życia – miał 71 lat.

Urodził się 14 września 1888 roku w Klimkiewiczowie, osadzie fabrycznej przy Ostrowcu Świętokrzyskim. Los mu z początku nie sprzyjał. Matkę Antoninę stracił, gdy miał dwa i pół roku, przypuszczalnie podczas narodzin drugiego dziecka. Ojciec, Tomasz Adam, był rewidentem wagonów kolejowych i musiał przenosić się z miejsca na miejsce wraz z nim i nową rodziną. Na dęblińskim przystanku tej peregrynacji Jan skończył w 1899 roku dwuletnią szkołę elementarną (mieściła się w obrębie twierdzy), ale do gimnazjum mógł pójść dopiero, gdy ojca w 1900 roku przeniesiono do Kielc.

Wstąpił tam w 1901 roku do gimnazjum państwowego, lecz pierwszeństwo spraw narodowych zakłóciło szkolną naukę. Destabilizacja polityczna w Rosji wzmogła w Królestwie Polskim nadzieje wolnościowe i nastroje rewolucyjne, a wśród zgodnych i powszechnych żądań znalazło się spolszczenie szkolnictwa państwowego. W 1905 roku rozpoczął się bojkot szkoły rosyjskiej i Jan z polskimi kolegami strajkował także w swoim w gimnazjum.

Skończyło się to dla nich nadspodziewanie pomyślnie. Gdy bowiem w czerwcu 1905 roku w szkołach Królestwa Polskiego nieposiadających praw rządowych zakładów naukowych wprowadzono możliwość prowadzenia wykładów w języku polskim, istniejąca w Kielcach od dwóch lat Szkoła Handlowa Miejska, która takowe posiadała, wraz z wszystkimi szkołami handlowymi w Królestwie wystąpiła o zmianę na szkołę tych praw pozbawioną, ale za to z polskim językiem wykładowym. Z mocnym wsparciem społecznym zgodę na to uzyskano i w tak zreformowanej szkole kieleckiej rozpoczął się rok szkolny 1905/1906.

Polscy uczniowie gremialnie opuścili wobec tego gimnazjum rosyjskie i wielu z nich przeniosło się do Szkoły Handlowej, która dla rówieśników Samsonowicza utworzyła najwyższą na razie klasę IV. Uczono tam wprawdzie według programu realnego z handlowym kierunkiem zawodowym w klasach wyższych, ale nadrabiano to ambitnymi programami przedmiotów ogólnych i pracą uczniów w kołach samokształcenia. Samsonowicz żywo uczestniczył w kole przyrodniczym, brał udział w jego wycieczkach i wygłaszał referaty. Program przyrody w najwyższych klasach obejmował „systematyczny wykład mineralogii, petrografii i geologii z paleontologią”, a położenie miasta pośród Gór Świętokrzyskich kierowało zainteresowania ku odsłaniającym się wokół skałom i zawartym w nich skamieniałościom. Przystał więc do uczniowskiej grupki kolekcjonerów, a najbliższego przyjaciela i kompana do wspólnych wypraw i poszukiwań znalazł w Janie Czarnockim, koledze od czasów gimnazjalnych. W Szkole Handlowej byli wprawdzie tylko rok w jednej klasie, a trzy lata razem w tej szkole, bo potem Czarnocki tę klasę repetował i w 1908 roku szkołę opuścił. Nie przerwało to jednak ich przyjaźni i nie osłabiło wspólnej pasji. Wędrowali po całych Górach Świętokrzyskich, pieszo aż po Góry Pieprzowe i Sandomierz. Wyróżniało ich spośród uczniów, że nie poprzestawali na referatach czerpiących informacje z lektury, lecz pisali też rozprawy oparte na własnoręcznie zebranym materiale. Po tym, co referowali w kółku, można sądzić, że Samsonowicza bardziej pociągała wówczas archeologia, podczas gdy Czarnocki zawsze pochłonięty był przed wszystkim geologią.

Plonem licznych wycieczek z półtorarocznego okresu była wspólnie napisana obszerna rozprawa Powiat Kielecki pod względem archeologicznym (z Samsonowiczem jako pierwszym autorem), przedstawiająca charakterystykę zebranych narzędzi kamiennych i ceramiki (samych skrobaczy ok. 400 i naczyń tyle samo!), zaś Czarnocki samodzielnie napisał rozprawę paleontologiczną. Obie wyszły drukiem w „Pamiętniku” maturzystów z 1909 roku. Były to jeszcze próby amatorskie, skupione na opisie materiału i z braku odpowiedniej literatury wstrzemięźliwe w jego szczegółowej identyfikacji i wnioskach. Świadczyły one wszakże, że zainteresowania obu młodzieńców wyraźnie się już krystalizowały, a przyszłość pokazała, że istotnie wyznaczyły one kierunek dróg życiowych, które wysoko miały ich zaprowadzić.

Do matury (a zdawano także buchalterię) dotarła klasa Samsonowicza w 1909 roku, jako pierwsza w krótkiej historii szkoły. Na pożegnanie z uczelnią odbył się w Teatrze Ludwika literacko-muzyczny wieczór maturzystów ku uczczeniu Młodej Polski, a „salę wypełniła po brzegi najwytworniejsza publiczność kielecka”1. Chwalił ich potem sam maestro Henryk Opieński w warszawskiej „Nowej Gazecie”, że stanowili wyjątkową bez wątpienia klasę, a wyróżniał ich poziom intelektualny i kulturalny, kilka talentów artystycznych, zaś „wstrząśnienia społeczne lat ostatnich pogłębiły tę młodzież i wpłynęły bardzo dodatnio na jej wyrobienie”2.

Abiturienci – zwłaszcza jak na szkołę handlową niepospolici – nie zadowolili się uzyskanym w niej wykształceniem. Wszyscy zamierzali studiować, a że większość pochodziła z ziemiańskich i inteligenckich rodzin – dosyć zamożnych, aby stać je było na wysłanie synów za granicę – wybierali się przeważnie na uczelnie zachodnie, najliczniej do Antwerpii, Nancy i Genewy. Pojedynczy tylko młodzieńcy zdecydowali się na Wszechnicę Jagiellońską, ale Uniwersytetu Warszawskiego w tych niepewnych czasach nikt nie brał pod uwagę. W podobnych okolicznościach dwa lata wcześniej ukończył Szkołę Handlową we Włocławku i wyjechał na studia do Paryża Roman Kozłowski, także późniejszy profesor UW.

Samsonowicz postanowił zaś studiować w Sankt Petersburgu. Był niezamożny, a studiowanie w Rosji kosztowało mniej niż na zachodnich uniwersytetach, ale gdyby nie wsparcie dziadka Konarzewskiego, to i na te studia stać by go nie było. Zresztą nawet z pomocą dziadka starczało mu czasem ledwie na jeden posiłek dziennie i wówczas – jak później wspominał – kontentował się zwykle kaszą gryczaną. Polski egzamin dojrzałości ze Szkoły Handlowej nie uprawniał do podjęcia studiów uniwersyteckich, więc najpierw rok spędził, przygotowując się do matury państwowej w zakresie gimnazjum humanistycznego, ale zdał ją jako ekstern wiosną 1910 roku, już w Petersburgu.

Jesienią mógł zatem wstąpić na petersburski uniwersytet. Wybrał sekcję geologiczną na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym i studiował u profesorów Franciszka Lewinssona-Lessinga i Aleksego Borysiaka. Pierwszy rok studiów znów przerwały mu rozruchy polityczne, tzw. tołstojowskie, w które nie omieszkał się zaangażować. W następnym roku potrafił jednak odrobić zapóźnienia, choć czas dzielił między studia i dorabianie. Udzielał korepetycji, a w dwóch ostatnich latach wykonywał pomocnicze prace geologiczne dla firm i w Komitecie Geologicznym. Dzięki temu trafiła mu się w 1912 roku nadzwyczaj atrakcyjna dla początkującego geologa sposobność wzięcia udziału w charakterze kolektora w ekspedycji na Syberię, w dolinę Jeniseju.

Pojawiał się jednak w tym okresie także w Górach Świętokrzyskich, dalej penetrował je z Czarnockim i z lat 1911–1915 pochodzą ich najwcześniejsze z dojrzałych już wspólnych publikacji geologicznych. Wspomogło ich nawiązanie znajomości z Dymitrem Sobolewem z warszawskiego Instytutu Politechnicznego, który był wówczas najwyższym autorytetem w geologii tego rejonu, a do dwóch zapaleńców odnosił się bardzo życzliwie. Pod jego okiem opracowali skamieniałości do swej pierwszej prawdziwie naukowej publikacji – o górnym dewonie z Miedzianki z 1911 roku, a gdy potem skupili się na cechsztynie – użyczył im nawet zebranych przez siebie skamieniałości i korespondował z nimi w sprawie ich poglądów.

W Petersburgu Samsonowicz poznał natomiast Henrykę, córkę pracującego tu wcześniej metalurga, Henryka Bogowida Korwin-Krukowskiego, w dalszej przyszłości profesora i nawet rektora krakowskiej Akademii Górniczej. Dziewczyna była zdolna i przedsiębiorcza, gdyż studiowała geografię na tym, co i on, wydziale, a kobiety na uniwersytecie były jeszcze wtedy rzadkością. Sentyment utrwalił się małżeństwem, ale dopiero 18 VII 1919 roku, po ich powrocie do Polski, gdy Jan mocniej stanął na nogach. Studiował Samsonowicz w Sankt Petersburgu wszystkiego cztery lata. Na wiosnę 1914 roku złożył państwowe egzaminy ustne, wymaganą rozprawę napisał o geologii Gór Świętokrzyskich i ostatniego dnia tego roku odebrał dyplom I stopnia, odpowiadający kandydatowi nauk.

Od kilku miesięcy toczyła się już wtedy wojna światowa, więc nie zwlekając, w styczniu 1915 roku, wrócił na stałe do Polski. Zatrzymał się w rosyjskiej jeszcze Warszawie, gdzie wkrótce dołączył do niego żonaty już wtedy Czarnocki. Dotarł on tu z małżonką z Kielc zajętych już przez Austriaków, po trzydniowej podróży dorożką, wynajętą na koszt Konarzewskiego, zacnego dziadka Samsonowicza, a przez granicę przeszwarcowawszy się z papierami podbitymi po znajomości przez jakiegoś austriackiego oficera.

Samsonowicza – jako jedynaka, od pójścia w sołdaty uchronił tzw. „niebieski bilet”, więc póki co żył z lekcji udzielanych w Towarzystwie Kursów Naukowych, którego wykładowcy szykowali się już do rychłego obsadzenia polskiej uczelni. Latem Warszawę zajęli Niemcy, a w połowie listopada następnego roku, jeszcze pod ich okupacją, reaktywowano Uniwersytet Warszawski z polską kadrą i z polskim językiem wykładowym. Najpierw wykłady, a potem Zakład Geologii i Paleontologii objął znany im z TKN dr Jan Lewiński, a ten z otwartymi rękami przyjął ich na asystentury. Tacy jak oni, bezdomni w Warszawie prowincjusze, zamieszkiwali tymczasem na terenie Uniwersytetu, a że większość młodych pracowników była kawalerami, więc kwitło tam też bujne życie towarzyskie, środek ciężkości mające w małżeńskim gospodarstwie Czarnockich.

Kursy naukowe przekształciły się w 1918 roku w prywatną szkołę wyższą – Wolną Wszechnicę Polską i w niej również Samsonowicz znalazł zatrudnienie aż do 1925 roku, w ostatnim okresie jako profesor ad personam. Samsonowicz i Czarnocki nie zamierzali jednak poprzestać na zajęciach akademickich. Tymczasem Dymitr Sobolew, rad nie rad, opuścił Polskę, zdany na niepewną przyszłość, a wraz z jego wyjazdem otworzyła się przed nimi możliwość przejęcia prymatu w badaniach geologicznych w Górach Świętokrzyskich. Uniwersytet nie miał wprawdzie z czego łożyć na prace terenowe, ale z pomocą przyszła Kasa im. Mianowskiego, która wspomogła ich w rozpoczęciu systematycznych badań.

Zabrali się ochoczo do pracy, ale wtedy nadszedł kres ich wspólnych badań. Po 1915 roku pracowali już osobno, tak podzieliwszy się Górami Świętokrzyskimi, że Czarnockiemu przypadła ich część zachodnia z Kielcami (z paleozoikiem bogatszym w problematykę), a Samsonowiczowi reszta, na wschód od Łagowicy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Czarnocki i Samsonowicz razem nie napisali już później ani jednej pracy, choć często zajmowali się pokrewnymi zagadnieniami. Wiadomo zresztą, że oddalili się od siebie nie tylko w pracy naukowej. Zawartej umowy – póki żył Czarnocki – obaj przestrzegali, ale i tak mieli sytuację luksusową, zważywszy, ilu teraz geologów depcze sobie w Górach Świętokrzyskich po piętach. W karierze akademickiej ze sobą nie konkurowali, bo Czarnocki nie zadbał o doprowadzenie studiów uniwersyteckich do końca, mimo ponagleń profesora Siemiradzkiego ze Lwowa.

Na Uniwersytecie obaj Janowie pozostali jednak tylko cztery lata. Już w 1919 roku pośród instytucji mających służyć podstawowym potrzebom niepodległej Polski powołano Państwowy Instytut Geologiczny (PIG), przed którym postawiono zadanie rozpoznania budowy geologicznej Polski, jej zasobów mineralnych i wód podziemnych. Do wypełnienia tej roli PIG potrzebował odpowiednio przygotowanych geologów, więc obu ich chętnie do niego przyjęto. Umożliwiało im to kontynuację rozpoczętych badań, a także polepszało warunki materialne, chociaż przed wzniesieniem budynku przy ul. Wiśniowej zarówno biura PIG, jak i pracowników z rodzinami wciśnięto do Pałacu Staszica, gdzie mieściły się rozmaite instytucje naukowe.

Samsonowicz przeniósł się z uniwersytetu do PIG 1 IV 1919 roku, ale pracę rychło przerwała mu wojna bolszewicka, bo na tę wojnę zgłosił się w lipcu 1920 roku ochotniczo. Szeregowy Samsonowicz na pola bitewne jednak nie dotarł. Podczas szkolenia zachorował na tyfus, a po wyleczeniu i rekonwalescencji wrócił do pracy w instytucie i pracował tam przez najbardziej owocne naukowo lata swego życia, do połowy lat 30. Zaczął od stanowiska geologa, a doszedł do pozycji naczelnika Wydziału Kartograficzno-Wydawniczego i redaktora serii wydawniczych PIG „Posiedzenia Naukowe”, „Sprawozdania” i „Prace”.

Zasadniczym jego zadaniem stało się teraz sporządzanie map geologicznych i ekspertyz. Póki pogoda pozwalała, większość czasu spędzał w terenie. Wędrował zwykle pieszo, czasem na dłużej wynajmował konia z bryczką – bywało, że przy dobrej pogodzie sypiał nawet pod nią, a mieszkał, gdzie się dało, najczęściej po chałupach. Kartowanie było zajęciem żmudnym, ale przymuszało do systematycznych obserwacji na całym obszarze oraz do równomiernego zajęcia się wszelką problematyką znajdującą wyraz kartograficzny. Trzon paleozoiczny Gór Świętokrzyskich pozostał na zawsze przedmiotem jego studiów, ale już od epizodu pracy w zakładzie Lewińskiego nie był jedynym, a z czasem usunął się nawet na plan dalszy. Obszar kartowanych przez Samsonowicza arkuszy (Opatów, Sandomierz) skupiał się wprawdzie wokół niego, ale sięgał także w jego szerokie obrzeżenie mezozoiczne. Nabył przez to kompetencji bardzo szerokich, pod względem stratygraficznym obejmujących całość fanerozoiku, od kambru po czwartorzęd.

Wiedza stratygraficzna – stanowiąca wstępny poziom poznania regionalnej budowy geologicznej – była tu zapóźniona i daleka od kompletności, ucierały się też dopiero standardowe podziały stratygraficzne, toteż ustalanie charakterystyki i następstwa wiekowego jednostek skalnych stało się podstawowym przedmiotem jego badań.

Ważne odkrycia przyszły już w okresie zatrudnienia na uniwersytecie. W 1918 roku Samsonowicz znalazł dowody paleontologiczne, że sukcesja stratygraficzna rozpoczyna się w Górach Świętokrzyskich kambrem dolnym, a nie środkowym (jak do tej pory sądzono), zaś kambr środkowy ma pełniejszy zakres stratygraficzny, niż było wiadomo. Komunikat o tym i dwa obszerne artykuły o paleozoiku świętokrzyskim zamieścił w latach 1916–1918 w wydawnictwach TNW. Gdy pracował już w PIG, rozróżnił także trzy niższe piętra ordowiku, wszystkie piętra nazywanego wtedy gotlandem syluru (jedne i drugie podniesione w przyszłości do rangi oddziałów), a nawet wiele poziomów graptolitowych z ich angielskiego wzorca.

Dopełnienie znajomości sukcesji stratygraficznej paleozoiku i zwiększona rozdzielczość jej podziału umożliwiły mu przedstawienie syntetycznych wniosków wykraczających daleko poza samą stratygrafię. Przestrzenne rozmieszczenie jednostek stratygraficznych ujawniło nowe elementy fałdowej struktury tektonicznej tego regionu, z kolei luki w pionowym następstwie jednostek – jak tę w górnym ordowiku – Samsonowicz wyjaśniał dźwignięciami tektonicznymi, podobnie jak Czarnocki, dopatrujący się wielu faz tektonicznych w późnym paleozoiku dalej na zachodzie. Była w tym z pewnością przesada, ale nie zdawano sobie jeszcze wtedy sprawy, że eustatyczne zmiany poziomu oceanu mogą wywoływać podobne skutki.

Wiadomo było jednak już wcześniej, że dwóm obszernym lukom towarzyszyły niezgodności kątowe i te miały bezsporną przyczynę tektoniczną. Wskazywały one, że w paleozoiku tworzywo skalne Gór Świętokrzyskich zostało sfałdowane dwukrotnie: najpierw w czasie odpowiadającym orogenezie kaledońskiej (przed dewonem), a ostatecznie w waryscyjskiej (w karbonie). Najbardziej bodaj doniosłym odkryciem Samsonowicza było jednak stwierdzenie, że ordowik w różnych miejscach leży wprost na kambrze dolnym, środkowym bądź górnym. Udowodnił tym samym metodą stratygraficzną istnienie jeszcze starszej fazy orogenicznej, która w późnym kambrze sfałdowała i wyniosła góry nazwane przez niego Sandomirydami, zrównane już przed transgresją morza ordowickiego.

W 1932 roku, po pięciu latach prac terenowych, wydano drukiem jego arkusz Opatów, będący jednym z czterech arkuszy mapy geologicznej Polski w skali 1:100 000, które ukazały się przed wojną. Dwa lata później opublikowano po polsku i po francusku objaśnienia do niego, zawierające usystematyzowaną charakterystykę całej sukcesji stratygraficznej – od paleozoiku po czwartorzęd oraz wywiedzioną z niej historię geologiczną tego obszaru.

W badaniach Samsonowicza natury przyrodniczej nieodłącznie zawierało się poszukiwanie użytecznych surowców mineralnych. Miał on także w tej dziedzinie wybitne sukcesy, a także satysfakcję z górniczego wykorzystania swych odkryć. Pierwszym z nich było odkrycie złóż rud żelaza w sąsiedztwie poprzecznej dyslokacji łysogórskiej, najpierw hematytu w 1922 roku, a dwa lata później pirytu. Po ich szczegółowym opracowaniu złożowym w Rudkach pod Nową Słupią zbudowano kopalnię „Staszic” i w 1930 roku rozpoczęto wydobycie rudy, trwające do roku 1973. To był jego wkład w Centralny Okręg Przemysłowy.

Jeszcze pracując na uniwersytecie, zainteresował się też pokrywającym niziny plejstocenem (wówczas dyluwium). Pisał o jego wykształceniu na Podlasiu, osadach zastoisk lodowcowych i o budowie geologicznej okolic Warszawy. Z tego uniwersyteckiego okresu wyróżnia się jednak wspólne z Lewińskim (1918) studium budowy geologicznej i ukształtowania powierzchni podłoża „dyluwium” we wschodniej części Niżu północnoeuropejskiego. Była to praca pionierska, bo korzystając z wierceń przebijających cienki tu czwartorzęd, sięgnęła do struktur geologicznych zupełnie niedostępnych na powierzchni. Poszedł jeszcze Samsonowicz dalej tym tropem tuż przed wojną, korzystając z nowych wierceń nad brzegiem Bałtyku. Napisał o tym po niemiecku, w jedynym artykule opublikowanym przezeń przed wojną za granicą (w Szwecji, 1938).

Z przedwojennego dorobku Samsonowicza szczególnie wyróżniają się jeszcze dwie obszerne rozprawy poświęcone mezozoikowi. Pierwsza z nich opisuje wykrytą przez niego antyklinę Rachowa (1925) i przedstawia postęp transgresji morza kredowego w epizodach albskim i cenomańskim. Przyniosła ona również odkrycie najbogatszego w Polsce złoża fosforytów, a służyła też jako wzorzec stratygrafii tej części kredy na Niżu Polskim w późniejszych dziesięcioleciach. Druga, Cechsztyn, trias i lias na północnym zboczu Łysogór (1929), wyróżniona w 1930 roku nagrodą im. Pileckich Kasy Mianowskiego, porządkuje rozgraniczenie dominujących w tym przedziale różnowiekowych czerwonych formacji terygenicznych oraz wprowadza podstawy ich identyfikacji i podziału. Wyłonił się przy tym obraz deformacji tektonicznych triasu i niezgodności starokimeryjskiej z płytowo przykrywającą go jurą.

Nie opuściła też Samsonowicza ciekawość archeologii, a zajął się także dziejami górnictwa i geologii. Badając formacje górnojurajskie, wraz ze Stefanem Krukowskim odnalazł w nich źródło surowca na narzędzia neolityczne z krzemieni pasiastych oraz obecnie dostępną do zwiedzania kopalnię, gdzie je wydobywano (1923, 1924). Dostrzegł też ślady eksploatacji rudy żelaza sprzed wieków na złożu w Rudkach, pisał o historii górnictwa rud żelaza w północnym obrzeżeniu Gór Świętokrzyskich, nakreślił historię geologii w Polsce, a wypowiadał się też o jej obecnej sytuacji i o jej przyszłości.

Pracując w PIG, Samsonowicz nie zaniedbał jednak kontaktu z uniwersytetem i widać z jego poczynań, że wychodził naprzeciw możliwości powrotu na uczelnię, gdyby się gdzieś zwolniła odpowiednia katedra. Oczekujących na taką sposobność było w PIG i firmach poszukiwawczych więcej, bo praca tam była korzystniejsza niż na poślednich stanowiskach akademickich, natomiast profesura na późniejsze lata była marzeniem elity. Droga ku niej szła przez habilitację, więc najpierw w 1925 roku nostryfikował dyplom z Petersburga jako doktorat, a rok później habilitował się u profesora Lewińskiego „do geologii i paleontologii”, na podstawie wspomnianej rozprawy Cechsztyn, trias i lias na północnym zboczu Łysogór, jeszcze nieopublikowanej. Docentura zobowiązywała do semestralnego wykładu raz na dwa lata, więc wykładał geologię regionalną Polski.

Bez wątpienia miał w swojej dyscyplinie najwyższą reputację, bo na propozycje profesury nie musiał długo czekać i wkrótce mógł w nich przebierać jak w ulęgałkach. Dwukrotnie, w 1925 i 1928 roku, odmówił objęcia katedry paleontologii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, a w 1929 roku – katedry geologii na Uniwersytecie Poznańskim. Nie przyjął także w 1932 roku propozycji objęcia katedry geologii i paleontologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie po odchodzącym na emeryturę profesorze Józefie Siemiradzkim, bo proponowana mu profesura nadzwyczajna pogorszyłaby jego sytuację materialną, a minister Janusz Jędrzejewicz nie chciał przystać na zwyczajną. Kiedy jednak w czerwcu 1935 roku oferowano mu w Wilnie profesurę zwyczajną z katedrą geologii, zrazu się zgodził, ale wycofał się miesiąc później, gdy nowy minister, Wacław Jędrzejewicz, nominował go na takąż profesurę i kierownictwo zakładu paleontologii we Lwowie.

Stanowisko to objął 2 X 1935 roku i krążył odtąd między Lwowem a Warszawą. Wiązał go ze stolicą przede wszystkim dom i rodzina – żona ucząca w gimnazjum i troje dzieci: Anna, Andrzej i znacznie od nich młodszy, pięcioletni Henryk, który wyrósł potem na rektora warszawskiego Uniwersytetu i ministra. Najchętniej latał samolotem, póki go jakaś burza nie skłoniła do poprzestania na podróżach naziemnych. Zatrudnienie we Lwowie było dlań skądinąd dogodne, bo pod bokiem miał tu Podole i Wołyń – pierwsze na wschód od Gór Świętokrzyskich krainy, gdzie znów odsłaniał się paleozoik, ale należący już nie do splotu górotworów środkowej Europy, lecz do pokrywy prekambryjskiej platformy rosyjskiej. Na Podolu ukazywał się on w malowniczych dolinach Dniestru i jego dopływów, a na Wołyniu skąpo i dlatego był tam słabo poznany, ale przez to bardziej pociągający, toteż od objęcia katedry we Lwowie tematyka wołyńska wychodzi zdecydowanie na pierwszy plan w jego badaniach.

Wołyń był mu nieobcy, bo zwłaszcza w okolice Pełczy zaglądał już kilkakrotnie i pisywał od 1927 roku o tamtejszej geologii, z dewonem niespodzianie wynurzającym się na powierzchnię oraz z kredą i trzeciorzędem przykrywającymi tam paleozoik. Teraz miał możność znacznie poszerzyć zakres swych zainteresowań. Dopatrywał się śladów „zlodzenia” w skałach, które wziął za perm nad Horyniem, zagłębił się w kontrowersyjne problemy bazaltów z Janowej Doliny, ale najwięcej trudu włożył w rozpoznanie paleozoicznego podłoża Wołynia. Przy uładzonym stylu budowy geologicznej całej tej domeny, o stosunkach stratygraficznych można tam było sądzić, wspierając się analogią do Podola, ale by się dalej posunąć, trzeba było dobrać się do podłoża kredy wierceniami. Samsonowicz w roku 1931 postawił prostą w istocie hipotezę, a potem w licznych publikacjach udowodnił, że na wołyńskim odcinku zachodniego skłonu Wołyńsko-Ukraińskiego „wału” krystalicznego spoczywają kolejno na sobie systemy paleozoiczne, tworząc łagodnie pochyloną na zachód monoklinę.

Pozostawało teraz do ustalenia rozgraniczenie pasów, którymi dochodzą one do ścinającego je spągu kredy. Obecność ordowiku w podłożu kredy Samsonowicz przyjmował od początku, bo w zlepieńcach kredowych (cenomańskich) znajdował ordowickie konkrecje fosforytowe na wtórnym złożu, ale dopiero sfinansowanie przez Wołyńskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk przeszło dwudziestu płytkich wierceń, wykonanych pod jego kierunkiem we wschodniej, nadhoryńskiej części Wołynia umożliwiło mu umiejscowienie rozpoczynającego monoklinę ordowiku i leżącego na nim „gotlandu”. Podstawą paleontologiczną rozpoznania „gotlandu” (czyli syluru) były ramienionogi – takie same, jak opisane wcześniej w monografii profesora Romana Kozłowskiego z 1929 roku z warstw skalskich na Podolu. Kolejny system – dewoński – odsłaniał się w Pełczy, więc Samsonowicz w 1932 roku uznał za prawdopodobne, że dalej powinien ukrywać się karbon, a jeśli karbon, to w nim być może i węgiel. Naprowadziły go na to już w 1922 roku – podobnie jak redeponowane fosforyty na ordowik – otoczaki z fauną karbońską z tych samych zlepieńców cenomańskich. Karbon nigdzie na Wołyniu nie pokazuje się na powierzchni, że zaś największe otoczaki pojawiały się na zachodzie, domniemywał, że ich macierzystych formacji trzeba szukać pod kredą w tym właśnie kierunku. W 1931 roku określił więc obszar przypuszczalnego występowania karbonu, wskazał na możliwość występowania w nim węgla i postulował rozpoczęcie wierceń poszukiwawczych.

Zapewne kryzys gospodarczy powściągał chęci ryzyka i zdecydowała się na to dopiero sześć lat później „Wspólnota Interesów Górniczo-Hutniczych”. Wiercąc pod kierunkiem Samsonowicza coraz dalej ku zachodowi, w lutym 1938 roku natrafiono na karbon, a w maju w kolejnym wierceniu napotkano w nim, liche wprawdzie, wkładki węgla. Od jesieni 1938 roku zintensyfikowano więc prace wiertnicze i gdy latem 1939 roku pokazały się wreszcie całe ich pokłady – wyłoniła się wizja polskiego Zagłębia Nadbużańskiego. Zakład Samsonowicza siedział kamieniem nad materiałami z wierceń, czuwał nad wszystkim Henryk Makowski, ze strony „Wspólnoty” wspomagał go docent Zdzisław Pazdro... i nagle wszystko wzięło w łeb. Wybuchła wojna. Trzecia i najbardziej niszcząca w życiu profesora.

Najbliższa przyszłość miała mu przynieść całkiem inną zmianę, bo w styczniu 1939 roku zmarł profesor Lewiński i Samsonowiczowi zaproponowano po nim katedrę geologii na Uniwersytecie Warszawskim. To mu odpowiadało – kierownictwo Zakładu Geologii miał tam objąć 1 stycznia 1940 roku. Wojna zastała go jeszcze we Lwowie, skąd 5 września, po dwóch dobach podróży, dotarł do rodziny zostawionej w Warszawie. Z pewnością łudził się jeszcze – jak wtedy wszyscy – że wojna potrwa niedługo, że wybawią nas zachodni sojusznicy, że wróci kontynuować, co zaczął – nieświadom, że zostawia za sobą bezpowrotnie Lwów, Wołyń, największe odkrycie złożowe swego życia, prowadzone z zapałem prace i z rozmachem kreślone plany na przyszłość.

Wydostał się, Bogu dzięki, ze Lwowa, nim doszli tam Sowieci, ale z ciężkim zatruciem, którego skutki nękały go do końca życia. Pierwszy rok niemieckiej okupacji naznaczyły choroba i przygnębienie. Pracę zarobkową podjął dopiero po roku i znalazł ją najpierw w dyrekcji warszawskich wodociągów. Sporządzał dla niej opracowania hydrogeologiczne na podstawie starych wierceń, póki profesor Roland Brinkmann nie spowodował przeniesienia go od 1 VI 1943 roku do Aussenstelle des Reichsamtes für Bodenforschung, którego był dyrektorem. Był to urząd utworzony w miejsce przedwojennego PIG, z personelem polskich geologów, ale Samsonowicz pracować tam nie chciał i w obu tych instytucjach był zatrudniony jako pracujący w domu nieetatowy ich współpracownik. Trudno powiedzieć, czy intencją Brinkmanna było tylko lepsze wykorzystanie Samsonowicza, czy także wzgląd na niego, w każdym razie z jego polecenia profesor najpierw przez dziesięć miesięcy opracowywał swoje dawne spostrzeżenia terenowe z Sandomierskiego, a pod koniec okupacji porządkował archiwalne materiały wiertnicze.

Miał też wtedy profesor Samsonowicz drugie, tajne pole działalności: nauczanie. Zaczął w 1941 roku od zajęć dla trójki młodych ludzi, następnego roku u siebie w domu wyłożył już kurs geologii dla uczestników studiów SGGW, z udziałem profesorów Wydziału Rolnego Uniwersytetu Poznańskiego, a od jesieni 1943 roku wykładał geologię dla geografów i geologów w kompletach zorganizowanych przez profesorów Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Warszawskiego. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, w sześciokrotnie zmienianych prywatnych mieszkaniach; egzaminy miały być we wrześniu, ale przedtem wybuchło powstanie. Praca w urzędzie ustała już w połowie lipca, w ogólnym rozgardiaszu, gdy sowiecka ofensywa docierała do Wisły.

Potem przyszła nadzieja i gorycz powstania, pogłębiona tragedią śmierci starszego syna. Andrzej – porucznik AK z batalionu „Zośka” i kawaler orderu Virtuti Militari – zginął podczas przygotowywania bezowocnego desantu żołnierzy gen. Berlinga na przyczółku czerniakowskim. Czekała go jeszcze wędrówka z płonącej Warszawy do obozu w Pruszkowie – z obojczykiem i żebrami złamanymi przez walącą się ścianę, wywiezienie do Starachowic i wreszcie wkroczenie tam Armii Czerwonej tego samego dnia, co do zrujnowanej Warszawy. Ruszyć się stamtąd można było dopiero, gdy wznowiono komunikację kolejową, więc Samsonowicz wyjechał do Warszawy 10 lutego, ale dotarł do niej po dziesięciu dniach, bo pociąg wojskowy, w którym się znajdował, miał wypadek i uczonemu na nowo popękały żebra.

Następnego dnia po przyjeździe Samsonowicz zgłosił się do władz uniwersyteckich, a 6 marca zasiadł za stołem obrad nad wznowieniem działalności Uniwersytetu. Przygotowania nabierały rozpędu i wreszcie 15 listopada 1945 roku – z sześcioletnim opóźnieniem – mógł rozpocząć jawne wykonywanie swej powinności profesorskiej pierwszym wykładem z geologii.

Wykład odbył się w jego ocalałej kamienicy przy ul. Wilczej 22, odziedziczonej po Henryku Krukowskim, gdzie zagnieździła się na początku geologia uniwersytecka. Znów pod jednym dachem odbywały się zajęcia i mieszkali nauczyciele akademiccy – teraz Roman Kozłowski, Stefan Różycki, Tadeusz Penkala, Antoni Łaszkiewicz i inni. Do studiowania i pracy naukowej brakowało wszystkiego: księgozbiory geologiczne zakładu uniwersyteckiego i PIG doszczętnie spłonęły, nie było mikroskopów, kompasów, nawet młotków geologicznych. Jednak przez powojenne niedostatki i przez wszelkie uczucia, jakie pozostawiła po sobie wojna i jej tragiczne zakończenie, przebijał się wtedy zapał przywracania życia do normalności.

Praca uniwersytecka stopniowo się stabilizowała. Wpierw Zakład Geologii ulokowano w najdalszym kącie parteru i piwnicy gmachu chemii przy ul. Pasteura, potem przeniesiono go na ul. Oboźną, aż w 1951 roku w polskiej geologii nastąpiło trzęsienie ziemi. Decyzją władz państwa, inspirowaną przez ekspertów sowieckich, przeprowadzono centralizację organizacyjną geologii, a w jej ramach skomasowano studia geologiczne w trzech uczelniach, wyznaczając Uniwersytet Warszawski na główny ośrodek edukacji geologii podstawowej. Z trzech tutejszych katedr prowadzących dotychczas studia geologiczne organizacyjna struktura rozrosła się nagle w osobny Wydział Geologii, a studia przybrały rozmiary masowe. Skutkiem reformy było także zamknięcie studiów geologicznych na kilku innych uniwersytetach. Szczególnie krytycznie przyjęto ich likwidację na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie wyróżniała się szkoła profesora Mariana Książkiewicza, ale – jak wspominał profesor Kazimierz Smulikowski – czasy były takie, że „tylko profesor Samsonowicz odważył się głośno to napiętnować”3.

Zmiany na Uniwersytecie Warszawskim profesora Samsonowicza, jak też i Kozłowskiego, dotknęły najmniej, bo pozostali u siebie i przez wzgląd na wyróżniającą się pozycję naukową nie musieli naginać przedmiotów swych badań i nauczania do przybyszów ściągniętych z innych uniwersytetów. W rozbudowanej strukturze katedralnej Samsonowicz objął Katedrę Geologii Historycznej i Regionalnej, a w niej Zakład Geologii Historycznej oraz wykład o takim tytule. Oszczędzono mu też głównego trudu w organizacji Wydziału, ale i tak spadły na niego rozliczne obowiązki, które w odradzającym się państwie wysunęły się przed jego plany naukowe.

W szkołach średnich uczono jeszcze wtedy geologii, więc zaraz po wojnie napisał dla nich podręcznik Geologia z początkami mineralogii. W 1949 roku przygotowali z kolei razem z Książkiewiczem Zarys geologii Polski, jako część zamierzonego drugiego wydania Encyklopedii PAU, ale PAU rozwiązano, zamiar edycji encyklopedii porzucono, więc Zarys wydano w 1953 roku jako osobny podręcznik akademicki.

Znaczną część swego czasu i energii poświęcił Samsonowicz utworzonej w 1952 roku Polskiej Akademii Nauk. Był już przed wojną członkiem korespondentem PAU oraz członkiem Towarzystw Naukowych Lwowskiego, Warszawskiego i Szwedzkiego (po wojnie także Towarzystwa Mineralogiczno-Geologicznego w Pradze), a teraz znalazł się w gronie ośmiu profesorów z nauk geologicznych od razu przyjętych do korporacji PAN. Uczyniono go przewodniczącym Komitetu Nauk Geologicznych PAN, ale wkrótce głównym jego zajęciem organizacyjnym (bez etatu) stało się kierowanie Zakładem Nauk Geologicznych PAN. Utworzono go w 1956 roku w wyniku starań jego własnych i Stefana Zbigniewa Różyckiego, aby zwiększyć możliwości badawcze polskiej geologii. Dźwigał też wiele innych obowiązków, lecz przynajmniej jego osiągnięcia naukowe i organizacyjne wysoko oceniano. Już przed wojną odznaczono go Złotym Krzyżem Zasługi, a potem Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski i Sztandarem Pracy I klasy oraz dwukrotnie nagrodzono go Nagrodą Państwową I stopnia.

Samsonowicz znajdował jednak czas na pracę naukową i pisał – o starym i o nowym. Z Wołyniem pożegnał się monografią o dewonie i zamieścił ją w redagowanym przez siebie czasopiśmie „Acta Geologica Polonica”, powstałym z jego inicjatywy. Historia tamtejszego zagłębia węglowego miała natomiast ciąg dalszy, ale już bez Samsonowicza, choć jeszcze za jego życia. Sowieci po zaborze wschodniej Polski podążyli jego śladem i od 1940 roku kontynuowali poszukiwania, jednak bez zadowalających rezultatów. Niemcy – mimo starań – nie zdążyli osiągnąć złożowych rezultatów, a Sowieci – gdy znowu tam wrócili, zaczęli wiercić gęściej i z powodzeniem, tak że od 1950 roku budowano pierwsze szyby i ruszyło wydobycie węgla. Było im tego jednak za mało, bo 15 lutego 1951 roku podpisano „umowę o wymianie terytoriów przygranicznych” między Związkiem Sowieckim i Polską, na mocy której za kawałek bieszczadzkich połonin zabrano nam łasy kąsek w widłach Bugu i Sołokiji, na którym wyrosła znaczna część kopalń ich Zagłębia Lwowsko-Wołyńskiego. Kto wie, czy węgiel nadbużański nie przyczynił się też wcześniej do uporu Stalina przy zabraniu Polsce Lwowa, gdy w Jałcie długo spierano się o warianty linii Curzona w tym rejonie.

Przedłużenie węglonośnego karbonu ku zachodowi, na polską stronę granicy, było oczywiste, ale na podjęcie prac poszukiwawczych nie było przyzwolenia, zapewne dlatego, że tym samym ujawniono by, dlaczego przesunięto granicę. Pierwsze wiercenia rozpoznawcze ruszyły u nas w 1954 roku, ale potem szło jak po grudzie i wydobycie węgla w kopalni „Bogdanka” rozpoczęło się dopiero w 1982 roku. Prosperuje ona w najlepsze, a pamięć o odkryciu Samsonowicza uczczono, nadając jego imię pierwszemu szybowi w tej kopalni.

Po wojnie Samsonowicz zajmował się jeszcze interglacjałem emskim, meteorytem pułtuskim, „wałem kujawsko-pomorskim” z jego hydrogeologią i możliwościami złożowymi, a także najmłodszym prekambrem – ryfejem. Sięgał do materiałów z nowych wierceń, a z wiercenia w Łodzi wyprowadził regionalny wzorzec wykształcenia facjalnego i podziału stratygraficznego środkowej i górnej kredy.

Do problematyki świętokrzyskiej badacz wrócił dopiero w 1956 roku i ostatnie sześć poświęconych jej publikacji stanowi akord zamykający jego twórczość naukową. Wszystkie one wyróżniają się na tle wcześniejszego dorobku Samsonowicza tym, że są napisane po angielsku, a trzy z nich także ściśle paleontologiczną treścią. Jest to w jego twórczości ewenement, bo chociaż habilitował się „do geologii i paleontologii” i we Lwowie kierował Zakładem Paleontologii, to ściśle paleontologicznego dorobku nie miał i do tej pory nie zilustrował nawet żadnego trylobita kambryjskiego. Posiadał jednak biegłość w identyfikacji skamieniałości w szerokim zakresie, ale zajmował się nimi przede wszystkim jako narzędziami stratygrafii. Był zatem Samsonowicz przede wszystkim stratygrafem, rozszerzającym konsekwencje stratygrafii na tektonikę, paleogeografię i poszukiwania surowców.

Na charakterze jego dorobku zaważyło wieloletnie podporządkowanie badań zadaniom służby geologicznej, były więc one ukierunkowane na potrzeby krajowe, z jej wymogami pracy oraz manierą publikowania wyników. Miało to swoją cenę. Jego dorobek przedwojenny jest rozdrobniony i w małej części dostępny dla czytelnika zagranicznego, a skamieniałości rzadko są ilustrowane. Z około 130 jego publikacji obszernych rozpraw jest kilkanaście.

W pogłębieniu znajomości geologii Polski odegrał wszakże Samsonowicz rolę wybitną. Widać to choćby na przykładzie geologii Gór Świętokrzyskich, w której historii dwudziestolecie międzywojenne jest okresem Czarnockiego i Samsonowicza, a ich dorobek stał się fundamentem badań późniejszych i na pewnym poziomie ogólności zachował aktualność. Był to jednak tylko fragment jego działalności naukowej, której rozpiętość regionalna, stratygraficzna i problemowa jest imponująca i dzisiaj nieosiągalna. W wykrywaniu złóż surowców mineralnych nie miał chyba u nas równego sobie w dwudziestoleciu międzywojennym.

W pamięci swoich powojennych uczniów, a miał ich wielu, pozostał jako szef surowy, wymagający pracy i obowiązkowości, nie rozpieszczający młodych współpracowników i krewki. Nawet docenta Bronisława Halickiego wyrzucił kiedyś z hukiem do domu, gdy przyszedł latem w krótkich portkach do zakładu. Nie był jednak od tego, żeby po dniu spędzonym w terenie w pieską pogodę wypić z nimi kieliszek, albo wieczorem usiąść do brydża. To się mieściło w obyczajach zawodu, tylko przegrywać wtedy bardzo nie lubił. Był Samsonowicz profesorski w dawnym stylu, dziś niemal zupełnie wymarłym, a zwyczajnym w czasach, kiedy nie było jeszcze mody na wieczną młodość i aby mówić sobie po imieniu, trzeba było z kimś zjeść beczkę soli – gdy profesor był jeden na Katedrze, Katedra to było nie byle co, a treść zobowiązywała do formy. Wzory brał bowiem z czasów, gdy nauką rządziła jeszcze arystokracja, a nie demokracja. Był przedwojenny.

SECT-ID LINK

1Korespondencja p. Cz.L., „Głos Warszawski”, nr 180 z dn. 8 lipca 1909 r., cyt. za: Dla Siebie i dla Szkoły. Pamiętnik wydany staraniem pierwszych abituryentów Szkoły Handlowej Miejskiej w Kielcach, red. E. Artwiński, J. Błaut, W. Giedrojć, W. Kuczkowski, C. Madey, S. Małek, S. Noyszewski, S. Raczyński, J. Samsonowicz, J. Śmigielski, W. Stefański, L. Szuster, H. Tański, Warszawa 1909, s. 585.

2Henryk Opieński, „Nowa Gazeta” nr 292 z dn. 1 lipca 1909 r., cyt. za: Dla Siebie i dla Szkoły..., op. cit., s. 583.

3K. Smulikowski, Droga po Kamieniach. Wspomnienia, Warszawa 1994, s. 199.

Artur Sandauer

Urodzony 14 XII 1913 w Samborze. Studia na UJK we Lwowie (1931–1936). Nauczyciel szkół średnich (1936–1939). Habilitacja na UW (1962). Pracownik Instytutu Filologii Polskiej Wydziału Filologicznego UW (1963–1981), później Instytutu Literatury Polskiej na Wydziale Polonistyki UW. Profesor (1974).

Krytyk literacki, badacz twórczości Schulza i Gombrowicza oraz poezji polskiej XX w.; prozaik, tłumacz, publicysta, redaktor i wydawca.
Debiut literacki w piśmie „Filomata” (1930). Współpraca z pismem „Nasz Wyraz” (1937–1939). Współredaktor „Odrodzenia” (1948–1949).
Pobyt we Francji na stypendium Fundacji Forda (1959–1960), współpraca z „Temps Modernes” i „Lettres Nouvelles”.
Publikacje w „Nowej Kulturze”, „Przeglądzie Kulturalnym”, „Współczesności”, „Polityce”. Liczne przekłady, m.in. Arystofanesa, Eurypidesa, A. Czechowa, W. Majakowskiego, R.M. Rilkego, J.W. Goethego.
Sygnatariusz Listu 34 (1964).
Zmarł 14 VII 1989 w Warszawie.

Śmierć liberała, Łódź 1947; Zapiski z martwego miasta. Autobiografie i parabiografie, Warszawa 1963; Witold Gombrowicz – człowiek i pisarz, Warszawa 1965; Poeci czterech pokoleń, Kraków 1977; O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX wieku. (Rzecz, którą nie ja powinienem był napisać...), Warszawa 1982.

Śnił mi się Artur Sandauer. Rozmowy i wspomnienia, opr. J. Baran, Kraków 1992.

TOMASZ WROCZYŃSKI

ARTUR SANDAUER

1913–1989

 

Pisarz, krytyk literacki, badacz literatury

Artur Sandauer urodził się 14 grudnia 1913 roku w Samborze, w rodzinie o żydowskich korzeniach, zmarł natomiast 14 lipca 1989 roku w Warszawie. Był człowiekiem o wielu pasjach i zainteresowaniach: badaczem kultury i literatury polskiej na szerokim, komparatystycznym tle, krytykiem literackim, prozaikiem, tłumaczem, publicystą, redaktorem i wydawcą. Zajmował się także związkami kultury polskiej i żydowskiej oraz specyfiką twórczości pisarzy polskich pochodzenia żydowskiego. W swoich pracach autobiograficznych z niezwykłą szczerością i dramatyzmem przedstawiał proces asymilacji twórców żydowskich, na własnym poniekąd przykładzie, analizował ich stopniowe wrastanie w kulturę polską i żywioł języka polskiego. Jego pasje badawcze zaowocowały wieloletnią pracą najpierw w Instytucie Filologii Polskiej Wydziału Filologicznego (Filologii Polskiej i Słowiańskiej) Uniwersytetu Warszawskiego, później w Instytucie Literatury Polskiej na Wydziale Polonistyki U W. To tu właśnie w 1962 roku habilitował się na podstawie rozprawy Poeci trzech pokoleń, a następnie w 1963 roku został zatrudniony na stanowisku docenta. W 1974 roku został profesorem nadzwyczajnym. Wykłady prowadził do 1981, mimo przejścia na emeryturę w 1979 roku. Powrócił na Uniwersytet w 1986 roku, zaproszony na cykl wykładów poświęconych Biblii. Sandauer był wykładowcą charyzmatycznym, przyciągającym na swoje zajęcia wielu słuchaczy. Z jednej strony decydowała o tym jego ogromna erudycja i niezwykły talent retoryczny, z drugiej zaś przyciągała studentów osobowość profesora: znakomitego ironisty, humorysty i facecjonisty, egocentryka, który lubił własną osobę stawiać w centrum prowadzonych rozważań, świetnego polemisty, który nie znosił jednak i nie tolerował głosów przeciwnych. Przyciągał słuchaczy także swoją niekwestionowaną, bardzo wysoką pozycją w krytyce literackiej i nauce o dwudziestowiecznej literaturze polskiej. Widziano w nim legendarnego wręcz odkrywcę, badacza i interpretatora twórczości Brunona Schulza i Witolda Gombrowicza, pisarzy cenzurowanych, rzadko wydawanych, często nieobecnych w podręcznikach szkolnych i akademickich w latach PRL. Ówczesne młode pokolenie polonistów, w latach 60. i 70. XX wieku, poznawało twórczość tych pisarzy przez jego prace: Rzeczywistość zdegradowana. (Rzecz o Brunonie Schulzu), artykuł, który poprzedzał pierwsze po II wojnie światowej wydanie dzieł zebranych Schulza (1957), Witold Gombrowicz – człowiek i pisarz (1965), Schulz i Gombrowicz, czyli literatura głębin. (Próba psychoanalizy) (1976). Był niekwestionowanym autorytetem jako promotor i komentator młodej poezji polskiej. Patronował przecież debiutowi Mirona Białoszewskiego (w 1956 wydał pierwszy tom poetycki Obroty rzeczy) i powszechnie był uznawany za odkrywcę jego talentu. Dekadzie gomułkowskiej „małej stabilizacji”, politycznej, jak określał to Stefan Kisielewski, „dyktaturze ciemniaków”, przeciwstawiał się rozległością swojej wiedzy, erudycją i często był postrzegany jako ambasador polskiej kultury i literatury poza „żelazną kurtyną”. Tak odczytywano jego pobyt w latach 1959–1960 we Francji, w Paryżu, jako stypendysty Fundacji Forda oraz współpracę z pismami „Temps Modernes” i „Lettres Nouvelles”, w których publikował tłumaczenia prozy Schulza i artykuły na temat współczesnej literatury polskiej. Przyciągała także studentów na zajęcia Sandauera jego kontrowersyjna postawa ideowo-polityczna, budząca wśród młodych ludzi namiętne spory i dyskusje. Widziano w nim obrońcę wolności literatury i kultury, przypominając powojenne dyskusje z wysuwanym przez krytykę marksistowską OdrodzeniaKuźnicy postulatem realizmu. To właśnie Sandauer, u progu okresu stalinowskiego, w polemikach z Janem Kottem przypominał o twórczości awangardowej XX wieku, która znalazła dla siebie wyraz także w sferze fantastyki i swobodnej wyobraźni. Przypominał również o kulturze i literaturze europejskiej, zwłaszcza francuskiej, widziano w nim orędownika wolnej, otwartej myśli humanistycznej. Bo to Sandauer w 1946 roku pisał w Odrodzeniu o filozofii i literaturze egzystencjalnej, przywołując postać Jeana Paula Sartre’a i charakteryzował główne kierunki rozwoju literatury francuskiej. Ale już w okresie popaździernikowym wystąpił z ostrą krytyką pisarzy (m.in. Antoniego Słonimskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Jana Kotta), którzy – wcześniej aktywnie zaangażowani w proces tworzenia literatury socrealistycznej – stali się obrońcami demokracji i byli postrzegani w środowisku literatów jako główni przedstawiciele antygomułkowskiej opozycji. Tę zagadkową przemianę nazywał „bohaterskim oportunizmem” i ironicznie określał jako zasadę, że „prawo do naprawienia maszyny ma tylko ten, co ją zepsuł”. To prawo zostało jednak przyznane i Sandauerowi. W marcu 1964 roku został jednym z sygnatariuszy tzw. Listu 34, pod którym podpis w obronie wolności słowa w Polsce złożyli wybitni intelektualiści, pisarze, uczeni. I w następnych latach wiele decyzji ideowo-politycznych Sandauera budziło kontrowersje i dyskusje. W 1980 roku został członkiem Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, w 1982 roku publicznie poparł stan wojenny, w 1983 roku wszedł w skład reżimowej, powołanej przez Wojciecha Jaruzelskiego, Narodowej Rady Kultury (pełnił funkcję przewodniczącego Zespołu Edukacji). Na rok przed śmiercią, w 1988 roku, ustanowił nagrodę poetycką im. Anny Świrszczyńskiej, której pierwszym laureatem został ksiądz Jan Twardowski. Sandauer był jedynym w powojennej historii Polski krytykiem i badaczem literatury uhonorowanym za życia dwukrotnym wydaniem swoich dzieł: w 1981 roku trzytomowymi Zebranymi pismami krytycznymi oraz w 1985 roku czterotomowymi Pismami zebranymi.

„Urodziłem się na wielokrotnym pograniczu: krajów, epok, kultur, dzielnic” – pisze Artur Sandauer we wspomnieniowej książce Byłem... – Sambor, miasto o bogatej i burzliwej historii, jest położony na zachodniej Ukrainie nad rzeką Dniestr i należy dziś do obwodu lwowskiego. Ziemie te na przełomie XIX i XX wieku przyniosły literaturze i kulturze polskiej wielu wybitnych twórców. Ze Lwowa bądź jego okolic pochodzili bowiem tacy pisarze, jak Schulz (1892–1942), Kazimierz Wierzyński (1894–1969), Józef Wittlin (1896–1976), Andrzej Kuśniewicz (1904–1993), Julian Stryjkowski (1905–1996). Kiedy Sandauer przyszedł na świat, Sambor znajdował się w zaborze austriackim (od 1772), natomiast w 1919 roku, jako miasto powiatowe, znalazł się w granicach odrodzonego państwa polskiego. Z miastem urodzenia, a następnie ze Lwowem i Krakowem były związane dzieciństwo i młodość Sandauera.

W Samborze, po ukończeniu I Gimnazjum Klasycznego im. Adama Mickiewicza, zdał w 1931 roku maturę. W okresie nauki szkolnej nastąpił jego debiut: literacki i naukowy. W miejscowym piśmie „Filomata” zamieścił w 1930 roku tłumaczenie z języka francuskiego wiersza Pogrzeb José-Marii de Heredii, a w kolejnym roku opublikował szkic krytyczny poświęcony twórczości Wergiliusza – Vergilius a my. Pierwszą natomiast osobno drukowaną pracą stał się szkic Theokritos, twórca sielanki, wydany w 1935 roku nakładem „Biblioteczki Filomaty”. W 1931 roku podjął studia na filologii klasycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, które ukończył pracą magisterską w 1936 roku. Gruntowna wiedza o kulturze starożytnej, biblijnej, greckiej i łacińskiej oraz znajomość języków klasycznych będą wykorzystywane w całym twórczym życiu Sandauera. Pozwolą na obfitą działalnością translatorską, ale nade wszystko dadzą pisarzowi głębokie zrozumienie historii kultury europejskiej, jej podwójnych – biblijnych i mitologicznych – korzeni. Wykształcenie klasyczne pozwoliło Sandauerowi zachować filologiczną, analityczną i interpretacyjną, precyzję w sądach historycznoliterackich, w rozpoznaniach tego, co w humanistyce twórcze i nowatorskie, a co wtórne i skazane na zapomnienie. Wydaje się, że ten właśnie „warsztat klasyczny” zrodził Sandauerowskie mistrzostwo w czytaniu i analizowaniu dwudziestowiecznej poezji polskiej.

W połowie lat 30. XX wieku, jeszcze w czasie studiów, poznaje Sandauer Schulza, z którym będzie utrzymywał bliską znajomość aż do śmierci autora Sklepów cynamonowych. W tym okresie kształtują się również jego sympatie ideowo-polityczne, w 1935 roku rozpoczął współpracę z Komunistyczną Partią Zachodniej Ukrainy. Po ukończeniu studiów przenosi się do Krakowa, w którym podejmuje praktykę nauczycielską w Gimnazjum Hebrajskim im. Ch. Hilfsteina, jako nauczyciel języka łacińskiego. W Krakowie mieszka nieomal do wybuchu II wojny światowej. Jest to okres intensywnego rozwoju zainteresowań krytycznoliterackich Sandauera. Podejmuje współpracę z krakowskim miesięcznikiem literacko-artystycznym „Nasz Wyraz” wydawanym w latach 1937–1939. Było to pismo o obliczu lewicowym, w swoich poglądach estetycznych najchętniej nawiązujące do nieodległych wówczas tradycji Awangardy Krakowskiej. Jego współpracownikami byli zresztą reprezentanci tej formacji artystycznej: Julian Przyboś, Jalu Kurek, Tadeusz Peiper. W „Nowym Dzienniku” w 1937 roku publikuje artykuł Na śmierć Leśmiana napisany po śmierci poety, zaliczając go do grona tych twórców, „którzy nadają imię epoce”. Tu również w styczniu 1939 roku ukazuje się szkic poświęcony Ferdydurke Gombrowicza zatytułowany Powieść o udawaniu, w którym Sandauer odsłania filozoficzne aspekty tej prozy. Poznał zresztą w tym czasie, podczas wyjazdów do Warszawy, autora Ferdydurke. W okresie pobytu w Krakowie nawiązuje także współpracę z warszawskim tygodnikiem „Pion”, w którym w 1938 roku publikuje dwa artykuły. Pierwszy, pod znamiennym tytułem Szkoła mitologów, był poświęcony prozie Brunona Schulza, drugi natomiast interpretował powieść Gombrowicza – „Ferdydurke” po raz pierwszy. Treść tego artykułu zapowiadała idee podjęte kilka miesięcy później w „Nowym Dzienniku”. A zatem pisarstwo Bolesława Leśmiana, Schulza i Gombrowicza to obszar wczesnych zainteresowań badawczych i krytycznoliterackich Sandauera. Już w tych zainteresowaniach widać czytelny postulat intelektualny i estetyczny, któremu autor eseju teoretycznoliterackiego O jedności treści i formy (powstawał w latach 1952–1953, Kraków 1957) pozostanie wierny przez całe życie. Stawia on literaturze najwyższe wymagania poznawcze i artystyczne, domaga się od niej prawdy i nowoczesnych, twórczych rozwiązań estetycznych. U progu swojej drogi badawczej, w przywoływanym już artykule Szkoła mitologów napisał: „osiągnął Schulz na swój sposób marzenia wszystkich artystów: zidentyfikowanie treści i formy”. O taką jedność, jako krytyk literacki, będzie dopominał się Sandauer w swoich pracach badawczych i krytycznoliterackich.

Wojenna biografia Sandauera wydaje się reprezentatywna dla losów Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy w okresie międzywojennym zamieszkiwali tereny wschodnie II Rzeczypospolitej i którym przyszło zmierzyć się najpierw z okupacją sowiecką, a później niemiecką. Wybuch wojny zastał młodego nauczyciela w Samborze. Po krótkim pobycie u Schulza w Drohobyczu, powrócił do rodzinnego miasta i tam w latach 1939–1941 nauczał języka rosyjskiego w polskiej szkole średniej. Po zajęciu Sambora przez Niemców znalazł się w 1942 roku w getcie, z którego uciekł i następnie ukrywał się w okolicach swojego miasta. Finał wojennych losów Sandauera też wydaje się charakterystyczny dla „polskich dróg” okupacyjnych. Latem 1944 roku, w trakcie sukcesywnego wypierania wojsk niemieckich z terenów Ukrainy, przeniósł się najpierw do Lwowa, a następnie do Lublina, w którym rozpoczął służbę żołnierską w Wojsku Polskim jako korespondent wojenny. Ostatecznie zdemobilizowany w maju 1945 roku, osiadł na stałe w Łodzi. Zapewne traumatyczne doświadczenia wojenne, zwłaszcza pobyt w getcie i bezpośrednio obserwowana zagłada narodu żydowskiego, pchnęły Sandauera, badacza i krytyka, w stronę literatury pięknej. Swoistą bowiem jego odpowiedzią na przeżyty „czas zagłady” stał się zbiór opowiadań Śmierć liberała, wydany w Łodzi w 1947 roku i w latach późniejszych kilkakrotnie wznawiany. Książkę tę trzeba widzieć na tle powojennych, prozatorskich prób zrozumienia i opisania zbrodniczych wydarzeń II wojny światowej, w tym zwłaszcza męczeństwa i zagłady Żydów. Wyraziły się one w bardzo różnych gatunkach i formach literackich: w autobiografiach, wspomnieniach, pamiętnikach, w literaturze faktu i w prozie fikcjonalnej. Jednym z pierwszych prozaików, który podjął tematykę holocaustu był m.in. Andrzejewski, który w opowiadaniu Wielki Tydzień z tomu Noc (1945) nawiązał do powstania w getcie warszawskim. Adolf Rudnicki z kolei w dwóch zbiorach Szekspir (1948) i Ucieczka z Jasnej Polany (1949) śledził tragiczne losy narodu żydowskiego w latach okupacji. Zbiór Sandauera składa się z sześciu opowiadań, których bohaterowie pochodzą ze środowiska inteligencji żydowskiej. Ich portrety psychologiczne, zarysowane groteskowo, wyrażają szczególny tragizm wydarzeń wojennych. Bohaterowie ci okazują się kompletnie nieprzygotowani do jakiegokolwiek oporu wobec napierającego zewsząd zła, są najgłębiej zaskoczeni przez mroczny czas okupacji. Tracą kontrolę nad swoim losem, stają się bezwolni, całkowicie podlegli chaosowi i przypadkowości wojennego losu. Zgodnie z tytułowym opowiadaniem zbioru ich wyobrażenia o zasadach i wartościach moralnych, dobru, praworządności ukształtowane w świecie przedwojennym ulegają całkowitej destrukcji. Wojna i holocaust pogrzebały wszelki tradycyjny porządek humanistyczny i demokratyczny.

Tematyka okupacyjna, męczeństwo i zagłada Żydów będą wielokrotnie powracały w pisarstwie Sandauera w formach autobiograficznych. Własne doświadczenia autora sprzyjać będą refleksjom nad złożonymi, często tragicznymi relacjami polsko-żydowskimi oraz specyfiką sytuacji polskiego pisarza pochodzenia żydowskiego. Te i inne zagadnienia podejmują Zapiski z martwego miasta. Autobiografie i parabiografie (1963). Przybierają one niezwykle oryginalną postać refleksji stricte autobiograficznej połączonej z kreacyjną, zmyśloną niejako, czy hipotetyczną parabiografią. Sandauer opowiada o swoim życiu, sięgając po poetykę prawdy i zmyślenia, chętnie wykorzystując także narrację autotematyczną. Zapiski z martwego miasta mówią bowiem nie tylko o samym życiu autora, lecz także określają okoliczności, w jakich ta opowieść powstaje i sugerują liczne problemy, jakie wynikają z samej próby podjęcia opowieści autobiograficznej. Książka ta jest więc także utworem o jej powstawaniu, poświadczeniem wszelkich problemów, jakie ma autor z jej zakomponowaniem. Żywioł literacki Zapisków z martwego miasta spotyka się z postawą badawczą autora. W zbiorze esejów Samobójstwo Mitrydatesa wydanym w 1968 roku, oprócz szkiców poświęconych twórczości poetyckiej Leśmiana, Tuwima, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Białoszewskiego, znalazła się także analiza najważniejszych, zdaniem autora, przeobrażeń twórczości literackiej XX wieku. Śledząc te przeobrażenia, przedstawił Sandauer teorię poetyki negatywnej, autotematycznej i kreacyjnej. Jego rozważania nad autotematyzmem otwierają w polskim literaturoznawstwie XX wieku refleksję nad tym ważnym i niezwykle specyficznym dla literatury współczesnej zjawiskiem. Kontynuacją zapisków stała się wydana w 1991 roku, a więc w dwa lata po śmierci pisarza, autobiografia Byłem... – przejmująca opowieść o życiu, w którego centrum znalazł się holocaust. Właśnie wspomnienie wojny, tego czasu, jak określa to autor, „na dnie” wyznacza zasadniczy rytm jego losu. Ta pośmiertna książka przynosi także i inną problematykę, której istotę wypowiada Sandauer w sposób konfesyjny we wstępie do swoich wspomnień: „Autobiograficzne są właściwie wszystkie moje opowiadania. Śmierć liberała, Zapiski z martwego miasta czy wreszcie to Byłem... [...] ukazują stopniową przemianę Żyda w Polaka, człowieka w pisarza [...] Dopiero bohater książki niniejszej, w której nie ma ani słowa zmyślenia, jest [...] «pisarzem polskim pochodzenia żydowskiego»”.

W 1982 roku, nakładem wydawnictwa Czytelnik, ukazuje się kolejna, wyrastająca także z doświadczeń autobiograficznych, książka Sandauera O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX wieku: (rzecz, którą nie ja powinienem był napisać...). Jest to jedyna tego rodzaju praca w polskim literaturoznawstwie, próbująca uchwycić specyfikę twórczości pisarzy polskich pochodzenia żydowskiego, którzy w różnym stopniu i z różnym natężeniem identyfikują się zarówno ze swym pochodzeniem, jak i z przynależnością do narodowości i kultury polskiej. To w tej pracy Sandauer proponuje stworzenie nowego terminu „allosemityzm”, polegającego na wyróżnianiu tego pochodzenia, traktowaniu go jako czegoś wyjątkowego, swoistej bazy, z której można wysnuć zarówno anty-, jak i filosemickie wnioski. Obok rozważań natury historycznej (m.in. o stosunku do Żydów w dawnej Polsce, o sytuacji Żydów w Polsce w XX wieku), książka przynosi refleksję historycznoliteracką, skupioną wokół pisarstwa autorów pochodzenia żydowskiego: Tuwima, Słonimskiego, Schulza, Rudnickiego, Stryjkowskiego i innych. Koncentruje uwagę na znaczeniu pochodzenia żydowskiego dla życiowej kondycji tych pisarzy i dla charakteru ich twórczości. Sandauer, nie pomijając własnego losu i własnego pisarstwa, często akcentuje dramatyczne pęknięcia: tak osobowości, jak dzieła twórców rozdartych między tradycją i kulturą żydowską i polską.

Zamieszkując w Łodzi, Sandauer skupił się na twórczości literackiej, przekładowej, krytycznej oraz na studiach naukowych. Rozpoczął współpracę z najważniejszymi w pierwszych latach powojennych pismami: „Odrodzeniem”, „Życiem Literackim” i „Twórczością”, w 1948 roku obronił na Uniwersytecie Jagiellońskim pracę doktorską napisaną pod kierunkiem prof. Juliusza Kleinera, poświęconą najnowszym zjawiskom w literaturze polskiej. W 1948 roku zamieszkał na stałe w Warszawie, z którą pozostał już związany do końca życia. W latach 50. publikował artykuły w „Nowej Kulturze” i „Przeglądzie Kulturalnym”. Prowadzone przez z górą 10 lat kampanie krytycznoliterackie owocowały artykułami, które zebrał w książce Moje odchylenia (1956). Był krytykiem niezwykle wyrazistym: zarówno w swoich poglądach, jak i stylistyce artykułów, polemik, recenzji. Cechowała go apodyktyczność; jako nauczyciel akademicki nie znosił sądów przeciwnych, jako krytyk był ostry w poglądach i zaczepny w polemikach, potrafił boleśnie uderzać w swoich publicystycznych przeciwników. Ale za wszystkimi jego sądami stała ogromna erudycja, wiedza; był krytykiem niezwykle bystrym i wnikliwym. Cechowała go również, wspominana już, niezwykła biegłość interpretacyjno-analityczna. „Szkoła klasyczna” dawała o sobie znać doskonałym warsztatem metodologicznym, wiedzą w zakresie teorii literatury i poetyki. Te umiejętności stawiały Sandauera w rzędzie najwybitniejszych znawców współczesnej literatury, a zwłaszcza poezji polskiej. Dał dowód tych umiejętności publikując w 1955 roku książkę Poeci trzech pokoleń.

Pierwsze wydanie tej pracy objęło twórczość Staffa, Tuwima, Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Władysława Broniewskiego, Juliana Przybosia, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego oraz Mieczysława Jastruna, a więc poetów debiutujących jeszcze w okresie Młodej Polski (Staff) oraz w różnych fazach okresu międzywojennego. W kolejnych wydaniach poszerzał krąg swoich zainteresowań o innych twórców; wydanie z 1962 roku, jak pisaliśmy, stało się podstawą jego habilitacji. Ostatecznie wydanie piąte, z 1977 roku, ukazało się pod zmienionym tytułem Poeci czterech pokoleń i objęło także twórczość Leśmiana, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Józefa Czechowicza, Białoszewskiego, Wisławy Szymborskiej, Ernesta Brylla, Zbigniewa Herberta i innych. Tym samym Sandauer sięgnął do zjawisk wówczas stosunkowo młodych w literaturze, bo do debiutantów z pokolenia „Współczesności”, wydających swoje pierwsze tomy poetyckie po 1956 roku (Białoszewski, Bryll, Herbert). Potrafił wnikliwie rozpoznać najważniejsze cechy poetyki omawianych pisarzy, celnie łączył ich twórczość z określoną tradycją literacką, pokazywał, jak warsztat twórczy staje się wyrazem światopoglądu poetyckiego, nie bał się także wartościowania omawianych zjawisk, co przy jego pasji polemicznej często prowadziło do literackich konfliktów. A jednak zmieniająca się w kolejnych wydaniach książka przez wiele lat wyznaczała kanon poezji polskiej XX wieku, była swoistym przewodnikiem dla młodego pokolenia polonistów, dla nauczycieli, po najważniejszych zjawiskach poezji współczesnej. Dokonywała także klasyfikacji tych zjawisk, wyznaczała kierunki rozwoju, wskazywała prekursorów, następców i kontynuatorów. Mimo że budziła liczne polemiki i dyskusje, była właściwie podstawowym, syntetycznym kompendium wiedzy o poezji XX wieku, choć nie wszystkie zjawiska zauważała i opisywała. Brak w kolejnych wydaniach książki poezji Czesława Miłosza można tłumaczyć względami cenzury i polityki kulturalnej totalitarnego państwa. O Miłoszu w latach PRL pisać nie wolno było. Ale nieobecność Tadeusza Różewicza można chyba tłumaczyć jedynie narastającą nieufnością autora do powojennych zjawisk literackich wyrastających z międzywojennej awangardy. Jakby słuch literacki badacza współczesnej prozy i poezji nie chwytał już tych zdecydowanie nowatorskich dźwięków: powojennej twórczości Gombrowicza, późnego pisarstwa Białoszewskiego czy właśnie twórczości Różewicza.

Kolejną książką Sandauera, która wywołała liczne dyskusje i została uznana za prowokację intelektualną, był zbiór pamfletów Bez taryfy ulgowej (wyd. 1 w 1959). Tytuł tej pracy okazał się na tyle obrazowy, barwny i metaforyczny, że stał się określeniem „skrzydlatym”, wykraczającym poza to jedno, konkretne, historycznoliterackie użycie. Następne, rozszerzone wydanie ukazało się w 1966 roku pod zmienionym tytułem Dla każdego coś przykrego. Ostatnie wydanie, w 1974 roku powróciło do tytułu pierwotnego, a więc Bez taryfy ulgowej. Mottem całego cyklu mogłyby być słowa Sandauera wypowiedziane w pierwszym, tytułowym artykule: „odwaga staniała, rozum podrożał”. Jego pamflety wpisują się w popaździernikowe dyskusje literackie, rewizje ideowe i światopoglądowe, wynikające z potrzeby głębokich przeobrażeń kultury wobec bolesnych, a często tragicznych doświadczeń okresu stalinowskiego. W ostrym, zajadłym tonie Sandauer atakuje wtórność i anachronizm polskiej literatury, zwłaszcza prozy, odwołując się do pisarstwa m.in. Andrzejewskiego i Rudnickiego. Niezmiennie pozytywnym punktem odniesienia jest dla niego twórczość Gombrowicza, zwłaszcza Ferdydurke. Ta powieść służy mu jako wzór w artykule Szkoła nierzeczywistości i jej uczeń (pamflet na prozę Andrzejewskiego). Osobne studium o Gombrowiczu zamieścił krytyk w wydaniu Dla każdego coś przykrego. Nie oszczędza również Sandauer krytyki literackiej, poświęcając jej cykl Źle o... Badacz rozpoczyna ten cykl od tezy, że nie potrafi ona uwolnić się od socrealistycznego zniewolenia (Źle o krytyce), następnie atakuje jej swoisty biurokratyzm i koniunkturalność (m.in. w szkicu Źle o krytyce środowiskowej). Drwi z krytyki „profesorskiej”, epatującej fałszywym scjentyzmem (Źle o krytyce pseudonaukowej) i z krytyki intuicyjnej, zagubionej w półprawdach i niesprawdzalnych tezach (Źle o krytyce irracjonalnej). Bez taryfy ulgowej oraz Dla każdego coś przykrego były książkami niezwykle napastliwymi, krytycznie nastawionymi do wielu współczesnych im zjawisk literackich. Przez wiele lat prowokowały do polemiki i dyskusji i tym samym stały się niezwykle wyrazistymi zjawiskami w polskiej kulturze popaździernikowej i później – w latach 60.

Aktywności naukowej, krytycznoliterackiej i literackiej Sandauera towarzyszyła całe życie działalność translatorska. Zaowocowała ona studiami biblistycznymi oraz przekładami starotestamentowej Księgi Rodzaju. W 1977 roku Sandauer opublikował obszerną książkę Bóg, Szatan, Mesjasz i...?, zawierającą tłumaczenia wybranych fragmentów Księgi Rodzaju oraz szkice literackie poświęcone tematyce biblijnej. We wstępie do niej podkreślił, że „to nie dzieło ściśle naukowe, lecz zbiór esejów”. Pisał również: „Autor chciał dać rzecz czytelną, książkę nie tyle biblistyczną, co literacką, a miejscami i publicystyczną”. Ostatecznie książka przynosi bardzo ciekawe tłumaczenia Księgi Rodzaju oraz wiele esejów, poświęconych różnorodnym zagadnieniom biblijnym, wymagających jednak od czytelnika dużej wiedzy o kulturze i historii starotestamentowej. Przez recenzentów katolickich książka została przyjęta bardzo krytycznie.

Zgodnie ze swoim klasycznym wykształceniem Sandauer dokonał wielu tłumaczeń starożytnej literatury greckiej. Najpierw w 1953 roku wydał i wstępem opatrzył Sielanki Teokryta, następnie tłumaczył komedie Arystofanesa: Żaby, Chmury, Ptaki, oraz tragedie: Eurypidesa Elektrę i Sofoklesa Edyp królem. Wszystkie te tłumaczenia, w jego opracowaniu zostały wydane w 1977 roku w książce Dramaty greckie.

Przedmiotem jego translatorskiego zainteresowania stała się również literatura rosyjska. Opublikował dwutomowe wydanie Utworów dramatycznych Antoniego Czechowa (1953), tłumaczył poezję rosyjską, którą opublikował w 1987 roku w zbiorze Poeci rosyjscy (m.in. Aleksander Błok, Maryna Cwietajewa, Sergiusz Jesienin, Osip Mandelsztam, Borys Pasternak). Osobną książkę tłumaczeń poświęcił Włodzimierzowi Majakowskiemu – Majakowski w przekładach Artura Sandauera (1977).

Tłumaczył także z języka niemieckiego wiersze Rainera Marii Rilkego, które wydał w tomie Poezje (1983). Dokonał także tłumaczenia Fausta. Tragedii część pierwsza Goethego (1987).

Sandauer w trakcie swego bogatego i twórczego życia otrzymał wiele nagród. Wyróżniają się wśród nich: nagroda Radia Wolna Europa za przekłady biblijne (1971), nagroda Ministra Kultury i Sztuki I stopnia (1975) oraz w trakcie pracy na Uniwersytecie – nagroda Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego II stopnia (1978).

Jakub Sawicki

Urodzony 25 VII 1899 w Wiedniu. Studia prawnicze na UJ (od 1921), doktorat tamże (1926), pracownik w Zakładzie Historyczno-Prawnym UJ (od 1927). Habilitacja na USB w Wilnie (1937). Wykładowca USB i Wydziału Prawa UW. W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania. Po wojnie profesor UW (1945–1969), prodziekan Wydziału Prawa (1956–1959).

Prawnik, specjalista w dziedzinie historii prawa polskiego i kanonicznego. Wydawca źródeł dawnego prawa polskiego i kościelnego.
Aplikacja sędziowska we Lwowie. Urzędnik Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w Warszawie (od 1930).
Członek TNW (1950).
Doktor honoris causa teologii Uniwersytetu Fryderyka Wilhelma w Bonn (1971).
Zmarł 3 II 1979 w Warszawie.

Studia nad położeniem prawnym mniejszości religijnych w Państwie Polskim, Warszawa 1937; Concilia Poloniae. Źródła i studia krytyczne, t. I-X, Lublin-Warszawa-Wrocław 1945–1963; Wybór tekstów źródłowych z historii państwa i prawa polskiego, Warszawa 1952; Iura Mazoviae terrestria, t. I-III, Warszawa 1972–1974; Materiały do polskiej bibliografii historyczno-prawnej za lata 1944–77, „Czasopismo Historyczno-Prawne” 1955–1978.

J. Senkowski, Sawicki Jakub, [w:] PSB, t. XXXV, z. 2, Warszawa-Kraków 1994, s. 313–316; M. Sędek, Profesor Jakub Sawicki 1899–1979, „Rocznik Mazowiecki” 1984, nr 8.

ANDRZEJ ZAKRZEWSKI

JAKUB SAWICKI

1899–1979

 

Droga Jakuba Sawickiego do historii prawa nie była bynajmniej – choć historia interesowała go już od młodości – prosta i łatwa. Utrudniał ją zarówno bieg historii, jak i przypadek. Urodzony w Wiedniu w 1899 roku – można by rzec – był predestynowany do kariery prawniczej w Cesarstwie Austriackim. Ojciec jego – Jan, był bowiem sędzią, a od 1909 roku prezydentem senatu (prezesem izby) tamtejszego Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Śladem ojca wstąpił w 1907 roku do kuźni urzędniczych kadr Cesarstwa – wiedeńskiego Theresianum, które ukończył w 1917 roku i od razu rozpoczął służbę w armii austriackiej. Służba młodego Sawickiego na froncie francuskim i włoskim trwała prawie tak długo, jak istniała ta armia – około roku, a zakończyła się zachorowaniem na tyfus.

Rekonwalescent zgłosił się w Wiedniu na ochotnika do Wojska Polskiego, otrzymując przydział do wiedeńskiego attachatu wojskowego. Równolegle usiłował rozpocząć studia prawnicze na Uniwersytecie Wiedeńskim. Jednak wiosną 1919 roku został skierowany do Polski, a po krótkim epizodzie sztabowym udał się na front wojny bolszewickiej. Wrócił z niego z Krzyżem Walecznych. Jesienią 1921 roku został zdemobilizowany i zapisał się na studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podczas studiów, skróconych dla zdemobilizowanych żołnierzy, skoncentrował się – zgodnie z młodzieńczymi zainteresowaniami – na historii prawa, a ponadto – na prawie kanonicznym. Uczestniczył więc w seminariach Stanisława Kutrzeby i Stanisława Estreichera oraz Józefa Brzezińskiego. W Warszawie natomiast osiadł jego ojciec, który wykorzystał w niepodległej Polsce swe wiedeńskie doświadczenia: organizował polskie sądownictwo administracyjne i został pierwszym prezesem Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Przeniesiono go w stan spoczynku w 1928 roku, ponieważ sprzeciwiał się rządowym naciskom na orzecznictwo Trybunału. Wdzięczni podwładni ofiarowali mu wówczas na pożegnanie obraz Widok Warszawy od strony Pragi pędzla Juliusza Ajdukiewicza.

Syn zaś w 1926 roku, po uzyskaniu w Krakowie doktoratu przeniósł się do Lwowa. Tam rozpoczął aplikację sędziowską, równocześnie uczestniczył na Uniwersytecie Jana Kazimierza w seminarium historii prawa kościelnego Władysława Abrahama. Po roku wrócił jednak do Krakowa i został zatrudniony w Zakładzie Historycznoprawnym UJ. Odbywał też – korzystając ze stypendium Funduszu Kultury Narodowej – zagraniczne studia uzupełniające. Zajmował się – z zamiarem edycji – nie tylko rękopisami XII-wiecznego zbioru prawa kanonicznego Collectio trium partium Iwona z Chartres, używanego również na ziemiach polskich, ale też najstarszymi pomnikami prawa węgierskiego z epoki św. Stefana, a nawet zupełnie współczesnymi konkordatami.

To ostatnie miało mu przynieść pewne oparcie po naukowym dramacie: zaginięciu lub kradzieży materiałów zebranych do habilitacji. Jesienią 1929 roku stracił bowiem na terenie uniwersytetu teczkę z nimi. Załamany, porzucił Kraków i jesienią 1930 roku został w Warszawie urzędnikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, w Wydziale Spraw Katolickich Departamentu Wyznań. Z tego tytułu brał udział w rokowaniach na temat wprowadzenia konkordatu z 1925 roku. Dwa lata później przydział służbowy zmienił na Departament Prawny, w okolicznościach dość niecodziennych. Wspominał je w swym dzienniku ówczesny wiceminister, ks. prof. Bronisław Żongołłowicz: „Sawicki ma się żenić z rozwódką. Episkopat uprzedził go przez ks. Borkowskiego, że zerwie z nim stosunki i nie przyjmie do Komisji Mieszanej, gdzie był protokolantem. Potocki [dyrektor Departamentu Wyznań] przedstawił mnie dziś wniosek o przeniesienie Sawickiego do innego Departamentu. Nie zgodziłem się ulec naciskowi. Minister rozstrzygnął tak, że Sawicki sam wniesie podanie o przeniesienie do innego Departamentu”. W nowym departamencie był autorem – wyprzedzającego epokę – szczegółowego projektu udziału świeckich w zarządzaniu finansami parafialnymi. „Sawicki, galilejczyk, zrobił w 78 § ogromny projekt rozporządzenia wykonawczego, podporządkowujący całą gospodarkę parafialną elementowi świeckiemu – przedstawicielstwo parafii, Rada parafialna, komitet wykonawczy”, ocenił ten projekt ksiądz wiceminister, ostatecznie – odrzucając.

Zmiany: stanu cywilnego i departamentu okazały się jednak korzystne. Małżeństwo wpłynęło chyba na powrót urzędnika – skądinąd znakomitego i kompetentnego – do nauki; żona bowiem przez kilkadziesiąt lat małżeństwa wspierała go w twórczości naukowej, również umiejętnością przepisywania jego tekstów i robienia kolejnych korekt. Zmienił się jednak – przynajmniej doraźnie – główny obiekt jego badań: prace w nowym departamencie pozwoliły na zebranie materiału i stworzenie monografii Studia nad położeniem prawnym mniejszości religijnych w Państwie Polskim, wydanej w Warszawie w 1937 roku. Praca ta – zawierająca poważne rozważania na temat wolności religijnej i stosunku wszelkich związków wyznaniowych do państwa – była podstawą habilitacji z prawa kościelnego, uzyskanej w czerwcu tegoż roku, z poparciem ks. prof. Bolesława Wilanowskiego, na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Stefana Batorego, który mniej przejmował się kościelnymi zastrzeżeniami wobec habilitanta niż stołeczny Wydział Prawa. Od jesieni 1937 roku Sawicki odbywał więc comiesięczną podróż do Wilna celem wygłoszenia czterogodzinnego wykładu. Jednocześnie na warszawskim Wydziale Prawa przez 2 lata prowadził zlecony wykład na temat administracji wyznaniowej i stosunku Kościoła do państwa. Ponoć kierownictwo Wydziału nie godziło się na prowadzenie przezeń wykładu prawa kościelnego sensu stricto, choć wykładowcy brakowało od 1935 roku, a poprzednik – ks. Ignacy Grabowski – nie cieszył się u studentów powodzeniem z powodu ograniczenia się do dogmatycznej analizy kodeksu prawa kanonicznego z 1917 roku. Powodem miały być – znowu – zastrzeżenia władz kościelnych związane ze wspomnianym już małżeństwem.

Równocześnie powrócił Sawicki do swych poprzednich zainteresowań – kanonistyki. Zrodził się pomysł edycji pomników dawnego polskiego prawa kanonicznego, poparty zarówno przez Kutrzebę, jak i Abrahama. Posłużył temu już wyjazd do Rzymu, zasadniczo związany z ustaleniem stanu prawnego budynku hospicjum św. Stanisława, w którym czasowo mieściła się również siedziba rzymskiej stacji Polskiej Akademii Umiejętności. Przy okazji badacz znalazł jednak materiały do edycji statutu synodu łuckiego z 1519 roku. Wydawało się, że powrót do ustabilizowanego trybu życia naukowego jest już tylko kwestią czasu.

Jednak kolejna wojna znów zmieniła bieg życia Sawickiego. Nie brał wprawdzie udziału w walce zbrojnej, służył natomiast swymi kwalifikacjami w inny sposób. Włączył się bowiem do antyniemieckiej propagandy (Akcji N), gdzie spożytkował swą perfekcyjną znajomość języka wroga. Uczestniczył też – formalnie jako docent Uniwersytetu Stefana Batorego – w działalności tajnego Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał prawo kościelne, którego program rozbudował o ujęcie porównawcze, doprowadzając wykład aż do współczesności. Zajęcia odbywały się m.in. w jego własnym mieszkaniu, co powodowało, że zagrożona była również jego rodzina. Równocześnie odbudowywał i rozbudowywał warsztat naukowy. Pracując w formalnie niedostępnych dla Polaków zbiorach bibliotek, postanowił wydać komplet uchwał polskich synodów – Concilia Poloniae. Udało mu się wówczas – jak sam pisał – opracować „w całości lub części pierwszych 8 tomów”.

Na życie zarabiał natomiast pracą radcy w Urzędzie Patentowym. Tam przygotowywał m.in. projekt prawa patentowego, przewidziany na okres powojenny. Z Urzędem Patentowym ścisły kontakt utrzymywał do 1949 roku; przewodniczył do tego roku komisji przygotowującej ów projekt, uczestniczył też w międzynarodowych rokowaniach dotyczących tej materii. Związki z Urzędem odnowił w latach 60.

Powstanie warszawskie przeżył Sawicki w mieście, w walkach stracił pasierba i brata. Po kapitulacji dostał się do obozu w Pruszkowie. W listopadzie żona przedostała się do ich warszawskiego mieszkania, ratując część materiałów naukowych. Gdy dotarł do Krakowa, zaczął prowadzić zajęcia dla warszawskich studentów, który znaleźli się pod Wawelem. Równocześnie w Kielcach wykładał dla studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W wolnym już od Niemców Krakowie na krótko związał się – przez wykłady z prawa kościelnego – z macierzystą uczelnią.

Od początku roku akademickiego 1945/1946 powrócił na UW. Pierwsze dwa lata mieszkał w pokoju Seminarium Duchownego przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie jednocześnie prowadził zajęcia ze studentami i pracował naukowo. Był jedynym historykiem prawa, dlatego prowadził nie tylko wykład prawa kościelnego, lecz także historii ustroju Polski i dawnego jej prawa sądowego. Do 1947 roku był też kuratorem Katedry Historii Prawa na Zachodzie Europy. Atmosfera polityczna spowodowała jednak, że zamiast katedry prawa kościelnego powstała katedra prawa wyznaniowego, a nominację na jej kierownika otrzymał ówczesny minister sprawiedliwości. Sawicki został więc od prawa kościelnego odsunięty, natomiast w 1947 roku mianowano go profesorem zwyczajnym historii ustroju i prawa sądowego Polski. Zaostrzenie politycznego kursu spowodowało kolejne ograniczenie jego kontaktów ze studentami – przez odebranie wykładu kursowego. Katedrę uznano bowiem w 1950 roku za zespołową, zatrudniono na stanowiskach profesorskich dwóch nowych badaczy, a formalny kierownik musiał zadowolić się zajęciami typu seminaryjnego i konwersatoryjnego.

Odwilż 1956 roku zmieniła sytuację, zniknęły poprzednie ograniczenia. Sawicki wrócił do prowadzenia wykładu kursowego, w latach 1956–1959 był też prodziekanem Wydziału Prawa odpowiedzialnym za tok studiów. Wznowił również kontakty zagraniczne. Na emeryturę przeszedł w 1969 roku, jednak aż do końca życia intensywnie pracował naukowo. Zmarł w lutym 1979 roku.

W obfitym, liczącym ok. 200 pozycji, dorobku naukowym uczonego można wyróżnić kilka zasadniczych wątków. Po habilitacji planował – jak już wspomniano – wydanie aktów synodów prowincjalnych i diecezjalnych Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce. Przezwyciężył liczne przeszkody – natury ekonomicznej oraz, zwłaszcza w latach 50., administracyjnej – i zamierzenie to urzeczywistnił. W latach 1945–1963 wydał 10 tomów serii Concilia Poloniae, znakomicie służących nauce, aczkolwiek dopiero od ósmego tomu w takim kształcie, jaki pierwotnie zaplanował, a więc łącznie z poprawną reedycją tekstów już znanych. Swego rodzaju następstwem tej edycji było zestawienie statutów synodalnych Kościoła katolickiego i ich wydań. Opublikowana w Watykanie w 1967 roku Bibliographia synodorum particularium przyniosła twórcy szeroki odzew (18 recenzji) i uznanie międzynarodowej kanonistyki oraz źródłoznawstwa. Tom ten – zawierający całość światowej literatury na temat synodów, łącznie z wykazem edycji ich statutów – uzupełniał jeszcze Sawicki stopniowo, w sumie o kolejnych pięć suplementów.

Kolejnym dziełem o wartości nieprzemijającej jest wydanie w latach 1972–1974 pomników prawa dzielnicowego Mazowsza z lat 1228–1540 – Iura Masoviae Terrestria, w trzech tomach. Całości, przewidzianej na pięć tomów, wydawca nie zdołał już opublikować, choć tom czwarty, zawierający Ekscepta mazowieckie, był już znacznie zaawansowany. Właśnie niedawno pojawiła się w Instytucie Historii Prawa koncepcja realizacji tej części naukowego testamentu naszego poprzednika.

Dziełem, które zapewniło twórcy szacunek kolejnych pokoleń badaczy dziejów prawa, była stworzona i prowadzona przezeń przez ćwierćwiecze, od 1954 roku, a wykazująca dorobek od 1944 roku, polska bibliografia historycznoprawna, publikowana corocznie na łamach „Czasopisma Prawno-Historycznego”. Pracę tę – w zasadniczo niezmienionym układzie – kontynuują następcy; dziś ukazuje się nie tylko drukiem, lecz także – z duchem czasu – w internecie. Nie jest to też już trud jednego człowieka, tylko całej pracowni bibliograficznej, mieszczącej się w strukturach Instytutu Historii Prawa naszej Almae Matris.

Właśnie to ukazuje cechę charakterystyczną aktywności Sawickiego: podejmował on w pojedynkę zadania, które dziś – mniej lub bardziej udatnie – wykonują całe zespoły badawcze, niekiedy z osobnym finansowaniem. Podjęcie takich zamierzeń można wytłumaczyć poczuciem obowiązku badacza wobec nauki, a zwłaszcza wobec własnej specjalności. Wydaje się również, że czuł, iż ma pewien dług do spłacenia wobec swych poprzedników i nauczycieli. Stąd bardzo rzetelne, nierzadko jeszcze uzupełniane, bibliografie prac kanonistów: Władysława Abrahama, ks. Jana Fijałka, Tadeusza Silnickiego, Bolesława Ulanowskiego, poprzedników na katedrze: Józefa Rafacza i Stanisława Borowskiego czy zamęczonego w Oświęcimiu historyka prawa i archiwisty Józefa Siemieńskiego.

W jednej z rozmów ze swym „bibliograficznym” współpracownikiem Hubertem Izdebskim stwierdził, że doświadczenia II wojny światowej utwierdziły go w przekonaniu, że najważniejsze zadania historyka to edycja źródeł oraz prace bibliograficzne – by zachować dla potomności zarówno źródła, jak i wiedzę o dorobku poprzedników. Wydaje się, że konieczność edycji źródeł zauważał już przed wojną; bibliografie poszczególnych badaczy zaczął tworzyć tuż po niej, natomiast na powstanie prac nad bieżącą bibliografią polskiej historii prawa wpłynęła chyba atmosfera wokół niego w początku lat 50. i stworzone wówczas utrudnienia badania prawa kościelnego. Poczucie powinności nakazało mu więc robienie rzeczy przydatnych, możliwych do wykonania, a niepodatnych na administracyjne zakazy. Stąd dominowały w jego dorobku edycje źródłowe i bibliografie, które nauce są przydatne zazwyczaj znacznie dłużej niż prace konstrukcyjne. Podkreślić trzeba też naukową wszechstronność uczonego: rasowy kanonista i mediewista był również wybitnym znawcą współczesnych konkordatów, a nawet – prawa patentowego.

Od początku pracy naukowej utrzymywał Sawicki żywy kontakt z nauką europejską: odbywał studia w Pradze, Paryżu i Berlinie, po habilitacji pracował – jak już wspomniano – w Archiwum Watykańskim. Plany szerszych badań zagranicznych zniweczyła wojna. Powojenna bieda i okres stalinowski kontaktom takim nie sprzyjały. Jednak od 1957 roku wrócił Sawicki do międzynarodowego życia naukowego. Podczas pierwszego – po długoletniej przerwie – wyjazdu do Wiednia miało dojść do rozmowy z dawnym kolegą z Theresianum, ówcześnie zaś wysokim urzędnikiem państwowym, który spytał: „Na czym polega Październik?”. „Na tym, że tu znowu jestem” – odpowiedział dawno niewidziany kolega z Polski. Nastąpiły więc wyjazdy na wykłady i konferencje – głównie do ośrodków niemieckich, austriackich i francuskich, wykorzystywane również na biblioteczne i archiwalne kwerendy, zwłaszcza – dla bibliografii synodów. Wkład w naukę doceniono nie tylko odznaczeniami (Order Odrodzenia Polski w 1957) i nagrodami krajowymi, lecz także członkostwem organizacji międzynarodowych i honorowym doktoratem teologii Uniwersytetu Fryderyka Wilhelma w Bonn w 1971 roku.

Jako dydaktyk Sawicki był nie tyle mistrzem masowych wykładów kursowych, ile raczej kameralnych zajęć typu seminaryjnego, gromadzących grono niezbyt może liczne, ale dziejami prawa szczerze zainteresowane. Dla najbliższych uczniów prowadził w domu – i bynajmniej nie był w Instytucie Historii Prawa wyjątkiem – poniedziałkowe privatissima. Wypromował – w zakresie dziejów dawnego prawa i ustroju Mazowsza – trzech doktorów. Krąg jego oddziaływania był jednak szerszy: niektórzy młodzi badacze brali udział nie tylko w jego seminarium, lecz także łączyli je z innym, w którym zdobywali naukowe stopnie. Wpłynęło więc seminarium Sawickiego i na kilku kolejnych późniejszych profesorów, którzy do tej pory wspominają wprowadzanie przezeń w tajniki łaciny średniowiecznej i paleografii łacińskiej (a także – podawane w domu nalewki), jak też na sporo osób, które drogi naukowej nie wybrały.

Wydany przezeń w 1952 roku obszerny Wybór tekstów źródłowych z historii państwa i prawa polskiego jest w środowisku warszawskim do dziś – choć już raczej w postaci kserokopii i skanu – jedną z podstawowych pomocy dla ukazania dawnego prawa polskiego. Na temat działalności dydaktycznej twórcy do tej pory krążą anegdoty: wykładowca prawa kościelnego na tajnych kompletach, w celu konspiracji przedstawiony jako ksiądz, pewnego razu zapomniał zdjąć obrączkę, która słuchaczy cokolwiek zdziwiła... W okresie powojennym zaś na Wydziale Prawa wykładało dwóch profesorów Sawickich, drugi z nich – specjalista od prawa karnego, różnił się pochodzeniem, światopoglądem i stosunkiem do Kościoła. Gdy studenci, wiedząc o żarliwym katolicyzmie Jakuba, chcąc z góry zaskarbić sobie jego życzliwość, nieświadomi wchodzili do gabinetu Jerzego z pozdrowieniem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, otrzymywali odpowiedź: „Na wieki, wieków!, ale – to na lewo...”.

Sawicki był człowiekiem Uniwersytetu – nie tylko przez odważny udział w tajnym nauczaniu, nie tylko przez dwuletnie zamieszkanie w pomieszczeniu – było nie było – dydaktycznym i faktyczne kierowanie całością historycznoprawnego wykształcenia prawników, nie tylko przez długoletnie kierownictwo katedry historii ustroju i prawa polskiego oraz pełnienie funkcji prodziekana, lecz także przez usilną, wytężoną pracę naukową i kształcenie zarówno przyszłych pracowników nauki, jak i przyszłych praktyków. Więź z Uniwersytetem wykazał nawet w swej ostatniej woli, zapisując mu wspomniane już malowidło Ajdukiewicza, ofiarowane ojcu w 1928 roku, które dziś wisi w sekretariacie rektora.

Adam Schaff

Urodzony 10 III 1913 we Lwowie. Studia na UJK we Lwowie oraz w École des Sciences Économiques et Politiques w Paryżu. Stopień kandydata* (1941) oraz doktorat** (1945) w Instytucie Filozofii Akademii Nauk ZSRR. Profesor UŁ (1945). Profesor UW (1949). Dyrektor Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR (1950–1957) oraz Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR.

Filozof, działacz komunistyczny, teoretyk marksizmu-leninizmu; zajmował się także filozofią języka, socjolingwistyką i teorią poznania.
Członek TNW (1950), PAN (1952); dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN (1956–1968).
Po 1968 roku za granicą: przewodniczący Rady Dyrektorów Europejskiego Ośrodka Badań Porównawczych w Naukach Społecznych UNESCO w Wiedniu (1969–1985); członek Klubu Rzymskiego (1970).
Zmarł 12 XI 2006 w Warszawie.

Narodziny i rozwój filozofii marksistowskiej (1950); Wstęp do semantyki (1961); Język a poznanie (1964); Alienacja jako zjawisko społeczne (1977); Ruch komunistyczny na rozstajach dróg (1982, wyd. pol. 1989).

B. Chwedeńczuk, Adam Schaff – spojrzenie z oddali, „Zdanie” 2014, nr 1/2.

 

* Odpowiednik stopnia doktora.
** Odpowiednik stopnia doktora habilitowanego.

JERZY SZACKI

ADAM SCHAFF

1913–2006

 

Urodzony we Lwowie 10 marca 1913 roku, zmarły w Warszawie 12 listopada 2006 roku. Profesor UW w latach 1949–1968. Dzięki swemu „patrycjuszowskiemu” pochodzeniu (był synem wziętego lwowskiego adwokata) Adam Schaff odebrał bardzo staranne wychowanie (w tym niemal profesjonalne przygotowanie muzyczne) i odbył w latach 1931–1936 studia prawnicze i ekonomiczne na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, uzupełnione w paryskiej École des Sciences Économiques et Politiques, gdzie gromadził materiały do – przygotowywanej pod kierunkiem Stanisława Grabskiego – rozprawy doktorskiej z zakresu ekonomii. W latach studiów został działaczem komunistycznej organizacji studenckiej, co w 1937 roku spowodowało uwięzienie i przerwę w pracy naukowej. Powrócił do niej na emigracji w ZSRR, uzyskując w 1941 roku stopień kandydata nauk filozoficznych na Uniwersytecie Moskiewskim.

Filozofia, którą poprzednio zajmował się ubocznie i głównie jako samouk, okazała się jego głównym oprócz polityki powołaniem. W 1945 roku, pracując jednocześnie w polskiej redakcji moskiewskiego radia, zdobył w Instytucie Filozofii Akademii Nauk ZSRR stopień naukowy doktora nauk filozoficznych (odpowiednik polskiej habilitacji). Pozytywna ocena pracy doktorskiej przez Leona Chwistka, którego Schaff poznał w trakcie wojennych peregrynacji po ZSRR, przesądziła o tym, jak twierdził, że postanowił zająć się filozofią zawodowo. Był nią, jak się zdaje, autentycznie zainteresowany i miał talent, nie realizował się w niej jednak nigdy w pełni, filozof przegrywał bowiem niejednokrotnie z politykiem, myśliciel z działaczem i menedżerem.

Naukowym debiutem Schaffa po jego powrocie do kraju, gdzie początkowo wykładał w Centralnej Szkole PPR i na Uniwersytecie Łódzkim, była książka Pojęcie i słowo. Próba analizy marksistowskiej. Napisana w ZSRR jako praca doktorska, a wydana w Warszawie w 1946 roku, była u nas jedną z pierwszych po wojnie publikacji filozoficznych i bodaj pierwszą, której programowo marksistowska orientacja została zapowiedziana już na stronie tytułowej.

Schaff stał się szerzej znany jako autor Wstępu do teorii marksizmu. Zarysu teorii materializmu dialektycznego i historycznego (1947), którego kolejne, systematycznie poprawiane (i z tego powodu pouczające jako zwierciadło przemian ideologicznych w owych czasach) wydania służyły w PRL przez prawie dekadę za elementarz marksizmu-leninizmu i były obowiązkową lekturą wszystkich studentów uczących się w jakimkolwiek zakresie filozofii. Przez lata był to w Polsce jedyny podręcznik filozofii marksistowskiej.

Profesorem UW Schaff był w latach 1949–1968, czyli niemal przez cały PRL-owski okres swej ożywionej działalności polityczno-naukowej, którą kontynuował później jako „honorowy banita” w krajach zachodnich, gdzie stał się z czasem lepiej znany i bardziej honorowany niż w kraju. Profesura na UW była wprawdzie z reguły tylko jednym z jego licznych zajęć i ról społecznych, ale odgrywał na uczelni dużą rolę jako wysoki autorytet polityczny, inicjator zmian programowych i organizacyjnych oraz twórca budowanego przezeń w Polsce od podstaw, marksistowskiego środowiska filozoficznego, które już w latach 50. zdominowało, nowo utworzony w następstwie podziału Wydziału Humanistycznego, Wydział Filozoficzny i wprowadziło stopniowo do polskiego szkolnictwa wyższego masowe nauczanie filozofii jako najważniejszego oprócz ekonomii politycznej „przedmiotu ideologicznego”. Wzorcowym ośrodkiem nauczania filozofii marksistowskiej na UW była przez wiele lat kierowana przez Schaffa Katedra Materializmu Dialektycznego i Historycznego na Wydziale Humanistycznym UW, gdzie zresztą debiutowało wielu znanych potem uczonych (m.in. psycholog Janusz Reykowski, historyk filozofii Adam Sikora, literaturoznawca Roman Zimand).

W tym okresie Schaff dał się poznać przede wszystkim jako jeden z początkowo bardzo nielicznych „partyjnych profesorów”, propagandysta i popularyzator marksizmu, jego niestrudzony nauczyciel i obrońca, a zarazem aż do połowy lat 60. jego urzędowy, rzec można, rzecznik i przez wiele lat, pokrywających się z grubsza z latami profesury na UW, „superdygnitarz” (wedle własnego określenia) na polu filozofii i nauk społecznych.

Miał zaiste przemożny, acz malejący w miarę niekorzystnych dlań zmian układu sił w PZPR i spadku znaczenia ideologii, wpływ na politykę naukową i cały „front ideologiczny” PRL przez prawie 20 lat, a zwłaszcza w latach 1948–1956, kiedy nie bez powodu uchodził w Polsce za uosobienie nauki urzędowej. Wpływ Schaffa malał jednak stopniowo również w rezultacie powiększania się i wewnętrznego różnicowania środowiska marksistowskiego, którego członkowie zdobywali się w drugiej połowie lat 50. na coraz większą samodzielność, co prowadziło nieuchronnie do podważenia pozycji niekwestionowalnych do tej pory autorytetów.

Po Październiku 1956 roku władztwo Schaffa na Wydziale Filozoficznym UW uległo więc de facto ograniczeniu – tym większemu, że w ramach likwidacji „błędów i wypaczeń” okresu stalinowskiego na swoje stanowiska wrócili uczeni bezpartyjni. Na tym dość radykalnie wówczas pod wieloma względami odmienionym wydziale (ważną zmianą było m.in. przywrócenie do życia w 1957 roku socjologii i powstanie po kilkuletniej przerwie odpowiednich katedr) Schaff był już tylko kierownikiem jednej z katedr filozoficznych, aczkolwiek od jego poparcia lub zgody wciąż dużo zależało. Przed Marcem 1968 roku już nie on jednak decydował o politycznym i naukowym obliczu Wydziału Filozoficznego, który zresztą właśnie wtedy przeżywał okres swej naukowej świetności.

Schaff poszedł wprawdzie na znaczącą liberalizację polityki naukowej i zdecydowane rozluźnienie rygorów marksistowskiej ortodoksji, przyczyniając się tym niewątpliwie do naprawy wcześniejszych „błędów i wypaczeń”, ale był zasadniczo przeciwny „rewizjonizmowi” i niepokoił się jego ewentualnymi skutkami. Im bardziej w oczach partyjnej góry sam stawał się podejrzany o „rewizjonizm”, co stało się ogólnie znanym faktem po ogłoszeniu książki Marksizm a jednostka ludzka (1965), tym bardziej wolał się dystansować od „rewizjonistycznego” środowiska UW. Niemniej jednak aż do marca 1968 roku uczestniczył, tak lub inaczej, w życiu uczelni o tyle, o ile pozwalały na to inne obowiązki, z których najważniejszym i największym stało się od 1956 roku kierowaniem Instytutem Filozofii i Socjologii PAN, który stworzył.

W okresie swej profesury na UW Schaff był poza tym członkiem KC PZPR, założycielem i dyrektorem partyjnego Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych (przekształconego w Instytut Nauk Społecznych) w latach 1950–1957, a następnie pierwszym dyrektorem Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, redaktorem naczelnym „Myśli Współczesnej” (1948–1951) i „Myśli Filozoficznej” (1951–1957); współorganizatorem i jednym z programowych referentów I Kongresu Nauki Polskiej w 1952 roku, członkiem PAN od chwili jej powołania (członkiem-korespondentem od 1952 roku, rzeczywistym od 1961 roku) i członkiem jej prezydium w latach 1958–1968, pierwszym przewodniczącym utworzonego w 1960 roku Komitetu Nauk Filozoficznych PAN, członkiem licznych kolegiów, komisji, zespołów itp.

Wielokrotnie reprezentował polską naukę za granicą i utrzymywał coraz liczniejsze kontakty z ważnymi osobistościami światowego życia naukowego, stopniowo stając się po 1956 roku efektywnym promotorem wymiany naukowej z zagranicą i uczonym-marksistą o międzynarodowej renomie i mocnej pozycji osobistej w wielu organizacjach międzynarodowych, którą zachował i wydatnie wzmocnił po utracie stanowisk w kraju.

Inaczej niż większość polskich komunistów o żydowskim rodowodzie, nie zrezygnował po 1968 roku z polskiego paszportu i nie wyrzekł się ani swego wcześniejszego życiorysu, ani dalszej solidarności z PRL, ale w następnych latach pracował głównie w Austrii oraz innych krajach zachodnich, uzyskując tam z czasem dość wyjątkowy status niezależnego jak gdyby intelektualisty, którego zdanie liczyło się jednak jako zdanie marksistykomunisty.

Przez całe życie nie chciał być nikim innym, co nie znaczy, że jego poglądy pozostawały niezmienne i do końca mieściły się w partyjnej normie. Wprost przeciwnie, przeszedł długą drogę od stalinizmu do eurokomunizmu i od standardowego marksizmu-leninizmu w stylu sowieckim do jakiejś wersji „marksizmu zachodniego”. Był do końca przekonany o słuszności dokonanego za młodu wyboru światopoglądowego i zmieniał poglądy tylko o tyle, o ile czuł się pewien, że to on właściwie rozumie teorię Marksa i wie najlepiej, jak z niej korzystać we współczesnym świecie. Bycie marksistą było dlań niezmiennie niepodważalną i samoistną wartością, czemu dał mocny wyraz m.in. w licznych pismach o bardzo osobistym charakterze, które ogłosił w latach emerytury, czyli już po upadku komunizmu. Można powiedzieć, że owe pisma to gniewna i dumna apologia pro vita sua. Książki: Pora na spowiedź (1993), Notatki kłopotnika (1995), Moje przygody z nauką polską (1997), Próba podsumowania (1999) i Książka dla mojej żony. Autobiografia problemowa (2001) dają nader wyrazisty autoportret ideowy autora. Ich ciekawym uzupełnieniem są Dialogi z Adamem Schaffem (2005) Bohdana Chwedeńczuka.

Z powodu dużego udziału w budowaniu fundamentów PRL Schaff jest zwykle obciążany współodpowiedzialnością za stalinizację nauki polskiej na przełomie lat 40. i 50., a także za rozliczne polityczne utrudnienia, na jakie uprawianie filozofii i nauk społecznych natrafiało po Październiku 1956 roku, najpewniej nie bez jego udziału i zgody, choć już niekoniecznie z jego inicjatywy. Zarazem nie brak opinii, że jako „dowódca” partyjnego „frontu filozoficznego” pod wieloma względami różnił się na korzyść od swych odpowiedników w innych krajach komunistycznych, ponieważ miarkował w jakimś stopniu zapędy ideologicznych nadgorliwców, zachowywał w krytycznych sytuacjach sporo zdrowego rozsądku, nie miał temperamentu sekciarza, a także ujawniał przy rozmaitych okazjach cechy charakteru niepospolite u ówczesnych dygnitarzy. Nawet w swym najgorszym, by tak rzec, okresie nie był tuzinkowym funkcjonariuszem partyjnym, mając, jak się zdaje, własny do pewnego stopnia sposób postępowania, dostosowywany zwykle do aktualnej linii generalnej, ale zakładający możliwość unikania posunięć jawnie absurdalnych i najbardziej drastycznych czy też np. pomagania uzdolnionym ludziom bez wymagania od nich aktów politycznej lojalności.

Schaff miał też bezsporne osiągnięcia organizacyjne w postaci zapewnienia polskiej filozofii (a po 1956 roku i socjologii) solidnych ram instytucjonalnych i wspierania wielu inicjatyw wydawniczych i badawczych niezależnie od doraźnych korzyści politycznych (np. „Biblioteka Klasyków Filozofii”) itd. Inaczej mówiąc, jakikolwiek był kontekst polityczny dokonywanych pod patronatem Schaffa zmian, filozofia uzyskała w ich następstwie infrastrukturę, jakiej w Polsce nigdy przedtem nie miała (Wydział Filozoficzny UW oraz Instytut Filozofii i Socjologii PAN wraz z ich wspólną biblioteką). Trudniej jest ocenić rolę Schaffa jako nauczyciela na UW: prowadził wiele wykładów i seminariów, był wielekroć promotorem prac magisterskich i doktorskich, nie miał wszakże wśród filozofów uczniów w ściślejszym słowa znaczeniu, choć np. na swojej ostatniej uniwersyteckiej katedrze miał grono utalentowanych i znanych z późniejszych osiągnięć współpracowników, wśród których byli m.in. Bogusław Wolniewicz, Hanna Buczyńska-Garewicz, Józef Niżnik czy Bohdan Chwedeńczuk. Paradoksalnie wśród jego licznych asystentów najbliższy traktowania go jako mistrza okazał się po latach ostatni z wymienionych, który nigdy ani nie był, ani nie starał się być marksistą.

Schaff jako pierwszy dyrektor stworzonego przez siebie Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, który szybko stał się ważniejszym od UW terenem jego aktywności, okazał się stosunkowo otwarty i niedoktrynerski, wspierając do pewnych granic socjologię empiryczną czy też np. niezależne badania nad filozofią średniowieczną.

Schaff obstawał jednak niezmiennie przy zasadzie kierowniczej roli partii w polityce naukowej i uprzywilejowaniu marksizmu, od czego nie odstąpił również wtedy, gdy sam był już celem politycznych ataków jako autor głośnej książki Marksizm a jednostka ludzka (1965). Publikacja niespodziewanie okazała się „rewizjonistyczna”, stając się kamieniem obrazy dla zyskujących na znaczeniu w PZPR „komunofaszystów”, jak zwykł ich później z całym przekonaniem nazywać. Można powiedzieć, iż w PRL znalazł się wówczas jak gdyby w politycznej próżni, będąc nazbyt nieprawomyślnym jak na zmienione w nacjonalistycznym duchu standardy swojej partii, a zarazem kimś zbyt partyjnym dla większości swego środowiska akademickiego. Rok 1968 przyniósł ostateczny koniec związków Schaffa z UW i jego wielkiej kariery w PRL.

Dotknięty „honorową banicją” w rezultacie antysemickich czystek w PZPR, przez 20 lat kierował w Wiedniu Europejskim Ośrodkiem Badań Porównawczych w Naukach Społecznych UNESCO, prowadził wieloletnie badania międzynarodowe, uczestniczył w pracach i władzach Klubu Rzymskiego oraz innych organizacji (np. Międzynarodowego Instytutu Filozofii i Międzynarodowej Federacji Towarzystw Filozoficznych), wykładał gościnnie na wielu zachodnich uniwersytetach (najdłużej na Uniwersytecie Wiedeńskim), brał udział w niezliczonych konferencjach, kongresach i spotkaniach na całym świecie, a także publikował nowe prace naukowe i polityczne, wygłaszał referaty i przemówienia, udzielał wywiadów itp. Otrzymał doktorat honoris causa Sorbony oraz uniwersytetów w Ann Arbor i Nancy.

W rezultacie, jako public intellectual stał się po 1968 roku bardziej znany i wpływowy na Zachodzie aniżeli w Polsce, gdzie w drugiej połowie życia bywał ignorowany przez obie strony politycznej barykady lub był wspominany głównie bądź jako były stalinista, bądź jako bohater skandali, jakimi dla jednych był jego niezłomny komunizm i, dajmy na to, ostra krytyka dysydentów i „Solidarności”, dla drugich natomiast opowiedzenie się za eurokomunizmem, za które w 1984 roku wykluczono go z PZPR mimo entuzjastycznego poparcia udzielonego trzy lata wcześniej generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. Niektóre z ogłoszonych za granicą publikacji Schaffa bądź w ogóle nie ukazały się w Polsce, bądź ukazały się z dużym opóźnieniem (Ruch komunistyczny na rozstaju dróg dopiero w 1989 roku, czyli siedem lat po wydaniu niemieckim, Alienacja jako zjawisko społeczne ponad 20 lat), nie budząc już szerszego zainteresowania wobec szybkiego wygasania wiary w przyszłość socjalizmu i aktualność marksizmu.

Mimo rozlicznych obowiązków organizacyjnych, utrudniających aż do emerytury koncentrację na własnej pracy badawczej, Schaff dużo publikował (m.in. około 20 książek). Jego dorobek pisarski obejmuje prócz publicystyki społeczno-politycznej i popularyzacji (oprócz wspomnianego Wstępu do teorii marksizmu wypada zaliczyć do niej Narodziny i rozwój filozofii marksistowskiej z 1950 roku) – tłumaczone z reguły na wiele języków, niekiedy zaś ogłaszane od razu w językach innych niż polski – publikacje z różnych dziedzin filozofii, zwłaszcza zaś filozofii języka, teorii poznania, antropologii filozoficznej i filozofii społecznej, z także, pochodzące z późniejszego okresu i, przygotowywane we współpracy z uczonymi z wielu krajów, ekspertyzy dotyczące „skutków społecznych drugiej rewolucji przemysłowej” (raport Klubu Rzymskiego), „semiotyki politycznej” stosunków międzynarodowych (np. wieloletnie badania, których przedmiotem był język postanowień aktu końcowego Konferencji w Helsinkach) itp. Swego rodzaju ekspertyzami były też „heretyckie” diagnozy sytuacji ruchu komunistycznego w końcowej fazie jego kryzysu.

Najpełniejszymi bodaj do tej pory podsumowaniami naukowego dorobku Schaffa są: książka Augusto Ponzio Individuo umano, linguaggio e globalizatione nella filosofia di Adam Schaff (2002) i referat Susan Petrelli i Augusto Ponzio: Adam Schaff: from Semantics to Political Semiotics, przedstawiony na IX Kongresie Międzynarodowego Towarzystwa Semiotycznego w 2007 roku. W Polsce dorobek ten nie stał się na razie przedmiotem merytorycznej analizy, nie ma też ani biografii, ani pełnej bibliografii Schaffa. A jego biografia mogłaby być niezwykle ciekawą książką, znajdował się bowiem dość długo blisko kierowniczych kręgów PRL i był przez pół wieku naocznym świadkiem i uczestnikiem dziejów ruchu komunistycznego od Józefa Stalina do Michaiła Gorbaczowa.

Niektóre publikacje Schaffa odegrały w swoim czasie sporą rolę polityczno-naukową. Ich recepcja najpierw w Polsce i innych krajach „bloku”, potem zaś głównie w Europie Zachodniej i np. w Ameryce Południowej była stosunkowo szeroka. Jak wolno sądzić, znalazły najsilniejszy oddźwięk we Włoszech i Hiszpanii w latach 70. i 80., kiedy jego nazwisko skojarzyło się z eurokomunizmem i „ekumenicznym humanizmem”. Jako filozof marksista zdobył znaczny autorytet międzynarodowy, reprezentując nieprzeciętną w swoim obozie politycznym zdolność podejmowania nowych wyzwań, gotowość do dyskusji i współpracy, umiejętności dyplomatyczne, a także biegłą znajomość języków światowych. Swoim „światowym” stylem uderzająco różnił się od filozofów radzieckich, będąc marksistą oświeconym, który dochowywał wierności zasadom, ale nie upierał się bez potrzeby przy ewidentnych głupstwach.

Nic dobrego nie da się natomiast powiedzieć o pierwszej monografii, którą Schaff ogłosił jako profesor UW, tj. o książce Obiektywny charakter praw historii (1955), która była dogmatyczną krytyką niezgodnych z urzędową doktryną wypowiedzi rozmaitych myślicieli „burżuazyjnych” na temat procesu historycznego za to, że nie były marksistowskie. Bardzo liche były także nieco wcześniejsze, inspirowane przez Schaffa, publikacje krytyczne na temat polskiej tradycji filozoficznej, a zwłaszcza początków polskiego marksizmu i szkoły lwowsko-warszawskiej, do której jednak sam Schaff odnosił się z niejaką rewerencją, jakiej nie wykazywał np. w stosunku do socjologii Floriana Znanieckiego. Można je uważać za typowe produkty komunistycznego stylu krytyki, od którego Schaff będzie się stopniowo uwalniał przynajmniej o tyle, o ile było to możliwe bez kwestionowania podstaw doktrynalnych.

Pierwszym krokiem w tym kierunku była książka Z zagadnień marksistowskiej teorii prawdy (1959), która, aczkolwiek nadal pryncypialnie i ostentacyjnie marksistowska, nie miała już aż tak jawnie apologetycznego charakteru. Cechowało ją bowiem zauważalne staranie autora o prowadzenie z przeciwnikami merytorycznej dyskusji i wyjście poza dotychczasowy schemat krytyki marksistowskiej, która w owych czasach potrafiła programowo unikać cytowania i szczegółowego referowania poglądów podlegających refutacji. Z tego powodu np. rosyjski przekład wspomnianej pracy Schaffa cieszył się w ZSRR popularnością jako źródło informacji o niedostępnych w inny sposób publikacjach zachodnich. O zmianie stylu filozofowania Schaffa świadczą też korektury, jakie wprowadził do swoich, skrajnie przedtem dogmatycznych, poglądów na metodologię historii w tomie Historia i prawda (1970). Wcześniejszy autor dość prymitywnego Wstępu wydał na UW bliższe tradycyjnym wzorom akademickim Główne zagadnienia i kierunki filozofii (1960, 1962).

W latach późniejszych Schaff zajmował się jako filozof przede wszystkim pogłębionymi studiami z zakresu filozofii języka, socjolingwistyki i teorii poznania, czego wynikiem był Wstęp do semantyki (1961), Język a poznanie (1964, 1967), Szkice z filozofii języka (1967), Gramatyka generatywna a koncepcja idei wrodzonych (1972), Szkice o strukturalizmie (1975) oraz inne prace, które wypada zaliczyć do pierwszych poważnych prób krytycznego przyswojenia sobie przez filozofię marksistowską rezultatów zwrotu lingwistycznego w humanistyce XX wieku i zaznaczenia własnego stanowiska w dyskusjach toczących się czy to wokół strukturalizmu czy to wokół głośnych teorii Noama Chomsky’ego. Pod tym względem były to prace pionierskie, które miały w swoim czasie stosunkowo duży oddźwięk światowy.

Drugim zasadniczym nurtem zainteresowań naukowych, ale i politycznych, Schaffa stała się filozofia człowieka, pomyślana z jednej strony jako reinterpretacja teorii Marksa, uwydatniająca (podobnie jak w przypadku Ericha Fromma) jej humanistyczny i antropocentryczny charakter, z drugiej natomiast jako refutacja wchodzącego akurat w modę egzystencjalizmu oraz innych koncepcji antropologicznych, których polityczne implikacje zdawały się zagrażać integralności marksizmu jako rewolucyjnej filozofii historii. W dużym stopniu wchodziła też w grę polemika z polskimi „rewizjonistami”, dla których ważną inspiracją były przecież i pisma młodego Marksa (zwłaszcza jego teoria alienacji) i teksty francuskich egzystencjalistów. Schaff podjął popularny temat w sposób zrazu publicystyczny, wraz z upływem czasu traktował go jednak coraz poważniej i zajmował się nim stosunkowo najdłużej, a więc i wtedy, gdy odłożył na bok filozofię języka i zaabsorbowała go makrospołeczna problematyka współczesnego kapitalizmu i niepewna przyszłość idei komunizmu.

Najważniejsze prace antropologiczne Schaffa to: Filozofia człowieka. Marksizm a egzystencjalizm (1961), Marksizm a jednostka ludzka (1965) i Alienacja jako zjawisko społeczne (1979, wyd. pol. 1999). Chociaż przedstawione w nich poglądy nie wyglądają dziś na obrazoburcze, pod koniec lat 60. spotkała go za nie w Polsce partyjna krytyka, której ostrość daje się pojąć tylko w kontekście sytuacji politycznej u schyłku panowania Władysława Gomułki i zbliżających się czystek antysemickich. Książka Marksizm a jednostka ludzka miała, co prawda, wyraźne implikacje polityczne, świadczące o rosnącym rozdźwięku między ówczesną PZPR i marksizmem w rozumieniu Schaffa, przyznającego expressis verbis, że problem alienacji nie został przez „realny socjalizm” rozwiązany i urzeczywistnienie naczelnego, być może, ideału Marksa pozostaje sprawą przyszłości. Znaczenie nie tylko okolicznościowe miała natomiast późniejsza książka o alienacji, należąca u nas do najmniej znanych publikacji Schaffa, gdyż ukazała się w czasie, kiedy temat wyszedł już z mody, a i marksizm utracił niemal całkowicie swą niegdysiejszą atrakcyjność intelektualną.

Jeszcze za życia Schaffa dobiegła końca formacja kulturowa, do której należał. To przede wszystkim zadecydowało, że od lat nie jest już autorem, którego się czyta i daje do czytania. Nie wydaje się, aby ta sytuacja mogła ulec zmianie. Wydaje się natomiast, że działalność i twórczość Schaffa zasługują na baczną uwagę zarówno historyków PRL, jak i badaczy meandrów europejskiej myśli lewicowej w XX wieku. Przez pryzmat jego biografii intelektualnej można zobaczyć spory kawałek niedawnej historii. Biografia ta jest także bezcennym materiałem do refleksji nad związkami filozofii i polityki.

Margaret Schlauch

Urodzona 25 IX 1898 w Filadelfii. Studia na Columbia University (1919). Doktorat (1927). Studia uzupełniające w Monachium (1923–1924) oraz w Berlinie (1929–1930). Profesor uniwersytetów amerykańskich, m.in. w Nowym Jorku i Chicago. Profesor UW (1951). Kierownik Katedry Anglistyki na UW (1954–1965).

Amerykańska językoznawczym i historyczka literatury, mediewistka, znawczyni języka i kultury Anglii epoki Chaucera.
Członek Amerykańskiej Partii Pracy; założycielka i redaktorka marksistowskiego kwartalnika „Science and Society”.
W polskiej ambasadzie w Sztokholmie poprosiła o azyl polityczny (1951).
Członek PAN (1960).
Zmarła 19 VII 1986 w Warszawie.

English Medieval Literature and its Social Foundation, Warszawa-London 1956; Antecendents of the English Novel 1400–1600, Warszawa-London 1963; The English language in modern times (since 1400), Warszawa-London 1964; Język i językoznawstwo współczesne, tłum. L. Biedrzycki, Warszawa 1967.

Laura Mestayer Rogers, Embarking with Constance: Margaret Schlauch, „Medieval Feminist Forum” 2001, nr 31 (1).

MAŁGORZATA GRZEGORZEWSKA

MARGARET SCHLAUCH

1898–1986

 

Lekcja historii

Historia ta ma wiele początków; ludzkie historie zresztą zwykle stanowią labirynt, do którego prowadzi wiele wejść i który można przechodzić różnymi drogami. Dla mnie rozpoczęła się ona, gdy przekroczyłam progi oficyny Pałacu Czetwertyńskich jako studentka I roku filologii angielskiej. Fascynowała mnie literatura dawna, w bibliotece najczęściej sięgałam więc po teksty angielskiego średniowiecza i renesansu. Wiele książek o pożółkłych już kartach było opatrzonych na stronie tytułowej ledwie czytelną adnotacją wpisaną ołówkiem: „Dar Profesor Margaret Schlauch”.

Księgi mają swoje dzieje, są też świadkami losów ludzi, którzy je pieczołowicie zbierają i przekazują następnym pokoleniom. Związki prof. Schlauch z Uniwersytetem Warszawskim sięgały trudnego dla Polski okresu, wczesnych lat 50. W tygodniku „Time” z poniedziałku, 16 lutego 1951 roku, w rubryce poświęconej nauce, czytelnicy amerykańscy znaleźli sensacyjną wiadomość opatrzoną tytułem: Journey for Margaret (Podróż dla Margaret)1. Po ponad ćwierćwieczu pracy na Wydziale Literatury Uniwersytetu w Nowym Yorku ceniona amerykańska mediewistka, znawczyni języka i kultury Anglii epoki Geoffreya Chaucera, zgłosiła się do polskiej ambasady w Sztokholmie, prosząc o udzielenie azylu politycznego. Choć koledzy i studenci prof. Schlauch znali jej lewicowe poglądy (była członkiem Amerykańskiej Partii Pracy; założyła i przez 15 lat redagowała marksistowski kwartalnik „Science and Society”; współorganizowała także międzynarodowy kongres Scientific and Cultural Conference for World Peace, który odbył się w Nowym Jorku w 1949 roku pod auspicjami Komunistycznej Partii USA jako swoista kontynuacja Światowego Kongresu Intelektualistów we Wrocławiu z 25–28 sierpnia 1948 roku), ucieczka ta była dla nich zupełnym zaskoczeniem. „Rzadko mówiła o polityce na wykładach z Chaucera, mało kto zwracał więc uwagę na to, że nazywała siebie marksistką. W ubiegłym tygodniu jej przyjaciele byli tym bardziej wstrząśnięci – pisał reporter «Time» – rozpamiętując jej spokojny marksizm”. Doniesienie miało wyraźnie posmak sensacji. Mimo to uczona komentowała swój wybór bez emocji, powołując się wyłącznie na względy światopoglądowe: „Obawiam się, że polityczna i ekonomiczna przyszłość w kraju nie wygląda obiecująco, nawet dla specjalisty od Chaucera, jeśli ta osoba była i jest marksistką (choćby nawet całkiem niedogmatyczną) i nie zamierza się tego wypierać; w dodatku zaś potępia agresywną politykę zagraniczną, prowadzącą do kolejnej wojny”. Prasa podkreślała jednak, że na niespodziewaną decyzję prof. Schlauch musiały również wpłynąć powiązania rodzinne: młodsza siostra Margaret, Helen, wyszła za mąż za Leopolda Infelda, urodzonego w Krakowie fizyka teoretyka, współpracownika Alberta Einsteina. Infeld wyemigrował z Polski w 1936 roku i był wtedy profesorem na uniwersytecie w Toronto. Jego lewicowe poglądy były dobrze znane. Schlauch znalazła się w kręgu zainteresowania Komisji McCarthy’ego.

Władze komunistycznej Polski przyjęły amerykańską uczoną z otwartymi rękoma; czytelnicy „Time’a” mogli dowiedzieć się np., że żona polskiego ministra (nie wymieniono jej nazwiska, lecz misję tę mogła pełnić małżonka ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Zygmunta Modzelewskiego, Natalia) pomagała jej kupować w Sztokholmie ciepłe ubrania na przyjazd do Polski. W cytowanym artykule szczególną uwagę zwraca jednak inna wypowiedź Schlauch, dotycząca obiecującej, lecz przecież niewiadomej i niepewnej przyszłości w nieznanym kraju. „Podobno jest tam ogromne zapotrzebowanie na wykwalifikowanych wykładowców – zwierzała się reporterowi. – Mówili mi, że gdy się urządzę, pułapem moich możliwości będzie sklepienie nieba. Siedzę więc w pokoju w Sztokholmie i patrzę na zimnoszary nieboskłon, próbując odgadnąć, co może oznaczać ta obietnica. Naprawdę nic nie przychodzi mi do głowy”. Opisana sytuacja przywodzi na myśl najczęściej cytowany fragment postmodernistycznej powieści Johna Fowlesa, The French Lieutenant’s Woman, kiedy to zbuntowana przeciw wiktoriańskim konwenansom bohaterka nie pozwala narratorowi zdradzić swoich tajemnic ani ujawnić motywów swego postępowania. Amerykańskie powiedzenie: The sky is the limit oznacza przestrzeń ograniczoną tylko linią horyzontu, jak zalane światłem równiny Kalifornii. Schlauch przebyła ocean, by szukać spełnienia amerykańskiego snu w Europie, gdzie niedługo potem zbudowano mur berliński.

Z suchych faktów, które można by zamieścić w encyklopedycznym biogramie, wyłania się postać nietuzinkowa. Urodzona w Filadelfii, w stanie Pensylwania, 25 września 1898 roku, w 1919 roku ukończyła studia na Uniwersytecie Columbia. Studiowała także w Monachium (1923–1924; naukową podróż po Europie odbyła wówczas jako stypendystka Anna C. Brackett Memorial Fellowship, stowarzyszenia promującego edukację kobiet) i w Berlinie (1929–1930). W 1927 roku obroniła dysertację doktorską, poświęconą postaciom zbuntowanych i prześladowanych kobiet w twórczości Chaucera; była to jej pierwsza publikacja ukształtowana przez ideologię feministyczną. Pracę naukową kontynuowała na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie w 1940 roku została profesorem. Wkrótce po przyjeździe do Warszawy, w 1954 roku, objęła funkcję Kierownika Katedry Anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim; pełniła ją do przejścia na emeryturę w 1965 roku. We wczesnych latach 50. władze stalinowskie zamknęły wszystkie „burżuazyjne” anglistyki w Polsce. Ocalała jedynie Katedra na Uniwersytecie Warszawskim. Świadkowie tamtych zdarzeń mówią o politycznym zaangażowaniu Schlauch zdawkowo i z rezerwą.

W artykule Medieval Marxists: A Tradition, opublikowanym w 2000 roku, Sheila Delany wskazuje na zastanawiającą intuicję zawartą we wspomnianej już rozprawie doktorskiej Schlauch i niezwykłą doprawdy zbieżność zainteresowań badawczych z perypetiami życiowymi2. Księgi mają swoje dzieje; o wiele rzadziej zdarza się jednak, że spisane w nich historie znajdują odzwierciedlenie w losach ich autorów. Wydarzenia roku 1951 można bowiem odczytać jako swoiste spełnienie narracji zawartej w Chaucer’s Constance and Accused Queens [„Konstancja Chaucera i oskarżone królowe”]. Rzecz dotyczy Opowieści prawnika ze zbioru Opowieści kanterberyjskich; gatunkowo jest to romans z elementami hagiograficznymi. Bohaterka romansu jest córką rzymskiego cesarza, która zgadza się poślubić władcę Syrii, pod warunkiem, że nawróci się on na chrześcijaństwo. Na przeszkodzie tym planom staje niegodziwa matka sułtana; za jej sprawą chrześcijańscy towarzysze Konstancji i sam sułtan padają ofiarą okrutnego skrytobójstwa; nieszczęśliwa królowa zostaje zaś wysłana w śmiertelnie niebezpieczną podróż morską na przeciekającej tratwie. Zrządzeniem Opatrzności Konstancja dociera na Wyspy Brytyjskie, gdzie historia się powtarza. Konstancja zostaje posądzona o morderstwo, a sfabrykowane dowody (podrzucony w komnacie skrwawiony sztylet) świadczą niezbicie o jej winie. Mimo przychylności króla, który demaskuje prawdziwego zabójcę i poślubia Konstancję, matka władcy doprowadza do wygnania królowej. Tym razem znajduje ona schronienie w domu rzymskiego senatora, gdzie w pokorze odgrywa rolę służącej. Sumienie nie daje jednak spokoju królowi Alli; mimo wielu przeciwności udaje mu się w końcu odnaleźć skazaną na banicję królową i przywrócić ją do łask. We wstępie do polskiego przekładu Opowieści kanterberyjskich Schlauch pisała: „Akcja jest fantastyczna, ale poecie daje asumpt do głębokiej zadumy nad problemami losu ludzkiego”3.

Wspomniany artykuł Delany jest nacechowany współczuciem wobec autorki książki Chaucer’s Constance and Accused Queens, dyktowanym niewątpliwie sympatią dla jej lewicowych poglądów: „Jest to studium toposu romansowego kobiety, którą fałszywe oskarżenie zmusza do ucieczki z rodzinnego kraju. Różnica polega na tym, że bohaterki romansów zawsze wracają do ojczyzny. Margaret Schlauch nie wróciła”4. Zestawiając biografię uczonej z historią prześladowanej za wiarę chrześcijańskiej królowej, Delany odkrywa w tym tekście także przeczucie osamotnienia, które często jest ceną wierności własnym przekonaniom: Schlauch – przypomina Delany – tak samo jak bohaterka jednej z opowieści pielgrzymich, odbyła swą podróż za ocen samotnie. Zdaniem Delany książka napisana u progu kariery naukowej i wznowiona w 1967 roku, ponad dekadę po spełnieniu się zawartej w niej „przepowiedni”, została zapamiętana jako jedna z najważniejszych publikacji autorki. Świadczą o tym również dwa opublikowane już w czasie pobytu w Polsce artykuły, w których Schlauch wraca do wątku Konstancji, niejako podpowiadając czytelnikom analogię z własnym życiem, choćby przez wytrwałe drążenie podjętego w młodości tematu. Tym razem jednak na plan pierwszy wysuwa się analogia biblijna: Chaucer’s Constance, Jonah and the Gesta Romanorum („Kwartalnik Filologiczny” 1970, 20) oraz polskie motywy: A Polish Analogue of the Man of Law’s Tale (opublikowany w: Chaucer and Middle English Studies in Honour of Rossell Hope Robbins, oprac. B. Rowland, Londyn 1974). Gwoli ścisłości wypada jedynie dodać, że podobieństwo fikcyjnej bohaterki romansu i rzeczywistej postaci załamuje się w jeszcze jednym, ważnym punkcie. Otóż bohaterka romansu Chaucera w Rzymie wiodła szczęśliwe i beztroskie życie; niedola spotkała ją dopiero na obczyźnie – najpierw wśród wiarołomnych muzułmanów, potem wśród pogańskich mieszkańców Brytanii.

Życzliwa pamięć otacza liczne wypowiedzi Schlauch dotyczące statusu kobiet w uczelniach europejskich w pierwszej połowie XX wieku. W latach 30. zdarzało się bowiem nader często, że autorki opracowań naukowych nonszalancko przedstawiano jako „panny”, jednakże „Panna Schlauch” zdecydowanie przeciwstawiała się tej dyskryminującej kobiety-uczone praktyce. Prowadziła na tym polu swoistą grę z odbiorcami jej akademickich tekstów, wśród których dominowali zapewne mężczyźni. Dzisiejsze feministki z uznaniem odnotowują jej przekorną strategię, która stanowiła dokładne przeciwieństwo przyjętego dziś języka poprawności politycznej, nakazującego użycie form neutralnych, gdyż czytelnik i student w tekstach Schlauch są zawsze rodzaju męskiego5. „On” staje się na mocy tej strategii zaimkiem oznaczającym ucznia, wychowanka, tego, kto słucha i zdobywa wiedzę; „ona” rezerwuje dla siebie rolę nauczyciela, mistrza, autorytetu. Tym samym uwiarygodnia swą naukową tożsamość w zdominowanej przez mężczyzn akademii.

Jako wytrawna mediewistka prof. Schlauch była uczoną wszechstronną: w jej dorobku czytelnik znajdzie prace językoznawcze (dotyczące głównie historii języka angielskiego), publikacje literaturoznawcze i prace historyczne. Kreślone przez nią obrazy nie grzeszyły oschłością, która może być wynikiem źle pojętej analizy formalnej. Oprócz ważnych studiów językoznawczych publikowała artykuły na temat średniowiecznych angielskich poetów Skeltona i Lydgate’a, twórczości dramatycznej George’a Bernarda Shawa, powieściopisarstwa Charlesa Dickensa i Jamesa Joyce’a oraz literatury islandzkiej.

Zamiłowanie do sag islandzkich zaowocowało trwałymi związkami Schlauch z baśniową wyspą. Była wieloletnim prezesem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Islandzkiej, założonego w 1959 roku. Jak pisze Andrzej K. Michałek: „Swój flirt z Islandią rozpoczęła w czasie studiów, gdy natknęła się na sagi i przeczytała je jednym tchem. Urzekła ją ta wspaniała realistyczna proza, mówiąca obrazowo o życiu średniowiecznych mieszkańców dalekiej północnej wyspy. [...] Flirt przerodził się w miłość, a pasją życiową stało się badanie, tłumaczenie i publikowanie sag. Lato 1930 roku spędziła w Reykjaviku, prowadząc badania w Bibliotece Narodowej. Islandia świętowała wtedy tysiąclecie pierwszego posiedzenia Althinu. Efektem pobytu na wyspie było wydanie w 1930 roku sag przetłumaczonych ze staroislandzkiego oraz w 1934 roku książki Romans w Islandii (2 wyd. 1972). Po raz drugi przyjechała na Islandię już z Polski w 1959 roku. Na Uniwersytecie wygłosiła odczyty o Eddzie Lelewela i poezji Słowackiego. W wyniku licznych spotkań, m.in. z Haukurem Helgasonem, prezesem Stowarzyszenia Kulturalnego Islandia – Polska, narodził się pomysł założenia podobnej organizacji w Polsce. Na Islandii była jeszcze w latach 1965, 1969 i 1971. W czasie pobytu w 1969 roku prezydent Kristjan Eldjarn udekorował ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Sokoła (Ordo Falconis)”6.

Wśród opublikowanych w polskim tłumaczeniu tekstów Schlauch należy natomiast zwrócić uwagę na teksty zwykle przez czytelnika pomijane (można je nawet określić jako pisane „na marginesach” glosy), czyli wstępy do angielskich książek udostępnianych polskiemu czytelnikowi. Była m.in. autorką przedmowy do wydanego w 1961 roku polskiego przekładu Historii społecznej Anglii (wyd. oryg. 1942). Warto przypomnieć ten komentarz, by odnaleźć w nim fragmenty świadczące o wrażliwości na żywą tkankę dzieła literackiego, które nie rodzi się w próżni, lecz dla dociekliwego badacza zawsze stanowi bogate źródło informacji o epoce. Rekomendując tekst Trevelyana polskiemu odbiorcy, prof. Schlauch twierdziła np.: „Dowiadujemy się więc nie tylko wiele szczegółów o Anglii, która wydała Fieldinga, Jane Austen lub Thackeraya, ale stwierdzamy, że postacie stworzone przez powieściopisarzy stają się bardziej żywe w świetle tych rozważań i chętnie przyjmiemy półżartobliwe powołanie się Trevelyana na squire’a Westerna, Elżbietę Bennett, lub Henryka Esmonda, tak jakby były to postacie rzeczywiste”7. To pragnienie, by tchnąć ducha w fikcyjne postaci i zaludnić nimi rzeczywistość, która – jak mówimy – „przeszła do historii”, czyli stała się martwym obrazem, ożywia wiele tekstów, które wyszły spod pióra amerykańskiej badaczki. Nie brakowało jej także odwagi, by narracji historycznej nadać lekkość dobrze napisanej powieści. Przyjrzyjmy się choćby znakomitemu, skreślonemu kilkoma kreskami portretowi Chaucera, którego twórczości poświęciła tak wiele swoich tekstów, aż stał się jej bliskim znajomym: „Była to osobowość ludzka w swoim rodzaju jedyna – odnotowała we Wstępie do polskiego wydania fragmentów Opowieści kanterberyjskich – o wielkim bogactwie wewnętrznym. Łączył w sobie krotochwilność i powagę, wielki dar współczucia i tolerancyjność ze zdolnością do słusznego, świętego oburzenia, skłonność do głębokiej zadumy nad tragicznymi zawęźleniami ludzkiego losu – z łaskotliwością na śmieszność ludzkich zawiści i uroszczeń”8. Dodać należy, że o charakterze cytowanego tekstu decyduje także barwna, pięknie brzmiąca polszczyzna prof. Witolda Chwalewika, który przedmowę Schlauch przetłumaczył i uzupełnił uwagami dotyczącymi przekładu poematu. Dzięki jego kunsztowi translatorskiemu przedmowa do polskiego wydania Opowieści kanterberyjskich zachowała tę cechę, na którą Schlauch była szczególnie wrażliwa: brzmienie języka, codziennej mowy, z której poeta wydobywa tony odpowiadające najdelikatniejszym poruszeniom duszy. „Chaucer wykazuje doskonałe wyczucie idiomu, dostosowanego do wykreowanej postaci, okoliczności wypowiedzi i pozycji społecznej”, pisała w wydanym po angielsku artykule z 1952 roku9. Doceniając pracę tłumaczy – zarówno prof. Chwalewika, jak i Heleny Pręczkowskiej, która spolszczyła fragmenty dzieła Chaucera – Schlauch kończy swój komentarz do wydania Biblioteki Narodowej zachętą, by „od lektury przekładu przejść do tekstów oryginalnych, średnioangielskich”10. Przerażonych wizją wysiłku, jaki niosłoby ze sobą czytanie Chaucera w oryginale, łagodnie przekonuje, że „nie jest to zadanie nad siły, jeśli się posiada znajomość angielszczyzny nowoczesnej”11. Na koniec dodaje następującą rekomendację: „Nawet jednak podczas lektury przekładu dozna się wrażenia nader bliskiego obcowania z twórcą, jakby się przyszło z kompanią przyjaciół posłuchać Opowieści kanterberyjskich recytowanych przez autora osobiście. Tę swoją właściwość dzieło okaże i w przekładzie, ale zwłaszcza tekst oryginalny średnioangielski odezwie się do czytelnika, szemrząc wesoło albo smutno, czasem gromiąc silnie, zawsze jednak łącząc do wtóru nutę wyrozumienia i współczucia”12. Tak potraktowane dzieło literackie staje się polifoniczną partyturą, z której wyłania się mówiący obraz. Jest to ślad rzeczywistości minionej, która uobecnia się i unaocznia przez uważne, skupione i – koniecznie – osobiste słuchanie.

W marksistowskich zapatrywaniach Schlauch rozpoznamy natomiast zalążek współczesnych nam, ideologicznie zaangażowanych rozważań Nowych Historyków na temat konieczności uwzględnienia wielu punktów widzenia i odtworzenia zagubionych narracji tych, którzy przegrali walkę o byt i o pamięć. „Ciekawy byłby komentarz «koczowniczego Indianina» – odpowiadała z ironią na relację Trevelyana o początkach angielskiej obecności w Nowym Świecie i kolonizacji Indii – do takich poglądów na wojnę, którą prowadzono dla wytępienia tej rasy na kontynencie północno-amerykańskim; albo też komentarz Hindusa do rzekomo łagodnych, sprawiedliwych i niekosztownych metod zajęcia jego kraju po to, by chronić kupców angielskich przed «agresją indyjską i francuską»”13. Niestety, z tego samego powodu jej teksty często noszą – niekoniecznie zgodnie z intencją autorki – ślady „tragicznych zawęźleń ludzkiego losu”, by posłużyć się jej własną celną frazą, które stały się udziałem wielu współczesnych jej postaci. Wystarczy sięgnąć po cytowaną już przedmowę do Historii społecznej Anglii, gdzie potępia bagatelizowanie roli walki klas jako „motoru dziejów” i deklaruje, że „marksista nie zadowala się niejasnymi sformułowaniami ideologicznymi”14, by poznać zaangażowanie autorki. Jeszcze wyraźniej wyraziła je, chwaląc osiągnięcia językoznawców radzieckich, np. w dwóch notkach: The Social Basis of Linguistics oraz Recent Soviet Linguistics, opublikowanych w jednym numerze „Science and Society” (1936–1937, nr 1). W przełomowym dla niej 1951 roku ukazał się artykuł The Soviet Linguistics Controversy, pomieszczony w broszurze Marxism and Linguistics autorstwa Józefa Wissarionowicza Stalina (New York 1951).

Profesor Schlauch kontynuowała działalność naukową do późnych lat 70. Była autorką 15 książek oraz ponad 100 artykułów. W uznaniu jej zasług w 1971 roku wydano w Londynie książkę Studies in Language and Literature in Honour of Margaret Schlauch (redaktorami tomu byli: Mieczysław Brahmer, Stanisław Helsztyński i Julian Krzyżanowski). Z zaangażowaniem podchodziła do obowiązków dydaktycznych; była promotorem wielu prac magisterskich i doktorskich. W latach 80. delegacja pracowników Instytutu Anglistyki odwiedziła ją w mieszkaniu przy ul. Brzozowej. Jeden z uczestników tego spotkania wspomina, że prof. Schlauch powiedziała wtedy kilkakrotnie: „Polscy studenci są najlepsi na świecie”. Tak praca na UW wpisała się w jej pamięć; książki w uniwersyteckich bibliotekach przypominają nam o jej pracy w Warszawie.

SECT-ID LINK

1www.time.com/time/magazine/schlauch.html (dostęp: 8.08.2011). Tytuł artykułu nawiązywał do popularnego brytyjskiego melodramatu wojennego Journey for Margaret (1942).

2S. Delany, Medieval Marxists: A Tradition, „Medieval Feminist Forum” jesień 2000, 30, s. 11. Cyt za: L. M. Rogers, Embarking with constance: Margaret Schlauch , „Medieval Feminist Forum” 2001, 31(1), s. 36–43; www.ir.uiowa.edu/mff/vol31/iss1/8 (dostęp: 8.08.2011).

3M. Schlauch, Wstęp, [w:] G. Chaucer, Opowieści kanterberyjskie, przeł. H. Pręczkowska, oprac. W. Chwalewik, Wrocław 1963, s. LXXIII.

4Cyt. za: L.M. Rogers, op. cit., s. 36.

5Ibidem, s. 39.

6www.islandia.org.pl/schlauch.html (dostęp: 8.08.2011).

7M. Schlauch, Przedmowa, [w:] G.M. Trevelyan, Historia społeczna Anglii od Chaucera do Wiktorii, [tłumacz tekstu nieznany], Warszawa 1961, s. 8.

8Idem, Wstęp, op. cit., s. VII.

9Idem, Chaucer’s Colloquial English: Its Structural Traits, „PMLA” 1952, 67, s. 1103.

10Idem, Wstęp, op. cit., s. LXXXIV.

11Ibidem.

12Ibidem, s. LXXXIV-LXXXV.

13M. Schlauch, Przedmowa, op. cit., s. 9.

14Ibidem, s. 11.

Michał Sczaniecki

Urodzony 26 III 1910 w Łaszczynie k. Rawicza. Studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim (1927–1930) i UJ. Doktorat na UJ (1937). Studia uzupełniające we Francji (od 1937). W czasie II wojny światowej w oflagu w Edelbach (1940–1945), współorganizator i wykładowca konspiracyjnego Studium Prawa dla polskich oficerów. Po wojnie wykładowca Wydziału Prawa UAM, habilitacja tamże (1946), profesor (1954). Kierownik Katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa UAM (1955–1965). Dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu (1961–1964). Profesor UW (1965), kierownik Katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa Wydziału Prawa UW.

Prawnik, specjalista w dziedzinie historii państwa i prawa w Polsce i we Francji.
Współtwórca i redaktor naczelny (1953–1977) „Czasopisma Prawno-Historycznego”. Redaktor kwartalnika „Polish Western Affairs” (1959–1964).
Doktor honoris causa uniwersytetu w Grenoble.
Zmarł 29 V 1977 w Warszawie.

Essai sur les fiefs-rents, Paryż 1946; Powszechna historia państwa i prawa, Warszawa 1968; Wybór źródeł do historii państwa i prawa w dobie nowożytnej, Warszawa 1972.

K. Sójka-Zielińska, Wspomnienie o profesorze Michale Sczanieckim w dwudziestą piątą rocznicę śmierci, „Studia Iuridica” 2003, nr 42; J. Walachowicz, Michał Sczaniecki. Historyk państwa i prawa, Poznań 2007.

KATARZYNA SÓJKA-ZIELIŃSKA

MICHAŁ SCZANECKI*

1910–1977

 

Minęło ćwierć wieku od czasu, gdy odszedł z naszego grona Michał Sczaniecki, profesor Wydziału Prawa i Administracji UW, kierownik Katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa, wybitny badacz dziejów ustrojów państwowych, zamiłowany pedagog, w którego życiu powołanie uczonego, nauczyciela akademickiego i popularyzatora wiedzy historycznej splatało się nierozłącznie z obywatelskim zaangażowaniem w służbie Ojczyźnie i społeczeństwu.

Urodził się w jednej z najznamienitszych rodzin ziemiańskich Wielkopolski, w której od pokoleń kultywowano tradycje niepodległościowe i społecznikowskie. Jego pradziad uczestniczył w powstaniu kościuszkowskim, stryjeczny dziad był pułkownikiem w powstaniu listopadowym, dziad walczył w powstaniu styczniowym, ojciec, działacz kółek rolniczych, brał udział w powstaniu wielkopolskim, podobnie jak matka Sczanieckiego, która zorganizowała i prowadziła szpital dla powstańców.

Po ukończeniu w 1927 roku elitarnego gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu Sczaniecki rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim, a od 1930 roku kontynuował je na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był uczniem Zygmunta Wojciechowskiego, pod którego kierunkiem napisał rozprawę doktorską Nadania ziemi na rzecz rycerzy w Polsce do końca XIII wieku. Ogłoszona drukiem praca spotkała się z żywym zainteresowaniem w środowisku historyków, a jej ustalenia wniosły nowe wartości do ówczesnej wiedzy o strukturach społecznych i państwowych średniowiecznej Polski.

Po uzyskaniu doktoratu w 1937 roku Sczaniecki wyjechał do Francji, gdzie prowadził dalsze studia pod kierunkiem jednego z czołowych autorytetów w naukach historycznoprawnych, profesora uniwersytetu paryskiego, François Oliviera-Martina. Podjął też badania źródłowe nad ustrojem lennym średniowiecznej Francji, w szczególności nad dotąd nieprzebadaną instytucją tzw. lenn rentowych, tj. zastępowania dotychczasowych nadań lenn gruntowych wypłacanymi periodycznie lennikom przez seniorów rentami pieniężnymi. Publikację materiałów przerwała wojna. Dopiero po jej zakończeniu badania nad lennami rentowymi zostaną uwieńczone wydaną drukiem w Paryżu w 1946 roku monografią: Essai sur les fiefs-rents, która utrwali związki autora z nauką francuską – ich wyrazem będzie m.in. przyznany mu doktorat honoris causa uniwersytetu w Grenoble – i zapewni również znaczącą pozycję w europejskiej historiografii prawniczej.

Wybuch wojny zastał Sczanieckiego we Francji. Otworzył się nowy, daleki od zacisza bibliotek rozdział jego życiorysu: będąc absolwentem Szkoły Podchorążych Artylerii i oficerem rezerwy, od pierwszych dni wojny przystąpił do akcji werbowania ochotników i organizowania pierwszych zgrupowań armii polskiej w Bretanii. Brał udział w walkach frontowych na linii Maginota, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych i francuskim medalem wojskowym Croix de Guerre. Ranny na polu bitwy, dostał się do niewoli niemieckiej i do zakończenia wojny przebywał w oflagu niemieckim w Edelbach. Tu, za drutami obozu, podjął się, wspólnie z Jerzym S. Langrodem, zadania wielkiej doniosłości – zorganizowania konspiracyjnego Studium Prawa dla polskich oficerów. Kursy takie, prowadzone i w innych oflagach, pomagały jeńcom nie tylko przeżyć lata przymusowej wegetacji, lecz także dawały im realne przygotowanie do zawodu; np. studium w Edelbachu było afiliowane do uczelni francuskiej, Université de Captivité, a jego absolwenci mogli po wojnie nostryfikować dyplomy również na UJ.

W 1946 roku powrócił do Poznania i podjął przerwaną wojną pracę naukową, stając się jednym z współtwórców odradzającej się po zniszczeniach wojennych nauki historii prawa w Polsce. Zacieśniał też dawne związki z nauką francuską, czego wyrazem była wspomniana wcześniej, nagrodzona przez Académie des Inscriptions et Belles Lettres monografia o lennach rentowych. Na jej podstawie uzyskał na Uniwersytecie Poznańskim habilitację. Tu także, w 1954 roku, został profesorem nadzwyczajnym, a w 1959 profesorem zwyczajnym. Po zgonie prof. Mariana Z. Jedlickiego (1955) objął funkcję kierownika Katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa; pełnił ją do czasu przejścia w 1965 roku do Uniwersytetu Warszawskiego.

Okres „poznański” w biografii Sczanieckiego zaznaczył się skierowaniem zainteresowań badawczych na nowe obszary naukowej penetracji, jakim były dzieje Ziem Zachodnich i stosunków polsko-niemieckich na przestrzeni wieków. Kierowany głębokim patriotyzmem i zrozumieniem dziejowej szansy Polski w powojennym układzie politycznym, podjął się krzewienia wiedzy o polskich korzeniach historycznych tego regionu. Stał się jednym z pionierów ugruntowania polskości na Ziemiach Zachodnich. Jego nadzwyczajna aktywność społeczna zaowocowała licznymi inicjatywami w dziedzinie organizacji badań regionalnych i popularyzacji wiedzy o dziejach polsko-niemieckiego pogranicza, a także uczestnictwem w wielu instytucjach, organizacjach i towarzystwach naukowych, jak: Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich, Instytut Śląski w Opolu, Śląski Instytut Naukowy, Lubelskie Towarzystwo Naukowe, Ośrodek Badań Naukowych w Olsztynie, a także placówki terenowe Polskiej Akademii Nauk. Szczególne znaczenie dla rozwoju jego naukowej aktywności w tym okresie miało trwałe zaangażowanie w prace Instytutu Zachodniego w Poznaniu, którego był konsultantem, redaktorem i autorem wydawnictw, a w latach 1962–1965 dyrektorem. Praca w Instytucie skierowała jego zainteresowania ku dziejom Ziem Zachodnich i Północnych. Zajmowała go m.in. historia społeczna widziana od strony skomplikowanych układów politycznych i kulturowych polsko-niemieckiego pogranicza. Badania te, prowadzone na przykładzie jego rodzimej Ziemi Lubuskiej, zaowocowały cyklem artykułów zebranych następnie w zbiorze Z dziejów polskości na Ziemi Lubuskiej (1948). Inny ważny obszar naukowych obserwacji stanowiły dzieje ustroju Pomorza Zachodniego; przyniosły one m.in. obszerne studium syntetyczne z historii państwowości tego regionu od czasów najdawniejszych po wiek XIX: Główne linie rozwoju państwa zachodnio-pomorskiego. Gdy w 1950 roku w Instytucie Zachodnim powstała inicjatywa opracowania Słownika Starożytności Słowiańskich, Sczaniecki jako sekretarz naukowy tego wielkiego przedsięwzięcia podjął się opracowania założeń wydawniczych oraz zestawu 3 tysięcy haseł.

Wielkie zasługi położył Sczaniecki w pracach redaktorskich. Był m.in. współredaktorem kwartalnika „Polish Western Affairs”, „Przeglądu Zachodniego”, „Revue Occidentale”. Najważniejszą dla polskiego środowiska historycznoprawnego inicjatywą Sczanieckiego w tej dziedzinie było powołanie do życia, wspólnie z Zygmuntem Wojciechowskim, „Czasopisma Prawno-Historycznego”, którego od 1953 roku aż do przedwczesnej śmierci w 1977 roku był redaktorem naczelnym. Dzięki niestrudzonej energii i naukowej pozycji redaktora „Czasopismo Prawno-Historyczne” odgrywało główną rolę w inspirowaniu badań nad historią prawa, a także w pobudzaniu zainteresowań problematyką metodologii historyczno-prawnej. Do dziś stanowi dla naszego środowiska swoiste centrum wiedzy o życiu naukowym, oddziałujące też na kierunki badań nad historią prawa w Polsce. Czasopismo zaliczane jest do najpoważniejszych periodyków historycznoprawnych Europy.

W 1965 roku Sczaniecki przeniósł się do Warszawy, w związku z objęciem kierownictwa osieroconej po zgonie Karola Koranyiego Katedry Powszechnej Historii Państwa i Prawa Wydziału Prawa UW. Okres „warszawski” w biografii naukowej prof. Sczanieckiego to czasy, w których mógł już – uwolniony od ciężaru licznych funkcji i obowiązków pozauniwersyteckich – skoncentrować się na działalności badawczej i pedagogicznej, a które miały przynieść powstanie dzieła stanowiącego jego opus vitae – znakomitego podręcznika powszechnej historii państwa i prawa.

Od początków swej działalności uniwersyteckiej związany z historią państwa i prawa Sczaniecki poświęcał wiele uwagi zagadnieniom ogólnym nauczania przedmiotów historycznoprawnych w systemie kształcenia przyszłych prawników, znaczeniu dyscyplin humanistycznych w rozwijaniu ogólnej kultury prawniczej, wreszcie roli, jaką odgrywała szeroko pojmowana historia prawa w rozumieniu prawa dzisiejszego. Podzielał myśl o potrzebie modernizacji treści i sposobów nauczania przedmiotów historycznoprawnych w celu ich dostosowania do zmieniających się warunków kształcenia i wymogów czasu. Jednocześnie przestrzegał przed eksperymentowaniem w tej dziedzinie bez należytych przemyśleń, pod wpływem pojawiających się co pewien czas nowych pomysłów na temat „profilu absolwenta”. Uważał bowiem, że wszelkie propozycje zmian muszą uwzględniać wielorakie czynniki warunkujące skomplikowany proces kształcenia uniwersyteckiego i opierać się na znajomości osiąganych w danym systemie studiów efektów pedagogicznych. Pilnie badał tendencje zmian w nauczaniu historii prawa występujące w różnych krajach Europy na tle przeprowadzanych w latach powojennych reform studiów prawniczych. Był inicjatorem rozpisania na łamach „Czasopisma Prawno-Historycznego” międzynarodowej ankiety na temat nauczania przedmiotów historycznych na wydziałach prawa. Odpowiedzi na ankietę, które nadeszły z 10 krajów Europy, posłużyły Sczanieckiemu do obszernego porównawczego podsumowania oraz do ważnych – również w świetle polskich doświadczeń – spostrzeżeń o występujących tam zjawiskach i tendencjach w zakresie edukacji historycznej przyszłych prawników.

W swych opiniach i wnioskach dotyczących programu nauczania przedmiotów historycznoprawnych Sczaniecki przywiązywał wielką wagę do uwzględniania ich związków z innymi, pokrewnymi dyscyplinami. Podkreślał przy każdej sposobności, że wykładanie historii prawa nie może odbywać się w izolacji od nich. Poglądy te rozwinął w propozycjach nowego programu studiów prawniczych w zakresie powszechnej historii państwa i prawa przedstawionych w 1965 roku na konferencji katedr historycznoprawnych w Ustroniu. Był także inicjatorem rozpisanej w 1969 roku przez redakcję „Czasopisma Prawno-Historycznego” ankiety na temat miejsca dyscyplin historycznoprawnych wśród nauk historycznych i prawnych. Z racji ich usytuowania w systemie studiów uniwersyteckich szczególne znaczenie miało uzyskanie od przedstawicieli prawa pozytywnej opinii na temat roli, jaką powinno spełniać nauczanie przedmiotów historycznych na wydziałach prawa. Do opinii tam wyrażanych, które uznawały przygotowanie historyczne adeptów za fundament edukacji prawniczej, przywiązywał dużą wagę i powoływał się na nie w rozlicznych dyskusjach dydaktycznych.

Sczaniecki od początków swej działalności pedagogicznej prowadził wykłady z powstałego w ramach reformy studiów prawniczych z 1947 roku przedmiotu pod nazwą Powszechna historia państwa i prawa. Przedmiot ten w części „ustrojowej” nawiązywał do wykładanej przed II wojną światową Historii ustroju na Zachodzie Europy, mającej na ziemiach polskich sięgające XIX wieku tradycje i znakomitych przedstawicieli. Jednak w wyniku reformy w przedmiocie tym wprowadzono istotne zmiany; m.in. rozszerzono zakres terytorialny wykładu o historię ustroju Rosji oraz Stanów Zjednoczonych Ameryki, zwrócono większą uwagę na dzieje państwowości czasów nowożytnych i najnowszych, wreszcie podporządkowano wykład założeniom metodologicznym materializmu historycznego. Podsumowaniem długich lat pracy badawczej i doświadczeń pedagogicznych Sczanieckiego stała się fundamentalna synteza Powszechna historia państwa i prawa, która początkowo opublikowana w dwóch tomach, jako skrypt (1968–1969), w ostatecznej, jednotomowej wersji ukazała się w roku 1973 nakładem Państwowego Wydawnictwa Naukowego.

Powstawaniu dzieła towarzyszyło głębokie przekonanie Sczanieckiego o szczególnym znaczeniu przedmiotu w procesie kształcenia prawniczego. Podkreślał on, że powszechna historia ustrojów państwowych, będąc najbardziej „syntetyczną” spośród dyscyplin historycznoprawnych, umożliwia – na podstawie obserwacji losów dziejowych poszczególnych państw – formułowanie wniosków co do ogólnych prawidłowości rozwoju systemów ustrojowych naszego kręgu cywilizacyjnego, a jednocześnie służy pogłębieniu znajomości historii rodzimej. W jego metodzie wykładu dostrzec można dwa niezmiernie ważne aspekty. Jednym z nich jest umiejętność integralnego spojrzenia na procesy historyczne, łączenia ze sobą różnych zjawisk życia, ujmowania dziejów instytucji ustrojowych w najściślejszym powiązaniu z czynnikami socjopolitycznymi, gospodarczymi i ideologią epoki. Widział w tym warunek prawidłowości oceny historycznej zjawisk życia prawnego przeszłości. Z uznaniem witał te elementy francuskiej reformy studiów prawniczych z 1955 roku, które wiązały historię instytucji z „faktami społecznymi”; w recenzjach ówcześnie ukazujących się we Francji podręczników historii prawa akcentował zrywanie w nich z czysto „faktograficznym” przedstawianiem historii instytucji na rzecz szerokiego uwzględniania czynników materialnych i duchowych, w jakich urządzenia ustrojowe tworzyły się i rozwijały. Warto tu zaznaczyć, że owo integralne spojrzenie na dzieje instytucji ustrojowych i prawnych cechowało polską historiografię prawniczą na długo przed tym, zanim zaczęto narzucać „odgórnie” badaczom schematy metodologiczne materializmu historycznego.

Drugim aspektem wyróżniającym ujęcie wykładu powszechnej historii państwa i prawa w podręczniku było dążenie do wydobywania pewnych prawidłowości rozwoju historycznego za pomocą metody porównawczej. O zaletach poznawczych komparatystyki prawniczej wypowiadał się Sczaniecki od dawna, m.in. w czasie głośnej dyskusji z 1955 roku o metodzie formalno-dogmatycznej. Występował też jako zdecydowany zwolennik komparatystyki we wspomnianym projekcie programu studiów uniwersyteckich w zakresie powszechnej historii państwa i prawa z 1965 roku: „Wiadomo – pisał – że samo mechaniczne zestawianie wiadomości o rozwoju instytucji prawnych w poszczególnych państwach, bez wysnuwania wniosków syntetycznych nie tworzy powszechnej historii państwa i prawa, stanowić zaś może jedynie etap wstępny, opisowy, do właściwych badań z zakresu tego przedmiotu. Natomiast znamiona odrębnej dyscypliny naukowej nadać mogą powszechnej historii państwa i prawa wnioski uogólniające uzyskane przede wszystkim w drodze badań porównawczych”. Co najważniejsze jednak – owe postulaty metodologiczne zostały po mistrzowsku zrealizowane w podręczniku. Cała misterna konstrukcja dzieła została podporządkowana celowi dostarczenia studiującemu, poza materiałem faktograficznym zawierającym informacje szczegółowe o ustrojach poszczególnych krajów, treści o charakterze syntetycznym, ukazujące ogólniejsze prawidłowości, pewne rysy wspólne w dziejach ustroju omawianych krajów, ogólne trendy rozwojowe, stanowiące zarazem punkt wyjścia zarysowania perspektyw historycznej ewolucji.

W omówieniach podręcznika podkreślano mistrzowskie zespolenie elementów opisowo-analitycznych z syntetyczno-porównawczymi, stanowiącymi niejako repryzę wiadomości szczegółowych danego rozdziału w postaci wielce instruktywnego podsumowania wywodów. Należy podkreślić, że owe wnioski syntetyczne formułowane były z myślą jak najlepszego dotarcia do czytelnika, ułatwienia mu poruszania się po rozległych obszarach dziejów państwowości od starożytności po czasy najnowsze. Również forma podręcznika została podporządkowana celowi zapewnienia studiującemu optymalnych warunków przyswajania wiadomości. Podział materiału na krótkie, numerowane rozdzialiki oraz system odsyłaczy do nich miały umożliwiać lepsze zrozumienie i zapamiętanie istotniejszych kwestii przez ich naświetlenie w różnym kontekście oraz pobudzać czytającego do samodzielnej refleksji, do wyrabiania umiejętności skojarzeń.

Podręcznik był po 1977 roku kilkakrotnie wznawiany w niezmienionej postaci. Gdy w 1993 roku powstała inicjatywa jego reedycji, podjęłam się dokonania pewnych zmian tekstu, uwzględniających upływ czasu, reorientację ideologiczną i metodologiczną, wynikającą z transformacji ustrojowej w Polsce i na świecie, a także konieczność uaktualnienia danych bibliograficznych. W słowie wstępnym do wydania z 1995 roku pisałam m.in. „Synteza ta stanowiąca opus vitae Autora, owoc głębokiej wiedzy, erudycji, długich lat doświadczenia akademickiego i przemyśleń nad optymalną formą dydaktyczną podręcznika potrafiła przekazać bogactwo materiału, obejmującego dzieje ustrojów państwowych całego kręgu naszej kultury prawnej w sposób jasny, przystępny, ułatwiający czytającemu – dzięki przejrzystej konstrukcji i nowatorskiemu wykorzystaniu metody porównawczej – przyswojenie wiedzy o przedmiocie, a także wydobywanie zeń najistotniejszych treści. Upływające ćwierćwiecze potwierdziło nieprzemijającą wartość naukową i walory dydaktyczne dzieła. Jest ono adresowane zarówno do studentów prawa, jak i do szerszego kręgu odbiorców, zwłaszcza prawników i polityków zainteresowanych dziejami urządzeń ustrojowych cywilizacji europejskiej, a więc korzeniami, z których wyrastają instytucje współczesnego życia państwowego”. Dziś, w obliczu integracji europejskiej, dzieło Sczanieckiego, ukazujące w szerokiej perspektywie historyczno-porównawczej węzłowe problemy współczesnego konstytucjonalizmu europejskiego, nabiera szczególnej wartości poznawczej.

Wykłady Sczanieckiego stanowiły wzór jasności, precyzji wypowiedzi, umiejętności nawiązywania kontaktu ze słuchaczami. Tematyka każdego wykładu tworzyła zamkniętą całość, dopracowaną w szczegółach, idealnie rozmieszczoną w czasie, tak, by zawsze móc zakończyć rozważania rekapitulacją ze wskazaniem na punkty zasadnicze. Wykłady, ubarwiane ciekawym materiałem ilustracyjnym, czasem anegdotą, były podawane pięknym językiem, zarazem w przystępnej formie, w sposób zrozumiały dla przeciętnie uzdolnionego odbiorcy. Często stosowanym elementem wykładu było ujmowanie konkluzji w formie tabel czy też wykresów ułatwiających przyswojenie materiału. Przed ukazaniem się podręcznika przygotowywał dla współpracowników szczegółowe konspekty każdego wykładu wraz ze wskazówkami tematycznymi dla prowadzących ćwiczenia.

Jeśli idzie o tematykę ćwiczeń, to w intencjach Sczanieckiego leżało, by dawały one sposobność zapoznawania studentów bezpośrednio z tekstami źródłowymi w celu ilustrowania i pogłębiania ważniejszych wątków wykładu kursowego. Znakomitym „źródłowym” uzupełnieniem partii podręcznika poświęconych historii konstytucjonalizmu, napisanym z myślą o potrzebach uczestników ćwiczeń, konwersatoriów czy seminariów historycznoprawnych, stał się Wybór źródeł do historii państwa i prawa w dobie nowożytnej (jego rozszerzona wersja ukazała się w 1996 roku w opracowaniu Marka Wąsowicza), zawierający wyjątki tekstów konstytucyjnych z różnych, nieraz trudno dostępnych zbiorów. Wybór źródeł został zaopatrzony w wielostronicowy „indeks rzeczowy”, zawierający nowatorsko ujęte problemowe zestawienie zawartości, dające syntetyczny obraz węzłowych instytucji prawa państwowego czasów konstytucjonalizmu. Indeks był owocem gruntownych przemyśleń na temat najwłaściwszych form dydaktyki uniwersyteckiej. Warto wspomnieć, że Sczaniecki wiele uwagi poświęcał zagadnieniom samej metodyki prowadzenia zajęć ze studentami. Był inicjatorem organizowania specjalnych zajęć z tego zakresu dla najmłodszych pracowników naukowo-dydaktycznych naszego Wydziału.

Na osobną wzmiankę zasługuje sposób prowadzenia przez Sczanieckiego egzaminów kursowych. Pamiętam, że w anonimowych ankietach studenci warszawskiego Wydziału Prawa uznawali bezapelacyjnie egzaminy składane przed Sczanieckim za najbardziej obiektywne i najprzyjemniejsze w formie. Egzamin odbywał się zawsze w atmosferze spokoju, kurtuazji i życzliwości wobec egzaminowanych. Każdy zdający losował numer zestawu pytań, miał czas do namysłu. Zestawy, starannie opracowane i z roku na rok ulepszane, uwzględniały takie czynniki, jak np. stopień trudności danego pytania, zawartość elementów opisowych i syntetycznych itp.

Wśród zasług pedagogicznych Sczanieckiego szczególne miejsce zajmuje sprawa organizacji olimpiad historycznoprawnych. Powstała w 1965 roku w organizacji młodzieżowej studentów prawa Uniwersytetu Wrocławskiego inicjatywa organizowania wydziałowych i ogólnopolskich konkursów dla studentów I roku studiów prawniczych ze znajomości przedmiotów historycznoprawnych, znalazła od początku w osobie Sczanieckiego gorliwego rzecznika i propagatora. Uważał olimpiady nie tylko za sposób zachęcania studentów do systematycznej nauki przedmiotów historycznych, np. przez premie, ulgi egzaminacyjne itp., i to w sympatycznej atmosferze koleżeńskiego współzawodnictwa, lecz także za sposób wyrabiania trwalszych zainteresowań przeszłością, pobudzania ambicji naukowych, a nawet odkrywania młodych talentów w tej dziedzinie wiedzy. Dostrzegał także i inne – ważne dla samej kadry nauczającej – aspekty ogólnopolskich konkursów: „Udział profesury z różnych wydziałów w finale – pisał w «Życiu Szkoły Wyższej» – otwiera pole dla pożytecznych obserwacji na temat różnego na różnych wydziałach sposobu kształcenia studentów, różnego zakresu wymagań egzaminacyjnych z tego samego przedmiotu. W konsekwencji spotkania takie mogą się przyczyniać do udoskonalania metod pracy dydaktycznej, do korzystania z doświadczeń dydaktycznych innych wydziałów i do wyrównywania istniejących między poszczególnymi wydziałami różnic. Można więc nawet powiedzieć, że olimpiady otwierają pole nie tylko do współzawodnictwa między studentami, ale współzawodnictwa między wydziałami, angażując doń również profesorów i asystentów”1. Sam z niezmiennym zapałem organizował eliminacje wydziałowe, opracowywał regulaminy olimpiad i zestawy pytań. Był jurorem we wszystkich niemal finałach krajowych. Należy z uznaniem powitać to, że po latach przerwy olimpiady historycznoprawne, noszące od 1977 roku imię Michała Sczanieckiego, zostały reaktywowane.

Ważne miejsce w działalności pedagogicznej prof. Sczanieckiego zajmowało prowadzenie seminariów historycznoprawnych i dobór tematyki zajęć tak, by należycie wdrażały studentów do pracy naukowej. Również w tej dziedzinie swe bogate doświadczenia z czasów „poznańskich” przeniósł do warszawskiego ośrodka akademickiego – z dużym pożytkiem nie tylko dla słuchaczy, lecz także młodszych kolegów prowadzących seminaria. Mam w tej mierze osobiste wspomnienia z prawie jedenastoletniej współpracy z Sczanieckim i prowadzenia naszych seminariów z historii ustroju i prawa sądowego w „izbach połączonych”. Do dziś zachowałam konspekty z ówczesnych zajęć seminaryjnych, które są mi wielce pomocne na zajęciach z zakresu techniki i metodologii pracy naukowej.

Był pedagogiem z powołania, prawdziwie zamiłowanym w pracy z młodzieżą akademicką. W stałym kontakcie ze studentami widział sens pracy na Uniwersytecie, stanowiącym przecież, zgodnie z tradycją wieków, universitas, wspólnotę nauczających i nauczanych. Pozostał w pamięci studentów jako człowiek najwyższej kultury, rzadko spotykanej w dzisiejszych czasach elegancji w sposobie bycia, a jednocześnie promieniujący dobrocią, otaczający młodzież serdeczną troską. Był nauczycielem, który nie tylko służył każdemu wiedzą i doświadczeniem życiowym, lecz także wpajał przyszłym prawnikom zasady etyki zawodowej, starał się wyrabiać w nich poczucie patriotyzmu i świadomości obywatelskiej. „On nas uczył po to – czytamy w jednym ze studenckich wspomnień – byśmy wiedzieli i zapamiętali, co w historii prawa wielkie, niezniszczalne i piękne”.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Wspomnienie o profesorze Michale Szczanieckim w dwudziestą piątą rocznicę śmierci, „Studia Iuridica” 2003, t. XLII, s. 235–242.

1K. Sójka-Zielińska, „Życie Szkoły Wyższej” 1971, z. 12, s. 78 i nast.

Mściwój Semerau-Siemianowski

Urodzony 19 V 1885 w Ruszczuku. Studia na Politechnice w Charlottenburgu, na Uniwersytecie w Berlinie, dokończone w Strasburgu. Doktorat (1911) tamże. Adiunkt, potem docent (1923–1929) w Klinice Chorób Wewnętrznych UW. Ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych w Szpitalu św. Łazarza (od 1924). Profesor UW (1929). Ordynator Oddziału Chorób Wewnętrznych w szpitalu na Radogoszczu (od 1946 II Klinika Chorób Wewnętrznych UŁ), profesor UŁ (1946). Ordynator II Kliniki Chorób Wewnętrznych UW (1948).

Lekarz internista, kardiolog, pionier elektrokardiografii klinicznej oraz techniki opukiwania serca w Polsce; jako pierwszy opisał zapad naczyniowy. Prace nad metodyką badań czynnościowych w patologii układu krążenia; badania nad automatyzmem komór serca oraz zaburzeniami w układzie przewodzącym serca w przebiegu gośćca, błonicy i stwardnienia tętnic, a także wpływem leków na układ wegetatywny serca.
Członek PAU (1931), TNW (1933), PAN (1952).
Zmarł 20 VI 1953 w Warszawie.

Skazy krwotoczne: metody badania, klinika, patogeneza i leczenie stanów krwotocznych, Warszawa 1926; Układ krążenia a małżeństwo, Warszawa 1928; Zaburzenia układu krążenia w przypadkach względnej hipowitaminozy B1, Warszawa 1947.

R. Dzierżanowski, Semerau Siemianowski Mściwój Maria Tadeusz, [w:] Słownik biograficzny polskich nauk medycznych XX wieku, Warszawa 1991.

RYSZARD W. GRYGLEWSKI

MŚCIWÓJ SEMERAU-SIEMIANOWSKI

1885–1953

 

Gdy mówimy o tradycji polskiej kardiologii, poszukując w jej dziejach tych, których prace badawcze i osiągnięcia kliniczne miały decydujące dla jej rozwoju znaczenie, z pewnością winni jesteśmy pamięć Mściwojowi Semerau-Siemianowskiemu. Późniejszy profesor Uniwersytetu Warszawskiego przyszedł na świat 19 maja 1885 roku w Ruszczuku (Ruse) na terenie dzisiejszej Bułgarii jako syn Władysława i Józefy, z domu Rojewskiej. Jego ojciec był postacią nietuzinkową. Z wykształcenia medyk, piastujący wysokie stanowisko naczelnego lekarza Kolei Wschodnich, z zamiłowania kolekcjoner i wybitny numizmatyk, którego zbiory monet, w tym antycznych greckich, sięgały ponad 27 000 sztuk! Ten unikatowy w skali światowej zespół w całości przekazał tworzącemu się w 1920 roku Muzeum Narodowemu w Warszawie. W uznaniu jego nieprzeciętnej wiedzy i szczodrości zadecydowano o powierzeniu Władysławowi misji utworzenia Gabinetu Numizmatycznego wraz z tytułem kustosza honorowego. Ten z radością funkcję przyjął i każdą wolną chwilę poświęcał pracy muzealnej. Niestety postępująca choroba oczu zmusiła go już w 1928 roku do przejścia na emeryturę. Dyrekcja Muzeum Narodowego przyznała mu wówczas honorowe kustoszostwo dożywotnio.

Wpływ ojca na Mściwoja był ogromny. Decydowała o tym nie tylko silna osobowość Władysława, lecz również rodzinne tragedie. Gdy chłopiec miał sześć lat, osierociła go matka. Jego dwie siostry – Bożena i Kazimiera – zmarły w dzieciństwie, brat Zbigniew odszedł, mając zaledwie 19 lat. Wychowywany w duchu głębokiego patriotyzmu, chociaż z dala od ziem polskich, pierwsze nauki pobierał w szkołach starożytnego miasta Saloniki. Życzeniem ojca było, by syn jak najprędzej mógł powrócić do ojczyzny, emigracja była bowiem w jego oczach nieznośnym przymusem, przykrą koniecznością, z której należy w miarę sił i możliwości szukać uwolnienia. W oczach Władysława miejsce Mściwoja było „wśród swoich”. Stąd przy pierwszej nadarzającej się okazji wysłał syna, aby kontynuował naukę w poznańskim gimnazjum. Tak też się stało i Mściwój został do szkoły przyjęty. Nie pozostał jednak w jej murach zbyt długo. Niebawem musiał opuścić nie tylko gimnazjum, lecz i wyjechać z Poznania, a to za sprawą jawnie manifestowanej polskości, co przy zaostrzonej wówczas polityce germanizacyjnej nie mogło być tolerowane przez władze niemieckie. Z dużym trudem udało się umieścić Mściwoja w gimnazjum w Saverne na terenie Alzacji. Tu w 1904 roku po złożeniu przewidzianych prawem egzaminów uzyskał świadectwo dojrzałości. Początkowo, szukając zawodu, który dałby mu stosunkowo szybko materialną niezależność, był zdecydowany podjąć studia techniczne. Dlatego też niemal natychmiast zapisał się na wydział mechaniczny politechniki w Charlottenburgu, gdzie zaliczył z powodzeniem dwa semestry nauki. Szybko się jednak okazało, że mechanika szczególnie go nie pociąga. Zdecydował się zatem na zmianę kierunku studiów, obierając Wydział Lekarski uniwersytetu w Berlinie. Nie ulegało teraz najmniejszej wątpliwości, że wybór był trafny, a medycynie odtąd pozostanie już wierny do końca życia. Prawdopodobnie na ten czas można datować wstąpienie Mściwoja do konspiracyjnego Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, choć nie jest to do końca wyjaśnione. Czynne uczestnictwo w działalności oświatowej na rzecz środowiska polonijnego nie uszło uwadze lokalnych władz, które wszak miały młodego Semeraua-Siemianowskiego „na oku” już od czasów poznańskich. Zmuszony do opuszczenia Berlina, przeniósł się na Wydział Lekarski uniwersytetu w Strasburgu.

Stolica Alzacji była mu dobrze znaną, a liberalna atmosfera miasta, tak różna od pruskiego ducha panującego w Berlinie, była mu zdecydowanie bliższa. Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że tamtejszy uniwersytet mógł się poszczycić uczonymi tej miary, co twórca nowoczesnej farmakologii Oswald Schmiedeberg, biochemik i farmakolog Franz Hofmeister, czy patolog Bernhard Naunyn. Niewątpliwie strasburska uczelnia ukształtowała ostatecznie nie tylko zainteresowania Semeraua-Siemianowskiego, lecz także dała mu ów charakterystyczny dla niej holistyczny sposób ujmowania problemów przyrodniczych, ową wielokierunkowość myśli w każdej sprawie badawczej.

Tu w grudniu 1910 roku otrzymał dyplom, w rok później stopień doktorski z medycyny na podstawie dysertacji Patologisch-anatomische Befunde bei puerperalen Infektionen. Najpierw jako stażysta, później już jako asystent znalazł zatrudnienie w uniwersyteckiej klinice internistycznej w Strasburgu. Jej kierownikiem był wówczas Karel Frederik Wenckebach, znakomity diagnosta, dysponujący doskonałym warsztatem badawczym i obdarzony talentem do obserwacji klinicznych. To właśnie jemu zawdzięczamy opis zaburzeń rytmu serca powstałych skutkiem niekompletnego bloku węzła przedsionkowo-komorowego. W dzisiejszej terminologii klasyfikowany jest jako blok AV II stopnia (Mobitza I), lecz nadal można spotkać się z określeniami zjawisko Wenckebacha lub periodyka Wenckebacha. Był też Wenckebach jednym z pionierów w zastosowaniu chininy w terapii napadowego migotania przedsionków. I to właśnie pod jego wpływem młody Semerau-Siemianowski zainteresował się bliżej schorzeniami serca, przejmując od swego mistrza szerokie, obejmujące zarówno klasyczną klinikę, jak i nauki eksperymentalne spojrzenie na tę problematykę. Już wówczas, zachęcony przez Wenckebacha, rozpoczął samodzielne prace nad mechaniką migotania przedsionków. Można powiedzieć, że w Strasburgu „połknął kardiologicznego bakcyla”.

Gdy I wojna światowa zbliżała się ku końcowi i niepodległość Polski z jawy sennej zaczęła powoli przeobrażać się w rzeczywistość, młody lekarz zdecydował się na przyjazd do Warszawy, by w październiku 1918 roku objąć stanowisko adiunkta w tworzącej się na odrodzonym Uniwersytecie Warszawskim I Klinice Chorób Wewnętrznych, mieszczącej się podówczas w Szpitalu św. Ducha na Elektoralnej. Na jej czele stał nowoczesny lekarz, który podzielał zapatrywania swojego asystenta, prof. Kazimierz Rzętkowski. Semerau-Siemianowski włączył się w pracę nad rozbudową i modernizacją kliniki. Mając za sobą znakomitą szkołę strasburską, a także znaczne już, mimo młodego wieku, doświadczenie, jako pierwszy na ziemiach polskich wprowadził na stałe do diagnostyki schorzeń serca elektrokardiografię. Stosunkowo wcześnie opracował i odtąd stale już doskonalił metodykę badań czynnościowych w patologii układu krążenia.

W 1923 roku Semerau-Siemianowski uzyskał veniam legendi na podstawie rozprawy O czynności samoistnie bijących komór sercowych u człowieka. Zajmował się w niej wówczas słabo rozpoznanym zjawiskiem automatyzmu komór serca. Za szczególnie istotny należy uznać dany wówczas obraz bigeminii komorowej.

Rok później otrzymał pierwsze samodzielne stanowisko – ordynatora Oddziału Chorób Wewnętrznych w Szpitalu św. Łazarza na Książęcej. Wiązało się to z czasem nie tylko wytężonej pracy, lecz także i daleko posuniętych wyrzeczeń. W rzeczywistości bowiem oddział trzeba było tworzyć od podstaw, często łożąc na ten cel i własne fundusze. Z wielkim trudem, borykając się z różnymi przeciwnościami losu, Semerau-Siemianowski doprowadził do utworzenia nowoczesnej pracowni analityki klinicznej, a wraz z nią do powstania pracowni hematologicznej i przemiany spoczynkowej, odrębnych pracowni elektrokardiografii i radiologii, jak również wyodrębnił pokój przeznaczny do prac eksperymentalnych na zwierzętach. Semerau-Siemianowski widział bowiem klinikę lekarską w ścisłym związku z naukami podstawowymi, gdzie postępowanie eksperymentalne prowadzone na zwierzętach powinno być istotnym dopełnieniem obserwacji czynionych przy łóżku chorego. Nie ulegało wątpliwości, że narodził się pierwszy specjalistyczny oddział kardiologiczny w Polsce.

Pochłonięty wydawałoby się bez reszty pracy klinicznej i badaniom naukowym, Semerau-Siemianowski nie zaniedbywał ani na chwilę dydaktyki, poświęcając wiele uwagi wykładom dla studentów. W 1929 roku otrzymał profesurę tytularną, co w opinii wielu było zapowiedzią profesury rzeczywistej. Kiedy jednak w 1935 roku podejmowano decyzję o powierzeniu kierownictwa I Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych UW, kandydaturę Semeraua-Siemianowskiego pominięto. W tej sytuacji uznał się zwolniony z dalszego prowadzenia zajęć uniwersyteckich i złożył w tej sprawie stosowną dymisję. Odtąd skoncentrował się wyłącznie na kwestiach naukowych i pracy klinicznej. Pozostawił jedynie cykliczne kursy z zakresu kardiologii dedykowane lekarzom z całej Polski. Kursy te, które prowadził w latach 1936–1938, cieszyły się znacznym powodzeniem.

Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie, w której przetrwał cały koszmar oblężenia, bombardowań i ostrzału artyleryjskiego. Nie przerwał swojej pracy i cały czas pełnił obowiązki ordynatora. Już na początku okupacji władze niemieckie, powołując się na korzenie rodziny, chciały nakłonić Semeraua-Siemianowskiego do podpisania tzw. Reichslisty. Ten jednak zdecydowanie odmówił. Zimą 1940 roku został pozbawiony ordynatury, którą bezterminowo zawieszono. Pozostała mu prywatna praktyka, z której utrzymywał siebie wraz z rodziną. Jednak wobec coraz cięższej sytuacji na frontach i ciągłego braku odpowiednio wykwalifikowanego personelu niemieckiego, władze okupacyjne przywróciły Semeraua-Siemianowskiego w lutym 1942 roku, tym razem na stanowisko zastępcy ordynatora Oddziału Chorób Wewnętrznych w Szpitalu św. Łazarza, który w tym czasie mieścił się już na ul. Leszno. Przez kolejne dwa lata, aż do wybuchu powstania warszawskiego pracował tutaj oraz wykładał, tym razem w warunkach pełnej konspiracji w ramach tajnego Uniwersytetu Warszawskiego oraz tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich, czyli przedwojennego Uniwersytetu Poznańskiego. Z narażeniem życia przechowywał ukrywających się przed gestapo i leczył rannych żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. Nie zawahał się pomagać Żydom w getcie, do którego przenikał tajnymi przejściami, by nieść posługę lekarską potrzebującym.

Powstanie warszawskie odcisnęło się tragicznym piętnem na życiu profesora, który na ile to tylko było możliwe, od pierwszych godzin walk w mieście zaczął ratować rannych i chorych. Został zagarnięty z tysiącami cywilów i znalazł się w transporcie do niemieckiego obozu w Pruszkowie. Udało mu się zbiec i wrócić do miasta, które było już wówczas wielkim cmentarzyskiem. Mieszkanie Semerau-Siemianowskich położone w pięknej Kolonii Staszica doszczętnie spłonęło. Dwaj synowie profesora podzielili los tysięcy jego mieszkańców. Młodszy, Janusz, pseudonim „Nowina”, poległ już w pierwszych godzinach powstania przy ul. Filtrowej. Leszek, pseudonim „Sawicki”, zmarł trzeciego dnia walk w Śródmieściu. Ciężko ranny, nie miał szans na przeżycie. Trzeci z synów, Zbigniew, pełnił posługę lekarską, pomagając ojcu, w szpitalu polowym na zbiegu ulic Koszykowej i Chałubińskiego. Przetrwał wojnę, by później zostać profesorem patofizjologii w Centrum Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN. Córka, Bogna, pseudonim „Grzymała”, była także żołnierzem Armii Krajowej, pełniąc funkcje łączniczki i sanitariuszki. Po wojnie ukończyła medycynę i specjalizowała się w chirurgii.

Żona profesora, Antonina z Hulewiczów, była mu wierną towarzyszką życia, wspierając męża we wszystkich jego poczynaniach. W październiku 1944 roku, na prośbę Rady Głównej Opiekuńczej Semerau-Siemianowski zajął się wysiedloną przymusowo przez Niemców ludnością, która często wprost koczowała na terenie tzw. obozu przejściowego „Ursus”. Tu w tragicznych warunkach próbował, jak mógł, ulżyć doli rodaków. Późną jesienią wycieńczony i zrezygnowany, bliski depresji zdecydował się na wyjazd do Zakopanego, podejmując pracę w tamtejszej przychodni Polskiego Czerwonego Krzyża.

Już w marcu 1945 roku, a zatem jeszcze podczas działań wojennych, wyruszył do Łodzi, gdzie współuczestniczył w tworzeniu nowego wydziału lekarskiego powołanego właśnie do życia uniwersytetu. Równocześnie objął Oddział Chorób Wewnętrznych w szpitalu na Radogoszczu, który w lutym 1946 roku został przekształcony w II Klinikę Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Łódzkiego, co wiązało się z przyznaniem Semerau-Siemianowskiemu profesury zwyczajnej. Jednak już w tym samym roku opuścił Łódź i przeniósł się do Gdańska, gdzie stanął na czele II Kliniki Chorób Wewnętrznych. I ponownie jego pobyt na nowym miejscu nie trwał długo. W 1948 roku na emeryturę przeszedł twórca największej polskiej szkoły internistycznej, prof. Witold Orłowski. Wówczas Uniwersytet Warszawski zwrócił się do Semeraua-Siemianowskiego z propozycją objęcia II Kliniki Chorób Wewnętrznych. Ten oferowaną mu katedrę oraz klinikę przyjął. I tak jak już wcześniej bywało z niezmordowaną wprost energią przystąpił do pracy, unowocześniając wyposażenie pracowni i laboratoriów przyklinicznych. Doprowadził do powstania szkoły kardiologii, która stała się ogólnopolskim ośrodkiem dokształcania lekarzy z zakresu diagnostyki, ze szczególnym zwróceniem uwagi na znaczenie elektrokardiografii oraz najnowszych metod leczenia schorzeń serca. Nie dziwi zatem, że w tak nowocześnie prowadzonym ośrodku przeprowadzono pierwszy na ziemiach polskich zabieg cewnikowania serca, wykonany w pracowni zorganizowanej wspólnie z Izabelą Krzemińską-Ławkowiczową.

Semerau-Siemianowski wprowadził jako pierwszy na ziemiach polskich technikę wypukiwania sylwetki serca. Był też jednym z pionierów wczesnej rehabilitacji chorych po przebytym zawale. Planował utworzenie ogólnopolskiego instytutu kardiologicznego, łączącego w sobie zadania placówki szkoleniowej, leczniczej i badawczej.

Dorobek naukowy ponad czterdziestu lat pracy był imponujący i stawia Semeraua-Siemianowskiego w rzędzie znaczących postaci kardiologii europejskiej. Jeszcze przed pierwszą wojną światową zajął się problemem mechanizmu zaburzeń rytmu serca i w cyklu wieloletnich badań jako pierwszy opisał postać migotania napadowego przedsionków na podstawie charakterystyki zapisu EKG. Do niego też należy pierwszeństwo w podaniu charakterystyki dla zjawiska podciśnienia tętniczego, czyli hipotonii konstytucjonalnej, którą wyodrębnił jako osobną jednostkę chorobową. Za w pełni oryginalne należy uznać badania nad zaburzeniami w układzie przewodzącym serca w przebiegu gośćca, błonicy i stwardnienia tętnic. Symptomatologia skaz krwotocznych wraz z podaniem ich patogenezy oraz metodyki leczenia zostały zawarte i szczegółowo omówione w przełomowej dla tej grupy problemów monografii O skazach krwotocznych (1925–1926). Współpracując z dr Janiną Misiewicz i wykorzystując szeroko materiał obserwacji klinicznych, przyjęto wówczas nowatorską klasyfikację, która obejmowała krwotoczność niedokrzepliwą (krwotoczność małopłytkowa, czyli choroba Werlhofa) i krwotoczności naczyniowe. Te ostatnie należało podzielić na naczynioporażenne (choroba Schonlein-Henocha), naczyniozapalne tak jak to ma miejsce w zmianach towarzyszących w powolnym zapaleniu wsierdzia oraz te występujące przy hipowitaminozie (np. w przebiegu szkorbutu). Proponowana przez Semerau-Siemianowskiego klasyfikacja została przyjęta przez Tadeusza Tempkę i zastosowana w II tomie jego klasycznego podręcznika o chorobach krwi.

Nie zaniedbywał badań eksperymentalnych, analizując wpływ leków na układ wegetatywny serca, sprawdzając m.in. działanie naparstnicy i jej pochodnych. Do pionierskich należy uznać badania prowadzone na zwierzętach, w których udowodnił hamujące działanie fizostygminy na właściwości chronotropowe i dromotropowe serca. W ich trakcie wykazał, że fizostygmina pełni funkcję ochronną dla acetylocholiny przed niszczącym oddziaływaniem cholinoesterazy. To z kolei prowadziło do zastosowania fizostygminy jako substancji wzmacniającej farmakologiczne oddziaływanie naparstnicy w zwolnieniu akcji serca w przebiegu szybkiego migotania przedsionków, jak również w napadowym częstoskurczu. Swoje wyniki doświadczalne skonfrontował następnie w postępowaniu klinicznym.

Wielokrotnie i przy różnych okazjach wskazywał na konieczność precyzyjnego stosowania terminów, pojęć i definicji. Stąd dla angina pectoris w polskiej terminologii medycznej proponował użycie określenia „dławica piersiowa”, zamiast stosowanego dotąd tłumaczenia – „dusznica bolesna”. W latach 20. wyodrębnił i opisał nową jednostkę chorobową – zapad naczyniowy (hyposphyxia paroxysmalis), który bywa w literaturze określany jego imieniem – hyposphyxia paroxysmalis Semerau-Siemianowski. Do charakterystycznych jego cech należy zaliczyć nagłe zasłabnięcie, któremu nieraz towarzyszy utrata przytomności. W dalszym przebiegu występują dreszcze i zimne poty wraz z wielomoczem, co należy wiązać z zaburzeniami funkcji podwzgórza i przysadki. Wykazał, że powyższym objawom towarzyszy spadek ciśnienia krwi i jej nagromadzenie w jamie brzusznej. Semerau-Siemianowski podkreślał, że powyższy zespół najczęściej występuje u kobiet w okresie przedpokwitaniowym, może też towarzyszyć alergii.

Otwarty na każde nowe spojrzenie, nieustannie konfrontujący swoje obserwacje i hipotezy z osiągnięciami medycyny światowej, Semerau-Siemianowski przyciągał do siebie wielu młodych lekarzy, którzy pod jego kierunkiem zdobywali wiedzę i doświadczenie. Miał liczne grono uczniów. Wśród nich należy wymienić m.in. Zdzisława Askanasa, Stanisława Filipeckiego, Izabelę Krzemińską-Ławkowicz, Wiktora Januszewicza, Mieczysława Kaczyńskiego, Klementynę Rachoń i Czesława Szczepańskiego, Edmunda Żerę oraz Wandę Wysznacką-Aleksandrow.

Nie ulega wątpliwości, że Semerau-Siemianowski należał do czołówki ówczesnych klinicystów w Polsce i był jednym z twórców nowoczesnych badań nad diagnostyką i terapią schorzeń serca. W 1931 roku został wybrany na członka korespondenta Polskiej Akademii Umiejętności, a członkostwo czynne otrzymał w 1948 roku. W 1952 roku został członkiem tytularnym Polskiej Akademii Nauk. Korespondencyjne członkostwo Towarzystwa Naukowego Warszawskiego przyznano mu w 1933 roku, czynne nadano mu w 1946 roku. W 1951 roku otrzymał członkostwo honorowe Towarzystwa Internistów Polskich. Należał także do wielu zagranicznych towarzystw naukowych, w tym do Francuskiego Towarzystwa Kardiologicznego i Royal Society of Medicine. Nie dziwią zatem słowa uznania płynące z wielu stron, gdy uroczyście obchodzono jubileusz 40-lecia pracy profesora. Tak w 1952 roku pisała Izabela Krzemińska-Ławkowicz: „Kardiologia polska uzyskała w osobie prof. M. Semerau-Siemianowskiego dźwignię i ośrodek krystalizacyjny we wszystkich zagadnieniach, które zostały dzięki Niemu wydobyte i przyswojone, spopularyzowane i udostępnione ogółowi lub przedstawione do rozwiązania i wprowadzenia w życie”1.

Z kolei znakomity patofizjolog Julian Walawski, który z uwagą analizował dorobek naukowy jubilata, konkludował: „Mimo, że prof. Semerau-Siemianowski jest wszechstronnym internistą, najbardziej umiłowanym przez niego działem interny jest kardiologia. Do jego warsztatów pracy garnęli się i garną lekarze, którzy pragną zgłębić zagadnienia związane z chorobami układu krążenia i poświęcić się kardiologii. Z biegiem czasu wytworzyła się więc dzięki Jego wybitnej umysłowości prawdziwa, nowoczesna szkoła kardiologiczna, która promieniuje na cały kraj”2.

Mściwój Semerau-Siemianowski zmarł nagle 20 czerwca 1953 roku w Warszawie.

Wybrana literatura

 

Dzierżanowski R., Semerau Siemianowski Mściwój Maria Tadeusz, [w:] Słownik biograficzny polskich nauk medycznych XX wieku, red. Z. Podgórska-Klawe, t. I, z. 1, Warszawa 1991, s. 76–77.

Krzemińska-Ławkowiczowa I., 40-lecie pracy naukowo-lekarskiej i dydaktycznej prof. dra med. Mściwoja Semarau-Siemianowkiego, „Polski Tygodnik Lekarski” 1952, R. 7, nr 19, s. 577–581.

Ostrowska T., Semerau Siemianowski Mściwój Maria Tadeusz (1885–1953), [w:] Polski Słownik Biograficzny 1995–1996, t. XXXVI, z. 2, Warszawa-Kraków 1995, s. 223–226.

Pérez-Riera A.R., Femenía F., McIntyre W.F., Baranchuk A., Kareł Frederick Wenckebach (1864–1940): A giant of medicine, „Cardiology Journal” 2011, t. XVIII, nr 3, s. 337–339, za: www.czasopisma.viamedica.pl.

Supady J., Distinguished Polish internists: Witold E. Orłowski and Mściwój M. Semerau-Siemianowski, „Polskie Archiwum Medycyny Wewnętrznej” 2013, t. CXXIII , nr 7–8, s. 347–349.

Śródka A., Wspomnienia pośmiertne: Mściwój Semerau-Siemianowski (1885–1953), „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 1983, R. 46, s. 271–277.

Śródka A., Uczeni polscy XIX-XX stulecia, t. IV, Warszawa 1998, s. 53–55.

Śródka A., Kardiologia w okresie międzywojennym, [w:] Dzieje kardiologii w Polsce na tle kardiologii światowej, red. J. Kucha, A. Śródka, Warszawa 2004, s. 241–243.

Walawski J., Życie i praca społeczno-lekarska oraz twórczość naukowa prof. dr med. Mściwoja Semerau-Siemianowskiego, „Postępy Kardiologii” 1952, t. I, s. 9–31.

www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy (dostęp: 15.02.2016).

SECT-ID LINK

1I. Krzemińska-Ławkowiczowa, 40-lecie pracy naukowo-lekarskiej i dydaktycznej prof. dra med. Mściwoja Semarau-Siemianowkiego, „Polski Tygodnik Lekarski” 1952, R. 7, nr 19, s. 581.

2J. Walawski, Życie i praca społeczno-lekarska oraz twórczość naukowa prof. dr med. Mściwoja Semerau-Siemianowskiego, „Postępy Kardiologii” 1952, t. I, s. 31.

David Shugar

Urodzony 10 IX 1915 w Józefowie na Kielecczyźnie. Od 1919 w Kanadzie. Studia na McGill University w Montrealu (magisterium 1936, doktorat 1940). Podczas wojny służył w Marynarce Kanadyjskiej, pracując nad radarowymi systemami wykrywania łodzi podwodnych. Od 1948 w Instytucie Pasteura w Paryżu na Sorbonie oraz w Institut de Biologie Physico-Chimique na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (1950–1952). Od 1952 w Polsce; kierownik Zakładu Biochemii Państwowego Zakładu Higieny, potem długoletni kierownik Zakładu Biologii Molekularnej PAN. W 1965 stworzył Katedrę (obecnie Zakład) Biofizyki w Instytucie Fizyki Doświadczalnej UW.

Biofizyk i biolog molekularny, twórca szkoły badań oraz wychowawca wielu biofizyków i biologów molekularnych w Polsce; zajmował się m.in. podstawami mutagenezy wywołanej uszkodzeniami DNA i RNA, tautomerycznymi przemianami zasad nukleinowych, inhibitorami kinaz białkowych.
Pomysłodawca Festiwalu Nauki w Warszawie. Laureat wielu prestiżowych wyróżnień.
Doktor honoris causa uniwersytetu w Gandawie i UW.
Członek zagraniczny PAN (1980).
Zmarł 31 X 2015 w Warszawie.

O potrzebie rozwinięcia prac biofizycznych w Polsce, „Kosmos” 1955, ser. A, R. 4, s. 195–207; Tautomerism of purines and pyrimidines, their nucleosides and various analogues (współautor: Anna Psoda), [w:] Landolt-Bornstein Encyclopedia: Numerical Data and Functional Relationships in Science and Technology, Group VII: Biophysics, t. I, 4.12, 1991.

RYSZARD STOLARSKI

DAVID SHUGAR

1915–2015

 

W 2015 roku zbiegło się wiele rocznic oraz zdarzeń związanych z życiem i pracą badawczą wybitnego polskiego biofizyka, prof. Davida Shugara. W tym roku przypadła setna rocznica urodzin, siedemdziesiąta piąta rocznica obrony jego pracy doktorskiej Stark effect in copper and nickel na Uniwersytecie McGill w Montrealu (promotor dr John S. Foster, MacDonald Physics Laboratory) i pięćdziesiąta rocznica utworzenia przez prof. Shugara Katedry Biofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Nastąpiło też głęboko zasmucające wydarzenie, jakim była śmierć profesora w dniu 31 października, krótko po zakończeniu konferencji naukowej dla uhonorowania setnej rocznicy jego urodzin „Challenges in Molecular Biology, Biophysics, and Biomedicine” (Warszawa, 17–19 września 2015).

Głównym wątkiem bogatego w wydarzenia życia prof. Davida Shugara była praca naukowo-badawcza. Urodzony 10 września 1915 roku w Polsce (Józefów na Kielecczyźnie) David Shugar jako dziecko wyemigrował wraz z rodzicami do Kanady, gdzie w 1936 roku ukończył studia na Uniwersytecie McGill i otrzymał stopień Bachelor of Science z wyróżnieniem. Po uzyskaniu stopnia doktora skoncentrował swoje zainteresowania badawcze na fizyce biomedycznej, pracując w Uniwersyteckiej Szkole Medycznej i biorąc udział w budowie ultrawirówki analitycznej do przeprowadzania sedymentacji materiałów biologicznych. W czasie II wojny światowej służył w Marynarce Kanadyjskiej.

Po opuszczeniu Kanady David Shugar kontynuował prace badawcze w Instytucie Pasteura w Paryżu (1948–1949), następnie w Institut de Biologie Physico-Chimique na Sorbonie (1949–1950) i na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (1950–1952). Po przyjeździe do Polski w 1952 roku, na zaproszenie wybitnego fizyka, profesora Leopolda Infelda, Shugar rozwinął pionierskie badania w zakresie biofizyki molekularnej w kierowanych i współtworzonych przez siebie placówkach związanych z Polską Akademią Nauk: w Zakładzie Biochemii Państwowego Zakładu Higieny oraz w Pracowni Fizykochemii Biologicznej w Zakładzie Biochemii PAN, który został w 1957 roku przekształcony w Instytut Biochemii i Biofizyki PAN. Profesor Shugar objął w nowym Instytucie kierownictwo Zakładu Biofizyki.

Efektywne prowadzenie badań w stosunkowo nowej dziedzinie, jaką była biofizyka, wymagało kształcenia studentów i doktorantów – przyszłej kadry biofizyków. To najprawdopodobniej skłoniło Davida Shugara do podjęcia w 1965 roku inicjatywy utworzenia Katedry Biofizyki na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego (późniejszy Zakład Biofizyki w Instytucie Fizyki Doświadczalnej1), pierwszej placówki tego typu w Polsce. Do 1972 roku Shugar pełnił rolę kierownika Zakładu. Po przekazaniu funkcji kierowniczych młodszym współpracownikom, przez wiele lat (także po osiągnięciu wieku emerytalnego) de facto kierował pracą naukową Zakładu. Uzyskane rezultaty i osiągnięcia nakreślili dr hab. Maciej Geller w publikacji z okazji 75 rocznicy powstania fizyki na Hożej2 oraz prof. Andrzej Kajetan Wróblewski3. Bardziej szczegółowe omówienie niezwykle szerokiego zakresu badań zespołów kierowanych przez prof. Shugara i współpracujących z nim badaczy z różnych ośrodków zagranicznych i krajowych zawiera – w cyklu artykułów przeglądowych – jeden z numerów czasopisma „Postępy Biochemii”, wydany specjalnie z okazji setnej rocznicy urodzin profesora i wspomnianej międzynarodowej konferencji „Challenges in Molecular Biology, Biophysics, and Biomedicine”4.

Mój kontakt z biofizyką datuje się od czasu wysłuchania wykładu wygłoszonego przez profesora w ramach seminarium dla trzeciego roku studiów na Wydziale Fizyki. Seminarium miało na celu przybliżenie studentom tych dziedzin fizyki, z którymi nie mieli okazji zetknąć się wcześniej na Wydziale i ewentualnie zachęcenie ich do podjęcia specjalizacji po ukończeniu trzeciego roku studiów. Tak stało się w moim przypadku i w 1972 roku podjąłem 2,5-letnie wówczas studia specjalistyczne „na biofizyce”, zakończone pracą magisterską w 1975 roku, wykonaną pod opieką profesora.

Program studiów specjalistycznych w Zakładzie Biofizyki różnił się wyraźnie od dotychczasowych zajęć na wcześniejszych latach oraz od zajęć na innych specjalnościach. Otrzymaliśmy znaczną porcję wiedzy chemicznej i biologicznej. Zakład Biofizyki zrzeszał i zrzesza obecnie badaczy o różnych specjalnościach, oprócz (bio)fizyków także chemików, biochemików i biologów. W tym czasie większość kadry naukowej Zakładu nie miała jeszcze stopnia doktora i część wykładów prowadzili specjaliści z innych wydziałów i uczelni. Miałem przyjemność wysłuchania m.in. wykładu profesorów Włodzimierza Kołosa z chemii kwantowej i Mariana Kryszewskiego z fizyki polimerów. Profesor Shugar prowadził dwa wykłady specjalistyczne: z biofizyki i z genetyki, a także specjalistyczne seminarium biofizyczne. Myślę, że moja prezentacja na seminarium na temat spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego na tyle zainteresowała profesora, że zaproponował mi podjęcie pracy asystenta w Zakładzie Biofizyki, połączonej z przygotowywaniem rozprawy doktorskiej, której był promotorem. Profesor kierował moją pracą naukową i współdecydował o wyborze moich staży zagranicznych po doktoracie. Gdy w 1992 roku uzyskałem habilitację, rozpocząłem samodzielne badania, ale zawsze mogłem liczyć na pomoc i współpracę z jego strony.

Przegląd numeru specjalnego „Postępów Biochemii”5 poświęcony prof. Shugarowi zwraca uwagę na niezwykle szeroki zakres problematyki badawczej, którą zajmował się on wraz ze swoimi licznymi współpracownikami. Profesor Shugar jest współautorem ponad 400 publikacji w anglojęzycznych czasopismach o zasięgu międzynarodowym z liczbą cytowań przekraczającą 10 tysięcy. Interdyscyplinarne badania obejmują fizyczne podstawy procesów biologicznych związanych z mutagenezą kwasu deoksyrybonukleinowego (DNA), transformacją genetyczną bakterii, katalizą enzymatyczną i terapeutycznym działaniem pochodnych nukleozydów i nukleotydów. W skrótowym, siłą rzeczy, przeglądzie tematyki i osiągnięć Davida Shugara i jego współpracowników skoncentruję się na biofizycznych aspektach jego prac badawczych. Nie należy jednak zapominać o stronie biologicznej tych prac i istotnym wkładzie profesora także w tę dziedzinę.

Jeszcze podczas pobytu we Francji David Shugar rozpoczął badania spektroskopowe i fotochemiczne białek enzymatycznych: dehydrogenaz, rybonukleazy, lizozymu i RNazy, w tym ich inaktywacji fotochemicznej i fotoreaktywacji. Wspólnie z chemikiem Jackiem J. Foxem wykonał pionierskie badania widm absorpcyjnych zasad pirymidynowych kwasów nukleinowych. Opublikowanie przez Jamesa D. Watsona i Francisa Cricka modelu przestrzennego podwójnej helisy DNA w 1953 roku stało się inspiracją dla wielu zespołów badawczych, także dla prof. Shugara, do analizy wpływu promieniowania ultrafioletowego (UV) na nukleotydy i oligomery DNA. David Shugar kontynuował badania fotochemiczne po przyjeździe do Polski, m.in. nad fotoaddycją cząsteczki wody do podwójnego wiązania węgiel-węgiel w pierścieniu pirymidynowym i „ciemną” eliminacją cząsteczki wody z pierścienia oraz niezwykle ważną, z punktu widzenia uszkodzeń DNA pod wpływem promieniowania UV, reakcją fotodimeryzacji pirymidyn. Wyrazem uznania dla tych osiągnięć był złoty medal Międzynarodowego Towarzystwa Fotobiologicznego im. Nilsa Finsena, przyznany Davidowi Shugarowi w 1976 roku.

Zespół profesora Shugara należał do ścisłej światowej czołówki w badaniach zjawiska tautomerii zasad kwasów nukleinowych, zagadnienia niezwykle istotnego z punktu widzenia problemu inicjacji mutacji punktowych, spontanicznych i indukowanych przez chemiczne czynniki mutagenne. Badania z wykorzystaniem metod spektroskopii absorpcyjnej w zakresie UV i w zakresie podczerwieni (IR) oraz spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego (NMR) dotyczyły zarówno naturalnych zasad i nukleozydów, jak i ich chemicznie modyfikowanych pochodnych o potencjalnej aktywności mutagennej i kancerogennej. Osiągnięcia w tej dziedzinie znalazły wyraz w powierzeniu Shugarowi opracowania rozdziału o tautomerii w Encyklopedii Landolta-Börnsteina6.

Oddziaływania międzycząsteczkowe w kompleksach enzym-substrat oraz enzym-inhibitor mają kluczowe znaczenie w molekularnych mechanizmach katalizy enzymatycznej. Ich analiza jest również warunkiem koniecznym racjonalnego projektowania środków chemioterapeutycznych, antybakteryjnych, antywirusowych i antynowotworowych (rational drug design). Wspomniane wcześniej badania enzymów stały się jednym z wiodących tematów zespołów kierowanych przez Shugara i objęły fosforylazy nukleozydów purynowych, syntazę tymidylanową stanowiącą jedną z „tarcz” (receptor do zablokowania) w projektowaniu środków przeciwnowotworowych, oraz kinazy białkowe, które, fosforylując inne białka, uczestniczą w jednym z podstawowych mechanizmów regulacji aktywności biochemicznej tych białek. Obok metod spektroskopowych, zespoły kierowane i współpracujące z prof. Shugarem prowadziły badania strukturalne z wykorzystaniem dyfrakcji promieniowania rentgenowskiego, najważniejszej obecnie metody wyznaczania struktur przestrzennych makromolekuł. Z inicjatywy profesora Shugara zorganizowano w 1998 roku pierwszą międzynarodową konferencję „Inhibitors of Protein Kinases” (IPK), której kolejne edycje odbywają się cyklicznie co dwa lata.

Zarówno substraty jak i inhibitory wielu enzymów, w tym potencjalne środki chemioterapeutyczne, są niskocząsteczkowymi ligandami. Do tej klasy związków należą także nukleozydy i nukleotydy, stanowiące ponadto monomery budujące kwasy nukleinowe. Stąd jeden z głównych nurtów badań w latach 70. i 80. XX wieku dotyczył syntez chemicznych oraz wyznaczania konformacji w roztworze (NMR) i w krysztale (dyfrakcja rentgenowska) analogów nukleozydów i nukleotydów. Badaniom konformacji zasady wokół wiązania glikozydowego z cukrem oraz konformacji reszty cukrowej poddano zarówno naturalne nukleozydy i nukleotydy, jak i pochodne z arabinozą, ksylozą i lyksozą zamiast rybozy (deoksyrybozy), pochodne z resztami acyklicznymi zamiast pierścieni cukrowych i nukleozydy z pochodnymi benzimidazolu zamiast zasady purynowej. Niektóre z tych związków uzyskały zastosowanie terapeutyczne, np. acyklowir przeciw wirusowi opryszczki. Dzięki pracom syntetycznym i wdrożeniowym prof. Zygmunta Kazimierczuka 2-chloroadenozyna (2CdA) była stosowana przeciw niektórym typom białaczki.

Chociaż David Shugar był biofizykiem eksperymentatorem, warto podkreślić jego inspirująca rolę w podjęciu przez pracowników Zakładu Biofizyki badań z zakresu biofizyki teoretycznej, m.in. we współpracy z prof. Józefem S. Kwiatkowskim z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Szybki rozwój hardwareusoftwareu komputerów od połowy lat 80. XX wieku umożliwił ich szerokie wykorzystanie w obliczeniach numerycznych energii cząsteczek metodami chemii kwantowej, energii makrocząsteczek metodami mechaniki molekularnej z klasycznymi polami siłowymi (force field) oraz w analizie dynamiki makromolekuł metodami Monte Carlo i metodami symulacji klasycznej (MD), brownowskiej (BMD) i klasyczno-kwantowej dynamiki molekularnej (QCMD).

Dorobek naukowy prof. Shugara doczekał się licznych wyróżnień i nagród. Profesor był m.in. doktorem honoris causa dwóch uczelni, Uniwersytetu w Gandawie i Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem

Polskiej Akademii Nauk (zagranicznym, ze względu na zachowanie obywatelstwa kanadyjskiego), członkiem zagranicznych towarzystw naukowych: The Royal Society of Canada i American Chemical Society oraz członkiem komitetów redakcyjnych szeregu czasopism naukowych. Wraz z Maciejem Gellerem był inicjatorem Festiwalu Nauki Polskiej, czołowego w skali Polski przedsięwzięcia popularyzującego naukę i wieloletnim członkiem Rady Programowej Festiwalu. Jako opiekun około 100 prac magisterskich i przeszło 30 prac doktorskich David Shugar wychował szerokie grono uczniów: biofizyków, biochemików i biologów molekularnych, którzy prowadzili lub nadal prowadzą badania w ośrodkach na całym świecie.

SECT-ID LINK

1www.biogeo.uw.edu.pl (dostęp: 12.11.2015).

2M. Geller, Zakład Biofizyki (1966–1995), [w:] 75 lat fizyki na Hożej, Warszawa 1996, s. 85–89.

3A. K. Wróblewski, Nauki fizyczne, [w:] Historia nauk ścisłych i przyrodniczych na Uniwersytecie Warszawskim, seria „Monumenta Universitatis Varsoviensis”, Warszawa 2016.

4„Postępy Biochemii”, 2015, t. LXI, z. 3.

5Ibidem.

6D. Shugar, A. Psoda, Tautomerism of purines and pyrimidines, their nucleosides and various analogues, [w:] Landolt-Bornstein Numerical Data and Functional Relationship in Science and Technology, ed. by W. Saenger, Berlin 1990, s. 308–348.

Roman Sikorski

Urodzony 11 VII 1920 w Mszczonowie. Studia na UW, asystentura, doktorat (1949), habilitacja i docentura (1950), profesor UW (1954). Kierownik Katedry Analizy Matematycznej (1952–1961), Katedry Funkcji Rzeczywistych (1961–1969), Zakładu Analizy Matematycznej (1969–1982).

Matematyk, logik, współodkrywca twierdzenia Loomisa-Sikorskiego. W kręgu jego zainteresowań naukowych były m.in.: teoria algebr Boole’a i jej zastosowania, teoria miary (oraz jej związki z algebrami Boole’a, topologią i teorią funkcji rzeczywistych), teoria dystrybucji, analiza funkcjonalna.
Członek PAN (1962), Polskiego Towarzystwa Matematycznego (prezes 1965–1977).
Adiunkt, docent i profesor (1951–1974) w Dziale Analizy Matematycznej Państwowego Instytutu Matematycznego (od 1952 roku: Instytut Matematyczny PAN). Wicedyrektor (1964–1967) i dyrektor (1967–1970) IM PAN. Przewodniczący (1969–1971) i wiceprzewodniczący (1971–1974) Komitetu Nauk Matematycznych PAN.
Zmarł 12 IX 1983 w Warszawie.

Funkcje rzeczywiste, t. I, Warszawa 1958, 1959; Boolean Algebras, Berlin 1960; Mathematics of metamathematics (współautor: H. Rasiowa), Warszawa 1963.

M. Mączyński, T. Traczyk, Roman Sikorski (1920–1983), „Wiadomości Matematyczne” 1987, t. XXVII, nr 2; H. Rasiowa, Prace Romana Sikorskiego z logiki matematycznej, „Wiadomości Matematyczne” 1982, t. XXIV, nr 2.

ROMAN DUDA

ROMAN SIKORSKI

1920–1983

 

Roman Sikorski urodził się 11 lipca 1920 roku w Mszczonowie koło Grodziska Mazowieckiego w rodzinie zduna Ignacego i Józefy z Wasilewskich1. Do gimnazjum uczęszczał w Żyrardowie, gdzie zyskał następującą opinię: „Wybitne zdolności matematyczne i przyrodnicze. Dobry organizator. Prawy charakter. Inteligencja wybitna”2. Po maturze w 1937 roku podjął studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, ale po dwóch latach przerwał je wybuch wojny. W okresie okupacji był członkiem AK i samodzielnie studiował. Po wznowieniu działalności przez Uniwersytet w 1945 roku został tam asystentem, a jednocześnie kontynuował systematyczne studia, które ukończył w 1947 roku. Rok później wyjechał na studia uzupełniające do Zurychu, a po powrocie doktoryzował się w 1949 roku na podstawie rozprawy o algebrach Boole’a3. Promotorem był profesor Kazimierz Kuratowski. Sikorski został adiunktem, a po obronie pracy habilitacyjnej w 1950 roku – docentem. Przepracował dwa lata na Politechnice Warszawskiej, a w 1952 roku wrócił na Uniwersytet Warszawski i pozostał na nim do końca życia. W 1954 roku został profesorem nadzwyczajnym, a po uzyskaniu ówczesnego stopnia doktora nauk w 1955 roku – w 1957 roku został profesorem zwyczajnym.

Pojęcie algebry Boole’a zrodziło się w wyniku poszukiwań związków między logiką a algebrą i teoria algebr Boole’a i jej zastosowania, także w logice, stała się głównym obszarem zainteresowań naukowych Sikorskiego. Już w swojej rozprawie doktorskiej udowodnił piękne twierdzenie o reprezentacji: każda σ-algebra Boole’a jest izomorficzna z algebrą ilorazową F / ∆ , gdzie F jest σ-ciałem generowanym przez rodzinę podzbiorów otwarto-domkniętych pewnej przestrzeni topologicznej, a ∆ jest ideałem podzbiorów pierwszej kategorii w tej przestrzeni. To twierdzenie odkrył niezależnie Lynn H. Loomis i dziś nosi ono nazwę twierdzenia Loomisa-Sikorskiego. Równie piękne inne twierdzenie Sikorskiego powiada, że obiektami iniektywnymi w kategorii algebr Boole’a są algebry zupełne. A we wspólnej pracy z Heleną Rasiową autorzy podali pierwszy algebraiczny dowód twierdzenia Gödla o pełności rachunku predykatów dla logiki klasycznej. Już te pierwsze wyniki przyniosły mu duże uznanie w świecie.

Swoje badania nad algebrami Boole’a i uzyskaną w ich toku wiedzę Sikorski podsumował w znakomitej monografii4. Była to pierwsza w literaturze światowej książka na ten temat, zawierająca doskonale wybrany, uporządkowany i przejrzyście przedstawiony materiał, zawierający wiele tez autora, często nigdzie indziej niepublikowanych. Monografia ta uchodzi za najważniejsze dzieło Sikorskiego, a jej wielką zaletą jest mnogość opisanych w niej zastosowań algebr Boole’a w różnych dziedzinach matematyki, ubogacona znaczną liczbą oryginalnych przykładów z topologii, teorii miary i teorii mnogości.

Kiedy pojawiły się różne logiki nieklasyczne, były one intensywnie badane, zwłaszcza w polskiej szkole logicznej (Jan Łukasiewicz, Adolf Lindenbaum, Alfred Tarski i inni) za pomocą metod algebraicznych. „Ważnym narzędziem, a jednocześnie pomostem między systemami logicznymi a metamatematyką tych systemów, była metoda interpretacji formuł jako wielomianów odpowiednich algebr oraz metoda wprowadzona przez Lindenbauma i Tarskiego traktowania zbioru formuł lub zbioru klas równoważności formuł jako algebry abstrakcyjnej”5.

Sikorski napisał 20 prac (niektóre wspólne) z logiki matematycznej, a głównym ich tematem było „uogólnienie metod algebraicznych, teoriomnogościowych i topologicznych stosowanych w badaniach rachunków zdań na bogatsze systemy logiczne, a mianowicie rachunki predykatów pierwszego rzędu i teorie elementarne”6. Badania te stały się punktem wyjścia (wspólnej z Rasiową) monografii7, przedstawiającej jednolite ujęcie dużego fragmentu logiki matematycznej i pokazującej, jak można otrzymywać twierdzenia logiki z odpowiednich twierdzeń algebry i topologii za pomocą algebr Lindenbauma-Tarskiego i twierdzenia Stone’a o reprezentacji.

Jedną z dziedzin, której Sikorski poświęcił wiele publikacji, zwłaszcza we wczesnych latach pięćdziesiątych, była teoria miary i jej związki z algebrami Boole’a, topologią i teorią funkcji rzeczywistych. Między innnymi uogólnił twierdzenie Cantora-Bernsteina na przypadek σ-algebr Boole’a, zajmował się (wspólnie z Edwardem Marczewskim) rozkładaniem przestrzeni topologicznej z miarą borelowską na zbiór I kategorii i zbiór miary 0, a wykorzystując swoje wcześniejsze wyniki określił całkę w σ-algebrze Boole’a.

Przykładem wielostronności Sikorskiego jest też teoria dystrybucji. Odczuwając potrzebę oparcia jej na prostszych pojęciach, niż to zrobili jej twórcy – Laurent Schwartz i Siergiej Lwowicz Sobolew, zaproponował (wspólnie z Janem Mikusińskim) podejście ciągowo-różniczkowe. Zaletą tego podejścia, opisanego w popularnej monografii8, jest większa prostota oraz bliższy związek z językiem analizy klasycznej niż język oryginalnej teorii Schwartza.

Innym przykładem wielostronności Sikorskiego jest analiza funkcjonalna, w zakresie której również napisał kilkanaście prac, koncentrując się na tzw. teorii wyznacznikowej w przestrzeniach Banacha. Teoria ta pojawiła się w latach 1950–1954 w pracach Alexandra Grothendiecka, Tadeusza Leżańskiego i Anthony’ego F. Rustona, a jej celem było uogólnienie klasycznych wzorów Cramera na rozwiązanie równania liniowego Tx = y dla operatora liniowego T : X → Y działającego w przestrzeni Banacha X. Sikorski rozwinął teorię Leżańskiego i nadał jej ostateczny kształt9. Prócz tego napisał też kilka innych prac z analizy funkcjonalnej.

Był znakomitym wykładowcą i w związku ze swoimi wykładami napisał monografię o funkcjach rzeczywistych10. O swoich doświadczeniach z wykładania rachunku różniczkowego i całkowego funkcji wielu zmiennych napisał ciekawy artykuł11, a następnie podręcznik12. Jest też autorem oryginalnego wstępu do geometrii różniczkowej13.

Na Uniwersytecie Warszawskim był kierownikiem katedry analizy matematycznej (1952–1961), katedry funkcji rzeczywistych (1961–1969) i zakładu analizy matematycznej (1969–1982). Od 1949 roku pracował także w Państwowym Instytucie Matematycznym (od 1952 roku – Instytucie Matematycznym PAN) jako adiunkt, docent i profesor (1951–1974) w dziale analizy matematycznej, a w latach 1964–1967 był tam wicedyrektorem i 1967–1970 dyrektorem. Był też przewodniczącym (1969–1971) i wiceprzewodniczącym (1971–1974) Komitetu Nauk Matematycznych PAN.

Był promotorem ośmiu rozpraw doktorskich, których autorami byli: Adam Buraczewski, Karol Krzyżewski, Marcin Kuczma, Tadeusz Leżański, Wojciech Słowikowski, Tadeusz Traczyk, Antoni Wiweger, Wacław Zawadowski.

Członek PAN (korespondent 1962, rzeczywisty 1964). Członek komitetów redakcyjnych kilku polskich czasopism matematycznych i paru serii wydawniczych. Otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. Złoty Krzyż Zasługi (1955), Krzyż Oficerski i Krzyż Komandorski OOP (1968, 1974), Medal KEN (1973), Nagrodę Państwową II stopnia (1955), trzy nagrody ministerialne I stopnia (1965, 1968, 1973), nagrodę PTM im. Stefana Mazurkiewicza (1950).

Bardzo lubił i szczególnie sobie cenił działalność w Polskim Towarzystwie Matematycznym. W latach 1951–1955 był tam sekretarzem generalnym, potem prezesem Oddziału Warszawskiego (1955–1957), wiceprezesem (3 kadencje, 1957–1965) i prezesem Towarzystwa (6 kadencji, 1965–1977). Był najdłużej urzędującym prezesem i po odejściu z tego stanowiska został członkiem honorowym PTM. Znany ze znakomitego poczucia humoru i życzliwego stosunku do ludzi, lubił wygłaszać żartobliwe toasty14. Często zapraszany na wykłady za granicą, chętnie wszystkie zaproszenia przyjmował.

Od 1945 roku profesor Sikorski był żonaty z Krystyną z Bobińskich; mieli syna Krzysztofa, który został inżynierem elektronikiem.

Zmarł 12 września 1983 roku w Warszawie, po długiej i ciężkiej chorobie.

SECT-ID LINK

1Bardziej szczegółowe informacje o życiu i działalności Romana Sikorskiego można znaleźć w tomie „Wiadomości Matematyczne” 1982, t. XXIV, nr 2, w którym znajdują się artykuły o jego dorobku w zakresie logiki matematycznej (H. Rasiowa), algebr Boole’a (T. Traczyk), teorii miary (E. Grzegorek i C. Ryll-Nardzewski), teorii dystrybucji (P. Antosik) i analizy funkcjonalnej (A. Pełczyński) oraz spis jego publikacji liczący 121 pozycji. Numery prac cytowane w artykule odnoszą się do tego spisu publikacji. Biogramy R. Sikorskiego zawierają m.in.: Wielka Encyklopedia PWN, t. XXV; A. Śródka, P. Szczawiński, Biogramy uczonych polskich, cz. III: Nauki ścisłe; A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia; Słownik Biograficzny Matematyków Polskich, red. S. Domoradzki, D. Węglowska, Z. Palikowska-Brożek, Tarnobrzeg 2003; R. Duda, Matematycy XIX i XX wieku związani z Polską, Wrocław 2012.

2M. Mączyński, T. Traczyk, Roman Sikorski (1920–1983), „Wiadomości Matematyczne” 1987, t. XXVII, nr 2, s. 235–241.

3R. Sikorski, Nieskończenie addytywne ciała Boole’a (streszczenie angielskie = [6]).

4R. Sikorski, Boolean Algebras, Springer, Berlin 1960, s. 172 (monografia miała 3 wydania angielskie = [69], [99] i [110], a także została przełożona na język portugalski = [95] i rosyjski = [109]).

5H. Rasiowa, Prace Romana Sikorskiego z logiki matematycznej, „Wiadomości Matematyczne” 1982, t. XXIV, nr 2, s. 161–166.

6Ibidem.

7H. Rasiowa, R. Sikorski, Mathematics of Metamathematics, Warszawa 1963, s. 519 (także ta monografia miała 3 wydania angielskie i przekład rosyjski).

8P. Antosik, J. Mikusiński, R. Sikorski, The Elementary Theory of Distributions, „Rozprawy Matematyczne” 1957, t. XII = [55]; „Rozprawy Matematyczne” 1961, t. XXV = [82]. Monografia ta została przełożona na język chiński = [72], francuski = [96], polski = [97] i rosyjski = [68].

9Por. artykuł przeglądowy: R. Sikorski, The determinants theory in Banach spaces, „Colloquium Mathematicum” 1961, t. VIII, s. 141–198 = [80].

10R. Sikorski, Funkcje rzeczywiste, „Monografie Matematyczne” 1958, t. XXXV i „Monografie Matematyczne” 1959, t. XXXVII.

11Idem, Jak wykładałem rachunek różniczkowy i całkowy funkcji wielu zmiennych, „Wiadomości Matematyczne” 1966, t 9, s. 45–54 = [102].

12Idem, Rachunek różniczkowy i całkowy. Funkcje wielu zmiennych, Warszawa 1967, s. 462 = [103] (5 wydań polskich i przekład na język angielski = [111]).

13Idem, Wstęp do geometrii różniczkowej, Biblioteka Matematyczna, Warszawa 1972, s. 370 = [115].

14Idem, Fragmenty toastów Prezesa, „Wiadomości Matematyczne” 1987, t. 27, nr 2, s. 241–245.

Grzegorz Sinko

Urodzony 13 VI 1923 w Krakowie. Studia na Uniwersytecie Wrocławskim, doktorat tamże (1950). Pracownik Instytutu Anglistyki UW (1953–1971). Profesor UW (1966). Wykładowca PWST w Warszawie (1971–1977).

Historyk i teoretyk literatury angielskiej, teatrolog i komparatysta, tłumacz i wydawca, m.in. angielskiego dramatu mieszczańskiego i komedii okresu restauracji.
Pracownik Instytutu Sztuki PAN (1971).
Członek TNW (1983).
Zmarł 30 III 2000 w Warszawie.

Dramat oraz scena angielska okresu Restauracji i XVIII wieku, Warszawa 1953; Kryzys języka w dramacie współczesnym: rzeczywistość czy złudzenie?, Wrocław 1977; Opis przedstawienia teatralnego – problem semiotyczny, Wrocław 1982; Postać sceniczna i jej przemiany w dramacie XX wieku, Wrocław 1988.

M. Grzegorzewska, In Memory of Professor Grzegorz Sinko. Written in April 2010, „Acta Philologica” 2010, nr 4, s. 9–10.

MAŁGORZATA GRZEGORZEWSKA

GRZEGORZ SINKO

1923–2000

 

Lekcja przyrody*

Jeden z najwspanialszych zabytków angielskiego piśmiennictwa późnego średniowiecza, XIV-wieczny poemat Opowieści kanterberyjskie pióra Geoffreya Chaucera rozpoczyna się pochwałą życia i miłości, wpisaną w poruszający wszystkie zmysły obraz przebudzenia przyrody: „gdy kwiecień deszcze rzęsistym strumieniem zbudzi/ Marcowa susze zmoczy do korzeni/ I skąpie żyłę ziemi w takim płynie,/ Która kwitnienia moc daje roślinie”1. Słodki zapach życiodajnych kropli miesza się z ciepłym oddechem wiosennego wiatru, a młode pędy roślin pną się ku górze, gdzie rozlega się pieśń ptaków, ogarniętych miłosnym zapałem: „których źrenica we śnie nie zamknięta/ Bo w nich tęsknotę budzi przyrodzenie”. Do tekstu Chaucera przewrotnie nawiązał wielki amerykański poeta XX wieku, Thomas Stearns Eliot, pisząc w cieniu wielkiej wojny: „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. / Wywodzi z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza pamięć i pożądanie,/ podnieca gnuśnie korzenie sypiąc ciepły deszcz”2. Poemat Eliota, inaczej niż jego literacki pierwowzór, jest bowiem żałobną elegią na śmierć świata. Skarga wydobywa się spod ziemi; to głos zmarłych, którzy nie potrafią pragnąć zmartwychwstania: „Zima nas otulała i kryła/ Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła/ Maleńkie życie strawą suchych kłączy”. Eliot opisuje powojenne spustoszenia, które nie ominęły sfery ducha; prorokuje upadek cywilizacji i powrót epoki barbarzyńców: „Kto są te hordy w ostrych kapturach gnające/ Po bezbrzeżnych równinach, po spękanej ziemi”3.

Słowa poety nabrały nowego znaczenia w zimne i szare kwietniowe przedpołudnie 2000 roku, na Cmentarzu Północnym w Warszawie. Było to dzień pogrzebu Grzegorza Sinki, zamordowanego 30 marca, w drodze do mieszkania na spokojnym żoliborskim osiedlu. Napastnicy chcieli odebrać mu pobraną tego dnia w banku emeryturę. Wiadomość o jego tragicznej śmierci wywołała ogromne poruszenie w Instytucie Anglistyki, chociaż od dawna nie był on pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego. Wielu z nas pomyślało wówczas, że naprawdę żyjemy w barbarzyńskich czasach.

Profesor Sinko był wybitnym teatrologiem, teoretykiem literatury i komparatystą, tłumaczem i wydawcą dramatów wielu angielskich i niemieckich autorów; jego najważniejsze monografie to: Kryzys języka w dramacie współczesnym (1977), Opis przedstawienia teatralnego (1982) oraz Postać sceniczna i jej przemiany w teatrze XX wieku (1988). Wszystkie te trzy pozycje pozostają wciąż aktualnym przewodnikiem po świecie teatru, przynajmniej dla tych badaczy, którzy uznają umowny status świata kreowanego przez reżysera, scenografa i aktorów obecnych na scenie. Na ostatnią z wymienionych książek powołuje się, np. autor Piątego wymiaru teatru (2006), Jerzy Limon. Recenzje teatralne Sinki to istne fajerwerki erudycji, w których opis konkretnej inscenizacji zawsze stanowi jedynie pretekst do wyczerpującego omówienia okoliczności powstania dramatu, historii jego kolejnych wydań i recepcji teatralnej, wreszcie jakości przekładu, a wszystko sowicie opatrzone erudycyjnymi dygresjami, dzięki którym dane wydarzenie wpisywało się w kontekst uniwersalny. Potwierdzeniem tej opinii niech będzie króciutki fragment opublikowanej w „Miesięczniku Literackim” recenzji Snu nocy letniej Williama Szekspira z licznymi glosami literackimi, etnologicznymi, antropologicznymi: „Nie darmo skarżył się u nas Jan z Miechocina, a po nim Marcin z Urzędowa na diabelskie kulty ożywające przy ogniu sobótek; w świadomości ludzkiej noc Walpurgii i noc świętojańska były porą, w której obowiązujące wartości ulegały zaprzeczeniu, a reguły i normy – złamaniu. Na jedną noc obejmował rządy albo sam Bafomet, albo dawne bóstwa zdegradowane do roli demonów i skrzatów. Jak wywrotowy był taki choćby krótkotrwały stan świata na opak, świadczy dobrze sztuka Jeu de la feuillée Adama de la Halle’a z drugiej połowy XIII wieku. Pod pręgierz ostrej, arystofanejskiej satyry zostaje tu postawione całe społeczeństwo Arras, rodzinnego miasta autora; jako pretekst służy wiosenne święto elfów, którym pod drzewami (la feuillée) składa się ofiary i które ukazując się na scenie na końcu sztuki rozładowują konflikty wśród radosnej świątecznej zabawy. Widać tu wyraźnie, że podobnie jak w czasie saturnaliów rzymskich zachwianie porządku w wiosenne święta nie ograniczało się bynajmniej do sfery erotyki”4.

Który z recenzentów teatralnych tak przykłada się do edukowania społeczeństwa?

Urodzony 13 czerwca 1923 roku, po wybuchu wojny Grzegorz Sinko podejmuje pracę jako księgowy w krakowskiej fabryce części rowerowych przy ul. Składowej 22. Pozostaje wówczas pod przemożnym wpływem ojca, Tadeusza Sinki, znanego badacza kultury antycznej, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego (podobno Tadeusz Sinko był pierwowzorem gombrowiczowskiego profesora Pimki). To właśnie dzięki ojcu „młody Sinko” (nie przestaliśmy go tak nazywać, nawet gdy przeszedł na emeryturę!) poznaje języki obce, historię, filozofię5. Karierę naukową rozpoczyna w trudnych czasach stalinowskich. Studiuje na Anglistyce wrocławskiej, kierowanej przez filologa klasycznego i znawcę literatury angielskiej, doktora Juliusza Krzyżanowskiego. W 1948 roku Wrocławskie Towarzystwo Naukowe publikuje jego pierwszą pracę, komparatystyczne studium: Sheridan and Kotzebue. Opracowanie to zyskuje pozytywną recenzję w roczniku „The Year’s Works in English Studies”, wydawanym nakładem Oxford University Press6. W 1950 roku, Sinko i Wiktor Jassem (później profesor językoznawstwa) bronią pierwszych w powojennej Polsce anglistycznych doktoratów. Promotorem obu prac jest wspomniany już dr Krzyżanowski. Rozprawa Sinki nosi tytuł: Samuel Foote. The Satirist of a Rising Capitalism. Tytuł obiecywał, zgodnie z duchem czasów, analizę literatury zaangażowanej; w rzeczywistości główny bohater tej narracji, kornwalijski aktor i awanturnik, a przede wszystkim utalentowany prześmiewca, uwikłany w kłótnie z takimi postaciami XVIII-wiecznego Londynu jak Henry Fielding, musiał znacznie bardziej absorbować uwagę młodego badacza niż anonsowana na stronie tytułowej rozprawy krytyka wczesnego kapitalizmu („Samuelu Stopo – miał zwrócić się do Foote’a urażony Fielding – ponieważ nie zasługujesz na nic lepszego, by cię obsikać jak pospolitego trefnisia, sikam przeto na ciebie z wzgardą i odrazą”). Opis twórczości dramatycznej Foote’a, niezrównanego kpiarza, pozwalał autorowi na zgodną z jego temperamentem analizę ironicznego dystansu wobec okrutnej rzeczywistości. Również następna angielska monografia, poświęcona twórczości innego ironisty, Johna Walcota (John Walcot and His School), krytyka Samuela Johnsona i Boswella, odzwierciedla jego zainteresowanie oświeceniową satyrą. Później krąg jego zainteresowań poszerzył się o wyrafinowaną, przewrotnie przeestetyzowaną kulturę doby Restauracji, o czym świadczyły studia poświęcone libertyńskiej twórczości Johna Wilmota, hrabiego Rochester. Prace łączy jedna wspólna cecha: wszyscy bohaterowie narracji Sinki byli, tak jak on, ekscentrykami obdarzonymi kąśliwym poczuciem humoru, nieuznającymi żadnej świętości poza nagą (i często nieurodziwą) prawdą.

W 1950 roku władze komunistyczne wymuszają reformę Wydziału Humanistycznego na Uniwersytecie Wrocławskim (w wyniku tej reformy powstają Wydziały: Filologiczny oraz Filozoficzno-Historyczny), a następnie likwidują nabór na studia romanistyczne i anglistyczne. W 1950 roku, wkrótce po nagłej śmierci Krzyżanowskiego wezwanego na rozmowy z władzami w Warszawie, Sinko wspólnie z Wiktorem Jassemem podejmują próby ratowania wrocławskiej Anglistyki. Młodych zapaleńców wspiera dojeżdżający z Warszawy wybitny literaturoznawca, prof. Stanisław Helsztyński. Ich wysiłki zakończyły się jednak fiaskiem7. Trzy lata później, w 1953 roku Sinko podejmuje pracę w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Kieruje nim w czasie strajków studenckich w 1968 roku. Świadkowie tamtych dramatycznych wydarzeń mówią, że starał się bronić studentów. Ci, którzy byli wtedy w Instytucie, zapamiętali jego słowa: „Dzieci, nie wolno wam tam chodzić”. By upewnić się, że młodzi ludzie posłuchają jego rady, niczym bohater filmu Andrzeja Wajdy zamknął na klucz drzwi wejściowe Instytutu.

Zmuszony do odejścia w 1971 roku, kontynuował działalność naukową w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Na wydziale reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej wykładał historię dramatu światowego. Mimo że nigdy nie odwiedził Instytutu, wszyscy odczuwali jego obecność. Starsi pracownicy wspominali jego wykłady, młodsi uczyli się na pamięć jego legendy. Jego sentencjonalne powiedzenia rozbrzmiewały nieustannym echem w murach oficyny Pałacu Czetwertyńskich. Kiedy pod koniec lat 80. przyszłam na zebranie dla kandydatów na studia anglistyczne w Warszawie, prowadzący wówczas to spotkanie prof. Zbigniew Lewicki żartobliwie przedstawiał nam rozległe perspektywy kariery dla absolwentów kierunków filologicznych: „W książce telefonicznej znajdziecie Państwo spis wszystkich zawodów, które będziecie mogli wykonywać po studiach: począwszy od «abażurów wykonawca» po «żużlu wywoziciel». Nie miałam wtedy pojęcia, że po raz pierwszy słowa te wypowiedział prof. Sinko do studentów w 1950 roku we Wrocławiu, gdy zaniepokojeni pytali go o swą przyszłość. Jak widać, ekscentryczny bon mot przetrwał złe czasy; z równym powodzeniem można by powtarzać go i dziś. Nie zmieniła się zasadnicza wymowa tej rady; w obliczu presji już nie ideologicznej, lecz ekonomicznej, niezmiennie aktualna pozostaje zachęta do intelektualnej niezależności i prawa wyboru własnej drogi.

Profesor był wręcz kopalnią anegdot, w których, jak w stendhalowskim zwierciadle, ożywały sceny z przeszłości. Historia była dla niego sumą skrzących dowcipem barwnych dykteryjek, których wielcy bohaterowie zawsze byli ukazywani z przymrużeniem oka. Dzięki fenomenalnej pamięci i talentowi mówcy potrafił dosłownie zaczarować słuchaczy. Piekielnie inteligentne, a przeto zaprawione odrobiną niegroźnej złośliwości, poczucie humoru „młody Sinko” przejął po sławnym ojcu. Większości z jego słuchaczy najbardziej zapadło w pamięć opowiadanie o spotkaniu ojca z Witkacym na krakowskich Plantach. Po wylewnym powitaniu, Witkacy zwraca uwagę rozmówcy na oszpeconą przez nadgorliwych konserwatorów elewację krakowskiej kamieniczki: „Niech Pan spojrzy na tę ścianę. Przecież to wygląda jak pomalowane gównem”, żali się Since seniorowi. Zagadnięty nie traci oczywiście okazji, by wetknąć przyjacielowi drobną szpilę: „Widocznie autor naczytał się pańskich teorii o czystej formie”. Witkacy reaguje oburzeniem, jak zrobiłby każdy artysta, którego dzieło niesłusznie zdezawuowano. „Zrywam znajomość”, odparowuje. W tym miejscu Sinko zawsze zawieszał głos i uśmiechał się przekornie, wiedząc, że dopiero zakończenie gwałtownego pożegnania stanowi właściwą puentę anegdoty: „Z żoną będę kontynuował”... To samo poczucie humoru kazało mu również zawstydzać rozmówców, nieprawidłowo wymawiających jego nazwisko: „Przecież nie mówi Pan s(i)kać, tylko sikać!”.

Słowo mówione było jego prawdziwym żywiołem. O czymkolwiek opowiadał, sprawiał wrażenie, że sięga pamięcią do własnych przeżyć. Pamiętam swoje zdumienie, gdy przy jakiejś okazji zaczął opisywać charakter księdza Ignacego Skorupki, bohatera bitwy warszawskiej 1920 roku, zupełnie tak, jakby znał go osobiście. Dopiero po chwili zrozumiałam, że cytował opracowanie Helsztyńskiego, który poświęcił bohaterskiemu księdzu jedną ze swoich broszur opublikowanych w dwudziestoleciu międzywojennym. W jego przypadku nawet przytoczenia traciły status „cudzego słowa”. Każde z jego opowiadań zmieniało słuchaczy we współuczestników narracji, którymi z upodobaniem przeplatał historyczne i literackie gawędy.

Inni wspominają opowieści Sinki o tym, jak to ojciec raczył go tłustymi ciastkami świetnych krakowskich cukierników, by, zajęty łakociami, nie przeszkadzał w naukowych dysputach, podejmowanych poza murami uczelni w kawiarnianych salach w gronie znajomych. „Tłuste ciastko” stało się wówczas jednym z narzędzi pedagogicznych, wspomagających słuchanie starszych; przekonania o skuteczności tej oryginalnej „metody” Sinko nie porzucił do końca życia. Przekonałam się o tym wielokrotnie, gdyż każde nasze spotkanie (nigdy w Instytucie, zawsze na „neutralnym” terenie, w dowolnie wybranej kawiarni przy Nowym Świecie), rozpoczynało się od prośby, która w istocie była poleceniem: „Proszę pani, tam, w gablocie, wystawili takie wspaniałe, bardzo tłuste torty. Proszę sobie wybrać jakiś, potem wrócimy do rozmowy”. I tak rozpoczynał się wykład, którego słuchałam zawsze z zapartym tchem, nieodmiennie zapominając o torcie, który miał mnie skłonić do większej uwagi. Tylko gdy zaczynał cytować z pamięci i bez zająknięcia obszerne fragmenty dzieł niemieckich lub francuskich klasyków w oryginale, musiałam prosić go, by nieco zwolnił tempo.

Podziwiałam szczególnie zdolność Sinki do podążania za najnowszymi trendami krytycznoliterackimi. Śledził i analizował wszystko, co pisano o strukturalizmie, powrocie czytelnika i teorii responsu czytelniczego, psychoanalizie, dekonstrukcji, postkolonializmie, feminizmie, Nowym Historyzmie, lecz nie pozwolił się nikomu uwieść. Pozostał wierny semiotyce, która pozwalała mu zachować dystans wobec coraz to nowych ideologicznych manifestów rozmaitych „szkół”. Nowinek nie lekceważył, lecz nie był niewolnikiem mody. Nie tolerował bylejakości i nierzetelności. Wyjątkowo pojawił się na jakimś spotkaniu Pracowni Teorii Literatury działającej w latach 90. na Wydziale Neofilologii. Wysłuchał wówczas z szacunkiem referatu, którego autor dość nieporadnie próbował zlokalizować w omawianym tekście „wysepki sensu”, a następnie, zamiast komentarza, wygłosił krótki monolog na temat stanu badań, dając przegląd teorii odzewu czytelniczego, od Romana Ingardena do Stanley’a Fisha i Jonathana Cullera. „Wysepki sensu” znalazły wówczas właściwe miejsce na mapie teorii literackich, a słuchacze i niedoświadczony prelegent nabrali w końcu przekonania, że dotarli do bezpiecznej przystani.

Gdy pod koniec lat 90. natknęłam się na teksty Gilles’a Deleuze’a, postanowiłam poprosić Sinkę o krótkie wprowadzenie. Oczywiście zdążył przeczytać manifest teoretyczny Deleuze’a przede mną. Swój miniwykład postanowił oprzeć na wątkach przyrodniczych: „Wie pani, jak wygląda system korzenny drzewa? Lustrzanym odbiciem pnia jest korzeń przewodnik; tak samo jak z pnia wyrastają konary, a z nich drobniejsze gałązki, tak samo od przewodnika odchodzą coraz cieńsze korzonki. Inaczej wygląda kłącze, le rhizome. To bezładna plątanina, kłąb nici. Według Deleuze’a kultura rozwija się tak, jak rośnie kłącze, le rhizome. Resztę może pani sobie doczytać, jeśli lubi pani roślinki”.

Było to jedno z naszych ostatnich spotkań. Każdego roku wiosną przypominam sobie wykład prof. Sinki o plączących się pod powierzchnią ziemi kłączach. Od ponad 10 lat wspomnieniu temu towarzyszy zawsze natrętna fraza z Eliota: „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień./ Wywodzi z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza pamięć i pożądanie,/ podnieca gnuśnie korzenie sypiąc ciepły deszcz”.

SECT-ID LINK

*Szkic jest rozszerzoną i poprawioną wersją wspomnienia o prof. Since: In Memory of Profesor Grzegorz Sinko. Written in April 2010, „Acta Philologica” 2010, t. XXXVII, s. 9–10.

1G. Chaucer, Opowieści kanterberyjskie, przeł. H. Pręczkowska, oprac. W. Chwalewik, wstęp M. Schlauch, Wrocław 1963, s. 3.

2T.S. Eliot, Ziemia jałowa (Grzebanie umarłych), przeł. C. Miłosz, [w:] T.S. Eliot, Wybór poezji, wybór i opracowanie K. Boczkowski, Wrocław 1990, s. 99.

3Ibidem.

4T. Sinko, Noc świętojańska czy noc Walpurgii?, „Teatr” 1971, nr 4.

5E. Winnicka, Śmierć Profesora, „Polityka” 22 kwietnia 2000, nr 12, s. 32–33, www.archiwumpolityka.pl/art/smierc-profesora,3641126html (dostęp: 15.09.2011).

6www.archive.org/stream/yearsworkinegli00824mbp/yerasworinengli00824mbp_jdvu.text (dostęp: 15.09.2011).

7www.ifa.uni.wroc.pl/index7option (dostęp: 15.09.2011).

Alina Skirgiełło

Urodzona 3 XI 1911 w Klincach. Studia na UW, asystent w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin (1939), doktor (1948), docent (1951), profesor (1964). Kierownik Zakładu Systematyki i Geografii Roślin (1960–1980), dyrektor Instytutu Botaniki UW (1975–1978). Prodziekan Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi UW (1962–1966), dziekan Wydziału Biologii (1966–1975).

Mykolog, historyk mykologii, popularyzator wiedzy botanicznej i mykologicznej; badania nad systematyką grzybów w Polsce; inicjatorka, redaktor i współautorka monograficznych opracowań grzybów krajowych.
Członek Polskiego Towarzystwa Botanicznego (1934), International Mycological Association (1980), Komitetu Botaniki PAN i Rady Naukowej Instytutu Botaniki PAN.
Założycielka czasopisma „Acta Mycologica”(1965).
Zmarła 10 X 2007 w Warszawie.

Polskie naziemne grzyby rurkowe, Warszawa 1939; Grzyby niższe – pragrzyby i glonowce, Warszawa 1954; Grzyby (Mycota), 27 tomów, Warszawa 1970–1999.

A. Skirgiełło, Zapiski ze stuletniego życia, Warszawa 2006.

TOMASZ MAJEWSKI

ALINA SKIRGIEŁŁO

1911–2007

 

Profesor Alina Skirgiełło wywarła wielki wpływ na rozwój wiedzy o grzybach w Polsce. Specjalizację w tym kierunku, w dziedzinie mykologii, rozpoczęła krótko przed 1939 rokiem, a później, w okresie powojennym, była przez wiele lat najlepszą w Polsce znawczynią grzybów zwanych popularnie kapeluszowymi. W Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin Uniwersytetu Warszawskiego wykształciła wielu mykologów nie tylko dla warszawskiego ośrodka naukowego; uczniów miała w całym kraju. Zawdzięczamy jej podstawowe polskie wydawnictwa mykologiczne. Reprezentowała za granicą polską naukę o grzybach.

Alina Skirgiełło urodziła się 3 listopada 1911 roku w miasteczku Klince w dawnej guberni Czernihowskiej na Ukrainie (obecnie Klincy w Rosji w obwodzie Briańskim). Ojciec jej był leśnikiem, dlatego wraz z rodziną kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Do szkół uczęszczała kolejno w Białowieży i w Grodnie. W 1931 roku rozpoczęła studia przyrodnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Ukończyła je w 1937 roku. Specjalizowała się w mykologii, a pracę dyplomową o grzybach wielkoowocnikowych z okolic Grodna napisała pod kierunkiem prof. Bolesława Hryniewieckiego w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin. W zakładzie tym rozpoczęła pracę, z początku jako stypendystka rządowych fundacji, a od 1 stycznia 1939 roku zatrudniona na etacie starszego asystenta. W czasie okupacji niemieckiej pracowała jako ogrodnik. W dużej mierze jej zasługą było uratowanie od zniszczenia przez Niemców cennego księgozbioru i zielników Zakładu. Uczestniczyła w tajnym nauczaniu w zakresie szkoły średniej i powszechnej, służyła także w II Oddziale Komendy Głównej AK „Lombard” zajmującym się wywiadem. Po zakończeniu wojny, w kwietniu 1945 roku podjęła pracę na dawnym stanowisku w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin Uniwersytetu Warszawskiego. Dźwigała z ruin Zakład, porządkowała zielnik, uzupełniała i inwentaryzowała bibliotekę. Wszędzie jeszcze dziś można spotkać jej staranne pismo w katalogach i na obwolutach zielnikowych (długo nie uznawała długopisu, jeszcze w latach 60. używała w Zakładzie zwykłego pióra moczonego w kałamarzu). W 1948 roku otrzymała stopień doktora na podstawie rozprawy Rodzaj Russula w Polsce i w krajach przyległych i w tym samym roku awansowała na stanowisko adiunkta. W 1951 roku została mianowana docentem, w 1964 – profesorem nadzwyczajnym, a w 1972 – profesorem zwyczajnym. Zakładem Systematyki i Geografii Roślin UW kierowała w latach 1960–1980, a w gruncie rzeczy i wcześniej, gdyż formalny kierownik, profesor Bolesław Hryniewiecki, już na początku lat 50. oddał tę funkcję w ręce dr Skirgiełło. Była prodziekanem Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi UW (1962–1966), dziekanem Wydziału Biologii (1966–1975) i dyrektorem Instytutu Botaniki UW (1975–1978). W 1982 roku przeszła na emeryturę.

Oprócz opisanej tu pracy naukowej i dydaktycznej w Uniwersytecie Warszawskim profesor Skirgiełło prowadziła niezwykle aktywną działalność na różnych polach. Była od 1934 roku członkiem Polskiego Towarzystwa Botanicznego, pełniąc tam m.in. funkcję skarbnika Oddziału Warszawskiego (1949–1955) i skarbnika Zarządu Głównego (1955–1977). W 1983 roku została wybrana członkiem honorowym Towarzystwa. Przez wiele lat była członkiem Komitetu Botaniki Polskiej Akademii Nauk i Rady Naukowej Instytutu Botaniki PAN; w tym ostatnim kierowała Pracownią Mykologiczną. Wypromowała wielu doktorów. Od 1960 roku była polskim korespondentem w „Comittee for Maping of Macromycetes in Europe”, od 1980 – członkiem International Mycological Association. Polscy mykolodzy, w dużej mierze uczniowie profesor Skirgiełło, zawdzięczają jej bardzo wiele. Potrafiła zorganizować i namówić do wspólnej pracy ludzi zajmujących się w Polsce badaniem grzybów i zainicjowała wydawnictwa umożliwiające rozwój tych badań.

Jej zasługą było założenie (w 1956 roku) Sekcji Mykologicznej Polskiego Towarzystwa Botanicznego. Kierowała nią prawie do ostatnich chwil życia. Dzięki jej energii odbywały się zebrania umożliwiające bliższe kontakty i dzielenie się aktualnymi wiadomościami, a także seminaria tematyczne i wycieczki naukowe. Zebrania Sekcji odbywały się regularnie w Warszawie, a także stopniowo, w miarę powiększania się środowiska mykologów, we Wrocławiu, Krakowie i Poznaniu, oraz w czasie wszystkich kolejnych zjazdów Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

Wydawnictwa zapoczątkowane przez profesor Skirgiełło i kierowane przez nią przez długie lata to seria „Grzyby” w ramach wydawnictwa Polskiej Akademii Nauk „Flora Polski” oraz czasopismo „Acta Mycologica”. Profesor Skirgiełło zawdzięczamy pomysł opracowania wspólnymi siłami polskich mykologów wielotomowego dzieła obejmującego całość polskiej mykoflory. Do chwili obecnej wyszło drukiem 27 tomów, wydawanych we współpracy z Instytutem Botaniki PAN w Krakowie. W tomach tych znajdują się klucze do oznaczania oraz opisy i ryciny wszystkich gatunków z danej grupy grzybów stwierdzonych w Polsce i możliwych tu do odszukania. Profesor Skirgiełło nie szczędziła starań, aby namawiać do współpracy w tym dziele potencjalnych autorów, wszystkie tomy redagowała merytorycznie, a sama jest autorką lub współautorką siedmiu z nich. Niestety nie udało się tej serii wydać – z wyjątkiem trzech pierwszych tomów – w tłumaczeniu angielskim.

Wreszcie trzecie osiągnięcie profesor Skirgiełło, mające duże znaczenie dla rozwoju badań mykologicznych w Polsce, to założenie przez nią (w 1965 roku) czasopisma „Acta Mycologica”. Czasopismo to, z początku rocznik, później wychodzące dwa razy do roku, redagowała prawie do ostatnich lat. Odegrało ono i odgrywa do tej pory wielką rolę, umożliwiając publikowanie przez polskich mykologów wszystkich specjalności (także lichenologów) wyników badań, które docierają w różne części świata dzięki szerokiej wymianie tego czasopisma prowadzonej przez Bibliotekę PTB.

Opublikowany drukiem dorobek profesor Skirgiełło obejmuje około 150 publikacji, w tym 80 prac naukowych głównie z zakresu mykologii, a także paleobotaniki i historii botaniki. Szczególnym obiektem zainteresowania badaczki były grzyby wielkoowocnikowe. Materiały zebrane do jej pracy dyplomowej posłużyły do wydanej dwa lata po ukończeniu studiów monografii Polskie naziemne grzyby rurkowe (1939). Jest ona poświęcona polskim grzybom kapeluszowym z rodziny Boletaceae oraz rosnącym na ziemi przedstawicielom dawnej rodziny Polyporaceae; zawiera klucze do oznaczania, szczegółowe opisy cech mikro- i makroskopowych, ryciny struktur anatomicznych i fotografie owocników. Podobnie zakrojona była kolejna monografia, wydana w 1951 roku, obejmująca rodzaj Russula (gołąbek), umożliwiająca oznaczanie tej trudnej grupy grzybów i będąca podsumowaniem dotychczasowych badań nad nimi w naszym kraju.

Kolejne monograficzne publikacje profesor Skirgiełło dotyczące grzybów wielkoowocnikowych to tomy wspomnianej wyżej serii „Grzyby Polski”. Pierwszy z nich, rozpoczynający te serię, poświęcony jest tzw. grzybom borowikowatym (Boletales, 1960). Stanowi znacznie rozszerzoną wersję wspomnianej wyżej pracy z 1939 roku, uzupełnioną pięknymi barwnymi ilustracjami owocników (Alina Skirgiełło obdarzona była talentem malarskim i sama wykonywała barwne tablice do swoich publikacji). Kolejne opracowane przez nią tomy serii „Grzyby Polski” poświęcone były tzw. hubom, grzybom rozkładającym drewno (Aphyllophorales, 1967, wspólnie ze Stanisławem Domańskim i Henrykiem Orłosiem), grzybom pleśniakowym (Mucorales, 1979, z Marią Zadarą), rodzajowi gołąbek (Russula, 1991), rodzajowi mleczaj (Lactarius, 1998) i wreszcie rodzinie łuskowcowatych (Pluteaceae, 1999).

Skirgiełło jest autorką kilkunastu prac zawierających opisy rzadkich gatunków grzybów wielkoowocnikowych, zebranych na słabo poznanych pod tym względem terenach, na które organizowała specjalne badawcze ekspedycje. Szczególnie pamiętne były wyprawy w Bieszczady. Zaowocowały one serią czterech publikacji będących wykazami zebranych przez uczestników grzybów z różnych grup systematycznych, w większości nowych dla tego niebadanego wcześniej pod tym względem obszaru (Mikoflora Bieszczadów Zachodnich, 1960, 1963, 1967, 1970). Badała grzyby wielkoowocnikowe w okolicach Grodna (1951), w Tatrach (1951), Pieninach (1959), wielokrotnie odwiedzała Puszczę Białowieską. W tej ostatniej brała udział w zespołowych badaniach nad udziałem roślin zarodnikowych w naturalnych zbiorowiskach leśnych, organizowanych w latach 1987–1991 przez prof. Janusza Bogdana Falińskiego. Osobno publikowała opisy wielu nowych dla Polski gatunków grzybów z różnych grup systematycznych. W ramach współpracy z Komitetem do kartowania stanowisk grzybów wyższych w Europie opublikowała serię sześciu prac (1965–1986), w których podała rozmieszczenie w Polsce dwustu gatunków z ustalonej przez Komitet listy. Opisała grzyby wielkoowocnikowe zbierane przez badaczy przyrody Spitsbergenu (1961, 1968). Współpracowała z prof. Hanną Czeczottową z Muzeum Ziemi i wraz z nią opublikowała serię pięciu prac (1959–1975) o szczątkach roślin naczyniowych trzeciorzędowej flory z kopalni węgla brunatnego w Turowie oraz – osobno – o znalezionych tam grzybach workowych i podstawkowych (1961).

Alina Skirgiełło doceniała znaczenie podręczników w dydaktyce. Gdy autor tego wspomnienia zaczynał studia botaniczne na UW (1958), nie było dostępnego, wydanego po wojnie akademickiego podręcznika botaniki, który uwzględniałby w szerokim zakresie rośliny zarodnikowe: polecano nam jedynie tzw. dużego Szymkiewicza, podręcznik wydany w 1928 roku. W pewnym zakresie pomagał skrypt opracowany przez pracowników Zakładu Systematyki i Geografii Roślin UW (niewątpliwie inspirowany przez faktycznego wówczas kierownika Zakładu, dr Skirgiełło) Materiały do ćwiczeń z systematyki i morfologii roślin zarodnikowych (1952); Skirgiełło była autorką części poświęconych śluzowcom i grzybom. Trwała jednak już wtedy praca nad obszernym podręcznikiem Rośliny zarodnikowe. Autorami byli pracownicy Zakładu: Zbigniew Podbielkowski (przygotował część poświęconą glonom), Irena Rejment-Grochowska (opisała mszaki i paprotniki) oraz Alina Skirgiełło, która opracowała rozdziały poświęcone bakteriom, śluzowcom, grzybom i porostom. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1961, następne w 1979, 1982, i 1986. Jest to jedyny w naszej literaturze podręcznik tak szczegółowo omawiający wymienione organizmy.

Alina Skirgiełło była też autorką rozdziału Mikologia w podręczniku mikrobiologii dla studentów wydziałów zootechnicznych Akademii Rolniczych (1975). Udostępniła naszym studentom – jako tłumaczka – podręcznik Emila Müllera i Wolfganga Loefflera Zarys mikologii dla przyrodników i lekarzy (dwa wydania, 1972 i 1987). Jej wielką zasługą było tłumaczenie dwóch wydań (z lat 1961 i 1987) Międzynarodowego Kodeksu Nomenklatury Botanicznej. Wzięła udział w wydaniu ośmiojęzycznego Słownika mykologicznego (Mykologisches Wörterbuch, Jena, 1980), w którym opracowała polskie słownictwo.

Należy wymienić jeszcze dwa ważne opracowania prof. Skirgiełło. Pierwsze z nich to podręcznik do oznaczania tzw. grzybów niższych (1954), w większości wodnych, zaliczanych dawniej do pragrzybów (Archimycetes) i glonowców (Phycomycetes). Był to pierwszy w naszej literaturze i na długie lata jedyny, aż do ukazania się Zarysu hydromikologii Andrzeja Batki (1975), klucz umożliwiający początkującym mykologom zaznajomienie się z grzybami wodnymi. Drugie wydawnictwo warte wspomnienia to trzytomowa Polska bibliografia mikologiczna (1988) obejmująca 8307 pozycji, cenne źródło dla historyków botaniki i dla wszystkich, poszukujących dawnych źródeł wiedzy. Dotykamy tu jeszcze jednego pola działalności prof. Skirgiełło, jakim była historia mykologii. Dorobek uczonej i w tym zakresie zasługuje na uznanie. Była ona autorką wielu (co najmniej 28) biografii i życiorysów zarówno mykologów, jak i badaczy innych roślin. Są tu życiorysy botaników w Słowniku biologów polskich (1986), są życiorysy twórców mykologii: Christiaana Hendrika Persoona (1957), Pierre’a Bulliarda (1993) i Milesa Josepha Berkeleya (1993), są wspomnienia zagranicznych członków Polskiego Towarzystwa Botanicznego: Carla Skottsberga, Borysa Szyszkina i Władimira Sukaczewa.

Alina Skirgiełło była także zaangażowana w popularyzację wiedzy botanicznej, w szczególności wiedzy o grzybach. Na uwagę zasługuje szczególnie wydany pod koniec jej życia (1990) atlas Nasze grzyby z ładnymi zdjęciami wykonanymi przez Pawła i Annę M. Słomczyńskich. Wcześniej wydała książeczki na poziomie podstawowym, o pieczarce (1953) i o drożdżach (1954), jej autorstwa są duże szkolne tablice o treści mykologicznej, także wiele artykułów o grzybach, szczególnie jadalnych i trujących, w licznych popularnych czasopismach. Obdarzona talentem rysunkowym, ilustrowała nie tylko prace własne, ale i wielu innych autorów.

Wreszcie trzeba wspomnieć o udziale prof. Skirgiełło w zagranicznych kongresach i sympozjach, na których reprezentowała polską mykologię. Bywała na wielu z nich, także w czasach, gdy trudno było otrzymać pomoc instytucji, a więc często na własny koszt, traktując uczestnictwo w nich jako pożyteczne hobby. Brała udział (jako jedyna) we wszystkich kolejnych Kongresach Europejskich Mykologów, od pierwszego w Brukseli w roku 1956, do trzynastego w Jałcie w 2003 roku. W lecie 1966 roku organizowała w Warszawie, przy wsparciu Instytutu Botaniki PAN, czwarty z kolei Kongres Europejskich Mykologów; spotkał się on z uznaniem uczestników, czego jednym z dowodów są sympatyczne sprawozdania w zagranicznych mykologicznych periodykach.

Pozostawiła we wszystkich ośrodkach akademickich w Polsce wielu uczniów, którzy długo będą odczuwać jej brak w naszym życiu naukowym.

We wspomnieniach piszącego ten życiorys pozostaną jej starannie przygotowane wykłady, a także stałe zainteresowanie postępami w studiach i pracy studentów i pracowników. Mimo ogromu zajęć nie skąpiła czasu, aby pomagać, radzić i służyć w każdej chwili swoją ogromną wiedzą. Starannie i krytycznie starała się analizować (także stylistycznie) każdą publikację wychodzącą z Zakładu.

Jej nazwisko utrwalone zostało w eponimach: Skirgiellia Batko (1978), Skirgiellopsis Batko (1978), Laboulbenia skirgielloae Balazuc (1975) i Urocystis skirgielloae Piątek (2006).

Pod koniec życia wydała dwie publikacje, w których zawarła wspomnienia opowiadające o swoim życiu i pracy. Pierwsza to Powstanie i rozwój Zakładu Systematyki i Geografii Roślin Uniwersytetu Warszawskiego (2001). Mamy tu opisane przez naocznego świadka dzieje uniwersyteckiego zakładu, z którym prof. Skirgiełło była przez całe życie związana. Tu zaczęła studia w 1931 roku, a więc zaledwie dwanaście lat od jego powstania, i później bez przerwy pracowała nie tylko do emerytury: bywała tu i ze swojego dawnego pokoju na pierwszym piętrze korzystała prawie do śmierci. Druga ze wspomnianych książek to Zapiski ze stuletniego życia (2006). Sięgając pamięcią do początku I wojny światowej, opisuje prof. Skirgiełło swoje dzieciństwo na kresach dawnej Rzeczypospolitej, później studia i kontakty z dawnymi profesorami, legendarnymi już postaciami polskiej nauki, wreszcie – szczegóły swojej bogatej działalności zawodowej i pozanaukowych zainteresowań.

Stanisław Skorupka

Urodzony 14 II 1906 w Warszawie. Studia na Wydziale Polonistyki UW (1930–1936). Stypendium w Berlinie oraz w Instytucie Fonetycznym w Paryżu (1937–1939). W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania (1939–1945). Pracownik KUL (1944–1945). Doktorat na UW (1945), profesor (1961). Kierownik Zakładu Języka Polskiego Wydziału Polonistyki UW (1969–1975). Wieloletni przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Języka Polskiego UW. Profesor PAN (1962–1968).

Językoznawca i leksykograf, polonista; twórca podstaw polskiej frazeologii; studia w dziedzinie frazeologii, stylistyki i fonetyki; autor wielu prac o bliskoznaczności.
Uczeń i współpracownik Witolda Doroszewskiego, współtwórca Słownika języka polskiego (t. I-XI, 1958–1969) i zastępca redaktora naczelnego.
Zmarł 31 V 1988 w Warszawie.

Słownik wyrazów bliskoznacznych, Warszawa 1957; Stylistyka polska (współautor: H. Kurkowska), Warszawa 1959; Słownik frazeologiczny języka polskiego, t. I-II, Warszawa 1967–1968.

Jan Tokarski, Stanisław Skorupka – jego działalność naukowa, „Prace Filologiczne” 1975, t. XXV.

ANDRZEJ MARKOWSKI

STANISŁAW SKORUPKA

1906–1988

 

Kiedy wspominam prof. Stanisława Skorupkę, widzę niewysokiego, drobnego starszego pana, zawsze schludnie ubranego i sprawiającego wrażenie osoby bardzo kruchej i delikatnej, może nieco zagubionej na korytarzach polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Mówił głosem cichym, choć wyraźnym, a przy tym dobitnie podkreślał te wyrazy czy frazy, na których mu zależało. Nigdy nie podnosił głosu, nie denerwował się, nie wyglądał na osobę, której gdzieś się spieszy. Był przy tym rzeczowy i umiał krótko i jasno wyłożyć swoje zdanie, swoje poglądy. Chciałoby się powiedzieć, że – wbrew stereotypowi – był profesorem dobrze poukładanym i pełnym usystematyzowanej wiedzy.

Takie samo wrażenie sprawiał jego warsztat pracy. Miałem kiedyś okazję odwiedzić prof. Skorupkę w jego mieszkaniu w alei 3 Maja. Dużą część jego gabinetu zajmowały szuflady, a właściwie wąskie i długie szufladki, poustawiane jedna na drugiej (a może była to szafa pełna szufladek?). Gdy profesor wysunął jedną z nich, okazało się, że są one wypełnione małymi, jednakowo przyciętymi karteczkami z wypisanymi wyrazami i cytatami do nich, czyli tak zwanymi fiszkami, uporządkowanymi wedle określonego kryterium. Nie pamiętam już, czy była to kartoteka słownika frazeologicznego, czy słownika synonimów (dwóch chyba najważniejszych, a na pewno najbardziej pracochłonnych jego dzieł leksykograficznych), w każdym razie zrobiła na mnie duże wrażenie. Dziś, gdy dysponujemy korpusami językowymi i elektronicznymi bazami danych, które dają niemal natychmiastowy dostęp do potrzebnej informacji językowej, z sentymentem, ale i z dużym szacunkiem patrzymy na owe setki tysięcy fiszek, pracowicie najpierw wypełnianych na maszynie do pisania (a jeszcze wcześniej – ręcznie!), a potem układanych w odpowiedniej kolejności w tekturowych segregatorach czy drewnianych szufladkach. To wymagało pracowitości, cierpliwości i systematyczności.

Profesor Skorupka odznaczał się tymi wszystkimi cechami w najwyższym stopniu. W jednym z wywiadów, udzielonych już pod koniec życia, pytany o to, jak tworzył słownik frazeologiczny, mówił: „Materiały archiwalne przeglądałem codziennie, pozostając przez kilka godzin po pracy w redakcji [...]. Ostateczną redakcję wykonałem sam. Największą trudność stanowiło opracowanie takiego układu słownika, który by pozwolił z olbrzymiego materiału archiwalnego wydobyć i możliwie przejrzyście przedstawić bogactwo połączeń wyrazowych, ich typów i znaczeń charakterystycznych dla naszego języka”1. Bagatela! Przecież wymagało to wybierania spośród milionów karteczek, potem przekładania i układania tych, które się wybrało. Codziennie! I: „kilka godzin po pracy w redakcji”! A przecież najpierw trzeba było przyjąć założenia teoretyczne i metodologiczne, żeby wiedzieć, jak poruszać się w gąszczu materiału archiwalnego. I prof. Skorupka zrobił to. Opracował pierwszą na gruncie polskiego językoznawstwa teorię frazeologii. Wydzielił tę dziedzinę z innych działów językoznawstwa, zakreślił jej granice, określił, co jest związkiem frazeologicznym. Przede wszystkim zaś zaproponował klasyfikację formalną i semantyczną frazeologizmów, która jest już klasyczna, której uczy się w szkołach i którą się przywołuje, a niekiedy stosuje także dziś w pracach naukowych z językoznawstwa. Kilka pokoleń uczniów dowiedziało się, że związki frazeologiczne dzielą się formalnie na wyrażenia, zwroty i frazy, a ze względu na spójność członów na związki stałe i łączliwe, a także że są związki luźne, które przynależą już do składni, a nie do frazeologii. To weszło w powszechny obieg wiadomości z zakresu językoznawstwa i nie wszyscy pamiętają, kto wprowadził oraz upowszechnił te rozróżnienia i klasyfikacje.

Leksykograficznym rezultatem żmudnych, trwających 10 lat prac Stanisława Skorupki nad polską frazeologią jest dwutomowy Słownik frazeologiczny języka polskiego2, który ukazał się w roku 1967 (t. I) i 1968 (t. II). Miał od tamtego czasu 10 wydań, ostatnie w 2002 roku. Autor zaznaczył we wstępie, że „Słownik ten [...] nie ma być tylko suchym rejestrem utartych wyrażeń i zwrotów, ma on być inwentarzem obrazującym raczej sposoby wyrażania się, [...] powinien pełnić funkcje również stylistyczne i pomagać w formułowaniu myśli i różnorodnym ujmowaniu ich w szatę językową”3. W tej wypowiedzi ujawnia się, tak charakterystyczne dla warszawskiej szkoły językoznawczej połowy XX wieku, dążenie do tego, by to, co się robi, miało zastosowanie praktyczne, by służyło różnym kręgom ludzi, nie tylko wszystkim zawodowo posługującym się językiem, lecz także tym, którzy uważają polszczyznę za wartość, którą należy pielęgnować.

Słownik frazeologiczny to nie jedyne dzieło leksykograficzne w dorobku prof. Skorupki. Przygodę z leksykografią rozpoczął od uczestnictwa w zespole przygotowującym, a potem redagującym nowy słownik języka polskiego. Redaktorem naczelnym tego dzieła był Witold Doroszewski, a wspomniany dziesięciotomowy słownik jest znany jako „słownik Doroszewskiego”, ale wkład Stanisława Skorupki w to dzieło był duży i istotny. Profesor pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego i na niego w dużej mierze spadały obowiązki redakcyjne, kontakty z wydawcami i inne prace, niezbyt wdzięczne, ale konieczne. Inny członek zespołu redagującego słownik, późniejszy profesor, Jan Tokarski, tak pisał o roli Skorupki w powstawaniu słownika: „nie trzeba zapominać, że na statku obok jego kapitana niepoślednią rolę odgrywają niewidoczni dla pasażerów ludzie maszynowni. Samo dojście do skutku i trwanie imprezy słownikowej przypisuję w dużej mierze temu, że W. Doroszewski w okresach najtrudniejszych dotyczących jej organizacji miał oparcie w wytrwałości i zmyśle organizacyjnym Stanisława Skorupki”4. Sam Skorupka bardzo sobie cenił udział w tworzeniu wielkiego słownika języka polskiego. We wspominanym już tu wywiadzie mówił: „niezmiernie wiele zawdzięczam pracy w redakcji Słownika języka polskiego. Obcowanie z materiałem językowym gromadzonym dla potrzeb redakcji w każdym większym słowniku, z tekstami, z których ten materiał się czerpie, zarówno daje możność poznania bogactwa wyrazowego, form gramatycznych języka, różnorodnych użyć tych form, jak i pozwala poznać ogromne bogactwo myśli, obyczajów, zdarzeń, faktów, różnorodność patrzenia na świat i oceny tego świata przez społeczność językową w danej epoce”5. Stwierdzenie to, sprzed 30 przecież lat, brzmi bardzo współcześnie, jakby było wygłoszone przez zwolennika kierunku zwanego kognitywizmem, a co najmniej przez zorientowanego językoznawczo antropologa kultury.

O ile zaangażowanie w tworzenie Słownika języka polskiego było dla prof. Skorupki szkołą leksykograficzną – doskonaleniem umiejętności zawodowych w tym zakresie, o tyle redagowanie Słownika wyrazów bliskoznacznych, który wyszedł w roku 1957 i miał 24 wydania (!) – ostatnie w 1997 roku – wynikało z jego indywidualnych zainteresowań zawodowych. Wyrazom bliskoznacznym poświęcił w latach 50. kilka artykułów teoretycznych, w których uściślał pojęcie synonimiczności w języku. Wprowadził rozróżnienie na synonimy semantyczne i stylistyczne, pokazywał, że między synonimami bliższymi a dalszymi trudno jest przeprowadzić ostrą granicę (co znowu sprawia, że możemy poglądy te porównywać do ujęć kognitywnych z ich podkreślaniem istotności sfer pośrednich między pojęciami i odpowiadającymi im elementami językowymi), a także zwracał uwagę na to, że nawet tak zwane jednoznaczniki nie są całkowicie wymienne w kontekstach. Słownik synonimów, nazwany precyzyjniej słownikiem wyrazów bliskoznacznych, choć oparty na dobrze przemyślanych podstawach teoretycznych i metodologicznych, miał cel przede wszystkim praktyczny: „ułatwienie pracy [...] ludziom piszącym, wtedy kiedy pragną zastąpić wyraz często używany innym, a niezupełnie to samo znaczącym lub znaleźć najtrafniejsze określenie, najodpowiedniejszy zwrot”6. Temu celowi jest podporządkowany układ słownika. Ma on dwie części; w pierwszej są synonimiczne grupy wyrazów, ułożonych tak, że jeden z nich traktuje się jako główny – jest to hasło, wokół którego grupuje się wyrazy z nim bliskoznaczne. Druga część jest alfabetycznym indeksem wszystkich wyrazów i zwrotów, które znajdują się w grupach części pierwszej. W ten sposób czytelnikowi łatwo znaleźć grupę wyrazów, o które mu chodzi.

Wśród spostrzeżeń teoretycznych prof. Skorupki z zakresu zależności znaczeniowych między słowami jest i to, że czasem uznaje się za wyrazy bliskoznaczne słowa, które łączy jakaś wspólna cecha znaczeniowa (nazwał je synonimami rzekomymi), np. deszcz, śnieg, grad czy beret, czapka, kapelusz, sombrero, ale które przecież synonimami nie są, gdyż odnoszą się do różnych desygnatów. Ta obserwacja, że wyrazy można łączyć w grupy powiązane cechą rodzajową i wspólnie opisywać, wyprzedzała na gruncie językoznawstwa polskiego o ponad 10 lat teorię pola leksykalnego, tak płodnie rozwijaną potem, w latach 70. i 80. XX wieku.

Doświadczenie leksykograficzne prof. Skorupki wykorzystywali wydawcy, prosząc go o kierowanie zespołami opracowującymi różne słowniki. Nie odmawiał, gdyż uważał, że „zapotrzebowanie na wszelkie typy słowników zawsze było i jest ogromne: niezbędne są one w szkołach, w redakcjach wydawnictw, w ogóle do użytku dla dużej części społeczeństwa, zwłaszcza ludzi parających się piórem”7. Stąd też nazwisko prof. Skorupki widnieje na stronie tytułowej m.in. Słownika wyrazów obcych8, Słownika języka Jana Chryzostoma Paska9 czy wreszcie Małego słownika języka polskiego10. Znając rzetelność i pracowitość profesora, możemy być pewni, że jego udział w tworzeniu tych słowników był znaczny, żeby nie powiedzieć – podstawowy. Świadczy o tym choćby fakt, że z trojga redaktorów Małego słownika języka polskiego to właśnie on jest wymieniony w podtytule na pierwszym miejscu, choć kolejność alfabetyczna nazwisk, a także względy grzecznościowe (dwie pozostałe osoby redagujące to kobiety) wskazywałyby na umieszczenie jego nazwiska na miejscu trzecim.

Zanurzenie się w gąszcz wyrazów, pochodzących z różnych odmian polszczyzny, konieczne przy pracy nad słownikami, wzmogło zainteresowania prof. Skorupki wartością stylistyczną słów. Dał temu wyraz w kilku pracach dotyczących wyrazów bliskoznacznych, w których analizował ich nacechowanie stylistyczne11, a także artykułach dotyczących zagadnień teoretycznych związanych ze stylistyką językoznawczą12. Pozwoliło mu to następnie dać charakterystykę odmian stylistycznych polszczyzny w popularnym, wznawianym kilkakrotnie podręczniku Stylistyka polska, napisanym wspólnie z inną wybitną językoznawczynią – Haliną Kurkowską13. Uczony rozróżnił style indywidualne i style typowe, a następnie zajął się szczegółową charakterystyką tych drugich, które tworzą podstawowe style funkcjonalne języka. Do jego typologii stylów funkcjonalnych odwoływali się wielokrotnie późniejsi badacze odmian polszczyzny, czasem ją uzupełniając, czasem z nią polemizując. Do dziś nie kwestionuje się istnienia odrębnego stylu naukowego i urzędowego (u Skorupki nazywa się on „urzędowo-kancelaryjnym”). Inne style, wyróżnione w Stylistyce też są wymieniane w późniejszych opracowaniach, choć pod zmienionymi nazwami (np. styl monologowy zamiast Skorupkowego stylu przemówień oraz oddzielnie styl dziennikarski i styl publicystyczny zamiast jednego stylu publicystyczno-dziennikarskiego) lub z inną kwalifikacją rodzajową (np. raczej pisze się o języku potocznym niż o stylu potocznym). Nie kwestionuje się do dziś tego, że – jak pisał prof. Skorupka – podstawą wyróżniania i analizy poszczególnych stylów są cechy słownikowe i składniowe tekstów.

Stosunkowo mniej znane są prace Stanisława Skorupki z zakresu fonetyki. A przecież to właśnie od fonetyki – i to fonetyki akustycznej – zaczynał on swoją karierę naukową. Tej problematyce, przed II wojną światową pionierskiej, była poświęcona jego praca magisterska, obroniona w 1936 roku, badaniom eksperymentalnym zamierzał się też poświęcić w dalszej pracy naukowej. Okazało się, że w Polsce nie ma odpowiedniej aparatury badawczej, możliwej do wykorzystania w tej dziedzinie, doktorantowi udało się jednak uzyskać stypendium Funduszu Kultury Narodowej i dalsze studia odbywał (w latach 1937–1939) na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie, „tam bowiem – jak mówił w wywiadzie – stosowano najnowszą ówcześnie aparaturę badawczą”14. Badania te dotyczyły budowy akustycznej samogłosek polskich i zostały przez autora dodatkowo zweryfikowane w Instytucie Fonetycznym w Paryżu (gdzie przebywał w ramach tego samego stypendium). Wojna spowodowała, że doktorat przesunął się na rok 1945, a drukiem został wydany dopiero w roku 195515. Po wojnie nie było w Polsce warunków do uprawiania fonetyki eksperymentalnej, wymagającej drogiej aparatury, toteż prof. Skorupka od razu zrezygnował z kontynuowania tych badań, przez co nie jest doceniane jego pionierstwo w tej dziedzinie.

Bezpośrednio po wojnie rozwinęły się natomiast badania dialektologiczne, które miały na celu spisanie zanikających gwar ludowych. Profesor Skorupka, jak niemal wszyscy językoznawcy warszawscy, brał udział w wyprawach dialektologicznych na Mazowsze, Kurpie, Warmię i Mazury, jednakże tego typu praca badawcza go nie frapowała. Wywodził się z rodziny rzemieślniczej, kultura ludowa nie była mu bliska, a wrodzona nieśmiałość nie sprzyjała nawiązywaniu kontaktów z wiejskimi informatorami, co stanowiło podstawę dobrego wywiadu dialektologicznego. Dlatego przy zbieraniu materiału musiał się opierać na pomocy asystentów i studentów, w dużej części młodzieży wiejskiej, łatwo zdobywającej zaufanie miejscowej ludności. Charakterystyczne, że tematyce dialektologicznej Stanisław Skorupka nie poświęcił żadnego artykułu naukowego.

W czasach mojej nauki licealnej wśród podręczników do języka polskiego wyróżniała się niewielką objętością książeczka: Język polski. Wiadomości z zakresu słownictwa, frazeologii i stylistyki. Klasa X. Nazwisko jej autora – Stanisława Skorupki – niewiele mi wówczas mówiło, ale podręcznik budził zaufanie ucznia: był cienki, wiadomości były w nim podane w sposób zwięzły, przystępny, tak, że dało się tego nauczyć16. Toteż, pamiętam, podreperowałem sobie ocenę okresową z polskiego, kiedy wyrecytowałem za tym podręcznikiem wiadomości na temat: „treść i zakres wyrazu”. Nie przypuszczałem wówczas, że autor tej książki będzie potem przewodniczącym komisji na moim egzaminie magisterskim, a następnie moim kierownikiem w Zakładzie Języka Polskiego UW...

Trzeba bowiem wreszcie powiedzieć o karierze naukowej Stanisława Skorupki. Przez niemal całe życie naukowe był związany z Uniwersytetem Warszawskim. Tu studiował w latach 1930–1936, tu prowadził zajęcia na podziemnym uniwersytecie w latach okupacji hitlerowskiej i tu wrócił po krótkim epizodzie pracy na KUL już w 1945 roku. Pracował zawsze na warszawskiej polonistyce, choć jednostki, w których był zatrudniony, nosiły różne, zmieniające się z czasem nazwy. Przez kilka lat (1969–1975) był kierownikiem Zakładu Języka Polskiego, będącego częścią ówczesnego Instytutu Filologii Polskiej UW. Potem przez wiele lat był przewodniczącym Rady Naukowej nowo powstałego Instytutu Języka Polskiego. Profesorem nadzwyczajnym został w 1961 roku, a profesorem zwyczajnym – w 1971 roku.

Nie zabiegał o żadne godności czy stanowiska, ale jeśli go poproszono, obejmował te funkcje, na których mógł być przydatny. Miał malutki gabinet na parterze gmachu polonistyki, a w nim stylowe meble, głównie szafy biblioteczne, pełne różnojęzycznych czasopism językoznawczych z końca XIX i początku XX wieku, odziedziczone po Stanisławie Szoberze, przedwojennym profesorze. Po przejściu prof. Skorupki na emeryturę (w 1976 roku) meble i książki z tego gabinetu zostały przeniesione do gabinetu dyrektora Instytutu Języka Polskiego, gdzie są do dziś i starszym językoznawcom warszawskim przypominają postać skromnego, nieśmiałego profesora Stanisława Skorupki.

SECT-ID LINK

1„Polonistyka” 1983, nr 3.

2S. Skorupka, Słownik frazeologiczny języka polskiego, t. I-II, Warszawa 1967–1968.

3Idem, Wstęp, [w:] Słownik frazeologiczny języka polskiego, Warszawa 1984, s. V.

4J. Tokarski, Stanisław Skorupka – jego działalność naukowa, „Prace Filologiczne” 1975, t. XXV, s. 6.

5„Polonistyka” 1983, nr 3.

6S. Skorupka, Wstęp, [w:] Słownik wyrazów bliskoznacznych, Warszawa 1987, s. V.

7„Polonistyka” 1983, nr 3.

8Słownik wyrazów obcych, red. Z. Rysiewicz, oprac. leksykograficzno-polonistyczne S. Skorupka, Warszawa 1954.

9Słownik języka Jana Chryzostoma Paska, t. I A-N, red. nacz. H. Koneczna, W. Doroszewski, zastępcy red. nacz. S. Skorupka i S. Szlifersztejnowa, Warszawa 1965.

10Mały słownik języka polskiego, red. S. Skorupka, H. Auderska, Z. Łempicka, Warszawa 1968.

11Por. np. Wyrazy bliskoznaczne i ich wartość stylistyczna II: Użycie stylistyczne wyrazów bliskoznacznych, „Poradnik Językowy” 1954, z. 5, s. 13–19.

12Elementy stylu potocznego, „Poradnik Językowy”1958, z. 8, s. 381–392; Frazeologia a stylistyka, „Poradnik Językowy” 1960, z. 3, s. 97–111.

13H. Kurkowska, S. Skorupka, Stylistyka polska. Zarys, Warszawa 1959.

14„Polonistyka” 1983, nr 3.

15S. Skorupka, Studia nad budową akustyczną samogłosek polskich, Wrocław 1955.

16Warto dodać, że podręcznik ten miał kilkanaście wydań.

Kazimierz Smulikowski

Urodzony 15 IX 1900 we Lwowie. Studia na Akademii Górniczej w Krakowie, Politechnice Lwowskiej i UJK we Lwowie. Doktorat (1924) i habilitacja (1929) tamże. Asystent na Politechnice Lwowskiej. Docent, następnie profesor Uniwersytetu Poznańskiego (1930–1939), prodziekan i dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. W czasie II wojny światowej wykładowca Uniwersytetu Iwana Franki we Lwowie. Kierownik Katedry Petrografii Wydziału Geologii UW (od 1952), twórca Katedry Mineralogii i Geochemii (1954), później kierownik Zakładu Mineralogii (1968–1970).

Geolog, mineralog, petrograf, z zamiłowania entomolog; specjalista w zakresie eklogitów; w kręgu jego zainteresowań było wykorzystanie chemii w badaniach geologicznych; badania nad procesami anatektycznymi, klasyfikacją skał, które uległy selektywnemu wytapianiu.
Członek PAN (1956). Kierownik Zakładu Nauk Geologicznych PAN (od 1970).
Wieloletni redaktor czasopisma „Archiwum Mineralogiczne”.
Zmarł 19 IX 1987 w Warszawie.

O glaukonicie, Lwów 1924; Geochemia, Warszawa 1952; Minerały skałotwórcze, Warszawa 1955; Zagadnienie genetycznej klasyfikacji granitoidów, Warszawa 1958; Droga po kamieniach: wspomnienia, Warszawa 1994.

W. Barczyk, Kazimierz Smulikowski (1900–1987) prof. dr hab. – petrograf, [w:] Wspomnienia o zmarłych profesorach i docentach, Księga pamiątkowa absolwentów Wydziału Geologii 1992–2002, Warszawa 2002.

JAN BURCHART

KAZIMIERZ SMULIKOWSKI

1900–1987

 

Druga wojna światowa dokonała znacznych spustoszeń wśród polskich geologów. Poza Uniwersytetem Jagiellońskim i Akademią Górniczo-Hutniczą pozostały niewielkie katedry, bądź zakłady, niemal całkowicie zajmujące się obsługą dydaktyczną różnych kierunków przyrodniczych. Równocześnie, obowiązująca doktryna polityczno-ekonomiczna wymagała inwentaryzacji posiadanych złóż surowców, zwłaszcza na tzw. Ziemiach Odzyskanych, i poszukiwaniu nowych. Takie było podłoże decyzji Prezydium Rządu PRL z sierpnia 1951 roku o utworzeniu na Uniwersytecie Warszawskim Wydziału Geologii. Wydział ten powstawał przez zasadniczą centralizację placówek rozproszonych. Przeniesiono do Warszawy Katedrę Geologii z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika z Torunia, Katedrę Mineralogii i Petrografii Uniwersytetu Poznańskiego, a równocześnie zlikwidowano wielce zasłużone katedry Uniwersytetu Jagiellońskiego, pozostawiając jednak geologię na Akademii Górniczo-Hutniczej. Ze względów politycznych geologię pozostawiono na Uniwersytecie Wrocławskim jako wizytówce Ziem Odzyskanych.

W taki to sposób 1 października 1952 roku zaczął funkcjonować Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego, w którym profesor Kazimierz Smulikowski pełnił funkcję kierownika jednej z siedmiu tworzonych katedr – Katedry Petrografii. Dwa lata później utworzył także Katedrę Mineralogii i Geochemii. Wraz z profesorem Smulikowskim przeniesiono do Warszawy pracowników całej jego katedry z Uniwersytetu Poznańskiego, a była to grupa osób o wysokich kwalifikacjach naukowych.

Profesor Smulikowski zjawił się w Warszawie dopiero w wieku 52 lat. Był jednak dobrze znany w środowisku polskich geologów i cieszył się wielkim autorytetem jako naukowy lider polskiej petrografii, człowiek dobrze rozpoznawalny za granicą. Prawdziwy reprezentant przedwojennej profesury: elegancki, o nienagannych manierach, posługujący się językiem bogatym, starannym, czasem (zwłaszcza w piśmie) nieco archaizującym. Był prawdziwym przyrodnikiem i swych zainteresowań nie ograniczał do skał. Jako entomolog-amator zebrał bardzo bogatą kolekcję chrząszczy, którą zresztą, w postaci starannie uporządkowanej, ofiarował Muzeum Zoologii. Na każdą wyprawę geologiczną – w kraju i za granicę – zawsze brał z sobą cały osprzęt łowcy owadów: siatkę do chwytania, probówki, butelkę z eterem itd.

Przed Warszawą był Lwów i Poznań. We Lwowie studiował mineralogię, tamże uzyskał doktorat (1924) i habilitację (1929) podczas swej asystentury na Politechnice. Począwszy od roku 1930 aż do 1939 zatrudniony był na Uniwersytecie Poznańskim, początkowo na stanowisku docenta, później profesora nadzwyczajnego. Podczas II wojny światowej powrócił do Lwowa i tam przez pewien czas pracował na Uniwersytecie Iwana Franki oraz w filii Amt für Bodenforschung. Po wojnie powrócił do Poznania. Tu objął Katedrę Mineralogii i Petrografii. Na Uniwersytecie Poznańskim pełnił także funkcję prodziekana, a później dziekana Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego.

Kierując zespołami badawczymi, potrafił zaprowadzić i utrzymać dyscyplinę, przede wszystkim własnym przykładem punktualności i samoorganizacji. Nawyk taki zachował, nawet będąc już na emeryturze, gdy starannie kontrolował swoje wyjazdy, dbając o to, by nie przekraczać limitów urlopowych dla pracowników.

Był wspaniałym wykładowcą. Składały się na to: bardzo staranne przygotowywanie każdego wykładu (nawet gdy był to ten sam wykład kursowy pozornie powtarzany przez wiele lat), jego logiczna konstrukcja, umiejętność przekazywania przez profesora trudnych i skomplikowanych treści. Niewątpliwie pomagało bogactwo języka, precyzja, a także elegancja – co przyciągało uwagę słuchaczy. Charakterystyczne, że styl uczonego daleki był od jakichkolwiek popisów krasomówczych. Był rzeczowy, spokojny, staranny.

Talenty dydaktyczne profesora Smulikowskiego nie ograniczały się do wspaniałych wykładów. Mimo wielu obowiązków organizacyjnych – równocześnie z działalnością na Wydziale Geologii zajęty był organizowaniem geologicznej placówki w Polskiej Akademii Nauk – znajdował czas na to, by przynajmniej raz w tygodniu odbywać rozmowę z każdym ze swych wychowanków. Były to zawsze rozmowy przy mikroskopie, dyskusje i komentarze na temat tego, co ujawniały preparaty próbek skał. Przy braku dostępu do książek zagranicznych niezwykle cenną była książka profesora Minerały skałotwórcze stanowiąca niezastąpiony podręcznik mikroskopowego rozpoznawania minerałów. Książka ta szybko znalazła się na stole każdego petrografa i służyła przez wiele lat kształceniu kolejnych roczników studentów i doktorantów.

Nie sposób tu pominąć działalności Smulikowskiego jako redaktora. Przez jego ręce przechodziły nie tylko wszystkie teksty przygotowywane do druku w „Archiwum Mineralogicznym”, którego był redaktorem przez wiele lat, lecz wszystkie prace jego współpracowników. W redagowaniu tekstów był niebywale skrupulatny i drobiazgowy. Poprawki dotyczyły sfery stylistycznej, poprawności terminologicznej, lecz także interpunkcji. Wychwytywał najdrobniejsze usterki. Tym samym uczył poprawnego pisania prac.

Profesor Smulikowski był niedościgłym mistrzem mikroskopowego badania minerałów i skał. Nie ograniczał się jednak do rozpoznawania minerałów na podstawie ich cech optycznych, lecz z wielką przenikliwością, w subtelnych szczegółach pokroju kryształów, tworów na styku minerałów, wreszcie struktury skał, dostrzegał informacje o reakcjach przekształcających skałę. Celem badań nie był tylko opis i klasyfikacja skały, lecz przede wszystkim rozpoznanie procesów skałotwórczych. Dodać trzeba, że w owych czasach mikroskop polaryzacyjny był podstawowym narzędziem pracy w petrografii. Drugim były analizy chemiczne skał, wykonywane w tradycyjny sposób na drodze klasycznej „analizy mokrej”. Profesor kategorycznie wymagał, by każda praca magisterska zawierała przynajmniej jedną pełną analizę chemiczną skały własnoręcznie wykonaną przez magistranta. Jak wyjaśniał, w przyszłych badaniach analizy chemiczne będą zlecane do wykonania wyspecjalizowanym laboratoriom, jednak tylko własnoręczna praca pozwoli zrozumieć, czego można od chemika wymagać, jakie są możliwości, lecz także trudności i ograniczenia stosowanych metod.

Charakterystyczne, że uczonego nie fascynowały techniczne aspekty bardzo licznych nowo powstających metod analitycznych. To były tylko narzędzia, a ważniejsze zdawało się ich celowe i świadome wykorzystywanie. Poza najbliższymi współpracownikami chyba nikt nie wie (bo nie ma o tym śladu w literaturze) o tym, że już w połowie lat 50. profesor Smulikowski zrozumiał, że wielu problemów geologicznej historii i budowy obszarów zbudowanych ze skał magmowych i metamorficznych (np. Sudety, trzon Tatr, krystaliczne podłoże północno-wschodniej Polski) nie da się rozwiązać bez datowań wykorzystujących przemiany jądrowe niektórych pierwiastków promieniotwórczych. Już w 1951 roku podjął starania zorganizowania laboratorium izotopowego w Polsce. Zainteresował tym fizyków i doprowadził do poważnej narady, na której ustalono, że jedyną dostępną w Polsce metodą może być tzw. chemiczny wariant metody określającej wiek minerału na podstawie stosunku ołowiu do uranu. Minerałem dobrze nadającym się do takich badań był cyrkon – minerał występujący w skałach typu granity i gnejsy w śladowych ilościach. Podjęto więc (już w 1954 roku) pracochłonne prace nad odseparowaniem cyrkonu, a równocześnie wypróbowywano różne techniki oznaczania ołowiu i uranu. Prace te zarzucono, gdy stwierdzono obecność ołowiu w kwasach, w których czyszczono cyrkon. Profesor obawiał się, że może to być sygnałem ługowania zewnętrznych partii kryształów, a więc naruszania ich pierwotnego składu. Bez spektrometru mas problem nie mógł być rozwiązany. Niepowodzenie to jest jednak dowodem czujności i odpowiedzialności badacza.

Inna próba uruchomienia datowań to budowa linii do ekstrakcji argonu, konieczna do datowań opartych na stosunku radiogenicznego argonu do promieniotwórczego izotopu potasu. Niestety i ta próba zakończyła się niepowodzeniem. Jak się okazało było to zadanie wykraczające poza ówczesne możliwości finansowe i aparaturowe.

Konieczność stworzenia w Polsce nowoczesnego laboratorium zdolnego do wiarygodnego datowania skał i minerałów metodami izotopowymi była wielokrotnie podnoszona przez profesora. Niestety nie dożył dnia, w którym takie laboratorium powstało.

Spuścizna prof. Smulikowskiego to przede wszystkim to, co zostawił nam w swych publikacjach i co w nich przetrwało próbę czasu. Otóż w okresie ponadpięćdziesięcioletniej działalności profesora XIX-wieczna petrografia, nauka opisowa, przekształciła się w petrologię, czyli naukę nie tylko opisującą skały, lecz, wykorzystując prawa zdefiniowane przez chemię fizyczną z jednej strony, zaś wiedzę o wgłębnej budowie Ziemi z drugiej, badającą procesy powstawania skał i ich przeobrażania. Okazało się też, że ważnym nośnikiem informacji o genezie skał i materiału, z jakiego są zbudowane, jest ich skład chemiczny, jednak nie ten podający zawartość pierwiastków głównych (krzem, glin, potas, sód itd.), lecz tzw. śladowych, których zawartość w skałach podawana jest w częściach na milion (ppm).

Znajomość współczesnej literatury pozwalała uczonemu szybko dostrzec nowe kierunki ewolucji petrografii i wkroczyć na ekscytujące ścieżki nowych idei. Sprzyjały też temu dość liczne, na ówczesne czasy, podróże zagraniczne często owocujące wartościowymi publikacjami. Były więc Andy Boliwijskie, Wyspy Kanaryjskie, Francja, wreszcie Finlandia. Zapoznanie się w terenie z tym ostatnim regionem wydaje się szczególnie brzemienne w skutki. Właśnie w Finlandii obserwować można na powierzchni formacje skalne powstałe na znacznych głębokościach, formacje pokrewne tym, jakie profesor badał podczas wypraw na Wołyń. Widać tam wyraźnie, że w warunkach wysokich ciśnień i temperatur bliskich tym, przy jakich dochodzi do częściowego topienia skał zazębiają się i współdziałają procesy magmowe i metamorficzne. Nic dziwnego, że właśnie w Finlandii rodziła się nowoczesna petrologia skał plutonicznych, głębinowych. Masywy granitowe, jakie nam się ukazują, nie są produktem jednego aktu, lecz dopóki pozostają w warunkach wysokotemperaturowych przechodzą głęboką ewolucję, zmiany składu chemicznego, proporcji między poszczególnymi minerałami.

Materiałami zebranymi przed wojną na obszarze Wołynia zajął się uczony w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu opublikował dwie bardzo znaczące prace. Poza znaczeniem czysto fizjograficznym prace te przyniosły wnikliwe rozpoznanie procesów anatektycznych, czyli wytapiania stopów ze skał w różnym stopniu upłynnianych. Podwyższenie temperatury może owocować wtórnym zróżnicowaniem nawet pierwotnie jednorodnych skał na serie o różnym stopniu zubożenia w składniki najłatwiej topliwe i wyciśnięte jako wtórne stopy do stref niższych ciśnień lub/i temperatur. Znajdujemy w tych pracach także próbę oryginalnej klasyfikacji skał ulegających selektywnemu wytapianiu i związanej z tym ich nomenklaturze. Niestety prace te ukazały się jedynie w „Archiwum Mineralogicznym”, czasopiśmie niemal nieznanym za granicą, i mimo swej rangi pozostały niemal bez echa w światowym piśmiennictwie.

W konsekwencji zakończenia II wojny światowej Polska zyskała nowe obszary, a wśród nich znaczną część Sudetów. Potrzebą chwili było dokonanie inwentaryzacji, także geologicznej, owych Ziem Odzyskanych. W odniesieniu do skał głębinowych dokonał tego prof. Smulikowski w publikacji Uwagi o starokrystalicznych formacjach Sudetów, w której poglądy geologów niemieckich uzupełniał i konfrontował z własnymi obserwacjami. Dostrzegł mozaikową budowę regionu i wielkie zróżnicowanie skał typu granitowego.

Równocześnie zapoznawał się z literaturą zachodnią, przez lata wojny niedostępną. Literatura ta, w zakresie petrologii skał głębinowych, w dużej mierze poświęcona była ostrym sporom dotyczącym powstawania skał granitowych. Według tradycyjnych poglądów, podtrzymywanych przez obóz tzw. magmatystów, granity i skały pokrewne były produktem intruzji magmy o takim składzie w starsze formacje skalne. Przeciwstawny obóz, tzw. transformistów, dowodził, że granity mogą powstawać także na drodze infiltracji skał o składzie nawet dość odległym od granitowego przez roztwory wgłębnego pochodzenia. Proces taki nazwano granityzacją. Przebiega on w drodze dyfuzji i jest kontrolowany przez gradienty stężeń. Liderzy obu grup zajmowali stanowiska ekstremalne. Smulikowski stał się w Polsce propagatorem idei transformistycznych, początkowo niechętnie przyjmowanych przez ogół geologów. Bogata literatura przedmiotu dostarczała przekonujących dowodów, zarówno petrograficznych, jak i strukturalnych, dla obu stanowisk. Również własne obserwacje doprowadziły profesora Smulikowskiego do aprobaty stanowiska wyraźnie określonego przez Herberta Harolda Reada w tytule głośnej książki Granity i granity, że niemal taki sam produkt – skała o składzie granitowym – może powstać w różny sposób. Znalazło to wyraz w artykule Genetyczna klasyfikacja granitoidów, w którym uczony starał się znaleźć wśród skał sudeckich granity różnej genezy. Równocześnie uczył patrzeć na skały jako produkty długotrwałej i często skomplikowanej ewolucji.

Sudety są masywem o bardzo długotrwałej, wieloetapowej historii geologicznej. Odczytywać ją można w wieloraki sposób, przy pomocy różnych metod badawczych. Rozumiał profesor, że historia tego rejonu ma jakby dwa aspekty – petrologiczny i tektoniczny. Pierwszy dotyczy materii tworzącej masywy skalne, drugi budowy tych masywów, ich struktury, wskaźników przemieszczeń i deformacji. Budowa w skali mikroskopowej z jednej strony, budowa w skali makro – z drugiej. Obie metody badawcze prof. Smulikowski łączył w corocznych wyprawach terenowych, które przeprowadzał wspólnie z prof. Henrykiem Teisseyrem z Uniwersytetu Wrocławskiego, czołowym polskim geologiem strukturalnym owego czasu. Nierzadko obu profesorom towarzyszyli ich asystenci i nabierało to charakteru szkoły terenowej. Tak było też w czasie wyprawy w Rodopy, gdzie obydwaj profesorowie wraz ze swymi współpracownikami demonstrowali grupie geologów bułgarskich współczesne metody analizy drobnych struktur, ich interpretację i przenoszenie rezultatów na odczytanie budowy i tektonicznej historii całego masywu górskiego.

Niemal równocześnie zaczęła się fascynacja profesora eklogitami. Te niezbyt rozpowszechnione, lecz zróżnicowane skały powstały na wielkich głębokościach, w warunkach ogromnych ciśnień i wysokich temperatur. W Sudetach znane są z izolowanych, drobnych wystąpień jako tzw. porwaki tektoniczne, strzępy oderwane z macierzystego środowiska i przemieszczone wiele kilometrów ku górze. Stanowią one materialne dowody warunków panujących na znacznych głębokościach. Szczegółowe badania Smulikowskiego spowodowały, że stał się on na forum międzynarodowym uznawanym autorytetem w tej specyficznej dziedzinie petrologii. Między innymi odkrył, że o mineralnym składzie eklogitów decydowały nie tylko warunki ciśnienia i temperatury, jak dotychczas sądzono, lecz także pewne specyficzne cechy ich składu chemicznego. Miało to zasadnicze znaczenie w okresie, gdy panowało pojęcie facji mineralnych, stanowiących podstawę do klasyfikacji skał metamorficznych. Twórca tego pojęcia, fiński petrolog Pennti Eskola, klasyfikował skały metamorficzne wyłącznie według kombinacji ciśnienia i temperatury. Skład chemiczny pierwotnej skały decydował tylko o proporcjach ilościowych minerałów budujących skałę przeobrażoną, o tym jednak, jakie minerały krystalizowały, decydowały tylko warunki fizyczne. Profesor Smulikowski był jednym z nielicznych, którzy dużą rolę upatrywali w składzie chemicznym.

Zainteresowanie uczonego chemiczną stroną petrologii zaczęło się bardzo wcześnie. Już wkrótce po wojnie profesor wydał monumentalne dzieło Geochemia opublikowane w 1952 roku. Prócz rozdziałów poświęconych procesom działającym w przyrodzie, książka przedstawiła w sposób systematyczny dane o każdym z pierwiastków z osobna, szczególnie zaś o występowaniu w przyrodzie, warunkach koncentrowania się i migracji. Zacytuję tu charakterystyczną dla profesora definicję geochemii jako nauki o historii naturalnej pierwiastków. Geochemia prof. Smulikowskiego była przez pewien czas jedyną książką tego typu na świecie, docenianą i używaną za granicą w środowiskach znających język polski, np. na Słowacji. W pierwszej powojennej dekadzie wydanie jej na Zachodzie było niemożliwe.

Skłonność profesora do porządkowania terminologii naukowej i definiowania zasad klasyfikacji skał i procesów w nich zachodzących objawiała się na wszystkich etapach jego działalności. Mamy więc propozycję klasyfikacji skał anatektycznych, później genetyczną klasyfikację granitoidów, a wreszcie klasyfikację eklogitów. Klasyfikacją skał magmowych Smulikowski zajmował się już od 1934 roku. Jego późniejsza (lata 70.) aktywność na tym polu jest mało znana, gdyż polegała na ożywionej korespondencji z prof. Albertem Streckeisenem i twórczym uczestnictwie w międzynarodowej komisji systematyki skał magmowych.

Profesor Smulikowski był niekwestionowanym autorytetem naukowym, ojcem polskiej petrologii zastępującej petrografię. Zasiewał w świadomości polskich geologów idee nowe, mało znane i rozumiane w Polsce odizolowanej od świata przez wojnę i utrudniony dostęp do zachodniej literatury w okresie powojennym. Był współautorem wielu z tych idei, choć nie zostało to w pełni docenione w literaturze światowej. Pomysły dotyczące dyferencjacji anatektycznej wypracował w czasie wojny, a kiedy ogłaszał je na kongresie geologicznym w Londynie, już wydawały się spóźnione i wtórne.

Do prawdziwego mistrzostwa doprowadził badania mikroskopowe. Był także świadkiem procesu stopniowego zastępowania badań mikroskopowych przez mikrochemiczne. Współczesny petrograf dla diagnozy minerału nad analizę mikroskopową przedkłada punktową analizę chemiczną dokonywaną przy pomocy mikrosondy elektronowej. Czasem może to powodować odczucie, że prace prof. Smulikowskiego to już tylko historia. Tym, którzy tak myślą, radzę poczytać prace profesora. Zdziwią się, ile można się nauczyć także dziś i jak powinno się pisać rozprawy naukowe.

Pozornie był powszechnie doceniany i szanowany, dekorowany wysokimi odznaczeniami państwowymi. Jednak, gdy zawierucha 1968 roku na Uniwersytecie zakończyła się likwidacją katedr i zastąpienia ich przez duże instytuty, a na Wydziale Geologii powołano tylko trzy instytuty, Smulikowski nie został już dyrektorem Instytutu Geochemii, Mineralogii i Petrografii, a nawet Zakładu Petrografii, choć pozostawiono mu kierownictwo Zakładu Mineralogii. W 1970 roku otrzymał pismo od Rektora czy Ministra (nie pamiętam dokładnie) mówiące, że „Z powodu osiągnięcia wieku starczego przenoszę pana Profesora na emeryturę”. Dla Smulikowskiego, człowieka niebywale eleganckiego, taka stylistyka była nie do przyjęcia.

I tak praktycznie zakończyła się działalność prof. Smulikowskiego na Uniwersytecie. Już nie był potrzebny. Przez kilka lat nadal jednak działał w geologicznej placówce PAN, którą kierował. Poza tym odczuwał potrzebę realizacji własnych planów: dokończenia, podsumowania i zamknięcia wieloletnich badań w Sudetach oraz napisania wspomnień obejmujących całe jego życie. Zawsze systematyczny i obowiązkowy, pisał będąc już zupełnie unieruchomiony przez ciężki reumatyzm. Zmarł we śnie, w tydzień po złożeniu wspomnień w wydawnictwie.

Andrzej Sołtan

Urodzony 25 XI 1897 w Warszawie. Studia na UW, asystent w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej, doktorat (1926). Stypendium w Paryżu, pobyt w California Institute of Technology w Pasadenie (1932). Habilitacja na UW (1938). Profesor Politechniki Łódzkiej, kierownik Katedry Fizyki. Profesor UW (1947), kierownik Katedry Atomistyki UW.

Fizyk jądrowy. Badania nad widmem emisyjnym wodorku rtęci, promieniami X, jądrem atomowym. Inicjator sprowadzenia do Polski pierwszego akceleratora jonów. W kręgu zainteresowań reakcje termojądrowe i fizyka plazmy.
W latach 1958–1944 kierownik pracowni fizycznej w fabryce Philipsa przy ul. Karolkowej w Warszawie. Uczestnik pokazów atomowych na atolu Bikini (1946).
Prezes Polskiego Towarzystwa Fizycznego (1952–1955), członek PAN (1952).
Zmarł 10 X 1959 w Warszawie.

Warunki powstawania nośników pasm wodorowo-rtęciowych, Warszawa 1926; Interaction of fast neutrons with atomic nuclei, St. Albans 1938; Fizyka: mechanika, Łódź 1952.

Profesorowie Politechniki Łódzkiej 1945–2005, red. E. Chojnacka, Z. Piotrowski, R. Przybylski, Łódź 2006; H. Niewodniczański, Andrzej Sołtan (1897–1959), „Postępy Fizyki” 1960, t. XI.

LUDWIK NATANSON

ANDRZEJ SOŁTAN*

1897–1959

 

Ponad trzydzieści lat wiązały mnie z Andrzejem Sołtanem przyjazne stosunki. Od samego początku miałem dla niego wiele sympatii. Z czasem uczyłem się coraz bardziej go szanować i coraz wyżej cenić.

Myślę, że atrakcyjność jego osoby płynęła nie tylko z jego zalet, ale i z tego, że posiadał cechy, które niezmiernie rzadko spotyka się w połączeniu. Umysły efektowne i błyskotliwe z reguły są powierzchowne. Erudycji towarzyszy najczęściej skłonność do nudziarstwa, zdolnościom do precyzyjnej analizy brak syntetycznego ujęcia i twórczego natchnienia, a mocnym zasadom – postawa sztywna i oschła. Obcując z Andrzejem Sołtanem, było się przede wszystkim pod urokiem fenomenalnej jasności i bystrości jego intelektu i niełatwo było odgadnąć, jak ogromny zasób solidnej wiedzy, sumienności i pracy kryje za zasłoną pozornego dyletantyzmu i pełnej wdzięku nonszalancji ani też, jak głęboko umie wniknąć w istotę najtrudniejszych zagadnień.

Był świetnie wychowany i z natury uprzejmy, ale formy życia towarzyskiego nie odbierały mu swobody. Miał bardzo żywe poczucie humoru, zaprawione subtelnym, niepozbawionym odrobiny złośliwości, dowcipem.

Przywiązany do wiary, w której się wychował, był religijny – religijnością człowieka inteligentnego. Nienawidził bigoterii i egzaltacji. Jawnie i stanowczo zachowując wierność swoim zasadom, odnosił się do ludzi innych przekonań z prawdziwie chrześcijańską tolerancją.

Pochodził z zasłużonego rodu i nosił historyczne nazwisko. Upatrywał w tym przede wszystkim zobowiązania, a nie prawa do przywilejów.

Andrzej Sołtan urodził się w Warszawie 25 listopada 1897 roku. W dzieciństwie dużo przebywał na wsi, między innymi na Litwie, u swego wuja Józefa Weyssenhoffa w Jużyntach, opisanych w Sobolu i pannie. Podczas I wojny światowej znalazł się w Rosji, gdzie skończył szkołę średnią. Powróciwszy do Polski, wstąpił na Uniwersytet Warszawski, rozpoczynając studia z fizyki. Wkrótce został asystentem Zakładu Fizyki Doświadczalnej, którego kierownictwo świeżo był objął przybyły z Belgii prof. Stefan Pieńkowski. Młody, początkujący asystent potrafił bardzo szybko zyskać sobie uznanie profesora, który powierzał mu coraz bardziej odpowiedzialne czynności.

Kiedy parę lat później sam zapisałem się na sekcję fizyki ówczesnego Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego, Andrzej Sołtan asystował przy wykładach fizyki doświadczalnej prof. Pieńkowskiego, których słuchałem. Fizyka była wówczas w fazie rozwoju, który dziś nazywamy okresem panowania „starej” teorii kwantów. Najbardziej aktualną dziedziną badań była kwantowa optyka atomowa i molekularna. Ta właśnie problematyka dominowała w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

Tematem pierwszej pracy badawczej Andrzeja Sołtana było widmo emisyjne wodorku rtęci pobudzonego do świecenia przez wyładowania elektryczne. Wyniki tych badań zostały ogłoszone w „Sprawozdaniach i Pracach Polskiego Towarzystwa Fizycznego” i złożone w Uniwersytecie jako rozprawa doktorska. W roku 1926 po złożeniu przepisanych egzaminów zostaje Andrzej Sołtan promowany na stopień doktora filozofii.

W roku 1927 dzięki poparciu prof. Pieńkowskiego, który dobrze rozumiał celowość dania utalentowanym młodym fizykom jak najlepszych warunków rozwojowych, otrzymuje dr Sołtan stypendium na wyjazd do Paryża do pracowni kierowanej przez Maurycego de Broglie’a. Pracownia ta jest jednym z najpoważniejszych ośrodków badań nad fizyką promieni X. Zainteresowania dr. Sołtana zwracają się w kierunku bardzo wtedy mało znanej długofalowej części widma promieniowania X. Będąc w Paryżu, opracowuje metodę analizy widmowej opartą na użyciu siatek dyfrakcyjnych ustawionych pod małym kątem do wiązki promieni. Po roku powraca do Warszawy nie tylko z nową cenną pracą (opublikowaną wspólnie z J. Thibaut), ale z nabytą w pracowni Maurycego de Broglie’a gruntowną znajomością fizyki promieni X, zarówno od strony teorii, jak i od strony techniczno-eksperymentalnej.

Następuje kilkuletni okres intensywnej pracy w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego. Obok pracy naukowej spełnia w tym czasie dr Sołtan mnóstwo czynności, powierzanych mu przez prof. Pieńkowskiego, związanych z administracją i organizacją Zakładu.

Wielką zasługą prof. Pieńkowskiego było stworzenie poważnego ośrodka fizyki doświadczalnej, który był jednocześnie pierwszorzędną szkołą pracy naukowej.

Dotychczas zachowuję w pamięci piękne wspomnienie z tych lat, kiedy ożywieni mocnym esprit de corps stanowiliśmy zwarte i dobrane kółko koleżanek i kolegów, złączonych przede wszystkim wspólną namiętnością do nauki. Wieczorem po pracy bywaliśmy razem w kinie, a po skończonym seansie zachodziliśmy często na wesołą kolację do popularnego baru na Marszałkowskiej. Fizyka była stale w centrum naszych zainteresowań. Cieszyliśmy się zdrowiem i młodością. Z przejęciem przeżywaliśmy skomplikowane romantyczne perypetie w stosunkach z koleżankami. Graliśmy z zapałem w tenisa, początkowo na betonowym korcie w ogrodzie Zakładu, później na kortach K.S. Warszawianka na Wawelskiej.

Dr Sołtan, który był od większości z nas o kilka lat starszy i miał już stopień naukowy, był pełnym młodzieńczego humoru organizatorem i uczestnikiem naszych wieczornych imprez. Jego temperament i dowcip czyniły go przemiłym towarzyszem.

W roku 1932 zostało przyznane dr Sołtanowi stypendium Fundacji Rockefellera na wyjazd do California Institute of Technology w Pasadenie. Był on już wtedy w pełni dojrzałym uczonym. W pracowni, której kierownikiem był słynny amerykański fizyk [Robert] Millikan, przystępuje dr Sołtan do badań w dziedzinie fizyki jądra atomowego. Olbrzymi rozwój fizyki jądrowej dopiero się wtedy rozpoczynał. Dr Sołtan znalazł się w Ameryce wkrótce po przełomowym odkryciu neutronu. Wspólnie z dwoma amerykańskimi fizykami – Lauritsenem i Crane’em – podejmuje trudne zadanie otrzymania neutronów na drodze reakcji jądrowej, wywołanej cząstkami sztucznie przyspieszanymi. Talenty konstrukcyjne dr. Sołtana i jego umiejętności w zakresie techniki laboratoryjnej stały się istotnym czynnikiem powodzenia. Wynikiem pracy było stwierdzenie nowych reakcji, których produktem są neutrony. W dorobku naukowym dr. Sołtana to pierwszorzędnej wagi odkrycie stanowi szczytowe osiągnięcie. Odtąd imię jego zapisane jest trwałymi zgłoskami w dziejach nauki.

Po powrocie do Warszawy kontynuuje dr Sołtan pracę w dziedzinie fizyki jądrowej. Samodzielnie, z ogromnym nakładem wysiłku buduje kaskadowy akcelerator w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego. Na tym urządzeniu prowadzi badania nad reakcjami neutronowymi, nawiązując owocną współpracę z prof. Ludwikiem Wertensteinem, kierownikiem Pracowni Radiologicznej Towarzystwa Naukowego Warszawskiego oraz z adiunktem Zakładu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego – dr. Janem Cichockim.

W okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej przyjmuje dr Sołtan propozycję Zakładów Philipsa objęcia kierownictwa pracowni fizycznej w fabryce przy ul. Karolkowej w Warszawie. Zalety charakteru i wielki autorytet naukowy dr. Sołtana zyskują mu w krótkim czasie uznanie kierownictwa koncernu Philipsa. W oparciu o swoje własne umiejętności i mogąc w dużym stopniu korzystać z możliwości i doświadczenia wielkiego międzynarodowego koncernu, decyduje się dr Sołtan na przystąpienie do budowy małego cyklotronu. Cyklotron był wtedy najpotężniejszym i najbardziej nowoczesnym typem akceleratora. Liczba cyklotronów na całym świecie, a w szczególności w Europie była bardzo niewielka. Ambitne zamierzenie dr. Sołtana dobrze charakteryzuje jego śmiałość i rozmach.

Wybuch II wojny światowej przeszkodził w ukończeniu tej pracy. W okresie okupacji Zakłady Philipsa zostały zmuszone do pracy na rzecz niemieckiego wysiłku wojennego. Dr Sołtan pozostaje formalnie na swoim stanowisku, faktycznie całkowicie zawiesza swoją działalność w fabryce, nie chcąc współpracować z Niemcami. Bierze natomiast żywy udział w akcji tajnego nauczania.

Wobec rozwoju sytuacji wojennej władze niemieckie decydują się na ewakuację fabryki Philipsa. W roku 1944 zostaje dr Sołtan wywieziony do Wiednia, gdzie zmuszony jest pozostać aż do zdobycia miasta przez wojska radzieckie.

Po powrocie do kraju rozpoczyna natychmiast pracę nad odbudową w zakresie swojej specjalności zupełnie przez wojnę zniszczonego szkolnictwa wyższego. Pierwszym posterunkiem, który obejmuje, jest kierownictwo Katedry Fizyki w nowo utworzonej Politechnice Łódzkiej. W najcięższych warunkach, w zupełnie nowym ośrodku bez żadnych tradycji, w którym nie ma bazy odpowiednich budynków i urządzeń, na której mógłby się oprzeć, organizuje prof. Sołtan w krótkim czasie normalne nauczanie fizyki obejmujące zarówno wykłady, jak i pracownie studenckie. W Warszawie tymczasem rozpoczyna się dzieło odbudowy Uniwersytetu pod energicznym kierownictwem profesora Pieńkowskiego, ponownie powołanego na rektora. Na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego zostaje utworzona dla prof. Sołtana nowa katedra atomistyki. Po przeniesieniu się do Warszawy prowadzi prof. Sołtan jeszcze przez długi czas wykłady w Politechnice Łódzkiej, dokąd dojeżdża co tydzień.

Najpilniejszym zadaniem było zapewnienie młodzieży możliwości studiów w pełnym normalnym trybie, ale zarówno rektor Pieńkowski, jak i prof. Sołtan dobrze uświadamiali sobie fundamentalny aksjomat, że na szczeblu szkoły akademickiej nauczanie splatać się musi ściśle z pracą naukową, a więc konieczna jest odbudowa ośrodka badań fizycznych.

Przy pomocy i poparciu władz państwowych zdewastowany przez okupantów gmach przy ulicy Hożej zostaje gruntownie wyremontowany i wyposażony we wszystkie potrzebne instalacje. Dobudowana do głównego korpusu gmachu specjalna nowa hala zapewnia pomieszczenie na wielkie urządzenia niezbędne jako podstawowe narzędzia fizyki jądrowej.

W roku 1946 udają się prof. Pieńkowski i prof. Sołtan jako reprezentanci nauki polskiej w składzie delegacji zaproszonej na pokazy wybuchów bomb atomowych na atol Bikini. W drodze powrotnej przez Stany Zjednoczone odwiedza prof. Sołtan ośrodki badań fizycznych, odnawiając kontakty osobiste nawiązane w czasie swojej pracy w California Institute of Technology. W Berkeley spotyka się z Ernestem O. Lawrencem, znakomitym wynalazcą i budowniczym cyklotronów, którego był poznał w Paryżu już w roku 1928.

Realizując program stworzenia fundamentów rozwoju fizyki jądrowej w Polsce, bierze prof. Sołtan aktywny udział w staraniach o nabycie pierwszego w Polsce poważniejszego urządzenia – akceleratora jonów, złożonego z dającego napięcie około 1 miliona volt generatora w układzie Greinachera oraz rury akceleracyjnej. Instalacja ta została zamówiona w Szwajcarii. W sam dzień Wigilii Bożego Narodzenia roku 1950 spotkaliśmy się około południa na tradycyjnej „rybce”. Obecni byli oboje pp. Sołtanowie, Marian Danysz i ja. Dobrze pamiętam, z jaką radością przyniósł nam prof. Sołtan wiadomość o otrzymaniu zawiadomienia, że skrzynie zawierające akcelerator nadeszły do Warszawy.

Firma szwajcarska, która dostarczyła akcelerator, miała również dokonać montażu. Zamiast cierpliwie na to czekać, prof. Sołtan przy pomocy wyszkolonych przez siebie współpracowników całkowicie zmontował dostarczoną aparaturę. Szwajcarski specjalista, przeprowadziwszy po swoim przyjeździe drobiazgową i precyzyjną kontrolę, mógł tylko stwierdzić, że montaż dokonany został bezbłędnie.

Dalsza działalność prof. Sołtana w ciągu kilku lat powojennych nie ogranicza się bynajmniej do zakupu, budowy i opracowywania koniecznych przyrządów. Przede wszystkim dąży prof. Sołtan do wykształcenia grona młodych fizyków wyspecjalizowanych w kierunku fizyki jądra atomowego. Jeżeli dziś dysponujemy już pewną, choćby szczupłą, kadrą fizyków przygotowanych do prowadzenia badań z fizyki jądrowej, to jest to w wielkiej części zasługą prof. Sołtana.

Mimo ogromnej ilości zajęć znajduje prof Sołtan czas i siły na opracowanie nowego zmodernizowanego wydania cennej, ale już nieco przestarzałej książki Marii Skłodowskiej-Curie Promieniotwórczość. Tekst uzupełnień napisanych przez prof. Sołtana świetnie przedstawia rozwój wiedzy od czasów Marii Skłodowskiej-Curie, a przy tym odznacza się ścisłością sformułowań i poprawnością języka i stylu.

Na walnym zgromadzeniu w Warszawie w roku 1952 prof. Sołtan zostaje wybrany jednomyślnie przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Fizycznego.

Od roku 1952, tj. od początku istnienia Polskiej Akademii Nauk, wchodzi prof. Sołtan jako członek korespondent w skład III Wydziału.

Ewolucja charakteru badań w dziedzinie fizyki, a szczególniej w dziedzinie fizyki jądrowej, spowodowała konieczność urządzenia specjalnych instytutów, mogących prowadzić prace w skali przekraczającej możliwości katedr akademickich, które dawniej były głównymi ośrodkami pracy naukowej. Za przykładem innych krajów powstaje w Polsce w roku 1955 Instytut Badań Jądrowych Polskiej Akademii Nauk, jako samodzielna jednostka dysponująca stosunkowo dużymi możliwościami materialnymi i personalnymi.

Jako pierwszy naczelny dyrektor wkłada prof. Sołtan całą swoją energię w organizację i wyposażenie Instytutu Badań Jądrowych. Nawiązuje harmonijną współpracę z fizykami radzieckimi, bierze udział w pracach Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych i wchodzi w skład jego rady naukowej. Doprowadza do zawarcia umowy w przedmiocie dostarczenia dla Instytutu Badań Jądrowych przez Związek Radziecki doświadczalnego reaktora jądrowego przeznaczonego do ośrodka w Świerku pod Warszawą i cyklotronu przeznaczonego do ośrodka Bronowice pod Krakowem.

Realizacja tych wielkich inwestycji nastąpiła już po ustąpieniu prof. Sołtana ze stanowiska naczelnego dyrektora.

W przekonaniu, że spełnił swój obowiązek w zakresie organizacji nauki, postanawia prof. Sołtan powrócić do pracy naukowej, której przerwanie było dla niego wielkim poświęceniem. Rezygnuje więc z zajmowanego stanowiska, zamierzając rozpocząć pracę jako pracownik naukowy w Zakładzie Fizyki Jądra Atomowego w Świerku. Po pewnym czasie jednak decyduje się przyjąć skromniejsze czynności zastępcy naczelnego dyrektora do spraw fizyki, pozostając przy tym przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu. Zajęcia urzędowe w Instytucie Badań Jądrowych, na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie jest kierownikiem Katedry Atomistyki, w Polskiej Akademii Nauk i wiele innych podobnego charakteru utrudniają mu koncentrację niezbędną do pracy badawczej. Niemniej nie tylko w miarę możności usiłuje prowadzić swoje badania eksperymentalne, podjęte w celu wyjaśnienia kapitalnego zagadnienia niezmienniczości względem inwersji czasu, ale również żywo interesując się wszystkimi pracami zakładu, służy młodszym kolegom cenną pomocą i radą opartą na swojej wielkiej wiedzy i doświadczeniu. Ostatnio zainteresowania jego zwracają się w kierunku reakcji termojądrowych i w ogóle ku fizyce plazmy. Projektuje oryginalnie pomyślaną aparaturę do tych badań i rozpoczyna jej budowę. Z powodzeniem rozwiązuje bardzo trudne zagadnienia matematyczne związane z projektowaną pracą doświadczalną.

We wtorek, 8 grudnia, około 10 rano w Świerku prof. Sołtan zaprosił dr. Kuscha i mnie do swojego gabinetu i rozpoczął rozmowę o ostatnich pracach na temat rezonansowego rozproszenia promieniowania gamma. Prace te wzbudziły wielkie zainteresowanie w Dubnie, skąd prof. Sołtan niedawno był wrócił. Po chwili zawezwał swoich bezpośrednich współpracowników i polecił im podjęcie wstępnych doświadczeń nad wspomnianym zjawiskiem jądrowym. Był świetnie usposobiony – jasno i precyzyjnie kreślił plany przyszłej pracy.

Jak zwykle wróciliśmy razem do Warszawy. Żegnając go przy wysiadaniu z samochodu, nie myślałem, że widzę go po raz ostatni.

Dwa dni później, to jest wieczorem 10 grudnia 1959 roku, porwała go śmierć nagła jak piorun.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Wspomnienie o Andrzeju Sołtanie, „Postępy Fizyki” 1960, t. XI, nr 1, s. 11–17.

Leonard Sosnowski

Urodzony 19 II 1911 w Twerze. Studia na UW. Wyjazd na stypendium na Uniwersytet w Cambridge (1936–1938). W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania, doktorat (1944). Po wojnie w Siłach Zbrojnych na Zachodzie, prace badawcze w Laboratorium Admiralicji w Teddington. Powrót na UW, habilitacja (1948), profesor UW (1950). Kierownik Zakładu Elektroniki i Radiologii UW (od 1948), dziekan Wydziału Matematyki i Fizyki (1968–1972).

Fizyk, twórca Warszawskiej Szkoły Fizyki Półprzewodników; w kręgu zainteresowań także optyka atomowa, fizyka jądrowa, fizyka ciała stałego; badania nad detekcją promieniowania podczerwonego.
Członek PAN (1960, wiceprezes 1981–1983). Dyrektor Instytut Fizyki PAN (1953–1981). Wiceprezes 1972–1978 i prezes 1978–1981 Międzynarodowej Unii Fizyki Czystej i Stosowanej.
Zmarł 9 XI 1986 w Warszawie.

Badania nas zjawiskami fotoelektrycznymi w półprzewodnikach, Warszawa 1949; Teoria wysokonapięciowego zjawiska fotowoltaicznego w cienkich warstwach półprzewodnikowych, Warszawa 1970; Wstęp do fizyki ciała stałego, Warszawa 1977.

A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia, t. IV, Warszawa 1998, s. 155–157; W. Królikowski, Pierwsze lata powojenne na Hożej, „Postępy Fizyki” 2011, t. LXII, z. 6.

MARIAN GRYNBERG

LEONARD SOSNOWSKI

1911–1986

 

Leonard Sosnowski ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim w roku 1933. Pracę magisterską napisał z dziedziny optyki atomowej. Pracę na UW rozpoczął rok przed ukończeniem studiów. Prawdopodobnie w wyniku rozmów przeprowadzonych z powracającym ze stażu w Pasadenie (USA) Andrzejem Sołtanem, pracującym również w Zakładzie prof. Stefana Pieńkowskiego, Leonard Sosnowski rozpoczął pracę, zajmując się fizyką jądrową. Była to dziedzina niezwykle bujnie rozwijająca się na świecie. Dzisiaj wiemy już na pewno, że lata 30. były jej „okresem niemowlęcym”. Sosnowski do 1936 roku opublikował 3 prace doświadczalne dotyczące reakcji z termicznymi neutronami w złocie, platynie i irydzie. Były to opracowania nie odbiegające poziomem od publikowanych wówczas prac pochodzących z renomowanych laboratoriów. W 1936 roku uzyskał stypendium polskie Narodowego Funduszu Kultury (NFK). Stypendia te przyznawane były przez Stanisława Michalskiego (z NFK) najbardziej obiecującym pracownikom naukowym uniwersytetów w Polsce. Wyjechał do Anglii, gdzie na Uniwersytecie w Cambridge, w Cavendish Laboratory, pod kierunkiem prof. Ernesta Rutherforda przez dwa lata prowadził doświadczenia dotyczące fizyki jądrowej. Rezultaty badań zostały opublikowane ze współpracownikami Rutherforda w dwóch publikacjach Cavendish Laboratory, które – kierowane przez Rutherforda – było jednym z kilku najznakomitszych laboratoriów w Europie, a może i na świecie.

W 1938 roku Sosnowski wrócił do Warszawy. Rozpoczął budowę komory Wilsona, ważnego narzędzia w badaniach fizyki jądrowej. Na podstawie wyników badań warszawskich sprzed wyjazdu do Anglii i rezultatów uzyskanych w Anglii przygotowywał rozprawę doktorską. Po powrocie zapraszany był przez Sztab Generalny Wojska Polskiego, aby przedstawić stan badań z dziedziny fizyki jądrowej. Rozszczepienie jądra było już wówczas znane, natomiast zastosowania militarne pojawiły się kilka lat później.

Wybuch wojny w 1939 roku zniweczył wszystkie plany. Leonard Sosnowski rozpoczął pracę w Elektrowni Warszawskiej. Głównym jego zajęciem były wykłady na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Tygodniowo prowadził 20 godzin zajęć. Przygotowując je, uczył mechaniki kwantowej, klucza do zrozumienia współczesnej fizyki, w nowoczesnym macierzowym sformułowaniu. Był członkiem Armii Krajowej i w Zgrupowaniu „Kiliński” uczestniczył w zdobywaniu budynku PAST-y w centrum Warszawy. Po upadku powstania znalazł się w obozie jenieckim w zachodniej części Niemiec. Po wyzwoleniu w 1945 roku przez wojska brytyjskie przedostał się przez Belgię do Anglii. Znalazł się w Cambridge, gdzie 9 lat wcześniej odbywał staż. W sklepie, w którym wówczas kupował papierosy (Navy Cut), pojawił się w mundurze polowym z naszywką „POLAND” na ramieniu; sprzedawca, rozpoznawszy go jako dawnego klienta, zapytał: „Navy Cut as always?”. Zaskoczenie Sosnowskiego było ogromne, przekonywał mnie, że jest to kwintesencja sposobu bycia Anglików.

Sosnowski pragnął kontynuować doświadczenia dotyczące fizyki jądrowej, jednak odmówiono mu zdecydowanie, twierdząc, iż jako obcokrajowiec z Polski nie może w tych badaniach uczestniczyć. Zaproponowano mu jednocześnie pracę w Laboratorium Admiralicji w Teddington. Pracowano tam nad nowym sposobem łączności między okrętami wojennymi, który uniemożliwiałby podsłuch.

Wybór padł na łączność przy użyciu wiązki promieniowania podczerwonego. Sosnowski zajął się problemami detekcji promieniowania podczerwonego. Użyto do tego celu kryształów galeny (PbS, PbSe), które przed wojną były już szeroko używane jako prostowniki w radiach kryształkowych. Wspólnie z Simpsonem i Stankiewiczem opublikowali kilka istotnych opracowań doświadczeń na kryształach i cienkich warstwach galenowych związków. Był to okres przed badaniami klasycznych półprzewodników jak german czy krzem. Nie używano jeszcze języka współczesnego i zamiast półprzewodników n-typu i p-typu mówiono o półprzewodnikach nadmiarowych i niedomiarowych. Oprócz wyników doświadczeń ukazała się w „Nature” praca Sosnowskiego opisująca procesy w złączu nadmiarowo-niedomiarowym. Na zakończenie analiz dokonywanych w Laboratorium Admiralicji ukazał się w „Physical Reviev” jego krótki artykuł, uważany za pierwszą pracę dającą poprawny opis zjawisk zachodzących w złączu p-n. Opracowanie to było licznie cytowane i uważane jest za istotne, również przez autorów późniejszych prac o złączu p-n.

W 1947 roku Leonard Sosnowski wrócił do kraju. Skończył się ważny okres w jego życiu naukowym. Po raz drugi zmienił specjalność naukową (optyka atomowa, fizyka jądrowa, fizyka ciała stałego) i tej ostatniej pozostał wierny do końca życia. W 1944 roku na tajnym Uniwersytecie Warszawskim Sosnowski obronił doktorat z fizyki jądrowej, który zatwierdzony został na UW w roku 1945. Dyplom doktorski został mu wręczony w 1947 roku. To, co zobaczył Sosnowski w Warszawie na uniwersytecie, szczególnie w porównaniu z Laboratorium Admiralicji, jest trudne do wyobrażenia. Zdziesiątkowana kadra naukowa i nieistniejące laboratoria. Wydaje się, że wówczas zdecydował, iż stworzy tu prawdziwe laboratoria i prawdziwą fizykę. Z perspektywy lat należy stwierdzić, że mu się udało. Już w roku akademickim 1947/48 prowadził wykład o zjawiskach fotoelektrycznych i fizyce promieni Roentgena. Już w następnym roku Wydział Matematyki i Nauk Przyrodniczych utworzył dla niego Zakład Elektroniki i Radiologii. Nazwa Zakładu (Katedry) prawdopodobnie odzwierciedla „wewnętrzne rozdarcie” Sosnowskiego, czy będzie się zajmował elektroniką (fizyką ciała stałego), czy też radiologią (fizyką jądrową).

Wybór został dość szybko dokonany na rzecz fizyki ciała stałego. W zakładzie tym w pierwszych latach pracował jeden fizyk i trzech inżynierów. W spisie pracowników UW z 1948 roku, gdzie każdy podawał swój adres zamieszkania, 14 pracowników naukowych Wydziału Matematyki i Nauk Przyrodniczych mieszkało samotnie bądź z rodzinami w budynku Zakładu Fizyki Doświadczalnej UW przy ul. Hożej 69. Oprócz nich mieszkało również kilka rodzin pracowników obsługi. Leonard Sosnowski żył z rodziną w domu akademickim przy placu Narutowicza. Przytaczam te fakty, aby przedstawić warunki ludzi odbudowujących fizykę warszawską po II wojnie światowej.

W tymże 1948 roku Leonard Sosnowski habilitował się, głównie na podstawie prac wykonanych w Laboratorium Admiralicji. W roku 1949/1950 został mianowanym profesorem kontraktowym, a w roku 1950/1951 został prodziekanem Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego UW. W tym czasie Sosnowski poprowadził wykład Mechanika kwantowa w wersji macierzowej (wg książki Borna i Jordana). Profesor Wojciech Królikowski w ostatnio napisanych wspomnieniach Pierwsze lata powojenne na Hożej pisze o tym wykładzie i bardzo wysoko go ocenia.

We wczesnych latach 80. zlecono mi zreferowanie prac prowadzonych przed wojną na Hożej. Po zapoznaniu się z publikacjami odniosłem wrażenie, że stan wiedzy w zespole prof. Stefana Pieńkowskiego był wystarczający, aby skonstruować laser. Wrażeniami podzieliłem się z prof. Sosnowskim, zadając mu obcesowe pytanie „dlaczego nie zrobiliście lasera”? Był tym bardzo zaskoczony i skonfudowany. Wiedziałem, że nie ma gotowej odpowiedzi. Powiedział krótko: „niech pan przyjdzie jutro”. Następnego dnia przyznał, że pytanie to nie dawało mu spać. Bardzo przeprosiłem. Zdaniem prof. Sosnowskiego znajomość teorii kwantów na Hożej przed wojną była dość ograniczona, pracowano jedynie z użyciem starej teorii kwantów. Dopiero przygotowując wykłady na tajnym uniwersytecie w czasie wojny, Leonard Sosnowski poznał mechanikę kwantową w wersji macierzowej. I stąd pewnie jego wykład na Hożej, który był pierwszym wykładem mechaniki kwantowej w sformułowaniu macierzowym. Drugim powodem mógł być stosunek prof. Pieńkowskiego do fizyków teoretyków. Był on wybitnym eksperymentatorem o znakomitym przygotowaniu matematycznym, nie doceniał jednak wkładu teoretyków. Bez zrozumienia mechaniki kwantowej w sformułowaniu macierzowym praktycznie niemożliwe było, zdaniem Leonarda Sosnowskiego, wymyślenie idei lasera. O jego stosunku do fizyki teoretycznej świadczyć może zestaw obciążeń dydaktycznych w jednym z semestrów pod koniec lat 40. na Hożej: wykład Podstawy doświadczalnej fizyki kwantowej – 2 godz./tyg., wykład Elektronowa teoria wiązań chemicznych – 1 godz./tyg., Pracownia elektroniki i radiologii – 2 godz./tyg., Seminarium z fizyki doświadczalnej – 2 godz./ tyg., prowadzone wspólnie z profesorami Pieńkowskim i Sołtanem. Pierwsze lata po powrocie z Anglii naukowo dzielone były pomiędzy tworzenie laboratoriów badawczych i kontynuowanie prac dotyczących efektów fotoelektrycznych i fotowoltaicznych na związkach ołowiu (PbS i PbSe). W 1950 roku Leonard Sosnowski uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego. Trzy lata później powołany został Instytut Fizyki PAN. Jego dyrektorem został prof. Pieńkowski, a jego zastępcami profesorowie: Leopold Infeld – teoretyk, Henryk Niewodniczański – fizyk jądrowy i Leonard Sosnowski.

Kilka miesięcy po nominacji umiera prof. Pieńkowski. Jego następcą zostaje prof. Leonard Sosnowski. Rozpoczyna długi i trudny okres tworzenia nowego ośrodka naukowego, który obecnie jest jednym z najpoważniejszych w Polsce centrów fizyki. Początkowo IF PAN mieścił się częściowo na Hożej, częściowo w budynku PAST-y (którą w czasie powstania warszawskiego Sosnowski zdobywał z oddziałem AK im. Kilińskiego). Początkowo profesor rozwijał w IF PAN badania fotoefektów w materiałach krystalicznych (Ge i Si) oraz badania strukturalne przy użyciu promieni Rontgena. Po śmierci prof. Pieńkowskiego kilku pracowników jego katedry na Hożej przeniosło się do Katedry Elektroniki i Radiologii. Obydwa ośrodki Hoża i IF PAN współpracowały ze sobą zgodnie. Profesor Sosnowski, dyrektor IF PAN, zachował kierowanie Katedrą Elektroniki i Radiologii. W 1956 roku Sosnowski uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Przy IF PAN stworzone zostało laboratorium technologii wzrostu kryształów (krzem i bor) oraz UNIPAN – zakład budowy aparatury naukowej. Żeby badać półprzewodniki, trzeba najpierw je wytworzyć i posiadać aparaturę niezbędną w laboratoriach badawczych. Coraz bardziej rozszerzano tematykę badawczą (półprzewodniki z wąską przerwą, półprzewodniki z zerową przerwą energetyczną, zjawiska nieparaboliczności relacji dyspersyjnych i ich konsekwencje, domieszki zlokalizowane, półprzewodniki półmagnetyczne). Badania skupiające coraz więcej fizyków doprowadziły do powstania Warszawskiej Szkoły Fizyki Półprzewodników. Jej niekwestionowanym twórcą i liderem był Leonard Sosnowski. W 1960 roku prof. Sosnowski został wybrany członkiem korespondentem PAN, a w roku 1969 – członkiem rzeczywistym. Cały czas pracował równolegle w IF PAN i na Hożej. Rok 1968 zastał go na stanowisku Dziekana Wydziału Matematyki i Fizyki. W tym trudnym okresie nagonki antyinteligenckiej i antysemickiej zachował się niezwykle godnie, jak przystało na prawdziwego profesora uniwersyteckiego. Dbał o młodzież i niezwykle jej pomagał, podobnie jak i atakowanym współpracownikom. Doceniając wkład Warszawskiej Szkoły Fizyki Półprzewodników, Międzynarodowa Unia Fizyki Czystej i Stosowanej (IUPAP) przyznała Polsce organizację w roku 1972 największej konferencji fizyki półprzewodników (ICPS), odbywającej się co dwa lata w różnych częściach świata; ponownie przyznano Polsce jej przygotowanie w 1988 roku (czego już prof. Sosnowski nie dożył).

W latach 1972–1978 był dwukrotnie wiceprezesem Międzynarodowej Unii Fizyki Czystej i Stosowanej, a w 1978 roku został jej prezesem. To najwyższy stopień uznania międzynarodowego środowiska fizycznego. W 1981 roku ze względów zdrowotnych zrezygnował z funkcji dyrektora IF PAN. Pełnił jeszcze funkcję przewodniczącego Rady Naukowej IF PAN. Był też wiceprezesem PAN. W ostatnich latach życia w wyniku napięć personalnych w IF PAN pracował wyłącznie na Hożej. W czasie swojej pracy naukowej wypromował około 40 doktorów, a obecnie w dziedzinie fizyki półprzewodników w Warszawie i innych ośrodkach pracuje około 50 profesorów wywodzących się z jego szkoły. Był erudytą w fizyce, swobodnie „poruszającym się” po różnych jej działach. Z perspektywy lat w ocenie jego działalności za najważniejsze uważam: tworzenie szkoły naukowej, docenianie roli dydaktyki (cotygodniowe seminarium prowadzone przez niego od 1948 roku trwa do dziś przy średniej liczbie około 70 uczestników), wybór niszowych tematyk badawczych (w latach 90. miał z tego powodu poważne nieprzyjemności), docenianie roli kontaktów ze światem (nie ma fizyki polskiej, jest tylko fizyka w Polsce), niedopisywanie się do publikacji współpracowników (istotna zasada rygorystycznie przestrzegana), docenianie roli badań teoretycznych, silną dominantę kryteriów merytorycznych w ocenie współpracowników.

Profesor Leonard Sosnowski – jak każdy z nas – miał swoje słabości, ale z tego, co stworzył może być dumny, tak jak my dumni jesteśmy z naszego mistrza.

Franciszek Staff

Urodzony 5 VIII 1885 we Lwowie. Studia na UJK we Lwowie. Wyjazd naukowy do Wiednia oraz do Stacji Biologicznej w Trieście. Doktorat na Uniwersytecie Wiedeńskim. Habilitacje na SGGW (1918) oraz na UW (1936). Profesor SGGW (1920), kierownik Zakładu Ichtiobiologii i Rybactwa (od 1920), Zakładu i Katedry Rybactwa (1945–1959), Katedry Zoologii (1954–1959). Dziekan Wydziału Rolniczego (1921–1922, 1926–1928), rektor SGGW (1945–1947). Wykłady na UW z rybactwa oraz biologii i chorób ryb (1920–1952).

Ichtiolog, specjalista w zakresie rybactwa śródlądowego; twórca pierwszej w Polsce naukowej placówki do badania ryb słodkowodnych. Współautor ustawy o rybołówstwie (1932).
Członek TNW (1950), członek-założyciel (1921) i prezes (1939–1948) Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego.
Doktor honoris causa Wyższej Szkoły Rolniczej w Olsztynie (1961).
Zmarł 2 VIII 1966 w Warszawie.

Związek Selekcyjny Hodowli Karpia Rasy Polskiej, Warszawa 1923; Projekt ogólnopolskiej ustawy o rybołówstwie, Warszawa 1931; Ryby słodkowodne Polski: biologja, przegląd systematyczny i klucz do oznaczania gatunków, Warszawa 1941; Ryby słodkowodne Polski i krajów ościennych, Warszawa 1950.

S. T. Sroka, Staff Franciszek, [w:] PSB, t. XLI, Warszawa 2002, s. 449–452.

TOMASZ MAJEWSKI

FRANCISZEK STAFF

1885–1966

 

Profesor Franciszek Staff był znawcą ryb i rybactwa śródlądowego. Znakomicie wykształcony w kraju i za granicą, był pierwszym w Polsce profesorem tej specjalności, a zarazem organizatorem rybactwa słodkowodnego w naszym kraju. Z Uniwersytetem Warszawskim nie był ściśle związany. Z początku pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego, później Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, był jednak także przez pewien czas docentem i kierownikiem zakładu na Uniwersytecie Warszawskim, prowadził wykłady i przekazywał naszym studentom wiedzę ze swojej specjalności.

Urodził się 5 sierpnia 1885 roku we Lwowie. Jego ojciec, Franciszek Staff, pochodzenia czeskiego, był lwowskim cukiernikiem, starszy brat – Leopold – znanym polskim poetą. Młody Franciszek ukończył we Lwowie V Gimnazjum Filologiczne, później podjął studia przyrodnicze na Uniwersytecie Lwowskim pod kierunkiem wybitnego zoologa i propagatora darwinizmu, prof. Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Studiował tu w latach 1904–1909, z trzyletnią przerwą, w czasie której uzupełniał wykształcenie na uniwersytecie w Wiedniu i pracował w Stacji Biologicznej w Trieście. Doktorat z filozofii otrzymał na Uniwersytecie Wiedeńskim, gdzie pod kierunkiem embriologa Bertholda Hatscheka napisał rozprawę Organogenetische Untersuchungen über Criodrilus lacuum Hfmstr., często później cytowaną przez specjalistów, a dotyczącą rozwoju jednej ze słodkowodnych pierścienic. Później, w latach 1909–1911, pracował na uniwersytecie w Monachium w Zakładzie Protozoologii pod kierunkiem Franza Dofleina, w rybackiej stacji przy tym uniwersytecie u Brunona Hofera, i w Instytucie Rybactwa Słodkowodnego w Friedrichshagen pod kierunkiem ichtiologa Friedricha Schiemenza.

Po powrocie do kraju w 1911 roku z początku osiadł w Krakowie. Tu rozpoczął wykłady z biologii i hodowli ryb w Studium Rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego i zorganizował pracownię rybacką. Jednocześnie pełnił obowiązki kierownika Krajowego Towarzystwa Rybackiego w Krakowie (później został jego członkiem honorowym) i redagował organ Towarzystwa „Okólnik Rybacki”. Podjął się także zadania – na zlecenie Centralnego Towarzystwa Rybackiego – utworzenia pierwszej w kraju naukowej placówki dla badania ryb słodkowodnych. Była to Biologiczna Stacja Doświadczalna Rybacka w Rudzie Malenieckiej (pow. konecki), którą kierował w latach 1912–1915. Pracował w tym czasie naukowo w laboratorium zoologicznym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Wysiedlony przez uchodzących przed Niemcami Rosjan w okolice Saratowa, pracował aż do końca wojny na rzecz licznych wysiedlonych tak jak on Polaków, uczestniczył w zakładaniu polskich szkół i warsztatów rzemieślniczych.

W końcu 1918 roku powrócił do Warszawy, niezwłocznie włączając się w odbudowę struktur niepodległego państwa. Jeszcze w tym roku zorganizował Wydział Rybacki Centralnego Towarzystwa Rolniczego i został jego kierownikiem. Ministerstwo Rolnictwa i Dóbr Koronnych zleciło mu zaprojektowanie organizacji rybactwa w Polsce; odpowiedni dokument przedstawił jeszcze przed końcem tego roku. Jednocześnie przystąpił do organizacji studiów z zakresu rybactwa w tworzącej się w Warszawie Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Na uczelni tej, na Wydziale Rolniczym habilitował się z zakresu rybactwa jeszcze w październiku roku 1918 na podstawie rozprawy Badania histologiczno-anatomiczne nad włóknistym nabłonkiem dobrotliwym u lina i jako docent rozpoczął prowadzenie wykładów z biologii i hodowli ryb i z rybactwa.

W SGGW Franciszek Staff pracował od 1918 roku aż do przejścia na emeryturę. Od 1920 roku kierował stworzonym przez siebie Zakładem Ichtiobiologii i Rybactwa, pierwszym w Polsce tej specjalności. Odpowiednią katedrę objął w 1920 roku, po otrzymaniu nominacji na profesora nadzwyczajnego; w 1928 roku został mianowany profesorem zwyczajnym. W wojnie bolszewickiej 1920 roku wziął udział ochotniczo, służąc w artylerii przeciwlotniczej. W latach 1921/1922 i 1926/1928 pełnił funkcję dziekana Wydziału Rolniczego. Wiele pracy włożył w redagowanie Księgi Pamiątkowej, przygotowanej na jubileusz SGGW w 1936 roku; ogromny zawarty w niej materiał źródłowy służy kolejnym pokoleniom historyków nauki w Polsce.

Program badawczy kierowanego przez Staffa Zakładu to z początku przede wszystkim zagadnienia związane z hodowlą ryb stawowych, będących wówczas jedynym obiektem wytwórczości rybackiej w Polsce. Badania naukowe profesora i jego współpracowników dotyczyły więc, ogólnie biorąc, biologii produkcji zbiorników zamkniętych, a w szczególności biologii wzrostu, rozrodu i zimowania karpia. Bazą doświadczalną dla Zakładu była reaktywowana i przejęta przez SGGW w 1923 roku Stacja Doświadczalna w Rudzie Malenieckiej. Później pracownicy Zakładu rozszerzyli zakres działań naukowych na naturalne tereny rybackie, a więc jeziora i rzeki, badając warunki rozsiedlenia i biologię ryb w wodach śródlądowych Polski, a także rozpoczynając określanie charakterystyki biologicznej poszczególnych zbiorników wodnych. Od początku prowadził Staff także badanie chorób ryb, szczególnie karpia, ich występowania i zwalczania; w Zakładzie funkcjonował Punkt Rozpoznawczo-Badawczy Chorób Ryb, służący wszystkim zainteresowanym, utrzymywany ze środków pozazakładowych.

W czasie okupacji niemieckiej prof. Franciszek Staff odegrał wyjątkowo dużą rolę w utrzymywaniu w Warszawie tajnego nauczania na poziomie akademickim. Był on twórcą tzw. Liceum Rybackiego, czyli Prywatnej Szkoły Rybackiej II stopnia dr. Franciszka Staffa. Rozpoczęła ona działalność w listopadzie 1940 roku, dzięki finansowemu poparciu Związku Organizacji Rybackich, którego zresztą profesor był prezesem. W dwuletnim kursie nauczania Szkoły wykładali profesorowie SGGW (Franciszek Staff, Roman Kuntze, Stanisław Turczynowicz), Uniwersytetu Warszawskiego (Wacław Roszkowski, Tadeusz Jaczewski), także asystentka prof. Staffa z SGGW dr Matylda Gąsowska oraz adiunkci i asystenci Uniwersytetu. Trzy roczniki absolwentów szkoły zasiliły później gospodarkę stawową lub kontynuowały po wojnie kształcenie. Szkoła prof. Staffa służyła jednocześnie jako miejsce tajnego nauczania SGGW na dotychczasowym, akademickim poziomie. W jej laboratoriach studenci SGGW odbywali ćwiczenia, a w jej klasach prowadzono wykłady. Profesor Staff wykładał tu również ichtiologię dla studentów tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, prowadząc dla nich ćwiczenia w swojej szkole. Nauczał także w zorganizowanej przez siebie jednorocznej szkole rybackiej w Tatarze w powiecie rawskim.

Drugą cenną, realizowaną w okresie okupacji przez prof. Staffa inicjatywą w zakresie nauczania było wydawanie podręczników na poziomie akademickim z dziedziny nauk rolniczych i przyrodniczych. Firmował je Związek Organizacji Rybackich. W czasie okupacji profesor wydał tu 23 publikacje, w tym własną monografię Ryby słodkowodne Polski (1941). Książka ta była przeglądem systematyki i biologii wszystkich naszych ryb słodkowodnych, pierwszym po przeglądzie Antoniego Wałeckiego (1864) i kluczu pod redakcją Henryka Hoyera juniora (1910).

W reaktywowanej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego Franciszek Staff wrócił do swoich dawnych zajęć. Jako rektor swojej uczelni (piastował tę godność od kwietnia 1945 do września 1947) zainaugurował 15 maja 1945 roku w zdewastowanym gmachu przy ul. Rakowieckiej pierwszy po wojnie rok akademicki, rok 1944/1945. W pięknym przemówieniu przekazał młodzieży ideały, którymi żyło jego pokolenie: „Dostąpiliśmy zaszczytu, że pierwszą jesteśmy uczelnią akademicką, odżywającą w stolicy... Chwila ta niech upamiętni się w sercach tych wszystkich, którzy po raz pierwszy wstępują w nasze mury... W chwili uroczystej immatrykulacji nowych studentów uchylam czoła przed Majestatem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która, zdradziecko napadnięta, uległa przemocy, a mocą ducha, hartem woli i siłą charakteru swych synów w walce przeciw złości szatana dotrwała godziny, w której stanęła wśród narodów zwycięskich z nieskalanym pióropuszem sławy i dobrym imieniem. Taki hart ducha niech się stanie Waszym udziałem, a praca Wasza wyjdzie na dobro całego narodu i chwałę Polski”1.

Z zapałem przystąpił do uruchomienia i odbudowy uczelni, która jako pierwsza szkoła wyższa w Warszawie rozpoczęła powojenną działalność. Przejmował i organizował majątki doświadczalne mające służyć szkole, zabezpieczył majątek pracowni rybackiej likwidowanego Państwowego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego w Bydgoszczy. W latach 1945–1960 kierował w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego Zakładem, później Katedrą Rybactwa, a w latach 1954–1959 także Katedrą Zoologii. Zorganizował w SGGW Studium Rybackie działające od 1946 roku, pełnił obowiązki przewodniczącego jego Rady i kierował funkcjonującym w jego ramach Zakładem Ichtiobiologii i Rybactwa. Po likwidacji Studium w roku 1952 (w związku z utworzeniem Wydziału Rybackiego na WSR w Olsztynie) w SGGW pozostała Katedra Rybactwa, przydzielona do nowo utworzonego Wydziału Zootechnicznego jako jego jednostka usługowa, nieprowadząca już prac magisterskich.

Profesor Staff był aktywny także poza swoją uczelnią. Organizował Wydział Rybacki w Centralnym Towarzystwie Rolniczym w Warszawie (1918), wykładał rybactwo na Politechnice Warszawskiej (1920–1933), uzyskując tu habilitację na Wydziale Inżynierii, służył konsultacjami w sprawach rybactwa w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych i uczestniczył w przygotowaniu pierwszej polskiej ustawy o rybołówstwie (1932). W 1921 roku zorganizował Związek Selekcji Hodowli Karpia Rasy Polskiej, prowadzący (pierwszy na świecie) rybacką akcję selekcyjną przy zastosowaniu jednolitych, naukowych metod. W latach 1925–1939 wydawał „Rocznik Ichtiobiologii”, od 1928 roku redagował „Przegląd Rybacki”.

W latach 1925–1926, korzystając z zasiłku Instytutu Rockefellera, Staff odbył piętnastomiesięczną podróż do Stanów Zjednoczonych i kilku krajów zachodniej Europy w celu zaznajomienia się z organizacją tamtejszych placówek badawczych, metodami badań oraz stanem i organizacją rybołówstwa, a w roku 1938, wraz z kilkoma swoimi uczniami, odbył podobną podróż do południowej Szwecji. Reprezentował polskie rybactwo na kilku międzynarodowych kongresach. W okresie powojennym, jako prezes Związku Organizacji Rybackich, działał na rzecz odbudowy krajowego rybactwa. Przewodniczył Funduszowi Ochrony Rybołówstwa, współdziałał przy wznowieniu „Przeglądu Rybackiego” i „Archiwum Hydrobiologii i Rybactwa”. Brał udział w Kursach Korespondencyjnych Rolniczych im. Stanisława Staszica, organizowanych przez Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie, i pozostawił wydrukowane dla kursantów teksty pięciu wykładów o hodowli ryb. Reprezentował Polskę na zjazdach i konferencjach poświęconych rybactwu za granicą.

Profesor Franciszek Staff związany był także z Uniwersytetem Warszawskim, służąc przez wiele lat jego studentom swoją rozległą wiedzą. Z początku, od 1920 roku, prowadził wykład zlecony z rybactwa dla słuchaczy Studium Weterynaryjnego na Wydziale Lekarskim UW, a później, od 1927 roku, na Wydziale Weterynaryjnym. W 1936 roku uzyskał na Wydziale Weterynaryjnym habilitację z zakresu biologii i chorób ryb i wykładał ten przedmiot na tym Wydziale do 1952 roku.

Udzielał się w towarzystwach naukowych: był m.in. członkiem założycielem Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego (1921) i Związku Organizacji Rybackich (1929), członkiem korespondentem Akademii Nauk Technicznych, członkiem zwyczajnym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, członkiem czynnym Masarykowej Akademii Pracy w Pradze, w latach 1939–1948 prezesem Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego, a w latach 1960–1962 przewodniczył Sekcji Ichtiobiologii Komitetu Nauk Zootechnicznych PAN. W 1961 roku Wyższa Szkoła Rolnicza w Olsztynie przyznała mu doktorat honorowy.

O udziale profesora Staffa w konspiracji w czasie II wojny niewiele wiemy. Wyżej wspomniano o znaczeniu prowadzonego przez niego Liceum Rybackiego dla tajnego kształcenia studentów SGGW i UW. Czy brał udział w konspiracyjnych strukturach Państwa Podziemnego? Może to sugerować znalezienie wewnątrz szafki z jego gabinetu, która trafiła do Muzeum SGGW, ukrytych tam dokumentów dowództwa Narodowych Sił Zbrojnych z lat 1942–1944. Znaleziono je w 2009 roku, w czasie renowacji mebla.

Wydany drukiem dorobek prof. Staffa obejmuje liczne artykuły dotyczące organizacji produkcji rybnej w Polsce, stanu aktualnego, projektów i zadań w przyszłości, a więc dotyczy głównego nurtu jego działalności, prowadzącej do podniesienia znaczenia tego działu gospodarki narodowej. Prace badawcze dotyczą szczegółów anatomii i fizjologii ryb, chorób ryb (ospa karpia, 1910, 1926; epidemiczne śnięcie narybku, 1914; choroba nozdrzy u karpia, 1925), problemów wprowadzania nowych gatunków ryb (1910, 1930), wreszcie są tu artykuły dotyczące przygotowywanej z jego udziałem ustawy o rybołówstwie (1931, 1932). Wspomniany wyżej podręcznik Ryby słodkowodne Polski, wydany w konspiracyjnym wydawnictwie, był pierwszym w polskiej literaturze. Rozszerzona wersja (pod tytułem Ryby słodkowodne Polski i ziem ościennych) wyszła drukiem w 1950 roku. Cenny był także w swoim czasie podręcznik Hodowla ryb w stawach, wydany w 1947 roku, będący rozszerzeniem wykładów prowadzonych na Kursach im. Staszica.

Profesor Franciszek Staff zmarł w Warszawie 2 sierpnia 1966 roku. Pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

SECT-ID LINK

1Przemówienie do młodzieży wygłoszone przez Jego Magnificencję Rektora... Franciszka Staffa [...] w dniu otwarcia roku akademickiego 1944/45 15 maja 1945 r., cyt. za: Załącznik 1 do „Spisu Wykładów i Składu Osoboweg SGGW” na r. akad. 1945/46, s. 3, 9.

Jerzy Starościak

Urodzony 18 I 1914 w Jurkowie. Studia na USB w Wilnie (1932–1936), asystent przy Katedrze Prawa Administracyjnego (od 1935). Studia uzupełniające we Wrocławiu (1937–1939). Doktorat na USB (1939). Wolontariusz w Katedrze Prawa Administracyjnego Wydziału Prawa UW (1945–1947). Dziekan Wydziału Społeczno-Politycznego Akademii Nauk Politycznych (1947–1949). Habilitacja na UW (1948), profesor (1950). Kierownik Katedry Prawa Administracyjnego (1960–1968), dyrektor Instytutu Administracji i Zarządzania (1968–1972), prodziekan Wydziału Prawa (1951–1953).

Prawnik, specjalista w dziedzinie prawa administracyjnego, współtwórca warszawskiej szkoły nauki prawa administracyjnego i nauki administracji.
Po II wojnie światowej pracownik Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP i Kancelarii Rady Państwa. Poseł na Sejm (1972–1974).
Współautor Kodeksu postępowania administracyjnego (1960).
Pracownik Instytutu Nauk Prawnych PAN (1962–1966).
Zmarł 7 X 1974 w Warszawie.

Prawo administracyjne, Warszawa 1948; Decentralizacja administracji, Warszawa 1960; Zarys nauki administracji, Warszawa 1966; Administracja: zagadnienia teorii i praktyki, Warszawa 1974; System prawa administracyjnego, t. I-IV, Warszawa 1977–1980.

J. Łętowski, Profesor Jerzy Starościak i polska nauka prawa administracyjnego, „Organizacja, Metody, Techniki” 1975, R. 29, nr 6.

HUBERT IZDEBSKI

JERZY STAROŚCIAK

1914–1974

 

Jerzego Starościaka można uznać – obok starszego o jedno pokolenie Maurycego Jaroszyńskiego (1890–1974), po którym w 1960 roku Starościak przejął kierownictwo Katedry Prawa Administracyjnego Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego – za współtwórcę warszawskiej szkoły nauki prawa administracyjnego i nauki administracji1.

Urodzony 18 stycznia 1914 roku w Jurkowie (w woj. kieleckim) w rodzinie nauczycielskiej, kształcił się i formował naukowo w Wilnie. W Wilnie ukończył gimnazjum i uzyskał maturę (1932) oraz podjął studia na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych Uniwersytetu Stefana Batorego, które ukończył w 1936 roku. Jeszcze jako student w 1935 roku został młodszym asystentem przy Katedrze Prawa Administracyjnego, którą kierował Jerzy Panejko, autor m.in. rozprawy Geneza i podstawy samorządu europejskiego2; po ukończeniu studiów stał się asystentem w tej katedrze. W latach 1937–1939 dzięki uzyskanemu stypendium odbył studia uzupełniające we Wrocławiu, mogąc zapoznać się z dorobkiem niemieckiej doktryny administracyjno-prawnej. W kwietniu 1939 roku uzyskał stopień doktorski, na podstawie rozprawy Samorząd adwokatury, przygotowanej pod kierunkiem Panejki. Samorząd – w tym przypadku samorząd zawodowy – stanowił punkt wyjścia naukowych zainteresowań Starościaka i wielokrotnie do tych zagadnień powracał po 1945 roku, w nowych warunkach ustrojowych, gdy miejsce samorządu terytorialnego zajęły rady narodowe, od 1950 roku w pełni już funkcjonujące w ramach modelu radzieckiego.

Jednocześnie Starościak utrzymywał kontakt z praktyką, w szczególności dzięki podjęciu aplikacji w wileńskim oddziale Prokuratorii Generalnej. Prokuratoria pełniła funkcje adwokata Skarbu Państwa w postępowaniach sądowych i administracyjnych, ciesząc się wielkim poważaniem ze względu na wysokie kwalifikacje swojej kadry. Wskutek tego była ona znakomitą szkołą sztuki prawniczej.

Po okresie wojny, spędzonym w Wilnie, gdzie pracował w różnych miejscach (jako pracownik umysłowy, robotnik i ekspedient), od lutego 1945 roku przebywał w Warszawie i mieszkał w niej już do końca życia. Tutaj związał się z dwiema instytucjami.

Z jednej strony było to Biuro Krajowej Rady Narodowej, a następnie Kancelaria Rady Państwa, gdzie Starościak pracował do 1958 roku, zajmując się problematyką rad narodowych jako, kolejno, radca prawny, naczelnik wydziału, wicedyrektor i z powrotem, na własną prośbę, radca prawny. Także po 1958 roku zachowywał wszechstronny kontakt z praktyką administracji, w tym jako autor opinii prawnych z zakresu prawa administracyjnego.

Z drugiej strony, był to Uniwersytet Warszawski. W latach 1945–1947 Starościak pracował jako wolontariusz w Katedrze Prawa Administracyjnego Wydziału Prawa. W 1948 roku na Wydziale Prawa uzyskał habilitację. Podstawą przyznania veniae legendi była rozprawa Swobodne uznanie władz administracyjnych (Warszawa 1948). Biorąc pod uwagę jej treści, stanowiła ona rozwinięcie przedwojennych studiów autora, w tym studiów nad doktryną niemiecką. Choć szybko przestała pasować do nowych wymagań ideologicznych, okazuje się ona wciąż w dużej mierze aktualna, gdyż, poszukując rozwiązań właściwych dla naszych czasów, nie powinniśmy i nie możemy odrywać się od klasycznych rozwiązań i związanej w nimi doktryny. Nie jest zatem kwestią przypadku, że studium poświęcone zasadzie, która w obecnej postaci nie wystąpiła jeszcze w prawie administracyjnym za życia Starościaka, mianowicie zasadzie proporcjonalności, mogłem zacząć od zacytowania fragmentu jego rozprawy habilitacyjnej3 – by stwierdzić, że „gdyby nie takie terminy jak «państwo społeczne» czy «uspołecznienie administracji» – bardziej zresztą właściwe okresowi II Rzeczypospolitej niż czasom, w jakim była publikowana – powyższa wypowiedź sprzed 60 lat mogłaby być uznana za całkowicie współczesną”4.

Po krótkim epizodzie pracy w Akademii Nauk Politycznych (która, będąc uprzednio uczelnią prywatną, w 1946 stała się akademicką szkołą państwową, by w 1950 ulec przekształceniu w Szkołę Główną Służby Zagranicznej) w charakterze adiunkta, zastępcy profesora oraz w 1949 roku profesora nadzwyczajnego i jednocześnie Dziekana Wydziału Społeczno-Politycznego – Jerzy Starościak powrócił na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w 1950 roku – jako profesor nadzwyczajny, a od 1958 roku profesor zwyczajny. Na Wydziale Prawa (od 1968 Wydziale Prawa i Administracji)5 pełnił wiele funkcji: prodziekana (1951–1953), kierownika Katedry Prawa Administracyjnego (1960–1969), dyrektora stworzonego wówczas przy jego poważnym udziale Instytutu Administracji – od 1968 roku Instytutu Administracji i Zarządzania (1967–1972); powołany w 1974 roku na kierownika Zakładu Porównawczego Prawa Administracyjnego i Nauki Administracji, funkcji tej nie zdążył już objąć. Wobec jego znakomitej organizacji pracy, znacznej aktywności organizacyjnej, dydaktycznej (w tym prowadzenie seminarium doktoranckiego, w którym miałem zaszczyt uczestniczyć w latach 1969–1972), a przede wszystkim naukowej na Wydziale, nie stała na przeszkodzie poważna aktywność zewnętrzna; poza wspomnianym związaniem, także po ustaniu zatrudnienia w Kancelarii Rady Państwa, z praktyką przede wszystkim z zakresu rad narodowych, należy wymienić zatrudnienie w Instytucie Nauk Prawnych PAN (1962–1966) oraz pełnienie różnych funkcji w strukturach korporacyjnych Akademii, jak również aktywność w strukturach ruchu ludowego (zapoczątkowaną kierowaniem Wydziałem Administracyjno-Samorządowym Naczelnego Komitetu Wykonawczego Stronnictwa Ludowego, a zakończoną piastowaniem od 1972 z ramienia Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego mandatu poselskiego z okręgu w Gdańsku).

Przy tak szerokiej i różnorodnej działalności podstawową troską Starościaka była działalność naukowa. Pozostawił po sobie wyjątkowo obfity dorobek, na który składa się m.in. około 30 książek i który do dzisiaj stanowi inspirację dla specjalistów nauki prawa administracyjnego i nauki administracji w różnych ich aspektach; można bowiem wyodrębnić co najmniej sześć szczególnych kierunków zainteresowań naukowych Jerzego Starościaka.

Pierwszy kierunek stanowiły podstawowe problemy teorii prawa administracyjnego. Poza swobodnym uznaniem administracji należała do niego materia prawnych podstaw działania administracji, a zatem również źródeł prawa administracyjnego. W pracach z tego zakresu6 Starościak w znacznym stopniu stworzył, w warunkach mało sprzyjających gruntowaniu zasady legalizmu (która znajduje wyraz w art. 7 Konstytucji RP)7, podstawy dzisiejszej teorii z tego zakresu. W szczególności, odróżniając od siebie (co i dzisiaj w dużej mierze czynimy) zewnętrzną, skierowaną do obywateli i innych odrębnych podmiotów prawa, i wewnętrzną sferę działań administracji, w odniesieniu do pierwszej z tych sfer wymienił następujące prawne formy działania organów administracji: stanowienie przepisów ogólnie obowiązujących, wydawanie aktów administracyjnych (w tym decyzji administracyjnych), zawieranie porozumień administracyjnych, zawieranie umów, prowadzenie działalności społeczno-organizatorskiej oraz wykonywanie czynności materialno-technicznych; w ramach drugiej ze sfer wyróżnił akty generalne stosowania prawa, polecenia służbowe i czynności materialno-techniczne. Prawie wszystkie te pojęcia funkcjonują w dzisiejszej doktrynie prawa administracyjnego. Starościak był przy tym – do 1966 roku wraz ze starszym od siebie Emanuelem Iserzonem (1893–1985), profesorem Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej – autorem podstawowego podręcznika z zakresu prawa administracyjnego, który ukazał się czterokrotnie w wersji współautorstwa oraz wielokrotnie w wydaniu autorstwa Starościaka (od 1969). Podręcznik wyróżniał się, co nie było powszechne w owych czasach, bardzo merytorycznym podejściem i nikłością, gdzie indziej wcale nierzadkich, odwołań ideologicznych. Starościak był również inicjatorem opracowania czterotomowej, zbiorowej syntezy System prawa administracyjnego; zdążył przygotować ważne elementy pierwszego tomu, który ukazał się pod jego redakcją, ale już po jego śmierci (Warszawa 1977).

Drugim kierunkiem zainteresowań Starościaka była, kontynuowana od czasów wileńskich, problematyka samorządu terytorialnego, co w nowych warunkach oznaczało problematykę rad narodowych, ale również – aspekt bardzo ważny dla tego autora, mogący wystąpić po 1956 roku – szerszą problematykę decentralizacji administracji, której był orędownikiem, oczywiście w ramach ówczesnych uwarunkowań politycznych i prawnych. W tym zakresie można wymienić takie książki jak Rady narodowe. Wykład o ustroju i komentarz do ustawy (wspólnie z Kazimierzem Biskupskim, Warszawa 1947), a przede wszystkim Decentralizacja administracji (Warszawa 1960).

Trzeci kierunek trzeba wiązać z problematyką procedury administracyjnej, dotyczącej proceduralnych aspektów wydawania podstawowej formy aktów administracyjnych, tj. decyzji administracyjnych. Starościak był, wraz z Emanuelem Iserzonem, referentem powołanej przez Prezesa Rady Ministrów komisji przygotowującej projekt Kodeksu postępowania administracyjnego, a w rezultacie współautorem tekstu Kodeksu uchwalonego w 1960 roku, rozwijającego rozwiązania rozporządzenia Prezydenta RP z 1928 roku o ogólnym postępowaniu administracyjnym. Kodeks – choć po wielu nowelizacjach, dokonywanych przede wszystkim od 1990 roku – obowiązuje do dziś, co świadczy o jego zasadniczym dostosowaniu do warunków demokratycznego państwa prawnego, którym ma być Rzeczpospolita Polska, poczynając od deklaracji sformułowanej w nowelizacji konstytucji uchwalonej w grudniu 1989 roku8. Wraz z Iserzonem, Starościak opublikował obszerny komentarz do Kodeksu9.

Nowym, w stosunku do czasów wileńskich i pierwszych lat powojennych, kierunkiem zainteresowań Starościaka była nauka administracji – uprawiana w Polsce przed okresem stalinowskim, lecz następnie programowo odrzucona. W 1960 roku opublikował Elementy nauki administracji, a w 1966 roku Zarys nauki administracji. Choć książki te były ukierunkowane na wypracowanie właściwych cech działania administracji państwa socjalistycznego, a autor wydawał się wierzyć, że jest to możliwe, gdyż otwiera się nowy etap życia, „dla określenia którego przyjmuje się nazwa «socjalistycznego renesansu»”10, nawiązywały one zarówno do wcześniejszych – burżuazyjnych, jak je wciąż określano – opracowań z zakresu administracji współistniejącej z nauką prawa administracyjnego, jak i, ze względu na przekonanie, że nauka administracji ma za cel zapewnienie sprawności działania administracji, do nowej wówczas nauki prakseologii, rozwijanej przez Tadeusza Kotarbińskiego. „Prakseologia i nowatorskie w tamtych czasach nawiązanie do niej w ujęciach Jerzego Starościaka stała się przykładem możliwości szerokiego spojrzenia na rzeczywistą administrację i niezmiernie twórczej dyskusji na temat istoty, charakteru, przedmiotu badawczego, metody, a przede wszystkim kwestii samodzielności nauki administracji”11. Zasługą Starościaka było nie tylko to, że taka dyskusja toczyła się w naszym kraju w początku lat 70., a dzięki tłumaczeniom jego książek (Elementy nauki administracji ukazały się po rosyjsku i po rumuńsku) mogła zacząć się i w innych ówczesnych państwach socjalistycznych, lecz przede wszystkim to, że od tego czasu nauka administracji stała się oczywistym składnikiem naszej refleksji nad funkcjonowaniem administracji publicznej, a zarazem nie ulega wątpliwości, iż uprawiać ją należy zawsze w sposób nawiązujący do dorobku innych nauk społecznych.

Kolejnym kierunkiem zainteresowań Starościaka było to, co dziś określa się nierzadko jako administrację porównawczą. Był on m.in. autorem Wprowadzenia do prawa administracyjnego europejskich państw socjalistycznych (Warszawa 1968), jak również inicjatorem i redaktorem Rad i administracji terenowej socjalistycznych państw europejskich (Warszawa 1965) oraz Instytucji prawa administracyjnego europejskich państw socjalistycznych (Warszawa 1973). Zapoznawał zarazem administratywistów innych krajów z rozwojem administracji i nauki prawa administracyjnego w Polsce12. Choć także w tym zakresie głosił potrzebę rozróżniania od siebie administracji państw socjalistycznych, na których się skupiał, od administracji państw burżuazyjnych, wyraził, mało na owe czasy ortodoksyjny, pogląd, zgodnie z którym administracje te można było porównywać w zakresie technik ich działania. Pogląd ten sformułował w referacie Uwagi o stosowaniu metody porównawczej w nauce prawa administracyjnego, który nie stracił, mimo upływu czasu, a przede wszystkim zasadniczej zmiany uwarunkowań, cech świeżości spojrzenia13. W szczególności, poza uwagami na temat specyfiki prawa administracyjnego jako przedmiotu komparatystyki z podkreśleniem, dziś dopiero niewątpliwej, coraz większej potrzeby wypracowania międzynarodowego prawa administracyjnego, za aktualne w sensie normatywnym można uznać następujące spostrzeżenie autora, który, jak była o tym mowa, zachowywał stały kontakt z praktyką tworzenia i stosowania prawa: „odmienny jest styl pracy prawnika-praktyka i prawnika-teoretyka. [...] Wspólne są jednak dwa ostateczne cele ich działalności: zapewnienie maksymalnego wykorzystania istniejących rozwiązań prawnych do realizacji celów społecznie uznanych za słuszne oraz stałe ulepszanie prawa w celu dostosowywania go do zmieniających się i narastających potrzeb społecznych”.

Ostatni z kierunków zainteresowań naukowych Starościaka był najmniej znany szerszej publiczności, dla autora był jednak równie ważny co pozostałe kierunki. Mowa o zainteresowaniu historią administracji, której znajomość, jak to podkreślał, jest konieczna do zrozumienia współczesności, w tym zrozumienia związku, jaki zachodzi między warunkami życia społecznego a rozwiązaniami prawnymi14. Tym samym Starościak wtórował swojemu koledze z wydziału i rówieśnikowi, Bogusławowi Leśnodorskiemu (1914–1985), który od końca lat 60. działał na rzecz stworzenia w Polsce nowoczesnej nauki historii administracji i stworzył rodzaj warszawskiej szkoły historii administracji. Starościak dał wyraz zainteresowaniu tą materią także jako inicjator i promotor, obronionej w 1972 roku, rozprawy doktorskiej Marii Gromadzkiej-Grzegorzewskiej Narodziny polskich nauk administracyjnych. Rozprawa została opublikowana w 1985 roku, stanowiąc, jak we wstępie napisała autorka, wyraz hołdu i wdzięczności dla promotora. Niewątpliwie podzielał on końcowe słowa rozprawy: należy żałować, że współcześni autorzy nie nawiązują do myśli i poglądów polskich administratywistów drugiej połowy XIX wieku; współczesnym autorom sprawiłoby z pewnością „wiele satysfakcji odnalezienie u XIX-wiecznych polskich administratywistów idei, które dzisiaj inspirują wiele badań, wydobycie podobnie formułowanych konstrukcji czy wreszcie odkrycie zbliżonego do dzisiejszego sposobu podchodzenia do zagadnień naukowych”. Wobec śmierci autorki przed ostatecznym przygotowaniem przez nią książki do druku miałem zaszczyt być redaktorem naukowym publikacji15, co potraktowałem także jako mój osobisty hołd dla prof. Starościaka – wybitnego teoretyka i praktyka administracji publicznej w różnych aspektach jej organizacji i funkcjonowania.

SECT-ID LINK

1Szczegółowy życiorys Starościaka zawiera jego biogram opracowany przez A. Szklarską-Lohmannową, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. XLII, z. 3, Warszawa-Kraków 2004, s. 345–347. Por. także S. Zawadzki, Jerzy Starościak (1914–1974), „Państwo i Prawo” 1974, R. 29, z. 12; J. Łętowski, Profesor Jerzy Starościak i polska nauka prawa administracyjnego, „Organizacja – Metody – Technika” 1975, R. 29, nr 6; M. Kulesza, W dziesiątą rocznicę śmierci prof. Maurycego Jaroszyńskiego i prof. Jerzego Starościaka, „Państwo i Prawo” 1985, R. 40, nr 4. Bibliografia prac Starościaka, opracowana przez M. Wyrzykowskiego, jest opublikowana [w:] Zbiór studiów z zakresu nauk administracyjnych. Zbiór studiów poświęconych pamięci profesora Jerzego Starościaka, red. Z. Rybicki, M. Gromadzka-Grzegorzewska i M. Wyrzykowski, Wrocław 1978.

2Paryż 1926; wyd. 2, Wilno 1934; reprint Warszawa 1990. Panejko był przedstawicielem tzw. państwowej koncepcji samorządu terytorialnego, dominującej po 1926 roku, wedle której, przeciwstawiającej się koncepcji naturalistycznej, samorząd może istnieć jedynie z woli państwa – jako organ państwa i jako część składowa administracji państwowej. Por. A. Bosiacki, Od naturalizmu do etatyzmu. Doktryny samorządu terytorialnego Drugiej Rzeczypospolitej 1918–1939, Warszawa 2006, s. 108 i nast.

3„Zbudowanie przez prawo silnej kontroli nad działalnością władz administracyjnych w ogóle, a w odniesieniu do działania na zasadzie swobodnego uznania w szczególności, nie jest sprzeczne ani z zasadami państwa społecznego, ani z zasadami nowoczesnej administracji. Przeciwnie, ta rozbudowa kontroli zdaje się być zgodna z tendencją uspołecznienia administracji, gdyż przyczynia się do stabilizacji prawem normowanych warunków współżycia społecznego. [...] Rozbudowa kontroli nad wykorzystywaniem swobodnego uznania uznana być musi za zjawisko całkiem «naturalne» w organizacji funkcjonowania aparatu państwowego wraz ze wzrostem znaczenia instytucji swobodnego uznania dla funkcjonowania tego aparatu również i z tego względu, że gdy władze administracyjne, opierając się na przysługującym im prawie działania na zasadzie swobodnego uznania, decydowały na zasadzie tego swobodnego uznania w sprawach nielicznych bądź też drobnych, państwo jako całość mogło pozwolić sobie na mniejsze zwracanie uwagi na wydawane na zasadzie tego swobodnego uznania decyzje. Gdy jednak decyzje te powiększyły się tak liczebnie, jak i wzrósł znacznie ich ciężar gatunkowy, [...] to nawet drobne uchybienia w tych decyzjach, nawet drobne nadużywanie swobodnego uznania mogłoby spowodować poważne zaburzenia w stosunkach aparatu państwowego do obsługiwanego przezeń społeczeństwa” (s. 106–107 rozprawy).

4H. Izdebski, Zasada proporcjonalności a władza dyskrecjonalna administracji publicznej w świetle polskiego orzecznictwa sądowego, [w:] Dyskrecjonalność w prawie, red. W. Staśkiewicz, T. Stawecki, Warszawa 2010, s. 149.

5O dziejach Wydziału w tym okresie – H. Izdebski, Wydział Prawa po 1945 roku, [w:] Zarys dziejów Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego 1808–2008, red. G. Bałtruszajtys, Warszawa 2008, s. 201 i nast.

6W szczególności Prawne formy działania administracji, Warszawa 1957 (wyd. ros. 1959) oraz Podstawy prawne działania administracji. Źródła prawa administracyjnego, Warszawa 1973.

7Por. H. Izdebski, Doktryny polityczno-prawne. Fundamenty współczesnych państw, wyd. 2, Warszawa 2012, s. 265 i nast.

8Warto zauważyć, że polski Kodeks został po jego uchwaleniu dostrzeżony przez autorów zachodnich – por. W. Gellhorn, Protecting citizens against administrators in Poland, „Columbia Law Review” 1965, vol. LXV, no. 7, s. 1133 i nast.

9E. Iserzon, J. Starościak, Kodeks postępowania administracyjnego. Komentarz, teksty, wzory i formularze, Warszawa 1961, 1964, 1965 i 1970.

10Zarys nauki administracji, Warszawa 1971, s. 6.

11J. Łukasiewicz, Tradycje badawcze i zmiany paradygmatów w nauce administracji, [w:] Między tradycją a przyszłością w nauce prawa administracyjnego. Księga jubileuszowa dedykowana profesorowi Janowi Bociowi, red. J. Supernat, Wrocław 2009, s. 452.

12Warto tu wymienić takie opracowania jak: Les tendances et les réformes du droit administratif en Pologne entre 1957 et 1959, „La Revue administrative” 1960, no. 74, s. 182–187; Problèmes de la codification du droit administratif en Pologne, Warszawa 1962; Erneuerung des polnischen Verwaltungsrechtes, Wien 1971; Probleme der rechtlichen Formen und Methoden der Tätigkeit der polnischen Verwaltung, Wien 1971.

13„Studia Iuridica” 1974, t. I.

14„Głos w ankiecie na temat miejsca dyscyplin historyczno-prawnych wśród nauk historycznych i prawnych”, „Czasopismo Prawno-Historyczne” 1969, t. XXI, z. 2, s. 179.

15M. Gromadzka-Grzegorzewska, Narodziny polskich nauk administracyjnych, Warszawa 1985.

Juliusz Starzyński

Urodzony 28 II 1906 we Lwowie. Studia na UW, doktorat (1931), habilitacja (1932); docent (1935); profesor (1949), kierownik Instytutu Historii Sztuki UW (1950–1970); dyrektor Instytutu Kształcenia Wyższych Kadr Naukowych, gdzie powołał katedrę estetyki (1950).

Historyk sztuki, krytyk; zajmował się głównie sztuką nowoczesną oraz teorią sztuki.
Dyrektor Instytutu Propagandy Sztuki w Warszawie (1935–1939), kustosz Galerii Malarstwa Obcego MNW (1937–1939), organizator i dyrektor (1949–1956) Państwowego Instytutu Sztuki, dyrektor Instytutu Sztuki PAN (1956–1960 i 1968–1974). Dyrektor Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą MKiS (1947–1949).
Członek PAN (1952), Accademia di Belle Arti w Wenecji (1956); we władzach Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA) i Międzynarodowej Komisji Archiwów Sztuki Współczesnej.
Zmarł 11 XII 1974 w Warszawie.

Wilanów. Dzieje budowy pałacu za Jana III, Warszawa 1933; Jak patrzeć na dzieło sztuki, Warszawa 1948; 500 lat malarstwa polskiego, Warszawa 1950; Ludzie i obrazy. Od Dawida do Picassa, Warszawa 1958; O romantycznej syntezie sztuk: Delacroix, Chopin, Baudelaire, Warszawa 1965; Aleksander Gierymski, Warszawa 1967; Polska droga do samodzielności w sztuce, Warszawa 1973.

M. Leśniakowska, Władza Spojrzenia – władza języka. Juliusza Starzyńskiego obraz sztuki i jej historii, „Modus. Prace z Historii Sztuki” 2013, t. XII-XIII, s. 27–52.

MARTA LEŚNIAKOWSKA

JULIUSZ STARZYŃSKI

1906–1974

 

W polskiej historii sztuki, jej instytucjonalnym i teoretycznym funkcjonowaniu, Juliusz Starzyński zajmuje jedną z najważniejszych pozycji. Nazywany przez niektórych „przywódcą”, skoncentrował się na realizacji utopijnej, opartej na orfickiej idei jedności sztuk, wizji instytucji łączącej badania nad sztuką z jej praktyką. Na tym paradygmacie Starzyński zbudował w Warszawie, opierając się na tutejszym środowisku naukowym, kolejno trzy potężne instytucje: Instytut Propagandy Sztuki (1935–1939), Państwowy Instytut Sztuki (1949–1956) oraz Instytut Sztuki PAN (od 1956), a także Instytut Historii Sztuki na UW, gdzie studiował przed wojną, a od 1949 roku był profesorem i dyrektorem. Aktywność zawodową Starzyńskiego rozdzieliła II wojna światowa (osadzony w Murnau), wyznaczająca linię demarkacyjną między jego ideowymi/ideologicznymi postawami mającymi swoje reprezentacje w dwóch, bynajmniej nie przeciwstawnych modelach uprawianej przez niego historii sztuki: oba mieszczą się w tym samym obszarze rozumienia przez Starzyńskiego sztuki i jej obecności w przestrzeni społecznej jako funkcji polityki historycznej. Jego życiorys naukowy i organizacyjny jest obfity (autor prawie 340 publikacji, w tym pięciu książek). Po młodzieńczym debiucie jako krytyk teatralny, dramaturg i aktor, skupił się na historii sztuki i jeszcze przed ukończeniem 30 lat uzyskał doktorat (1931), habilitację (1932) z zakresu sztuki nowożytnej; został docentem historii sztuki nowożytnej i malarstwa europejskiego XIX i XX wieku na UW (1935) i równolegle objął stanowisko dyrektora Instytutu Propagandy Sztuki (1935), jednej z głównych przed wojną państwowych instytucji kierujących współczesnym życiem artystycznym. Jego postawa była frankofilska, typowa dla jego generacji kultywującej frankocentryczną teorię kulturową, z Paryżem jako centrum w świecie sztuki. Teatr, kultura francuska i sztuki wizualne – takie były więc jego preferencje, a cel działania jasno formułowany: dowartościowanie sztuki polskiej nie jako sztuki Innego, ale jako immanentny składnik sztuki zachodniej, choć lokowanej w obszarze Europy Zewnętrznej. Te m.in. poglądy wpłynęły po wojnie na jego zaangażowanie we wprowadzanie do historii sztuki ideologii materializmu dialektycznego i historycznego.

Starzyński należał do pierwszej generacji modernistycznych historyków sztuki. Urodzony w 1906 roku, wychowywał się jeszcze w klimacie secesji, która należała do własnych przeżyć tego pokolenia. Zaangażowanie w ideę stworzenia akademii artystycznej skupiającej wszystkie dyscypliny: plastykę, teatr, muzykę i folklor, wynikało w tym samym stopniu z przejętej przez niego oświeceniowej, idealistycznej koncepcji Akademii Sztuki, z XX-wiecznej filozofii Gesamtkunstwerk oraz z wielokierunkowości jego indywidualnych preferencji estetycznych. Historia sztuki pojawiła się u niego najpóźniej, pod wpływem Władysława Kozickiego (1879–1936), zapoznanego dzisiaj lwowskiego pisarza i historyka sztuki zafascynowanego renesansem i sztuką XIX-XX wieku. Starzyński zainteresował się wtedy Michałem Aniołem, napisał nawet poświęconą mu sztukę i przełożył jego sonety. Jednak zainteresowania sztuką nowożytną stopniowo ustępowały na rzecz zjawisk coraz bliższych współczesności, co ostatecznie znalazło wyraz w nominacji na dyrektora finansowanego przez państwo Instytutu Propagandy Sztuki (1935). IPS stał się centralnym ośrodkiem badań nad sztuką nowoczesną, skupioną na tym, co szczególnie interesowało Starzyńskiego: sztuką polską, francuską i włoską, w tym ostatnim przypadku wpisując się w entuzjazm polskich intelektualistów wobec włoskiego modelu opieki państwa nad sztuką wypracowanego przez rząd Benito Mussoliniego. Ale po wojnie Starzyński zmienił radykalnie swoje poglądy, zajmując wobec kultury zachodniej jawnie krytyczne stanowisko na rzecz sztuki krajów włączonych po Jałcie do obozu komunistycznego. W ten sposób przystąpił do realizacji polityczno-propagandowego projektu PRL-owskiej polityki historycznej, powiązanej z ówczesną zmianą orientacji kulturowej z zachodniej na wschodnią. Jego zaangażowanie w struktury partii komunistycznej i, w konsekwencji, w programowanie przez niego nowej wizji historii sztuki jako wielkiej narracji kultury socjalistycznej, antagonistycznej wobec kultury zachodniej, odbywało się ze świadomością, że o tożsamości odbiorców sztuki decyduje w tym samym stopniu proces zapisywania, jak wymazywania. Skoro wykluczanie pewnych zjawisk artystycznych z dyskursu naukowo-artystycznego wpisuje się w strategie kontrolno-prewencyjne wiedzy jako władzy, to powojenna działalność Starzyńskiego modelowo ujawnia mechanizmy tworzenia hierarchii wiedzy i sytuowania historii sztuki jako dyscypliny mającej w pierwszej powojennej dekadzie precyzyjnie wyznaczone zadania w społecznym dyskursie i w ramach nauk historycznych, a tym samym w systemie władzy i dominacji. Chodziło o uzyskanie potwierdzonego naukowo estetycznego i semantycznego modelu, przydatnego w realizacji propagandowych aspektów sztuki „narodowej w formie i socjalistycznej w treści” oraz tzw. odbudowie w ramach nowego systemu ustrojowego. Pokazując nowe społeczne funkcje sztuki polskiej i powołując się na Bieruta i Stalina, Starzyński pouczał artystów i badaczy, że sztuka jest „dobrem całego narodu i naród w ostatniej instancji staje się właściwym jej sędzią”, jej badanie musi być oparte na naukowych jednolitych przesłankach, kryteriach i pojęciach, celem zaś jest kierowanie procesami twórczymi i ich planowanie1. Wierząc w dogmat o prymacie treści nad formą, Starzyński historię sztuki rozumiał jako narzędzie uczące „właściwego” rozumienia przeszłości oraz kierujące bieżącą produkcją artystyczną. Skupiając się na sztuce nowoczesnej i najnowszej (od 1955 działał we władzach sekcji polskiej międzynarodowego stowarzyszenia krytyków sztuki AICA), wcielał w życie socjalistyczną mutację starej idei Gesamtkunstwerk, gdzie sztuka dawna i najnowsza, uczeni i artyści, wspólnie wypracowywać mieli artystyczne i historyczne kanony, wykluczając jedne zjawiska, a nobilitując inne. Jako apologeta materializmu dialektycznego i historycznego w naukach o sztuce oraz projektu sztuki socjalistycznej, modelowo realizował socjalistyczny mit założycielski Nowego Początku sztuki i jej historii, tożsamy z nową Historią2. Ta mitologiczno-genetyczna struktura była tworzona we wszystkich kierowanych przez Starzyńskiego instytucjach: w Biurze Współpracy Kulturalnej z Zagranicą w MKiS (1947–1949, wówczas bywał często w ZSRR), Państwowym Instytucie Sztuki (zał. 1949) afiliowanym przy MKiS, a od 1959 roku włączonym w struktury PAN jako Instytut Sztuki, równolegle w Instytucie Historii Sztuki UW (1950–1970), Instytucie Kształcenia Wyższych Kadr Naukowych, gdzie utworzył katedrę estetyki (1950). W 1951 roku organizował pracę Podsekcji Badań Sztuki na I Kongresie Nauki Polskiej3. Swoje poglądy przedstawiał głównie na łamach wydawanych w PIS „Materiałów do Studiów i Dyskusji”, założonego i kierowanego przez niego jednego z najważniejszych wówczas czasopism w zakresie nauk o sztuce. We wszystkich kierowanych przez Starzyńskiego instytucjach była więc wprowadzana nowa wizja sztuki i jej historii i nowa hierarchia ich ważności, fundowana na idei ustanawiania nowego „reżimu prawdy i sensów”, jaki każda władza wytwarza jako swoją własną prawdę (Foucault). W instytucjach Starzyńskiego sztuka i jej historia były zatem hegemonem służącym do poskramiania i naznaczania Innego, kontrolującym, ale i kontrolowanym za pomocą dwóch powiązanych ze sobą regulatorów: milczenia i „nowej pamięci”. Milczenie jako kategoria polityczna służyło do selekcjonowania tradycji i wykluczania niepożądanych treści („dobra”/”zła” sztuka, kierunki, artyści, metodologie) po to, by w miejsce to mogła zostać wszczepiona „nowa pamięć”. Cechą nowej pamięci jest symulowanie historii. Tworzony przez Starzyńskiego nowy obraz dziejów sztuki, mający kształtować zhomogenizowane Nowe (socjalistyczne) Społeczeństwo, był oparty na trzech przesłankach: na fikcji, mitologii plemiennej i nieobecności. Kolektywne prace zespołów badawczych były organizowane według zasad, jakie rządzą tworzeniem kolekcji muzealnej: miał powstać zbiór odpowiednio ułożonych, wyeksponowanych i kontekstualizowanych obiektów, które miały służyć „posiadaniu historii i kultury”. Tworzenie kanonów kulturowych własności (tzw. dobrych kolekcji) jest zawsze powiązane z prawem, z polityką nacjonalistyczną i z horyzontem historiozoficznym (Handler), a związana z tym strategia wykluczania/milczenia ma zawsze na celu demontaż zapisu wcześniejszego. Taki był cel działalności Starzyńskiego jako polityka nauki: naznaczał i wykluczał jako Innego całe obszary zjawisk artystycznych oraz metody ich badania i interpretowania, przede wszystkim przedwojenną „burżuazyjną” historię sztuki z formalistyczną metodą Wölfflina i psychoanalizą na czele oraz sztukę bezprzedmiotową (alternatywą dla jej „kosmopolityzmu” miał być internacjonalizm sztuki realistycznej). W retoryce doktryny marksistowskiej oznaczało to wojnę realizmu i iluzjonizmu przeciw abstrakcji, czyli reprezentacji/mimetyzmu przeciw antyiluzjonizmowi. Temu zagadnieniu Starzyński poświęcił znaczną część swojej energii. Nie odszedł zatem od koncepcji obecnej w teorii sztuki od Pliniusza przez Vasariego, Johna Ruskina po Gombricha, która dzieje sztuki europejskiej pokazuje jako dążenie do doskonałej mimetycznej reprezentacji rzeczywistości. Zarówno sztukę dawną, jak i współczesną Starzyński widział jako niekończący się pochód tendencji realistycznych, czyli jako lustro odbijające obraz społeczeństwa „mieszczańsko-rewolucyjnego”, dla którego to obrazu antagonistą była sztuka „o skłonnościach do widzenia oderwanego od rzeczywistości, formalistycznego”. Tu było miejsce na romantyczny etos artysty i tę kulturową kalkę Starzyński powielał w starej figurze alienacji artysty „zbuntowanego”. Posługiwał się przy tym militarną metaforą walki/wojny, pokazując historię sztuki jako pole bitwy, czyli odpowiednik walki klasowej i jako figurę kluczowego w marksizmie pojęcia antagonizmu/sprzeczności. Dzieje artystyczne podparte teorią walki klasowej były więc lokowane w obrazie świata totalnie skonfliktowanego. W perspektywie analizy (post-)strukturalnej można obserwować, że Starzyński nie chciał widzieć historii sztuki jako dialogu Różnicy, ale jako krwawe pole bitwy zwalczających się sprzeczności, gdzie celem i sensem jest dominacja: uśmiercenie przeciwnika i zajęcie dominującej pozycji władzy, czyli dyktatury form. W świetle modelu opozycji binarnych, tradycja/kontynuacja (realizmu) była dla Starzyńskiego zawsze pojęciem uprzywilejowanym, nadrzędnym wobec pojęcia abstrakcji/awangardy, która w jego hierarchii zajmuje miejsce podporządkowane ergo gorsze. Projekt Starzyńskiego zmierzał więc do wytworzenia takiej syntezy historycznej, która opowiada o wyższości/dominacji sztuki realistycznej (centrum) oraz o tym, jak w XX wieku jest ona naruszana, kaleczona, zaburzana, dekonstruowana przez tendencje awangardowe/abstrakcyjne (margines), przed czym sztuka realistyczna musi się bronić, by utrzymać swoją pozycję władzy. Starzyński miał przy tym ambicję wykazania, że w tej wojnie radykalna moderna ukrywała swoje powinowactwa z tradycją iluzjonistyczną. Posługując się leninowską teorią odbicia, udowadniał, że „samobójcze” schodzenie sztuki w stronę abstrakcji ergo do izolacji społecznej, było „odbiciem ogólnego rozkładu społeczeństwa burżuazyjnego”. W tym duchu prowadził atak na wypracowaną w niemieckim środowisku teorię artystycznego dualizmu, na ideologa niemieckiego ekspresjonizmu Wilhelma Worringera, na kubizm (za wszczepianą mu przez Guillaume’a Apollinaire’a „naiwną” wiarę zbudowania nowej monumentalnej sztuki religijnej), na Kandinsky’ego (za „groteskowo naiwną wizję teozoficznego „raju”, a przeciw doktrynom materializmu i realizmowi), na „opętanego wielbiciela gotyku” Stanisława Przybyszewskiego itp. Krajobraz artystyczny pierwszej połowy XX wieku Starzyński widzi w typowo marksowski sposób: jako wojnę przeciwieństw. Odrzucając abstrakcję jako, w jego ocenie, sztukę pozbawioną wartości moralnych i społecznie wyizolowaną, perspektywy dla sztuki nowoczesnej widzi tylko w realizmie, który pojmuje progresywnie, „biologicznie” i misyjnie: to nie sztuka agoniczna, sztuka „rozkładu”, za jaką uważał abstrakcję, ale wychylona w przyszłość moralna siła. Udowadnia to „na przykładzie Picassa” (tytuł artykułu), którego awangardowość sprawiała Starzyńskiemu wyraźne kłopoty ideologiczne. Ale Pabla Picassa kubistycznego, egocentrycznego, analizuje przekonująco, choć tendencyjnie szuka u niego tylko realizmu4. Zachwycał się przy tym szczególnie picassowskim cyklem ascetycznych martwych natur malowanych w czasie wojny, w których obok wartości czysto zmysłowych odnajdywał obraz własnej traumy wojennej.

Lektura tekstów Starzyńskiego ujawnia to, co było dla niego kwestią drugorzędną, ale co jest warte wydobycia dzisiaj – opowieść o tym, jak dwie wielkie formacje ideowe/ideologiczne: realizm/tradycjonalizm contra awangarda/abstrakcja nakładały różne maski, negocjując swoją pozycję w przestrzeni historyczno-artystycznej. Propagowana przez niego dialektyka marksistowska przeformułowywała zatem i unieważniała to, co na temat kilku interesujących go artystów i zjawisk pisali zachodni badacze. Niektóre teksty Starzyńskiego można więc dzisiaj odczytywać nawet jako rodzaj ówczesnej „krytycznej historii sztuki”, choć specyficznie pojmowanej: ukierunkowanej przeciwko ówczesnym metodologiom „burżuazyjnej historii sztuki”, zwłaszcza przeciw psychoanalizie, a apologetycznej wobec, z jednej strony, metody materializmu dialektycznego, a z drugiej wobec socjologicznej historii sztuki. Stąd jego afirmacja dla Pierre’a Francastela i jego „krytycznej historii sztuki”, a zarazem akceptacja dla jego adwersarza Arnolda Hausera i jego z kolei „społecznej historii sztuki”. Starzyński miał zawsze na celu wyprowadzenie genezy i teleologicznej powinności sztuki XIX i XX wieku, dlatego w zgodzie z doktryną materialistycznej historii sztuki reinterpretował twórczość wielkich nowoczesnych jako produkt relacji społeczno-ekonomiczno-politycznych, które sztuce jako „ukrytej” ideologii dominującej władzy wyznaczają określoną rolę w społeczeństwie, a nie jako tajemniczy wytwór „artystycznego geniuszu”, ów spadek po teorii renesansowej, która osiągnęła szczyt w romantyzmie. Vincenta van Gogha pokazywał więc „w nowy sposób” zrywający z „burżuazyjną zasadą «psychiatrycznego» ujmowania twórczości” (sic!), za to „na tle rozwoju świadomości społecznej i artystycznej”5, i jego obrazy wyjaśniał zgodnie z leninowską teorią odbicia i przy użyciu wspomnianej retoryki wojennej: zdaniem Starzyńskiego odbiciem walki van Gogha miała być powracająca stale w jego sztuce „pokusa abstrakcji”. Starzyński spory wysiłek włożył w udowodnienie swojej tezy, że van Gogh nigdy nie był „formalistą”, „kolorystą”, a już na pewno „abstrakcjonistą” i że nigdy nie zatracił widzenia realistycznego, bo nawet gdy tworzył własną teorię „koloru sugestywnego”, zajmowało go nie jak (czyli forma), ale co (czyli treść). Tekst o van Goghu nie przypadkiem był wskazywany jako modelowa analiza dla polskich badaczy.

Dominująca pozycja Starzyńskiego jako tego, który ukształtował u nas po wojnie oficjalny (marksistowski) obraz sztuki, uległa naruszeniu po Październiku ‘56. Z pozycji jednej z najważniejszych dla władz komunistycznych (oprócz Stanisława Lorentza w muzeologii i Jana Zachwatowicza w konserwacji zabytków) osobistości w kulturze, aktywnego człowieka partii i „ojca” dyscypliny, stał się celem ataków zmierzających do zdyskredytowania i unieważnienia jego dokonań. W odwecie Starzyński zaczął być wówczas przedstawiany jako „ojciec opatrznościowy” naszej nauki o sztuce; negatywnie oceniano też próby rozliczenia partyjnych profesorów z okresu stalinowskiego6. Przypomniano więc, że Starzyński miał zasługi innego rodzaju: zatrudniał osoby niepewne politycznie i zwalniane ze stalinowskich więzień, załatwiał zagraniczne stypendia i zakupy do biblioteki, uruchamiał projekty, które – jak wierzono – gdyby nie jego patronat mogłyby nie dojść do skutku. Nie negując tych zasług, trudno jednak przechodzić do porządku nad gorliwością, z jaką Starzyński włączył się w budowanie stalinowskiego terroru w obszarze humanistyki, a tego faktu nie jest w stanie osłabić aksjomat, że „inaczej działać nie mógł”. Postawa Starzyńskiego-państwowca była kształtowana przez imperatyw budowania nowego świata, przez modernistyczne marzenie o tabula rasa fundowane na założycielskim micie Nowego Początku. Realizację tej nowej utopii obiecywali komuniści, co pozwalało żywić się złudzeniem, że w nawet mimo politycznego terroru da się jednak kontynuować przedwojenne projekty i standardy. Starzyński nie był wyjątkiem, gdy podpisywał ankietę członkowską PZPR i tę światopoglądową, a per se etyczną, konwersję umiał zracjonalizować. Jego życiorys wprost modelowo pokazuje, w jaki sposób do głosu dochodził „zatruty język” totalitaryzmu, który sprawia, że ofiara zgadza się na utratę własnej tożsamości, jak to opisał Klemperer. Problem ten ujawnił się szczególnie ostro, gdy ten przedwojenny fraknokofil pisał teraz z gorliwością neofity, dogmatycznym językiem stalinowskiej nowomowy, nową historię sztuki oraz uczył metod jej wartościowania opartych na marksizmie-leninizmie, wraz z sowieckim modelem instytucjonalnym.

„Wirusy” tych dogmatów zostały przeciągnięte także w okres popaździernikowej odwilży: wydana wówczas antologia Ludzie i obrazy. Od Davida do Picassa pozwala dzisiaj wyraźniej pojąć przyczyny, dla których Starzyński był uznawany za „przywódcę” w polskiej historii sztuki. Teksty te mają kanoniczny i normotwórczy wymiar jako pełna wykładnia obowiązującej polskich historyków sztuki metodologii, sposobów podejścia do dzieła sztuki, artysty i kontekstów, w jakich dzieło funkcjonuje. Jako teksty modelowe są autorytarne i apodyktyczne, naznaczone tym tonem pewności siebie, która przenika całą historię sztuki dążącą do utrzymania swojej pozycji jako jedynej nauki zdolnej do badania obrazów. Dla Starzyńskiego było rzeczą bezdyskusyjną, że historia sztuki jest „nauką ścisłą”, uwiarygodnianą dzięki temu, że używa precyzyjnych metod przejętych z przyrodoznawstwa (faktografia/dokumentacja, systematyka, klasyfikacja, linearyzm) i bazuje na normatywnej kategorii stylu. Ten (neo-)pozytywistyczny dogmat, kultywowany w kierowanych przez niego instytutach wyjaśnia powody, dla których Starzyński zwalczał Wölfflina (za to, że za pomocą teorii psychologicznych zdezaktualizował normatywną koncepcję stylu). Wyjaśnia także jego obsesyjne poszukiwanie realizmu jako ponadczasowego zjawiska związanego z biologistyczną teorią „rozwoju” w sztuce, z ideą „stylu” i jego heglowską wykładnią jako historycznego wyrazu doskonałości określonej epoki, a w końcu doskonale realizującego zasadnicze założenia marksistowskiego realizmu krytycznego w stosunku do sztuki i literatury (tu Starzyński zdaje się podzielać wczesne tezy György Lukácsa, według którego sztuka powinna być realistyczna, aby dawać możliwość identyfikacji odbiorcy z bohaterem dzieła). Wyjaśnia się jego ówczesna wrogość do abstrakcji: jako niesztuki, sztuki „niedoskonałej” vel przejawu „braku stylu”. Wyjaśnia także jego wiarę w Historię jako poruszycielkę ewolucji w sztuce, sfokalizowanej na drodze „ku realizmowi” (socjalistycznemu). Sztukę nowoczesną Starzyński pojmował „w trybie historycznym” jako sztukę okresu przejściowego między kończącym się kapitalizmem a nadchodzącą epoką socjalizmu. Zgodnie z teorią odbicia sztuka odzwierciedla te przemiany, dając zarazem wyraz typowym dla nich konfliktom i wskazując konieczność postulowania nowego stylu. Starzyński sięga tu zarówno po metaforę wojny, jak i po metaforę medyczną, gdy porównuje historię sztuki nowoczesnej do wykresu gorączki ciężko chorego człowieka. Krytyk/historyk sztuki jest więc lekarzem, którego zadaniem jest albo pacjenta wyleczyć, albo dać mu umrzeć. Celem ataku Starzyńskiego był więc francuski historyk sztuki Germain Bazin, kurator Luwru, autor rewizjonistycznych poglądów na sztukę Courbeta, z którego zdejmował nałożoną mu przez komunistów etykietę prekursora socrealizmu. Bazin był autorem ważnej teorii sztuki awangardowej jako „manieryzmu” cywilizacji zachodniej widzianej w kategoriach artystycznej jedności oraz tezy o zmierzchu kultury obrazu, na której jest ufundowana cywilizacja zachodnia (teoria „obrazowej” metafizycznej kultury Zachodu i „nieobrazowej”, barbarzyńskiej kultury Wschodu). Dla Starzyńskiego, choć sam propagował tezę o kryzysie sztuki, Bazin był skrajnie negatywnym przykładem zachodniego intelektualisty, u którego sfokusowały się wszystkie „zbrodnie” tamtejszej myśli o sztuce i cywilizacji: to tylko „ponury prorok”, katastrofista w duchu niemieckiego spengleryzmu, zabawiający się w „rasistowskie proroctwa” o nieuchronnym zmierzchu cywilizacji Zachodu pod zalewem „barbarzyńskiego” Wschodu, co ma być odbiciem podziału świata na dwa zwalczające się i grożące ostateczną zagładą bloki polityczne. Skoro Bazin widział ratunek w światowym przywództwie, także w obszarze sztuki, Stanów Zjednoczonych, należało te diagnozy i proroctwa potępić z pozycji obowiązującej po tej stronie świata wykładni. Rysowana przez Bazina wizja totalnego konfliktu w podzielonym świecie po Jałcie (co doprowadzi co prawda do zaniku kultury obrazu, ale w zamian wyłoni się z tego nowy „powrót do Boga” i nowa sztuka metafizyczna) dla Starzyńskiego była nie do przyjęcia. Dlatego uczył polskich historyków sztuki, jak nie dać się oczarować tym „zatrutym” poglądom. Sztuka, przestrzegał, nie jest żadnym „bezinteresownym poszukiwaniem doskonałości” ani sprawą autonomicznej formy, ani wyrazem subiektywizmu. Sztuka bezprzedmiotowa, główny przedmiot socmarksistowskiego wyparcia, nie była żadną „najwyższą postacią humanizmu w sztuce”, nie ma do spełnienia żadnej roli duchowej i społecznej, nie jest bezinteresownym poszukiwaniem doskonałości, co mogłoby mieć wartość moralną, a więc społeczną. Wszystko to należy traktować w kategoriach mitologicznych: mit bezinteresowności, mit wcielania nowych idei w nową formę itp. W „prawdziwej” ergo socrealistycznej sztuce nie o takie formy i nie o takie idee chodzi, o jakich mówili zachodni teoretycy: nie bezinteresowność, ale ideowość jest istotą sztuki, i nie „nowa bezprzedmiotowa forma”, ale sztuka realistyczna, powiadał Starzyński. Pole bitwy zostaje wytyczone, pozostaje jedynie wytrącić z ręki zachodnich teoretyków ich dążenia do tego, by środki formalne wypracowane przez sztukę nowoczesną uczynić narzędziem oddziaływania idei społecznych i „walki o kulturę”. Starzyński zarzuca zatem artystom, że w swojej sztuce uciekają od „skłóconej i powikłanej rzeczywistości doznań zmysłowych w sferę «czystych» stosunków linearnych i geometrycznych”, noszących jedynie pozory naukowości. Prawdziwa naukowość sztuki, poucza, lokuje się w sztuce realizmu socjalistycznego będącej efektem „prawidłowej, naukowej interpretacji historycznego dziedzictwa”. Tak dokonuje się rytualny mord na poglądach wroga – zachodnim liberalizmie i subiektywizmie.

Starzyński był dobrze przygotowany do wygłaszania takich poglądów, korzystał bowiem z wyjątkowego przywileju, jakim były w czasach PRL wyjazdy na Zachód. Podróżował dużo, w tym na Biennale Sztuki w Wenecji, gdzie trzykrotnie był komisarzem pawilonu polskiego (1954, 1956, 1958). Wiedza o tym, czym jest ta najważniejsza w XX wieku instytucja sztuki nowoczesnej, jak wygląda w jej optyce sztuka współczesna i jakie miejsce zajmuje w kształtowanej tam geografii artystycznej sztuka polska, odbiorcom w kraju była dostarczana właśnie przez spojrzenie Starzyńskiego. Jednak wobec nowych zjawisk artystycznych wykazywał on zupełną bezradność, ponieważ pozostawał ciągle w kręgu sztuki i refleksji należących już do historii, do sztuki minionej. To właśnie na tym anachronizmie budował swoje weneckie recenzje, opisujące świat „chorej” kultury zachodniej, która ustami swoich ideologów lansuje jedynie „zjawiska marginalne” i „wątpliwych mistrzów” (jak nazywał np. Jeana Arpa, Maxa Ernsta czy Joana Miró, którego sztukę nazywa „bagnem skrajnego subiektywizmu i eskapizmu”). Starzyński znalazł w Wenecji pożywkę do rozprawienia się z zachodnią historią sztuki i skonstruowania „właściwej” narracji, która miała poskromić i wykorzenić „inne” historie. Naczelną kategorią było dla niego wspomniane już pojęcie kryzysu, które rozumiał tylko w znaczeniu negatywnym – jako moment zakłócenia „normalnych” procesów w sztuce, czyli odchodzenie od realizmu. O kryzysie pisał zresztą jeszcze przed wojną, ujawniając swój strach przed naturalizmem, surrealizmem, abstrakcją i metafizyką, ambiwalentny stosunek do impresjonizmu, który pokazywał najpierw jako przykład zaniku formy i izolującej się od kwestii społecznych sztuki „upadku”, a której antytezą miałby być „polski” (sic!) koloryzm, jako szczytowe zjawisko w historii pejzażu. Nie rozstał się nigdy z teorią ewolucyjną, ale marksistowska nowomowa ustępuje u niego stopniowo na rzecz ekfrazy, która poszukuje językowego ekwiwalentu dla formy, mierzy się z problemem sensualnego doznawania sztuki i przekształca tekst historyczno-artystyczny w tekst literacki. W swych późnych tekstach (m.in. o Delacroix) Starzyński pokazuje się jako historyk sztuki, który rozumie istotę malarstwa: jest tu subtelnym, zmysłowym i wnikliwym komenatorem tajników warsztatu artystycznego, który wprawdzie widzi ciągle „temat”, ale już bardziej dostrzega samą sztukę, a nie ideologię. Jego warsztat pisarski był wówczas coraz bliższy eseistyce i krytyce artystycznej, przy czym Starzyński prowadził swoje analizy poza interpretacjami innych historyków sztuki, bardzo rzadko przywołując cudze teksty, nie interesowała go opinia kogokolwiek, stał przed dziełem twarzą w twarz i sam dokonywał jego rozbioru, pozostając we własnym świecie doznań i odczuć. To najbardziej wartościowa cecha tych tekstów, w których Starzyński zrównuje status pracy naukowej z krytyką artystyczną i tym samym unieważnia tę dychotomię; za jego czasów w PIS/IS PAN krytykę artystyczną uprawiano na równi z naukową pracą. Jednak ukąszenie marksistowskie stale wydawało swój jad: Starzyński nigdy nie uwolnił się od poszukiwania w obrazie literatury i od widzenia sztuki jako odbicia rzeczywistości pozaartystycznej, stale zmierzał do wykazania, że najbardziej nawet skrajne eksperymenty mają swój „cel”. Wszędzie widział jakąś swoistą ikonografię: kubizm np. nigdy nie był dla niego abstrakcją, ale wynikał z ewolucji formy realistycznej, dlatego nawet najbardziej „szalone” eksperymenty formalne i skrajna deformacja, powiadał, mogą być włączone w obieg społeczny, gdy spełniają kryteria artysty zaangażowanego. Nie potrafił też uwolnić się od socjologicznej historii sztuki/socjologii sztuki i tego, by badania nad sztuką jako dziedziną mającą przecież swoją własną historię uwolnić od metodologicznej dyktatury nauk historycznych i społecznych. Celem jego analiz pozostawało niezmiennie wykazanie związków sztuki z epoką, oraz – i to uważał za najważniejsze – wykazanie aktualności sztuki dawnej (zwłaszcza romantyzmu) i jej związku ze sztuką współczesną. Wynikało to m.in. z tego, że dla Starzyńskiego doświadczanie awangardy było doświadczeniem z gruntu atopicznym. Awangarda była traktowana w kategoriach odmienności i dziwności, była doświadczeniem nieklasyfikowalnym przy użyciu istniejącego systemu, języka czy pojęcia, które pojawia się poza obowiązującym dyskursem, poza stereotypem, a tym samym narusza status quo. Awangarda jako atopia pozbawiona jest jednoznacznej interpretacji, czyli odniesień do zastanych sposobów rozumienia sztuki, ergo jest nieprzystawalna do dotychczasowego języka, jakim opisuje się sztukę. Postawa Starzyńskiego wobec sztuki nowoczesnej była zatem reakcją na atopiczność awangardy. Pozostając w obszarze anachronicznego już w połowie XX wieku kanonu akademickich dyscyplin (malarstwo, rzeźba) i dawnych dyskursów, był przywiązany do tej sztuki i jej historii, która porusza się wśród zweryfikowanej przez czas i historię „krainy mistrzów” jako wzorów i inspiracji dla artystów współczesnych. Odrzucał jako atopiczne wszystkie te zjawiska, których radykalizm postrzegał jako reprezentację kryzysu Zachodu. Jego pesymistyczne diagnozy i prognozy, częste dla tej generacji, jego konserwatyzm intelektualny nie pozwoliły mu wyzwolić się z elementarnego historyzmu opartego na przekonaniu, że sztuka zachodnia nieuchronnie zmierza ku upadkowi, co miało być argumentem, że jedynym źródłem ocalenia jest sztuka socjalistyczna wyrosła z tradycji narodowo-ludowych jako ich przetworzenie. Tę genetyczną teorię „sztuki rodzimej” (plemiennej) przenosił także na sztukę nowoczesną i współczesną („polski romantyzm”, „polski impresjonizm”, a nawet „polska abstrakcja”), w czym słusznie daje się dostrzec wpływ Gramsciego i naszej lewicującej krytyki międzywojennej.

Posługując się kategorią kryzysu, Starzyński świadomie zatem odsuwał pozytywne, leibnitzowskie rozumienie tego pojęcia jako nagłej fulguracji, w wyniku której pojawiają się nowe odświeżające zjawiska. Zmusiłoby go to bowiem do rewizji poglądów, a w konsekwencji pozbawiło prominentnej pozycji tego, kto formatował w Polsce oficjalny wizerunek sztuki i jej historii, realizując ideologiczne programy, które były wypracowywane w ośrodkach decyzyjnych spoza środowiska naukowego i artystycznego. Z punktu widzenia władzy Starzyński był gwarantem wypełnienia nadrzędnego projektu politycznego, którego częścią była także nauka o sztuce. Kiedy w okresie odwilży po 1956 roku wykonał zwrot ideologiczny i zainteresował się abstrakcją, natychmiast utracił zaufanie władzy, co skutkowało odwołaniem go ze stanowiska komisarza pawilonu polskiego na Biennale w Wenecji oraz z dyrektury na UW i w IS PAN (1960). Na to ostatnie stanowisko wrócił osiem lat później, w pamiętnym roku wydarzeń marcowych (1968).

Długo utrzymywana wroga postawa Starzyńskiego wobec awangardy była zgodna z jego konserwatyzmem, a wrogi dystans do Zachodu jako kulturowego centrum ujawnia jeszcze jedną cechę: mianowicie maskowanie kompleksów „przybysza z prowincji”, który tylko dzięki twardej opozycji my-oni może opanować strach przed nowością i udźwignąć psychologicznie kulturową zmianę, jaka dokonywała się na jego oczach. Starzyński pozostawał tu w kręgu XIX-wiecznej kategorii kolonializmu i – widząc kulturę Zachodu jako system kultury dominującej (kolonisty) – sam użył teraz strategii kolonizatora, ustawiając sztukę Zachodu jako Innego, którego trzeba „ucywilizować” za pomocą „wyższej” kulturowo sztuki socjalistycznej. Stając po stronie „nowej socjalistycznej kultury”, wierzył w realizację terapeutycznego marzenia, by wynegocjować teraz dla sztuki polskiej miejsce już nie wśród „kultur drugorzędnych”, na marginesie, ale w centrum. Idealizm tego politycznego projektu kulturowej jukstapozycji odwołuje się do znanej od międzywojnia teorii o reanimacyjnej roli „Europy drugorzędnej” w cywilizacji Zachodu, której Starzyński dawał wyraz np. w polskim dodatku do „Dziejów sztuki” Richarda Hamanna (wyd. pol. 1935), gdzie stawiał na czele wydobycie cech oryginalnych naszej sztuki. W tym celu inicjował po wojnie badania nad sztuką Młodej Polski, z zamiarem wpisania jej do ogólnoeuropejskiej historii sztuki, co miało pozbawić nas poczucia „gorszości” i egzotyczności. Taką rolę przydawał też np. Dunikowskiemu, którego bezkrytycznie adorował, podzielając z nim poglądy na różne, nie tylko artystyczne, kwestie. Z punktu widzenia metody pracy z dziełem sztuki i artystą Starzyński nigdy nie porzucił nawyków, które były charakterystyczne dla tej pierwszej generacji modernistycznych historyków sztuki. Dla niego uprawianie historii sztuki było tożsame z tradycją biografiki artystycznej.

Pozbawiony w 1960 roku stanowisk dyrektorskich skupił się na własnej pracy nad sztuką francuską XIX-XX wieku. Efektem kilku pobytów we Francji były zbiory studiów O romantycznej syntezie sztuk – Delacroix, Chopin, Baudelaire (1965) i Romantyzm i narodziny nowoczesności (1972), oba poświęcone romantycznej koncepcji tzw. correspondance des arts i genetycznej teorii piękna, a w metodologicznym założeniu ukierunkowane na stworzenie „nowej, naszym czasom przydatnej syntezy życia i sztuki”, związanie sztuki dawnej z bieżącą praktyką i z teorią artysty współczesnego, dla którego, jak wierzył Starzyński, takie prace winny być „pomocą w poszukiwaniu nowego piękna współczesności”. Ta strategia opierała się konsekwentnie na pojęciu kontynuacji, ciągłości, linearnej narracji wiążącej przeszłość z teraźniejszością po to, by wytyczyć wektory wychylone w przyszłość. Ten optymistyczny progresywizm, fundowany na starej tezie o źródłach sztuki nowoczesnej w romantyzmie, nie opuszczał Starzyńskiego, gdy zastanawiał się, czy doświadczenia romantyków mogą się jeszcze na coś przydać. Odrzucał jednak wszystkie nowe zjawiska, z jakimi miał okazję stykać się w zachodnich galeriach, ignoruje radykalne postawy artystyczne (happening, konceptualizm, nowe koncepcje przestrzeni analizowane w obszarze obrazu, jak sposobach jego ekspozycji), a problem zaniku w sztuce współczesnej trzech starych idei: piękna, dzieła i ramy (co Paul Ricoeur wskazał jako symptom nowej formy obrazowości) traktował wyłącznie w kategorii upadku. Obcy był mu nowy dyskurs historyczno-artystyczny, w którym do głosu dochodziły teorie kulturowe wypracowywane w liberalnej atmosferze zachodnich uczelni i instytucji. Jako odbiorca przybyły ze spauperyzowanego kraju realnego socjalizmu, był bezradny w świecie kultury konsumpcyjnej i jej teorii, która wpisywała społeczne funkcje sztuki w rolę aranżera pewnych sytuacji przestrzennych, sztuki jako „zabawy” i „producenta” przedmiotów użytkowych (designu). Wyniośle i z właściwą sobie ironią oceniał sztukę zachodnich artystów, broniąc nieaktualnej już akademickiej hierarchii sztuk (malarstwo, rzeźba, architektura) w lęku przed rozsadzeniem tej kanonicznej struktury przez programy otwartego dzieła sztuki. Jego bezradność wobec neoawangardy wynikała z braku refleksji, że to nie sztuka jest w kryzysie, jak z uporem powtarzał, ale w kryzysie był język, jakiego używał do jej opisu, anachroniczny i dlatego nieprzystawalny do zjawisk, jakich miał być reprezentacją. Przyjmował wobec tego postawę krzewiciela „wyższej”, jak wierzył, kultury socjalistycznej, a swoją pozycję „wojownika” formułował w patetycznej i archaicznej retoryce, jakiej nikt na Zachodzie już nie używał i chyba nikt nie rozumiał. Warunkiem sine qua non istnienia sztuki i jej obecności w przestrzeni społecznej było dla niego heglowsko-marksistowsko-leninowskie prawo konieczności i wychodząc z tej przesłanki, był przekonany, że artysta współczesny (zwłaszcza polski) ma do spełnienia „naczelną romantyczną rolę”: wyrażać „prawdę czasu i prawdę wewnętrzną własnym rytmem”; historyk sztuki musi zaś badać sztukę przeszłości z pozycji teraźniejszości. Ten problem preposteryjnej historii, dzisiaj znajdujący się w centrum dyskursu historyczno-artystycznego jest jednym z najważniejszych wątków w myśli Starzyńskiego, który pozwala łączyć go z cassirerowską formą symbolicznych i teorią recepcji.

W tym samym tonie apologety romantyzmu Starzyński pisał swoją ostatnią książkę, pod symptomatycznym tytułem Polska droga do samodzielności w sztuce (1973), której punktem wyjścia był tekst U źródeł sztuki nowoczesnej w Polsce (1956), a na całość złożyły się teksty już publikowane i inedita. Treść tego zbioru daje się sprowadzić do starej nacjonalistyczno-plemiennej tezy o własnej „ciągłości rozwojowej” sztuki polskiej w stosunku do zachodniej. Za tradycją nacjonalistycznej historii sztuki Starzyński wyodrębnił więc „polski impresjonizm” i „polski koloryzm”, a nawet „polską abstrakcję” (sic!), która w pewnym momencie znalazła właściwe dla siebie miejsce także i w jego historii sztuki. Nienawiść do sztuki abstrakcyjnej jako zjawiska „chorobowego”, które należy wykluczyć z dyskursu artystycznego, legła w gruzach, gdy Starzyński napisał wstęp do pierwszej po wojnie wystawy Henryka Berlewiego (1965), otwarcie określając siebie jako „historyka sztuki nowoczesnej”, który stawia sobie za cel wykazanie prekursorstwa Berlewiego w wymiarze światowym jako „polskiej” odmiany konstruktywizmu, nazwanego racjonalnym. W tym też czasie w polu jego uwagi znalazła także introwetyczna rzeźba Aliny Szapocznikow (wstęp do katalogu jej drugiej wystawy indywidualnej, 1960), w której Starzyński odnalazł, jak niegdyś w obrazach Picassa, odcisk wojennej traumy.

Jego krytyczno-artystyczne teksty z dekady lat 60. skupiały się na wybranej grupie głównie polskich artystów współczesnych, kapistach oraz od pewnego momentu także abstrakcjonistach. A tutaj Starzyński lokował się już na pozycji głównego propagatora historyczno-artystycznej tezy, że oba te nurty (koloryzm i abstrakcja) mają do wypełnienia pokoleniową misję jako kolejna generacja spadkobierców „polskiego romantyzmu”, wiodąca sztukę polską do „niepodległości”, czyli do sztuki wolnej od wpływów zachodniego liberalizmu artystycznego, za to zaangażowanej w budowanie projektu ideologicznego określanego jako „kultura socjalistyczna”. W poglądach tych prześwituje ciągle zarówno leninowska teoria kontynuacji, jak i marksistowska dialektyka, która każe traktować dyskurs artystyczny i naukowy jako ciągłe pole wojny ideologicznej. W zimnowojennej retoryce przemieszanej z neoromantycznym, mesjanistycznym widzeniem sztuki polskiej w kategoriach jej uniwersalnego i (po kantowsku) bezinteresownego posłannictwa, Starzyńskiego nie opuszczało przekonanie, że „nie jest i nie będzie to droga obojętnego, wysublimowanego estetyzmu, lecz walka nieubłagana o prawdę i wolność człowieka”.

Jan Białostocki, zwolennik poglądu, że każda generacja ma prawo do własnej interpretacji sztuki i jej historii, w dedykowanej pośmiertnie Starzyńskiemu Ikonografii romantycznej spróbował zracjonalizować jego rolę, wskazując na cechującą go przemienność metodologiczną, która wyznaczacza rytm dyscypliny: z jednej strony badania nad treścią dzieła sztuki, ergo życiem tematów i motywów (ikonografia i ikonologia), z drugiej zaś, pod wpływem tendencji artystycznych początków XX wieku, zwrot ku studiom formy i historii idei. Białostocki był zdania, że za pomocą różnych metod, pojęć i punktów widzenia należy tworzyć interdyscyplinarne syntezy w historii sztuki, a początki tego wielkiego historiograficznego i metodologicznego projektu widział właśnie w działalności Starzyńskiego. Przede wszystkim przez wprowadzenie w życie idei akademii artystycznej, gromadzącej pod jednym dachem badaczy sztuki, krytyków i artystów, łączącej dyskurs naukowo-teoretyczny z kreacją. PIS/IS PAN były instytucjami, które na jakiś czas postawiły nauki o sztuce w Polsce na czele innych dyscyplin humanistycznych, ale nie były bynajmniej „wynalazkiem” Starzyńskiego. Tego rodzaju centralne interdyscyplinarne ośrodki programujące badania nad sztuką i sprawujące nad nimi funkcje kontrolne były bowiem efektem organizacji nauki i sztuki wprowadzanej w krajach komunistycznych po 1945 roku na gruncie założeń ustrojowych realnego socjalizmu. Program tej wielkiej instytucji, który łączył kilka projektów – od oświeceniowego, przez romantyczny i modernistyczny, aż do docelowego modelu socjalistycznego – miał jasno określoną normatywną funkcję organizacyjną, metodologiczną i programową: „nowa periodyzacja dziejów sztuki”, prace prowadzone głównie w kolektywie i marginalizujące indywidualne projekty badawcze, badania historyczne rozumiane jako kumulowanie faktów, a nie tworzenie wiedzy, oraz jako „nauka stosowana” przydatna współczesnej twórczości artystycznej, która była poddana takiej samej kontroli (wprowadzanie doktryny realizmu socjalistycznego do praktyki artystycznej fundowanej na tradycji realizmu w sztuce).

Starzyński, w jednej osobie krytyk i historyk sztuki, działacz partyjny i urzędnik państwowy wysokiego szczebla, w zakresie badań nad sztuką i jej dydaktyki wyznaczył kierunki polskiej historii sztuki na następne półwiecze. Dzisiaj jednak cały jego projekt, podobnie jak jego poglądy na sztukę, należą już tylko do historii dyscypliny. Z całego dorobku najlepiej próbę czasu wytrzymał jego naukowy debiut: rozprawa habilitacyjna Wilanów. Dzieje budowy pałacu wilanowskiego za Jana III z 1933 roku, zorientowana na badaniach źródłowych i porównawczych, oceniana jako jedno z najwybitniejszych osiągnięć przedwojennego środowiska polskich historyków sztuki nowożytnej, monografia modelowa, posługująca się najnowocześniejszą na przełomie lat 20. i 30. metodą komparatystyczną, zagarniającą wielkie obszary kultury artystycznej. Zdaniem Białostockiego, pisane przez Starzyńskiego wspólnie z Michałem Walickim Dzieje sztuki w Polsce (1936) nakreśliły początki nowych czasów w sztuce, podobnie jak opracowany (także z Walickim) pierwszy u nas nowocześnie ujęty katalog zbiorów europejskiego malarstwa w Muzeum Narodowym (1938). I to za dyrektury Starzyńskiego oba „jego” instytuty: PIS i IS PAN miały status jedynych u nas ośrodków badania sztuki współczesnej i jej dokumentowania, i tutaj w latach 1957–1960 wydawano „Przegląd Artystyczny” pod redakcją Aleksandra Wojciechowskiego.

Starzyński w swoich wyborach i sądach miał naturę hybrydową, ukierunkowaną na realizowanie swego marzenia-obsesji: Funkcji wypełnianej przez Instytucję. Ale „wymyślony” przez niego konstrukt takiej interdyscyplinarnej Instytucji, w której artyści i naukowcy wspólnie tworzyć mogą nową rzeczywistość sztuki-nauki, okazał się kolejną utopią. Wyparła ją postawa historyków, którzy ten w zamyśle intertekstualny projekt zwekslowali w kierunku instytucji głównie dokumentacyjnej, zaangażowanej w kumulowanie wiedzy, a nie w jej tworzenie. Żaden z wielkich programów Starzyńskiego nie doszedł do skutku, ze słynnymi syntezami dziejów sztuki polskiej na czele; toczą się jedynie niektóre prace dokumentacyjne zaczęte prawie 60 lat temu. Z dzisiejszej perspektywy oczekiwań i konieczności, jakie są stawiane humanistyce w ogóle, a historii sztuki w szczególe, projekt Starzyńskiego daje się zatem analizować przy użyciu freudowskiego pojęcia „odroczonego skutku”, określającego sytuacje, jakie mogą zostać rozpoznane dopiero w wyniku zdarzeń post factum. Pojawia się wówczas poczucie zmarnowanej szansy, gdy spod marksistowsko-leninowskiego żargonu sprzed pół wieku prześwitują koncepty i tropy, które dają się konfrontować z obecnymi badaniami nad kulturą wizualną, z foucaultowską teorią historii jako genealogii teraźniejszości, z nowoczesnym kontekstualizmem, z psychologicznymi teoriami estetyki recepcji. Ale hermeneutyczna świadomość Starzyńskiego, który obcowanie z dziełem sztuki rozumiał jako proces, oraz/i (także) jako osobiste zdarzenie, nigdy nie pozwoliła mu porzucić tej „prokuratorsko-policyjnej” postawy nadzorcy, jaką przyjmował, realizując oficjalną politykę wiedzy-władzy: historyka sztuki jako autorytarnego „ojca” dysponującego władzą Spojrzenia i dzięki temu roszczącego sobie prawo do budowania wielkich narracji historyczno-artystycznych: ujednolicających, totalizujących, centralizujących, męskich7. Jeżeli, jak to ujął Hayden White, „jednym ze sposobów, w jaki dyscyplina naukowa może dokonać oceny swego stanu, jest refleksja nad jej własną historią”8, to nie można nie dostrzec, że Starzyński, mimo swych zasług, jest odpowiedzialny za wprowadzenie i utrwalenie w naszej historii sztuki wielu szkodliwych postaw i anachronizmów, zwłaszcza postaw antyinterpretacyjnych. Dzisiaj jego dokonania domagają się analiz, które pozwalają wskazać, że reprezentowane przez Starzyńskiego stricte modernistyczne rozumienie funkcji histori sztuki jako kodyfikatorki wiedzy, producentki „świadomego widza” i jego strażniczki jest tylko jedną z tych kulturowych konwencji, jaka tworzona jest przez dyskurs i która wymaga dzisiaj już krytycznego przepracowania z różnych perspektyw, pozwalających ujawnić stopień jej zmitologizowania.

SECT-ID LINK

1J. Starzyński, Realizm mieszczański a realizm socjalistyczny (w nawiązaniu do obecnej sytuacji malarstwa polskiego), „Materiały do Studiów i Dyskusji” 1950, nr 1, s. 28–31.

2Idem, Materializm dialektyczny i historyczny jako podstawa badań nad sztuką, „Materiały do Studiów i Dyskusji” 1951, nr 5, s. 25–56.

3Pełny wykaz funkcji i stanowisk zob. A. Ryszkiewicz, Starzyński Juliusz, [w:] PSB, t. XLII/4, Warszawa-Kraków 2004, s. 462–465.

4J. Starzyński, Na przykładzie Picassa, [w:] idem, Ludzie i obrazy. Od Davida do Picassa, Warszawa 1958, s. 283–336.

5Idem, Van Gogh, człowiek i malarz, „Materiały do Studiów i Dyskusji” 1954, nr 1, s. 64–111; S.M. [S. Morawski?], Z wydawnictw, „Przegląd Artystyczny” 1954, nr 3, s. 64.

6A. Ryszkiewicz, op. cit., s. 322; zob. też A. Ptaszkowska, Wierzę w wolność, ale nie nazywam się Beethoven, Gdańsk 2010, s. 151 i nast.

7J. Starzyński, Jak patrzeć na dzieło sztuki, Warszawa 1948, s. 58.

8H. White, Tekst historiograficzny jako artefakt literacki [1974], [w:] Teorie literatury XX wieku. Antologia, red. A. Burzyńska, M.P. Markowski, Kraków 2006, s. 551.

Witold Jakub Stefański

Urodzony 25 VII 1891 w Kielcach. Studia na Uniwersytecie w Genewie, tamże doktorat (1914). Asystent w Zakładzie Zoologii Systematycznej i Morfologicznej UW (1917), habilitacja tamże (1920), profesor (1925). Kierownik Zakładu Zoologii i Parazytologii (od 1925), dziekan Wydziału Weterynaryjnego UW (1930–1931, 1936–1939). Profesor SGGW (1952–1961).

Zoolog, parazytolog, twórca polskiej szkoły parazytologicznej; badania m.in. nad systematyką, ekologią i fizjologią nicieni; pionierskie badania nad współżyciem robaków pasożytniczych i mikroorganizmów w przewodach pokarmowych zwierząt.
Członek TNW (1930), PAN (1951, wiceprezes 1962–1965), organizator i kierownik (1953–1961) Zakładu Parazytologii PAN, kierownik Stacji Naukowej PAN w Paryżu (1963–1964). Inicjator (1947) i prezes (1946–1950) Polskiego Towarzystwa Parazytologicznego. Członek-założyciel (1962) i prezes (od 1966) European Federation of Parasitologists.
Zmarł 18 VII 1973 w Warszawie.

Zadania parazytologii polskiej w zwalczaniu chorób inwazyjnych zwierząt domowych, Lublin 1948; Nowy środek leczniczy przeciwko glistnicy świń, Lublin 1950; Stosunki między pasożytami a jelitową florą bakteryjną, Warszawa 1972.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, t. X, Warszawa 1967; A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia, t. IV, Warszawa 1998.

TOMASZ MAJEWSKI

WITOLD JAKUB STEFAŃSKI

1891–1973

 

Zoolog i parazytolog, twórca polskiej szkoły parazytologicznej, umiejętnie skupiał wokół siebie zdolnych współpracowników. Cechowała go niezwykła aktywność na polu pracy naukowej i działalności organizacyjnej, łączenie rozwiązywania problemów czysto poznawczych i działalności w zakresie praktycznej weterynarii, a więc leczenia zwierząt służących człowiekowi nie tylko indywidualnie, lecz także organizowanie odpowiednich akcji w skali kraju. Jego liczni uczniowie wspominali go z szacunkiem i sympatią jako człowieka wielkiej wiedzy i kultury, a zarazem dobroci.

Urodził się 25 lipca 1891 roku w Kielcach, jako syn urzędnika ziemskiego Gustawa Stefańskiego i Aleksandry z Popiołków. Uczęszczał z początku do państwowego gimnazjum w Pińczowie, a w roku 1905 przeniósł się do Szkoły Handlowej w Kielcach z polskim językiem nauczania. Po jej ukończeniu prowadził z ramienia PPS nielegalną działalność oświatową. Aresztowany przez władze carskie, a następnie zwolniony, w obawie przed dalszymi represjami wyjechał za granicę. W Genewie rozpoczął studia w zakresie zoologii na tamtejszym uniwersytecie. W 1914 roku uzyskał doktorat na podstawie napisanej pod kierunkiem prof. Emila Yunga rozprawy o faunie wolno żyjących nicieni Jeziora Genewskiego. Jeszcze w czasie studiów, w 1913 roku podjął pracę jako asystent profesora Yunga przy katedrze zoologii i anatomii porównawczej Uniwersytetu Genewskiego, prowadząc badania nad systematyką, ekologią i fizjologią żyjących w rzekach i jeziorach Szwajcarii nicieni; opisał kilka nowych dla nauki nicieni oraz nieznane dotąd szczegóły ich fizjologii dotyczące sposobów wydalania. W chwili wybuchu i wojny światowej znajdował się w Krakowie i, jako poddany rosyjski, został przez władze austriackie internowany w Innsbrucku, uzyskał jednak możliwość pracy naukowej w tamtejszym uniwersytecie. Po zwolnieniu i powrocie do Genewy został mianowany docentem i prowadził tam przez dwa semestry wykłady z fizjologii porównawczej bezkręgowców.

Po powrocie do Polski jesienią 1917 roku, będąc już uznanym specjalistą z zakresu nematologii (nauki o nicieniach), Stefański został zatrudniony w niedawno odnowionym polskim Uniwersytecie Warszawskim, w Zakładzie Zoologii Systematycznej i Morfologicznej jako asystent Jana Sosnowskiego, a później, od 1919 roku, Konstantego Janickiego. W 1920 roku wziął udział w walce z bolszewikami. W tym samym roku habilitował się na podstawie rozprawy Wydalanie u wolno żyjących nicieni. Profesorem nadzwyczajnym został mianowany w 1925 roku, po czym objął katedrę zoologii i parazytologii i kierownictwo odpowiedniego Zakładu w Studium Weterynarii UW, które niebawem, w 1927 roku, zostało podniesione do rangi Wydziału Weterynarii. Parazytologia nie była wówczas jeszcze uznawana za odrębną, zdefiniowaną gałąź zoologii, dlatego też młody profesor musiał pokonywać niemałe trudności, aby rozwijać tę specjalność. Mimo szczupłej kadry (zaledwie dwa etaty asystenckie) skupił wokół siebie młodych uczniów i utworzył zaczątek szkoły parazytologicznej, której rozwój był jedną z jego największych zasług dla polskiej nauki.

Na Uniwersytecie Warszawskim Stefański wykładał systematykę i fizjologię robaków oraz parazytologię weterynaryjną i lekarską dla studentów weterynarii, medycyny i farmacji. Dwukrotnie, w roku akademickim 1930/1931 i 1936/1939, był dziekanem Wydziału Weterynaryjnego. W 1935 roku został mianowany profesorem zwyczajnym. Od 1918 roku prowadził wykłady zlecone zoologii i parazytologii w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W celu badania pasożytów ryb wyjeżdżał do Rumunii, gdzie zbierał materiał badawczy w stacji biologicznej Sinaia i w delcie Dunaju, oraz do Francji, do stacji morskiej w Arcachon. Krótko przed wojną podjął pracę nad obszernym podręcznikiem parazytologii lekarskiej i weterynaryjnej, który został ukończony w 1939 roku i przekazany do druku, ale nie zdążył się już ukazać.

Wybuch wojny przerwał działalność naukową Stefańskiego. Z początku pracował fizycznie jako palacz w szkołach, jednocześnie biorąc udział w tajnym nauczaniu na poziomie licealnym. Od 1941 roku był zatrudniony w dawnym Państwowym Instytucie Naukowym Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach, przejętym przez Niemców jako Rolniczy Zakład Badawczy. Kierował tam działem parazytologii w obrębie Instytutu Weterynarii. Praca w tej placówce, jedynej w tym czasie tego typu w kraju, dała mu sposobność zetknięcia się z praktyką weterynaryjną w terenie, a w szczególności z najgroźniejszymi chorobami powodowanymi przez organizmy pasożytnicze. W wydawanym przez instytut niemieckojęzycznym czasopiśmie „Berichte der Landwirtschaftlichen Forschungsanstalt der Generalgouvernements” opublikował trzy artykuły, z których dwa dotyczyły szczególnie wówczas aktualnego problemem świerzbu konia.

W czasie walk frontowych na terenie Puław, latem 1944 roku, Stefański ofiarnie ratował przed zniszczeniem i rozgrabieniem mienie Instytutu. Po wyzwoleniu kierował krótko Wydziałem Weterynarii wskrzeszonego Państwowego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego, a później, po utworzeniu Państwowego Instytutu Weterynaryjnego, kierował, do 1960 roku, jego Wydziałem Parazytologii i Chorób Inwazyjnych. Przez wiele lat (1951–1972) przewodniczył Radzie Naukowej tego Instytutu. Był też jednym z organizatorów i pierwszym dziekanem istniejącego od 1946 roku Wydziału Weterynaryjnego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, do 1947 roku kierował tam Zakładem Zoologii i Parazytologii.

Jednocześnie od pierwszych lat powojennych wiele czasu poświęcał odbudowywanemu Uniwersytetowi Warszawskiemu. W 1946 roku powrócił do Warszawy. Dzięki jego zabiegom w tym samym roku został reaktywowany Wydział Weterynaryjny UW. Stefański został jego pierwszym po wojnie dziekanem i jednocześnie kierownikiem Zakładu Zoologii i Parazytologii.

W 1952 roku Wydział Weterynaryjny został przeniesiony z Uniwersytetu Warszawskiego do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Profesor Stefański kierował tu Katedrą Parazytologii i Chorób Inwazyjnych aż do przejścia na emeryturę w 1961 roku. W roku akademickim 1951/1952 był prorektorem tej uczelni.

Brał czynny udział w tworzeniu Polskiej Akademii Nauk, a później w jej pracach. Znajdował się w gronie uczestników Pierwszego Kongresu Nauki Polskiej, który obradował na przełomie czerwca i lipca 1951 roku; przewodniczył Podsekcji Weterynarii w obradach Kongresu. Po utworzeniu Polskiej Akademii Nauk, wybrany został członkiem korespondentem w Wydziale II Nauk Biologicznych PAN, a w roku 1956 – członkiem zwyczajnym. Powierzano Witoldowi Stefańskiemu różne funkcje w Akademii, m.in. w 1952 roku został powołany na przewodniczącego Komitetu Parazytologicznego PAN i wiceprzewodniczącego Komitetu Zoologicznego PAN, w latach 1957–1962 pełnił funkcję sekretarza naukowego Wydziału II PAN, w latach 1962–1965 był wiceprezesem PAN, a w latach 1963–1964 kierował Stacją Naukową PAN w Paryżu. Przewodniczył (1967–1972) Radzie Naukowej Zakładu Hodowli Zwierząt Laboratoryjnych PAN. Organizował Zakład (późniejszy Instytut) Parazytologii PAN i kierował nim w latach 1953–1961.

Profesor Witold Stefański brał także udział w pracy wielu towarzystw naukowych. Był inicjatorem powstania (1947) Polskiego Towarzystwa Parazytologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych (w latach 1952–1953 był jego pierwszym prezesem). Na swojego członka wybrały go liczne towarzystwa naukowe polskie i zagraniczne, między innymi Towarzystwo Naukowe Warszawskie, Polskie Towarzystwo Zoologiczne (był jego prezesem w latach 1946–1950), był członkiem założycielem (1962) i prezesem (od 1966) European Federation of Parasitologists. Był także jednym z założycieli (1923) i prezesem (1967–1970) Towarzystwa Polsko-Szwajcarskiego. Wielokrotnie reprezentował naukę polską za granicą na międzynarodowych kongresach i konferencjach. W uznaniu swoich zasług otrzymał godność doktora honoris causa SGGW i uniwersytetu w Rennes. Wielokrotnie nagradzany wysokimi odznaczeniami polskimi, francuskimi i rumuńskimi, członek towarzystw naukowych z ZSRR, Indii, Francji, Jugosławii, Bułgarii, Niemiec. Jego imieniem nazwano w roku 1983 Instytut Weterynarii Polskiej Akademii Nauk, który prof. Stefański tworzył i którym przez wiele lat kierował.

Dorobek naukowy Stefańskiego, bogaty i ciągle jeszcze cytowany, obejmuje ponad dwieście publikacji. Można je podzielić na dwie duże grupy. Pierwsza chronologicznie i obszerna ilościowo (około 1/3 jego dorobku), to prace dotyczące pędzących wolny tryb życia nicieni, drobnych bezkręgowców, głównie zamieszkujących zbiorniki wodne. Gdy Stefański zaczął je badać, były jeszcze słabo poznane. Interesował się żyjącymi w wodach nicieniami w pierwszych latach swojej pracy naukowej, jeszcze w Szwajcarii, ale i później, badając ich występowanie w akwenach Polski, Francji i Rumunii. Analizował ich systematykę i fizjologię, ekologię, a więc zależność występowania od warunków siedliskowych, opisywał nowe dla nauki gatunki. Z najważniejszych prac tej grupy wymienić należy rozprawę doktorską Recherches sur la faune des Nématodes libres du bassin du Leman (1914) oraz obszerną monografię Les Nématodes libres des lacs des Tatra Polonaises, leur distribution et systématique (1938), a także rejestrację nicieni żyjących w słonych wodach Ciechocinka (1925) i w mchu w okolicach Zakopanego (1924). Był pierwszym zoologiem badającym te zwierzęta w Polsce.

Pozostałe, w większości późniejsze opracowania naukowe Stefańskiego dotyczą prawie wyłącznie organizmów pasożytniczych. Zależnie od przynależności systematycznej badanego organizmu prace te można podzielić na kilka grup.

Pierwsza dotyczy nicieni pasożytniczych, ich systematyki, cyklów życiowych i sposobów zwalczania. Te organizmy także były słabo poznane i Stefański dorzucił wiele do naszej wiedzy o tych właśnie nicieniach, szczególnie gatunkach powodujących groźne choroby zwierząt gospodarskich, badając ich biologię i cykl życiowy. Dużo uwagi poświęcał sposobom zwalczania tych pasożytów. Opracował m.in. metody leczenia glistnicy świń powodowanej przez nicienia Strongyloides suis (Anoreksja powodowana u świń przez pasożytniczego nicienia Strongyloides suis i jej leczenie, 1947; Nowy środek leczniczy przeciwko glistnicy świń, 1950), badał także pasożyty innych zwierząt (O kilku gatunkach nicieni z podrodziny Trichoneminae, pasożytujących w jelicie grubym koni, 1930).

Druga grupa organizmów pasożytniczych, będących obiektem zainteresowania Stefańskiego, to świerzbowce, drobne pajęczaki żyjące w skórze zwierząt stałocieplnych. Świerzb koni był chorobą rozprzestrzeniającą się w czasie wojny i w pierwszych latach powojennych i stanowiącą problem w gospodarstwach wiejskich. Stefański opracował prosty sposób wykrywania obecności pasożyta („metoda Stefańskiego”), a także dał hodowcom skuteczne sposoby zwalczania tej choroby. Pierwszy to użycie skonstruowanej przez niego komory gazowej, stosowanej później w całym kraju, w której pasożyt ginął na skutek działania dwutlenku siarki. Skuteczne też okazało się smarowanie porażonych części ciała zwierzęcia czystą naftą (Komora gazowa typu Puławy, 1945; W sprawie odkażania stajni, wybiegów i przedmiotów, stykających się z świerzbowatymi końmi. Działanie czynników chemicznych na świerzbowce in vitro, 1945; Nafta jako środek leczniczy przy świerzbie koni, 1947).

Następny pasożyt, którym zajął się Stefański, to giez bydlęcy (Hypoderma bovis), muchówka, której larwa żyje pod skórą swojego żywiciela, powodując przy uwolnieniu się trudno gojące się rany. Stefański badał rozprzestrzenienie się tego pasożyta w naszym kraju, wypróbował zalecane w różnych źródłach metody zwalczania, i postulował ustawowe objęcie tego pasożyta obowiązkiem zwalczania (Walka z gzem bydlęcym (Hypoderma sp.) w Polsce, 1948; Rozmieszczenie gza bydlęcego (Hypoderma sp.) na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, 1949).

Kolejna choroba, którą badał Stefański, powodowana jest przez świdrowca (Trypanosoma equiperdum), pierwotniaka żyjącego w krwi zwierzęcia i powodującego niebezpieczną zarazę stadniczą koni. Opracował metodę produkcji antygenu, który umożliwiał wczesne wykrycie choroby i eliminację chorego zwierzęcia, a tym samym ogniska choroby (Materiały w sprawie produkcji antygenu do odczynu Bordet-Gengou na zarazę stadniczą, 1947; Pasożytobójcze działanie surowicy ludzkiej na świdrowce końskie Trypanosoma equiperdum, 1953).

Pionierskie były jego badania nad współżyciem robaków pasożytniczych i mikroorganizmów w przewodach pokarmowych różnych zwierząt (Les relations biocénotiques entre la faune parasitaire et la flore bactérienne du tract digéstif, 1956). Istniejącą wiedzę na ten temat podsumował w książce Stosunki między pasożytami a jelitową florą bakteryjną (1972). Ogólniejsze znaczenie ma także praca Stan badań nad inwazyjnymi chorobami pastwiskowymi w Polsce i konieczność ich planowego zwalczania (1953). Zwraca ona uwagę na pasożyty, które dostają się na pastwisku do przewodu pokarmowego zwierzęcia w postaci jaj lub żywiciela pośredniego (motylica) i wydalane są w postaci jaj zakażających zwierzę ponownie. Trzeba tu podkreślić gospodarcze znaczenie badań i całej działalności prof. Witolda Stefańskiego. Jego prace dawały podstawy naukowe do zwalczania chorób zwierząt, które w okresach nasilenia przynosiły duże straty. Szczególnie dotyczyło to szerzących się w pierwszych latach powojennych dwóch chorób koni, świerzbu i zarazy stadniczej. Służba weterynaryjna mogła teraz walczyć skutecznie z tymi schorzeniami, otrzymując od nauki skuteczne środki do ich zwalczania, dzięki czemu w krótkim czasie zostały zlikwidowane. Podobnie ograniczono szkodliwość dwóch innych chorób, którymi były gzawica i motylica.

Stefański wykształcił w kierowanych przez siebie ośrodkach wielu uczniów, uznawany jest za twórcę polskiej szkoły parazytologicznej. Był autorem i współautorem podręczników: Zarys parazytologicznych metod rozpoznawczych (1946, z Eugeniuszem Żarnowskim i Adamem Sołtysem), Zarys parazytologii ogólnej (1950), dwutomowego Parazytologia weterynaryjna (1 wyd. 1963, 1968), Rozpoznawanie inwazji pasożytniczych u zwierząt (1971, z Żarnowskim), należy też wymienić popularną monografię Glista ludzka i inne nicienie (1959). Wreszcie warto wspomnieć o udziale Stefańskiego w zapomnianym już dziś, ale miejscami ciągle jeszcze cennym, zbiorowym wydawnictwie Podręcznik do zbierania i konserwowania zwierząt należących do fauny polskiej (1921–1929); profesor opracował część poświęconą robakom pasożytniczym i nicieniom.

Witold Stefański zmarł 18 lipca 1973 roku w Warszawie i pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

Edward Stenz

Urodzony 22 I 1897 w Warszawie. Studia na UW, asystent w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej (1921–1925), doktorat (1926). Pracownik Państwowego Instytutu Meteorologicznego, potem Instytutu Geofizyki i Meteorologii UJK we Lwowie oraz Obserwatorium Magnetycznego PW w Świdrze koło Otwocka (1934–1937). Kierownik Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego na Kasprowym Wierchu (1937–1939). Dyrektor Służby Meteorologicznej i Hydrologicznej Afganistanu (1939–1948), profesor Uniwersytetu w Kabulu. Profesor UW, pracownik Zakładu Geofizyki (1948), kierownik Katedry Geofizyki I (od 1949).

Geofizyk; w kręgu jego zainteresowań były m.in.: grawimetria, magnetyzm ziemski, promieniowanie słoneczne.
Przewodniczący Komitetu Geofizyki PAN (od 1952 roku). Pierwszy redaktor czasopisma „Acta Geophysica Polonica” (obecne „Acta Geophysica”).
Zmarł 21 II 1956 w Sztokholmie.

Ziemia. Fizyka globu, mórz i atmosfery, Warszawa 1936; Bemerkungen über den täglichen Verlauf der magnetischen Vertikalkomponente in Świder, Warszawa 1938; Zagadnienie klimatów suchych w świetle wyparowania, Toruń 1949; Co to jest tęcza, Warszawa 1955.

J. Fedirko, Edward Stenz – geograf, wybitny badacz Afganistanu, „Prace Geograficzne” 2011, z. 127; R. Teisseyre, Wspomnienie o Profesorze Stenzu, „Przegląd Geofizyczny” 1997, t. XLIL, nr 1.

ROMAN TEISSEYRE

EDWARD STENZ

1897–1956

 

Miałem szczęście do dobrych nauczycieli i opiekunów. Ich mądrość i życzliwość pomogły mi w trakcie studiów i w początkach kariery naukowej.

Studiowanie fizyki rozpocząłem na Uniwersytecie Wrocławskim w 1947 roku. W następnym roku, w grudniu, przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski (przenieśliśmy się, a właściwie powróciliśmy do stolicy we czwórkę: moi rodzice, młodsza siostra i ja; starszy brat został we Wrocławiu). Jeszcze we Wrocławiu, w czasie wakacji 1947 roku pomagałem w pomiarach pól magnetycznych na Dolnym Śląsku Jerzemu Kowalczukowi, magistrowi Akademii Górniczo-Hutniczej. Te kontakty z geofizyką przyczyniły się później do podjęcia przeze mnie pierwszej współpracy z prof. Stenzem.

Tutaj dodam, że już w okresie przedwojennym Edward Stenz zdobył renomę rzetelnego badacza w różnych dziedzinach: meteorologii i aktynometrii, klimatologii i ogólnie geografii fizycznej oraz fizyki „twardej Ziemi”, w tym grawimetrii i magnetyzmu ziemskiego. Był on jednym z pierwszych wychowanków Stefana Pieńkowskiego i w latach 1921–1925 jego asystentem w Zakładzie Fizyki Doświadczalnej UW. Doktorat uzyskał w 1926 roku, będąc autorem ponad trzydziestu prac naukowych. Potem zainteresował się zagadnieniami geofizyki. Był wybitnym badaczem promieniowania słonecznego. Dr Stenz pracował kolejno w Państwowym Instytucie Meteorologicznym, potem w Instytucie Geofizyki i Meteorologii prof. Henryka Arctowskiego na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a w latach 1934–1937 – w Obserwatorium Magnetycznym w Świdrze koło Otwocka, które podlegało wówczas Politechnice Warszawskiej. Tu zwrócił uwagę kierownikowi i założycielowi obserwatorium, prof. Stanisławowi Kalinowskiemu, na poważną pomyłkę w interpretacji pomiarów magnetycznych. Powstał zatarg, w wyniku którego kierownik, czyli prof. Kalinowski, usunął Stenza z pracy.

W tym samym 1937 roku Stenz przyjął obowiązki pierwszego kierownika Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego, właśnie zbudowanego na Kasprowym Wierchu, a podlegającego Państwowemu Instytutowi Meteorologicznemu. Stenz kierował pracą obserwatorium do marca 1939 roku; praca ta zaowocowała czterema artykułami naukowymi.

Następnie wyjechał do... Afganistanu, ponieważ otrzymał propozycję zorganizowania tam służby meteorologicznej i jej poprowadzenia. Było to wynikiem polsko-afgańskiego porozumienia międzyrządowego i oczywiście także uznania, jakim cieszyła się praca Stenza. W doskonałym artykule1 Janusza Fedirki z 2011 roku podany jest zarys wielostronnych zainteresowań i działań Edwarda Stenza podczas jego pobytu w Afganistanie. Wynikały one z jego wielkiej wiedzy i temperamentu badacza, a zaowocowały budową w tym kraju Centralnego Obserwatorium Astronomicznego i następnie dziesięciu jego filii, szeregiem badań naukowych w dziedzinach geofizyki, hydrologii (i ogólnie geografii fizycznej) oraz prowadzeniem przez polskiego badacza zajęć dydaktycznych na uniwersytecie w Kabulu. Tematy wykładów objęły nie tylko geofizykę, lecz także nauki ścisłe z matematyką łącznie. Dodajmy, że prof. Stenz znał czynnie i biernie cztery obce języki: angielski, francuski, niemiecki i rosyjski oraz słabo perski, przydatny w Afganistanie.

W 1948 roku profesor powrócił do Polski i rozpoczął pracę w Zakładzie Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, organizowanym przez Teodora Kopcewicza. W 1949 roku objął Katedrę Geofizyki – w ramach tego zakładu (od 1952 – Katedra Fizyki Litosfery).

W 1950 roku prof. Stenz zaproponował mi pracę u siebie, na stanowisku zastępcy asystenta, jako że byłem jeszcze studentem.

Jednak niedługo potem, w 1951 roku, chyba z początkiem IV roku studiów, otrzymałem taką samą propozycję od prof. Leopolda Infelda, światowej sławy fizyka, współpracownika Maxa Borna i Alberta Einsteina. Infeld wrócił do kraju w 1950 roku i rozpoczął tworzenie Instytutu Fizyki Teoretycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Zwróciłem na siebie jego uwagę podczas wykładów i seminariów.

Profesor Stenz zgodził się na moje odejście, ale poprosił, abym wybrał dwóch następców na swoje miejsce; wskazałem kolegów: Mieczysława Kozłowskiego i Andrzeja Zawadę. Profesor przyjął ich na stanowiska zastępców asystenta, tak samo jak przedtem mnie. Od tego momentu miałem luźniejszy kontakt z profesorem, między innymi – zdałem u niego egzamin z geofizyki.

Do końca studiów, co nastąpiło w 1953 roku, byłem zastępcą asystenta prof. Infelda. Po uzyskaniu magisterium postanowiłem podjąć pracę w Zakładzie Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, który właśnie był tworzony, pod kierunkiem Tadeusza Olczaka i Edwarda Stenza. Na ten pomysł – porzucenia fizyki teoretycznej dla geofizyki, nauki bardziej praktycznej, związanej z naturą i obserwacjami – wpłynęły moje kontakty z tą szeroką dziedziną badań i interesujące wykłady prof. Stenza.

Profesor Infeld zgodził się na moje odejście do geofizyki, chociaż napomknął mi, iż zwykle to on wyrzucał asystentów. Zgodził się, bym odszedł do nowego Zakładu, ale postawił warunek, że będę zatrudniony tam na stanowisku zastępcy profesora! Ja, świeżo upieczony magister! I tak się stało. Powierzono mi organizowanie działu sejsmologii. W Zakładzie Geofizyki spotkałem się ponownie z prof. Stenzem. Ten wszechstronny geofizyk i dobry organizator, oprócz obowiązków pełnionych na uczelni był również zaangażowany w inną działalność – był przewodniczącym Komitetu Geofizyki PAN (od 1952 roku) i pierwszym redaktorem naczelnym czasopisma tego komitetu – „Acta Geophysica Polonica” (obecne „Acta Geophysica”). W nowym Zakładzie Stenz został zatrudniony jako zastępca dyrektora do spraw naukowych. Pracował na tym stanowisku do 1954 roku.

Wielokrotnie przekonywałem się o życzliwości profesora, człowieka prawego, uczonego pracującego z niezwykłym zamiłowaniem, którego zachowuję we wdzięcznej pamięci. Dodam, że o profesorze ukazało się już co najmniej kilka wspomnień, ja również krótkie wspomnienie o nim opublikowałem w 1997 roku w „Przeglądzie Geofizycznym”2.

Stenz był wspaniałym wykładowcą i cenionym popularyzatorem. W 1936 roku opublikował książkę Ziemia. Fizyka globu, mórz i atmosfery; po wojnie kolejne wydania nosiły tytuł Ziemia. Fizyka wnętrza ziemi, mórz i atmosfery. Do dzisiaj ta publikacja, najbardziej znana z jego dzieł, może być interesującym wprowadzeniem do geofizyki i ogólnie do nauk o naszej planecie. Mimo że nastąpił ogromny postęp wiedzy od czasów powstania książki, może być pomocna w rozwijaniu w zainteresowań naukowych.

Edward Stenz zmarł w klinice w Sztokholmie 21 lutego 1956 roku po półtorarocznej ciężkiej chorobie. Jego następca, Tadeusz Olczak, napisał we wspomnieniu pośmiertnym: „Pieczołowita opieka bliskich i przyjaciół, umiejętne i usilne starania lekarzy – niewiele zdołały osiągnąć. Organizm wstrząśnięty ciężkim przeżyciem osobistym, tragiczną śmiercią w Tatrach jedynej, ukochanej córki, młodej i zdolnej studentki fizyki UW, organizm nadwątlony trudnymi warunkami klimatycznymi w czasie wieloletniego pobytu w Afganistanie – nie zdołał oprzeć się nieubłaganym postępom choroby”3.

SECT-ID LINK

1J. Fedirko, Edward Stenz – geograf, wybitny badacz Afganistanu, „Prace Geograficzne” 2011, z. 127, s. 31–28.

2R. Teisseyre, Wspomnienie o Profesorze Stenzu, „Przegląd Geofizyczny” 1997, R. 42, nr 1, s. 29–30.

3T. Olczak, Prof. dr Edward Stenz 1897–1956. Wspomnienie pośmiertne, „Postępy Fizyki” 1956, t. VII, s. 531–533.

Zdzisław Stieber

Urodzony 9 VI 1903 w Szczakowej. Studia chemiczne na UJ (1921–1926), tamże studia językoznawcze (1926–1928), doktorat (1929), habilitacja (1934), asystent (1935). Profesor UJK we Lwowie (1937), w czasie wojny uczestnik tajnego nauczania. Profesor UŁ (1945–1952) i UW (1952–1966), kierownik Katedry Filologii Słowiańskiej na UW. Kierownik Zakładu (później dyrektor Instytutu) Słowianoznawstwa PAN (1961–1973).

Językoznawca, slawista; prace głównie z zakresu fonologii, dialektologii i gramatyki porównawczej języków słowiańskich.
Członek PAU (1945), PAN (1954), Bułgarskiej Akademii Nauk i Sztuk, Akademii Nauk Bośni i Hercegowiny, Société de Linguistique de Paris.
Zmarł 12 X 1980 w Warszawie.

Izoglosy gwarowe na obszarze dawnych województw Łęczyckiego i Sieradzkiego. Z 8 mapami, Kraków 1933; Rozwój fonologiczny języka polskiego, Warszawa 1952 (wyd. 4, rozszerzone: Historyczna i współczesna fonologia języka polskiego, Warszawa 1966); Atlas językowy dawnej Łemkowszczyzny, z. I-VIII, Łódź 1956–1964; Gramatyka historyczna języka czeskiego, cz. I: Wstęp. Fonetyka historyczna. dialektologia (współautor: T. Lehr-Spławiński), Warszawa 1957; Zarys gramatyki porównawczej języków słowiańskich, cz. I-III, Warszawa 1969–1973; Świat językowy Słowian, Warszawa 1974.

J. Rieger, Zdzisław Stieber 1903–1980, „Nauka Polska” 1981, nr 9–10, s. 171–175.

ZBIGNIEW GREŃ

ZDZISŁAW STIEBER

1903–1980

 

Profesor Zdzisław Stieber urodził się 9 czerwca 1903 roku w Szczakowej, w dawnym powiecie chrzanowskim, w Małopolsce (obecnie Szczakowa stanowi część Jaworzna, miasta na prawach powiatu, w województwie śląskim). Wykształcenie, zarówno podstawowe, średnie, jak i wyższe, zdobył w Krakowie. To tam, w 1921 roku, wybrał chemię jako swój kierunek studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie został jednak chemikiem, gdyż w 1926 roku zdecydował się przenieść na studia humanistyczne, wybierając specjalizację językoznawczą. Stało się to pod wpływem wykładów z dialektologii prof. Kazimierza Nitscha, na które zaczął w owym czasie uczęszczać. Wykłady te zaowocowały nie tylko zmianą studiów, lecz także na długi czas określiły jeden z głównych nurtów badawczych Stiebera. Jego sylwetka naukowa została ukształtowana pod wpływem krakowskiej szkoły językoznawczej: profesorów Kazimierza Nitscha, Jana Rozwadowskiego, Jana Łosia i Witolda Taszyckiego. Własną działalnością dydaktyczną był związany jednak głównie z dwoma innymi uniwersytetami: Uniwersytetem Łódzkim i Uniwersytetem Warszawskim.

W trakcie pobytu w Krakowie zdobył podstawy wiedzy językoznawczej, zwłaszcza dialektologicznej, przeszedł też pierwsze stopnie w karierze zawodowej. W 1928 roku został magistrem, tytuł jego pracy z językoznawstwa polonistycznego brzmiał Nazwy miejscowe pasma Gorców w Beskidzie Zachodnim (opublikowanej w wersji poprawionej i uzupełnionej w 1934), a już w 1929 – doktorem filologii słowiańskiej, na podstawie pracy Ze studiów nad gwarami słowackimi południowego Spisza. Habilitację uzyskał w 1934 roku, na podstawie rozprawy Stosunki pokrewieństwa języków łużyckich. Dopiero po habilitacji, w 1935 roku, otrzymał stanowisko asystenta na UJ. Wcześniej przejściowo pracował jako lektor uniwersytecki, głównie jednak jako nauczyciel w szkole średniej. We wrześniu 1937 roku otrzymał propozycję objęcia Katedry Filologii Słowiańskiej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie został powołany na stanowisko profesora nadzwyczajnego.

Okres krakowski w życiorysie naukowym Stiebera wiąże się ściśle z dialektologią polską. W dziedzinie tej stał się nie tylko kontynuatorem dokonań szkoły krakowskiej, zwłaszcza prof. Nitscha, lecz także prekursorem w zakresie metodologii badań dialektologicznych. Jednocześnie zwrócił uwagę polskich dialektologów na problematykę obszarów pogranicznych i obszarów języków sąsiadujących z polszczyzną. Szczególnym zainteresowaniem Stiebera cieszył się obszar słowacki i pogranicze polsko-słowackie. Oprócz tego zajmował się jako dialektolog pograniczem polsko-wschodniosłowiańskim, zwłaszcza w części południowej, oraz obszarem łużyckim. Interesowały go nie tylko pogranicza języków narodowych, lecz także pogranicza obszarów dialektalnych. W tym zakresie przeprowadził fundamentalne wręcz badania nad stykiem trzech polskich obszarów dialektalnych, małopolskiego, wielkopolskiego i mazowieckiego, w ziemi sieradzkiej i łęczyckiej. Podstawą jego prac dialektologicznych były szerokie, osobiście przeprowadzone badania terenowe. W tym niedługim przecież okresie przeprowadził badania terenowe i opublikował wyniki analiz dialektologicznych w odniesieniu do polszczyzny, języka słowackiego, języków łużyckich (górnołużyckiego i dolnołużyckiego), ukraińskiego i łemkowszczyzny. W swych wypowiedziach naukowych poruszał także sprawy dialektów czeskich (pogranicza czesko-polskiego na obszarze laskim) i białoruskich. Wszystkie jego prace opierają się na bogatym, żywym materiale gwarowym i wnikliwej interpretacji językoznawczej. Etap dialektologiczny w rozwoju naukowym Stiebera zaowocował w późniejszym okresie w jego fundamentalnych pracach z zakresu porównawczego językoznawstwa słowiańskiego.

Lata wojny spędził we Lwowie, gdzie prowadził (z przerwą w latach 1941–1944, poświęconych tajnemu nauczaniu) zajęcia na Uniwersytecie Lwowskim, w Katedrze Języka Polskiego.

W okresie powojennym Stieber związał się początkowo z Uniwersytetem Łódzkim, gdzie w 1945 roku został profesorem zwyczajnym. W tym samym roku został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności. W Łodzi poświęcił się organizacji katedry języka polskiego, rozwinął też działalność pozadydaktyczną – przystąpił do tworzenia uniwersyteckiej biblioteki polonistycznej, zorganizował sekcję językoznawczą w Łódzkim Towarzystwie Naukowym. Okres pracy na Uniwersytecie Łódzkim, trwający do 1952 roku, to jednocześnie okres realizacji zainteresowań polonistycznych w działalności naukowo-badawczej. Zwrócił się wówczas w stronę badań historyczno-językowych. Stanowiły one znakomite uzupełnienie wcześniejszych badań dialektologicznych, poszerzając perspektywę w spojrzeniu na zróżnicowanie arealne i historyczne polszczyzny. Świetne rozeznanie w dialektach polskich i słowiańskich, niejednokrotnie przechowujących formy archaiczne, dało Stieberowi mocne oparcie w jego interpretacjach z zakresu historii języka. Szczególnie istotne jest to w jego badaniach nad wariantami wymowy polskiej na różnych obszarach polszczyzny, a więc z fonetyki i fonologii. Podstawy metodologiczne zastosowane przezeń w interpretacjach z tego zakresu, mocno oparte na zdobyczach strukturalizmu europejskiego, stanowiły wzorzec dla późniejszych badań językoznawczych w tej dziedzinie. Dotyczy to zwłaszcza głównej pracy z tego okresu, książki Rozwój fonologiczny języka polskiego (1952), w pełni opartej na strukturalistycznym podejściu do języka, nowatorskiej na owe czasy i wzorcowej w badaniach historycznego rozwoju fonetycznego i fonologicznego języków. Zainteresowania dialektologiczne i historyczne znalazły wspólne zastosowanie w badaniach nad genezą polszczyzny. W kwestii tej, żywo wówczas dyskutowanej, Stieber zajął stanowisko własne, mocno wsparte jego wiedzą dialektologiczną i slawistyczną. Dowodził, iż w ucieraniu się polszczyzny, wynikłym ze spotkania regionów historycznych polszczyzny, zwłaszcza małopolskiego i wielkopolskiego, niebagatelną rolę odegrał tzw. arbitraż czeski – z konkurujących ze sobą form regionalnych wybierano te, które miały wsparcie w czeszczyźnie, języku w owych czasach cieszącym się w Polsce wysokim prestiżem.

W 1952 roku rozpoczął się okres warszawski w życiu Stiebera. Objął Katedrę Filologii Słowiańskiej na UW. Kierował nią do 1966 roku.

Tradycja warszawskiej slawistyki w owym czasie liczyła sobie już kilkadziesiąt lat. Zaczęła się ona od powołania w 1915 roku Seminarium Słowiańskiego. Studenci Seminarium mogli korzystać z doświadczeń takich naukowców (zarówno pracowników Seminarium Słowiańskiego, jak i innych jednostek organizacyjnych Uniwersytetu) jak profesorowie Stanisław Słoński (założyciel i kierownik Seminarium), Adam Kryński, Jan Baudouin de Courtenay, Stanisław Szober, Witold Doroszewski, Halina Koneczna, Stanisław Skorupka, Julian Krzyżanowski, a także z zagranicy: dr Bohumil Vydra, dr Julije Benešić.

Działalność Seminarium w znacznej mierze ograniczała się do prowadzenia zajęć specjalistycznych dla dydaktyki polonistycznej. W ramach programu samodzielnego prowadzono kierunek bohemistyczny (zwłaszcza językoznawczy), co w dużej mierze określało również zainteresowania badawcze pracowników. Stieber, jako kierownik powstałej z Seminarium Katedry, miał za zadanie poszerzać slawistykę o nowe obszary i rozszerzać ją o problematykę literaturoznawczą. Udało mu się to w jednym i drugim zakresie: oprócz bohemistyki uruchomiono specjalizację bułgarystyczną i serbo-kroatystyczną, poszerzono zakres naukowo-dydaktyczny (także w wymiarze personalnym) o problematykę literaturoznawczą. Niezależnie od prowadzonych specjalizacji, tematyka zajęć w pełni oddawała problematykę slawistyczną w ówczesnym kształcie. W programie dydaktycznym uwzględniano także słowacystykę oraz sorabistykę.

Okres warszawski wyróżnił się w życiu Stiebera nie tylko tym, że był to czas realizacji zainteresowań slawistycznych. Jego kolejne prace dokumentują zrozumienie dla potrzeb dydaktycznych. Można by ten czas nazwać również okresem „podręcznikowym”. Wśród opublikowanych wówczas przez Stiebera prac znalazły się takie, które mają charakter wyraźnie dydaktyczny. Były to przy tym pozycje o wyjątkowym znaczeniu dla edukacji slawistycznej i polonistycznej; do dziś nie straciły one swoich walorów naukowych i dydaktycznych, w niektórych aspektach są wręcz niezastąpione.

Już w 1952 roku opublikował pracę, która w nowatorski sposób wykorzystała zdobycze strukturalizmu w kreśleniu historii języka polskiego. Chodzi o książkę Rozwój fonologiczny języka polskiego, w której zmiany w języku polskim są ujmowane jako zmiany systemowe. Jeszcze za życia Stiebera ukazały sie jej 4 wydania polskie. Wydanie czwarte z 1966 roku, pod tytułem Historyczna i współczesna fonologia języka polskiego, zostało rozszerzone o okres współczesny (Zarys współczesnej polszczyzny kulturalnej), dzięki czemu powstał podręcznik do wykorzystania zarówno w zakresie gramatyki historycznej, jak i gramatyki opisowej polszczyzny. Ukazał się również przekład tego dzieła na język angielski, opublikowany w Stanach Zjednoczonych w 1968 roku. Tej samej problematyki dotyczyła też publikacja oryginalna w języku angielskim, obszerniejsza, wydana w Heidelbergu w 1973 roku, A Historical Phonology of the Polish Language. Podobnie fundamentalne znaczenie dla dydaktyki uniwersyteckiej, zwłaszcza dla slawistyki, ma jego monografia Zarys dialektologii języków zachodnio-słowiańskich. Z wyborem tekstów gwarowych (wyd. 1, Warszawa 1956). W obrębie slawistyki mieści się też następna jego praca, podręcznik z gramatyki historycznej: Gramatyka historyczna języka czeskiego, cz. I: Wstęp. Fonetyka historyczna. Dialektologia. Napisany we współautorstwie ze znakomitym slawistą, Tadeuszem Lehrem-Spławińskim, ukazał się w 1957 roku. Z doświadczeniami dydaktyki uniwersyteckiej z okresu warszawskiego ściśle wiąże się jego następne dzieło, należące dziś do kanonu slawistycznego, a mianowicie Zarys gramatyki porównawczej języków słowiańskich, cz. 1, Fonologia (wyd. 1, Warszawa 1969), cz. 2, z. 1 Fleksja imienna (wyd. 1, Warszawa 1971) i cz. 2, z. 2. Fleksja werbalna (wyd. 1, Warszawa 1973, wyd. 2 wszystkich części, jeszcze za życia Stiebera, Warszawa 1979). Opracowanie to rodziło się w trakcie wykładów na slawistyce warszawskiej, w formie drukowanej ukazało się już po odejściu Stiebera do Polskiej Akademii Nauk.

Działalność prof. Stiebera w Katedrze Filologii Słowiańskiej UW była wielowymiarowa. Jako kierownik Katedry doprowadził, przez umiejętną politykę kadrową, do jej rozrostu i rozwinięcia nowych kierunków dydaktycznych. Przez zatrudnienie literaturoznawców uzyskano zrównoważenie dwu gałęzi studiów filologicznych, językoznawczej i literaturoznawczej. Dzięki osobiście prowadzonym wykładom spowodował wzrost znaczenia slawistyki w życiu Uniwersytetu. W jego zajęciach, wykładach i seminariach uczestniczyli nie tylko adepci slawistyki, lecz także osoby spoza tego kręgu, z innych, nieslawistycznych filologii. Dość wspomnieć, że po opuszczeniu Uniwersytetu i przejściu Stiebera do Instytutu Słowianoznawstwa PAN, prowadzone seminaria otwarte gromadziły slawistów i polonistów z Uniwersytetu i Akademii, pełniąc ważną integracyjną funkcję w warszawskim życiu naukowym.

Zakres jego dzieł ściśle związanych z dydaktyką łączy się w znacznym stopniu z tematyką prowadzonych przezeń zajęć, wykładów i seminariów. Prowadzonym zajęciom z gramatyki porównawczej języków słowiańskich towarzyszyły prace nad książką Zarys gramatyki porównawczej języków słowiańskich, zajęciom bohemistycznym – prace nad Gramatyką historyczną języka czeskiego. Wykłady z gramatyki porównawczej i z gramatyki historycznej dopełniała praca dialektologiczna Zarys dialektologii języków zachodnio-słowiańskich. Z wyborem tekstów gwarowych. Efektem jego doświadczenia zarówno w zakresie dydaktyki polonistycznej (w Łodzi), jak i slawistycznej (w Warszawie) było umiejętne włączenie opisu polonistycznego w obręb opisu (zachodnio) słowiańskiego. Wyraźnym efektem łączenia wiedzy polonistycznej ze slawistyczną, a ściśle bohemistyczną, było trafne oddanie roli języka czeskiego jako arbitra w tworzeniu się polszczyzny literackiej.

Ważnym rezultatem jego działalności na Uniwersytecie stało się przygotowanie i wypromowanie całego pokolenia polskich slawistów. Wypromował kilkunastu doktorów i całą rzeszę absolwentów slawistyki. Prowadził wiele prac magisterskich z bohemistyki, bułgarystyki, polonistyki, serbo-chorwatystyki, słowenistyki i sorabistyki.

W trakcie działalności na Uniwersytecie wypromował, spośród absolwentów slawistyki i polonistyki, 6 doktorów. W kolejności chronologicznej byli to: Janusz Siatkowski (1962), Ewa Siatkowska (1964), Mieczysław Basaj (1965), Włodzimierz Pianka (1966), Cezar Piernikarski (1968), Kazimierz Feleszko (1969). Wszyscy oni poświęcili się karierze naukowej, zdobywając kolejne stopnie i tytuły naukowe, do profesora włącznie. Z wyjątkiem Basaja (w Instytucie Słowianoznawstwa, dziś Slawistyki PAN) wszyscy oni związali swe życie zawodowe z Uniwersytetem. Obecnie, kiedy to uczniowie Stiebera wykształcili kolejne generacje własnych uczniów, śmiało można stwierdzić, że warszawscy slawiści językoznawcy są jego bezpośrednimi lub pośrednimi uczniami.

Przez cały okres pracy na Uniwersytecie prowadził Stieber wiele prac naukowo-badawczych, indywidualnych i zespołowych. Mimo rozlicznych obowiązków naukowych i organizacyjnych, w latach 60. w dwu warszawskich instytucjach naukowych, bibliografia z okresu jego zatrudnienia na Uniwersytecie liczy sobie aż 126 pozycji. Obejmuje wszystkie pola badawcze, którymi zajmował się w swej karierze naukowej, począwszy od prac ogólnoslawistycznych, przez slawistyczne szczegółowe, do prac polonistycznych włącznie. Zajmował się w owym okresie zarówno problematyką współczesną, jak i historyczną (w tym prasłowiańszczyzną), wielokrotnie podejmował tematy dialektologiczne, zwłaszcza wielkie tematy zespołowe. Wspomnieć należy przede wszystkim znakomite dzieło Atlas językowy dawnej Łemkowszczyzny – w latach 1956–1964 ukazało się w sumie 8 zeszytów tego atlasu.

W tym czasie zaangażował się również w wielki, międzynarodowy projekt naukowy, Ogólnosłowiański Atlas Dialektologiczny. Był jednym z inicjatorów projektu, brał czynny udział w pracach koncepcyjnych i organizacyjnych od samego początku. Swoją wizję Atlasu przedstawił na Międzynarodowym Kongresie Slawistów w Moskwie, w 1958 roku. Jego propozycje miały znaczący wpływ na opracowanie koncepcji Atlasu i programu prac.

Jeszcze w trakcie zatrudnienia na Uniwersytecie, ale już w czasie, gdy równolegle pracował w Zakładzie Słowianoznawstwa PAN, zainicjował w roku 1964 publikację monumentalnego wręcz dzieła atlasowego: Atlasu językowego kaszubszczyzny i dialektów sąsiednich. W 1964 roku ukazał się tom wstępny; kolejne, opracowane przez zespół autorski Zakładu Słowianoznawstwa PAN wychodziły pod jego kierunkiem do 1969 roku (do t. VI), a od 1970 roku (od t. VII) pod kierunkiem prof. Hanny Popowskiej-Taborskiej.

W okresie pracy na Uniwersytecie Stieber zaangażował się w tworzenie innej placówki slawistycznej z siedzibą w Warszawie, Zakładu Słowianoznawstwa PAN (później: Instytut Słowianoznawstwa, obecnie Instytut Slawistyki PAN). Stworzył tam w 1954 roku dwie pracownie: kaszubską i bohemistyczną – i nimi pokierował. W 1961 roku przyjął obowiązki kierownika Zakładu Słowianoznawstwa PAN (później dyrektora Instytutu), którym pozostał do 1973 roku, a więc do przejścia na emeryturę. W 1954 roku został również wybrany na członka korespondenta PAN, by w 1961 roku zostać członkiem rzeczywistym.

Dorobek naukowy Stiebera ma znaczenie ogólnoświatowe. Był jednym z najznakomitszych slawistów, którego prace weszły do kanonu. Umiejętnie godził działalność naukową z działalnością dydaktyczną, co odnaleźć można w jego publikacjach. Wychował cale pokolenie slawistów polskich. Jego dorobek naukowo-badawczy jest obfity (obejmuje ponad 320 pozycji) i zróżnicowany. Publikował swoje prace w języku polskim, angielskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim, słowackim i bułgarskim. Był jednym z tych slawistów, którzy obejmowali w swych dociekaniach całą Słowiańszczyznę, w wymiarze historycznym i współczesnym. Miał również cechy doskonałego organizatora życia naukowego, w swej karierze zawodowej kierował wieloma instytucjami naukowymi i zespołami badawczymi. Był członkiem obu polskich Akademii: PAU i PAN, Bułgarskiej Akademii Nauk i Sztuk, Akademii Nauk Bośni i Hercegowiny, wielu towarzystw i komitetów naukowych, polskich i zagranicznych (m.in. Société Linquistique de Paris), kierował zespołami redakcyjnymi periodyków naukowych i wydawnictw zbiorowych. Wielokrotnie odznaczany, m.in. Krzyżem Oficerskim i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Sztandarem Pracy I klasy, Bułgarskim Orderem Cyryla i Metodego I klasy, Złotym Medalem Czechosłowackiej Akademii Nauk, i nagradzany za działalność naukową, dydaktyczną i organizacyjną, m.in. Nagrodą Państwową za całokształt dorobku naukowego (1980), do końca życia pozostał oddany sprawom polskiej nauki. Zmarł w Warszawie, 12 października 1980 roku.

Wybrana literatura

 

Rieger J., Zdzisław Stieber 1903–1980, „Nauka Polska” 1981, nr 9–10, s. 171–175.

Siatkowski J., Zdzisław Stieber, „Nauka Polska” 1967, nr 3, s. 72–75.

Siatkowski J., W siedemdziesięciopięciolecie Profesora Doktora Zdzisława Stiebera, „Slavia Orientalis” 1978, nr 2, s. 155–158.

Siatkowski J., Zdzisław Stieber (7 VI 1903–12 X 1980), „Biuletyn Polskiego Towarzystwa Językoznawczego” 1988, t. XLI, s. 5–8.

Siatkowski J., Badania Zdzisława Stiebera nad prasłowiańszczyzną, [w:] Prasłowiańszczyzna i jej rozpad, red. J. Siatkowski, Warszawa 1998, s. 325–328.

Zdzisław Stieber (1903–1980). Materiały i wspomnienia, red. D.K. Rembiszewska, Warszawa 2013.

Zdzisław Stieber (1903–1980). Materiały z konferencji naukowej Warszawa, dnia 9 marca 1981 r., Wrocław 1982 (zwłaszcza artykuły: J. Siatkowski, Droga życiowa Profesora Zdzisława Stiebera, s. 9–18; M. Jeżowa, Inspiracje naukowe Profesora Zdzisława Stiebera w pracach jego uczniów w Uniwersytecie Warszawskim, s. 43–46 i Bibliografia prac naukowych Zdzisława Stiebera, oprac. Z. Rudnik-Karwatowa, s. 61–86).

Kazimierz Stołyhwo

Urodzony 3 III 1880 w Brahiłowie (Podole). Studia na Cesarskim UW, potem w Berlinie, Monachium, Paryżu. Wykładowca Towarzystwa Kursów Naukowych. Asystent na Cesarskim UW (1911–1915), wykładowca Wydziału Lekarskiego UW (od 1924). Doktorat na Uniwersytecie Karola w Pradze (1926) nostryfikowany na UJ, tamże habilitacja (1927). Dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie (1931–1933), profesor UJ (1933), kierownik Katedry Antropologii UJ.

Antropolog; prace przede wszystkim z zakresu antropogenezy i zróżnicowania człowieka współczesnego, m.in. badania emigrantów polskich w Paranie.
Organizator Pracowni Antropologicznej przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie (1905), przekształconej w Instytut Nauk Antropologicznych TNW (1911–1939).
Członek TNW (1908), PAU (1945), Głównego Polskiego Towarzystwa Anatomicznego (1948).
Zmarł 28 VI 1966 w Krakowie.

Crânes péruviens, Kraków 1906; Klasyfikacja cech antropologicznych, Warszwa 1917; Analiza typów antropologicznych, Warszawa 1924; Contribution à la question de linfluence du milieu sur la taille, Paryż 1931; Struktura antropologiczna polskiego Śląska, Kraków 1939.

K. Kaczanowski, M. Guratowska, Kazimierz Stołyhwo (1880–1966) – w 40. rocznicę śmierci, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 2006, nr 69, s. 46–53.

AGATA MUSIAŁ

KAZIMIERZ STOŁYHWO

1880–1966

 

Kazimierz Stołyhwo, jeden z najwybitniejszych polskich antropologów, urodził się 3 marca 1880 roku w Brahiłowie na Podolu, położonym przy ujściu rzeki Rów do rzeki Boh. Jego ojciec, Jan Stanisław (1851–1934), był chemikiem w cukrowni w Olszanie, a następnie zarządcą fabryki narzędzi rolniczych. Udzielał się również społecznie: był szanowanym członkiem Rady Miejskiej i Zarządu Ziemiaństwa w Berdyczowie. Matka, Maria Smulska (około 1850–1893), była nauczycielką. Krótko wychowywała swoich synów; zmarła, gdy Kazimierz Stołyhwo miał zaledwie 13 lat. Brat Józef (urodzony w 1890 roku) był prawnikiem. Pracował w Kijowie jako adwokat, a w 1919 roku przeniósł się do będącej już w wolnej Polsce Warszawy, gdzie pracował w Biurze Strat Wojennych. Jednak jeszcze w tym samym roku, 28 marca, zmarł. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim.

Pierwsze nauki Kazimierz Stołyhwo pobierał w domu, a następnie po złożeniu odpowiednich egzaminów został uczniem I Gimnazjum Klasycznego w Żytomierzu. Po zdaniu matury w 1899 roku rozpoczął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym rosyjskojęzycznego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Najprawdopodobniej wybór kierunku studiów był wynikiem dużego wpływu, jaki wywarł na młodego Kazimierza Julian Talko-Hryncewicz, lekarz domowy rodziny Stołyhwów.

Antropologia i anatomia porównawcza stały się pasją Stołyhwy. Pierwsze swoje prace naukowe prowadził już w czasie studiów, w Gabinecie Zootomii i Embriologii, pod kierunkiem Pawła Mitrofanowa. Było to możliwe dzięki zbiorom peruwiańskich czaszek, zgromadzonym na uniwersytecie przez Konstantego Jelskiego, oraz kompletowi przyrządów antropologicznych zebranych przez Henryka Hoyera. W roku 1899 ukazała się w „Głosie” pierwsza z prac Stołyhwy. Od 1890 roku wydawał publikacje popularnonaukowe we „Wszechświecie”, np. Skifskie czerepa iz kurganow w Nowosielkie. Jednak za pierwszą pracę antropologiczną Stołyhwy uznaje się opublikowaną w 1902 roku, w czasopiśmie „Światowid”, rozprawę O cechach specyficznie ludzkich u naszych przodków. Podczas studiów Stołyhwo miał możliwość osobiście poznać prof. Henryka Hoyera, który w czasie konspiracyjnych spotkań naukowych w redakcji „Wszechświata” wywarł duży wpływ na młodego naukowca. Stołyhwo działał też aktywnie w zbliżonej do PPS, studenckiej organizacji „Spójnia”.

Studia ukończył na postawie pracy Peruwianskije czerepa, jako student rzeczywisty, w 1903 roku. Nie uzyskał tytułu kandydata nauk przyrodniczych, gdyż w czasie zdawania egzaminu z języka rosyjskiego wdał się w konflikt z egzaminatorem. Nie pomogły mu nawet wysoko oceniane i opublikowane w czasie studiów prace. Rok 1903 był również istotny w życiu osobistym Kazimierza Stołyhwy. 29 czerwca ożenił się z Marią Jadwigą Brudzińską. W tym samym roku został członkiem Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. M. Kopernika we Lwowie. Następnie, jako stypendysta Kasy im. J. Mianowskiego, udał się na dalsze studia zagraniczne. Poznał ośrodki antropologiczne w Berlinie, Monachium i Paryżu. We Francji, w Szkole Antropologicznej zdobywał kolejne doświadczenia pod kierunkiem prof. Leonce’a Manouvriera i ukończył rozpoczętą jeszcze w Warszawie pracę o czaszkach peruwiańskich. W 1905 roku powrócił do Warszawy i w polskich szkołach prywatnych uczył biologii, zoologii, a także anatomii i antropologii. Najbardziej jednak interesowała go działalność naukowa. Dlatego w tym samym roku zorganizował Pracownię Antropologiczną przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie; borykał się jednak z wieloma trudnościami, szczególnie materialnymi.

Stołyhwo porzucił nauczanie w szkołach prywatnych i został wykładowcą anatomii i antropologii na Wydziale Przyrodniczym Towarzystwa Kursów Naukowych i na wyższych kursach żeńskich im. Jeża-Miłkowskiego. Prowadzona cały czas przez Stołyhwę pracownia antropologiczna dzięki jego staraniom w 1911 roku została przeniesiona do Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, przy którym istniała aż do 1939 roku, a jej założyciel kierował instytutem antropologii do 1934 roku. W ten sposób powstała pierwsza w Polsce pracownia antropologiczna, która dzięki prywatnym funduszom zaczęła się rozrastać. Znalazły w niej swoje miejsce przyrządy do prowadzenia badań i powiększające się z czasem zbiory antropologiczne.

Kazimierz Stołyhwo to jednak nie tylko organizator pracowni, ale przede wszystkim wybitny naukowiec. Prowadząc badania, uczestniczył w polemice z niemieckimi antropologami, m.in. Gustawem Schwalbem, udowadniając niejednolitość form neandertalskich. W 1907 roku został współpracownikiem Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności i wziął udział w X Zjeździe Przyrodników i Lekarzy Polskich we Lwowie. W 1910 roku wyjechał do Argentyny, gdzie prowadził badania naukowe na materiałach kopalnych, zbierał materiały do muzeum warszawskiego i przewodniczył sekcji antropologicznej na Międzynarodowym Kongresie Amerykanistów w Buenos Aires. W 1911 roku został asystentem na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim i pracował tam do 1915 roku. Praca na rosyjskiej uczelni, choć często bojkotowana przez polskich naukowców, umożliwiła Stołyhwie, w ówczesnych warunkach politycznych, prowadzenie badań na terenie Polski i Rosji. Wykorzystując te możliwości, wraz ze swoimi współpracownikami zorganizował wyprawę naukową na Syberię i przeprowadził wiele badań antropologicznych i archeologicznych w małych miejscowościach zaboru rosyjskiego. Lata 1891–1908 nazywane są okresem prowincjonalnym rozwoju antropologii, gdyż to właśnie na prowincji i często przy pomocy prowincjonalnych lekarzy prowadzone były istotne badania.

W 1908 roku powstał jednak Zakład Antropologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowany przez Juliana Talko-Hryncewicza. Od tego czasu istnieją dwa polskie ośrodki antropologiczne, których kierownictwo cieszy się dużym szacunkiem w naukowym świecie, prowadzi bardzo szerokie badania oraz z dużym oddaniem szkoli polskich antropologów. Kazimierz Stołyhwo odbywa liczne podróże naukowe do Budapesztu i Wiednia, Padwy, Bolonii i Florencji. Rozpoczyna badania nad istnieniem form przejściowych między neandertalczykami i Homo sapiens. Jego kariera naukowa rozwija się w tym czasie w zawrotnym tempie. Świadczy o tym członkostwo w licznych antropologicznych towarzystwach naukowych w Paryżu (1907), Brukseli (1909), Londynie (1913), Wiedniu (1907), Berlinie (1907), a przede wszystkim liczne publikacje i relacje ze zjazdów. Opisany czas przyniósł także duże zmiany w życiu prywatnym Kazimierza Stołyhwy. W 1915 roku został wdowcem, a rok później ożenił się z Eugenią Junosza-Piotrowską. 16 kwietnia 1916 roku w Warszawie państwu Stołyhwom urodził się syn Olgierd, który początkowo był uczniem szkół warszawskich, a następnie krakowskich. Od 1934 roku uczęszczał do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni. Chciał zostać marynarzem, był bowiem człowiekiem ciekawym świata i przygód.

W czasie I wojny światowej Kazimierz Stołyhwo pozostawał w Warszawie. W wolnej Polsce organizował prace antropologiczne na Pomorzu, zwracał uwagę na konieczność nauczania antropologii na kierunkach lekarskich, a od 1924 roku prowadził wykłady i ćwiczenia antropologiczne na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1919–1924 był sekretarzem generalnym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Swoją Pracownię Antropologiczną przekształcił w Instytut Nauk Antropologicznych z zakładami: antropologii, archeologii i etnologii oraz z muzeum antropologicznym i archeologicznym. W 1920 roku, w czasie wojny polsko-bolszewickiej, współtworzył Oddział Antropologii Militarnej w Wydziale Indywidualizacji Żołnierza Instytutu Techniczno-Wojskowego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Oddział ten następnie przyłączył do kierowanego przez siebie instytutu. Prowadził liczne badania, brał udział w zjazdach naukowych w Marsylii (1922), Pradze i Moskwie (1924), Kairze (1925). Przy okazji tych podróży prowadził obserwacje i gromadził materiały badawcze, także w Syrii, na Cyprze i Rodos. Rozsławiał polską naukę w świecie.

Kazimierza Stołyhwę doceniono także w kraju. W 1924 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim, a w 1926 – Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1926 roku otrzymał tytuł doktora nauk przyrodniczych Uniwersytetu Karola w Pradze, który następnie nostryfikował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W kolejnym roku, również na UJ, 28 kwietnia uzyskał habilitację z antropologii na podstawie pracy Analiza typów antropologicznych. W 1928 roku na podstawie wykładów dla studentów kierunku lekarskiego i antropologii wygłaszanych przez prof. Stołyhwę ukazał się skrypt, zredagowany przez Włodzimierza Iwanowicza i Piotra Wójciaka. Był to w tym czasie pierwszy akademicki podręcznik antropologii wydany w języku polskim.

W 1929 roku uczony, dzięki subwencji polskiego Urzędu Emigracyjnego, prowadził badania dziedziczności cech u kolonistów polskich w Paranie oraz wygłosił wykłady w Rio de Janeiro, Kurytybie i Sao Paulo. W 1930 roku przewodniczył sekcji dziedziczności i eugeniki IV Zjazdu Międzynarodowego Instytutu Antropologii w Coimbrze, w Portugalii, oraz został powołany na członka korespondenta Portugalskiego Towarzystwa Antropologicznego. Prowadził też własne badania w Argentynie i Brazylii, wygłaszał kolejne wykłady i zwiedził muzea antropologiczne w Londynie.

W 1930 roku Kazimierz Stołyhwo był również członkiem grupy polskich naukowców badających w Hruszówce szczątki Tadeusza Reytana; potwierdzono wtedy autentyczność pochówku i szczątków bohatera obrazu Jana Matejki.

W 1931 roku Kazimierz Stołyhwo został wybrany na dziekana Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie i pełnił tę funkcję przez dwa lata. 10 listopada 1933 roku powołano go na stanowisko profesora nadzwyczajnego antropologii UJ, a 14 grudnia tego samego roku objął kierownictwo Katedry Antropologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ponieważ prof. Talko-Hryncewicz przechodził na emeryturę. Zmiana ta wiąże się z prowadzeniem nowych badań nad zdjęciem antropologicznym Górnego Śląska.

W 1934 roku uczony został członkiem Komitetu Wydawnictw Śląskich PAU, w tym samym roku wziął czynny udział w I Zjeździe Międzynarodowym Antropologii i Etnologii w Londynie. A w 1935 roku powołano go w skład Międzynarodowego Komitetu Standaryzacji Metod i Syntez w antropologii, eugenice i biologii oraz uzyskał honorowe członkostwo Polskiego Towarzystwa Eugenicznego.

Brał też udział w kolejnych zjazdach naukowych w Sofii, Bukareszcie, Wrocławiu. Jak sam zauważał, w kwietniu 1931 roku we Wrocławiu, czyli na wschodnich kresach Rzeszy, „grupa polska spotkała się we Wrocławiu z bardzo uprzejemem przyjęciem i nawet pewnym wyróżnieniem. Ogłoszono nowy program, w którym komunikat dr. E. Stołyhwowej i mój umieszczono na samym początku, bezpośrednio po przemówieniach oficjalnych”; opisuje także, że: „w sali wykładowej i czytelni rozwieszone są również fotografj e wybitniejszych antropologów niemieckich i zagranicznych. Miło nam stwierdzić, że polscy uczeni nie zostali tu pominięci, gdyż są oni reprezentowani przez fotografje J. Czekanowskiego, E. Lotha i K. Stołyhwy”1. Podobnie udział prof. Stołyhwy doceniany był i na innych zjazdach międzynarodowych, np. w 1927 roku w Amsterdamie, na Europejskim Zjeździe Eugeniki został, wraz z prof. Hirszfeldem, poproszony o przewodniczenie sekcji Dziedziczności i Eugeniki oraz Antropologii Morfologicznej i Funkcjonalnej.

Przerwa w pracy naukowej profesora przypada na lata 1939–1945. Czas wojny, tak trudny dla Polaków, bardzo boleśnie go doświadczył. 6 listopada 1939 roku, wraz z innymi pracownikami UJ, zostaje aresztowany przez gestapo. W koszarach, w podkrakowskim wówczas Łobzowie – niemiecki oficer i antropolog – dr Fritz Arlt, zwalnia go z niewoli. Uczony jednak zostaje razem z innymi pracownikami polskiej nauki. Po latach tak opisuje tę sytuację: „Przyznać muszę, że było mi bardzo ciężko powziąć decyzję pozostania dobrowolnego w więzieniu. Przeważyła jednak na szczęście myśl, że w tak ciężkiej chwili dziejowej powinienem spełnić przede wszystkim swój obowiązek w stosunku do Uniwersytetu Jagiellońskiego i kolegów bez względu na konsekwencje”2.

Więziony we Wrocławiu i w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, Stołyhwo widzi śmierć wielu swoich towarzyszy niedoli. Wraca do Krakowa 24 kwietnia 1940 roku, wycieńczony i ciężko chory. Zamieszkuje w swoim domu w Przegorzałach. Wojenne losy opisuje w książce W niewoli u NSDAP – zestawienie biograficzne w okresie od 1 IX 1939 – 18 I 1945.

Wojna to również czas utraty jedynego syna, Olgierda – podporucznika „Stewy”, cichociemnego. Został on zrzucony do kraju w nocy z 14 na 15 marca 1943 roku, a 30 marca aresztowany przez gestapo. Niedoszły marynarz, absolwent Szkoły Podchorążych Artylerii, uczestnik kampanii wrześniowej, zbieg z niemieckiej niewoli, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych, prowadził bardzo burzliwe życie. Niestety, jego losy zakończyły się brutalnym śledztwem w alei Szucha i tragiczną śmiercią, najprawdopodobniej w 1943 roku.

Tuż po wyzwoleniu Krakowa spod okupacji niemieckiej, 20 stycznia 1945 roku prof. Kazimierz Stołyhwo powrócił do pracy na uczelni, objął kierownictwo Katedry i Zakładu Antropologii UJ i organizował jej pracę. W 1946 roku został mianowany profesorem zwyczajnym. Nadal prowadził działalność naukową, opracowywał zebrane przed wojną materiały, publikując je w pracy Zdjęcie antropologiczne Śląska. Powiat Rybnicki.

Na pierwszym powojennym Zjeździe Polskiego Towarzystwa Anatomicznego w 1948 roku w Łodzi, prof. Stołyhwo został wybrany do Zarządu Głównego PTA na stanowisko wiceprezesa. W katedrze kontynuował swoje przedwojenne badania i nadal wg Napoleona Wolańskiego: „był człowiekiem skromnym i prawego charakteru, nigdy nie narzucającym swym uczniom i współpracownikom własnych poglądów i pozwalającym im rozwijać swe indywidualne zapatrywania”. Taka postawa w niespokojnych politycznie powojennych latach również była odważna.

W 1949 roku uczony wziął udział w Kongresie Międzynarodowych Amerykanistów w Nowym Jorku. 1 czerwca 1951 roku został członkiem czynnym PAU i w tym samym roku, 15 grudnia Centralna Komisja na mocy ustawy przyznała mu stopień doktora nauk biologicznych.

Profesor Kazimierz Stołyhwo był wybitnym antropologiem. Od 1899 roku opublikował ponad 400 prac naukowych i popularyzujących naukę. 389 pozycji ujętych jest w Bibliografii Antropologii Polskiej Adama Wrzoska, zawierającej publikacje antropologiczne, które ukazały się do 1955 roku. Badacz poruszał w nich problemy antropogenezy, zagadnień rasowych, typologii antropologicznej, budowy konstytucyjnej człowieka i struktury antropologicznej Polski. Wykazał, że człowiek neandertalski był tylko formą przejściową w rozwoju Homo sapiens. Razem z Julianem Talko-Hryncewiczem był twórcą polskiej antropologii. Przyczynił się w sposób, którego nie można przecenić, do rozsławienia polskiej nauki w całym świecie. Przyznano mu wiele międzynarodowych wyróżnień, został odznaczony dwukrotnie Orderem Legii Honorowej Republiki Francuskiej.

W 1956 roku prof. Stołyhwo obchodził jubileusz 55-lecia swojej pracy naukowej i decyzją Rady Państwa z 18 grudnia 1956 roku został odznaczony Orderem Sztandaru Pracy I stopnia. W tym samym roku uczestniczył w kongresie antropologicznym w Filadelfii, gdzie dzielił się nie tylko swoim doświadczeniem naukowym, ale także wojennymi wspomnieniami z obozu. 30 września 1960 roku odszedł na emeryturę, a kierownictwo katedry objęła jego żona, prof. Eugenia Stołyhwo. Życie i praca naukowa państwa Stołyhwów przypada na okres rozkwitu antropologii polskiej. Prace podpisane tym nazwiskiem pojawiały się przez ponad 60 lat w piśmiennictwie polskim i światowym.

Schyłek życia profesora to następne trudne doświadczenia. 25 grudnia 1965 roku, po krótkiej chorobie, w domu w Przegorzałach umiera jego żona Eugenia. Kazimierz Stołyhwo coraz bardziej zamyka się w sobie, rozpamiętuje obozową i wojenną przeszłość, i gaśnie. Umiera 28 czerwca 1966 roku w Krakowie i zostaje pochowany 1 lipca na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.

SECT-ID LINK

1K. Stołyhwo, Sprawozdanie ze Zjazdu Gesellschaft Fur Physische Antropologie we Wrocławiu w kwietniu 1931 r., „Przegląd Antropologiczny” 1931, t. V, s. 116–119.

2Wspomnienia Profesora Stołyhwy, „Przekrój” 1969, nr 1283, s. 5–6.

Piotr Strebeyko

Urodzony 20 VI 1907 w Nowej Wilejce k. Wilna. Studia na USB w Wilnie, następnie na SGGW, asystent w Zakładzie Uprawy i Nawożenia Roli Wydziału Ogrodniczego SGGW w Skierniewicach. Doktorat na SGGW (1933). Starszy asystent w Zakładzie Fizjologii Roślin UW, tamże habilitacja (1946). Docent, następnie profesor (1956–1960) i kierownik (1960–1968) Katedry Fizjologii Roślin UW. Dziekan Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi.

Botanik, fizjolog roślin, twórca pojęcia „przelotności” w liściach amfistomatycznych; badania m.in. z zakresu mineralnego odżywiania się roślin, dynamiki wzrostu roślin, gospodarki wodnej roślin i odporności na susze, fotosyntezy, ze szczególnym uwzględnieniem energetyki procesu, wykorzystania porometrii do pomiarów wymiany gazowej roślin.
Członek TNW (1948, sekretarz generalny 1980–1986), Polskiego Towarzystwa Botanicznego (1934), Polskiego Towarzystwa Fizjologicznego (1936), Polskiego Towarzystwa Biochemicznego (1959), The American Society of Plant Physiologists (1969), Japanese Society of Plant Physiologists (1969), The National Geographic Society (1973).
Zmarł 11 I 2003 w Warszawie.

Woda i światło w życiu rośliny, Warszawa 1956; Fotosynteza, Warszawa 1964; Zarys fizjologii roślin: podręcznik dla studentów wyższych szkół rolniczych, Warszawa 1965; Wymiana gazowa u roślin, Warszawa 1970.

MAŁGORZATA WIERZBICKA

PIOTR STREBEYKO*

1907–2003

 

Piotr Strebeyko urodził się 20 czerwca 1907 roku w Nowej Wilejce koło Wilna, jako najstarszy syn z trojga rodzeństwa Stanisława i Stanisławy (z domu Zylewicz). Była to rodzina polska, którą można zaliczyć do drobnej szlachty, posiadająca kilka majątków ziemskich.

Piotr Strebeyko został wcześnie osierocony – gdy miał siedem lat, matka zmarła przy porodzie najmłodszej siostry, Ireny. W dalszym wychowaniu dzieci pomagały ojcu jego siostry. Spośród tych trojga dzieci, dwoje zostało biologami – najmłodsza Irena oraz najstarszy Piotr. Zainteresowania przyrodnicze w dzieciach rozbudził ojciec, który zajmował się pracami inżynierskimi związanymi z nawodnieniem pól. Prace te wymagały częstych wyjazdów, w których, już jako młodzieniec, brał udział syn Piotr. W Wilnie w 1925 roku ukończył gimnazjum humanistyczne im. Króla Zygmunta Augusta. Następnie wstąpił na Studium Rolnicze przy Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Jednakże Studium to nie działało długo; wprawdzie w pierwszych latach doskonałymi wykładowcami podstawowych przedmiotów przyrodniczych, jak fizyka, chemia, botanika, zoologia, byli profesorowie Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego USB, ale dla starszych lat trudno było znaleźć odpowiednich wykładowców specjalistycznych przedmiotów rolniczych. Wobec zagrożenia upadkiem dalszych studiów w Wilnie, Piotr Strebeyko przeniósł się do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, na trzeci rok studiów Wydziału Rolniczego. Studia ukończył w 1929 roku.

Jeszcze jako student został zaangażowany do pracy w Zakładzie Uprawy i Nawożenia Roli Wydziału Ogrodniczego SGGW w Skierniewicach, kierowanego przez prof. Mariana Górskiego. W tym czasie stypendysta z Jugosławii, Bogdan Vovk prowadził badania techniką kultur wodnych (w ramach pracy doktorskiej) i potrzebował pomocnika. Piotr Strebeyko, zatrudniony w tej roli, opanował tę technikę i po wyjeździe dr. Vovka pozostał w Zakładzie na stanowisku starszego asystenta przez pięć lat. W tym okresie napisał rozprawę doktorską pt. Wpływ reakcji gleby na przyswajalność różnych form kwasu fosforowego. Tytuł doktora nauk rolniczych otrzymał w 1933 roku.

Wyniki badań wchodzących w zakres rozprawy doktorskiej opublikował w czasopiśmie Polskiego Towarzystwa Botanicznego „Acta Societatis Botanicorum Poloniae”. Redaktorem tego czasopisma był wtedy Kazimierz Bassalik, kierownik Zakładu Fizjologii Roślin Uniwersytetu Warszawskiego. Piotr Strebeyko nawiązał stały kontakt z tym Zakładem i brał udział w jego seminariach. W roku 1934 Kazimierz Bassalik zaproponował mu stanowisko starszego asystenta w swoim Zakładzie. W ten sposób został zaangażowany na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie pracował z przerwami przez 22 lata kolejno na stanowisku starszego asystenta, adiunkta, docenta i profesora.

Podczas okupacji niemieckiej Piotr Strebeyko służył w AK pod dowództwem pułkownika Adama Jabłońskiego. Brał czynny udział w organizowaniu lokali konspiracyjnych. Został wycofany z akcji, gdy jego fotografia przeznaczona do wyrobienia nowego, fałszywego dowodu osobistego, wpadła w ręce wileńskiego gestapo. Sytuacja była bardzo niebezpieczna – na podstawie zatrzymanej fotografii, warszawskie gestapo mogło go aresztować. Musiał opuścić Warszawę. Wyjechał do Zakopanego, gdzie po powstaniu warszawskim zgromadziło się więcej pracowników Uniwersytetu Warszawskiego. Rektor Stefan Pieńkowski wypłacał wówczas pracownikom UW nieduże pensje. Po zakończeniu wojny Piotr Strebeyko powrócił do pracy na Uniwersytecie Warszawskim. W roku 2000, jako kombatant, został mianowany podporucznikiem Armii Krajowej.

Pracę naukową Piotr Strebeyko kontynuował bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej i w roku 1946 habilitował się na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Z upływem lat był kolejno docentem i drugim profesorem w Katedrze Fizjologii Roślin UW. Przez dwie kadencje był dziekanem Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi (1956–1960). W tym czasie nie przyjął propozycji Senatu UW objęcia stanowiska prorektora UW ze względu na nieuniknioną współpracę z ówczesnym rektorem – aktywnym członkiem PZPR.

Po śmierci Kazimierza Bassalika (1960) objął kierownictwo Katedry Fizjologii Roślin, którą kierował przez osiem lat, czyli do końca jej istnienia. Po zlikwidowaniu Katedry (1968) i reorganizacji zakładów naukowych zrezygnował ze stanowiska profesora Uniwersytetu Warszawskiego. W tym trudnym dla Uniwersytetu roku – w grudniu 1968 – uchwałą upolitycznionej Komisji Wydziałowej został pozbawiony swego pokoju do pracy, co oznaczało po prostu fizyczną jej niemożliwość. W tej sytuacji przeszedł do Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin na stanowisko kierownika Zakładu Biofizyki Roślin Uprawnych. Pracował tam do roku 1972, gdy przeszedł na wcześniejszą emeryturę.

Jednakże przejście na emeryturę nie oznaczało przerwania pracy naukowej profesora. Jego ostatnia publikacja naukowa Size and power of chlorophyll a molecule („Photosynthetica” 2000, t. XXXVIII, nr 1, s. 159–160) ukazała się w 2000 roku, gdy profesor miał 93 lata. Tak nieprzeciętna kondycja fizyczna i umysłowa profesora wyrażała się również w bardzo aktywnym uprawianiu sportów – narciarstwa i żeglarstwa morskiego. Profesor Piotr Strebeyko był jachtowym kapitanem, znanym w całym naukowym środowisku z prowadzenia ciekawych i egzotycznych rejsów morskich; aktywność tę kontynuował do ostatnich lat życia.

Zainteresowania naukowe Piotra Strebeyki koncentrowały się wokół pięciu głównych problemów badawczych: 1) mineralne odżywianie się roślin; 2) dynamika wzrostu roślin, głównie zbóż; 3) gospodarka wodna roślin i odporność na susze; 4) fotosynteza, ze szczególnym uwzględnieniem energetyki tego procesu; 5) wykorzystanie porometrii do pomiarów wymiany gazowej roślin.

W roku 1965 wprowadził pojęcie „przelotności” w liściach amfistomatycznych. Przelotnością nazwał szybkość, z jaką powietrze wprowadzone pod niedużym ciśnieniem przenika przez blaszkę liścia. Skonstruował porometr do pomiaru przelotności i opracował teorię tego procesu (The theory of porometer, „Plant Physiology”, 1965). W 1969 roku na XI Światowym Kongresie Botanicznym w Seattle wystąpił z referatem, w którym przedstawił wyniki swoich badań. Wskazał w nich, że znając gęstość aparatów szparkowych na liściach, można ocenić ich stopień rozwarcia w różnych porach dnia i nocy na postawie prostych pomiarów porometrycznych.

Wykształcił 30 magistrantów i siedmiu doktorów. Opublikował 60 prac z zakresu fizjologii roślin, w tym 50 prac oryginalnych i 10 książek. Autor podręczników, z których najważniejsze to: Woda i światło w życiu rośliny (PWN, Warszawa, 1956), Fotosynteza (PWN, Warszawa 1964), Zarysfizjologii roślin, podręcznik dla studentów wyższych szkół rolniczych (PWRiL, Warszawa, dwa wydania 1965 i 1967), Wymiana gazowa u roślin (PWRiL, Warszawa 1970), Procesy biofizyczne w roślinie (PWN, Warszawa 1976).

Od początku swojej pracy naukowej Piotr Strebeyko był członkiem wielu towarzystw naukowych. Od 1934 roku należał do Polskiego Towarzystwa Botanicznego, pełniąc funkcje sekretarza generalnego w latach 1950–1955 i przewodniczącego Oddziału Warszawskiego w latach 1960–1962 i 1964–1966. Od 1936 roku był członkiem Polskiego Towarzystwa Fizjologicznego, w którym pełnił funkcję sekretarza generalnego w latach 1948–1950. Był również członkiem Polskiego Towarzystwa Biochemicznego (od 1959), Scandinavian Society of Plant Physiologists (od 1961), The American Society of Plant Physiologists (od 1969), Japanese Society of Plant Physiologists (od 1969), Polskiego Towarzystwa Biofizycznego (od 1971) i The National Geographic Society (od 1973). Był również członkiem honorowym Czechosłowackiego Towarzystwa Botanicznego (od 1968).

W roku 1948 został członkiem korespondentem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Warto więc podkreślić, że był on jednym z ostatnich członków tego Towarzystwa, którzy przeżyli jego likwidację w roku 1952. Był też jednym z kilku dawnych członków TNW, którzy 20 listopada 1980 roku postanowili Towarzystwo reaktywować. Na zebraniu dawnych członków TNW, które odbyło się 6 maja 1981 roku, wybrano tymczasowy Zarząd z Piotrem Strebeyko jako sekretarzem generalnym. Funkcję tę profesor sprawował do roku 1986, przyczyniając się w wielkim stopniu do odrodzenia Towarzystwa i do rozwinięcia jego działalności w zmienionych i trudnych warunkach funkcjonowania nauki w Polsce.

W uznaniu zasług nadano prof. Piotrowi Strebeyce godność członka honorowego Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Stosowny dyplom został wręczony profesorowi na jubileuszowej sesji naukowej poświęconej 95. rocznicy jego urodzin, zatytułowanej „Woda i światło w życiu rośliny”. Sesja ta obyła się 8 czerwca 2002 roku na Uniwersytecie Warszawskim i była zorganizowana przez Oddział Warszawski Polskiego Towarzystwa Botanicznego, Wydział Biologii UW oraz Towarzystwo Naukowe Warszawskie. W sesji uczestniczyło, poza jubilatem i jego małżonką oraz najbliższą rodziną, około 100 osób, w tym kilka pokoleń wychowanków i uczniów Piotra Strebeyki z warszawskich uczelni i instytucji naukowych oraz innych ośrodków.

Piotr Strebeyko zmarł 11 stycznia 2003 roku w Warszawie w wieku 95 lat. Został pochowany na cmentarzu przy kościele św. Katarzyny w Warszawie, w grobie rodzinnym. W zawiadamiającym o śmierci profesora nekrologu, który zawisnął na bramie Uniwersytetu, napisano: „Wybitny biolog, wieloletni kierownik katedry Fizjologii Roślin i dziekan Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Warszawskiego, Autor wielu podręczników akademickich i prac naukowych. Niestrudzony w dociekaniu prawdy”.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 2004, t. LXVI, s. 5–10. Uzupełnił Tomasz Majewski.

Abdon Stryszak

Urodzony 30 XII 1908 w Domatowie. Początkowo studia prawnicze na Uniwersytecie Poznańskim, później studia weterynaryjne na UW. Od 1931 na Wydziale Weterynaryjnym UW, doktorat (1936), habilitacja (1947). Kierownik Zakładu Epizootiologii UW. Profesor (1948). Także w Akademii Medycznej w Gdańsku (1945–1952), SGGW (1970–1975):, dziekan Wydziału Weterynaryjnego (1956–1958).

Lekarz weterynarii, epizootiolog. Badania nad chorobami zakaźnymi zwierząt, m.in. różycą, pasterolozą, oraz nad genezą porażeń poszczepiennych, zjawiskiem nosicielstwa wirusa wścieklizny, efektywnością szczepień profilaktycznych i postinfekcyjnych.
Organizator i kierownik (1945–1947) Wojewódzkiego Zakładu Higieny Weterynaryjnej w Sopocie. Kierownik Zakładu Wirusologii i Zakładu Epizootiologii Ogólnej Instytutu Weterynaryjnego w Puławach (1952–1968).
Członek PAN (1960), Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych (prezes 1954). Przewodniczący Komitetu Nauk Weterynaryjnych PAN (1968–1977).
Zmarł 27 XI 1995 w Warszawie.

Epizoocja tyfusu kur na terenie województwa warszawskiego w latach 1942–1944, Lublin 1948; Zasady badania ryb i przetworów rybnych, Warszawa 1952; Epizootiologia ogólna, Warszawa 1954.

M. Jeliński, Z. Kamiński, Stryszak Abdon-Stefan (1908–1995), [w:] Ludzie Akademii Medycznej w Gdańsku: praca zbiorowa, t. I, Gdańsk 2003.

TOMASZ MAJEWSKI

ABDON STRYSZAK

1908–1995

 

Profesor Abdon Stryszak związany był z naszą uczelnią przez Wydział Weterynaryjny, który do 1951 roku wchodził w skład Uniwersytetu Warszawskiego. Tu studiował i zdobywał kolejne stopnie naukowe, tu wykładał jako profesor i tu kierował Zakładem swojej specjalności, epizootiologii, czyli nauki o chorobach zakaźnych zwierząt. Później jego głównym miejscem pracy była Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego, jednak Uniwersytet słusznie szczyci się nim jako swoim wychowankiem i pracownikiem, jednym z najwybitniejszych specjalistów w zakresie wymienionego działu nauk weterynaryjnych.

Abdon Stefan Stryszak urodził się 30 grudnia 1908 roku w kaszubskiej wsi Domatowo w obecnym powiecie puckim. Jego ojciec, Abdon Stryszak, był nauczycielem w tamtejszej szkole powszechnej, matką była Pelagia Radtke. W najbliższej rodzinie zarówno ojca, jak i matki profesora, byli ludzie znani i zasłużeni dla jego stron rodzinnych. Do Gimnazjum Klasycznego im. Jana Sobieskiego uczęszczał w niedalekim Wejherowie i tam ukończył naukę w 1926 roku. Studia wyższe rozpoczął w Poznaniu na Wydziale Prawa tamtejszego Uniwersytetu, zrezygnował z nich jednak i przeniósł się na Uniwersytet Warszawski, gdzie w latach 1928–1932 studiował na Wydziale Weterynaryjnym; otrzymał dyplom lekarza weterynarii. Jeszcze przed ukończeniem studiów, w roku 1931, rozpoczął pracę jako młodszy asystent w Zakładzie Anatomii Opisowej Zwierząt Domowych Wydziału Weterynaryjnego pod kierunkiem prof. Romana Poplewskiego. Pracował tam (już jako starszy asystent) do 1933 roku. Później odbył w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu roczną służbę wojskową. Po jej zakończeniu (1934) aż do 1939 roku związał się z Zakładem Epizootiologii kierowanym przez prof. Piotra Andrijewskiego. Zajmował tu z początku stanowisko starszego asystenta, później adiunkta. Rozprawę doktorską Przyczynek do anatomii splotu słonecznego królika (opublikowaną w 1936) napisał jeszcze pod kierunkiem prof. Poplewskiego. Studia uzupełniał za granicą, w naukowych instytucjach Danii, Szwecji i Niemiec (1937–1938) jako stypendysta Funduszu Kultury Narodowej. Zaznajamiał się tam z ówczesnymi osiągnięciami w zakresie diagnostyki i zwalczania ważniejszych chorób zwierząt. W 1938 roku rozpoczął na Wydziale Weterynaryjnym UW wykłady z patologii chorób zakaźnych młodych zwierząt.

Pracę naukową przerwał wybuch wojny. Abdon Stryszak wziął udział w kampanii wrześniowej w stopniu podporucznika, walcząc z wkraczającą 17 września Armią Czerwoną. Lata okupacji niemieckiej spędził w Warszawie, podejmując praktykę weterynaryjną oraz pracując w Weterynaryjnej Pracowni Rozpoznawczej, którą zresztą od 1941 roku kierował. W miarę możliwości przeciwdziałał dewastacji przez okupanta budynków i wyposażenia Wydziału. Nie zaprzestał pracy naukowej, której efektem była ogłoszona już po wojnie (1948) rozprawa Epizoocja tyfusu kur na terenie województwa warszawskiego w latach 1942–1944.

Po zakończeniu działań wojennych dr Stryszak nie od razu powrócił do pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Jeszcze w 1945 roku organizował – z polecenia Ministerstwa Rolnictwa – Wojewódzki Zakład Higieny Weterynaryjnej w Sopocie, obejmując przy tym do 1947 roku funkcję jego kierownika. Współorganizował portową służbę weterynaryjną na Wybrzeżu, w tym nadzór sanitarny nad rybami i produktami rybnymi, oraz prowadził wykłady na kursach dla lekarzy okrętowych i dla lekarzy weterynarii z zakresu badania ryb i przetworów rybnych. Wykładał także (w latach 1945–1952) mikrobiologię w Akademii Lekarskiej (późniejsza Akademia Medyczna) w Gdańsku jako adiunkt, docent i profesor oraz pracował dodatkowo w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej; tu także organizował kursy specjalne dla lekarzy weterynarii. Pozostawił podstawowy w tym zakresie podręcznik Zasady badania ryb i przetworów rybnych (1952). Przez wiele lat zasiadał w Radzie Naukowej Morskiego Instytutu Rybackiego, a jego działalność została uhonorowana przyznaną mu przez ministra żeglugi Złotą Odznaką Zasłużonego Pracownika Morza.

W ramach reaktywowanego Wydziału Weterynaryjnego UW Abdon Stryszak zatrudniony został w charakterze adiunkta w czerwcu 1946 roku. Habilitował się w roku następnym na podstawie rozprawy Studia epizootiologiczne nad gruźlicą bydlęcą w Polsce ze szczególnym uwzględnieniem próby tuberkulinowej śródskórnej. W tym samym roku został mianowany docentem i kierownikiem (jako zastępca profesora) Zakładu Epizootiologii. W roku 1948 otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego.

1 września 1951 roku Wydział Weterynaryjny został przeniesiony z Uniwersytetu Warszawskiego do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Profesor Stryszak kierował tu Katedrą Epizootiologii. Po reformie struktur polskich wyższych uczelni w 1970 roku i likwidacji katedr, Abdon Stryszak kierował – do 1975 – Instytutem Chorób Zakaźnych i Inwazyjnych Wydziału Weterynaryjnego SGGW, a później reaktywowanym Zakładem Epizootiologii i Kliniką Chorób Zakaźnych. Mianowany profesorem zwyczajnym w roku 1958, w latach 1956–1958 był dziekanem Wydziału Weterynaryjnego SGGW. Przeszedł na emeryturę z końcem września 1979 roku.

Poza głównym zatrudnieniem w UW i SGGW prof. Stryszak wykorzystywał swoją wiedzę i zdolności organizacyjne w wielu instytucjach i organizacjach, podejmując tam wyjątkowo szeroką i aktywną działalność. Jak już wspomniano, przez kilka lat utrzymywał współpracę z placówkami naukowymi na Wybrzeżu. W Instytucie Weterynaryjnym w Puławach kierował (w latach 1952–1968) kolejno Zakładem Wirusologii i Zakładem Epizootiologii Ogólnej. Był inicjatorem Pracowni Patologii Doświadczalnej Zwierząt PAN w Poznaniu oraz nowych placówek puławskiego Instytutu Weterynarii, Pracowni Immunologii Gruźlicy i Pracowni Patologii Porównawczej w Warszawie, i kierował nimi w początkach ich działalności.

Profesor Stryszak działał aktywnie w wielu stowarzyszeniach naukowych. W roku 1960 został wybrany na członka korespondenta Polskiej Akademii Nauk, a członkiem rzeczywistym został w 1969, w latach 1968–1977 przewodniczył Komitetowi Nauk Weterynaryjnych PAN (później był przewodniczącym honorowym tego Komitetu). Był członkiem i przewodniczącym kilku komisji resortowych, w tym Komisji Planowania Kadr i Placówek Weterynaryjnych. Działał wśród czynnych członków Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych (w 1954 roku był prezesem), Zrzeszenia Lekarzy i Techników Weterynarii, Polskiego Towarzystwa Epidemiologów, Polskiego Towarzystwa Parazytologicznego i Polskiego Towarzystwa Mikrobiologów, przewodniczył m.in. Radom Naukowym Instytutu Weterynarii i Wojskowego Ośrodka Naukowo-Badawczego Służby Weterynaryjnej, był członkiem Państwowej Rady Sanitarno-Epidemiologicznej, znajdował się wśród organizatorów I Kongresu Nauki Polskiej. Zapraszały go na wykłady zagraniczne uczelnie. Otrzymał wiele odznaczeń, w tym wysokie odznaczenia państwowe. Dwukrotnie obdarzono go godnością doktora honoris causa: przyznały mu ją Wyższa Szkoła Weterynaryjna w Hanowerze, gdzie otrzymał to wyróżnienie podczas XIV Międzynarodowego Kongresu Lekarzy Weterynaryjnych w 1963 roku, oraz Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w 1987 roku.

Profesor Stryszak był promotorem 23 przewodów doktorskich. Wśród jego licznych uczniów wielu zyskało wysoką pozycję w polskiej nauce. Spośród jego asystentów i studentów z okresu pracy na Uniwersytecie Warszawskim można wymienić Janinę Oyrzanowską-Poplewską, która później, po odejściu Stryszaka na emeryturę, przejęła kierownictwo dowodzonej przez swego mistrza katedry w SGGW, Stanisława Piwowarczyka, późniejszego kierownika Kliniki Chorób Zakaźnych w SGGW, i Barbarę Machnicką-Rowińską, profesora w Instytucie Parazytologii PAN. Z okresu pracy w SGGW wychowankami Stryszaka byli m.in. późniejsi profesorowie Witold Władysław Golnik, Stanisław Grys, Aleksandra Hartwig, Jerzy Kita i Zbigniew Anusz.

Dorobek naukowy prof. Stryszaka obejmuje ponad sto publikacji, w tym dwa podręczniki. Pierwszy z nich, wspomniany wyżej, dotyczący zdrowotności ryb i przetworów rybnych, miał duże znaczenie dla organizującej się służby weterynaryjnej w portach morskich. Drugi to Epizootiologia ogólna (1954, 1961), przez długi czas jedyny u nas i jeden z nielicznych w światowej literaturze; uczyły się z niego kolejne pokolenia przyszłych lekarzy weterynarii. Dorobek badawczy Stryszaka jest obszerny i różnorodny. Zagadnienia ekologii szczególnie groźnych chorób zakaźnych, którymi się zajmował, podjął już we wczesnych latach pracy naukowej, a dotyczące ich publikacje wchodzą w zakres dorobku Uniwersytetu Warszawskiego.

Pierwsza z tych badanych przez Stryszaka chorób to różyca, bakteryjna choroba świń, powodująca duże straty jeszcze w okresie międzywojennym, a nasilająca się w pierwszych latach powojennych. Stosowane wówczas szczepienia ochronne niewiele pomagały. Wieloletnie badania profesora i jego zespołu pozwoliły wyjaśnić warunki sprzyjające rozprzestrzenianiu się choroby i wskazały na rolę starannego niszczenia zarazka w środowisku otaczającym zwierzęta (Rola czynników środowiskowych w patogenezie różycy, 1955). Drugą chorobą, którą zajął się Stryszak, była pasteroloza, powodowana przez bakterie choroba różnych zwierząt, często przybierająca rozmiary epizoocji. Uczony wyjaśnił mechanizmy i drogi przenoszenia choroby oraz wpływ czynników klimatycznych na jej szerzenie się. Wreszcie ważne miejsce w dorobku Stryszaka zajmują publikacje poświęcone wściekliźnie. Badał genezę porażeń poszczepiennych (wyniki opisał w 1949 roku w publikacji O tak zwanej chorobie poszczepiennej występującej u psów na terenie okręgu warszawskiego w przebiegu masowej akcji szczepień przeciw wściekliźnie w 1948 r.), zjawisko nosicielstwa wirusa wścieklizny, efektywność szczepień profilaktycznych i poinfekcyjnych, porównywał wartość metod laboratoryjnych diagnostyki tej choroby (Właściwości ustalonego wirusa wścieklizny używanego do szczepień ochronnych psów w Polsce z uwzględnieniem jego roli w patogenezie porażeń poszczepiennych, 1958). Prace dotyczące tych zagadnień znalazły trwałe miejsce w światowej literaturze.

Profesor Stryszak nigdy nie zapomniał o swojej ziemi i tradycji rodzinnej. Biegle władał językiem kaszubskim, udzielał się w lokalnych inicjatywach, był jednym z założycieli i członkiem honorowym Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Szczególną opieką otaczał w Warszawie studentów pochodzących z Kaszub i Pomorza. Jego powojenna działalność w instytucjach naukowych Gdańska także świadczyła o przywiązaniu do tych ziem.

Zmarł 27 listopada 1995 roku w Warszawie. Pochowany został na cmentarzu służewskim.

W pamięci wszystkich, którzy go znali, zachował się jako człowiek życzliwy, łatwo nawiązujący przyjacielskie kontakty, cieszący się szacunkiem i sympatią. Dobrze wspominają go liczni uczniowie, którym nigdy nie szczędził czasu. Jego zdolność do skupienia wokół siebie młodych, utalentowanych badaczy zaowocowała powstaniem polskiej szkoły epizootiologicznej.

Bogdan Suchodolski

Urodzony 27 XII 1903 w Sosnowcu. Studia na UW i na UJ, doktorat (1925), habilitacja (1933), docent na UW. Profesor UJK we Lwowie (1938). Uczestnik tajnego nauczania (1942–1944), profesor UW (1947), dyrektor Instytutu Nauk Pedagogicznych (1958–1968). Twórca i kierownik (1958–1973) Zakładu Historii Nauki i Techniki PAN.

Filozof, pedagog, historyk nauki i kultury. Badacz kultury polskiej, autor koncepcji pedagogicznych podkreślających potrzebę obrony i rozwoju wartości humanistycznych.
Członek m.in. TNW (1945), PAU (1946), PAN (1952), Académie Internationale d’Histoire des Sciences (1961). Konsultant UNESCO (1951–1991).
Redaktor m.in. kwartalnika „Kultura i Wychowanie” (1933–1939), „Kwartalnika Pedagogicznego” (1956–1969) wielotomowej „Historii Nauki Polskiej” (1970–1986) i Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962–1970).
Zmarł 2 X 1992 w Konstancinie.

Kochaj życie, bądź dzielny. Rozmowa o wartości życia, Warszawa 1927; Przebudowa podstaw nauk humanistycznych, Warszawa 1928; Uspołecznienie kultury, Warszawa 1937; Narodziny nowożytnej filozofii człowieka, Warszawa 1963; Dzieje kultury polskiej, Warszawa 1980; Wychowanie mimo wszystko, Warszawa 1990; Edukacja permanentna: rozdroża i nadzieje, Warszawa 2003.

Bogdan Suchodolski. W stulecie urodzin – trwałość inspiracji, red. I. Wojnar, J. Kubin, Warszawa 2004.

IRENA WOJNAR

BOGDAN SUCHODOLSKI

1903–1992

 

Profesor Suchodolski należy do tych, coraz mniej licznych w naszych czasach, uczonych, którym trudno przypisać jednoznaczną specjalizację naukową, a – jak może nikt inny – zasługuje na miano humanisty, w klasycznym renesansowym znaczeniu tego słowa.

Po latach nawykłym do specjalistycznego porządkowania interlokutorom odpowiedział: „w sensie zawodowym wiedziałem zawsze, że chcę być nauczycielem. Miałem zawsze pasję uczenia innych, która mnie nie opuściła do dzisiaj. [...] W dziedzinie mojej specjalizacji naukowej miałem zawsze komplikacje i kłopoty, które chyba nie zniknęły do dnia dzisiejszego. Studiowałem polonistykę i filozofię, wiedząc, że ani polonistyka, ani filozofia, w swej czystej postaci nie zaspokajają w pełni moich potrzeb i zainteresowań. Zawsze majaczyła mi się jakaś nauka o cywilizacji, filozofia człowieka, kultury” (wypowiedź z roku 1979). Wielokrotnie stwierdzał, iż historię kultury chciał rozumieć jako historię rozwoju człowieka.

W myśli Suchodolskiego humanizm konkretyzował się w postaci trzech znaczeń komplementarnych: jako „świat humanistyczny”, trwałe universum ludzkich dokonań w obszarze wiedzy i wartości; jako zespół refleksji na temat tego universum, czyli nauki humanistyczne, oraz jako postawa zaangażowania i wrażliwości, wyznacznik praktycznego działania, źródło osądu nad światem, swoiste sumienie w stosunku do rzeczywistego świata.

Związki prof. Suchodolskiego z Uniwersytetem Warszawskim były nie tylko długoletnie, lecz także bardzo osobiste. Rozpoczął je okres studiów (1921), formalnie kończyła data odnowienia doktoratu (1983). Podczas tej właśnie pamiętnej uroczystości w Sali Złotej Pałacu Kazimierzowskiego Suchodolski nawiązał do minionych trudnych lat, znaczonych dramatyzmem historycznych wydarzeń, wspominając wielokrotnie o swojej wierności wobec uczelni, którą określał jako „mój uniwersytet”.

Przez całe dorosłe życie, a nawet już od lat szkolnych, byłam związana z prof. Suchodolskim. W moim odczuciu utożsamiał się on właśnie z Uniwersytetem i ze swoiście pojmowaną „uniwersyteckością”, którą charakteryzuje obecność Mistrza, bogaty ruch myśli inspirujących, pobudzanie intelektualnej wrażliwości i zaangażowania. Słowa moich wspomnień wyznacza więc zarówno oczywista chronologia faktów i wydarzeń, jak i akcenty osobiste, odczucie wymowy i znaczenia tych faktów.

Zacznę więc od 1983 roku, kiedy w biografii naukowej Suchodolskiego pojawiły się dwa honorowe doktoraty dokumentujące jego zasługi i pozycję. W lutym 1983 roku, podczas inauguracji roku akademickiego uniwersytetu w Padwie, założonego w 1222 roku, a więc należącego do najstarszych w Europie, odbyła się uroczystość wręczenia prof. Suchodolskiemu doktoratu honorowego, pierwszego, jaki ta uczelnia przyznała zagranicznemu uczonemu w dziedzinie nauk o wychowaniu. Uniwersytet w Padwie miał od początku w gronie studentów znakomitych przedstawicieli naszego kraju, by wspomnieć Jana Kochanowskiego, Mikołaja Kopernika, Jana Zamoyskiego. Zabytkowa Aula Magna, w której odbywała się uroczystość nadania doktoratu, jest ozdobiona także emblematami polskich rodów. Zebrani z zaciekawieniem wysłuchali więc słów prof. Suchodolskiego, który nazwał uniwersytet w Padwie „największym polskim uniwersytetem poza granicami naszego kraju”. Wskazywał na aktualne obowiązki edukacji jako sprawę wszystkich intelektualistów zajmujących się różnymi dziedzinami nauki i twórczości, sprawę porozumienia i współdziałania ludzi z ludźmi w celu realizacji wizji „społeczeństwa pożądanego”. Humanistyczna tonacja tego wystąpienia została wzmocniona przywołaniem myśli Giordana Bruna i dwóch możliwych postaw ludzi zajmujących się edukacją: postawa „racjonalnej nadziei” i postawa „heroicznego entuzjazmu”.

W tym samym 1983 roku, jesienią, odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim uroczystość odnowienia doktoratu prof. Suchodolskiego, odpowiednik doktoratu honorowego, który, jak wiadomo, z zasady nie jest przyznawany osobom doktoryzującym się w tej samej uczelni. Profesor uzyskał w 1925 roku doktorat w zakresie historii literatury polskiej, na podstawie rozprawy pt. „Zamek Kaniowski” Seweryna Goszczyńskiego, napisanej pod kierunkiem prof. Józefa Ujejskiego.

Dziękując rektorowi UW, prof. Kazimierzowi Dobrowolskiemu, i zebranym, prof. Suchodolski podkreślał swój trwały związek z Uniwersytetem, datujący się od lat studiów, przez bolesne lata wojenne i okres powojennej odbudowy, długie lata pracy na uczelni, związek trwający nawet wówczas, kiedy został zerwany niesprawiedliwą decyzją władz. Głębokie więzi z Uniwersytetem określił słowami przysięgi składanej w chwili otrzymywania doktoratu, wyrażającej włączenie w służbę prawdzie sed quod magis veritas propagetur. Z punktu widzenia humanisty zastanawiał się nad różnicą między prawdą osiągniętą i utrwaloną, która może prowadzić do dogmatyzmu i fanatyzmu, a prawdą tożsamą z poszukiwaniem, wartością, która służy umacnianiu ludzkiej wspólnoty, która łączy, a nie dzieli; stanowi zatem podstawę dialogu wzbogacającego i tolerancji. Tego rodzaju prawda, dowodził, nie przysparza doraźnych korzyści, nie zapewnia panowania człowieka nad człowiekiem, nie służy pragmatyce i sprawności, wiedzie natomiast ku mądrości.

Wypowiedź w Padwie, podobnie jak wystąpienie warszawskie, to symboliczne fragmenty humanistycznego przesłania Suchodolskiego. Jego intelektualna biografia jest ściśle związana z losami uczonych naszego kraju, a jego twórcza obecność towarzyszyła kolejnym zmieniającym się etapom całego niemal XX stulecia. Biografia Suchodolskiego, jego sukcesy i klęski nie tylko określają indywidualny los uczonego o niezwykłych uzdolnieniach, wyjątkowo szerokich zainteresowaniach i talencie pisarskim, lecz także pozwalają lepiej zrozumieć dramatyczne dzieje całego pokolenia polskiej inteligencji uwikłanej w splot uwarunkowań i wydarzeń, nadziei i poszukiwań, zadań spełnionych i niespełnionych, pokolenia konfliktów i rozdroży, ale – nade wszystko – wyrażającego poczucie misji społecznej i patriotycznej.

Jeszcze przed I wojną światową Suchodolski uczył się w znanym Gimnazjum im. Stanisława Staszica w Sosnowcu (matura w 1921). Jednym z uczniów tej szkoły był także Stanisław Turski, późniejszy profesor i rektor UW. Więzy przyjaźni łączyły Suchodolskiego z Janem Kiepurą, późniejszym znanym śpiewakiem operowym, razem występowali na szkolnych uroczystościach. Suchodolski wygłaszał referaty, Kiepura śpiewał. W 1920 roku młodzież sosnowiecka włączyła się spontanicznie do działalności patriotyczno-militarnej.

Intelektualne zainteresowania Suchodolskiego kształtowały się pod wpływem nauczyciela polonisty, Adolfa Rejbekiela, związanego z Młodą Polską, Wyspiańskim i Krakowem. Fascynacja wielką literaturą, nastroje patriotyczne w szkole, atmosfera rodzinnego domu (ojciec był znanym lekarzem społecznikiem w Sosnowcu) ukształtowały osobowość Suchodolskiego i zadecydowały o wyborze studiów humanistycznych. W latach 1921–1923 studiował na UW, na trzeci rok przeniósł się do Uniwersytetu Jagiellońskiego, by znów powrócić do Warszawy. Wielokrotnie podkreślał swobodę i samodzielność ówczesnego studiowania, kontakty wyłącznie z profesorami, mistrzami ówczesnej humanistyki. Chętnie przypominał, że w owych czasach humanistą nazywało się człowieka, który nie zmierzał wprost do zawodu ani nawet nie pielęgnował wyłącznie jednego zainteresowania, ale badał obszary kultury umysłowej i moralnej, ruch idei i wartości. Na warszawskiej polonistyce studiował u Bronisława Gubrynowicza i Józefa Ujejskiego, w Krakowie u Ignacego Chrzanowskiego i Stanisława Kota. Korzystał z intelektualnych inspiracji germanisty Zygmunta Łempickiego i romanisty Stanisława Wędkiewicza. Zapoznawał się z różnorodnością myślenia filozoficznego, zwłaszcza w UW, dzięki studiom u Tadeusza Kotarbińskiego, Jana Łukasiewicza, Władysława Tatarkiewicza i Władysława Witwickiego. Profile studiów, a także uniwersytetów były wówczas bardzo zróżnicowane, uczono różnych sposobów myślenia. Takie studia wymagały wielotematycznych lektur w różnych językach. Suchodolski od dzieciństwa znał biegle niemiecki i francuski, nauczył się rosyjskiego i angielskiego, samodzielnie opanował włoski, by przeczytać w oryginale Boską komedię. Aktywnie uczestniczył w życiu studenckim, był członkiem Zarządu Koła Polonistów Słuchaczów UW.

Po uzyskaniu doktoratu w 1925 roku, dzięki stypendium Funduszu Kultury Narodowej (zawsze wspominał postać Stanisława Michalskiego, dyrektora Funduszu i jego zasługi dla rozwoju nauki polskiej), przebywał na studiach w Berlinie (u profesorów Edwarda Sprangera i Alfreda Vierkandta), Paryżu i Rapperswilu. Studia te zaowocowały przede wszystkim oryginalną rozprawą pt. Przebudowa podstaw nauk humanistycznych (1928), a także licznymi pracami na tematy edukacyjne. Skonkretyzowała się orientacja dalszej pracy naukowej i zawodowej. Inaczej niż w naszych czasach, kiedy kariera naukowa rozwija się od zakończenia studiów, przez etapy stanowisk pomocniczych, asystenta i adiunkta, w latach międzywojennych młody absolwent uniwersytetu mógł tylko dorywczo prowadzić zajęcia na uczelni, na ogół niepłatne, nie mówiąc już o stałym zatrudnieniu. Doktor Suchodolski podjął więc pracę w warszawskim szkolnictwie (I Gimnazjum Miejskie im. Józefa Sowińskiego i prywatne Gimnazjum Cecylii Plater Zyberkówny), uczył języka polskiego i propedeutyki filozofii, co trwało 10 lat. Praca ta była zgodna z przypomnianymi pedagogicznymi upodobaniami Suchodolskiego, pozwalała na zdobywanie nowych doświadczeń i poznawanie edukacyjnej rzeczywistości. Jednocześnie przygotowywał rozprawę habilitacyjną. Książka pt. Stanisław Brzozowski. Rozwój ideologii (1933), bardzo żywo wówczas dyskutowana, uznana została za podstawę habilitacji w zakresie historii literatury polskiej, rozszerzonej następnie na obszar pedagogiki. Jesienią 1933 roku Suchodolski objął na Uniwersytecie Warszawskim stanowisko docenta historii literatury polskiej oraz zajęcia zlecone dla pedagogów na temat myśli Sergiusza Hessena. W latach 1936–1938 uczestniczył w pracach programowo-organizacyjnych jako naczelnik Wydziału Programowego w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Współpracował z Władysławem Radwanem; został usunięty za ostrą krytykę tzw. wychowania państwowego.

Sytuacja uległa zmianie, kiedy w roku 1938 Suchodolski został powołany na stanowisko profesora nadzwyczajnego i objął katedrę pedagogiki na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Wygrał wówczas konkurs, a prof. Helena Radlińska napisała, iż jest on „najwybitniejszym z młodszego pokolenia pedagogów, utalentowany jako badacz, pisarz i nauczyciel”.

Lata 30. ubiegłego wieku są więc okresem szczególnie bogatej aktywności Suchodolskiego, naukowej, pisarskiej i publicystycznej, na ogół znanej z różnych opracowań. Pragnę zwrócić uwagę na konsekwentne pogłębianie podstawowych związków i wzajemnych interakcji między kulturą a wychowaniem, co znalazło wyraz zwłaszcza w redagowaniu kwartalnika „Kultura i Wychowanie” (1933–1939) oraz w książce Uspołecznienie kultury (1937). Krystalizowała się wówczas autorska koncepcja humanistycznej pedagogiki kultury i program humanistycznej strategii edukacyjnej przeciw „procesom odczłowieczenia”, a więc wychowania „z człowiekiem”, będącego jednocześnie obroną kultury. Kultura, dowodził, to zespół wartości, jakie człowiek realizuje w sobie (kultura subiektywna), ściśle zespolonych z życiem osobowym, w perspektywie społecznego rezonansu, czyli właśnie uspołecznienia, według zasady „wszystkich powołać” do pracy, wysiłku, twórczości. Poddawał krytyce elitarną koncepcję kultury, przekonany, że kultura żywa i uspołeczniona to kultura powszechna w sensie pełnego i aktywnego twórczego w niej udziału wszystkich uczestników społecznej wspólnoty, w perspektywie żywej obecności tradycji. Kultura winna stawać się kształtem ludzkich doświadczeń życiowych. Odrodzenie kultury – to sprawa wychowania, a wyrażać się ma w stylu osobowego życia, stosunku człowieka do siebie samego i do innych ludzi, w wykonywanej pracy, wrażliwości na prawdę i piękno, odczuciu „powagi życia”.

Właśnie „zagadnienie żywej tradycji” stało się tytułem wykładu inaugurującego nowy etap działalności akademickiej Suchodolskiego na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Działalność tę przerwał wybuch wojny w 1939 roku i przejęcie uniwersytetu przez władze ukraińskie. Suchodolski przez tzw. zieloną granicę przedostał się do Polski, by po raz kolejny, po studiach i krótkim okresie pracy, związać się z UW zamkniętym przez niemieckie władze okupacyjne, ale działającym w podziemiu. W ramach współpracy z Delegaturą Rządu Londyńskiego (Departament Oświaty Delegatury Rządu) środowisko naukowe realizowało tajne nauczanie uniwersyteckie, co było ściśle związane z innymi kierunkami pracy podziemnej. Profesor Suchodolski prowadził w latach 1942–1944 na tajnych kompletach wykłady pt. „Historia idei i prądów umysłowych w dobie nowożytnej” i seminaria, przede wszystkim dla studentów polonistyki, ale i dla innych grup młodzieży, także uczącej się na kompletach licealnych. Pozwalam sobie przywołać wątek wspomnień bardzo osobistych. Wówczas bowiem poznałam prof. Suchodolskiego i stałam się na długie lata wierną uczestniczką prowadzonych przez niego zajęć, a później także – podejmowanych przez niego działań. W programach szkolnych obowiązujących chyba jeszcze po wojnie znajdowała się, wydana w końcu lat 20., książeczka pt. Kochaj życie – bądź dzielny. Rozmowa o wartości życia, autorstwa Suchodolskiego. Byłam tą książeczką autentycznie zafascynowana, nie wiedząc oczywiście nic o jej autorze. W wojennych konspiracyjnych warunkach pojawiła się możliwość uczestniczenia w międzypokoleniowych spotkaniach i dyskusjach naukowych prowadzonych przez profesorów Uniwersytetu. Był wśród nich prof. Suchodolski. Spotkanie z nim stało się dla mnie spotkaniem z Uniwersytetem. Czytało się ważne lektury, od Edwarda Abramowskiego i Stanisława Brzozowskiego po Emmanuela Mounier, Josepha Conrada i André Malraux. Szczególną rolę w podziemnym życiu intelektualnym okupowanej Warszawy odegrała wydana jako druk konspiracyjny książka Suchodolskiego, pod pseudonimem R. Jadźwing, zatytułowana Skąd i dokąd idziemy?, pomyślana jako „przewodnik po zagadnieniach kultury współczesnej”. We wstępie autor napisał: „Wprawdzie samokształcenie nigdy nie było tylko czytaniem książek, ale rzadko kiedy jego najgłębszy charakter jako twórczej pracy duchowej występował tak silnie i z taką powagą jak w dobie dzisiejszej”. W klimacie tej książki wzmacniającej tak zawsze bliską Suchodolskiemu „strategię legendy i wizji” kształtowały się i nasze humanistyczne wizje przyszłości Polski i świata, a także uskrzydlone marzenia, ocienione wprawdzie dramatem wojennej rzeczywistości. W tych mrocznych czasach, kiedy splatały się ze sobą ekstremalne sytuacje zagrożenia i patos intelektualnych doświadczeń, wytwarzały się niepowtarzalne więzi międzyludzkie, więzi między mistrzami i słuchaczami tych niezwykłych wykładów. Tak o tych czasach napisał po latach prof. Suchodolski: „Już zatarte są w pamięci fakty i zdarzenia lat okupacji, szczegóły spotkań i kontaktów, twarze ludzi i ich nazwiska, nie zawsze zresztą znane i wówczas. Pozostaje jednak żywe wspomnienie klimatu tamtych dni, atmosfery niespokojnych uczuć i równie niespokojnych myśli, poszukujących sensu i ładu w nas samych, i w świecie uległym, i skrępowanym przemocą zbrodniczych szaleńców. Nigdy dawniej i chyba nigdy już później nie istniała taka wspólnota między nami i naszą młodzieżą, jak wtedy, gdy my i oni – równie bezbronni i równie bezradni – próbowaliśmy szukać prawdy na gruzach rozczarowań i w przeciwstawieniu się mitom, którym miała być poddana historia”. Profesor Suchodolski poszukiwany przez gestapo został zmuszony do ograniczenia spotkań uniwersyteckich, a zajęciami kierował z ukrycia.

Po zakończeniu działań wojennych i wyzwoleniu spod hitlerowskiej okupacji, już w lutym 1945 roku objął stanowisko dyrektora III Miejskiego Gimnazjum i Liceum w Warszawie. Zapraszany przez kolejne reaktywowane uniwersytety, związał się na wiele lat z UW, formalnie zatrudniony od lutego 1945 roku. W 1947 roku otrzymał nominację na profesora zwyczajnego. Na Wydziale Humanistycznym UW uruchomiono Studium Pedagogiczne, w którego ramach prof. Suchodolski kierował tzw. Seminarium Pedagogicznym II (pierwsze pozostawało pod kierownictwem prof. Nawroczyńskiego, trzecie – prof. A.B. Dobrowolskiego). Uniwersytet był bardzo poważnie zniszczony i okaleczony, zachował się budynek Biblioteki (dziś mówimy o nim „stary BUW”), częściowo gmach Instytutu Historii oraz gmach porektorski, gdzie odbywały się nasze zajęcia, a także znaleźli schronienie niektórzy profesorowie pozbawieni swoich mieszkań w wyniku całkowitego niemal zniszczenia tej części Warszawy. Obraz wypalonych budynków ilustrują najlepiej słowa poety „a w oknach tylko niebo”. Uratowana część uniwersyteckiej kadry profesorskiej podjęła pracę w niewyobrażalnie dziś trudnych warunkach. Warszawę pokrywał gruz, brakowało wody i elektryczności. Jednak na dziedzińcu między BUW-em a wypaloną bramą Uniwersytetu można było spotkać legendy polskiej nauki. Wszyscy byli wówczas powracającymi wygnańcami. Nasze „seminarium” dzieliło mały pokoik w gmachu porektorskim z katedrą, przyjeżdżającego co dwa tygodnie z Krakowa, prof. Tatarkiewicza. Profesor Suchodolski przyjeżdżał na rowerze z odległego Mokotowa. „Na przekór nocy”, w jedynej dostępnej sali wykładowej, czyli w sali kinowej ocalałego Muzeum Narodowego, odbywały się wykłady uniwersyteckie, także wykłady Suchodolskiego. Słuchaczami byli zarówno przedwojenni studenci powracający z obozów i wysiedleń, jak i powojenna młodzież połączona szczególną wspólnotą myślenia i działania. Wielką aktywność, także kulturalną, przejawiało Towarzystwo Bratniej Pomocy. Ujawniły się niepowtarzalne odcienie przyjaźni i braterstwa, nastroje nadziei i entuzjazmu, odczucie nowych odpowiedzialności i zaangażowania.

Podejmując nowe obowiązki, prof. Suchodolski, nauczony wojennymi doświadczeniami, dowodził, że nie wolno ufać sobie samym, wytworzonym przez przeszłość, światu, który nas otacza i podporządkowuje. Wskazywał, że stajemy się wierni i sobie, i historii, gdy wbrew własnemu ja i wbrew rzeczywistości tworzymy świat nowy i siebie nowych. Powojenne spotkania z Suchodolskim kontynuowały ruch myśli, zapoznawały z bogactwem idei nieznanych w warunkach wojennego osamotnienia. Jego udział w delegacji polskiej na konstytutywne posiedzenie UNESCO w Londynie w listopadzie 1945 roku stał się i dla nas symbolicznym otwarciem na świat. Pojawiły się nowe lektury, np. tak ważna w tamtych czasach filozofia francuskiego egzystencjalizmu i jej pedagogiczne implikacje. Wspomniana już, bliska Suchodolskiemu strategia legendy i wizji znalazła swój aktualny wyraz w koncepcji „wychowania dla przyszłości”. Pierwsze wydanie książki pod takim właśnie tytułem, wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej, najbardziej może znanej jego publikacji, ukazało się w 1947 roku, w atmosferze powojennego optymizmu, przekonania o nadchodzącym definitywnie pokojowym porządku świata, priorytetach nauki i techniki. Do 1948 roku sytuacja w środowisku uniwersyteckim zdawała się potwierdzać humanistyczną wizję świata, a prof. Suchodolski konkretyzował swoje dawne zaufanie do możliwości człowieka i wychowania. Dokonał swoiście kopernikańskiego przewrotu w myśleniu pedagogicznym, dowodząc, że ważniejsza od tradycyjnej orientacji na przeszłość i jej edukacyjne priorytety winna być orientacja ku przyszłości, odmiennej od tego co było, ale i odmiennej od dnia dzisiejszego. Pogłębiła się w poglądach Suchodolskiego tendencja do myślenia alternatywnego. Dowodził, że trzeba uczyć się „widzieć inaczej”, podejmować wciąż nowe obszary odpowiedzialności. Podkreślał aktywną rolę wychowania w budowaniu „ludzkiego świata”, a człowieka – jako kreatywnego czynnika sprawczego w procesie współtworzenia przyszłości.

Mroczny czas stalinizmu przekreślił te nadzieje. Od początku 1948 roku uległy wzmocnieniu represje polityczne i naciski ideologiczne. Stalinowskiemu terrorowi towarzyszyły brutalne prześladowania tzw. burżuazyjnych uczonych, wprowadzono obowiązek studiowania marksizmu-leninizmu w najbardziej zwulgaryzowanej postaci, usuwając jednocześnie z bibliotek dzieła przedwojennych uczonych. Te działania objęły także prof. Suchodolskiego, publicznie w znanych wystąpieniach i artykułach oskarżanego o niebezpieczny idealizm, kosmopolityzm itp. Jego aktywność naukowa wyraziła się w postaci swoistej kompensacji, podjął mianowicie dwie inicjatywy badawcze, dziś powiedzielibyśmy „niszowe”. Były to studia nad kompletną, szerzej nieznaną spuścizną Karola Marksa, którego pełne wydanie dzieł w języku francuskim sprowadził, jak dobrze pamiętam, z Paryża, oraz zainicjowanie nowych w tym czasie studiów nad historią nauki. W tym drugim zakresie stał się animatorem, w ramach Polskiej Akademii Nauk, odkrywczych prac o charakterze zespołowym. Pod redakcją Suchodolskiego ukazała się monumentalna, wielotomowa Historia nauki polskiej (1970–1986), związanej z kulturą narodową i światową.

Przemiany w Polsce znane pod nazwą „odwilży” odsłoniły przed Uniwersytetem nowe możliwości działania. Przełom polityczny, zwany Polskim Październikiem, spowodował ograniczenie cenzury i osłabienie nacisków ideologicznych. W końcu 1956 roku na uczelniach zlikwidowano katedry marksizmu-leninizmu. Nabrała rozmachu, wyciszona w poprzednich latach, aktywność środowiska pedagogicznego. Na te właśnie lata przypada okres intensywnych działań prof. Suchodolskiego, bezpośrednio lub pośrednio inspirowanych zakorzenieniem w UW.

W 1958 roku został powołany w Uniwersytecie Instytut Nauk Pedagogicznych, w którego skład weszło pięć katedr z istniejącymi przy nich zakładami, a mianowicie: Katedra Pedagogiki Ogólnej (którą od roku 1953 kierował prof. Suchodolski), Katedra Dydaktyki, Katedra Pedagogiki Społecznej, Katedra Organizacji Szkolnictwa i Pedagogiki Porównawczej, Katedra Pedagogiki Specjalnej. Zmieniono program zajęć dydaktycznych, zaproponowano program badań kierunkowych i kompleksowych dotyczących węzłowych zagadnień nauk pedagogicznych, warunkujących ich dalszy rozwój i społeczne znaczenie. Zaplanowano szerokie kontakty z uczelniami w Polsce i za granicą oraz z różnymi środowiskami pracowników oświatowych, zwłaszcza nauczycieli. Obejmując stanowisko dyrektora Instytutu, prof. Suchodolski podkreślał potrzebę „tworzenia nowej rzeczywistości wychowawczej”, zgodnie z wyznawanym przekonaniem, że trzeba zawsze próbować „patrzeć inaczej” i działać według „strategii klinowej”, stopniowo realizować nowe idee, małymi krokami, swoistym „klinem alternatyw” poszerzać obszary zmian. Ta właśnie zasada zaowocowała zorganizowaniem eksperymentów w szkołach podstawowych i średnich, na podstawie nowych interdyscyplinarnych koncepcji programowych. Katedra prof. Suchodolskiego była także organizatorem wakacyjnych kursów nauczycielskich w ramach współpracy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego.

Trzeba przypomnieć liczne inicjatywy wydawnicze; organem Instytutu Nauk Pedagogicznych stał się „Kwartalnik Pedagogiczny” (w latach 1956–1969 redagowany przez prof. Suchodolskiego), pod jego redakcją od 1958 roku zaczął ukazywać się podręcznik pt. Zarys pedagogiki (Pedagogika od 1970), z tekstami pracowników Instytutu. W latach 1963–1970 Suchodolski kierował serią wydawniczą „Biblioteka Wiedzy Pedagogicznej” (Instytut Wydawniczy Nasza Księgarnia), w latach 1964–1972 – wraz z prof. Wincentym Okoniem – serią pt. „Biblioteka Nauczyciela” (Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych). Przewodnicząc w latach 1953–1973 Komitetowi Nauk Pedagogicznych PAN, prof. Suchodolski był redaktorem „Biblioteki Klasyków Pedagogiki” (Ossolineum, 1955–1977) oraz wielu publikacji cyklicznych (Monografie Pedagogiczne 1954–1977, „Studia Pedagogiczne” 1954–1977, „Rocznik Pedagogiczny” 1974–1980). Inicjatywy te merytorycznie wiązały pedagogiczne środowisko uniwersyteckie z działalnością Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, a ich niestrudzonym animatorem pozostawał prof. Suchodolski.

Na szczególne przypomnienie zasługuje jeszcze inny obszar jego aktywności naukowo-organizacyjnej. W 1962 roku został przewodniczącym Komitetu Redakcyjnego, a także członkiem Kolegium Redakcyjnego i Rady Naukowej pod przewodnictwem prof. Kotarbińskiego – monumentalnej, trzynastotomowej Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962–1970). Była to działalność pionierska i odkrywcza, zespół redakcyjny zbierał się każdego tygodnia, by dyskutować w gronie znakomitych specjalistów każde odrębne hasło, konfrontować wykorzystane źródła i zapewniać interdyscyplinarny sposób myślenia.

„Prawdę mówiąc, powiedział kiedyś prof. Suchodolski, nigdy nie byłem pedagogiem czystej krwi. Do dziś też tacy «prawdziwi» pedagodzy spoglądają na mnie raczej nieufnie, uważając, że to, co robię, nie jest tym, co oni za pedagogikę uznają. I chyba mają rację”. Rzeczywiście obszary zainteresowań badawczych Suchodolskiego zdają się nieustannie rozszerzać swoje granice. W omawianym okresie, a więc na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku podjął rozważania nad filozofią ludzkiego rozwoju. Zajmując się kolejno renesansem, barokiem, oświeceniem, odsłaniał różne aspekty wielkości i klęski człowieka, który tworzy własne królestwo, a jednocześnie pada ofiarą własnej małości, zawiści, głupoty. Istotę człowieczeństwa i konkretne formy istnienia ludzi ukazywał nie tylko w świetle źródeł filozoficznych, lecz przede wszystkim w ujęciu pisarzy, malarzy i artystów. Z tego powodu w książkach takich jak Narodziny nowożytnej filozofii człowieka (1963, 1968) i Rozwój nowożytnej filozofii człowieka (1967) znalazły się nazwiska Leonarda da Vinci, Dürera, Rembrandta, Cervantesa i Szekspira. Profesor stawiał więc pytanie: „Czy można obronić i czym można uzasadnić ideę wielkości człowieka, skoro ludzie są tak mali, i dlaczego ludzie są tak mali, skoro Człowiek jest tak wielki?”.

Te właśnie zagadnienia stały się tematem wykładów monograficznych prof. Suchodolskiego. Przez wiele lat, także już po formalnym opuszczeniu Uniwersytetu, prowadził niezapomniane spotkania seminaryjne, w których brali udział nie tylko pracownicy i doktoranci, lecz także zainteresowani studenci i osoby z zewnątrz. Taki interdyscyplinarny i wielopokoleniowy charakter spotkań przełamywał schematy organizacyjne i programowe, zapewniał bogactwo wymiany myśli i konfrontację poglądów. W 1963 roku grono kolegów i przyjaciół przygotowało na 60-lecie urodzin Suchodolskiego książkę zbiorową pt. Problemy kultury i wychowania. Jej wręczenie w Sali Złotej Uniwersytetu było ważną okazją do spotkania pokoleń, uczestniczył w nim bowiem, obok zebranej młodzieży, mistrz i nauczyciel Suchodolskiego, prof. Tatarkiewicz.

W latach 1957–1973 prof. Suchodolski wypromował na Uniwersytecie ponad 40 doktorów.

Okres popaździernikowego „otwarcia” wyrażał się zarówno w zmianie sposobu myślenia i obszarów badawczych, jak i w umożliwieniu kontaktów z zagranicą. Rozpoczął się czas wyjazdów studyjnych i przyjazdów zagranicznych kolegów. Książki prof. Suchodolskiego budziły zainteresowanie zwłaszcza we Włoszech, Hiszpanii i w krajach niemieckojęzycznych. We Włoszech Wychowanie dla przyszłości zostało włączone do podstawowych lektur uniwersyteckich, opatrzone podtytułem Trattato di pedagogia generale. Od 1952 roku profesor był stałym konsultantem Instytutu UNESCO w Hamburgu, wykładowcą w Padwie, Rzymie, Florencji, Paryżu, współtwórcą międzynarodowych organizacji pedagogicznych, jak Comparative Education Society in Europe, Assocation Internationale Mondiale des Sciences de l’Education-World Association for Educational Research (AMSE/WAER). Na jego wniosek w 1969 roku, na terenie Uniwersytetu, odbył się światowy kongres tej organizacji. Poprzedziły go paroletnie przygotowania, realizowane przez całe środowisko warszawskich pedagogów; nikt oczywiście nie mógł przypuszczać, że bolesne wydarzenia Marca ‘68 odbiją się na realizacji tej inicjatywy. Zapewne z przyczyn prestiżowo-dyplomatycznych ówczesne władze państwowe „wzięły w nawias” sprawę Kongresu, który mógł jednak odbyć się w sposób godny i znaczący. Stał się trwałym sukcesem Uniwersytetu. Można sądzić, że stanowił zarówno apogeum naszej swobodnej aktywności naukowej, jak i ostatni akord jej bogactwa i niezależności. Odbywał się jesienią 1969 roku, ale dramatyzm poprzedzających go wydarzeń politycznych zaważył jednak na wycofaniu się z zapowiedzianego w nim udziału kilku zagranicznych uczonych, skądinąd zresztą zaprzyjaźnionych z prof. Suchodolskim. Niemniej jednak Kongres zgromadził ponad 400 uczonych z całego niemal świata, z krajów o różnych opcjach politycznych. Tytuł obrad brzmiał: Sytuacja i zadania nauk pedagogicznych wynikające z potrzeb i problemów, jakie w zakresie teorii i praktyki wychowania stawia cywilizacja współczesna, a zwłaszcza procesy industrializacji, demokratyzacji i kultury masowej. Profesor otworzył Kongres referatem pt. Proces kształtowania się ludzi w Polsce i jego znaczenie dla dalszego rozwoju pedagogiki, przewodniczył obradom i został wybrany przewodniczącym Stowarzyszenia AMSE/WAER na kolejną 4-letnią kadencję. Kompletne materiały kongresowe w trzech językach ukazały się w nowo powstałym międzynarodowym roczniku pedagogicznym pod nazwą „Paideia”, który był publikowany w latach 1972–1992, pod redakcją prof. Suchodolskiego przez PAN (Komitet Nauk Pedagogicznych).

Wydarzenia Marca ‘68 spowodowały dramatyczny wstrząs w całym polskim środowisku naukowym. Zmianom uległa, uchwalona w 1956 roku, ustawa o szkolnictwie wyższym. Już w kwietniu 1968 roku zniesiono nawet pozory autonomii uczelni akademickich, wprowadzono mianowanie przez ministra władz uczelni i reorganizację jej struktur. W 1969 roku przestał istnieć Instytut Nauk Pedagogicznych, prof. Suchodolski został odwołany ze stanowiska jego dyrektora oraz z kierownictwa katedry, która także uległa likwidacji; włączono go, w maju 1969 roku, do „zespołu badań humanistyczno-społecznych”. Nowe władze z brutalnością i perfidią realizowały wprowadzoną wówczas zasadę jednoetatowości. W ten sposób pomarcowa Polska skutecznie pozbywała się kłopotliwych uczonych, którzy zostali zmuszeni do pracy na jednym tylko etacie. Profesor Suchodolski w swoim piśmie z czerwca 1969 roku, prosząc o możliwość zachowania pracy i w Polskiej Akademii Nauk i na Uniwersytecie, napisał: „do pracy tej (w Uniwersytecie) jestem bardzo przywiązany. Od całych dziesięcioleci byłem studentem UW, jego doktorem, a następnie docentem i profesorem. Chciałbym i ostatnie lata, które mi zostają przed emeryturą pracować w tym Uniwersytecie, pełniąc obowiązki profesora”. Prośba została załatwiona negatywnie pismem Rektora UW z maja 1970 roku. Pozwolono jednak, o czym wspominałam, na organizację Kongresu, w której prof. Suchodolski odegrał kluczową rolę. Suchodolski został przeniesiony ze stanowiska profesora zwyczajnego na Uniwersytecie na stanowisko „samodzielnego pracownika naukowo-badawczego” w PAN (Zakład Historii Nauki i Techniki).

Dziś w dobie zupełnej beztroski w dziedzinie zatrudnienia musi się wydać niewiarygodna zastosowana wówczas zasada jednoetatowości. Stanowiła ona perfidne uzasadnienie nowej selekcji, bo – jak wiadomo – nie dotyczyła osób wówczas faworyzowanych. Dobrze pamiętam te czasy i te decyzje, a także nazwiska tych, którym Rada, rezygnująca z pracy na Wydziale prof. Suchodolskiego, udzielała jednocześnie zgody na zachowanie trzech etatów.

Usunięcie z Uniwersytetu przeżył bardzo boleśnie, podobnie jak rozgrywający się w tym samym czasie i z tych samych przyczyn dramat PWN i redagowanej Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Tak zwana wówczas „sprawa encyklopedystów” stanowiła istotny przyczynek nie tylko do wydarzeń marcowych i nagonki antysemickiej, lecz także do wieloletniej brutalnej walki z całą polską inteligencją. Uległy krzywdzącemu rozbiciu ukształtowane już, nie bez trudu, więzi środowiskowe. Praca uczelni stopniowo i konsekwentnie zaczęła ulegać pragmatycznemu spłaszczeniu, traciła blask wielkich indywidualności naukowych. Skutki tych tendencji w życiu Uniwersytetu trwają do dziś.

Odejście prof. Suchodolskiego odmieniło profil naukowy i dydaktyczny warszawskiej pedagogiki. Uległy zmianie intelektualne i personalne priorytety, studia zaczęły nabierać charakteru coraz bardziej zawodowego i traciły dawną wartość integrującą i kulturotwórczą.

Pogłębiające się przemiany na całym Uniwersytecie doprowadziły do zaostrzenia rygorów politycznych i zrealizowania w końcu lat 70. projektu tzw. deglomeracji. W efekcie tych poczynań, ostro krytykowanych przez opinię publiczną, Wydział, który nosił wówczas nazwę Wydział Psychologii i Pedagogiki, został usunięty z terenu Krakowskiego Przedmieścia, mimo iż zajmowany gmach był właśnie dla tego Wydziału przez Związek Nauczycielstwa Polskiego odbudowany.

Profesor Suchodolski, realizując formalnie swoją działalność naukową w PAN (Zakład Historii Nauki i Techniki oraz Komitet Prognoz przy Prezydium PAN „Polska 2000”), z ogromnym bólem i zaangażowaniem śledził losy naszej uczelni. W marcu 1979 roku ukazał się w tygodniku „Kultura” szeroko komentowany artykuł Suchodolskiego pod symbolicznym niemal tytułem: Uniwersytet wyprowadzony w pole. Przypominał, że „wygnanie” Wydziału, a właściwie jego części, ponieważ psychologia została przeniesiona na ul. Stawki, ma charakter nie tyle organizacyjny (oddalenie od centrum, trudności komunikacyjne), ile merytoryczny a nawet polityczny. Została rozerwana więź pedagogiki z innymi obszarami nauk humanistycznych i społecznych, co pogłębia niebezpieczne procesy dezintegracji środowiska naukowego. Profesor dowodził, że Uniwersytet, bardziej niż inne szkoły wyższe, jest uczelnią, w której kontakty między dyscyplinami powinny być pielęgnowane i rozwijane. Przez całe wieki, podkreślał, uniwersytety żyły jako swoista „całość” nauki i nauczania, profesorów i studentów wszystkich specjalności. Uniwersytet istnieje jako zintegrowana całość lub w ogóle nie istnieje naprawdę. Czy jedyną wizją przyszłości, pytał w artykule, ma być kilkanaście specjalistycznych szkół zawodowych rozproszonych po całym mieście?

Te gorzkie słowa zasługują na uwagę w dobie znanych przemian, komercjalizacji nauki i kryzysu uczelni. Trzeba bronić uniwersytetu jako specyficznego rodzaju uczelni wyższej, który dziś zajmuje się bardziej organizacją nauczania niż organizacją studiów, nie pobudza potrzeb poznawczych i nie pogłębia w społeczeństwie tak dziś zaniedbanej kultury ogólnej. Stanowisko prof. Suchodolskiego w obronie idei universitas, czyli pełni wiedzy i uczestniczenia w jej rozwoju, powinno być bliskie ginącym już humanistom zatroskanym o kulturalną edukację społeczeństwa, o priorytety potrzeb i zainteresowań, nadmiernie dziś skoncentrowanych na efektach materialnych.

W ostatnich latach życia prof. Suchodolski nawiązał do swoich wcześniejszych zainteresowań i zrealizował studia nad dziejami kultury narodowej, uzasadniając jedność, a zarazem różnorodność tej kultury, która obejmuje mentalność i styl życia ludzi, ich stosunek do tradycji, wybory wartości i formy ekspresji. Sądził, że odrębne elementy kultury kształtują się dzięki przekraczaniu rzeczywistości życia materialno-społecznego na drodze wiodącej ku światu idei i wartości.

Ten kierunek rozważań skłonił Suchodolskiego do podjęcia ostatniej w jego życiu aktywności organizacyjnej. W 1983 roku został Przewodniczącym Narodowej Rady Kultury przy Prezesie Rady Ministrów. Rada zlikwidowana w 1990 roku nie doczekała się obiektywnej i sprawiedliwej oceny, mimo iż zgromadziła wiele znaczących postaci życia kulturalnego i zrealizowała godne pamięci inicjatywy w obronie kultury przed zagrożeniami i w obronie humanistycznych wartości życia, dzięki zorganizowanemu i wspomaganemu uczestnictwu ludzi w kulturze. W swoim przejmującym i pełnym goryczy tekście pt. Pożegnanie z Narodową Radą Kultury Suchodolski napisał: „trudno się dziwić, że właśnie intelektualista – jak to często bywało – zapragnął poddać próbie życia te koncepcje, które dotychczas żyły tylko w królestwie idei [...]. W ciągu całego mego życia broniłem przekonania, iż kultura jest autonomicznym zespołem wartości humanistycznych i nie powinna być traktowana jako narzędzie polityki [...]. Los Narodowej Rady Kultury, skazanej w milczeniu i bez prawa odwołania na zniszczenie, symbolizuje los wartości kultury osaczonych i zlekceważonych przez zwycięzców na arenie życia politycznego”.

Profesor Suchodolski pozostanie w dziejach polskiej kultury i w dziejach Uniwersytetu postacią wyjątkową. Dostrzegając z bystrą intuicją meandry świata, historii i współczesności, nie pokrzepiał siebie i innych naiwnymi złudzeniami optymizmu. Świadomy triumfów zła i klęski wrażliwych humanistów podtrzymywał wierność idei humanizmu, „mimo wszystko”. Wiedział jednak, że może to być jedynie humanizm tragiczny.

Roman Suszko

Urodzony 9 XI 1919 w Podoborze (Śląsk Cieszyński). Studia na tajnych kompletach UJ. Wykładowca Uniwersytetu Poznańskiego (1946–1952), tamże doktorat z nauk matematyczno-przyrodniczych (1948) i veniam legendi w zakresie logiki i podstaw matematyki (1951). Adiunkt na UW (1953), docent (1954), doktor (kandydat) nauk filozoficznych (1956), profesor (1959). Dziekan Wydziału Filozoficznego (1960). Profesor Stevens Institute of Technology w Hoboken, USA (1967–1969, 1970–1973). Pracownik Zespołu Logiki IFiS PAN.

Logik, filozof; zajmował się teorią mnogości, algebrą, semantyką, lingwistyką matematyczną, stosunkami pomiędzy logiką a filozofią; twórca logiki niefregowskiej.
Współzałożyciel i członek rady programowej czasopisma „Studia Logica”.
Publikował w prestiżowych czasopismach międzynarodowych, m.in. „Fundamenta Mathematicae”, „Journal of Symbolic Logic”, „Archiv für mathematische Logik und Grundlangen-Forschung”.
Zmarł 3 VI 1979 w Warszawie.

On the extending of models II, Common extensions (współautor: J. Łoś), „Fundamenta Mathematicae” 1955, t. XLII, s. 343–347; On the extending of models IV, Infinite sums of models (współautor: J. Łoś), „Fundamenta Mathematicae” 1957, t. XLIV, s. 52–60; Non-Fregean logic nad theories, „Acta Logica” 1968, t. XI, s. 7–33.

M. Omyła, Roman Suszko [w:] Polska Filozofia Powojenna, red. W. Mackiewicz, t. II, Warszawa 2001, s. 273–287.

MIECZYSŁAW OMYŁA

ROMAN SUSZKO

1919–1979

 

Roman Suszko należy do najbarwniejszych postaci polskiego środowiska akademickiego po II wojnie światowej oraz najwybitniejszych polskich logików drugiej połowy XX wieku. Był uczonym na miarę światową, ale nie stronił od działalności organizacyjno-społecznej w życiu akademickim, pełnił m.in. funkcje prodziekana i dziekana Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego, był członkiem kolegiów redakcyjnych prestiżowych czasopism naukowych. Zajmował się abstrakcyjną problematyką logiczną, ale wystąpił również w kultowym filmie Marka Piwowskiego Rejs, gdzie wypowiadał filozoficzne kwestie.

Suszko kontynuował najlepsze tradycje polskiej szkoły logicznej, tzn. klasyczne problemy filozoficzne badał w sposób formalny, stosując współczesne metody matematyczne i badania te często prowadziły go do nowej problematyki logicznej, np. zastosował matematyczną teorię modeli do analizy rozwoju poznania, a analiza Traktatu logiczno-filozoficznego Ludwika Wittgensteina skłoniła go do stworzenia nowego rachunku logicznego zwanego logiką niefregowską. Spośród polskich logików w najwyższym stopniu łączył treści filozoficzne z matematyczną formą, m.in. dzięki temu miał wielu uczniów i współpracowników, zarówno w kraju, jak i za granicą, rekrutujących się z filozofów, logików oraz matematyków.

Wiadomości biograficzne

Suszko urodził się 9 listopada 1919 roku w Podoborze k. Cieszyna, obecnie Republika Czeska. Jego ojciec, Jerzy Suszko, był wybitnym chemikiem, najpierw pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, a następnie kolejno profesorem Politechniki Lwowskiej oraz Uniwersytetu Poznańskiego. Był uhonorowany wieloma zaszczytnymi wyróżnieniami – m.in. członkostwem PAU, następnie PAN, a w latach 1952–1956 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Poznańskiego. W trakcie jego kadencji Uniwersytet Poznański przyjął nazwę Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Roman Suszko uczęszczał do szkół, kolejno, w Cieszynie, Krakowie, Lwowie i Poznaniu. Świadectwo dojrzałości uzyskał w 1937 roku w liceum klasycznym im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu.

Okres okupacji spędził w Krakowie, gdzie pracował w fabryce Gablez i Syn jako dozorca nocny, a następnie w elektrowni miejskiej jako portier i telefonista, równocześnie studiował na tajnych kompletach prowadzonych przez profesorów UJ. W 1945 roku uzyskał stopień magistra filozofii na podstawie pracy Dorobek logiki polskiej napisanej pod kierunkiem Zygmunta Zawirskiego. W latach 1946–1952 pracował w Katedrze Teorii i Metodologii Nauk Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Poznańskiego, gdzie w 1948 roku uzyskał stopień naukowy doktora nauk matematyczno-przyrodniczych w zakresie logiki i metodologii nauk; promotorem był prof. Kazimierz Ajdukiewicz. W 1951 roku, również na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Poznańskiego, na podstawie rozprawy Canonic axiomatic system, uzyskał veniam legendi w zakresie logiki i podstaw matematyki.

W 1953 roku przeniósł się na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie pracował najpierw na stanowisku adiunkta, a następnie na stanowisku zastępcy profesora. Nominację na docenta uzyskał w 1954 roku.

W 1956 roku, zgodnie z ówczesną ustawą o stopniach i tytułach naukowych, na podstawie rozprawy Logika formalna a niektóre zagadnienia teorii poznania uzyskał tytuł doktora (kandydata) nauk filozoficznych. W świetle obecnej terminologii można chyba uznać, że była to habilitacja z filozofii. Tytuł profesora nadzwyczajnego otrzymał w 1959 roku.

W 1960 roku został wybrany na dziekana Wydziału Filozoficznego. Jako dziekan i nauczyciel akademicki cieszył się wielką sympatią młodzieży.

Od 1966 roku był zatrudniony w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, a w latach 1967–1969, 1970–1973 pracował jako profesor w Stevens Institute of Technology w Hoboken (New Jersey, USA). Po powrocie z USA w 1973 roku aż do śmierci pracował w Zespole Logiki Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, gdzie przez jakiś czas był kierownikiem Zespołu Logiki. Po rezygnacji z pracy na UW nie zerwał kontaktów z Instytutem Filozofii UW, tylko do końca życia wygłaszał tam wykłady monograficzne, prowadził prace doktorskie oraz utrzymywał żywe kontakty towarzyskie z pracownikami Instytutu.

Profesor Suszko zdumiewał wszystkich, którzy się z nim zetknęli, swoją oryginalnością oraz bogactwem osobowości, a co najważniejsze, zarażał innych swym wielkim entuzjazmem do rozwiązywania problemów naukowych i filozoficznych. Zycie nie szczędziło mu jednak bolesnych doświadczeń. Głęboko przeżył śmierć piętnastoletniego syna, który zginął w wypadku drogowym, a następnie śmierć swojego dwudziestoczteroletniego pasierba.

Podobno pod koniec życia często mówił, że „doświadczenie uczy, że świat wcale nie jest okrągły, tylko kanciasty. I tymi kantami mnie ciągle potrąca”. Do ostatnich chwil życia, mimo choroby nowotworowej, przygotowywał referat na międzynarodową konferencję poświęconą praktycznym i filozoficznym zastosowaniom logik nieklasycznych. Referat zatytułowany Logiki i filozofie miał inaugurować tę konferencję w Centrum Banacha w Warszawie. Niestety, nie zdążył go wygłosić, wspomniana konferencja odbyła się w sierpniu 1979 roku, a Suszko zmarł na raka krtani w Warszawie 3 czerwca 1979 roku.

Poglądy filozoficzne

Twórczość naukowa Suszki była ściśle związana z jego zainteresowaniami filozoficznymi, a przede wszystkim z jego poglądami z filozofii języka i logiki. Według Suszki logika jest nauką ściśle związaną z teorią poznania, a matematyczną teorię modeli wręcz nazywał formalną teorią poznania. Źródłem intersubiektywnego sensu wyrażeń jest odnoszenie się języka do świata. Sens ten jest wtórny w stosunku do relacji odnoszenia się wyrażeń do elementów rzeczywistości. Ponadto Suszko wyznawał pogląd Leibniza, że myślenie można sprowadzić do operowania znakami językowymi według ściśle określonych reguł formalnych. Aby było to możliwe, kategorie syntaktyczne wyrażeń danego języka powinny być zgodne z kategoriami ontologicznymi ich korelatów semantycznych.

Według Suszki logika, a zwłaszcza semantyka, nie jest nauką bezzałożeniową. U jej podstaw znajduje się pewna ogólna i schematyczna wiedza o rzeczywistości, taka np., że istnieją przedmioty, które mają własności i pozostają ze sobą w pewnych relacjach oraz że pewne stany rzeczy zachodzą, a inne nie zachodzą itp. Suszko twierdził, że logika czerpie tę wiedzę z teorii mnogości. Teoria mnogości zawiera bowiem ontologiczne założenia logiki, dlatego teorię mnogości nazywał wręcz ontologią formalną. Ważne w tych poglądach jest to, że istnieją pewne ogólne, strukturalne, a zarazem formalne właściwości świata, które bada ontologia i dlatego jedna z jego prac nosi motto: Abstrakcyjna matematyka może być rzetelną filozofią.

Suszko stał na stanowisku, że języki formalne, które konstruuje i bada logika, nie są dowolnymi tworami, tylko są wyabstrahowane z języków potocznych lub z języków poszczególnych nauk, bądź też są hipotetycznymi założeniami dotyczącymi tych języków. W logice badamy konsekwencje tych założeń. „Nauka, proces poznania i pełniący w nim istotną rolę język naturalny są układem odniesienia badań formalnologicznych” – napisał Suszko w pracy Formalna teoria wartości logicznych I (1958). Według uczonego, logika bada język za pomocą wszelkich dostępnych środków formalnych, czyli za pomocą dowolnych metod matematycznych.

Podstawowe kategorie wyrażeń to zdania i nazwy. Wszystkie inne wyrażenia nie mają samodzielnego znaczenia, tylko służą do konstrukcji wyrażeń bardziej złożonych. Suszko nazywał je formatorami, przy czym wyróżniał formatory niewiążące zmiennych (np.: spójniki, predykaty) oraz formatory wiążące zmienne, takie jak kwantyfikatory oraz operator deskrypcji. Między językiem a światem, jak uważał badacz, zachodzi paralelizm logiczno-filozoficzny: nazwy oznaczają przedmioty, zdania przedstawiają sytuacje, a formatorom odpowiadają funkcje. W związku z tym często cytował zdanie Józefa Bocheńskiego: Syntax mirrors ontology.

Twórczość naukowa Romana Suszki

Suszko pojmował logikę jako samodzielną naukę, mającą swój własny przedmiot, ale ściśle powiązaną zarówno z matematyką, jak i filozofią. Twórczość naukowa Suszki była bardzo bogata i zróżnicowana. Dotyczyła teorii modeli, teorii mnogości, logiki ogólnej, logiki abstrakcyjnej, zastosowań logiki do problematyki filozoficznej oraz prawdopodobieństwa logicznego.

Prace były publikowane w prestiżowych międzynarodowych czasopismach, takich jak „Fundamenta Mathematicae”, „Journal of Symbolic Logic”, „Colloquium Mathematicum”, „Synthese, Theoria, Logique et Analyse”, „Archiv für mathematische Logik und Grundlangen-Forschung”, „Studia Logica”, „Notre Dame Journal of Formal Logic”, „Dissertationes Mathematicae”. Spotykały się one z bardzo dobrymi recenzjami w czasopismach o zasięgu międzynarodowym, takich jak „Journal of Symbolic Logic”, „Mathematical Reviews” i „Zentralblatt für Mathematik und ihre Grenzgebiete”. Recenzje te na ogół były pisane przez logików liczących się w skali światowej.

W 1953 roku, po przejściu z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Poznańskiego na Wydział Filozoficzny UW, Suszko nawiązał współpracę z Zespołem Algebry Instytutu Matematycznego PAN, a przede wszystkim z jego kierownikiem, Jerzym Łosiem. Współpraca ta dotyczyła zarówno badań z zakresu teorii modeli, jak i logiki zdaniowej. Zaowocowała serią pięciu wspólnych prac Łosia i Suszki opublikowanych głównie w „Fundamenta Mathematicae”. Wspomniani autorzy uzyskali wiele cennych wyników z zakresu teorii modeli matematycznych, które są cytowane w każdej większej monografii z tej dziedziny. Ich wspólna praca Remarks on sentential logic zaowocowała po ponad 10 latach od jej opublikowania bujnym rozwojem w kraju i za granicą zarówno rachunków logicznych, jak i ich metodologii. Praca ta jest do dzisiaj cytowana w prawie wszystkich publikacjach z zakresu logik zdaniowych. Postawione w niej problemy stosunkowo niedawno zostały rozwiązane.

Wspólne prace z Łosiem, dotyczące rozszerzania modeli matematycznych, stanowiły jedno ze źródeł inspiracji do napisania przez Suszkę całego cyklu artykułów dotyczących tzw. logiki diachronicznej, czyli zastosowania logiki formalnej do badania rozwoju poznania. Były one jednymi z pierwszych w skali światowej, w których stosuje się metody teorio-modelowe do zagadnień pozamatematycznych, a w szczególności do zagadnień filozoficznych. Prace te rozpoczynają w Polsce stosowanie metod współczesnej semantyki w badaniach metodologicznych.

W publikacji Formalna teoria wartości logicznych I Suszko przeprowadził jedną z bardziej wnikliwych analiz pojęcia wartości logicznej formuł zdaniowych. Analizy te doprowadziły go po latach do poglądu, że zdania mają zarówno wartości logiczne (są prawdziwe albo fałszywe), jak i wartości ontologiczne, którymi są przedstawione w nich sytuacje.

Suszko fascynował się możliwościami, które stwarza logika współczesna do ścisłego ujęcia problematyki filozoficznej. Do wyrażenia metafizyki zawartej w Traktacie logiczno-filozoficznym Wittgensteina nie wystarczał mu jednak klasyczny rachunek logiczny zawierający jedynie zmienne nazwowe. Rachunek taki jest bowiem dostosowany do tego, aby mówić wyłącznie o przedmiotach mających własności i powiązanych relacjami. W językach tego rodzaju nie można formułować twierdzeń typowo filozoficznych, mówiących o świecie jako całości, gdyż świat jako całość nie jest przedmiotem takim samym jak rzeczy w nim występujące, ani twierdzeń dotyczących wartości (moralnych lub estetycznych) rozumianych jako stany rzeczy szczególnego rodzaju. Suszko za Wittgensteinem uważał, że dla pełniejszego obrazu świata powinniśmy ujmować rzeczywistość jako uniwersum możliwości, z których pewne stają się faktami. Dlatego stworzył nową logikę, którą nazwał logiką niefregowską.

Język tej logiki różni się od klasycznego rachunku predykatów tym, że w języku tym występują spójnik identyczności oraz kwantyfikatory wiążące zmienne zdaniowe. Według Suszki są one niezbędne, aby mówić w sposób sformalizowany o strukturze uniwersum sytuacji. Spójnik identyczności łączy dwa zdania w zdanie prawdziwe, gdy zdania te przedstawiają tę samą sytuację, a zmienne zdaniowe i kwantyfikatory je wiążące pozwalają formułować twierdzenia ogólne i egzystencjalne o sytuacjach. Logika niefregowska, niezależnie od swoich źródeł i filozoficznych motywacji, jest rachunkiem logicznym, który może być uprawiany bez przyjmowania jakichkolwiek założeń filozoficznych o naturze rzeczywistości.

Pojęcie sytuacji oraz interpretacja wprowadzonego przez Suszkę spójnika identyczności stwarzają różne trudności intuicyjne i dlatego logika ta nie spotkała się z takim uznaniem, na jakie zasługuje. Sądzę jednak, że formalizacja wszelkich semantyk przypisujących zdaniom korelaty semantyczne różne od ich wartości logicznych, nie zniekształcająca przy tym w istotny sposób tej intuicji, że są to korelaty semantyczne zdań, a nie nazw, wymaga logiki niefregowskiej bądź też przynajmniej pewnej teorii opartej na tej logice.

Wpływy

Idee logiczne Suszki miały inspirujący wpływ na problematykę badawczą i na sposób prowadzenia badań logicznych w drugiej połowie XX wieku nie tylko w Polsce, lecz także na świecie. Dosyć niedawno powstała nowa dyscyplina formalna zwana abstrakcyjną logiką algebraiczną (Abstract Algebraic Logic), żywo rozwijana w wielu ośrodkach na świecie. Jednym z jej centralnych pojęć jest pojęcie operatora Suszki, wywodzące się z badań nad spójnikiem identyczności.

Suszko wypromował 12 doktorów, z czego siedmiu na Wydziale Filozoficznym UW, dwóch w USA, a trzech w innych ośrodkach uniwersyteckich w Polsce. Nie tylko jego doktoranci uważają go za swojego mistrza, gdyż uczony oddziaływał przez swoje wykłady, publikacje, recenzje, promocje prac doktorskich, przez udział w konferencjach naukowych, prywatnych dyskusjach i spotkaniach przyjacielskich. Wielu logików pracujących dzisiaj na uniwersyteckich wydziałach filozoficznych, matematycznych czy też językoznawczych uważa jego idee za aktualne i bardzo cenne.

Większość logików polskich w drugiej połowie XX wieku pozostawała pod jego nieodpartym urokiem osobistym i wpływem naukowym. Prawie na wszystkich konferencjach naukowych poświęconych logice, które odbywają się w Polsce od śmierci Suszki aż do dziś, zarówno referenci, jak i dyskutanci nawiązują do idei profesora – tak bardzo inspirujący miał on wpływ na badania innych logików.

Klemens Szaniawski

Urodzony 3 III 1925 w Warszawie. Studia w czasie okupacji na tajnym UW. Pracownik Katedry Nauki o Moralności UŁ, doktorat tamże (1950). Pracownik Katedry Logiki UW, habilitacja tamże (1961), profesor (1969). Kierownik Zakładu Logiki w Instytucie Filozofii UW; dziekan Wydziału Filozofii i Socjologii (1968), w 1984 wybrany na rektora UW, nie objął urzędu z powodu weta ówczesnych władz. Pracownik Zakładu Logiki w IFiS PAN.

Logik i filozof; zajmował się etyką, później zagadnieniami podstaw teorii statystystycznej, logiką wnioskowań indukcyjnych, teorią decyzji, filozofią i metodologią nauk.
Członek m.in. Polskiego Towarzystwa Filozoficznego (od 1977 przewodniczący Zarządu Głównego), Komitetu Nauk Filozoficznych PAN i Komitetu Naukoznawstwa PAN.
Redaktor naczelny „Studia Logica” (1970–1974). Członek rady redakcyjnej „Synthèse”.
Zmarł 5 III 1990 w Warszawie.

Morał bajki dydaktycznej. Studium z La Fontaine’a, „Przegląd Filozoficzny” 1949, nr 3/4 (45), s. 384–399; Wnioskowanie czy behaviour?, „Studia Filozoficzne” 1958, nr 6 (9), s. 163–175; Modele matematyczne a rzeczywistość społeczna, [w:] Metodologiczne problemy teorii socjologicznych, red. S. Nowak, Warszawa 1971, s. 241–246; Sociology and Models of Rational Behaviour, „Dialectics and Humanism” 1974, nr 2, s. 133–144.

A. Jedynak, Wspomnienie o profesorze Klemensie Szaniawskim, „Studia Filozoficzne”, 1 (290), s. 217–221.

JAN WOLEŃSKI

KLEMENS SZANIAWSKI

1925–1990

 

Życie i tworczość*

Klemens Szaniawski urodził się 3 marca 1925 roku w Warszawie. Maturę zdawał w czasie wojny i w czasie wojny studiował filozofię i matematykę na podziemnym Uniwersytecie Warszawskim. Jego nauczycielami byli m.in. Jan Łukasiewicz, Tadeusz Kotarbiński, Władysław Tatarkiewicz, Maria Ossowska i Henryk Hiż. Wówczas ukształtowały się nie tylko zainteresowania naukowe Szaniawskiego od początku związane z logiką i etyką, ale również przekonanie, aby użyć wyrażenia pochodzącego od Kazimierza Twardowskiego, o wyjątkowym dostojeństwie uniwersytetu. Boć coż mogło bardziej o tym przekonać jak właśnie normalne (w akademickim sensie) studiowanie w anormalnych warunkach. Przypominam sobie jak Klemens kilka lat temu, czyli z górą po czterdziestu latach od swych studiów, z nie ukrywaną fascynacją wspomniał, jak Łukasiewicz rozdawał swym studentom problemy logiczne do rozwiązania, a potem ciągle zapytywał: czy uzyskaliście jakieś wyniki? Takie zdarzenia musiały robić wrażenie w okolicznościach głównie powodujących troskę o przetrwanie w sensie dosłownym.

Klemens Szaniawski pełnił wiele ról społecznych, a zapewne jego działalność pozaakademicka jest szerzej znana ogółowi, aniżeli akademicka. Był przede wszystkim człowiekiem uniwersytetu i nauki. Zaraz po studiach rozpoczął pracę w Katedrze Nauki o Moralności w Uniwersytecie Łódzkim kierowanej przez Ossowską; pracę magisterską poświęcił moralistyce francuskiej przełomu XVII i XVIII wieku, głównie w wydaniu Mandeville’a. Doktoryzował się (pod kierunkiem Ossowskiej) w 1950 roku na podstawie rozprawy Analiza pojęcia honoru na tle grup rycerskich Europy Średniowiecznej. Na początku lat 50. przeniósł się do Warszawy, do Katedry Logiki kierowanej przez Kotarbińskiego. Habilitował się w 1961 roku na podstawie serii prac poświęconych podstawom teorii statystyki. Profesorem nadzwyczajnym został w 1969 roku, a zwyczajnym – w 1977 roku. Od początku lat 70. do śmierci kierował Zakładem Logiki w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Był dziekanem Wydziału Filozofii i Socjologii w 1968 roku (przewodniczył sławnemu posiedzeniu Rady Wydziału, na którym uchwalono protest przeciwko represjom wobec pracowników i studentów UW w marcu 1968 roku). W 1984 roku został wybrany na rektora Uniwersytetu Warszawskiego, ale nie objął urzędu z powodu protestu ówczesnych władz. Pracował też w Zakładzie Logiki w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN założonym i kierowanym (w latach 1955–1963) przez Kazimierza Ajdukiewicza. W okresie 1970–1974 był redaktorem naczelnym „Studia Logica”. Należał również do rad redakcyjnych wielu krajowych i zagranicznych czasopism naukowych, z których na specjalną wzmiankę zasługuje „Synthèse”. Od 1977 roku piastował stanowisko przewodniczącego Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego; jego poprzednikiem był Kotarbiński. Był członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN i Komitetu Naukoznawstwa PAN. Współuczestniczył w pracach nad reaktywacją Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Współorganizował wiele konferencji naukowych, m.in. „The Vienna-Circle and the Lvov-Warsaw School” (Jabłonna 1986) i „Praxiologies and the Philosophy of Economics” (Jabłonna 1988).

Życie Klemensa Szaniawskiego jako człowieka nauki było bardzo pracowite. Ogłosił grubo ponad sto prac, w tym wiele po angielsku. Faktem jest, że nie ogłosił żadnej książki, aczkolwiek wiem, że podczas pobytu w USA (1989 roku) rozpoczął pracę nad większą całością poświęconą problemom filozofii nauki.

Rozpoczął od etyki. Jego pierwsza większa publikacja Morał bajki dydaktycznej ukazała się w „Przeglądzie Filozoficznym”, w 1949 roku. Później przez lat kilka nie ogłosił żadnej pracy i zmienił zainteresowania w kierunku logiki, m.in. z uwagi na to, że etyka (jako część filozofii) w jego rozumieniu została po prostu usunięta na początku lat 50. z oficjalnego polskiego życia naukowego. Ossowska prowadziła przez cały czas prywatne seminarium z teorii moralności, na które Szaniawski uczęszczał, ale to logika stała się główną dziedziną jego dalszej działalności naukowej. Do problematyki etycznej wracał od czasu do czasu, o tym tutaj tylko wspominam [...].

Szaniawski nie zajmował się logiką w sensie węższym, tj. rachunkami logicznymi i ich własnościami. Był natomiast logikiem w szerokim sensie tego słowa, a główny teren jego działalności naukowej stanowiła metodologia nauk, a przede wszystkim problematyka związana z pytaniem: jak się uznaje zdania? Pytanie to zwróciło go w kierunku teorii rozumowań. Uprawiał ją w duchu metodologii pragmatycznej, propagowanej przez Kotarbińskiego (z punktu widzenia prakseologii) oraz przede wszystkim Ajdukiewicza (z punktu widzenia ogólnej metodologii nauk). Zainteresowanie problematyką rozumowań uznawania zdań pojawiło się u Szaniawskiego samoistnie, ale nie ma najmniejszej wątpliwości, że skoncentrował się na tej problematyce w związku z współpracą z Ajdukiewiczem. Ajdukiewicz był w latach 40. i 50. nieco zdegustowany semantyką. Szukał dla siebie nowej problematyki, ponoć mawiał, że stracił lata na teorii języka, podczas gdy tak wiele było do zrobienia w metodologii nauk. Najogólniej mówiąc, zmierzał do opracowania ogólnej teorii rozumowań zawodowych. W tym punkcie zainteresowania Ajdukiewicza i Szaniawskiego niejako zderzyły się, co sprawiło, że obaj zaczęli blisko współpracować po przybyciu Ajdukiewicza do Warszawy w 1955 roku. Z jednej strony Szaniawskiemu odpowiadało ogólne pojęcie rozumowania jako złożonego procesu myślowego, incydentalnie zarysowane przez Ajdukiewicza jeszcze w latach 20. („incydentalnie” – ponieważ zajmował się on wtedy innymi kwestiami), a z drugiej strony Ajdukiewicz potrzebował kogoś dobrze obeznanego z problemami podstaw statystyki matematycznej (doszedł bowiem do wniosku, że to właśnie statystyka matematyczna dostarcza pragmatycznych przykładów rozumowań zawodnych, ale i racjonalnych); Szaniawski w związku ze swą wiedzą w zakresie teorii decyzji i statystyki matematycznej był właśnie kimś, kto idealnie sytuował się w programie metodologicznym Ajdukiewicza. Aby uprościć dalsze przedstawienie, określę ten program jako „próbę zbudowania ogólnej teorii indukcji”.

Ogólna teoria indukcji ma do rozwiązania kilka podstawowych problemów, m.in.:

(1) zdefiniowanie pojęcia indukcji,

(2) typy procedur indukcyjnych,

(3) kryteria uznawania wniosków indukcyjnych,

(4) ogólny obraz nauki i innych zachowań poznawczych w świetle teorii indukcji.

Ponadto każdy, kto pracuje w dziedzinie teorii indukcji, spotyka się z różnymi kwestiami technicznymi. Szaniawski był przede wszystkim filozofem i rozważał głównie skatalogowane wyżej kwestie ogólne. Niemniej jednak pracował także nad problemami formalnymi. Uzyskał dwa ważne rezultaty w statystyce matematycznej, mianowicie sformułował pewne kryterium racjonalności decyzji w warunkach niepewności (tzw. β-kryterium) oraz uogólnił metodę testów sekwencyjnych.

Wszelako podstawowe prace Szaniawskiego są związane z problemami (1)-(4). Szaniawski uważał, że indukcja zawsze dokonuje się w kontekście pewnych założeń ogólnych, a jeśli zostaną one ujawnione to tzw. rozumowania indukcyjne można formalnie przedstawić jako dedukcyjne. Natomiast kwestia główna polega na wyborze i uzasadnieniu owych założeń ogólnych, np. zasady przyczynowości w przypadku indukcji eliminacyjnej Milla. Szaniawski nie wierzył w możliwość czysto logicznej teorii indukcji np. w ujęciu Rudolfa Carnapa czy Hansa Reichenbacha, ponieważ nie widział możliwości numerycznego wyznaczenia stopnia potwierdzenia zdań w oparciu o dane empiryczne. Z tego właśnie powodu zajął się niemal wyłącznie indukcją w związku z procedurami statystycznymi i decyzjami podejmowanymi w warunkach niepewności, tj. gdy decydent nie jest w stanie określić nawet prawdopodobieństwa pojawienia się stanów rzeczy relewantnych dla podejmowanej decyzji.

W podstawach statystyki mamy do czynienia z dwoma wielkimi sporami dotyczącymi kryteriów uznawania zdań oraz natury procedur indukcyjnych (w zrozumieniu statystyki). Przyjmijmy, że reguła indukcyjna R jest funkcją ze zbioru danych empirycznych E do zbioru hipotez H przyjmowanych ze względu na dane E. Zwolennicy tzw. teorii funkcji decyzji (np. Jerzy Spława-Neyman) uważają, że reguły indukcyjne są akceptowane ze względu na to, że maksymalizują użyteczność, natomiast zwolennicy tzw. teorii estymacji (np. Ronald Fisher), że – z uwagi na maksymalizację prawdopodobieństwa. To stanowi przedmiot sporu pierwszego. Po drugie, jedni (inferencjoniści) traktują reguły indukcyjne jako reguły inferencji (tj. sposoby przechodzenia od przesłanek do wniosków), a drudzy (antyinferencjoniści) – jako wyrazy pewnych zachowań, które nie mają nic wspólnego z logicznymi operacjami wyprowadzenia wniosków z przesłanek. Nie ma przy tym korelacji pomiędzy teorią funkcji decyzji i teorią estymacji z jednej strony oraz inferencjonizmem i antyinferencjonizmem – z drugiej. Szaniawski poświęcił wiele prac wyjaśnieniu natury owych kontrowersji w podstawach statystyki. W ogólności skłaniał się ku teorii funkcji decyzji powiązanej z inferencyjnym traktowaniem reguł indukcyjnych z tym, że uważał kontrowersję teorii funkcji decyzji z teorią estymacji za znacznie ważniejszą od sporu inferencjonizmu z antyinferencjonizmem.

Odnośnie do kryteriów racjonalnego uznawania zdań, Szaniawski szedł tropem Ajdukiewicza, tj. wiązał racjonalność z bilansem strat i zysków, ale nie zgadzał się z Ajdukiewiczem, że można określić skalę stopni niezawodności zawodnych sposobów wnioskowania, która byłaby całkowicie niezależna od parametrów podmiotowych, tj. ocen osób uznających zdania. Szaniawski (zgodnie z nowoczesną teorią statystyki) bardziej uwzględniał elementy pragmatyczne w uznaniu zdań, aniżeli czynił to Ajdukiewicz; mówiąc inaczej, Szaniawski był w mniejszym stopniu logicystą w pojmowaniu rozumowań zawodnych.

Szaniawski jako zwolennik teorii funkcji decyzji dostrzegał, że określenie kryteriów użyteczności musi być do pewnego stopnia arbitralne. Owa arbitralność może być ograniczona do pewnego stopnia, o ile zwiążemy racjonalność z przeciętną użytecznością. Szaniawski pobierał nauki u filozofów (Łukasiewicz, Kotarbiński, Ossowska) przekonanych o obiektywności nauki; podobny pogląd wyznawał Ajdukiewicz. Z drugiej strony, Szaniawski był zwolennikiem teorii funkcji decyzji ideowo uwzględniającej elementy subiektywne w poznaniu i działaniu. Pogodzenie teorii funkcji decyzji z obiektywizmem poznania na pewno było dla niego wielkim i dramatycznym problemem.

Szaniawski traktował naukę jako proces zdobywania i akumulowania informacji wyznaczony decyzjami o charakterze epistemicznym. Owe decyzje traktował jako szczególny przypadek decyzji w warunkach niepewności. Ten ogólny pogląd stanowił ramę dla analizy bardziej konkretnych problemów metodologii nauk polegającej na ich przekładzie na język teorii decyzji, np. problem poprawności rozumowań zawodnych staje się w tej perspektywie szczególnym przypadkiem podejmowania decyzji w warunkach niepewności. Można przypuszczać, że przygotowana monografia miała być poświęcona nauce traktowanej jako „gra o informację”, a pewien obraz tej koncepcji można wyrobić sobie na podstawie artykułów Szaniawskiego poświęconych pojęciu informacji, jej rodzajom oraz roli jaką pełni w poznaniu i działaniu. W ramach rozważań o nauce pozostawały też jego prace o zastosowaniu metod i modeli matematycznych, zwłaszcza w naukach społecznych.

Logika stanowiła główny, ale nie jedyny rozdział działalności naukowej Szaniawskiego. O etyce wspomniałem już wyżej. Chciałbym zwrócić uwagę na dokonania Szaniawskiego jako historyka filozofii. Był redaktorem naukowym dwóch ważnych dzieł wydanych w „Bibliotece Klasyków Filozofii”, mianowicie System przyrody Holbacha i System logiki Milla. Ale specjalnie zasłużył się jako historyk współczesnej filozofii polskiej. Napisał artykuł o filozofii w Polsce po 1945 roku dla „Handbook of World Philosophy” wydanego w 1980 roku, szereg artykułów (w tym kilka po angielsku) o Ajdukiewiczu i Kotarbińskim, wydał Szkice z historii logiki i filozofii Kotarbińskiego, Logikę pragmatyczną Ajdukiewicza oraz tegoż autora Zagadnienia i kierunki filozofii. Bardzo mu zależało na międzynarodowej promocji filozofii polskiej. Tym się kierował, biorąc udział w organizacji wspomnianych konferencji; pod jego redakcją ukazał się tom The Vienna Circle and the Lvov-Warsaw School (1989) zawierający referaty z konferencji w Jabłonnie pod tym samym tytułem. Tę wielką troskę Klemensa o popularyzację filozofii polskiej w świecie mogłem odczuć w związku z publikacją angielskiej wersji mej monografii o szkole lwowsko-warszawskiej, do czego Szaniawski walnie się przyczynił.

Szaniawski reprezentował pewną postawę filozoficzną, mianowicie racjonalizm jako antyirracjonalizm w sensie Ajdukiewicza. Domagał się, aby każde twierdzenie było intersubiektywnie sprawdzalne i komunikowalne. Ta ogólna postawa racjonalistyczna została przez Szaniawskiego pięknie przedstawiona w jego wykładzie „Plus ratio quam vis” [...].

Klemens Szaniawski został ukształtowany przez wybitnych filozofów ze szkoły lwowsko-warszawskiej, Łukasiewicza, Kotarbińskiego i Ajdukiewicza. Chociaż, podobnie jak wielu innych wojennych i powojennych ich uczniów, nie uważał się za członka tej szkoły, to jednak kontynuował jej problematykę, a przede wszystkim styl myślenia, który Jan Łukasiewicz bardzo trafnie nazwał „moralnością myśli i mowy”. Szaniawski zawsze podkreślał, że tej postawy nigdy za wiele i w filozofii i poza nią.

Jacek Hołówka

 

Probabilizm etyczny Klemensa Szaniawskiego**

Jednym z najciekawszych pomysłów prof. Szaniawskiego była koncepcja sprawiedliwego podziału oparta na zasadzie równych szans wyboru. Choć koncepcja ta była omówiona w polskich i obcojęzycznych publikacjach filozoficznych, pozostała stosunkowo mało znana poza kręgiem filozofów i socjologów. O ile wiem, nie podjęto dotąd próby ukazania jej związków z innymi koncepcjami filozoficznymi. [...]

Wyobraźmy sobie, że przy stole siedzi sześć osób i zaproponowano im na deser sześć rozmaitych owoców, np. gruszkę, ananasa, kiwi, jabłko, mandarynkę i banana. Każdy może wziąć jeden owoc. Jaką mają zastosować regułę podziału?

Pomyślmy, jakie zasady są zazwyczaj stosowane w takiej sytuacji.

1. Reguła uprawnienia. Można przyjąć, że jako pierwsza wybierać powinna osoba ciesząca się największym szacunkiem, np. najstarsza i najpoważniejsza, a potem kolejno osoby mniej znaczące.

2. Reguła użyteczności. Można zaproponować, by osoba bardziej łakoma miała większe prawa niż osoba mniej łakoma. Przy tym założeniu pierwsze wybierają dzieci.

3. Reguła losowania owoców. Można zaproponować, że owoce będą losowane. Każdy owoc w dowolnej kolejności będzie jakby wystawiany na licytację. Mechanizm losowy zdecyduje, komu ten owoc przypadnie.

4. Reguła losowania kolejności wyboru. Można wreszcie zaproponować, że mechanizm losowy zdecyduje, w jakiej kolejności poszczególne osoby będą miały prawo wybrać sobie jeden owoc wedle własnego uznania.

Co można powiedzieć za i przeciw każdej z tych zasad?

Co do pierwszej, to jeśli istnieje jakieś szczególne uprawnienie do wyróżnionej porcji w podziale dóbr, to uprawnienie takie powinno być w pierwszym rzędzie brane pod uwagę. Jeśli na przykład komuś obiecano kiwi, to powinien dostać kiwi. Albo jeśli ktoś może zjeść tylko banana, to powinien dostać banana. Inni otrzymają to, co pozostanie. Jeśli jednak nikt nie ma specjalnych uprawnień, to musimy przyjąć zasadę egalitaryzmu, a więc równych uprawnień wszystkich osób zainteresowanych. Wtedy odrzucamy pierwszą regułę, gdyż nie daje ona żadnej wskazówki na temat właściwego postępowania.

Reguła utylitaryzmu zakłada, że możemy ustalić, jak bardzo każdej osobie zależy na poszczególnym owocu, można np. zapytać, kto lubi słodkie owoce, kto lubi soczyste, kto lubi egzotyczne itd. Przy pewnej dozie szczęścia, upodobania zapytanych mogą się tak rozłożyć, że podział nie wywoła roszczenia żadnych dwóch osób do tego samego owocu. Jest to idealne rozwiązanie, ale udaje się na nie trafić bardzo rzadko. Zazwyczaj każdy woli ananasa bardziej niż mandarynkę.

Reguła trzecia likwiduje skutecznie konflikty. Jeśli losuje się owoce, każdy ma dokładnie tę samą szansę uzyskania każdego owocu. Nikt więc nie jest pokrzywdzony. Ta reguła powoduje wielkie straty użyteczności. Los może dać gruszkę osobie, która lubi jabłka, a jabłko osobie, która lubi gruszkę. Wtedy mamy równość, ale wszyscy na niej tracą.

Reguła czwarta, tzn. losowania kolejności wyboru gwarantuje, że osoby na początku kolejki dostaną owoce, które cenią wysoko, bo będą miały niemal wszystkie owoce do wyboru. Osoby następne będą musiały wybierać z tego, co zostanie. Każdy ma równe szanse znalezienia się na pierwszym, drugim, i następnym miejscu kolejki. Ta reguła nie maksymalizuje niczyjej użyteczności, natomiast doskonale wyrównuje szanse jej maksymalizacji.

Prof. Szaniawski wybrał regułę czwartą jako najbardziej wiarygodną moralnie zasadę sprawiedliwości dystrybutywnej. Jeśli niemożliwy jest równy podział użyteczności, powinniśmy nie dzielić użyteczności tylko prawdopodobieństwo uzyskania użyteczności. Wtedy dobro przyznane zostaje każdemu w tej samej ilości – jest to prawdopodobieństwo maksymalizacji użyteczności, natomiast inne dobro – sama użyteczność – maksymalizowana jest w stopniu, w jakim pozwala na to zastosowana wcześniej reguła wyrównywania prawdopodobieństw. Inaczej mówiąc reguła równości spełniona jest doskonale, a reguła maksymalizacji użyteczności w takim stopniu, w jakim pozwalają na to praktyczne okoliczności towarzyszące stosowaniu reguły równości.

Kolejka do owoców staje się więc sprawiedliwym rozwiązaniem problemu podziału dóbr, jeśli zgodzimy się uznać, że spór o poziom satysfakcji, jaki daje zjedzenie ulubionego owocu, mamy prawo zamienić na spór o miejsce w kolejce. Pierwszy spór jest praktycznie nierozwiązywalny. Drugi jest łatwo rozwiązywany przez mechanizm losowy. A więc zamiast dzielić owoce, dzielimy miejsca w kolejce po owoce i każdemu gwarantujemy równą szansę dostępu do cenionych miejsc. Dodatkowo, nawet osoby zajmujące dalsze miejsca w kolejce mogą uzyskać wysoki poziom satysfakcji pragnień, jeśli tylko ich preferencje są dostatecznie różne od preferencji osób, które je wyprzedziły.

Możemy teraz odtworzyć ciąg przesłanek prowadzących do przyjęcia wniosku, że powinniśmy zastosować zasadę równych szans wyboru. Przypomina ona ciąg przesłanek wiodących do probabilizmu.

1. Pragniemy osiągnąć cel niebudzący wątpliwości moralnych. Jest nim sprawiedliwy podział dóbr. W idealnych warunkach cel ten jest osiągany przez dokonanie podziału odpowiednio do uprawnień lub przez przyznanie każdej osobie tego, co pragnie najbardziej.

2. Działamy w sytuacji, w której uprawnienia nie grają żadnej roli, bo są równe lub nie istnieją, a podział maksymalizujący użyteczność każdej osoby jest niewykonalny, ponieważ preferencje uczestników podziału są konfliktowe.

3. Możliwe jest osiągnięcie sprawiedliwego podziału jedynie z pewną dokładnością.

4. W tej sytuacji mamy prawo przyjąć, że podstawą porównania nie będzie wartość otrzymywanych dóbr, tylko prawdopodobieństwo znalezienia się na danym miejscu w kolejce do upragnionych dóbr.

5. Działamy w warunkach niepełnej informacji o uczestnikach podziału i powinniśmy zastosować zasadę równych szans wyboru. Unikamy w ten sposób popełnienia większego błędu (polegającego na narzuceniu nieoptymalnego podziału) choć popełniamy mniejszy błąd (dzielimy prawdopodobieństwa, a nie dobra). Podobieństwo między propozycją prof. Szaniawskiego i tradycyjnym probabilizmem jest więc dość wyraźne.

Po pierwsze, polega na tym, że obie koncepcje nakazują przystać na pewien kompromis, gdy cel moralnie idealny okazuje się nieosiągalny. Probabilizm każe zaryzykować odejście od prawdy. Szaniawski postuluje zarzucenie starań o maksymalizację użyteczności każdego uczestnika podziału. Obie koncepcje rezygnują z realizacji skądinąd najwyżej cenionych wartości – w pierwszej koncepcji z prawdy, w drugiej z maksymalizacji jednostkowego dobra – uznając je za nieosiągalne w pewnych warunkach i poprzestają na osiągnięciu pewnych „mieszanek” wartości, a więc akceptują „trade-offs” zamiast najwyżej cenionych celów.

Po drugie, obie koncepcje poszerzają zakres problemów rozwiązywalnych zgodnie z dominującymi intuicjami moralnymi. Jak widzieliśmy, bez probabilizmu w pewnych sytuacjach sprawca musi zaniechać działania. Np. przy administrowaniu sakramentów, spowiednik, który niedokładnie rozumie dialekt spowiadanego, nie powinien odpuścić mu grzechów. Lub przy innej okazji, jeśli na terenie objętym powodzią albo trzęsieniem ziemi brakuje czystej wody do picia, bez probabilizmu udzielenie chrztu nowo narodzonemu dziecku, choćby było wcześniakiem i groziła mu śmierć, jest teologicznie niedopuszczalne. Probabilizm zakaz ten znosi i pozwala użyć najczystszej dostępnej wody. Podobnie koncepcja Szaniawskiego pozwala rozwiązywać problem podziału w sytuacji, gdy zawodzi reguła uprawnień oraz reguła bezkonfliktowej maksymalizacji użyteczności.

Po trzecie, obie koncepcje każą opierać się w poszukiwaniu właściwych rozwiązań na pewnych szacunkach prawdopodobieństwa. Probabilizm pozwala przyjąć twierdzenia, których prawdopodobieństwo prawdziwości jest wyższe od zera, choćby było przy tym niższe niż prawdopodobieństwo innych twierdzeń na ten sam temat. Szaniawski postuluje wyrównanie prawdopodobieństwa dostępu do dóbr przez wprowadzenie mechanizmu losowego, który dzieli prawdopodobieństwo dostępu na równe części.

Po czwarte, obie koncepcje zakładają pewien rodzaj intelektualnej odwagi u działającego. Probabilizm zwiększa ryzyko nadużyć w stosowaniu per for maty wów, ale jednocześnie daje najpełniejszą szansę realizacji wiarygodnym intuicjom moralnym. Szaniawski proponuje, by spór o podział dóbr zastąpić sporem o podział miejsc w kolejce do dóbr, co również wymaga pewnego wysiłku wyobraźni i zakłada dobrą wolę uczestników podziału.

Po piąte, obie koncepcje zakładają, że działamy bez pełnej informacji. W probabilizmie nie wiemy, co jest prawdą na temat towarzyszących okoliczności. U Szaniawskiego nie wiemy, jak wyglądają prawdziwe profile preferencji uczestników, i nie możemy stosować zasady utylitaryzmu. Przystając na jedną lub drugą koncepcję, możemy więc popełnić błędy. Wybierając twierdzenie mniej prawdopodobne, choć nie jawnie fałszywe, możemy wybrać fałsz i odrzucić prawdę. A w koncepcji Szaniawskiego, przypisując równe szanse wyboru, możemy doprowadzić do takiego podziału dóbr, przy którym pewne osoby zaspokoją swe pragnienia w bardzo wysokim stopniu, a inne w bardzo niskim lub żadnym.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Życie i twórczość Klemensa Szaniawskiego, [w:] Materiały z Sesji Naukowej poświęconej twórczości Klemensa Szaniawskiego, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 1991, s. 9–26.

**Tekst opublikowany pierwotnie w: Materiały z Sesji Naukowej poświęconej twórczości Klemensa Szaniawskiego, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 1991, s. 13–20.

Elida Maria Szarota

Urodzona 22 XI 1904 w Paryżu. Studia na Sorbonie, później w Genewie i we Frankfurcie nad Menem (1931–1933), doktorat tamże (1933). Habilitacja na Uniwerystecie Humboldta w Berlinie (1957). Docent UW (1960), profesor (1969). Dyrektor Instytutu Germanistyki i kierownik Zakładu Literaturoznawsta (1972–1974).

Germanistka i romanistka; badaczka europejskiej literatury baroku i oświecenia.
Członkini Zarządu Międzynarodowego Stowarzyszenia Germanistów (1970). Otrzymała nagrodę Johanna Gottfrieda Herdera (1981).
Zmarła 23 I 1994 w Wolfenbüttel, w Niemczech.

Studien zu Gautier de Coincy, Limburg a.d. Lahn 1934; Lessings Laokoon. Eine Kampfschrift für eine realistische Kunst und Poesie, Weimar 1959; Künstler, Grübler und Rebellen. Studien zum europäischen Märtyrerdrama des 17. Jahrhunderts, Berno 1967; Lohensteins »Arminius« als Zeitroman. Sichtweisen des Spätbarock, Berno 1970; Die gelehrte Welt des 17. Jahrhunderts über Polen. Zeitgenössische Texte, Wien-München-Zürich 1972; Geschichte, Politik und Gesellschaft im Drama des 17. Jahrhunderts, Berno 1976; Stärke, dein Name sei Weib. Bühnenfiguren des 17. Jahrhunderts, Berlin-New York 1987.

K. Sauerland, Elida Maria Szarota (1904–1994), „Convivium” 1994, s. 247–250.

KAROL SAUERLAND

ELIDA MARIA SZAROTA

1904–1994

 

Trudne do wyobrażenia, kobieta koło 50, po doktoracie obronionym ponad 20 lat wcześniej, postanawia zrobić habilitację i zostać profesorem. W kraju napotyka na trudności, wobec czego decyduje się habilitować poza jego granicami. I to się jej udaje. Cztery lata później otrzymuje powołanie na uniwersytet. Pisze nową książkę i na jej podstawie uzyskuje tytuł profesora nadzwyczajnego, a po kolejnej publikacji – profesora zwyczajnego. Wyjeżdża na kongresy, otrzymuje zaproszenia na gościnne profesury, jest edytorem, zostaje wyróżniona nagrodą Herdera i pisze, ukończywszy 70 lat, jeszcze jedno obszerne dzieło, książkę pod znamiennym tytułem Stärke, dein Name sei Weib! (Siło, kobieta twe imię), w której analizuje europejskie dramaty siedemnastowieczne, z kobietami w rolach głównych.

Mówimy o dokonaniach Elidy Marii Szaroty, zaliczanej dziś do wybitnych uczonych w polskim – i nie tylko polskim – powojennym literaturoznawstwie. Urodziła się 22 listopada 1904 roku w Paryżu, uczęszczała do liceów we Wrocławiu (Breslau) i Berlinie, a później do Odenwaldschule, gdzie w 1926 roku złożyła maturę. Ta ostatnia szkoła wycisnęła na niej swe szczególne piętno. Po maturze Szarota wyjechała do Paryża, by studiować filologię klasyczną i romanistykę na Sorbonie. Jednak nie odpowiadał jej tam niski poziom nauczania, toteż przeniosła się do Genewy, ale skromne środki finansowe pozwoliły jej studiować na tamtejszej uczelni jedynie przez rok. By podreperować swój budżet, podjęła w jednej z międzynarodowych organizacji działających w tym mieście pracę tłumaczki z francuskiego, niemieckiego, angielskiego i – sporadycznie – polskiego. Studiowała m.in. pod kierunkiem Alberta Tibaudeta. Najlepszym okresem dla jej intelektualnego rozwoju był niewątpliwie czas spędzony we Frankfurcie nad Menem w latach 1931–1933. Zawsze wspominała ze wzruszeniem tamtejszych profesorów Karla Reinhardta, Waltera F. Otto i Erharda Lommatscha, którego uznawała za swego pierwszego mistrza. Studiowała u niego – jak zapisała w niepublikowanych dotąd wspomnieniach – oprócz literatury francuskiej, także literaturę prowansalską i włoską, w szczególności poezje Dantego, Petrarki, Boccaccia, jak również dziewiętnastowiecznych poetów: Alessandro Manzoniego, Giacomo Leopardiego, Giosuè Carducciego, Pascaliego.

W metodologii pracy seminaryjnej dominującą rolę odgrywały studia stylistyczne Spitzera. Dla Szaroty znajomość łaciny stanowiła warunek nieodzowny dobrego wykształcenia („nic by ze mnie nie było bez łacińskich studiów”, czytamy w jej memoirach), była więc szczególnie aktywna na zajęciach prowadzonych przez prof. Otto. Niezwykle ceniła książkę jego autorstwa Die Götter Griechenlands (Bogowie greccy): „Znałam tę książkę niemalże na pamięć; myślałam w kategoriach greckich bogów, o których uczyłam się u Otto. Pallas Atena stała się moją osobistą boginią, partnerką i towarzyszką mężczyzny, zaprzysiężoną duchowi. Pewnej nocy dokonałam przeróbki Amfitriona Kleista, czyniąc Alkmene mężczyzną, nocą nawiedza go (Alkmenusa) Atena, a nie Jupiter [...] słowem, przyjęłam wyobrażenia i kategorie starożytnych, żyjąc w mitycznym świecie”1. Pod kierunkiem prof. Otto przygotowała na egzamin państwowy pracę poświęconą Amphitrio Plauta, porównując ten utwór z komedią Moliera. Profesor ocenił ją bardzo wysoko. Dysertację napisała pod kierunkiem prof. Lommatscha, obrawszy jako temat średniowieczną poezję maryjną Gautiera de Coincy (1177– 1236)2.

Dzień obrony był dla Szaroty wielkim świętem, należała bowiem do najlepszych i mogła z satysfakcją przyjmować gratulacje od swych profesorów. Lecz w zasadzie nadchodził kres jej wczesnych triumfów na naukowej niwie. Obrona odbyła się 27 lutego 1933 roku. Następnego dnia Szarota, wchodząc akurat do domu Horkheimerów, gdzie dawała lekcje francuskiego pani Horkheimer, usłyszała w progu od pana Horkheimera, który – wbrew przyjętym zwyczajom – tym razem sam otworzył jej drzwi, że „to już koniec”. Państwo Horkheimer opuścili Niemcy w marcu po zamknięciu Instytutu z powodu „antypaństwowych tendencji” i zarekwirowaniu budynku wraz z biblioteką, liczącą 60 000 woluminów3.

Matka Szaroty, niemiecko-polska dramatopisarka Eleonore Kalkowska4, została aresztowana w Berlinie w kwietniu 1933 roku. Jej sztuki teatralne, spotykające się w tym czasie w Niemczech z wielkim uznaniem odbiorców, budziły wściekłość nazistów. Zwolniono ją z aresztu po interwencji polskiej ambasady. Początkowo ambasador, podejrzewający Kalkowską o komunistyczne poglądy, pozostawał bierny, do zdecydowanych działań skłoniły go jednak energicznie upominający się o pomoc dla aresztowanej jej niezawodni przyjaciele. Odzyskawszy wolność, Kalkowska opuściła Niemcy5.

Szarota pozostała we Frankfurcie nad Menem, gdzie przez jakiś czas dawała prywatne lekcje francuskiego. W 1937 roku, za radą ojca, który był w tym czasie redaktorem naczelnym gazety codziennej wychodzącej w dużym nakładzie we Lwowie, przyjechała do Polski, gdzie podjęła pracę jako nauczycielka w szkole dla dziewcząt im. Aleksandry Piłsudskiej. 7 grudnia 1938 roku odbył się w Warszawie jej ślub z Rafałem Blüthem (ur. 1891), znanym krytykiem, doskonałym znawcą literatury polskiej i rosyjskiej. Należał on do kręgu Władysława Korniłowicza i był jednym z wydawców katolickiego pisma „Verbum”. Brakowało dwóch miesięcy do urodzin ich syna, gdy Blüth, wielbiciel niemieckiej kultury, został aresztowany przez niemieckich okupantów, którzy od niedawna zajmowali Warszawę, i niedługo po tym, 13 listopada 1939 roku, rozstrzelany, o czym jego żona dowiedziała się znacznie później. Ona sama podzieliła los wielu Polek i Polaków. Mogła mówić o szczęściu, że w ogóle wyszła na wolność po niespełna rocznym pobycie na Pawiaku, w osławionym warszawskim więzieniu. Była tam przetrzymywana od 15 września 1940 do 3 czerwca 1941 roku. Po opuszczeniu murów Pawiaka zajmowała się nauczaniem języków zarówno w szkołach, w których nauka była dozwolona, jak i na tajnych kompletach. W momencie wybuchu powstania warszawskiego nie było jej w Warszawie. Przebywała wówczas w pewnym majątku pod miastem, zatrudniona tam jako prywatna nauczycielka.

Nadszedł trudny czas powojenny. Ambicją Szaroty była praca na uniwersytecie, ale plany te należało odłożyć na później. Na romanistyce konstelacja nie była dla niej sprzyjająca, a utworzeniu katedry germanistyki sprzeciwiały się ówczesne władze. Kultura wroga nie miała być upowszechniana w stolicy. Szarota uczyła wobec tego dzieci i młodzież w rozmaitych szkołach, pisała podręczniki do nauki francuskiego, a później także niemieckiego, lecz nie porzucała myśli o pracy naukowej w dziedzinie literaturoznawstwa na uniwersytecie. Krótko przed wybuchem wojny zabrała się za przygotowanie habilitacji z romanistyki. To, co napisała, spłonęło jednak w czasie wojny. Postanowiła więc, w latach 50., napisać germanistyczną pracę habilitacyjną. Uzyskała – choć było to związane z wieloma komplikacjami – zgodę na kilkumiesięczny pobyt w Berlinie Wschodnim. Tam, w marcu 1957 roku habilitowała się na Uniwersytecie Humboldta na podstawie pracy o Laokoonie Lessinga. Musiały jednak upłynąć trzy lata, nim jej niemiecka habilitacja została uznana w Polsce.

Praca Szaroty o Laokoonie ukazała się drukiem w NRD. Wywierano naciski na autorkę, by zaakceptowała kryteria socrealizmu. I rzeczywiście, Szarota interpretuje Lessinga jako zwiastuna realizmu, eksponując szczególnie jego spór z Winckelmannem. Ten wyznaje jeszcze poglądy siedemnastowieczne, pozostając głównie pod wpływem André Félibiena, czego wyrazem ma być m.in. jego podejście do alegorii w pracy z wczesnego okresu pt. Gedanken über die Nachahmung der griechichen Werke (Myśli o naśladownictwie greckich dzieł w malarstwie i rzeźbie). Szarota przypisuje Winckelmannowi idealizm w wydaniu platońskim, względnie neoplatońskim. Jego pojęcie alegorii jednak na tyle odbiega od siedemnastowiecznego, że odrzuca on sztukę nadmiernie obciążoną znaczeniami. Pod tym względem ma wiele wspólnego z Lessingiem. Wyraża się to w jego atencji dla nagiego ciała. Różnice między nimi jednak przeważają. Lessing wymaga od sztuk plastycznych, by dla każdego, nie tylko dla osoby wykształconej, rzecz przedstawiona była zrozumiała. W tym manifestuje się jego realizm. „Ciała z ich wyraźnymi cechami są właściwymi przedmiotami w malarstwie”, cytuje Szarota z Laokoona na poświadczenie swej tezy, że można upatrywać w Lessingu zwiastuna realizmu, aczkolwiek pozostaje on abstrakcyjny, nie dostrzegając, że sztuka odzwierciedla „świat rozpoznany w swym historycznym bycie”6. Ostatecznie chodzi mu o określenie granic między malarstwem (sztuką plastyczną) i poezją, której przypisuje większe znaczenie, ponieważ potrafi „całokształt życia przedstawić w jego sprzecznościach i splotach”7.

Niezwykle interesujące są partie tekstu, w których Szarota wskazuje granice argumentacji Lessingowskiej, dostrzeżone już przez Herdera, Goethego i innych. W obrębie tego, co wówczas można było znaleźć godnego uwagi w publikacjach NRD-owskich z problematyki germanistycznej, praca Szaroty wyróżniała się tym, że była osadzona w kontekście europejskim i uwzględniała międzynarodową literaturę sekundarną, rozpatrując rzeczowo i akceptując bądź też odrzucając stawiane tam tezy.

Z memoirów Szaroty dowiadujemy się, że nie mogąc opublikować w NRD wykładu habilitacyjnego Die Wandlungen der Klopstockschen lyrischen Kunst, aufgewiesen an der Wingolf-Ode (Metamorfozy sztuki poetyckiej Klopstocka, ukazane na podstawie ody Wingolf), zamieściła go w czasopiśmie „Études Germaniques”8. Publikacja ta została zauważona i doceniona przez wielu znawców przedmiotu. Autorkę cieszyła szczególnie aprobata wyrażona jej w liście przez Bruno Breitbacha. Był to początek ich ożywionych kontaktów. Breitbach zaopatrywał Szarotę w literaturę wychodzącą na Zachodzie, a niedostępną w Polsce. W wykładzie Szaroty zaskakuje przede wszystkim konstatacja, że oda Klopstocka pt. Wingolf, pochodząca z roku 1767, bardziej przypomina ton Horacego niż powstała 20 lat wcześniej oda An meine Freunde (Do moich przyjaciół), której postacie wywodzą się z antycznych, a nie germańskich mitów.

W 1960 roku doszło wreszcie do utworzenia na Uniwersytecie Warszawskim Katedry Germanistyki. Szarota otrzymała tytuł docenta, dający jej pełne prawa profesorskie. Nie powierzono jej jednak kierownictwa katedry, aczkolwiek miała ze wszystkich wchodzących w grę kandydatów największe kompetencje. Na kierownika wyznaczono pochodzącego z Halle Tomasa Höhle, który pracą o Franzu Mehringu dowiódł silnego przywiązania do idei marksistowskich. Z perspektywy czasu śmiało można stwierdzić, że gdyby nie wykłady Szaroty podejmujące temat niemieckiego baroku na tle europejskim i gdyby nie jej fascynujące seminaria obejmujące swym zakresem romantyzm niemiecki, źle wyglądałaby dziś germanistyka w stolicy Polski. Szarota pokazała, jak się winno uprawiać naukę, czym ma być filologia. Zawsze była nadzwyczajna, gdy ukazywała studentkom i studentom europejskie oblicze literatury.

W 1963 roku opublikowała jako następstwo swego studium o Laokoonie bardzo ważny artykuł o poglądach estetycznych Jamesa Harrisa, któremu wiele miał do zawdzięczenia Herder9. W odróżnieniu od Lessinga Harris uwzględnia w rozprawie Three Treatises oprócz malarstwa i poezji także muzykę (muzykę i taniec) oraz sztukę siły (poezję). Ciekawa jest jego interpretacja mimesis, mająca zdaniem Szaroty wiele wspólnego z rozumieniem tego fenomenu przez Romana Ingardena i Władysława Tatarkiewicza. Dowodzili oni w latach 50., wbrew ogólnie przyjmowanemu stanowisku, że Arystotelesowi nie chodziło o odzwierciedlenie, lecz o przedstawienie10. Z pomocą pojęć energiaenergeia Harris ustawia w hierarchicznym porządku sztuki, od sztuk plastycznych przez muzykę do poezji. Mimesis jest tym, co wszystkie te sztuki mają wspólnego, różnią się natomiast oddziaływaniem.

Na uwagę zasługuje esej Szaroty o dramatach z tematem Antygony autorstwa Hasenclevera, Anouilha i Brechta. Esej ten w języku polskim ukazał się w czasopiśmie „Meander”. Szarota odrzuca w nim zdecydowanie uznawane wówczas w NRD interpretacje Antygony Sofoklesa, pochodzące od Hegla, Lukaca i Hansa-Günthera Thalheima (w powiązaniu z artykułem tego ostatniego pt. Schillers Demetrius als klassische Tragödie; Dymitr Schillera jako tragedia w klasycznym stylu)11. To nie jest tak, by Kreon w imię konieczności, zatem zasady wyższego rzędu, odniósł zwycięstwo, gdyż czyn Antygony pokazuje, że jest on tyranem, który w swej pysze gardzi nakazami bogów. Sztuki Hasenclevera, Anouilha i Brechta analizuje Szarota, wiążąc je z czasem ich powstania, to znaczy mając na uwadze I wojnę światową, rządy Vichy i Trzecią Rzeszę.

Na obchody 180. rocznicy urodzin Eichendorffa Szarota przygotowała esej dla „Kwartalnika Neofilologicznego”, w którym omówiła krytycznie trzy różne współczesne interpretacje wierszy tego poety. Esej zaczyna się od polemiki z Adornem, który zinterpretował wiersz Sehnsucht („Tęsknota”). Według Szaroty nie może być mowy o „zużyciu wielu wyrażeń i wyobrażeń”12. W drobiazgowej analizie wykazuje, że w utworze tym Eichendorff niczego nie przejmuje, lecz wszystko układa w przemyślany sposób. Strofy tego wiersza pozostają ze sobą „w swego rodzaju tajemnym związku, do którego kluczem jest dla nas dobór słów i ich powtórzenia”13. Dwoma pozostałymi interpretatorami poezji Eichendorffa, z którymi Szarota wiedzie spór, są Gerard Storz i August Langen. Chodzi jej o dość zasadniczą kwestię, czy poetyckie utwory Eichandorffa, zamieszczone uprzednio w jego tekstach prozatorskich, można interpretować bez uwzględniania tego kontekstu. Zdaniem Szaroty, zwrócenie uwagi na ów kontekst jest nieodzowne.

W latach 60. Szarota coraz bardziej zwracała się ku literaturze XVII wieku. Ataki Lessinga przypuszczane na barok, a w szczególności na autorów francuskich tego stulecia, wyraźnie ją irytowały. W 1967 roku przedłożyła książkę Künstler, Grübler und Rebellen. Studien zum europäischen Märtyrerdrama des 17. Jahrhunderts (Artyści, myśliciele i rebelianci. Studium europejskiego dramatu męczeńskiego epoki baroku). Nie zamierzała przedstawiać historii tego dramatu, lecz chciała zwrócić uwagę na „wielkie postacie w siedemnastowiecznym dramacie europejskim, będące ucieleśnieniem absolutnego ideału człowieczeństwa”. „Droga męczenników do Boga przedstawia się – jak wywodzi Szarota – różnie”. Artyści, „pojmując swą sztukę w sensie absolutnym – stają się chrześcijanami i męczennikami”, natomiast myśliciele postępując „okrężną drogą medytacji filozoficznej, która nie prowadzi do rozwiązania egzystencjalnych problemów, odkrywają prawdy religii chrześcijańskiej”. Szczególny przypadek stanowią rebelianci. Są oni w stanie stawić opór „zasadzie gwałtu, nieludzkiemu postępowaniu i tyranii”. „Są przekorni i dumni jak Urszula (Vondela), nieugięci i pokorni jak Fernando (Calderona), niezłomni i wyniośli jak Polyecte, uparci i spokojni wewnętrznie jak Catharina von Georgien (Katarzyna z Gruzji)”. Ten typ bohatera prowadzi swój dalszy żywot – zdaniem Szaroty – w sekularyzowanym dramacie. Nosi jedynie inne imiona. W dziele Artyści, myśliciele, rebelianci zostały zanalizowane niezwykle sumiennie dramaty łacińskie (Bidermann), hiszpańskie (Lope de Vega i Calderón), francuskie (Corneille, Rotrou oraz inni, mniej znani autorzy), niemieckie (Gryphius i Lohenstein) jak również niderlandzkie (Vondel). Ubolewać należy, że jedynie niewielu badaczy dysponuje tak rozległą i głęboką wiedzą o europejskiej literaturze XVII wieku, by dokonania Szaroty mogły być w pełni docenione. W badaniach germanistycznych książka Szaroty powinna służyć za wskazówkę, że siedemnastowieczna literatura niemiecka w gruncie rzeczy jest zrozumiała jedynie w kontekście europejskim.

Trzy lata później ukazało się znaczące studium Lohensteins «Arminius» als Zeitroman. Sichtweisen des Spätbarock (Arminius Lohensteina jako powieść mu współczesna. Spojrzenia na późny barok). Szarota odczytuje powieść Lohensteina, której dwutomowe wydanie pochodzi z lat 1689–1690, jako szeroko zakrojoną rozprawę autora z politycznymi problemami jego czasów, a w szczególności jako obrachunek z Habsburgami, przede wszystkim z uwagi na to, że Arminius jest utożsamiany z cesarzem Leopoldem I (1658–1705). Szarota wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje. Jej zdaniem utożsamienie Austriaka z Germanem jest jednak możliwe jedynie w Niemczech, gdzie humaniści, po ponownym odkryciu Germanii i rozdziału dotyczącego Arminiusa w Rocznikach Tacyta, wywołali niebywały kult Arminiusa. Według niej jednym z założeń Lohensteina było ukazanie, że oderwanie od cesarza w jakiejkolwiek formie i paktowanie z Ludwikiem XIV nie miało sensu i było bezcelowe. Z tej perspektywy omawia skomplikowany splot akcji, starając się jednocześnie rozwikłać, kogo ze współczesnych sportretował autor w poszczególnych postaciach powieści. W drugiej części książki podejmuje Szarota kwestię, w jaki sposób Lohenstein próbował włączyć się do europejskiej debaty o historii uniwersalnej. Istniały dwie całkowicie rozbieżne koncepcje: koncepcja zorientowana eschatologicznie i koncepcja biorąca pod uwagę wielkie terytoria. Lohenstein w powieści wykorzystuje obydwie. Dominująca jest jednak koncepcja sekularyzowana, w której autorzy „wszystkich narodów ziemi niejako jeden za drugim ukazują się naszym oczom. Jest to swego rodzaju panoramiczna wizja całej historii świata”14. Jej początek zauważa Szarota w niewielkiej książeczce Georga Horna Brevis introductio ad historiam universalem (Leyden 1655). Śladami jej autora miał postępować potem Urban Chevreau, pisząc Histoire du Monde (1686), zawierającą historię Ameryki, Indii i Chin i pod względem literackim przewyższającą znacznie poziomem drugą książkę Horna pt. Arca Noae sive Historia Imperiorum et Regnorum à Conditio Orbe ad nostra tempora (Leyden i Rotterdam 1666), „będącą pierwszą historią powszechną niezorientowaną eschatologicznie”15. Lohenstein umiejętnie do niej nawiązuje, mimo że wydarzenia, na których koncentruje uwagę, dotyczą czasów rzymskich, zdaje się on dostrzegać paralele do politycznej sytuacji w XVII wieku. Dowodzi tego m.in. – zdaniem Szaroty – sposób, w jaki przedstawia dzieje dawnej Armenii i Dalekiego Wschodu w Cesarstwie Rzymskim. Szarota odwołuje się do źródeł, z których mógł czerpać Lohenstein. Nie sposób jednak orzec, które i w jakim dokładnie miejscu wykorzystał. W trzeciej części książki omawia Szarota strukturę i techniki narracyjne, niejednokrotnie dokonując porównań z używanymi przez Antona Ulricha jako powieściopisarza.

W 1972 roku ukazało się w wydawnictwie Europa dzieło Szaroty pt. Die gelehrte Welt des 17. Jahrhunderts über Polen. Zeitgenössische Texte (Uczony świat XVII wieku o Polsce. Teksty współczesne)16. Autorka zamieściła w prawie 900-stronicowym wydaniu tej książki łacińskie, francuskie, włoskie, angielskie i niemieckie relacje o siedemnastowiecznej Polsce, tłumacząc wszystkie nieniemieckojęzyczne teksty na niemiecki. Niektóre dostępne były tylko w języku polskim. Dzięki temu niemiecki czytelnik uzyskuje wiedzę o tym, jaki obraz Polski przekazali w swoich pismach tacy autorzy, jak Germanico Malaspina, Giovanni Francisco Olmo, Christoph Hartknoch, Martin Opitz, Joost van den Vondel, Gottfried Wilhelm Leibniz, Samuel von Pufendorf, Bernard O’Conner17. Książka składa się z czterech części: Republica Polonica, wybór królów i królowie, wewnętrzne i zewnętrzne wojny, opisy miast i warowni. Wiele relacji zaciekawi dzisiejszego czytelnika szczególnie, wynika z nich bowiem, że zainteresowanych Polską w tamtych czasach wprawiało w zadziwienie, że ten kraj ma skomplikowaną strukturę, rozbudowaną demokrację szlachecką, w której około 200 000 osób ma prawo głosu. Aby ułatwić odbiorcy rozumienie tekstów, Szarota wspólnie z Adamem Kerstenem (1930–1983), znakomitym historykiem, opatrzyła je wyczerpującymi komentarzami. Nie ma do dziś takiej książki, która wytrzymałaby porównanie z omawianym dziełem.

Zajmując się relacjami dotyczącymi Polski, Szarota zastanawiała się, jak pod względem literaturoznawczym uporządkować poszczególne gatunki, takie jak wspomnienia, relacje, sprawozdania poselskie, zapiski z podróży czy dzienniki. Dotychczasowe próby podejmowane w tym kierunku miały ten mankament, że szukano zasadniczych kryteriów, wychodzących poza ramy epoki18. Szarota utrzymywała, że trzeba wprowadzać rozróżnienia w zależności od epoki i sytuacji danego kraju. Ważne jest także stanowisko zajmowane przez piszącego. Wspomnienia, sporządzone przez autora aktywnie zajmującego się polityką, tzn. takiego, który trzymał w ręku wiele nitek informacji, prezentują się inaczej niż zapiski autorów śledzących bieg wydarzeń z oddalenia i bez zaangażowania się w nie, mających czas i spokój, by na bieżąco prowadzić coś w rodzaju dziennika. Wiek XVII obfituje w memoiry, zwłaszcza francuskie, których autorzy są świadomi swego uczestnictwa w dziejach. W żadnym razie – w opinii Szaroty – nie należy, jak się praktykowało dotychczas w badaniach, literatury wspomnieniowej, pojmowanej w szerokim sensie, ujmować według „schematu prezentowania własnej osoby, ukazywania, kim się jest i porządkowania jej z tego punktu widzenia w historii literatury albo teorii literatury”19.

W latach 60. Szarota ogłaszała drukiem liczne przyczynki dotyczące roli Polski w literaturze epoki baroku, m.in. w piśmie „Neophilologus” ukazało się ważkie, choć objętościowo niewielkie studium Dichter des 17. Jahrhunderts über Polen (Opitz, Dach, Vondel, La Fontaine i Filicaia) (Poeci siedemnastowieczni o Polsce. Opitz...), a w publikacji zbiorowej artykuł w języku polskim pt. Piastowie w literaturze niemieckiej XVII wieku20. Artykuł ten pozwala na wgląd w kroniki, które dawały niemieckim autorom możliwość zasięgania informacji o historii Polski, a także Śląska. Szarota omawia tutaj dokładnie kroniki Joachima Cureusa (1532–1573) i Jacoba Schickfussa (1574–1636). Główne wydarzenia, na których koncentrują się omawiani autorzy, to rozejm zawarty w Sztumskiej Wsi między Polską a Szwecją w 1635 roku, nieoczekiwany wybór w 1669 roku Polaka Michała Korybuta Wiśniowieckiego na króla, jak również zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem w 1683 roku, do którego walnie przyczyniły się wojska polskie pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego. Wydarzenia te stały się tematem wielu utworów literackich, pisanych w różnych językach, które to utwory Szarota poddaje wnikliwej analizie.

W 1970 roku Elida Maria Szarota została poproszona o wygłoszenie jednego z głównych referatów na IV Międzynarodowym Kongresie Germanistów w Princeton. Tytuł jej referatu brzmiał: Gesellschaftssicht und Erkenntnishaltung in Barock und Manierismus (Obraz społeczeństwa i perspektywa poznawcza w baroku i manieryzmie). Dla literatury baroku jest charakterystyczne – wedle autorki – to, że podstawowe doświadczenie, które wstrząsnęło danym poetą, staje się punktem wyjścia w jego przedstawieniu, autor przy tym zachowuje otwartą, wyraźnie zaangażowaną postawę, co tłumaczy występujące w jego dziele nagłe zmiany, zwroty, metamorfozy i upadki. Poezja manierystyczna natomiast idzie – jak Balthasar Gracián – drogą od poznania do poznania, jej autorzy jedynie w zawoalowany sposób, bardzo dyskretnie, dają do zrozumienia, jakie jest ich stanowisko wobec spraw społecznych i problemów religijnych. Są przekonani, że „w samym języku drzemią tajemnice poznania; ton, dobór słów, gra językowa, gra słowem, homonimia, śmiałe metafory, etc. pozwalają je wydobyć”21.

Z badań nad problematyką manieryzmu wyrosło studium Szaroty pt. Deutsche Pastor-Fido-Übersetzungen und europäische Tradition22 (Niemieckie przekłady Il Pastor Fido a europejska tradycja). Szarota porównuje tu przekład Hofmanna von Hofmannswaldau z 1678 roku z przekładem Hansa Aßmanna barona von Abschatz z 1704 roku, czyniąc to jak zwykle z wielką starannością. Odstępstwa od oryginału w żadnym razie nie uznaje natychmiast za błąd, lecz uzależnia ich ocenę od tego, jaką jakość uzyskują w języku niemieckim. Hofmannswaldau lepiej – w jej przeświadczeniu – oddaje styl autora Il Pastor Fido, Battisty Guariniego (1538–1612), czego nie wychwytuje zazwyczaj już nasze ucho nawykłe do języka, odpowiadającego bardziej klasycyzującemu przekładowi Abschatza.

W 1976 roku ukazała się książka Szaroty pt. Geschichte, Politik und Gesellschaft im Drama des 17. Jahrhunderts (Historia, polityka i społeczeństwo w dramacie XVII wieku). Jedną z jej głównych tez jest stwierdzenie, że w szkolnym dramacie protestanckim należy upatrywać reakcji na dramat jezuicki. Leo Arminius Gryphiusa jest odpowiedzią na noszący ten sam tytuł dramat Josepha Simona. Gryphius pomija jednak problematykę sporu o obrazy, którą Simon umieszcza w planie głównym. Miejsce konfliktu wyznaniowego zajmuje polityczny. Jego Catherina von Georgien (Katarzyna z Gruzji) jest również odpowiedzią na dramat jezuicki. Szarota przywołuje tu przede wszystkim Nicolasa Caussina (1583–1651), którego sztuki łacińskie omówiła w pierwszej części książki poświęconej historii dramatu jezuickiego. Późniejsze tragedie Gryphiusa są natomiast słabiej powiązane z dramatem jezuickim, aczkolwiek opozycja ich autora do tego dramatu pozostaje niezmienna.

W kolejnych latach ukazała się wielka dwutomowa edycja prac Szaroty, której każdy tom jest złożony z trzech części, pt. Das Jesuitendrama. Eine Periochen-Edition (Dramat jezuicki. Edycja periochów). Mamy tutaj do czynienia z najokazalszym zbiorem tekstów, będących czymś w rodzaju programów teatralnych. Jednym z celów edytorki było udokumentowanie niesłychanego, masowego oddziaływania dramatu jezuickiego. We wprowadzeniu tłumaczy: „Dramat jezuicki wyrastał z ruchu literackiego, w którym uczestniczyły tysiące: organizatorzy i wykonawcy, ich rodziny, sąsiedzi i przyjaciele, dwór, arystokracja, ludzie wykształceni na widowni, liczni mieszczanie występujący w roli statystów w scenach masowych, bywało, że i wszyscy mieszkańcy danego miasta [...]. W przedstawieniu Hestery (1577) w Monachium, około 1700 osób w kostiumach «ruszyło pieszo, na udekorowanych wozach, konno, ulicami; a wśród tego tłumu olbrzymy, diabły, ludzie z głowami lwów, tygrysów, słoni z murzynami na grzbiecie, delfiny, wilki, kaci, liktorzy, czarownicy, janczarzy». Ferdynanda II, powracającego z koronacji na króla Czech, powitał w Grazu orszak aktorów występujących w dramacie jezuickim, «w którym to orszaku znajdowali się przedstawiciele wszystkich części świata, obok słoni, krabów morskich, archaniołów; do nich dołączyły wielkie wozy, z których młodzi wykonawcy wygłaszali mowy do rozentuzjazmowanego, pławiącego się w piękności tłumu». Przedstawienia z okazji świąt odbywały się zwykle na wolnym powietrzu [...]. Natomiast Godefridus Bullionius (1596), w którym udział wzięło 152 aktorów, wystawiony został w «Auli Gymnasii» przez «unnumera turba»”23.

Szarota dostrzega w dramacie jezuickim i praktyce jego wystawień zwiastuna współczesnych mass mediów24. Po pewnym czasie jezuici doszli do wniosku, że trzeba sporządzać do łacińskich sztuk programy, czyli periochy i rozdawać je publiczności. Podawały one w skrótowej formie treść poszczególnych sztuk, zawierały ważne łacińskie zdania przełożone na niemiecki, jak również objaśnienia materii i tematu przedstawienia. Szarota zebrała do swej publikacji ponad 600 takich periochów i opatrzyła je szczegółowymi, niejednokrotnie wielostronicowymi komentarzami. Często musiała niemieckie teksty objaśniać w odwołaniu do łacińskich, gdyż niemieckie bywały niezrozumiałe. Można odnieść wrażenie, że jezuici nie zawsze dobrze znali niemiecki. Wiele periochów wyszperała w bibliotekach i archiwach, publikując je po raz pierwszy, inne, już kiedyś drukowane, uwzględniła w zbiorze, z uwagi na to, że stały się trudno dostępne, a przede wszystkim – że były pozbawione komentarza. We wprowadzeniu Szarota dokonała na 100 stronicach przeglądu ponad dwustuletniej historii dramatu jezuickiego.

Choć byłem świadkiem powstawania tej pracy i niejeden komentarz omawiałem z autorką, do dziś nie pojmuję, skąd czerpała siłę do badania źródeł z tak wielu dziedzin europejskiej literatury, historii, włącznie z historią religii. Jestem przekonany, że żaden zespół nie pracowałby wydajniej. Należy przy tym podkreślić, że nie dysponowała ani żadną sekretarką, ani inną pomocą. Od 1975 roku była jednakże zwolniona z obligatoryjnych zadań profesorskich, takich jak wykłady, seminaria magisterskie czy wystawianie opinii. Osiągnąwszy 70. rok życia, przeszła na emeryturę, nie oszczędzając jednak w pracy ani siebie, ani innych.

Ostatnią książkę, poświęconą kobiecym postaciom scenicznym XVII wieku Szarota opublikowała, jak wspomniano, w 1987 roku. Już we wcześniejszych swych publikacjach wiele uwagi zwracała na postacie kobiece w utworach dramatycznych i prozatorskich. Nigdy jednak nie był to dla niej osobny temat. W książce chciała pokazać, że „kobieta od mniej więcej IV wieku stara się wieść własne życie”. Miała na myśli samodzielność różnie rozumianą przez poszczególne kobiety: „jako uwolnienie się od domu rodzinnego, od męża, w ogóle od więzów rodzinnych, jako nowa forma życia i nowe życiowe zadanie, jako walka z męską tyranią, jako odnajdywanie jej istoty w miłości i wielbieniu mężczyzny, albo też w tym, że kobieta, omotawszy mężczyznę, sprawuje nad nim rządy. Interesujące, a nawet intrygujące jest śledzenie wolno zarysowującej się drogi rozwoju od prymitywnego dziewczęcia, podporządkowanego mężczyźnie (ojcu, bratu, mężowi), do samodzielnej kobiety, świadomej swej odpowiedzialności. Pytanie: Kim jestem? Zależę od mężczyzny, czy chcę mu się wymknąć? – stawiają sobie młode dziewczyny wciąż i wciąż”. Pragnienie wybicia się na samodzielność i dysponowania sobą jest u występujących w książce Szaroty dziewcząt bardzo silne: towarzyszy Juliet, Duchess of Malfi, bardzo młodej wdowie, Molierowskim dziewczętom i kobietom, Agnès, Isabelle i Dorimène. „To pragnienie kobiet jest zakorzenione ponad wszelką wątpliwość w ich desir, ma podstawy w ich seksualności i dojrzewa jak owoc z kwiatu. Wtedy jednak, gdy ów punkt szczytowy zostaje w życiu młodej dziewczyny osiągnięty, dochodzi do kolejnego kroku w jej usamodzielnieniu: kobieta rozpoczyna aktywne życie, czy to w rodzinie, czy to w społeczeństwie”25.

Szarota przygląda się uważnie postaciom kobiecym w dramatach europejskich (Szekspir, Calderòn, Lope de Vega, Vondel, Racine, Corneille, Molier, Rotrou, Lohenstein), przyporządkowując je obranym tematom: kobieta, będąca córką, zbuntowana przeciw własnemu ojcu w Romeo i Julii, kochająca córka w Iphigénie Racinea i nienawidząca w szekspirowskim Królu Lirze. Jako krygująca się i ambitna, w roli damy dworu, aktorki, zielarki, mamki, opozycjonistki, żądnej władzy, heroiny itp. W poszczególnych analizach Szarota rozważa różne aspekty, przy czym nie brakuje odniesień do innych dzieł. Książkę swą Szarota pisała niezależnie od powstającej w tym czasie literatury feministycznej. Następstwem tego jest pomijanie jej publikacji w badaniach feministycznych.

Analizy Szaroty wyróżniają się tym, że zauważała w interpretowanych przez siebie utworach reakcję na aktualną sytuację historyczną. Podziwu jest godne, z jakim uporem starała się dotrzeć do różnych źródeł. Trzeba zdać sobie sprawę, że każdy wyjazd za granicę wiązał się z wieloma organizacyjnymi problemami. Nigdy nie można było być pewnym, czy się otrzyma paszport, i zawsze należało rozważyć, skąd weźmie się dewizy. Aby je zdobyć, Szarota przełożyła na niemiecki trzy książki Adama Schaffa dla wiedeńskiego wydawnictwa Europa26. Fatalny styl tego autora sprawiał jej kłopoty w tłumaczeniu. Wolała tłumaczyć Stendhala czy Parandowskiego27. Za przekład Francuza otrzymała tylko marki NRD-owskie, a za przekład klasycznie piszącego Polaka w wydawnictwie Christiana28 na wysokie honorarium nie było co liczyć. A jednak dostawała coraz więcej zleceń na przekłady. Pomocne było niewątpliwie uznanie międzynarodowe, jakiego doświadczała. W 1970 roku weszła z wyboru w skład Zarządu Międzynarodowego Stowarzyszenia Germanistów. W 1981 roku uhonorowano ją również prestiżową nagrodą Johanna Gottfrieda Herdera, o czym już wspominaliśmy. W 1986 roku przeniosła się na stałe z Warszawy do Wolfenbüttel, gdzie w roku 1994 zmarła. Urna z jej prochami została przewieziona do Polski i złożona w rodzinnym grobie w Otwocku pod Warszawą.

* * *

Szarota lubiła być wożona samochodem, napić się dobrego wina i zasmakować dobrego jadła. Miała w sobie coś z arystokratki, ale była zarazem przywiązana do idei demokratycznych. Było to najbardziej widoczne, gdy należało rozwiązywać jakieś zawiłe studenckie problemy. Cieszyła się z uznania, była poliglotką i chętnie posługiwała się w rozmowach wieloma językami. Krótko mówiąc – była to kobieta, która się wyróżniała. Była również nieobliczalna. Teraz, po czasie, każdy może powiedzieć, że tak jest w wypadku wielkich, silnych osobowości. Szkoda, że Szarota tak późno rozpoczęła karierę naukową; wcześniej nie było jej dane – ludzie myślący samodzielnie nie byli w realnym socjalizmie wspierani, dlatego też nie udało się jej zbudować na warszawskiej uczelni europejskiej komparatystyki XVII i początku XVIII wieku, gdyż w gruncie rzeczy to był zakres i przedmiot jej badań29.

SECT-ID LINK

1Manuskrypt Sechzig Jahre erlebter Zeitgeschichte (1930–1990) ze spuścizny Szaroty w Deutsches Literaturarchiv Marbach, s. 49. Manuskrypt został sporządzony w jęz. niemieckim.

2Dysertacja pod tytułem: Studien zu Gautier de Coincy, Limburg a.d. Lahn 1934.

3H. Gumnior, R. Ringguth, Max Horkheimer, Reinbek b. Hamburg 1988, s. 54.

4W 2008 roku wyszły w Monachium jej dramaty: Josef, Minus x Minus = Plus!, Zeitungsnotizen, red. Agnes Trapp.

5Umarła trzy lata później w Szwajcarii.

6E.M. Szarota, Lessings Laokoon. Eine Kampfschrift für eine realistische Kunst und Poesie, Weimar 1959, s. 62.

7Ibidem, s. 237.

8„Études Germaniques” 1959, 14, s. 106–127.

9E. M. Szarota, Poglądy estetyczne Harrisa, „Estetyka” 1963, 4, s. 139–156 oraz eadem, James Harris. Die Bedeutung seiner «ttree Treatises», „Wissenschaftliche Zeitschrift der ErnstMoritz-Universität Greifswald” 1963, R. XII, „Gesellschafts- und Sprachwissenschaftliche Reihe”, z. 3 (wersja polska jest obszerniejsza od niemieckiej).

10Eadem, Poglądy estetyczne Harrisa, op. cit., s. 140.

11H.-G. Dalheim, Schillers Demetrius als klassische Tragödie, „Weimarer Beiträge” 1955, z. 1–3, s. 22–86.

12E. M. Szarota, Zur moderner Interpretation Eichendorffscher Lyrik. Joseph von Eichendorff zum 180 Geburtstag, „Kwartalnik Neofilologiczny” 1968, nr 4, s. 373. W przypadku Adorna chodzi o esej Zum Gedächtnis Eichendorffs, [w:] Th.W. Adorno, Noten zur Literatur I, Frankfurt a. M. 1963, s. 105–143, zwłaszcza s. 130–133, na których omawia wiersz Sehnsucht (Tęsknota). Polski przekład w: W. Adorno, O literaturze. Wybór esejów, Warszawa 2005, s. 94–125.

13E. M. Szarota, Zur modernen Interpretation..., op. cit., s. 376.

14Ibidem, s. 165.

15Ibidem, s. 166 i nast.

16E. M. Szarota, Die gelehrte Welt des 17. Jahrhunderts über Polen. Zeitgenössische Texte, WienMünchen-Zürich 1972.

17Chodzi o osobistego lekarza króla Jana Sobieskiego.

18Szarota wymienia m.in.: A. Adama, Historie de la Litterérature ou XVII siècle, t. IV, Paris 1958; podstawowe dzieło Georga Mischa o autobiografii (G. Misch, Geschichte der Autobiographie, IV t.); idem, Die Autobiographie der französischen Aristokratie des 17. Jahrhunderts, „Deutsche Vierteljahrsschrift für Literaturwissenschaft und Geistesgeschichte” 1923, s. 172–213; F. Neuberta, Zur Problematik der französischen Memoiren, [w:] Französische Literaturprobleme, Berlin 1962.

19E. M. Szarota, Memoiren, Gesandschafsberichte und Tagebücher des 17. Jahrhunderts, „Kwartalnik Neofilologiczny” 1971, nr 15, z. 3, s. 253.

20Eadem, Piastowie w literaturze niemieckiej XVII wieku, [w:] Europejskie związki literatury polskiej, Warszawa 1969, s. 155–186.

21Dichtung, Sprache, Gesellschaft, red. V. Lange, H.-G. Roloff, Frankfurt a. M. 1972, s. 135 i nast.

22Europäische Tradition und deutscher Literaturbarock, red. G. Hoffmeister, Bern-München 1973, s. 297–320.

23Ibidem, t. I, s. 7.

24Pisała o tym już w artykule Das Jesuitendrama als Vorläufer der modernen Massenmedien, „Daphnis. Zeitschrift für mittlere deutsche Literatur” 1975, z. 2, s. 129–143.

25E. M. Szarota, Stärke, dein Name sei Weib. Bühnenfiguren des 17. Jahrhunderts, Berlin-New York 1987, s. 1 i nast.

26A. Schaff, Sprache und Erkenntnis, Wien 1964 (tytuł oryginalny: Język a poznanie); idem, Essays über die Philosophie der Sprache, Frankfurt a. M.-Wien 1968 (tytuł oryginalny: Szkice z filozofii języka); idem, Geschichte und Wahrheit, Wien 1970 (tytuł oryginalny: Historia i prawda).

27W NRD przełożyła z francuskiego Stendhala, Novellen und Skizzen, Berlin (Ost) 1959 (wybór według wydania Plejade, t. XIII) i z polskiego J. Parandowskiego, Mittelmeerstunde, Berlin (Ost) 1960 (tytuł oryginału: Godzina śródziemnomorska).

28J. Pazowski, Die Sonnenuhr, Bonn 1965 (tytuł oryginału: Zegar słoneczny).

29Pełna bibliografia publikacji Szaroty obejmująca okres do 1982 roku jest zamieszczona w księdze pamiątkowej: Theatrum Europaeum, red. R. Brinkmann i inni, München 1982, s. 644–648. Patrz również: słowo pośmiertne Wilhelma Kühlmanna, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z 4 II 1994.

Władysław Ludwik Szenajch

Urodzony 13 V 1879 w Warszawie. Studia medyczne na Cesarskim UW. Wykładowca Towarzystwa Kursów Naukowych i Wolnej Wszechnicy Polskiej. Doktorat i habilitacja na UW (1922), profesor (1929). W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania.

Lekarz pediatra; organizator służby zdrowia w okresie międzywojennym; propagował pediatrię społeczno-zapobiegawczą.
Wieloletni ordynator i lekarz naczelny Szpitala Anny Marii w Łodzi, a następnie dyrektor i lekarz naczelny Szpitala im. Karola i Marii w Warszawie.
Członek m.in. TNW (1946), Towarzystwa Lekarskiego, założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Szpitalnictwa. Wiceprezes Międzynarodowego Towarzystwa Szpitalnictwa (1921–1939).
Założył i współredagował pismo „Pediatria Polska”.
Zmarł 23 X 1964 w Warszawie.

Rady dla matek: o karmieniu i pielęgnowaniu niemowląt, Warszawa 1916; Zasady organizacji opieki nad dziećmi, Warszawa 1917; Myśli lekarza, Warszawa 1958; Trzy pielęgniarki: Florencja Nightingale, Katarzyna Bakunina, Zofia Szlenkierówna, Warszawa 1959; Główne etapy rozwoju pediatrii, Warszawa 1965.

Bogdanowicz J., 50 lat pracy lekarskiej prof. dr med. Władysława Szenajcha, „Pediatria Polska” 1953, nr 10; Z. Lejmbach, Władysław Szenajch, życie i praca. Warszawa 1976.

MARIA DOROTA SCHMIDT-POSPUŁA

WŁADYSŁAW LUDWIK SZENAJCH

1879–1964

 

Władysław Ludwik Szenajch urodził się 13 maja 1879 roku w Warszawie (według niektórych źródeł 3 maja) w spolonizowanej w połowie XIX wieku rodzinie niemieckich osadników wyznania ewangelicko-reformowanego. Rodzice jego byli właścicielami niewielkiego, kilkumorgowego gospodarstwa warzywno-owocowego i wiatraka na rogatkach Warszawy, na Woli, przy tzw. „czarnej drodze” (wysypanej wówczas miałem węglowym, obecnej ulicy gen. Józefa Bema). Ojciec, Edward Schoenaich (1830–1879), zmarł dwa tygodnie przed narodzeniem syna Władysława (niektóre źródła podają, że zmarł, gdy syn miał kilka miesięcy). Po śmierci męża na matkę, Emilię z Wanków (1836–1925), spadł trudny i wielce odpowiedzialny ciężar, obowiązek wychowywania siedmiorga dzieci. Władysław jako najmłodszy w rodzinie wychowywał się z siostrami, które poświęcały mu wiele czasu, pomagały matce w opiece i gospodarstwie.

Władysław Szenajch rozpoczął edukację w 1887 roku w Szkole Rzemiosł Jerzego Kühna założonej w 1879 roku, ale ponieważ nie wykazywał szczególnego zainteresowania tego typu przedmiotami, matka, po rozmowie z dyrektorem szkoły (który wyraził się o chłopcu bardzo pozytywnie, mówiąc, że „winien zostać ministrem, a nie rzemieślnikiem”), zmuszona była po roku przenieść go do VI gimnazjum ewangelickiego, z nauczaniem w języku rosyjskim, mieszczącego się wówczas na Krakowskim Przedmieściu. Była to jedna z trudniejszych szkół w Warszawie, czego dowodem była niewielka liczba uczniów, którzy kończyli ósmą klasę. Uczył się początkowo przeciętnie, ale w starszych klasach było już dużo lepiej. Interesował się szczególnie łaciną, greką i historią, której uczył się głównie sam. Kochał zwłaszcza historię, co zaowocowało w latach późniejszych zainteresowaniem historią medycyny. W roku 1893 uzyskał maturę i w tymże roku zapisał się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego, wówczas Cesarskiego, z wykładowym językiem rosyjskim.

Będąc studentem medycyny wiele czasu poświęcał na naukę przedmiotów podstawowych, ale szczególnie interesowała go filozofia, którą wykładał prof. Henryk Struve (1840–1912), znany filozof, etyk i erudyta o szerokich zainteresowaniach; wywarł on wielki wpływ na młodym słuchaczu. Szenajch przez cztery lata uczęszczał na spotkania miłośników filozofii, organizowane w mieszkaniu profesora. Rozbudziło to w nim zamiłowanie do problemów filozofii i etyki, znalazło też odbicie w późniejszych jego pracach i działalności na polu filozofii i etyki medycznej. Szczególnie zapadło mu w pamięci spotkanie z Henrykiem Sienkiewiczem, który na prośbę Struvego czytał fragmenty swojej powieści Krzyżacy. W listopadzie 1903 roku Szenajch wstąpił w związek małżeński z Eugenią Pianko, córką budowniczego.

Już pod koniec studiów zainteresował się pediatrią i jeszcze przed ukończeniem nauki, w marcu 1903 roku, rozpoczął pracę jako wolontariusz w Domu Wychowawczym im. ks. Baudoina, kierowanym wówczas przez warszawskiego pediatrę Ludwika Andersa (1854–1920). W roku 1917 odłączony administracyjnie od szpitala, nieprzerwanie działa do dnia dzisiejszego przy ulicy Nowogrodzkiej 75 pod nazwą Domu Dziecka nr 15 im. ks. G.P. Baudouina.

Nabrawszy nieco praktyki lekarskiej, w 1904 roku Szenajch został tzw. nadetatowym asystentem Oddziału Wewnętrznego Szpitala Dzieciątka Jezus. W marcu 1905 roku wyjechał na półroczny staż do Berlina, do klinik i pracowni niemieckich profesorów Ludwiga Briegera i Izydora Zabłudowskiego oraz uczestniczył w kursie pediatrycznym u prof. Ottona Heubnera. Uczestniczył też równocześnie w zjazdach naukowych i posiedzeniach. Owocem zagranicznego pobytu była pierwsza praca doświadczalna nad przemianą wodną Refraktometryczne badania surowicy krwi (1906).

Po powrocie do kraju, na zaproszenie Józefa Brudzińskiego, wówczas naczelnego lekarza nowo powstałego szpitala dla dzieci w Łodzi, objął Szenajch w lipcu 1906 roku posadę lekarza na oddziale zakaźnym i lekarza ambulatoryjnego. Łódź miała wówczas największy w Polsce wskaźnik umieralności dzieci i żadnego stacjonarnego zakładu pediatrycznego. Dzięki ofiarności zamożnych fabrykantów łódzkich, szczególnie Edwarda i Matyldy Herbstów, którzy ofiarowali 200 tysięcy rubli w złocie oraz teren 4 mórg pod budowę szpitala dla dzieci, powstał szpital-pomnik pamięci ich nagle zmarłej, ukochanej 9-letniej córki Anny Marii, z zastrzeżeniem, że placówka będzie nosiła właśnie jej imię. 3 listopada 1905 roku do Szpitala Anny Marii zostali przyjęci pierwsi mali pacjenci. Stał się on wzorcową placówką dla szpitali polskich i europejskich. Według pierwotnych ustaleń szpital miał za zadanie leczyć dzieci z najbiedniejszych, chrześcijańskich rodzin, na co nie zgodził się Brudziński, zmieniając w statucie zapis na „szpital powszechny dla wszystkich chorych dzieci bez względu na stan majątkowy i wyznanie rodziców oraz narodowość”.

Po wyjeździe Brudzińskiego do Warszawy Szenajch na początku lipca 1910 roku objął stanowisko lekarza naczelnego i ordynatora oddziału wewnętrznego w Szpitalu Anny Marii. Rozpoczął wówczas całkowicie samodzielną pracę kliniczną i naukową. Pierwsze cenne prace naukowe Szenajcha z tego okresu dotyczyły chorób zakaźnych i występujących w nich powikłań: O zapaleniu nerek w przebiegu płonicy (1907) i O analogii w czasie występowania zapalenia płoniczego gruczołów i nerek (1909). W roku 1910 udał się powtórnie za granicę w celu bliższego zapoznania się z organizacją i prowadzeniem oddziałów dziecięcych. Odwiedził wówczas ośrodki w Budapeszcie, Berlinie, Wiedniu, Kolonii i Monachium. W Düsseldorfie zwiedził klinikę Arthura Schlossmana, gdzie w czasie specjalistycznego kursu dotyczącego schorzeń niemowląt zaznajomił się z organizacją opieki nad dziećmi z Zagłębia Ruhry.

Po powrocie do Łodzi zajął się powiększaniem liczby łóżek w Szpitalu Anny Marii; doprowadził do zwiększenia ich o 40 – aż do 120. Ponadto zorganizował i uruchomił pierwszy w Królestwie Polskim oddział dla niemowląt oraz – co było szczególnie ważne – odizolował dzieci chore na gruźlicę, wydzielając dla nich osobną salę szpitalną. Wiedząc, jak cenną i wielce pożyteczną pracę wykonują pielęgniarki, zorganizował dla nich specjalistyczne kursy szkoleniowe. Był poza tym lekarzem w fabryce włókienniczej Henryka Grohmana, w Domu Sierot i lekarzem szkolnym. Pełnił też wiele funkcji społecznych, z których na uwagę zasługuje działalność w zarządzie Towarzystwa „Kropli Mleka”, Towarzystwa Opieki nad Dziećmi i praca w Przychodni Przeciwgruźliczej, która była pierwszą taką placówką na ziemiach polskich. Działał także czynnie w Towarzystwie Lekarskim, gdzie od 1911 roku piastował funkcję przewodniczącego jego Sekcji Pediatrycznej.

W 1913 roku, na prośbę Józefa Brudzińskiego i Zofii Szlenkierówny, Szenajch wyjechał z Łodzi do Warszawy, by objąć stanowisko ordynatora i pomocnika lekarza naczelnego (był nim wówczas Józef Brudziński) i wspólnie ze swoim przyjacielem podjąć kolejne wyzwanie dla dobra chorych dzieci. Szlenkierówna była córką zamożnych ewangelickich przemysłowców, a przede wszystkim fundatorką dużego szpitala dziecięcego na Woli. Szpital jako instytucja miejska, finansowany był przez fundację im Karola i Marii Szlenkierów, ale kierowany przez ich córkę – Zofię. Sukcesorem szpitala Karola i Marii jest dziś szpital przy ul. Działdowskiej. Władysławowi Szenajchowi, znakomitemu pediatrze, i Zofii Szlenkierównie, wykształconej pielęgniarce i stałej kuratorce, placówka ta zawdzięczała wysoki poziom lekarsko-pielęgniarski i etyczno-społeczny. Tu po raz pierwszy w Polsce utworzono etat pielęgniarki społecznej.

Po wybuchu I wojny światowej Szenajch powołany został w styczniu 1915 roku na stanowisko lekarza naczelnego Sekcji Sanitarnej, zajmującej się organizacją służby zdrowia na terenie Warszawy. Gdy do stolicy wtargnęły wojska pruskie, z pobudek patriotycznych zmienił swoje nazwisko, zamieniając niemiecką pisownię Schoenaich na polską Szenajch, nie chcąc, aby niemieckie władze uważały go za Niemca.

Pod okupacją niemiecką, od 1916 roku Szenajch był członkiem Zarządu Rady Głównej Opiekuńczej (RGO), powstałej w miejsce Komitetu Obywatelskiego, i lekarzem naczelnym Wydziału Opieki nad Dziećmi. Jako delegat Rady wyjechał w 1917 roku do Niemiec i Austrii, aby zapoznać się z pracą i organizacją opieki nad dziećmi w czasie trwania działań wojennych. W tym samym roku wydał osobną pozycję książkową Zasady organizacji opieki nad dziećmi, która była podręcznikiem dla uczestników kursów dla lekarzy powiatowych; zanalizował w niej przyczyny wysokiej śmiertelności dzieci na terenie Królestwa Polskiego podczas wojny i poziom opieki nad dziećmi oraz przedstawił problemy lekarza, pielęgniarki i pedagoga wobec dzieci specjalnej troski.

W rok później Szenajch został powołany na stanowisko referenta do spraw higieny społecznej dziecka, a po przekształceniu referatu w wydział został naczelnikiem Wydziału Opieki Państwowej nad Dzieckiem i Matką w Ministerstwie Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej i Ochrony Pracy. Od 3 listopada 1918 roku z ramienia Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej tworzył – już w niepodległej Polsce – nowe polskie urzędy zdrowia społecznego, przejmując instytucje sanitarne z rąk okupantów niemieckich i austriackich. Efektem pracy było wydanie publikacji Zadania wydziału opieki państwowej nad dzieckiem i matką (1918). W styczniu 1919 roku, gdy w gabinecie Ignacego Paderewskiego ministrem zdrowia został dr Tomasz Janiszewski, Szenajch został powołany na stanowisko dyrektora Departamentu Opieki nad Dziećmi i Młodzieżą.

Oprócz szeroko pojętej działalności lekarskiej i społecznej Władysław Szenajch prowadził zajęcia dydaktyczne. W roku 1917 wykładał higienę społeczną dziecka na kursach zorganizowanych dla lekarzy powiatowych, miał też cykl wykładów z dziedziny opieki nad dzieckiem w Towarzystwie Kursów Naukowych. W Wolnej Wszechnicy Polskiej wykładał w latach 1918–1920 zagadnienia opieki nad dziećmi i higienę społeczną dziecka.

Po śmierci doktora Andersa w 1920 roku Szenajch objął stanowisko prezesa Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego i zainicjował wydawanie jego organu – „Pediatrii Polskiej”, które do 1933 roku redagował wspólnie z Mieczysławem Michałowiczem. Rola Szenajcha w Towarzystwie była wyjątkowa: był autorem prawie wszystkich ważniejszych poczynań naukowych i społecznych, za co też nadano mu w 1952 roku tytuł członka honorowego. Na terenie Szpitala Karola i Marii zorganizował I Krajowy Zjazd Pediatrów Polskich.

W 1921 roku Władysław Szenajch został lekarzem naczelnym Szpitala Karola i Marii i wspólnie z Julianem Kramsztykiem opracował memoriał, który stał się podstawą artykułu 103 Ustawy Konstytucyjnej z 1921 roku, dotyczącego opieki nad macierzyństwem, dziećmi i młodzieżą. W 1922 roku otrzymał stopień doktora wszech nauk lekarskich, a równocześnie przedłożył Wydziałowi Lekarskiemu Uniwersytetu Warszawskiego rozprawę habilitacyjną Refraktometryczne badanie surowicy krwi. W tym czasie otrzymał nominację na dyrektora Szpitala im. Karola i Marii.

Mając duże doświadczenie i będąc wybitnym specjalistą w zakresie zagadnień szpitalnictwa, Szenajch czynnie działał w Polskim Towarzystwie Szpitalnictwa, w którym od 1929 do 1936 roku pełnił funkcję wiceprezesa, a następnie do 1939 – prezesa. W 1938 roku przyznano mu status członka honorowego, a w latach 1921–1939 pełnił funkcję wiceprezesa Międzynarodowego Towarzystwa Szpitalnictwa. Od początku lat 20. był członkiem zarządu Izby Lekarskiej Warszawsko-Białostockiej oraz Naczelnej Izby Lekarskiej.

W 1929 roku senat Uniwersytetu Warszawskiego nadał mu godność profesora tytularnego, uprawniający m.in. do prowadzenia wykładów uniwersyteckich.

Po wybuchu II wojny światowej Szenajch wraz z grupą swoich współpracowników zamieszkał na terenie Szpitala im. Karola i Marii, aby być razem ze swoimi małymi podopiecznymi i czuwać nad ich bezpieczeństwem. Zawsze spokojny, opanowany i pogodny chciał zapewnić dzieciom w trudnym okresie oblężenia w miarę normalną egzystencję. Jednak po zdobyciu Warszawy przez wojska hitlerowskie, na rozkaz sanitarnych władz okupacyjnych, w styczniu 1940 roku został brutalnie usunięty najpierw ze stanowiska prezesa Izby Lekarskiej, a potem także ze wszystkich zajmowanych w tym czasie przez niego stanowisk, w tym lekarza naczelnego Szpitala im. Karola i Marii. Po aresztowaniu prof. Michałowicza zmuszony był ukrywać się. Jego pracę kontynuowali wykształceni przez niego uczniowie, a wśród nich na pierwszym miejscu Jan Bogdanowicz (1894–1967), późniejszy profesor pediatrii Uniwersytetu Warszawskiego.

Pozbawiony swego warsztatu pracy, Szenajch podjął działania konspiracyjne i rozpoczął nauczanie w Prywatnej Szkole Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego Jana Zaorskiego i na tajnym Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Ponieważ w czasie okupacji niemieckiej profesor nie miał prawa wstępu do szpitala, prowadził prywatną praktykę lekarską, poświęcając równocześnie dużo czasu sprawom naukowym. Używając pseudonimu Doktor Rafał Judym, sporo publikował, m.in. liczącą 71 stron Ideologię służby zdrowia oraz wychowanie i kształcenie lekarzy (jako powielony maszynopis stała się tematem do dyskusji na zebraniach organizacji niepodległościowych), Potrzeby budowlane współczesnej kliniki pediatrycznej – jako szkoły pediatrii klinicznej i profilaktycznejO zadaniach i etyce pielęgniarstwa. Dwie jego prace, wydane w 1946 roku, szczególnie zasługują na uwagę, gdyż były poświęcone pediatrii społecznej i wielkim kobietom-pielęgniarkom – Florencji Nightingale i Zofii Szlenkierównie – przedstawicielkom tak szanowanego i docenianego przez niego zawodu. Później rozszerzył tę publikację, dodając opis trzeciej znakomitej pielęgniarki w książce Trzy pielęgniarki: Florencja Nightingale, Katarzyna Bakunina, Zofia Szlenkierówna.

Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, Szenajch mieszkał w domu profesorskim przy ulicy Brzozowej na Starym Mieście i przez cały okres walk pomagał powstańcom, ludności cywilnej, zabezpieczając potrzeby medyczne poszkodowanym i chorym w punkcie opatrunkowym, mieszczącym się w sąsiednim domu. Po powstaniu, wysiedlony przeniósł się do Milanówka, ale i tu nie był bezczynny, sprawował bowiem troskliwą i fachową opiekę nad noworodkami z zakładu położniczego, przeniesionego tu Szpitala Dzieciątka Jezus. Stąd też dojeżdżał, z niemałymi trudnościami pokonując część drogi na piechotę, zatrzymując się na nocleg w podwarszawskich Skoroszach u znajomych, nierzadko zmęczony, w zabłoconych butach, ale zawsze w pełni humoru. Zaraz po wojnie objął kierownictwo Katedry Propedeutyki Pediatrii oraz w sytuacji braku pediatrów i dużej liczbie studentów zdecydował się złożyć wniosek do Rady Wydziału Lekarskiego o konieczności natychmiastowego powołania II Katedry i Kliniki Pediatrycznej; wniosek przyjęto ostatecznie w marcu 1947 roku. Jej kierownikiem z tytułem profesora zwyczajnego został Władysław Szenajch.

Po działaniach wojennych Szpital Karola i Marii przestał istnieć. O jego odbudowie, przynajmniej w krótkim czasie, nie było mowy. Warszawa była zburzona, przyznanie pomocy finansowej było nierealne. Dzięki swej zapobiegliwości Szenajch otrzymał na potrzeby placówki trzypiętrowy budynek byłej Ubezpieczalni Społecznej. Tu stworzył szpital liczący prawie 200 łóżek i przychodnię, salę wykładową na ponad 100 słuchaczy, pracownie, poradnie społeczno-zapobiegawcze, bibliotekę i czytelnię. Podczas uroczystego otwarcia szpitala i II Kliniki Pediatrycznej Szenajch powiedział: „Dziecko głodne powinno być nakarmione, chore – leczone, zbłąkane – nawrócone na właściwą drogę, sierota i dziecko opuszczone – wzięte pod opiekę i wspomagane” i przypominał słowa św. Franciszka, że „najpiękniejszymi rzeczami na świecie są kwiaty, gwiazdy i oczy dziecka”.

W tym też okresie rozpoczął wykłady z opieki społecznej na Wydziale Teologii Ewangelickiej na Uniwersytecie Warszawskim i dodatkowo w Studium Pedagogicznym na Wydziale Humanistycznym oraz z biologii w Instytucie Pedagogicznym ZNP. Ponownie zaczął pracować w izbach lekarskich: reaktywował w 1945 roku Warszawską Izbę Lekarską, w której objął funkcję prezesa oraz Naczelną Izbę Lekarską, z funkcją wiceprezesa.

We wrześniu 1959 roku prof. Szenajch przeszedł na emeryturę, nie zrezygnował jednak z pracy naukowej, nadal publikował, utrzymywał kontakt z uczelnią i warszawskimi klinikami pediatrycznymi, wciąż współpracował ze swoimi uczniami. Niestety, słabnące siły nie pozwalały na duży wysiłek myślowy i uniemożliwiały sprawne poruszanie się. Zmarł 23 października 1964 roku w swym mieszkaniu przy ulicy Koszykowej 37. Pozostawił grono oddanych mu uczniów, wśród których byli wspomniani Jan Bohdanowicz i Andrzej Jaczewski oraz Zofia Lejmbach i Barbara Zawirska-Roefler.

Był autorem aż 183 prac, w których poruszał tematy bezpośrednio dotyczące nie tylko klinicznej pediatrii, ale i pediatrii społecznej, szpitalnictwa dziecięcego, deontologii i krytyki lekarskiej. Wydawał też wiele prac popularno-naukowych i publicystycznych.

Profesor Szenajch był człowiekiem skromnym i wyjątkowo sympatycznym, żywym, ruchliwym i wiecznie uśmiechniętym, z bogatą gestykulacją, piękną formą wysławiania się i wspaniałą dykcją. Mówił piękną polszczyzną, każdy wykład był starannie przygotowany, zawsze wyraźnie zakończony podsumowaniem, puentą, korzystał z kartek, ale z nich nie czytał. Używał mnóstwa powiedzonek, formułek, porównań i anegdot. Na przykład pewnego razu na wykładzie ustawił na pulpicie gąsior pełen mleka i słój cukru i oznajmił studentom: „Jeżeli ktoś z was chciałby zjeść proporcjonalnie do wagi ciała tyle, ile niemowlę w ciągu doby, musiałby wypić ten gąsior mleka i zjeść ten słój cukru! Kto z was to potrafi?”. Był wielkim humanistą, myślicielem i filozofem, uczył i wychowywał zarazem. Znał kulturę antyczną, kochał polską literaturę, przytaczał cytaty z Żeromskiego, którego znał osobiście i cenił.

Kochał dwa miasta: Warszawę i Zakopane. Do Zakopanego przyjeżdżał dwa razy w roku, znał jego historię, folklor i wielu ludzi związanych z tym miastem, spotykał się z nimi w kawiarni, rozmawiał, żartował. Odwiedzał często stary cmentarz, przystawał, zdejmując czapkę, nad grobami Chałubińskiego i Sabały. Odwiedzał willę „Atmę” na Kasprusiach, oddając hołd wielkiemu muzykowi – Karolowi Szymanowskiemu.

W Warszawie chodził na wszystkie spektakle teatralne, w których grała Mieczysława Ćwiklińska – uwielbiał ją i nazywał „swoją Ćwikłą”.

Eugenia i Władysław Szenajchowie mieli dwoje dzieci. Córka Maria była śpiewaczką, jednak zarzuciła karierę po wyjeździe z mężem do Włoch. Syn Aleksander od najmłodszych lat uprawiał z zamiłowaniem sport, zwłaszcza lekkoatletykę i piłkę nożną. W latach 1923–1930 był jedenastokrotnym rekordzistą Polski w biegach na 100 i 200 metrów. Drugą jego pasją było dziennikarstwo sportowe i reportaż. Był oficerem Armii Krajowej, walczył w powstaniu warszawskim.

Nestor polskiej pediatrii, filozof medycyny, wybitny człowiek o wielkim sercu, zasłużony społecznik i organizator służby zdrowia w swoim ostatnim dziele Myśli lekarza napisał: „Prawdziwy lekarz stale pamięta, że jest przedstawicielem wolnej, pięknej, rozwijającej się nauki oraz człowiekiem, który wciela w życie głęboką etykę ludzką”. Tę maksymę można z łatwością uznać za motto całego jego życia zawodowego, społecznego i osobistego.

Współcześnie w dowód pamięci i uznania zasług prof. Władysława Szenajcha Prezydium Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie w 2011 roku podjęło uchwałę w sprawie ustanowienia nagrody jego imienia dla lekarzy, którzy uzyskali najlepsze wyniki z Egzaminu Państwowego Lekarskiego i Lekarsko-Dentystycznego.

Wybrana literatura

 

Bogdanowicz J., 50 lat pracy lekarskiej prof. dr med. Władysława Szenajcha, „Pediatria Polska” 1953, t. XXVIII, nr 10.

Bogdanowicz J., Myśli i wskazania etyczne w pismach Władysława Szenajcha, „Pediatria Polska” 1965, t. XL, nr 5.

Brzeziński T., Szenajch Władysław Ludwik (1879–1964), lekarz, pediatra, [w:] Słownik biograficzny polskich nauk medycznych XX wieku, red. Z. Podgórska-Klawe, Warszawa 1996.

Gołębiowska M., Historia Szpitala Anny Marii dla Dzieci w Łodzi, „Przegląd Pediatryczny” 2008, t. XXXVIII, nr 3.

Jachowicz R., Prof. dr n. med. Władysław Szenajch (1879–1964). Członek honorowy Polskiego Towarzystwa Szpitalnictwa, „Szpitalnictwo Polskie” 1979, t. XXIII, z. 1.

Janczarska D., Rymkiewicz-Kluczyńska B., Klinika Pediatrii i Endokrynologii. Dzieje I Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Warszawie (1809–2006), t. III, Lublin 2009.

Lejmbach Z., Władysław Szenajch – jako organizator i twórca pediatrii społecznej, „Pediatria Polska” 1965, t. LX, nr 5.

Lejmbach Z., Władysław Szenajch, życie i praca, Warszawa 1976.

Lejmbach Z., Szenajch Władysław Ludwik (1879–1964). Słownik biograficzny zasłużonych pediatrów, Warszawa 1985.

Lisowski W., Władysław Szenajch (1879–1964) – pionier pediatrii społecznej. Prekursorzy medycyny polskiej, t. II, Warszawa 2008.

Lisowski W., Jan Bogdanowicz (1894–1967) – sławny pediatra. Prekursorzy medycyny polskiej, t. II, Warszawa 2008.

Łoza S., Szenajch Władysław. Czy wiesz, kto to jest, Warszawa 1938.

Sroka S.T., Szenajch (do r. 1915 Schoeneich) Władysław Ludwik, [w:] PSB, t. XLVIII, Warszawa-Kraków 2012–2013.

Szenajch W., Myśli lekarza, Warszawa 1965.

Szenajch W., Przysięga i przykazanie Hipokratesowe, Warszawa 1931.

Szenajch W., Szpital im. Karola i Marii dla dzieci: budowa, organizacja, działalność: pierwsze dziesięciolecie szpitala 1913–1923, Warszawa 1926.

Szenajch W., Szpital im. Karola i Marii dla dzieci: drugie dziesięciolecie szpitala 1924–1934, Warszawa 1937.

Śródka A., Władysław Szenajch (13 V 1879–23 X 1964), [w:] Album lekarzy i farmaceutów polskich, „Archiwum Historii i Filozofii Medycyny” 1989, t. LII, z. 4.

Śródka A., Szenajch Władysław Ludwik pseud. Rafał Judym, Uczeni Polscy XIX-XX stulecia, t. IV, Warszawa 1998.

Wryk R., Szenajch Aleksander (do 191r. Schoeneich) Aleksander, pseud. Roman (1904–1987), [w:] PSB, t. XLVIII, Warszawa-Kraków 2012–2013.

Zalewski T., W druga rocznicę śmierci prof. W. Szenajcha. Wspomnienie z lat studenckich, „Służba Zdrowia” 1966, t. XLV.

Władysław Szenajch, „Rocznik Towarzystwa Naukowego Warszawskiego” 1946, t. XXXIX.

Zofia Szmydtowa

Urodzona 21 IV 1893 w Petersburgu. Studia na UJ (1911–1914), na UW (1916–1917), doktorat na UJ (1917), wykładowca na UW (1926), habilitacja tamże (1933), profesor (1954).

Historyk literatury, komparatystka; badania nad literaturą renesansu i romantyzmu na szerokim tle porównawczym.
Członkini TNW, Komitetu Nauk o Literaturze PAN, Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza.
Redaktor naczelna „Rocznika Literackiego” (od 1934).
Zmarła 3 III 1977 w Warszawie.

O misteriach Cypriana Norwida, Warszawa 1932; Słowacki – Cervantes. Związki i analogie, Kraków 1950; Cervantes, Warszawa 1955; Mickiewicz jako tłumacz z literatur zachodnioeuropejskich, Warszawa 1955; Ariostyczna droga Słowackiego, Warszawa 1959; Rousseau – Mickiewicz i inne studia, Warszawa 1961; Poeci i poetyka, Warszawa 1964; O Erazmie i Reju, Warszawa 1972; W kręgu renesansu i romantyzmu: studia porównawcze z literatury polskiej i obcej, Warszawa 1979.

J. Pelc, O Zofii Szmydtowej wspomnienie, „Przegląd Humanistyczny” 1977, nr 5, s. 150; Z. Libera, Zofia Szmydtowa jako komparatystka, [w:] idem, Uczeni i nauczyciele, Warszawa 1995, s. 71–72; A. Lam, Zofia Szmydtowa jako redaktorka Rocznika Literackiego, [w:] idem, Poznać to, co mówimy. Prace filologiczne i wspomnienia, Warszawa 2009, s. 186.

EWA SZCZĘSNA

ZOFIA SZMYDTOWA

1893–1977

 

Przed kilku laty, kiedy, spiesząc na spotkanie członków Komitetu Głównego Olimpiady Literatury i Języka Polskiego w gmachu Polskiej Akademii Nauk, zatrzymałam się przed jedną z tablic, zatytułowaną Zofia Szmydtowa, wystawy poświęconej wybitnym polskim uczonym, z fotografii spojrzała na mnie osoba o pełnym głębokiego namysłu, życzliwym, szczerym, prostolinijnym i wyrozumiałym wejrzeniu, emanująca jakimś wewnętrznym spokojem, jaki osiągają ci, którzy mają sprawdzoną pewność słuszności celu, do którego dążą, powszechnego pożytku zadań, które realizują. Lekko zaokrąglona twarz i gładko zaczesane włosy (ten sam kształt fryzury utrzymywany przez wiele lat) potwierdzały odczucie łagodności, spokoju, skromności, a jednocześnie stałości poglądów i zasad. Było to jednocześnie spojrzenie uczonej należącej do pokolenia wybitnych badaczy (by wspomnieć tu Witolda Doroszewskiego, Juliana Krzyżanowskiego, Wacława Borowego), którzy poczynając od okresu międzywojennego przez czas okupacji hitlerowskiej aż do lat 70. XX wieku kształtowali wyraziste oblicze polonistyki warszawskiej. Było to spojrzenie wybitnego literaturoznawcy, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktora „Rocznika Literackiego”, a wreszcie autorki nieprzeciętnych prac na temat polskiej literatury okresu renesansu i romantyzmu badanej w kontekście literatury europejskiej.

Szmydtowa była uczoną o formacie europejskim; nie zamykała się ani w jednej określonej epoce, ani w twórczości jednego narodu. Interesowali ją wybitni pisarze europejscy – zarówno polscy, jak i obcy, sytuowała twórczość tych pierwszych w kontekście twórczości tych drugich, przeprowadzała porównania, konfrontowała dzieła, pokazując wzajemne związki, wpływy i paralele. Była przede wszystkim komparatystką i historykiem literatury, a przy tym badaczką, której analizy i ujęcia syntetyczne zmierzały do teoretycznoliterackich rozpoznań (była autorką prac o Poetyce Arystotelesa i Sarbiewskiego, autorką rozprawy Poetyka gawędy, zamieszczonej w tomie „Studia i portrety”).

Szmydtowa odebrała staranne wykształcenie filologiczne i filozoficzne. W latach 1911–1914 studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, m.in. pod kierunkiem Ignacego Chrzanowskiego i Stanisława Windakiewicza, a w latach 1916–1917 kontynuowała studia na UW. Doktoryzowała się w 1917 roku na UJ, broniąc (jeszcze pod panieńskim nazwiskiem – jako Zofia Gąsiorowska) rozprawy Służba narodowa w sprawie Andrzeja Towiańskiego; habilitację uzyskała w 1933 roku (na podstawie rozprawy O misteriach Cypriana Norwida) na UW (na ówczesnym Wydziale Historyczno-Filologicznym), gdzie w 1954 roku uzyskała też tytuł profesora nadzwyczajnego, a w 1959 roku została profesorem zwyczajnym. Bohaterami jej prac byli pisarze polscy, np.: Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Maciej Kazimierz Sarbiewski, Godebski, Adam Mickiewicz, Cyprian Kamil Norwid, Juliusz Słowacki, Ignacy Krasiński, Andrzej Towiański, Teofil Lenartowicz, Narcyza Żmichowska, Adam Asnyk, oraz obcy, np.: Homer, Platon, Arystoteles, Horacy, Owidiusz, Dante Alighieri, Jean Jacques Rousseau, Miguel de Cervantes, Erazm z Rotterdamu.

Jako badaczka była umysłowością ukierunkowaną komparatystycznie. Myślenie porównawcze, dialogowe zestawianie autorów – podejmowanej przez nich tematyki, wymowy ideowej dzieł, choć także, realizowanej formy artystycznej, wyznaczało charakterystyczną dla Szmydtowej metodologię badań. Metoda porównawcza pozwalała na konfrontowanie osobowości twórczych, badanie ich recepcji, sytuowanie polskich pisarzy w szerszym kontekście kultury europejskiej.

Komparatystyczny charakter mają: monografia Rousseau-Mickiewicz i inne studia (1961), w której utwory Mickiewicza są ukazywane przez pryzmat dzieł autora Nowej Heloizy, Umowy społecznejEmila; książka Mickiewicz jako tłumacz literatur zachodnioeuropejskich; ale także rozprawy o Słowackim (Słowacki – Cervantes. Związki i analogie czy Ariostyczna droga Słowackiego). Uczona rozpatrywała również związki między Erazmem z Rotterdamu i Mikołajem Rejem, a także Erazmem i Janem Kochanowskim (rozprawy: O Erazmie i Reju, Erazm z Rotterdamu a Kochanowski); analizowała stosunek Cypriana Norwida do wielkich twórców włoskiego odrodzenia (studium: Norwid wobec włoskiego Odrodzenia). Myślenie kontekstowe widoczne jest również w monografii Cervantes, której poświęciła wiele lat pracy (1955, kolejne wydania 1965, 1975), spotykając się z wielkim uznaniem w kraju i za granicą.

W centrum uwagi badawczej nad twórczością Cervantesa znalazł się oczywiście Don Kichot (choć uczona odniosła się też do innych utworów pisarza – zarówno lirycznych, jak i dramatycznych). Na podstawie analiz i interpretacji dzieł wielkiego hiszpańskiego autora na tle literatury renesansowej, Szmydtowa stworzyła sugestywny i przekonujący portret człowieka i pisarza – jako moralisty (krytyka społeczeństwa hiszpańskiego przełomu XVI i XVII wieku) oraz jako wybitnego twórcy, a przy tym realisty, który odkrywał wartość Hiszpanii w codziennym bytowaniu ludzi1. Ukazała też Cervantesa jako satyryka i humorystę, podkreślając wartość jego humoru jako tego, który „[ocala] wartości człowieka mimo jego zbłądzeń”2.

„Rozprawy Zofii Szmydtowej z dziedziny komparatystyki, dowód rozległej i głębokiej kultury humanistycznej, charakteryzują ich autorkę jako filologa rozmiłowanego szczególnie w literaturze greckiej i rzymskiej, i w kulturze włoskiego renesansu – pisał Zdzisław Libera. [...] W budowaniu paralel Szmydtowa skrupulatnie gromadzi dowody, wskazując na analogie, określa ich sens i znaczenie w literaturze, odwołuje się do cytatów często w języku oryginału, bada nie tylko podobieństwa motywów, ale przekonań i postaw. Trzymając rękę na pulsie współczesnej literatury naukowej, sięga do dzieł uczonych polskich i obcych, by potwierdzić lub poszerzyć własne spostrzeżenia uwagą innych”3.

Warto zaznaczyć, że Szmydtowa, jako osoba znająca kilka języków (francuski, hiszpański, angielski, niemiecki, rosyjski oraz grekę i łacinę), była w sposób szczególny predystynowana do uprawiania komparatystyki literackiej. Interesowały ją także zagadnienia przekładu, który postrzegała jako aktywność artystyczną. W pracach na ten temat (np. w rozprawach: Ad Pompeium o przekładzie ody Horacego dokonanym przez Norwida oraz Czynniki rodzime i obce w przekładzie literackim) ukazała rolę tłumacza jako odnowiciela języka artystycznego, twórcę wchodzącego w dialog z oryginałem i kulturą.

Doskonały warsztat analityczno-syntetyczny wzmocniony świadomością komparatystyczną wypracowała uczona nie tylko w toku prowadzonych prac badawczych, lecz także w trakcie wieloletniej praktyki dydaktycznej. Przez wiele lat (od 1926) była wykładowcą akademickim – wykształciła na Uniwersytecie kilka pokoleń polonistów (wielu spośród jej studentów było i jest do dziś profesorami nie tylko Wydziału Polonistyki UW, lecz także innych uczelni i instytutów badawczych w Polsce i poza jej granicami). W 1928 roku prowadziła kurs języka polskiego w Turynie; w czasie okupacji uczestniczyła w tajnym nauczaniu. Wreszcie, zanim podjęła pracę nauczyciela akademickiego, zdobyła doświadczenie jako nauczycielka języka polskiego w szkołach średnich.

Szmydtowa była również redaktorem naczelnym „Rocznika Literackiego”. W czasie wielu lat aktywności redakcyjnej, poczynając od 1934 roku, kiedy to przejęła pracę rozpoczętą przez Zygmunta Szweykowskiego, utrzymała wysoką rangę pisma. To, iż pismo, mimo przerw w pracach redakcyjnych (powojenna restytucja przypadła na 1955 rok; w latach 1958–1959 pismo było zawieszone), mimo tak ważkich przemian historycznych, które odcisnęły piętno na kształcie polskiej kultury, zachowało swój jednorodny styl, było niewątpliwie zasługą osobowości redaktorki. Gwarantem owej ciągłości były też osobowości naukowe stałych współpracowników: Krzyżanowskiego, Mieczysława Bahmera i Piotra Grzegorczyka. Współpracujący z nią blisko Andrzej Lam podkreśla, iż niegasnący entuzjazm oraz upór skryty za szczodrobliwością Szmydtowej gwarantowały ciągłość i niezmienność stylu przy zmieniającym się materiale literackim i naukowym. Jako redaktorkę pisma naukowego charakteryzowały ją: „doskonałe rozpoznanie sytuacji literackiej, umiejętność kontaktów z kapryśnymi nieraz autorami, szybkie tempo pracy, wytrwałość i systematyczność, zaskarbiające jej powszechny szacunek i autorytet”4.

Za znamienne należy uznać to, że uczona niezajmująca się naukowo literaturą współczesną potrafiła prowadzić pismo, w którym aktualnie ukazująca się literatura zajmowała tak ważne miejsce, a nurt historyczny i teoretyczny łączył się z krytyką literacką. Niezwykła mądrość Szmydtowej polegała na rezygnacji z wyznaczania ścisłych kryteriów ocen. Uwagę swą skupiała na zachowaniu stałego charakteru pisma i jego wysokiej rangi. Potrafiła umiejętnie dobierać współpracowników (by wspomnieć tu chociażby Pawła Hertza) i autorów. Wśród tych ostatnich znaleźli się wybitni literaturoznawcy, jak np. Kazimierz Wyka, Stefania Skwarczyńska, Zdzisław Libera, Jerzy Ziomek, Czesław Zgorzelski, Wiktor Gomulicki, Maria Renata Mayenowa, Henryk Markiewicz, Alina Witkowska czy Jan Trzynadlowski. Nie mniej znakomite nazwiska pojawiły się w gronie współpracujących z pismem krytyków literackich i znawców teatru. Wśród tych pierwszych znaleźli się m.in. Jan Błoński, Ryszard Matuszewski, Stefan Lichański, Henryk Bereza, a wśród tych drugich: Konstanty Puzyna, Jerzy Koenig, Janusz Degler, Wojciech Natanson.

„Jak pracowała w ostatnich latach Zofia Szmydtowa za stołem redakcyjnym, mieszczącym się w gabinecie Stefana Michalskiego, na drugim piętrze Państwowego Instytutu Wydawniczego? – pisze w swoim wspomnieniu Andrzej Lam. – Siadała na stałym miejscu, naprzeciw Pawła Hertza, po lewej ręce mając Michalskiego, po prawej piszącego te słowa. Wyjmowała z torebki liniowany zeszyt, w którym notowała skrupulatnie wszystko, co wynikało z redakcyjnych obrad: do kogo napisać list, do kogo zatelefonować, z kim umówić się na spotkanie. Miała wiele pilnych prac na warsztacie, ale nie spieszyła się nigdy. Zebrania redakcyjne były dla niej nie tylko pracą, także chwilami wytchnienia, miejscem towarzyskiego spotkania i okazją do porozmawiania o nowościach, których była zawsze ciekawa. Jej dar konwersacji, przeplatającej wytrawną erudycję i subtelność sądu z bezpośredniością i humorem, wyrażał się również w tym, że słuchając uważnie, co inni mają do powiedzenia, obserwowała w sposób niekrępujący mimikę rozmówcy i sposób formułowania myśli, czyniła jak gdyby ustawiczne studia charakterologiczne, wynikające z zainteresowania światem i ludźmi. Podchwytywała cenne powiedzonka i bawiła się nimi, umiała nawiązać kontakt od pierwszego słowa. Była w każdej sytuacji całą swoją bogatą osobowością – i równocześnie obok niej, spoglądając na konkrety jak na warianty wielkiego humanistycznego universum5.

Ci, którzy znali Szmydtową, nazywają ją „wielką damą nie tylko polonistyki warszawskiej, ale i polskiej humanistyki” (Andrzej Guzek). Według nich „biła z niej jakaś energia duchowa, emanowało przekonanie o potrzebie ustawicznej refleksji nad sztuką i literaturą jako nosicielami najwyższych wartości humanistycznych”6. We wspomnieniu o Szmydtowej Janusz Pelc napisał: „Uczona ciesząca się dużym uznaniem w kraju i za granicą, o czym świadczą recenzje jej prac, była człowiekiem bardzo skromnym, stroniącym od rozgłosu i zaszczytów, zawsze gotowym do przyjścia z pomocą swym kolegom, także tym, a ściślej przede wszystkim tym, którzy niegdyś byli jej uczniami, w ich kłopotach naukowych, pisarskich, zawsze gotowym do dyskusji, szczerej i bezpośredniej. Drzwi mieszkania prof. Zofii Szmydtowej przy ulicy Górnośląskiej w Warszawie stały zawsze otworem dla przyjaciół, uczniów, znajomych. W rozmowach, w dyskusjach, jakie się tu prowadziło, było coś, było nawet bardzo wiele z atmosfery sokratejskiej, z atmosfery dialogów Platona i kolokwiów Erazma z Rotterdamu. Zofia Szmydtowa była bowiem przede wszystkim znakomitą humanistką w najpełniejszym i najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa”7. Pelc charakteryzuje ją ponadto jako osobę uczynną, matczyną, koleżeńską, chętnie służącą radą i pomocą.

Niech potwierdzeniem tych słów będzie list, który znalazł się wśród pamiątek zaprezentowanych na wspomnianej wystawie. Chodzi mianowicie o list (datowany 24 II 1971), który Szmydtowa otrzymała od Lennarta Kjellberga z Uppsali. Oto nadawca, dziękując za nadesłaną odbitkę artykułu o Pochwale głupoty i wspominając wykład Szmydtowej o poetyce gawędy polskiej, zwracał się do adresatki z prośbą o pomoc przy rozpoznaniu miejsca w Warszawie, o które mogło chodzić Słowackiemu, gdy w Pogrzebie Kapitana Meyznera napisał: „Gdy leżał smętny w trumnie Karmelitów/ A trumna w chwili zmartwychwstalnej pękła”.

Umiejętność łączenia przez Szmydtową postawy dystansu z postawą zaangażowania znajduje wyraz w jej pracach badawczych, w których widoczne są z jednej strony dystans badawczy, umiejętność syntetyzowania i konfrontowania zjawisk literackich z drugiej zaś bardzo osobiste, często wręcz emocjonalne podejście do literatury i jej twórców. „Kiedy się czyta prace Zofii Szmydtowej, odnosi się wrażenie, że pisał je ktoś, dla kogo literatura piękna była sferą przeżyć bardzo osobistych – pisał Zdzisław Libera. Wydaje się, że większość utworów znała na pamięć, zdumiewa zdolność kojarzenia i łączenia ze sobą różnych motywów i wątków literackich, budzi podziw rozległość i wszechstronność zainteresowań, ujmuje emocjonalny stosunek do twórców, którym poświęcała wiele trudu badawczego, by okazać ich wielkość i pokazać rolę, jaką odegrali oni w dziejach duchowych ludzkości”8.

W wypowiedziach o niej powracają wielokrotnie głosy o wielkim formacie uczonej, ale także o jej pogodzie ducha, poczuciu humoru. We wspomnieniu Libery pojawia się uwaga, iż swoje wykłady Szmydtowa ożywiała dygresją i żartem. Z kolei w rozmowie telefonicznej Teresa Dobrzyńska (dziś profesor zwyczajny Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk) wspomina: „W pamięci utrwalił mi się zwłaszcza epizod z moich czasów studenckich, z wykładu, podczas którego prof. Szmydtowa analizowała Lament świętokrzyski. Z jaką klasą, dogłębną wiedzą wyjaśniała etymologiczne znaczenie wyrażenia, na które studenci poloniści do dziś często reagują rozbawieniem” (chodzi oczywiście o apostrofę „Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory” – gdzie podmiotowe „miłe i żądne maciory” to ‘potrzebujące, proszące matki’).

Postawa dystansu – także w stosunku do samej siebie – i poczucie humoru były widoczne w kontaktach z ludźmi, w życiu codziennym. Andrzej Guzek, podczas spotkania w pokoju dyrekcyjnym Instytutu Literatury Polskiej, opowiedział taką oto anegdotę: „Gdy pewnego dnia profesor Szmydtowa weszła do sekretariatu, by załatwić jakieś sprawy administracyjne, siedząca za biurkiem wieloletnia sekretarka Alina Dzięciołowa przywitała ją uprzejmie, po czym dodała: «pani Profesor, jak pani dziś ładnie wygląda». Na to profesor Szmydtowa z łagodnym i lekko figlarnym uśmiechem odparła: «Skończyłam książkę o Cervantesie, umyłam głowę, to i ładnie wyglądam»”.

Mieszanka humoru, odrobiny ironii, dystansu, naturalistycznej obserwacji – czyż nie ma w tym echa powieści, której poświęciła wiele lat pracy badawczej?

SECT-ID LINK

1Zob. Z. Szmydtowa, Cervantes, Warszawa 1965, s. 367.

2Ibidem.

3Z. Libera, Zofia Szmydtowa jako komparatystka, [w:] idem, Uczeni i nauczyciele, Warszawa 1995, s. 71–72.

4A. Lam, Zofia Szmydtowa jako redaktorka „Rocznika Literackiego”, [w:] idem, Poznać to, co mówimy. Prace filologiczne i wspomnienia, Warszawa 2009, s. 186.

5Ibidem, s. 187–188.

6Z. Libera, Zofia Szmydtowa, „Pamiętnik Literacki” 1977, z. 4, s. 449.

7J. Pelc, O Zofii Szmydtowej wspomnienie, „Przegląd Humanistyczny” 1977, nr 5, s. 150.

8Z. Libera, Zofia Szmydtowa..., op. cit., s. 72.

Stefan Szulc

Urodzony 19 XII 1881 w Prażuchach k. Kalisza. Studia na uniwersytecie w Dorpacie (1900–1906), w Towarzystwie Kursów Naukowych w Warszawie (1906–1910), na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie (1910/1911). Nauczyciel szkół średnich (1906–1919), docent w Wolnej Wszechnicy Polskiej (1920), profesor nadzwyczajny tamże (1936). Wykładowca UW (1923), profesor (1947). Wykładowca SGPiS.

Statystyk; współtwórca systemu statystyki w Polsce; kierował przeprowadzonym w 1946 Sumarycznym Spisem Ludności.
Pracownik GUS (1919–1959), prezes GUS (1945–1949).
Członek m.in. PAN (1956), TNW, Towarzystwa Ekonomistów i Statystyków Polskich, Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, członek założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Statystycznego, członek założyciel Polskiego Instytutu Zagadnień Ludnościowych.
Zapoczątkował m.in. wydawanie serii Statystyka Polski, „Kwartalnika Statystycznego”, „Wiadomości Statystycznych”. Redaktor „Przeglądu Statystycznego” (1955).
Zmarł 12 X 1956 w Warszawie.

Wartość materiałów statystycznych dotyczących stanu ludności b. Królestwa Kongresowego, Warszawa 1920; Majątek społeczny b. Królestwa Polskiego, Warszawa 1922; Miary przyrostu naturalnego Polski, Warszawa 1931; Metody Statystyczne, t. I-II, Warszawa 1952–1954.

S. Róg, 100-lecie urodzin profesora Stefana Szulca, „Wiadomości Statystyczne” 1981, nr 11, s. 1–4.

BOŻENA ŁAZOWSKA

STEFAN SZULC

1881–1956

 

Stefan Aleksander Szulc urodził się 19 grudnia 1881 roku w małym miasteczku Prażuchy na ziemi kaliskiej. Jego ojciec, Edmund Szulc, był pastorem gminy ewangelickiej. W 1900 roku Szulc zdał maturę w Warszawie i rozpoczął studia z zakresu teologii i filozofii na uniwersytecie w Dorpacie (Tartu), które przerwał w 1906 roku. W latach 1906–1910 studiował w Warszawie, w Towarzystwie Kursów Naukowych, historię, ekonomię i nauki społeczne. Słuchał m.in. wykładów Ludwika Krzywickiego.

W roku akademickim 1910/1911 Szulc studiował ekonomię i statystykę na Uniwersytecie im. Humboldta w Berlinie. Wstąpił wówczas do Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL). Pod pseudonimem Jerzego Guntera publikował artykuły popularnonaukowe w czasopismach takich jak: „Wiedza”, „Kuźnia”, „Trybuna”, „Młot”, „Głos”.

Studia berlińskie wzbudziły w nim zainteresowanie statystyką. Już w czasie okupacji niemieckiej podczas I wojny światowej rozpoczął tłumaczenie podręcznika Statystyka (Die Statistik) dr. Henryka Bleichera, profesora Uniwersytetu Frankfurckiego. W przedmowie do wydanego w 1919 roku podręcznika Szulc napisał: „jest to książka niewielkich rozmiarów, ale zawiera treść obfitą i różnorodną, zwłaszcza w zakresie praktycznym statystyki”. Konieczność wydania tłumaczenia pracy Bleichera Szulc uzasadniał brakiem podręcznika do statystyki w języku polskim. Jedyny bowiem, który istniał (praca Edwarda Grabowskiego, wydana w Warszawie w 1917, pt. Podręcznik statystyki), był w istocie przedrukiem cyklu wykładów Grabowskiego, wygłoszonych dla wyższej administracji zimą 1917 roku.

W latach 1906–1919 Szulc pracował jako nauczyciel języka niemieckiego w szkołach średnich w Warszawie. Prowadził równolegle badania naukowe nad ludnością b. Królestwa Polskiego i nad tłumaczeniem podręcznika do statystyki. W latach 1911–1918 był członkiem Polskiego Związku Nauczycielskiego. 1 stycznia 1919 roku podjął pracę w Głównym Urzędzie Statystycznym (GUS), zaproponowaną mu przez wicedyrektora tej instytucji, prof. Krzywickiego. W okresie międzywojennym zajmował początkowo stanowisko referenta, potem pierwszego kierownika Biblioteki GUS, a następnie naczelnika Wydziału Wydawnictw i Pomocy Naukowych, Wydziału Statystyki Ludności i Redaktora Głównego wydawnictw Głównego Urzędu Statystycznego.

Jako Redaktor Główny Komitetu Redakcyjnego GUS zapoczątkował m.in. wydawanie monumentalnej serii Statystyka Polski oraz naukowego, analitycznego organu Urzędu pod nazwą „Kwartalnik Statystyczny”, a także miesięcznika „Wiadomości Statystyczne”. Pod jego kierownictwem wydano przed wojną m.in. 10 roczników statystycznych RP, 10 tomów „Kwartalnika Statystycznego” (1924–1934), 17 tomów „Wiadomości Statystycznych” (Warszawa 1923–1939), serię Statystyka Polski (Warszawa 1934–1939), fundamentalne dzieło Rzeczpospolita Polska. Atlas Statystyczny (Warszawa 1930), oraz Badania nad rozrodczością w Polsce (Warszawa 1933).

Od 1920 roku równolegle z pracą zawodową w GUS, Szulc prowadził działalność dydaktyczną w Wolnej Wszechnicy Polskiej początkowo jako docent, a od 1936 roku jako profesor nadzwyczajny statystyki i demografii tej uczelni. Od 1923 roku zaczął też wykładać statystykę i demografię na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego w formie prac zleconych. Wykłady te kontynuował do wybuchu II wojny światowej. W 1925 roku wydał swoje wykłady w postaci podręcznika Statystyka. Opracowanie wykładów uniwersyteckich. Trzy wydania rozszerzonej postaci skryptu dla studentów pod tytułem Ogólna teoria statystyki. Na podstawie wykładów prof. Stefana Szulca ukazały się następnie w latach 1947–1949.

Od początku II wojny światowej Szulc przebywał we Lwowie, pracując w Instytucie Handlu Radzieckiego jako statystyk, a następnie profesor. W listopadzie 1941 roku powrócił do Warszawy i został zatrudniony w Wydziale Statystycznym Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy. Nauczał statystyki i demografii na tajnych kursach UW, Wolnej Wszechnicy Polskiej i Szkoły Głównej Handlowej, która pracowała wówczas pod nazwą Miejskiej Szkoły Handlowej. W pierwszych dniach powstania warszawskiego, wraz z rodziną, został wysiedlony do Niemiec (okolice Zwickau w Saksonii).

12 marca 1945 roku Szulc został mianowany prezesem GUS i piastował to stanowisko do czasu przejścia na emeryturę w sierpniu 1949 roku; potem pracował jeszcze w GUS jako rzeczoznawca. W pierwszych latach powojennych zasłużył się jako organizator przewiezienia już w marcu 1945 roku z Krakowa do Warszawy materiałów statystycznych bibliotecznych i archiwalnych przedwojennego GUS, przechowywanych w siedzibie b. Statistisches Amtu. Do akcji tej potrzeba było aż 45 wagonów kolejowych, co pokazuje skalę przedsięwzięcia w zniszczonym i będącym wówczas nadal w stanie wojny kraju. Podobnie jak przed wojną Szulc był Przewodniczącym Komitetu Redakcyjnego GUS. Pod jego kierownictwem wznowiono w 1945 roku wydawanie „Wiadomości Statystycznych”, a w 1947 roku wydawanie „Rocznika Statystycznego”.

Szulc zorganizował i kierował przeprowadzonym w lutym 1946 roku sumarycznym spisem ludności, opracowaniem strat ludnościowych w wyniku wojny, ustaleniem zaludnienia Ziem Odzyskanych, zorganizowaniem sprawozdawczości z ruchu naturalnego ludności. Z jego inicjatywy rozpoczęto już w 1945 roku zbieranie danych o gospodarstwach rolnych, zakładach przemysłowych, szkolnictwie i służbie zdrowia.

Poza pracą w GUS od 1945 roku Szulc prowadził także wykłady ze statystyki i demografii na UW i w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. 19 kwietnia 1947 roku został profesorem zwyczajnym UW. Jego współpracownicy i uczniowie z tego okresu, m.in. Jerzy Holzer, Wanda Litterer-Marwege, Maria Namysłowska, Zygmunt Peuker, Felicja Romaniukowa, Kazimierz Rusinek, Zbigniew Smoliński i Egon Vielrose, podkreślali takie cechy Szulca, jak skromność i pracowitość, które były cenne zwłaszcza w jego pracy dydaktycznej na Uniwersytecie oraz we współpracy z nim jako przełożonym.

Działalność dydaktyczna Szulca m.in. na Uniwersytecie Warszawskim była jednym z głównych motywów napisania przez niego fundamentalnej pracy metodologicznej, zawierającej dorobek całego życia, pt. Metody statystyczne. Pierwsze wydanie pierwszego tomu ukazało się w 1952 roku, drugiego – w 1954. Książka ta, traktowana przez kilkadziesiąt lat jako jedyny polski podręcznik statystyki, służyła i służy wielu pokoleniom studentów w zdobywaniu wiedzy praktycznej i teoretycznej, ponieważ stanowi rzetelny zbiór wszystkich metod statystycznych, jakie są stosowane w praktyce światowej.

Metody statystyczne stawiają Szulca w gronie wybitnych statystyków Polski. Ten wznawiany wielokrotnie podręcznik dla studentów omawiał zasady zbierania i prezentacji danych statystycznych, analizy, struktury, dynamiki i korelacji oraz wstępne wiadomości z zakresu metody reprezentacyjnej. We wstępie do tej pracy Szulc napisał: „Statystyka służy do poznania konkretnej rzeczywistości [...] takie czy inne chwyty rachunkowe nigdy nie stanowią w statystyce celu same w sobie. Książka jest podręcznikiem techniki statystycznej [...] wykład w podręczniku ma być samowystarczalny, to znaczy, że powinien być zrozumiały bez pomocy nauczyciela i bez uczęszczania na specjalne ćwiczenia czy seminaria [...] najtrudniejszą rzeczą w statystyce jest nie tyle umiejętność posługiwania się wzorami, ile umiejętność myślenia statystycznego, którą można nabyć jedynie przez praktykę”.

Profesor Edward Rosset w recenzji pracy Szulca stwierdził, że czytał ją ze wzruszeniem, a źródłem tego „był podziw dla ogromu wiedzy i wspaniałego intelektu Autora książki. Każdy rozdział, każda stronica utwierdza czytelnika w przekonaniu, że Metody statystyczne stanowią coś więcej niż tylko – jak to się zwykle określa – cenny wkład w naszą niezbyt bogatą na tym odcinku literaturę naukową”. Natomiast prof. Wiesław Sadowski w swojej recenzji napisał: „Książka prof. S. Szulca jest nie tylko znakomitym podręcznikiem statystyki, jakiego jeszcze w literaturze polskiej nie mieliśmy, ale stanowi trwały dorobek nauki w skali światowej. Ta wielka ilość przekładów oraz elementarny sposób wykładu sprawiają, że czytelnikami książki mogą być nie tylko zawansowani statystycy, ale i początkujący, nie tylko studenci, ale i słuchacze”. O niezwykłej umiejętności autora przekazywania czytelnikowi w przystępnej, przejrzystej formie trudnych zagadnień statystycznych pisał też w recenzji Metod statystycznych prof. Ryszard Zasępa: „Autor bardzo szeroko interpretuje pojęcie techniki statystycznej, włączając do niej zarówno metody statystyczne w ścisłym tego słowa znaczeniu, jak również metody statystyki matematycznej. Ambitne i trudne do wykonania zadanie przystępnego ujęcia tych zagadnień zasługuje na wysokie uznanie”.

Fundamentalna praca Szulca była wielokrotnie wznawiana [wyd. 1, 1952 (t. 1), 1954 (t. 11), wyd. 2, 1961 wyd. 3, 1963, wyd. 4, 1967, wyd. 5, 1968]. W 1965 roku Metody statystyczne wydano w tłumaczeniu na język angielski w Oxford Pergamon Press, publikacja ta miała 10 kolejnych edycji. Do dziś podręcznik prof. Szulca jest niezastąpioną lekturą w nauczaniu statystyki. Metody statystyczne nie wymagają bowiem od czytelnika specjalnego przygotowania w zakresie statystyki ani znajomości wyższej matematyki.

W ciągu swojego pracowitego życia Szulc wychował ogromną rzeszę uczniów, wśród których krzewił wiedzę o statystyce i demografii, i którym wpajał kulturę statystyczną. Jako wykładowca demografii zapoznawał studentów z najważniejszymi zagadnieniami teoretycznymi. W odniesieniu do Polski opracował teorię modeli demograficznych, teorię optimum zaludnienia, teorie polityki ludnościowej. Mimo że prace i wykłady z tego zakresu prowadził głównie na źródłach statystyczno-demograficznych okresu międzywojennego, to są one aktualne do dziś. Był współautorem wydanej w 1938 roku w Warszawie przez Wydawnictwo Instytutu Społecznego Encyklopedii nauk politycznych, do której opracował liczące kilkaset stron hasła: „demografia”, „ruch naturalny ludności”, „polityka ludnościowa”.

Szulc działał w wielu polskich i międzynarodowych organizacjach naukowych. Należał do Towarzystwa Ekonomistów i Statystyków Polskich, Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, Zarządu Międzynarodowej Unii Badania Naukowego Zagadnień Ludnościowych, był członkiem-założycielem Polskiego Towarzystwa Statystycznego (członek Rady i prezes Towarzystwa), członkiem-założycielem Polskiego Instytutu Zagadnień Ludnościowych (zastępca przewodniczącego Zarządu). W 1955 roku został redaktorem naczelnym „Przeglądu Statystycznego”; w 1956 roku – członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk; zasiadał też w Radzie Nauk Ekonomicznych PAN.

Wielokrotnie reprezentował naukę polską na konferencjach naukowych, m.in. na Kongresach Międzynarodowego Instytutu Statystycznego. Podczas XVIII Sesji Międzynarodowego Instytutu Statystycznego w Warszawie w 1929 roku wygłosił referat O tzw. standaryzacji, czyli poprawianiu współczynników (ogłoszony drukiem w „Kwartalniku Statystycznym” 1929, z. 4); przeanalizował tam metody standaryzacji, tj. modyfikacji współczynników w celu umożliwienia porównywalności zjawisk, zwłaszcza w odniesieniu do statystyki ludności. Podczas międzynarodowego kongresu ludnościowego w Paryżu (29 VII – 1 VIII 1937) przedstawił referat Wpływ wieku kobiet w chwili zawarcia małżeństwa na płodność małżeńską i rodność, w którym, rozważając zagadnienie płodności kobiet, po raz pierwszy doszedł do wniosku, że należy uwzględnić czas trwania małżeństwa przy rozpatrywaniu współczynników płodności według wieku kobiet, zalecając wprowadzenie tego badania do statystyki stanu i ruchu ludności i do spisów ludności.

Szulc był jednym z głównych współtwórców systemu statystyki w Polsce – wnosząc swój wkład do dorobku tematycznego, organizacyjnego i publikacyjnego polskiej statystyki. W ciągu 50 lat pracy twórczej opublikował 74 prace autorskie (poza publicystyką), jeden przekład oraz kilkadziesiąt publikacji statystycznych GUS, których był redaktorem głównym. Przywiązywał wielką wagę do sztuki prezentacji danych statystycznych, tworząc w GUS swoistą szkołę przedstawiającą dane w tablicach, diagramach, kartogramach, formach graficznych.

Do jego głównych dzieł należą opracowania: Wartość materiałów statystycznych dotyczących stanu ludności b. Królestwa Kongresowego (Warszawa 1920), w którym autor poddał krytycznej ocenie zbiór zestawień statystycznych o ludności zamieszkującej na terenach b. Królestwa Kongresowego w latach 1819, 1867, 1868, 1890–1913 oraz Ruch naturalny ludności w Polsce w latach 1895–1935 (Warszawa 1936), zawierający m.in. ogólny obraz ruchu naturalnego ludności na ziemiach polskich, urodzenia (żywe i martwe, poronienia, płeć noworodków, urodzenia wielorakie, sezonowość urodzeń, urodzenia ślubne i nieślubne), zgony, przyrost naturalny, stosunek liczby urodzeń i zgonów, miary ruchu naturalnego ludności oraz wszechstronną analizę potencjału demograficznego Polski.

Do ważniejszych prac Szulca z okresu międzywojennego należą: Ludność Rzeczypospolitej w chwili obecnej (Warszawa 1921), omawiająca stan zaludnienia kraju po latach niewoli i po wydarzeniach I wojny światowej, Majątek społeczny b. Królestwa Polskiego (Warszawa 1922), Statystyka urodzeń ludności żydowskiej w miastach (Warszawa 1923), Statystyka ewangelików w Polsce według spisu ludności 1921 r. i innych źródeł (Warszawa 1925), Względna nadwyżka urodzeń chłopców w czasie wojny i po wojnie (Warszawa 1925), Dawne tablice wymieralności Królestwa Polskiego i miasta Warszawy (Warszawa 1928), Małżeństwa, urodzenia i zgony w województwach południowych. Dane ogólne za lata 1919–1925 (Warszawa 1928), Ocena krytyczna wyników spisu gospodarstw wiejskich z dnia 30 IX 1921 roku (Warszawa 1928), Tablice wymieralności województw poznańskiego i pomorskiego 1922 roku (Warszawa 1928), Ludność Polski według wieku w latach 1927–1928 i 1929 (Warszawa 1930), Miary przyrostu naturalnego Polski (Warszawa 1931), Polskie tablice wymieralności 1927 roku (Warszawa 1931), O przyroście ludności Polski w okresie od r. 1921 do 1931 (Warszawa 1932), Dokładność rejestracji urodzeń i zgonów (Warszawa 1936).

W pierwszym powojennym opracowaniu Polska 1939–1945 (wyd. 1945) prof. Szulc przedstawił przez pryzmat statystyki obszarowy i ludnościowy rachunek strat i zysków państwa polskiego. Zakładał w tym opracowaniu, że „gdy wszystkie ruchy ludnościowe zostaną zakończone, ludność Polski Odrodzonej – w założeniu całkowitego wysiedlenia Niemców – wyniesie 22–23 miliony”. Trafność tego szacunku potwierdził sumaryczny spis ludności.

Do ważniejszych prac Szulca z okresu powojennego należą artykuły: Przełom w sytuacji demograficznej europejskiego kręgu kulturalnego („Problemy” 1946, nr 3), Urodzenia w Polsce w czasie wojny („Problemy” 1946, nr 15), Demografia i statystyka w służbie gospodarki socjalistycznej („Przegląd Statystyczny” 1954, nr 1–2), Starzenie się społeczeństw ludzkich („Przegląd Statystyczny” 1955, nr 3), Zagadnienie przedłużenia życia ludzkiego w oświetleniu demografii („Przegląd Statystyczny” 1955, nr 2), Wzrost i waga młodzieży szkół wyższych w Warszawie w r. 1946 („Przegląd Statystyczny” 1946, nr 1–2), Dbajmy o rezerwy siły roboczej („Przegląd Zagadnień Socjalnych” 1956, nr 3).

Profesor Szulc uczestniczył w Międzynarodowym Kongresie Ludnościowym w Rzymie (30 VIII–10 IX 1954), z którego zdał sprawozdanie na łamach „Przeglądu Zagadnień Socjalnych” (1954, nr 10) i „Nauki Polskiej” (1955, nr 1); podczas tego Kongresu wygłosił przemówienie, opublikowane w „Ekonomiście” (1954, nr 4). Wziął też udział w walnym zgromadzeniu członków Międzynarodowej Unii Badania Naukowego Zagadnień Ludnościowych, które opisał w „Przeglądzie Statystycznym” (1955, nr 2). W ostatnim opracowaniu, Umieralność niemowląt, wydanym w 1956 roku, przedstawił rozważania o metodzie mierzenia umieralności niemowląt i dynamice obniżenia zgonów niemowląt na świecie. Swój wielki dorobek w dziedzinie badań statystyki ludnościowej i demografii próbował u schyłku życia podsumować w pracy o demografii (podręczniku na wzór Metod statystycznych). Niestety, nie ukończył tego dzieła. Część przygotowywanej rozprawy zdążył jedynie opublikować w „Przeglądzie Statystycznym”.

Profesor Szulc położył także ogromne zasługi w powołaniu i rozwoju specjalistycznej biblioteki statystycznej w GUS. Był jej pierwszym kierownikiem wyznaczonym przez prof. Józefa Buzka do założenia tej placówki jako zaplecza naukowego GUS. Na początku lat 20. XX wieku nawiązał kontakty z instytucjami zagranicznymi (m.in. z Ligą Narodów, British Library, Library of Congress), budując zbiory zagraniczne na podstawie wymiany bibliotecznej. Jego ambicją i dążeniem było stworzenie biblioteki na wielką skalę, co mu się udało; w 1968 roku Biblioteka GUS została przekształcona w Centralną Bibliotekę Statystyczną, a dziś jest drugą co do wielkości w Europie tego rodzaju specjalistyczną biblioteką.

W uznaniu zasług prof. Szulca w tej dziedzinie w 1989 roku prezes GUS, prof. Franciszek Kubiczek, nadał Centralnej Bibliotece Statystycznej imię Stefana Szulca. Stefania Zdrodowska, wieloletni kustosz Biblioteki, lapidarnie scharakteryzowała zasługi Szulca dla tej placówki: „Profesor Szulc, przystępując u boku Ludwika Krzywickiego do grona założycieli Głównego Urzędu Statystycznego, objął w roku 1918 zbiory pozostałe po biurach statystycznych zaborców, stwarzając podwaliny Biblioteki GUS jako biblioteki specjalistycznej. Biblioteką tą opiekował się aż do wybuchu drugiej wojny światowej, jako jej bezpośredni zwierzchnik również po reaktywowaniu Urzędu w roku 1945 już jako Prezes GUS, którym był do roku 1949. Profesor Szulc był uczonym na miarę światową, szeroko znanym i cenionym zarówno w kraju, jak i za granicą, człowiekiem o niezwykle rozległych zainteresowaniach i horyzontach. Toteż powziął On plan rozbudowy Biblioteki GUS na miarę europejską, nie zasklepiając się w ciasnym kręgu samej statystyki, lecz usiłując dać Bibliotece podbudowę ekonomiczno-społeczną. Ambicją i dążeniem Profesora Szulca i kierownictwa GUS było nadanie Głównemu Urzędowi Statystycznemu jak najbardziej naukowego charakteru, charakteru instytutu naukowego. Toteż pod kątem potrzeb i zadań tak pojętego urzędu widział Profesor gromadzenie zbiorów bibliotecznych. Jeżeli dziś GUS może się poszczycić swoją biblioteką, która zajęła jedno z czołowych miejsc wśród warsztatów pracy naukowej w Polsce, to zawdzięcza to w dużej mierze Profesorowi Szulcowi. Po wystąpieniu z GUS, jako członek Komitetu Bibliotecznego, którego zadaniem jest współpraca z Dyrekcją Biblioteki głównie w zakresie uzupełnienia zbiorów, służył nam radą i pomocą. Również w ostatnich latach swojego życia, gdy usunął się z życia publicznego i poświęcił się całkowicie pracy naukowej, gdy był już tylko naszym Czytelnikiem – nie przestał interesować się poziomem i doborem księgozbioru Biblioteki, współpracując z nami w tym zakresie. Nie szczędził nikomu miłego uśmiechu, dobrego słowa, a nade wszystko cennej rady, o którą każdy z pracowników Biblioteki mógł się do Niego zwrócić, czy to w dziedzinie doboru wydawnictw, czy też poradnictwa bibliograficznego lub organizacji pracy bibliotecznej”.

Profesor Szulc zmarł 12 października 1956 roku w Warszawie. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (przed wojną) i Orderem Odrodzenia Polski IV kl. (po wojnie).

Był mężem Ireny Szulc z domu Fryde.

21 czerwca 1982 roku w GUS – w 100-lecie urodzin i 25-lecie śmierci Szulca – odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Komitetu Nauk Demograficznych Polskiej Akademii Nauk poświęcone jego osobie i twórczości naukowej. Podczas sesji prof. Kazimierz Romaniuk, wraz z żoną Felicją, przedstawili dorobek Szulca opublikowany w GUS, dr Stanisław Róg scharakteryzował całe życie naukowe, a część jego uczniów (Jerzy Holzer, Zbigniew Smoliński) wspominała go jako opiekuna na Uniwersytecie.

Wybrana literatura

 

Bibliografia polskiego piśmiennictwa statystycznego 1944–1969: bez wydawnictw Głównego Urzędu Statystycznego, Warszawa 1972.

Bibliografia wydawnictw GUS 1918–1968, Warszawa 1968.

Górska J., Bibliografia prac prof. dr. Stefana Szulca, Warszawa 1978.

Łazowska B., 90 lat Biblioteki GUS w służbie statystyki polskiej – misja, ludzie, zadania, Warszawa 2009.

Mantorska T., Pamięci profesora Stefana Szulca – w setną rocznicę urodzin, „Wiadomości Statystyczne” 1982, nr 8, s. 37–38, „Przegląd Statystyczny” 1956, z. 3.

Romaniuk K., Stefan Szulc, „Nauka Polska” 1956, nr 4 s. 236–237.

Róg S., 100-lecie urodzin profesora Stefana Szulca, „Wiadomości Statystyczne” 1981, nr 11, s. 1–4.

Sylwetki statystyków polskich, Warszawa 1993.

Sylwetki statystyków polskich, Warszawa 1998.

Zdrodowska S., Stefan Szulc, „Bibliotekarz” 1956, nr 10, s. 311–312.

Katalogi i zbiory Centralnej Biblioteki Statystycznej, Centralne Archiwum GUS: akta osobowe (z fotografią).

Zdzisław Szymański

Urodzony 2 II 1926 w Czarnem k. Lipna. Studia na Politechnice Łódzkiej oraz na UW. Doktorat w PAN (1956). Pracownik Instytutu Fizyki Teoretycznej UW. Roczny pobyt w Instytucie Nielsa Bohra w Kopenhadze (1959–1960), a także w Caltechu w Pasadenie (1954–1965). Habilitacja na UW (1961), profesor (1969).

Pracownik Instytutu Fizyki PAN oraz Instytutu Badań Jądrowych (1956–1978), później Instytutu Problemów Jądrowych im. A. Sołtana (1981–1999).
Twórca Zakładu Teorii Struktury Jądra Atomowego Instytutu Fizyki Teoretycznej UW.
Inżynier mechanik, fizyk; prowadził obliczenia superdeformacji jąder szybko obracających się. W kręgu jego zainteresowań były fenomenologiczny opis jąder atomowych oraz własności hipotetyczne jąder superciężkich.
Członek PAN (1975).
Doktor honoris causa Uniwersytetu w Lund (1985).
Zmarł 5 IX 1999 w Krzyżach.

Excited levels of nuclei with mixed configurations, Warszawa 1958; On the deformability of nuclear core, Warszawa 1959; Numerical solutions of the “Superconductivity equations” for nuclei in the transuranic region, Warszawa 1961; Fast nuclear rotation, Oford 1986.

A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia, t. IV, Warszawa 1998.

JANUSZ DĄBROWSKI

ZDZISŁAW SZYMAŃSKI*

1926–1999

 

Zdzisław Szymański, wybitny fizyk jądrowy, zmarł nagle na atak serca w niedzielę 5 września 1999 roku w Krzyżach, po przybyciu na Mazurską Letnią Szkołę Fizyki. Od końca roku 1996 był on emerytowanym profesorem Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Zdzisław Szymański urodził się 2 lutego 1926 roku w Czarnem k. Lipna, niedaleko Włocławka. Jego matka była Francuzką. Przed rewolucją mieszkała w Petersburgu. Uciekłszy stamtąd w roku 1918, poznała w Polsce jego ojca.

W roku 1950 Zdzisław Szymański uzyskał stopień magistra inżyniera na Wydziale Mechanicznym Politechniki Łódzkiej, a w roku 1953 – na podstawie pracy z nieliniowej elektrodynamiki, wykonanej pod kierunkiem prof. Leopolda Infelda – stopień magistra fizyki na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Warszawskiego. Wówczas związał się już do końca życia z ośrodkiem fizyki w Warszawie.

Przez krótki czas pracował w Instytucie Fizyki Polskiej Akademii Nauk i tu w roku 1956 uzyskał doktorat na podstawie rozprawy – wykonanej pod kierunkiem prof. Michała Łunca – o problemach przepływu w gazie Knudsena. Gdy rozprawę tę referował na seminarium w Instytucie Fizyki Teoretycznej, prof. Wojciech Rubinowicz powiedział, że referat sprawił mu przyjemność, bo przypomniał mu czasy jego młodości, gdy sam interesował się własnościami rozrzedzonych gazów. Ta uwaga speszyła nieco Zdzisława Szymańskiego, którego martwiło oddalenie tematyki jego doktoratu od współczesnej fizyki. Nie przewidział wówczas, że po upływie kilkudziesięciu lat własności gazu Knudsena znajdą zastosowanie w badaniu zjawisk dysypacji w jądrach atomowych.

W roku 1956 Zdzisław Szymański rozpoczyna prace w nowo utworzonym Instytucie Badań Jądrowych, na stanowisku docenta w Zakładzie Teorii Jądra Atomowego. W tym okresie podejmuje również pracę w Instytucie Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Warszawskiego, którą kontynuuje dopóty, dopóki dozwolona była praca na dwu etatach, tzn. do końca lat 60.

Decydujący wpływ na całą dalszą działalność naukową Zdzisława Szymańskiego miał jego roczny pobyt w Instytucie Nielsa Bohra w Kopenhadze, rozpoczęty w roku 1959. Był to świetny okres Instytutu w Kopenhadze, okres owocnego rozwijania przez późniejszych laureatów Nagrody Nobla, Aagego Bohra i Bena Mottelsona, modelu kolektywnego jądra atomowego oraz uwzględnienia roli nadprzewodnikowych korelacji par nukleonów w strukturze jądra, a również okres opracowywania przez nich książki, mającej podsumować całość fizyki jądrowej w ujęciu kopenhaskim. Tę publikację grupa wyznawców tego ujęcia nazwała swoją biblią. Do tej grupy niewątpliwie należał Zdzisław Szymański, który uległ bez reszty wpływom Kopenhagi. Ostatecznie ukazały się w druku dwie części tej książki i oczywiście Zdzisław Szymański doprowadził do ich wydania w języku polskim pod swoją redakcją.

Pierwszym i od razu bardzo ważnym osiągnięciem Zdzisława Szymańskiego w teorii modelu kolektywnego była jego pionierska praca z fizykiem argentyńskim Danielem Bèsem, w której obliczona została – z uwzględnieniem ważnych tu korelacji nadprzewodnikowych – deformacja stanu podstawowego jąder ziem rzadkich. Obliczenia te, już sam, rozszerzył Szymański na obszar transuranowców. Prace te doprowadziły Zdzisława Szymańskiego w roku 1961 do habilitacji na Uniwersytecie Warszawskim na podstawie rozprawy Deformacje równowagi jąder z zakresu uranowców.

W dalszej swej działalności naukowej Zdzisław Szymański pozostał wierny tematyce kopenhaskiej, tzn. fenomenologicznemu opisowi jąder atomowych. Jedynym wyłomem w kierunku bardziej – by użyć nomenklatury kopenhaskiej – fundamentalistycznym był okres jego pobytu w Caltechu w Pasadenie w roku akademickim 1964/1965, kiedy to wspólnie z Feliksem Boehmem zajął się problemem słabego oddziaływania między nukleonami i efektami jądrowymi wywołanymi niezachowaniem parzystości w tym oddziaływaniu.

Po powrocie z Pasadeny Zdzisław Szymański wraz ze współpracownikami rozpoczął szeroką współpracę ze znanym fizykiem szwedzkim Svenem Gostą Nilssonem (twórcą modelu powłokowego jąder zdeformowanych) i jego grupą w Lund, znaną w świecie jako „Lund-Warsaw collaboration”. Współpraca ta koncentrowała się początkowo na badaniu własności hipotetycznych jąder superciężkich, w szczególności z obszaru „wyspy stabilności” jąder wokół liczb magicznych: protonowej 114 i neutronowej 184. Uzyskane wyniki, sugerujące bardzo długie czasy życia tych jąder, zaktywizowały badania, które doprowadziły ostatnio do produkcji w akceleratorach superciężkich pierwiastków o liczbie protonów aż do Z = 112, a także o Z = 114 i Z = 118. W tych badaniach znaczącą rolę odegrał Adam Sobiczewski, pierwszy doktorant Zdzisława Szymańskiego (obecnie profesor w Instytucie Problemów Jądrowych i członek Polskiej Akademii Nauk).

W tym czasie zaczęto wytwarzać stany jądrowe o coraz wyższych momentach pędu, co doprowadziło do zaobserwowania tzw. efektu przegięcia (back-bending) polegającego na tym, że moment bezwładności jądra jako funkcja kwadratu prędkości obrotowej dla pewnych wartości prędkości gwałtownie rośnie. Podczas pobytu w Szwecji i Danii w roku akademickim 1970/1971 Zdzisław Szymański wraz z fizykiem szwedzkim Joachimem Krumlindem opisali zjawisko przegięcia jako przejście fazowe materii jądrowej od stanu nadprzewodnikowego do stanu normalnego wywołane szybkim obrotem (odpowiednik efektu Meissnera). Później okazało się, że to przejście fazowe jest ważnym, ale niejedynym procesem prowadzącym do efektu przegięcia.

W latach 70. i 80. nastąpił ogromny postęp w doświadczalnych badaniach zderzeń ciężkich jąder. W takich zderzeniach jądra mogą być wprowadzone w szybki ruch obrotowy z momentem pędu rzędu stu jednostek stałej Plancka. Zdzisław Szymański z właściwą sobie energią i entuzjazmem przystąpił do badań takich szybko obracających się jąder, przenosząc tu całe swoje doświadczenie w badaniu stanów jądrowych bliskich stanowi podstawowemu. Wśród uzyskanych wyników należy wymienić przede wszystkim obliczenia Zdzisława Szymańskiego i jego współpracowników superdeformacji jąder szybko obracających się. Obliczenia te okazały się główną wskazówką w poszukiwaniach eksperymentalnych takich stanów superzdeformowanych, uwieńczonych powodzeniem w roku 1986.

W badaniu szybko obracających się jąder stał się Zdzisław Szymański niekwestionowanym autorytetem. W roku 1983 wydał w Clarendon Press wysoko cenioną monografię Fast nuclear rotation. W tym samym roku opublikował w „Reviews of Modem Physics” wspólnie z fizykiem holenderskim Martinem de Voigtem i Jerzym Dudkiem (swoim uczniem, obecnie profesorem w Strasburgu) artykuł przeglądowy High Spin Phenomena in Atomic Nuclei. Wymienić również należy wcześniejszy, opublikowany w roku 1973 wspólnie z fizykiem szwedzkim Arnem Johnsonem, duży artykuł przeglądowy w „Physics Reports” pt. Nuclear Rotation at High Angular Velocities.

Równie ważne jak osiągnięcia naukowe Zdzisława Szymańskiego są jego osiągnięcia dydaktyczne i organizacyjne. Dzięki bliskim kontaktom z Aagem Bohrem i Benem Mottelsonem przenosił on na grunt polski aktualne kierunki badań kopenhaskich. Uczył fizyki jądrowej w ujęciu kopenhaskim zarówno teoretyków, jak i eksperymentatorów polskich, przede wszystkim warszawskich. Jego sukcesy dydaktyczne związane były z jego ogromnym talentem i entuzjazmem jako wykładowcy. Stworzył dookoła siebie całą grupę fizyków aktywnie zaangażowanych w fenomenologicznych badaniach struktury jądra. Wypromował kilkunastu doktorów i bardzo wielu magistrów. Jego dużym osiągnięciem była wspomniana współpraca „Lund-Warsaw collaboration”. Powstanie silnej grupy teoretycznej fizyki jądrowej w Lublinie jest w pewnej mierze jego zasługą.

Do roku 1978 Zdzisław Szymański pracował w Instytucie Badań Jądrowych i pod koniec tego okresu był przewodniczącym Rady Naukowej Instytutu. W roku 1978 przeniósł się do Instytutu Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie tworzył Zakład Teorii Struktury Jądra Atomowego. W roku 1996 przeszedł na emeryturę (oczywiście kontynuując działalność naukową). Od roku 1981 do 1996 był również zatrudniony częściowo w Instytucie Problemów Jądrowych im. A. Sołtana. W latach 80. przebywał często za granicą: przez rok w Lund, przez trzy lata w Grenoble oraz przez rok w Strasburgu.

Oczywiście osiągnięcia Zdzisława Szymańskiego przyniosły mu awanse i zaszczyty, a także obowiązki. W roku 1969 zostaje profesorem nadzwyczajnym, a w 1977 roku profesorem zwyczajnym. W roku 1973 zostaje wybrany na członka korespondenta Polskiej Akademii Nauk, a w 1986 roku na członka rzeczywistego. W roku 1983 uzyskuje doktorat honoris causa Uniwersytetu w Lund. W roku 1989 otrzymuje medal Mariana Smoluchowskiego – najwyższe odznaczenie Polskiego Towarzystwa Fizycznego.

Wszyscy, którzy znali Zdzisława Szymańskiego, odczuli głęboko jego odejście. Do tej pory, przychodząc do Instytutu, mam podświadome wrażenie, że za chwilę go spotkam. Na pewno było coś szczególnego w jego osobowości, co trudno dokładnie określić. Charakterystyczne dla niego było to, że przy wyjątkowo wysokim ilorazie inteligencji był w kontaktach z ludźmi skromny, otwarty i bezpośredni. Miał znakomite poczucie humoru. W swoich ripostach potrafił być ostry, ale nigdy złośliwy. Ważne dla niego było życie rodzinne, czemu dał wyraz we wspomnianej książce, dedykując ją żonie Wiesławie, synowi Pawłowi i córce Annie.

Na owej pamiętnej Szkole Mazurskiej Witek Nazarewicz (uczeń Zdzisława Szymańskiego, obecnie profesor UW, jednocześnie zatrudniony w Oak Ridge) omawiał pracę, która ukaże się w druku w „Physical Review”. W pracy tej uczestniczył Zdzisław Szymański, który nawiązał w niej do swojej dawnej pracy z Besem. W ten sposób – jak powiedział Witek Nazarewicz – zamknęło się koło działalności naukowej Zdzisława Szymańskiego. Jakimś zrządzeniem losu zamknęło się na zawsze.

Któryś z fizyków kopenhaskich powiedział, że Zdzisław Szymański był zawsze szczęśliwy, gdy przyjeżdżał do Kopenhagi. Było jeszcze jedno miejsce, w którym czuł się na pewno szczęśliwy: były nim Letnie Mazurskie Szkoły Fizyki, do których sukcesu tak walnie sam się przyczynił. I w tragedii jego śmierci pocieszające jest to, że nastąpiła ona w miejscu, w którym czuł się zawsze szczęśliwy.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Postępy Fizyki” 2000, t. LI, z. 6, s. 303–305.

Stanisław Śliwiński

Urodzony 25 IX 1887 we Lwowie. Studia na Uniwersytecie we Lwowie (1905–1909), doktorat (1910). Wykładowca UW (1922), profesor (1939); kierownik Katedry Prawa i Postępowania Karnego WPiA UW (1939), później Katedry Postępowania Karnego (1950); prodziekan (1945/1946, 1947/1948) i dziekan (1946/1947 i 1950/1951) WPiA.

Prawnik; specjalista w dziedzinie prawa i procesu karnego; współautor projektu organizacji polskiego sądownictwa (1918) oraz kodeksu postępowania karnego z 1928.
Sędzia Sądu Najwyższego (1923–1939). Członek Rady Prawniczej przy Ministrze Sprawiedliwości (1926) oraz Komisji Kodyfikacyjnych w okresie międzywojennym i po 1945. Dyrektor Instytutu Nauk Prawnych PAN (1957–1958).
Członek m.in. TNW (1947), PAN (1952), Towarzystwa Prawniczego w Warszawie. Członek redakcji czasopism, m.in.: „Orzecznictwa Polskich Sądów”, „Gazety Sądowej Warszawskiej”, „Polskiego Procesu Cywilnego”.
Zmarł 25 VIII 1959 w Warszawie.

Postępowanie sądowe karne, Warszawa 1925; Polskie prawo karne materialne, Warszawa 1946; Polski proces karny przed sądem powszechnym. Zasady ogólne, Warszawa 1948; Wznowienie postępowania karnego w prawie Polski na tle prawnoporównawczym, Warszawa 1957.

G. Rejman, Stanisław Śliwiński 1887–1959, [w:] Profesorowie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego 1808–2008, Warszawa 2008, s. 135–137.

MARIA ROGACKA-RZEWNICKA

STANISŁAW ŚLIWIŃSKI

1887–1959

 

Był wybitnym uczonym z zakresu prawa, specjalizującym się w prawie karnym. Od 1922 aż do 1953 roku był związany z Wydziałem Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Początki jego życia i kariery naukowej wiążą się jednak ze Lwowem, gdzie się urodził, ukończył szkołę powszechną, gimnazjum oraz studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Lwowskiego (1905–1909). W 1910 roku uzyskał stopień doktora praw. Zainteresowania naukowe z powodzeniem łączył z praktyką w zawodzie sędziego, zdobywając kolejne szczeble w karierze sędziowskiej. Po ukończeniu aplikacji sądowej został mianowany sędzią powiatowym w Kałuszu (woj. stanisławowskie), a następnie w czasie I wojny światowej najpierw był sędzią w Dąbrowie Górniczej, a od 1917 roku – sędzią Sądu Okręgowego w Częstochowie. W 1918 roku pracował w Departamencie Sprawiedliwości Tymczasowej Rady Stanu. W 1923 roku otrzymał nominację na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego i pozostał na nim do 1 maja 1939 roku, kiedy został profesorem zwyczajnym UW. Po wojnie poświęcił się głównie pracy naukowej.

Życiorys zawodowy Śliwińskiego był ściśle związany z rzeczywistością czasów, w których przyszło mu żyć. Jego droga nie zawsze wynikała z osobistych wyborów. Najczęściej jej determinantem były okoliczności zewnętrzne, związane z historycznym losem Polski. Ich złożoność paradoksalnie okazała się czynnikiem, pozwalającym na ujawnienie licznych talentów i umiejętności Śliwińskiego oraz na ich efektywne wykorzystanie. Profesor Śliwiński był bowiem nie tylko wybitnym naukowcem i świetnym nauczycielem akademickim, lecz także znakomitym sędzią i cenionym twórcą projektów prawa. Osobnym, ale ważnym wątkiem jego życia była działalność społeczna. Suma tych aktywności składa się na obraz człowieka żyjącego niezwykle twórczo i intensywnie. Zawodowy życiorys Śliwińskiego wymaga jednak uzupełnienia o informację na temat jego nieprzeciętnej osobowości. W ocenie osób, które go znały osobiście, był uosobieniem prawości, dobroci, sprawiedliwości i życzliwości dla innych.

W karierze zawodowej Śliwińskiego można wyróżnić cztery główne okresy, pokrywające się z ważnymi cezurami historycznymi. Jej początki przypadają na czas pozostawania Polski pod zaborami. Po ukończeniu studiów prawniczych i aplikacji sądowej pracował jako sędzia stosujący prawo obowiązujące pod zaborem austriackim. Nigdy jednak nie czynił tego bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. Znakomicie znając tradycje sądownictwa polskiego z czasów przedrozbiorowych, starał się je kultywować w swej praktyce orzeczniczej, m.in. przez stosowanie polskiej terminologii prawniczej.

Kolejny okres życia Śliwińskiego przypadł na lata międzywojenne. Cechuje go nadzwyczajna aktywność w sferze działalności prawotwórczej. Miał swój udział w powstaniu Komisji Kodyfikacyjnej, której zadaniem było opracowanie kodeksu karnego, kodeksu postępowania karnego i prawa o ustroju sądów powszechnych, uczestniczył także w jej pracach merytorycznych. Rzeczywistość po odzyskaniu niepodległości przez Polskę była dużym wyzwaniem dla prawników, w związku z koniecznością ustanowienia nowego, jednolitego prawa na obszarze całego kraju.

Już na początku 1918 roku Śliwiński został powołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości do opracowania projektu organizacji sądownictwa. Przedstawiona przez niego koncepcja jednolitej struktury sądownictwa spotkała się z dużym uznaniem, o czym pisano w ówczesnej prasie. O jej rzeczywistej wartości świadczy zaś przede wszystkim to, że projekt ten stał się w dużej mierze podstawą modelu ustroju sądownictwa, przyjętego w ustawie z dnia 6 lutego 1928 roku – Prawo o ustroju sądów powszechnych. Wraz z powołaniem w 1925 roku na członka Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego główna aktywność Śliwińskiego skupiała się na pracach w sekcji prawa karnego procesowego, której okresowo nawet przewodniczył. Wymaga podkreślenia, że był także członkiem sekcji opracowującej kodeks karny. Znamienne bowiem jest to, że był znakomitym znawcą nie tylko postępowania karnego, lecz również prawa karnego materialnego. Jego znajomi podkreślają, że był też świetnym cywilistą, krzewiąc pasję do tej dyscypliny już w okresie studiów prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim.

Zainteresowania prof. Śliwińskiego obejmowały także ustrój sądownictwa, czego dowiódł swoim zaangażowaniem w opracowanie modelu organizacji sądów powszechnych. Rzadko dziś spotykana wszechstronność wykształcenia prawniczego jest charakterystycznym symptomem działalności twórczej Śliwińskiego. W jego życiorysie zawodowym okres międzywojenny zapisał się przede wszystkim współautorstwem kodeksu postępowania karnego z 1928 roku, który jest przykładem doskonałej legislacji, dzięki czemu nieustannie służy jako wzór i przedmiot analiz komparatystycznych.

Ważne miejsce w dorobku Śliwińskiego zajmuje ustawa o wykroczeniach, którą dołączono do kodeksu karnego z 1932 roku. Do niego należy też autorstwo przepisów przejściowych i wprowadzających do kodeksu karnego. Podkreślenia wymaga, że stworzenie regulacji, będącej łącznikiem między nowym prawem karnym a przepisami karnymi pochodzącymi z czasów zaborów w zakresie, w jakim – mimo nieobowiązywania – wywoływały skutki prawne, wymagało wszechstronnej wiedzy i dużej wyobraźni, pozwalającej na właściwe ukształtowanie przepisów intertemporalnych.

Charakterystyczne, że Śliwiński, oprócz pasji naukowej, którą począwszy od 1922 roku rozwijał w ramach działalności akademickiej na UW, poświęcił się też praktyce prawniczej w wymiarze sprawiedliwości. W 1923 roku otrzymał najwyższą godność sędziowską – stanowisko sędziego Sądu Najwyższego. Jego gruntowne wykształcenie teoretyczne oraz wizja prawa, rozwijana przez udział w procesie jego tworzenia, były ważnymi atutami w wykonywaniu funkcji sędziego. Sprawował ją bowiem z dużym oddaniem i świadomością misji propagowania najwyższych standardów w orzecznictwie sądowym. Orzeczenia wydawane przez składy orzekające, w których uczestniczył, były wykorzystywane przez sądy powszechne oraz naukę prawa karnego. Profesor Śliwiński przywiązywał dużą wagę do wypowiedzi w formie glos, będących krótkim komentarzem teoretycznym do orzeczeń sądowych. Ceniąc ten rodzaj publikacji, sam opracował wiele glos, które zajmują ważne miejsce w jego dorobku twórczym.

Poza tym był członkiem licznych organizacji i gremiów prawniczych, a w niektórych z nich pełnił funkcje kierownicze. Przez wiele lat zasiadał w kolegiach redakcyjnych takich pism, jak: „Orzecznictwo Polskich Sądów”, „Orzecznictwo Sądu Najwyższego w Sprawach Podatkowych i Administracyjnych”, „Gazeta Sądowa Warszawska”, „Polski Proces Cywilny” i „Państwo i Prawo”. Nadto pełnił funkcję wiceprezesa Towarzystwa Popierania Wiedzy Prawniczej. W 1926 roku został powołany do Rady Prawniczej przy ministrze sprawiedliwości. Należał do Towarzystwa Prawniczego w Warszawie.

Działalność uniwersytecka Śliwińskiego w okresie międzywojennym obejmuje lata 1922–1939. Początkowo skupiała się na prowadzeniu wykładów i ćwiczeń z postępowania karnego. Na podstawie wykładów powstał skrypt dla studentów, który w 1936 roku ukazał się drukiem jako podręcznik pt. Postępowanie sądowe karne. W roku akademickim 1938/1939 Śliwiński rozpoczął dodatkowo prowadzenie wykładów z prawa karnego materialnego. Otrzymana 1 maja 1939 roku nominacja profesorska zapoczątkowała nowy etap w jego karierze, w związku z objęciem funkcji kierownika Katedry Prawa i Postępowania Karnego, ale równocześnie zbiegła się z tragicznym wybuchem wojny, który wymusił poważne zmiany w dotychczasowym życiu osobistym i naukowym. Podsumowując międzywojenny etap życia Śliwińskiego, należy podkreślić, że został on doceniony, czego wyrazem były uzyskane państwowe odznaczenia. Do najważniejszych z nich należały: Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany w 1923 roku; Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski oraz Medal 10-lecia Odzyskania Niepodległości, przyznane mu w 1929 roku oraz otrzymany w 1937 roku Złoty Krzyż Zasługi.

Kolejny okres życia Śliwińskiego przypada na okres II wojny światowej. Jego sposobem na przetrwanie tych trudnych czasów była praca naukowa oraz tajne nauczanie studentów na UW. W listopadzie 1939 roku rozpoczął prace nad podręcznikiem prawa karnego materialnego i kontynuował je przez cały okres wojny. Cudem ocalały rękopis ukazał się drukiem w 1946 roku jako podręcznik akademicki pt. Polskie prawo karne materialne. W tym samym roku, nakładem Sekcji Wydawniczej Towarzystwa Bratniej Pomocy Studentów UW, zostało wydane metodą powielaczową opracowanie części szczególnej prawa karnego materialnego pt. Prawo karne materialne, cz. 1, 2. W latach 1940–1944 Śliwiński był zaangażowany w tajne nauczanie prawa w formie wykładów i seminariów, obejmujących zarówno prawo karne materialne, jak i prawo karne procesowe. Przyjmował też egzaminy z obu tych dziedzin. Główną rolę w nauczaniu studentów odgrywały specjalnie dobierane kazusy z orzecznictwa Sądu Najwyższego. W swej działalności dydaktycznej przywiązywał dużą wagę do umiejętności rozwiązywania rzeczywistych problemów prawnych, stąd dbał nie tylko o wykształcenie teoretyczne studentów, lecz także przez praktykowaną na zajęciach metodę rozwiązywania kazusów, starał się przekazywaną wiedzę podręcznikową ukierunkowywać na rozwiązywanie konkretnych problemów praktycznych. To nowoczesne podejście dydaktyczne, niezależnie od najwyższego autorytetu naukowego, którym cieszył się Śliwiński wśród studentów i współpracowników, zjednywało mu licznych słuchaczy wykładów oraz seminariów. Wiarygodne źródła zaświadczają o wysokim poziomie prowadzonych przez niego zajęć oraz o zadowoleniu studentów. Wykładając prawo karne w trudnych warunkach okupacyjnych, posługiwał się przede wszystkim polskimi źródłami prawa i poglądami polskich prawników, co jest odczytywane jako kultywowanie patriotyzmu w formie podkreślania znaczenia polskiej kultury prawnej z okresu dwudziestolecia międzywojennego i czasów przedrozbiorowych. Podobne podejście można zaobserwować w sposobie prezentacji poszczególnych kwestii w podręczniku do prawa karnego materialnego, który powstał na bazie wykładów wygłoszonych na tajnych kompletach. Materialnym zaś tego efektem było zgromadzenie dorobku polskiej nauki prawa karnego oraz osiągnięć legislacyjnych wraz z orzecznictwem sądowym. W ten sposób wiele cennych źródeł zostało ocalonych, a komentarz do nich, w postaci różnego rodzaju opracowań naukowych i glos autorstwa Śliwińskiego, wszedł trwale do dorobku nauki polskiej w dziedzinie prawa karnego. Po powstaniu warszawskim opuścił Warszawę i na krótko zamieszkał w Krakowie, gdzie podjął pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Ostatni okres życia Śliwińskiego, przypadający na lata 1945–1959, odzwierciedla niełatwą rzeczywistość tamtych czasów. Charakteryzował się brakiem akceptacji Śliwińskiego ówczesnej ideologii, a zwłaszcza pryncypialnością poglądów w sferze prawa i nieugiętą postawą etyczną, opartą na najlepszych wzorcach z przeszłości. Poglądy Śliwińskiego w kwestii ukształtowania modelu procesu karnego w duchu zagwarantowania podmiotowości oskarżonego oraz respektowania naczelnych zasad postępowania karnego nie odpowiadały nowym koncepcjom legislacyjnym. Propagowanie demokratycznych instytucji prawnych, takich jak sędzia śledczy, sprzeciwiało się ówczesnej wizji procesu. Nie był także popularny wówczas pogląd o konieczności ograniczenia nadmiernego wykorzystywania tymczasowego aresztowania w praktyce procesowej i powierzenia stosowania tego środka wyłącznie sądom. W biogramach Śliwińskiego wspomina się, że w okresie powojennym miał trudne momenty w życiu. Jednym z takich doświadczeń było pozbawienie go prawa prowadzenia wykładów na Uniwersytecie. Powojenny etap życia Śliwińskiego cechuje jednak, mimo niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, duża aktywność naukowa i społeczna. Powrócił on do Warszawy w 1945 roku, a po wznowieniu działalności przez UW objął wcześniej zajmowane stanowisko kierownika Katedry Prawa i Postępowania Karnego. Odegrał też dużą rolę w organizacyjnym odbudowaniu Uniwersytetu. Występował o zatrudnienie w UW polskich profesorów z Wilna i Lwowa, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji po zmianie granic państwowych. Aktywnie zaangażował się na rzecz Wydziału Prawa i Administracji; w roku akademickim 1945/1946 objął funkcję prodziekana, którą sprawował także w roku akademickim 1947/1948, natomiast w okresach akademickich 1946/1947 i 1950/1951 był dziekanem WPiA UW. W 1950 roku objął kierownictwo Katedry Postępowania Karnego, powstałej w wyniku podziału przedwojennej Katedry Prawa i Postępowania Karnego na Katedrę Prawa Karnego i Postępowania Karnego.

Profesor Śliwiński był zaangażowany także w działalność pozauniwersytecką. W 1945 roku został współpracownikiem Komisji Prawniczej Polskiej Akademii Umiejętności, w 1947 roku – członkiem korespondentem, a w 1950 roku – członkiem rzeczywistym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. W 1948 roku pracował w departamencie ustawodawczym Ministerstwa Sprawiedliwości oraz prokuraturze Polskiego Sądu Apelacyjnego. W latach 1949–1959 należał do Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. W ostatnich latach swego życia był związany z PAN, lecz nie było to w pełni wynikiem jego wyboru, lecz następstwem odsunięcia go od prowadzenia zajęć dydaktycznych na Uniwersytecie. W 1952 został członkiem korespondentem, a w 1958 roku – członkiem rzeczywistym PAN. W latach 1956–1959 kierował Zakładem Prawa Karnego Instytutu Nauk Prawnych PAN, a w okresie 1957–1958 pełnił funkcję dyrektora tego Instytutu. W 1956 roku powołano go na stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej przy ministrze sprawiedliwości.

Profesor Śliwiński zmarł 25 sierpnia 1959 roku. Do końca swego życia był zaangażowany w pracę naukową i społeczną. Jego śmierci towarzyszyło odczucie dużej straty z powodu odejścia kogoś o niezwykłych przymiotach intelektu i nadzwyczajnej osobowości.

Trudny przez skomplikowaną historię, choć sumarycznie piękny w kategoriach ludzkich i twórczych życiorys Śliwińskiego, wymaga uzupełnienia o dane, dotyczące jego twórczości naukowej. Nic bowiem bardziej nie świadczy o człowieku zajmującym się nauką, jak jego intelektualny dorobek. W przypadku Śliwińskiego wypada on imponująco, przy czym w stwierdzeniu tym nie tyle chodzi o liczbę publikacji, lecz o ich merytoryczną jakość, nowatorstwo poglądów, naukową dojrzałość i wreszcie koncepcyjną i językową doskonałość. Używając wskazanych określeń, najczęściej opisuje się twórczość Śliwińskiego. Do dziś jest ona źródłem inspiracji dla współczesnych karnistów, zajmujących się zarówno prawem karnym materialnym, jak i procesowym. Choć zainteresowanie tym pierwszym na pewno nie miało charakteru epizodycznego, Śliwiński zasłynął przede wszystkim jako znakomity procesualista karny. Większość jego naukowych publikacji koncentruje się na zagadnieniach postępowania karnego. Dorobek w tej dziedzinie obejmuje kilka, poczynając od 1948 roku, wydań podręcznika procesu karnego pt. Polski proces karny przed sądem powszechnym. Zasady ogólne, a także monografie: Oddanie pod sąd w procesowym prawie karnym (1955), Wznowienie postępowania karnego w prawie Polski na tle prawnoporównawczym (1957) oraz liczne publikacje w formie artykułów i glos do orzeczeń sądowych. Od 1950 roku związek Śliwińskiego z tą dyscypliną przybrał również kształt instytucjonalny, w wyniku objęcia funkcji kierownika Katedry postępowania karnego na WPiA UW.

Najważniejszym dziełem Śliwińskiego z zakresu prawa karnego materialnego jest wydany w 1946 roku podręcznik akademicki pt. Polskie prawo karne materialne. Mimo że jest on oparty na nieobowiązującym dziś kodeksie karnym z 1932 roku, wiele jego tez zachowuje aktualność i stanowi dla współczesnych badaczy prawa karnego źródło intelektualnej inspiracji. Śliwiński był przedstawicielem kierunku klasycznego w nauce prawa karnego. Poddał wnikliwej analizie poszczególne elementy formalno-dogmatycznego ujęcia prawa karnego. Głosił, że prawo karne powinno opierać się na ścisłym przestrzeganiu zasad: nullum crimen sine legenulla poena sine lege. Przywiązywał dużą wagę do wykładni prawa na różnych poziomach regulacji prawnej. Pasjonowało go zagadnienie czynu z perspektywy jego ustawowych znamion oraz problem winy i kary. W charakterystyce tych kategorii jurydycznych akcentował treści humanistyczne i znaczenie podejścia psychologicznego. Wiele uwagi poświęcił problematyce związku przyczynowego w odniesieniu do przestępstw materialnych popełnionych przez zaniechanie.

O wartości dorobku twórczego Śliwińskiego w dziedzinie prawa karnego materialnego świadczy wypowiedziane w innym biogramie zdanie, iż z jego poglądami można się nie zgadzać, ale nie można ich pominąć. Konkluzja tego zdania dobrze pasuje również do twórczości Śliwińskiego w sferze prawa karnego procesowego. Jego znakomity podręcznik procesu karnego pt. Polski proces karny przed sądem powszechnym. Zasady ogólne, mimo upływu czasu, nie utracił na aktualności w partiach opisujących pryncypia postępowania karnego. Podobnie jak w przypadku podręcznika prawa karnego materialnego, również nie sposób go pominąć w badaniach poświęconych prawu karnemu procesowemu. Erudycja autora jest już widoczna we wstępnej części tego dzieła, opisującej rozwój procesu karnego w szerokiej perspektywie historycznej i z uwzględnieniem systemów prawnych poszczególnych państw. Analiza takich zagadnień, jak: cel i istota procesu karnego, jego podstawowe zasady, warunki dopuszczalności, udział poszczególnych podmiotów wraz z ich procesowymi uprawnieniami i powinnościami, środki przymusu procesowego oraz poszczególne dowody, została przeprowadzona z nadzwyczajną precyzją semantyczną. W poglądach Śliwińskiego, dotyczących interpretacji przepisów prawa karnego procesowego pobrzmiewa podobne, jak w przypadku prawa materialnego, przekonanie o konieczności legalistycznego przestrzegania treści przepisów, czego wyrazem było akcentowanie znaczenia wykładni gramatycznej. Dopuszczając inne rodzaje wykładni niejasnych lub lakonicznych przepisów prawa, nie uznawał ich stosowania na niekorzyść oskarżonego i innych stron postępowania. Obszernie pisał o znaczeniu ogólnych dyrektyw postępowania karnego w procesie interpretacji poszczególnych unormowań procesowych. Podkreślał znaczenie prawdy materialnej w procesie karnym i rolę sądu w jej odkrywaniu. W odniesieniu do oskarżonego propagował zasadę prawa do obrony oraz humanitarnego i podmiotowego traktowania, a także zasadę domniemania niewinności, w tym w formie reguł: in dubio pro reoin dubio mitius oraz koncepcji onus probandi w znaczeniu materialnym i formalnym. W tych przede wszystkich zasadach postępowania karnego widział warunek sprawiedliwego i zgodnego z prawem orzekania o odpowiedzialności karnej sprawców przestępstw. Wartości te traktował jako nadrzędny cel i istotę procesu karnego. Poglądy Śliwińskiego w tych kwestiach, mimo ich ekstremalnej niepopularności w czasach, w których były głoszone, weszły trwale do kanonu nauki procesu karnego.

W biogramach wielkich postaci zwykle jest za mało miejsca na oddanie ich pełniejszej osobowości i przedstawienie całokształtu twórczych dokonań. W jakże dużym stopniu stwierdzenie to dotyczy prof. Śliwińskiego, co niech będzie konkluzją tej prezentacji.

Wybrana literatura

 

Kalinowski S., Profesor Stanisław Śliwiński, „Studia Iuridica” 1993, t. XXV, 1993, s. 135–139.

Murzynowski A., Wspomnienie o Profesorze Stanisławie Śliwińskim, „Studia Iuridica” 2010, t. LI, s. 413–417.

Rejman G., Profesor Stanisław Śliwiński – kodyfikator, uczony, a przede wszystkim dydaktyk, „Studia Iuridica” 2010, t. LI, s. 403–413.

Rejman G., Stanisław Śliwiński 1887–1959, [w:] Profesorowie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego 1808–2008, Warszawa 2008, s. 135–137, wraz z podaną literaturą.

Rejman G., Wykłady profesora Stanisława Śliwińskiego w okresie tajnego nauczania, „Studia Iuridica” 1993, t. XXV, s. 141–152.

Anna Świderkówna

Urodzona 5 XII 1925 w Warszawie. Studia na UW (1945–1949), doktorat (1951), habilitacja (1960), docent (1961), kierownik Katedry Papirologii UW (od 1977 w strukturach Instytutu Archeologii), profesor (1969). Wykładowca UŁ.

Filolog klasyczny, papirolog, historyk, znawczyni hellenizmu, tłumaczka poezji autorów rzymskich i greckich, biblistka.
Członek m.in. Międzynarodowego Stowarzyszenia Papirologów, Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej PAN, Stowarzyszenia Biblistów Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Zmarła 16 VII 2008 w Warszawie.

W Państwie Apolloniosa. Społeczeństwo wczesnoptolemejskie Fajum w świetle archiwum Zenona, Warszawa 1959; Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku, Warszawa 1959; Hellenika. Wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta, Warszawa 1974; Siedem Kleopatr, Warszawa 1978; Bogowie zeszli z Olimpu: bóstwo i mit w greckiej literaturze świata hellenistycznego, Warszawa 1991; Bóg Trójjedyny w życiu człowieka, Kraków 1994; Biblia a nauka, Lublin 1999.
Przekłady: Katullus, Poezje, Wrocław-Kraków 1956; Seneka, Fedra, Wrocław-Kraków 1959; Pierwsi świadkowie: wybór najstarszych pism chrześcijańskich, Kraków 1988; Grzegorz I, Błogosławiony mąż Benedykt: księga druga Dialogów, Kraków 2001.

A. Łukaszewicz, In memoriam Anna Świderek (1925–2008), „The Journal of Juristic Papirology” 2008, t. XXXVIII, s. 19–51.

ANNA MĄCZAKOWA

ANNA ŚWIDERKÓWNA

1925–2008

 

Anna Świderkówna, filolog klasyczny, papirolog, znawczyni hellenizmu, biblistka, urodziła się 5 grudnia 1925 roku w Warszawie. Zmarła 16 sierpnia 2008 roku. Wybitna uczona o wszechstronnych zainteresowaniach, była też znakomitą tłumaczką poezji autorów rzymskich i greckich, popularyzatorką wiedzy o czasach hellenistycznych i biblijnych, a także interpretatorką Biblii.

Dom rodzinny, jak mówiła, choć nie był religijny, ukształtował jej życie. Rodzice byli chemikami. Ojciec katolik, matka – pochodząca z rodziny protestanckiej – przeszła w wieku szkolnym na katolicyzm, ale odeszła od Kościoła. Świderkówna wiele zawdzięczała stryjowi, który w 1939 roku, w oblężonej Warszawie został księdzem kapelanem, a po kapitulacji więźniem Buchenwaldu i Dachau, gdzie zginął. Rodzina matki, Borkowscy, była majętna. Dziadek Anny założył znaną firmę elektrotechniczną „Bracia Borkowscy”, która produkowała pierwsze polskie lodówki elektryczne, a Promień X1, nowy polski aparat rentgenowski, był zaprojektowany m.in. przez matkę Świderkówny w 1939 roku.

Świderkówna spędziła dzieciństwo w niewielkim majątku matki, Siestrzeniu pod Warszawą. Jej edukacją w domu zajmowała się guwernantka; jeszcze przed wojną została przyjęta do Gimnazjum im. Cecylii Plater-Zyberkówny.

Trzynastolatka, zafascynowana książką Tadeusza Zielińskiego Grecja niepodległa, napisała list do osiemdziesięcioletniego wybitnego znawcy antyku o europejskiej sławie. Wiele lat później zadedykowała mu swą książkę Hellenika (1974). Odpowiedź profesora, który życzył jej wytrwałości i sukcesów na uniwersytecie, wpłynęła na jej zainteresowania historią Grecji i stała się bodźcem do nauki języka greckiego. Z pasją i pracowicie długie przerwy w szkole poświęcała poznawaniu alfabetu i podstaw greki. Była właściwie samoukiem, gdy z pomocą łacinniczki zaczęła czytać Iliadę. Humanistyczną maturę obejmującą język polski, historię i łacinę zdała na kompletach w latach okupacji niemieckiej.

W czasie powstania warszawskiego pracowała wraz z matką jako sanitariuszka w szpitalu polowym na Mokotowskiej 55, gdzie trafił ciężko ranny ojciec. Po ewakuacji rodzina znalazła się w szpitalu jenieckim Müllberg – Stalag IV B.

Po wyzwoleniu, mimo wątpliwości ojca, który twierdził, że Anna ma umysł matematyczno-przyrodniczy, zdecydowała się rozpocząć studia na filologii klasycznej. Po dwóch miesiącach ciężkiej pracy nad tekstami autorów greckich i zdanym egzaminie u prof. Kazimierza Kumanieckiego dostała się na seminarium profesora poświęcone analizie Tukidydesa. W lutym 1946 roku Jerzy Manteuffel, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, zaproponował studentce I roku asystenturę w nowo utworzonej Katedrze Papirologii w Warszawie.

W 1947 roku, za zgodą profesora, wyjechała – jako opiekunka ojca inwalidy, profesora Politechniki Warszawskiej i dyrektora Instytutu Chemicznego na Żoliborzu – do Stanów Zjednoczonych. Pięciomiesięcznego pobytu, jak pisała, nie wykorzystała ani naukowo, ani turystycznie. Udało jej się jednak w dość zagadkowych okolicznościach (spóźnienie statku, którym wracała do kraju) kupić nową edycję Nowego Testamentu. Uznała to później za znak od Boga. W sierpniu tego roku wyjechała w Tatry do Jaszczurówki na obóz zorganizowany przez Sodalicję Mariańską. Było to bardzo ważne wydarzenie w jej życiu – zakochała się w Tatrach i odkryła Boga „na co dzień”. Poznała tam księdza Jankowskiego, który już jako ojciec Augustyn, benedyktyn w Tyńcu, stał się jej spowiednikiem, ojcem duchowym, który pomagał jej w podejmowaniu wszystkich ważnych decyzji.

Pod kierunkiem prof. Manteuffla przyspieszyła napisanie pracy magisterskiej (początek 1949 roku), a już w lutym 1951 roku obroniła pracę doktorską na temat legendy aitiologicznej w utworach poety aleksandryjskiego, Kallimacha. Udostępniła ją w formie dwóch artykułów w języku francuskim („Journal of Juristic Papirology” 1951, 5; „EOS” 1952–1953, 46). Jeszcze w czasie asystentury, z inicjatywy prof. Manteuffla, opublikowała kilka papirusów z kolekcji warszawskiej (JJP 3, 1949). Jemu też w dużej mierze zawdzięczała zainteresowanie papirologią i Egiptem ptolemejskim.

W 1957 roku, przebywając na pięciomiesięcznym stypendium w Paryżu, pod kierunkiem prof. André Bataille’a wydała dwa papirusy z Sorbony dotyczące transportu materiałów do prac przy świątyni w Herakleopolis (JJP 11–12, 1957–1958). W czasie choroby prof. Jerzego Manteuffla i po jego śmierci opiekę nad młodym pracownikiem naukowym roztoczył Tadeusz Manteuffel, mediewista, dyrektor Instytutu Historycznego UW. Świderkówna kontynuowała pracę w Instytucie Papirologii kierownym przez Rafała Taubenschlaga, profesora prawa antycznego (do 1958). W 1960 roku, po habilitacji, uzyskała tytuł docenta. W 1961 roku w wyniku reorganizacji objęła kierownictwo Katedry Papirologii, pomyślanej jako placówka badawcza bez uprawnień dydaktycznych. Kierownikiem Katedry Prawa Antycznego został uczeń Rafała Taubenschlaga, Henryk Kupiszewski. Obie jednostki ściśle ze sobą współpracowały, wydając „Journal of Juristic Papirology” i gromadząc zbiory biblioteczne. W styczniu 1969 roku Anna Świderkówna została profesorem nadzwyczajnym, a w 1986 roku – zwyczajnym. W tym okresie znacznie rozszerzyła pole badań naukowych, stając się papirologiem i historykiem epoki hellenistycznej.

Hellenizm odznaczał się bogactwem źródeł papirusowych, stale odczytywanych i publikowanych, które rozszerzały wiedzę o tej epoce. Listy, kontrakty, rachunki dawały szanse poznania różnych aspektów życia codziennego społeczeństwa Egiptu. Wymagały zastosowania nowatorskich metod i otwierały perspektywy pracy naukowej – obserwacji realiów egzystencji mieszkańców prowincji w określonym czasie i przestrzeni. Takie możliwości stwarzał najciekawszy zbiór papirusów ptolemejskich, tzw. Archiwum Zenona, zarządcy majątku Apolloniosa, wysokiego urzędnika (diojkety) Ptolemeusza II.

Przygotowując habilitację, Świderkówna zajęła się opracowaniem dużej grupy papirusów (około 2000), znajdujących się w różnych ośrodkach naukowych, a ilustrujących życie małej osady, Filadelfii w Fajum. Rezultatem badań stała się książka W Państwie Apolloniosa. Społeczeństwo wczesnoptolemejskie Fajum w świetle archiwum Zenona (1959).

Pasja filologa do sięgania po nowe źródła oraz różnorodność treści papirusów zachęciły uczoną do pracy nad odczytywaniem nieopublikowanych tekstów. W 1963 roku podczas zorganizowanej przez jednego z najwybitniejszych papirologów, prof. Erica Turnera, dwutygodniowej konferencji, połączonej z intensywną lekturą papirusów, pogłębiła swe umiejętności opracowywania tekstów. W 1964 roku wraz z Mariangelą Vandoni z uniwersytetu w Mediolanie wydała papirusy grecko-rzymskie z muzeum w Aleksandrii; odnalazła je jeszcze w 1959 roku, w czasie dziewięciomiesięcznego pobytu na stypendium w Egipcie. Pracowała wtedy w Muzeum Grecko-Rzymskim w Aleksandrii, odnajdując i porządkując sczerniałe, nasiąknięte wilgocią teksty. Niestety wielu źle konserwowanych papirusów nie udało się uratować. Opracowane papirusy wydała w 1964 roku w Warszawie (Papyrus grecs du Musée Gréco-Romain dAlexandrie, wyd. A. Świderek, M. Vandoni). Współpracowała także ze Staatliche Museen zu Berlin (DDR), którym władze radzieckie zwróciły kolekcję papirusów berlińskich. Świderkówna uzyskała prawo wywiezienia i publikacji kilku z nich. Pozwoliło to na zapoznanie uczniów z warsztatem papirologa, badaniem oryginalnych tekstów.

Wiosną 1967 roku w audycji telewizyjnej, posługując się urywkami tekstów polskich, zademonstrowała, jak papirolog rekonstruuje z zachowanych fragmentów zniszczony papirus. Znajomość źródeł, wszechstronna wiedza o dziejach Egiptu grecko-rzymskiego i życiu jego mieszkańców przyniosły efekty w postaci publikacji, które cieszyły się zainteresowaniem nie tylko badaczy antyku, lecz także szerokiego kręgu czytelników. Były to książki: Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku (1959, 1970) przełożona na język czeski, Historie nieznane historii (1962, 2008), Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów (1983, 2008). Ujawniły one zarówno talent literacki autorki, jak i umiejętność popularyzacji, a ponadto zapoznawały czytelników z metodami pracy papirologów i osiągnięciami tej dyscypilny. Uczona zaprezentowała tam również nowe, niepublikowane teksty we własnym przekładzie. Mając świadomość braków w posługiwaniu się warsztatem historyka, konsultowała się w tym zakresie z młodą badaczką hellenizmu, Ewą Wipszycką, późniejszą profesor UW.

Rozszerzając pole zainteresowań, prof. Świderkówna wraz z prof. Marią Nowicką zajęły się początkami pisma, alfabetu greckiego i historią powstania książki. Jak pisała we wstępie do publikacji obu autorek Książka się rozwija, wydanej w popularnej serii Ossolineum „Książki o książce” (1970): „Podobnie jak dzieje kultury europejskiej, historia naszej książki zaczyna się w Grecji [...]. Starożytność sworzyła prawie wszystkie typy książki”.

Talent literacki ujawniła także w znakomitych przekładach poezji greckiej, łacińskiej i autorów antycznych, m.in.: antologie Sielanka grecka: Teokryt i mniejsi Bukolicy (wyd. I, BN 1953) i Rzymska elegia miłosna (wyd. 1, BN 1955), a także Katullusa Poezje (wyd. 1, BN 1956) i Seneki Fedra (wyd. 1, BN 1959).

Lata 60. XX wieku przynoszą szersze spojrzenie na hellenizm i próby syntetycznego ujęcia historii tej epoki. W Helladzie królów (1967, 1969, 2008; wyd. czeskie 1972) przedstawiła polityczne dzieje świata od śmierci Aleksandra Wielkiego do Kleopatry VII – „splątany gąszcz stosunków politycznych hellenizmu”. W wielu fragmentach książki autorka oddała głos historykom antycznym: uczestnikowi opisywanych wydarzeń Hieronimowi z Kardii, którego twórczość poznajemy za pośrednictwem Diodora czy Plutarchowi z Cheronei. Dzięki temu wywody autorki stają się bardziej plastyczne. Z kolei Hellenika. Wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta traktuje o różnych sprawach Hellenów w tych czasach. Ukazuje bogaty obraz życia ludzi we wszystkich dziedzinach ich aktywności: obyczajach, rozrywkach, pracy itp.

Epoka hellenistyczna to nie tylko świat grecki, lecz także świat ludności miejscowej; świat, który ciągle umyka naszej uwadze. Autorka próbowała pokazać przenikanie się kultur Grecji i Wschodu, procesy hellenizacji oraz orientalizacji, które nie zostały zakończone. Książkę wzbogacały teksty autorów antycznych, fragmenty papirusów w tłumaczeniu świderkówny, inskrypcje, źródła ikonograficzne poddane krytycznej analizie, wreszcie wyniki najnowszych badań archeologicznych, np. wykopalisk w północnym Afganistanie czy starożytnej Baktrii. Nowatorstwo opracowania, żywy język – wszystko to sprawiło, że książka miała trzy wydania polskie (1974, 1978, 1995), wydanie węgierskie (1981) oraz czeskie (1983).

Uzupełnieniem wizerunku epoki o mało znane, a pasjonujące historie związane z panującymi dynastiami jest Siedem Kleopatr. Jak pisała autorka we wstępie, w pracy tej „nie ma nic z fikcji, ani beletrystyki [...]. Pozwoliłam przemawiać wprost źródłom starożytnym, autorom greckim i rzymskim, dokumentom spisywanym na papirusach, czy rytych na kamieniach”. O ogromnej poczytności książki świadczyło kilka jej wydań (1978, 1987, 1999; 1999; 2008; wyd. czeskie 1987), w takich wydawnictwach jak Wiedza Powszechna, Bellona, PWN.

W twórczości prof. świderkówny wysokim poziomem popularyzacji i bogactwem poruszanej problematyki wyróżnia się praca Bogowie zeszli z Olimpu: bóstwo i mit w greckiej literaturze świata hellenistycznego. Mimo niełatwej treści zyskała uznanie czytelników, o czym świadczą cztery wydania (1991, 1999, 2008, 2009). Inspiracją do podjęcia tego tematu była książka Tadeusza Zielińskiego Hellenizm i judaizm oraz jego zafascynowanie dziedzictwem starożytności. Dotyczyło to także interpretacji chrześcijaństwa. Był on przekonany, że Starym Testamentem chrześcijaństwa jest bardziej kultura grecka niż judaizm. W swojej książce autorka badała, jak zmieniał się stosunek starożytnych do bóstwa i mitu w epoce hellenizmu, jaką rolę odgrywał mit w twórczości pisarzy tego okresu, wreszcie, jak religia, kult i lokalne podania po raz pierwszy stały się przedmiotem studiów naukowych. Starała się prześledzić sprzeczności charakteryzujące tę epokę: z jednej strony kryzys tradycyjnej religii, zobojętnienie na treści religijne i szukanie inspiracji w filozofii, z drugiej zaś dążenie do bliskości i zjednoczenia z bóstwem. Można tu dostrzec, jak chrześcijaństwo stopniowo dojrzewało w świecie pogańskim. Zdaniem uczonej, zetknięcie się Wschodu z Zachodem okazało się najtrwalsze w dziedzinie religii.

Aktywność naukowa Świderkówny przejawiała się także w uczestnictwie w międzynarodowych sympozjach i kongresach naukowych. W 1961 roku X Kongres Papirologów został zorganizowany w Polsce – w Warszawie i Krakowie. Wygłoszone tam referaty opublikowano w aktach Kongresu w 1964 roku.

Szczególnie bliska współpraca łączyła polską Katedrę Papirologii z departamentem studiów klasycznych uniwersytetu Leuwen (Belgia). W Polsce gościło też wielu wybitnych papirologów jak Eric G. Turner, John R. Rea z Oxfordu, Jean Bingen, Willy Peremans z Leuwen, Józef Mélèze-Modrzejewski, uczeń Taubenschlaga, profesor paryskiej Sorbony. Mimo że Katedra Papirologii miała być wyłącznie placówką badawczą, to jednak uczona przekazywała swą wiedzę na wykładach i seminariach. W pierwszym okresie działalności prowadziła lektorat z greki, na którym także autorka niniejszego eseju zdobywała podstawy znajomości tego języka. Zajęcia typu seminaryjnego, choć fakultatywne, gromadziły liczne grono słuchaczy. Uczęszczali na nie filologowie (m.in. Małgorzata Borowska, Helena Cichocka, Mikołaj Szymański), prawnicy (Maria i Jan Zabłoccy), historycy (Marta Piątkowska, Ewa Wipszycka), archeolodzy (Zbigniew Borkowski, Adam Łukaszewicz), egiptolog Jan Krzysztof Winnicki. W 1977 roku Katedrę Papirologii włączono do Instytutu Archeologii UW. Stało się to okazją do przekazywania wiedzy o kulturze antyku szerszemu gronu słuchaczy. Poza zajęciami na UW, badaczka hellenizmu prowadziła także wykłady z literatury antycznej na Uniwersytecie Łódzkim.

Bardzo ważnym epizodem w życiu prof. Świderkówny był pobyt w klasztorze w Żarnowcu. Już w 1961 roku w Laskach złożyła ślubowanie, że wstąpi do klasztoru. Ze względu na chorobę matki i babki, którymi się opiekowała, zamiar ten mogła zrealizować dopiero po siedemnastu latach, w 1978 roku. W Żarnowcu pracowała naukowo, ale nie zdołała się podporządkować regułom życia klasztornego. Odejście z klasztoru stało się punktem zwrotnym w jej biografii. Zrozumiała, że kariera naukowa nie jest najważniejsza, a sensem jej życia jest służenie Bogu. Po powrocie na UW podjęła nową tematykę: zaangażowała się w studia nad Biblią. Kierownictwo Zakładu Papirologii przejął w praktyce jej uczeń Zbigniew Borkowski, a po jego śmierci placówką kierował Jan Krzysztof Winnicki.

Kilka miesięcy po opuszczeniu Żarnowca zaproponowano jej wykłady w warszawskim kościele redemptorystów, w sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy Rakowieckiej, w kościele św. Marcina, wreszcie na Wydziale Polonistyki UW. Prowadzony w latach 1983–1984 na Uniwersytecie wykład o Biblii wywołał ogromne zainteresowanie i przekształcił się w cykl wykładów ogólnouniwersyteckich. Stopniowo jednak skoncentrowała badania na Piśmie Świętym. Wiosną 1961 roku rozpoczęła biblijne, cotygodniowe spotkania z księdzem Janem Twardowskim, który dedykował jej jeden z wierszy. Pozostawała w stałych kontaktach z arcybiskupem Henrykiem Muszyńskim, z którym współpracowała w Radzie Episkopatu Polski do spraw Dialogu Międzyreligijnego. Wiosną 1996 roku została damą Rycerskiego Zakonu Grobu Pańskiego w Jerozolimie.

Wieloletnie studia nad Biblią skłoniły ją do różnorodnych form popularyzacji ich wyników. Z inicjatywy Ewy Wipszyckiej opublikowała kilka artykułów w „Mówią Wieki”. Pisała również artykuły popularnonaukowe do „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku”, „Gazety Wyborczej”. Można było ją usłyszeć w radiu i telewizji. Cotygodniowa audycja w Radiu Józef zjednała jej liczne grono wiernych słuchaczy. Rezultaty wieloletnich badań postanowiła przedstawić szerszemu kręgowi odbiorców w cyklu książek wydanych przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Były to Rozmowy o Biblii (1994, wyd. 1, dziewięć wydań polskich i jedno litewskie), Rozmów o Biblii ciąg dalszy (1996, wyd. 1), Rozmowy o Biblii. Nowy Testament (2000, wyd. 1, dwa wydania polskie i jedno litewskie), Opowieści i przypowieści (2006), Rozmowy o Biblii. Prawo i prorocy. Poza tą serią ukazały się: Prawie wszystko o Biblii (2002) oraz Biblia a człowiek współczesny (2005) i Nie tylko o Biblii (2006). Starała się w nich „wytłumaczyć świat zapisany w Biblii”. Jedna z recenzji Rozmów o Biblii nosiła znamienny tytuł: Biblia dla wierzących i niewierzących. Świadczy to o obiektywizmie autorki i przesłaniu wynikającym z wychowania i kontaktów z bliskimi, przekonaniu, że warto rozmawiać z ludźmi, którzy „byli dalecy od Kościoła albo zgoła mu obcy”.

Jeszcze jako oblatka żarnowiecka utrzymywała ścisłe kontakty z Tyńcem i ze swoim ojcem duchowym Augustynem. Często spędzała tam święta i przyjeżdżała na dni skupienia. W tynieckim Wydawnictwie Benedyktynów opublikowała kilka książeczek, m.in. w serii „Czytając pismo święte”, np. Biblijny i niebiblijny potop (2003), Bóg Trójjedyny w życiu człowieka (1994, 2003). Tę ostatnią książeczkę uznała za swoją najbardziej oryginalną pracę.

O jej krytycznym stosunku do źródeł i bardzo wyważonych wnioskach świadczy ocena Całunu Turyńskiego: „Przebite nadgarstki, nie dłonie, jak to sobie zawsze wyobrażano, charakterystyczne ślady spływającej krwi, zależne od zmiennej pozycji rąk podczas agonii na krzyżu, zdają się wskazywać, że nie mamy tu raczej do czynienia z fałszerstwem. To chyba autentyczny całun kogoś ukrzyżowanego. Kogo? Trudno to bezspornie ustalić”.

Wykształcenie filologiczne, warsztat papirologa, znajomość papirusów i realiów epoki umożliwiły jej dokonanie wielu korektur i zmian w tekstach biblijnych, nie mówiąc już o nowych, znakomitych przekładach na język polski. W tym czasie wydała Ewangelię wg św. Mateusza (2005), Regułę św. Benedykta, Dialogi. Księgę drugą św. Grzegorza Wielkiego (Tyniec 1994, 1997, 2005), O życiu szczęśliwym Augustyna z Hippony (2006). Była także redaktorem naukowym Słownika pisarzy antycznych wydawanego przez Wiedzę Powszechną (1982, 1990, 2001), a także tłumaczką syntezy N.G.L. Hammonda, Dzieje Grecji (1973).

Ożywione kontakty z zagranicą Świderkówny, jej uczniów i współpracowników dowodzą, że kierowany przez nią Instytut Papirologii był liczącą się w świecie placówką naukową.

Działalność prof. Świderkówny została wyróżniona wieloma odznaczeniami i nagrodami, głównie wydawców katolickich. W 2007 roku otrzymała nagrodę literacką polskiego PEN Clubu im. J. Parandowskiego. Odznaczona Warszawskim Krzyżem Powstańczym i nagrodą „Fides et Ratio”. W 2008 roku pośmiertnie przyznano jej Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Niemal do końca była aktywna, a w jej domu spotykali się ludzie, którym wyjaśniała Pismo Święte. Cytując słowa arcybiskupa Muszyńskiego: „Biblia bowiem, była dla Niej nie tylko przedmiotem badań naukowych, ale całym światem i pasją”. Profesor Anna Świderkówna każdą z dziedzin swej pracy naukowej i dydaktycznej traktowała z wielką odpowiedzialnością i pasją.

Wybrana literatura

 

Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył, Znak 2003.

Nowicka M., O dorobku naukowym Prof. Anny Świderkówny, „Meander” 2006, nr 3–4, s. 185–189.

Łukaszewicz A., In memoriam Anna Świderek (1925–2008), „The Journal of Juristic Papirology” 2008, vol. XXXVIII, s. 19–51.

Wojciech Świętosławski

Urodzony 21 VI 1881 w Kiryjówce (ob. Ukraina). Studia w Kijowskim Instytucie Politechnicznym (1899–1906), asystent tamże (1908). Dalsze studia na Uniwersytecie Moskiewskim (1911–1918), veniam legendi (1912). Doktorat na Uniwersytecie Kijowskim (1918). Profesor PW (1919), dziekan Wydziału Chemii (1919–1920, 1924–1925), rektor (1928–1929). W czasie II wojny światowej w USA. Kierownik Katedry Chemii Fizycznej UW (1947–1960). Organizator i pierwszy dyrektor Instytutu Chemii Fizycznej PAN (1955).

Fizykochemik, twórca polskiej szkoły fizykochemicznej; konstruktor pierwszego mikrokalorymetru adiabatycznego (z Alicją Dorabialską) i ebuliometru.
Minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego (1935–1939).
Członek m.in. PAU (1923), TNW (1922), Akademii Nauk Technicznych (1923), PAN (1952). Współzałożyciel i prezes (1925) Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Wiceprezes Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej (1928–1932 i 1934–1940).
Zmarł 29 IV 1968 w Warszawie.

Chemia fizyczna t. I-IV, Warszawa 1923–1931; Ebuliometria, Warszawa 1935; Fizykochemia węgli kamiennych i procesu koksowania, Warszawa 1953; Fizykochemia smoły węglowej, Warszawa 1956; Azeotropia i poliazeotropia, Warszawa 1957.

S. Zamecki, Wkład Wojciecha Świętosławskiego (1881–1968) do chemii fizycznej, Warszawa 1981.

JÓZEF HURWIC

WOJCIECH ŚWIĘTOSŁAWSKI*

1881–1968

 

Był moim profesorem chemii fizycznej na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej. Chemia fizyczna należała do kilku najbardziej interesujących mnie przedmiotów nauczanych na moich studiach. Przyczyniły się do tego znakomite wykłady prof. Świętosławskiego. Podkreślał przy odpowiednich okazjach wkład polskich badaczy, nie pomijając osiągnięć swoich współpracowników. Cieszył się sławą wielkiego uczonego. Był chyba najwybitniejszym polskim fizykochemikiem. Stykałem się z nim często również poza wykładami. Uczestniczył w komisji egzaminacyjnej, która przyznała mi stopień inżyniera chemika, uznany po wojnie za stopień magistra nauk technicznych. Profesor Świętosławski był też koreferentem mojej pracy doktorskiej.

Alojzy Wojciech Świętosławski urodził się 21 czerwca 1881 roku w majątku rodzinnym Kiryjówka na Wołyniu jako syn Wacława i Anieli z Rogozińskich. Używał tylko drugiego imienia. Zauważmy przy okazji, że wielu polskich uczonych działających w Polsce w okresie międzywojennym pochodziło z Ukrainy.

Wojciech Świętosławski we wczesnym dzieciństwie ciężko chorował. Młodość jego przypadała na okres wielkich trudności finansowych, jakie przeżywało gospodarstwo rodziców. Majątek wydzierżawiono, a ojciec przyjął pracę administratora folwarków różnych większych posiadaczy ziemskich.

W 1899 roku Wojciech Świętosławski ukończył gimnazjum klasyczne i wstąpił na Wydział Chemiczny założonego w poprzednim roku Kijowskiego Instytutu Politechnicznego (politechniki). Ćwiczenia odrabiał sumiennie i do egzaminów przygotowywał się starannie, ale – jak pisał w autobiografii – „duszy nie wkładał w tę pracę”, wciągnięty w działalność społeczno-polityczną. Należał do Korporacji Studentów Polaków o tendencjach wolnościowych i socjalistycznych. Brał udział w drukowaniu i kolportażu nielegalnej „bibuły”. Wiele czytał z zakresu ekonomii, socjologii, psychologii i filozofii. Nie był natomiast – jak pisze w jednym z listów – „pożeraczem” literatury pięknej. Już wtedy nie miał na to czasu. Wchodził w owym czasie w skład grupy studenckiej, która mieszkała w Kijowie w tzw. „Dmitrówce” przy ul. Dmitrowskiej. Młodzież ta nie tylko wiele pracowała i zajmowała się działalnością konspiracyjną, w której dużo ryzykowała, lecz także pędziła beztroskie życie właściwe młodzieńczemu wiekowi. Chodziła na długie spacery, wycieczki, uczęszczała na koncerty i przedstawienia teatralne i organizowała wesołe zabawy. Zachowała się z tych czasów fotografia Świętosławskiego przebranego za dziewczynę.

Na studiach jedynym przedmiotem, który przypadł Świętosławskiemu do gustu, była chemia fizyczna, zwłaszcza po wysłuchaniu wstępu do termodynamiki. Za obiekt swych dociekań termodynamicznych przyjął chemię organiczną. By ją dobrze poznać, wybrał jako specjalność chemię barwników, gdyż przedmiot ten wykładał najlepszy na wydziale technolog, prof. Władimir Szaposznikow1. Pod jego kierunkiem Świętosławski wykonał i napisał z tego zakresu pracę dyplomową. W 1906 roku uzyskał dyplom inżyniera technologa chemika.

W 1907 roku odbywał służbę wojskową w kijowskim pułku piechoty. Ponieważ mieszkał poza koszarami, mógł się poświęcić współredagowaniu radykalnego tygodnika „Świt” i pisaniu dla niego artykułów. Pismo zwalczało obskurantyzm, nacjonalizm i klerykalizm oraz z sympatią odnosiło się do ruchów rewolucyjnych. Świętosławski w swych artykułach m.in. zarzucał wsteczność społecznej doktrynie Kościoła i opowiadał się za wprowadzeniem ślubów cywilnych.

Po zwolnieniu z wojska, w 1907 roku wyjechał do Warszawy z zamiarem podjęcia tam studiów filozoficznych i poświęcenia się pracy nauczycielskiej w szkolnictwie średnim. Wtedy to, raczej przypadkowo, zaczął układać oryginalne równania algebraiczne, które miałyby doprowadzić do poznania energii, jaka wydziela się podczas powstawania wiązania między poszczególnymi atomami w cząsteczce. Zagadnienie tak go zainteresowało, że cały swój zapał i dociekliwość przeniósł z humanistyki na chemię fizyczną, której pozostał odtąd wierny do końca życia. Jednak w tym czasie Świętosławski znał bardzo powierzchownie termochemię, która bada energię wiązań atomowych. Zwrócił się więc listownie do prof. Szaposznikowa z prośbą o wskazówki. Ten zamiast odpowiedzi na jego pytania zaproponował młodemu chemikowi prywatną asystenturę u siebie. Świętosławski przyjął propozycję. Wtedy też zaręczył się z dawną znajomą ze „Świtu”, Marią Olszewską, z którą ożenił się w 1909 roku, tworząc harmonijną parę małżeńską; w 1910 roku przyszła na świat ich córka Janina2, przyszły fizyk i profesor chemii analitycznej. Można tu dodać, że kilka lat wcześniej Świętosławski zakochany był, bez wzajemności, w romanistce Janinie Zabłockiej, siostrze przyjaciela Witolda. Ciężko przeżył ten dramat.

W 1908 roku Świętosławski rozpoczął intensywną pracę w Kijowie. Profesor Szaposznikow powierzył mu syntezę pewnych barwników, pozostawiając jednak swemu asystentowi całkowitą swobodę w jego pracy indywidualnej. Świętosławski, czerpiąc dane z literatury naukowej, kontynuował swoim sposobem badania związków organicznych.

Termochemia jest działem chemii fizycznej badającym efekty cieplne reakcji chemicznej. Świętosławski na podstawie ciepła spalania związków organicznych obliczał energię poszczególnych wiązań atomowych. Weźmy pod uwagę najprostszy typ związków organicznych, węglowodory, tj. – jak wskazuje nazwa – związki węgla z wodorem. W wyniku ich całkowitego spalenia powstaje ditlenek (dwutlenek) węgla i woda. Wyznaczone doświadczalnie ciepło spalania, które Świętosławski znajdował w literaturze, przedstawiał jako sumę (z uwzględnieniem znaku w zależności od tego, czy energia się wyzwala, czy jest pochłaniana) ciepła, potrzebnego na rozerwanie wiązań między atomami węgla i między atomami węgla i atomami wodoru, oraz ciepła wyzwalanego podczas powstawania ditlenku węgla i wody. Tego rodzaju analiza ciepła spalania kilku węglowodorów (tego samego typu) prowadzi do układu kilku niezależnych równań algebraicznych z pewną liczbą niewiadomych wyrażających energię wiązań. Liczba równań jest jednak mniejsza od liczby niewiadomych. Korzystając z pewnych danych dodatkowych, można taki układ rozwiązać i w ten sposób znaleźć energię poszczególnych wiązań. Świętosławski stał się termochemikiem, nie mając ani kompetentnego nauczyciela, ani zachęty, ani nawet zrozumienia otoczenia.

We wrześniu 1908 roku przeszedł na stanowisko etatowego asystenta przy Katedrze Chemii Nieorganicznej kierowanej przez prof. Lwa Pisarzewskiego3. W tym czasie rozpoczął własne badania doświadczalne z kalorymetrem i z tzw. bombą kalorymetryczną do wyznaczania ciepła spalania. Bombę wprowadził do termochemii chemik francuski Marcelin Berthelot4. Jest to szczelnie zamykany grubościenny cylinder stalowy wypełniony tlenem pod wysokim ciśnieniem. Bombę z badanym związkiem zanurza się w kalorymetrze otoczonym płaszczem izolacyjnym i za pomocą iskry elektrycznej inicjuje się spalanie związku w bombie. Sumaryczny efekt cieplny wyznacza się więc kalorymetrycznie. Poza pomiarami ciepła spalania w bombie Świętosławski mierzył również bezpośrednio w kalorymetrze, który nazywał „otwartym” w odróżnieniu od bomby będącej niejako kalorymetrem „zamkniętym”, ciepło różnych reakcji chemicznych.

W latach 1908–1910 ogłosił 10 oryginalnych publikacji. Jego prace termochemiczne stopniowo zdobyły uznanie w rosyjskim środowisku chemików. Rosyjskie Towarzystwo Fizykochemiczne przyznało mu nagrodę imienia Mendelejewa. W 1910 roku zaproponowano mu asystenturę w Pracowni Termicznej ufundowanej przez Władimira Ługinina na Uniwersytecie Moskiewskim. W styczniu 1911 roku Świętosławski objął nowe stanowisko, by pozostać tu prawie osiem lat.

Ługinin był bogatym arystokratą, który po wojnie krymskiej (między Rosją i Turcją w latach 1853–1856) poświęcił się pracy naukowej. Współpracował z wybitnymi termochemikami zagranicznymi. W założonej przez niego, dobrze wyposażonej pracowni moskiewskiej zajmowano się głównie wyznaczaniem ciepła spalania różnych związków organicznych. W 1911 roku Ługinin był już zniedołężniałym starcem i wkrótce zmarł. Świętosławski sprawował więc faktycznie kierownictwo pracowni.

Od początku swych prac kalorymetrycznych, jako sumienny badacz, zauważył, iż wyniki pomiarów obarczone są, poza błędami przypadkowymi, błędami metodycznymi wymagającymi wprowadzenia poprawek. Szczególną troską Świętosławskiego stała się precyzja pomiarów i była to odtąd myśl przewodnia większości jego dokonań.

W latach 1913–1914 wiele czasu i wysiłku poświęcił badaniom nad metodyką spalania substancji w bombie kalorymetrycznej. Doszedł do wniosku, że dokładne wyznaczenie ciepła spalania wymaga wprowadzenia aż około 20 poprawek. Kierując się troską o dokładność pomiaru, zajął się również ulepszaniem kalorymetrów. Zbudował m.in. tzw. kalorymetr adiabatyczny oryginalnej konstrukcji, który następnie ciągle doskonalił.

W 1912 roku po wygłoszeniu dwóch wykładów publicznych, w tym jednego pt. „Metoda bomby kalorymetrycznej”, w obecności członków Wydziału Fizyko-Matematycznego na Uniwersytecie Moskiewskim otrzymał venia legendi (prawo wykładania), tzn. został docentem, co w ówczesnej Rosji nie wymagało nie tylko doktoratu, ale nawet magisterium. Świętosławski przedstawił na Uniwersytecie Kijowskim rozprawę magisterską z zakresu termochemii związków dwuazotowych (pewne azotowe związki organiczne). Pracę tę uznano za wystarczającą podstawę do przyznania magistrantowi od razu stopnia doktora z pominięciem stopnia magistra, co było wydarzeniem zupełnie wyjątkowym. Notabene, Świętosławski z przyjemnością wspomina w autobiografii, że na obronie obecny był i brał udział w głosowaniu Czesław Białobrzeski5, który był wtedy profesorem Uniwersytetu Kijowskiego.

Tuż po otrzymaniu przez Świętosławskiego doktoratu proponowano mu objęcie katedry na Uniwersytecie Kijowskim, a także Moskiewskim. Był to już jednak rok 1918, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Młody chemik uważał, iż tam jest jego miejsce. W czerwcu 1918 roku przyjechał do Warszawy na czele delegacji, która miała zorganizować repatriację. W tymże roku rozpoczął wykłady chemii fizycznej na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej, a w kwietniu następnego roku został profesorem zwyczajnym i objął kierownictwo Zakładu Chemii Fizycznej, którym kierował do wybuchu II wojny światowej. W latach 1919–1920 i 1924–1925 był na Politechnice dziekanem Wydziału Chemii, a w roku akademickim 1928–1929 rektorem uczelni. Już po II wojnie światowej, w 1961 roku, Politechnika Warszawska nadała mu doktorat honorowy. W latach 1919–1920 wykładał również na Uniwersytecie Warszawskim.

Wojciech Świętosławski przyjechał w 1918 roku z Moskwy do Warszawy jako znany termochemik, autor cenionych prac nad efektami cieplnymi reakcji związków organicznych, zwłaszcza azotowych, a przede wszystkim prac nad udoskonaleniem techniki pomiarowej i aparatury kalorymetrycznej. W Warszawie wrócił do zagadnienia poprawek, jakich wymagał dokładny pomiar ciepła spalania. Doszedł przy tym do wniosku, iż wyniki różnych badaczy, stosujących różną aparaturę i różną metodykę pomiaru, nie są porównywalne. Aby uprościć skomplikowaną praktykę pomiaru i osiągnąć porównywalność, Świętosławski wysunął myśl wprowadzenia pomiarów porównawczych z zastosowaniem wzorca. Jako wzorzec termochemiczny o znanym cieple spalania zaproponował kwas benzoesowy. Propozycję tę zaakceptowała w 1922 roku Międzynarodowa Unia Chemii Czystej i Stosowanej (IUPAC).

Dla wyznaczenia ciepła spalania wzorca dokonuje się pomiaru bezwzględnego. Wykonują go badacze o najwyższych kwalifikacjach w pracowni wyposażonej w najbardziej precyzyjne przyrządy, bardzo starannie skalibrowane, i uwzględniają wszystkie poprawki. Pomiar zaś porównawczy polega na tym, iż zwykli badacze, stosując zwykłe przyrządy, wyznaczają ciepło spalania wzorca i w sposób identyczny ciepło spalania badanego związku i przez porównanie otrzymują dokładną wartość poszukiwaną. Metoda ta pozwala zredukować liczbę poprawek, a niekiedy nawet całkowicie je wyeliminować i zmniejszyć błąd pomiaru, a przy tym posługiwać się prostą, a więc tańszą, aparaturą. Poza tym stają się porównywalne wyniki uzyskiwane przez wielu autorów stosujących różne metody i korzystających z różnych przyrządów.

Stosowanie zasady pomiarów porównawczych wykroczyło później poza termochemię i w ogóle chemię fizyczną. Świętosławskiego jako twórcę metody wybrano do władz IUPAC i przez dwie kadencje (1928–1932 i 1934–1940) piastował zaszczytne stanowisko wiceprezesa. Brał również udział w pracach Unii jako członek Komisji Wzorców i przewodniczący Komisji Danych Fizykochemicznych.

Z badaniami termochemicznymi Świętosławskiego wiąże się opracowana przez niego w latach międzywojennych mikrokalorymetryczna metoda mierzenia bardzo małych ilości ciepła, ale wydzielanych w ciągu długiego czasu, np. przez krzepnący cement lub preparaty promieniotwórcze. W 1927 roku Świętosławski wraz z Alicją Dorabialską6 zbudował pierwszy mikrokalorymetr adiabatyczny. Z przyrządem tym Dorabialska na zaproszenie Marii Skłodowskiej-Curie wyjechała do Instytutu Radowego w Paryżu, gdzie przeprowadziła pomiary efektów cieplnych promieniotwórczości. W latach 1930–1931 Świętosławski wraz z Dorabialską i innym współpracownikiem, Ignacym Złotowskim7, stale doskonalili mikrokalorymetr adiabatyczny oraz konstruowali inne mikrokalorymetry dające coraz dokładniejsze wyniki. Złotowski wykonał także różne pomiary dla Marii Curie.

Poza termochemią Świętosławski szczególnie interesował się równowagą fazową między cieczą i jej parą (nasyconą). Należało tu, jak w termochemii, dokładnie wyznaczać temperaturę, w tym przypadku temperaturę wrzenia, tj. temperaturę, w której para nasycona osiąga prężność równą ciśnieniu zewnętrznemu. Do wyznaczania tej temperatury używano prostego przyrządu zwanego ebulioskopem. Osiągnięcie przez ciecz temperatury wrzenia nie wystarcza jednak do wywołania wrzenia, tj. gwałtownego parowania w całej masie cieczy. Powstające bowiem pęcherzyki pary, by wydostać się z fazy ciekłej na zewnątrz, muszą pokonać nie tylko ciśnienie zewnętrzne, ale również ciśnienie hydrostatyczne znajdującej się nad pęcherzykiem warstwy cieczy oraz tzw. napięcie powierzchniowe cieczy, przeciwdziałające wytworzeniu się pęcherzyka pary, i wreszcie lepkość cieczy. W rezultacie mimo osiągnięcia temperatury wrzenia, wrzenie nie następuje. Zjawisko to nazywamy przegrzewaniem się cieczy. Powoduje ono, że wrzenie następuje w temperaturze nieco wyższej od temperatury wrzenia. Tę to temperaturę wskazuje termometr wstawiony do ebulioskopu.

W 1924 roku Świętosławski wraz ze swym współpracownikiem Witoldem Romerem8 (synem Eugeniusza9, znanego lwowskiego geografa i kartografa) wprowadził do ebulioskopu pewne modyfikacje, pozwalające usunąć trudności związane z przegrzewaniem się cieczy i wyznaczyć rzeczywistą temperaturę wrzenia. Notabene, Witold Romer został po wojnie profesorem fototechniki i wybitnym fotografikiem.

Zmodyfikowany ebulioskop nazywa się odtąd ebuliometrem, a często ebuliometrem Świętosławskiego. Uczony zaprojektował następnie różne odmiany ebuliometru: ebuliometr różnicowy, umożliwiający jednoczesny pomiar temperatury wrzenia i temperatury skroplenia, ebuliometr z kolumną rektyfikacyjną, różne ebuliometry wielodziałowe (z deflegmatorami) itd. Realizacja projektów Świętosławskiego była możliwa dzięki zatrudnionemu przez Zakład Chemii Fizycznej Politechniki znakomitemu szklarzowi S. Obojskiemu.

Wynalazek ebuliometru stworzył nowy dział chemii fizycznej – ebuliometrię. W 1960 roku Świętosławski zaproponował przyjęcie wody jako wzorca ebuliometrycznego.

Wymienię kilka z licznych zastosowań ebuliometru. Ponieważ temperatura wrzenia zależy od ciśnienia atmosferycznego, można je mierzyć na podstawie wskazań ebuliometru. Zmiana temperatury wrzenia o 0,001 kelwina (°C) odpowiada zmianie ciśnienia atmosferycznego o 0,4 paskala (0,003 mm Hg). Ebuliometr, zaopatrzony w precyzyjny termometr, może więc służyć jako bardzo czuły barometr.

Chemicy syntezują co roku wiele tysięcy nowych związków. Jedną z niezmiernie ważnych wielkości, charakteryzujących związek, jest jego masa cząsteczkowa. Można ją wyznaczyć ebuliometrycznie na podstawie podwyższenia temperatury wrzenia odpowiedniego rozpuszczalnika po rozpuszczeniu w nim określonej masy badanego związku.

Temperatura wrzenia czystej cieczy i temperatura skroplenia jej pary są jednakowe. Gdy jednak ciecz jest zanieczyszczona, temperatura skroplenia różni się od temperatury wrzenia. świętosławski zaproponował skalę czystości substancji na podstawie różnicy temperatur wrzenia i skroplenia (w znormalizowanych warunkach).

W pewnych przypadkach ebuliometryczna metoda określania czystości zawodzi. Istnieją mianowicie mieszaniny, zwane azeotropowymi, które wrą i skraplają się w tej samej temperaturze (wyższej od temperatury wrzenia każdego składnika bądź niższej od temperatur wrzenia każdego ze składników) jak substancja czysta. Ebuliometr pozwala jednak łatwo wykryć azeotropię i oznaczyć skład ilościowy mieszaniny. W ten sposób z ebuliometrii wyłoniła się po wojnie nauka o azeotropii (i poliazeotropii). Szczególnie wielkie dokonania miała w tej dziedzinie szkoła Świętosławskiego.

Przytoczone przykłady chyba dostatecznie ilustrują tezę, że troska o dokładność pomiaru była dla niego źródłem inicjatywy badawczej. Pomijam liczne inne osiągnięcia Świętosławskiego, w których troska o dokładność pomiaru również odgrywała doniosłą rolę.

W 1927 roku na propozycję prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego10, który był poza tym znakomitym technologiem, Świętosławski zorganizował Dział Węglowy w Chemicznym Instytucie Badawczym na Żoliborzu w Warszawie. Zapoczątkował tu badania stosowane nad fizykochemią węgla kamiennego i procesów koksowania.

Świętosławski poświęcił się bez reszty pracy naukowej – badawczej i dydaktycznej. Nie słyszałem, by będąc profesorem, pozwolił sobie kiedyś pójść do teatru czy na koncert. Traktował to jako czas zmarnowany. Był pod tym względem zupełnym przeciwieństwem innego wybitnego fizykochemika polskiego, Wiktora Kemuli11. Jedyny wyjątek oderwania się od bezpośredniej pracy naukowej stanowił udział Świętosławskiego w instytucjach administracyjnych, służących jednak rozwojowi nauki i przemysłu.

Po przewrocie majowym w 1926 roku zaczął się Świętosławski interesować polityką, nie wracając jednak do poglądów radykalnych z czasów młodości. Zbliżył się do Sanacji, jednak bez formalnej przynależności partyjnej. Nie zawahał się przy tym podpisać protestu przeciwko aresztowaniu i osadzeniu w twierdzy brzeskiej posłów opozycyjnych. Był przeciwnikiem tzw. reform jędrzejewiczowskich, tj. ustaw o szkolnictwie uchwalonych w latach 1932–1933 z inicjatywy Janusza Jędrzejewicza12, ówczesnego ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, które m.in. ograniczały autonomię szkół wyższych.

5 grudnia 1935 roku na życzenie prezydenta Mościckiego objął stanowisko ministra tego resortu, sądząc, że uda mu się korzystnie zreformować szkolnictwo. Pewne zmiany organizacyjne istotnie wprowadził. Nawiasem mówiąc, będąc ministrem, nie przestał interesować się postępem prac badawczych w swoim zakładzie na Politechnice oraz w Chemicznym Instytucie Badawczym; odwiedzał te placówki, gdy tylko zajęcia ministerialne mu na to pozwalały.

Sytuację, jaka wtedy panowała w kraju, Świętosławski tak charakteryzował z perspektywy 1957 roku13: „Wpływ państw totalitarnych – Włoch i Niemiec – sprzyjał rozwojowi ultranacjonalizmu, przede wszystkim wśród młodzieży akademickiej. Ponieważ zaś ultranacjonalizm rdzennej ludności połączony jest zawsze z rozwijaniem nienawiści do obcych, w konsekwencji szerzyła się u nas niechęć do mniejszości narodowych, a przede wszystkim antysemityzm”.

W 1935 roku wywodzący się z Warszawy wybitny fizykochemik Kazimierz Fajans14, pozbawiony przez władze hitlerowskie ze względu na pochodzenie żydowskie katedry na uniwersytecie w Monachium, został zaproszony przez radę Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie na katedrę wakującą po śmierci prof. Stanisława Tołłoczki15. Gdy jednak Fajans spotkał się we Lwowie z nastrojami antysemickimi, zrezygnował ze starań o katedrę w tym mieście i przyjął propozycję objęcia profesury chemii ogólnej i fizycznej na amerykańskim uniwersytecie w Ann Arbor.

O tej decyzji zawiadomił natychmiast dziekana Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego we Lwowie i ministra Świętosławskiego. A oto odpowiedź ministra:

„Wielce Szanowny Panie Kolego!

List Pański i odpis pisma do Dziekanatu Wydziału Filozoficznego otrzymałem. Ze smutkiem muszę wyznać, że w chwili obecnej znalazł Pan najlepsze rozwiązanie, przyjmując powołanie do Stanów Zjednoczonych. Musiałbym się liczyć z wieloma trudnościami w związku z powołaniem Pana na katedrę. Niestety, wiele razy zmuszeni jesteśmy postępować niezgodnie z tym, co by dyktował interes nauki. Przeżywamy ciężkie przesilenie psychiczne i nastroje społeczeństwa zmieniają się z dnia na dzień raczej w kierunku nietolerancji narodowościowej.

Łączę wyrazy wysokiego poważania i życzenia owocnej pracy na nowym stanowisku”.

W latach 1935–1937 za zgodą Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wprowadzono na polskich wyższych uczelniach haniebnej pamięci tzw. getto ławkowe z oznaczeniem literą ,,L” indeksów studentów Żydów, wskazując im lewą stronę w audytorium, gdzie mają prawo siedzieć. Świętosławski nie miał dostatecznego posłuchu, by się temu przeciwstawić.

Wróćmy do jego wspomnień z 1957 roku: „Z perspektywy czasu moją decyzję przyjęcia na siebie obowiązków ministra oświaty, powziętą w okresie bardzo ciężkim, jedynie na życzenie prezydenta Mościckiego, uważam za wielki błąd polityczny. Byłem naiwny, gdy sądziłem, że można sprawować funkcję polityczną, nie mając zagwarantowanego poparcia jakiejś partii politycznej”.

Okres II wojny światowej spędził Świętosławski w Stanach Zjednoczonych, gdzie początkowo wykładał chemię fizyczną na Uniwersytecie w Pittsburgu i w State University of Iowa, a w latach 1941–1946 był starszym pracownikiem naukowym (senior fellow) i kierownikiem Działu Chemicznego w Instytucie Badań Przemysłowych Mellona w Pittsburgu. Rozwiązał tu kilka zagadnień technologicznych, głównie związanych z przerobem smoły węglowej, uzyskując osiem patentów. Pracował również w dziedzinie kriometrii, tj. działu chemii fizycznej zajmującego się pomiarami temperatury krzepnięcia substancji czystych i roztworów. Kierując się swą stałą troską o dokładność pomiaru, zbudował kilka kriometrów nowego typu i opracował nową technikę precyzyjnych pomiarów temperatury krzepnięcia.

Po wojnie Wojciech Świętosławski jako sanacyjny minister, mógł oczekiwać represji ze strony władz Polski Ludowej. Uważał jednak, jak w 1918 roku, że jego miejsce jest w Polsce, niezależnie od ustroju, jaki tam wprowadzono. Jesienią 1946 roku wrócił więc do Warszawy, przywożąc dla polskich placówek badawczych książki i przyrządy, nabyte (niektóre z demobilu sił alianckich) za część swoich oszczędności. Katedra Chemii Fizycznej na Politechnice była zajęta przez Witolda Tomassiego16, jednego z jego uczniów, toteż objął zaproponowaną mu Katedrę Chemii Fizycznej na Uniwersytecie Warszawskim. Wydział Chemiczny na Politechnice powołał ad personam Zakład Chemii Fizycznej Stosowanej, powierzając jego kierownictwo Świętosławskiemu. Ten jednak wkrótce zrezygnował z ofiarowanej mu funkcji. Od 1947 roku kierował Zakładem Fizykochemicznym w Instytucie Chemii Przemysłowej na Żoliborzu w Warszawie (rozbudowany przedwojenny Chemiczny Instytut Badawczy). Od 1955 roku Świętosławski był także pierwszym dyrektorem Instytutu Chemii Fizycznej Polskiej Akademii Nauk, w którym do 1960 roku kierował Zakładem Fizykochemii Podstawowych Surowców Organicznych.

Po wojnie prace zespołów kierowanych przez Świętosławskiego – jak już wspomnieliśmy – dotyczyły, obok innych zagadnień, azeotropii i poliazeotropii. Wyniki tych badań szkoła Świętosławskiego zastosowała do opracowania metod rozdzielania i oczyszczania substancji, co znalazło doniosłe zastosowanie w wielkiej syntezie organicznej, która korzysta z surowców będących skomplikowanymi mieszaninami, jak smoła węglowa czy ropa naftowa. Udało się dzięki temu zwiększyć ilość wydzielanych ze smoły składników, które przerabia się na cenne barwniki, środki lecznicze, lakiery, masy plastyczne itp. Działalność Wojciecha Świętosławskiego charakteryzuje się, jak widać, łączeniem badań podstawowych – teoretycznych i doświadczalnych – z badaniami o bezpośredniej użyteczności przemysłowej.

Świętosławski ogłosił, sam lub ze współpracownikami, około 400 oryginalnych przyczynków naukowych. Ponadto, nie licząc podręczników akademickich, podsumował wyniki swych badań w kilku monografiach. Był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, Akademii Nauk Technicznych, a po wojnie – Polskiej Akademii Nauk. Był też jednym z założycieli, prezesem i członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Ponad dwudziestu jego wychowanków zostało profesorami. Za zasługi naukowe różne wyższe uczelnie polskie i zagraniczne nadały mu doktoraty honoris causa, liczne towarzystwa naukowe w kraju i za granicą – członkostwo honorowe. Miał różne wysokie odznaczenia.

Zmarł 29 kwietnia 1968 roku i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Jedną z ulic na warszawskim osiedlu Tarchomin, gdzie znajdują się zakłady farmaceutyczne „Polfa”, nazwano imieniem Wojciecha Świętosławskiego.

SECT-ID LINK

*Tekst opublikowany pierwotnie w: Uczeni też ludzie, Kraków 2006, s. 37–49.

1Władimir Gieorgijewicz Szaposznikow (1870–1953), rosyjski chemik technolog; prace w zakresie chemii barwników, farbiarstwa i technologii włókiennictwa; studia w Instytucie Technologicznym w Petersburgu; profesor Kijowskiego Instytutu Technologicznego.

2Janina Świętosławska-Żółkiewska (primo voto Ścisłowska) – (1910–2003), polski fizyk; wprowadzenie metod instrumentalnych do analizy chemicznej; studia na Uniwersytecie Warszawskim; profesor w Instytucie Chemii Przemysłowej w Warszawie.

3Lew Władimirowicz Pisarzewski (1874–1938), ukraiński fizyko-chemik, jeden z twórców chemii elektronowej, badania wpływu rozpuszczalnika na równowagę chemiczną; studia w Odessie; profesor Uniwersytetu w Dorpacie, Kijowskiego Instytutu Politechnicznego, Instytutu Górniczego i Uniwersytetu w Jekaterynoslawiu, założyciel i dyrektor Instytutu Chemii Fizycznej Ukraińskiej Akademii Nauk, członek Ukraińskiej Akademii Nauk.

4Marcelin Berthelot (1827–1907), francuski chemik, prace w zakresie termochemii, synteza benzenu, oznaczanie składu związków organicznych, badania materiałów wybuchowych; profesor Collège de France, członek Akademii Nauk w Paryżu.

5Por. esej w tomie Portrety Uczonych 1915–1945 [przyp. red.].

6Alicja Dorabialska (1897–1975), polski fizykochemik, prace z termochemii, mikrokalorymetrii, promieniotwórczości, chemiluminescencji; studia w Warszawie i Moskwie; staż w Instytucie Radowym w Paryżu, profesor Politechniki Lwowskiej i Łódzkiej, prezes Polskiego Towarzystwa Chemicznego.

7Ignacy Złotowski (1907–1966), polski chemik jądrowy, prace z zakresu polarografii, mikrokalorymetrii jądrowej, energetyki przemian jądrowych, efektów izotopowych w reakcjach chemicznych; studia w Warszawie; praca w Instytucie Radowym w Paryżu, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Warszawskiego.

8Witold Romer (1900–1976), polski fotochemik i fotografik, prace z ebuliometrii, sensytometrii, fizykochemii emulsji, badania struktury obrazu fotograficznego; studia na Uniwersytecie Lwowskim; praca: Politechnika Lwowska, Firma Kodak, Politechnika Wrocławska.

9Eugeniusz Romer (1871–1954), polski geograf, prace w dziedzinie kartografii, geomorfologii, glacjologii, klimatologii, geografii regionalnej; studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Niemczech i Austrii; profesor w Akademii Handlowej we Lwowie, na Uniwersytecie Jana Kazimierza, Uniwersytecie Jagiellońskim.

10Ignacy Mościcki (1867–1946), polski fizykochemik, badania w dziedzinach elektrochemii, technologii związków azotowych, technologii ropy naftowej, konstrukcji aparatury; studia na Politechnice w Rydze; praca na Uniwersytecie we Fryburgu, Politechnice Lwowskiej, Politechnice Warszawskiej, prezydent Rzeczpospolitej Polskiej.

11Por. esej w tym tomie [przyp. red.].

12Janusz Jędrzejewicz (1885–1951), polski pedagog i polityk, legionista, działacz BBWR, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, premier.

13W. Świętosławski, Notatki, wspomnienia, komentarze, Warszawa 2000, s. 75.

14Kazimierz Fajans (1887–1975), niemiecko-amerykański fizykochemik pochodzenia polskiego, prace z radiochemii, badania promieniotwórczości, teorii wiązań chemicznych; studia w Lipsku, Heidelbergu, Manchesterze; praca na Uniwersytecie w Manchesterze, Politechnice w Karlsruhe, Uniwersytecie w Monachium, Uniwersytecie Stanu Michigan w Ann Arbor.

15Stanisław Tołłoczko (1868–1935), polski chemik, badania w dziedzinie kinetyki reakcji chemicznych, elektrochemii, fizykochemii stanów skupienia, analizy chemicznej; studia na Uniwersytecie Warszawskim, w Getyndze, na Uniwersytecie Jagiellońskim; praca na Uniwersytecie Jagiellońskim i Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

16Witold Tomassi (1912–1997), polski fizykochemik, prace w dziedzinie elektrochemii, badania elektrochemicznych własności rozdrobnionej fazy stałej; studia na Politechnice Warszawskiej, profesor Politechniki Warszawskiej.

Alfred Tarski

Urodzony 14 I 1901 w Warszawie. Studia na UW, doktorat (1924), habilitacja (1925). Docent UW (1925–1939). Nauczyciel szkół średnich. Przed wybuchem II wojny światowej wyjechał do USA. Profesor University of California w Berkeley (1946).

Matematyk, logik; w kręgu jego zainteresowań były podstawy matematyki, teoria mnogości, geometria. Uzyskał ważne wyniki w prototetyce Leśniewskiego, wynik o paradoksalnym rozkładzie kuli (wraz z S. Banachem). Zdobył światowy rozgłos dzięki pracy o pojęciu prawdy.
Prezes American Association of Symbolic Logic (1944–1946) oraz International Union for the History and Philosophy of Science (1957–1961). Członek m.in. US National Academy of Sciences (1965), British Academy of Sciences.
Doktor honoris causa uniwersytetów w Santiago de Chile (1975), Marsylii (1977), Paryżu i Helsinkach.
Zmarł 26 X 1983 w Berkeley.

Pojęcie prawdy w językach nauk dedukcyjnych, Warszawa 1933; Algebraische Fassung des Massproblems, Warszawa 1938; Introduction to logic and to the methodology of deductive sciences, Nowy Jork 1959; Collected Papers, ed. by S. R. Givant and R. W. McKenzie, 4 vols., Birkhauser 1986.

Alfred Tarski and the Vienna Circle. Austro-Polish Connections in Logical Empiricism, red. J. Wolenski, E. Köhler, Wieden 1997; A. Burdman Feferman, S. Feferman, Alfred Tarski. Życie i logika, Warszawa 2009.

ROMAN DUDA

ALFRED TARSKI

1901–1983

 

Alfred Tarski urodził się 14 stycznia 1901 roku w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej kupca i przedsiębiorcy Ignacego (Izaaka) Teitelbauma i Róży (Racheli) z Prussaków; miał brata Wacława, prawnika (Holocaust pochłonął rodziców i brata). Do szkół uczęszczał w latach 1910–1918 w Warszawie. Kiedy zdał maturę, działał już Uniwersytet Warszawski i tam w latach 1918–1923 studiował na Wydziale Filozoficznym (z przerwą 1918/19, kiedy wykłady na UW były zawieszone, a Alfred zgłosił się do wojska). W latach 1922–1924 przyjął chrzest w Kościele katolickim i zmienił nazwisko na Tarski, pragnąc w ten sposób w pełni zidentyfikować się z polskością.

Doktoryzował się w 1924 roku na podstawie rozprawy1, której promotorem był Stanisław Leśniewski, a już rok później habilitował się z filozofii matematyki. W latach 1925–1939 był jednocześnie docentem UW (co jednak nie zapewniało utrzymania) i nauczycielem w Gimnazjum im. Stefana Żeromskiego w Warszawie w pełnym wymiarze godzin. W 1930 roku bez powodzenia zabiegał o nowo utworzoną katedrę logiki matematycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (dostał ją Leon Chwistek, którego poparł Bertrand Russell). W latach 1930 i 1935 odwiedzał Wiedeń, nawiązując kontakt z przedstawicielami Koła Wiedeńskiego2.

Alfred Tarski był jednocześnie znakomitym matematykiem i jednym z największych logików w dziejach3. Jego ogromny dorobek (2500 stronic prac zebranych4, oraz 19 monografii) odnosi się do takich dziedzin matematyki jak algebra abstrakcyjna, topologia, geometria, teoria miary, teoria mnogości i logika matematyczna. Tarski znany jest jednak najbardziej z dorobku w zakresie teorii modeli, metamatematyki i logiki algebraicznej – dziedzin, które w dużym stopniu sam stworzył.

Tarski studiował w okresie tworzenia się warszawskiej szkoły matematycznej, której specjalnością była „teoria mnogości i jej zastosowania”, a charakterystycznym rysem – bliskie związki z logiką matematyczną. Był to czas, kiedy metody teoriomnogościowe zaczęły przenikać całą matematykę, a sama teoria mnogości pretendowała do roli nowej podstawy matematyki, co w naturalny sposób zbliżało ją do podstaw matematyki i do logiki matematycznej.

Tarski interesował się podstawami matematyki i logiką, uzyskał kilka ważnych wyników w prototetyce Leśniewskiego, ale z czasem i wbrew swemu mistrzowi, który oryginalną teorię mnogości zwalczał, coraz chętniej się do tej teorii odwoływał (w teorii mnogości kluczową rolę gra pojęcie punktu, natomiast Leśniewski stworzył „mereologię”, będącą rodzajem teorii mnogości bez pojęcia punktu). Wspólnie ze Stefanem Banachem uzyskał słynny wynik o paradoksalnym rozkładzie kuli5, a także podał oryginalną definicję zbioru skończonego i zbudował teorię tych zbiorów. Paradoks Banacha-Tarskiego, zgodnie z którym jabłko i kula ziemska przystają do siebie przez rozkład skończony, do dzisiaj jest uważany za najbardziej zaskakującą konsekwencję aksjomatu wyboru, a znaczenie i trudność teorii zbiorów skończonych były związane z dążeniem do oparcia całej matematyki na teorii mnogości, co wykluczało posługiwanie się arytmetyką. Zainteresowanie figurami równoważnymi przez rozkład skończony Tarski przenosił na swoje zajęcia w szkole, m.in. pisząc (jako współautor) podręcznik z geometrii zawierający te wątki, a także formułując 14 zadań dla zdolniejszych uczniów6.

Niezależnie od zainteresowań teoriomnogościowych i geometrycznych Tarski zajął się także podstawami metamatematyki, w zakresie których usystematyzował i ściśle określił wiele kluczowych pojęć, m.in. systemu logicznego i konsekwencji logicznej, wskutek czego niektórzy uważają go za twórcę metamatematyki (termin pochodził od Davida Hilberta, ale Tarski nadał mu inne znaczenie i zrobił z metamatematyki naukę ścisłą). Opracował metodę eliminacji kwantyfikatorów, która stała się jednym z podstawowych narzędzi badania systemów sformalizowanych. Stosując tę metodę, pokazał, że elementarna arytmetyka liczb rzeczywistych i elementarna geometria są zupełne.

Światowy rozgłos przyniosła uczonemu praca o pojęciu prawdy7, uważana za jedną z najważniejszych w całych dziejach logiki. Wykazał w niej niedefiniowalność prawdy (ściślej, że teorie aksjomatyczne nie mogą definiować swego własnego predykatu prawdziwości), ale jednocześnie wykazał, że dla pewnych języków sformalizowanych można podać (w metajęzyku) formalnie poprawną i merytorycznie trafną (tj. zgodną z klasycznym rozumieniem prawdy jako zgodności myśli i rzeczy) definicję zdania prawdziwego. Miało to doniosłe konsekwencje, przywracało bowiem znaczenie przedtem niedocenianym rozważaniom semantycznym (pod wpływem tej pracy kilku myślicieli, m.in. Kazimierz Ajdukiewicz, Rudolf Carnap i Karl Popper, radykalnie zmieniło poglądy), wprowadzało rozróżnienie prawdziwości i dowodliwości w naukach dedukcyjnych oraz prowadziło do uznania różnicy między poziomem, do którego odnoszą się analizy metodologiczne, a poziomem „meta”, z którego te analizy się prowadzi: metajęzyk, metalogika, metamatematyka.

Ta praca Tarskiego była przełomowa w historii logiki. W szczególności wynikało z niej, że skoro w matematyce nie można zastąpić pojęcia prawdy pojęciem dowodliwości, to dowód formalny nie jest niezawodnym sposobem dochodzenia do prawdy w matematyce. Praca ta stała się też początkiem teorii modeli jako odrębnego działu podstaw i logiki matematycznej. Rolę modeli uwydatniła praca8, w której Tarski wprowadził aksjomaty logicznej konsekwencji i wykazał, że dana konkluzja wynika logicznie z danych przesłanek wtedy i tylko wtedy, gdy każdy model zawierający te przesłanki zawiera tę konkluzję. Kolejna ważna praca9 przedstawiała jego poglądy na charakter i cele metody dedukcyjnej. Metody semantyczne, które razem ze swoimi uczniami rozwinął w Berkeley, radykalnie zmieniły teorię dowodu Hilberta.

W sierpniu 1939 roku Tarski wyjechał na konferencję Jedności Nauki (odbyła się 3–9 września 1939 roku w Nowym Jorku) i na kilka odczytów w Stanach Zjednoczonych. Jego pobyt miał trwać krótko, więc żona z dziećmi pozostała w Warszawie, ale wybuch wojny wszystko zmienił i powrót do kraju stał się niemożliwy. Przez cały okres wojny Tarski zamartwiał się o rodzinę i czynił bezustanne zabiegi o ściągnięcie jej do siebie, co udało się dopiero po wojnie, na początku 1946 roku. Początki pobytu Tarskiego w Stanach były trudne: wizę miał tylko tymczasową, a krótkie pobyty na Harvardzie, SUNY i w Princeton nie zapewniały ani utrzymania, ani stabilizacji. Dopiero w 1942 roku dostał stałą posadę na University of California w Berkeley i pozostał tam na stałe, od 1946 roku jako profesor (w 1945 roku uzyskał amerykańskie obywatelstwo).

Wyjazd Tarskiego do Stanów Zjednoczonych podzielił jego życie na dwie niemal równe czasowo części. Warszawa była jego ukochanym miastem i tam zamierzał spędzić całe życie, ale zakorzenienie w Berkeley i antykomunistyczne poglądy skłoniły go do pozostania za oceanem. W okresie swego pobytu w USA Tarski uzyskał przemożny wpływ na światową logikę i matematykę, nie tylko poprzez swoje wyniki, ale także przez prowadzone w Berkeley przez czterdzieści lat seminarium, na którym gościli najwięksi logicy tego czasu, w tym wielu Polaków (rodakom chętnie użyczał dłuższej gościny). Z tego seminarium wyszło ponad 20 wypromowanych przez niego doktorów, z których wielu zostało później wybitnymi uczonymi, m.in. Solomon Feferman, Bjarni Jónsson, Howard Jerome Keisler, Julia Robinson.

W powszechnym odczuciu Tarski uchodzi za jednego z kilku największych logików w całych dziejach tej dyscypliny. Przy dużym uroku osobistym i otwartości na innych, był jednak uczony świadom swojej wielkości, a w konsekwencji domagał się podporządkowania i uznania, a także narzucał swój system pracy do upadłego, co jednak nie wszyscy wytrzymywali. Tarski był „otwarty, reagował szybko, konsekwentny i energiczny, język miał cięty. Lubił pracę zespołową, czasem przeciągającą się na całą noc. Wrażliwy na sprawy priorytetu”10.

Był Tarski członkiem wielu towarzystw naukowych, w tym American Association of Symbolic Logic (prezes 1944–1946), prezesem International Union for the History and Philosophy of Science (w kadencji 1957–1961), członkiem US National Academy of Sciences (od 1965), członkiem korespondentem British Academy of Sciences, członkiem zagranicznym Royal Netherlands Academy of Science and Lettres. Nie powiodły się zabiegi przyjaciół w Polsce o członkostwo zagraniczne PAN. Był za to laureatem nagrody im. A. Jurzykowskiego (1966).

Otrzymał doktoraty honoris causa uniwersytetów Santiago de Chile (1975), Marsylii (1977), Paryża i Helsinek.

Był żonaty z Marią Józefiną z Witkowskich (1923); mieli dwoje dzieci. Rozłączeni przez wojnę, połączyli się dopiero w 1946 roku w Stanach Zjednoczonych (w czasie wojny żona była łączniczką AK). Córka Ina została żoną matematyka Andrzeja Ehrenfeuchta, syn Jan jest fizykiem. W domu mówiło się po polsku.

Alfred Tarski zmarł 26 października 1983 roku w Berkeley. Na frontonie domu w Warszawie, w którym mieszkał (Żoliborz, ul. Sułkowskiego 4), znajduje się pamiątkowa tablica.

SECT-ID LINK

1A. Tarski, O wyrazie pierwotnym logistyki, „Przegląd Filozoficzny” 1923, R. 26, s. 85–94 = [23]. Numery prac cytowane w artykule odnoszą się do jego spisu publikacji: S. Givant, Bibliography of Alfred Tarski, „Jurnal of Symbolic Logic” 1986, t. LI, nr 4, s. 913–941. Spis ten został przedrukowany w jego Collected Papers, vol. IV, oraz w obu tomach Pism logiczno-filozoficznych (por. przypis 4).

2Alfred Tarski and the Vienna Circle. Austro-Polish Connections in Logical Empiricism, Papers from the Intern. Conf. held in Vienna, July 12–14, 1997, red. J. Woleński, E. Köhler, Dordrecht 1999.

3Osobę i dorobek A. Tarskiego opisuje książka: A. Burdman Feferman, S. Feferman, Alfred Tarski. Life and Logic, Cambridge 2004; przekład polski: Alfred Tarski. Życie i logika, tłum. J. Golińska-Pilarek, M. Srebrny, Warszawa 2009; jej cennym uzupełnieniem dla okresu warszawskiego jest książka: Alfred Tarski. Early Work in Poland – Geometry and Teaching with a Bibliographic Supplement, ed. by A. McFarland, J. McFarland, J.T. Smith, Birkhäuser 2014. Na jubileusz 70-lecia Tarskiego zorganizowano sympozjum, którego pokłosiem był tom: Proceedings of the Tarski Symposium, June 23–30, 1971, ed. by L. Henkin, J. Addison, W. Craig, C.C. Chang, D. Scott, R. Vaught, Univ. of California, Berkeley, Providence, Rh. I. 1974. ,,The Journal of Symbolic Logic” 1986, t. LI opublikował w dwóch tomach serię artykułów ukazujących postać i dorobek A. Tarskiego na tle rozwoju logiki i matematyki w XX wieku: W. Hodges, Alfred Tarski, s. 866–868; R.L. Vaught, Alfred Tarski’s work in model theory, s. 869–882; B. Jónsson, The contributions of Alfred Tarski to general algebra, s. 883–889; G.F. McNulty, Alfred Tarski and undecidable theories, s. 890–898; D. Monk, The contributions of Alfred Tarski to algebraic logic, s. 899–906; L.W. Szczerba, Alfred Tarski and geometry, s. 907–912. Ibidem, t. LIII: A. Levy, Alfred Tarski’s work in set theory, s. 2–6; L. van den Dries, Alfred Tarski’s elimination theorem for real closed fields, s. 7–18; J. Doner, W. Hodges, Alfred Tarski and decidable theories, s. 20–34; W.J. Block, D. Pigozzi, Alfred Tarski’s work on general metamathematics, s. 36–50; J. Etchemendy, Tarski on truth and logical consequence, s. 51–78. O Alfredzie Tarskim ukazało się także wiele innych artykułów, a jego biogramy zawierają m.in.: Dictionary of Scientific Biography (G.N. Moore); Wielka Encyklopedia PWN, t. XXVII; A. Śródka, P. Szczawiński, Biogramy uczonych polskich, część: Nauki społeczne; A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia; Słownik biograficzny matematyków polskich, red. S. Domoradzki, D. Węglowska, Z. Pawlikowska-Brożek, Tarnobrzeg 2003; R. Duda, Matematycy XIX i XX wieku związani z Polską, Wrocław 2012.

4Dzieła zebrane Alfreda Tarskiego: Logic, Semantics, Metamathematics. Papers from 1923 to 1938, Oxford 1956; Collected Papers, ed. by S. R. Givant and R. N. Mc Kenzie, 4 vols. (vol. I: 1921–1934; vol. II: 1935–1944; vol. III: 1945–1957; vol. IV: 1958–1979), Birkhäuser 1986; Pisma logiczno-filozoficzne, t. I: Prawda, tłum. i oprac. J. Zygmunt, Biblioteka Współczesnych Filozofów, Warszawa 1995; t. II: Metalogika, tłum. i oprac. J. Zygmunt, Warszawa 2001.

5S. Banach, A. Tarski, Sur la décomposition des ensembles de points en partie respectivements congruentes, „Fundamenta Mathematicae” 1924, t. VI, s. 244–277. Praca ta znalazła się w dziełach zebranych obu autorów, a jej przekład angielski jest w książce: A. McFarland et al., Alfred Tarski..., op. cit. Por. monografia: S. Wagon, The Banach-Tarski Paradox, Cambridge 1985 (wydanie uzupełnione 1993).

6Obszernie o tym piszą A. McFarland et al., Alfred Tarski..., op. cit. Później wątki geometryczne znajdowały wyraz w jego badaniach logicznych.

7A. Tarski, Pojęcie prawdy w językach nauk dedukcyjnych, „Prace Towarzystwa Naukowego Warszawskiego ”, Wydz. III, nr 34, Warszawa 1933, = [33m]; przedruk w vol. IV Collected Papers, s. 13–172.

8A. Tarski, O pojęciu wyniku wynikania logicznego, „Przegląd Filozoficzny” 1939, R. 39, s. 56–68 = [36a]; przedruk w tomie I Collected Papers, s. 186–202.

9A. Tarski, O logice matematycznej i metodzie dedukcyjnej, Lwów 1936 = [36m] (wersja poprawiona i rozszerzona: Introduction to Logic and to the Methodology of Deductive Sciences, 1941 = [41m]).

10Dictionary of Scientific Biography, New York 1970.

Władysław Tatarkiewicz

Urodzony 3 IV 1886 w Warszawie. Studia na UW (przerwane 1905), później m.in. w Zurychu, Berlinie, Marburgu, tamże doktorat (1910); dalsze studia na Uniwersytecie we Lwowie (1910–1911); wykładowca UW (1915–1919), habilitacja (1919). Profesor USB w Wilnie (1919–1921), Uniwersytetu Poznańskiego (1921–1923) oraz UW (1923–1961). W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania. W latach 1949–1957 odsunięty przez władze od pracy dydaktycznej. Profesor UJ (1945–1960). Wykładowca University of California w Berkeley (1967–1968).

Filozof, historyk filozofii, estetyk i historyk sztuki.
Członek m.in. TNW (1927), PAU (1930), PAN (1956), Międzynarodowego Instytutu Filozofii, Komitetu Międzynarodowego Historii Sztuki, Międzynarodowej Federacji Towarzystw Filozoficznych, Międzynarodowego Komitetu Estetyków.
Zmarł 4 IV 1980 w Warszawie.

O bezwzględności dobra, Warszawa 1919; Historia filozofii, t. I-II, Lwów 1931, t. III, Warszawa 1948; O szczęściu, Kraków 1947; O filozofii i sztuce, Warszawa 1986; Historia estetyki, t. I-III, Wrocław-Kraków 1960–1967; Dzieje sześciu pojęć: sztuka, piękno, forma, twórczość, odtwórczość, przeżycie estetyczne, Warszawa 1975; O sztuce polskiej XVII i XVIII wieku: architektura, rzeźba, Warszawa 1966.

M. Jaworski, Władysław Tatarkiewicz, Warszawa 1975.

DOBROCHNA DEMBIŃSKA-SIURY

WŁADYSŁAW TATARKIEWICZ*

1886–1980

 

[...] Autorzy piszący o Władysławie Tatarkiewiczu znajdują się w sytuacji, rzec by można, niejednoznacznej. Z jednej bowiem strony ogromna i nader różnorodna twórczość oszołamia, powoduje niepewność i wątpliwości przy poszukiwaniu kryterium wyboru i eliminacji; wyboru tego, co najważniejsze, i eliminacji tego, co wydaje się raczej przyczynkowe – zabiegu przecież koniecznego w opracowaniu nader skrótowym, nieroszczącym sobie pretensji do naukowej dokładności i kompletności. Z drugiej zaś, przychodzi im z pomocą książka o niezwyczajnym uroku – tom Wspomnień napisany kolejno przez Teresę i Władysława Tatarkiewiczów, w którym Tatarkiewicz i jego żona sami czynią wysiłek, by uchronić od zapomnienia minione lata wspólnego życia. Książka ta jest zarazem dokumentem działalności twórczej i długiej, bogatej kariery naukowej wielkiego uczonego. Wspomagają ją inne pisma, w których pojawia się nuta osobista; wszystko to stanowi bogaty dokument przekazujący informację o tym, co o swym życiu i swojej działalności sądził sam Tatarkiewicz. Naturalną więc rzeczy koleją on sam będzie często pełnić rolę informatora, a niejednokrotnie wręcz autora w poniższym szkicu.

Część wspomnień, ta napisana przez Władysława Tatarkiewicza, zatytułowana Zapiski do autobiografii, jest tekstem szczególnym. Można sądzić, że sprawiłaby zawód czytelnikowi rozmiłowanemu w literaturze pamiętnikarskiej, szukającemu świadectwa osobistych emocji, skrupulatnego zapisu kolejno po sobie następujących faktów i ich subiektywnej oceny. Tego bowiem w Zapiskach nie znajdzie, spotka natomiast człowieka, którego działalność była działalnością uczonego i pisarza, człowieka, którego zawód polegał niejako na wysiłku badania i opisu określonego przedmiotu zainteresowania. Nie ma przy tym większego znaczenia, czy przedmiotem tym byłby system filozoficzny Arystotelesa lub Immanuela Kanta, czy pałacyk w Łazienkach, czy wreszcie problem szczęścia. Niezależnie od badanej dziedziny, badacz staje zawsze wobec określonego faktu, stanowiącego aktualny przedmiot jego zainteresowania. I wobec owego faktu stara się zachować pełną wszechstronność, opisać go i zinterpretować z maksymalnym obiektywizmem. Otóż Zapiski do autobiografii noszą wyraźne znamię tej powinności uczonego – uchwycić fakt, określić go, ustalić przyczyny jego zaistnienia i jego bycia takim, a nie innym, rozpoznać relacje pomiędzy nim a innymi faktami, starać się zrozumieć jego rozwój i cel, którym ów rozwój jest warunkowany, a wreszcie wszystko to opisać i to opisać z troską o to, by wynik badawczy stał się możliwy do zakomunikowania. To wszystko odnajdujemy w Tatarkiewiczowej biografii, stwierdzając z niejakim zdziwieniem, że owym faktem – przedmiotem badania – jest w tym przypadku dla autora on sam, jego działalność i twórczość, jego życie. Pisząc o sobie, Tatarkiewicz zachowuje w pełni swoistość swojego stylu, stylu pracy i stylu pisania zarazem, więcej – zachowuje swoją metodę badawczą. Podczas lektury nieodparcie narzuca się wrażenie, że oto autor z możliwie największym dystansem i obiektywizmem przygląda się sobie i swojemu życiu, zgłębia przyczyny i stara się uchwycić cele; u kresu życia podejmuje jeszcze jedną pracę badawczą. I to w Zapiskach jest uderzające – odnajduje w nich czytelnik w mniejszym stopniu dzieje życia, choć te oczywiście także, bardziej zaś portret człowieka, i to portret będący raczej odbiciem charakteru niż wiernym odtworzeniem postaci.

Władysław Tatarkiewicz urodził się w Warszawie w 1886 roku. Z Warszawą związana była rodzina jego ojca, Franciszka Ksawerego, adwokata. Antonina Tatarkiewiczowa, babka Władysława, której dom ukształtował w pewnej mierze dzieciństwo małego chłopca, przez wiele lat prowadziła pensję dla panien i do końca pozostawała w zażyłej przyjaźni z wieloma spośród swoich byłych wychowanek. Tatarkiewicz wspomina najbardziej znane z dawnych uczennic babki – Pelagię Dąbrowską, wdowę po Jarosławie oraz inną panią Dąbrowską, wnuczkę Wojciecha Bogusławskiego. Dom kobiet, tak owo mieszkanie babki w domu przy ul. Długiej zostanie określone. Otoczenie rodziców i atmosferę ich własnego mieszkania przy Krakowskim Przedmieściu kształtowało środowisko byłych absolwentów Szkoły Głównej i warszawskiej palestry – kolegów ojca. Przez matkę, Marię z Brzezińskich, związany był Tatarkiewicz również z kręgami drobnego ziemiaństwa. Dzieciństwo jego upływało więc pomiędzy dwoma punktami ośrodkowymi – Warszawą i Bełżycami, majątkiem rodziców matki, położonym w okolicach Lublina. Po śmierci dziadka, gdy posiadłość się rozpadła, miejsce Bełżyc zajął mająteczek wuja – Krzywowola, jeszcze później Krzywowolę zastąpił Nałęczów. Ten podział roku, pomiędzy lato i wieś oraz zimę i miasto, oceni Tatarkiewicz jako sytuację nadzwyczaj korzystną, dane mu bowiem było poznać i miasto, i wieś, uniknąć tęsknoty do odmiennego życia, jaką na ogół miewają dzieci wychowywane wyłącznie w jednym środowisku.

Do lat swojego dzieciństwa sam Tatarkiewicz przywiązywał dużą wagę. Zgadzał się z sądem teściowej, że dzieci wychowuje się zasadniczo tylko do lat trzech, i że nabyte wówczas zasady i cechy emocjonalne są oporne wobec późniejszych wpływów. Uważał, że pogląd ten sprawdził się na nim samym. Wiele cech swojego charakteru tłumaczył właśnie wpływami otoczenia i atmosferą, w której wzrastał we wczesnym dzieciństwie. One to ukształtowały pewien zespół właściwości, określanych przezeń jako jego postawa życiowa. I tak na stosunku do innych zaważyć miały wyniesione jeszcze z domu poczucie hierarchiczności oraz nieśmiałość. W owych czasach dzieci zajmowały w rodzinie miejsce ważne, ale nie najważniejsze. On sam wzrastał raczej w środowisku ludzi dorosłych i to utrwaliło przekonanie, które pozostanie w nim do końca życia, że nie należą mu się ani pierwsze miejsca, ani czołowa pozycja. Stąd np. nie lubił zajmować pierwszych rzędów krzeseł, podobnie jak nie lubił sprawować funkcji przewodniczącego. Tej skromnej własnej ocenie towarzyszyło uczucie nieśmiałości, w dzieciństwie wobec rówieśników, później także wobec ludzi bardziej niż on pewnych siebie. W atmosferze rodzinnego domu, ciepłej i spokojnej, szuka też Tatarkiewicz źródeł swojej niechęci do sztywnego rygoru, do podziału na to, co wolno, i na to, czego nie wolno. A także osobistego wstrętu do sytuacji konfliktowych. Starał się ich unikać, a jeżeli okazywało się to niemożliwe, wolał raczej ustąpić niż dochodzić swoich racji. Podobnie wpływami domu tłumaczy swoje zamiłowanie do porządku, może nawet przesadne jeśli zważyć, że nieład na biurku wręcz przeszkadzał mu w pracy, jak również psychiczną potrzebę posiadania programu na przyszłość, bez którego, jak sam wyznaje, czuł się źle, chociaż zarazem nie uważał za konieczne bezwzględnie się do niego dostosowywać.

Można zauważyć, że ta właśnie cecha, umiejętność poddania się przypadkowi, jeżeli tak los się potoczy i sytuacja będzie tego wymagać, zaważy na życiu Tatarkiewicza. Przykład stanowić może wybór drogi życiowej, czy raczej brak wszelkiego świadomego wyboru i całkowite poddanie się biegowi wydarzeń. Jak sam pisze, po ukończeniu gimnazjum usiłował dostać się na politechnikę, bez żadnego zresztą przekonania ze swojej strony, jednakże dlatego, że taka była wola jego rodziców. Co chciałby studiować on sam? Tego nie wiedział. Nauka nie pociągała go, gdy w szkolnych czasach jego koledzy czytali dzieła Spinozy, on czytał wprawdzie bardzo dużo, ale nie wykraczał w tym poza beletrystykę i poezję. Po niepowodzeniu w swoich staraniach o przyjęcie na studia techniczne, zapisał się na Wydział Matematyczny UW, ciągle mając na uwadze plany politechniczne. Nie było mu jednak dane odkryć piękna świata liczb, którym tak bardzo zachwycało się wielu matematyków. Matematyka nudziła go przeraźliwie i po trzech tygodniach zrezygnował z wysiłków. Przeniósł się wówczas na Wydział Prawa, bynajmniej nie z zainteresowania ani dla podtrzymania tradycji rodzinnych. Po prostu tam studiowali lubiani przez niego koledzy. Był na drugim roku prawa, gdy przyszły burzliwe czasy 1905 roku. Uniwersytet Warszawski został zamknięty, on sam pozbawiony praw studenta. Wyjechał wówczas na studia do Zurychu i znowu nie dlatego, by szczególnie pociągał go rozwój szwajcarskiej nauki, lecz by móc towarzyszyć bliskiemu przyjacielowi, Władysławowi Korniłowiczowi, który tam właśnie zamierzał studiować. W wyborze przedmiotów był podobnie niesamodzielny, jak w wyborze uczelni, słuchał tych samych wykładów co jego kolega – różnych dyscyplin przyrodniczych, antropologii. Tak minął semestr, po którym przeniósł się Tatarkiewicz do Berlina. Uniwersytet berliński zgromadził wówczas wielu wybitnych wykładowców, zwłaszcza z zakresu filozofii, co nie oznaczało bynajmniej, że właśnie dzięki nim zainteresował się filozofią, owszem przygodnie słuchał i tych wykładów, ale przyznawał, że nigdy nie wysłuchał systematycznie i do końca żadnego kursu historii filozofii, estetyki czy logiki i sam byłby bardzo złego zdania o studencie, który studiowałby, podobnie jak on, bez żadnego programu, poddając się przypadkowym zainteresowaniom. Nie można jednak powiedzieć, że czas berliński był pod względem naukowym czasem dla niego straconym. Studiował dużo, lecz nieporządnie, bez żadnego określonego planu – historię polityczną, archeologię i anatomię, historię sztuki, psychiatrię i chemię, socjologię i psychologię. Przez dwa lata prowadził Tatarkiewicz w Berlinie życie nadzwyczaj intensywne, nie tylko naukowo, także towarzysko. Poczuł się wreszcie zmęczony i postanowił przenieść się do któregoś z mniejszych uniwers